W Bogu zbawienie moje i chwała moja; skała mocy mojej, ucieczka moja jest w Bogu. [Ps. 62; 8]



KALENDARIUM ŻYCIA

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916, 1924 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1877



STYCZEŃ 08. [PONIEDZIAŁEK] – 30. [WTOREK]


W „Gazecie Polskiej” – po pewnej liczbie skreśleń cenzury – ukazują się ”Szkice węglem”.

LUTY – [?] [NIEDZIELA]


W San Francisco Henryk Sienkiewicz wsiada na statek „Mohongo”.


[Autor fotografii: J. J. Berges. Źródło – Wikipedia.][Fotografia ta znajduje się w domenie publicznej w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, ponieważ została opublikowana (lub zarejestrowana w Biurze Praw Autorskich USA) przed 01 stycznia 1923 r.]

Wyrusza nim w podróż do Los Angeles:
(…) Nie pamiętam, czym opisywał już pierwszą moją podróż z San Francisco do Los Angelos. (…) Statek „Mohongo”, stary weteran kursujący niegdyś między Chinami a Kalifornią, pełni obecnie takąż samą służbę między San Francisco a San Diego. Wydostawszy się z olbrzymiej Zatoki San Franciskańskiej przez tak zwaną Złotą Bramę (Golden Gate) na Ocean i przepłynąwszy koło skał Cliff Housu, słynnych z mnóstwa lwów morskich, płynęliśmy na południe, ciągle wzdłuż brzegów. (…)

[01. Golden Gate. 02. Cliff House][Fotografie: Autor: 01. Carry Bass; 02. Mbz1. Źródło – Wikipedia.]
[Zdjęcie 01. objęte jest licencją GNU FDL]. [Zdjęcie 02. objęte jest licencją CC-BY-SA].
Co za cudowna chwila teraz! Szeroka smuga wody w kierunku słońca świeci jeszcze, lśni, błyszczy się, mieni i gra barwami,
jakoby oświecona spod spodu. (…) W owych blaskach migają jakieś wysepki.
- Co to za wysepki? – pytam majtka.
- Endżel Ailand (Angel Island), Anielska Wyspa.
I doprawdy, nie tylko wyspa, ale wszystko tam było anielskie. (…)


[01. i 02. Angel Island][Fotografie: Autor: 01. Kevin Murray; 02. Edward Betts. Źródło – Wikipedia.]
[Zdjęcie 01. objęte jest licencją GNU FDL]. [Zdjęcie 02. objęte jest licencją CC-BY-SA].
Mijamy Endżel Ailand. Zorze gasną. Na purpurowe jeszcze, ale mroczące się już tło wychodzi jedna gwiazda, druga. (…) Po chwili zapalają błękitną latarnię; maszyna świszcze, zawijamy do jakiegoś portu. (…)
- Co to za miasto? – pytam.
- Monterey. (…)
Wkrótce zostaje na pokładzie tylko dwóch: jakiś ksiądz meksykański i ja. Ksiądz chodzi spokojnym krokiem i spoglądając
na gwiazdy mówi pacierz; ja siedzę na ławce i patrzę na światła migające z dala w oknach domów. Skończywszy pacierze ksiądz zbliża się do mnie.
- Bonita noche! (piękna noc) – mówi z cicha, jakby się obawiał spłoszyć jej urok.
Skłaniam głowę na znak potwierdzenia… (…)

Po godzinie wyruszamy naprzód. (…) Powoli przychodzi mi na myśl kraj rodzinny. U nas teraz zima, robi się właśnie ranek, może mroźny, ale różowy ranek. Wioski zasypane śniegiem; dachy białe, sine dymy z kominów wznoszą się prosto ku górze;
po ogrodach gałęzie zasute szronem rysują się nieruchomo i milcząco; przed chałupami skrzypią zamarzłe żurawie studzienne,
a stada wron łopotaniem skrzydeł i zwykłym „kra! kra!” budzą tych, co jeszcze śpią. Obraz znany wam dobrze, ale znad brzegu drugiego Oceanu patrzy się nań przez ów wiersz Mickiewicza: ... ty jesteś jak zdrowie!

Przesiedziałem na pokładzie całą noc. Potem jeszcze upłynęła doba i wreszcie zawinęliśmy do Santa Monica, skąd kolej idzie
do pobliskiego Los Angelos. (…)
Z Los Angeles Henryk Sienkiewicz koleją wyrusza w drogę powrotną, zwiedzając pustynię Mojave (Mohave):
(…) Właściwym jednak moim celem jest opisanie odwrotnej drogi, to jest z Los Angelos do San Francisco, a raczej do środkowej pustyni kalifornijskiej Mohave. (…) Prócz nielicznych stacji kolejowych nigdzie ani domku, ani namiotu. (…) Pociąg poczyna biec wśród amfiteatrów nagich skał, które ciągnąc się półkolami wzdłuż drogi zdają się nie mieć końca. Widać tylko skały i niebo. Spojrzysz na prawo lub na lewo w gardło kanionu, widzisz kamienną, pustą galerię; przed tobą kamienna galeria, za tobą także. Pociąg leci jakby wśród umarłych miast. Gwałtowny oddech lokomotywy, hurkot kół zdwojony echem są jedynymi głosami
wśród panującej tam ciszy. Tu ludzi nigdy nie będzie; nie ma i żadnych innych żywych istot: pusto, głucho! (…) Ciągle też same amfiteatry skalne, też same półkola skał, jedno podobne do drugiego: kamień, kamień... (…)

Nazajutrz rano pociąg zatrzymał się na małej stacji tuż nad granicą Mohave. Stację tę składało kilka domów stojących
bez osłony na nagim stepie, więc zwykły, pomalowany brązowo domek kolejowy, pospolita buda z czerwonych desek z napisem "Bakery" i druga takaż sama zatytułowana: "Saloon", co znaczy po prostu: szynk. Dowiedziawszy się, że z tej właśnie stacji można się dostać na pustynię ciągnącą się wzdłuż linii kolejowej, wysiadłem tu z zamiarem pozostania przez dni kilka. (…)
Gdy pociąg odszedł, poznajomiłem się z urzędnikiem kolejowym nazwiskiem Brown, który zaprosił mnie na nocleg. Powiedział mi także, że do właściwej pustyni, a raczej do lasu palmetów, jest jeszcze cały dzień drogi konno. (…)

…po godzinie drogi stepem, gołym zupełnie jak klepisko i popękanym, zobaczyłem małą dolinę, a raczej wklęsłość, w środku której stała spiczasta chata indyjska i korall, w którym chodziły konie. (…) W trójkątnym otworze wigwamu siedział stary Indianin obdzierając ze skóry zabite wiewiórki ziemne, których kilka już obłupionych suszyło się na słońcu. (…) Nowy mój przewodnik przytroczył do siodła spory worek z kukurydzą i drugi na wodę. (…) Pero („Pies”! – takie było imię Indianina) utrzymywał, że nie mamy potrzeby jechać na stację, że to z drogi itd., ale ja miałem potrzebę, nie życząc sobie jeść jego suszonych obrzydliwych wiewiórek, chciałem zakupić sucharów i czego można było dostać. (…) Przybyliśmy wreszcie na stację. Urzędnik Brown zobaczywszy mego Pera powiedział mu, iż jest wielkim złodziejem i że nikt inny prócz niego nie mógł ukraść Połcików słoniny, które przed paru dniami zginęły. Teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego Pero chciał koniecznie stację wyminąć. Ale prosiłem, aby dano mu pokój, tym bardziej, że nie było jawnie świadczących przeciw niemu dowodów; sam zaś Pero gorąco zapewniał, że jakkolwiek słoninę musiał zjeść „pero” (pies), ale nie „big” (wielki) Pero, tylko mały „pero” na czterech nogach.
Dla zakończenia sprawy posłałem go po wodę, sam zaś poszedłem do "Bakery". Dostałem tam nie tylko sucharów, ale tartej szynki, a przede wszystkim ogromny pęk bananów wiszących na grubej łodydze.

