Ja tedy rzekłem: Panie, zmiłuj się nade mną! Ulecz duszę moją, gdyż zgrzeszyłem przeciwko Tobie! [Ps. 41; 5]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1846



Rok 1847



Rok 1848



Rok 1849



Rok 1850



Rok 1851



Rok 1852



Rok 1853



Rok 1854



Rok 1855



Rok 1856



Rok 1857



Rok 1858



Rok 1859



Rok 1860



Rok 1861



Rok 1862



Rok 1863



Rok 1864



Rok 1865



SIERPIEŃ 1865 r. – GRUDZIEŃ 1865 r. [Poświętne]


["OFIARA"]
Sienkiewicz podczas pobytu w domu Weyherów w Poświętnem koło Płońska pisze swoją pierwszą powieść „Ofiara”.
W liście z grudnia 1865 r. do przyjaciela Konrada Dobrskiego pisze m. in.:

„Posyłam ci przez tegoż młodzieńca moją powieść pod tytułem „Ofiara”. Ja zacząłem coś i skończyłem? Sam nie mogę przyjść
do siebie z radosnego zadziwienia i wyznać Ci muszę, żem kiedy wyczytał wyraz: koniec – na piątym arkuszu, byłem prawie dumny z siebie."
Rękopis ten zaginął i utwór nigdy nie ujrzał światła dziennego.


[Ewentualne uzupełnienia i zmiany w treści nastąpią z chwilą ustalenia nowych szczegółów.]



Rok 1866



Rok 1867



PAŹDZIERNIK - 18. [Warszawa]


["SIELANKA MŁODOŚCI"] [utwór wierszowany]
(…)
Jak pszczoła, gdy nad kwiatem zawiśnie na skrzydłach,
Tak jakby w niewidzialnych uplątana sidłach,
Wisi w powietrzu jasnym nad kwiata kielichem
I ledwo ją rozpoznasz po brzęczeniu cichem:
Tak Jaś ponad Helenką zawisł myśli kołem,
Omotał ją marzeniem, nazwał ją aniołem,
Tęczą, gwiazdą, jutrzenką o różanym blasku,
Błyszczącą jak korona na świętym obrazku;
Z jej postacią na myśli do snu się układa,
O niej myśli, gdy wstaje, o niej tylko gada.
(…)


[Powyżej zamieszczony jest obszerny fragment utworu Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania jego w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1868



Rok 1869



KWIECIEŃ - 18. [Warszawa]


[„WYSTĄPIENIE GOŚCINNE PANA WINCENTEGO RAPACKIEGO W ROLI CAUSSADE'A W KOMEDII "NASI NAJSERDECZNIEJSI”] [recenzja]
(…) Skala talentu p. Rapackiego podobno nadzwyczaj szeroka. Wszystko, co leży między łzami smutku a śmiechem radości, między promienną namiętnością nieokiełznanej natury ludzkiej, a spokojem mnicha, między burzą a pogodą, światłem
a ciemnicą – wszystko ma być dlań przystępne. (…)

LIPIEC - 3. [Warszawa]


["MIKOŁAJ SĘP SZARZYŃSKI, STUDIUM LITERACKIE"]

LIPIEC - MARZEC 1871 [Bielice - Warszawa]


["NA MARNE"] [rozpoczęcie powieści]
(...) Nie była ani śliczna, ani ładna, była tylko dokładnie piękna. To było w niej dziwnego, że z twarzy zdawała się być zamarłą,
a w całej jej postaci było coś takiego, co ciągnęło ku sobie niewypowiedzianie męską stronę ludzkiej natury. Stanowiło to jednak wdzięk. Była do najwyższego stopnia posągiem, ale i do najwyższego stopnia kobietą. Ciągnęła i odpychała. (...) W klubie było dymno i parno; w powietrzu drgały jeszcze ostatnie dźwięki piosenki trochę rozpustnej i rubasznej zarazem, a na owym nieczystym tle zakwitła wdowa, jak wodny kwiat na mętnej fali. Uciszyło się. (...)
- Nadto, nadto siły kładziemy w gonitwie za miłością kobiety, potem miłość gdzieś jak ptak odleci, a siły idą na marne.

DOKŁADNA DATA NIE JEST ZNANA. [Bielice]


["SAM NIE WIEM, JAK MAM WENĄ POETYCKĄ WŁADAĆ"]
Sam nie wiem, jak mam weną poetyczną władać,
Jak wiersze, strofy, zwrotki i rymy układać:
Czy szanując pojęcia w sztuce prawidłowe,
Ubrać swe myśli w szaty trzynastozgłoskowe,
Czyli też, Słowackiego zachwycony sławą,
Porzucić heksametry, a pisać oktawą,
Czy nareszcie sestyny szanować zalety,
Czy rondo, madrygały, tercet lub sonety.(…)

["LIST DO PRZYJACIÓŁ"]

(…) Tutaj będę pracował przy drogiej mej żonie,
Aż mnie cisza cmentarna spokojem owionie
I do snu mnie utuli jak niemowlę liche.
Dosyć! W mej duszy jakieś dziwne szepty ciche
Mówią, że trochę szczęścia starczy człowiekowi –
Oczy mi łzami brzękną! Dosyć! Bądźcie zdrowi!


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1870



LIPIEC 1869 - MARZEC 1871 [Bielice - Warszawa]


["NA MARNE"] [kontynuacja powieści]

CZERWIEC – 4.


["KASPER MIASKOWSKI"] [studium literackie]
Życiorys Kaspra Miaskowskiego… (…)
Urodził się Miaskowski 1549 r. we wsi Smogorzewie, w dzisiejszym w ks. poznańskim, z ojca Jana, właściciela tejże wsi, i matki Zofii Chełkowskiej; jak jednak płynęła jego młodość, na to nigdzie nie ma wskazówek. (…) Ożeniwszy się w 40. roku życia z Zofią Szczodrowską, skutkiem kłopotów majątkowych ustąpić musiał później z dziedzicznej swej wsi Smogorzewa i niepowodzenia te, jak się zdaje, przyśpieszyły zgon poety. Umarł 22 kwietnia 1622 r. Zwłoki jego złożono w kościele parafialnym w Strzelczu
i uczczono pomnikiem do dziś dnia istniejącym. (…)

W „Elegii pokutnej” autor, jak ongi Dawid, wspomina na winy swoje, błagając przebaczenia. (…) Nagle na łysym wierzchu Golgoty spostrzega krzyż. Ów krzyż, zjawiający się w ostatniej chwili przed oczyma zwątpiałego poety, myśl to zaiste, lubo często eksploatowana, zawsze jednak głęboko poetyczna. Podnoszą jeszcze wrażenie następne słowa zwrócone do Chrystusa, które uważam za najpiękniejsze w tej pieśni:

Głowęś nakłonił, abyś mnie całował,
Bym jeno za grzech serdecznie żałował;
Ręceś rozciągnął, abyś mnie obłapił,
Bym jeno sam się do Ciebie pokwapił;
Że mnie doczekasz, dałeś przybić nogi,
Abym do Ciebie przystąpił bez trwogi;
Żebym Ci ufał i serce otworzył,
Bym ja też jeno serce-ć swe ukorzył. (…)


[Powyżej zamieszczony jest obszerny fragment utworu Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania jego w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1871



LUTY - MARZEC.


"NA MARNE" [Zakończenie powieści]

[Ewentualne uzupełnienia i zmiany w treści nastąpią z chwilą ustalenia nowych szczegółów.]



Rok 1872



MAJ - 4. [data cenzury]


["HUMORESKI Z TEKI WORSZYŁŁY"] [powieść]
"NIKT NIE JEST PROROKIEM MIĘDZY SWYMI"

(…) – Widzisz pan ten portret? (Tu wskazał na własny portret wiszący między dwoma zwierciadłami w salonie).
- Widzę – to zapewne złoty cielec?
- Co jest cielec, to cielec, a to jest mój portret. A gdzie tu rogi? Co pan mówi?
- Że ten, kto cielca malował, trafił pana… a rogi są w pańskiej kasie. (…)

DWIE DROGI

(…) – Wiedz więc o tym, że ręki się nie wyciąga wedle zasad dobrego tonu.
- Tylko co się robi?
- Tylko się kurczy.
- Zmiłuj się, jak ja skurczę rękę i ten, z którym się witam, skurczy ją także, to się nie przywitamy.(…)


PAŹDZIERNIK - 22. [Warszawa]


["PAN GRABA"] [recenzja utworu Elizy Orzeszkowej]
(…) Autorka włada pięknym stylem i umie obrazowo wyrażać swoje myśli. (…)
W ogóle język autorki jest gładki i płynny, więcej jednak subtelny niż dowcipny. (…) W „Panu Grabie” mniej jednak zwracała uwagi autorka na formę niż na treść samą. O języku można powiedzieć, że nie razi niczym, ale się też niczym nie odznacza. (…)
Książka pani Orzeszkowej jest przestrogą dla nie upadłych jeszcze, jest wyrzutem sumienia dla poczynających brnąć, jest nawet, i co najważniejsza, pewną pośrednią wskazówką dla tych, którzy chcą podpierać walącą się budowę. (…)
Kończymy, szczerze winszując p. Orzeszkowej nowoobranego kierunku i szczerze życząc czytelnikom, aby im losy dały więcej autorek podobnym ożywionych duchem. (…)


LISTOPAD - 01.


["PRZEGLĄD PIŚMIENNICTWA"] ["Kurs historii wieków średnich", napisany przez Tadeusza Korzona (...) przejrzał Henryk Sienkiewicz.]
(…) Państwo i kościół – oto dwie potężne sprężyny średniowiecznego żywota, których piszący nigdy nie powinien tracić z oczu.
Są one niby kością pacierzową całego organizmu społecznego, najistotniejszą treścią, wedle której w dalszym rozwoju półbarbarzyńskich ludów grupują się fakty zewnętrzne, obwijają pojęcia społeczne, prawa, instytucje, dążenia i namiętności. Dwie te potęgi z początku zgodne, wkrótce jednakże stają na rozdrożu, a raczej nie mogą znaleźć granicznej linii, gdzie kończy się kompetencja jednej, a zaczyna drugiej. Stąd ustawiczna walka, której koniec leży już poza zakresem wieków średnich. (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1873



MARZEC - 24 – GRUDZIEŃ - 15.


["BEZ TYTUŁU"] [kroniki]
I. (…) Żeby się długo na obranym stanowisku utrzymać, należy się urządzić jak najwygodniej na nim. (…)
Mikołaj Rej powiedział, że człowiek składa się z czterech wilgotności: „z krwie, kolery, flegmy i melankolii” – i że od przewyżki jednego z tych pierwiastków zależy temperament. (…)

II. (…) Od kobiet, na mocy bardzo naturalnego snucia się myśli, przechodzimy do wiosny. Piękność i kaprysy to cechy wspólne pogodzie i kobietom. Nie zapomnijmy zwrócić uwagi i na tę okoliczność, że pierwszy dzień kwietnia, prawdziwie wiosennego miesiąca, poświęcony jest bóstwu (tak by powiedział starożytny Rzymianin) zwodniczości. (…) …na zwodzenie przeznaczony jest jeden tylko dzień w roku. Być może nawet, że dlatego zwodzenie w tym jednym dniu uprawiano niejako, żeby każdy używszy
do syta tej przyjemności, w następnych dniach roku miarkował tego rodzaju zachcianki. (…)

III. (…) Może wiosna skojarzy inne, szczęśliwsze stadła. Skutki piękności i ożywienia się natury odbijają się na ludziach widocznie. Wiosna usposabia poetycznie. Kto by nie wierzył temu, niechaj pogrzebie w popiołach swych wspomnień, niechaj przypomni sobie, czy mu nie trafiło się kiedyś w życiu, w cichy, śliczny wieczór wiosenny, czy to na wsi, czy w ogrodach miejskich iść na przechadzkę obok młodziuchnej jak wiosna, a miłej jak własna dola towarzyski. (…)
IV. (…) Czy korzystamy na tych przemianach - that is the question. Na pociechę mówi nam nauka, że w naturze nic nie ginie; być może - ale pieniądze nasze, wywiezione raz za granicę, giną dla nas bezpowrotnie. (…)
V. (…) A jednak piękną jest wiosna – owo wielkie epos zmartwychwstania, którego autorem jest sam Bóg, a piewcą cała natura. Toteż każdy, z wiedzą lub bez wiedzy, czuje potężny jej wpływ na siebie. (…) Czarodziejstwo owego wpływu dochodzi
do najwyższego stopnia w pogodne wieczory. Wtedy to od wsi dochodzi szczekanie psów i głosy kilku dziesiątków fujarek;
w wilgotnych olchach kuka kukawica, huczy z dala młyn wodny; z pobliskich stawów wiodą senną rozmowę arystofanesowe chóry żab, słowiki stroją gardła do nocnego koncertu – a co dziwniejsza, że dla mieszkańca miast wszystkie te głosy, zebrane razem, stanowią wiejską ciszę. (…)

VI. (…) …lubimy podróżować – … Różnica tylko w tym, że my, jakkolwiek poturbowani nieraz, obdarci i ubożsi, wracamy jednak
z podróży do domu, pieniądze zaś nasze nie wracają nigdy. I gdybyśmy przynajmniej zawsze przywozili za nie naukę, światło, gorące chęci dorównania tym, którzy nasze pieniądze biorą, ogniste dusze, męskie serca mądre, pełne planów na przyszłość myśli – nie żal by było i czasu, i pieniędzy.” (…)”

VII. (…) Podczas, gdy jakiś tytułowany literat, pewien lubownik i mecenas sztuki, który spał był już od kwadransa, pochyla się nagle przez sen i uderza głową o ramiona swego sąsiada.
- Przepraszam pana najmocniej.
- Nic nie szkodzi.
- Zlituj się pan i powiedz mi prawdę, dawno ja już śpię?
- Nie wiem, boś mnie pan w tej chwili obudził. (…)

VIII. (…) Upały i etykieta nie znoszą się i wyłączają się wzajemnie. Etykieta np. wymaga, abyś, miły czytelniku, szedł na wizytę
w zapiętym, czarnym surducie, upał radzi ci go rozpiąć; etykieta wymaga, aby twe ręce obciśnięte były w rękawiczkach, upał każe ci chodzić bez rękawiczek; etykieta każe ci być sztywnym i silnie przestrzegać w ruchach prawideł dobrego tonu, upał robi cię ociężałym, a ruchom twym nadaje pozór zaniedbania; etykieta każe ci podtrzymywać żywą rozmowę z gospodynią domu
i prawić komplementa, upał sprawia, że mówić ci się nie chce, a rad byś oprzeć plecy o poręcz wygodnego fotelu i usnąć. Tak, tak! Lato nie sprzyja salonowemu życiu. Żyjemy natomiast wszyscy na ulicach i w ogrodach, na spacerach i przechadzkach, słowem, żyjemy poza domem. (…)

IX. (…) Zresztą, jak tam będzie, dość że postanawiamy się bawić, o ile to leży w naszej mocy; komu rauty się znudzą, ten będzie miał koncerta, a dalej jeszcze prelekcje, a teatr, a resursy, zielony stolik lub tańce, a na koniec na długie wieczory najlepszą
z tych wszystkich rozrywek – książkę. (…)

X. (…) Bądź co bądź, uczeń uniwersytetu łatwiej sobie znajdzie pracę i zarobek niż uczeń gimnazjum. Ileż to razy zdarza się,
że jeden nie zapłacony wpis pozbawia ucznia możności dalszego chodzenia do szkół, choćby tenże bliskim był ich ukończenia. Jakaż wtedy rozpacz i dla ucznia, i dla rodziców, którzy może od ust sobie odejmowali, byle tylko dziecku zapewnić edukację,
a przez nią możność lepszej doli na przyszłość. Biedni tacy rodzice i takie dzieci! Pomóżmy więc im, boć oni może więcej jeszcze tego potrzebują niż studenci uniwersytetu. Będzie to szlachetna i prawdziwie obywatelska pomoc, oparta na poczuciu solidarności wszystkich warstw towarzyskich wobec tego wielkiego celu, który nazywamy dobrem społecznym. (…)

XI. (…) Tymczasem prelekcja rozpoczęła się; starozakonny słuchał jej uważnie, biorąc słowa prelegenta za jakąś niezrozumiałą przedmowę, po której, jak się spodziewał, miało nastąpić pożarcie królika. Gdy więc na koniec grzmot oklasków oznaczył koniec odczytu, a prelegent zniknął za kurtyną, zawiedziony Żydek odwrócił się do najbliższego sąsiada z następującym zapytanie:
- No? A co będzie z królikiem?
- Z jakim królikiem?
- No, z tym, co on go miał zjeść?
- A cóżeś ty myślał, że ten pan to dziki człowiek?
- Za co on ma nie być dziki? Jak ja go zobaczyłem, to ja miszlałem, że on taki jak i wszyscy, ale jak on zaczął mówić, to ja nic
nie rozumiałem i miszlałem, że on dziki. Czemu on nie zjadł królika, kiedy ja za to zapłacił? (…)


XII. (…) Drugą z kolei rozrywką, jaka czeka tej zimy warszawiaków, jest ślizgawka, którą już poczęto urządzać na Saskim placu, Zeszłego roku były już podobne urządzenia, ale na nieszczęście, ponieważ zimie i ślizgawce brakło bagatelki, bo tylko lodu, nikt się więc nie ślizgał z wyjątkiem przedsiębiorców, którym i bez lodu tak się fatalnie poślizgnęła noga, że podobno do tej pory
od tego szwanku nie mogą przyjść do siebie. (…)

XIII. (…) Tenże sam obowiązek każe nam wspomnieć choć w krótkości o zaciętej polemice, jaka obecnie toczy się między jednym ze współpracowników „Wieku” a właścicielami składów węgla. Łatwa zapalność tego materiału widocznie udziela się
i szczęśliwym a hurtowym jego posiadaczom, bronią bowiem swej sprawy z gorączkową energią, twierdząc, że ceny węgla
w kopalniach podane są w „Wieku” fałszywie i z umyślną chęcią szkodzenia dobrej sławie i niewinności hurtowników. Co do nas, panowie węgielnicy, powiemy tylko jedną rzecz. Może sobie „Wiek” podawać cyfry nieprawdziwe, może być, że węgiel kosztuje was tyle, ile mówicie; to tylko pewna, że od czasu jak magistrat uregulował miarę wozów służących do rozwożenia waszego towaru, wówczas solidarnie podnieśliście jego cenę i utrzymujecie ją dotąd. (…)

XIV. (…) Święta coraz to bliższe, ruch handlowy wzrasta i wzrasta, a skutkiem tego najwybitniejszym objawem naszego miejskiego życia staje się reklama. Czy znacie, czytelnicy, jej historię? (…) Był sobie, mówi amerykańskie podanie, pewien bardzo bogaty gentleman nazwiskiem Handel, a miał on córkę która nazywała się Chęć Zysku. Córka ta była jeszcze panną… (…)


KWIECIEŃ - 30.


["GENEZIS Z DUCHA"] [Modlitwa z rękopismu J. Słowackiego. Lwów - Poznań 1872 r., przejrzał Henryk Sienkiewicz]
(…) Za oryginalną poczytać by można jedną myśl, to jest ideę ofiary przyczepioną do pojedynczych awatarów, a znajdujących ukoronowanie swoje w Chrystusie. (…) Z awataru, w którym doch za ciało miał kryształy, wyniósł już wiedzę matematyczną kształtów i liczb, „która po dziś dzień leży najgłębiej w duchu skarbnicy i zdaje się być wszczepioną w ducha, bez żadnej jego wiedzy o tym i zasługi”. (…) Należeliśmy zawsze i należymy do gorących wielbicieli Słowackiego, dlatego ze smutkiem wygłosiliśmy tak surowe zdanie o jego ostatnim utworze. Trudno zrozumieć, dlaczego utwór ten został opublikowany,
ale ponieważ tak się stało, musieliśmy z całą bezstronnością powiedzieć o nim wszystko, co nam podyktowały przekonania. Winniśmy to zarówno Słowackiemu jak i naszym czytelnikom. (…)”

LIPIEC - 05. [Warszawa]


["Z WYSTAWY W WIEDNIU"]
(…) I. U Japończyków przyjemnie jest kupować, jest u nich uczciwość kupiecka, cany mają stałe, nic nie spuszczają, grzecznie
i chętnie pokazują swoje towary; zupełnie to inaczej jak u Turków, którzy nie mają cen stałych, a stanowią je dopiero,
gdy obejrzą kupującego; im lepiej ubrany, tym cena przedmiotu wyższa dla niego, a targować się z nimi można jak z naszymi Żydkami. (…) …opuszczamy tych ciekawych i pracowitych ludzi
(Japończyków) z życzeniem, aby wrażenie, jakie z Europy wywiozą, było tak dobre jak to, które na nas zrobili. (…)”
II. (…) Najlichszą, z najmniejszym staraniem i najgorsze wyobrażenie dającą o kraju, z którego pochodzi, jest chata galicyjskiego chłopka, umieszczona na placu wystawy. Zdaje się, że komisja wystawowa galicyjska chciała pochwalić się przed światem nędzą swego kraju. Wprawdzie większość naszych chałup jest do tej podobną; ależ jeżeli się na wystawie wszechświata coś chce pokazać, to się wybiera z najlepszego najlepsze. (…)
III. (…) Jest tu kilku Tyrolczyków, którzy domek zamieszkują, dziewczęta haftują, gotują, słowem, są jak u siebie. Kuchnie ich mogłyby służyć za wzór nie wiejskim kuchniom, ale naszym panom budowniczym, którzy nie grzeszą praktycznością
w urządzaniu miejskich mieszkań. U nich ma się zupełnie wrażenie, że się jest nie na wystawie, ale w ich kraju. Jest to prawdziwym celem wystawy przenosić nas w coraz to inne strony, co jednak nie wszyscy wystawcy pojęli. (…)

SIERPIEŃ - 19.


["LITERATURA, BIBLIOGRAFIA, KRYTYKA"]
(…) Śp. Przeździecki (Aleksander Przeździecki), bawiąc dla celów naukowych w r. 1870 w Peszcie, zwrócił uwagę na rękopism polski znajdujący się w tamtejszej bibliotece. Rękopism ten, znany w literaturze pod nazwiskiem rękopismu Wacława, zmarły Przeździecki częściowo sam przepisał, resztę zaś rękopismu polecił przekopiować miejscowemu kaligrafowi akademii. Prócz tego postarał się o fotografię czterech stronic rękopismu, które przesłał do Krakowa I. Łepkowskiemu.
Na podstawie powyższych materiałów prof. Henryk Suchecki podał tekst i rozbiór czterech wspomnianych stron rękopismu; później Władysław Nehring ogłosił także urywek psalmu, zestawiając go z tekstem Psałterza floriańskiego, a na koniec cały zabytek opracował gramatycznie i wydał dr Lucjan Malinowski. (…)

…„tylko na podstawie takich przygotowawczych opracowań oddzielnych pomników piśmiennych można zabrać się z pomyślnym skutkiem do skreślenia dziejów rozwoju każdego języka”.(…)”

LISTOPAD - 30.


["PRZEGLĄD LITERACKI"] - [Czarna nić. Powieść Felicjana Gryfa - Sabina Michała Bałuckiego]
(…) Powieści nasze, a przynajmniej znaczna ich część przypomina Pola Elizejskie, albowiem zamiast ludzi z krwią, ciałem
i kościami błąkają się w nich cienie. Na nieszczęście owa anemia powieściowa nie tylko, że się zmniejsza, ale przybiera
coraz szersze rozmiary i kreacje nowowystępujących autorów coraz bardziej na nią cierpią. Nie mamy dotychczas powieści obyczajowej w sensie angielskim, powieści, w której by jak w zwierciadle odbijały się prawdziwe i żywe obrazy samego społeczeństwa; brak nam oryginalności, brak tego prawdziwego realizmu, który niekoniecznie i nie zawsze polega na kąpaniu się w brudach społecznych, ale którego najwybitniejszą cechą jest prawda życiowa, oparta na spostrzeżeniach branych
z rzeczywistości, a wyrażona w kreacjach podniesionych do wysokości typów. (…)”

["PRZEGLĄD LITERACKI"] - [Pamiętniki Daniela Józefa Tretiaka]
(…) Są to raczej pamiętniki dziwaka, który z rozmaitych przyczyn rozczarowawszy się wcześnie do świata, staje
poza społeczeństwem i spogląda na nie tak jak widz na scenę teatralną. Ludzie odgrywają dla niego komedię: kochają się, nienawidzą, zabiegają z mrówczą pracą wedle spraw własnych, bawią się w złych i dobrych, w cnotliwych, wspaniałomyślnych, wielkich, on zaś spogląda na wszystkie te usiłowania z ironicznym uśmiechem i ową wyższością, jaką mu daje niewiara
we wszystko i dość zresztą nieuzasadnione przekonanie, że „ludzie są głupsi od niego”. (…)”

DOKŁADNA DATA NIE JEST ZNANA.


["WIKTOR HUGO: ROK DZIEWIĘĆDZIESIĄTY TRZECI"] [tłumaczenie]

[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1874



LUTY - 15.


["PRZEGLĄD PIŚMIENNICTWA POLSKIEGO"] [Pieśni i piosenki, zbiór poezyj Marii Szeligi]
(…) Fantazja autorki wznosi się tu w zaziemskie sfery i przedstawia Bajrona na sądzie Bożym. Chóry anielskie śpiewają hymny, błyskawice jak strzały drżą w cięciwie chmur, noc miesza się ze dniem, a w górze, wśród chmur, błyskawic, blasków, tęcz, kadzideł i śpiewów anielskich, unosi się tron Boży, przed którym pyszny i buntowniczy duch poety gnie się, pęka i kruszy, przygnieciony majestatem wielkości. (…)

MARZEC - 08.


["PRZEGLĄD LITERACKI"] [Głowy do pozłoty, powieść Jana Lama. Lwów 1874 r.]
(…) Nepotyzm kwitnie w całej pełni, jako „principium zachowawcze”, którego zarówno trzyma się ogół obywatelstwa jak i plejada braci śpiących, inaczej zwanych „patres et conscripti” albo jeszcze inaczej „sejmem”. Protekcja zastępuje tu prawdziwą zasługę, a pokłony wybijane różnym tytułowanym manekinom kalają poczucie godności osobistej w tej klasie społecznej, która dawniej
z dumą twierdziła, że „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. (…)

Mniejsza o to, że Klonowski-ojciec jest oszustem, syn warchołem, Pomulski głupcem. Takich jest wielu, ale rzecz w tym, że tym ludziom doskonale powodzi się na świecie, że oszustwo, warcholstwo i głupota są monetą kurs w kraju mającą, którą wszyscy chętnie biorą. Wnioski stąd łatwe. Gdzie ją biorą, tam jest w cenie, gdzie zaś taka moneta w cenie, tam wart biorący dającego, jak Pac pałaca, a pałac Paca. (…)

…satyra nie jest dowolnym wytworem autora, ale krzewić, tj. kwitnąć może tam tylko, gdzie grunt społeczny dostarcza jej obfitej karmi. Inaczej mówiąc, satyrę pisze autor, wytwarza społeczeństwo. (…)”


DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU - 1874.


["Z USTRONIA"]
(…) Nie posądzajcie mnie, czytelnicy, abym miał zamiar przejść do tych objawów postu, które prowadzi za sobą zmiana
np. bifsztyku na śledzie. Zarówno nie wspomnę i o innym znaczeniu postu, które polega na tym, że stańcowane pobożne dusze, odpoczywając po trudach, żałują za jedną drogą za popełnione i popełnić się mające grzechy. (…)

["SPRAWY BIEŻĄCE"]

I. [KOMEDIA ZOFII MELLEROWEJ pt. ZYZIO]
(…) Pytanie mniej więcej nastręcza się takie: kto ma chować młodzież naszą; odpowiedź: szkoły – nie wystarcza. (…)
…któż więc ma ten błogi czynnik szczepić i kto ma go doglądać. Odpowiedź łatwa – rodzina, a wreszcie ta, która jest duszą domu i rodziny – matka. Tu jednak rodzi się nowa uwaga. Matka wtedy tylko potrafi zaszczepić one zasady w swe dzieci, jeżeli oprócz kochającego serca będzie miała i umysł jasny, trzeźwy, umiejący odróżnić drogi, po których kroczy uczciwość i praca, od dróg pychy, próżniactwa, egoizmu i wszelakiego warcholstwa. (…)

II. [KILKA SŁÓW W OBRONIE „NIWY”…]
(…) …i dzieci wiedzą, że można mieć nazwisko cudzoziemskie, a być dobrym Polakiem. Niemca, który osiedliwszy się między nami, pokochał kraj nasz jak własną ojczyznę, przylgnął do narodowości, który gotów dzielić jej dolę i niedolę – Niemca takiego nikt niezawodnie za cudzoziemca uważać nie będzie dlatego tylko, że jego nazwisko nie kończy się na -ski lub -wicz. Z drugiej strony, von Podbielscy i von Leszczyńscy dowodzą, że można mieć nazwisko polskie, a być Niemcem. (…)

Cudzoziemiec albo i krajowiec nie umiejący języka urzędowego
(w zaborze rosyjskim - języku rosyjskiego) błąka się po całym gmachu od Annasza do Kajfasza, nie wiedząc, gdzie oddają pieniądze, gdzie je biorą, gdzie odbiera się listy krajowe,
gdzie zagraniczne itp. Na dobitkę, Annasz i Kajfasz nie zawsze bywają w dobrym humorze i nie zawsze chcą odpowiedzieć
na pytania. Tak więc, jeżeli ma być tabakiera dla nosa, a nie nos dla tabakiery, to jest, jeżeli mają być napisy dla publiczności,
a nie publiczność dla napisów, to potrzeba, żeby te były przystępne zarówno dla wszystkich stanów, płci i wieków. (…)

Oto jeden ważny wzgląd, o którym przepominają zwolennicy nowej drogi, to jest, że nowa ta droga znowu opóźni kolej. Korzyści
z niej są wątpliwsze, owszem, znajdują się ludzie bardzo kompetentni, którzy twierdzą, że jest mniej korzystną od pierwszej, pewnym jest tylko to, że się kolej opóźni. Wprawdzie zwolennicy obiecują dla kraju niesłychane dobrodziejstwa z nowej linii, zdaje się jednak, że dobrodziejstwa owe w znacznej części redukują się do korzyści, jakie by odniosło kilku lub kilkunastu szlachty, przez których grunta przechodziłaby w nowym kierunku. Kto wie, czy wzgląd ten nie jest jedną z najważniejszych przyczyn całej sprawy. (…)

Nowe wydawnictwa mnożą się. Każdy prawie numer pism codziennych zawiera nowe prospekty. Niedawno rozeszła się wieść
o mającym powstać nowym piśmie. Kto je ma wydawać, z pomocą jakich środków ma wychodzić, a na koniec, kto ma w nim pisać, wszystko to jest tajemnica. Pisma codzienne doniosły wprawdzie, że jest koncesja, są ludzie i są pieniądze. Ani słowa: są to trzy znakomite warunki, i gdyby się tylko znalazł czwarty warunek: prenumeratorzy – wszystko spełniłoby się jak najlepiej. (…)



["BIBLIOGRAFIA INFORMACYJNA"]

BIBLIOTEKA RZEMIEŚLNIKA POLSKIEGO – PRZEWODNIK DLA CIEŚLI , UŁOŻYŁ J. HEURICH. WARSZAWA 1874 R.
(…) W pierwszej części Przewodnika autor traktuje o drzewie, jego właściwościach i gatunkach. Przeważnie jest to zbiór przepisów, jakich gatunków drzewa należy używać do różnych robót ciesielskich – i w jaki sposób odróżniać drzewo zdatne
do budowli od zmurszałego lub przegniłego. (…) Częśc druga traktuje o przyrządach ciesielskich i ich użyciu; trzecia o łączeniu drzewa, czwarta o robotach ciesielskich w szczególności, w piątej zaś, dodatkowej, autor wypowiada swe uwagi o ocenianiu robót ciesielskich. (…)”
WĘDRÓWKA DELEGATA, SZKICE HUMORYSTYCZNO-OBYCZAJOWE, PRZEPISAŁ JORDAN. SERIA I i II. WARSZAWA 1874.
Szkice te wychodziły w swoim czasie w „Tygodniku Ilustrowanym” i niemały zjednały rozgłos tak pismu jak i autorowi. Rzeczywiście odznaczają się one prawdziwie swojskim humorem bez kropli żółci. Autor jasno widzi wady nasze i ośmiesza je,
ale ośmiesza w ten sposób, że na dnie jego leży gorycz, ale miłość dla społeczeństwa.
STEFAN DOMALEWICZ, HISTORYK, PRZEŁOŻONY KANONIKÓW LATERAŃSKICH W KALISZU, NAPISAŁ ADAM CHODYŃSKI. KALISZ 1773
Jest to życiorys historyka kościelnego, przełożonego kanoników laterańskich, oraz krótki krytyczny rozbiór dzieł tegoż odnoszących się do spraw Kościoła. (…)
AKTA GRODZKIE I ZIEMSKIE Z CZASÓW RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ I ARCHIWUM T. Z. BERNARDYŃSKIEGO WE LWOWIE WSKUTEK FUNDACJI ALEKS. HR. STADNICKIEGO. LWÓW 1873
Akta owe są tylko dalszym ciągiem poprzedniego wydawnictwa. (…)
OBCE ŻYWIOŁY, KOMED. W 5 AKTACH PRZEZ J. ALEKSANDRA HR. FREDRĘ. KRAKÓW 1873
(…) Jest to utwór poważny, napisany cokolwiek pod wpływem komedii Narzymskiego. Autor ostrzega w nim społeczeństwo
przed niebezpieczeństwami, na jakie może je narazić rozszerzanie się pewnych idei socjalnych i komunistycznych, mających gniazdo na Zachodzie. (…)
MAŁY NAUCZYCIEL, KOMEDYJKA W 2 AKTACH MARII GRABOWSKIEJ. LWÓW 1874
Komedyjka ta otrzymała premium na konkursie we Lwowie, i otrzymała bardzo słusznie, tak bowiem pod względem formy
jak i treści doskonale dla dziecinnych amatorskich teatrzyków się nadaje. (…)

[TEATR)]

[„STARY MĄŻ”, KOMEDIA W 4 AKTACH PRZEZ JÓZEFA KORZENIOWSKIEGO]
(…) Kto ma choć słabe wyobrażenie, do ilu stopni dochodzi temperatura latem podczas przedstawień w tej ciężkiej, otoczonej labiryntem korytarzy sali Teatru Wielkiego, ten nie będzie dziwił się zniechęceniu publiczności. Istotnie, gdy sala wypełni się widzami od wierzchu do dna, a w środku jej zagorzeje setką promieni wielki żyrandol, wówczas… chyba tylko kratery wulkanów zieją podobnym żarem. Oddech zdaje się zamierać w piersi, krew krąży ciężko w żyłach, a na czole sieje się pot kroplisty. Gorąco
i duszno nawet na dole w krzesłach, a cóż dopiero na wysokościach – gdzie atmosfera, zgęszczona ludzkimi wyziewami, ćmi się niby mgłą, wśród której nawet płomień gazowy traci wesołą jasność, a jeno migoce błędnie, jakby i jemu brakło oddechu.

