Przekonanie, jakie masz, zachowaj dla siebie przed Bogiem. Szczęśliwy ten, kto nie osądza samego siebie za to, co uważa za dobre. [Rzym. 14; 22]



KALENDARIUM ŻYCIA

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916, 1924 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1876



STYCZEŃ – 02. [NIEDZIELA]


W „Gazecie Polskiej” rozpoczyna się druk noweli „Hania” - dalszy ciąg cyklu „Z natury i z życia”.

LUTY – 09. [ŚRODA]


W „Gazecie Polskiej” kończy się druk noweli „Hania”

LUTY – 17. [CZWARTEK]


Cenzura warszawska zezwala na druk pierwszej powieści Henryka Sienkiewicza „Na marne”.

LUTY – 19. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz w towarzystwie Juliusza Sypniewskiego wyjeżdża do Ameryki. Jedzie za pieniądze „Gazety Polskiej”, której ma nadsyłać korespondencje.
W rzeczywistości udaje się, aby znaleźć miejsce na osadę w Kalifornii dla grupy emigrantów-artystów skupionych wokół Heleny Modrzejewskiej. Z inicjatywy Bronisława Mayzela pisarza żegnają koledzy i przyjaciele obiadem w Restauracji „U Andzi”. B. Mayzel wspomina ten dzień:
Było to w sobotę 19 lutego 1876 r., w dzień jasny, słoneczny, przy lekkim przymrozku. Wprost od „Andzi”, około godziny 2 z południa, z torebką podróżną przez ramię, udał się Sienkiewicz z całym gronem biesiadników na dworzec Kolei Wiedeńskiej. Tutaj oczekiwała go już płeć piękna
z Heleną Modrzejewską na czele. Znakomita artystka żegnała przyszłego arcymistrza słowa polskiego widocznie wzruszona, z pełnymi łez oczyma. A gdy pociąg ruszył, długo jeszcze powiewały chusteczki w stronę wychylającego się z okna wagonu autora „Hani”.
Chwile przed wyjazdem opisuje także Henryk Sienkiewicz:
(…) …gdyby …ktoś przyszedł do mnie w lutym i rzekł mi, że przy końcu marca przejadę Niemcy, Francję, całą długość Anglii; że przepłynę
na wiosnę burzliwy Atlantyk, a następnie jak ptak na skrzydłach przelecę niezmierzone przestrzenie wielkiej kolei od New Yorku do San Francisco i strząsnę proch z obuwia mego na brzegach Oceanu Spokojnego, temu odrzekłbym bez wahania:
- Przyjacielu! pisuj artykuły polemiczne do "Kroniki Soblonowskiej", albowiem widzę, że zmysły twoje nie są z tego świata. (…)

Pewnego poranku przyszedłem do redakcji i wziąwszy do ręki jedno z pism naszych począłem je czytać. (…) Tymczasem drzwi otworzyły się.
Do redakcji wszedł jakiś dżentelmen mający koło sześciu stóp wzrostu, ze wspaniałą jasną brodą.
- Czy z panem Litwosem mam honor mówić? - spytał niskim, basowym głosem, który przypominał mi ryk lwa.
- Czym panu mogę służyć? - odpowiedziałem z uprzejmym pośpiechem… (…)
- Jestem X z Poznańskiego. (…)
- A więc pan z Poznańskiego? (…)
- Otóż przyszedłem spytać, czy panowie macie jakie stosunki z Ameryką? (…)
- O, tak! między innymi prezydent Grant pilnie studiuje naszą politykę. (…)
- Nie chodzi mi o tak wysokie stosunki. Ja, panie, wyjeżdżam do Stanów Zjednoczonych pojutrze i chciałbym od panów dostać list do pana Horaina. Czy pan zna pana Horaina?
- Och! doskonale... Od trzech lat. Mówiąc nawiasem, czytałem wszystkie listy pana Horaina, ale jego samego nie widziałem nigdy w życiu.
- Więc pan go zna od trzech lat? Ależ mnie się zdaje, że on od czterech lat mieszka a Ameryce?
- Omyliłem się: znam go od sześciu lat.
- Owóż prosiłbym panów o list do niego. Ja chcę tam kupić kawał gruntu i osiedlić się. Moja żona słaba, potrzebuje ciepłego klimatu, a tam, słyszę, ciepło. (…)
- Dobrze. Damy panu listy do pana Horaina.
- A pan sam się na wystawę nie wybierze?
- Ja? poczekaj no pan... jeszczem się nad tym nie zastanowił... Zaraz... Wybiorę się, nie wybiorę, wybiorę, nie wybiorę... wybiorę... Tak jest! jadę, panie.
- A to pan jedź teraz ze mną: będzie nam obydwom raźniej.
- A która teraz godzina?
- Samo południe.
- O drugiej jadam obiad, mam więc dwie godziny czasu do namysłu. Przyjdź pan na obiad, będę zdecydowany. (…)

…siedząc na tym samym miejscu, rozmyślałem jeszcze: jechać czy nie jechać? - jak Hamlet nad swoim: „być czy nie być”. Ale jeżeli nie pojadę, cóż będę robił? Będę pisywał po nocach?... Ależ i w Ameryce mogę pisywać także. Co więcej, doktor zalecił mi, żebym nie pisywał po nocach;
a ponieważ w Ameryce właśnie wtedy wypada noc, kiedy u nas dzień, zatem pisywać w Ameryce w nocy jest to pisywać w Europie we dnie, czyli: jechać do Ameryki jest to wypełniać polecenie swego doktora. Dalej: jeśli pojadę, nie będę robił korekty własnych utworów, czyli nie będę ich czytywał... To także coś znaczy. (…) Majątek? nie zrobię go nigdy. Długi? narobiłem ich już. To ostatnie wspomnienie zdecydowało mnie. Ech!
co tam! jadę do Ameryki. (…) O godzinie drugiej poszedłem na obiad. Nowy mój znajomy czekał już mnie.
- No, i cóżeś pan postanowił? (…)
- …czekaj pan na mnie.
- Dobrze, ale w Bremie. (…)

…tegoż samego dnia jeszcze począłem robić starania o paszport. (…) Mój dziad nieboszczyk, Panie świeć nad jego duszą, raz jeden tylko za dni swych był w Puławach, a raz w Królewcu, i miał o czym opowiadać przez całe życie. (…) …Ameryka ma jeszcze swój urok, dlatego po biurach patrzono na mnie jak na jakiś osobliwszy okaz zoologiczny… (…) Dzięki Ameryce i dzięki szczególniejszemu interesowi, jaki ta część świata budzi w naszych władzach municypalnych, uzyskałem paszport dość prędko. Pozostało go tylko zawizować u konsula. (…) Udałem się tedy
do konsula, którego szczęśliwie zastałem w biurze.
- Mego sekretarza nie ma - rzekł mi - zechciej pan potrudzić się po trzeciej.
Schowałem paszport do kieszeni.
- Nie mogę - odpowiedziałem. – Wyjeżdżam o drugiej; muszę się tedy obejść bez wizy.
Mój interlokutor zbladł. (…) …sposobność owej pierwszej wizy była i mogła przeminąć, może na zawsze!
- Panie – rzekł mi więc konsul - nie będę czekał na sekretarza, niech go tam diabli wezmą; dawaj pan paszport, zaawizuję sam, byle prędzej.
Dałem więc paszport. (…) Po niejakiej chwili konsul począł się namyślać i drapać w głowę.
- Panu o prostą wizę chodzi? - spytał.
- Tak, byle w dobrym gatunku.
- Hm!... Diabli nadali tyle tych pieczęci.
- Palnij pan pierwszą lepszą.
- Ale to trzeba na końcu paszportu?
- Najlepiej trzymać się środka. W Stanach Zjednoczonych są tylko dwie partie: demokratyczna i republikańska, a nie ma trzeciej, dlatego
jest źle.
- A tak! tak!
- A pan do jakiej partii należy? - spytałem znienacka.
- Ja?... tego... jakże się nazywa?... Mam przecie gdzieś zapisane, ale na pamięć...
- A cóż, wiza skończona?
- Zaraz, zaraz. Diab... nadali te pieczęcie! E! wie pan co? kropniemy największą, zawsze to nie zawadzi.
- Kropnijmy największą.
Konsul wydobył z szuflady coś na kształt tarana do zabijania palów w Wiśle.
- A toż to prześcieradło można by tym zawizować! - rzekłem.
- To nic, poradzimy... O, dla Boga, a to istotnie ciężkie!
- Może panu pomóc? Raz, dwa, trzy... Hoop! siup!
Rozległ się głuchy łoskot stołu, na który padła pieczęć. Zdawało się, że mój paszport krzyknął: "O Jezu!" Schowałem go do kieszeni
i wyszedłem. Była godzina dwunasta w południe, o wpół do trzeciej miałem wyruszyć, ale przedtem musiałem iść na pożegnalny obiad, który
za grosz wdowi wyprawiała dla mnie brać literacka. (…)

Na szczęście jednak, na owym obiedzie, o którym wspominałem, więcej było wina niż mów; skutkiem czego, kiedym jechał po obiedzie
na dworzec kolejowy, świat wydał mi się bardzo pięknym zjawiskiem, Warszawa - najczystszym i najporządniejszym miastem na świecie, kobiety - szalenie ładne, bruki - nadzwyczajnie wygodne… (…)

Wsiadłem wreszcie do wagonu, lokomotywa świsnęła i wkrótce przez mgłę i dym tylko widziałem kochane twarze, goniące mnie spojrzenia
i ręce powiewające chustkami. Pogoda była piękna; jakkolwiek luty jeszcze, czuć było w powietrzu oddech wiosenny. (…) Wagony nasze,
jak wiadomo, ogrzewane są od spodu siedzeń, skutkiem czego od czasu do czasu zdawało mi się, że jestem imbrykiem siedzącym
na samowarze. (…) W Aleksandrowie zrobiła się noc… (…) Ja usnąłem także, marząc o Warszawie i o tych, których w niej zostawiłem; usnąłem zaś tak dobrze, że nie obudziłem się aż w Toruniu, gdzie rewidują wagony.
- Pan ma parę nowych butów - rzekł do mnie pruski celny oficer.
- Czyż pan chciałeś, żeby wszyscy u nas w dziurawych już chodzili? - odpowiedziałem. (…) Wróciłem do wagonu i usnąwszy znowu, spałem
aż do rana, tj. aż do przybycia do Berlina. (…)

[01. Niemcy - mapa fizyczna]

[Fotografia mapy: Autor: 01. Captain Blood. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcie objęte jest licencją GNU FDL].