Po południu ruszyliśmy ku pustyni. (…) Jechaliśmy już parę godzin, a widnokrąg nie zmieniał się prawie zupełnie. Skończyła się tylko falistość gruntu, a przed nami legł step równy, szary, jednostajny, po którym błądziłem oczyma, gubiąc je w nieskończonej dali. (…) Jechaliśmy teraz po gruncie pokrytym niezmiernie drobnym piaskiem, podobnym do popiołu, miękkim i ruchomym. Znikły także, już po raz drugi, falistości gruntu. Jak mogłem okiem sięgnąć, rozciągała się przed nami i obok nas równina szara, gładka jak stół. (…) Naokół nie rosło ani jedno źdźbło trawy, nic i nic, tylko niebo w górze, popielata, wygłodzona toń piaszczysta
na dole. Pero podniósł się w kulbace, zatoczył brązową ręką łuk ogarniający widnokrąg i rzekł:
- Mohave.
Jechaliśmy jeszcze z pół godziny, nie dostrzegając naokół ani jednego przedmiotu. Nicość założyła tu sobie królestwo. (…) Czerwoni nie mieszkali tu nigdy, bo na Mohave nie ma wody i zwierząt. Koń i jeździec musi tu umrzeć. Czerwoni mieszkali niżej
(tu ukazał ręką w kierunku Los Angelos), w górach, gdzie rosną drzewa, i co wiosna jeździli na bawoły na drugą stronę. Tam step pokryty jest trawą. (…)

Henryk Sienkiewicz pisze do Juliana Horaina:
(…) Luty – Niedziela – Bóg widzi, nie wiem który.

Szanowny i kochany Kolego!

Widzę, że jesteście prawdziwy Litwin, jeden z takich, o jakich W. Pol
(Wincenty Ferreriusz Jakub Pol) mówi:

Kiedy szczery, jak wosk mięknie,
Ale kiedy kto zahaczy,
To i w grobie nie przebaczy.


– Cóż u diabła! Cóż tam ja zahaczyłem? (…) Czy na koniec mój list przedostatni rozgniewał Was? (…) Czy może Wam kto nagadał iniurii
(niesprawiedliwości) na mnie? – Jeżeli za list – toć Wy jako literat powinniście wiedzieć, jak sądzić literata, który dla stylu,
dla jakiejś metafory, metonimii lub synegdoche rodzonemu ojcu łatkę przypnie. (…) – Jeżeli kto w St. Francisco nagadał iniurii – mój Boże – idźcie lub jedźcie do Warszawy – tam być może najszanowniejsi skądinąd ludzie powiedzą o mnie, że 1. jestem szpiegiem utrzymywanym w St[anach] Zjednoczonych za ruble rosyjskie, 2. podpalaczem, 3. (najbliższe prawdy) gwałcicielem nieletnich dziewcząt, począwszy od lat dwóch, skończywszy na 50 – 4. złodziejem kieszonkowym lub bankowym, 5. pijakiem nałogowym cierpiącym delirium tremens, 6. (hm! hm!) karciarzem… i wszelkie et caetera, które z powyższych pięknych danych wypadają. (…) Dajcie sobie z tym spokój. (…) „Gazety” już nie chcę, choć tam wychodzi podobno jakaś „Barania Głowa”, utwór genialny ulubionego mego autora Litwosa. (…) Tyle jestem bezczelny, że ani mi się śni wstydzić tej mojej zmienności. (…)

W St. Francisco posiedzę tak długo, jak wypadnie z rachunku, złożywszy tylko to, co potrzeba na drogę, do banku. – Na drogę? gdzie? nie wiem… (…)

MARZEC


Finanse Karola Chłapowskiego kurczą się. Henryk Sienkiewicz porzuca Anaheim i i przeprowadza się do San Francisco na Minna Street 619 i wspomina:
Jak długo w San Francisco bawić będę – nie wiem. (…) Piszę także dramat amerykański z walki z tutejszych partii, nie dlatego, aby wam go przesłać, ale aby go wystawić w tutejszych teatrach i jeśli się uda, zrobić grube pieniądze. (…) Ten dramat, jeśli zrobię, zrobię w dwa tygodnie. (…) Nie spodziewam się nic po nim, ale dlaczego nie spróbować, tym bardziej, że te moje kochane U. S. pod względem literatury stoją najniżej ze wszystkich białoskórych ludzi na świecie. (…) Prócz tego („Listów z podróży”) bazgrzę tam i coś innego. (…) Ale lękam się, że talentu mi nie starczy, że nie potrafię postaci tak odmalować, jak je odczuwam.
Po staremu wątpię o sobie! A przy tym wiele rzeczy mam innych, nie dokończonych, które by pierwej skończyć należało. Zachęćcie mnie, jeśli więcej macie wiary w moje pióro niż ja sam. (…)

MARZEC – 30. [PIĄTEK]


Tuż przed Wielkanocą, po nieporozumieniach z zazdrosnym o żonę Karolem Chłapowskim, Henryk Sienkiewicz wyjeżdża do Sebastopola. Zamieszkuje u kapitana Rudolfa Piotrowskiego.

MARZEC – 31. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 01. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu. Pisze do Juliana Horaina:
Onegdaj przyjechaliśmy do Sebastopola. (…) Żebym miał talent do rysunków, wyrysowałbym wam Sebastopol: chałupka –
za nią suchy stawek, potem górka, potem znów górka, a wszystkie łyse porozkopywane, podrapane, świecące bezwstydną golizną, kamieniami, rumowiskiem i żółtą trawką. (…) Powtarzam, że ja zdrów mniej więcej na ciele i umyśle – umyślnie
i dobrowolnie opuściłem dla tej sielanki San Francisco. (…) Człowiek w rozkoszach staje się egoistą. Czy się zmienię? Zapewne! Opalę się, a może także dostanę odcisków, bo tu dużo kamieni. Zapomniałem o polowaniu; gdy piszę, muchy mi łażą po nosie, oczach, czole, ustach i za kołnierzem, muszę więc polować, choćbym nie chciał. Pcheł także jest trochę, więc zwierzyny nie brak. Żebyście mi zapłacili, nie wrócę. Człowiek na łonie natury bliżej Boga. A jak tak kocham naturę i sielankę. (…) Jest mi tu tak dobrze, że nie umiem wypowiedzieć. Osiadłbym tu nawet na zawsze, gdybym był pewny, że mam duszę. (…) Pokój mojej duszy, która mi się gdzieś zapodziała. (…) Dzisiaj jest pierwszy dzień Wielkanocy. (…) Polecam się Waszej pamięci, Wy zaś nie macie potrzeby polecać się mojej, bo choćbym chciał zapomnieć, nie mogę. Ten sentymentalizm płynie z bólu zębów. (…) Mam nawet rozrywkę z tego, gdy myślę, jakby to było dobrze, gdyby mnie nie bolały. (…)