Sztuka ta, wedle naszego zdania, w szczegółach i rzeczach pobocznych wyborna, w głównym założeniu rozmija się z prawdą
i z prawami natury ludzkiej. Treścią jej jest poświęcenie się starego męża dla żony. Stary i zamożny szlachcic, Stanisław Janikowski, po śmierci swojego przyjaciela, któremu z dawnych czasów wiele był winien, ożenił się z córką jego, ośmnastoletnią panienką, aby przez to zapewnić jej opiekę i z czasem zapisać znaczny majątek. Para ta, lubo tak co do lat niedobrana, ukazuje się jednak na scenie jako najszczęśliwsze w świecie stadło. Starzec kocha całą duszą i sercem młodą swą żonę – kocha ją
jak mąż i jak ojciec zarazem, ona odpłaca mu tę miłość miłością równie głęboką, a przy tym obiecującą trwałość, bo opartą
na prawdziwym szacunku. Pan Janikowski jednak, pomimo iż młoda żonka nie dała mu najmniejszych do tego powodów, wkrótce spostrzega całą niestosowność związku, jaki zawarł. On stary, ona młoda, on bliżej grobu – ona rozwija dopiero skrzydełka
do lotu, jak motylek świeżo wyszły z poczwarki; jej potrzeba kochanka – on może być tylko ojcem – słowem: posiwiały sokół
i wiosenna z zielonej dąbrowy kukułka, omszony wiekiem dąb i majowa, świeżo rozkwitła przelaszczka. Starzec więc, który zaprzysiągł sobie w duszy, że choćby kosztem własnej doli zapewni szczęście młodej żonie, postanawia poszukać dla niej szczęścia. Przypadkowo wyczytał w gazecie, że jakiś Stanisław Janikowski, młody podchorąży, mianowany został podporucznikiem – posyła mu więc pieniędzy i zaprasza go do siebie. Młody oficer stawia się naturalnie na wezwanie; starzec przyjmuje go jak syna, przedstawia żonie i zatrzymuje na czas dłuższy. (…)

[SZTUKI: KOTZEBUEGO „NIESZCZĘŚLIWI”, DUMASA-SYNA „PAN ALFONS” I BARIERE’A I TIBOUSTA „FAŁSZYWI POCZCIWCY”,
GRANE W TEATRZE LETNIM W OGRODZIE SASKIM, ELDORADO I ALHAMBRZE]
W ciągu ubiegłych dwóch tygodni teatry nasze wystawiły trzy nowe sztuki, z których dwie lepsze grano w ogrodach Alhambrze
i Eldorado, trzecia zaś, najgorsza, ukazała się na scenie warszawskiego Teatru Letniego w Saskim Ogrodzie. Mówiąc nawiasem, taki stan rzeczy przynosi wielki zaszczyt naszej reżyserii, która – jak wieści chodzą, trzyma po kilkanaście lat dobre sztuki
na półkach teatralnej biblioteki, czekając widocznie „aż się przedmiot świeży, jak figa ucukruje, jak tytoń uleży” – a tymczasem troskliwie wystawia jednoaktówki zdolne największych nawet miłośników sztuki wyleczyć raz na zawsze od manii chodzenia
do teatru, ile razy grają coś nowego. (…)


["Z POWODU "SFINKSA"]
(…) W kraju i zgromadzeniu narodowym widać upadek narodowego ducha, obojętność na dobro ogółu, wre nienawiść partii,
nad krajem chmury niepewności i ciemna przyszłość… (…)

A cóż się dzieje z krytyką? gdzie jest? i co mówi? czy szczeka potrójną paszczą jak cerber? czy chłoszcze eumenidowymi rózgami? czy sądzi, czy się oburza, czy idzie w ciemnościach z pochodnią w ręku? Nie! Przyzwyczaiła się i do obrazów,
i do ich sensu moralnego. Przyzwyczaiła się i koniec. Nie baczy, jakim jest obraz, ale jak zrobiony. Więc im więcej w nim pozorów rzeczywistości, tym lepszy. Jest to krytyka formy, ale nie wyższa i obszerniejsza krytyka treści. Zamiast stawiać potężne żądania – rozpatruje tylko to, co jest, a przez to zniża się, w miarę jak zniża się i sztuka, i karłowacieje z nią razem. (…)”


["KRONIKA TEATRALNA"]
[„FLECISTA”, KOMEDIA W 1 AKCIE AUGIERA, TŁUMACZENIE WACŁAWA SZYMANOWSKIEGO. „Z POSTĘPEM”, KOM. W 5 AKTACH KAZIMIERZA ZALEWSKIEGO. „NIEOBECNY”, KOMEDIA W 1 AKCIE PRZEZ MANUELA, TŁUMACZENIE Z. D.]
(…) Odrodzenie kobiety upadłej przez miłość nie tylko nie jest czymś niemoralnym, ale przeciwnie, przedmiotem dla sztuki bardzo pięknym i bardzo moralnym. Gdziekolwiek i pod jakimkolwiek imieniem młoda grzesznica rozpuszcza złoty warkocz
na znak pokuty i w sercu zapala ogień ofiary, tam zawsze zasługuje na współczucie, na przebaczenie, tam zawsze staje się oczyszczoną i tym moralniejszą, im niżej poprzednio upadła. (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1875



STYCZEŃ - 03. [Warszawa]


["JAN CHĘCIŃSKI" WSPOMNIENIE POŚMIERTNE]
Ze dwa tygodnie temu, a może i trochę dawniej, jak spotkałem się z Janem Chęcińskim.

…znalazł spokój ten skołatany duch upadający z trudów i zmęczenia – znalazł ów spoczynek i ów spokój, do którego tęsknił, który pragnął tak gorąco i o który prosił Boga. Dni pracy syzyfowej i serdecznych cierpień, zawodów, rozczarowań, dni doli twardej, zwątpień i rozpaczy skończyły się na zawsze. (…) Strudzony pracownik usnął, a snu jego nie przerwie już szum i gwar ludzki, nie zbudzi go troska, nie przerwie nikt i nic – wiosną chyba akacja strząśnie białe kwiaty na grób jego, zaszumi w liście topola, zaśpiewa skowronek. Ale pamięć ludzka otoczy niby szara przędza pajęcza jego cichy grobowiec. Zniknął człowiek – został poeta i artysta,…

Jan Chęciński urodził się w 1826 roku. (…) Dusza młoda, skrzydlata, wrażliwa a poetyczna snuła złotą nić marzeń o przyszłych triumfach poetycznych i scenicznych. (…)

Nieraz może doświadczył niechęci kolegów; nieraz prasa, nie wchodząc w żadne powody i okoliczności, ostro przyganiała kierunkowi, w jakim scenę prowadził. (…) Na duszę bardziej obojętną mniej by może oddziaływały krytyki i niechęci,
ale poetyczna, wrażliwa dusza Chęcińskiego głęboko odczuwała każde słowo niechęci i przygany. Chęciński gryzł się wewnętrznie i zużywał w walce. A tu przychodziły jeszcze kłopoty domowe, niedostatek, umęczenie z nadmiaru pracy i wreszcie – trzeba wyznać: publiczne szkalowania, owe syczenia wężowej zawiści, które systematycznie sączyły truciznę do tej zbolałej duszy.

A jednak, powiedzmy prawdę, ileż to arcydzieł dramatycznych, ile sztuk prawdziwie pięknych i wyższym nacechowanych talentem ujrzeliśmy na naszej scenie dzięki niezmordowanym zabiegom i pracy tego człowieka. Tak jest! bądź co bądź, wiele pracował i wiele zrobił, a gdzież i jaka za to nagroda? Oto życie męczeńskie, a potem trumna, martwa, zielona gałązka
na wyziębniętą pierś i słowo uznania… po śmierci.

Dziwna rzecz jednak: owa gorycz powszedniego życia nie odbiła się w utworach Chęcińskiego. (…) Samotny, z piórem w ręku, wśród ciszy nocnej, w której tylko szept zegara opowiadał o uciekających godzinach, przenosił się Chęciński w świat harmonii, pogody i tego spokoju, którego w życiu nie zaznał. Wówczas to w ciszy i samotności dusza jego otwierała się jak kwiat, jasna, czysta w swych celach i pragnieniach; zamierał człowiek, a żył poeta.

(…) Słusznie ktoś powiedział, że gdyby człowiek posiadał tylko setną część tego, co przynosił teatrowi, umierałby spokojny o los dzieci. A jednak… jeżeli umierał spokojny, to chyba na myśl, że ogół nie pozwoli żyć w niedostatku sierotom tego, kto bądź
co bądź, dobrze mu służył. (…)”


STYCZEŃ 11. – GRUDZIEŃ 24. [Warszawa]


["CHWILA OBECNA"]

I. Młodość ma swoje prawa – próżność swoje dążności – lekkomyślność swe nałogi; a zresztą – wesołych i swobodnych chwil
w życiu tak mało, że nie należy unikać tych, które się wydarzają. (…)”


II. (…) …skutkiem mrozów, jakie panowały u nas w ostatnich czasach, Włochom pomarzły głosy. Może być w tym część prawdy, choć z drugiej strony, inne wieści głoszą, że właśnie personażowi owej opery winniśmy ustanie mrozów. Jak wiadomo, panuje
u nas zwyczaj wyliczania łysych dla zawstydzenia mrozu; otóż pomiędzy wyliczonymi miało się znajdować kliku kochanków tejże opery, co miało szczególnie podziałać skutecznie na zmniejszenie się zimna, mróz bowiem zawstydzony tu był potrójnie:
raz, że mroził łysych jako łysych; drugi raz, że mroził łysych jako synów Italii, do cieplejszego przyzwyczajonych klimatu;
a na koniec, że mroził łysych kochanków, którzy młodość swoją i łysiny swoje, i talary swoje oddają na usługi naszej sceny. Mróz więc sfolgował; śnieg taje, na ulicach jeziora, a sanki jeżdżą po gołych kamieniach. Ma to jednak swoje dobre strony.
Jak wiadomo, w ostatnich czasach szczególnie weszła w modę hydropatia; otóż teraz nie potrzebujemy wyjeżdżać do zakładów hydropatycznych za granicą ani nawet do Nowego Miasta nad Pilicą, mamy bowiem u siebie w domu, w naszej poczciwej Warszawie, ogólną, bezpłatną wodną kurację. Może być nawet, że hydropaci innych krajów do nas wysyłać będą swoich pacjentów. Dość, niech chory wyjdzie na ulicę, pierwszą lepszą, jaka mu się będzie podobać, i przejdzie chodnikami kilkadziesiąt kroków, a za kołnierz tyle mu naleci najzimniejszej w świecie wody, że wystarczy to na uśmierzenie choćby najuporczywszej gorączki. Że zaś czasami z wodą zleci mu z wysokości trzeciego piętra na głowę jaki kawałek lodu ważący koło czterdziestu funtów albo mniej więcej pół fury śniegu – no, to przynajmniej cierpienia jego skończą się raz na zawsze. (…)

Według nas paszkwil jest rośliną pastewną. Można by o niej powiedzieć to, co humorysta Prus mówi o humorze: „Kaleczy dobrze uformowaną gębę, ale niezmiernie smakuje osłom.” (…)


III. (…) Karnawał, z przeznaczenia historycznego, jest epoką szału ludzkości, która krępuje przez rok cały swe namiętności, poddając je pod regularną organizację społeczną; ale za to raz jeden do roku, tak jak wszystkie machiny, czuje potrzebę podniesienia klapy bezpieczeństwa i wypuszczenia na świat nagromadzonej w ciągu dziesięciu miesięcy pary wydobywającej się z przyciśnionych namiętności. Precz przeto w epoce szału z rozumem, wszystkie ruchy, myśli, porywy i żądze w karby biorącym! Precz z przeszkodami tamującymi wybryki usposobienia ludzkiego! Precz z przymusowymi formami, które jak okowy swobodę ścieśniają! I dziwny objaw ta swoboda przyjęła! Wówczas, gdy maskę, pod którą życie nasze codziennie upływa, zdzieramy, wówczas maską twarz zasłaniamy… (…)

Na to jeden tylko sposób: dla wszelkich transportów tranzytowo na kołach przez Warszawę idących powinny być wskazane ulice, którymi im iść nie wolno; co zaś do furmanek i wozów, które, szeregiem idąc, ładunek swój odbierają lub składają w mieście,
tym winno być nakazane zachowanie odstępów dostatecznych dla przejścia lub przejechania pomiędzy nimi. Zdarza się bowiem często, że na skręcie ulicy do czterdziestu furmanek nieprzerwanym szeregiem się wloką, a biednemu mieszczuchowi nic innego nie pozostaje, jak upatrywać chwilę, w której bez narażenia się na szwank na drugą stronę przedrzeć się zdoła.

Najgorszym punktem jest bez wątpienia Senatorska ulica od Miodowej do Zygmunta. Tam zawsze pełno fur, wozów, omnibusów, karet; czasem przyjdzie czekać i kwadrans, a może i pół godziny, zanim się przedostać można. Przy projektowaniu nowych komunikacji miejskich czyżby nie racjonalniej było ulicę Miodową przedłużyć do Krakowskiego Przedmieścia, aniżeli stworzyć ulicę Włodzimierską, którędy raz na miesiąc zaledwie ktoś przejeżdża? A jakież by stąd nadzwyczajne wynikło udogodnienie
dla ruchu miejskiego koncentrującego się w tych okolicach!

Może w bieżącym roku rozmaite niedogodności usunąć się dadzą. Już dawno obiegają pogłoski o rozszerzeniu Wierzbowej ulicy przez zniesienie oficyn Pałacu Brühlowskiego; ponawia się wieść o zniesieniu szpetnych pawilonów na placu Saskim, a nawet –
do jakiego to stopnia fantazja nowiniarzy się rozbujała! – mówią o przebudowaniu gmachu, przez komendanturę zajętego,
na teatr przeznaczony dla opery i baletu. W takim razie dzisiejszy Wielki Teatr mieściłby w sobie dramat i komedię, a sala Rozmaitości obróconą by została na dogodną salę koncertową. (…)


IV. (…) Zawsze lubiłem Warszawę; mimo naszych bruków, mimo latarni i omnibusów, mimo sił wokalnych naszej opery, mimo brzydkich kobiet, mimo starej i młodej prasy, mimo pseudo-pozytywistów i pseudo-idealistów, mimo amatorów-prelegentów
i amatorów-koncertantów, mimo utworów naszych autorek, mimo broszurek w sprawie emancypacji kobiet,… - mimo dowcipów niektórych naszych humorystów, słowem: mimo tego wszystkiego, co jest u nas najrozpaczliwsze, nigdy nie żałował, żem się tu wychował i że się tu kołaczę… (…)



V. (…) – A widzisz, mój drogi, ożeniłem się zeszłego tygodnia i przyjechałem do Warszawy na miodowe miesiące.
- A gdzież żona?
- Żonę zostawiłem w domu przy matce. (…)

Kobiety w strojach dochodzą do przesady i tłumaczą się coraz większą wybrednością mężczyzn. Mężczyźni zaś twierdzą,
że kobiety myślą tylko o strojach i zabawie, i dlatego zachodzi potrzeba szukania dużych pieniędzy na zaspokojenie łokciowych rachunków. (…)

Tak więc, jak głoszą kandydaci do małżeństwa, najbardziej zatrważającym szczegółem, który największą trudność w utrzymaniu żony stanowi, są stroje. (…) Jakżeż tu bowiem powstrzymać małżonkę od rywalizowania z przyjaciółkami i znajomymi, które by ją zaćmić mogły? (…)

…podług dochodzących nas wieści, zima tegoroczna sprowadziła do nas kilka dość pokaźnych cyfr posagowych. Konkursa otwarte, kandydatów dużo, wyścigi z przeszkodami rozpoczęte – wszelako chorągiewka u mety dotąd ani drgnęła i być może,
że wyścigowce się ochwacą, zanim do mety dojdą. (…)”



VI. „(…) Czyż jakakolwiek stolica europejska posiada np. konie jak te, które chodzą w naszych omnibusach, a które podobniejsze do widm lub szkieletów, niezdolnych na pozór do dźwigania samych siebie, dźwigają jednak ogromny ekwipaż wraz z siedzącymi w środku osobami? Czyż posiada jakie miasto takie brudne omnibusy? Czyż posiada tak dużo projektów kanalizacji i asenizacji? Czy posiada takie Towarzystwo Gazowe, które czuwając nad moralnością mieszkańców, każe latarnie gasić na ulicach
jak najprędzej, aby dobrzy obywatele nie mogli włóczyć się po nocach, ale spali raczej w domach swoich, na łóżkach swoich
i na poduszkach swoich, i pod kołdrami swymi? (…)”



VII. (…) I tak, na przykład, głoszą wszyscy jak najęci, że kiedy każde prawie większe miasto w Europie ma swój ogród zoologiczny, służący zarówno do celów naukowych jak i do rozrywki, my nie mamy nic podobnego. (…) Otóż wiemy to wszystko,
i cóż? Poprzeć ogród czy nie poprzeć? (…)

- No, i proszę acana… - mówił pewien obywatel spod Płońska, miasta słynnego z inteligencji mieszkańców jak starożytna Abdera – no, i proszę acana, i ja będę jeszcze płacił, żeby mi rozmaite bestie po ogrodach trzymali, kiedy człowiek i tak swoich rodzonych cieląt niepewny?! (…)



VIII. (…) Nie lękajcie się, czytelnicy! Jako dobrzy chrześcijanie, możecie dla odpędzenia owego wroga chrześcijańskiej religii położyć krzyżyk na czole, ale bać się nie ma czego, bo to, jak zobaczycie, wcale nieszkodliwe stworzenie. Cóż to, na przykład, może szkodzić komu, że diabeł ten tym się przede wszystkim odznacza, że jest niezmiernie kontent siebie, że lubi dużo mówić
i że mu się jego własne słowa wydają niezmiernie dowcipne, eleganckie, bystre i tym podobne? Nieszkodliwa choroba i nie tylko
w piekle na nią chorują. Mój Boże! Iluż to u nas choruje na nią miernotek, uchodzących na łonie rodzin za geniusze! A dlatego Warszawa stoi zawsze na jednym i tym samym miejscu! Co tu i mówić? Potrzeba i chyba powtarzać utarte przysłowia lub zdania – zawsze znane, a nie zawsze prawdziwe. (…)



IX. (…) Gdybym był płocczaninem, tj. gdybym mówił „jeich” zamiast: ich, „mnięso” zamiast: mięso, i „phiorun” zamiast: piorun, dopierożbym rzucał „phioruny” na marnotrawstwo jeunesse dorée płockiej, która pannę Józefę Czapską uczciła
na przedstawieniu Córki pani Angôt brylantami wartującymi koło sześciuset rubli srebrem! Piękny podarek, ani słowa; ale któż
ma sobie pozwalać podobnych wydatków, jeśli nie złota młodzież płocka, która nie tylko słynie na cały świat z pięknej wymowy, ale jak widzimy, i z wykwintnego smaku, umiejącego poznać się na tym, co prawdziwie piękne, i należycie uczcić przedmiot ogólnego zachwytu i podziwu. (…)



X. (…) Źle, źle, moi czytelnicy! Jesteśmy miłosierni jak Samarytanka, ale w imię miłosierdzia lubimy się niemiłosiernie wytańcować. Chętnie chodzimy na bale dobroczynne, koncerta, przedstawienia sceniczne; gotowiśmy zakładać kasy wsparcia
dla wszelkiego rodzaju podupadłych panien, wdów i mężatek; gotowiśmy na każdy jęk nieszczęścia ruszyć workiem; gotowiśmy jakiemuś pozbawionemu paletota studencikowi dać dziesięć paletotów bez względu, że potrzeba mu tylko jednego; gotowiśmy płakać nad flisakiem Świechem, który utraciwszy ubranie nie mógł wyjść na ulicę, jak ongi Epaminondas – ale kiedy chodzi
o podtrzymanie instytucyj, nie ma nas: nagadamy się dziesięć razy więcej, a zrobimy dziesięć razy mniej, niż rzecz warta. (…)



XI. (…) Nareszcie uformował się nowy komitet Towarzystwa Muzycznego. Szło jak po grudzie, ale posiedzenia ogólne
i posiedzenia szczegółowe, agitacje wyborcze, wota ufności i nieufności, wnioski, mowy, poprawki – słowem, cała owa technika parlamentarna, której w ostatnich czasach więcej w Towarzystwie niż muzyki, a która miała pomagać do wytworzenia nowej władzy, zrobiła przynajmniej – może zresztą pomimo woli – tyle, że nie zdołała, przeszkodzić uformowaniu nowego komitetu. Jest komitet, a więc będzie i muzyka. (…)

Jeżeli jesteś żonaty, o czytelniku! to wiesz, co to znaczy. Żona zapowiada ci, że nie myśli wprawdzie piec święconego, ale ot…
byle tam coś mieć dla gości – i od tej chwili poczyna się w domu jarmark. Zamiast zwykłych rozmów słyszysz tylko narzekania,
że jaja podrożały, że rzeźnicy zdzierają, że trzeba kupić to rodzynków, to gorzkich migdałów, to słodkich, to maczków, to fig,
to orzechów. Coraz to ciężej wzdychasz – i coraz częściej sięgasz ręką do kieszeni. Coraz to częściej słyszysz przy tym takie zdania, jak np.: „Ja także jestem oszczędna i z pewnością nie wydam więcej, niż potrzeba, ale przyznam się… (…)



XII. (…) …nie podobna zatem kazać naszym piekarzom, rzeźnikom, restauratorom, mleczarzom itp., aby zjadali własny towar,
a raczej swoje własne wyroby. Co sami nieraz o nich myślą, za dowód niech posłuży odezwanie się pewnego naczelnika pewnego zakładu jadłodajnego, położonego na jednej z bardziej wprawdzie oddalonych, ale dość odwiedzanych ulic miasta.
- Gdzie pan idziesz? – spytał go raz jeden z gości widząc, że w porze obiadowej wybiera się na miasto.
- Idę na obiad.
- Jak to na obiad? Przecież pan masz u siebie?
- A cóż to pan sądzisz, że mnie nie stać na lepszy? Truć się przecież dla jednej złotówczyny nie będę.
I miał rację. Truć się dla dziesiątki lub złotówki nie opłaci się, ale natomiast, żeby mieć ową złotówkę, nie należy innych truć
i zatruwać. (…)

Warszawscy właściciele domów znowu popodnosili komorne. (…) Lecz zdaje się, że popodnosili nie na długo. Z nadejściem wiosny mnóstwo zamożniejszych rodzin wiejskich wyjeżdża z Warszawy, gdzie przepędzały zimę; większe mieszkania tu i owdzie zaczynają świecić pustkami. Za większymi idą mniejsze, zajmowane przez mniej zamożne rodziny; ceny spadną i przyjdzie chwila, w której serca nasze nasycą się zemstą. Zresztą alboż to mało domów buduje się na wszystkie strony! Istotnie mnóstwo, a coraz większe, piękniejsze i coraz obfitsze w drobne mieszkania, które najsowitszy przynoszą dochód. Jest więc nadzieja,
że dzisiejsze nadmierne żądania i dowolne podwyżki, od których nie ma apelacji, zaczną wychodzić powoli ze zwyczaju,
aż w końcu, jako niemożliwe, zupełnie ustaną. (…)



XIII. (…) Dowiadujemy się, że Kielce myślą o założeniu u siebie Towarzystwa Muzycznego. Zamiar to ze wszechmiar godny pochwały, albowiem lepiej jest słuchać muzyki, choćby najgorszej, niż tracić czas w miejscowych knajpach, jak to po większej części czynią urzędnicy w miastach prowincjonalnych. Warszawa niezawodnie nie omieszkałaby dostarczyć Kielcom muzycznych posiłków. Niejedna zawiedziona ambicja, którą ominęło krzesło dyrektorskie w Warszawie, udałaby się do Kielc, powtarzając
nie do Kielc wprawdzie zastosowane, ale i w stosunku do Kielc trafne słowa Cezara: „Wolę tu być pierwszym niż w Rzymie drugim”. (…)

Będziemy tanio się leczyć, tanio procesować; słowem, przyszłość uśmiecha się nam i obiecuje bardzo wiele.

Z tych obiecanek pragnęlibyśmy szczególlniej, aby jedna nie stała się cacanką. Oto mamy podobno dostać źródlaną wodę
do picia. Pan Kaczkowski wskazał po lewym brzegu Wisły aż jedenaście źródeł czystej jak łza a zimnej jak lód wody, którą gdyby tylko jakimikolwiek sposobami sprowadzić do Warszawy, nie pilibyśmy tak wielkiej ilości gliny, mułu i wielu innych jeszcze pożywnych, a przede wszystkim mniej zdrowych niż glina i muł, ingrediencji rozpuszczonych w wiślanych falach. (…)



XIV. (…) …los nieraz z dziwną złośliwością prześladuje warszawiaków przepędzających lato na wsi, co należytymi a wielu mógłbym poprzeć przykładami. (…)

Podania to wspominają np. o pewnym naczelniku wydziału pewnego biura, człeku otyłym, a przy tym wielce statecznym, który napadnięty został przez dziwnie złego wielkiego psa w warunkach bardzo mało do obrony przydatnych. Na próżno nieszczęśliwy radca, skulony i uplątany we własne szaty, cofając się na los szczęścia – na próżno, mówię, używał najpieszczotliwszych
dla przejednania napastnika wyrazów. Próżno wyciągał ku niemu rękę, cmokał i w palce klaskał powtarzając: „Pieseczek! pieseczek! mój psinko nieduży!” Na próżno głosowi swemu starał się nadać najczulszą i najmilszą intonację, próżno przemawiał tonem starego znajomego i dobrego przyjaciela – potwór nie dał się przejednać ani oszukać… (…)



XV. (…) Warszawa poczyna robić zwykłą wiosenną toaletę. Tu i owdzie malują się i odnawiają domy, tam przebukowywują się ulice; wyrównywają się pozostałe po zimie doły; tu i owdzie kładą nawet asfalt; słowem, wszędzie znać ruch, ożywienie
i ów wiosenny przygotowawczy nieład.

