Na tym bowiem polega miłość ku Bogu, że się przestrzega przykazań Jego, a przykazania Jego nie są uciążliwe. [1 Jana 5; 3]



KALENDARIUM ŻYCIA

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916, 1924 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1891



DOKŁADNEJ DATY BRAK


W Bostonie i Londynie ukazał się ”Potop” Henryka Sienkiewicza w przekładzie Jeremiah’a Curtin’a.
Nowela Henryka Sienkiewicza „Wyrok Zeusa” ukazuje się numerze 1. „Kuriera Warszawskiego”.
Nowela Henryka Sienkiewicza „Wyrok Zeusa” ukazuje się w krakowskim „Świecie”.
„Lux in tenebris” Henryka Sienkiewicza ukazuje się w tomie I „Biblioteki Warszawskiej” i w numerze 24. lwowskiej „Gazety Narodowej”.
W „Świecie” Władysław Bogusławski zamieszcza napisaną przez siebie poszerzoną wersję recenzji powieści Henryka Sienkiewicza „Bez dogmatu”. Tytuł recenzji - „Najnowsza powieść H. Sienkiewicza „Bez dogmatu”.
W „Bibliotece Warszawskiej” Konstanty Maria Górski zamieszcza obszerną recenzję „Bez dogmatu” zatytułowaną ”Najnowsza powieść Henryka Sienkiewicza”.
Firma Gebethner i Spółka wydaje książkę Józefa Rosenzweiga „Bez dogmatu. Studium literackie”.

STYCZEŃ – 01. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) W Kairze jestem trzeci dzień. Jechaliśmy od czwartku do wtorku angielskim statkiem „Rawenną”. Sobota i niedziela były dość ciężkie, ale nie chorowałem. W poniedziałek po południu wpłynęliśmy na kanał, po kilkugodzinnym odpoczynku w Port Said. Widziałem kanał – i pierwszy raz w życiu pustynię piaszczystą. Bardzo to piękne, zwłaszcza gdy od czasu do czasu pojawi się sznur wielbłądów z Arabami. Z Ismaili koleją przyjechałem do Kairu – część drogi szczerą pustynią, część krajem jak egzotyczny ogród. A co za wiosna w powietrzu. Na morzu i poprzednio w Neapolu było wprost zimno – tu chodzi się także w paltocie, ale letnim.

Kairu mało znam, a raczej nie znam dotąd. Obejrzałem tylko ogólnie miasto i mrowie arabsko-beduińsko-murzyńsko-europejskie. Wczoraj chciałem jechać do piramid w nocy, by je widzieć (a zwłaszcza Sfinksa) w księżycu, ale deszcz przeszkodził.

Zabawię tu do 7-mego, potem statkiem „Ethiopia” angielskim udaję się do Zanzibaru, stamtąd do Mombas[sa] i Kilima-Ndżaro. Tyszkiewicz
(Jan Tyszkiewicz) pewnie nie pojedzie. Ja nie chcę go wziąć, on sam waha się. Od Frankensteina (?) (tego od p. Rembielińsdkiej (?)), który wrócił z Zambezi i bawi tu, dowiedziałem się, że sezon deszczów już się tam rozpoczął (wyjątkowo wcześnie), a z nim podróż stała się bardzo trudną i bardzo niezdrową. Wobec tego prawie niepodobna brać takiego wygodnisia. Towarzystwo z niego średnie. Jest to chłopaczyna mierna – ot, pulpecik. – Ja wejdę na Kilima-Ndżaro, jeśli to tylko możebne. – Trudy zapewne wytrzymam i rady sobie jakoś dam. (…)”

[01. Afryka - mapa polityczna] [Fotografia: Autor: 01) Mwanner. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcie należy do domeny publicznej, bo zawiera materiały pochodzące z World Factbook należącej do amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA).]

Wieczorem ponownie pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Miła niespodzianka, bo dziś przyszedł Twój list; dlatego dodaję parę słów do porannej epistoły. (…) Pytasz o Egipt. Jeszcze go nie znam. Dziś deszcz, ale to ulewny. Wczoraj także niepogoda. Błoto po kolana; nie można nic zwiedzać i nie warto,
bo wszystko brzydko wygląda.

Dziś Tyszkiewicz
(Jan Tyszkiewicz) zdecydował się nie jechać do Zanzibaru, tylko do oazy Ammona albo do drugiej katarakty. Mówiąc między nami – bardzo jestem z tego rad. Cook powtórzył, że pora dżdżysta w Zanzibarze już się rozpoczęła, a z nią febry okrutne. To zdecydowało Tyszkiewicza do nie jechania. Inaczej byłbym mu stanowczo powiedział, że mu odradzam, że za niego nie odpowiadam i że o tym, żem odradzał, napiszę do jego rodziców.

Ja sam się waham jeszcze, czy jechać do Zanzibaru i do Kilima-Ndżaro. (…) ...myślę o pewnej miejscowości pod Abisynią, zwanej Berbera. Leży to w kraju Somali, mało znanym. Murzyni są tam piękni i dzicy mocno. Samą Berberę (nie Barbarę ani Basię) zajmują Anglicy. O trzy dni drogi ma się wielkie lasy, zwierza huk, począwszy od słoniów, skończywszy na bawołach. (…) Skróciłoby to też podróż – bo Berbera jest daleko bliżej od Zanzibaru. – Niewolnictwo kwitnie. (…)”

[01. Afryka - mapa polityczna] [Fotografia: Autor: 01) Mwanner. Źródło – Wikipedia.] [02. Egipt - mapa] [Zdjęcie należy do domeny publicznej, bo zawiera materiały pochodzące z World Factbook należącej do amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA).]

STYCZEŃ – 02. [PIĄTEK]


Nowela Henryka Sienkiewicza „Wyrok Zeusa” ukazuje się w numerze 1. „Słowa”. Sam pisarz mieszka w Hôtel du Nil w Kairze. Pisze do Kazimierza i Wandy
z Mineyków Szetkiewiczów:
„(…) Mam złe wiadomości z Zanzibaru. Deszcze rozpoczęły się wyjątkowo wcześnie, a z nimi febry, błota trudności podróży, trudności w dostaniu ludzi etc. Najbardziej mnie martwi, że kraju się nie widzi albo widzi się źle i że mieszkańcy i zwierzęta siedzą w taki czas pochowani.

Wskutek tego myślę o kraju Somali
(półwyspie we wschodniej Afryce), który naprzód ma to dobrego, że jest daleko bliżej, po wtóre bardzo suchy. Mieszkańcy są trochę dzicy, ale poszedłbym z eskortą. Pościągam dokładne wiadomości i postanowię w tych dniach. Jeśli projekt Zanzibaru się utrzyma, pójdę bardzo wcześnie i prędko ku Kilimandżaro, gdzie jest zdrowiej niż na wybrzeżu.

Tyszkiewicz
(Jan Tyszkiewicz) nie jedzie dalej, z czego niewymownie rad jestem. Powiedziałem mu, że wobec wiadomości
z Zanzibaru musiałbym napisać do jego rodziców, że mu odradzam i że go na swoją odpowiedzialność nie biorę. To go zapewne skłoniło, jak również przyrzeczenie, które dał ojcu, że w razie złych warunków nie pojedzie. Te warunki nie są tak złe, ale ja je przesadzam umyślnie, bo ostatecznie wolę być sam, niż mieć na odpowiedzialności chłopca tak młodego, z którego pomoc
nie byłaby wielka i kłopot mógłby być znaczny. (…)”

STYCZEŃ – 03. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 04. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 05. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 06. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil. Pisze do Anny z Szawłowskich Neuman:
„(…) …gotów jestem odpowiedzieć z największą skwapliwością na uprzejme wezwanie. – Polskie towarzystwo w Kairze jest zbyt wielką ponętą, by się jej można oprzeć. – Zachodzi tylko jedna przeszkoda, którą zechce Łaskawa Pani uwzględnić.
Oto od czwartku rano należymy nie do siebie, ale do Cooka and Comp.
(Biura Podróży Thomasa Cooka). Wielbłądy, namioty
i drogmanowie czekają, bilety zaś terminowe mamy kupione. Więc przed wyprawą do Fayum albo po wyprawie? Czekam w tym względzie na rozkazy. (…)”

STYCZEŃ – 07. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Naprzód podziękowania za listy, potem zrzędzenia przechodzące piramidę Cheopsa. Nic nie kupię w Egipcie,
nic nie przywiozę, nic nie dam, kiedy ważysz tylko 62 kilo. Jeśli dojdziesz do 70, to może co dostaniesz. Nie mogłem nigdy znosić hadziusiów pomiatanych wiatrem i westchnieniami.

A naprawdę, skąd to pochodzi, Żabo? Czy Ty się odżywiasz dostatecznie? Czy nie żywisz się zanadto i wyłącznie mięsem?
Czy piwo rozbija Ci zawsze pulsa? Jedna wiadomość niezła, że płuca mają się dobrze, ale ta lekkość fizyczna bardzo mnie złości. (…)

Co do mnie – jestem jeszcze w Kairze i zostaję w Egipcie do 19. Nie jadę do Somalii, ale do Zanzibaru. Przyjechał tu Michaelis, konsul niemiecki, wprost z Zanzibaru i powiada, że tam właśnie pogoda, cieplutko (35 R w cieniu), a deszcz aż w kwietniu. (…)

Jadę 19 przez Més[sagéries] Maritim[es]. Tyszkiewicz
(Jan Tyszkiewicz) zostaje. Polubiłem go wreszcie, bo to dobry chłopak,
ale rad jestem, że zostaje. Tymczasem jedziemy razem do Medinet El Fayum (duża oaza o 125 kilm. Od Kairu). Wyprawa kosztuje nas po 10 funtów. Cook daje za to wielbłądy, namioty, żywność, kucharza, drogmana, służbę. – Polowania w Fayum doskonałe
na ptastwo (ibisy i flamingi), hieny i szakale. Cztery dni będziemy żyli pod namiotami i jeździli na dromaderach. (…)

Załączam Ci siebie schwytanego w aparat, gdym chodził po Sfinksie. Ja również już dobrze fotografuję. (…)

Dziś jestem wieczór u pp. Neuman
(Teodora i Anny z Szawłowskich Neumanów) (konsul austriacki). (…)”
Tego samego dnia pisze również do Henryka Hektora Siemiradzkiego:
„(…) Podobno lepiej bym wyszedł ja, gdybyście wy za mnie pisali powieści, niż Wy, gdybym za Was malował. W każdym razie przepraszam za kłopoty, jakich wam narobiłem, ale istotnie nie wiedziałem, jak sobie inaczej z tym szlachetnym znalazcą poradzić.

Wyjeżdżam do Zanzibaru dopiero 19bm., bo jedyny statek, który idzie wcześniej, okazał się na wpół handlowym. Młody Tyszkiewicz
(Jan Tyszkiewicz) zostaje w Egipcie i będzie go zwiedzał szczegółowo, od Zanzibaru zaś wstrzymuje się i, co prawda,
ja sam go odmawiałem, bo podróżując z człowiekiem o tyle młodszym, bierze się za niego rodzaj odpowiedzialności, której wolę nie brać.

Tymczasem jednak Cook and Comp. Urządza nam wyprawę do Medinet El Fayum (125 klm od Kairu) z namiotami, wielbłądami, drogmanem, służbą etc. (…) Cztery dni będziemy koczowali i będzie trochę strzelaniny ze strzelb, a jeszcze więcej z aparatów fotograficznych. Zwiedziłem już dużo rzeczy. Sfinksa przy księżycu powinniście kiedy w życiu obejrzeć, jest nieporównany. (…)”
Otrzymawszy natomiast list od Marii z Popielów Godlewskiej, odpisuje jej, zaczynając od zdziwienia, że mąż, Mścisław Godlewski, zataił przed żoną jeden z jego listów:
„(…) Więc ten ciemięzca nie pokazał Pani owego listu, w którym serce moje wezbrało jako Nil w czerwcu? To najlepszy dowód,
że sam nie musi mieć czystego sumienia. Czy Pani nie zauważyła czego? (…) …gdybym był w Warszawie, rozumiałbym jeszcze jakąś przezorność z jego strony i nawet mocno by mi ona pochlebiała, albowiem im łysina większa, tym zazdrość mężów sprawia więcej przyjemności – ale ponieważ jestem nad Nilem, co mu mogą wadzić sentymenta z tej odległości. Jest to mniej
niż wyznanie przez telefon. (…)

Otóż więc na złość piszę do Łaskawej Pani i zaczynam od podziękowania za ostatni list. Zdrów jestem, zapalenia egipskiego oczu jeszcze nie dostałem i widzę tyle, że odróżniam dobrze płeć piękną od brzydkiej, co zresztą nie jest tu łatwe – panie tutejsze bowiem noszą… jakby to powiedzieć… dubeltowe sukienki. (…)”

STYCZEŃ – 08. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 09. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 10. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 11. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 12. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 13. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 14. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Naprzód cieszyć się – Dickowi pękł wrzód w gardle, który ledwie go nie udusił. Dostałem go w drodze do Fayum. Miła rzecz:
ni apteki, ni doktora, ni kogo. Wróciłem zaraz, po jednej przespanej nocy, tj. tak prędko, jak było można – ale droga w wagonie
(4 godziny) w kurzu tutejszym okropnym powiększyła siłę choroby, na którą zresztą zbierało się jeszcze w Rzymie. – Wymęczyłem się potężnie, bo 4 dni nie jadłem, nie piłem i nie spałem – i choć od onegdaj już dobrze, przypominam jednak
w wielce interesujący sposób mumię Tuthmesa III-ciego z 18 dynastii, którą oglądać możesz w Boulag. Nie powiem, żeby ten Tuthmes był bardzo hadki, ale domyślasz się, że będąc tak bardzo dawno zabalsamowany musi być czarny i trochę chudy. –

Teraz piszczę do jedzenia, picia – i rad jestem, że to się stało przed Zanzibarem – bo na długo spokój.