KWIECIEŃ – 02. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 03. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 04. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 05. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 06. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 07. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 08. [NIEDZIELA] - 09. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu. Pisze do Juliana Horaina:
(…) Tymczasem piszę. Zacząłem amerykański dramat. (…) Akt I-szy skończony. Czytałem go kapitanowi Piotrowskiemu. Podobał mu się. (…) Mam choć tę jedną pociechę, że obietnic moich dotrzymuję. – Obiecałem pracować, więc choć myśl własna ucieka
ode mnie – ściągam ją gwałtem i pracuję. (…) Powtarzam Wam, iż prawdopodobnie wszystko się tak złoży, że długo już
nie zabawię w Ameryce, a jak raz wyjadę, to i miejsce po mnie zastygnie, i pamięć zaginie. Wszystko to dopiero prawdopodobne. (…)

KWIECIEŃ – 10. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 11. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 12. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 13. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 14. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu.

KWIECIEŃ – 15. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Sebastopolu. Pisze do Juliana Horaina:
(…) Positively (stanowczo, z pewnością) przenosimy się do Haywards, zatem o godzinę drogi od St. Fran[cisco], bliżej Was wszystkich, będę lepszej myśli. Z Sebastopola wyjeżdżamy jutro, t.j. w poniedziałek. (…)

KWIECIEŃ - 16. [?] [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz opuszcza Sebastopol i przybywa do Haywood, gdzie kończy dramat amerykański, nieznany dzisiaj dramat osnuty na tle stosunków amerykańskich. [W 1954 r. Bibliteka Zakładu im. Ossolińskich nabyła prawdpopodobnie fragment tego dramatu, obejmujący jedenaście obustronnie zapisanych kart autografu - sygnatura biblioteki 12583/II.]

KWIECIEŃ – 17. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Haywood.

KWIECIEŃ – 18. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Haywood.

KWIECIEŃ – 19. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Haywood.

KWIECIEŃ – 20. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Haywood.

KWIECIEŃ – 21. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Haywood.

KWIECIEŃ – 22. [NIEDZIELA] – 23. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Haywood. Pisze do Juliana Horaina:
(…) Stokrotne dzięki pani Helenie za parę słów w Waszym liście. Jest to dla mnie pokarm niebieski. Całuję jej ręce i proszę
o pamięć. (…) Za każdą przesyłką jestem pewny, że upadnie moja dobra sława literacka, a po każdej nowej pochwale pytam sam siebie, kto się łudzi. (…)

DOKŁADNEJ DATY BRAK


Henryk Sienkiewicz pisze do Juliana Horaina:
(...) Odebrałem także przesłane mi przez kap[itana] Piotrowskiego listy z domu, a w nich masę wiadomości o recenzjach
w rozmaitych gazetach, z których widzę, że gwałtem chcą ze mnie zrobić wielkiego człowieka, czyli podejmują się równie trudnego, jak niewdzięcznego zadania. (…) …w tych dniach im napiszę: „Kiedym taki wielki, to przysyłajcie równie wielkie monety”. (…) Co porabia pani nasza? Dawno już nie pisaliście mi o niej. (…) Drżę z bojaźni, co powie o moim dramacie,
i czy znajdzie w nim nie już rolę godną siebie, bo na to trzeba być Szekspirem, ale przynajmniej możliwą. Zresztą powiedzcie,
że przerobię, zmażę, przepiszę, podrę i naprawię wszystko jeszcze dziesięć razy, jeśli tego zażąda. (…) Przesyłam do Was znów list do naszej pani, który chciejcie jej oddać na tychże samych warunkach jak i poprzedni, tj. na cztery oczy,… (…)

LIPIEC - SIERPIEŃ


Henryk Sienkiewicz zwiedza Maripozę (Mariposa). Na kilka tygodni zatrzymuje się w San Fracisco.

SIERPIEŃ - 07 [WTOREK]


Podczas pobytu w San Francisco Henryk Sienkiewicz uczestniczy w zatrzymaniu przestępcy. O godz. 10 przed południem wspólnie z Julianem Horainem spacerował
po ul. Montgomery. Tak pisze na ten temat:
Obecnie bawię w San Francisco, gdzie przyjechałem umyślnie na występy pani M[odrzejewskiej] z Maripozy. (…) Potem w moich oczach jakiś Hangs, konsul Gwatemali, zabił niejakiego pana Leslie (być może, ze inaczej się pisze). Należałem do liczby tych, którzy złapali za kark zabójcę i odbierali mu rewolwer. Żałowałem następnie bardzo, że nie wsadzili mnie jako świadka do kozy, bo tu świadków czasem sadzają do kozy, aby ich usunąć spod wpływów rodziny oskarżonego, ale za to płacą pięć dolarów dziennie (nie wiem, czy i w Kalifornii), czyli sumę, jakiej zapewne żaden literat na dzień nie zarabia. Koniec końców nie wsadzili mnie i pojechałem do Maripozy. Maripoza to jeden ogromny las; w tydzień po moim przyjeździe wlazłem w gąszcza
za postrzelonym sępem ze strzelbą, w której jedna lufa od śrutu była właśnie wystrzelona, a druga od kuli nie nabita, i spotkałem się nos w nos ni mniej ni więcej, tylko z madame la Cougouar. Madame huknęła na mnie i parsknęła gwałtownie, ja zaś jako
nie przedstawiony, cofnąłem się z takim pośpiechem, że przyniósłby on zaszczyt najlepiej wychowanemu dżentelmenowi. (…) Kuguarzyca schroniła się do starej miny srebra, ja zaś do chałupy. (…)

SIERPIEŃ – 20 [PONIEDZIAŁEK]