Co do bruków, chodników i tym podobnie, ulice nasze podobne są do rodzonych sióstr, a córek niezbyt zamożnej rodziny. Z czego wyrośnie starsza, to dodziera młodsza. Gdy wyjmą bruki lub wyłamią chodnik na której z głównych ulic, niezawodnie położą go na mniej głównej, potem gdy i ta wzrośnie, dostaje znowu strój lepszy, a dawny idzie dla jeszcze podrzędniejszej. (…)

Bodaj czy nie do takich należy ulica np. Marszałkowska. Ma ona wprawdzie kolej konną, ale bruki jej za to mogą śmiało rywalizować z brukami Płońska, Łukowa, Radomska i innych stolic powiatowych. (…)

Gdyby na złe bruki i latarnie naznaczono konkurs, dostalibyśmy pierwszą nagrodę niezawodnie. Latem, gdy po tych brukach ciągną jeszcze tumany kurzu zasypujące usta i oczy, gdy ścieki nasze, pozbawione wody, poczną ronić woń zabijającą, gdy owa woń w połączeniu z kurzem, dymami etc. zawiśnie ciężką, ołowianą atmosferą nad miastem, wówczas słusznie powiedzieć można, że Warszawa, którą ze względu na piękność jej mieszkanek nazywają rajem dla oczu, ze względu zaś na ilość katarynek
i utalentowanych fortepianów panien – czyśćcem dla uszu, że ta Warszawa jest piekłem dla każdego nosa, który się w niej
nie urodził, w niej nie żył, nie zakatarzał i nie wychował. (…)



XVI. (…) …na lewo od wejścia ze strony Saskiego placu była aleja doskonale wszystkim znana, najpiękniejsza i najcienistsza
ze wszystkich, odznaczającą się szczególniej tym, że kasztany jej prawie do ziemi zwieszały końce swoich długich konarów, tworząc tym sposobem nad ulicą jakby rodzaj zielonej kopuły. Mówiąc nawiasem, tych kasztanów, a raczej tych zwieszonych konarów, mogły nam pozazdrościć zagraniczne ogrody. Starają się tam o takie rzeczy, ale nie zawsze z powodzeniem; a u nas,
ot, tak sobie jakoś Bóg dał, że samo wyrosło, bez niczyjej pomocy. A teraz – cóż czyni zarząd ogrodu? Oto każe obcinać
do połowy owe zawieszone cieniste konary. Fakt się już stał. Poobrzynane gałęzie sterczą do góry niby poobcinane a wołające
o pomstę do nieba ręce. (…)



XVII. (…) Myślą przenosisz się do Szwajcarii. Widzisz góry i śniegiem okryte wierzchołki, i przepaście, i dzikie równiny. Słyszysz metaliczne dźwięki źródlanej wody uderzającej o skały – dochodzi cię huk wodospadu, nad którym kraczą orły. Słońce rozkłada w siedem barw promień w mgle wodnego obrusa. Otacza cię natura i poezja. Marzysz… aż nagle urok pryska. Co się stało? E, nic! to tylko uderzył cię nagle zapach wątróbki cielęcej… (…) Niezła to nawet rzecz jest ta wątróbka cielęca, tylko szkoda, że tak mocno pachnie i że nie podobna jej pogodzić z muzykalno-poetycznymi zachwytami. (…)

…wracając do orkiestry Fliegego – kapela to liczna i dobrana. Znawcy specjalni ściślej opiszą wam, mili czytelnicy, jej przymioty
i wady. Co do mnie, choćbym chciał to uczynić, Bóg widzi, że nie mogę dla braku wtajemniczenia się, kiedy należy używać
i w jakim sensie, mówiąc o muzyce, wyrazów takich, jak kontury, koloryt, cieniowanie, tło itp., które składają dzisiejszy język muzyczny. Gdybym użył tych wyrazów na chybi-trafi, napisałbym może potężną recenzję, ale nie stałbym się od innych zrozumialszy; wolę więc poprzestać na prostej uwadze, że orkiestra jest liczna i że będzie mogła śmiało zastąpić te dobre, które grywały dawniej.

Oto nieznany jakiś rycerz z „Kuriera Codziennego” uderzył na p. Bolesława Prusa, a uderzył z takim zamachem, że aż sam wyleciał z siodła. Nieznany rycerz stara się w dowcipny sposób zaprzeczyć dowcipu panu Prusowi, twierdząc, że jego rumak bokami robi, a żywi się cierniami. Nie wiemy, co jada rumak rycerza z „Kuriera”, nie chcemy zaś przypuszczać, żeby za pokarm miały mu służyć rośliny kolczaste, jakkolwiek chodem ociężałym i skłonnością do wierzgania zdradza gatunek, dla którego rośliny kolczaste stanowią niezrównany przysmak. Nie przesądzając jednak kwestii postawimy pytanie inaczej: Oto, gdyby
np. pan Prus chciał pisywać odcinki do „Kuriera Codziennego”, tak jak pisuje do „Warszawskiego”, czyby pomieniony „Codzienny” nie zgodził się na drukowanie ich u siebie? Nam zdaje się, żeby się zgodził. Choćby nawet przyszło przynieść na ofiarę nieznanego rycerza i jego rumaka. (…)



XVIII. (…) Czy mamy złotą młodzież? Nie! Mamy tylko pozłacaną. Prawdziwy złoty młodzieniec szalał, hulał, pił, grał w karty, wyrzucał pieniądze, umizgał się do kobiet, słowem, popełniał mnóstwo głupstw i niedorzeczności, ale miał jedną dobrą stronę: oto posiadał żywe uczucie honoru, które było dla niego tym, czym jest pochodnia dla błądzącego w ciemnościach, tym,
czym jest złamek masztu dla rozbitka rzuconego na rozhukane fale morskie. Trzymał się honoru oburącz, a choć życie rzucało nim jak piłką, nie puszczał się. To był jego canon. Czasem też, wedle herbowej dewizy: łamał się… nie giął się nigdy.
Przy tym był to zwykle pan z panów; ot! młody orlik z rycerskiego gniazda. (…)

…złoty młodzieniec należy już do historii. Obecnie istnieje tylko młodzieniec pozłacany. A wiecie, czym się różni ten ostatni
od poprzedzającego? Oto ma wszystkie jego wady, a nie ma jego przymiotów. Proszę was, czy widzicie tego pseudo-gentlemana, który oto jedzie na koniu? Kapelusz ma nasunięty na tył głowy, plecy zgarbione, twarz bladą, a nogi tak wysunięte naprzód
i tak palcami odwrócone od konia, że zdaje się, jakoby nogami błogosławił biedne, chude, a długie zwierzę, podobniejsze
do przęślicy niż do bożego stworzenia. (…)



XIX. (…) Co to jest ten szpital praski? Oto ostatni nieraz przytułek największych biedaków, najuboższych mieszkańców Pragi. Życie ich nieraz głodne a chłodne jak fale wiślane, zarobek nieczęsty, a praca, gdy się zdarzy, to ciężka. Dużo, dużo kryje się prawdziwej nędzy na Pradze, ale że nie tak stoi na oczach, więc mniej o niej wiemy, a co prawda, mniej ją wspomagamy. Nawet
i pracująca ludność robotnicza uboższa tam jest niż w Warszawie. Gdy przyjdzie choroba, nędza zagląda do izby najpracowitszego nawet robotnika. Wówczas już tylko szpital pozostaje jako ostatnia na ziemi pociecha, jako ostatnie schronienie. Ale gdy szpital nie ma miejsca lub nie ma funduszów, gdy nie może przyjąć chorego, wówczas los jego staje się
nad wszelki wyraz twardym i rozpaczliwym. (…)



XX. (…) Jeżeli dawno, mój czytelniku, nie pasłeś oczu swych pięknym widokiem, tedy daj mi rękę i pójdź za mną. Wejdziemy
na jaką wieżę, na przykład na Świętokrzyską, i z tej wysokości spojrzymy na miasto. (…) Na dole w mieście zwykle oczom
tak ciasno, piersiom tak duszno, a nudno, a smutno! Dlaczegoż choć raz nie odetchnąć swobodniej, nie potoczyć okiem szerzej?... Tam taka samotna, powietrzna wyżyna! Pójdźmy!

Otóż już i jesteśmy. Pod stopami naszymi biegnie łukowato zagięte ku Wiśle Krakowskie Przedmieście. Widać wszystko
jak na dłoni. Pod nami Kopernik z globusem w ręku, jakby z tęsknotą spogląda ku górze – dalej szeregi domów, a dalej jeszcze, na końcu ulicy, król Zygmunt z mieczem i krzyżem, których już nie rozeznać z odległości. (…)



XXI. (…) Słychać, że mieszkania spadają, a wkrótce spadać zaczną na łeb, na szyję. Jest to możliwe. Już dziś na wszystkich domach widać karty z powywieszanymi pustymi lokalami, których posiadacze, coraz to zachodząc z ołówkiem w ręku, zmieniają ceny, zmniejszając po trochu dawne, a wpisując nowe, mniejsze. Na ulicy Wielkiej jest dom, w którym czterdzieści pokojów stoi dotychczas pustkami. Po pokojach owych chodzi zamyślony gospodarz, monologując z sobą po hamletowsku coraz głośniej, coraz gwałtowniej i coraz wyraźniej. Ludzie słyszeli podobno – czy też zdaje im się, że słyszeli – wyraz: „przeholowałem!” (…)


XXII. (…) Byłem i ja w Studzieńcu. (…) Widok Studzieńca, tak jak on dziś się przedstawia, jest jeszcze dosyć posępny.
Na obszernej polanie stoi w dwóch szeregach sześć piętrowych, z czerwonej cegły murowanych domów, a środku wielkie podwórze. Na podwórzu znać ślady gorliwej pracy koło budowli. Tu i owdzie leżą jeszcze wióry stolarskie, gdzieniegdzie czerwienieje kupka cegieł, w środku wznosi się skrzypiący żuraw tymczasowej studni; drewniane, po części już wzniesione sztachety otaczają i domy, i dziedziniec, a za sztachetami las, szumiące szeregi drzew i zwykła cisza leśna.

Miejsce to samotne, odosobnione od świata, takie właśnie, jakiego na osady rolne potrzeba. Ostatecznym jego urządzeniem
i ozdobą zajmą się sami przestępcy. (…)

W samej osadzie wzniosą się nowe domki i zabudowania folwarczne; stanie kapliczka, której dzwonek będzie o rannej zorzy wzywał do modlitwy i pracy, a o wieczornej do modlitwy i snu pod skrzydłem bożym. Latem praca w polu i lesie, z pługiem, broną, rydlem, motyką i siekierą; zimą, gdy śnieg z chmurnego nieba zasieje pola i gęstwiny leśne, przewagę weźmie praca
w warsztatach. Życie rozłamie się tu wyłącznie na pracę i modlitwę, popłynie całkowicie owymi źródłami uspokojenia. Troskliwa, iście rodzicielska opieka ułatwi, uczyni prawie konieczną poprawę, a na koniec dobroczynny wpływ natury uszlachetni te młode, za wcześnie pod palącym tchnieniem występku zdziczałe dusze. (…)

Wyobraźmy sobie dziecię zrodzone wśród zatrutej atmosfery miejskiej, w ciemnych szynkowniach, wśród gwaru i gorączki występków, ciemne, zepsute od najmłodszych lat, popychane do złego przykładem starszych, zdziczałe, rozpróżniaczone – wyobraźmy sobie, mówię, takie dziecię wyrzucone z tych piekielnych warunków, a przeniesione naraz w czystą atmosferę pól
i lasów wiejskich, w ciszę i pogodę natury. Nie zaznało opieki, tu znajduje opiekę; nie zaznało pracy, tu znajduje pracę;
nie zaznało modlitwy, tu znajduje modlitwę. Tam co krok spotykało się z szatanem – tu co krok spotyka się z Bogiem. Rankiem
w mieście budziły je ze snu przekleństwa starszych złoczyńców, tu budzi je śpiew ptasząt. Wieczorem w mieście usypiała je wódka, tu po modlitwie usypia je szum sosen leśnych, który sam wydaje się modlitwą i który każdą niezepsutą lub niewyschłą
do dna duszę przepełnia pełną słodyczy ufnością i spokojem. (…)



XXIII. (…) Tymczasem wyścigi z przeszkodami nadeszły i nie sprawdziły tych nadziei. Do wielkiego steeplechase’u stanęło trzy konie, a po przesadzeniu kilku przeszkód wszystkiego jeden biegał w szrankach bez jeźdźca, co nie zdołało rzeczywiście zadowolić głodnej wzruszeń ciekawości.

Za to mniej zapalonym amatorom sportu dały wiele do myślenia wyścigi chłopskie, kończące, jak wiadomo, tę szlachetną zabawę. Otóż z wyścigów tych okazuje się po najskrupulatniejszym obliczeniu czasu, jakiego na obieżenie szranek potrzebują konie angielskie i domorosłe chmyzy chłopskie, że różnica na korzyść pierwszych wynosi kilkanaście sekund na wiorstę. Tak jest, kilkanaście sekund, a jednak dla tych kilkunastu sekund ileż to zachodu i starań, ile hałasu, ile przeróżnych ceremonii, ile starterów, chorągiewek, meldowań wagi, ile angielskiego szyku! Tworzą się dyrekcje, sprowadza się dżokejów, zapuszcza się angielskie faworyty, nosi się angielskie paletoty, wyłamuje domorosłe szczęki na angielski sposób po to, ażeby mówić angielszczyzną, którą każda inna narodowość łatwiej rozumie niż angielska; chowa się całe stada długonogich rumaków, wybiera się spomiędzy nich te, które mają nogi najdłuższe, trenuje się je, ludzie i konie pocą się jak nieboskie stworzenia, wyrzuca się rocznie miliony złotych… i wszystko to dlatego, żeby potem przelecieć wiorstę o kilkanaście sekund prędzej, niż to robi,
na przykład, niejaki Stacho Kałduniak spod Wilanowa.

Ależ Stacho Kałduniak jeździł na swoim chmyzie cały rok – gentlemeni na swoich folblutach nie jeździli; Stacho orał nim, gentlemeni nie orali; Stacho bronował, Stacho woził drwa do Warszawy, zboże na targ, słowem: Stacho użytkował, gentlemeni
ze swoich nie użytkowali – na koniec Stacho wygrał, gentlemenów większość nie tylko, że nic nie wygrała, ale nawet potraciła stawki. (…)



XXIV. (…) …dziś czasy się zmieniły. A nazajutrz borów i lasów, w których działy się te świętojańskie cuda, już ani śladu: popłynęły do Gdańska, a w zamian sterczą czarne pniaki, na których najpowiewniejsze duchy, gdyby nawet chciały hasać, połamałyby sobie nogi z pewnością. Dalej, w duchy już dziś nikt nie wierzy. Świtezianki i rusałki, ubrane podług żurnalów, w biały dzień spacerują na wysokich korkach po Saskim Ogrodzie, wabią nawet chłopców po dawnemu, ale ród ten dziwnie jakoś zmądrzał,
i dziś już ani śpiewem, ani niezabudką nikt go nie wywiedzie w pole, „jeno mu trzeba posag położyć na stole”. Dziwożony zmieniły się także niepomału. Jeżdżą na lato do wód, dzieci oddają bonom francuskim, a choć ciągną nieraz do przepaści… własnych mężów, czynią to w sposób arcynowożytny, z pomocą rachunków od Włodkowskiej, Penkali i Thonnesa, z pomocą balów, koncertów, sezonów letnich i zimowych, wód, mody i kwaśno-słodkich wysileń dobroczynnych, w których co grosz na ubogiego,
to tysiąc na tualetę. (…)



XXV. (…) Zdarzało się wam zapewne nieraz, czytelnicy, przejeżdżając latem przez pierwszą lepszą wioskę, widzieć całe girlandy dzieci wiejskich siedzących pod ścianami chałup, pod karczmą albo po prostu na środku drogi, bez zajęcia, od tak po prostu
na woli bożej. Te zgrzebne koszulki, poprzypasywane czarną krajką, konopiaste główki jak makówki i niebieskie oczy, wytrzeszczone na wpół ciekawie, na wpół lękliwie na świat boży – rzecz to znana, która chyba tylko przybysza miejskiego zająć może. Spytacie: co robią takie dzieci? Wioska pusta, bo rodzice wyszli w pole; przed chatami prócz dzieci tylko psy drzemią
i wróble świergocą pod strzechami, więc dzieci robią, co chcą. Przepalają sobie głowy, przewracają się po piasku, łapią ryby
w kałużach; ciągną dla zabawy za ogony psy miejscowe; otwierają kołowrot, gdy kto przejeżdża, kłusując potem boso koło bryczki za datkiem – ot i czas schodzi. Starsze często przy tym skazane bywają na niańczenie młodszych. (…)

…trzeba wam i to jeszcze wiedzieć, moi religijni, wykształceni i humanitarni czytelnicy, że dzieci te żyją bez Boga. Są to bezwiedni ateiści. Kiedy podrosną i poczną chodzić do kościoła, wówczas dowiedzą się o piekle i niebie, ale przedtem?... Jeżeli matka znajdzie nawet czas i ochotę do wyuczenia dziecka pacierza, dziecko powtarza mechanicznie wyuczone słowa, i na tym koniec. (…)

Złem, wedle nich, jest dać się złapać na uczynku, dać sobie zabrać czapkę grochu, dostać w skórę; dobre – najeść się cudzego grochu, nie dać sobie zabrać czapki, nie dostać w skórę. (…)

O biedny, płowowłosy Krzychu, widzę jak na dłoni twoją przyszłość! Jak nie umiesz teraz pisać i czytać, tak nie będziesz umiał
do śmierci, niebożę! Gdy wyrośniesz, będziesz nocami jeździł w szkodę w cudzy owies z końmi. Sąd gminny sądzić cię będzie za to, żeś z siekierą w cudzy las pojechał, a ty do śmierci nie będziesz mógł zrozumieć, że między „wzion” i „ukradł” nie było żadnej różnicy. Potem, o Krzychu! zasmakujesz w wódce, nauczysz się przeklinać i wzywać „siarczystych”, będziesz tłukł swoją babę,
aż będzie w niebie słychać, będziesz wadził się z sąsiadami, Żyd będzie cię wyzyskiwał całe życie, boć cię rachować nie nauczono. Będziesz ciemny, obywatelu, jak tabaka w rogu; będziesz głupi i zły całe życie – boś był bez opieki za młodu, bo matula nie mogli, nie chcieli i nie umieli nauczyć cię bojaźni bożej i miłości do ludzi. (…)

A potem, Krzychu, postarzejesz: włos się posrebrzy, ramiona się ugną od pracy, ręce drżeć poczną, i czy wiesz, Krzychu, co się stanie? Oto syn, którego także nie nauczyłeś bojaźni bożej ani miłości do ludzi, wypędzi cię z chaty i każe pójść żebrać po świecie. (…)

Aż wreszcie przyjdzie niemoc, uczujesz zimno jakieś i smutek jakiś, i niby wołanie jakieś z niezmiernych głębin. To śmierć twoja, Krzychu. Miłosierdziu boskiemu oddaję twoją biedną duszę, bo choć grzeszny byłeś, ale ciemny. Niechaj ci świeci światłość wiekuista. Wrzosem pokryje się twoja mogiła i ani śladu wkrótce nie będzie po tobie i po tysiącach takich ja ty. (…)



XXVI. (…) Raz na wsi pewien duchowny miał kazanie: mówił przeciw pijaństwu, a mówił z energią i uczuciem, płakał i rzucał gromy, groził niedolą za życia, piekłem po śmierci; porwał za sobą słuchających prostaczków, rozczulił ich i wycisnął łzy prawdziwej skruchy. Po kazaniu i po sumie wraca do siebie do plebanii, nagle na drodze spotyka chłopa, ale pijaniuteńkiego
jak bela. Zatacza się Bartek-niebożę na prawo, na lewo, czapka ledwo, że mu się na lewym uchu trzyma, a on rozkłada ręce
i mówi:
- Ech, dobrodzieju, cóż to za kazanie, co za kazanie! A to ino się dusza w człeku trzęsie, a to gorzalisko, żeby ją wciornaści…
- Wstydź się! – powiada z oburzeniem proboszcz – to ja mówiłem przeciw pijaństwu, a tyś pijany?!
- Ech, dobrodzieju, żeby nie to kazanie, albo bym to ja był tak pijany? Ja bym, dobrodzieju, już w rowie do tej pory leżał.
Niech mię paralus!...
Westchnął poczciwy proboszcz, posmutniał i odszedł do domu. (…)

- Przepraszam pana! – spytał mnie jakiś z wiejska wyglądający a mówiący silnym litewskim akcentem jegomość – przepraszam pana, duszo! Którędy tu się idzie do ogrodu zoologicznego – a?
- Dokąd? Dokąd?
- Do ogrodu zoologicznego!
- Pan dobrodziej z prowincji?
- A tak. I z daleka: spod Grodna.
- Nie ma u nas żadnego ogrodu.
- Jak to nie ma? A ja już tak dawno czytałem, że mają go założyć, że część jakiegoś portu już jest na to przeznaczona, że składki się zbierają. Toż myślałem, że choć z połowę już zrobili i że choć połowę obaczę.

O! pomyślałem sobie, o przybyszu z głębokiej prowincji, jakże ty nas znasz mało, jeśli sądzisz, że tak zaraz od słów do czynów przechodzim! Jakżeś zacofany, biedaku, jeżeli nie wiesz, że naprzód potrzebujemy z rok jaki pogadać, potem przestać gadać, potem przypomnieć sobie znowu, potem ogłosić składki, potem je zbierać, potem nie wiedzieć, co z nimi robić i jak ich użyć, potem naznaczyć kilka posiedzeń, mieć na nich kilka mów i mówek: wybrać naszych znanych, naszych powszechnie szanowanych na przewodników, potem rozejść się do domów i razem z naszymi znanymi, powszechnie szanowanymi i światłymi opuścić ręce
i czekać na zmiłowanie boże. (…)



XXVII. (…) Czuję, że znowu ściągam na siebie zarzut pesymisty, ale mniejsza już o to. Gorsze jest to, że przed chwilą narzekałem na projekta, a teraz sam o nich piszę. Cóż robić? Cóż robić? Gdybym chciał mówić nie o zamiarach, ale o czynach, przyszłoby mi chyba pisać o ornatach wyhaftowanych rękoma naszych arystokratycznych dam dla rozmaitych wielebnych i przewielebnych, odznaczających się paryskim akcentem i paryskimi ruchami i umiejących ze szczególniejszą pokorą chrześcijańską zbierać kożuszki z kawy na poobiednich przyjęciach.

Musiałbym chyba wymówić się z tym, co usłyszałem w sekrecie, że pewne arcypobożne bractwo damskie podało do swego duchownego przewodnika adres, aby na posiedzeniach tygodniowych podawał swej wiernej trzódce obrok duchowy po francusku. Czegoż bo to zresztą dowodzi? Można umieć i po francusku, i po polsku. (…)



XXVIII. (…) – Państwo tutejsi?
- Tak, panie. Mieszkaliśmy tu od roku.
- I spaliliście się także?
Kobieta poczęła szeroko opowiadać swoją i męża historię. Pobrali się od roku. Mieli w Pułtusku dom, żyli szczęśliwie, aż naraz:
- Oto, co nam zostało z całego gospodarstwa – kończyła ze smutnym uśmiechem, wskazując na niesiony przez męża koszyczek.
- Zdajecie się państwo czegoś szukać?
- Chcieliśmy choć jeszcze raz popatrzeć na dom, w którym przeżyliśmy rok razem, ale nie możemy znaleźć nawet ulicy. Chcieliśmy…
Urwała nagle, bo łzy tłumiły jej słowa w piersiach.
Mąż nie odezwał się ani razu w czasie całego opowiadania. Na twarzy jego malowała się niema rozpacz.
Nie mieli dachu nad głową, nie mieli ani grosza majątku, byli głodni, nie wiedzieli, co począć, gdzie się podziać. (…)

Na podwórzu między gromadami ludzi stało kilka zakonnic. Łuna pożaru rzucała jaskrawe blaski na białe ich kapelusze i blade,
ale spokojne twarze. Ten spokój i rezygnacja wśród ogólnego ruchu i zamętu, wśród wrzasków i przekleństw, miały w sobie
coś prawie świętego.
- Co się stało z chorymi? – spytałem jednej z nich.
- Wyratowałyśmy wszystkich chorych – mówiła słodkim głosem siostra. – Leżą w pralni, która nie zapaliła się jeszcze.
Niech Panu Bogu będzie chwała! Trzech jednak umarło nam z przerażenia – dodała zwiesiwszy smutnie głowę.
- A panie gdzie mieszkacie?
Podniosła oczy ku niebu.
- Pod gwiazdami – wyszeptała z uśmiechem.
- Jak to? I sypiacie pod gołym niebem?
- My nie spałyśmy wcale od środy. Widzi pan, trzeba chorych pilnować i czuwać nad pralnią.
- Musicie upadać ze znużenia?
- Bóg nam dodaje sił. (…)

Na ulicy stały tu i owdzie gromadki ludzi. Gromadki te rozmawiały z cicha. Spytałem ich, dlaczego nie gaszą domów, które się jeszcze nie wypaliły.
- A po co gasić? – odparł jakiś mieszczanin. – Już one i tak na nic. Żebyśmy mieli pomoc, jak się zaczęło palić – to co innego,
ale teraz…
- A co zrobicie, jak z tych domów pożar rozszerzy się na nowo i ogarnie to wszystko, co się jeszcze nie spaliło?
- Ha! Nic nie zrobimy. Źle mnie, źle i tobie. A zresztą to się i tak spali. Cały Pułtusk się spali. Na to już żadna siła ludzka nie pomoże. Wszędzie taż sama apatia, taż sama bierna rozpacz i zdanie się na wolę żywiołu.

Kiedy się spali twoje miasto, kiedy kraj miliony straty poniesie, kiedy ty sam zostaniesz bez kawałka dachu nad głową, wówczas dopiero wyrośnie ci rozum tam, gdzie poprzednio, dziw, że ci niepomiernie uszy nie wyrosły. Pamiętajcie, obywatele Mińska, Kałuszyna, Sochaczewa, Płońska i mnóstwa innych gubernialnych i powiatowych miast naszych, nie formujcie straży ogniowych, póki wam się miasta nie spalą! To tylko próżny wydatek. Bo jak się miasto spali, to przynajmniej jest dowód oczywisty, że straż jest wprawdzie złem, ale złem koniecznym. (…)”




XXIX. (…) Przypominamy sobie, że kiedyś, nie bardzo nawet dawno, zawzięcie kłócono się o to: czy trzeci most, prowadzący
z Warszawy na Saską Kępę, czy kanalizacja? Nakruszono z tego powodu niemało piór i rozlano niemało atramentu;
otóż rzeczywistość pogodziła nas w ten sposób, że dotychczas nie mamy ani trzeciego mostu, ani kanalizacji i że muchy się nawet ani na jedno, ani na drugie nie gonią. (…) Obecnie zamiast mostu mamy suche koryto Wisły, zamiast zaś kanalizacji specjalny tutejszo-miejski zapaszek, który kręci nas za nosy, jak sam chce, i który sprawi, że świeżo zawiązany komitet sanitarny będzie miał u nas cztery razy więcej roboty niż we wszystkich krajach europejskich. (…)”



XXX. (…) Kto dźwiga na sobie ciężar miłosierdzia publicznego, niechże go dźwiga obu ramionami. Nie może jedną ręką podtrzymywać upadającą ludzkość, a drugą chwytać za ogon własną, czysto prywatną srokę. Skutek tego taki, że i sroka ucieknie, i upadająca ludzkość rozbije nos o kamienie. Taka jest moja rada i takie moje obawy. Nie będę się sprzeczał, że każdy człowiek ma swoje zajęcia, kto ich jednak ma tyle własnych, że nie pozwalają mu zająć się, jak należy, publicznymi, niech
dla platonicznego tytuliku ich nie tyka, inaczej i jedne, i drugie na szwank narazi. (…)

Pamiętam, parę lat temu była powódź, Wisła wylała; od tej powodzi szczególniej ucierpiała Praga. Składki były znaczne, znakomite nawet; utworzył się jakiś komitet, nie pamiętam już z kogo złożony, i pomoc doszła powodzian akurat jakoś w pół roku, mniej więcej wtedy, kiedy zapomniano już o powodzi, choćby dlatego, że woda na Wiśle była starej gęsi po kolana, jak mówi przysłowie. Pamiętam, że z miesiąc po powodzi mieszkańcy domów przybrzeżnych gnieździli się w jakichś komorach czy czymś podobnym, jeden na drugim, po stu w jednej izbie. Właśnie wtedy komitet składał sesje.

Wspomniałem o możliwości nowych klęsk ogniowych. Nie przesadziłem nic a nic, moi czytelnicy. O pożar latem łatwo. Nie dawniej jak wczoraj, a raczej dziś, bo z poniedziałku na wtorek, straże nasze były zaalarmowane łuną pożarną. Wywieszono latarnie
na wieżach i wkrótce głuchy turkot pędzących po historycznym naszym bruku wozów oznajmił, że straż bieży na ratunek. Śliczny i malowniczy to widok, gdy wśród nocy dzielna ta straż – to oko w głowie Warszawy i chluba nasza – biegnie do walki z żywiołem. Po ulicach migają krwawe światła kaganków; brzmią okrzyki torujących drogę konnych strażaków; dźwięczą łańcuchy; turkot wozów huczy na kształt podziemnego grzmotu; rozlega się tętent i rżenie koni, a straż cała w złoconych hełmach, z toporami
za pasem, w towarzystwie kominiarzy biegnących niby złe duchy za wozami, pędzi, świeci, krzyczy i znika sprzed oczu, jakby jaki orszak piekielny, zarówno gwarny ja straszny. (…)”



XXXI. (…) Obecnie zdarza się, że z rozbudzonego miłosierdzia publicznego korzystają różne drapichrusty uliczne, wyzyskując je dla swoich celów osobistych. Przed podobnymi nadużyciami, dla których specjalnie już ogłoszono kilka paragrafów przewidujących, ostrzegamy naszych czytelników. Omylić się łatwo, bo zbierający składki wyglądają częstokroć dość porządnie, a nawet szanownie. Jak tu odmówić, gdy taki szanowny drapichrust-filantrop wchodzi i okazując dowody, które sam sobie zresztą zrobił, mówi:
- Na nieszczęśliwych, zgłodniałych i spragnionych pogorzelców co łaska…

Czy łaska, czy nie łaska, dajesz, co możesz, bo wstyd nie dać; czerwononosy filantrop bierze pieniądze i istotnie pośpiesza natychmiast zalać ogień trawiący go wewnątrz – w najbliższym po drodze szynczku.

Daje się więc na ludzi, których ogień spalił, a korzystają ci, których ogień pali, i to taki ogień, który im więcej się zalewa, tym gwałtowniej wybucha. (…)”



XXXII. (…) Ogłosił w tych dniach – tj. nie to, żeby ściśle w tych dniach, ale może przed tygodniem – ogłosił, mówię, magistrat licytację na konserwację kanałów i mostków miejskich. Niepotrzebny zachód! Wszakże i bez wszelkich licytacji konserwują się
u nas nie tylko kanały, ale i to wszystko, co jest w kanałach. Tak jest, konserwuje się i marynuje wszystko, jak samo chce. Konserwują się kanały, mostki, bruki, latarnie, a ten konserwatyzm stanowi przede wszystkim charakterystyczną cechę Warszawy, różniącą ją od innych miast, których mieszkańcy i magistraty zbyt radykalnie sądzą, że wszędzie powinno być zarówno widno i czysto. (…)”



XXXIII. (…) Oto są powody, z pomocą których tłumaczy się jasno panujący obecnie, a sprzeczny z ogólnymi kolejowymi przepisami, zwyczaj układania pasażerów warstwami. Nie wierzącym w istnienie tego zwyczaju polecamy podróż pierwszym lepszym pociągiem choćby nie dalej niż do Pruszkowa. Nie wierzyłem ja w niego sam, dopókim nie przejechał się od jednej
ze stacji do Warszawy na poręczy między dwoma siedzeniami, w postawie człowieka jadącego konno, mając po obu stronach dwie damy i polując mniej więcej szczęśliwie na równowagę podczas całej drogi. (…)”



XXXIV. (…) Czy myślicie, że celem waszym służyć społeczeństwu wedle ducha waszych ustaw? Pokój z wami! Dobrze myślicie!
Ale jakże często jesteście tylko ciepłym pierzem dla safandułów, jakże często bywacie przytułkami dla paralityków
albo warsztatami, w których nasze filistry przerabiają się na szanownych, zasłużonych i bardzo zasłużonych. Znane to drogi,
o miłe filistry! Jesteś niczym, a pragniesz być czymś. Zapisujesz się więc na członka jakiego stowarzyszenia nie dlatego, żeby mu służyć, ale że członek to już jakiś tytuł. Z początku należysz do opozycji, bo nie rozumiesz, jak zarząd, w którym ciebie nie ma, może dobrze kierować instytucją. Tymczasem nadchodzą wybory. Agitujesz wraz ze swymi przyjaciółmi. Obierają cię do komisji rewizyjnej, a potem i do komitetu. Zyskujesz stanowisko i wpływ. Stajesz się głośnym. Znajomi tytułują cię radcą. Dotąd
po prostu byłeś tylko Cymbałkiewiczem, teraz słyszysz w publicznych miejscach, jak nazywają cię „Cymbałkiewiczem
z komitetu”. Oczywiście, stajesz się konserwatystą, choć dobrze nie wiesz, co ci konserwować wypada, i człowiekiem zasad,
choć niekoniecznie zdajesz sobie sprawę, jakich zasad. Powoli zdobywasz opinię człowieka zacności i człowieka niezachwianej prawości. Nie robisz nic a nic, a ludzie sądzą, że wszystko na twych barkach spoczywa, i twoją biedną łysinę, która na dobrą sprawę za grzechotkę ledwo służyć by mogła, mają za ministerialną głowę. Obchodzisz jubileusz czterdziestoletniej działalności na polu… okręcania koło siebie wielkich palców dla konkokcji na żołądku. Wreszcie „wśród powszechnego żalu ziomków”, syt lat
i sławy, oddajesz ducha – ale uspokój się! Sława twoja dłużej żyć będzie od ciebie. Oto widzę twój portret w jakiejś efemerycznej ilustracji, oto w twym nekrologu czytam, co następuje:

„Ze śmiercią Cymbałkiewicza społeczeństwo nasze straciło jedną ze swych głównych podpór. Był to mąż etc… Wieki potomne…” etc.

