(…) Oddawajcie więc cesarzowi, co jest cesarskie, a Bogu, co jest Boże. [Łuk. 20; 25]



KALENDARIUM ŻYCIA

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916, 1924 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1886



DOKŁADNEJ DATY BRAK


Henryk Sienkiewicz i Piotr Chmielowski wchodzą zostają zaproszeni do Komitetu Konkursowego Konkursu Dramatycznego im. Wojciecha Bogusławskiego. W jego skład wchodzili już: Władysław Bogusławski, Dionizy Henkiel i Edward Leo.

LUTY – 17. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Warszawie. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Listu żadnego od pani Romanowej Wodzickiej (Teresy z Potockich Wodzickiej) nie odebrałem. Musiał zginąć na poczcie albo,
co prawdopodobniejsze, przyszedł po moim wyjeździe z Kaltenleutgeben. Gdybym był odebrał, byłbym odpisał, a zwłaszcza pamiętał, że chodzi o śmierć Wołodyjowskiego.
Szczegóły o nim i jego śmierci znajdują się w księdze wydanej przez Akademię, a opracowanej przez Kluczyckiego pt. „Acta Historia” etc., stanowią zatem własność publiczną, z której każdy korzystać może i ma prawo. Bardzo jednak rozumnie zrobiłaś oświadczywszy, że mam zamiar pisać trzecią powieść pt. „Pan Wołodyjowski”, oczywiście bowiem powieść ta zakończy się jego śmiercią. (…) Ale po co dwoje piszących ma obierać jeden temat? Myślę, że szkoda byłaby po obu stronach. Poradź pani Wodzickiej Marka Jakimowskiego, który się prosi do powieści. Wreszcie, cóż mnie to może obchodzić! (…)
W tych dniach kończę tom IV
(„Potopu”). We wtorek wybieramy się z ojcem do Bronisiów (Bronisława i Anny Morykonich Mineyków)
i do Tyszkiewicza
(Jana Tyszkiewicza). I chce się, bo trzeba głowę oderwać, i nie chce się, bo się niczego nie chce. Do Was przyjadę chętnie i posiedzę, ale nie wiem, czy będę mógł dziesięć dni. – Kaltenleutgeben z każdym dniem więcej mi potrzeba. (…)”
Podczas prac w Komitecie Konkursowym Konkursu Dramatycznego im. Wojciecha Bogusławskiego pisarz spotyka Georg’a Brandes’a, duńskiego krytyka, historyka sztuki, o czym wspomina dalej:
„(…) Jest tu także Brandes. Widziałem go na sesji konkursowej; jestem bowiem sędzią pracowitym i sumiennym. Dość hadki –
a przy tym literaci lezą mu w oczy. Ma mówić o literaturze polskiej, skutkiem czego namawiałem na sesji ostatniej Chmielowskiego
(Piotra Chmielowskiego), aby pojechał do Kopenhagi i miał odczyty o literaturze duńskiej. (…)”

LUTY – 23. [WTOREK]


Komitet Konkursowy Konkursu Dramatycznego im. Wojciecha Bogusławskiego w składzie: Henryk Sienkiewicz, Piotr Chmielowski, Władysław Bogusławski, Dionizy Henkiel i Edward Leo – przyznaje pierwszą nagrodę w wysokości 1000 rubli Stanisławowi Kozłowskiemu za dramat „Albert, wójt krakowski”.

CZERWIEC – 01. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Warszawie. Pisze do swojego kolegi, Jana Maurycego Kamińskiego:
„(…) Mam służącego bardzo uczciwego (Jana Rotera), którego muszę oddalić, bo wyjeżdżam na jakie cztery miesiące.
Czy nie byłbyś tak dobry dać mu jaką posadę przy wystawie
(Wystawie Rolniczo-Przemysłowej w Warszawie). Za jego uczciwość zaręczam, bo często mi się zdarza zostawić pugilares w słodkim sam na sam z nim – i nigdy grosz nie ginie, a że, jak wiesz,
są teraz moje lata urodzaju, więc i pokusa bywa często znaczna. Możesz go zrobić odbiorcą biletów, kontrolerem, sam wiesz lepiej ode mnie. Do tego rodzaju służby jest wezwyczajony, bo był przez x lat woźnym w komisji startu czy w czymś podobnym
(w Towarzystwie Wyścigów Konnych), więc choć inteligencja jego nie należy do wyjątkowych, zna miasto, służbę i wszelkie manipulacje. Zobowiążesz mnie prawdziwie. (…)”

CZERWIEC – 07. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz jedzie do Zakopanego. W Nowym Targu - o godz. 17.00 - pisze kartkę do Edwarda Janczewskiego:
„(…) Rzeczy można oddawać do Chabówki na dworcu krakowskim głównym, bo tak zrobił pan Sobotkiewicz (Gustaw Sobotkiewicz), który jedzie razem ze mną. Szczęśliwie mu się trafiło, inaczej bowiem nie zastałby koni, gdyż żądał ich na wtorek. Spodziewałem się tu depeszy, czy wysłać wóz po rzeczy do Krakowa, czyli nie. – Może znajdę w Zakopanem. – Góral, który mnie wiezie, mówi,
że mało zakopańców jeździ do Krakowa. – Zimno bardzo i nie zawadzi jak najwięcej okryć mieć ze sobą. (…)”

LIPIEC – 31. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie. Wieczorem ma jechać do Wiednia. Jadwidze Janczewskiej wyraża swoją wdzięczność za list:
„(…) Dzinka jest najpoczciwsza i najmilsza z mgieł za to, że napisała. Do odpowiedzi jestem podobno bardzo leniwy, lecz tym razem uczucie wdzięczności wrodzone Czerwonoskórym przemogło, więc zasadzam nowe pióro w białą obsadkę i poczynam
od błogosławieństw. Niech wiatry zakopiańskie zostawią Cię w spokoju, o Nefele
(bogini grecka)! niech zimne powiewy
nie rozpraszają Twych kształtów, niech zorze nasycą Twą przejrzystość różanym blaskiem, a wieczór niechaj Cię do snu kołysze żabia kapela. (…)”
Po tych zachwytach szwagier pisze dalej o swoich planach:
„(…) Wyjeżdżam dziś wieczór do Wiednia, a przez drogę będę się pytał swej duszy ponurej, gdzie mam jechać dalej.
I prawdopodobnie Gastein wykreślę z liczby projektów. Mniejsza o to, że tam bawi elektor brandenburski
(Wilhelm I Hohenzollern), zbuntowany lennik Rzeczypospolitej, bo od złego towarzystwa można się uchronić – ale to daleko i tej drogi do Salzburga się boję. Pochwalski (Kazimierz Pochwalski) portret (zmarłej Marii Sienkiewicz) skończył. (…) Dziś przybyli do mnie z Gujskim (Marcelim Guyskim) i zabrali mnie na obiad „Pod Różę”. (…) …pisałem ciągle i napisałem dużo („Potop”). Przerwy pewnie nie będzie. Już w następny rozdziale (X) będzie bitwa pod Prostkami. Za miesiąc skończę niewątpliwie, choćbym miał po rozdziale na dzień pisać, bo nie chcę, by mi cokolwiek w Zakopanem przeszkadzało. (…) Krótkiej kuracji dopełnię w Jaszczurówce, jeśli termometr pozwoli. (…)”
Henryk Sienkiewicz powraca do ciepłych słów wobec Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Życie w Zakopanem miałoby swój dawny wdzięk, ponieważ bawi tam znowu najhumorystyczniejsza mieszanina mgły, apetytu, dystynkcji, ujemnych entuzjazmów, reakcji, kotofilstwa, krowofobii, sympatyczności – artyzmu, słowem: najdziwniejsza z istot, której przymioty – o Nefele! – wprawdzie się ceni, ale przepada się prawdziwie za wadami.
A teraz jedno skromne pytanie: prawda, jaki jestem miły? Mówię to, widzisz, dlatego, żeby Ci dowieść, że opłaci się do mnie pisać. (…) Ojca może zobaczę w Wiedniu. Mateczki ręce całuję. Dzieciom głowy głaszczę. (…)”

SIERPIEŃ – 01. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przybywa do Kaltenleutgeben w Austrii.

SIERPIEŃ – 02. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zakładzie Leczniczym Schweizerhof w Kaltenleutgeben w Austrii. W liście do Jadwigi Janczewskiej opisuje swój pobyt:
„(…) Przyjechałem wczoraj. …znaleziono mi mieszkanie w Schweizerhofie, w ogrodzie, nawet bardzo miłe, bo z dużym, choć wspólnym balkonem. Spotkałem dość znajomych i widziałem się ze wszystkimi. Jest tu Kot Olbrzymi, alias Konstanty Komierowski z żoną (Marią z Hirszmanów), drugi jakiś Komierowski Konstanty, człek wielce podobno możny,… Z nim jest jakaś panna Komierowska (Paulina Komierowska) z matką trochę głuchoniemą (Julią Komierowską), z Krakowa. Stryjeński (Tadeusz Stryjeński) stawia jej dom. Mówiła mi, że Państwa Janczewskich nie zna osobiście, ale panią widziała na jakimś wieczorze. (…) Bodaj, że Cię widziała u Straszewskich (u Maurycego Straszewskiego)… (…) Bawią tu także państwo Karolowie Zamojscy (Karol i Maria z Kronenbergów Zamoyscy), moi znajomi z Paryża. (…) Widziałem także, ale z daleka, panią Halkaderową (Matyldę z Bruhlów Halkader) (…).
(…) A ja ją znam, bo to dawna moja „miłość z widzenia” z klasy szóstej. Spotykałem ją zawsze owego czasu w Saskim Ogrodzie, ale ona nie odpowiadała wówczas na ogniste spojrzenia gimnazjalisty. (…)
Wczoraj byłem na consilium, dziś już zacząłem kurację. (…) Będę pisywał po obiedzie. Kaltenleutgeben przy słońcu, pełne liści, kwiatów jest sto razy ładniejsze niż w zimie, ale mimo to pełno we mnie zniechęcenia i wolałbym tu nie przyjeżdżać. Zmęczony jestem i czegoś mi nie dostaje, słowem: smutna jest dusza moja. (…)”
Pisarz uczynił w tym miejscu aluzję do słów Jezusa Chrystusa wypowiedzianych przed Jego pojmaniem. Przybył On do Ogrodu Getsemane, aby się modlić. Wziąwszy
z sobą Piotra i dwóch synów Zebedeusza powiedział im: „Smutna jest dusza moja aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną!”
Dalej Henryk Sienkiewicz pisze:
„(…) …spotkałem Morawskiego (Zdzisława Morawskiego), tego podróżnika. Wypytywał o Zakopane,… (…)
Dziś dzień śliczny, teraz zbiera się trochę mgły na wzgórzach, ale gdzie jej do zakopiańskiej! (…)”