Tego dnia w California Theatre w San Francisco ma miejsce amerykański debiut Heleny Modrzejewskiej, na który z lasów Maripozy przybywa Henryk Sienkiewicz
i w korespondencjach do „Gazety Polskiej” entuzjastycznie pisze się na temat jej występu:
(…) Olbrzymie afisze teatralne porozlepiane na rogach ulic w San Francisco dnia 20 sierpnia doniosły wszem wobec i każdemu
z osobna, że "celebrated Polish artist, Mrs. Helena Modjewska" ma się ukazać na scenie California Theatre w roli Adrianny Lecouvreur. Tegoż samego dnia, wezwany poprzednio listem Horaina, przybyłem z lasów Maripozy. Była szósta godzina
po południu. Udałem się natychmiast do mieszkania artystki, aby osobiście dowiedzieć się, jakim sposobem cud ten przyszedł
do skutku. Odpowiedziano mi, że już jest w teatrze. Poszedłem do teatru – i nie mogłem się dostać do wnętrza, więc stanąłem przed afiszem i… nie chciałem własnym oczom wierzyć. (…) Uderzyła godzina ósma, weszliśmy do teatru. (…) Z zeszytem roli Roxany w ręku, poważna, może wzruszona, ale spokojna, zbliżyła się na przód sceny. Światła kinkietów rzucały na nią blaski. Idealna postać: rysy tak czyste, jakby wyszła spod dłuta Fidiasza, szlachetność rozlana w całej postawie i ów niewypowiedziany czar niewieści, znany wam dobrze, wrażenie uczyniły niezmierne na nieprzywykłej do takich postaci publice. Cisza stała się tak głęboka, że nie przerywał jej najmniejszy szmer. Na koniec posąg przemówił. Wy znacie czary tego głosu głębokiego, serdecznego, w którym drgają łzy i srebro… (…) Gdy skończyła, cisza trwała jeszcze przez chwilę, jakby publiczność nie zdołała się ocknąć od razu z upojenia. Potem… trudno opisać, co się stało. Burza prawdziwa oklasków, okrzyków, nawoływań. Zimna
z natury publiczność uniosła się do tego stopnia, iż potem dziennikarze mówili mi, że jak Ameryka Ameryką, nie pamiętano takiego entuzjazmu. (…) Teatr wył, ryczał, klaskał, tupał. Mężczyźni odbierali swoim ladies bukiety i ciskali je na scenę; starzy rodacy nasi płakali jak małe dzieci; słowem, oczywistość przeszła wszelkie nadzieje i wszelkie oczekiwania. (…) Wywołano przeciw zwyczajowi jedenaście razy artystkę. Gdy się ukazywała, mężczyźni wstawali i odkrywali głowy. (…) Było to po prostu wzięcie szturmem Ameryki. (…)
Już sierpniowe sukcesy sceniczne Heleny Modrzejewskiej przyczyniają się do tego, że wśród Amerykanów wzrasta zainteresowanie Polską. Dla jednego z dzienników
San Francisco Henryk Sienkiewicz pisze artykuł o Polsce, o którym aktorka wypowiada się z uznaniem:
Litwos napisał bardzo piękny artykuł o Polsce, który przetłumaczyłam na angielski język i będzie w tych dniach wydrukowany. Właściciel dziennika zażądał go z powodu moich występów.

SIERPIEŃ – 21. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

SIERPIEŃ – 22. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

SIERPIEŃ – 23. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco. Pisze o rosnącej sławie Heleny Modrzejewskiej:
(…) …odbyło się trzecie przedstawienie Adrianny. Przed samym przedstawieniem przybyła do artystki deputacja niemiecka,
aby grała w niedzielę, w który to dzień nie ma zwykle przedstawień w Ameryce. (…)

SIERPIEŃ – 24. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

SIERPIEŃ – 25. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

SIERPIEŃ – 26. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

SIERPIEŃ – 27. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

SIERPIEŃ – 28. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

SIERPIEŃ – 29. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

SIERPIEŃ – 30. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

SIERPIEŃ – 31. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

WRZESIEŃ – 01. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

WRZESIEŃ – 02. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

WRZESIEŃ – 03. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

WRZESIEŃ – 04. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

WRZESIEŃ – 05. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

WRZESIEŃ – 06. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

WRZESIEŃ – 07. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

WRZESIEŃ – 08. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

WRZESIEŃ – 09. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco.

PAŹDZIERNIK - LISTOPAD


W październiku, na zaproszenie sportowego klubu kalifornijskiego, pisarz wyrusza na stepy Wyomingu na kilkutygodniową wyprawę myśliwską na jesienny ciąg bawołów:


[01. Położenie Gór Skalistych w Ameryce Północnej]
[Fotografia - Autor: 01. Al guy. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcia objęte są licencją GNU FDL].
(…) Nie pisałem do was dawno, ponieważ długi czas spędziłem w Wyomingu na wyprawie myśliwskiej, która trwała przeszło miesiąc. Towarzystwo sportsmenów w San Francisco, złożone z bogatych ludzi, często nie wiedzących, co robić z pieniędzmi, przesłało mi zaproszenie do owej wyprawy wraz z biletem na podróż do lasu i na powrót. Zrozumiecie łatwo, że nie namyślałem się długo. Na drugi dzień po odebraniu zaproszenia udałem się do naczelnika przyszłej wyprawy, pana Woothrup, którego poznałem na parę miesięcy przedtem. (…) Co do przygotowań moich osobistych, to nie licząc broni, której nie potrzebowałem kupować, koszt ich ograniczał się na zakupienie dwóch kołder flanelowych i futrzanej czapki. Miałem za to perspektywę przepędzenia miesiąca czasu w Górach Skalistych (Rocky Mountains)… (…) …kupiłem więc jak najśpieszniej dwie kołdry, opatrzyłem broń rdzewiejącą nad łóżkiem w mieszkaniu Horaina, nabyłem jeszcze nowy nóż, stary bowiem złamałem
w Maripozie, i byłem gotów. W dwa dni później wyruszyliśmy na wschód. (…)

[02. Bawół (bizon)]
[Fotografia – Autor: 02. Ceasol from Edmonton - Canada. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcia objęte są licencją CC-BY-SA].
Głównym… przedstawicielem świata zwierzęcego jest bawół (buffalo). (…) Mówiono mi, że potężne samce, poczytując zapewne lokomotywę za jakieś zwierzę pokrewnego sobie rodzaju, pochylały potężne łby za jej zbliżeniem się, jakby wyzywając ją
do walki. Oczywiście walka ta kończyła się… (…) Zamiarem naszym było spolować obszerny kanion ciągnący się między dwoma równoległymi pasmami Gór Słodkiej Wody (Sweet Water Mts.). Kanion ten nosi nazwę kanionu Północnych Wideł Platty, środkiem jego bowiem płynie rzeka tegoż nazwiska (North Fork of Platte R.). (…) Przybywszy do Percy, stacji leżącej nad North Fork
of Platte R., zastaliśmy już wszystko przygotowane. Wozy dla nas wraz z mułami i końmi wierzchowymi nadeszły z Cheyenne.
Do każdego wozu przydany był mulnik, razem więc sześciu mulników do sześciu wozów, nie licząc dwóch przewodników Metysów: Smitha i Bulla, oraz starego strzelca zwanego Left Hand (Lewa Ręka, mańkut), którego prawdziwego nazwiska
nie mogłem się dopytać, ale z którym zaprzyjaźniłem się wielce od razu. (…)

[03. Rzeka Platte z dopływami: Platte Północna i Platte Południowa]
[Fotografia – Autor: 03.) Kmusser. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcia objęte są licencją CC-BY-SA].
Powiedziałem Woothrupowi, abyśmy ruszyli natychmiast; on jednak pragnął najprzód ułożyć regulamin podróży, a po wtóre doczekać się wiadomości od Mac Clella, które miały nadejść wieczorem. Jakoż wieczorem przyjechał z Cheyenne sam Mac Clell, człowiek niezmiernie ugrzeczniony, o twarzy najbardziej złodziejskiej, jaką sobie można tylko wyobrazić. Oświadczył, że zrobił wszystko, co było w jego mocy, że Utanie obiecali mu także wszystko, co będzie w ich mocy, że mają nam dodać eskortę
przy Medicina R., słowem, że możemy być zupełnie bezpieczni. Tegoż dnia wieczorem ułożony został dzienny porządek wyprawy. Naczelnikiem jej miał pozostać, jak dotąd, Woothrup. (…) Na dworze było ciemno, a przy tym wiatr z pustyni północy przejmował do żywego. Obwinąwszy się jednak w skórę bawolą i mając takąż drugą pod sobą wkrótce uczułem błogie ciepło rozchodzące się po kościach. Ale kwik mułów gryzących się w ogrodzeniu i klątwy mulników, którzy nadeszli, aby je uspokoić, nie pozwalały nam zasnąć. Zapaliliśmy więc fajki i poczęli gawędzić. Na wozie było nas czterech: Woothrup, Thompson, Ward i ja… (…)