Opiekę w Kairze miałem wyborną. Doktor Kłodzianowski
(K. Kłodzianowski) przychodził do mnie co dzień. Załuski (Karol Bernard Załuski), dusza złota – delikatność, dobroć nad imaginację. (…) – Neumanowie (Teodor i Anna z Szawłowskich Neumanowie) i Tyszkiewicz (Jan Tyszkiewicz), wszystko czyniło, co mogło.

Kontent jestem, żem zdrów. – Jedne szczególniej dzień miałem ciężki i bolu dużo. (…)”

STYCZEŃ – 15. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 16. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 17. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 18. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

Tego dnia „Słowo” rozpoczyna druk jego Listów z Afryki.

STYCZEŃ – 19. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil. Wieczorem pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Jak widzisz z daty listu, nie wyjechałem do Zanzibaru 19-stego, jak to pisałem poprzednio. Tym razem wina nie moja. Statek, który w programie rocznym zapowiedziany jest na 19-stego i którego przyjazd również na 19 oznajmiały agencje – przyszedł do Suezu 18 – i poszedł tegoż dnia dalej. Mogło się zdarzyć, iż rozmaite osoby kupiły bilety i ufne w drukowane zapowiedzi pojechały na jakieś krótsze wycieczki licząc, że byle zdążyły na 19 – to będą w porę. Tymczasem zawód. Cook twierdzi, że z Méssagéries pierwszy raz się taka rzecz zdarza i że kapitan będzie odpowiedzialny, bo statek ma prawo przybyć wcześniej, niż jest zapowiedziany, ale nie ma prawa ruszyć wcześniej. Co do mnie, miałem ten rozum, że nie kupiłem biletu,
bo choć Cook zaręcza, że zwrócono by mi pieniądze, byłyby zawsze jakieś zachody i kłopoty. (…)

Wrzód pękł dawno, ale że gorączka była silna bardzo, więc osłabienie długo trwa, gardło jeszcze jakby zatkane jakimiś obcymi ciałami – ucho często pobolewa, a nawet i pół głowy. (…)”

STYCZEŃ – 20. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil. Tego dnia wyrusza na wycieczkę do Aleksandrii.

STYCZEŃ – 21. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Aleksandrii w Egipcie.

STYCZEŃ – 22. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz powraca do Kairu z wycieczki do Aleksandrii w Egipcie.

STYCZEŃ – 23. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Wczoraj wróciłem z wycieczki do Aleksandrii. Nie ma tam naprawdę nic do widzenia – ale wycieczka wcale mi nie zaszkodziła na gardło – i nawet rozdrażnienie, a raczej mówiąc po prostu złość niebywała, która została po chorobie – mija. (…) Na gardło wycieczka do Aleksandrii nawet pomogła. Byłem tam u Kłodzianowskich i gadało się sporo, a jednak dobrze. Teraz widzę,
że to było proste zapalenie. Długa podróż morska będzie radykalną kuracją. (…)

Wczoraj kupiłem sześć róż jerychońskich. Trzeba będzie posłać jedną Deotymie
(Jadwidze Łuszczewskiej), która rozpisuje się o nich w swoich Brankach. (…)”
Komentarza wymaga data napisana przez pisarza. Napisał on: 23 I 91. Czwartek. Otóż czwartek przypadał 22 stycznia 1891 r., a 23-go był piątek.

STYCZEŃ – 24. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 25. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil. Pisze do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów:
„(…) Z moim gardłem lepiej, a raczej zupełnie nieźle, i dobrze, że skoro to miało przyjść, przyszło tu, nie zaś w Zanzibarze
lub w głębi. Płuczę jeszcze codziennie hypermanganem, a od dziś ałunem. Mogę już wychodzić i nawet wyjeżdżać.

Onegdaj byliśmy z Tyszkiewiczem
(Janem Tyszkiewiczem) w Aleksandrii dla zwiedzenia miasta, w którym zresztą niewiele jest
do widzenia. Widzieliśmy tylko grobowce i szkielet niby Kleopatry i kolumnę z czasów rzymskich.

PP. Kłodzianowscy
(K. Kłodzianowski z małżonką) przyjmowali nas nader gościnnie. Ponieważ on jest doktorem i przychodził do mnie co dzień w Kairze, więc mnie się należało podziękowanie. Byli oboje z mojej wizyty bardzo radzi. (…)

Dłużej jak miesiąc na miejscu nie zabawię i nad siły nic nie przedsięwezmę. Teraz przychodzę do siebie, ale gorączka mocno mnie osłabiła. Dobrze się nawet stało, żem 19-stego jeszcze nie wyjechał. (…) Do mnie najlepiej teraz adresować: M. le Comte Załuski
(Karol Bernard Załuski) pour remettre etc. Kair. Pension Tink Nr 1. (…)”

STYCZEŃ – 26. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil.

STYCZEŃ – 27. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przybywa do Suezu. Zatrzymuje się w Hôtel d’Orient. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Nareszcie wyjechałem z Kairu i dziś przyjechałem do Suezu. – Zabawię tu aż do odjazdu, który nastąpi prawdopodobnie
4 lutego. Statek będzie szedł dni 16 do Zanzibaru, wstępując do różnych portów po drodze. Mam zamiar wziąć bilet tylko
do Massawy. – Tam zasięgnę informacji o Keren
(Głównym porcie Erytrei, starożytnej kolonii greckiej w Etiopii). Jeśli Keren odpowie moim nadziejom, to się tam udam, a potem tak lub nie – do Zanzibaru, w miarę zdrowia i pieniędzy. (…)

Tyszk[iewicz]
(Jan Tyszkiewicz) przyjechał tu ze mną. Znowu prosi się o Zanzibar. Będę się starał jeszcze go odmówić
od tej wyprawy. (…)

Z gardłem nieźle – trochę jeszcze osłabienia zostało. W ogóle dość zimno – w Kairze bywało po 9 R. i to mi szkodziło. – Na Morzu Śródziemnym burze, na Czerwonym ciszej, choć dziś np. wielki wiatr. (…)”
A do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów pisze:
„(…) Jestem już w Suezie na samym ujściu kanału do Morza Czerwonego. Po stronie Afryki i Arab[ii] jedna szczera pustynia. Cieplej tu niż w Kairze. Gdzie bywało po 9 R, co szkodziło mojemu gardłu. Tego roku wyjątkowa zima. W Algierze śniegi zasypują ludzi, a w Egipcie szaro i zimno. Na Śródziemnym ogromne burze, na Czerwonym ciszej. Dziś jednak trochę wiatru. (…)

Gardło trochę jeszcze ściśnięte i w ogóle zostało osłabione. Powietrze morskie powinno dobrze zrobić. Musony
(wiatry) na Oceanie Indyjskim zaczynają przewalać ocean do góry dnem dopiero w maju, więc jeszcze przedtem wrócę. (…)”

STYCZEŃ – 28. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Suezie. Mieszka w Hôtel d’Orient.

STYCZEŃ – 29. [CZWARTEK]


„Lux in tenebris” Henryka Sienkiewicza ukazuje się numerze 22. „Słowa”. Tymczasem pisarz przebywa w Suezie. Mieszka w Hôtel d’Orient. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
„(…) …1-szego lutego wyjeżdżam do Zanzibaru niemieckim statkiem, który się nazywa „Bundesrath”…

Z gardłem moim jest ciągle niedobrze. Wrzód pękł, ale zostało coś w rodzaju chronicznego zapalenia. Wracać źle, bo u Was zima, siedzieć źle, bo kurz z pustyni szkodzi – jechać także niedobrze. Ale liczę, że podróż morska (dni 13) zrobi mi dobrze. W ogóle jestem bardzo podcięty przez gorączkę i długie niejedzenie.

Nie wiem, o ile mi pieniędzy wystarczy. Zrobilibyście więc dobrze, posyłając owe 600 i coś rubli, które obiecałeś wysłać na każde żądanie do Kairu na ręce hr. Karola Załuskiego
(Karola Bernarda Załuskiego), Kair, Cartier Ismaileh, Pension Tink N. I. Wróciwszy
z Zanzibaru zastałbym je i pewno by się przydały. Ale jeśli macie wysyłać, to zaraz, bo ja jestem niezdrów i być może, że zdrowie zmusi mnie do prędkiego powrotu, prędszego, niżem myślał. Mam trochę obawy, by to zapalenie nie przerodziło się wskutek trudów podróży i niegodziwej zimy obecnej w suchoty gardlane. Ale „raz kozie śmierć” – jak mówi Bartek
(bohater noweli „Bartek Zwycięzca”). (…)”

STYCZEŃ – 30. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Suezie. Mieszka w Hôtel d’Orient. Pisze do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów:
„(…) Sam rozmyślałem o powrocie, ale jak tu wracać z chorym, a przynajmniej osłabionym gardłem do takiej zimy,
do nieopalonych mieszkań we Włoszech, do za zimnych lub za gorących wagonów, wreszcie do mrozów krakowskich, zakopiańskich etc. W Kairze także źle zostać. Zima i tu wyjątkowa, chmurno, wietrznie, zimno, szczególniej w mieszkaniach,
w których nie ma nawet kominków; prócz tego wilgotno. Jak tylko dzień pogodniejszy – wiatr. Nade wszystko jednak subtelny
i przenikający kurz pustyni, z powodu którego Egipt na gardło i oczy jest jednym z najniezdrowszych krajów. (…)

Egipt, a raczej jego kurz najwidoczniej mi szkodzi, tak że istotnie nic nie zyskuję, siedząc tu, a mogę się wyleczyć na morzu. Mówiąc nawiasem, Zanzibar jest to duże miasto, gdzie istnieją szpitale, zatem i dobrzy lekarze. Mam jednak nadzieję, że ich
nie będę potrzebował i że czyste powietrze morskie zupełnie mnie wyleczy. (…)

Wyjeżdżam pojutrze niemieckim statkiem, który się nazywa „Bundesrath”. Jest duży i jakoby bardzo wygodny. Młody
Tyszk[iewicz] zdecydował się jednak jechać ze mną. Do Zanzibaru jest 13 dni drogi. (…)”

STYCZEŃ – 31. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Suezie. Mieszka w Hôtel d’Orient. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Pokazało się, że statek angielski z Comp[any of] British India jest bardzo mały i powolny, tymczasem znalazł się drugi, wygodniejszy i wychodzący stąd wcześniej, bo już jutro. Jadę więc jutro. Statek należy do kompanii północno-niemieckiego Lloyda i zwie się „Bundesrath”. Szkoda trochę, że niemiecki, ale trudno. Idzie za to do Zanzibaru tylko 13 dni. (…)

Będę miał 13 dni morza, zdrowego powietrza – i przecie dojadę do ciepła. Na każdym statku jest doktor, w Zanzibarze są szpitale różnych narodowości, więc i lekarza znajdę, gdybym go potrzebował. (…)”
Ponownie pisze do Mścisława Godlewskiego o swoim gardle:
„(…) Napisałem…, że z moim gardłem jeszcze nie jest dobrze, że ten stan stał się chroniczny i że obawiam się, by z czasem
nie zmienił się w suchoty gardlane. Zmiłuj się, nie róbcie tylko z tego wiadomości dziennikarskiej, bo naprzód te moje obawy mogą być zupełnie pozbawione podstaw, a po wtóre przerazilibyście wszystkich moich w okropny sposób.

Faktem jest, że mi się podróż przez to mocno popsuła, bo jeśli nie wydobrzeję zupełnie przez drogę, ani wiem, jak z takim gardłem i takimi siłami pójdę w głąb lądu, na noclegi pod gołym niebem, deszcze, niepogody, zmiany etc. (…) Wścieka mnie sama myśl, bo polowania, przynajmniej na grubszego zwierza, mogą wziąć przez to w łeb, a mam takie śliczne kule ze stalowymi czubkami, jakich oko ludzkie nie widziało. (…)”
Tego samego dnia w numerze 24. „Słowa” ukazuje się pierwszy list z Afryki zawierający opis podróży pisarza z Neapolu do Port-Saidu.

LUTY – 01. [NIEDZIELA]


W Suezie Henryk Sienkiewicz wsiada na pokład niemieckiego statku „Bundesrath”, którym płynie do Zanzibaru.

LUTY – 02. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie do Zanzibaru.

LUTY – 02. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie do Zanzibaru.

LUTY – 03. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie do Zanzibaru. Tego dnia na Morzu Czerwonym mija Zwrotnik Raka.

LUTY – 04. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Morzu Czerwonym do Zanzibaru. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Pozdrowienia z pełnego morza. Wczoraj jeszcze minęliśmy zwrotnik Raka. Ani Arabii, ani Afryki nie widać. Pogoda cudowna. Temperatura rozkosz. Dwadzieścia R w cieniu, ale powiew tak miły, że ani trochę nie gorąco. Z gardłem bez porównania lżej, lepiej – dobrzem zrobił, żem wyjechał. Morze bardzo spokojne. Wczoraj trochęśmy się kołysali, ale mnie to nic. Statków spotykamy pełno. Ryby latające pokazują się czasami nad morzem.