SIERPIEŃ – 05. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben w Austrii. Ponownie relacjonuje Jadwidze Janczewskiej swój pobyt:
„(…) Ojciec (Kazimierz Szetkiewicz) z Tyszkiewiczem (Janem Tyszkiewiczem) odwiedzili mnie wczoraj, chodziliśmy, gawędzili, strzelali.
Ja jadę do nich jutro, na parę godzin i… na obiad.
Tyszkiewicz bardzo się dopytywał o bawiącą tu panią Włodzimierzowi Dzieduszycką
(Alfonsynę z Miączyńskich Dzieduszycką); przyznał nam się, że chce syna podesłać do panny. Obie te panie poznałem, dziś nawet zaprosiły mnie na wycieczkę w okolicę,
ale odmówiłem. Wolę do Ciebie pisać.
Poznałem także państwa Madejskich
(Leona i Marię Madeyskich). On pisuje komedie, których nie znam, ona jest wdową po malarzu Chlebowskim (Stanisławie Poraju Chlebowskim) (…) Pani Halkaderowa siada przy innym stole, więc znajomość jeszcze nie nastąpiła. Przypomina mi ona jedną postać z moich powieści, mianowicie Charłampa, bo ma nos największy w Rzeczypospolitej. (…)”
Pisarz nawiązuje dalej do swojego stanu ducha i ciała:
„(…) Tak się czuję ciągle zmęczony, jakby po ciężkiej pracy fizycznej. Prawda, że chodzę dużo, a jem źle, wstaję rano, a usypiam dość późno; inni kuracjusze nie robią także nic, a ja ciągle zwijam tę nieskończoną nić „Potopu”. Kiedyż już kłębek będzie zupełnie zwinięty! Jedna w tym wszystkim pociecha, że kiedy wody „Potopu” opadną wreszcie, arka moja nie osiądzie na Araracie,
ale naprzeciw Giewontu.
Siadam do pracy tylko po południu, bo ranek cały zajęty mam kąpielami i koniecznym po nich chodzeniem. Strzelam także
co dzień z pistoletów i mam już pięć medali za wystrzelenie muszy
(trafienie w sam środek tarczy), przy czym naśmiewam się z Kota Komierowskiego, który żadnego jeszcze nie otrzymał. Z ludźmi widuję się tylko przy śniadaniu i obiedzie, chodzę na spacery
z Wojciechowskim, inżynierem z Warszawy, dawnym znajomym. Słowem, cała pociecha w tym nudnym i jednostajnym, a trochę męczącym życiu – listy z Zakopanego. (…)”
Wdzięczność za nie Henryk wyraża Jadwidze tak:
„(…) Boski lotosie z rzeki Żółtej, kwitnąca magnolio, rajski kormoranie, kwiecie niebiańskiej herbaty, o Ty, na której dźwięk nazwiska puszcza pędy trzcina cukrowa i ryż rozkwita, pamiętaj o nadgniłym i toczonym przez jadowite muchy orangutanu, którego topią w bagnach Kaltenleutgeben. Niech złociste strumienie Twojej wymowy, zdobne brylantami dowcipu, uzdrawiają jego głupotę, niech jego trędowate ręce często otrzymują Twoje listy, a za to ciekące oczy jego podnosić się ku Tobie będą
z wdzięcznością i owrzodziały język będzie Cię wysławiał, o Ty najpiękniejsza, boska i nieporównana Dzin-Dzin, wieżo porcelanowa, księżycu na nowiu, słodka i doskonała i boska Dzin-Dzin-Dzin! Żabo z jednej sztuki szmaragdu… (…) Drugi raz cały list tak napiszę, bo zaczynam uważać, że to jest język dobry. (…)”

SIERPIEŃ – 06/07. [PIĄTEK/SOBOTA]


W pokoju Henryka Sienkiewicza w Zakładzie Leczniczym Schweizerhof w Kaltenleutgeben – z powodu braku miejsc – nocuje Edward Leo.

SIERPIEŃ – 07. [SOBOTA/NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben w Austrii. Listy do i od Jadwigi Janczewskiej stanowią jedną z nielicznych atrakcji zagranicznego pobytu:
„(…) Co to mateczce znowu? Żeby choć Chramca (Andrzeja Chramca) zapytać, bo to się powtarza,… (Prócz listów od Was nic mnie nie dochodzi ze świata, zaleniłem się bowiem napisać, gdzie jestem, i nie mam nawet gazet. (…) Co za zmęczenie czuję, trudno mi wypowiedzieć; pióra nie chce się trzymać w ręku, bo i ręce bolą, „Potopu” nie chce się pisać – chyba jedyne listy do Zakopanego!
Mam „Chuzzlewita” Dickensa
(Karol Dickens „Marcin Chuzzlewit”) i przeczytałem dotąd trzydzieści stronic. Przyjechał do mnie w piątek Leo (Edward Leo). Zastałem go wróciwszy z Wiednia po odwiedzinach u ojca, a ponieważ w całym zakładzie nie było ani jednego pokoju, więc noc z piątku na sobotę spał u mnie i chrapał tak, że oka zmrużyć nie mogłem. Wczoraj nas rozdzielono. On został
w Schweizerhofie, a ja dostałem pokój widny i dobry naprzeciw bramy, w ogrodzie, w domu, gdzie są kąpiele. Rano kąpielowy puka do mnie, mogę więc spać do ostatniej chwili i nie potrzebuję się od razu ubierać. Lepiej mi jest. (…)
Na „Potop” z rana literalnie nie mam czasu – przeszkadzają kąpiele, a po południu tak jestem senny, że strach! Dziś obiecuję sobie dużo napisać.
Bawi tu Henneberg
(Juliusz Józef Henneberg), właściciel składu brązów w Warszawie, który często jeździ do Wiednia i zwiedza wszystkie fabryki. Aż dotąd szukał dla mnie czegoś brązowego, co chcę ofiarować jako przycisk do papieru pewnej mojej znajomej, do której mam dziwną słabość i tym dziwniejszą, że odnoszącą się nie do Jej przymiotów, ale do wad. (…) Szukał, szukał i… pewnego dnia przyniósł!! Coś bardzo ładnego – i tak zabawnego jak żywe (żaba z brązu). Siedzi to u mnie na stole, a ja,
co spojrzę na te oczy obsadzone po dwóch stronach głowy – to się rozczulę. Jest to coś mającego związek z wilgocią, wodą, zatem i z mgłą. Co to jest i dla kogo? – niechże zgaduje Nefele. (…)”
Komentarza wymaga data napisana przez pisarza. Napisał on: Niedziela, 7 sierpnia 1886. Otóż niedziela przypadała 08 sierpnia 1886 r., a 07-go była sobota. Dlatego też w nagłówku przełamano dwa dni: sobota/niedziela.

SIERPIEŃ – 13. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben. Pisze do Jadwigi Janczewskiej m. in. o żabie i „Potopie”:
„(…) A jednak dobra to jest fotografia (Jadwigi Janczewskiej). Jest w niej coś z zająca, żaby, gołębia i mgły, co wszystko razem stanowi wiadomą, a obecnie na „Księdzówce” (w domu księdza Stolarczyka w Zakopanem) zamieszkałą sympatyczną całość. (…)
A będziesz ty mruczeć o tę żabę? (…) – Swoją drogą, co za pyszna żaba! Gdy siedzi na przygotowanych kartkach „Potopu”, przysięgłabyś, że żywa.
„Potop” zaczął znowu iść szparko. Prędzej będzie koniec, niż sam się spodziewałem. Wczoraj nie mogłem spać, bolały mnie zęby
i do pierwszej upaliłem siedm kartek. Zmęczenie powoli przechodzi, tylko te zębiska! Zaczęły boleć z drugiej strony. Mimo tego wziąłem dziś kąpiel. Ludzie powoli się rozjeżdżają. Komierowscy jedni i drudzy wraz z Leem wyjechali wczoraj. Na dziś zaprosili mnie na obiad do Wiednia. Pojadę, bo „Potopu” jest zapas i dziś wysyłam. Nota bene są w tych kartkach niezłe rzeczy. Ha! Ha!
Dziś dzień 12 mojej kuracji. Jeszcze dwa tygodnie, a rozstaję się z „Potopem”, z wodą i ze wszystkim, co jest płynne. Nie cierpię rzeczy płynnych, znoszę je i lubię tylko w stanie lotnym, np. w postaci mgły. (…)”
Pisarz jedzie do Wiednia na wspomniany obiad. W drodze do Kaltenleutgeben nie przesiada się w Liesing. Zorientowawszy się o pomyłce, wysiada dopiero
w Pfaffstätten, gdzie – z braku innego połączenia – zmuszony jest nocować.

SIERPIEŃ – 15. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben. Pisze do Jadwigi Janczewskiej m. in. o Wiedniu, „Potopie” i sposobie na bolące zęby:
„(…) Jest godzina blisko dziesiąta (wieczorem), ale że oczy się mi jakoś nie kleją, więc piszę. W piątek byłem w Wiedniu.
Z powrotem, myśląc, że ostatni pociąg idzie wprost, nie przesiadłem się w Liesing i pojechałem aż za Grenzpole-Kirchen. Wysiadłem w Pfaffstätten, małym przestanku, i nie znalazłszy już pociągu w Liesing do Kaltenleut[geben], musiałem nocować. Zły byłem okropnie. (…) Jadam teraz sam, z czego jestem bardzo zadowolony, bo sobie rozmyślam, a czasem komponuję sceny do „Potopu”. Dziś (w niedzielę) przyjechał do mnie Chłędowski
(Kazimierz Chłędowski) i wyciągnął na przejażdżkę aż za Baden,
do Vöslau. Ładne to miejsce; ma kąpiele w rodzaju jaszczurowieckiej, las… Trochę mi było szkoda czasu, ale przegawędziło się przyjemnie. Poznałem też dziś panią Halkader. (…) …była upudrowana jak młynarz i ma syna w politechnice – to dosyć! (…)
Do ukończenia całkowitego „Potopu” mam jeszcze prócz tego, co w tej chwili leży przede mną na stole, dwa rozdziały. Przypuszczam, że koło 25 je skończę,… Jeszcze to, co prawda, 10 dni – ale przecie dziesięć dni to niewiele. (…)
Pamiętaj, Dzinku, że na wszystkie bóle zębów płynące z zapalenia okostnej najlepszym lekarstwem jest jodynowanie dziąseł. Poradziła mi ten sposób p. Komierowska, Levy
(Levy vel Loewy) potwierdził, dał – i bardzo pomogło. Chciałem zaraz o tym pisać. Może przywieźć z Wiednia flaszeczkę i pędzelek? (…)”

SIERPIEŃ – 17. [WTOREK] - godz. 10. wieczorem


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Nauczyłem się dobrze gospodarować godzinami dnia, bo i dużo piszę, i dużo chodzę, a prócz tego kąpię się, strzelam
z pistoletu – i czytam. Za to towarzystwu mało się udzielam. Te panie z arystokracji takie brzydkie, a te z demokracji tak wrzeszczą, tak machają rękami,…
Dziś prawie dokończyłem przedostatni rozdział. Naturalnie, że ostatni będzie długi bardzo, ale jestem zupełnie pewien,
że do soboty wykaligrafuję to rozkoszne słowo: „Koniec”. Będzie to 21. Zostanę jeszcze po tej dacie, nie dłużej jak do 25 – tak, aby pod koniec przyszłego tygodnia być w Zakopanem. (…)
Gdyby nie „Potop” i nieodzowne przy tym palenie mnóstwa papierosów, to kuracja doskonale by uczyniła, ale i tak mam się nieźle… Spacery robię aż do Neu Mühle, Rodaun, dziś chciałem się zapędzić do Liesing, alem się rozmyślił. Zęby się zlękły jodyny
i nie bolą. (…)”