Nazajutrz rano wyruszyliśmy świtem w drogę. (…) …pierwszego rana wyruszyliśmy szczęśliwie. (…) Metysowie przewodnicy, Smith i Bull, ruszyli naprzód, a że jeszcze niezupełnie było widno, wkrótce więc ujrzeliśmy ich zaledwie majaczących wśród szarego światła poranku, a potem znikli nam zupełnie z oczu. Gdy się rozwidniło, począłem przyglądać się okolicy. Jechaliśmy środkiem obszernego kanionu, który jakby olbrzymia, na kilkanaście mil szeroka ulica szedł na północ. Dwa boki, a raczej dwie ściany jego boczne stanowiły pasma Gór Sweet Water Mts. (Słodkiej Wody); przez przerwy zaś pasma leżącego po prawej stronie widać było południową grupę Black Hills (Czarnych Gór). (…) Posuwaliśmy się naprzód z wolna wzdłuż koryta Północnych Wideł (North Fork) Rzeki Platty, płynącej środkiem kanionu wprost na północ i dopiero znacznie wyżej skręcającej na wschód,
w kierunku Missouri, do której, przebiegłszy całą Nebraskę, wpada pod Omaha. (…) Okolica zdawała się być zupełnie pustą
i jednostajną. Przed nami zawsze taż sama rzeka i ten sam kanion ciągnący się do nieskończoności… (…) O’Leary i Winson, którzy zapuszczali się w step z drugiej strony, również nie widzieli nic nareszcie koło godziny dziesiątej z rana ujrzeliśmy pasemko zarośli ciągnące się prostopadle do rzeki, a na poprzek naszej drogi. (…)

Po przebyciu zarośli leżących na drugim brzegu, ujrzeliśmy ślady stada wielkich antylop złożonego z sześciu sztuk. (…) …stary mańkut kazał nam teraz rozproszyć się po stepie tak, abyśmy nie tracąc się z oczu zajęli przestrzeń na milę przynajmniej. (…)
…widziałem więc doskonale flegmatycznego Thompsona, jak zatrzymawszy konia zmierzał się z karabinem, po chwili z końca lufy wybuchnął biały dymek, rozległ się strzał, po którym Thompson począł galopować naprzód. (…) Była to antylopa ciemnego koloru z żółtymi cętkami na grzbiecie, młoda jeszcze, na nóżkach tak cienkich jak badylki. (…) W samo południe zatrzymaliśmy się
dla zjedzenia lunchu. (…) Po lunchu powyciągaliśmy się przy ogniu na naszych kołdrach i pookrywawszy się skórami, pokrzepialiśmy spoczynkiem kości strudzone trwającą od świtu konną jazdą. Koło godziny trzeciej ruszyliśmy dalej. Kraj
nie zmieniał się ani na jotę; aż do noclegu nie zaszło nic godnego uwagi, nie padł ani jeden więcej strzał. (…) Na nocleg stanęliśmy w wierzchołku kąta utworzonym przez ujście strumienia do rzeki. (…) Prosiłem Woothrupa, abym ja należał do tych pierwszych wartowników, na co się chętnie zgodził. Odjechawszy na jakie trzysta kroków w ciemność, zatrzymałem konia.
Na tęż samą mniej więcej odległość miałem po prawej ręce Le Clerca, a po lewej Warda. Noc zaczęła się spokojnie. (…)

Drugi i trzeci dzień… (…) Jedynym wypadkiem była sprzeczka Warda z Thompsonem, zagodzona z wielkim taktem
przez Woothrupa, jedyną zaś pociechą to, że droga stawała się coraz lepszą. Zagłębienia na stepie znikły, mogliśmy więc posuwać się prędzej i w kierunku zupełnie prostym. Szczyty Sweet Water Mts. ciągnące się po lewej stronie rzeki zmniejszały się coraz bardziej. (…) Pewne zniechęcenie poczęło ogarniać nasze grono. Trzy dni konnej jazdy nuży, zwłaszcza gdy nic nie zajdzie takiego, co by dozwoliło zapomnieć o zmęczeniu. (…) Towarzysze moi zaczęli coraz częściej zsiadać z koni, aby szukać wypoczynku na wozach; ja, przyzwyczajony już do ciągłych konnych wycieczek w południowej Kalifornii, męczyłem się mniej
od innych i przepatrywałem okolicę staranniej. Towarzyszył mi zwykle Ward, który od czasu sprzeczki z Thompsonem zaczął się mniej ze mną sprzeczać. Zapraszaliśmy z sobą i Lewą Rękę; ten jednak mało oddalał się od karawany… (…)

Czwarty dzień przeznaczony był na wypoczynek… (…) Przyłączyłem się do Metysów Smitha i Bulla i ruszyliśmy razem w kierunku wschodnim. Tym razem los nam sprzyjał; zaledwie bowiem oddaliliśmy się na parę mil (angielskich) od karawany, z krzaku rosnącego opodal wysunął się duży ryś, szary, cętkowany, nie dalej jak o trzydzieści kroków od nas. Wstrzymawszy natychmiast konia strzeliłem doń tak szczęśliwie, że zabiłem go na miejscu. Kula strzaskała mu wierzchnią część karku wraz z kręgami szyjnymi. Ale, gdym dla pewności zeskoczywszy na ziemię dobijał go jeszcze kilku pchnięciami noża, z pobliskiego krzaku ruszył się drugi, który utaił się po strzale i zaślepiony wściekłością lub trwogą ruszył wprost na mnie. Zaledwie miałem jednak czas przyklęknąć przysłoniwszy jedną ręką oczy, drugą trzymając straszliwy bowie-knife, gdy w powietrzu świsnęło lasso, rozległo się jakby uderzenie biczem; schwytany za szyję zwierz beknął chrapliwie, zwinął się w kłębek i odbijając się jak piłka od kamieni
i gruntu stepowego porwany został jakby wichrem w step przez Metysa Smitha. Drugi przewodnik, Bull, schwytał tymczasem mego konia, z którego zsiadłem dla dobicia mojej ofiary, a który, w chwili gdym przyklęknął, uciekł, i galopował w kierunku karawany. (…)

We cztery godziny potem stanęliśmy na nocleg; przedtem jednak jeszcze straciliśmy jednego muła, który upadł przy przeprawie przez strumień tak nieszczęśliwie, że złamał nogę. (…) Z polecenia Woothrupa miałem czuwać nad strażami pilnującymi stada, przejeździłem więc na koniu całą noc. (…) Noc cała przeszła bez wypadku. Świtaniem, gdy większość towarzyszów wyszła już
z obozu z blaszankami po wodę, zsiadłem z konia i położyłem się spać. Przespałem aż do lunchu. (…) Jechaliśmy dalej spokojnie. Nad wieczorem znów znaleziono ślady bawołów, które tym razem sam oglądałem. (…) Wjeżdżaliśmy jednak widocznie w okolicę obfitującą w zwierzynę, co można było poznać z wielkiej ilości antylop. Następnej nocy zachowywaliśmy też same ostrożności
jak poprzedniej; nic jednak nie zaszło godnego uwagi. (…)