LUTY – 20. [NIEDZIELA]


Drugi dzień podróży Henryka Sienkiewicza do Ameryki przebiega następująco:
„(…) …spałem aż do rana, tj. aż do przybycia do Berlina. Ogromne miasto, znane mi już zresztą, na wpół uśpione jeszcze, migało w różanych blaskach zorzy przed mymi oczyma. Przejechałem ze wschodniego banhofu (dworca) na Lehrter Bahnhof (obecnie Berlin Hauptbahnhof). Było blisko dwie godziny czasu do odejścia pociągu, wyszedłem więc przed dworzec i począłem rozglądać się na wszystkie strony. (…) Na prawo błyszczał w promieniach wschodzącego słońca posąg Zwycięstwa, ciężki, niezgrabny, trywialny, podobny do wrony, która usiadła wypadkiem na słupie
w Berlinie i gotuje się odlecieć. (…) Dwie godziny minęły szybko. Siadłem znowu do wagonu. Miałem jechać nie do Bremy, ale do Kolonii. (…)

Pociąg, którym jechałem, nie dochodził do samej Kolonii, ale zatrzymuje się w Deutz, z prawej strony Renu. Przyjechaliśmy o godzinie dziewiątej w nocy. Byłem trochę zmęczony, więc udałem się do hotelu „Belle-Vue” i kazałem dać sobie numer. Kelner zaprowadził mnie na drugie piętro
i wskazał mi stancję, w której miałem noc przepędzić. Zanim zapalił światło, zbliżyłem się do okna i podniosłem roletę, aby spojrzeć na leżącą
na drugim brzegu Kolonię. (…) Przepyszny widok! Noc była śliczna, pogodna. Księżyc świecił tak jasno, że nieledwie czytać by można
przy potokach srebrnego światła. Pod nogami moimi płynął Ren. Długie smugi światła odbijały się w przezroczej toni na drugim brzegu. Bliżej pały parowiec sypał deszczem złotych iskier. Cała Kolonia widna była jak na dłoni: światła, spiętrzone grupy domów, ciemne sylwetki kominów, a nad wszystkim tym wspaniała katedra, górująca nie tylko wieżami, ale i sklepieniem nad całym miastem, wyniosła, spokojna, urocza i milcząca. Największe gmachy miejskie wydały mi się wobec niej lepiankami tulącymi się niby pod skrzydła potężnej matki. (…)

Godzina czasu spłynęła mi w przeszłość na podobnych rozmyślaniach. Tymczasem wieczór stawał się coraz bardziej romantyczny. Parowiec przybił do brzegu tuż pod oknami mego hotelu. W małym Deutz cicho było, bo całe miasto już spało. Tylko sternik, siedzący na przodzie statku, śpiewał dość pięknym głosem: Wacht am Rhein, a od strony Kolonii dochodził uszu moich świst lokomotywy. Od czasu do czasu lekki wiatr przynosił zaledwie dosłyszalne odgłosy zgiełku i gwaru miejskiego. Żal mi było wstawać od okna … (…) …po chwili wszedł ów dżentelmen
z jasną brodą, z którym, według pierwotnego planu, miałem się zjechać w Bremie. (…) Kazałem zabrać moje kufry i obaj udaliśmy się
na centralny dworzec w Kolonii. Była już prawie północ; chciało mi się spać srodze, ale ruch panujący na dworcu wytrzeźwił mnie. (…) Wsiedliśmy wreszcie do wagonu. (…)”

LUTY – 21. [PONIEDZIAŁEK]


Pisarz relacjonuje trzeci dzień podróży:


[01. Belgia - mapa] [Fotografie – Autor: 1)Krzysztof. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcie objęte jest licencją CC-BY-SA].
(…) Pociąg zatrzymał się. Do wagonu wszedł już nie mrukliwy pruski konduktor, ale Belgijczyk ubrany w czarne kepi i poprosił nas po francusku, ażebyśmy się udali do rewizji rzeczy. (…) Rewizja zajęła nam bardzo niewiele czasu. Zjedliśmy wieczerzę, wypili po pół butelki wina i ruszyli dalej. Dzień już robił się dobry, gdy zbliżaliśmy się do Brukseli. Śliczne to miasto, po Paryżu najpiękniejsze ze wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałem; otoczone wzgórzami, pokrytymi lasem, i cudnymi dolinami, otrząsało ze siebie białawe tumany nocy i z mgły wywijało się skąpane
w różowym świetle i niby uśmiechnięte po dobrej nocy i dobrym śnie. (…) Na ulicach panował już ruch. Flamandki siedzące na małych wózkach wiozły do miasta mleczywo, a twarze ich, spokojne i uczciwe, zdawały się do mnie uśmiechać. Domy jednak były jeszcze ciche, rolety w oknach pozapuszczane, złocenia na gzymsach domów połyskiwały łagodnie w porannym świetle. Wszystko było spokojne, schludne, harmonijne, ciche, szczęśliwe jakieś, a wszystko pamiątkowe i poetyczne. Z każdego załomu murów, z każdego kąta wieje tu na ciebie tradycja poważna, wielka, nauczająca bardzo. (…) Otóż jak Belgia długa i szeroka, wszędzie tak jest spokojnie, tak jakoś cicho i szczęśliwie, że słusznie można by powiedzieć: Chrystus przechadza się po całym kraju. Bez przesady mówiąc, jest to najszczęśliwszy kraj na świecie. (…)

Wsiedliśmy do wagonu, ale wkrótce za nami wsiadł, a raczej wskoczył pomijając schodki, jakiś dżentelmen nadzwyczajnej otyłości, stanowiącej dziwny kontrast z jego ruchami. (…)
- Ja jestem nauczycielem tańca. Dwanaście lekcji kosztuje u mnie 40 franków. Najładniejsze dziewczęta z całego Lille uczą się u mnie; lekcje
są wspólne. Panowie jadą do Lille? Oto są moje bilety: Mr Dunois. (…) Pan Dunois dodał jeszcze, że uczy nie tylko kontredansa, ale i uprzejmej rozmowy z damami w czasie tego tańca. Po czym w najlepszej zgodzie ruszyliśmy w drogę. Pociąg ku granicy francuskiej idzie krajem równym, nie obfitującym w malownicze widoki, ale uprawnym jak ogród. Wyjeżdżając z kraju zostawiliśmy jeszcze śnieg na polach, tu zaś wiosna poczynała się wszędzie. Na łąkach zieleniła się trawa, a na polach ruń wszelkiego rodzaju zbóż. Grupy drzew, stojących na równinach
lub idących w kształcie alei wzdłuż rowów, dróg i kanałów, wypuszczały zielone pączki. (…)

Gdyby nie komora, nie rewizja rzeczy i nie długi przystanek pociągu, nikt by się nie domyślił, że nareszcie wjeżdża z Belgii do Francji. Krajobraz nie zmienia się w niczym. Tenże sam kraj uprawny jak ogród, te same chaty wieśniacze kryte czerwoną dachówką, gontem lub nawet słomą,
co przypomina Polskę, taż sama Flandria, ciż sami ludzie, też poczciwe flamandzkie twarze i bluzy niebieskie; słowem, wszystko takie same.
Gdy pociąg ruszył, obróciłem się, by przesłać ostatnie pożegnanie Belgii, temu krajowi, dla którego niepodobna nie czuć sympatii… (…)

[01. Francja - mapa fizyczna] [Fotografia – Autor: 1) David Monniaux. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcie objęte jest licencją CC-BY-SA].
Do Calais przybyliśmy około dwunastej w południe. Jest to dosyć nędzne i brudne miasto, jak wreszcie większa część miast portowych; znaczenie jego handlowe jest jednak ogromne. (…) W Calais sale dworca kolejowego roiły się pasażerami przejeżdżającymi do Anglii. (…) Wyszliśmy wreszcie na świeże powietrze; wzięto nasze rzeczy. Statek, który miał nas zawieźć do Douvru, stał tuż nad brzegiem przystani… (…) Na koniec, zszedłszy po pochyłym pomoście, weszliśmy na pokład statku. (…) Nagle uczułem, że statek zakołysał się w prawo i w lewo, brzeg począł usuwać się spod moich oczu. Ruszyliśmy w drogę. (…)
Pisarz ma już za sobą: Aleksandrów, Toruń, Berlin, Kolonię, Brukselę. W Calais oczekuje na rejs do Dover, a potem podróz do Londynu, gdzie przewodnikiem Henryka Sienkiewicza
jest Ignacy Maciejowski (Sewer). Pisarz przedstawia wrażenia drugiej połowy dnia:
(…) W półtorej godziny po wyjeździe z Calais kończy się wreszcie prawdziwa męka podróżnika. Owe krótkie bałwany, którym osobiście życzę, żeby nigdy nie wyjrzały z dna morskiego, przestają wreszcie wstrząsać mózgiem jak ziarnkiem grochu w grzechotce, na widnokręgu zaś poczyna się rysować Douvres. (…) Port był stosunkowo pusty, widok zaś pobrzeży przeraźliwy. Białe, wysokie na kilkaset stóp ściany, prostopadle sterczące z morza, wyglądają na tle czarnej wody jak żałobny szlak na całunie. (…) Tymczasem wpłynęliśmy do portu. (…) W tych warunkach wysiedliśmy na ląd. (…) Po czym wsiedliśmy do wagonu i ruszyli wprost do Londynu. (…) …muszę oddać sprawiedliwość kolejom angielskim, że pod względem szybkości przewyższają wszystkie inne na świecie. (…) …pociąg leciał jak na skrzydłach. Zbliżyłem się do okna wagonu. Jestem tedy w Anglii… (…)

Celem mojej wycieczki była Ameryka, uwagi więc moje o Anglii, przez którą tylko przejechałem, mają wartość notatek spisywanych w wagonie. (…) Owóż siedząc w oknie wagonu przypatrywałem się ciekawie krajobrazowi. Miasta, miasteczka, farmy i parki migały przed mymi oczyma. Krajobraz wiejski podobny tu jest do belgijskiego, tylko domki farmerów schludniejsze, na łąkach zaś mieniących się nader świetną zielonością pasą się liczne stada owiec. (…) Gdyśmy zbliżali się do Londynu, był zachód słońca. (…) Nim przybyliśmy na stację, było ciemno, udaliśmy się więc do hotelu z zamiarem niewychodzenia tego wieczoru nigdzie, co jak dla mnie, jadącego bez odpoczynku wprost z Warszawy, było prawie koniecznością. Hotel nasz nazywał się "Charing Cross". (…) Kazano nam wejść, a raczej wsadzono nas wraz z naszymi kuframi do jakiegoś małego pokoiku i pojechaliśmy wraz z owym pokoikiem, czyli elewatorem, jak tu nazywają, w górę, nie wiem już, na które piętro; następnie znaleźliśmy się na korytarzu, a następnie w pokoju, który przeznaczono nam na mieszkanie. (…) Pomyślałem sobie przy tym, że gdyby
w szkołach uczono mnie w swoim czasie zamiast mnóstwa innych rzeczy choć trochę angielskiego, moja edukacja byłaby o wiele zupełniejszą. (…)

Z tego wszystkiego zaś ta głęboka nauka dla moich współobywateli wypływa, aby po wyuczeniu przede wszystkim dokładnie rodowitego języka uczyli dzieci swoje i innych. Dziś posiadać znajomość kilku języków jest to mieć chleb w ręku. (…)

[01. Wielka Brytania - mapa fizyczna]

[Fotografia mapy: Autor: 01. Captain Blood. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcie objęte jest licencją GNU FDL].