A wreszcie zakończenie:

„Śpij, śpij, Cymbałkiewiczu!... Po życiu pełnym trudów i syzyfowej pracy niechaj sen drogi będzie twoim udziałem; niechaj ci ziemia lekką, a spoczynek wiekuistym będzie! Śpij, o Cymbałkiewiczu!”

Ależ, duchu pobożny! Całe życie nie robiłeś nic innego. Amen! (…)”



XXXV. (…) Przed kilku dniami mieliśmy zjazd kolejników. Przybyli dyrektorowie uradzili z rana pewne zmiany w taryfie przewozowej, w południe spożyli obiad u Bouquerella, wieczorem skonstatowali fakt, że panna Cholewicka, uważana
ze stanowiska kolejowego, z powodu swej nadzwyczajnej lekkości – nawet bez żadnych zmian w taryfie – mogłaby,
jako nie przenosząca czterdziestu funtów, odbywać darmo podróże kolejami niemieckimi. (…)

W ogóle jednak , o ile się zdaje, obiad u Bouquerella, przedstawienie teatralne, nóżki, zachwyty, toasty i wynurzenia wzajemnych sympatii zajęły większą część programu tego zjazdu niż narady. Była to sobie raczej prosta, sąsiedzka wizyta, nie zaś obfity
w przewozowo-taryfowo-kolejowe następstwa zjazd kolejników. Przynajmniej dotąd nie słyszeliśmy o bezpośrednich jego skutkach. Mogą one okazać się później. (…)”



XXXVI. (…) Publiczność powinna zawsze wiedzieć, co się dzieje w każdej i z każdą instytucją, a każda instytucja powinna się publiczności przypominać. Choćby nie dalej szukając, bierzmy przykład z urzędników naszego Lombardu. Ci, choć o sobie
nie piszą (co zresztą wcale nie pochodzi, jak twierdzą niektórzy, z niepohamowanego wstrętu do ortograficznych nowości),
a jednak dają o sobie wiedzieć. Niech tylko przyjedzie jaki biedak w celu zastawienia ostatnich może gratów, a zaraz przyjmą go tak, że nie tylko sam ich popamięta, ale jeszcze dziesięciu innym opowie. W ten sposób instytucja zyskuje rozgłos, każdy o niej wie i każdy, jeżeli zechce, może z jej uprzejmości korzystać, co wychodzi i na korzyść interesantów, bo ci znając rodzaj tej uprzejmości korzystają z niej w ten sposób, że nie nadużywają jej zbytecznie – i na korzyść urzędników, bo ci mają mniej
do roboty. Wprawdzie wilk w ten sposób nie zawsze bywa syty, ale za to koza bywa cała. (…)”



XXXVII. (…) Powiedzcie, na przykład, co sobie pomyśli przyszły kronikarz, gdy dojdzie go wieść, że za naszych czasów mieli niektórzy ludzie zwyczaj kąpać się w okowicie i gdy pewnego razu zanurzyli się zbyt głęboko, utopili w owym morzu wódczanym tak potrzebne człowiekowi przedmioty, jak uczciwość i honor obywatelski. Co się z tymi rzeczami stało, już dziś krążą najrozmaitsze wieści. Nie wiem, czy szukano ich, ale wiem, że choćby szukano, to by już nie odnaleziono. Przesiąkły widocznie okowitą i poszły jak kamień na dno. Nie wiem także, czy i kąpiący się już ostatecznie wypłynęli – ale wiem znowu, że dla takich rozbitków nie ma portu, że muszą, powinni się rozbić o skały! Rozumiecie mnie, czytelnicy, a jeżeli nie rozumiecie, powiem jasno
i bez przenośni: prąd opinii publicznej powinien koniecznie się zwrócić przeciw takim nadużyciom – choćby dlatego, żeby okazać jasno wszem wobec i każdemu z osobna, że ogół jednoczy się z nimi ani też z nimi współczuje. Nadużyć tych nic nie tłumaczy
i nikt nie potrafi ich obronić. Kto obchodzi prawo i nie płacąc od produktu podatku, sprzedaje go z zyskiem sto na sto i o sto procent taniej od swych współobywateli i sąsiadów, ten wyciąga im gotowy grosz z kieszeni, ten łupi ogół – ten wzbogaca się kosztem publicznym. (…)”



XXXVIII. (…) Nasze szosy nie pozwalają myśleć. Cóż na to poradzić i co stąd wnioskować? Poradzić nie umiem; co zaś
do wniosków, to pierwszy, jaki przychodzi mi do głowy, jest: że ponieważ zarząd naszych szos z obowiązku musi po nich jeździć, co, jak wiadomo, niepodobnym czyni proces myślenia, nie może więc, choćby nawet chciał, o nich myśleć; trzeba zatem dać pokój krzykom i wrzawie przeciw stanowi dróg wyżej wzmiankowanych. Po wtóre, owe wstrząsania głowy mają swoją dobrą stronę,
o której nie należy zapominać. Komu głowa lata na wszystkie strony w karetce, mózg w głowie, a myśli w mózgu, ten porządnie myśleć nie może. To było już dowiedzione, ale zapominamy, że kto nie myśli, ten się nie nudzi, kto się nie nudzi, ten się bawi,
kto się zaś bawi, ten nie ma powodu narzekać ani na stan szos, ani na zarząd, który nad stanem owym czuwa. (…)”



XXXIX. (…) Na trakcie tak zwanym po staremu: krakowskim, wielce zwykle ruchliwym, leży niedaleko już Warszawy karczma „Pociecha”, niezbyt sobie na pozór okazała, niemniej jednak dla ruchu handlowego między Michałowicami, Radomiem i Kielcami, a stolicą ważna. Nazywa się ona „Pociechą” dlatego, że tu woźnice, wedle słów starej piosenki: „Pije Kuba do Jakuba, Jakub
do Michała”, pocieszają się po trudach odbytej drogi; tu jest ostatni przystanek; tu koniom zasypuje się obrok, zmieniają się zużyte podkowy, opatrują się bryki, towary, słowem, czynią się wszelkie zwykłe przygotowania przedstołeczne.

Takie znaczenie miała dotąd „Pociecha”, ale znaczenie to w ostatnich czasach podniosło się niesłychanie, raz dlatego,
że „Pociecha” stała się na większą cześć i chwałę naszego zarządu szosowego ostatnim miejscem, do którego szosa, wiodąca
do Warszawy, jest… jakby tu powiedzieć… spławną, a po wtóre, że w niej utworzyło się pewne towarzystwo na wzajemności oparte, którego działalność dowodzi jasno najprzód tego, czym podobne stowarzyszenia być powinny, a następnie tej wielkiej,
a tak mało jeszcze rozpowszechnionej u nas prawdy, że ręka rękę myje, noga nogę wspiera. (…)

Na pozór stanowi to pewną niedogodność, ale właśnie ten stan rzeczy wywołał owo towarzystwo oparte na wzajemności,
o którym wspomniałem wyżej. Skoro przyjedzie do „Pociechy” jeden furman z czterokonną bryką, czeka na drugiego, następnie we dwóch czekają na trzeciego, następnie we trzech na czwartego, i dopiero kiedy się zbierze szesnaście koni, zaprzęgają je wszystkie razem do każdej po kolei bryki i omijając najstaranniej szosę, na której: lasciate ogni speranza, brną przez prywatne grunta i Mokotowskie Pola do Warszawy. (…)

Na owych gruntach prywatnych i na polach także błoto po uszy i lgną bryki po osie i wyżej osi, ale jednak w szesnaście koni przejechać jakoś można. (…) Zaraz poznasz, że nie jesteś za granicą, w żadnych tam Niemczech ani Belgii, gdzie szosa twarda jest jak stół i jeszcze wysadzona owocowymi drzewami, ale u nas, u siebie, wpośród swoich, blisko poczciwej Warszawy! (…)

…żadne na świecie drogi nie prowadzą ludzi równie bezpośrednio, jak nasze szosy, do nieba. (…) …dałem wam sielankowy obraz
i odmalowałem wedle sił krajobraz drogi widoącej od „Pociechy” do Warszawy. (…)

Drugim cieniem, niezgodnym z ogólną harmonią, jest dola koni, zmuszonych – dla uniknięcia większych otchłani szosowych – ciągnąć bryki przez mniejsze otchłanie rakowieckie. (…)

Gdyby konie umiały mówić i przeklinać, niezawodnie powstałoby między nimi przekleństwo: „Żeby cię „Pociecha” nie ominęła!” Teraz, gdy mrozy ścisnęły, a błoto stwardniało trochę, owe uderzenia batoga mają już wprawdzie znaczenie prowizoryczne,
ale zapewne dla każdego osobno wziętego konia wszystko jedno jest, czy ćwiczą go w sposób prowizoryczny,
czy nieprowizoryczny, czy dla szczególnej potrzeby, czy dla ogólnej zasady. (…)”



XL. (…) Czernić białość dlatego właśnie, że jest białością, jeszcze łatwiej – ale ja, pokorny kronikarz, rozumiem swój obowiązek
w ten sposób, że powinienem bronić prawdziwej zasługi uciśnionej niewinności i zdmuchiwać sadze z białości wszędzie,
gdzie tylko zdarzy mi się po temu jakakolwiek sposobność. (…)

Konfucjusz, mędrzec chiński, mówi:

Jeśli prawdę chcecie wiedzieć,
Lepiej siedzieć, niźli stać,
Lepiej leżeć, niźli siedzieć,
Niźli leżeć, lepiej spać. (…)”


KWIECIEŃ – 21.


["PRZEGLĄD DZIAŁALNOŚCI AKADEMII NAUK"]
(…) W tomie pierwszym Pamiętnika Akademii oprócz Studiów Platońskich dra Samolewicza i rozprawy o poezjach Andrzeja Krzyckiego, dr Węclewskiego, o których w zeszłym numerze „Niwy” wspomniano, znajdują się jeszcze dwie obszerne prace historyczne zasługujące na szczegółowe sprawozdanie.

Pierwszą z nich jest praca Maurycego hr. Dzieduszyckiego zatytułowana: Rys dziejów kościoła katolickiego w Szwecji. (…)

Drugą, niemniej, a nawet nas w dzisiejszym stanie rzeczy więcej jeszcze interesującą pracą, pomieszczoną w Pamiętniku,
jest studium historyczno-etnograficzne: O narodowości polskiej w Prusiech Zachodnich za czasów krzyżackich
przez dra Wojciecha Kętrzyńskiego. (…)


WRZESIEŃ – 29.


["SIELANKA. OBRAZEK LEŚNY"]
(…) W lesie, w głębokim lesie, na obszernej polance, stała chata gajowego Szczepana. …obok chaty stały dwa budynki gospodarskie, zaś przed nią kawał zagrodzonego pola i studnia żurawiana, krzywa, zapadła, z wodą pokrytą zieloną rzęsą. (…)

Drzew niewiele było przy chacie. Kilka czereśni z ciemnym, błyszczącym liściem i brzoza jedna, o długich cienkich prątkach, stojąca tak blisko chaty, że lada wietrzyk rzucał jej zielone warkocze na zapadły, mchem porośnięty dach słomiany; a kiedy wiatr silniejszy przygiął brzozę ku ścianie i wszystkie prątki, i całą falę listków zwiał na dach, wówczas mogło się zdawać,
że brzoza miłuje chatę i że bierze ją w ramiona. (…)

Około polanki bowiem, jak okiem dojrzał, ciągnął się mur ciemnych sosen i gęstwi leśnej. Mur ten przerywał się w jednym miejscu i idąc w dal na kształt korytarza rozszerzał się coraz bardziej. W korytarzu i rozszerzeniu bełkotały fale jeziora
i opłukiwały brzeg polanki. Jezioro było rozległe, bo drugi kraniec jego prawie że ginął w oddaleniu, i chyba jak przez mgłę można było dojrzeć czerwony dach, wieżyczkę stojącego po drugiej stronie kościółka i czarną opaskę lasu, zamykającą niedaleko
za kościółkiem horyzont. (…)

W chacie mieszkał borowy, imieniem Szczepan, i córka jego, lat szesnastu dziewczyna, na imię Kasia. (…) Nieboszczyk stryjko, który czasu swego z różnych pieców chleb jadał, a na starość był organistą w sąsiednim kościółku, nauczył ją czytać na pobożnej książce, a czego stryjko nie nauczył, tego douczyła ustroń leśna. (…)

I ojciec więc, i Kasia wiedli żywot cichy i byli szczęśliwi, jak tylko w ciszy i ustroni leśnej można być szczęśliwym na świecie.

Raz, w wilię Zielonych Świątek, stary Szczepan przyszedł na południe do domu. Obszedł był kawał lasu, więc powrócił zmęczony, bo wracał z bajorów i kęp wilgotnych. Kasia zastawiła mu obiad, a po obiedzie, dawszy jeść psu i pomywszy misy i garnki, rzekła:
- Tatulu?
- A no?
- Pójdę do boru.
- Idź, idź. Niech cię spotka wilk albo jak inna gadzina.
- Pójdę po ziele. Jutro Zielone Świątki, trzeba będzie ziela do kościoła. (…)

Znalazła koszyk, pocałowała ojca w rękę i wyszła. Kasia szła lewym brzegiem jeziora i na wysokim zrębie brzegu widna była jakby na obrazku. Biała jej koszula, czerwona w paski spódniczka i żółta chustka migały z dala pstro niby kwiatek. (…)

Kasia szła ciągle przed siebie, nagle zatrzymała się, uśmiechnęła się i zawstydziła jak wiśnia.

Przed nią, na ścieżce, która niknęła w głębi lasu, stał młody, może ośmnastoletni chłopak.

Młody ten chłopak był to smolarz, ze skraju boru, który szedł właśnie do Szczepanowej chaty.

- Niech będzie pochwalony! – rzekł smolarz.
- Na wieki wieków. (…)

– Jasiu…
- Co, Kasiu? (…)
- Pójdźmy po ziele, pójdźmy co duchu!

Poszli więc, smolarz i Kasia. Miłość z nich biła promienista, ale te dzieci boże nie śmiały mówić o niej. Czuły ją tylko, choć same
nie wiedziały, co czują. (…)

Ale tymczasem w boru rozległo się dźwięcznym echem od sosny do sosny szczekanie psa, i po chwili przybiegł Burek, który wymknąwszy się z chaty gonił tropem za Kasią. (…)

Kasia przyłożyła rękę do czoła i spojrzawszy w górę, między liście, na jasne słońce, rzekła:
- O dla Boga! A toż słońce ze dwie godziny po południu, a ziela nie ma ani kruszyny. (…)

Rozłączyli się i poszli w las, ale szli niedaleko od siebie i równolegle, tak że jedno drugiemu nie schodziło nigdy z oczu. (…)

Smolarz zaczął śpiewać prostą a tęskną piosenkę. (…) On począł śpiewać:
„Moją miłą musisz być,
Moją wole uczynić.”

Kasia zawstydziła się znowu, ale rozśmiała się, i chcąc zagadnąć, odrzekła:
- Nazbierałam już moc ziela: rozchodniku, maszerdonu, macierzanki i rosicy. Jeno by trzeba w wodę zanurzyć, bo do wieczora,
na upale, zwiędną… (…)

- Słuchaj, Kasieńko. Olchy stąd o dwie staje, a między olchami krynica. Pójdź, Kasieńko, napijemy się wody.
Poszli oboje. (…)

…po chwili, między szeregami olch, ujrzeli w czarnym, torfiastym gruncie wijącą się głęboką strugę wody, gdzieniegdzie zarosłą tatarakiem, trzciną lub pokrytą wielkimi krągłymi liśćmi lilij wodnych… (…)

Kasia stanęła pierwsza na brzegu i spojrzała na wodę, w której odbijała się jej wdzięczna, wysmukła postać… (…)
Była bez chustki na głowie, wiatr rozwiał jej trochę warkocze i poruszał promieniami włosów na czole. Opalona była a jasnowłosa, i tylko oczy miała śmiejące się a modre jak chaber, i takież śmiejące się usta. (…)

Kasia pochyliła się z murawy nad wodą, aż jej warkocze spadły na ramiona, potem zwróciła się do smolarza i rzekła:
- A jakże pić będziemy?
- Jak ptaki – odpowiedział smolarz i pokazał jej palcem kilka pliszek i ślicznych jak tęcza zimorodków, które piły opodal, zadzierając dzióbki do nieba.

Ale smolarz umiał sobie poradzić lepiej niż ptaki, bo urwał ogromny liść pieluszka, skręcił go w rożek, i nabrawszy wody, podał Kasi. (…)

(…) …roztrzepana kukułka przyleciała znad wody cichym skrzydłem, siadła na sęku, podniosła główkę, roztworzyła szeroko dzióbek i ozwała się lekkomyślnie:
- Ku-ku! Ku-ku! (…)

Na próżno Kasia, stojąc na brzegu strumienia z niezapominajkami w ręku, odwróciła się w stronę, skąd dolatywał głos kukawki,
i pytała:
- Kukaweńko, siwa kukaweńko, długo ja żyć będę?
Kukawka na to nic.
- Kukaweńko, będę ja bogata?
Kukułka nic.
Więc smolarz:
- Kukaweńko, szara kukaweńko, prędko będzie moje wesele?
Kukawka nic.
- Nie chce nam odpowiadać – rzecze smolarz. – Wróćmy do boru.

Wróciwszy, odszukali wielki kamień, przy którym zostawili koszyk i suche zioła. Kasia siadła pod nim na mchu i poczęła wić wianki, a smolarz jej pomagał. Burek położył się koło nich, wyciągnął przed się kosmate łapy, wywiesił język i począł oddychać ze zmęczeniem… (…)

[Rys. MARZENA GRABIŃSKA - szewmar@wp.pl]

Słońce kłoniło się już ku zachodowi… Powietrze było suche, na zachodzie rozlewała się już wielka zorza wieczorna, niby morze roztopionego złota i bursztynu. (…) W lesie ustawała powoli dzienna praca. (…) Na drzewach ptaki wybierały miejsca na nocleg. (…) Powoli ustawało wszystko, a cichość przerywały tylko szmery drzewne. (…) Cisza.

Ale oto zorza stała się jeszcze czerwieńszą, a na wschodzie pociemniał głęboki błękit niebieski – więc już i wszystkie szmery leśne zlały się w poważne i ciche, choć ogromne chóry – to bór, nim zaśnie, przed nocą, modli się i odmawia pacierze; drzewa opowiadają drzewom chwałę bożą, i rzekłbyś: ludzką rozmawiają rozmową.

Ach! tylko bardzo niewinne dusze rozumieją tę wielką i błogosławioną mowę! Ach! tylko bardzo niewinne serca słyszą i rozumieją, gdy pierwszy chór ojców-dębów tak rzecz zaczyna prowadzić:
- Siostry-sosny, radujcie się: oto Pan dał nam dzień cichy i ciepły, a teraz noc gwiaździstą po ziemi czyni. Wielki Pan, a mocny,
a mocniejszy od nas, a dobrotliwy, więc chwała mu na wysokościach, na wodach, na lądach i na powietrzu!

A sosny przez chwilę rozważają dębowe słowa, a potem ozwą się zgodnie chórem:
- A oto, Panie, na chwałę twoją, niby kadzielnice ofiarne, ronimy balsam wonny i mocną a mocną woń żywiczną. Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię twoje!

A potem brzozy:
- Zorze wieczorne płoną na niebie, o Panie, a w blaskach ich listeczki nasze złote są i pałające. Więc listkami naszymi złotymi pieśń ci czynimy, o Panie, a cienkie gałązki nasze grają jak harfy, o dobry Ojcze nasz!

I znowu smętne świerki:
- Na umęczone upałem, posępne czoła nasze pada rosa wieczorna. Chwała Panu! Bracia i siostry, radujcie się, bo pada rosa wieczorna!

I wśród tych chórów jedna tylko osiczyna drży lękliwie, bo dała drzewa na krzyż Zbawiciela świata, i czasem tylko zajęczy cicho:
- Panie, zlituj się nade mną!

A czasem znowu, gdy dęby i sosny zmilkną na chwilę, od stóp ich podnosi się cichutki, lękliwy głosik, cichy jak brzęczenie komara, cichy jak cichość sama. Głosik ten śpiewa:
- Jagódkam jest, o Panie! maleńka i w mchu utulona. Ale ty mnie usłyszysz, odróżnisz i ukochasz, bo chociażem maleńka, pobożnam jest i śpiewam tobie chwałę!

Tak modli się co wieczora las, i taka kapela podnosi się co wieczór od ziemi ku niebu i leci wysoko, wysoko, aż tam, gdzie nie ma już żadnego stworzenia, gdzie nie ma nic, tylko pył srebrny gwiazd i mleczne szlaki, i gwiazdy, a nad gwiazdami – Bóg! (…)

Potem mrok pada: w dalekiej wsi skrzypią żurawie od studni, potem błyskają okienka, i z daleka, z daleka, dochodzi szczekanie psów.

Ale gdy Kasia siadła pleść wianki pod mszystym kamieniem, słońce nie zgasło jeszcze nad lasem. (…)

Ciepły wiatr całował jej skronie i twarz, a szum drzew kołysał ją jak do snu. (…) Ręce Kasi trzymały jeszcze niewidoczny splot ziela. Spała widać snem lekkim i miłym, bo uśmiechała się przez sen jak dziecko, co rozmawia z aniołami, bo czysta była
jak dziecko, i Bogu dziś służyła dzień cały, wijąc wianki na jutro do kościoła.

Smolarz siedział koło niej, ale nie spał. (…)

I długo jeszcze spała Kasia, i długo siedzieli tak oboje. Tymczasem zmroczyło się. (…)

Nagle za jeziorem w kościółku zadzwoniono… (…) Klękli oboje przy omszałym kamieniu… (…) I tak, klęcząc, modliły się te boże dzieci. Cicha, letnia błyskawica przeleciała między wschodem i zachodem, a po świetle jej zesunął się z nieba rój aniołów skrzydlatych i zawisnął nad głowami tych dwojga. A potem pomieszali się z aniołami i sami byli prawie jak anieli, bo nad te dwie dusze nie było jaśniejszych, czystszych i bardziej niewinnych na ziemi.


LISTOPAD – 20.


["STARY SŁUGA"]
(…) Obok starych ekonomów, karbowych i leśników, drugim typem, niknącym coraz bardziej z powierzchni ziemi, jest stary sługa. (…)

W domu rodziców moich pełnił najrozmaitsze obowiązki: był kredencerzem, lokajem; latem w roli ekonoma chodził do żniwa, zimą do młocarni, posiadał klucze od składu wódczanego, od piwnic, od lamusu; nakręcał zegary, ale przede wszystkim zrzędził. (…) W czasie obiadu stawał za krzesłem ojca i choć sam nie posługiwał, ale doglądał posługującego chłopca i zatruwał mu życie ze szczególną pasją. (…) Do rozmowy prowadzonej przy stole stale się wtrącał i stale był wszystkiemu przeciwny. (…)

I tak szło już w kółko bez sposobu zatrzymania starego marudy. My, to jest ja i brat młodszy mój, baliśmy się go,
jak wspomniałem, prawie więcej niż naszego guwernera, księdza Ludwika, a z pewnością więcej niż obojga rodziców. Dla sióstr był grzeczniejszy. (…)

…uczył nas swego dawnego wojennego rzemiosła. Częstokroć po obiedzie, ja i mój brat uczyliśmy się maszerować pod jego okiem, a z nami razem maszerował i ksiądz Ludwik, który to robił bardzo śmiesznie. (…) Ja, jako najstarszy, najbardziej byłem pod jego komendą, najwięcej też cierpiałem. Swoją drogą, stary Mikołaisko, gdy oddawano mnie do szkół, buczał tak, jakby się największe nieszczęście wydarzyło. (…)

Pamiętam, gdym pierwszy raz przyjechał na święta, spali wszyscy jeszcze w domu. (…) …otwierają się drzwi od kuchni i stary Mikołaj z nosem zaczerwienionym od zimna, brnie po śniegu z garnuszkami dymiącej śmietanki na tacy. Gdy mnie zobaczył, „Paniczku złoty, najdroższy!” jak krzyknie i, stawiając szybko tackę, przewraca oba garnuszki, łapie mnie za szyję i poczyna ściskać i całować. (…)

Ojciec chciał, a przynajmniej obiecywał mi dać w skórę za dwa mierne z kaligrafii i z niemieckiego, jakie z sobą przyniosłem;
ale z jednej strony moje łzy i przyrzeczenia poprawy, z drugiej interwencja mojej słodkiej matki, a na koniec awantury, jakie wyrabiał Mikołaj, stanęły temu na przeszkodzie. Mikołaj o kaligrafii nie wiedział, co by to było za stworzenie, a o karze
za niemiecki nie chciał słyszeć.
- A co on to luter jest, czy szwab jaki? – mówił. – Albo to pan pułkownik umiał po niemiecku? (…)

Stary Mikołaisko miał jeszcze jedną właściwość. Rzadko się rozgadywał o dawnych swoich wyprawach, ale gdy w szczególnych chwilach dobrego humoru się rozgadał, to kłamał jak najęty. (…)

…dzieci nie udały się staremu. Syna miał istotnie, ale był to wielki nicpoń, który doszedłszy lat, nabroił Bóg wie co, a wreszcie poszedł w świat i znikł gdzieś bez śladu; córka zaś jego, swego czasu podobno cud dziewczyna, bałamuciła się ze wszystkimi oficjalistami, jacy tylko byli we wsi, i wreszcie wydawszy na świat córkę, umarła. Córka ta zwała się Hania. (…)

…wpływ Mikołaja na nas nie mógł być szkodliwy, bo przeciwnie, stary sam czuwał nad nami i nad naszym postępowaniem, nader starannie i surowo. Był to człowiek w całym znaczeniu tego wyrazu sumienny. Z czasów żołnierskich pozostał mu jeden bardzo piękny przymiot, to jest właśnie owa sumienność i dokładność w wypełnianiu rozkazów. (…)

Jakoś w kilka miesięcy później pojechał Mikołaj na jarmark do pobliskiego miasta, za kupnem koni fornalskich, bo na koniach znał się doskonale. Wieczorem ekonom przyszedł powiedzieć, że Mikołaj wrócił, konie kupił, ale wrócił pobity i że wstydzi się pokazać. Ojciec poszedł natychmiast do niego.
- Co tobie jest, Mikołaju?
- Pobiłem się – odburknął krótko.
- Wstydź się stary. Burdy po jarmarku będziesz robił? Rozumu nie masz? Stary a głupi! Wiesz ty, że innego wypędziłbym za taką sprawkę. Wstydź się. Musiałeś się upić. To ty mi psujesz ludzi, zamiast im dawać przykład.

Ojciec mój gniewał się istotnie, a gdy się gniewał, to nie żartował. Ale co było dziwne, że Mikołaj, który zwykle w takich razach
nie zapominał języka w gębie, tym razem milczał jak pień. (…) Jednakowoż poturbowali go nie żartem. Nazajutrz rozchorował się tak, że potrzeba było posyłać po doktora. Doktor dopiero wyjaśnił całą sprawę. (…)

Ojcu memu, gdy usłyszał to opowiadanie, łzy zakręciły się w oczach. Nie mógł sobie darować, że wyburczał Mikołaja, który naumyślnie o całej sprawie zamilczał. Gdy wyzdrowiał, ojciec poszedł mu robić wymówki. Stary początkowo nie chciał się przyznać do niczego i według zwyczaju mruczał, ale potem rozczulił się i popłakali się razem z ojcem, jak bobry.

Tego doktora, swoją drogą, Mikołaj przez długi czas nienawidził. (…) Była to rzecz taka: miałem śliczną i młodą cioteczkę, siostrę ojca, która mieszkała przy nas. (…) Mikołaj poprzednio lubił doktora…; ale gdy doktor począł bywać u nas w widocznych zamiarach względem cioci Maryni, uczucia Mikołaja dla niego zmieniły się do niepoznania. (…) Szczęściem jednak dla młodego eskulapa, ciocia Marynia żywiła dla niego uczucia wprost Mikołajowym przeciwne;… (…)

W pół roku potem nastąpiło wesele i panna pułkownikówna oblana potokiem łez krewnych i domowników w ogólności, a Mikołaja w szczególności, odjechała dzielić dolę z doktorem. (…)

…ciocia Marynia była za doktorem Stanisławem jak najszczęśliwsza. Po roku dał im Bóg ślicznego chłopaka, po roku znów dziewczynkę, i potem już na przemiany, jak zapisał. Mikołaj dzieci te kochał jak własne, obnosił je na ręku, pieścił, całował;…

(…) …wreszcie skończyła się i jego niechęć do doktora Stasia. Zachorowała mu ciężko Hania na tyfus. Były to i dla mnie dni
do strapienia, bo Hania była moją rówieśnicą i jedyną towarzyską zabaw, kochałem ją więc prawie jak siostrę. Owóż doktor Staś trzy dni prawie nie wychodził z jej pokoju. Stary, który Hanię kochał całą siłą duszy, przez czas jej choroby chodził jak struty;
ani jadł, ani spał; siedział tylko u drzwi jej pokoju, bo do łóżka nikomu, prócz mojej matki, nie wolno było przystąpić i żuł twardą, żelazną boleść, która rozrywała mu piersi. (…) …po wielu dniach śmiertelnej bojaźni, doktor Staś otworzył cicho drzwi od pokoju chorej i z promienną szczęściem twarzą wyszeptał do oczekujących wyroku w przyległej izbie, jeden mały wyraz: „uratowana!”, stary nie wytrzymał, ale ryknął jak żubr i rzucił mu się do nóg, powtarzać tylko ze łkaniem: „dobrodzieju mój! dobrodzieju!”
Hania rzeczywiście szybko potem wyzdrowiała; doktor Staś oczywiście został oczkiem w głowie starego. (…)

Ale w rok jaki po tym zdarzeniu począł zapadać sam stary. Prosta i silna postać jego pochyliła się. Zgrzybiał bardzo, przestał marudzić i kłamać. W końcu, dobiegłszy prawie dziewięćdziesięciu lat życia, zdziecinniał całkowicie. (…)

Na kilka dni przed śmiercią nie odróżniał już ludzi; ale w sam dzień śmierci dogorywająca lampa jego umysłu zaświeciła raz jeszcze jasnym światłem. (…) Nagle dali nam znać, że stary Mikołaj kona. Leżał na łóżku blady już bardzo, żółty i prawie stygnący, ale spokojny i przytomny. Piękną była ta głowa wyłysiała, zdobna dwiema szramami; głowa starego żołnierza
i uczciwego człowieka. (…)

- Nie ma mojego pana i ukochanej pani – wyszeptał – więc ciężko mi umierać. Ale wy jesteście, paniczu złoty, dziedzicu mój… Opiekujcie się tą sierotą… Bóg wam nagrodzi… Nie gniewajcie się… Jeślim co zawinił… przebaczcie. Bywałem przykry,
ale wierny…


LISTOPAD – 23. [Lwów]


["AD USUM DELPHINI. WSPOMNIENIA Z TEATRU WE LWOWIE"]
Była może godzina dziesiąta rano, gdy idąc Hetmańskimi Wałami od Mariackiego placu ku ulicy Teatralnej, ujrzałem przed sobą po raz pierwszy wyniosłe mury skarbkowskiego teatru we Lwowie. Gmach to ogromny, mało co mniejszy, a może i nie mniejszy od naszego teatru w Warszawie, a jakkolwiek styl jego nie odznacza się niczym osobliwym, całość jednak imponuje ogromem
i powagą. Zabudowany w czworokąt, bokami wychodzi na cztery ulice, wewnątrz zaś obejmuje dwa wielkie dziedzińce, salę przedstawień prawie większą, a przynajmniej pakowniejszą od naszej, scenę, garderoby, kancelarię zarządu teatralnego, olbrzymią kawiarnię i mnóstwo mieszkań rozrzuconych po dwóch piętrach w dziedzińcach. (…)

LISTOPAD - GRUDZIEŃ


["HANIA"]
I. Kiedy stary Mikołaj, umierając, zostawił Hanię opiece i sumieniu memu, miałem wówczas lat szesnaście; ona zaś, młodsza niespełna o rok, również wychodziła zaledwie z lat dziecinnych.