[04. Widłoróg (antylopa widłoroga) - para]
[Fotografia – Autor: 04.) Samsara. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcia objęte są licencją CC-BY-SA].
Nazajutrz około godziny ósmej rano stary strzelec, który świtaniem wyszedł był na zwiady i dopiero co powrócił, zbliżywszy się
do mnie szepnął z cicha, abym udał się za nim. Wyjechaliśmy obaj z obozu konno. Kanion, który od kilku dni zwężał się
coraz bardziej, nie był w tym miejscu szerszy niż na sześć do ośmiu mil angielskich; wkrótce więc dojechaliśmy do gór. (…) Zatrzymaliśmy się u wejścia do jednego z bocznych kanionów. Tu stary strzelec zsiadł z konia i mnie kazał to uczynić, a następnie odprowadziwszy konie ukrył je w rozpadlinie gruntu porośniętej krzewiną. – Teraz musimy pójść piechotą - rzekł do mnie. (…) Poszliśmy. Wąskie gardło bocznego kanionu prowadziło nas w głąb gór. Gardło to jednak rozszerzało się stopniowo coraz więcej. Przy samym wyjściu stary zatrzymał mnie: - I will show you something. (Chcę panu coś pokazać) - rzekł. Co? - Buffalo! - Serce zabiło mi z radości. (…) Po kilkudziesięciu jeszcze krokach kanion rozszerzył się nagle w polankę, której brzegi pokryte były zaroślami, środkiem zaś ciągnęła się łąka, przez którą przepływał mały strumień. (…) …na środku łąki ujrzałem potężnego bawołu stojącego spokojnie opodal strumienia. Zasunąwszy się jeszcze głębiej w zarośla począłem się czołgać. Upłynęła może
z godzina czasu, zanim zmieniłem kierunek w stronę brzegów polanki. Poruszałem się z największą ostrożnością, aby nie potrącić nawet gałązki. Przez cały ten czas nie widziałem zwierzęcia, ale za to, gdym się doczołgał do brzegu, ujrzałem je w całej okazałości. Wyznaję, iż ponieważ były to pierwsze moje łowy na bawołu, serce biło mi nie tylko ciekawością, myśliwskim zapałem, ale i pewnym wzruszeniem, nieco do strachu podobnym.

Ten bawół stojący teraz ode mnie nie dalej jak sześćdziesiąt jardów, wydawał mi się już nie tylko wielkim, ale po prostu potwornym. Był to istotnie potężny zwierz z ogromnym łbem, szerokim może na półtrzeciej piędzi, z rogami tak czarnymi
jak heban, zaledwie widocznymi wśród kudłów pokrywających głowę, garb i w ogóle przednią część ciała. Kudły te były prawie zupełnie czarne, reszta zaś sierści jednostajnego brązowego koloru. Zwierz nie podejrzewając niebezpieczeństwa stał spokojnie, nie pasąc się trawą, ale poruszając z wolna żuchwami, z których zwieszała się ślina. (…) Opanowawszy wzruszenie wymierzyłem doń spokojnie, ponieważ zaś stał obrócony do mnie lewą stroną, starałem się trafić go w serce. (…) Strzał był niedaleki i do tak wielkiego zwierzęcia łatwy, po chwili więc pociągnąłem za cyngiel. Po moim strzale rozległ się drugi,
tak jednocześnie, że prawie nie mogłem go odróżnić. Według polecenia Lewej Ręki zamiast wyskoczyć z zarośli, przysiadłem spokojnie czekając, co się stanie, łatwo więc wyobrazić sobie moje zdziwienie, gdym ujrzał, że bawół nie drgnął nawet, zupełnie tak, jakby nie słyszał naszych strzałów. Po chwili jednak zwierz poruszył się, zachwiał i nie wydawszy najmniejszego głosu klęknął na przednie nogi, a następnie zwalił się całą masą olbrzymiego swego cielska. (…) Bawół, któregośmy zabili, był tak wielki, że jakkolwiek leżał na brzuchu, gdym stanął przy nim, garb jego dochodził wysokości mojej głowy.

Z tym wszystkim Lewa Ręka teraz wytłumaczył mi, dlaczego zabronił mi pokazywać się po strzale. Bawół po strzale nie ucieka nigdy, jeśli nie zobaczy człowieka; spłoszony jednak jego widokiem umyka i często, choć ranny śmiertelnie, potrafi ubiec kilka mil, zanim padnie. (…) …wróciliśmy do koni. Wsiadłszy na nie udaliśmy się z powrotem do karawany, którą w godzinę dogoniliśmy
z łatwością. (…) Wiadomość o naszym powodzeniu wzbudziła ogólną ciekawość, a nawet i zazdrość. Wszyscy chcieli jechać oglądać naszą ofiarę. Karawana musiała zatrzymać się na czas pewien, którego potrzeba było do zdjęcia skóry ze zwierzęcia. Mięso jego porąbaliśmy z pomocą toporów na sztuki i ułożywszy na muły co przedniejsze części odwieźliśmy je do obozu, resztę pozostawiwszy dla wilków. (…) Tymczasem jednak posuwaliśmy się naprzód, wolniej wprawdzie niż poprzednio, droga bowiem skutkiem zwężania się odległości między górami stawała się coraz trudniejszą, ale wytrwale. Przez parę następnych dni odbywaliśmy drogę spokojnie. (…) Na koniec dotarliśmy do miejsca, w którym Północne Widły skręcają na wschód. Pasma Sweet Water Mts. kończyły się po obu stronach, a kanion rozpływał się na północ w step prawie nieskończony. (…)

…któż opisze ogólną radość i uniesienie, gdyśmy między tymi smugami na stepie ujrzeli kilkadziesiąt czarnych punkcików, zaledwie widocznych dla oka, ale widocznie ruchomych. Lewa Ręka przyłożył swoją imienniczkę, lewą rękę, do czoła, wytężył wzrok, popatrzył chwilę, potem zwracając się ku nam rzekł:
– Buffalo. (…) Po krótkiej chwili Lewa Ręka objął nad nami dowództwo i poczęliśmy spuszczać się z tarasu. (…) Im bliżej byliśmy zwierząt, tym jechaliśmy wolniej… (…) Po godzinie takiej drogi wiatr począł przynosić nam głuche ryki zwierząt, a po półgodzinie jeszcze mogliśmy je widzieć przez przerzedzone zarośla. Dzieliła nas od nich odległość może pięciuset jardów… (…) Po chwili ciche: „stop”, wymówione przez Lewą Rękę raczej poruszeniem ust niż głosem, zatrzymało nas na miejscu. Bawoły poczuły nas. (…) Krowy i młode bawolaki poczęły się zbijać w wielką kupę. Samce pochylały straszne, kudłate łby, wydając głębokie a krótkie ryki i uderzając silnie racicami o ziemię. Na koniec całe stado, jakby popchnięte niewidzialną siła, ruszyło nagle, ale zamiast uciekać, ruszyło wprost na nas. (…) Z tym wszystkim kilkanaście luf pochyliło się jednocześnie w stronę zarośli i na dany znak przez Lewą Rękę daliśmy ognia: po czym wyjąc po indyjsku puściliśmy konie przez zarośla, aby objechawszy ich koniec, uderzyć na stado. Po pierwszej salwie nie padł ani jeden bawół, natomiast wszystkie w mgnieniu oka zwróciły się do ucieczki. (…)
Na koniec stado, oślepione trwogą, rozproszyło się po stepie. Każdy zwierz uciekał teraz w innym kierunku. (…)