[01. Ryba latająca] [Fotografia: Autor: nieznany. Źródło: Wikipedia.] [Ten plik jest w domenie publicznej, ponieważ zawiera materiał pracownika National Oceanic Atmospheric i Administration im Verlaufe stworzony w trakcie jego oficjalnej pracy.]
Statek b[ardzo] porządny, niemiecki. Zwie się „Bundesrath”. Prócz nas w pierwszej klasie jeden tylko pasażer jadący
na urzędnika do posiadłości niemieckich. Wygoda, jedzenia w bród i ciepło. Jutro będziemy w Bab-el-Manich
(powinno być:
Bab-el-Mandeb). Pojutrze na Oceanie (Oceanie Indyjskim). List ten wrzucę w Aden. Stajemy tam krótko. Do Zanzibaru stamtąd dziewięć czy ośm dni. (…)

Ach, Dzinku, Dick jest jednak podła, zwierzęca natura. Wczoraj nie mogłem wytrzymać i zastrzeliłem mewę. Policzkowałem się
za to tak, jakbym popełnił morderstwo na człowieku. Rzuciłem strzelbę – i więcej nie będę, ale zgryzota ogromna. (…)

Dwa listy do „Słowa” napisałem
(dwa pierwsze listy z podróży do Afryki). Jutro będę probował opisać Sfinksa przy księżycu,
ale nie wiem, czy na statku potrafię. W Suezie doszły mnie znowu zachwyty bez miary nad Lux in tenebris lucet. Szczególniej zachwyca zestawienie ciemności ziemskich ze światłem empirejskim. Henkiel
(Dionizy Henkiel) że zakończenie podnosi początek,
a początek zakończenie i rzecz jest nieporównana jako poezja. (…)”
Do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów pisze:
„(…) Jestem trzeci dzień na morzu, wczoraj wieczór minęliśmy zwrotnik Raka, czyli że płyniemy w pasie zwrotnikowym. Czas rozkoszny. Dwadzieścia stopni R w cieniu, ale jest powiew za okrętem i tak przyjemnie, jak dawno nie było.

Dotychczas zdaje się, że dobrze zrobiłem wyjechawszy. Z gardłem wiele lepiej, prawie zupełnie dobrze, a w Kairze i Suezie
tak zimno, zwłaszcza w mieszkaniach. W moim pokoju już w Suezie bywało 9, 10, 11 do 12 stopni. Na słońcu w dzień było cieplej, ale chodziłem mimo grubych pończoch ze zmarzniętymi nogami przez cały dzień.

Tu i powietrze czystsze, i pogoda piękna, i jest doktor.

„Bundesrath” jest bardzo porządny statek. Prócz nas dwóch jest w pierwszej klasie jeden tylko pasażer, który jedzie
na urzędnika do Wissmana
(Hermana Wissmana, gubernatora niemieckiej Afryki wschodniej) do posiadłości niemieckich. Do stołu siada prócz tego kapitan, doktor i dwóch oficerów. Karmią nas od rana do wieczora. Od 7 – 8 kawa. O 9-tej breakfest (śniadanie) złożony z mięsnej ciepłej potrawy, o 12 lunch, o 3-ciej kawa, o 6 obiad, wieczór herbata. Ponieważ mało osób, więc każdy ma swoją kabinkę. (…)

Przed godziną widzieliśmy ryby latające (wiadomość dla Henia). Górę Synaj widziałem po drodze dokładnie. (…)”

[01. Egipt - Góra Synaj]

[Zdjęcie jest własnością publiczną zgodnie z wolą autora. Autor zapewnia każdemu prawo do użycia tej pracy w dowolnym celu, bez żadnych ograniczeń, chyba
że te ograniczenia są wymagane przez prawo.]

W numerze 27. krakowski „Czas” rozpoczyna druk „Listów z Afryki” Henryka Sienkiewicza.

LUTY – 05. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Morzu Czerwonym, a następnie po Oceanie Indyjskim, do Zanzibaru. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Gorąco! 24 R w cieniu. – Mijamy Massawę, ale brzegu nie widać. W nocy Bab-el-Mandeb (Brama Żałobnej Skargi – cieśnina łącząca Morze Czerwone z Oceanem Indyjskim). W Adenie jutro wieczór. Pogoda. Kołysania żadnego. Widzę ryby latające znów i ptaki barwy pomarańczowej. Bryza z południa, ale zawsze chłodzi. Z gardłem dobrze. Oby tak z Twoim, miła Dzidku. – Już trzeba zmieniać ubranie. Kapitan mówi, że za Aden będzie chłodniej. (…)”

[01. Bab-el-Mandeb] [Fotografia: Autor – Darwinek. Źródło – Wikipedia.] [Zdjęcie 01. jest w domenie publicznej, ponieważ zostało wykonane przez NASA. Według prawa autorskiego NASA „materiały NASA nie są chronione prawami autorskimi, chyba że zaznaczono”.]

Do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów pisze:
„(…) Jesteśmy na szerokości Massawy. Z rana chmurno. 24 R w cieniu, ale jest powiew. Morze jak oliwa. Mieliśmy kabinki
od południo-zachodu, dziś nas przeniesiono na północo-wschód, bo z tej strony chłodniej. Chodzimy już biało ubrani. (…)”
Do Mścisława Godlewskiego:
„(…) List wrzucę w Adenie – ale jest on do Ciebie, nie do „Słowa”. Na statku trudno pisać, bo się i kiwa, i przeszkadzają,
więc ograniczam się na notatach, z których powstanie później książka. (…)”

LUTY – 06. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Oceanie Indyjskim do Zanzibaru. Stąd pisze do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów:
„(…) Przeleżałem cały dzień. Nie mogłem ni jeść, ni pisać. Wiatr, fala nadzwyczajna, zawrót głowy, duszno, gorąco, nędza. Noc spędziłem na pokładzie. (…)”
Do Mścisława Godlewskiego ogranicza się tylko do kilku słów:
„(…) 6 luty pod psem. (…)”

LUTY – 07. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Oceanie Indyjskim do Zanzibaru. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Wczoraj cały dzień zawrót głowy, leżenie w kabinie, morze fatalne. Minęliśmy Bab-el-Mandeb. Jesteśmy w Zatoce Aden
na Oceanie. Jeszcze kiwamy się ogromnie, ale nie choruję. W Aden będziemy o 4 po południu. Duszno bardzo. 22 R. Noc spędziłem na pokładzie. (…)”

[01. Zatoka Adeńska] [Fotografia - Autor: NormanEinstein. Źródło - Wikipedia] [Zdjęcie 01. objęte jest licencją CC-BY-SA].

Do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów pisze:
„(…) Troszkę lepsze morze i humor. (…) Pogoda niezła. (…)”
Do Mścisława Godlewskiego ogranicza się tylko do kilku słów:
„(…) 7 luty – Aden. (…)”

LUTY – 08. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Oceanie Indyjskim do Zanzibaru.

LUTY – 09. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Oceanie Indyjskim do Zanzibaru.

LUTY – 10. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Oceanie Indyjskim do Zanzibaru.

LUTY – 11. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Oceanie Indyjskim do Zanzibaru.

LUTY – 12. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Oceanie Indyjskim do Zanzibaru.

W numerze 33. „Słowa” ukazuje się drugi list pisarza z Afryki zawierający opis pustyni.

LUTY – 13. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Oceanie Indyjskim do Zanzibaru. Pisze do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów:
„(…) Piszę jeszcze na morzu, ale już za równikiem, mniej więcej pod trzecim stopniem szerokości południowej. List wrzucę dopiero w Zanzibarze, więc jego przyjście do Zakopanego będzie zarazem dowodem, żem szczęśliwie dojechał. Zresztą pogodę mamy dobrą i do Zanzibaru przyjechalibyśmy już jutro, gdyby nie to, że kapitan, nie chcąc po ciemku wjeżdżać w kanał, będzie wolno jechał, by przybyć dopiero pojutrze, tj. w niedzielę o świtaniu. Dobrzem zrobił, żem się wybrał z Suezu. Czyste i odżywcze powietrze morskie bardzo dobrze podziałało na moje gardło. Kąpiele też mi służą i w ogóle mam się nieźle. Już dwunasty dzień jesteśmy na morzu i to życie jest trochę jednostajne.

Wczoraj obchodziliśmy Święto Równika. Majtkowie przebierani za dzikich, mają na czele Neptuna, przychodzą w deputacji
do kapitana i oficerów, mają do nich mowy, egzaminują ich. Po czym łapią pasażerów, sadzają ich na ruchomej desce nad ogromną płócienną wanną i nogami w wodę. Kto się nie chce poddać operacji, funduje 10 butelek piwa, co też i ja zrobiłem. Wydano mi za to patent z pieczęcią jako świadectwo przebycia równika. (…)

Gorąco jest ciągle, 22 stp. R w cieniu. To jeszcze można wytrzymać. W nocy tylko w kajutach jest duszno, toteż drugą noc śpię
na pokładzie. Z 10 na 11-sty w nocy pierwszy dostrzegłem, że ocean jest biały jak mleko. Pokazałem to kapitanowi, który grał
w karty. Mówił, że nigdy nic podobnego nie widział i nawet się zaniepokoił. Niebo przy tym wydawało się zupełnie czarne i cały świat wydawał się tak różny od zwyczajnego, że było się jakby na innej planecie. (…)”

LUTY – 14. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Oceanie Indyjskim do Zanzibaru.

LUTY – 15. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz niemieckim statkiem „Bundesrath” płynie po Oceanie Indyjskim do Zanzibaru.

LUTY – 16. [PONIEDZIAŁEK]


Niemiecki statek „Bundesrath” z Henrykiem Sienkiewiczem na pokładzie wpływa do portu w Zanzibarze. Pisarz zatrzymuje się w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza (?) [Nazwę tego hotelu przytoczono za: Julian Krzyżanowski "Henryk Sienkiewicz. Kalendarz życia i twórczości", s. 174. Sam pisarz w poniższym liście podaje nazwę hotelu „De la Porte”.]


[01. Zanzibar - mapa morska z około 1891 r.] [Fotografia: Autor nieznany. Źródło – Wikipedia.] [Powyższe zdjęcie jest własnością publiczną, ponieważ prawa autorskie do niego wygasły. Prawo to stosuje się w Stanach Zjednoczonych, Australii, Unii Europejskiej i w tych państwach, gdzie prawo autorskie wygasa w 70 lat po śmierci autora.]

Pisze do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów:
„(…) W nocy, już wyjechawszy na kanał oddzielający Zanzibar od stałego lądu, osiedliśmy na mieliźnie. Jakaś latarnia nie była
na wyspie zapalona i to omyliło kapitana. Wypadek ten nie miał złych następstw, albowiem statek szedł bardzo wolno.
W pierwszej klasie zaledwie uczuliśmy wstrząśnienie, bo ta leży z tyłu okrętu, natomiast na przodzie ludzie powylatywali z łóżek. Przestaliśmy jednak do rana, po czym przypływ nas zniósł. Niebezpieczeństwa dla ludzi nie było wcale, bo Zanzibar był już widzialny, a morze nadzwyczaj spokojne, tak że łodziami mogliśmy przybić do lądu. Gdyby jednak statek szedł prędzej i zagrzązł głęboko, tak że przypływ nie mógłby go wydobyć, toby był stracony. Rano sprawdzono, że przód był na dziewięć stóp w piasku.

Do portu wjechaliśmy koło 9-tej rano. Zaraz łodziami przyjechało mnóstwo Niemców, urzędników i cywilnych. Pierwsze wrażenie było fatalne. Twarze jak z przeźroczystego wosku, anemia widoczna. My z morza byliśmy czarni jak Murzyni, oni bladzi jak płótno. Wszystkich wątroba boli i febra trzęsie. A jednak ludzie spędzają tu całe lata. O ile nam mówiono, miesiąc lub półtora pobytu nie daje jednak febry.

Samo miasto dziw nad dziwy. Przyjechawszy łodzią z okrętu wchodzi się do niego literalnie przez kupę nawozu. Uliczki ciasne, brudne. Dachy płaskie, sienie wielkie, niektóre założone kłami słoni. Ludność najdziwniejsza. Murzyni ze wszystkich kątów Afryki z kolczykami w nosach, w uszach, w wargach. (…) Stanęliśmy w hotelu De la Porte, gdzie łóżka stoją w sieniach; świec i lichtarzy nie znają, ale jedzenie tak sobie. Posługują Murzyni ki-suahili, z którymi rozmawia się na migi. Wszystko pierwotne. Wodę podają w butelkach po wódce. Przypuszczam, że karczma w Lipkowie
(miejscowości należącej do Kazimierza Szetkiewicza i położonej na skraju Puszczy Kampinoskiej) była pod względem niektórych wygód szczytem komfortu.

Owoców za to dziwnych mamy w bród. Po obiedzie podają mango, banany, annona squamosa, carica-papaja. Wszystko smakuje nieźle.