Od łoża zgasłego dziadka odprowadziłem ją prawie przemocą i oboje udaliśmy się do naszej domowej kaplicy. (…) Złamana bolem, zmęczona łkaniem, bezsennością i żalem dziecina, oparła swą biedną główkę o moje ramię i tak pozostawaliśmy
w milczeniu. (…) Nie śmiałem się ozwać do niej żadnym słowem pociechy, tuliłem ją tylko do siebie, jakby już opiekun albo brat starszy. (…) Tymczasem nadszedł brat mój młodszy Kazio i klęknął za nami, a potem ksiądz Ludwik i kilkoro ludzi ze służby. (…) Po skończonym pacierzu rozeszliśmy się na spoczynek. Poleciłem starej Węgrowskiej, gospodyni, aby odprowadziła Hanię
do pokoiku, w którym odtąd miała mieszkać… (…) Mimo żalu za Mikołajem, którego kochałem serdecznie, czułem się dumny
i szczęśliwy niemal ze swojej roli opiekuna. (…) Myśl, że Hania z czasem dorośnie i że trzeba ją będzie wydać za mąż,
nie przychodziła mi wtedy do głowy. Myślałem sobie, że zawsze zostanie przy mnie, otoczona staraniami jak siostra, kochana
jak siostra, smutna może, ale spokojna. (…)

Z tymi myślami usnąłem. Nazajutrz rano począłem wprowadzać w czyn powierzoną mi opiekę. (…) …przyszliśmy z Kaziem
na śniadanie… Rozsiadłem się z nadzwyczajną powagą na krześle ojca i rzuciwszy okiem dyktatora na stół, zwróciłem się
do posługującego chłopaka i rzekłem sucho a rozkazująco:
- Nakrycie dla panny Hanny. (…)
…nakrycie za chwilę było gotowe, otworzyły się drzwi i weszła przez nie Hania; ubrana w czarną suknię, którą przez noc uszyły jej panna służąca i stara Węgrowska, blada, ze śladami łez na oczach i ze swymi długimi warkoczami, które spływały po sukience i kończyły się wstążeczkami z czarnej żałobnej krepy, wplecionej między promienie włosów. (…) Hania milczała i tylko od czasu do czasu odpowiadała na moje pytania, co będzie jadła i piła:
- Nic, proszę łaski panicza. (…)
- Haniu, pamiętaj, że odtąd tyś moją siostrą. Odtąd nie mów mi nigdy: proszę łaski panicza.
- Dobrze, proszę łask… dobrze, paniczu. (…)

Służba nasza poczęła ją traktować inaczej: nie jak koleżankę, ale jak panienkę. Wola najstarszego syna w rodzinie, choćby nawet i dziecka, była u nas bardzo szanowana. Tego wymagał i mój ojciec. Od tej woli służyło prawo apelacji do starszego pana
i starszej pani, ale nie wolno było sprzeciwiać się jej bez upoważnienia. (…) Najwięcej biernego oporu spotkałem w niej samej,
bo dziecinka była lękliwą i w zbytniej czci dla „państwa” przez samego Mikołaja wychowaną, aby z łatwością mogła się ze swoim losem pogodzić.

* * * * *

II. Pogrzeb Mikołaja odbył się w trzy dni po jego śmierci. (…) Starca pochowano w naszych grobach rodzinnych, a trumnę jego postawiono przy trumnie dziada mojego, pułkownika. (…)

Po powrocie do domu, Hania poszła płakać do pokoiku dziadka, ja zaś nie mogłem za nią pospieszyć, bo wraz z księdzem Ludwikiem musieliśmy przyjmować gości. Wreszcie rozjechali się wszyscy, został tylko Mirza-Dawidowicz, który miał przepędzić u nas resztę świąt Bożego Narodzenia, trochę się ze mną uczyć, bo byliśmy obaj w siódmej klasie… (…) Ach! cudny był chłopak ten Selim! Oczy jego miały już zaledwie dostrzegalny skośny kierunek. (…) Rysy miał regularne, szlachetne, jakby
spod rzeźbiarskiego dłuta wyszłe, płeć smagłą, ale delikatną, wypukłe trochę, czerwone jak malina usta, słodki uśmiech i zęby jak perły. (…) Serce miał jak najlepsze, skłonność do szlachetnych porywów wielką. Był jednak roztrzepany, trochę lekkomyślny i hulaka niepohamowanego temperamentu. (…) My obaj kochaliśmy się jak bracia, czubili często, godzili równie często i przyjaźń trwała niepożyta. (…)

…przyjechawszy z pogrzebu Mikołaja, miał już u nas pozostać do końca świąt Bożego Narodzenia. (…) W sali, do której przeszliśmy po obiedzie, panowało milczenie. Hania…, ja i Selim, siedząc pod oknem na kanapce, poglądaliśmy na staw od strony ogrodu, na bór za stawem i na niknący blask dzienny. Wkrótce zrobiło się szaro. (…) Selim począł już coś gwarzyć i szczebiotać, gdy Hania przysunęła się do mnie nagle i wyszeptała:
- Paniczu, mnie czegoś straszno: ja się boję.
- Nie bój się, Haniulko – odpowiedziałem, przyciągajć ją do siebie. – Przytul się do mnie: ot tak. Póki jesteś przy mnie, nic ci się złego stać nie może. (…)
- Mirza, każ Frankowi podać światło. (…)
- Pan każe ci przynieść światło,…
Franek poszedł po lampę i wrócił z nią za chwilę; ale pokazało się, że światło razi zapłakane oczy Hani, więc Mirza je zgasił. (…)

Cisza panowała między nami wielka, było nam trochę straszno, ale dobrze.
- Niech Mirza opowie nam jaką bajkę – rzekłem. – On tak ślicznie opowiada. Dobrze, Haniu?
- Dobrze – odpowiedziała dziewczynka. (…)
Po chwili zaczął opowiadać swoim drgającym, sympatycznym, a przyciszonym głosem… (…)

…potem urwał… i spojrzał na Hanię. Dziecina spała… (…) Zbliżyłem cicho usta do warkocza Hani i ucałowałem go. (…) Wysunąłem delikatnie ramię spod główki śpiącej, główkę zaś oparłem na kanapie. Po czym ostrożnie wziąłem Hanię na ręce. (…) Mirza otworzył drzwi do przyległego, oświeconego pokoju i w ten sposób dotarliśmy aż do zielonego gabinetu, który przeznaczyłem na mieszkanie Hani. Łóżeczko było już tam posłane… (…)

Mnie i Selimowi dano osobny pokój, bo ksiądz wiedział, że lubimy gawędzić, a nie chciał nam przeszkadzać. Kiedym się już rozebrał i zauważyłem, że i Mirza poczyna toż samo czynić bez pacierza, spytałem:
- Czy ty, Selimie, rzeczywiście nie modlisz się nigdy?
- Co ja zrobię? – mówił. – Ja w tego naszego proroka, co innym nie pozwalał mieć więcej jak jedną żonę, a sam miał ich tyle, ile mu się podobało, nie wierzę. Przy tym, mówię ci, że lubię wino. Nikim innym jak mahometaninem być mi nie wolno, ale ja w Boga przecież wierzę i nieraz modlę się jak umiem. Czy ja co wiem wreszcie? Wiem, że jest Pan Bóg, i kwita. (…)

Po chwili Selim ozwał się:
- Wiesz co, Henryku? Jak ja tobie zazdroszczę. Ty, to już jesteś naprawdę dorosły.
- Spodziewam się. (…)
- Ba! ba! A może być. Będziesz się nią opiekował, a potem się z nią ożenisz.
Aż siadłem na łóżku.
- Mirza, czyś ty oszalał? (…)
Pytanie Mirzy rozświeciło, niby błyskawicą, te strony serca mojego, które i dla mnie były jeszcze ciemne. Tysiące myśli,
niby tysiące ptaków, przeleciało mi nagle przez głowę. Ożenić się z moją drogą, ukochaną sierotką, tak! (…)
- Mirza, czyś ty oszalał?
- Założyłbym się, że się już w niej kochasz – odparł Mirza.
Nie odrzekłem nic, zgasiłem światło, potem porwałem róg poduszki i począłem go całować.
Tak! już ją kochałem.

* * * * *

III. Drugiego czy trzeciego dnia po pogrzebie przyjechał wezwany telegramem ojciec. Drżałem, żeby nie odwołał moich względem Hani rozporządzeń, i przeczucia moje spełniły się do pewnego stopnia. Ojciec pochwalił mnie i uściskał za gorliwość
i sumienność w spełnianiu obowiązków; cieszyło go to widocznie. (…) rozporządzenia moje niezbyt mu się podobały. (…) Również nie podobał mu się projekt kształcenia, tak jak miały się kształcić moje siostry.
- Nie odwołuję i nie cofam nic. To rzecz twojej matki – mówił do mnie. – Ona postanowi, co zechce. To jej wydział. Ale warto się zastanowić, jak będzie lepiej dla samej dziewczyny. (…) …mężczyźnie ukształcenie daje pozycję, ale z kobietami inna rzecz.
W kobiecie wykształcenie powinno być zastosowane do pozycji, jaką ona w przyszłości ma zająć. Taka dziewczyna nie potrzebuje innego, jak średniego wykształcenia; nie potrzebuje francuszczyzny, muzyki i tym podobnie. (…)

- Ojcze!
- Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Co tobie jest?
Byłem czerwony jak burak. Krew mało mi nie wytrysła z twarzy. W oczach zrobiło mi się ciemno. (…) Słowa ojca… zraniły mnie… Ojciec uniesienia mego nie zrozumiał i przypisał je zbytniemu przejęciu się powierzonymi mi obowiązkami, co zresztą w moim wieku było naturalnym, a co, zamiast rozgniewać, pochlebiło mu tylko i osłabiło jego niechęć do wyższego kształcenia Hani. Umówiłem się z ojcem, że napiszę list do matki, która przez długi czas jeszcze miała bawić za granicą, i poproszę jej, aby wydała ostateczne w tym względzie postanowienie. (…) …list mój był prawdziwym w swoim rodzaju arcydziełem, które musiało wywrzeć swój skutek. Uspokojony tym cokolwiek, oczekiwałem cierpliwie odpowiedzi, która nadeszła aż w dwóch listach; w jednym
do mnie, w drugim do pani d’Yves. Wygrałem bitwę na wszystkich punktach. (…)

…od owej pamiętnej dla mnie nocy, w której doszedłem do świadomości własnych uczuć, stosunki moje z Hanią odmieniły się znacznie. (…) Poczynałem ją czcić tak, jak zwykle się czci przedmiot pierwszej miłości, a gdy dzieweczka niewinna,
nie domyślająca się niczego i nie wiedząca o niczym, garnęła się po dawnemu do mnie, gniewałem się w duszy i na nią, siebie zaś poczytywałem za świętokradcę. (…) Ukrywałem więc swoją miłość przed wszystkimi, prawie że i przed sobą samym i istotnie nikt jej nie dostrzegł. (…) Hani wyznawać moich uczuć nie miałem najmniejszego zamiaru. (…) Selim tymczasem wariował, śmiał się, dowcipkował i był wesoły za nas obydwóch. On to pierwszy wywołał uśmiech na twarzy Hani, gdy pewnego razu
przy śniadaniu zaproponował księdzu Ludwikowi, by przeszedł na mahometańską wiarę i ożenił się z panią d’Yves. (…)
W postępowaniu jego znać było pewną czułość i troskliwość, ale i w tym stosunku przemagała wrodzona mu wesołość. Był z nią
o wiele poufalszy niż ja. Widać było, że Hania lubi go bardzo, bo ile razy wchodził do pokoju, tyle razy stawała się weselszą. (…)

Ale tym czasem skończyły się święta Bożego Narodzenia. Moje słabe nadzieje, że zostanę już w domu, nie sprawdziły się ani trochę. Wielkiemu opiekunowi oświadczono pewnego wieczora, aby nazajutrz rano był gotowy do drogi. (…) Jakoż wstaliśmy
o szóstej godzinie, jeszcze po ciemku. Ach! dusza moja była tak ponurą wówczas, jak ów ranek zimowy, ciemny i wietrzny. Selim był także w jak najgorszym humorze. (…) Z bijącym sercem poglądałem na drzwi zielonego gabinetu, czy też nie wyjdzie,
czy odjadę nawet bez pożegnania. (…) Gdy wstaliśmy od śniadania, Hania wyszła z gabinetu, zaspana jeszcze, cała różowa,
z potarganymi włosami na główce. (…) Nie miałem zamiaru wyznać, że ją kocham, ale parło mnie, żeby jej powiedzieć coś takiego, jak: moja droga, ukochana moja Haniu! i ucałować przy tym jej ręce. (…) Tymczasem sama Hania zaczęła:
- Mój Boże! jak to smutno będzie bez panicza!
- Przyjadę na Wielkanoc – odpowiedziałem szorstko, niskim, nieswoim basem.
- A do Wielkanocy tak daleko.

W tej chwili wpadł Mirza, a za nim ojciec mój, ksiądz Ludwik, pani d’Yves i jeszcze kilkoro ludzi. Wyrazy: „siadać! siadać!” zabrzmiały mi w uszach. Wyszliśmy wszyscy na ganek. (…)
- Bądź zdrowa, Haniu! – rzekłem, podając jej rękę, a w duszy płakało mi sto głosów i sto najczulszych pieszczonych wyrazów
na ustach. Nagle spostrzegłem, że dziewczynka płacze… …choć serce pękało w kawałki, odezwałem się zimno i szorstko:
- Nie rozczulajże się bez powodu; moja Haniu – to rzekłszy siadłem do sanek.
Tymczasem Mirza żegnał się ze wszystkimi. Przybiegłszy do Hani, porwał jej obie ręce i mimo, że dziewczynka się wydzierała, począł całować zapamiętale to jedną, to drugą. (…)

Podniosłem kołnierz od futra i rozpłakałem się sam jak małe dziecko, ale cicho, bo bałem się, żeby nie schwytał mnie na płaczu Mirza. (…) Nie dojechaliśmy jeszcze jednak do Chorzel, gdy ozwał się:
- Henryk!
- Co?
- Beczysz?
- Daj mi pokój.
I znów zapanowało między nami milczenie. Ale po chwili Mirza znów:
- Henryk!
- Co?
- Beczysz?
Nie odpowiedziałem nic; nagle Mirza pochylił się, złapał ręką śniegu, podniósł mi czapkę, rozprószył mi śnieg na głowie i przykrył ją znowu, mówiąc:
- To cię ochłodzi.

* * * * *


IV. Na Wielkanoc nie powróciłem do domu, bo bliski egzamin maturitatis stanął temu na przeszkodzie. Przy tym ojciec mój życzył sobie, abym jeszcze przed rozpoczęciem roku uniwersyteckiego zdał egzamin wstępny do Szkoły Głównej… (…) Pracowałem więc usilnie. Oprócz zwykłych godzin gimnazjalnych i pracy do egzaminu maturitatis braliśmy z Selimem jeszcze lekcje specjalne od młodego akademika, który, sam niedawno do Szkoły Głównej wstąpiwszy, wiedział najlepiej, czego nam potrzeba. (…)

Olśniony tymi nowymi prawdami, nie miałem czasu zbyt wiele myśli i marzeń poświęcać Hani. Z początku, zaraz po przyjeździe, nie rozstawałem się z moim ideałem. Listy, jakie otrzymywałem od niej, podsycały ten ogień na ołtarzu mego serca, ale wobec oceanu idei młodego akademika cały nasz światek wiejski, taki cichy, spokojny, począł coraz drobnieć i zmniejszać się w moich oczach, a z nim razem nie znikła wprawdzie, ale jakby zasnuła się lekką mgłą postać Hani. Co do Mirzy, ten szedł na równi ze mną drogą gwałtownych reform, a o Hani myślał tym mniej, że naprzeciw stacji naszej było okno, w którym siadywała pensjonarka Józia. Owóż Selim począł do niej wzdychać i po całych dniach poglądali na siebie z dwóch okien jak dwa ptaki z klatek. (…)

Na koniec nadeszły czasy egzaminów. Zdaliśmy je, obaj z Selimem, i maturę i wstępny uniwersytecki bardzo pomyślnie, po czym już byliśmy wolni jak ptaki, ale trzy dni jeszcze zabawiliśmy w Warszawie. Użyliśmy tego czasu na sprawienie sobie akademickich mundurów i na obchód uroczystości, którą nasz mistrz uważał za niezbędną, to jest na inauguracyjne upicie się we trzech,
w pierwszym lepszym sklepie winnym. (…)

W jesieni, na początku października, mistrz nasz umarł na suchoty. Za trumną jego niewielu nawet szło kolegów, bo były to wakacje, i tylko matka biedna, przekupka święconych obrazów i świec woskowych spod dominikańskiego kościoła, zawodziła głośno za synem, którego często nie rozumiała za życia, ale którego, jako zwyczajnie matka, kochała.

* * * * *

V. Na drugi dzień po owej naszej pijatyce przyszły konie od starego Mirzy z Chorzel i obaj z Selimem ruszyliśmy rankiem
do domów. (…) Maleńka bryczuszka nasza, zaprzężona w cztery bachmaty, podskakiwała na bruku, jak ciągnięty na sznurku orzeszek. Wkrótce oblał nasze twarze rzeźwy i chłodny powiew od rzeki, zatętniał most pod kopytami koni i po półgodzinnej jeździe byliśmy za rogatkami wśród pól obszernych i zbóż, i lasów. (…)

Drogę odbywaliśmy szybko, bo na wszystkich głównych przestankach czekały na nas rozstawne konie. Drugiego dnia
po całonocnej jeździe, nad wieczorem, wyjechawszy z lasu ujrzeliśmy Chorzele, a raczej śpiczasty szczyt domowego minaretu, świecący w blaskach zachodzącego słońca. Wkrótce wjechaliśmy na groblę wysadzoną wierzbami i ligustrem, po obu stronach której leżały dwa ogromne stawy z młynami i tataraki. (…)

Spojrzałem na Selima. Miał łzy w oczach, a wejrzenie jego świeciło nieporównaną, właściwą tylko jemu słodyczą. Wjechaliśmy
na dziedziniec. Przed oszklonym gankiem siedział stary Mirza i pociągając błękitny dym z cybucha, pogłądał radosnym okiem
na to ciche i pracowite życie, rojące się na onym wdzięcznym krajobrazie. Ujrzawszy swego chłopaka, zerwał się żywot z miejsca, chwycił go w ramiona i począł długo przyciskać go do piersi, bo choć surowy był dla syna, ale kochał go nad wszystko. (…) Weszliśmy do sali jadalnej. (…)

…trudno mi istotnie opisać miłość, z jaką stary spoglądał na chłopaka i z jaką wodził oczyma za każdym jego ruchem. Nie chcąc im przeszkadzać, trzymałem się na uboczu; ale stary, gościnny jak prawdziwy szlachcic polski, wnet zaczął mnie podejmować
i ściskać i zatrzymywać na noc. Nie chciałem się zgodzić na nocleg, bo pilno mi było do domu, ale musiałem przyjąć wieczerzę. Wyjechałem z Chorzel późną nocą i kiedym się zbliżał do domu, Kurki już weszły na niebie, to się znaczy, była już północ. (…)

Zajechałem przed ganek dworu; psy tylko wypadłszy ze wszystkich stron, poczęły koło bryczki ujadać. Wysiadłem i zastukałem do drzwi; przez długi czas nie mogłem się dostukać.
- Kto tam?
Ozwałem się, Franek otworzył drzwi i zaraz przypadł mi do ręki. (…) …wprowadził mnie do jadalnego pokoju, zapalił lampę wiszącą nad stołem i wyszedł przyrządzać herbatę.

…wkrótce… nadbiegł ksiądz Ludwik w kitlu nocnym, poczciwa pani d’Yves ubrana również w bieli, w swoich zwykłych papilotach
i w czepku, i Kazio, który o miesiąc wcześniej przyjechał ze szkół na wakacje. (…) …z drugiego pokoju rozległ się tętent bosych nóżek i wpadły dwie moje małe siostrzyczki w koszulkach tylko i w czepeczkach, powtarzając: „Henliś psijechał! Henliś psijechał!” i wskoczyły mi na kolana. (…)

…w pięć minut może potem Hania weszła do pokoju. (…) Przede mną stała już prawie dorosła, a przynajmniej dorastająca panna. Kształty jej wypełniły i zaokrągliły się cudnie. Twarz miała cerę delikatną, ale zdrową, na policzkach płonęły rumieńce, jakby odblask zorzy porannej. (…) W ciekawości, z jaką patrzyliśmy wzajem na siebie, tkwiła już jakaś wstydliwość młodzieńcza
i dziewicza. (…)

Po godzinnej rozmowie udaliśmy się do niej wszyscy na spoczynek. Poszedłem do siebie trochę rozmarzony, trochę zdziwiony, trochę zawiedziony i pobity, ale przez rozmaite wrażenia. Podsycona na nowo miłość poczęła się przeciskać jak płomień
przez szczeliny płonącego budynku i wkrótce pokryła owe wrażenie zupełnie. To po prostu postać Hani, ta postać dziewicza, rozkoszna, pełna uroków, tak jak ją ujrzałem nęcącą, owioniętą ciepłem snu, z białą rączką, podtrzymującą nieład ubrania
na piersiach i z rozpuszczonymi warkoczami, wzburzyła moją młodą wyobraźnię i przesłoniła mi sobą wszystko. (…)

* * * * *

VI. Nazajutrz wstałem bardzo wcześnie i wybiegłem do ogrodu. (…) Biegłem szybko do grabowego szpaleru, bo serce mówiło mi, że tam zastanę Hanię. (…) Dopiero po śniadaniu znalazłem się z nią sam na sam i spytałem, czy nie zechce się przejść
po ogrodzie. Zgodziła się chętnie… (…) Wyszliśmy razem do ogrodu. (…) Spojrzałem jej głęboko w oczy; sam nie wiedziałem,
czy mnie trochę bada, czy licząc na wrażenie, jakie na mnie uczyniła wczoraj, a jakiego ukryć nie umiałem, igra sobie ze mną
w sposób trochę okrutny. (…) Hania spojrzała na mnie szybko. (…)

Siadła na ławce nie opodal szpaleru, pod ogromną lipą, skąd istotnie widok był bardzo piękny na staw, groble i las za stawem. Hania ukazywała mi go parasolką, ale ja, jakkolwiek miłośnik pięknych widoków, nie miałem ochoty nań patrzyć, bo raz,
że znałem go doskonale, po wtóre, miałem przed sobą Hanię, piękniejszą stokroć od wszystkiego, co ją otaczało… (…) Siedzieliśmy obok siebie jak dwie lalki: zdawało mi się, że słyszę przyśpieszone bicie własnego serca. Położenie nasze było nieznośne. Chwilami czułem, że jakaś ręka bierze mnie za kołnierz i chce rzucić do jej stóp, a druga trzyma za włosy
i nie puszcza… (…) Tymczasem nadszedł ksiądz Ludwik i wziął mnie ze sobą do gospodarstwa. (…)

Brat, mój, Kazio, który korzystając z wakacji, całe dnie przesiadywał za domem, w stajniach, w lesie, ze strzelbą na koniu lub
na łodzi, w tej chwili właśnie ujeżdżał pod wierzch na podwórzu folwarcznym młode konie ze stadniny. (…) Zwiedziliśmy razem stajnie, obory, stodoły i wybieraliśmy się właśnie na pole, gdy dano znać, że przyjechał mój ojciec, trzeba więc było wrócić
do domu. Ojciec mój przywitał mnie tak gorąco jak nigdy. Dowiedziawszy się o egzaminach, wziął mnie w objęcia i oświadczył,
że odtąd chce mnie uważać za dorosłego. Jakoż istotnie w obejściu się jego ze mną zaszły wielkie zmiany. Traktował mnie poufalej i serdeczniej. Zaraz począł ze mną mówić o interesach naszych majątkowych, zwierzył mi się z zamiarami dokupienia jednego z sąsiednich majątków i pytał mnie o zdanie. (…) Obsypał mnie tego jeszcze dnia darami; darował mi parę pistoletów… Następnie otrzymałem pysznego konia wschodniej krwi i starą szablę po ojcach… (…) …wręczając mi ją, rzekł: „W godne ręce!
ja nie zrobiłem jej wstydu, nie zrób i ty!” (…)

Po obiedzie dnia tego siedliśmy wszyscy w obszernym winem obrośniętym ganku… (…) …my zaś z Hanią oglądaliśmy przywiezione przeze mnie rysunki i jak najmniej myśleliśmy o rysunkach: przynajmniej dla mnie służyły one tylko do ukrywania przed innymi spojrzeń, jakie rzucałem na Hanię.
- Cóż, a jakże tam znalazłeś Hanię? Zbrzydła ci bardzo, panie opiekunie? – spytał mnie ojciec, spoglądając żartobliwie
na dziewczynkę. (…)
- Nie powiem, ojcze, że zbrzydła, ale wyrosła i zmieniła się. (…)

- Patrzcie państwo, ktoś do nas jedzie – zawołał nagle Kazio. (…)
- Selim jedzie, Selim! – zawołał Kazio.
- Co ten wariat robi! Brama zamknięta! – krzyknąłem zrywając się z miejsca.
- Brama! Selimie! brama! – krzyczałem jak opętany, machając chustką i biegnąc co siły w poprzek dziedzińca.
Nagle… (…) …koń wspiął się, zawisnął przednimi kopytami w powietrzu i w największym pędzie przesadził sztachety,
nie zatrzymując się ani na chwilę. Dopiero przed gankiem Selim osadził go tak, że aż kopyta zaryły mu się w ziemię i zerwawszy kapelusz z głowy, zaczął wywijać nim jak chorągiewką i krzyczeć:
- Jak się macie, moi drodzy, kochani państwo! (…)
To mówiąc, zeskoczył z konia i rzuciwszy cugle Frankowi, który w tej chwili wybiegł z sieni, począł ściskać ojca, księdza i całować po rękach kobiety.

Hania zatrzymała na mnie długie spojrzenie:
- Nie radziłabym panu próbować.
Po czym spojrzała na Selima, a wzrok jej wyrażał podziw… Śliczne czarne włosy spadały mu na czoło, policzki miał zarumienione szybkim ruchem, oczy błyszczące, z których biła wesołość i radość. (…) Co do mnie, byłem do najwyższego stopnia dotknięty jej słowami. (…)
- Konia mi tu! – zawołałem na Franka, który oprowadzał zwolna po dziedzińcu zmęczonego wierzchowca. Hania nagle zerwała się z miejsca.
- Panie Henryku! – zawołała – to ja jestem powodem tej próby. Ja nie chcę, nie chcę. Pan tego nie zrobi… dla mnie.
I to mówiąc, patrzyła mi w oczy, jakby chciała dopowiedzieć wzrokiem wszystko to, czego nie mogła wyrazić słowami. (…)

* * * * *

VII. Łatwo się domyślić, jak przepędziłem noc po owych całodziennych zmartwieniach. (…) Co do mnie, byłem bardzo nieszczęśliwy, a chociaż komuś umartwienia owe moje mogą się wydawać błahe, to jednak powiem, że wielkość każdej niedoli
nie zależy od tego, jaką ona jest sama w sobie, ale jak ją ktoś odczuwa. A jednak nic się nie stało! nic się jeszcze nie stało! Leżąc
w łóżku powtarzałem sobie te słowa dopóty, aż zwolna myśli poczęły mi się mącić, rozpraszać i wpadać w zwykły bezład senny. (…)

Nazajutrz pokazało się, że zaspałem porę śniadania, a zatem i sposobność widzenia Hani aż do obiadu, bo do godziny drugiej miała lekcje z panią d’Yves. Ale za to, wyspawszy się dobrze, nabrałem otuchy i nie spoglądałem na świat tak czarno. Będę
dla Hani dobry, uprzejmy i tym nagrodzę jej wczorajszą moją opryskliwość, myślałem sobie. Tymczasem… Hani nie tylko dokuczyły ostatnie moje słowa, ale… ją także i obraziły. (…) Przez cały obiad nie mówiliśmy ani razu ze sobą wprost, tylko
za pośrednictwem osób trzecich. (…) Ciekawy jestem, moja panienko, jak my to będziemy obchodzić się ze sobą w Ustrzycy,
bo przecie mamy jechać do Ustrzycy, myślałem sobie w duchu. (…)

O godzinie piątej mieliśmy wyjechać. (…) Gdy Hania zeszła z góry, przybrana wprawdzie czarno, ale starannie a nawet ozdobnie, bo taka była wola ojca, nie mogłem oczu od niej oderwać. Wyglądała tak ślicznie, że natychmiast uczułem, jak mięknie mi serce, a chęć oporu i sztuczny chłód ulatuje gdzieś za dziewiątą granicę. Ale królowa moja przeszła koło mnie prawdziwie po królewsku, nie spojrzawszy nawet na mnie, choć także wyświeżyłem się, jakem umiał. (…)

Punkt piąta siadłem na koń, moje panie do karykla i ruszyliśmy razem. (…) Przyjechaliśmy wreszcie do Ustrzycy, gdzie zastaliśmy Selima. (…) Hania, która jakoś trzymała się na uboczu od swoich towarzyszek, nie przestała mnie zapoznawać i może naumyślnie zajęła się Selimem; mnie, zresztą, wypadało bawić pannę Lolę. (…) …panna Lola miała szczególniejszą słabość
do mnie i okazywała mi to aż nadto wyraźnie. Począłem więc być dla niej uprzejmy, dworowałem i śmiałem się, choć chciało mi się więcej płakać niż śmiać, a Lola spoglądała na mnie rozpromieniona swymi wilgotnymi, ciemnoniebieskimi oczyma i poczęła wpadać w romantyczny nastrój. (…)

Chodziliśmy w ten sposób z godzinę, następnie podano podwieczorek pod płaczącym kasztanem, którego gałęzie zniżając się końcami aż do ziemi, tworzyły jakby zieloną kopułę nad naszymi głowami. Teraz dopiero zrozumiałem, że Hania nie tylko
dla mnie nie chciała jechać do Ustrzycy, ale miała swoje bardziej uzasadnione przyczyny. (…) Były to zwykłe babskie kwasy
i ambicyjki…

Jak tylko Selim usiadł koło Hani,, zaraz zaczęły się szepty i przycinki, w których po trochu i panna Lola, zazdroszcząca Hani piękności, brała udział. Odparłem owe docinki kilkakrotnie ostro, może zbyt nawet ostro, ale wkrótce zastąpił mnie mimo mej woli Selim. Cięty, dowcipny i wygadany jak mało kto w jego wieku wkrótce tak daleko zbił je z tropu, że nie wiedziały, gdzie się podziać. Hania… poczęła spoglądać na Selima jak na swego wybawcę, z wdzięcznością i uwielbieniem.