SIERPIEŃ – 18. [ŚRODA] – godz. 10. wieczorem


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Od śniadania do duszu pisałem i skończyłem rozdział przedostatni, w którym Kmicic opuszcza Żmudź, aby pociągnąć
na Rakoczego. (…) – Całość skończę do niedzieli. – Dziś czuję się trochę zmęczony, ale jutro znajdą się nowe siły.
Po południu byłem w Wiedniu u ks. Czerwińskiego
(Zygmunta Czerwińskiego). Wyjechałem o 2-giej, powróciłem o 7-mej.
Kupiłem dziś, Dzinku, aż dwie książki u Gerolda: Karola Bigota
(Charles’a Bigot’a): „Grèce – Turquie – la Danube” i „De Paris
à Constantinopole”, przewodnik Joanne
(Adolphe Joanne). Ten ostatni bajecznie drogi, ale kupiłem umyślnie wcześnie, abyśmy go mogli przeglądać w Zakopanem. (…)”

SIERPIEŃ – 19. [CZWARTEK] – rano


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben. Zmęczony kuracją i długim pobytem pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Moje nerwy jakoś teraz gorsze. Może już dość tej kuracji – skończę też ją niebawem. (…)”

SIERPIEŃ – 21. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Przed godziną skończyłem „Potop” i właśnie podpisywałem pożądany wyraz: „Koniec”, gdy zadzwoniono na kolację. (…) Cała kilkoletnia robota jest już za mną, a przede mną – bo ja wiem co! Jak na teraz to pustynia, a raczej próżnia, bo w tej chwili nie ma ani jednej farby na mojej palecie. Jestem, co się nazywa zmęczony, a jednak przez te ciężkie lata tak przywykłem do tej orki,
że nie wiem, co będę robił z jutrzejszym dniem – to jest nie ściśle z jutrzejszym, bo się wybieram do Wiednia, ale z całym szeregiem następnych, aż do przybycia do Zakopanego. „Potop” miał tę dobrą stronę, że bronił mnie całymi godzinami
od nieróżowych rozmyślań. (…) We środę prawdopodobnie stąd wyruszę, o dniu przybycia do Chabówki dam znać przez depeszę – myślę, że to będzie czwartek. (…)
Aż mi dziwno, żem ten „Potop” skończył. (…) Pod jesień ukażą się pierwsze krytyki. Obaczysz jakie sfory wypuszczą na mnie, jakbym krzywdę krajowi i literaturze uczynił. (…)”

SIERPIEŃ [koniec miesiąca] - WRZESIEŃ


Henryk Sienkiewicz wypoczywa, w towarzystwie rodziny, w Zakopanem w domu księdza Józefa Stolarczyka.

WRZESIEŃ – 02. [CZWARTEK]


W numerze 200. „Czasu” kończy się druk powieści „Potop”.

WRZESIEŃ – 07. [WTOREK]


W numerze 204. „Dziennika Poznańskiego” kończy się druk powieści „Potop”.

WRZESIEŃ – 10. [PIĄTEK]


W numerze 201. „Słowa” kończy się druk powieści „Potop”.

WRZESIEŃ/PAŹDZIERNIK – PAŹDZIERNIK - 05. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przyjeżdża z Zakopanego do Krakowa i przebywa tu około tygodnia.


[Fotografia szkicu zamieszczona dzięki uprzejmości Rodziny Pochwalskich.]



PAŹDZIERNIK – 06. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz w towarzystwie Antoniego Zaleskiego i Kazimierza Pochwalskiego wyjeżdża z Krakowa do Konstantynopola pociągiem na Bukareszt i Warnę.

PAŹDZIERNIK – 09. [SOBOTA]


Podróżujący do Konstantynopola Henryk Sienkiewicz, zmuszony jest zatrzymać się w Bukareszcie, ponieważ w Konstantynopolu trzeba odbywać kwarantannę z powodu cholery. Chwile oczekiwania opisuje w liście do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Malwa (niepowodzenie) najokropniejsza! Wyobraź sobie, że w Konstantynopolu trzeba odsiadywać kwarantannę dziesięciodniową, która w miarę depesz o cholerze może być rozciągnięta do dni 20 i więcej. Przez ten czas nie wolno się komunikować z miastem, ziemią i żywą duszą z brzegu. Pochwalescu (Kazimierz Pochwalski) i Zalescu (Antoni Zaleski) zrozpaczeni. (…) Przez ten czas na statku trzeba płacić za życie; na parowcach Lloyda jakoby 25 fr. dziennie. (…) Ja jako rezolut, a trochę
i desperat, pojadę w każdym razie. Co do Ruszczuku – więcej obawy mam o worek niż o życie, bo tak mi się widzi, że pierwszemu grozi większe niebezpieczeństwo. (…) Z Ruszczuku, prawdę rzekłszy, także śmiech, bo w razie jakich zajść zostaniem
u Gawrońskiego na stacji kolejowej i będziem mieć co chwila nowiny. (…) Zabawne to jest, że wszędzie mówi się po polsku. Przyjeżdżamy do Suczawy – wołam na posługacza: Ojciec, weźcie pakunki.” Antał
(Antoni Zaleski) wybucha śmiechem, a posługacz odpowiada: „Zaraz, panie!” – W bufecie po polsku: „Pieczeń wołowa!” – W paczkarni po polsku, w Romanul także. Tu zarządzający hotelem Polak. (…)
Bukarest miasto zupełnie europejskie. Wygląda jak lichy Paryż albo lepiej: jak licha Bruksela. Twarzy mało widziałem ładnych.
Z kobiet wcale. Mężczyźni albo pucułowaci, albo piękni po fryzjersku, albo wyglądają na zbójców z operetki. Brak im dystynkcji rysów. Między typami ludowymi widzi się twarze ciekawe i większą rozmaitość stroju – i poznasz jedynie po nich, że się tu Wschód zaczyna. (…) Cyganów bardzo dużo. (…) Drożyzna tu wielka. Ceny ostendzkie. Jeden dzień wystarcza do obejrzenia jako tako miasta, dlatego kontent jestem, że ruszamy dalej. (…)”

[01. Rumunia - mapa fizyczna - 1939 r.] [Fotografia – Autor: 01) Mariusz Paździora. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcia objęte są licencją CC-BY-SA].

PAŹDZIERNIK – 10. [NIEDZIELA]


O godzinie szóstej rano Henryk Sienkiewicz opuszcza Bukareszt i przyjeżdża do Hotelu Islahane w Ruszczuku w Bułgarii. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Od rana jesteśmy w Ruszczuku, a ten list zaczynam o ósmej wieczór. Wszystko tu spokojnie. (…) Antał jest w swoim żywiole. Lata, zbiera nowinki i przylatuje co chwila z wybuchami śmiechu i z opowiadaniem, machając rękoma i napierając mnie tak blisko swoją cyrkumferencją (okrągłością, tuszą), że się muszę opędzać. (…)

Z Bukaresztu wyjechaliśmy o godzinie szóstej rano i zaraz zaczęło się od przygody. Antał i Pochwalski siedli w jedną dorożkę,
ja w drugą. Sądząc, że tergowista, znaczy kolej żelazna i że jest jedna gara
(dworzec kolejowy), powiedziałem dorożkarzowi „tergowista” i zdrzemnąłem się bezpiecznie, tym bardziej, że jechałem za nimi. Budzę się przed garą – ich nie ma. Idę do kasy pytać o Giu[r]giewo – powiadają, że z innej gary. Zbieram rzeczy, siadam w tę samą dorożkę i około 20 minut robię ze dwie trzecie mili, bo pędzimy, co koń wyskoczy. Przybywamy na czas. Droga do Giurgiu wynosi dwie godziny koleją. Kraj tak płaski jak… dajmy na to komedie Kazimierza Zalewskiego (Antałowi podoba się porównanie). Step i step kukurydziany. Stacje nędzne. Służba mieszka w starych wagonach. Bliżej Giurgiu ładne dąbrowy, grunt falisty – wreszcie znów płaszczyzna i szeroka smuga wody, w oddali lasy przesłonięte tumanem – Dunaj!

Wreszcie przychodzi parowiec bardzo duży, ładny; pakujem się jedni przez drugich i w drogę. Brzegi wciąż płaskie, ale jasne
i wesołe, szerokość rzeki nie taka wielka, jak myślałem. Droga trwa pół godziny, a po kwadransie spostrzegamy pierwsze minarety. (…) Zawijamy! (…) Opada nas ze dwudziestu hamalów
(tragarzy) i wyrywają literalnie nasze pakunki. (…) Nie dajemy się. Antał wrzeszczy cienkim, nosowym głosem, klną po polsku. Pochwal jest łagodny, ale stanowczy… Jesteśmy na Wschodzie, na ziemi bułgarskiej! …jedziemy turecką dorożką wprost do hotelu (Islah Hane)… (…) Hotel porządny, europejski. Trzyma go Serb. Służba mówi po niemiecku. Sala jadalna dość ładna. (…) Poznajemy pana Błażowskiego, który jest nieco podobny do Antała… Nim zabraliśmy się do śniadania, przyniesiono nasze większe bagaże. Roztasowujemy się zaraz. Ceny średnie… Pokój duży
o trzech łóżkach kosztuje 8 fr. Obiad koło 2,50. Winogrona za bezcen. Kawa turecka gęsta, wyborna.

Po śniadaniu… idziemy w miasto. (…) Twarze charakterystyczne, rozbójnicze, korsarskie… - Starcy wyglądają jakby wyrzeźbieni w brązie. Dużo postaci atletycznych. W sklepie każdym siedzi Turko z nogami podwiniętymi pod siebie i drzemie lub pali fajkę. (…) W jednym miejscu widziemy starego Turka wygniatającego Winogrady nogami. Brodzi po uda, a moszcz spływa rynienką
pod wozem w podstawioną balię. (…) Antałek na ten widok wyprzysięga się pijaństwa… Wycieczkę przerwał nam deszcz. Wstąpiliśmy do kawiarni tureckiej, bardzo nędznej. Pokoik mały, na ścianach napisy z Koranu. Wokoło niskie ławy pokryte matami. Kazaliśmy podać kawę i nargile. Są to wielkie dzbany szklane, pół z wodą, na której dym się ochładza i która bulgoce
za każdym pociągnięciem. (…) Wracam do deszczu. Zwiastowały go czajki krążące od rana licznie nad Dunajem. Niektóre kręciły się nad brzegami – inne koło statków. Za naszym leciały także… (…) Wieczorem stała się znów pogoda, a nawet chłodno.
Na niebie świeci pył z sandałów Allacha, to jest gwiazdy. (…) W Konstantynopolu będę oczekiwał z niecierpliwością listów
od Ciebie i wiadomości o Twoim zdrowiu i siłach… (…) Bądźcie zdrowi Oboje. God bless your sweet face!
(Niech Bóg błogosławi Twoją słodką twarzyczkę.) (…)”

[01. Bułgaria - mapa fizyczna]

[Fotografia – Autor: 1) Equestenebrarum. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcia objęte są licencją CC-BY-SA].