Roślinność na wyspie wspaniała. Ma się wrażenie, że jest się tu w jakiejś olbrzymiej cieplarni z dziwami. Drzewa mango są kolosalne i cudnie zielone; palmy kokosowe mają po 80 stóp wysokości; drzewo chlebowe dziwi swymi owocami wielkości głów ludzkich. Wszystko splątane lianami. (…)

Gorąco bardzo. W dzień w cieniu do 26 R i człowiek poci się jak mysz. Noce również gorące i spać trudno. Jesteśmy wprawdzie
w najgorętszej, ale za to w najzdrowszej porze roku. (…)

Nie wiem, co mi jutro poradzi Evan Smit, u którego jestem na śniadaniu. Von Redwitz, konsul niemiecki, przyjął mnie nadzwyczaj uprzejmie i gadał ze dwie godziny. Ale on tu sam niedawno, więc nie jestem pewny swego zdania. Najlepsze informacje dali misjonarze francuscy, a zarazem okazali największą gotowość. (…) W ogóle Europejczycy są tu bajecznej uprzejmości. Evan Smith nie stanowi wyjątku. Zaprosił mnie zaraz i zaproponował, że mnie przedstawi sułtanowi
(Ali’emu Ibn-Said’owi), na co się zgodziłem bo to ciekawe. Zresztą będzie to niema audiencja, bo sułtan mówi tylko ki-suahili, z którego języka ja umiem tylko: dzień dobry. (…)

Tu ogromnie mi trudno pisać, bo mam deskę zamiast stołu, i gdy się siedzi spokojnie, moskitosy tną człowieka bez miłosierdzia… (…) Mało się tu sypia, więc nie ma nic lepszego do roboty, jak pisać. W takie gorące dnie nawet Murzyni spać nie mogą i w tej chwili dochodzą mnie ich śpiewy oraz odgłos bandżo, tj. bębna obciągniętego skórą wężową. Z tym wszystkim jednak
z największą radością myślę o powrocie, po którym zacznie się praca, bo spisywanie wrażeń. Ale to smyki temu winne. Czasem
tak mi do nich tęskno, że przyrzekam sobie, iż to jest ostatnia moja wyprawa, z której – jeśli wrócę szczęśliwie – to będę myślał najwyżej o Krakowie. Tatuś ściska dzieci oboje najserdeczniej i bardzo je kocha. Dużo ciekawych rzeczy będę im opowiadał
za powrotem – i całe lato będziemy razem. (…)”

LUTY – 17. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zanzibarze. Mieszka w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza. O godz. 1-szej w nocy pisze do Mścisława Godlewskiego:
„(…) Uf, jak gorąco. Każdy ruch oblewa potem. Ale zresztą cuda nad cudami i jeszcze raz cuda. Proszę Cię tylko z góry o jedno:
z tego listu możecie porobić wiadomości, wyciągi etc., ale go w całości nie dawajcie, bo zepsulibyście mi materiał do przyszłych, obszernych sprawozdań. Tu ich pisać nie mogę, albowiem między innymi powodami przytoczę tylko ten, że zamiast stołu mam deskę, w stosunku do której krzesła są takiej wysokości, że pisanie należy do sztuk gimnasto-ekwilibrystycznych. To jest najpierwszy hotel w Zanzibarze. Składa on się z obszernych sieni, w których stoją łóżka poosłaniane parawanami. Wszystko
w tym rodzaju. (…)

Wyspa jest olbrzymią cieplarnią, którą sobie Pan Bóg urządził. Mango, kokosy, drzewo chlebowe, annany, carica-papaja, banany
i tysiące innych stanowią jeden las. Miasto dziwne, domy arabskie, mury, tyny, chałupy Negrów kryte bambusami, wszystko pomieszane. (…)

Nie wiem, czy mnie jaka niewinna febreczka nie wyblichuje. Teraz wyglądam jak źle wyczyszczony rondel. Zrobiła to podróż
i wiatr na oceanie. (…)

Naprzód byłem z listem kardynała Lavigerie
(Charles’a Lavigerie)u braci białych. Ci przyjęli mnie jak brata brunatnego
i zaprowadzili zaraz do biskupa Bony i wikariusza apostolskiego, monsignora de Courmont. Ten obiecał wszelką pomoc. Radził iść nie do Kilimandżaro, ale do Mrongo i Usangora, bo tam są misje, zapewnił przyjęcie w nich, którego kilimandżarska, jako nowo utworzona i nie skończona, dać by nie mogła. Co więcej, obiecał dać brata Oskara, który za parę dni tu przyjedzie, a który od lat urządza wyprawy dla misjonarzy. Ten ma się zająć wszystkim: zebraniem ludzi, wyborem ich, zakupieniem zapasów, towarów, tłomaczy, patronów, także mnie pozostanie tylko wziąć strzelbę na plecy i iść na spacer.

Wyruszę z Bagamoyo. Do Bagamoyo przeprawa trudna. Jest niby parowiec, ale ten obsługuje olbrzymią przestrzeń brzegu,
więc nie chodzi ani regularnie, ani kiedy się chce. (…) Ale tu przychodzi z pomocą Sir Evan Smith, który… przyjął mnie jak starego znajomego. Istotnie uprzejmość i gościnność angielska są takie, że my nie mamy o nich pojęcia. Rekomendacje, listy, polecenia, ułatwienia, wszystko mam przyrzeczone, a prócz tego ni mniej ni więcej – tylko wojenny okręt angielski na każde żądanie
do Bagamoyo, Pangani, lub Mombassa. Wyznaję, że to przeszło moje oczekiwania. (…) dziś byłem u niego na obiedzie –
a po obiedzie słuchałem Szopena, którego lady Smith gra doskonale. Szczęście, że wziąłem frak i żem się w niego ubrał,
bo wszystkich zastałem we frakach, a panie wydekoltowane. Dziwne to robi wrażenie w Zanzibarze. (…)

Dziś na obiedzie o pp Smith poznałem panią Johnson
(Mrs Jameson), młodziutką i bardzo przystojną Angielkę, która z Anglii sama jedna przyjechała do Zanzibaru celem zebrania dowodów do procesu przeciw Stanleyowi. (…) Stanley oskarżył jej nieboszczyka mężą, że kupił dziewczynę i dał ją do zjedzenia etc. Wszystkie gazety to powtórzyły. Otóż ma to być nieprawda. O Stanleyu źle tu mówią – a byłem przecie u dobrych źródeł. (…)

Konsul niemiecki, br. von Redwitz, okazał się dla mnie nie mniej uczynnym i uprzejmym. Jego protekcja będzie mi nader pożyteczna w Bagamoyo. (…)”
Również w nocy, do wczorajszego listu do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów, pisarz dodaje:
„(…) Byłem znowu u misjonarzy. Brat Oskar przybędzie tu za dni sześć. Dużo się o nim nasłuchałem. Ma on jakoby ogromny wpływ na Murzynów na stałym lądzie. Od dwudziestu lat urządza karawany dla misjonarzy i jest pod tym względem mistrzem. Pytałem się przełożonego, czy nie kupić tu jakich zapasów. Na co mi odpowiedział, żeby się absolutnie o nic nie troszczyć, że kto ma na rozkazy brata Oskara, ten ma tylko spacer do zrobienia bez innych kłopotów.

Rano o jedenastej byłem u sir Evana Smitha… (…) Grzeczność Smitha przechodzi również miarę. Przytoczę jeden tylko przykład. Do Bagamoyo niby blisko, ale parowce obsługują cały brzeg, więc chodzą rzadko. (…) Otóż Evan Smit oddał mi ni mniej, ni więcej, tylko wojenny angielski okręt na nasze usługi. Wieczorem byliśmy obaj na obiedzie – we frakach i białych rękawiczkach. Obiad wspaniały, konsulat również. Lady Smith wygrywała cały wieczór Szopena na moją intencję.

Widziałem tam panią Johnson
(Jameson), młodą i piękną osobę, która przyjechała umyślnie do Zanzibaru, żeby zebrać dowody
do procesu przeciw Stanleyowi, który oskarżył jej nieboszczyka męża, że kupił dziewczynę i oddał ją do zjedzenia. (…)

Gorąco bardzo. Teraz jest pierwsza w nocy, a każdy ruch wywołuje poty. Kładę się późno, bo tu się w dzień sypia z urzędu
od 1-szej po śniadaniu do czwartej. Na kontynencie noce mają być chłodne i dają wypoczynek. (…)”

LUTY – 18. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zanzibarze. Mieszka w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza.

LUTY – 19. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zanzibarze. Zatrzymuje się w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza (?). Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Otóż jestem w Zanzibarze. Pisałem bardzo duży list do mateczki (Wandy z Mineyków Szetkiewicz) z prośbą, by Ci go odesłała. (…)

Przyjęcia doznaję bajecznego. Okręt wojenny angielski jest na moje usługi; prowadzą mnie do sułtana; misjonarze urządzają karawanę i zajmują się wszystkim. Pójdę ze strzelbą na plecach jak na spacer. Idę do Mrogoro
(lub Morogoro) - dziesięć dni – przyjęcie w Misji – stamtąd do Longa w Usangora (5 dni) (jeśli będę zdrów i silny), tam znów przyjęcie w Misji. Porterów (tragarzy) będę miał 25 – kraj jest spokojny i pewny, bo prawie bezludny. Ludzi wybierze z polecenia biskupa brat Oskar (członek misji francuskiej Braci Białych w Bagamoyo), który od dwudziestu lat urządza karawany. Towary zakupi brat Oskar – nie będę miał żadnych trudów, żadnych kłopotów – nic, nic!

Wczoraj byłem już drugi raz na obiedzie u Evan Smitha. Żebyś to widziała. Panie dekoltowane, panowie we frakach i białych krawatach, tylko zamiast kamizelek szerokie pasy jedwabne. Ja mam taki pas i byłem też tak ubrany. Salony i tarasy wspaniałe, wszystko most fashionable
(eleganckie, wytworne, modne), ale pomieszane z wykwintnością egzotyczną. W czasie obiadu olbrzymie „punkha”, tj. prostokąty z dziwnych tkanin indyjskich, poruszają się nad stołem, chłodząc powietrze na kształt olbrzymich wachlarzy. Posługują Hindusi – z tarasów dochodzi szum morza. Po obiedzie muzyka. Lady Smith wygrywa Szopena. Potem spacer po morzu przy księżycu i zwiedzanie wojennego okrętu, gdzie znów „czampen” (szampan).

Smith obwoził mnie wczoraj przed obiadem po okolicach miasta. Odwachy wypadały prezentując broń. Kraj – ogród. Co za dziwne drzewa, co za inny świat. Ocean wieczorami przy księżycu jak lustro. Z miasta dochodzą śpiewy Negrów. Wszystko jak sen: wszystko tak by się chciało pokazać Betsy… (…)

Gorąco w dzień bardzo. Wieczór w konsulacie znośniej. Noce też gorące. – Europejczycy chorują, ale dopiero po dłuższym pobycie. Murzynów widzi się wszystkie gatunki, jakie ma Afryka. (…) W hotelu ogromnie nas szanują – także z tego powodu. –

Wczoraj gadałem dosyć z panią Johnson
(? Jameson), ową młodą i przystojną wdówką, która przyjechała umyślnie do Zanzibaru, by pomścić pamięć męża, którego Stanley (?) oskarżył o to, iż kupił i dał do zjedzenia młodą dziewczynę. (…)

Po drodze do Mrogoro obiecują mi moc żyraf, antylop i hipopotamów. Dotychczas, prócz tej mewy (…) zabijam tylko moskity, które dość dokuczają, ale nie nadto. Wczoraj byłem w strachu: spuchła mi noga. Czasem tak się zaczyna febra, więc myślę sobie: „Biada mi! Co będzie z moim Mrogoro?” Tymczasem pokazało się, że to coś ugryzło – jakaś mucha. – Dziś już ani znaku. –

Powrót mój musi się stosować do statków, ale najpóźniej wyjadę 3 kwietnia – a około 20 będę w Europie. (..)

Wracam z audiencji od sułtana
(Ali'ego ibn-Said’a). Wyszliśmy z konsulatu rano o dziewiątej parami jak studenci. Naprzód sześciu kawasów (policjantów) konsularnych w białych szatach i czerwonych kaftanach. Następnie ja za Smithem, następnie sekretarz konsulatu z Tyszkiewiczem (Janem Tyszkiewiczem), następnie sędzia z kapitanem okrętu, następnie dwóch jakichś przyjezdnych Anglików. Na placu szliśmy między dwoma szeregami nieregularnych. Co za broń, co za fizjonomie. Potem regularni w mundurach, ale boso. Prezentują broń. Muzyka poczyna hymn angielski. Wszędzie pełno Arabów uzbrojonych w piękną broń. To miejscowa szlachta. Jego wysokość czeka na górze przy schodach. Ściska kordialnie rękę Smitha i moją. Potem wchodzimy do sali długiej, prostokątnej. Sułtan siada na tronie; piękne indyjskie krzesło srebrne. Po prawej stronie Smith, za nim ja, za mną reszta białych. Po drugiej stronie od lewej syn zeszłego sułtana, dalej i z obu stron pod ścianami wielcy Arabowie. Rozmowa przez tłumacza. „Sułtan pyta, kiedym przyjechał, jak znajduję Zanzibar, czy chcę iść do środka. Następnie zapewnia wszelką pomoc, gotowość
do usług.” Odpowiadam: „Tell to His Highness, that I am much obliged i thank Him very much.”
(Proszę powiedzieć Jego Wysokości,
że jestem wielce zobowiązany i bardzo mu dziękuję.)

Podają kawę, sorbet i wychodzimy. Sułtan odprowadza do schodów. Ściskanie rąk etc. Młody jeszcze, nieczarny, raczej jasnożółty, na twarzy nieco ospy. Oczy czarne, śliczne i słodkie. Ubiór czarny na białej koszuli, zawój i pas kolorowy. Olbrzymi brylant na palcu, mniejsze, ale bardzo piękne, na broni. Nogi bose, tylko sandały. Wrażenie dobre. Uprzejmość wielka. Dziś
o piątej przysyła mi do hotelu powóz na spacer po wyspie. Czego chcieć więcej. Wszystko dziwne, malownicze nadzwyczajne,
jest się jak na operze. Brody niektórych Arabów farbowane są na czerwono. Twarze czasem wspaniałe. (…)”

LUTY – 20. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zanzibarze. Mieszka w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza.

LUTY – 21. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zanzibarze. Mieszka w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza.

LUTY – 22. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zanzibarze. Mieszka w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza. Pisze do Henryka Hektora Siemiradzkiego:
„(…) W Kairze chorowałem, jak to zresztą Wam już donosiłem, na gardło. Zbierało mi się na to jeszcze w Rzymie – i zebrało się na dobre. Ale długa podróż morska – (14 dni z Suezu) dobrze mi zrobiła i teraz z gardłem względny spokój. Tu jestem od dni pięciu – dzięki listom od White’a (Williama Arthura White’a), Salisbury’ego (Roberta Cecila Salisbury’ego) i kardynała Lavigerie (Charles’a Lavigerie) doznaję przyjęcia, które wprost przechodzi moje oczekiwania. Dla mnie, który jak Hamlet gotów jestem pomieścić się
w skorupie od orzecha, jest to nawet trochę kłopotliwe i uciążliwe.

Sir Evan Smith, konsul tutejszy, posuwa uprzejmość do tego stopnia, że ofiarował mi okręt wojenny angielski do przewiezienia mnie do Bagamoyo. Wprawdzie to niedaleko – dla parowca cztery godziny, ale zawsze grzeczność wielka, gdyż inaczej musiałbym jechać arabską daoną
(właściwie: daua – arabski statek żaglowy o dwóch masztach z żaglami w kształcie trapezu), na której zjadają ludzi wszy i dusi zaduch, nie mówiąc o tym, że daoną jedzie się 24 godzin. (…)

Byłem także na audiencji u sułtana
(Ali'ego ibn-Said’a) wraz z konsulem i myślałem o Was, bom istotnie widział dziwy.
Co to za twarze, co za stroje, co za plamy kolorowe i jakie to wszystko nadzwyczajne i egzotyczne. (…) Jego Zanzibarska Mość jest człowiek zupełnie dystyngowany i widocznie inteligentny. Ma moc brylantów na sobie, ale nogi bose. (…)

Klimat zły. Europejczycy noszą śmierć w twarzach; mówią jednak, że w porównaniu do kontynentu tu jeszcze zdrowo.