Kochałem Hanię całą mocą młodej duszy, ubóstwiałem ją; kochałem ją tak, jak w niebie tylko kochają; kochałem jej postać, kochałem jej oczy, każdy promień włosów, dźwięk mowy; kochałem każdą jej sukienkę, powietrze, którym oddychała, a miłość ta przenikała mnie na wskroś i była nie tylko w sercu, ale w całej mojej istocie, żyłem tylko w niej i przez nią, płynęła we mnie
jak krew, biła ode mnie jak ciepło. Wśród obojętnych ludzi człowiek spragniony kochania chodzi jak w lesie i huka, i nawołuje
jak w lesie… Jak zdobyć serce Hani, skoro jakaś siła nieprzeparta kłoni ją w inną stronę?

Odłączyłem się od towarzystwa i siadłem na ławce ogrodowej, a myśli podobne szumiały mi w głowie jak zwichrzone stada ptactwa. (…) Byłem jak człowiek zmorzony łzami, cierpieniem i snem. (…)Nagle drgnąłem: przede mną zaszeleściła suknia kobieca. Spojrzałem: była to panna Lola. (…)
-Panie Henryku! pan smutny jakiś, może cierpiący?
-O tak, pani! Cierpiący jestem - zawołałem z wybuchem i porwawszy jej rękę przyłożyłem ją sobie do rozpalonego czoła, potem pocałowałem ją gwałtownie i uciekłem. (…) …na skręcie ulicy ukazali się Selim i Hania. Oboje widzieli mój wybuch… (…)

Ale tymczasem pora była odjechać do domu. (…)Żegnając się otrzymałem od panny Loli dziwnie gorący uścisk ręki… Selim zaraz za kołowrotem zawrócił, ale pierwszy raz pocałował na dobranoc Hanię w rękę i Hania mu tego nie broniła. (…)

* * * * *

VIII. Rankiem… zapukał ktoś w okiennicę i w różanym otworze ukazała się… twarz Wacha, leśniczego… (…) Ubrałem się: wziąłem strzelbę, nóż myśliwski i wyszedłem. (…)Siedliśmy i pojechali. Zaraz za stodołami zając wyskoczył z owsa i przebiegłszy nam drogę skoczył na łąkę, znacząc ciemniejszymi ślady srebrną od rosy jej powierzchnię. (…) Nagle o jakie trzysta kroków zamajaczyło coś w gęstwinie, krzaki jałowcowe poruszyły się żywo i spośród ciemnych igieł wynurzyła się szara trójkątna głowa ze śpiczastymi uszami i czerwonymi oczyma. (…) Na sto pięćdziesiąt kroków wilk zatrzymał się i nastawił uszy, jakby coś przeczuł. Wiedziałem, że bliżej już nie podejdzie, i pociągnąłem za cyngiel. Huk strzału zmieszał się z bolesnym zaskowyczeniem basiora.

- Farbuje! (…)
…ślady szły ze dwie wiorsty polem w kierunku stawu i wreszcie ginęły na błotach porosłych trzciną i tatarakiem. Dalej nie można było iść bez psa. …zawróciliśmy do domu. (…) Wach począł mnie nieśmiało prosić, bym wstąpił do jego chaty, do której było niedaleko, posilić się trochę. …odmówiłem, …nie chciałem, by Selim i Hania zostawali długo sam na sam, beze mnie.

Pobiegłem szybko do ogrodu nad brzeg stawu, gdzie stały czółna. (…) Schwyciłem wiosło i wskoczywszy w małą jednoosobową łódkę, ruszyłem cicho na staw… Jakoż wkrótce ujrzałem ich. (…) Zrozumiałem wszystko: wzięli ze sobą Ewunię, bo dziecina
nie mogła im przeszkadzać ani rozumieć miłosnych wyznań. (…) „Straciłeś Hanię! straciłeś!”, wołały jakieś głosy nade mną
i we mnie. (…) Ach! to poczucie bezsilnego gniewu, to przekonanie: nie ma rady! (…)

Potem osłabłem. Napadło mnie jakieś odrętwienie. Zmysły prawie przestały działać, uczułem zimno w końcach rąk i nóg. Słabo mi było i coraz słabiej. (…)Ale nie skończyło się nic. Jak długo tak leżałem na dnie łódki, nie umiałem sam sobie zdać sprawy. Obudziłem się jakby ze snu i począłem się rozglądać naokoło. Czółna z Hanią i Selimem już nie było. (…)

Wróciło mi to trochę siły. Wziąwszy wiosło ruszyłem między szuwarami do domu… (…) Ojciec spojrzał na mnie i zawołał:
- Co tobie jest, czyś nie chory?
- Nie. Zdrów jestem, tylko zmęczony. Wstałem o trzeciej rano.
- Dlaczego?
- Chodziliśmy z Wachem na wilki. (…)
Hania przestała na chwilę jeść i przypatrywała mi się pilnie.
- Może to wczorajsza wizyta w Ustrzycy tak podziałała na pana, panie Henryku? – rzekła. (…)
- Jak to rozumiesz?
Hania zmieszała się i poczęła coś niewyraźnie tłumaczyć. Selim przyszedł jej w pomoc.
- No, to bardzo naturalne. Kto się kocha, ten mizernieje.
Zacząłem spoglądać na przemiany to na Hanię, to na Selima i odpowiedziałem z wolna, dobitnie, kładąc nacisk na każdą sylabę:
- Nie widzę, żebyście zmizernieli: ani ty, ani Hania.
Pąsowy rumieniec oblał twarze obojga. (…)

Po obiedzie, przechodząc przez salon, spojrzałem w lustro. (…) Oczy miałem podsiniałe, twarz zapadłą. (…) Nad wieczorem dnia tego Selim rzekł do mnie:
- Nie zobaczę cię przez tydzień, jadę.
- Gdzie? - spytałem obojętnie.
- Ojciec mi każe - odrzekł - odwiedzić stryja w Szumnej; muszę tam zabawić z jaki tydzień.

Na samym odjeździe rzekł do mnie:
- Wiesz, co ci powiem: jedź ze mną!
- Nie pojadę. Nie mam wcale zamiaru.
Zimny ton tej odpowiedzi uderzył jakoś Selima.
- Dziwny ty się jakiś stałeś - odparł. - Nie poznaję cię od niejakiego czasu, ale…
- Dokończ.
- Ale zakochanym wszystko się wybacza.
- Z wyjątkiem, jeśli nam w drogę wchodzą – odpowiedziałem głosem kamiennego Komandora. Selim uderzył mnie przenikliwym spojrzeniem jak błyskawicą i sięgnął mi aż do dna duszy. (…)
- Siądź na koń i odprowadź mnie. Chcę z tobą pomówić.
- Innym razem - odpowiedziałem głośno. - Dziś czuję się trochę słaby.

* * * * *

IX. Selim istotnie odjechał do stryja i bawił tam nie tydzień, ale dni dziesięć. Smutno płynęły nam te dni w Litwinowie. Hania zdawała się mnie unikać i poglądała na mnie jakby z tajoną obawą. (…)Zmizerniała aż i schudła, a ja ze drżeniem patrząc na jej tęsknotę myślałem: więc to nie kaprys dziewczęcy, przelotny, ale na nieszczęście uczucie prawdziwe i głębokie! (…)

Dnie całe spędzałem samotnie, na koniu, to w lasach, to w szuwarach na łodzi. Żyłem jak dziki człowiek. (…) Nieraz leżąc w jakim zapadłym kącie boru lub na łodzi w szuwarach, wyobrażałem sobie, że jestem w pokoiku Hani przy jej nogach, że całuję jej stopy, ręce i sukienkę, że nazywam ją najbardziej pieszczonymi imionami, a ona kładzie mi swoje ubóstwiane dłonie na rozpalone czoło i mówi: „Nacierpiałeś się już dosyć, zapomnijmy o wszystkim! To był przykry sen! Ja ciebie kocham, Henryku!” Ale potem następowało przebudzenie i ta szara rzeczywistość, ta posępna jak chmurny dzień moja przyszłość, wiecznie bez niej,
aż do końca życia bez niej, wydawała mi się tym straszniejszą. (…)

Ojciec, sam ojciec zwykle surowy i bezwzględny, próbował mnie rozerwać i zainteresować czymkolwiek, a przy tym i zbadać. (…) Pewnego dnia po obiedzie wyszedł ze mną na dziedziniec i rzekł patrząc na mnie badawczo:
- Czy tobie się czasem nie zdaje jedna rzecz? Chciałem się o to dawno spytać: czy tobie się nie zdaje, że Selim trochę zanadto kręci się koło Hani.
- (…) Selim kocha się w Warszawie, w jakiejś tam pensjonarce.
- Bo widzisz, jesteś przecie opiekunem Hani i powinieneś nad nią czuwać.
- A może tobie zawróciła Hania głowę? Gadaj, chłopcze, co?
- Hania? Ani trochę. A to by było zabawne!
Kłamałem jak najęty, ale szło mi gładziej, niżem się spodziewał. (…)
Ojciec zniecierpliwił się.
- To czego, u licha, jeśli się nie kochasz, łazisz jak rekrut po pierwszej mustrze?
- Czy ja wiem! Nic mi nie jest. (…)

Między ojcem i mną przyszło kilkakrotnie do zajść bardzo przykrych. (…) …jeżelim bojował, w imię jednych przeciw drugim, czyniłem to tylko z rozdrażnienia, na złość nie wiadomo komu i dlaczego, tak samo, jak na złość wdawałem się z księdzem Ludwikiem w dysputy religijne, które kończyliśmy trzaskając drzwiami. Jednym słowem, zatrułem życie nie tylko sobie,
ale i całemu domowi; toteż gdy Selim wrócił wreszcie po dziesięciodniowej niebytności, wszystkim jakby kamień spadł z piersi. (…) …chłopak stajenny, odbierając ode mnie konia, rzekł:
- Panicz z Chorzel przyjechał.
W tej chwili nadbiegł i Kazio i powtórzył mi tę wiadomość.
- Wiem już o tym – odpowiedziałem mu szorstko. - Gdzie jest Selim?
- Zdaje mi się, że w ogrodzie z Hanią. Pójdę go poszukam.

Poszliśmy obaj do ogrodu, ale Kazio pobiegł naprzód, ja zaś szedłem z wolna za nim, umyślnie nie spiesząc się z powitaniem.
Nie uszedłem jeszcze pięćdziesięciu kroków, gdy na skręcie alei znowu ujrzałem wracającego pośpiesznie Kazia. (…)
- Tss! jak mamę kocham! hi! hi! Selim klęczy przed Hanią w chmielowej altanie. Jak mamę kocham!
Porwałem go natychmiast za ramiona i wpiłem w nie palce.
- Milcz! zostań tu!
…pobiegłem jak szalony w kierunku chmielowej altany. Przeczołgnąwszy się szybko i cicho jak wąż między krzakami berberysu, które otaczały altankę, dotarłem do samej jej ściany. (…)

Spojrzałem na nich przez zielone obsłonki liści. Selim nie klęczał już przy Hani, ale siedział przy niej na niskiej ławeczce. (…)
- Kocham, Haniu! kocham, kocham! – powtarzał, szepcząc namiętnie… (…)
-Wierzę, wierzę, panie Selimie, ale ja mam panu wiele rzeczy powiedzieć! (…)
I skończyła zaledwie dosłyszanym szeptem:
- Ja bardzo, bardzo kocham! (…)
- Słyszę jakieś głosy: nadchodzą! – zawołała z przestrachem. Wyszli oboje, chociaż nie nadchodził i nie nadszedł nikt. (…)

Zawlokłem się i ja z wolna ku domowi. Zaraz na skręcie ulicy spotkałem czatującego Kazia. (…)
- Henryku!
- Co?
Szeptaliśmy obaj, choć nikt nas nie słuchał.
- Czy ty się będziesz bił z Mirzą?
- Nie wiem. Może. (…)
Stracę życie, myślałem sobie, stracę wszystko, co można stracić na świecie, a nie pozwolę na szczęście tych dwojga. (…)

-Czy koń jest dla mnie? – spytałem Kazia.
- Jest.
- Odprowadzisz mnie? – wtrącił Selim.
- Mogę. Jadę do stogów zobaczyć, czy nie ma szkód jakich. Kaziku, puść mnie na swoje miejsce. Kazio ustąpił się, ja zaś siadłem koło Selima i Hani na kanapce stojącej pod oknem. (…) Wkrótce pani d'Yves poprosiła Selima, żeby co zagrał. Wstał, usiadł
przy fortepianie i począł grać mazurki Szopena, ja zaś zostałem przez chwilę sam na sam z Hanią na kanapce. Zauważyłem,
że patrzy na Selima jak w tęczę i że na skrzydłach muzyki ulatuję w krainę marzeń, więc postanowiłem ją sprowadzić na ziemię. (…)

- Słuchaj! byłem u nóg twoich! kochałem cię więcej niż świat cały...
- Panie Henryku!... (…)
- Jesteś bezwstydna! Ja bym nie śmiał całować krańca twojej sukienki, a on całował cię w usta. Ty sama garnęłaś się
do pocałunków! Haniu! Ja tobą pogardzam! Ja cię nienawidzę! (…)
- Zgadłaś! – mówiłem po chwili – że ja was rozłączę. Choćbym miał życie stracić, rozłączę was; choćbym miał zabić ciebie, jego
i siebie. Nieprawda, co ci mówiłem przed chwilą. On ciebie kocha, on by cię nie porzucił, ale ja was rozłączę. (…)

Zerwałem się i wybiegłszy przez kilka pokoi do sali jadalnej, porwałem za stojącą na sole karafkę z wodą i wylałem ją sobie
na głowę. (…) Koń mój i Selima stały już osiodłane przed gankiem. Na chwilę wpadłem jeszcze do mego pokoju, aby jako tako obetrzeć się z wody, i uczyniwszy to wróciłem do sali.
W sali zastałem księdza Ludwika i Selima w największym przerażeniu.
- Co się stało? - spytałem.
- Hania zasłabła, zemdlała. (…)
Gdym ją ujrzał, zapomniałem o wszystkim i rzuciwszy się na kolana przed jej łóżkiem jak szalony, nie zważając na obecność pani d'Yves, krzyknąłem:
- Haniu! moja złota! moja kochana! Co tobie?
- Nic! już nic! – odpowiedziała słabym głosem i próbowała się uśmiechnąć. (…)

Przesiedziałem u niej z kwadrans. (…) Nie nienawidziłem jej! Kochałem ją jak nigdy! (…)
…zwróciwszy się do Selima, rzekłem mu do ucha:
- Jedź do domu. Jutro zjedziemy się u kopców na skraju lasu. Chcę z tobą pomówić. (…)
Siedziałem z godzinę w pokoju, przyległym do pokoiku Hani. (…) Siedziałem sam aż do pory herbaty. Przy herbacie spostrzegłem, że ojciec, ksiądz i pani d'Yves mieli jakieś pół-tajemnicze, pół-surowe twarze. Wyznaję, że ogarnęła mnie pewna niespokojność. Czyżby mieli się domyślać czego? (…)

Koło godziny dziesiątej wieczór jakaś bryczka zadudniła przed gankiem. Przyjechał doktor Stanisław… (…) Wybadawszy dobrze Hanię, oświadczył, że wcale nie jest chora, ale potrzebuje rozrywki i odpoczynku.

…wszedł Franek i rzekł:
- Starszy pan prosi panicza do siebie.
Poszedłem natychmiast. Ojciec siedział w swoim pokoju przy biurku, na którym leżał list od matki. (…) …oświadczył, iż wie,
iż dzieją się między nami młodymi rzeczy, których badać nie chce, ale których nie pochwala; spodziewa się jednak, że wyjazd Hani położy im tamę. (…) …jakaś nadzieja, na kształt błędnego ognika, zamigotała mi w sercu, że to ja, a nie kto inny, odwiozę Hanię do naszej matki. (…) Ale była to słaba nadzieja i wkrótce… zgasła, gdy ojciec oświadczył, że pani Ustrzycka… już się zgodziła zabrać ze sobą Hanię i dowieźć ja do matki. (…)

* * * * *

X. O szóstej rano następnego dnia byłem u kopców, gdzie Selim czekał już na mnie. (…)
- Co mi chciałeś powiedzieć? - spytał Selim.
- Chciałem ci powiedzieć, że wiem wszystko. (…) Mirzo! postąpiłeś sobie niegodnie, usidlając serce Hani. (…) Selim pobladł,
ale wzburzyło się w nim wszystko. Najechał na mnie tak, że konie nasze prawie wsparły się o siebie… (…)

- Z kolei pozwól mnie mówić. Nie ja, ale ty postępujesz niegodnie. Teraz widzę jasno. Jam cię pytał, czy jej nie kochasz? Odpowiedziałeś: Nie! Chciałem się cofnąć, póki był czas, odrzuciłeś ofiarę. Kto winien? Kłamałeś, żeś jej nie kochał. Przez miłość własną, przez dumę egoistyczną wstydziłeś się wyznać, że kochasz. Kochałeś się po ciemku, ja w świetle. Kochałeś się skrycie,
ja otwarcie. Ty trułeś jej życie, jam starał się ją uszczęśliwić. Kto winien? (…) Ja postępuję po prostu i uczciwie, ale kocham, kocham nad wszystko na świecie i cały żyję w tym, i umarłbym bez tego. Ja nie chcę wnosić nieszczęścia w wasz dom,
ale pamiętaj, że jest we mnie teraz coś takiego, czego ja sam się lękam. Jam gotów na wszystko. O! jeśli wy krzywdę wyrządzicie Hani... (…)
- Troskę o nią zostaw mnie i ojcu memu. Jużeśmy o niej myśleli. Mam honor oświadczyć ci, że Hania pojutrze wyjeżdża np i że jej więcej nie zobaczysz. A teraz żegnam. Zawróciłem konia i pojechałem do domu, nie oglądając się poza siebie.

Ponuro było w naszym domu przez te dwa dni pozostające do wyjazdu Hani. (…) Zauważyłem, że w miarę, jak się zbliżała godzina stanowcza, Hanię owładała dziwna jakaś niespokojność. (…) Chciałem przed wybuchem burzy zdążyć do Ustrzycy,
więc zerwałem się, żeby pójść do stajni i kazać zajeżdżać. (…) Koń był już dla mnie osiodłany, ale z zaprzęganiem marudzono
jak zwykle. (…)

Wyniesiono natychmiast kufry Hani i przymocowano za powozem. (…)
- Gdzie Hania? czy gotowa? – spytałem…
- Gotowa. Będzie już z pół godziny, jak poszła się modlić do kaplicy. (…)
- Haniu! Haniu! – począłem wołać. Nie odpowiedział nikt. (…)
- Ignac!
Ignac zdjął czapkę i podbiegł ku sztachetom.
- Nie widziałeś ty panienki?
- Widziałem. Dopiero co panienka tędy jechali.
- Co? jak? gdzie jechała?
- A ku lasowi, z paniczem z Chorzel. O! tak jechali, co ino konie mogły wyskoczyć! (…)
- Konia! konia! – krzyknąłem strasznym głosem. (…)

Ślady były widoczne. Ale tymczasem wybuchnęła burza: ściemniało; na czarnych kłębach chmur poczęły się rysować jaskrawe zygzaki błyskawic; czasem całe niebo stawało się jednym ogniem, a potem zapadała jeszcze grubsza ciemność; deszcz lał
jak jeden potok. (…) Nagle czerwona błyskawica rozdarła ciemności, a przy krwawym jej świetle spostrzegłem uciekającą małą bryczuszkę. (…) Teraz już ujść nie mogli. (…)

W kilka sekund byłem już tak blisko, że mogłem usłyszeć głos Selima: „Mam broń przy sobie! – wołał w ciemnościach – nie zbliżaj się, bo strzelę!” (…)
Nagle… rozległ się huk strzału... koń mój rzucił się w bok; skoczył jeszcze kilka razy, potem klęknął na przednie nogi; podniosłem go, przysiadł na tylne i chrapnąwszy ciężko zwalił się na ziemię wraz ze mną. (…) Wkrótce bryczka coraz dalej była ode mnie
i dalej… (…) A wiatr świszczał: „On tam z nią!” Ogarnęło mnie dziwne osłupienie. Jak długo trwało ono, nie wiem. Gdy się ocknąłem, burza już przeszła. (…)

Obejrzałem się wokoło, aby rozpoznać, gdzie się znajduję. Na prawo spostrzegłem dalekie światełka w oknach,
więc pośpieszyłem w tamtą stronę. Pokazało się, że byłem pod samą Ustrzycą. (…) …pan Ustrzycki nie mieszkał w pałacu,
ale miał swój osobny domek… Światło błyszczało jeszcze w jego oknach. Zapukałem do drzwi.

- Piorun mi zabił konia pod samą Ustrzycą. Nie miałem innej rady jak przyjść tu. (…)
- Ale! Dlaczego to Hania nie przyjechała? Moja żona jutro o drugiej wyjeżdża. Myśleliśmy, że ją przyślecie na noc. (…)
Opowiedziałem więc mu wszystko, wyjąwszy tego, że sam kochałem się w Hani. (…) Ustrzycki zastanowił się przez chwilę.
- Wiem już, jak zrobić. Ja natychmiast pojadę do Chorzel, a ty jedź do domu, a najlepiej czekaj tu. Jeżeli Hania jest w Chorzelach, to ją zabiorę i odwiozę do was. (…)
- Czy pan pozwoli, żebym napisał do Selima? Wolę go wyzwać listownie. (…)
-Ja bym to tak uważał! Bić się, bić się! Dla szlachcica to tam zawsze najlepszy środek, a czy stary, czy młody, to wszystko jedno! (…)

Siadłem i napisałem co następuje: „Jesteś nikczemnik. Listem tym daję ci w twarz. Jeżeli nie stawisz się jutro około Wachowej chaty z pistoletami lub pałaszem, będziesz ostatnim tchórzem, którym prawdopodobnie jesteś.” Zapieczętowałem list i oddałem panu Ustrzyckiemu. Po czym obaj wyszliśmy na podwórze, bryczki bowiem dla nas już zajechały. (…)

W godzinę potem byłem już w domu.
- Hania? - spytałem gorączkowo.
- Ciszej mów. Hania już jest. Odwiózł ją stary Mirza. (…)
- Goniłem ich. Mirza zastrzelił mi konia. Czy ojciec jest?
- Wrócił zaraz po wyjeździe starego Mirzy. (…) Nie chodź do ojca, bo mogłoby mu to zaszkodzić. Jutro zaś proś go,
żeby nie wyzywał Mirzy. Grzech to ciężki, a przy tym stary nie winien. Selima wybił i zamknął go, Hanię zaś odwiózł sam. (…)
- Jak się Hania ma?
- Przemokła do nitki. Ma gorączkę. Ojciec okropnie ją złajał. Biedne dziecko! (…)

…ksiądz Ludwik trącił mnie w ramię.
- Ojciec cię woła – rzekł. (…)
- Która godzina?
- Pierwsza po północy.
Uderzyłem się ręką w czoło. A wszakże to o piątej rano miałem się bić z Selimem.

* * * * *

XI. Po rozmowie z ojcem, która trwała z pół godziny, wróciłem do stancji i nie kładłem się już wcale. Wyrachowałem,
że aby zdążyć na piątą do Wachowej chaty, muszę przynajmniej o czwartej wyjść z domu, miałem więc tylko niespełna trzy godziny przed sobą. (…) …zdjąłem ze ściany ową sławną starą szablę, darowaną mi przez ojca, i pistolety, aby przygotować wszystko do jutrzejszego spotkania. (…) Przetarłem ostrożnie szablę miękką watą… (…) Skończywszy z szablą, wziąłem się
do pistoletów… Szarzało już. Była godzina trzecia. (…) Za oknem jęły świegotać na powitanie zorzy porannej jaskółki. (…)
…zarzuciwszy na ramiona płaszcz dla ukrycia broni, na wypadek gdyby mnie kto spotkał, wyszedłem ze stancji. (…)

…doszedłem do brzegu stawu. Byłem już blisko śluzy i mostu, gdy nagle zatrzymałem się jak w ziemię wbity. Na moście stał mój ojciec z rękami założonymi za siebie i z fajką wygasłą w rękach; stał oparty o poręcz mostu i patrzył zamyślony na wodę
i na zorzę poranną. (…)
- Co ty tu robisz? – spytał.
Zarumieniłem się jak burak. (…) Nie było rady: należało się przyznać.
- Powiem już ojcu wszystko - rzekłem - idę się bić z Mirzą.
Myślałem, że ojciec wybuchnie gniewem, ale nad spodziewanie moje nie wybuchnął, tylko spytał:
- Kto kogo wyzwał?
- Ja jego.
- Bez poradzenia się z ojcem, bez powiedzenia słowa?
- Wyzwałem go wczoraj, zaraz po pogoni, w Ustrzycy. (…)
- Niech cię prowadzi Bóg ojców twoich. Idź, chłopcze, idź się bić z Tatarem! (…)

Przyszedłem wreszcie do chaty. Selim czekał na mnie na skraju lasu. (…)
- Wybieraj! - rzekłem ukazując mu pistolety i szablę. Wskazał na szablę, którą miał z sobą: turecką, mocno zakrzywioną na końcu damascenkę. (…)
- Zaczynajmy! (…)
Przez chwilę słychać tylko było warczenie kling, suchy dźwięk stali i świszczący oddech naszych piersi. (…) Nagle Selim odskoczył, szabla zaświszczała tuż koło mojej skroni; ale odbiłem ją z taką siłą, że głowa Selima pozostawała na chwilę odkryta; wymierzyłem cios, zdolny rozpłatać ją na dwoje i... niby piorun uderzył nagle w moją czaszkę; krzyknąłem: „Jezus, Maria!” Szabla wypadła mi z ręki i jakby porażony upadłem twarzą na ziemię.

* * * * *

XII. (…) Gdym się rozbudził, leżałem na wznak w pokoju i na łóżku ojca, ojciec zaś siedział przy mnie w fotelu, z głową przechyloną w tył, blady i z przymkniętymi oczyma. (…)
- Ojcze, ja biłem się z Selimem?
- Tak, kochanie moje! Nie myśl o tym! (…)
- Ojcze!
- Co, dziecko moje?
- A co się stało z Selimem?
- Zemdlał także z utraty krwi. Kazałem go odwieść do Chorzel. (…)

Było mi jakoś bardzo, bardzo słabo. Nagle spostrzegłem schyloną nad łóżkiem osobę, której nie poznałem od razu, ale na widok której zrobiło mi się tak błogo, jakbym już umarł i był wzięty do nieba. (…) …wróciła mi iskra przytomności, rozjaśniło mi się
w oczach i zawołałem słabo a cicho:
- Mamo!

Odtąd byłem już przytomniejszy, pod wieczór tylko zapadałem w gorączkę. Widywałem wtedy Hanię, chociaż gdym był przytomny, nie widziałem jej przy sobie nigdy. (…) Wreszcie gorączka opuściła mnie stanowczo, odzyskałem zupełną przytomność, ale nie znaczyło to, że byłem zdrowszy. Przyplątała się jakaś inna choroba, jakieś niesłychane osłabienie,
pod wpływem którego gasłem widocznie. Po całych dniach i nocach wpatrywałem się w jeden punkt na suficie. Byłem niby przytomny, ale obojętny na wszystko. (…)

…usnąłem zamiast umrzeć i to usnąłem tak dobrze, że nie obudziłem się jak we dwadzieścia cztery godziny później i tak dalece wzmocniony na siłach, żem sam nie umiał zdać sobie sprawy, co się ze mną zrobiło. Obojętność moja znikła, potężny młody organizm zwyciężył śmierć samą i budził się do nowego życia z nowymi siłami. (…) Wracała mi ochota do życia. (…)

…razem z życiem, poczęło i dawne uczucie dla Hani odzywać się na nowo w mym sercu. Kiedy obudziłem się z tego snu, który wszyscy za początek wiecznego snu poczytali, natychmiast spytałem o Hanię. Odpowiedział mi ojciec, że zdrowa,
ale że wyjechała z panią d'Yves i siostrzyczkami do stryja, bo ospa powiększała się coraz bardziej we wsi. (…)

- Ojcze, co to jest? – zawołałem gwałtownie, zrzuciwszy szachy wraz z szachownicą na ziemię. (…)
- Hania nie umarła, daję ci słowo! – wołał ojciec uchwyciwszy mnie za ręce i pasując się ze mną.
- Zachorowała, ale zdrowsza! (…) Wiesz: we wsi całej panowała i panuje dotąd ospa – Hania dostała ospy. (…)

W tydzień jednak potem byłem już na nogach, a w dwa tygodnie ujrzałem Hanię. Ach! opisać nawet nie próbuję, co się zrobiło
z tej ślicznej, idealnej twarzy. Gdy biedaczka wyszła ze swego pokoju i gdy ujrzałem ją po raz pierwszy, jakkolwiek przysiągłem sobie poprzednio, że nie pokażę po sobie najmniejszego wzruszenia, nagle zrobiło mi się słabo i zemdlałem jak nieżywy. O! jakże była zeszpecona okropnie! (…)

…dawna Hania dla mnie umarła, a raczej miłość moja umarła i w sercu pozostała tylko po niej pustka i ból, jakby z nie zagojonej rany, i wspomnienie, wyciskające łzy na oczy. (…)
- Ojcze! – odrzekłem – miłość mogła ulecieć ode mnie, ale uczciwość nigdy: jestem gotów.
Ojciec ucałował mnie serdecznie.
- Niech cię Bóg błogosławi.

…o zmroku przyjechał Selim. Gdy ujrzał Hanię, zaczerwienił się, a potem zbladł jak płótno. Przez chwilę znać było na jego twarzy ciężką walkę serca z sumieniem. Snadź i od niego ulatywał ten ptak skrzydlaty, któremu imię: miłość. Ale zwyciężył się ten szlachetny chłopak: powstał, wyciągnął ręce, a potem upadł przed Hanią na kolana i zawołał:
- Haniu moja! Jam zawsze ten sam: ja nie opuszczę cię nigdy, nigdy! (…)

Biedna dziewczyna! potrzebowała teraz po burzy jakiej przystani świętej, a cichej, gdzie by ukoić mogła sumienie i ukołysać serce. Jakoż znalazła tę cichą i świętą przystań: została siostrą miłosierdzia. (…)

Po kilku latach jednak ujrzałem ją niespodzianie; spokój i cisza malowały się w tych anielskich rysach; ślady straszliwej choroby znikły zupełnie; w czarnej sukience i białym klasztornym kapeluszu piękna była jak nigdy, ale już tą nieziemską pięknością, więcej anielską niż ludzką.


DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU - 1875.


["LITERATURA, BIBLIOGRAFIA I KRYTYKA. MODLITWY WACŁAWA"]
Śp. Przeździecki, bawiąc dla celów naukowych w r. 1870 w Peszcie, zwrócił uwagę na rękopism polski znajdujący się w tamtejszej bibliotece. Rękopism ten, znany w literaturze pod nazwiskiem rękopismu Wacława, zmarły Przeździecki częściowo sam przepisał, resztę zaś rękopismu polecił przekopiować miejscowemu kaligrafowi akademii. Prócz tego postarał się o fotografię czterech stronic rękopismu, które przesłał do Krakowa I. Łepkowskiemu. (...)

["NIETOPERZE"]
(…) Od zasad nie odstępuje się dla nikogo, a raz odstąpiwszy można na tej drodze dojść do koncesji wcale niebezpiecznych. (…)

Autor uderza na brak zdrowej opinii publicznej, co mianowicie pozwala krzewić się robotom „nietoperzy”. – Opinia jest światłem, którego nocne ptaki nie znoszą – oto myśl sztuki. (…)


["SPRAWY BIEŻĄCE"]
I. (…) Czy myślicie, że gdy pan Grabiński przyzwoicie przedstawi Halkę w „Tivoli”, to znajdzie więcej zwolenników, niż gdy zagra Małego Fausta lub Piękną perfumiarkę?... (…)

Na co nam dramaty, powiadamy a młodzież nasza dodaje: na co nam egzamina, skoro patentów nie dostajemy?...
Och, te egzamina! Doprawdy warto by je przyśpieszać ze względu na upały. Bo też nie trzeba mieć serca, żeby w czasie, kiedy najzagorzalszym zwolennikom hydropatii szpik w kościach topnieje, zmuszać młode organizmy do ślęczenia nad książką,
do podlegania zapaleniom oczu i uderzeniom do głowy… (...)

22 czerwca byliśmy obecni poświęceniu pierwszej u nas fabryki betonu (sztucznego kamienia), założonej przez kilku kapitalistów, a prowadzonej przez pana Ludwika Jarockiego, inżyniera, głównego promotora tej sprawy. Fabryka mieści się
przy ulicy Czerniakowskiej i zajmuje rozległy plac, sięgający do odnogi wiślanej, co ułatwia dostawę czystego piasku. Już obecnie stoi parę domków betonowych… (…)

Wszystko to jest trwałe, naśladuje wybornie wyroby z naturalnego piaskowca, a kosztuje bez porównania taniej. P. Jarocki wszedł już w umowę z Magistratem, na mocy której mają mu być powierzone roboty chodników i rynsztoków betonowych,
a także bruku, który po przygotowaniu ze zwykłych kamieni brukowych polewany będzie dla trwałości masą betonu. (…)

II. (…) …każda rzecz ma dwie strony: dodatnią i ujemną. A trudno znów nie osładzać sobie jednostajnych chwil żywota!
Bo cóż począć na tym smutnym świecie? W dzień życie pali gorącem dochodzącym do 25 stopni na termometrze. Toteż przechodzisz na owo życie, jak Dante przez piekło. A chociaż byś chciał wsiąść w dorożkę, aby żmudną po bruku życiowym pielgrzymkę skrócić, to przekonywasz się, że poduszki w siedzeniach i po bokach tak są rozgrzane od Bożego słońca,
że ani sposobu… wypocząć… Że też lud nasz, tyle pomysłowy w ogólności, nie wpadnie na myśl, iż dachy doróżek
podczas skwarów powinny być podnoszone z równą skwapliwością, jak podczas deszczów ulewnych! (…)

III. (…) …o ile łatwo rodzą się i rozkwitają u nas projekta, o tyle przemiana ich z obiecanek cacanek na fakta idzie trudno,
jak po grudzie. Ogół, jak to ogół, żywo odczuwa potrzebę ulepszeń, żywo pochwala każdy projekt, ale gdy przyjdzie do trudnej
i nieefektownej pracy, jednostki trącają się łokciami, chowając się wzajemnie i zasłaniając jedna drugą. (…)

Powinniśmy raz na zawsze wyrzec się myśli oglądania się na kogoś. To mamy i mieć będziemy, czego dokonamy sami. (…)

IV. (…) Administracja ani za wiele kosztuje, ani za tanio sprzedaje, a jednak administracja winna. Ale czy wiecie, dlaczego?

Oto administracja za drogo towar kupuje. Nie bierze towarów z pierwszej ręki, wprost od producenta, ale od handlujących. Chłop produkuje zboże, od chłopa kupuje Żyd z małego miasteczka, od Żyda z małego miasteczka Żyd z dużego, a od tego jeszcze Żyd ze stolicy, a dopiero od niego na warszawskim targu administracja. Wobec tego jasnym jest, że dając zarobić kilku pośrednikom, Towarzystwo dostaje towar stosunkowo drogo, a chcąc wytrzymać konkurencję, musi go z niezmiernie małym zarobkiem sprzedawać.

Stąd małe zyski, stąd suchotnicza dywidenda, stąd wegetowanie z roku na rok, pieniężna anemia i ogólne niezadowolenie,
na które nie poradzą choćby najpiękniejsze mowy miewane na sesjach przez członków zarządu, przez mężów opozycji,
przez prawice, lewice i tym podobne objawy parlamentaryzmu wydającego jako omłot: wielkich ludzi do małych interesów
i pustki w kieszeniach. (…)

V. (…) Wracamy teraz do Warszawy, która po pustce i śnie letnim nowym zaczyna ożywiać się życiem. Niezadługo skończą się wakacje naszego Towarzystwa Muzycznego. Zeszłego sezonu tyle było w nim burz, rewolucji wewnętrznych, zmian komitetowych, posiedzeń, agitacji, cichego przygryzania sobie, jeszcze cichszego wygryzania się z rozmaitych miejsc, tyle wreszcie piorunów, mydlanych baniek, że wszystko to, razem wzięte, zajęło przynajmniej trzy razy więcej czasu niż muzyka.
Ale, swoją drogą, instytucja ta bardzo pożyteczna, bo jeżeli nawet nie kształci ogółu naszego muzycznie, to za to kształci parlamentarnie, co także jest niemałą zasługą. Zresztą dziś instytucja ta potrzebną jest dla zdrowia mieszkańców miasta Warszawy tak dalece, jak proszek karbolowy, polewanie ulic, projekta kanalizacyjne i inne mniej więcej trafne higieniczne środki i pomysły. Wiadomo, jak ważne przysługi oddaje żółć w sprawach trawienia; otóż dowiedzionym zostało, że żaden środek
nie poruszył tyle żółci w ludziach, ile rozterki w łonie pomienionego towarzystwa.
Pod koniec jednak sezonu - należy wyznać - było inaczej. Pod nową, sprężystą dyrekcją muzyka odzyskała należne jej miejsce. Przestano się kłócić, a poczęto grać i śpiewać. Mamy nadzieję, że tak będzie i dalej. (…)

VI. (…) Przed paru miesiącami odkryto na granicy pruskiej wielkie, bo do milionów rubli dochodzące nadużycia przemytnicze. Wiadomo, że od okowity, która wychodzi za granicę, zwraca się właścicielowi wysoki podatek akcyzny. Otóż przewożono
przez granicę beczki z wodą, potem beczki próżne, a w końcu beczki idealne, ściągając mimo to należny za nie podatek akcyzny. Trwało to podobno dosyć długo, ale wedle przysłowia: "dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie" – ucho urwało się w końcu, a przewoziciele wody zamiast okowity znaleźli się naraz w tarapatach, z których nie było wyjścia. Sprawa to dla nas tym bardziej przykra, że zamieszane są w nią nazwiska ludzi dobrze znanych nawet w literaturze i wieńczonych na arystokratyczno-literackich rautach przez wdzięczną płeć piękną. (…)

…tego rodzaju sprawki są, nazywając rzecz właściwym mianem: oszustwem przynoszącym ujmę obywatelskiemu honorowi
i zasługującym, prócz kary, jaką wymierza prawo na piętnowanie przez opinię. Taki przemytnik, na wielką skalę wywożący
za granicę np. beczki z okowitą, a ściągający podatek od produktu i sprzedający go w kraju, szkodzi przede wszystkim swym współobywatelom i współwytwórcom, prowadząc ich do ruiny. (…)

VII. (…) Teatr dostarcza przyjemnej rozrywki, zajmuje w szlachetny sposób czas pozabiurowy, budzi ruch umysłowy, budzi zajęcie się literaturą, nie pozwala zapleśnieć i skwaśnieć w światku małomiejskich plotek i małomiejskich spraw, podtrzymuje miłość do szerszych i ogólniejszych idei, a na koniec przyczynia się potężnie do podtrzymywania czystości języka… (…)

Smutno pomyśleć, jak u nas lekceważą język, nie rozumiejąc, czy nie chcąc rozumieć jego znaczenia. Pójdź na salony arystokratyczne, usłyszysz francuszczyznę lub taki bigos różnojęzyczny, że choć uszy zatykać z oburzenia: tam panowanie guwernantek posprowadzanych ze wszystkich krańców świata; tam miłość rodzicielska w troskliwości o dobry akcent paryski się objawia; tam panowie szepcą damom francuskie słówka na ucho; tam głupcy w długich surdutach udają Anglików przekręcając angielskie wyrazy; tam posługujących mazowieckich Bartków i Jaśków na Dżonów przerabiają, tam czytają tylko zagraniczne powieści; tam o Mickiewiczu wiedzą, że to „literata jakiś”; tam prenumerują „Revue des Deux Mondes” i dziwią się po francusku, jak się może tyle polskich dzienników utrzymać.

Pójdź między wysokie mieszczaństwo – to udaje arystokrację; pójdź między przemysłowców: mówią po niemiecku; pójdź między kupców: szwargoczą po żydowsku; pójdź na giełdę - język niby polski, ale i słowa z niego nie zrozumiesz. Wszędzie cudzoziemczyzna lub mieszanina najobrzydliwsza w świecie… (…)

W Warszawie, to nawet człowiek porządnego ognia nie zobaczy”, mówił pewien wierny pesymista, który miał sposobność oglądać kilka pożarów prowincjonalnych. Straże tu doskonałe: strażacy, wybierani przeważnie z ludzi miejscowych, znają doskonale miasto, a przy tym odwagą i zręcznością przechodzą podobno wszystkie inne straże w Królestwie i Cesarstwie. Pożar jest dla nich uroczystością; napadają na niego, rzekłbyś, z furią: rąbią i łamią, leją, rzucają się w największy żar i nim się obejrzysz, z ognia już ani śladu. Dzielny lud! Dla miasta naszego straż ogniowa jest duszą i okiem w głowie. (…)

[TEATR] [„KOSA I KAMIEŃ”, PRZYSŁOWIE DRAMATYCZNE J. I. KRASZEWSKIEGO]
(…) Panna Iza była to chodząca wiosna: miała lat 21, miała piękność, dowcip, żywość i dobre serce, miała wreszcie typową ciotunię, z białymi loczkami, trochę zrzędną, ale więcej pobłażliwą; miała na koniec jeszcze jedną wadę, jeżeli to wadą nazwać można: żadną miarą nie chciała iść za mąż. (…)

…była to natura wrażliwa i uczuciowa, ale właśnie z tych powodów nie umiała się pogodzić z prozaiczną rzeczywistością, w której konwenans tak zastępował lub pokrywał istotę rzeczy, jak plewa pokrywa prawdziwe ziarno. Potrzeba było, żeby powiew prawdy i prostoty odwiał tę plewę, a tak szczęśliwy wypadek nie zaszedł dotąd. (…)

[TEATR] [„FILIBERTA”, KOMEDIA W 3 AKTACH EMILA AUGIERA, PRZEKŁAD WIERSZEM KAZIMIERZA KASZEWSKIEGO]
(…) Filiberta jest córką wykwintnej margrabiny de Grandchamps, jest młodą i bogatą dziedziczką, ma przy tym niepospolitą inteligencję, szlachetną duszę i czyste a kochające serce, słowem: los obdarzył ją wszelkimi warunkami szczęścia, a jednak... już od kołyski unosi się nad nią pewien chmurny cień, który ustawiczną troską zasępia jej jasne czoło: oto Filiberta jest brzydką. (…)

...Filiberta nie myśli teraz o obeldze. Inna myśl poczyna świtać jej w głowie. Więc ona może się podobać? I to nie dla swego majątku, ale dla siebie samej? Więc ona jest piękną? A zatem może być kochaną? A zatem Lucjan nie dla jej pieniędzy chciał się z nią ożenić? Więc on ją kocha? (…)

[TEATR] [„Z POWODU INTRYGI I MIŁOŚCI” (Cabale und Liebe),
DRAMATU FRYDERYKA SZYLLERA, PRZEDSTAWIONEGO NA BENEFIS P. MODRZEJEWSKIEJ W TEATRZE WIELKIM WARSZAWSKIM]
(…) W czasie wojny, wśród dymu, huku strzelb i połysków szpad umieli jeszcze, strząsnąwszy puder z żabotów, rzucać się
na oślep na baterie najeżone bagnetami; grała wówczas potężnie błękitna krew w szlacheckich żyłach; umieli krokiem menuetowym brać na wzór muszkieterów francuskich szturmem działa forteczne. Ale czasu pokoju szli do antykamer książęcych intrygować, czołgać się, wysadzać wzajemnie z łaski książęcej, byle wszelkiego rodzaju lokajskimi posługami ściągnąć na się uwagę i fawor pański.

Pod pozorami przyzwoitości dworskiej rozpusta gnieździła się w tych ludziach jak ptak nocny w pustkowiach. Dziewice wysokich rodów szły na nałożnice dworskie i nie tylko nie poczytywały za ujmę roli kochanicy książęcej, ale chlubiły się nią jakby wysokim dworskim zaszczytem. Poczucie religijne wygasło, dusze wyschły do dna, wychłodły i zobojętniały zarówno na złe jak i na dobre. Religia dworska, urzędowy konserwatyzm form zastępował prawdziwą wiarę, ateizm stał się modą tam nawet, gdzie jako coś przeciwnego państwu, odrzucany i potępiany był przez władzę.

Ten sam posiew wolteriański, który dla niższych warstw miał być czynnikiem prowadzącym do przewrotu, rozkładał i toczył
od wewnątrz jak rak klasy wyższe; tamte ośmielał i zachęcał, te osłabiał i pogrążał w przepaść swawoli, rozpusty
i znikczemnienia. Taka to była wyższa społeczność Niemiec, społeczność do wysokiego stopnia strupieszała, wychłodła, żyjąca życiem sztucznym, wysilonym, pozbawionym wszelkiej potężnej treści, a niby świetnym i błyszczącym jak bańka mydlana. (…)


[KRONIKA TEATRALNA] [„WIT STWOSZ”, DRAMAT W PIĘCIU AKTACH Z FAKTÓW DZIEJOWYCH, NAPISAŁ WINCENTY RAPACKI, ARTYSTA DRAMATYCZNY]
W ostatniej scenie tego dramatu, gdy Wit Stwosz, piętnowany i okuty w łańcuchy, zwracając się do swej córki, mówi:

Pójdź, drogie dziecię, wrócimy do gniazda,
Żebraczy kosztur weźmiemy do ręki
I z piosnką szczęścia iść będziem przez drogę,

wówczas widz patrząc na upokorzenie i krzywdę, jaką wyrządzono bezbronnemu starcowi, pyta mimo woli, jaka jest wina tragiczna tego człowieka? Istotnie: był Wit, jak wiadomo, słynnym czasu swego rzeźbiarzem, przeniósł się do Norymbergi, którą wieloma pracami swymi przyozdobił, jak każdy nowator wywołał do walki żywioły konserwatywne w sztuce, a kiedy do walki tej domieszały się jeszcze i pierwiastki osobistej niechęci, upadł w niej. (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1876



CZERWIEC – PAŹDZIERNIK [Anaheim]


["NA PRZEBÓJ"] [Dramat w pięciu aktach. Przerobiony w 1878 r. we Francji i zmieniony tytuł: „NA JEDNĄ KARTĘ”]
(…) Uczucia, mateczko, są dwojakie: jedne jak skały potężne i niewzruszone, drugie jak strumień, w którym się przejrzeć można. (…)

Wiedz jednak, moja przelaszczko, że każda jesień miała przedtem wiosnę. (…)

Ale serce, rzucone na ziemię, musi kogoś na ziemi kochać i mieć przy sobie. (…)

…poeta mówi: „Świętym jest na ziemi, kto umiał zawrzeć przyjaźń… ze świętemi. (…)

…ten lud nasz, ci nasi wyborcy, to jeszcze owce, ale my chcemy z owiec ludzi zrobić, i w tym nasza siła. (…)

Łzy wypłakanej nic już nie wróci, w drodze jednak do oczu może ją przyjazna ręka zatrzymać. (…)


CZERWIEC - GRUDZIEŃ [San Francisco – Anaheim – Kanion Jacka Harrisona - Haywood]


["LISTY Z PODRÓŻY"]
Znaczące fragmenty listów zamieszczono w zakładce "Kalendarium" - "Rok 1876 r.", traktując je jako relację pisarza z podróży do Ameryki i dwuletniego tam pobytu. Poniżej znajdują się fragmenty "Listów..." opisujące kwestie ogólne i ponadczasowe.
(…) Społeczeństwo amerykańskie uchodzi za najreligijniejsze na świecie. Ludzi wątpiących istotnie nie ma tu wcale, przepisy religijne zachowywane są najściślej, w niedziele i święta głucha martwota upada na wsie i miasta, sklepy są pozamykane, fiakry
i omnibusy nie kursują prawie zupełnie; w teatrach nie grają, miejsca publiczne są puste; słowem, powaga tu i uroczystość większa niż wszędzie na świecie. Ale wejrzawszy w to bliżej, widzimy w tym raczej wpływ zwyczaju nie wdającego się w żadne rozumowania niż żywotnej, gorącej, świadomej siebie wiary. (…)

Kwestie takie, jak początek wszechrzeczy, istnienie Stwórcy, nieśmiertelność duszy i tym podobne, które odgrywają tak potężną rolę w umysłach młodzieży europejskiej, uniwersytetów, filozofów i ludzi nauki, a które tak często prowadzą naprzód
do filozoficznego bankructwa, a potem do zwątpienia, łatwo udzielającego się ogółowi, tu nie mają najmniejszej wagi. Żaden naród na świecie nie jest mniej zdolny do wszelkiej refleksji filozoficznej jak Amerykanie. Tu każdy więcej żyje życiem czynów
niż myśli, więcej zajęty handlem, przemysłem, rolą itp., o racje religijności się nie pyta. (…)

Przychodzi niedziela, Amerykanin idzie więc do kościoła, bo tak chce zwyczaj; czyta pobożną książkę, bo tak chce zwyczaj; siedzi w domu, bo wszyscy siedzą w domach; kto tam wie jednak, czy w tej całej religijności nie masz więcej rutyny i mechanicznego przyzwyczajenia niż prawdziwego uczucia. (…)

Z drugiej strony mnóstwo sekt… Wyznawcy… sekty starają się ją podtrzymać i rozszerzyć, muszą więc dawać z siebie przykład. (…) każdy Amerykanin… wolność religijną uważa za perłę konstytucji Stanów Zjednoczonych, a chcąc tę wolność zamanifestować, musi spełniać gorliwie wszelkie obrządki sekty, do której należy. (…)

Business nie pozwala rozstrzygać transcendentalnych kwestii, zatem nikt ich nie rozstrzyga i sprawy religijne idą tak, jak każe zwyczaj i pamięć ojców. (…)

(…) Wracam jeszcze raz do Indian… …mają swoje podania, swoją mitologię, a nawet swoją poezję, zawierającą się w pieśniach wojennych, pieśniach śmierci i tym podobnie. Podania niektóre są nawet nader zręcznie ułożone i dowodzą pewnego sprytu umiejącego korzystać z zewnętrznego materiału, jakiego dostarczają ludzie i przyroda. Gdy wielki Manitu (mówi jedno z podań) postanowił stworzyć człowieka, wziął glinę, wyrobił kształt ludzki i postanowił go wypalić w ogniu. Ale pierwszym razem przepalił na węgiel, twór jednak zostawił przy życiu i stąd powstał czarny Murzyn; drugim razem nie dopiekł i powstał biały człowiek; trzeci raz dopiero, nauczony doświadczeniem, umiał zachować miarę: nic nie dopiekł, nie przepalił i stąd powstał twór doskonały, prawdziwie piękny: czerwonoskóry. (…)

(…) polubiłem ten najpiękniejszy ze wszystkich na świecie język, w którym każde słowo dźwięczy jak srebro, każda litera drga własnym melodyjnym drganiem, tę męską, szlachetną a śpiewną mowę, która tak łatwo czepia się pamięci, jak magnes żelaza. Kto przeszedł i złamał wszystkie trudności angielszczyzny, nauczył się wykręcać językiem jak wrzecionem, wymawiać dźwięki pozbawione wszelkiej wyrazistości, temu, gdy weźmie się do hiszpańskiego, wydaje się, że spośród cierni i głogów wszedł nagle do ogrodu pełnego kwiatów. Nie znam łatwiejszego języka pod względem wymawiania, jak hiszpański. (…)

(…) Co to za śliczny wiersz w nrze 29 „Tygodnika”, zatytułowany: „W górach!” Zacząłem go czytać z lekceważeniem,
jak wszystkie takie ulotne poezyjki, a skończyłem zachwycony:

Otoczyły mnie wkoło moje równie senne
Pasmem jednakim,
Ale ja sobie lecę w krainy odmienne:
Umiem być ptakiem.


Cały ten tak poczynający się wstęp sam się śpiewa jak jaki mazurek Szopena: ma własną dziwną nutę, w której słychać szmer świerków górskich, kosodrzewu - i odgłosy ligawek pastuszych. Jest tam echo zupełnie takie, jak w górach. Czytelnikowi chce się po przeczytaniu zawołać: „hop! hoop!” - i czekać bacznym uchem na echową ze skał odpowiedź. Dwa następne ustępy również piękne, ale nie stoją w związku ani z pierwszym ani ze sobą. Trzeba je było zatytułować osobno. Pod wierszem znalazłem napis: „Maria Konopnicka”. (…)

…ta pani lub panna ma prawdziwy talent, który przyświeca przez wiersze jak promienie świtu przez mgłę. (…) …myślę teraz,
że sumienie me nie czułoby się równie spokojnym, gdybym podciął skrzydełka i tego górskiego słowika; dlatego też chwalę go otwarcie, wiem bowiem, że o ile nic tak nie szkodzi miernościom, jak pochwała, o tyle nic tak nie zachęca, nie podnieca
i nie zagrzewa prawdziwego talentu, jak szczere pochwalne uznanie. (…)

Mąż żonę, ojciec córkę oddaje tu pierwszemu lepszemu przechodniowi za byle co: za kawał drutu, scyzoryk lub starą kamizelkę. A jednak te dziewczyny z płcią miedzianą, o czarnych, ogromnych i łagodnych oczach, bywają w chwili rozkwitu nieraz bardzo przystojne. Trafia się, że samotni biali skwaterowi biorą je za żony i żyją z nimi szczęśliwie. (…)

Tu nie trzeba pośrednictwa praw, aby mężczyzna uważał kobietę, z którą żyje, za prawowitą swą małżonkę. Przy tym trzeba być chyba tu na miejscu, aby poznać dokładnie, jak idealnym mężem jest każdy rodowity Amerykanin. On w swej żonie czci swój home, tj. swoje ognisko domowe, swoją pozycję obywatela, ojca dzieciom, swoją godność osobistą, słowem, całego siebie,
bez względu na to, czy żona jego poślubiona jest przez pośrednictwo księdza, urzędnika lub bez pośrednictwa, czy jest biała, żółta lub miedziana.


I przyszło mi na myśl, iż ta szeroka od Oceanu do Oceanu Ameryka ma jeszcze i tę wyższość, że w niej idea państwowa
nie pochłania, tak jak na przykład w Prusach, jakby moloch indywiduów, że tu państwo istnieje dla ludzi, dla nich prawa, dla nich urzędy, nie oni dla praw i urzędów, a na koniec, że te tutejsze tak niby luźne związki państwowe trwalsze są od wielu innych,
bo ugruntowane na korzyści ludzkiej, na szczęściu ludzkim i na poczuciu tego dobra w indywiduach. (…)


LIPIEC – WRZESIEŃ - 21. [Anaheim – Los Angeles]


["SZKICE WĘGLEM"]
I. W KTÓRYM ZABIERAMY ZNAJOMOŚĆ Z BOHATERAMI I ZACZYNAMY SIĘ SPODZIEWAĆ, ŻE COŚ WIĘCEJ NASTĄPI

We wsi Barania Głowa w kancelarii wójta gminy cicho było jak makiem siał. Wójt gminy, niemłody już włościanin nazwiskiem Franciszek Burak, siedział przy stole z natężoną uwagą gryzmolił coś na papierze; pisarz zaś gminny, młody i pełen nadziei pan Zołzikiewicz, stał pod oknem i dłubał w nosie lub opędzał się od much. (…) Godzina była czwarta po południu, w całej wiosce panowała cisza, bo ludzie wyszli na robotę; za oknem tylko kancelarii cochała się o ścianę krowa i od czasu do czasu ukazywała przez okno sapiące nozdrza ze śliną wiszącą u pyska. (…)

Na koniec przerwał milczenie wójt.
– Panie Zołzikiewicz - rzekł z mazurska - niech ino pan napisze ten „raport”, bo mię jakoś nieskładno. Przecie pan je pisarz.
Ale pan Zołzikiewicz był w złym humorze, a jak tylko był w złym humorze, wójt musiał sam wszystko robić.
– To i cóż, żem pisarz? – odparł z lekceważeniem.
- Pisarz jest od tego, żeby pisywał do naczelnika i do komisarza; a do wójta, takiego jak wy, to wy sobie sami piszcie. (…)

I znowu nastała cisza, tylko pióro wójtowskie z wolna skrzypiało po papierze. Na koniec wójt wyprostował się, obtarł pióro
o sukmanę i rzekł:
- Ano! z pomocą Bożą skończyłem.
- Przeczytajcież, coście nagwazdali. (…)

Wójt wziął papier w obie ręce i zaczął czytać: „Do wójta gminy Wrzeciądza. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. Naczelnik kozeł, żeby spisy wojskowe były dycht po Matce Bozkiej, a tu u waju mentryki w parafii u dobrodzieja i też nasze chłopaki chodzą do waju na bandosę, rozumita, żeby były wypisane i bandośniki też przysłać przed Matką Bozką, jak skończone ośmnaście lat,
bo jak tego nie uczynita, to dostanieta po łbie, czego sobie i wam życzę. Amen.” (…)

…Zołzikiewicz zaczął się śmiać. (…) …siadł, wziął pióro w rękę, zatoczył nim kilka kół, jakby dla nabrania rozpędu, i począł szybko pisać. Wkrótce zawiadomienie było gotowe; wówczas autor poprawił włosy i czytał, co następuje: „Wójt gminy Barania Głowa do wójta gminy Wrzeciądza! Tak jak spisy wojskowe z polecenia władzy wyższej mają być gotowe na dzień ten i ten, roku tego a tego, tak zawiadamia się wójta gminy Wrzeciądza, ażeby metryki włościan baraniogłowskich nachodzące się w kancelarii parafialnej z takowej kancelarii wyjął i do gminy Barania Głowa w samym skorym czasie nadesłał. Włościan zaś gminy Barania Głowa znajdujących się na robociźnie we Wrzeciądzy na tenże dzień przystawić.”

- No, jużci, co głowa, to głowa – rzekł wójt. (…)

- Ba - rzekł udobruchany Zołzikiewicz - przecież pisarz to jest ten, co książki pisze.
- A to pan i książki pisze?
- Pytacie, jakbyście nie wiedzieli; a księgi kancelaryjne któż pisze?
- Prawda – rzekł wójt. (…) Że pan Zołzikiewicz miał edukację, to o tym wiedzieli wszyscy… (…) W siedemnastym roku życia doszedł już młodociany Zołzikiewicz do klasy drugiej, a byłby również wcześnie doszedł i wyżej, gdyby nie to, że nagle nastały burzliwe czasy, które raz na zawsze przerwały jego ściśle naukową karierę. (…) …idąc po tej nowej drodze doszedł
aż do pisarstwa gminnego, a – jak to już słyszeliśmy – marzył nawet o podrewizorstwie. Gruntowna wiedza zawsze potrafi obudzić dla siebie szacunek… (…)

Kłaniały mu się więc i osoby z inteligencji, kłaniali się i chłopi, zdejmując już z daleka czapki i mówiąc „pochwalony!”. (…) …pan Zołzikiewicz nie odpowiadał na „pochwalony" zwykłym: „na wieki wieków”. (…) …pan Zołzikiewicz jeszcze za owych burzliwych czasów doszedł do przekonania, że „dusza to para, i basta”. (…) …pan Zołzikiewicz zapatrywał się bardzo sceptycznie
na duchowieństwo, a zatem i na wszystko, co pośrednio lub bezpośrednio z duchowieństwem związane. Nie odpowiedział więc kosiarzom jako zwykle: „na wieki wieków”, tylko szedł dalej… (…) …koło chałupy, usłyszał rozmowę o sobie i zatrzymał się
za płotem. (…) …niedaleko ulów stały dwie baby rozmawiając. (…)

- Oj, moja Stachowa, tak się boję, żeby mi mego Franka w żołnierze nie wzieni, że aż mi skóra cierpnie.
A Stachowa na to:
- Do pisarza by wam, do pisarza. Jak on nie zaradzi, to nikt nie zaradzi.
- A z czymże, moja Stachowa, ja do niego pójdę. Do niego z gołymi rękami nie można. Wójt je lepszy; przyniesiesz mu czy białych raków, czy masła, czy lnu pod pachą, czy kurę, to wszystko weźmie, nie wybredzając. A pisarz ani spojrzy. O! on strasznie ambitny. Jemu to tylko chuścinę rozwiąż i zara rubla.
- Niedoczekanie wasze! – mruknął do siebie pisarz – żebym ja od was jaja albo kury brał. Cóż to ja łapownik jestem czy co? A idź z twoją kurą do wójta. (…)

…nagle rozległ się z tyłu warkot bryczki. Pan pisarz odwrócił się i spojrzał. Na bryczce siedział młody akademik… (…)
- Jak się masz, panie Zołzikiewicz? Co tam słychać? Cóż, zawsze pomadujesz się na dwa cale?
- Sługa pana dobrodzieja! – ozwał, kłaniając się nisko, Zołzikiewicz, ale gdy bryka mignęła dalej, zawołał w ślad za nią z cicha:
- Żebyś kark skręcił, nim dojedziesz. (…)

Przyjazd tego akademika był mu i z innych względów nie na rękę, dlatego poszedł dalej z zachmurzonym czołem i nie zatrzymał się aż dopiero przed jedną chałupą stojącą trochę opodal od drogi. (…) Przed drzwiami chałupy kobieta tłukła w mędlicy konopie śpiewając: „oj, ta dada! oj, ta dada! da-da-na!” (…) Kobieta była młoda, może dwudziestoletnia, i dziwnie urodziwa. (…) …zdrowa była jak rydz, szeroka w plecach i w biodrach, smukła w stanie, gibka, słowem: łania. (…)

- Dobry wieczór, Rzepowa! – zaczął pisarz.
-Dobry wieczór panu pisarzoju! – odrzekła kobieta, nie przestając mędlić.
- Wasz w domu?
- Na robocie w lesie.
- A to szkoda! Jest do niego interes z gminy. (…)

Pan pisarz tymczasem przeszedł wrota i stanął koło niej.
- A dacie się pocałować? to wam powiem.
- Obędzie się! – odparła kobieta.
Ale pan pisarz już zdołał ją objąć wpół i przygarnąć do siebie.
- Panie! bo będę krzyczeć – wołała Rzepowa, wyrywając się silnie. (…) W tej chwili Kruczek przyszedł jej na pomoc. Zjeżył sierść na karku i z wściekłym szczekaniem rzucił się na pana pisarza… (…)

- Weźcie tego psa! weźcie tego diabła! – krzyczał pan pisarz, machając rozpaczliwie polanem.
Kobieta zawołała na psa i odpędziła go za wrota. (…)
- Pomsta na was! – krzyknął pan pisarz. - Pomsta na was! Czekajcie! pójdzie Rzepa w sołdaty. Chciałem bronić… ale teraz… Przyjdziecie wy jeszcze do mnie… Pomsta na was!…
Kobiecina aż pobladła, jakby ją kto obuchem w głowę uderzył, rozłożyła ręce, otwarła usta, jakby chciała coś mówić.
Ale tymczasem pan pisarz, podniósłszy z ziemi kortową czapkę w zielone kraty, oddalił się szybko…



II. NIEKTÓRE INNE OSOBY I PRZYKRE WIDZENIA

W godzinę potem może przyjechał Rzepa z lasu z cieślą Łukaszem na dworskim wozie. Rzepa chłopisko był rosły jak topola, tęgi: prawdziwie od topora. (…) W karczmie też Rzepa pierwszy był do wszystkiego, tylko że siwuchę lubił, a skory był do bitki,
jak podpił. (…) Nikogo się we wsi nie bał, przed jednym pisarzem mores znał. Gdy zobaczył z daleka zieloną czapkę, zadarty nos
i kozią bródkę, idące na wysokich nogach z wolna po drodze, to się za czapkę brał. (…)

Gdy wrócił tego dnia z boru do chałupy, wypadła do niego kobieta z płaczem wielkim i dalejże wołać:
- Już ciebie, nieboże, niedługo moje oczy będą oglądały; już ja ci nie będę ni chustów prała, ni jeść gotowała. Pójdziesz ty, nieboraku, na kraj świata. (…)

Rzepa wydobył ze skrzyni rubla i poszedł do pana pisarza. Pisarz był kawaler, nie miał więc osobnego domu, ale mieszkał
w czworakach stojących nad stawem, czyli w tak zwanym murowanym. (…) …pan pisarz leżał w pościeli i czytał zeszyt Izabeli hiszpańskiej wydawnictwa pana Breslauera. Położenie jego, to jest nie pana Breslauera, ale pana pisarza, było okropne,
tak nawet okropne, że trzeba by mieć chyba styl Wiktora Hugo, żeby je opisać, jak było okropne. (…)

Rzepa kładzie rubla na stół i odzywa się pokornie:
- Jelemożny pisarzu! a to ja przyszedłem wedle… tej branki. (…)
- Won! won! won! - krzyknie na to Zołzikiewicz, w którego nagle duch wstąpił. I wpadłszy w wściekłość zrywa się do Rzepy,
ale w tej chwili w karlistowskiej ranie zabolało go srodze, pada więc nazad na poduszki wydając tylko przygłuszone jęki:
- Oj! jej!