PAŹDZIERNIK – 11. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Hotelu Islahane w Ruszczuku w Bułgarii.

PAŹDZIERNIK – 12. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Hotelu Islahane w Ruszczuku w Bułgarii. Pisze do Jadwigi Janczewskiej o kilku możliwościach dotarcia do Konstantynopola, o czynionych przygotowaniach, aż na koniec stwierdza:
„(…) Jużeśmy umawiali powóz, gdy wtem znalazł się pan Bojarski, Polak, dymisjonowany oficer, który nas nawrócił do dawnej drogi, oświadczywszy, że sam, jadąc do Sofii, będzie nam przewodnikiem i że we czterech taniej wypadnie. (…) Więc znowu wszystko już było gotowe, gdy znalazła się trzecia droga: koleją do Warny, statkiem stamtąd do Burgas, stamtąd tylko jeden dzień powozem do Jambowi. Z Jambowi idzie znów kolej do Adrianopola. I oto ruszamy w drogę. (…) Gdybym był sam, może bym od razu zdecydował się na kwarantannę; powiem nawet, że miałoby to dla mnie jakiś urok stać ze zwieszonymi żaglami
na uśpionej wodzie i czekać, spoglądając na cudowny widok, czy anioł zarazy nie przyleci. (…)
Chodziemy dużo. (…) Pochwalski
(Kazimierz Pochwalski) rysował nad brzegiem Dunaju dziewczęta bułgarskie przychodzące po wodę. Za kilka centymów stanęły chętnie, były trochę zawstydzone; jedna, imieniem Jana, bardzo ładna, ze słodkimi oczami. Kostiumy noszą mocno naszywane, rodzaj gorsetów, czy serdaków, jaskrawe fartuchy – i nie hajdawery, bo te wkładają tylko do roboty, ale spódniczki podobne do ludowych włoskich. – Stały w ładnych pozach, tuż obok bawoły piły wodę, gromada chłopaków tureckich i bułgarskich otoczyła Pochwalskiego, a wszystko razem odbijało się w spokojnym i jasnym Dunaju.
Wczoraj poznaliśmy kilku Polaków tutejszych. Wyobraź sobie, że Gawroński jest rodzonym bratem tego, któremu wyrobiłem posadę w Warszawie, zatem Waszym krewnym. (…) Drugi tu jest Stryjewski, naczelnik telegrafów. W Warnie Wróblewski etc., etc. Jutro idzie dobry pociąg, który odbywa dobrą drogę do Warny tylko w 6 godzin. Obejrzę pole bitwy i pokłonię się morzu, mewom. (…)”

PAŹDZIERNIK – 14. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Hotelu Mercatelli w Warnie w Bułgarii. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Owóż od wczorajszego popołudnia jesteśmy w Warnie. (…) Droga z Ruszczuku trwa godzin sześć krajem prawie pustynnym, któremu jesień odebrała wszystkie kolory, jakie w innych porach mieć może. Wszędzie szaro, jednostajnie, posępnie. Krajobraz urozmaicają tylko stada owiec, bawołów i koni, które gdzieniegdzie spostrzegasz na równinie. W powietrzu krążą wielkie orły
i sępy. Czasem trafi się wieś turecka nędzna i odrapana, w pobliżu której dostrzec można tu i ówdzie kilka Turczynek ubranych czarno, z białymi jaszmaki na głowie, pracujących w polu – i znowu kilka mil pustyni. Drzew nigdzie. (…) Od połowy drogi kraj zaczyna się podnosić, łamać w jary i wąwozy, na koniec góry wyrastają po obu stronach drogi, niezbyt wysokie, bezdrzewne, pokryte jakby śniegiem szczątkami białego kamienia. Od stacji Szejtandzig wznoszą się coraz wyżej i stromiej. Są to ostatnie odrośla Bałkanów, które wreszcie toną w morzu. Bliżej Warny doliny zamknięte tymi górami zmieniają się w błota, na koniec widzisz jedno wąskie a długie jezioro idące do samej Warny. (…)

Warna jest to burgada
(gród, miasto) czysto turecka, gdzie domy obrastają wzgórza jak złe grzyby pień zmurszały. Wszystko to bardzo spiętrzone, wyrastające jedno z drugiego, natkane, mieszanina spleśniałych dachówek, okien, murów. Uliczki wąskie,
i naturalnie, brudne bardzo. (…) Port mały i zbyt otwarty, zatem niepewny. W tej chwili znajdują się w nim prócz łódek dwa tylko statki. (…) Po raz pierwszy widziałem tu Albańczyków, ubranych w fez, krótki kaftan bez rękawów i białą spódniczkę,
nie dochodzącą do kolan, bardzo pofałdowaną, ściśniętą pasem, za którym sterczy na brzuchu cały arsenał, to jest jatagany
(krzywe szable tureckie), pistolety, mniejsze noże itd. Chodzą tak także niektórzy Grecy, choć większość przywdziewa już suknie europejskie. (…)

Po obiedzie mamy pojechać nad brzeg do pałacu książęcego. (…) Jutro na pole warneńskie. Gawroński przyjechał z nami. Wróblewski jest miejscowy i trzeci Korwin, Litwin. Wszyscy bardzo gościnni. Żaden jeszcze nie słyszał o „Ogniem i mieczem”,
o „Potopie”, z czego rad jestem wielce. Przyjeżdżamy, ledwośmy się poznali z Wróblewskim, gdy ten zwraca się do jakiegoś Turka w fezie, papuciach i [o] wilczej mordzie i mówi do niego najczystszą polszczyzną: „Hassan! Weźmiesz rzeczy panów, zawieziesz
do hotelu i będziesz na mnie czekał.” A Hassan na to również po polsku: „A drugą dorożkę dla panów zamówić? Bo później poodjeżdżają.” Rety! Co to za Hassan, co umie po polsku? – pytam. I cóż się pokazuje? Oto jest Tatar, mahometanin, który
u Czajkowskiego
(Michała Czajowskiego) nauczył się po polsku tak jak Polak. Dałem mu z rozczulenia dwa franki i gotów jestem wziąć go do Warszawy zamiast Jana (lokaja pisarza).

Jedziemy ostatecznie okrętem i odbywamy kwarantannę. (…) Wyjeżdżamy jutro wieczór
(rosyjskim statkiem „Oleg”). W nocy wyjeżdżamy do Burgas, tam zostaniemy przez sobotę, z soboty znów ruszamy i na świt w niedzielę będziemy w Bosforze. (…)”

PAŹDZIERNIK – 15. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Hotelu Mercatelli w Warnie w Bułgarii. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Bilety kupione. Statek rusza dziś o 11 w nocy, zatrzymuje się w Burgas przez sobotę, a staje w Kawaku na kwarantannę
w niedzielę rano. Kawak o 36 kilometr[ów] do Konstantynopola. Nie widać nic, jeno parę skał i nędzną wioskę turecką. (…)”

PAŹDZIERNIK – 17. [NIEDZIELA]


Rozpoczyna się kwarantanna rosyjskiego statku „Oleg” zacumowanego w Cieśninie Bosfor u wybrzeży Turcji. Henryk Sienkiewicz, Antoni Zaleski i Kazimierz Pochwalski przebywają na jego pokładzie bez możliwości jego opuszczenia.

PAŹDZIERNIK – 18. [PONIEDZIAŁEK]


Trwa kwarantanna statku „Oleg”. Henryk Sienkiewicz, Antoni Zaleski i Kazimierz Pochwalski przebywają na jego pokładzie. Henryk Sienkiewicz pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Podróż niespodzianie mieliśmy dobrą. Przed wieczorem była burza z grzmotami i silnym wichrem, co niemałe czyniło wrażenie na Pochwal[skiego] i Antała. (…) Tymczasem na noc wypogodziło się zupełnie i wiatr ustał. Około godziny 8 wieczór wstąpiliśmy na pokład. (…) W I-szej klasie nie ma nikogo prócz nas, zatem każdy ma osobną kabinkę. Antał i malarz zasnęli zaraz, ja długo nie spałem i doczekałem chwili odjazdu. Przy wypływaniu z portu było trochę kołysania – ale oni spali jak zabici. Na pełnym morzu cisza panowała zupełna. (…)

Obudziliśmy się rano w Burgas. Że statek zatrzymywał się tam do 6-stej wieczór, więc zwiedziliśmy miasto. Jest to druga Warna, tylko w zmniejszeniu co do ilości domów, w zwiększeniu co do brudu. Jak w Warnie, tak i tu mieszkają prawie wyłącznie Turcy
i Grecy, Bułgarów rumeliackich widuje się tylko w wojsku lub na targach. O szóstej dalej w drogę. Czas dobry, morze spokojne, więc do północy chodziemy po pokładzie. Towarzysze wypytują mnie, jako starego marynarza, o różne części okrętu i tym podobne szczegóły, jak zaś udaję mniej więcej, że się znam, i objaśniam, jak mogę. (…)

Nazajutrz rano – Kawak. Jesteśmy na Bosforze. Cieśnina tak wąska, że gołym okiem widać wszystko doskonale, a na azjatyckim brzegu można dojrzeć nawet ludzi. Azjatycki brzeg wyższy od europejskiego. Na stromym wzgórzu ruina starego zamku, zupełnie jak nad Renem; niżej fort, u stóp zamkowej góry zabudowania kwarantannowe, debarkader, w tyle miasteczko, ogrody, cyprysy nad dachami domów i zielonością wznoszą się lekkie minarety. Wczoraj wieczorem słyszeliśmy doskonale muezina ogłaszającego, że noc zapada na ziemię i że Allach jest wielki. Po prawej stronie, na europejskim brzegu, widać wielkie budynki, może jakieś magazyny, może koszary – wyżej wzgórza bezpłodne zasłaniają horyzont. W cieśninie ruch wielki. Przeszło trzydzieści statków stoi obok siebie, a na wszystkich powiewa żółta chorągiew na znak kwarantanny. (…) Między nimi krążą statki rybackie, łodzie sanitarne, a nad wszystkim unoszą się stada mew białych i szarych, szukających z kwileniem żałosnym żywności. Rzucam okruchy chleba za okręt, bom sobie zawsze wyobrażał, że to dusze sympatyczne, które towarzyszą podróżnym w odległe strony.