LUTY – 22. [WTOREK]


Pisarz zwiedza Londyn. Dopiero wieczorem wsiada do pociągu i wyrusza w podróż do Liverpool’u:
(…) Dzień następny poświęciłem na obejrzenie Londynu, o ile olbrzymie to miasto można obejrzeć nie mieszkając w nim pół roku. Zwiedziłem Westminster, …British Museum, …, ogród zoologiczny, …, kościół Św. Pawła i inne pamiątkowe gmachy. Powierzchowność miasta posępna,
ani się może porównać ze złotym Paryżem. Domy tu wąskie i niezbyt wysokie, budowane z czerwonej lub surowej cegły, którą potem kopci dym, obmywa deszcz, co razem nadaje jej wszelkie pozory brudu. Place za to wspaniałe i obszerne. (…) Około południa udaliśmy się do Hyde Parku. (…) Ale tymczasem bije godzina pierwsza. W parku robi się pusto, a w końcu zupełnie pusto. Czas wracać do domu. Mamy przed sobą odległość kilku mil angielskich, mały to jednak kłopot, bo z pomocą kolei podziemnych przebywa się przestrzeń w kilka minut. (…) Przelatujemy jak wicher od stacji do stacji; jedni wysiadają, drudzy wsiadają. Nie wiem, gdzie jesteśmy i gdzie wysiąść należy. (…) …na koniec lokomotywa staje, wysiadamy i znów oddycham pełną piersią… (…)

…zbliżyliśmy się do naszego hotelu. (…) W hotelu zapakowaliśmy rzeczy, czekała nas bowiem nocą podróż do Liverpoolu; po czym zapłaciwszy rachunek i przekonawszy się, że niepotrzebnie dla oszczędności jadaliśmy nie w hotelu, ale na mieście, w hotelu bowiem płaci się za wszystko razem, wyszliśmy znowu na ulicę. Nie pamiętam, na której już z ulic uwagę moją zwrócił żółto pomalowany dom, otoczony ogrodem, z zielonymi żaluzjami w oknach. Pamiętam, że była to jakaś ustronna ulica; na chodnikach było pusto; w ogrodzie świegotały wróble, z domu dochodziły łagodne śpiewy kobiece, nad domem zaś i ogrodem unosił się dziwny spokój.
- Co to za dom? - spytałem. - To przytułek dla zbłąkanych dziewcząt, pragnących wrócić na drogę cnoty. (…)

Na świecie robił się mrok. (…) …czas było udać się na dworzec kolejowy, z którego pociąg wychodził do Liverpoolu. (…) Pociąg ruszył i po chwili Londyn wraz ze swoim morzem świateł zniknął nam z oczu. (…)

LUTY – 23. [ŚRODA]


Kolejny dzień podróży Henryka Sienkiewicza:
(…) Tymczasem poczęło szarzeć. Brzask robił się na wschodzie: domki farmerskie, drzewa albo czasem wieże kościelne występowały coraz wyraźniej z głębi cienia i mgły. O godzinie szóstej dojeżdżaliśmy do Liverpoolu. Miasto czysto angielskie. Też same niewielkie domy z czerwonej lub surowej cegły, okopcone dymem a poplamione deszczem; też same zielone zazdroski w oknach; zresztą z powodu wczesnej godziny cicho
i spokojnie. Od strony morza dął potężny i ostry wiatr; na końcu ulicy widać było las masztów. Mieliśmy jeszcze dwie godziny czasu, zatem zatrzymaliśmy się w hotelu, by się umyć, przedrzemać i posilić przed puszczeniem się na morskie odmęty. Wskazano nam hotel wdowy Clinton… (…) Przy śniadaniu nadeszła wdowa Clynton wraz z młodą i przystojną córką Clynton i nie wiem, co to za dziwny dom, ale obie te damy wydały mi się jeszcze uroczystsze. (…)

…pożegnaliśmy się tak, jak się żegnają członkowie jednej rodziny, i ruszyliśmy do portu. Z portu mały pękaty parowiec miał nas przewieźć
do okrętu udającego się za Ocean. (…) Przecisnąwszy się przez stosy kufrów zasiedliśmy w jakimś kącie i milczeli wszyscy. (…) Tymczasem mały parowiec zawrzeszczał przeraźliwie, jakby go kto ze skóry obdzierał, podniósł kotwicę i ruszył. Po półgodzinnej jeździe ujrzeliśmy wreszcie „Germanika”, który miał nas przewieźć do Ameryki. Wyznaję, że ujrzawszy ten statek, długi blisko tak, jak połowa naszego żelaznego mostu, ujrzawszy jego potężne kominy, maszty, jego piętra, jego olbrzymie boki świecące oknami, odetchnąłem swobodniej.
— No, ten potwór chyba się ani zakołysze na morzu! — rzekłem do mego towarzysza, którego twarz wypogodziła się również. (…) Tymczasem potwór nasz wywiesił czerwoną chorągiew z białą gwiazdą i napisem: „White Star” (Biała gwiazda), należy bowiem do Towarzystwa noszącego tę nazwę; następnie nie zagwizdał, ale ryknął głosem tak tubalnym, że nasz stateczek przewozowy o mało nie schował się pod wodę
ze strachu. Zbliżyliśmy się jeszcze więcej do jego boku, a raczej do jego stóp; zahurkotał pomost; powstała wrzawa i zamieszanie: chwyciłem za ucho mój kufer i po chwili znalazłem się na „Germaniku”.

Był to czwartek, dnia 23 lutego. (…)
Komentarza wymaga data napisana przez pisarza. Napisał on: Był to czwartek 23 lutego. Otóż czwartek przypadał 24 lutego 1876 r., a 23-go była środa.
Dalej pisarz odnotowuje:
(…) Pod wieczór dnia 23 siedliśmy na okręt „Germanicus”, który miał nas zawieźć do Ameryki. W poprzednim liście wspomniałem, że jest to jeden z najpotężniejszych parowców linii „White Star”, utrzymujący komunikację między Liverpool a New Yorkiem. Fale Morza Irlandzkiego zaledwie cokolwiek kołysały olbrzymim statkiem, tym bardziej że i pogoda była piękna. (…)

[Karta wizytowa przedstawiająca transatlantycki liniowiec „Germanic” należący do armatora „White Star Line”.]

[Źródło – Wikipedia.] [Zgodnie z wolą autora powyższe zdjęcie jest własnością publiczną.]

LUTY – 24. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz opisuje podróż statkiem „Germanic” do Ameryki:
(…) Nazajutrz rano przybyliśmy do Queenstown, portu leżącego na samym południowym cyplu Irlandii, skąd już prosto na zachód mieliśmy się puścić do New Yorku. (…) …Queenstown odznacza się tym, że stanowi wrota Oceanu. Tu kończy się Morze Irlandzkie, a zaczyna się Atlantyk,
i z tego powodu prawie wszystkie okręty idące z Anglii do Ameryki i odwrotnie mają tu swój kilkogodzinny przystanek. Nasz okręt również zarzucił opodal od brzegu kotwicę i potężnym gwizdaniem oznajmił miastu swoje przybycie. Mały parowiec przywiózł nam nowych pasażerów,
a po największej części emigrantów… (….) Wreszcie mały parowiec wysadził wszystkich swoich pasażerów i pakunki, po czym zabrał listy
z naszego statku, wrzasnął wniebogłosy i odpłynął. (….) …„Germanicus” podniósł kotwicę i po chwili chwiał się już na ogromnych falach Oceanu. Pasażerowie poczynają biegać po całym statku, zaglądać wszędzie, przypatrywać się każdej jego śrubce; po czym upewniają się wzajemnie,
że nie masz żadnego niebezpieczeństwa. (…)

Około godziny pierwszej po południu w salonie jadalnym i po korytarzach, gdzie są kajuty, odzywa się barbarzyński głos gongu, czyli tam—tama, zwołujący pasażerów na lunch. Siadamy do stołu. Tu znowu rozpoczyna się dla mnie bieda z angielszczyzną. Nie rozumiem jadłospisu i nie wiem, co sobie kazać dać jeść. Przychodzi steward, czyli lokaj okrętowy. (…) Niewiele myśląc pokazuję jej na karcie jakąś potrawę, której nazwa angielska podobała mi się więcej od innych z powodu swego brzmienia. Mumia odchodzi, następnie powraca i przynosi mi morele. Chciałem zupy, wszyscy jedzą zupę, ale cóż robić? Zabieram się do moreli. Po morelach nieubłagany los zsyła mi ser, po serze pomidory, po pomidorach tartą bułkę. Zjadam to wszystko; na deser zaś dowiaduję się, że siedzący koło mnie podlotek umie po francusku i że będzie mi służyć za tłumacza
w moich utrapieniach. (…) Ale tymczasem statek zaczyna się coraz lepiej kołysać. Po upływie pół godziny jedna z dam, która dotąd rozmawiała najweselej, nagle wstaje, spogląda obłąkanymi oczyma naokoło, mówi przygnębionym głosem: „O Boże! Boże”, po czym zbiega szybko
po schodach na korytarz prowadzący do kajut. Za nią wkrótce podąża druga i trzecia, po nich mężczyźni; pokład staje się coraz pustszy;
na koniec na pobojowisku zostaje tylko kilka osób trwalszej natury, między którymi liczę się ja… (…)

Tymczasem chiński tam—tam daje znać, że czas na obiad. Karmią nas wspaniale, ale do obiadu nie siada już ani pół tyle osób,
co do południowego lunchu. Mojego podlotka nie ma także. Po prawej stronie ode mnie siedzi natomiast jakiś kapitan okrętowy, którego statek rozbił się na brzegach Anglii. Jest to człowiek dwa razy grubszy od zwykłego chrześcijanina; ale ta bryła łoju mówi nadzwyczaj cienko i je tyle,
że połowa tego wystarczyłaby dla całej załogi okrętowej. Rzekłbyś, jest to waliza służąca jako skład żywności. (…) Uważam, że na dole,
w salonie, daleko mi się więcej w głowie kręci niż na górnym pokładzie; uważam także, iż umysł mój z każdą godziną tępieje coraz bardziej; dlatego natychmiast po czarnej kawie wybiegam znowu na pokład. Ciemno jest już zupełnie. Silny wiatr łopocze w żagle, na całym okręcie słychać żałosne „Ooo — ho!” majtków. (…) O godzinie dziesiątej schodzę na dół, ale po drodze wstępuję jeszcze do smoking-roomu, to jest
do pokoju przeznaczonego dla palaczy. (…) Atmosfera zadymiona, cały zaś pokój ma pozory knajpy niemieckiej, w której ludzie dla wygody zdejmują buty. Żal mi się zrobiło mojej ciszy i samotności na pokładzie, ale wracać tam było już zbyt późno; dlatego zeszedłem do kajuty...