Formowanie karawany prowadzi za sobą tyle kłopotów, trudów i kosztów, tyle wymaga czasu, że stanowi trudność prawie niezwyciężoną, i choć w ogóle dość jestem zaradny, nie wiem, jakbym sobie poradził, a zwłaszcza ile bym wydał,
gdyby nie pomoc ze wszystkich stron, a głównie ze strony misjonarzy. Mgr de Courmont
(Raoul Le Bas de Courmont), wikariusz apostolski tutejszy, dał mi brata Oskara (ze Zgromadzenia Ducha Świętego), człowieka bardzo doświadczonego, który od dwudziestu lat urządza karawany podróżnicze dla misjonarzy. Ten ma znaleźć ludzi pewnych, zakupić dla mnie perły i kotonady (tkaniny bawełniane), przygotować zapasy, słowem zająć się wszystkim, tak abym w głąb lądu poszedł jak na spacer. Idę do Mrogoro
i Usangoro. (…) Do Massawy wstąpię chyba z powrotem, ale tylko w takim razie, jeśli starczy dobrze pieniędzy, a głównie –
(bo pieniędzy pewnie starczy) jeśli nie obali mnie febra lub dyzenteria. Pierwsza jest prawie nieunikniona, chodzi tylko o rodzaj. (…)”

LUTY – 23. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zanzibarze. Mieszka w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza. Uczestniczy w wycieczce w głąb wyspy Zanzibar.

LUTY – 24. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zanzibarze. Mieszka w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza. Pisze do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów:
„(…) Czekamy jeszcze na brata Oskara, który miał wczoraj wrócić, ale widocznie jest jeszcze w Pangani (port w Afryce niedaleko Bagamoyo). (…) Cieszę się na noce na kontynencie, które mają być znacznie chłodniejsze niż tu. Tu najprzyjemniejsza pora jest między 5 a 7 wieczór. (…) Potem, robi się gorąco znowu, człowiek kładzie się oblany potem, słucha brzęczenia moskitów i nie śpi. Najmniejszy ruch: poruszenie trzepaczki od moskitów, przewrócenie się na drugi bok nowe wywołuje poty. Nad ranem temperatura wcale się nie zmniejsza. (…)

W sobotę
(28 lutego 1891 r.) (…) jedziemy do Bagamoyo wojennym statkiem angielskim. Konsul (Evan Smith) jedzie także. Wczoraj byliśmy do niego proszeni na wieczór, ale mnie się nie chciało iść, gdyż było to po całodziennej wycieczce w głąb wyspy. Zrobiliśmy tę wycieczkę z jednym z misjonarzy i z 8-orgiem dzieci z misji, które niosły na głowach wszystko, co potrzebne było do śniadania. Wyszliśmy o 6-stej rano, a zatrzymaliśmy się na długi wypoczynek o 10 pod ogromnym drzewem chlebowym naprzeciw rzeki zarośniętej niezmiernie gęsto arumami (roślinami z rodziny obrazkowatych)… (…) Menu śniadania było bardzo dziwne, zwłaszcza co do napitków. Pije się np. wino z wodą zawartą w kokosowych orzechach, a każdy orzech zawiera jej blisko kwartę. Jest ona bardzo słodka, świeża, ale mnie przynajmniej mdli zawsze.

Otaczała nas wspaniała roślinność, a nad nami zwisały się owoce drzewa chlebowego tak wielkie jak dwa i trzy razy głowa ludzka. Owoc to niezły, tylko łupinę czuć nieco zgniłym mięsem. Najlepsze są mango, banany, najzdrowsze papaja, bo ma mnóstwo pektyny i pomaga do trawienia. Przede wszystkim jednak smakują ananasy. (…)

Na Murzynów, gdy się chciało ich pozbyć, dość było wycelować aparat fotograficzny. Wszyscy uciekali w te pędy. Do powrotu zabraliśmy się o godzinie trzeciej. (…) Po drodze odwiedziliśmy dom bogatego Araba, znajomego misjonarza. Ten przyjął nas kawą i likierem różanym. Sam nie pił, bo etykieta na to nie pozwalała. Gospodarz, chcąc dać poznać gościom, że jest na ich usługi, nie ośmiela się jeść i pić przy nich. Potem odprowadził nas do granic swoich posiadłości, przy czym najwidoczniej zmuszał się
do tego, by mu się jak najgłośniej odbijało. Ja byłem zdumiony, ale ksiądz wytłumaczył mi, że to zwyczaj powszechny. Kto chce dać poznać gościom, że jest w stanie ich podjąć jak najwspanialej, że jest bogaty i że jada obficie, ten w taki sposób daje im to
do poznania. Mówił ksiądz, że gdyśmy u niego jedli, toby nam także wypadało pójść za jego przykładem i przede wszystkim wydmuchiwać na niego czkawkę. (…) Pomyślałem sobie, że gdyby Ojciec był ze mną, potrafilibyśmy w jakikolwiek sposób przejść oczekiwania najwykwintniejszej etykiety arabskiej i zadowolić najbardziej wymagającego gospodarza. (…)

Co tu za dziwne są objawy klimatu. Wróciwszy, dostałem kłucia w skórze. Za każdym ruchem miałem wrażenie, że tysiące ostrych szpilek wchodzi w moją skórę – i to szpilek do czerwoności rozpalonych. Trochę mnie to zaniepokoiło. Tymczasem powiedziano mi, że to jest zwykły objaw po każdej większej wycieczce. Rozebrawszy się, spostrzegłem, że całe ciało pokryte jest drobnymi, czerwonymi plamkami. Ale dziś to już przeszło i kąpałem się rano jak zwykle. Zdrów jestem dotychczas zupełnie, tylko zmęczony nieco złym spaniem i nieustającą transpiracją
(poceniem się), która jednakowoż ma być bardzo dobrym objawem.
Ci, co mają febrę, nie transpirują wcale.

W hotelu, w którym mieszkamy, spotyka się ciekawe figury. Bawi tu pan Deboni, Włoch, który podróżował po całej Afryce
i wreszcie przyjechał tu w celu znalezienia pewnego gatunku nietoperza. Jest tu również Becker
(Belg), sławny podróżnik… (…)”
Wieczorem pisarz kończy list:
„(…) Był dziś u mnie Seva Hadżi, bogaty kupiec indyjski, za pomocą którego urządza się karawanę. Brat Oskar będzie z nim traktował. (…)

Godzina 12 w nocy. Piszę u siebie na górze wśród tłumu moskitów, siedząc na kuferku. Stoły są podobniejsze do desek niż
do stołów. Jeszcze dziś parniej niż zwykle, chociaż w dzień deszcz padał. Literalnie nawet przy nakręcaniu zegarka człowiek oblewa się nową warstwą potu. (…)

W Bagamoyo nie ma wcale hoteli, więc staniemy w misji. Tu jest przy tym ciasnota wielka i nasze pokoiki, a raczej sionki, założone są rzeczami i kuferkami, tak że niczego znaleźć nie można. Co za kram! (…) Podróż nie powinna być utrudzająca. Dzień karawany liczy się od 4 rano do 10 rano. Przez resztę dnia się stoi. W gorące godziny trzeba spać. Wieczór, kto ma ochotę, idzie na polowanie. Pora jest jeszcze sucha, ale w marcu zaczyna się dżdżysta, będę się więc starał być przed końcem marca
z powrotem. (…)

W Zanzibarze nie ma prawie psów swojskich, bo Arabowie i Ki-suahile brzydzą się nimi niezmiernie. Za to dzikie w nocy przychodzą do miasta, zakradają się pod domy i skomlą, i wyją. W tej chwili słyszą ich głosy. W dzień nie widuje się ich nigdy,
ale wracając z wieczornej przechadzki, spostrzegłem nieraz jakby cienie znikające z błyskawiczną szybkością. Są małe i nędzne, ludzi nie zaczepiają nigdy, nawet dzieci. (…)”

LUTY – 25. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zanzibarze. Mieszka w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza. Pisze do Kazimierza i Wandy z Mineyków Szetkiewiczów:
„(…) Dziękuję najserdeczniej za dobre wiadomości. Tak by się chciało jak najprędzej wrócić, ale odbywszy tak długą drogę, trzeba zajrzeć w głąb tego lądu. (…)”

LUTY – 26. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zanzibarze. Mieszka w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza.

LUTY – 27. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zanzibarze. Mieszka w Hotelu „De la Poste” Lazarewicza.

LUTY – 28. [SOBOTA]


Na pokładzie pancernika „Redbreast” Henryk Sienkiewicz wyjeżdża z Zanzibaru do Bagamoyo, z którego planuje wyruszyć na wyprawę w głąb Afryki.

MARZEC – 02. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Bagamoyo, skąd pisze do Mścisława Godlewskiego:
„ (…) Jutro wyruszam z Bagamoyo na wycieczkę w głąb kraju. Idę w kierunku Mandera, Honda, nie zaś do Mrogoro i Usagara,
bo tam wojna. (…) Po czterech dniach marszu wejdę w kraj ludożerców, którzy jednak białych nie jedzą i są przyjaciółmi misjonarzy, którzy mają między nimi misję. (…)

Misja w Bagamoyo bajeczna. Misjonarze bajeczni. Przełożony
(ojciec Stefan) żyje tu od 27 lat… i co roku ma febrę. (…)”
Dalej redakcja zamieszcza – z nielicznymi zmianami – cały list pisarza.

MARZEC


Podczas polowania w Gugurumu nad rzeką Kingani (Ruwu) Henryk Sienkiewicz zapada na febrę. Ostatkiem sił dociera do misji w Bagamoyo. Leczy się w szpitalu
w Zanzibarze.

MARZEC – 25. [ŚRODA]


„Słowo” (nr 66) w dziale „Rozmaitości” podaje:
„Henryk Sienkiewicz w liście datowanym z Zanzibaru d. 18 lutego (prawidłowa data: 17 lutego 1891 r.), a otrzymanym wczoraj dopiero, przesyła nam o sobie i kraju, z którego pisze, wiązankę ciekawych wiadomości. List nosi charakter prywatny; nie mogąc więc drukować go w całości, dzielimy się z czytelnikami «Słowa» kilku z owej wiązanki wyjętymi szczegółami. Przede wszystkim usprawiedliwia się Sienkiewicz dlaczego nie rozpoczął jeszcze nadsyłania nam dalszego ciągu swoich Listów z Afryki… (…)”
Dalej redakcja zamieszcza – z nielicznymi zmianami – cały list pisarza.

MARZEC – 27. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w szpitalu w Zanzibarze. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
„ (…) Od kilku dni jestem z powrotem w Zanzibarze – i w szpitalu. Niech Was to zresztą nie przestrasza, bo już jestem prawie zdrów, a oprócz tego szpital francuski jest zarazem najlepszym hotelem, o jakim można marzyć w Zanzibarze.

Byłem w głębi lądu u podnoża M’Pongwe. Miałem 20 porterów niosących na głowie omnia mea
(Omnia mea mecum porto – Wszystko, co do mnie należy), ludzi tak dobrych i poczciwych, że nie było ani cienia potrzeby użycia kija. Zwiedziłem nie wiem ile wiosek ludożerców, gdzie nie ja się bałem, ale mnie się bali. Zresztą tak porządnych ludożerców ze świecą szukać. (…) Trzymałem się
ze zdrowiem dzielnie i już myślałem, że unser einer
(jeden z nas) mocniejszy od febry, gdy kilka forsownych pochodów w słońcu zbiło mnie z nóg. Pod karą śmierci nie wolno tu maszerować od dziewiątej do trzeciej. (…) Dwakroć zdarzyło mi się maszerować do pierwszej i dobrze, żem tego drożej nie przypłacił. Na szczęście febra chwyciła mnie przy końcu koła, które zatoczyłem
w pochodzie.

Pierwszy naprawdę silny atak przyszedł w Gugurumu. (…) Jest to dół, na dnie którego znajduje się nieco wody koloru i gęstości żuru. Ale tam właśnie leżą terytoria myśliwskie, bo błota okoliczne i rzeki Kingani mają słoną wodę, więc co żyje, musi przyjść
do tej dziury. Otóż cieszyłem się na myśl, że pierwszą noc wszelki zwierz wytrzyma bez wody, na drugą musi przyjść do owej dziury, nad którą rozbiłem namiot. Tymczasem tego samego wieczora dostałem ataku. Miałem 39,2 gorączki, przestałem widzieć dobrze i byłem bliski zemdlenia. Krzyże i stawy bolały okropnie. …postanowiłem wracać nazajutrz do dnia, jeśli będę żyw. Wziąłem dużą porcję chi[in]ny bez skutku. W nocy byłem coraz gorzej i zadawałem sobie pytania: Febra? – Tak. Ale zwyczajna, wątrobiana, czy tak zwana zgubna? Chwilami zawrót głowy odbierał mi przytomność. Siedząc na krzesełku myśliwskim
przed namiotem, słyszałem w dali w ciemnościach jakby głębokie stękanie. Brat Oskar mówił mi potem, że tak stękają lwy,
gdy im pragnienie dokucza.