Mamy dziś upał, pomimo tego, że przez tę gardziel morską wiatr dmie dzień i noc jak przez dziób miecha kowalskiego. Zęby
już mnie rozbolały. Ale w mniejszym stopniu niż w Krakowie. Ten ból zębów może mi utrudnić przechadzkę po pokładzie, jedyną rozrywkę, polegającą na przypatrywaniu się okrętom i oddychaniu świeżym powietrzem. (…)

W II klasie jedzie tylko jeden podróżny, Rumun-farmaceuta, pod pokładem zaś cała gromada Turków, prawdopodobnie emigrujących z Bułgarii i Rumelii pod skrzydła Padyszacha. (…) Leżą obok siebie ciasno, rozmawiając mało, paląc, rozmyślając, śpiąc. Wieczorem w grupach po pięciu lub ośmiu przychodzą się modlić na pomost I klasy. Stają wówczas szeregiem,
a przed każdym leży barania skóra. Jeden wysuwa się naprzód i poczyna śpiewać modlitwę głosem sennym, monotonnym, podobnym trochę do naszych śpiewów zakonnych. Co chwila rzucają się na kolana i biją czołem o skóry, to się znów podnoszą,
to znów biją czołem, na koniec przewodniczący zwraca się ku pozostałym i siedząc w kuczki wysuwa ręce w ten sposób,
że wielkim palcem dotyka reszty palców. W ten sposób siedzi czas jakiś – modli się jeszcze głośno, po czym wszystko skończone: nawdziewają pantofle i idą spać. W modlitwie zwracają się zawsze na wschód. (…) Te zawoje dotykające się miarowym ruchem ziemi, te twarze ciemne, oczy wzniesione, pewien smutek i skupienie w obliczach, wszystko to nakazuje jakiś szacunek
i tłumaczy siłę Islamu. Ma on ją dotychczas, bo wyznawcy wierzą bardzo silnie.

Pochwal[ski] cały dzień spędza na pokładzie, rysuje, ugania się za Turkami, którzy umykają przed nim. (…) Antał rozpisuje listy do hotelu, w którym stać mamy, do Gropplera
(Henryka Gropplera), chce dostawać jakieś dzienniki i listy. (…)”

PAŹDZIERNIK – 19. [WTOREK]


Trwa kwarantanna statku „Oleg”. Henryk Sienkiewicz przebywa na jego pokładzie. Zamieszkały w Kawaku Henryk Anastazy Gropplera dostarcza na pokład kosz wypełniony książkami, gazetami, pismami polskimi, winem, wodą kolońską i kwiatami. Nie mogąc opuścić statku pisarz listownie dziękuje Henrykowi Anastazemu Gropplerowi:
„(…) Całym sercem dziękuję w imieniu towarzyszów i własnym za łaskawą pamięć. Gazety rozchwytujemy chciwie, bo to prawdziwa osłoda w naszej niewoli, która staje się tym cięższą, im bardziej pragniemy poznać Szanownych Państwa i osobiście podziękować Im za Ich dobroć. Jesteśmy literalnie zasypani prowizją i doprawdy nie zdołamy chyba zużyć wielkich tych zapasów w ciągu pięciu pozostających dni. Nie potrzebuję dodawać, jak miły był nam widok kwiatów. Doprawdy słów nam braknie
na podziękowanie – więc chyba musiemy się ograniczyć prostym: Bóg zapłać. (…)”

PAŹDZIERNIK – 20. [ŚRODA]


Trwa kwarantanna statku „Oleg”. Henryk Sienkiewicz, Antoni Zaleski i Kazimierz Pochwalski przebywają na jego pokładzie.

PAŹDZIERNIK – 21. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz spędza piąty dzień kwarantanny na rosyjskim statku „Oleg” zacumowanym w Cieśninie Bosfor u wybrzeży Turcji. Czas spędza następująco:
„(…) Więc oto ja trochę piszę, Pochwal[ski] trochę rysuje. Ant[ał] chodzi, dowiaduje się nowin i rozśmiesza nas apetytem
przy stole. Gburowatego kapitana wzięliśmy na kwarantannę, rozmawiamy tylko ze sobą – on zaś już usiłuje wszelkimi sposobami przyczepić się z rozmową, ale mu nie idzie.
…na koniec mamy już stosunki z Grop[p]lerami. Jacyś przedpotopowej uprzejmości ludzie. On
(Henryk Groppler) wczoraj sam przyjechał. Nie wolno mu było wysiąść na statek, bo musiałby zaraz odsiadywać, więc rozmawiał z nami z łodzi. Widziałem go krótko, bo nimem zeszedł ku schodkom, już musiał odpłynąć. Staruszek to o siwych włosach i pogodnej twarzy. (…)”

PAŹDZIERNIK – 22. [PIĄTEK]


Trwa kwarantanna statku „Oleg”. Henryk Sienkiewicz, Antoni Zaleski i Kazimierz Pochwalski przebywają na jego pokładzie.

PAŹDZIERNIK – 23. [SOBOTA]


Trwa kwarantanna statku „Oleg”. Henryk Sienkiewicz, Antoni Zaleski i Kazimierz Pochwalski przebywają na jego pokładzie. Pisze do Henryka Gropplera:
(…) Wraz z naszymi podziękowaniami zasyłamy jedną tylko prośbę – czyby Szanowny Pan nie mógł wysłać kogo na poste-restante austriacką i rosyjską po listy do nas. Ja szczególniej, który zostawiłem w domu dzieci, spragniony jestem wiadomości
od nich… (…)

PAŹDZIERNIK – 24. [NIEDZIELA]


Trwa kwarantanna statku „Oleg”. Henryk Sienkiewicz, Antoni Zaleski i Kazimierz Pochwalski przebywają na jego pokładzie.

PAŹDZIERNIK – 25. [PONIEDZIAŁEK]


Trwa kwarantanna statku „Oleg”. Henryk Sienkiewicz, Antoni Zaleski i Kazimierz Pochwalski przebywają na jego pokładzie.

PAŹDZIERNIK – 26. [WTOREK]


Trwa kwarantanna statku „Oleg”. Henryk Sienkiewicz, Antoni Zaleski i Kazimierz Pochwalski przebywają na jego pokładzie.

PAŹDZIERNIK – 27. [ŚRODA]


To ostatni dzień kwarantanny statku „Oleg”, na którego pokładzie przebywają Henryk Sienkiewicz, Antoni Zaleski i Kazimierz Pochwalski.

PAŹDZIERNIK – 28. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz odwiedza Henryka i Ludwikę Gropplerów w ich willi w Bebeku. Stamtąd pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) …łódź parowa czeka już na nas, ale trzeba jeszcze nocować. Łódź odpływa do Kawaku Anatolskiego, my kładziem się spać. – Sen nie klei powiek, mnie z powodu nerwów, kompanionom ze wzruszenia. Wtedy zachodzi wypadek dowodzący, że i Turcy
nie żartują. Słychać armatni wystrzał. Ubieramy się i wypadamy na pomost. Cóż się dzieje? Oto jakiś statek płynie
i nie zatrzymuje się mimo ostrzeżeń. Drugi wystrzał – statek gasi latarnie; trzeci – i szum kuli działowej; czwarty! statek ginie
w zakrętach Bosforu. Żebyś to wiedziała jak te kule szumią w ciszy nocnej! Zupełnie jak wielkie ptaki. Czy ów okręt złamał kwarantannę, czy go zatrzymano – nie wiem, ale zdaje się, że przepłynął, bo było bardzo ciemno…

Nazajutrz wstaliśmy o świcie… Idziemy tedy do Gropplerów… Bebek jest to szereg domów rozrzuconych na górzystym brzegu. Uliczki bardzo ciasne, gdzieniegdzie pałacyk, zresztą domy nędzne choć charakterystyczne tureckie z oknami i balkonami pokrytymi skośną, drewnianą kratką.

Stajemy na koniec u celu – nie willa, ale pałac, co się zowie. Wypada służba i gospodarz rozpromieniony. Wprowadza nas
do środka – nie mieszkanie, ale sen wschodni. …w całym mieszkaniu nie ma ani jednego zwyczajnego mebla: sofy, krzesła kryte perskimi dywanami, kilimkami z Brussy, jedwabiami z Trebizondy; na podłogach kobierce ze wszystkich targów wschodnich,
w oknie zasłony indyjskie, a japońszczyzny, a chińszczyzny; nad obrazami podobne do pajęczyn tkaniny różnych kolorów
i najdziwaczniejszych haftów, stoliki w kształcie świątyń i płaskich pagód wykładane perłową masą. Mnie umieszczono
w bibliotece, która jest prawdziwym muzeum. We drzwiach portiery kupowane w meczetach, stare, zahaftowane złotem, które pociemniało ze starości, lampy wiszące z meczetów zdobią sufity. A ileż przedmiotów małych a cennych, wykopalisk egipskich, chrząszczów, bożków etc., etc. (…)

Sam gospodarz, człowiek lat 50 kilku, raźny, czerstwy, witał nas tak gościnnie, …, że był rozpromieniony. Na samym wstępie darował mi starą szablę perską, której cała pochwa pokryta jest zupełnie rzeźbionymi koralami i turkusami. Nie wiedziałem,
co ze sobą zrobić, jak przyjąć lub jak odmówić, bo z jednej strony, bo ja wiem, może to warte 500, a może 1000 franków,
a z drugiej, tak prosił, tak nalegał, tak wmawiał, że to dla Wołodyjowskiego, że trudno było odrzucić. (…)
Wystrzegam się jak ognia, żeby czego nie pochwalić, w obawie, że darują. Gospodarz wygląda tak, jakby był gotów darować całą willę. Panią poznaliśmy dopiero przy śniadaniu; także niezmiernie serdeczna, tylko w inny sposób od męża, bo się rozczula do łez. Tęskni niesłychanie do kraju i choruje z tęsknoty. (…)

Po śniadaniu udaliśmy się na Perę
(dzielnica Konstantynopola). (…) Pera jest brudna jak Kaźmierz w Krakowie. Domy też nie lepsze. Grande Rue jest wąska jak ulica Chmielna. Magazyny nędzne. (…) Pierwszym razem nie byliśmy w Stambule; dopiero wczoraj. (…) Widzieliśmy Św. Zofię, Grób Mohameda, Muzeum Janczarskie, Tysiąc Kolumn, Hipodrom. (…)
Co to jest Stambuł? (…) To nie brudy, tylko obrzydliwości. To nie spiętrzone mury, tylko walące się żydowskie domostwa małego miasteczka. To nie Kraków, nie Lwów, nie Tarnopol, ale jakiś niechlujny Pacanów czy Baranów. (…) Samo życie jest zajmujące;
to rojenie się azjatyckie – ma w sobie coś z rojenia się robactwa. (…) W Muzeum Janczarskim widziałem ciekawe kostiumy. Przyda się to do Wołodyjowskiego. (…)”

[01. Tuircja - mapa fizyczna]

[Fotografia mapy: Autor: 01. Captain Blood. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcie objęte jest licencją GNU FDL].