Pognawszy za wielkim samcem strzelałem doń z karabinu jedną ręką, drugą prowadząc konia. Strzały nie mogły być celne, dlatego uciekał ciągle. (…) Wystrzeliłem na koniec czternaście strzałów, a nie mając czasu nabijać ani zapinać karabina w pasy, cisnąłem go na ziemię, chwyciwszy na to miejsce rewolwer Colta wielkiego kalibru, który miałem u pasa. (…) Szalona ta jazda tuż, tuż trwała z jakie dziesięć minut, póki nie wystrzeliłem wszystkich ładunków z rewolweru. (…) Zawróciwszy konia półkolem, spostrzegłem, że zwierz upadł na jedno kolano i z drugą nogą wyciągniętą naprzód, a nozdrzami zanurzonymi w trawę pozostawał nieruchomy. Gdym się zbliżył, zerwał się jeszcze z oczyma zakrwawionymi, pełnymi przerażenia i obłąkania,
ale zachwiał się natychmiast i padł. (…) Gonitwa nie odbyła się jednak bez wypadku. Na Benneta rzuciła się krowa bawola
w obronie cielęcia, a ponieważ dojeżdżał ją zbyt blisko, przewróciła go razem z koniem. Konia zabiła, a jeździec zemknął
w zarośla, skąd mimo iż zwichnął jedną rękę, strzelał jeszcze z rewolweru… (…) Z pomocą mułów pościągaliśmy je wszystkie
w jedno miejsce. Zdjęcie skór i wybranie najprzedniejszych cząstek zajęło tyle czasu, iż musieliśmy nocować na polu gonitwy. (…)

…drugi dzień już upływał, jak przebyliśmy Medicina Creek nie spotkawszy żywego ducha. (…) Postanowiliśmy nawet z tego powodu zatrzymać się dwa dni, aby dać czas eskorcie odnalezienia nas. Ten dłuższy wypoczynek był zresztą potrzebny i nam,
i mułom, podróż nasza bowiem trwała już dwa tygodnie. Co do mnie, rad byłem z tego niewymownie. Prawdę powiedziawszy,
od kilku dni czułem się niezdrów, a zaraz nazajutrz po owej szalonej gonitwie za bawołami było mi tak słabo, że musiałem zsiąść z konia i położyć się na wozie. Ward przez cały dzień albo gotował mi herbatę, albo siedział przy mnie gawędząc, poprawiając
na mnie skóry bawole i troszcząc się o mnie jak najlepszy przyjaciel. (…) Wieczorem gorzej mi się jeszcze zrobiło. Paliła mnie gorączka, czułem zawrót głowy i ból we wszystkich kościach. Obawiałem się, że utracę przytomność. (…) Drugiego dnia jednak zrobiło mi się nadspodziewanie lepiej. Mogłem się przechadzać po majdanie, a nawet po lunchu siadłem na konia i pojechałem
na rzekę. Wieczorem tego dnia zaszedł ważny w obozie wypadek. Przyjechał od Mac Clella Metys z listem do Woothrupa. Człowiek ten przebył w pięć dni drogę, którą my wlekliśmy się już dwa tygodnie. Przywiózł niedobre wiadomości. (…) Mac Clell spodziewał się jeszcze załatwić sprawę spokojnie, ale mimo to wzywał nas, abyśmy wracali jak najprędzej, póki układy się toczą i powstrzymują czerwonoskórych od porywania się zbrojną ręką na podróżników. (…)

Bądź co bądź postanowiliśmy wracać i wracać tąż samą drogą. Odwrót ten rozpoczął się zaraz nazajutrz. (…) Nocami połowa ludzi musiała zawsze czuwać nad mułami i obozem. Strażom surowo było zakazane drzemać na postoju. Nie wolno było także oddalać się, nawet w dzień, więcej niż na pół mili od karawany, i to tylko w miejscach otwartych. (…) Czwartego dnia odwrotnej podróży przewodnicy spostrzegli znaczny oddział Indian… (…) …widok trzydziestu strzelb wymierzonych i spokojny, pewny głos Woothrupa rozlegający się jako komenda wstrzymały ich w przyzwoitej odległości. Było ich około stu wojowników. Wieczorem przysłali do nas poselstwo. Chciałem wtedy koniecznie wstać, aby zasiadłszy u ogniska rady palić z Indianami i przypatrywać im się, ale nie mogłem. Gdym wyszedł z wozu, nogi zachwiały się pode mną i o mało nie utraciłem przytomności. Położono mnie nazad na wóz, musiałem więc poprzestać na przypatrywaniu się nowym gościom przez uchylone płótno wozu. (…)

…Indianie, także chytrzy do najwyższego stopnia, odgadli te plany i powiedzieli Woothrupowi, że je odgadują. Nie zaprzeczał. Powiedział im, że istotnie takie miał cele, a teraz albo niech się zgodzą na jego żądania, albo niech się biją. Takie oświadczenie
i ujęło ich, i zaimponowało zarazem. Zrozumieli, że język naczelnika białych nie jest "dwoisty" i że można ufać jego słowom; zrozumieli także, że jesteśmy czymś odmiennym od zwykłych awanturników, z jakimi spotykali się w stepach, i koniec końcem, zgodzili się na wszystkie żądania Woothrupa. (…) Pięciu Indian przeznaczonych do towarzyszenia nam nie śpieszyło się także
z odjazdem. Mogli jeść i pić sto razy lepiej niż zwykle w domu, a przy tym spodziewali się jeszcze wyłącznych dla siebie podarunków. Traktowano ich dobrze z wyjątkiem naszych psów, które ujadały na nich dniem i nocą. (…) Co do mnie,
nie widziałem ich prawie wcale, cały ten czas bowiem przeleżałem jak martwy na wozie. Na koniec, na dwa dni przed przybyciem do Percy, odprawiono posłów obdarzywszy ich hojniej, niż się sami spodziewali.

Tak skończyła się nasza wyprawa, która trwała przeszło miesiąc. Za przybyciem do Percy Woothrup i niektórzy z towarzyszów naszych związanych z nim interesami, pojechali dalej na Wschód, do Omaha i Council Bluffs, a stamtąd przez Sioux City
do Czarnych Gór, reszta zaś wraz ze mną do San Francisco. Do San Francisco przyjechałem mocno cierpiący, a dolegliwości moje
nie opuściły mnie aż dotąd. Znalazłem tu Polaków posmutniałych z powodu odjazdu pani Modrzejewskiej do New Yorku. (…)
…słabość, rozwijająca się początkowo coraz silniej, wstrzymała i opóźniła znacznie mój wyjazd do Europy. Wstrzymuje mnie ona
i dotychczas, ale za to pozwala mi pisać tak długie listy, jak ten obecny, w którym pozwoliłem sobie nudzić czytelników. (…)
W drodze powrotnej zwiedza kopalnie srebra w Virginia City.