Rano podniosłem tabór, zostawiłem połowę porterów na miejscu, z drugą ruszyłem do Bagamoyo do misji. Sześć godzin drogi
na piechotę, z tych cztery błotami tak lepkimi, że całe kilo
(kilogramy – skrót nieodmienny) przywierają do nóg. Zdjąłem trzewiki
i szedłem boso. O 10-tej zobaczyłem palmy misji – o 11-tej doszedłem pół żywy. Księża przyjęli mnie jak brata, napchali chininą
i położyli do łóżka. Leżałem trzy dni – potem zdarzył się statek do Zanzibaru, więc wróciłem – prosto do szpitala. Tu dali mi pokój monsignora
(Monsignora de Courmont) i wygody takie, że się już wierzyć nie chciało w podobny luksus. Dość powiedzieć, że jest i lód. Siostry dogadzają mi jak jakiemu kardynałowi – więc też i przyszedłem do siebie. Od onegdaj wychodzę, ale szpitala nie porzucę aż do odjazdu, który nastąpi 3 kwietnia francuskim statkiem „Pei-Ho”… Głowa jeszcze pobolewa, zresztą zdrów jestem. Język (który był straszny) oczyścił się i siły wróciły. (…) Okna mojego pokoju wychodzą wprost na morze, które podczas przypływu dochodzi do ścian szpitala, więc oddycham względnie zdrowym powietrzem.

Widziałem wszystko, com chciał i potrzebował widzieć. Polowania moje w części chybiły, bo miały się rozpocząć na dobre
w Gugurumu. W czasie pochodów widziałem z daleka antylopy, ale o 600 metrów. (…) W rzece Wami zabiłem krokodyla, którego kula ze stalowym stożkiem przeszła na wylot (przez serce i płuca).

Na początku pochodu bawiłem dwa dni w namiocie nad rzeką Kingani i widziałem całe stada hipopotamów. Strzelałem ośm razy
i nie sądzę, żebym pudłował. (…) Ale jest to zwierzyna, której się nigdy nie dostaje, chyba że się ją strzela na lądzie. Wigilią dalszego pochodu słyszałem jednego tak blisko namiotu, że słychać było, jak żuł trawę i chrapał, ale noc była bez księżyca, ciemna i trawy jak dwa razy człowiek. Ptaków zabiłem sporo. Małpy słyszałem, alem ich nie widział. Oto wszystko. Przywożę dużo ciekawych rzeczy, które sam zebrałem lub dostałem w misjach. (…)

Podróż dzięki bratu Oskarowi kosztowała bajecznie mniej, niż się spodziewałem, i pieniędzy nie potrzebuję. (…) Przechodziłem Kingani dwa razy, Wami (pełną krokodylów) 4 razy. Wody miałem po pachy, prąd bardzo bystry. Na hipposy polowałem z łodzi. Jeden szarżował i tego mogłem mieć, ale uczyniłem to, co się zwykle zdarza memu teściowi, tj. pociągnąłem za cyngiel wystrzelonej lufki – i sekunda odpowiednia przeszła.

Cieszę się na myśl odjazdu. W Egipcie muszę wysiąść, bo „Pei-Ho” nie zatrzymuje się nigdzie po drodze, dopiero w Marsylii.
Z Egiptu przyjadę pewno Lloydem do Brindisi lub Triestu. (…)”

MARZEC – 28. [SOBOTA]


„Słowo” (nr 69) w dziale „Kronika Powszechna” zamieszcza streszczenie afrykańskiego listu Henryka Sienkiewicza z 02 marca 1891 r.

KWIECIEŃ – 15. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) Długo nie dawałem znać o sobie – ale posłuchaj usprawiedliwienia. Z lądu stałego nie mogłem pisać, a po moim powrocie
do Zanzibaru, przed statkiem, którym miałem jechać, odchodził tylko jeden, „British India”, do Aden. Ten wstępuje wszędzie, wlecze się powoli, że wyliczyłem, iż w Egipcie nie stanie prędzej niż „Pei-Ho”, na którym odbyłem drogę odwrotną. Zresztą – trochę umyślnie nie pisałem, bom miał febrę, nie wiedziałem, czy 15-stego dnia nie wróci, i nie mogłem donieść nic stanowczego. (…)

Febra zresztą złapała mnie w końcu podróży – na końcu łuku, który zatoczyłem od Bagamoyo, przez Kingani, Wami, Manderę, podnóże Pongwe
(M’Pongwe), do Gugurumu i Bagamoyo z powrotem. Wzięło mnie to wieczór w Gugurumu, gdzie obiecywałem sobie posiedzieć z tydzień, bo tam są terytoria pełne zwierzyny… Wzięło mnie tak silnie, że nazajutrz do dnia postanowiłem powrócić – i wróciłem. Wyobraź sobie, Dzidku, żem szedł jeszcze od piątej rano do 11 w południe w bardzo silnej gorączce,
przez nieskończone i lepkie błota – tak lepkie, że musiałem iść boso. W Bagamoyo byłem przyjęty w sposób istotnie wzruszający przez misjonarzy. Karmiono, pojono, trzymano w łóżku. Potem zdarzył się statek do Zanzibaru – ruszyłem i w Zanzibarze byłem w bajecznych stosunkowo wygodach w szpitalu francuskim przez dwa tygodnie. Co za jadło, co za opieka sióstr miłosierdzia –
co za spanie. Dano mi pokój zachowany dla Monsignora de Courmont z oknami na morze – obiady sam dyktowałem – miałem mleko, lód, bifty
(bulion), chininy w bród, posługę doskonałą, słowem, żyć nie umierać – toteż nie umarłem.

Febry dostałem z przepalenia się na słońcu i ze zmęczenia. – Nie powinno się robić dłuższych marszów jak od 5-tej do dziewiątej, tymczasem sezon był bardzo suchy i od kałuży do kałuży takie odległości, że czasem trzeba było iść do południa. (…)

Zresztą powrót był rozkoszny. Morze gładkie jak szyba – chwiejby ani cienia, ani odrobinę. W Bab-el-Mandeb burza straszna, grzmoty, pioruny, ulewa przedpotopowa, ale wiatru nic. Morze Czerwone jak lustro. Wreszcie po 11-stu dniach Suez.
Nie! Nie pisałem o Arabach w rozdrażnieniu. W Suez, gdy na komorze rewidowano nam rzeczy, Arabowie wyłamali literalnie kraty, żeby się dostać do kufrów i ponieść je na kolej. Urzędnicy bili ich kijami przez sztachety. Gdy je otwarto – po prostu bitwa. Mając wątrobę powiększoną, uniosłem się jak nieboskie stworzenie i w braku laski chwyciłem tak jednego za gardło, aż mu oczy wylazły. (…)

Co Ci donieść o podróży? Jestem z niej kontent. Kraj piękny – jak park, miejscami gąszcze poplątane lianami – wszędzie trawa nad głowę. Przeprawiałem się dwakroć przez Kingani, a przechodziłem 4 razy Wami, pełną krokodylów. Jednego zabiłem
i Murzyni wyciągnęli go z wody na wici. W Kingani widziałem mnóstwo hipopotamów. Strzelałem z łodzi razy ośm i sądzę,
żem nie chybiał. (…) Stałem nad Kingani dwa dni, bom miał trochę nadziei, że złapię którego hipopotama na stałym lądzie. (…)
Ale nie udało się. (…)

Antylopy widziałem tylko z daleka, nie na strzał. Polowanie miałem zamiar rozpocząć na dobre dopiero w Gugurumu, bo tam,
do jedynej dziury z wodą słodką, musi przyjść, co żyje, ale tam właśnie chwyciła mnie podła febra. Miałem termometr. O siódmej wieczór mierzyłem swoją temperaturę. Było 39,2. Później nie chciało się już mierzyć, czułem jednak, że jest coraz więcej. (…) Ptaków pięknych widziałem sporo, zabiłem niecoś, ale w ogóle strzelałem źle. (…)

Ciekawych rzeczy przywożę dużo, nieco broni, tkanin, zębów etc. Trochę takich chustek cieniuchnych znalazłem tu w Egipcie.
Jak pilno do swoich, nie trzeba mówić. Swoją drogą jestem latawcem, a swoją drogą tęsknię z całej duszy do swoich wszędzie
i zawsze. (…)”

KWIECIEŃ – 16. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kairze. Mieszka w Hôtel du Nil. Pisze do Edwarda Lubowskiego:
„ (…) Jak widzisz, wyniosłem całą skórę z Afryki, choć niewiele brakło – a byłbym ją tam zostawił. Miałem paskudną febrę, której dostałem w głębi lądu – na szczęście przy końcu łuku, a raczej koła, które zatoczyłem z Bagamoyo pod górę Pongwe. Czułem doskonale, że idzie o tę wyż. wzmiankowaną skórę – i że jeśli zaraz nie wrócę, to pójdę pod baobab – więc choć byłem
na pysznym terytorium myśliwskim, wróciłem zaraz. Był do zrobienia jeszcze jeden cały marsz do Bagamoyo, i w gorączce, prawie w malignie, musiałem pyrgać przez błota, boso, jeszcze sześć godzin (od 5 rano do 11) w straszny, niewypowiedziany upał. Potem byłem w misji przez trzy dni, potem w szpitalu w Zanzibarze przez dwa tygodnie, gdzie mi było pysznie – potem siadłem na statek… I na statku jużem był pewny, że się nie dam – bo i powietrze inne, i trochę powiewu – choć jeszcze żar wielki. Teraz jestem względnie zdrów. I co powiem, że mimo febry pojechałbym tam chętnie jeszcze raz w życiu. (…)

Do Warszawy nie przyjadę zaraz – muszę posiedzieć z dziećmi i trochę się wysapać. (…) Napisz mi słówko do Zakopanego, co tam w ogóle słychać w Warszawie. (…)”

KWIECIEŃ – 29. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przybywa do Wiednia i zatrzymuje się w Hôtel Erzherzog Karl. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) A ja już sobie przyjechałam do Wiednia i ponieważ familijna „Rada Nieustająca” z prezydentem-sowietnikiem na czele uchwaliła, że nie mam jechać do Zakopanego, więc właśnie pojadę. Sama nie pojedziesz! Ja ze swej strony, zamiast na Żmujjjjdź, radziłbym Wam do Zanzibaru, tylko że taki kot skapiałby tam we trzy dni. (…)

W Brindisi puściłem statek na wodę – i przez Rzym przyjechałem do Wiednia. (Dziś przyjechawszy do Wiednia byłem pewien,
że pojadę za przykładem, jaki oboje z Heniem daliście w Zakopanem. Wszystkie oznaki były po temu. Położyłem się do łóżka
i wezwałem dra Horocha
(Kajetana Horocha), który zbadał mnie i zapewnił, że nie ma cienia podobieństwa do dyzenterii. Zapisał sól karlsbadzką – i pozwolił wstać zaraz. Nie wyjadę jednak, póki nie będę się czuł zupełnie dobrze, bo jest za kilka dni. (…)”
Komentarza wymaga data napisana przez pisarza. Napisał on: 29 kwietnia, wtorek. Otóż wtorek przypadał 28 kwietnia 1891 r., a 29-go była środa.

KWIECIEŃ – 30. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Wiedniu. Mieszka w Hôtel Erzherzog Karl. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) …wybieram się jutro do Krakowa. Doktór pozwala – choć z żołądkiem jeszcze „malwa”. (…)
Cielca tucznego zjem, ale skutki spadną na głowę Zuzanny
(kucharki Edwarda i Jadwigi z Szetkiewiczów Janczewskich). (…)”

MAJ – 01. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przybywa do Krakowa.

MAJ – 02. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
(…) Przyjechałem onegdaj. Mam trochę febry, ale więcej jeszcze udaję, żeby mieć od ludzi i wizyt spokój. Pojutrze jadę
do Zakopanego i tam zacznę pisać dalszy ciąg afrykańskich „Listów”. (…)

MAJ – 09. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zakopanem. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
(…) „Listy” wkrótce rozpocznę. (…) Czy posłaliście ojcu memu pieniądze do Lublina – inaczej mówiąc – czy z zostawionych
przeze mnie zostało jeszcze na maj? Jeśli nie, poślij zaraz, a ja natychmiast odeślę. (…) Przyślijcie mi „Niwę” z recenzją Keniga
(Józefa Keniga „Bez dogmatu”, powieść Henryka Sienkiewicza w trzech tomach”). (…)

MAJ – 10. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zakopanem. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) Czytałem recenzję Keniga (Józefa Keniga) o Bez dogmatu. Co za klituś-bajduś! Zwraca się wprost do Płoszowskiego
i (uważasz, panie Płoszowski…) robi mu te same zarzuty, które Płoszowski sam sobie robi. – „Jesteś próżniak, panie Płoszowski, nie masz woli, jesteś w gruncie rzeczy egoistą, zajmujesz się sobą” etc. Radotowanie
(prowadzenie dyskusji pozbawionej sensu; powtarzanie bez przerwy tego samego) bez granic. (…)”

MAJ – 22. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Lublinie. Mieszka w Hotelu Wiktoria przy Krakowskim Przedmieściu. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
„ (…) Jestem od kilku dni w Lublinie z powodu choroby ojca (Józefa Pawła Ksawerego Sienkiewicza, mieszkającego w Lublinie u córki Zofii
z Sienkiewiczów Sieńkiewiczowej), którego stan zdrowia jest bardzo groźny, zwłaszcza wobec blisko 80 lat. Dziś wezwałem depeszą Kosińskiego (Juliana Kosińskiego) z Warszawy. Nie mogę powiedzieć, jak mi długo przyjdzie tu bawić. (…)”

MAJ – 23. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Lublinie. Mieszka w Hotelu Wiktoria przy Krakowskim Przedmieściu.

MAJ – 24. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Lublinie. Mieszka w Hotelu Wiktoria przy Krakowskim Przedmieściu.

MAJ – 25. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Lublinie. Mieszka w Hotelu Wiktoria przy Krakowskim Przedmieściu.

MAJ – 26. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Lublinie. Mieszka w Hotelu Wiktoria przy Krakowskim Przedmieściu.

MAJ – 27. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Lublinie. Mieszka w Hotelu Wiktoria przy Krakowskim Przedmieściu.

MAJ – 28. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Lublinie. Mieszka w Hotelu Wiktoria przy Krakowskim Przedmieściu.