LISTOPAD – 02. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz z Bebek pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) U nas tu ciągle słota straszna. Mokniemy, mokniemy i wiatr nas przewiewa na wskroś. Na obydwu morzach takie burze,
że statki przez kilka dni nie wchodziły i nie wychodziły. (…) Mimo dżdżu, wichru i ciemności jedziemy jednak co dzień do miasta
i zwiedzamy, co można. (…) Chwilami bywa przecie jasno i widziałem w takich chwilach Konst[antynopol] z morza, ale znajduję, że i pod tym względem przesadzono i że nawet widok ogólny Bosforu nie jest tak piękny, jak o nim mówią. (…)
Byliśmy u Hamdi-beja, syna Edhema paszy. Jest to dyrektor Szkoły Sztuk Pięknych i Muzeum; ma przepyszne mieszkanie, w nim mnóstwo bib[e]lotów i własnych obrazów wcale niezłych. Sam jest to taki Turek z bulwarów paryskich, suchy, czarny, wyniszczony zbyt wesołym życiem, ledwie trzymający się na nogach.

Dziś ja, Antał i gospodarz idziemy do Achmeda Weffika, byłego w[ielkiego] wezyra. Ma to być człowiek niesłychanie uczony. (…)

Bazar jest naprawdę ciekawy. Oprowadza nas po nim malarz Farnet[t]i
(Stefan Farnetti), Polak, który zna Stambuł doskonale i umie wszystko tanio kupować. – Żebyś też wiedziała, Hanem, jak się w tym Bazarze malują różne temperamenty narodowe. Turek się nie targuje. Powiada swoją cenę i gdy mu ofiarują mniejszą, podnosi w górę głowę, mówiąc: jok! – nie! Ledwie raczy gadać
z kupującym. Żydzi tak się ujadają jak u nas, a z Grekami cała tragedia: „Dzieci moje umrą z głodu, żona! Chcesz je zabić? Chcesz odpowiadać przed Bogiem? Napluj mi w twarz, jeśli mogę oddać za tę cenę. – Wychodzisz? Czelabi
(szlachetny panie)! effendi (panie)! monsieur! Gospodin – bierz!” Zimna krew Farnettiego jest przy tym nie do opisania. (…)
Żebyś ty wiedziała, jak nam tu dobrze w Bebek. Ani myślą puszczać. P. Gropplerowa dobre jakieś stworzenie z kościami, a on
nie tylko poczciwy, ale tak wesołego człowieka nie widziałem nigdy w życiu. Drażni się z żoną i przez cały dzień pęka ze śmiechu, opowiada o Turcji i pęka ze śmiechu. (…)”

LISTOPAD – 05. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz z Bebek pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Pobyt mój w Stambule zbliża się do końca; tymczasem zwiedzamy, co jeszcze można. (…) …pływaliśmy kaikiem po Złotym Rogu, aż do słodkich wód europejskich; zwiedziliśmy Eiub, Fanar i katedrę grecką, której patriarchowie odegrali tak przeważną rolę w gnębieniu Słowian południowych. (…) Ale walną wyprawę zrobiliśmy wczoraj do Azji. Przybywszy do Skutari, siedliśmy
na koń i pojechali naprzód do Berle[r]bej, pałacu niegdyś Abdul Azisa, a potem na górę Czamidże, panującą nad morzami. (…)
Z Czamidże cudowny widok. Bosfor, Pera, Galata, Stambuł – wszystko pod stopami. Widać Morze Marmara i Wyspy Książęce
jak na dłoni… (…)

Przelecieliśmy szybko wioski nadbrzeżne i samo Skutari, aby zdążyć na derwiszów wyjących. Wyobraź sobie pokój średniej wielkości, w nim skóry, dziwne sprzęty, rodzaj ołtarza, obok ołtarza na ścianach napisy tureckie. Czterech Turków siedzi
na skórach w środku izby i śpiewają pieśni podobne nutą do naszych kościelnych. Przed ołtarzem stoi arcyderwisz, posępny, poważny, z dłońmi obróconymi do góry. Ten coś mamrocze. Pod ścianą przeciwległą ołtarzowi cały szereg derwiszów przybranych różnie. Ci biją pokłony, powtarzając ponurymi głosami w takt jakby bicia młotów: Ałła-chu, Ałła-łach – w miarę
jak czterej siedzący na skórach i arcyderwisz posuwają ceremonię, ci biją pokłony coraz szybsze. Pokrywa ich bladość i pot, głosy stają się chrapliwe, ruchy konwulsyjne. Wreszcie poczynają ryczeć i rzęzić w takt ciągle, ale jak dzikie zwierzęta: „u-ach – u! u! hr-hu!” Coś podobnego! Po chwili jeszcze bez żadnej artykulacji głosowej: oczy im zachodzą pod czoło, na twarzach jakaś zwierzęca ekstaza – modlitwa zmienia się w jedną wielką konwulsję. Pod koniec ceremonii arcyderwisz staje na małych dzieciach. Widocznie dzieci nie cierpią na tym, bo nie krzyczą, ale nie mogłem dłużej patrzeć i wyszedłem. (…)
Wróciliśmy późno do domu, Kości trochę bolały, więc spało się doskonale. (…) W przyszłą środę wyjeżdżam do Aten…

W poniedziałek pójdę jeszcze do Bazaru po resztę sprawunków (czarczaf, kefie, łuk etc.), a w środę ruszam statkiem francuskim. (…)”
Po południu jeszcze raz pisze do Jadwigi Janczewskiej:
Iwo przyniósł listy: jeden od mateczki, drugi od Ciebie. Nie wiem, jak Ci dziękować, moja dobra Hanem, tak mnie Twoja pamięć rozczula. Więc przekonywam się, że mała naprawdę lepiej, bo to samo pisze ojciec z Warszawy i mateczka. (…)

LISTOPAD – 08./09. [PONIEDZIAŁEK/WTOREK]


Henryk Sienkiewicz z Bebek pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Wyjeżdżam stanowczo w środę (10 listopada). (…) W Atenach popróbuję pisać. Będę sam z tydzień. Nie uwierzysz, jak mi tego trzeba, nawet dlatego, by sobie zdać w spokoju sprawę z wrażeń – i wypocząć – i z tydzień nic do nikogo nie mówić – tylko chandrować. (…) Okropnie mnie napastują, bym został choć do piątku, a ja jestem jak skała, o którą się rozbijają fale wschodniej gościnności. Słucham nalegań i rozumowań cierpliwie jak derwisz, potem odpowiadam, że muszę jechać w środę. (…)
Onegdaj objechaliśmy i przejechali cały Stambuł kilka razy. Widziałem stare mury potrójne, Jedykuł
(Jedi Kulé), tj. 7-m wież.
W którejś z nich był powieszony (według legendy) na haku za żebro Dymitr Wiśniowiecki. Byliśmy w Kachariath; jest to mały kościółek bizantyjski, w którym, lubo go zmieniono na meczet, dochowały się mozaiki w przedsionkach, jedne z najpiękniejszych jakie egzystują. Jest głowa Chrystusa z glorią, bardzo piękna… Po drodze przejeżdżaliśmy takie ulice, o których się filozofom
nie śniło. (…)”
We wtorek dopisuje:
„(…) Bilet już mam. Jadę jutro na statku Compagnie des Messageries Maritimes (Francuskiego Towarzystwa Żeglugi Morskiej) nazwiskiem „Donnai”. (…) Bardzo by mnie cieszyła ta podróż, gdyby prowadziła nie od domu, ale do domu – bo tak się chce spokoju! (…)”

LISTOPAD – 09. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Bebek. Pisze bajkę wierszem „Kwiaty i krzemienie” skierowaną przeciwko antypolskiej polityce Prus.

LISTOPAD – 10. [ŚRODA]


Na parowcu „Donnie” Henryk Sienkiewicz wypływa z Bebek do Aten.

LISTOPAD – 12. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przybywa do Aten i zatrzymuje się w „Hôtel d’Athènes”. Jadwidze Janczewskiej opisuje wrażenia z pobytu:
„(…) Mieszkam na rogu Placu Konstytucyjnego i ulicy du Stade, zatem w centrum miasta. (…) Wczoraj przebiegłem ulicę Hermesa, której sama nazwa wskazuje, że jest handlową, ulicę du Stade, Minerwy, byłem na Placu Zgody itd. (…)
Wielu też nosi jeszcze kostium albański, składający się z fustanelli, fezu i kaftana zahaftowanego zupełnie, z długimi, wiszącymi rękawami. Biodra ich obciska pas, z który zaciskają pistolety i handżary. Są całe oddziały wojska tak ubrane. Nadaje to miastu odrębną od wszystkich innych fizjonomię.
Grecy mieszkający po wsiach, mimo swych rozbójniczych instynktów, są podobno uczciwi; ci, którzy żyją w miastach i ubierają się w europejskie suknie, mają w całym świecie ustaloną opinię rzezimieszków. Naturalnie, nie mogę o tym sądzić, ale zauważyłem, że lubią coś zbyt dużo mówić o swej uczciwości. (…)”

[01. Grecja - mapa fizyczna]

[Fotografia mapy: Autor: 01. Captain Blood. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcie objęte jest licencją GNU FDL].

LISTOPAD – 13. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Atenach w „Hôtel d’Athènes”. Do wczorajszego listu dopisuje:
„(…) O trzeciej pójdę na pocztę, bo restante otwarta dopiero od godziny. Obym co znalazł! Miałbym noc spokojniejszą. Tej źle spałem. Czytałem do późna „La Grèce contemporaine” Abouta (Edmunda Abouta). (…)”
Pisze też do Henryka Anastazego Gropplera:
„(…) Przybyłem do Aten wczoraj rano, zdrowo i szczęśliwie. Miasto śliczne, jasne i wesołe. Ruiny i okolice odpowiedziały zupełnie ideałowi, który sobie wytworzyłem o tej plastycznej ziemi. Wczoraj cały dzień przebiegałem ulice we wszystkich kierunkach, dziś piszę te kilka słów i muszę się spieszyć, pragnąć zdążyć na pocztę. (…)
Na komorze kręcono trochę głowami nad szablą, ale na widok franka stłukła się zaraz uczciwość celnicza, które jeśli nie jest równie czysta, to niezawodnie jest równie krucha jak szkło. (…)
W ogóle dobrze tu i wesoło z tą różnicą, że brakuje Bebeku, a w nim zacnych i kochanych Państwa Gropplerów, w których gościnnym domu czas upływał jak w Polsce i lepiej, bo swobodniej niż w Polsce. (…)”

LISTOPAD – 18. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Atenach. Zwiedza, poznaje, opisuje:
„(…) Rano pisuję, o 12-stej jem śniadanie i pyrgam na miasto lub za miasto. Z rozbójnikami spotkać się tu można z równym prawdopodobieństwem jak na Rynku w Krakowie lub w Sukiennicach. Byłem już wszędzie: na Akropolu, Pnyksie, Areopagu, Hagia Triada, Muzeum, resztkach świątyni Zeusa. Widziałem Stoa, Agora – i nie wiem, czy jest w mieście lub najbliższych okolicach jedna przewrócona kolumna, której bym nie oglądał. (…)
Idzie się wężowatą drogą pod górę, zarośniętą agawami i kaktusami. Przed sobą widzisz tylko olbrzymi mur, szary, pokruszony, spoza którego wyglądają trójkątne szczyty i wydłużone architrawy świątyń. Pusto było, gdym szedł, naokoło ani żywej duszy.
W bocznej bramie drzemie stary weteran, mijasz go zakręcasz, idziesz schodami na górę – i jesteś w Propyleach, przez które obejmiesz okiem całą platformę. Pierwsze wrażenie: ruina, ruina, cisza, śmierć! (…) Przychodzi Ci do głowy, że się tu odbyła jakaś straszliwa walka olbrzymów lub olbrzymich sił, od której góra się trzęsła, pękały mury, aż wreszcie runęło wszystko i pozostało tylko zniszczenie. (…)