Kajuta nasza jest to mały pokoik mający nie więcej, jak cztery łokcie kwadratowe przestrzeni; przy jednej ścianie przymocowane są, jedno
nad drugim, dwa łóżka, a raczej dwie głębokie szuflady z wysokimi bokami, które nie pozwalają wypaść śpiącemu w czasie kołysania statku; przy drugiej ścianie stoi czerwona aksamitna sofka, między sofką a łóżkiem umywalnia — i oto wszystko. Cała kabina schludna, wykwintna nawet, ale mała. (…) Tymczasem sen skleja powieki, głowa, w której fale wstrząsały mózg przez cały dzień, cięży; idzie się zatem spać rozumując: co jutro będzie, nie wiem; że mi się chce spać, wiem. (…)

LUTY – 25. [PIĄTEK]


Statkiem „Germanic” Henryk Sienkiewicz płynie do Ameryki. Opisuje kolejny dzień podróży:
(…) Noc jednak przeszła spokojnie, to jest bez żadnego nadzwyczajnego wypadku. (…) Wyszedłem na pokład. Dzień był ponury, szary, wietrzny. Mewy rzucały się w powietrzu, fale zaś były rozigrane. Trudno się było utrzymać na nogach. Naokoło statku piętrzyły się takie bałwany, w jakich istnienie trudno uwierzyć. (…) W ten sposób jechaliśmy cały dzień. (…) Prawdziwa burza rozszalała się jednak dopiero wieczorem, chociaż wiatr wzmagał się przez cały dzień.

Kiedy nadeszła chwila lunchu, położono na stołach poręcze, inaczej bowiem wszystko by z nich pozlatywało na ziemię. (…) Lunch mimo przegródek i poręczy na stołach mamy tańcujący, gdy bowiem statek położy się na lewym boku, wszystkie półmiski, talerze, szklanki, karafki, noże, widelce zsuwają się z brzękiem, szczękiem, hałasem i tartasem na lewą stronę, po chwili znów na prawą, i tak ciągle. (…) Obiad odbywa się tak samo jak lunch. (…) Jakoż przy czarnej kawie wyraz: „Storm! storm!” (burza! burza!) rozlega się po całym salonie, na korytarzach
i w kajutach. Burza istotnie rozpoczyna się. (…) Patrząc na to nie mogę opędzić się myśli, że Ocean się wściekł. (…) O północy burza doszła
do swego maksimum. (…) Cała załoga prócz palaczy była na górze. Majtkowie to ciągnęli liny, to czepiali się drabin, to związywali nowymi sznurami żagle biegając, krzycząc, klnąc lub powtarzając swoje żałosne: „Oo—ho!” W ciemnościach, wśród wichru i huku fal, rozlegały się ostre głosy świstawek miczmanów, które dla majtków są słowami komendy. Głosy te nie ustawały ani chwili. (…)

LUTY – 26. [SOBOTA]


Burza trwa. Henryk Sienkiewicz opisuje następny dzień podróży:
(…) Koło godziny pierwszej po północy zeszliśmy wreszcie na dół, zmienili odzież i bieliznę, przemoczoną mimo gumowych płaszczów do nitki, następnie rozebraliśmy się i położyliśmy spać. Ale cała noc była niespokojna. Chwilami trzeba się było trzymać, żeby nie wylecieć z szuflady. (…) Nazajutrz z rana morze jeszcze było wzburzone, ale wiatr już ustał, koło południa zaś uciszyło się i morze. Mnóstwo osób przyszło na lunch. Żartowano i śmiano się z wczorajszego przestrachu. (…) Wśród podobnych spostrzeżeń i dopatrywań śmiesznych stron w moich sąsiadach upływa mi dzień za dniem. W końcu jednak podróż zaczyna mnie nudzić. (…)

LUTY – 27. [NIEDZIELA]


Niedziela Henryka Sienkiewicza w podróży morskiej do Ameryki wygląda następująco:
(…) Nadchodzi niedziela, a jest jeszcze nudniejsza jak dni poprzednie. Po śniadaniu stewardowie przynoszą kilkadziesiąt egzemplarzy Biblii
i kładą je na stołach, Amerykanie zaś siadają i czytają ją… (…)

LUTY – 27./28. [NIEDZIELA/PONIEDZIAŁEK]


Henryka Sienkiewicza opisuje burzową noc na oceanie:
(…) W nocy z niedzieli na poniedziałek mieliśmy znów burzę, lubo nikt o niej nie wiedział, wszyscy bowiem spaliśmy doskonale, ani domyślając się, że braknie trzy ćwierci do śmierci. Wicher przygnał z północy dwie góry lodowate, które wziąwszy statek między siebie płynęły jak dwa piekielne psy tuż koło niego, grożąc mu w każdej chwili zgnieceniem na miazgę. Kapitan (kapitan Kennedy) kazał pospuszczać żagle, zgasić ogień w maszynie i zdał statek na wolę fal i wiatru. To jedno ocaliło nam życie, bo od tej chwili statek, miotany tymi samymi co i lodowe góry falami,
nie zbliżał się już do nich. Świtaniem dopiero, gdy ucichło trochę morze, puścił się całą siłą pary i potwory piekielne zostawił w tyle. (…) Trzeba jeszcze oddać sprawiedliwość tak kapitanowi, jak oficerom i całej załodze, że są to ludzie dzielni, znający swoją służbę i swoje obowiązki
na wylot, a przy tym karni, spokojni i dla pasażerów uprzejmi bez granic. „Germanicus” jest przy tym jednym z najszybszych okrętów, jakie przebiegają drogę między Liverpool a New Yorkiem. (…) Podróż staje się coraz nudniejszą, jednakże mewy lecące za okrętem, których ilość coraz się zwiększa, oznaczają, że zbliżamy się do lądu. (…)

LUTY – 28. [PONIEDZIAŁEK]


Szósty dzień podróży morskiej Henryka Sienkiewicza to dzień atrakcji:
(…) Szóstego dnia mamy na okręcie koncert. (…) Koncert rozpoczyna mówka jakiegoś ogromnego dżentelmena z twarzą jowialną, który
z niezachwianą powagą staje obok pianina i mówi:
– Ladies and gentlemen! Usłyszycie za chwilę jedną z najznakomitszych artystek na świecie: Miss N. (…) Miss N. wykona etiudę skomponowaną przez bardzo znakomitego dżentelmena Szopena. Słuchajcie! słuchajcie!
Miss siada do fortepianu i poczyna do tego stopnia fałszować Szopena, że nasze polskie uszy literalnie więdną… (…)
– Ladies and gentlemen! (…) …oto jest najznakomitszy w świecie tenor M. Charlie… (…)
M. Charlie staje obok akompaniującej miss i zaczyna śpiewać włoską pieśń: „O fanciulla mia!”, którą gdyby usłyszał jaki Włoch, dostałby niezawodnie pomieszania zmysłów.

Szósty ów dzień był dniem uroczystości na okręcie, po koncercie bowiem nastąpił obiad z najrozmaitszymi toastami. (…)

LUTY – 29. [WTOREK]


Ostatni dzień podróży morskiej do Ameryki Henryk Sienkiewicz opisuje:


[01. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej - mapa administracyjna] [Fotografia: Autor: 1. Aotearoa. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcie objęte jest licencją GNU FDL].
(…) Nazajutrz z rana dowiedzieliśmy się z tablicy, że tego jeszcze dnia przybijemy do lądu. Na całym okręcie panowała niekłamana radość. (…) Jakoż po małej chwili na tle owej chmurki poczynają się rysować zielone i żółte piaszczyste wybrzeża, lasy masztów, spiętrzone dachy domów, spiczaste wieże kościelne, białe mury, słowem: śliczne miasto, jak ongiś Wenus, wynurzało się z morskiej kąpieli coraz dokładniej i coraz wyraźniej dla oka. Bywalcy odróżniają już New York i Hoboken. Wpływamy do portu. Statek nasz wywiesza znowu potężną flagę angielską
i swoją własną, po czym zwalnia bieg i zaledwie sunie po falach. (…) Tymczasem od małej wysepki, obok której przepływamy cicho, odrywa się mały jak łupina orzecha parowiec, na którym jedzie dwóch dżentelmenów… Są to lekarze z kwarantanny. (…) Lekarze zamieniają parę słów
z kapitanem i okrętowym doktorem, potem wykrzykują: "All right" i odpływają na powrót… (…) Przybywa nowy parowiec, również z dwoma dżentelmenami ubranymi po cywilnemu, ale ze srebrnymi blaszkami na piersiach. Są to celnicy. (…) Tymczasem wpłynęliśmy do bloku, w który okręt nasz wsunął się jak w pochwę, i wysiedliśmy do wielkiego drewnianego budynku, w którym sprawdzają deklaracje, czyli rewidują rzeczy. (…)