LISTOPAD – GRUDZIEŃ


Z tego okresu pobytu Henryka Sienkiewicza w Kalifornii pochodzą: końcowe „Listy z podróży”, „Komedia z pomyłek” i „Chińczycy w Kalifornii”.

GRUDZIEŃ - 18. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w San Francisco i donosi o swej chorobie i zamiarze opuszczenia Kalifornii:
(…) Nadspodziewanie bawię jeszcze w San Francisco, gdzie zatrzymała mnie jeszcze słabość, jakiej nabawiłem się w czasie ostatniej mojej wyprawy do Wyomingu. Wyprawy tej nie będę wam opisywał, albowiem opis jej dość obszerny posłałem
do „Gazety Polskiej”, w której będziecie mogli go czytać. Nie wspomniałem jednak o tym, że po drodze wstępowaliśmy na jeden dzień do Virginia City w Nevadzie. Miasto to odległe jest tylko na parę godzin drogi od głównej linii kolei Dwóch Oceanów, że zaś naczelnik naszej wyprawy, Woothrup, jako akcjonariusz tamtejszych kopalń, miał jakiś interes do ich zarządu, ja zaś chciałem zwiedzić żyły srebrne, przeto puściliśmy się tam ze stacji Reno. (…)
Dalej wspomina zwiedzanie kopalń srebra w Virginia City:
(…) Virginia City wyjątkowo pięknie jest położona na górze, z której otwiera się bardzo obszerny widok. (…) Przybywszy
do miasta udaliśmy się do kopalń. Wśród stosów wydobytej ziemi i poobdzieranych przestrzeni wychyliła się przed nami nagle czarna jama. Nim weszliśmy do niej, przewodnik nasz, który nagle wylazł z podziemia,…, zaprowadził nas do domku, gdzie kazał nam włożyć ubranie z pęcherzy, wilgotne, brudne, obrzydliwe. Po włożeniu go udaliśmy się znów do jamy, siedli w rodzaj kosza
z desek, który ukazał się w jej wnętrzu, i nagle… zrobiło nam się w oczach ciemno. Poczęliśmy zlatywać na dół jakby na złamanie karku. Przy blasku niepewnym latarni ujrzałem tylko sznury czy też łańcuchy, odwijające się z przerażającą szybkością. Kosz leciał na dół, i leciał, i leciał… myślałem, że to się nigdy nie skończy… nareszcie stanął, a raczej upadł tak silnie, że małośmy się
nie potrącili głowami. Pytałem się przewodnika:
- Czy przy takiej wariackiej jeździe nie bywa wypadków?
– Czasem – odpowiedział – jeśli łańcuchy się pozrywają, to siedzący w koszu muszą się zabić.
– A czy zdarza się to?
Znowu spokojna odpowiedź:
- Czasem. (…)

Poczęliśmy dziękować przewodnikowi. Był to, jak wam już wspomniałem, człowiek dość obdarty, brudny, zasmolony,
we flanelowej koszuli, w kapeluszu z powystrzępianym koliskiem i w podartych gumowych butach. Twarz jego, lubo zasmolona, miała jednak pewien wyraz dystynkcji, a jasne, niebieskie oczy patrzyły rozumnie. (…) …przybywszy do miasta chodziliśmy
po owych wielu miejscach; na koniec około godziny ósmej wieczorem stanęliśmy przed ślicznym, marmurowym pałacykiem oddzielonym od ulicy sztachetami i przepysznym trawnikiem, na środku którego wznosiła się fontanna.
- Gospodarz w domu? – spytał Woothrup człowieka, który nam otworzył.
- Yes sir! proszę do „parloru”. (…) Po chwili wszedł gospodarz i… proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdym poznał w nim mr. Jamesa Little, naszego rannego przewodnika. Wyznaję, że zmieszałem się. Pan Little, ubrany teraz nie wykwintnie,
ale przyzwoicie, w koszuli świetnej białości, umyty, uczesany, miał minę jeżeli nie księcia, bo ich tu nie ma, to przynajmniej… bankiera. Potem nadeszła jego żona, piękna, jasnowłosa „missis” w jedwabnej sukni, ze złotym łańcuchem, a potem jeszcze piękniejsza miss Ellinor, siostra pani Little. (…) Nie potrzebuję już zapewne tłumaczyć wam, że pan James Little
nie jest robotnikiem, ale głównym inżynierem i jednym z głównych akcjonariuszów kopalni. Ale jego zasmolone ubranie i twarz łatwo istotnie mogą w błąd wprowadzić. Tymczasem w kopalni innego używać niepodobna. Na zwiedzających właśnie dlatego nakładają umyślnie ubrania, że w podziemiach wszystko się niszczy, rozrywa o skały, plami wilgocią, kopci dymem i sadzą. Oczywiście inżynier, który większą część dnia spędza w kopalni, w krótkim czasie musi wyglądać jak oberwaniec. (…)
Dalej przytacza rzeczywistą historię pewnego Polaka:
(…) Gazety nowojorskie doniosły o śmierci ziomka naszego, Siellawy, niegdyś obywatela gub. Witebskiej. Poznałem go osobiście w czasie pobytu w Nowym Jorku, przeto mogę udzielić kilku szczegółów z jego życia i jeden psychologiczny. Śp. Siellawa (…) był człowiek wysoko ukształcony, prawy i szlachetny. Miał wszakże jedną dziwną monomanię; wszędzie gdziekolwiek przebywał, zdawało mu się, że go szpieguje, ściga i prześladuje jeden z rządów europejskich. Stąd też nigdzie nie mógł zagrzać na długo miejsca, a nawet z nikim utrzymać trwałych stosunków przyjaznych. (…) Gnany myślą, że go ścigają i prześladują,
po opuszczeniu Europy (…) zwiedził Przylądek Dobrej Nadziei, Madagaskar, Australię, Amerykę Południową, środkową i nareszcie Stany Zjednoczone. Powiadał mi nieraz, że za najszczęśliwsze chwile swojego życia uważa te parę lat, które przebył
na międzymorzu Panama, spełniając obowiązek strażnika latarni morskiej przed portem Colon-Aspinwall. Obowiązkiem jego było
o każdej szóstej godzinie zapalać lub gasić latarnię. Mieszkał o 10 mil od brzegu, sam jeden wśród morza na samotnej skale, której przez 26 miesięcy nie opuszczał. Co dwa tygodnie przywożono mu żywność (…). Raz mu przysłano pakę z gazetami
i książkami polskimi – i to go wygnało z samotnego raju, w którym żył najszczęśliwszy, bez Ewy i węża, jak sam się wyrażał.
W liczbie przysłanych książek była powieść Zygmunta Kaczkowskiego „Murdelio”. Otóż w pewien mglisty dzień Siellawa tak się zaczytał przy lampie w owej powieści, że wiecznym prawem zapomniał zapalić lampę latarnianą. To zmyliło z drogi jakiś okręt
i o mało nie stało się powodem rozbicia. Zaskarżono strażnika i Siellawa stracił miejsce. (…) W Nowym Jorku pracował
po aptekach. Cierpiąc bezsenność, używał morfiny czy innego jakiegoś niebezpiecznego lekarstwa i tym się podobno otruł. Dopiero w kilka dni po jego śmierci ziomkowie dowiedzieli się o tym i pośpieszyli pochować. (…)


[Ewentualne uzupełnienia i zmiany w treści nastąpią z chwilą ustalenia nowych szczegółów.]