Chodzisz cicho, bo wszystko, co Cię otacza, tak doskonale umarłe, że Ci się Twoje własne życie, Twój własny ruch wydaje czymś obcym i niewłaściwym w tych miejscach. (…)
Więc siedzisz, patrzysz na to kamienne uroczysko, na potop słoneczny, na zatopione w świetle zręby, złamy, aż wreszcie coś wstaje od ruiny, idzie i wstępuje w Ciebie. Zaczynasz się jednać z tym światem, później zlewać, w końcu po prostu kamieniejesz. Wtedy Ci jest dobrze, bo wchodzi w Ciebie ogromny spokój, ale to taki ogromny, jaki tylko może mieć kamień i ruina.
Ich cisza staje się Twoją ciszą. Im więcej masz duszę zbitą i obolałą, tym Ci tam lepiej. Chciałoby się głowę oprzeć o pilastr kolumny, zamykać i otwierać na przemian oczy – i koić się. (…)
Od razu tego nie dostrzegasz, czar działa z wolna, ale tym mocniej Cię przenika i w końcu upaja. I poznajesz, że nie sam tylko martwy spokój dały Ci te arcydzieła, ale że Cię upoiły własną pięknością, harmonią, a co za tym idzie, i słodyczą. Wtedy Ci jest prawdziwie dobrze. (…)”

LISTOPAD – 20. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Atenach. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) …byłem zły okropnie, bo Pochwalski (Kazimierz Pochwalski) nie przyjechał; dziś dopiero otrzymałem depeszę, że przyjeżdża
w niedzielę. Skutkiem tego nie możemy jechać Lloydem, nie możemy jechać w poniedziałek, nie możemy jechać przez Zatokę Koryncką; musiemy wziąć statek włoski, możemy wyruszyć dopiero w piątek – i nie inaczej, jak naokoło Peloponezu,
bez zatrzymywania się w Argostoli, Korfu (Lloyd zatrzymuje się 6 godzin, więc można coś zobaczyć), wprost do Brindisi.
W dodatku będziemy na morzu zamiast 38 godzin – 72. Zrozumiesz łatwo, że nie bardzo mi się podoba takie rozporządzanie moim czasem, moją drogą, a ostatecznie i moim pieniędzmi, bo jeśli Pochwalski zyskuje, robiąc portrety, to ja tracę, płacąc
na próżno hotele i dłuższe przejazdy. (…)
Wczoraj drogman pojechał po Pochwalskiego o świcie. Gdy ich o ósmej rano jeszcze nie było, poszedłem naprzeciw i od słupa
do słupa zaszedłem po jakichś dwóch godzinach czy nawet mniej aż do Pireus. Po drodze opadli mnie psi, którzy jednak, spotkawszy się z gradem tłuczonych kamieni, sromotnie tył podali. (…)
…najbardziej dręczy mnie tęsknota powrotu. Mam już dosyć. Pojechałbym morzem wprost doTriestu, gdyby nie to, że koleją prędzej się jedzie i że niemowlęcia, w które się dobrowolnie ubrałem, nie można zostawiać. Wreszcie idzie mi o portret
(portret zmarłej Marii Sienkiewiczowej), który pod mymi oczyma będzie skończony prędzej i lepiej. Trzeba sobie wędzidło nałożyć – a tak się chce wracać – i taka moralna bieda czasem gniecie, że nie sposób wypowiedzieć. (…)”

LISTOPAD – 26. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Atenach. Planuje wyjazd do Brindisi. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Jedziemy jutro do Brindisi włoskim statkiem „Il Princ[ip]e Oddone” z linii Florio Rubatino. (…) „Oby Princ[ip]e Oddone” był szczęśliwszy! Wczoraj byliśmy w Koryncie; deszcz nas przemoczył do nitki. Dziś dość pogodnie, ale chmury. Jutro co będzie,
to będzie. Są takie siekiery, którym nie przeznaczono tonąć. (…)”
Do Henryka Anastazego Gropplera pisze:
„(…) Jedziemy jutro, to jest w piątek (w sobotę), do Brindisi włoskim statkiem „Il Principe Oddone”. Zapewniają nas, że w niedzielę wieczorem będziemy już na miejscu, ale naturalnie wszystko zależy od pogody… (…)
Z Brindisi jedziemy do Neapolu, Rzymu, potem na Ankonę do Triestu lub Fiume, stosownie do tego, jaki znajdziemy statek. Prostsza i mniej nużąca byłaby droga przez północne Włochy koleją, ale tyle tam bolesnych wspomnień, że po prostu nie czuję się na siłach do odbycia tamtej drogi i umyślnie chcę jej uniknąć. (…)”
Przed rokiem – 19 października 1885 r. – pisarz utracił żonę Marię, którą usilnie kurował na gruźlicę w północnych Włoszech, m. in. w Meranie.
W dalszej części listu pisze na swój temat:
„(…) Są ludzie, którym łatwo przychodzi dziękować i wylewać uczucia wdzięczności; ja pod tym względem, jak i pod wszelkimi innymi, należę do małomównych, ale wierzajcie mi, Drodzy Państwo, że wyjeżdżając od Was nie zabrałem całego siebie,
bo zostawiłem Wam szczerą i prawdziwą przyjaźń, taką, która do najlepszych części istoty ludzkiej należy i której oddalenie
nie zmniejsza. (…)
Myślę, że za jakie piętnaście dni będziemy już w Krakowie i dlatego ośmielam się naprzykrzać Drogiemu Panu o przyspieszenie wysyłki skrzyni z moimi rupieciami. Muszę na nią zaczekać w Krakowie, a nie chciałbym tam bawić zbyt długo. (…)”
Na koniec Henryk Sienkiewicz podkreśla wspaniałomyślność Henryka i Ludwiki Gropplerów:
„(…) Przyjmowaliście przecież nas i zarzucili podarunkami tak, że gdy będę opowiadał o tym w Warszawie, gotowi mi
nie uwierzyć, że są tacy ludzie na świecie. Żeby Was poznać, warto naprawdę do Stambułu przyjechać, a poznawszy, warto wrócić. Czy wrócę – nie wiem, ale myślą będę często wracał jako do ludzi, od których chciałbym tyle serdecznych uczuć, ile sam mam dla nich. (…)”

LISTOPAD – 28. [NIEDZIELA]


O godz. 13.00 Henryk Sienkiewicz przybywa do Brindisi.

LISTOPAD – 29. [PONIEDZIAŁEK]


Rano Henryk Sienkiewicz przybywa do Neapolu. Zatrzymuje się w Hotelu Hassler znajdującym się w Santa Lucia, eleganckiej dzielnicy Neapolu. Jadwidze Janczewskiej pisze:
„(…) Przyjechaliśmy dziś rano, a wieczorem (g. 10) piszę parę słów mimo wielkiego zmęczenia, żeby Ci tylko donieść, że „Principe Oddone” dopłynął szczęśliwie do Brindisi i że od rana latamy jak najęci po Neapolu. (…)
Miasto ogromne, domy ogromne, nabrzeżnice (dobry wyraz) wspaniałe. (…) Po Stambule miasto wydaje się czystsze, a ruchliwe, a roi się, a wrzeszczy, a gestykuluje! Stanęliśmy u Hasslera, dlatego, że go nie wymieniono w przewodniku, więc nadzieja,
że tańszy. Tak sobie. Cały dzień lataliśmy. Byliśmy na Santa Lucia, na Piazza San Fernando, na Chiaia, na via Toledo,
via del Duomo i w Muzeum
(Muzeum Narodowe w Neapolu), które jest jednym z pierwszych w świecie. Widzieliśmy tylko dolne sale
z Pompeianea i cudnymi rzeźbami. Ale wypędzili nas, bo zamykali. Trzeba tam jeszcze wrócić. (…)
Zdrów jestem, tylko zaziębiony i mam straszny katar. (…)”
Skreśla też kilka słów do Stanisław Smolki:
„(…) Wyjechałem z Aten w piątek; w niedzielę byłem w Brindisi i po nocnej podróży jestem dziś od Rana w Neapolu. Na przyszłą sobotę najdalej będę w Rzymie. Pragnąłbym z całej duszy zobaczyć się z Wami i uścisnąć Waszą rękę, więc umyślnie piszę
te parę słów z obawy, abyście właśnie w tym terminie nie przedsięwzięli wraz z towarzyszami jakiej wycieczki. W każdym razie zechciejcie mnie uprzedzić, gdyby były jakieś przeszkody, a zarazem donieść mi łaskawie, czy nie wiecie jakiego hotelu, gdzieby nas (tj. mnie i Pochwalskiego
(Kazmierza Pochwalskiego)) nie obdarto ze skóry. (…) W Rzymie byłem przed laty sześciu i mieszkałem prywatnie, więc o „albergach” (hotelach) nic nie wiem. Pragnąłbym mieć dwa pokoiki, bo towarzysz mój okropnie chrapie, a ja i tak źle sypiam. (…)”

LISTOPAD – 30. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Hotelu Hassler w Neapolu. Stąd wypuszcza się na wycieczkę do Baiae.

GRUDZIEŃ – 01. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Hotelu Hassler w Neapolu.

GRUDZIEŃ – 02. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Hotelu Hassler w Neapolu. Jadwidze Janczewskiej opisuje atrakcje miasta:
„(…) Onegdaj cały dzień spędziliśmy w Puzzoli, po prawej stronie Neapolu;… (…) Stamtąd tramwaj zaniósł nas przez grotę Pauzilippo do Puzzoli, gdzie są ruiny świątyń Diany, Neptuna, Serapisa i amfiteatr doskonale zachowany.
Ledwieśmy wysiedli, przyczepił się do nas przewodnik. Natręctwo tych ludzi przechodzi wszelkie wyobrażenie. Jeśli go nie chcesz
i mówisz mu to, mówisz jak do ściany – on nie słyszy i rozpoczyna swoją czynność. Temu, który nas opadł, powiedziałem,
żeby sobie poszedł, że nie dam ani grosza, że traci czas; następnie nawymyślałem mu w kilku językach, następnie zrobiliśmy umyślnie kurs po mieście piechotą i zgubiwszy go poszliśmy na śniadanie. Po śniadaniu wychodziemy, aż mój cicerone już stoi, oświadcza, że jakkolwiek czas niepewny, może deszczu nie będzie, prosi jednak, żeby się spieszyć, byśmy mogli wszystko obejrzeć. Pochwalski
(Kazimierz Pochwalski) zbladł ze złości, ale właśnie z tego powodu tym trudniej było mu coś powiedzieć, ja zaś – może dlatego, że po śniadaniu, zacząłem się bawić tą bezczelnością i naturalnie pierwszy mój uśmiech został w lot schwytany
i poczytany za oznakę zgody, którą był rzeczywiście, bo rzeczywiście potrzebowaliśmy kogokolwiek. Więc naprzód, wziąwszy powóz, pojechaliśmy dalej w kierunku przylądku Miseno i Ischii. (…)
…i zwiedziwszy Baiae (świątynie i grobowiec Agrypiny) wrócili do Puzzoli dla oglądania świątyń, o których Ci już wspominałem. Można było wrócić tramwajem, ale chciałem jeszcze zwiedzić jezioro d’Agnano, w pobliżu którego są ciekawe groty,
więc wzięliśmy powóz. Wśród ciemności egipskich wracamy do Neapolu, po drodze słyszemy tylko od czasu do czasu dzwonki mułów ciągnących coricolla. (…)”
.