Miasto, które na pierwszy rzut oka z morza zarysowało się tak majestatycznie i wdzięcznie, widziane z bliska nie zachwyciło mnie wcale. Pobrzeże portu brudne, między drewnianymi budynkami nie masz bruków; wszędzie leżą kupy śmieci, doki drewniane połyskują brudną wodą, ludność zaś, jak zwykle ludność portowa, wygląda, jakby przed chwilą urwała się od szubienicy. (…) Ściemniało się. Wjechaliśmy na sławną Broadway, wystawy sklepowe biły łuną gazowego światła, czarna i biała ludność toczyła się na chodnikach, szeregi latarni ginęły w oddaleniu. Wreszcie fiakr stanął, wysiedliśmy i po chwili znaleźliśmy się w białym marmurowym przedsionku hotelu
(Central Hotel), ubranym w kwiaty, dywany, jaśniejącym tysiącami świateł. Tu mieliśmy zatrzymać się kilka dni, ażeby odpocząć i nabrać sił do nowej podróży, której kres miał być aż u fal Oceanu Spokojnego. (…)
Urządziwszy się w hotelu, Henryk Sienkiewicz pisze dalej:
(…) Marmury, brązy, dywany, zwierciadła: oto hotele amerykańskie. W New Yorku są to obok banków i poczty najpiękniejsze budynki miejskie. (...) „Central Hotel”, w którym zatrzymałem się na parę dni, jest to pod względem ogromu prawdziwe małe miasteczko…(…) Leży on na ulicy Broadway, największej i najruchliwszej ulicy New Yorku, odznaczającej się szczególniej swoją długością. Wieczorem, gdym tu przybył, zwiedzać już miasta z powodu spóźnionej pory nie mogłem, musiałem więc zadowolić się tylko zwiedzeniem hotelu…(…) Za jedzenie w hotelach amerykańskich nie płaci się osobno, ale koszta jego wliczone są w cenę numeru. Każdy z gości wynajmujących numera ma tu prawo przyjść pięć razy dziennie i jeść, co mu się podoba, bez żadnej osobnej dopłaty… (…) Służbie nie daje się tu nic. Składa się ona we wszystkich prawie hotelach wyłącznie z Murzynów. (…) Kuchnia amerykańska jest najniegodziwszą kuchnią na świecie. Nie chodzi jej o to wcale, żebyś zjadł zdrowo i dobrze, ale o to, byś zjadł jak najprędzej i mógł wrócić do business; wszystko więc obliczone jest na łap cap i tylko wieczorne obiady podają ci cokolwiek staranniej, wieczorem bowiem wszelki business kończy się wraz z uderzeniem piątej godziny.

Pierwszego dnia przyjazdu, zamiast siąść w reading-roomie i zacząć pisać studia o obyczajach amerykańskich, jak to uczyniła pewna korespondentka do jednego z pism warszawskich, która od razu, przez cudowną prawdziwie intuicję obyczaje te zgłębić potrafiła, wyszedłem na miasto przypatrzeć się choćby przelotnie wszystkiemu. Prawda, że w nocy nie doznałem tak silnych wrażeń… (…)

MARZEC – 01. [ŚRODA] – 02. [CZWARTEK]


Pierwsze dwa dni marca Henryk Sienkiewicz zwiedza Nowy Jork:
(…) …spałem tak spokojnie, że mimo woli przychodzi mi wątpić, aby te ustawiczne nocne odgłosy, które słyszała korespondentka, miały istotnie tak tragiczne znaczenie; nie przesądzając jednak ostatecznie tej kwestii, od razu wyszedłem na Broadway i puściłem się na miasto. New York… (…) …nuży cię jednostronnością społecznego życia nie wytwarzającego nic więcej prócz pieniędzy. (…) Niedaleko City Hall wznosi się wspaniały gmach pocztowy, urządzony jak nigdzie na świecie. (…) …w kamienicach otaczających square, czyli piękny wirydarz, mieszczą się redakcje takich potężnych dzienników, jak: „Herald”, „Tribune”, „Times” i „Staats-Zeitung”. (…) Z redakcji dzienników przejdźmy teraz na Wall street (Uolstrit), ulicę niewielką, dość ciasną, ale może jeszcze od Broadway ważniejszą. Jest to ulica bankierów. (…) Schodzimy teraz trochę na dół
ku ulicom portowym. Ruch tu mniejszy, nieporządek jeszcze większy, błoto częstokroć nie pozwala przejść przez ulicę. (…) Dwa dni pobytu
nie starczyło mi oczywiście na dokładne zwiedzenie tego olbrzymiego grodu, który sam siebie empire city nazywa. (…)

MARZEC – 04. [SOBOTA]


Na Dworcu Zachodnim w Nowym Jorku Henryk Sienkiewicz wsiada do pociągu i „koleją dwóch oceanów” wyrusza na Dziki Zachód:
(…) …piątego dnia po przybyciu do New Yorku znalazłem się wraz z towarzyszem moim na Zachodnim Dworcu, z którego kolej wychodzi
do Chicago. załatwiwszy sprawę z rzeczami…, ruszyliśmy w kierunku Wielkiego Zachodu. Wyjechaliśmy z New Yorku w nocy; dlatego brzegi Hudson River widziałem tylko przy księżycu. Szczęściem, noc była jasna od księżyca i od śniegu, który pokrywał okolicę, mogłem więc do woli paść oczy przepysznymi widokami rozpościerającymi się po prawej i lewej stronie kolei. Ogromna, szeroka rzeka błyszczała jakby taśma srebrna. (…)

[1. Rzeka Hudson w 1890 r.; 2. Rzeka Hudson]

[Autor: 1) Yassie; 2) Mwanner. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcie 1. jest własnością publiczną, ponieważ prawa autorskie do niego wygasły. Zdjęcie 2. jest własnością publiczną zgodnie
z wolą autora.]

MARZEC – 05. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz relacjonuje pierwszy dzień podróży pociągiem na Dziki Zachód:
(…) Chwilami przelatywaliśmy przez tunele… (…) Pociągi amerykańskie nie tylko nie chodzą prędzej, ale chodzą bez porównania wolniej
od zwyczajnych europejskich, z wyjątkiem tych nadzwyczajnych pociągów, które bądź to dla fanfaronady, bądź dla oryginalności lub na koniec - interesu przebiegają takie na przykład przestrzenie, jak z New Yorku do San Francisco, w ciągu trzech dni i trzech nocy. My jechaliśmy siedm dni i siedm nocy, wprawdzie bez przystanków dłuższych jak godzinę lub dwie, ale tak, jak jeździ np. u nas kolej terespolska. Nie wliczam jednak
w tę rachubę kilkudniowego przymusowego przystanku na jednej stacji, na której zasypały nas śniegi. Przez owe siedm dni mieszka się
w wagonie, sypia w wagonie, jada w wagonie… (…)

Nazajutrz rano, po pierwszej nocy, rozbudziliśmy się dość późno. (…) Pociąg szedł teraz drogą otwartą i niską, na płaszczyźnie, której krańce zamykały lasy drzew bezlistnych. Okolica była ludna. Po obu stronach widać było farmy z pięknymi domkami w stylu szwajcarskim, krajobraz zresztą dość podobny do polskiego. Gospodarstwa, o ile tę rzecz można ocenić w zimie, ani mogą się porównać z niemieckimi, belgijskimi
lub francuskimi. Liche zabudowania gospodarskie, brak porządnych płotów zupełny, brak rowów: wszystko to przypomina zapadłe strony Podlasia lub Pińszczyznę. (…) Miejscami, jakkolwiek jechaliśmy ciągle stanem New York, najludniejszym i najlepiej zagospodarowanym
ze wszystkich, domki farmerskie, samotnie stojące wśród rubieży leśnych, widocznie świeżo co były wyszły spod siekiery. (…)

W Syrakuzie
(Syracuse) pociąg zatrzymał się pół godziny, dla brekfestu, czyli rannego śniadania, po czym ruszyliśmy do Rochester, miasta leżącego nad samym Ontario. W miarę jak zbliżaliśmy się do Rochester, krajobraz nie zmieniał się wprawdzie, ale stawał się coraz niższy. (…)
W Rochester na koniec zabłysnęła nam błękitna, olbrzymia toń Ontario. Sądziłem, że znów przyjechałem nad morze i że znów oglądam
te bezbrzeżne przestrzenie, na których mdleje i gubi się wzrok. Droga idzie ciągle brzegiem, miejscami nawet tak blisko, że woda obmywa stopy kolejowego nasypu. Patrzącemu przez okno wagonu wydaje się wówczas, że pociąg biegnie po jeziorze. (…)

[01. - 02. Ontario]
[Autor: 01. - 02. Cecylia Pang. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcia 01. -02. są własnością publiczną - zgodnie z wolą autora.]
W ten sposób dojechaliśmy do Suspension Bridge (Niagara Falls Sunspension Bridge), gdzie zatrzymaliśmy się dla obejrzenia Niagary i sławnych
jej wodospadów. Pociąg ruszył dalej; rzeczy nasze powędrowały w kierunku Huron, my zaś wraz z jakimś młodym Anglikiem, którego nazwiska nie pamiętam, najęliśmy konie i ruszyli przez most do wodospadów. Most ten oddziela Stany Zjednoczone od Kanady; na jednej więc jego stronie znajduje się komora amerykańska, na drugiej - angielska; ponieważ zaś wielki wodospad ze strony amerykańskiej jest nieprzystępny, trzeba więc przejechać w posiadłości królowej Wiktorii. Jadąc już przez most można widzieć całą szerokość obydwóch wodospadów (…) Przejechawszy most stanęliśmy wreszcie przed szeregiem domów stojących na wysokim niezmiernie brzegu, tuż koło wodospadu. Wtedy mogłem mu się dobrze przypatrzyć. Rzeczywiście, widok to, na wspomnienie którego mdleje i zwija skrzydła wyobraźnia, a pióro wypada z ręki. Olbrzymia masa wód jeziora Erie spływając potężną gardzielą ku Ontario traci nagle grunt przed sobą i spada w dwóch miejscach w otchłań. (…)

Jakoż z „wszelkimi ostrożnościami” można zejść na dół pod kaskadę, woda bowiem spada z taką siła i pędem, że wygina się i tworzy łuk, między stroną wklęsłą którego a skała znajduje się miejsce wolne, zawalone tylko pianą i lodami. (…) …weszliśmy pod wodospad. Nie wiem dlaczego, wewnątrz huk wydaje się mniejszy jak zewnątrz; szarawe światło dzienne wnika przez zasłonę wody napełniając całą jaskinię ponurym jakimś półmrokiem, półblaskiem. (…) Nic piękniejszego jak wodospad widziany od wewnątrz z dołu. Kiedym spojrzał w górę, zasłona wód wydawała mi się nieruchomą, niby jedną ogromną szybą lodową, i gdyby nie wrzenie u dołu, sądziłbym, że istotnie zamarzła. (…) Potem spojrzałem na dół. Jakąż to niezgłębioną przepaść musiały wybić w ziemi te wody spadające od wieków z takim impetem! Wszystko tam na dole wre, kipi, rozbija się, burzy, słowem istne piekło wodne. (…)