MAJ – 29. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Lublinie. Mieszka w Hotelu Wiktoria przy Krakowskim Przedmieściu. Pisze do Marii z Popielów Godlewskiej:
„ (…) Operacja, której dokonał Kosiński (Julian Kosiński), powiodła się znakomicie, ale ogólny stan ojca jest zły. Jest to ten stan, który lekarze nazywają marazmem starczym. Nadzieja polepszenia opiera się tylko na dużych istotnie siłach żywotnych, jakie chory posiada. Co do mnie, przywiozłem po febrze afrykańskiej zwiększoną śledzionę, wątrobę, katar żołądka, a co za tym idzie
i dość potargane nerwy. Oczywiście w warunkach, w jakich żyję obecnie, nie idzie ku lepszemu. Potrzeby mi jest bardzo Karlsbad. (…)

W Warszawie będę bardzo krótko, bo mi pilno do dzieci, z którymi spędziłem po powrocie zaledwie kilka dni – i stęskniony jestem do nich najogromniej. W każdym razie nie ominę Wareckiej
(miejsca zamieszkania Mścisława i Marii Godlewskich w Warszawie
przy ul. Wareckiej 15) i z powodu osobistego sentymentu, i dlatego, że przywiozłem pazur lwi jako pamiątkę z podróży dla Łaskawej Pani, który oprawny w szlachecką koronę stanowi jeśli nie piękną, to przynajmniej oryginalną zapinkę.

Kiedy przyjadę, nie wiem. Doktorzy sami nie umieją nic powiedzieć o stanie ojca ani nic przewidzieć. (…)”
Komentarza wymaga data napisana przez pisarza. Napisał on: 29 V 91, sobota. Otóż sobota przypadała wówczas 30 maja 1891 r., a 29-go byłpiątek.

CZERWIEC – 06. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przyjeżdża do Krakowa. Mieszka w Hotelu Saskim. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) Idę spać, bo się nie wyspałem. Przyjechałem dziś rano, a po południu przylezę. Na obiad Dick nie przyjdzie z powodów,
o których wypada zamilczeć. (…)”

CZERWIEC – 11. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zakopanem. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
(…) Jestem tymczasem w Zakopanem i nie wiem, czy wybiorę się do Karlsbadu. (…) Żałowałem, żem Cię nie zastał, ale byłem zmęczony, śledziona rosła i musiałem wyjeżdżać. (…) Krytykom będę odpowiadał, bądź tylko łaskaw, każ mi kupić „Ateneum”
z Chmielowskim
(recenzją Piotra Chmielowskiego „Choroba woli”) i „Wiek” z Choińskim (recenzją Teodora Jeske-Choińskiego „Powieści psychologiczne”). (…)

CZERWIEC – 30. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
(…) Posyłam list III. Jest to rodzaj nokturnu, który [s]podoba się tym, którzy się na nim poznają. (…) Ojcu mojemu przesyłajcie raty jak zwykle. (…)

LIPIEC – 03. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) …jestem w Kalten. (…) …napisałem III list z podróży (list zawierający opis nocnej wycieczki do piramid i widok Sfinksa przy świetle księżyca) - taki jakiś nokturn – spokojny, ale harmonijny. Nie wszyscy się na tym poznają, że tam dobrze zrobiona noc. (…)”

LIPIEC – 06. [PONIEDZIAŁEK]


W numerze 146. „Słowa” ukazuje się trzeci list pisarza z Afryki.

LIPIEC – 11. [SOBOTA]


Z Krakowa Henryk Sienkiewicz przybywa do Zakopanego.

LIPIEC – 12. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zakopanem.

LIPIEC – 13. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zakopanem.

LIPIEC – 14. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zakopanem.

LIPIEC – 15. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zakopanem.

W paryskim piśmie „La Revue Nouvelle” Antoni Wodziński zamieszcza swoją recenzję o powieści „Bez dogmatu” Henryka Sienkiewicza.

LIPIEC – 16. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zakopanem. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) Czy odebrałaś mój list pisany z Kalten (Kaltenleutgeben) - długi i miły. Przyjechałem stamtąd przed dwoma tygodniami
do Krakowa, a z Krakowa w sobotę do Zakopanego. (…) Imieniny dwóch Henryków odbyły się wczoraj. Młodszy dostał dużo zabawek, starszy trochę kwiatów. (…) …w przyszłym tygodniu wybieram się do Krakowa, by się spotkać z ojcem
(Kazimierzem Szetkiewiczem) i razem z nim zwiedzać majętności do nabycia i prowadzić o nie układy. Stamtąd wrócę do Kalten… (…) Ojciec przyjeżdża na przyszły tydzień, o ile się wybierze. (…) Mnie Zakopane nie służy, jak zawsze.

Piszę czwarty list
(list zawierający opis Suezu i wyjazd na południe statkiem „Bundesrath”). Ten o Sfinksie podobał się bardzo. Tarnowski (Stanisław Tarnowski) mówił mi: „Pan ma nie tylko pędzel, ale i dłuto!” etc. Jest to sobie nokturn. Chciałbym, żebyś go czytała –
i ciekawym, co powiesz.

Ojciec mój
(Józef Paweł Ksawery Sienkiewicz) zdrów zupełnie. Pisze do mnie, że cały Lublin zachwycony jest moją energią. (…)

Piszę teraz czwarty list – i trochę sobie myślę, jak zresztą zawsze, że to dziwne rzemiosło ta literatura i że odwijanie tej nici
z kłębka męczy trochę, zwłaszcza że się nie widzi kresu i końca tej roboty, aż do śmierci. Malczewskiemu Jackowi podobał się Wasz dom
(w Krakowie przy ul. Wolskiej 16) – Kociowi (Konstantemu Marii Górskiemu) także. Zwiedzałem, ale nie rozumiem, jak może być do września skończony, a zwłaszcza jak Ty będziesz mogła w nim zamieszkać. (…)”

SIERPIEŃ


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) …dziś dopiero przyjechałem do Kalten… (Kaltenleutgeben) Wyobraź sobie, skoczyłem do Berlina. Bawiłem dwa dni. Cudo,
nie wystawa
(Międzynarodowa Wystawa Sztuk Pięknych). A muzeum! A figury pergamińskie (w Muzeum Pergamonu w Berlinie) - zupełnie przechodzą imaginację. – Wracając do Kalten, zatrzymałem się dzień w Dreźnie – nowe rozkosze. Galeria, galeria – a wieczorem teatr: Cavalleria rusticana (opera Pietra Mascagni „Rycerskość wieśniacza”). Zeszło te parę dni w sposób boski i ateński. (…)

Tu w Kalten, są Krasińscy – z Franią i jej galopantem
(zalotnikiem, konkurentem – Stanisławem Mycielskim), Zamoyscy, Alioni z siostrą.
Nie widziałem ich jeszcze; spotkamy się jutro na kawie. (…)”

SIERPIEŃ – 17. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) Miła i dobra jesteś, że czasem się odezwiesz. Ja bym rad jak najczęściej, ale piszę moją Afrykę (listy z Afryki) i nie ma kiedy ręki do papieru przyłożyć.

Trochę mi się chce sprowadzić tu Henia. Może dietą i przezorną hydropatią można by go wyleczyć z tej chronicznej choroby żołądka, a zarazem od mrugania, min etc. Prowadzę o tym korespondencję z mateczką, ale jej zostawiłem decyzję, bo przecie patrzy na Henia co dzień. (…)

Czytałem dwa duże studia o Bez dogm[atu] - jedno w „Revue Nouvelle”
(paryskim piśmie „La Revue Nouvelle”), drugie w osobnej książce, wydanej w Krakowie przez Rosenzweiga (Józefa Rosenzweiga). Ten ostatni pisze, że dlatego dopiero teraz pisze to studium, gdyż na razie „oniemiałem z zachwytu”. – Do tego miejsca recenzja dobra – dalej: papier cierpliwy! Widocznie pisze student. (…)”
Komentarza wymaga data napisana przez pisarza. Napisał on: 17 sierpnia 1891, sobota. Otóż sobota przypadała 15 sierpnia 1891 r., a 17-go był poniedziałek.

SIERPIEŃ – 18. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben.

SIERPIEŃ – 19. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben.

SIERPIEŃ – 20. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben.

SIERPIEŃ – 21. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben.

SIERPIEŃ – 22. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben.

SIERPIEŃ – 23. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Kaltenleutgeben. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) Jest okropnie miły dla mnie wieczór. Wszyscy poszli do teatru, na amatorskie przedstawienie – a ja nie. Do tego wysłałem dziś takie masy rękopismu, że grzech by był pisać dziś jeszcze. Ale listy to co innego. Nie mam zresztą nic nowego do doniesienia – byle pogawędzić. Deszcz, chmurno, czasem zimno, czasem ciepło, nosy zakatarzone, mój więcej od innych – ot i wszystko. (…)

Henio zdrów. Dzinek mały także, a również ojciec, mateczka i p. Mara. (…)”

WRZESIEŃ


Henryk Sienkiewicz pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Mam jechać na wieś wydobrzeć z gardłem i wrócić na operację. Gdzie jechać? Zakopane na gardło dobrze mi służyło zawsze – ale tam trzeba zamieszkać u pp. DD (Bronisława i Marii z Sobotkiewiczów Dembowskich), inaczej przykrość dla nich. Prócz tego daleko. Dieta znów odpowiednia, bo tam się na tym rozumieją. (…)”

WRZESIEŃ – 05. [SOBOTA]


W numerze 197. „Słowo” rozpoczyna druk listu IV z podróży Henryka Sienkiewicza do Afryki zawierającego opis Suezu i wyjazd na południe statkiem „Bundesrath”.

WRZESIEŃ – 10. [CZWARTEK]


W numerze 200. „Słowo” kończy druk listu IV z podróży Henryka Sienkiewicza do Afryki zawierającego opis Suezu i wyjazd na południe statkiem „Bundesrath”.

WRZESIEŃ – 14. [PONIEDZIAŁEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zakopanem. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
(…) Jestem na wyjezdnem z Zakopanego. Dzieci moje już wyjechały, ja może posiedzę parę dni – potem spędzę tydzień lub dwa w Krakowie i namyślę się, co uczynić z zimą. (…) „Listów” przesłałem Wam dużo. Nie ma pracowitszego człowieka ja ja wtedy, kiedy pracuję. Onegdaj wysłałem list ósmy. Myślcie wcześnie o wydaniu książkowym. (…)

PAŹDZIERNIK – 14. [ŚRODA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Zakopanem. Mieszka w pensjonacie państwa Zborowskich (? i Zofii Zborowskich). Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) Miła właścicielko nieruchomości. Jestem już w swojej izbie, w domu p. Zborowskich, więc wydostałem papier, pióra i piszę. (…) Nie zamęczaj się przy urządzaniu domu, jedź do Warszawy, zajmij moje pokoje i siedź sobie spokojniutko, a wypoczywaj.
Ja tam napiszę, by Ci wszystko jak najlepiej urządzono – i żeby nikt Dzineczka nie krzywdził. (…)”

PAŹDZIERNIK – 15. [CZWARTEK]


W numerze 237. „Dziennik Poznański” kończy druk powieści Henryka Sienkiewicza „Bez dogmatu”.

przed LISTOPADEM


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie. Pisze do Edwarda i Jadwigi Janczewskich:
(…) Nie przychodzę, bo leżę na zapalenie lub wrzód w gardle. (536.) …paszcza mnie boli, wskutek czego jestem zły i posępny.
Po obiedzie, jeśli mi będzie lepiej, to przyjdę po odczycie Tarnowskiego, który zaczyna się o 5-tej.
(537.) Odsyłam futro i książki oraz akwarelkę, którą dostałem od Piotrowskiego (Antoniego Piotrowskiego), a którą Gebethner prześle wraz z książkami. Proszę, jeśli można, przez tegoż posłańca o pled. (538.) Jest mi lepiej. Ubrałem się i leżę sobie na kanapie. W wagonach do granicy bardzo gorąco, a od granicy bardzo zimno… (…) Prosty katar, nic więcej… Jest mi stanowczo lepiej i przyjdę na herbatę, jak Twój mały (syn Edward Walery) będzie w swoim pokoju. (539.) (…)

po PAŹDZIERNIKU


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie. Pisze do Edwarda i Jadwigi Janczewskich:
(…) Mała (córka Jadwiga) chora, jadę dziś do Warszawy. (543.) Na obiedzie będę z Leem (z Edwardem Leo), który dziś wyjeżdża, o 5-tej pójdę na kolej… (544.) Przyjechałem dziś rano. (…) Przyjdę po Waszym obiedzie. (539.) (…)

LISTOPAD


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Dziś przyjechałem i przyjdę do Ciebie koło trzeciej. (…)”

W kolejnym liście z Krakowa Henryk Sienkiewicz pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„(…) Nie zadawajże sobie kłopotu w chwilach takiego rozgardiaszu (przeprowadzki z ul. Studenckiej 11 na ul. Wolską 16 – w Krakowie).
Tu przecie wszystko znaleźć można. – Źle wypadło z tym Janem – a Ty, biedactwo, zmęczone musisz być ogromnie. – Doprawdy, że mnie nic nie trzeba – i wolę, żebyś się nie kłopotała. (…)”

LISTOPAD – 07. [SOBOTA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie w Hotelu Saskim. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
(…) Posyłam pięćset pięćdziesiąt guldenów, które bądź łaskaw odesłać memu teściowi, Wspólna, róg Kruczej 24. Ma to być użyte na opłacenie moich ubezpieczeń. (…) Chorowałem znów na gardło. „Listy” piszę, jak widzisz, ciągle. „” Jutro wyjeżdżam na parę dni do Pieniak do pp. Dzieduszyckich na polowanie. (…)
W hotelu odwiedza go Edward Janczewski.