GRUDZIEŃ – 03. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Hotelu Hassler w Neapolu.

GRUDZIEŃ – 04. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz opuszcza Neapol i o godz. 22.00 przybywa do Rzymu.

GRUDZIEŃ – 05. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Albergo Orientalne (Hotel Orientale) w Rzymie. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Od dnia wczorajszego, godziny 10 w nocy, jesteśmy w Rzymie. Smolka (Stanisław Smolka) i Weloński (Pius Weloński) oczekiwali na kolei przez godzinę, bo się pociąg spóźnił. Smolka zapomniał wziąć ze sobą listów… (…) Ale nie pozwoliłem sobie być złym
na niego, bo to takie poczciwe stworzenie, że wilią naszego przyjazdu latał po wszystkich hotelach, żeby wynaleźć pokoje tanie, dogodne i od południa. Ten ostatni warunek nie jest tu małą rzeczą, bo nie zgadniesz, że w tej chwili, pisząc z tego kraju słońca,
i w pokoju, w którym kazałem napalić, piszę w serdaku, w kołdrze na nogach – i palce mi grabieją.
Chwała przede wszystkim Bogu, żeście wszyscy zdrowi. (…) Najwięcej Cię męczyły migreny, choć pamiętaj zawsze, że migreny
to tylko skutek niedokrwistości – i że usuwając anemię przez silne jedzenie i picie, można je także usunąć. Dlatego zawsze myślałem, że wszystkie wyroby słodowe będą dla Ciebie bardzo dobre.
A przy tym spokój, a nawet i cisza, żeby tej biednej główki nie rozklekotywać. Sam na sobie doświadczyłem, jak mi szkodzi hałas, ścisk i takie życie jak we młynie. Z tego powodu zły jestem na tych gości, którzy Wam wprowadzają rozgardiasz do domu,
i postanowiłem go nie powiększać własną osobą. A jeszcze takie gościnne stworzenie zaraz się kłopoce i głowę sobie zaprząta. Pozwól mi, Dzinko, zalokować się w hotelu. Przecie i tak przesiaduję u Was całymi dniami. Jeśli się zapomnę wieczorem i zasiedzę, to mi powiedz: „A do domu, powsinogo!” – taj pijdu! (…)”
Można wnioskować, że pisarz bywał u Edwarda i Jadwigi Janczewskich w Krakowie przy ul. Karmelickiej 31, chociaż na razie jego słowa są jedynym tego potwierdzeniem. Dalsza relacja jest następująca:
„(…) W Neapolu mieliśmy tylko jeden dzień słoneczny i błękitny, zresztą okropność. Mokliśmy do nitki na Wezuwiuszu, mokliśmy
w Pompei i wszędzie. (…) Serce bije, płuca nie mogą nastarczyć; musieliśmy co chwila stawać dla odetchnięcia. Oblewał nas pot,
a jednocześnie ciął wiatr z zimnym deszczem. Chwilami przelatywały mgły jak jakieś stada pędzące w cwał – i zasłaniały wszystko – chwilami wicher je zamiatał, odsłaniając czarne wiszary, czarne lawy, czarne popioły i całą górę jeszcze
od szczegółów czarniejszą, groźną i złowrogą a żałobną. Doszedłszy do stacji padliśmy na ławki zziajani, milczący, mokrzy, spoceni i zziębnięci jednocześnie – i tylko jeden spoglądał na drugiego, bo głosu nie chciało się ze zmęczenia wydobywać.
Ale w ścianach drewnianych było cieplej, dano nam wina i – drogą już lepszą – bo trochę opracowaną dla gości przyjeżdżających koleją – poszliśmy do krateru. Po chwili, może po 10 minutach, droga się skończyła i zaczęły się rozłogi, niezbyt pochyłe
i do wstępowania łatwiejsze. (…) Nagle przed oczami wyrósł nam znów czub mocno spadzisty – weszliśmy na niego, mając
przed sobą chmurę dymu – aż szczyt zakończył się krawędzią – rozległo się: „Stop!” przewodników – i stanęliśmy na zrębie krateru – tuż, tuż przy otchłani. (…)
Gorąco czyniło się coraz większe, a od chwili do chwili słyszeliśmy huk podziemny. Co za groza i wspaniałość, gdy ta otchłań schodząca aż do wnętrzności ziemi nagle zagada. Myślisz, że tam siedzą jakieś żyjące potworne potęgi, które chwyta gniew
na widok człowieka zaglądającego w ich siedziby. (…)
Zstąpiwszy zbieraliśmy siarkę w szczelinach, okruchy pumeksu i innych wulkanicznych materii. Konie czekały na nas na dole
i mogliśmy wrócić do Resiny, ale woleliśmy je odesłać, sami zaś poszliśmy inną stroną góry, ku Torre del Annunziata, by widzieć lawy płynące. (…)

Nazajutrz byliśmy w Pompei, bo poczciwe płuca wytrzymały dobrze Wezuwiuszową próbę. (…) Powiem Ci tylko, że dziwne
i nieopisane wrażenie robi to miasto, na którego brukach znać jeszcze koleje wozów. Możesz sobie w niektórych miejscach wyobrazić, że katastrofa miała miejsce wczoraj… (…)
Rzymu nie będę zwiedzał albo bardzo mało. Zamierzałem coś pisać, wątpię jednak, czy mi zgrabiałe palce (miarkuj to po mojej kaligrafii) pozwolą. Natchnienie nie lubi unosić się nad zakatarzonym nosem i czerwonymi uszami. Zresztą niepodobna – chybaby jutro było ciepło. (…)
Smolka daje Pochwalsk[iemu] jednego ze swych uczniów na cicerone, a ja może już pojutrze jak pyrgnę, tak się nie oprę
aż w Wiedniu. Najlepiej tam do mnie adresować: Chłędowski, Wohlleben-Gasse 5. (…)”

GRUDZIEŃ – 09. [CZWARTEK] lub 10.


Henryk Sienkiewicz wyjeżdża z Rzymu i przyjeżdża do Florencji, gdzie zatrzymuje się w Albergo (hotelu) di Roma. List do Jadwigi Janczewskiej datuje
„10 (?) XII 1886. Czwartek”. Znak zapytania przy dacie pisarz postawił sam, a czwartek przypadał 09 grudnia. W liście pisze:
„(…) Wyjechałem dziś z Rzymu z zamiarem jechania wprost do Wiednia, ale w drodze skusiło zatrzymać się na dzień we Florencji
i zobaczyć Uffizi
(Galleria degli Uffizi). Pochwalski (Kazimierz Pochwalski) został w Rzymie i wyruszy w sobotę lub w niedzielę. Ja będę
w Wiedniu (wyjechawszy stąd jutro wieczorem) w sobotę o dziesiątej wieczorem. Wypocznę przez niedzielę, będę
u Chłędowskiego
(Kazimierza Chłędowskiego), a w poniedziałek na noc ruszę. (…)
Pogoda niegodziwa. Sirocco i deszcz, ciemno, posępnie. (…) Pytasz o Smolkę
(Stanisława Smolkę)! Zmienił się zupełnie, bo tak utył, tak się odrodził, taki pełen życia i wesołości, że nikt go w Krakowie nie pozna. (…) Ja nieźle się czuję, tylko w tej chwili mam migrenę. W Wiedniu stanę w Hôtel de France. Będę u Chłędowskiego, zresztą nigdzie. (…)”

GRUDZIEŃ – 16. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 17. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 18. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 19. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 20. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 21. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 22. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie. Pisze do Henryka i Ludwiki Gropplerów:
(…) Przed paroma dniami Müldner (Henryk Müldner) wręczył mi Wasze listy z pierwszych dni grudnia. Nie wiem, jak Wam dziękować za serdeczne i przyjazne wyrazy w nich zawarte oraz wszystkie kłopoty, jakich Was nabawiła przesyłka. A zaraz skorzystaliście
ze sposobności, by ją powiększyć darami. (…) …zawieszę dywanik nad moją sofą, na nim szablę i ilekroć spojrzę na to wszystko, będę sobie przypominał Bebek i Wasze twarze, które pragnąłbym z całej duszy zobaczyć.

Pisałem do Gebethnera i Wolffa, u których mam dość znaczne zaległości, o otwarcie rachunku na Wasze nazwisko, oni zaś porozumieją się sami z Szanownym i Kochanym Panem co do kwestii, pod jakim adresem mają wysyłać książki. (…) Mam nadzieję, że wiadomość o tym od Drogiego Pana wkrótce będzie w Warszawie (Red[akcja] „Słowa”, Mazowiecka 4)…

Dotychczas, jak to Kochani Państwo widzicie z tego listu, bawię w Krakowie. Ośm już dni upłynęło od mego przyjazdu i nie wiem, czy na święta wrócę do Warszawy. Wstrzymuje mnie… Pochwalski. Zostawiłem go w Rzymie, który chciał i powinien był bliżej poznać. Więc dopiero onegdaj zabrał się do wykończenia portretu mojej nieboszczki
(Marii Sienkiewicz) i pewnie przed Wigilią go nie wykończy, a moja obecność koniecznie jest potrzebna dla wskazówek. Pochwalski znał bowiem moją żonę bardzo mało.

Dzieci moje zdrowe, a wiadomości o nich miewam prawie codziennie. W Krakowie zachwycają się moi bliscy tkaninami, które przywiozłem, gdy zaś opowiadam komu o gościnności Drogich Państwa i Ich domu, zaraz każdy wybiera się do Konstantynopola. (…) Ale nim to nastąpi, kto wie, czy nie prędzej ujrzycie którego z dawnych pielgrzymów, bo ani Was zapomnieć, ani za Wami
nie zatęsknić – niepodobna. (…)

GRUDZIEŃ – 25. [SOBOTA]


Święta Bożego Narodzenia Henryk Sienkiewicz spędza w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 26. [NIEDZIELA]


Święta Bożego Narodzenia Henryk Sienkiewicz spędza w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 27. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 28. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 29. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 30. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie.

GRUDZIEŃ – 31. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie.

[Ewentualne uzupełnienia i zmiany w treści nastąpią z chwilą ustalenia nowych szczegółów.]