Potem prowadzą jeszcze podróżnych na górę muzeum, gdzie jest mała wieżyczka stanowiąca rodzaj obserwatorium, z którego widać
jak na dłoni całą okolicę. Ściany i balustrada wieżyczki pokryte są tysiącami napisów w języku angielskim, francuskim, włoskim etc. Widziałem także napisy polskie i rosyjskie, każdy bowiem uważa sobie za obowiązek zostawić to swoje nazwisko, również jak i datę odwiedzin.
Co do mnie, jako dobry kolega, przekazałem wiekopomnej nieśmiertelności na ścianie nie tylko swoje nazwisko, ale i wszystkich znajomych, jakich na razie mogłem sobie przypomnieć, wszystkich kuzynek, kuzynów, a nawet ich potomstwa. (…)

[1. Niagara - wodospad amerykański; 2. Niagara - wodospad kanadyjski]
[Autor: 1. - 2. Quistrix. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcia objęte licencją GNU FDL].
Tymczasem ściemniło się. Wodospad obwijał się coraz bardziej nieprzeniknioną zasłoną mgły; począł zacinać drobny deszczyk. siedliśmy
i pojechaliśmy na powrót do Suspension Bridge. Na końcu mostu wpadli na nas celnicy amerykańscy wymagając oclenia wszystkich zakupionych rupieci. Ale dolar wsunięty w rękę naczelnika komory uspokoił jego republikańską troskliwość o dochody Stanów Zjednoczonych i ruszyliśmy dalej w spokoju. (…) Pociąg amerykański nadszedł wkrótce i ruszył przez Kanadę w sam kąt zachodni Ontario, do Hamilton, skąd ciągle Kanadą jechaliśmy na całą noc do Detroit, nad samym brzegiem Erie. (…)

MARZEC – 06. [PONIEDZIAŁEK]


Drugi dzień podróży Henryka Sienkiewicza pociągiem na Dziki Zachód:
(…) Rankiem nazajutrz przybyliśmy do Detroit, miasta leżącego w Michiganie, niedaleko Erie, nad rzeką łączącą wody Huronu z Erie. O tym Detroit wiedziałem z geografii tylko, że istnieje, więcej nic. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy wyszedłszy z dworca na ulicę, ujrzałem miasto ogromne, niezmiernie schludne i tak piękne, jakiego dotąd nie widziałem w Ameryce. (…) Szliśmy wielką ulicą, pełną kościołów, jak się zdaje, katolickich. Po obu stronach ulicy stały nie zwykłe z czerwonej cegły domy, ale śliczne pałacyki oddzielone od ulicy złoconymi sztachetami.
Za sztachetami widać było klomby zieleniejących się już kwiatów, jodły i ciemnozielone piramidalne świerki, między którymi odbijały wdzięczne białe ściany i umalowane różową zorzą wielkie szyby pałacyków. (…) Wyszliśmy na obszerny plac stanowiący rynek miejski. Na środku jego wznosił się piękny posąg któregoś z generałów ostatniej wojny z Południem. (…) Wróciliśmy wreszcie na dworzec. Pociąg odchodził za pół godziny; mieliśmy więc jeszcze czas zjeść śniadanie, na które dano nam bardzo dobrą zupę ze ślimaków gotowanych na mleku. (…)

MARZEC – 07. [WTOREK]


Pociąg jedzie dalej. Henryk Sienkiewicz pisze:
(…) We dwadzieścia cztery godzin po wyjeździe z Detroit przybyliśmy wreszcie do Chicago. Ogromne to miasto leży na południowo-zachodnim brzegu jeziora Michigan i stanowi port dla wszystkich statków krążących między Kanadą a Stanami Zjednoczonymi. (…) Gdy przyjechaliśmy, zapadł wieczór; mimo to natychmiast wyszedłem z hotelu na ulicę. Po rozczarowaniu, jakiego doznałem w New Yorku, po brudach i nieładzie osławionego „Empire City”, Chicago robi wrażenie i przyjemne, i majestatyczne. (…) Wróciłem wreszcie do hotelu, tak zwanego Palmerhouse, gmachu zbitego z wielkich płyt marmurowych, z prawdziwie babilońskim przepychem. Wszystko kapie to od złota, jedwabiów i aksamitu. (…) Ale też ten hotel to największa osobliwość Chicago. (…)

MARZEC – 08. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz pozostaje w Chicago:
(…) Następnego dnia oglądaliśmy jeszcze miasto,… (…)

MARZEC – 09. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz spędza kolejny dzień w podróży pociągiem do San Francisco:

[01. Ketchum]
[Fotografia: Autor: 01) Stephen Mars. Źródło – Wikipedia.]
[Ta grafika została (lub jest niniejszym) opublikowana jako własność publiczna przez jego autora. Dotyczy to całego świata. Autor zapewnia każdemu prawo do użycia tej pracy w dowolnym celu, bez żadnych ograniczeń, chyba że te ograniczenia są wymagane przez prawo.]

(…) …nazajutrz świtaniem puściliśmy się w dalszą drogę. (…) Po upływie dwunastu godzin przybyliśmy na granicę Illinois i Iowa, do stacji,
a raczej osady Clinton, leżącej tuż nad brzegiem Missisipi. Był zachód słońca. (…) W samym Clinton drewniane domy jeszcze nie sczerniały
od słońca i od wiatru. (…) Osada to jakby wczoraj dopiero założona; nieliczne domy stoją na czarnym błocie; to i owdzie świecą wielkie kałuże. (…)

Po półgodzinnym przystanku pociąg wyrusza dalej. Droga idzie teraz krajem zupełnie bezleśnym i podnosi się ciągle, zbliżamy się bowiem
do olbrzymiego płaskowzgórza obejmującego cały środek Stanów Zjednoczonych, a stanowiącego stepy, czyli tak zwane to prerie. (…) …zrobił się dzień prawie zupełny. Światło w wagonach stawało się coraz więcej różowe, aż wreszcie omdlało zupełnie. Zbójeckie twarze awanturników wydawały się blade i pomęczone; tymczasem pociąg stanął: dojechaliśmy do Ketchum, małej stacji leżącej na skraju Iowy, niedaleko od Omaha. (…) …w Ketchum bowiem ujrzałem po raz pierwszy dzikich Indian. (…)

Wśród takich myśli przybyłem do Omaha, na granicę Iowy i Nebraski, to jest mniej więcej na połowę drogi łączącej dwa Oceany; dalszy opis podróży, to jest z Omaha do San Francisco, odkładam do następnego listu. Chwilami, kiedy pociąg zatrzymał się na dłuższy czas, opuszczałem stację i biegłem na step, który zaczyna się tuż za sztachetami mizernego, zwykle drewnianego domu zastępującego tu miejsce banhofu. Śnieg chrzęścił pod nogami, wiatr pochylał wierzchołki wrzosów i szyszki ostów, wystawiające ponad śniegiem; zresztą milczenie panowało głębokie: nigdzie ani ptaka, ani zwierzęcia, ani żadnej żywej istoty. Cisza tu jednak i pustosz ma swój głęboki urok. (…)

MARZEC – 11. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz opisuje kolejny dzień swojej podróży pociągiem do San Francisco:

[01. Flaga plemienia Pawnisów]
[Fotografia: Autor: 01) Himasuram. Źródło – Wikipedia.] [Ta grafika została (lub jest niniejszym) opublikowana jako własność publiczna przez jego autora. Dotyczy to całego świata. Autor zapewnia każdemu prawo do użycia tej pracy w dowolnym celu, bez żadnych ograniczeń, chyba że te ograniczenia są wymagane przez prawo.]

(…) Dnia 11 marca przybyłem wreszcie do Sydney
(Sidney), wielkiej stacji leżącej jeszcze w Nebrasce, ale już na zachodnim jej krańcu. Dworzec kolejowy przybrany jest w Sydney głowami bizonów zastrzelonych z pociągu, stacja bowiem leży na szlaku, którym te zwierzęta w pewnych miesiącach roku ciągną całymi dziesiątkami tysięcy na południe. Niedaleko Sydney pociąg przechodzi przez dzielnicę antylop, których istotnie takie jest mnóstwo, że łatwo dostrzec je z okien wagonów. Prócz antylop mieszkają tu także Indianie Pawnis, którzy przyjeżdżają czasem
na stacje kolejowe dla wymiany skór i kupna rozmaitych drobiazgów. (…) Tego samego dnia wieczorem przybywamy do Pine Bluffs. Jest to granica Nebraski i Wyomingu. Charakter krajobrazu zmienia się zupełnie i ze stepowego przechodzi w górzysty. (…)

Przybywamy wreszcie do Cheyenne. Cała ludność stacji jest zgorączkowana i wzburzona. Jedni przez drugich opowiadają nam, że wczoraj miała miejsce bitwa górników ze Siouxami, w której górnicy ponieśli porażkę; stracili ośmiu zabitych i kilkunastu rannych, a prócz tego wszystkie konie, woły i zapasy żywności. (…) W Cheyenne pociąg zatrzymuje się kwadrans. (…) Na koniec dojeżdżamy do stacji Sherman
(Sherman Hill Summit), najwyższego wzniesienia na całej linii, leżącego na 9000 stóp nad poziom morza. Nic smutniejszego nad widok tej stacji. Na łysej, niewielkiej płaszczyźnie stoi dom z dachem grubo pokrytym zaspami; powietrze rzadkie i tak przenikające, że mimo futer drżymy od zimna. Śnieg pada tu prawie ciągle, wicher wyje i kręci tumanami śniegowych płatków; w niektórych miejscach sterczą nagie, czarne skały, z których dziś wiatr zwiał śniegi, a jutro nowych naniesie. (…)

Dnia 11 marca poczynamy z wolna spuszczać się na dół, ale i z tej strony gór spadek nadzwyczaj jest nieznaczny. (…)

Na koniec przejechawszy jeszcze jedno ramię rzeki, a może tylko dopływ Green River, przybyliśmy do Ogden, stacji, a zarazem i miasta w Utah. Niedaleko od Ogden, ale w bok od wielkiej linii, leży Słone Jezioro i Salt Lake City, stolica mormonów. Na nieszczęście, na parę godzin przed nami przyszedł telegram, że droga jest zasypana śniegiem i że na drugi dzień dopiero będzie wolna. (…)

Nie było więc rady. Śpiesząc się do San Francisco musiałem wyrzec się odwiedzin u mormonów, obiecawszy sobie tylko, że z powrotem zatrzymam się między nimi choćby na kilka dni. (…)

MARZEC – 12. [NIEDZIELA] – 16. [CZWARTEK]