LISTOPAD – 08. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie. Wieczorem wyjeżdża na polowanie do Włodzimierza i Alfonsyny Dzieduszyckich do miejsowości Pieniaki. Przed wyjazdem pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) Wczoraj był u mnie Edward (Edward Janczewski) i powiedział mi, że ta figurka zakatarzona, kaszląca, a może zainfluencowana. Więc niepokój i pisanie. Dziś jestem u Was na obiedzie, może się czego lepszego dowiem, a chciałbym bardzo, bo wieczór wyjeżdżam z Pochw[alskim] (Kazimierzem Pochwalskim) do Pieniak. (…) Zabawię tam kilka dni… Pisałem tu dużo, żeby się odrobić, więc mało ludzi widywałem – naturalnie prócz Patkula (Karola Potkańskiego). (…)”

LISTOPAD – po 08. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz i Kazimierz Pochwalski przebywają w Pieniakach. Malarz tak wspomina ich wspólny pobyt:
„W roku 1891 (…) malowałem portret Włodzimierza Dzieduszyckiego w Krakowie, u zięcia jego, Zygmunta hr. Szembeka,
z którym to domem Sienkiewicz pozostawał w przyjacielskich stosunkach. Portret żony hrabiego Włodzimierza, pani Alfonsyny Dzieduszyckiej, zacząłem w jesieni 1891 roku w Pieniakach, dokąd wybrałem się z Sienkiewiczem, zaproszonym na polowanie
na dziki. Wyekwipowani w przyrząd myśliwski, wyruszyliśmy w podróż. W drodze pan Henryk był w doskonałem usposobieniu
i cieszył się niepomiernie na poznanie Włodzimierza Dzieduszyckiego, który interesował go bardzo jako typ szlachcica dawnej daty i postać o niezwykłych zaletach umysłu i serca. W owym czasie nie polowałem jeszcze na grubszą zwierzynę, dlatego też Sienkiewicz opowiadał z rozmysłu najdrastyczniejsze przypadki z polowań na dziki, zapewniając mnie równocześnie, że będę mieć w jego osobie dzielnego i doświadczonego obrońcę. Jednem słowem droga minęła przyjemnie i szybko.

Na stacji kolejowej, w Brodach, oczekiwał nas wygodny wehikuł, odpowiedni do tuszy właścicieli Pieniak. Niebawem zajechaliśmy przed dwór pieniacki, przed który wyszedł pan Włodzimierz w swoistym stroju, jakiego zwykle używał. Witając nas serdecznie, ściskając bez końca i sapiąc niemiłosiernie – miał bowiem silną astmę – wskazywał na progi swojej sadyby, zapraszał do wnętrza i zapewniał, że cieszy się niewymownie, iż wreszcie może Sienkiewicza gościć u siebie. W hallu przedstawił Sienkiewicza swojej żonie, zięciowi Tadeuszowi Dzieduszyckiemu i innym domownikom, poczem zaprowadził nas do przeznaczonych pokojów. Państwo Dzieduszyckich znałem bliżej od kilku lat, obserwowałem tedy Sienkiewicza, który z właściwym mu uśmieszkiem, dziękując za ujmujące powitanie, przyglądał się bacznie charakterystycznym, ciężkim postaciom obojga gospodarzy, którymi był najwidoczniej bardzo zajęty. Uprzejma gospodyni zapraszała na herbatę, Sienkiewicz podziękował, tłumacząc się, że pragnie przed kolacją wypocząć po podróży. Ja jednak skorzystałem z zaproszenia, chcąc poznać resztę mieszkańców pieniackiego dworu.

W saloniku, prócz Tadeuszostwa Dzieduszyckich, było zgromadzone dość liczne towarzystwo prowadzące ożywioną rozmowę. Przeważały w niem młode osóbki, dalsze lub bliższe kuzynki Dzieduszyckich. Po przedstawieniu, ujrzałem się niebawem otoczony przez grono dorodnych panienek – a było ich osiem – które zasypały mnie pytaniami o Sienkiewiczu: „Jaki on jest?”
– „Czy uprzejmy?” – „Czy rozmowny?” – „Czy będzie dużo opowiadać o swoich podróżach?” itd. Oszołomiony nawałem bezustanku padających pytań, nie mogłem zrazu zdobyć się na odpowiedź. Dopiero po chwili zapewniłem urocze panienki,
że Sienkiewicz jest zawsze bardzo uprzejmy a może być wprost czarujący, gdy potrafią go sobą zainteresować. Odpowiedź moja wywołała milczenie: panienki postanowiły widocznie usłuchać mojej rady i gotowały się do szturmu na Sienkiewicza!

Wróciwszy do pokoju, zastałem Sienkiewicza rzeczywiście odpoczywającego. Zdawszy mu relację o tem, co widziałem
i słyszałem, doradzałem mu, by jeszcze odpoczął, przy kolacji dobrze się pożywił, albowiem później czeka go ciężkie zadanie zabawienia ośmiu ładnych panien, które z biciem serca oczekują chwili poznania się z nim i mają nadzieję, że usłyszą od niego mnóstwo ciekawych i interesujących rzeczy. Sienkiewicz z marsem na czole słuchał moich słów, a wreszcie powiedział: „Mogą sobie długo czekać. Nie lubię egzaltowanych osób a przy tem nie jestem usposobiony do opowiadania i nie na to tu przyjechałem”.

Gong w korytarzu wzywał na wieczerzę: pospieszyliśmy tedy do jadalni. Pan Henryk z poważną miną prowadził rozmowę z panią domu, nie zwracając uwagi na szary koniec stołu, gdzie siedziały panny, wpatrzone w niego jak w tęczę. Kolacja była wyborna, wina doskonałe.

W salonie, przy herbacie, towarzystwo się zmieszało, rozmowa stała się swobodniejsza. Panienki zbliżyły się, a w końcu, okrążywszy Sienkiewicza, zaczęły brać udział w rozmowie. Sienkiewicz był zwięzły, na stawiane mu pytania odpowiadał lakonicznie: tak lub nie. Rozmawiając na boku z bardzo ładną, dowcipną i pełną fascynującego wdzięku panną Lili Dzieduszycką (późniejszą Siostrą Niepokalanką, wreszcie Siostrą Urszulanką), zauważyłem, że Sienkiewicz przypatruje się jej z rosnącem zainteresowaniem. Nakłoniłem ją tedy, by się do niego zbliżyła i wciągnęła w rozmowę. Gdy panna Karolina poszła za moją radą, stało się to, co przypuszczałem: Sienkiewicz pod wpływem jej uroku, rozchmurzył się, rozweselił i bez końca, z niezwykłym humorem, gawędził na przeróżne tematy. Rozeszliśmy się późną nocą, pod wrażeniem bardzo mile spędzonego wieczoru, przekomarzając się na wyścigi.

Na drugi dzień odbyło się polowanie na dziki, ale bez pożądanego rezultatu, gdyż zwierzyna wyniosła się z rewiru. Padło natomiast kilka zajęcy, Sienkiewicz zaś dziwnym trafem przepuścił lisa bez strzału. Widząc to, zażartowałem, że widocznie
był zapatrzony w czyjeś piękne oczka, kiedy lis stanął mu przed lufą i czekał, czekał aż mu się znudziło. Markotny, odciął się,
jak zawsze, szybko i dowcipnie. Niezbyt udałe polowanie miało się ku końcowi. Szanowny gospodarz, przepraszając za niegościnne dziki, poczęstował nas w lesie wyborną starką i bajecznym bigosem, co wprawiło wszystkich w doskonałe humory.

Przygoda z lisem dała mi asumpt do skarykaturowania tego momentu. Zaledwie jednak rysunek nabrał wymowy, Sienkiewicz wziął mi z ręki notatnik. „A cóż to za nieudolne bazgraniny — mówił rozweselony – to ani dobre, ani dowcipne! Ja tu zaraz pokażę malarzowi, jak wygląda lis i jak się go powinno rysować!” – „Nie radzę próbować – odrzekłem – to nie nowela, którą łatwo napisać!” I tu się złapałem, gdyż po jakiejś chwili Sienkiewicz oddał mi notatnik, w którym wyrysował: lisa, słonia itp. a pod temi rysunkami napisał: „Niech tak napisze nowelę”.


[Fotografia rysunków zamieszczona dzięki uprzejmości Rodziny Pochwalskich.]


Gdy na odwrotnej stronie skrytykowałem rysunki i zapewniłem, że napiszę lepszą od nich nowelkę, Sienkiewicz zaczął się śmiać
i pod mojemi słowami umieścił napis: „Bohater. Nowela przez Kazimierza Pochwalskiego”. Z bojaźnią podjąłem wyzwanie
i… zacząłem pisać nowelkę, na szczęście jednak niespodziewany wyjazd pana Henryka wybawił mnie od niechybnej zaiste kompromitacji. Później, ilekroć razy spotkaliśmy się, Sienkiewicz przypominał mi ów pobyt w Pieniakach i zapytywał, kiedy nareszcie przeczytam mu przyrzeczoną nowelkę o bohaterskich podbojach w pieniackim dworze”.

LISTOPAD – 19. [CZWARTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie. Mieszka w Hotelu Saskim. Pisze do Jadwigi Janczewskiej:
„ (…) Dobry wieczór, jeśliś przyjechała. Nie chcę dziś przychodzić, boś zmęczona – tylko: jak Twoje zdrowie i jak wszyscy
w domu? (…)”

LISTOPAD – 20. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz mieszka w Krakowie w Hotelu Saskim. Pisze do Alfonsyny z Miączyńskich Dzieduszyckiej:
(…) Poczytuję sobie za miły obowiązek podziękować choć w kilku słowach za uprzejmą pamięć. Dojechałem doskonale… (…)

W tych dniach wybieram się do p.p. Szembeków
(Zygmunta i Klementyny z Dzieduszyckich Szembeków – do Poręby pod Krakowem).
Nie mogłem być u nich dotąd, bo siedzę po całych dniach nad XIII-stym listem afrykańskim, który mi jakoś nie idzie. Może to skutek pieniackich wczasów, a może wina fatalnej trzynastki. (…)

LISTOPAD – 23. [PONIEDZIAŁEK]


W 101. numerze „Tygodnika Ilustrowanego” ukazuje się spisana przez Henryka Sienkiewicza „Sabałowa bajka”.

GRUDZIEŃ – 01. [WTOREK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
„ (…) Nie odpisałem zaraz, bo byłem na wsi, a potem pisałem mocno Listy z Afryki. Napieram tu, by je dawano jak najczęściej.

Załączam fotografie dzieci, robione przeze mnie w Zakopanem wraz z prośbą do Ciebie, byś im je odesłał (Wspólna 24), bo chodzi o ukochanego Tokaja
(psa owczarka), do którego oboje tęsknią. (…)

Ja w żadnym razie przed dwoma tygodniami nie przyjadę – a może od 1-szego dzieci tu sprowadzę, bo mi do nich ogromnie tęskno; po Listach zaś zabieram się do Krzyżaków, powieści XIV wieku, do której potrzeba mi tutejszej biblioteki, wskazówek
i samego Krakowa. Listów nie mam jeszcze skończonych, ale może za jakie trzy tygodnie pożegnam się z Afryką. Ile też arkuszy jest w „Słowie” licząc razem z Lux in tenebris i Wyrokiem Zeusa? Tu mam jeszcze dość znaczny zapas.

Posyłam Ci nowelę Blizińskiego
(Józefa Blizińskiego). Bliziński jest to zawsze nazwisko, przy tym ma on poczucie sfery i ten ton szlachecki, którego dziś nikt nie ma. (…)”

GRUDZIEŃ


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
„(…) Czy odebrałeś ostatni mój list, nowelę Blizińskiego, fotografie dzieci etc. Dawno nikt z Was do mnie nie pisał. Czytam w „Kurierze” Ben ti vi (nowelę księdza Zygmunta Chełmickiego) i podoba mi się. Czekam tylko na romans i boję się, że nie będzie kobiety, bo wiadomo, że
…z księdza
Nigdy nie może być Makbeta jędza!...


Moje Listy robią wrażenie i tu, i w Poznańskiem. Niemcy interesują się nimi. (…)”

GRUDZIEŃ – 04. [PIĄTEK]


W numerze 270. „Słowa” rozpoczyna się druk XIII listu „afrykańskiego” Henryka Sienkiewicza.

GRUDZIEŃ – 06. [NIEDZIELA]


W 337. numerze „Kuriera Warszawskiego” ukazuje się spisana przez Henryka Sienkiewicza „Sabałowa bajka”.

GRUDZIEŃ – 11. [PIĄTEK]


W numerze 275. „Słowa” kończy się druk XIII listu „afrykańskiego” Henryka Sienkiewicza.

GRUDZIEŃ – 13. [NIEDZIELA]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie. Mieszka w Hotelu Saskim. Pisze do Augusta Roberta Wolffa:
„ (…) Zapewne wydaliście jakąś nową edycję której z poprzednich powieści. – Prosiłem Was wprawdzie, żebyście tego nie czynili, z tej prostej przyczyny, że ja chcę, by wreszcie wszystko zawakowało, bo wówczas sprzedam dwadzieścia kilka tomów od razu
i na zawsze, co mi pozwoli skapitalizować większą sumę. Dawno mi już zresztą robiono tego rodzaju oferty. Jeśli jednak rzecz się stała – to trudno. Proszę tylko o uwzględnienie moich życzeń na przyszłość. (…)”

GRUDZIEŃ – 18. [PIĄTEK]


Henryk Sienkiewicz przebywa w Krakowie lub w Zakopanem. Pisze do Mścisława Godlewskiego:
„ (…) Nie róbże mi tego, żeby Listy z Afryki wstrzymywać aż do Nowego Roku. (…) Powiedz księdzu, że Ben ti vi bardzo mi się podobał. (…) Blizińskiego (Józefa Blizińskiego) obliczcie. (…) Wierszy jest maksimum 350 – 400, więc nie zbankrutujecie. (…) Pieniędzy nie potrzebujecie przysyłać. Powiedzcie ile, to ja zapłacę. Wy zaś zapiszcie na mój rachunek. Warto zapłacić, bo to jest człowiek goły, a niepospolity. (…)”


[Ewentualne uzupełnienia i zmiany w treści nastąpią z chwilą ustalenia nowych szczegółów.]