Kolejnych pięć dni podróży Henryk Sienkiewicz wspomina:
(…) Tymczasem pokazało się, że byłbym lepiej zrobił zatrzymawszy się od razu w Ogden, zaledwie bowiem posunęliśmy się o jeden dzień drogi do małej i nędznej stacji Tuano, na której zwykle pociąg zatrzymuje się na trzy minuty, przyszła wiadomość, że dalsza droga nie jest
do przebycia, śniegi bowiem na przestrzeni kilku mil zasypały ją na kilkanaście łokci grubo. Z nudów pierwszego dnia strzelaliśmy ze cztery godziny z rewolwerów; nad wieczorem pożyczywszy rifle od mieszkańców stacji, udaliśmy się na polowanie, powiedziano nam bowiem,
że w pobliskich górach są niedźwiedzie. Z owego polowania wróciliśmy późną nocą, nie widziawszy ani śladu niedźwiedzia, zmęczeni natomiast
i przeziębli, bo nieraz przyszło nam zapadać w śnieg po szyję. (…) We dnie program również był postanowiony. Rano: strzelanie z rewolwerów; nagroda dam: pomarańcza. Udało mi się pozyskać ją zaraz drugiego dnia. Po strzelaniu spacer koło wagonów i turniej damski polegający
na chodzeniu po szynach. Dama, która najdłużej utrzyma się na szynie i przejdzie największy kawał drogi, otrzymuje nagrodę dżentelmenów: pomarańczę. (…)

Na koniec czwartego dnia ktoś puścił wieczorem wieść, że w nocy pojedziemy. Z radości zaimprowizowaliśmy pick-nick, który odbył się bardzo uroczyście u piekarza; potem, pełni najlepszej nadziei, położyliśmy się spać i nazajutrz rankiem rozbudzili się… w Tuano. (…) Na szczęście tegoż dnia wieczorem przyszła już pewna, bo telegraficzna wiadomość, że lokomotywy z pługami rozbiły na koniec śniegi i że za chwilę będą w Tuano. Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy nadeszły. Był już wieczór, i wieczór ciemny bardzo, tylko odblask od śniegów rozpraszał ciemność. Nagle usłyszeliśmy z dala lokomotywy, a wkrótce ujrzeliśmy je w pomroce. (…) Gwar tylko, huk i bicie we dzwony dochodziły długo jeszcze naszych uszu z ciemnej oddali, potem wagony nasze zadrgały, potem uderzyły o siebie i posunęły się z wolna naprzód. (…)

MARZEC – 17. [PIĄTEK]


Nowy dzień podróży Henryka Sienkiewicza:
(…) Wkrótce byliśmy już w Nevadzie, którą jechaliśmy jeszcze cały dzień i noc następną. (…) W nocy marzyło mi się, że jeszcze stoimy w Tuano, dlatego budziłem się co chwila… (…)

MARZEC – 18. [SOBOTA]


Kalifornia wita Henryka Sienkiewicza:
(…)…na koniec, gdy pierwsze promienie słońca zajrzały przez zielone firanki sleeping-caru, ubrałem się i wyszedłem przed wagon. (…) Nevada, razem ze swymi dantejskimi widokami, z zimą i mroźnym wichrem - znikła; byłem w lasach, w ślicznych, rozrosłych na górach sosnowych lasach, wesołych, wonnych i jak gdyby uśmiechniętych w różanych promieniach poranku. Ciepły wiosenny oddech oblewał łagodnie moją twarz.
Nade mną rozpościerało się błękitne niebo; tysiące strumieni szumiało po górach; w lasach brzmiał świergot ptactwa; boki czerwonej skały, wśród której szedł pociąg, pokryte były kwieciem połyskującym rosą nocną; słowem: wszędzie wiosna i przebudzenie, i życie, i wesele.

Byliśmy w Kalifornii. (...) O godzinie jedenastej w południe przybyliśmy do Sacramento, stolicy Kalifornii. Na dworcu czekały całe tłumy ludzi pragnące widzieć pociąg, który niedawno wydostał się z niewoli śniegowej. (…) Po kwadransie przestanku ruszyliśmy dalej. Droga szła
przez parę minut tuż prawie nad brzegiem złotodajnej Sacramento River, która z wiosną bogata w wodę, toczyła poważnie swe czerwone fale zalewając brzegi, a nawet i domki stojące niedaleko brzegów. (…)


[1. Sacramento River]
[Fotografia: Autor: 1. Robert Campbell. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcie objęte licencją GNU FDL].
Na koniec po kilku lub więcej godzinach drogi na krańcu widnokręgu błysnęły błękitne fale morskie. Sądziłem, że to już Ocean Spokojny, była to jednak tylko jedna odnoga, nad którą leży San Francisco i jego przedmieście Oakland, które minęliśmy, nie zatrzymując się wcale. Na koniec
po kilku lub więcej godzinach drogi na krańcu widnokręgu błysnęły błękitne fale morskie. Sądziłem, że to już Ocean Spokojny, była to jednak tylko jedna odnoga, nad którą leży San Francisco i jego przedmieście Oakland, które minęliśmy nie zatrzymując się wcale. (…) …pociąg stanął: podróż nasza również była skończona. Pozostało tylko wsiąść na parowiec i przebyć drugą połowę zatoki, na przeciwległym brzegu której
we mgle morskiej szarzało widne już dla oka San Francisco. (…)

MARZEC – 19. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przybywa na kilka tygodni do San Francisco, gdzie poznaje Juliana Horaina (dziennikarza i literata) oraz emigrantów politycznych po powstaniu listopadowym 1830/1831: gen. Włodzimierza Krzyżanowskiego, kpt. Franciszka Wojciechowskiego, kpt. Rudolfa Korwina Piotrowskiego – i innych.

KWIECIEŃ


Henryk Sienkiewicz rozpoczyna pisanie listów z pobytu w Ameryce.

MAJ


Henryk Sienkiewicz i Juliusz Horain wyjeżdżają na wycieczkę na Mont Diablo. Pierwszy z nich wspomina ten pobyt następująco:
„(…) Gdym (…) patrzył o wschodzie słońca ze szczytu Mount Diablo na okolicę leżącą u nóg moich - z różowej mgły porannej wynurzyła się
z jednej strony szmaragdowa toń morska zatoki z mnóstwem masztów, żagli i różnobarwnych chorągiewek; z drugiej - cały kraj budzący się
ze snu, ale tak wdzięczny, że chyba i szatan nie kusił piękniejszym ze szczytu urwiska Chrystusa. (…)”

CZERWIEC – 20. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przyjeżdża do Anaheim w Kalifornii Południowej, gdzie na życzenie małżeństwa Chłapowskich (Karola i Heleny Modrzejewskiej) ma szukać miejsca
na przyszłą farmę. Mieszka tam pół roku, wyjeżdżając jedynie do Los Angeles i na wycieczki w góry. Początkowo mieszka w Hotelu Planters. Poznaje rodzinę emigranta
z Warszawy, Rudolfa Luedtke. Kilka tygodni spędza w nadmorskiej miejscowości, Anaheim-Landing. Jeszcze w czerwcu pisze do Juliana Horaina:
Dziękuję najuprzejmiej za przesłaną mi „Gazetę”,… (…) Przeczytałem tylko „Opowiadania z czasów przedhistorycznych” (Éli'ego Berthet'a) i „Listy Litwosa z podróży”. (Henryk Sienkiewicz pisze na swój temat.) Te ostatnie sprawiły mi największą przyjemność. Cóż tam za talent! Jaki spryt, dowcip! Czy Pan uważa, że ten genialny młody człowiek rozwija się coraz bardziej, chociaż przy tym łże tak, aż się papier ze wstydu czerwieni?
Co więcej: powiem Panu, że w następnych listach będzie łgał jeszcze dwa razy tyle; będziecie czytać opisy stepów, niedźwiedzi, bizonów, polowań i wypadków, które mu się przytrafiły, słowem, cały romans, w którym oprócz osnowy geograficznej i przyrodniczej wszystko
jest zmyślone – a tylko pewnymi pozorami prawdy ozdobne. Zresztą nic to dziwnego, bo wszyscy tak robią. (…) W Anaheim podoba mi się coraz bardziej, ale przecież tęsknię za czytaniem. Poluję po całych dniach. Zwierzyny wszelkiej tyle tu, ile much.

LIPIEC – 25. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Anaheim. Pisze do Juliana Horaina:
Odpisuję natychmiast i przesyłam zarazem list do mających przybyć kolonistów. (…) W takim razie odtelegrafujcie natychmiast, bo inaczej
nie wiedziałbym, co robić z mieszkaniem dla nich, czy najmować, czy nie. Chciałem początkowo nająć w Anaheim-Landing; byłoby taniej,
a przy tym nad morzem, więc byłyby i kąpiele – teraz jednak wątpię, czy to będzie możliwe, bo tam podobno i ja miejsca na nocleg nie będę mógł znaleźć. (…) Powiadam Wam, że to Anaheim jest jedyne miejsce na świecie. Wyobraźcie sobie, że tu wszyscy ludzie uczciwi – a biednych literalnie nie ma wcale. (…) Poznałem tu hiszpańską rodzinę. Matka lat 50, kompletnie piękna jeszcze, dzieci 15 (piętnaścioro), z których dwie córki, Klaudyna (lat 17) i Matylda (lat 16), po prostu klękajcie narody. Zupełnie nasze kobiety, delikatne, dystyngowane, a jakie piękne! Dom otwarty, gościnny, służby mnóstwo, a Matylda ach! ach! – posagu po 12.000 dol. na „ryło”. (…)

SIERPIEŃ – około 01. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Anaheim-Landing. Pisze do Juliana Horaina:
Jestem znów w Landing, wśród mew i pelikanów. Kąpałem się już parę razy. (…) Ale tu jest bieda: oto nie bardzo jest co jeść, a przy kąpielach jeść się chce. Zresztą słaby jestem i kwita. Nie mogę także wiele pisać, bo muskity pożerają mnie żywcem. (…) Domu w Anaheim
dla towarzystwa jeszcze nie nająłem. (…) Nie wiem, czy skutkiem samotności, czy skutkiem towarzystwa tylko z mewami i pelikanami,
ale nie uwierzycie, w jakiej gwałtownej jestem krysis suchot duszy w tej chwili. (…) Mam tylko pelikany. Onegdaj zabiłem jednego, a gdy spadł ciężko na piasek i począł gasnąć – zdawało mi się, żem popełnił wielkie świństwo. (…) – Gdybym wierzył w Boga, rozmawiałbym z Nim w tej mojej samotności,… (…) Co do hiszpańskiego języka, wyobraźcie sobie, przekonywam się, że każdy z nas umie po hiszpańsku, kwestia tylko
w tym, że nie każdy wie o tym. Najłatwiejszy język na świecie! Biorę książkę pierwszy raz w życiu i trzy czwarte rozumiem bez słownika. Pyszny język! W miesiąc będę chyba mówił jak rodowity Hiszpan.” (…)

SIERPIEŃ – 07. [PONIEDZIAŁEK] – 09. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Anaheim-Landing, skąd wraca do Anaheim i pisze do Juliana Horaina:
Odebrałem depeszę od Sypniewskiego wczoraj i według życzenia Pańskiego zawiadamiam Pana o tym natychmiast. (…) Chciałem
dla przybywającej kolonii nająć mieszkanie w Landing dla kąpieli morskich, ale nie ma podobieństwa, stoi tam bowiem pięć czy sześć bud rybackich w jak najgorszym stanie i więcej nic. Nie ma co jeść, gdzie mieszkać, a wreszcie muskity wyprawiają sobie prawdziwe pikniki
na ludzkiej skórze. (…) Zresztą pusto tam, dziko i tylko ocean huczy, wyrzucając na brzeg wielkie wodorosty, i pelikany kraczą, ważąc się
na ogromnych skrzydłach, nad wodami. Za to tanio. Ja mieszkam u niejakiego pana Max-Neblunga, trzymającego zarazem świństwodajnią, inaczej mówiąc restauracją, w której prócz mnie stołuje się jeszcze trzech rybaków, podobniejszych do rozbójników niż do rybaków. Sypiam
z nim w jednym pokoju, bo drugiego nie ma w całym Landing. Oczywiście jestem tak samotny jak palec. (…) Dodajmy do tego, że w Anaheim zakochałem się śmiertelnie w szesnastoletniej Hiszpance, i że tęskniej do niej, a warunki, w jakich żyję, nie okażą się zbyt urocze. Siedzę jednak w Landing i posiedzę jeszcze ze dwa tygodnie, bo te kąpiele to kwestia dla mnie nader ważna.

Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale chudnę tak, że sam siebie nie poznaję w lustrze. Ubranie zlatuje ze mnie; niby to jestem zdrów, a zżółkłem, sczerniałem, oczy mi wpadły, słowem, wyglądam jak moribundus
(łac. kandydat na nieboszczyka). Może to tylko skutek tego, że chodzę dużo,
więc i wypacam siebie wszelki tłuszcz, tak jak koń wyścigowy, bo zresztą czuję się dość silny,…; zresztą może to jest i miłość do Hiszpanki Matyldy – powiadam Panu: Klękajcie narody! (…) Dzisiaj wyjeżdżam znowu do Landing. (…)
Samo Anaheim-Landing przedstawia tak:
(…) Anaheim Landing jest to osada rybacka, gdzie znajduje się sześć chat, jeden bar, jak tu mówią, czyli po naszemu szynk, i oto wszystko. Mieszkałem u właściciela tego szynku, imć pana Neblunga, a sypiałem z nim razem w jednej izbie, do szynku przyległej. (…)

SIERPIEŃ – 10. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz pisze do Juliana Horaina:
„(…) Umieram z ciekawości i chęci przeczytania „Narodówki” – choć wiem z góry , że będą to insynuacje tyczące patriotyzmu Lea i dowodzące, że „Gazeta” jest organem moskiewskim. (…) Leo zaś prywatnie jest człowiekiem zbyt bogatym, żeby miał brać ruble moskiewskie. Zresztą Moskale nie głupi, żeby je darmo dawać. (…) Ale to u nas tak! Stara historia. Jesteśmy narodem zdemoralizowanym do gruntu i upadłym. Cudzoziemcowi, który by to twierdził, wybiłbym zęby, ale między nami mówiąc: tak jest. Czego chcecie! Wkrótce może w tej samej „Narodówce” wyczytacie swoje nazwisko jako agenta moskiewskiego… (…) Żebyście wiedzieli, jaką mam serdeczną nienawiść i pogardę dla tej nierządnicy, która się u nas opinią nazywa, i jak bezczelnie gotowy byłem i jestem zawsze plunąć jej w oczy, pozazdrościlibyście mi tych uczuć i tej odwagi. Nie tracę nadziei, że ją kiedyś jeszcze wyświecę – może i niedługo. (…)

W „Tygodniku” jest śliczny wiersz Marii Konopnickiej „W górach”. (…) W każdym razie ta panna ma wielki talent. Odyniec w niej zakochany
bez pamięci. Ja trochę. (…)”
[Data ustalona na podstawie analizy treści dwóch listów pisarza do Juliana Horaina: 04. z 09.08.1876 r. i 05. bez daty. Patrz: Sienkiewicz Henryk, Listy, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1977.]

SIERPIEŃ – po 20. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Anaheim.

WRZESIEŃ – 19. [WTOREK] - 21. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz wyjeżdża do Los Angeles na spotkanie z Karolem Bennim. Tam, w Hotelu „Pico House” kończy „Szkice węglem”. W liście do Juliana Horaina pisze:
Przyjechałem do Los Angeles, stanąłem w „Pico House”, bawiłem 19, 20 i 21, oczekując doktora Benniego,… (…) Żebym przynajmniej odebrał jaką wiadomość, jaką depeszę, że nie przyjedzie (Karol Benni). Gdzie tam! Ot, zapłacę rachunek i pojadę do domu jak głupi. Ale trzeci raz na plewy mnie już nie złapią. Skończyłem znowu powieść dość obszerną pod tytułem: „Szkice węglem, czyli epopeja pod tytułem: Co się działo w Baraniej Głowie. Napisał Litwos.” (…) Nie ma jeszcze i dwóch tygodni jak posłałem „Selima Mirzę” – rzecz także dosyć duża, tak więc w Anaheim kropnąłem już: I-o. Pięć korespondencyj bitego pisma, każda po sześć arkuszy, II-o. Dramat w V aktach pt. „Na przebój”, III-o. „Selim Mirza”,
IV-o. „Szkice węglem”. To znaczy, więcej niż w ciągu jakich dwóch lat w Warszawie. (…)

DOKŁADNEJ DATY BRAK


Henryk Sienkiewicz podróżuje po Ameryce, co opisuje w listach.
Ciekawsze fragmenty zamieszczone są poniżej w jednym miejscu z uwagi na trudność ustalenia nawet przybliżonego terminu wydarzenia:
(…) Góry Santa Ana, z których przesyłam list obecny, stanowią południową część ogromnego pasma ciągnącego się w rozproszonych rzutach
i pod rozmaitymi nazwami od Oregonu aż do południowej Kalifornii i meksykańskiej Sonory. Przybyłem tam z Anaheim Landing
wraz z gospodarzem moim, Maxem Neblungiem. …zatrzymaliśmy się u pewnego skwatera, którego odtąd stale będę nazywał Robinsonem, żyje bowiem zupełnie samotny, mieszkając pod namiotem, a za całe towarzystwo mając tylko psa i karabin. Nowy mój Robinson jest to dżentelmen już niemłody, lat około pięćdziesięciu, wyglądający zupełnie tak, że gdybym go spotkał w której z moich wycieczek, bez wahania chwyciłbym
za rewolwer. Ubrany był we flanelową koszulę, w spodnie ze skóry daniela i w podarty meksykański kapelusz, którego wystrzępione kolisko zakrywało twarz zarosłą i groźną. (…)

Henryk Sienkiewicz wyjeżdża na wycieczkę do Kanionu Jacka Harrisona.

WRZESIEŃ – 30. [SOBOTA]


Na przygotowaną przez Henryka Sienkiewicza i Juliana Horaina farmę przyjeżdżają: Helena Modrzejewska z mężem Karolem Chłapowskim, synem z pierwszego małżeństwa, Rudolfem Modrzejewskim, małżeństwo Sypniewskich i malarz Lucjan Paprocki.

PAŹDZIERNIK – 08. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Anaheim. Pisze do Juliana Horaina:
Polacy tedy przyjechali i wysiedli, a jak tylko wysiedli, wybiegł na spotkanie ich młody i nadzwyczaj ujmującej powierzchowności dżentelmen, którym byłem ja. (…) Domem zostali zachwyceni. (…) W środku dom jest nader schludny, a nawet urządzony z pewną elegancją, co jednak
nade wszystko mi się podoba, to to, że leży za miastem, że się jest zupełnie u siebie, a zatem ma się wszelką swobodę. W ogrodzie są przy tym owoce, arbuzy, cytryny etc., etc. (…)

PAŹDZIERNIK


Henryk Sienkiewicz przebywa w Anaheim. Pisze do Juliana Horaina:
(…) Z Paprockim mamy osobny pokój, przerobiony z jakiejś wozowni czy z diabła, ale ubrany, obwieszony dywanami, rycinami etc. W ogóle bardzo nam tu dobrze. Dziwnie się wprawdzie wydaje widzieć np. panią Helenę, którą przywykło się widzieć królującą w królestwie sztuki – natchnioną i okrytą idealnym nimbem – gotującą obecnie biwsztyki lub piorącą bieliznę – ale jak się Pan zapewne domyśla – umie i to robić
ze szczególniejszym wdziękiem. (…) Do „Gazety” po przesłaniu „Baraniej Głowy” nie posłałem także nic, a tu odbieram list za listem od Lea
z wykrzyknikami: „Listów jak najwięcej!” – Muszę się im jakoś wyłżeć i napiszę, że puma podrapała mi prawą rękę, że więc przez jakiś czas
nie mogłem pisać. Możecie im napisać coś podobnego od siebie. Zresztą teraz znów wezmę się do pióra – zamieszkam bowiem bogdaj na parę tygodni w górach wśród dziczy, będę więc znów samotny i napłodzę co niemiara. Oni tam w Warszawie są przekonani, że nie mieszkam
z kolonią, ale gdzieś między Indianami. Nie wywodźcie ich z błędu. (…)”

GRUDZIEŃ


Henryk Sienkiewicz przebywa w Anaheim. Pisze do Juliana Horaina:
(…) Proszę Was, jak zacznie wychodzić powieść moja: „Selim Mirza”, nie czytajcie jej. Zrobiłem, bo musiałem, ale mnie samemu się nie podoba. Miało to być na tle powstania polskiego i byłoby coś dobrego, ale dla przyczyn cenzuralnych zostało przeniesione do Francji w czasy wojny pruskiej. Rozumiecie, że ani tam byłem, ani nic nie widziałem, ani znam kraju, słowem, wyssałem wszystko z palca. Swoją drogą redakcja
i krytycy redakcyjni oczarowani. (…) Drugi cud: powieść moja pt. „Co się dzieje w Baraniej Głowie” przeszła przez cenzurę. (…)


[Ewentualne uzupełnienia i zmiany w treści nastąpią z chwilą ustalenia nowych szczegółów.]