III. ROZMYŚLANIA I EUREKA

…rana ogniła się, ale nadspodziewanie wyszła na korzyść kanclerzowi z Baraniej Głowy, a stało się to bardzo prostym sposobem: ściągnęła mu humory z głowy, więc zaczął myśleć jaśniej i zaraz poznał, że robił dotychczas same głupstwa. Bo tylko proszę posłuchać: kanclerz zagiął sobie, jak mówią w Warszawie, parol na Rzepową i nie dziwić się mu, bo też to była kobieta, jakiej drugiej nie znaleźć w całym powiecie osłowickim, chciał się więc pozbyć Rzepy. Gdyby raz Rzepę wzięli do wojska, kanclerz mógłby sobie powiedzieć: „hulaj dusza bez kontusza.” Ale nie tak łatwo było zamiast wójtowego syna podsunąć Rzepę. (…)

Zołzikiewicz powiedział sobie, że obiecawszy Burakowi zaciągnąć Rzepę na listę popisowych uczynił pierwsze głupstwo; poszedłszy do Rzepowej i napadłszy ją przy mędlicy uczynił drugie głupstwo; przestraszywszy ją i męża poborem, uczynił trzecie głupstwo. (…) Czyż jednak miał porzucić plan teraz, kiedy oblał go już krwią… Przeciwnie, teraz, gdy do apetytu na Rzepową przyłączyła się jeszcze chęć zemsty nad obojgiem i nad Kruczkiem z nimi razem, Zołzikiewicz przysiągł sobie, że kpem będzie, jeżeli Rzepie sadła za skórę nie zaleje. (…)

Myślał więc nad sposobami pierwszego dnia, zmieniając okłady, myślał drugiego, zmieniając okłady, myślał trzeciego, zmieniając okłady, i czy wiecie, co wymyślił? Oto nic nie wymyślił! Na czwarty dzień przywiózł mu stójka z osłowickiej apteki diachylum; Zołzikiewicz rozsmarował na płatek, przyłożył i – co za cudowne skutki tego medicamentum! – prawie jednocześnie wykrzyknął: „znalazłem!” (…)



IV, KTÓRY BY MOŻNA ZATYTUŁOWAĆ: ZWIERZ W SIECI

W kilka dni potem, nie wiem dobrze, czy w pięć, czy w sześć, w alkierzu karczmy baraniogłowskiej siedział wójt Burak, ławnik Gomuła i młody Rzepa. (…) Rzepa stawał się coraz czerwieńszy, Burak dolewał mu ciągle.
- A wy – rzekł wreszcie do Rzepy – to choć korzec grochu zarzucita na plecy jedną ręką, a balibyśta się pójść na wojnę!
- Co bym się miał bać? Kiej się bić, to się bić. (…)
Napili się znowu, ale Burak i Gomuła tylko że umoczyli usta, Rzepa zaś wypił całą szklankę araku, aż mu oko zbielało. (…) Napili się jeszcze raz. Rzepa jakoś się pocieszył i siadł spokojnie na zydlu, a wtem drzwi się otworzyły i ukazały się w nich: zielona czapka, zadarty nos i kozia bródka pisarza. (…)

- Panie pisarzu?
- Czego?
- Czy to prawda wedle tego boru?
- Prawda. Musicie tylko podpisać prośbę całą gromadą.
- Ja tam nie będę nic podpisywał – ozwał się Rzepa, który miał wstręt wspólny wszystkim chłopom do podpisywania swego nazwiska.
- Ciebie się też nikt nie będzie prosił. Nie podpiszesz, to nic nie dostaniesz. Twoja wola. (…)
- O lesie prawda, ale każdy musi ogrodzić swoją część płotem, żeby nie było sporów.
- To-ta płot będzie więcej kosztował, niż las wart – wtrącił Rzepa. (…)
- Na koszta płotu – mówił do wójta i ławnika – rząd przysyła pieniądze. Jeszcze każdy na tym zarobi, bo wypada po pięćdziesiąt rubli na głowę.

Rzepie aż się oczy zaiskrzyły po pijanemu.
- A, jak tak, to podpiszę. A pieniądze gdzie są?
- Są u mnie – rzekł pisarz. – A to dokument. (…)
- A może nie chcesz? Tu wszystko dobrowolnie.
- Co nie mam chcieć?
A pisarz mu na to:
- Szmul!
Szmul ukazał się we drzwiach.
- Ny, co pan pisarz chce?
- Chodź i ty na świadka, że tu wszystko dobrowolnie. (…)
- Może nie chcesz?

Ale Rzepa już podpisał i Żyda usadził nie gorszego od Szmula, potem wziął pieniądze od pisarza, całych pięćdziesiąt rubli,
i schowawszy je za pazuchę zawołał:
- A dajta no jeszcze haraku!
Szmul przyniósł: wypili raz i drugi. Następnie Rzepa wsparł pięści na kolanach i począł drzemać.
Kiwnął się raz, kiwnął się drugi raz, na koniec zwalił się z zydla mruknąwszy: „Boże! bądź miłościw mnie grzesznemu!” – i usnął. (…) Przespał więc Rzepa w karczmie całą noc. Nazajutrz rozbudził się o wschodzie słońca. Patrzy, wyłupia oczy, aż to nie jego chałupa, ale karczma, i nie alkierz, w którym siedział wczoraj, ale ogólna izba z szynkwasem. (…)Więc Rzepa zaczął się macać, jak robi każdy chłop przespawszy noc w karczmie. Namacał pieniądze.(…)

- Szmul!
- Ny, czego chcesz?
- Co to ja mam za pieniądze?
- Co, głupi, nie wies? Toć się wczoraj z wójtem zgodziłeś, że za jego syna będziesz losował, i pieniądze wziąłeś, i kontrakt podpisałeś.
Dopiero chłop zbladł jak ściana: rzucił czapkę o ziemię, potem sam grzmotnął się o nią i jak nie ryknie, aż się szyby w karczmie zatrzęsły.
- No, pasioł won, ty sałdat! – rzekł flegmatycznie Szmul.
W pół godziny potem Rzepa zbliżał się do chałupy; Rzepowa, która właśnie gotowała strawę, usłyszawszy go, jak skrzypiał wrotami, prosto od komina pobiegła na jego spotkanie, gniewna bardzo.
- Ty pijaku! – zaczęła. Ale spojrzawszy na niego, aż się sama przeraziła, bo ledwo go poznała.
- A tobie co jest?
Rzepa wszedł do chaty i z początku ani słowa nie mógł przemówić, tylko siadł na ławie i patrzył w ziemię. Ale kobieta zaczęła pytać i dopytała wreszcie wszystkiego. „Zaprzedali mnie” rzekł w końcu. (…)


V, W KTÓRYM POZNAJEMY CIAŁO PRAWODAWCZE BARANIEJ GŁOWY I GŁÓWNYCH JEGO PRZYWÓDCÓW

Nazajutrz dzień było posiedzenie sądu gminnego. Ławnicy poschodzili się z całej gminy z wyjątkiem panów, alias szlachty… (…) Nie wyłączało to jednak pośredniego wpływu „inteligencji” na losy gminne. Jeśli bowiem ktoś z „inteligencji” miał sprawę, wówczas wigilią posiedzenia zapraszał pana Zołzikiewicza do siebie, przynoszono następnie do pokoju przedstawiciela inteligencji wódeczkę, podawano cygara i wtedy obgadywała się rzecz z łatwością. Potem następował obiad, na który zapraszano pana Zołzikiewicza uprzejmymi słowami: „Ano, siadaj, panie Zołzikiewicz! siadaj!” (…)

Po obiedzie dziwiło go także nieraz, że szlachcic nie czekając, aż on się żegnać zacznie, klepał go w łopatkę i mówił: „No to bywaj zdrów, panie Zołzikiewicz!”, ale znów sądził, że to w dobrych towarzystwach przyjęte. Przy tym ściskając na pożegnanie rękę gospodarza domu uczuwał w niej zawsze coś szeleszczącego. Wówczas zginał palce i drapiąc szlachcica w dłoń, wygarniał z niej to „coś szeleszczącego”, nie zapominając jednak nigdy dodać: „A panie dobrodzieju! między nami to niepotrzebne!
a co do sprawy, może pan dobrodziej być spokojny!” (…)

Ze szlachty, a wyrażając się ściślej, z panów, jeden tylko pan Floss, dzierżawca Małych Postępowic, bywał początkowo,
jako ławnik, na sądach gminnych i twierdził, że inteligencja powinna w nich brać udział. Ale miano mu to powszechnie za złe. Szlachta twierdziła bowiem, że pan Floss musi być „czerwony”, czego zresztą i samo nazwisko jego: Floss, dowodziło; chłopi zaś
w demokratycznym poczuciu własnej odrębności utrzymywali, że nie wypada siadać panu na jednej ławie z chłopami, czego najlepszym dowodem jest, że „jensze panowie tego nie robią”. (…) …nie lubił go i pan Zołzikiewicz, bo pan Floss nie starał się niczym szeleszczącym zasłużyć na jego przyjaźń… (…)

…usłyszał pewnego pięknego poranku, wobec całej gminy, z ust siedzącego obok ławnika, co następuje: „Albo to wielmożny pan - to pan? Pan Ościeszyński - to jest pan, pan Skorabiewski - to jest pan, a wielmożny pan - to nie pan, ino dorobiec.” Usłyszawszy to pan Floss, który właśnie także kupił był jakoś w owym czasie Kruchą Wolę, plunął na wszystko i gminę pozostawił gminie… (…)

…nagle drzwi zamknięte po napadzie prosiąt rozwarły się na rozcież i ukazał się w nich Rzepa chmurny jak noc, a za nim Rzepowa i Kruczek. Rzepowa była bledziusieńka jak płótno; jej śliczne delikatne rysy wyrażały smutek i pokorę, a w wielkich czarnych oczach ukazywały się łzy, ściekając następnie po policzkach. Rzepa wszedł było hardy, z głową zadartą,
ale jak zobaczył cały sąd, tak zaraz stracił minę i dość cichym głosem ozwał się:
- Niech będzie pochwalony!
- Na wieki wieków! – odpowiedzieli chórem ławnicy. (…)

Rzepa zaczął:
- Jelemożny sądzie… A niech to najjaśniejsze…
- Cichaj! Cichaj! – przerwała kobieta – dajże mnie mówić, a ty cicho siedź. To rzekłszy, obtarła fartuchem łzy i nos, i głosem drgającym poczęła opowiadać całą sprawę. Ach! ale gdzież to ona przyszła? Oto przyszła na skargę na wójta i na pisarza:
przed… wójta i pisarza. „Wzięli go – mówiła – obiecowali mu las, byle podpisał, to i podpisał. Dali mu pięćdziesiąt rubli, a on był pijany i nie wiedział, że zaprzedaje dolę swoją i moją, i dzieciaka. Pijany był, wielmożny sądzie, pijany jak nieboskie stworzenie! (…)

…Rzepowa znowu zebrała się z głosem i tak mówić poczęła:
- Chłopsko chodzi jak struty. Ciebie, powiada, zabiję, dzieciaka zgładzę, chałupę spalę, a powiada, nie pójdę i nie pójdę. A cóżem ja winna, nieboga? albo i dzieciak? On już ani do gospodarstwa, ani do kosy, ani do siekiery, ino siedzi w izbie i wzdycha, i wzdycha, ale ja sądu czekałam; toć wy, ludzie, macie Boga w sercu i na naszą krzywdę nie pozwolicie. (…)
Przez chwilę słychać znów było tylko szlochanie Rzepowej, na koniec stary jeden ławnik mruknął:
- A, dyć to nieładno człeka upoić i zaprzedać.
- Bo i nieładno! – odpowiedzieli inni. (…) …spoglądali na pisarza, który milczał, ale gdy Rzepowa skończyła, rzekł do mruczących ławników:
- Jesteście durnie!

Nastała cisza, jak makiem siał, pisarz mówił dalej:
- Wyraźnie stoi napisane, że kto się będzie wtrącał do dobrowolnego kontraktu, będzie sądzony morskim sądem, a czy wiecie, durnie, co to jest morski sąd? (…)
- Który, kpie jeden z drugim, nie wiesz, co jest morski sąd, to wsadź tylko nos w taką sprawę, a poznasz, co to jest morski sąd,
aż cię siódma skóra zaboli. Jak się ochotnik znajdzie za popisowego, to tobie jednemu z drugim wtrącać się do nich wara. Ugoda podpisana, świadkowie są, i szabas! To się rozumie w jurysprudencji, a nie wierzysz, to patrz w procedurze i w zsyłkach. A jeśli
i piją przy tym, to i cóż? Albo to wy nie pijecie, durnie, zawsze i wszędzie? (…)

Przez chwilę panowało głuche milczenie i dopiero po niejakim czasie ozwał się Gomuła cichym głosem, na który obejrzeli się wszyscy, jakby zdziwieni jego śmiałością:
- Dyć prawda! konia sprzedasz, napijesz się, wołu sprzedasz, też; świnie, też. To już taki obyczaj.
- Toćwa napiliśmy się i wtedy ino wedle obyczaju – wtrącił wójt. A potem ławnicy śmielej zwrócili się do Rzepy.
- Cóż, kiejś sobie piwa nawarzył, to go pij.
- Albo to tobie sześć lat? Albo ty nie wiesz, co robisz?
- Łba ci przecięć nie urwą.
- A jak pójdziesz do wojska, to se do dom możesz parobka nająć: on cię ta zastąpi i przy chałupie, i przy kobiecie. (…)

Nagle pisarz znowu otworzył usta: uciszyło się wszystko.
- Ale wy nie wiecie – mówił – w co wam się wtrącać, a czego nie tykać. W to, że Rzepa groził żonie i dzieciakowi, w to, że obiecywał spalić własną chałupę, w to wy się wtrącać możecie i takiej rzeczy płazem nie puścić. Kiedy Rzepowa przyszła na skargę, niechże od sądu bez sprawiedliwości nie odchodzi. (…) …Rzepowie nie tylko nic nie wskórali, ale jeszcze sąd, w słusznej troskliwości tak
o całość Rzepowej, postanowił ją ubezpieczyć przez zamknięcie Rzepy w chlewku na dwa dni. (…)
…Rzepa rzucił się jak wściekły i krzyknął, że do chlewka nie pójdzie; co zaś do kancelaryjnego, to nie dwa, ale pięćdziesiąt rubli wziętych od wójta rzucił na ziemię, wołając: „niech je se ta bierze, kto chce!” Zaczął się rozgardiasz straszny. (…) …inni zaś pomogli stójce zaciągnąć Rzepę za kołtuny do chlewka. (…)

Rzepowa szła do pustej chałupy prawie bez przytomności. (…) Wójt, że to miał serce dobre, więc idąc z wolna z Gomułą ku karczmie rzekł:
- Mnie ta cosik tej baby żal. Albo im dołożę jeszcze ćwiartczynę grochu, albo co? (…)




VI. IMOGENA

Dał pan Zołzikiewicz, co się nazywa, szach mat Rzepowej i Rzepie. (…) …Zołzikiewicz, równie umiarkowany jak genialny, wziął
dla siebie tylko dwadzieścia pięć rubli za sprawę. (…) …pan Zołzikiewicz był w ciągłych długach u Srula, krawca z Osłowic, który całą okolicę zaopatrywał w „cisto paryską” garderobę? Ale teraz, gdym już raz wszedł na drogę wyznań, nie będę ukrywał, dlaczego pan Zołzikiewicz ubierał się tak starannie. (…) Oto pan Zołzikiewicz się kochał. Nie myślcie jednak, żeby w Rzepowej.
Na Rzepową miał, jak się kiedyś wyraził sam, „apetycik”, i basta. (…) …przedmiotem tych ostatnich uczuć nie mógł być przecie kto inny, jak panna Jadwiga Skorabiewska. (…) Ale panna Jadwiga nie tylko mu nic nie przydeptywała, ale – któż zrozumie kobietę?! – patrzyła na niego tak, jak by patrzyła na płot, na kota, na talerz lub coś podobnego. Co on się biedak nie namęczył, żeby zwrócić jej uwagę na siebie. (…)

…obok idealnego uczucia dla panny Jadwigi, które zresztą odpowiadało arystokratycznym usposobieniom tego młodzieńca, mieściło się w nim równoznaczne z „apetycikiem” uczucie do Rzepowej. (…) Prawda, że Rzepowa była śliczna kobieta,
co się nazywa; nie byłby jednak zapewne ów baraniogłowski Don Juan tyle jej zachodów poświęcał, gdyby nie dziwna
i zasługująca na ukaranie oporność tej kobiety. (…) Rzepowa nabrała zaraz w jego oczach uroku zakazanego owocu,
ale postanowił przy tym dać jej naukę, na jaką zasługiwała. Zajście z Kruczkiem ustaliło go jeszcze w przedsięwzięciu. Wiedział jednak, że ofiara będzie się bronić, dlatego wymyślił ową dobrowolną ugodę Rzepy z wójtem, która oddawała, pozornie przynajmniej, na jego łaskę i niełaskę tak samego Rzepę, jak i całą jego rodzinę. Ale Rzepowa po owym zajściu w sądzie
nie dawała jeszcze za wygraną. Nazajutrz była niedziela, postanowiła więc pójść, jak zwykle, na sumę do Wrzeciądzy, a zarazem poradzić się księdza. (…)

Jakoż gdy przyszła, nabożeństwo już się zaczęło. (…) Oj! modliła się też Rzepowa nieboga, modliła, jak nigdy w życiu,
ale też czuła, że jej coraz lżej i lżej na sercu. (…) I z oczu płynęły jej łzy, ale już nie te łzy, którymi płakała u wójta, ale dobre jakieś, choć duże jak kałakuckie perły, ano słodkie przy tym i spokojne. Padła Rzepowa przed majestatem Bożym twarzą
na podłogę, a potem to już i sama nie wiedziała, co się z nią stało. Zdawało się jej, że anieli niebiescy podjęli ją z ziemi i jako liść marny zanieśli aż do nieba, w wiekuistą szczęśliwość, gdzie nie było ani pana Zołzikiewicza, ani wójta, ani spisów wojskowych, tylko jakby jedna zorza, a w owej zorzy tron boski, koło tronu zasię światłość taka, że trzeba było oczy mrużyć, i całe chmary aniołków niby ptaszków z białymi skrzydełkami.

Rzepowa leżała tak długo. Gdy się podniosła, już było po mszy; kościół opustoszał; dymy poszły pod sufit; ostatni ludzie wychodzili przeze drzwi, a na ołtarzu dziad gasił świece, więc Rzepowa się podniosła i poszła na parafię rozmówić się z księdzem wikarym. (…)

- A czego to chcecie, moja kobieto? – spytał cichym, ale dźwięcznym głosem. (…)
- Oj! porady, dobrodzieju, porady przyszłam od was szukać.
- I nie omyliliście się, moja kobieto – odpowiedział łagodnie ksiądz Czyżyk. – Ale ja mam tylko jedną poradę. Oto ofiarujcie Bogu wszystkie swoje strapienia. (…) Nieszczęście, jakie przytrafiło się waszemu mężowi, uważajcie jako karę Bożą za ciężki jego grzech pijaństwa i dziękujcie Bogu, że karząc go za życia, może odpuści mu po śmierci.
Rzepowa popatrzyła na księdza swymi czarnymi oczyma, potem podjęła go pod nogi i odeszła cicho, nie rzekłszy ani słowa. (…)



VII. IMOGENA

Po południu, koło godziny piątej, na głównej drodze między chałupami… panna Jadwiga szła na spacer po obiedzie, obok niej zaś kuzyn, pan Wiktor. (…) Biło od tej pary zdrowiem, młodością, wesołością, szczęściem; a przy tym znać było po obojgu owo życie wyższe, świąteczne: życie skrzydlatych polotów nie tylko w świat zewnętrzny, ale w świat myśli, szerszych pragnień, równie szerokich idei, a czasem w złote i promienne szlaki marzeń. (…)

Tymczasem doszli do czworaków, w oknie których mignęły im: kozia bródka, zadarty nos i jasnozielony krawat, a potem zatrzymali się przed ładnym domkiem pokrytym dzikim winem i patrzącym tylnymi oknami na staw. (…) …doszli do wielkiej kałuży, w której leżało kilka świń „słusznie tak nazwanych dla swego niechlujstwa". Żeby tę kałużę obejść, potrzeba było przejść koło chaty Rzepowej; poszli więc tamtędy. Przed wrotami siedziała na pieńku Rzepowa z łokciami opartymi na kolanach
i z twarzą podpartą na ręku. Twarz ta była blada i jakoby skamieniała, oczy czerwone, wejrzenie mętne i utkwione w dal
bez myśli. (…)

- Dobry wieczór, Rzepowa!
Rzepowa wstała i, zbliżywszy się, podjęła pod nogi pannę Jadwigę i pana Wiktora, przy czym rozpłakała się cicho.
- Co to wam, Rzepowa? – spytała panna.
- Oj, jagódko moja złota, o zorzo moja rumiana! Może mi Bóg ciebie zesłał! Przyczyń że ty się za mną, pociecho nasza! (…)
- Cóż ja wam poradzę, moja Rzepowo! Mnie was żal bardzo. Doprawdy… cóż ja mogę wam poradzić. Idźcie zresztą do papy… może papa… No, bądźcie zdrowi, Rzepowo... (…)

…potem zaś panna Jadwiga poszła dalej z panem Wiktorem.
- Niech cię Bóg błogosławi, kwiateczku najpiękniejszy! – zawołała za nią Rzepowa. Panna Jadwiga posmutniała jednak… (…)

- Do dworu? – mówiła sobie tymczasem Rzepowa. – A toć mnie tam najpierw trzeba było iść. Oj! głupia też ze mnie kobieta! (…)



VIII. IMOGENA

We dworze był ganek obrośnięty winem, z widokiem na dziedziniec i topolową drogę. W tym ganku państwo pijali latem kawę
po obiedzie. Siedzieli też tam i teraz, a z nimi razem ksiądz dziekan Ulanowski, ksiądz Czyżyk i rewizor gorzelany Stołbicki. (…)
…wesołość była więc ogólna, gdy nagle przerwał ją cichy, lękliwy głos, z zewnątrz ganku, który rzekł:
- Niech będzie pochwalony!
Pan Skorabiewski zaraz podniósł się, wyszedł przed ganek i spytał:
- A kto tam?
- To ja, Rzepowa.
- Czego?
Rzepowa schyliła się, o ile jej na to dzieciak pozwalał, i podjęła go pod nogi.
- Po ratunek, jaśnie dziedzicu, i po zmiłowanie.
- Moja Rzepowa… - Widzicie przecie, że teraz mam gości. Toć ich dla was nie zostawię.
- Ja zaczekam…
- No to czekajcie. Ja się przecie na dwoje nie rozerwę…

…przyszło jej czekać dość długo. (…) Rzepowa czekała i czekała. Przychodziło jej do głowy, czyby nie wrócić do chałupy
a przyjść później, ale bała się, że potem będzie za późno, przysiadła więc tylko na trawie pod płotem i dała dziecku piersi. (…)
To, że czekała już parę godzin, wydało jej się tak naturalne, że nawet nie zastanawiała się nad tym. Tymczasem państwo wrócili na ganek. Rzepowa widziała przez liście winne, jak panienka nalewała ze srebrnego imbryka „arbatę”, czyli, jak mawiała nieboszczka matka Rzepowej, „taką wodę pachniącą, co ci od niej w calusieńkiej gębie puszy”. Potem pili ją wszyscy, rozmawiali
i śmieli się wesoło. (…)

Nareszcie skończyła się i kolacja... (…) …pan… spojrzał na niebo, chcąc widać wymiarkować, jaka będzie jutro pogoda, nareszcie dojrzał w ciemności bielejącą koszulę Rzepowej.
- A kto tam?
- Rzepowa.
- A, to wy! Gadajcie prędzej, czego chcecie, bo późno.
Rzepowa powtórzyła mu znowu wszystko; pan słuchał i tylko pykał z fajki przez cały czas, a potem rzekł:
- Moi kochani! ja pomógłbym wam chętnie, gdybym mógł, ale dałem sobie słowo, że się w sprawy gminne nie będę wtrącał.
- Dyć ja wiem, jaśnie dziedzicu – rzekła drżącym głosem Rzepowa – ale pomyślałam sobie, że może jaśnie dziedzic ulituje się nade mną…
Głos jej urwał się nagle.
- Wszystko to bardzo dobrze – rzekł pan Skorabiewski - ale co ja mogę zrobić? Ja swojego słowa dla was łamać nie mogę,
a do naczelnika z wami nie będę jeździł, bo on już i tak powiada, że nachodzę go ciągle własnymi sprawami… Wy macie swoją gminę, a jak gmina wam nie poradzi, to do naczelnika znacie drogę tak jak i ja. Cóżem chciał mówić? No! idźcie z Bogiem. (…)




IX. IMOGENA

Rzepa po wyjściu z chlewka poszedł prosto nie do chałupy, ale do karczmy. Wiadomo, że chłop w utrapieniu pije. Z karczmy, powodowany tąż samą myślą, co i Rzepowa, poszedł do pana Skorabiewskiego, i głupstwo zrobił. Człowiek nietrzeźwy nie wie,
co gada. Otóż Rzepa był natarczywy… (…) …z gburowatością, właściwą również prostakom, ozwał się i został wyrzucony
za drzwi. Gdy przyszedł nazad do chałupy, sam powiedział żonie:
- Byłem we dworze.
- I nie wskórałeś nic.
A on pięścią o stół.
- Podpalić by ich, psio-wiary.
- Cichajże, zbereźniku. Co ci tam pan powiedział?
- Odesłał mnie do naczelnika. (…)
- Ono to chyba trzeba iść do Osłowic.
- Pojadę do Osłowic – mówił zaraz wtedy – I pokażę mu, że się bez niego obędzie.
- Nie pojedziesz-że ty, nieboraku mój serdeczny, tylo ja sama. Ty, ino się napijesz, to zara hardo się stawisz, i tylko nieszczęścia przymnożysz. (…)

Koń był przy gospodarstwie potrzebny, więc poszła piechotą i świtaniem, bo do Osłowic było trzy opętane mile. (…) Na świecie stawało się coraz goręcej i pot lał się strumieniem z Rzepowej, ale zbierała nogi, jak mogła, i w godzinę później wchodziła już
do Osłowic. (…) Dopiero jak przyszła na rynek, tak się zlękła. Łatwo było przyjść do Osłowic, ale zabłądzić w Osłowicach jeszcze łatwiej. (…) O komisarza wypytała się łatwo, ale poszedłszy do jego domu, dowiedziała się, że wyjechał do guberni. O naczelniku powiedzieli jej, że go trzeba szukać w powiecie. Ba! a powiat gdzie? Oj! głupia, głupia kobieta. Przecie w Osłowicach, nie gdzie indziej. Szukała tedy w Osłowicach powiatu, szukała; nareszcie patrzy: stoi jakiś pałac… (…)

Zebrała się z duchem i weszła do pałacu. Patrzy znowu: a tam pełno korytarzy, na lewo drzwi, na prawo drzwi, dalej jeszcze
i drzwi, i drzwi, a na każdych jakieś litery. Przeżegnała się Rzepowa i otworzywszy z nieśmiałością i po cichutku pierwsze, znalazła się w jakiejś wielkiej izbie przedzielonej stalami jak kościół. (…) Urzędnik siadł za stołem i zaczął pisać. Wtedy Rzepowa ośmieliła się odezwać:
- Pochwalony Jezus Chrystus!...
- Czego tam?
- Jaśnie naczelniku!...
- Tu jest kasa.
- Jaśnie naczelniku!...
- Tu jest kasa, mówię wam.
- A kaj naczelnik?
Urzędnik pokazał drugim końcem pióra na drzwi:
-Tam.

Rzepowa wyszła znowu na korytarz. Tam? ba! ale gdzie? (…) Siadła koło jakichś drzwi i z cierpliwością prawdziwie chłopską postanowiła siedzieć przy nich, choćby do skończenia świata. „A przecie kto może i zapyta!” – myślała sobie. (…) Wreszcie jednak Bóg zmiłował się nad nią. Z tych drzwi, przy których siedziała, wyszedł stateczny szlachcic, którego czasem w kościele
we Wrzeciądzy widywała; potknął się o nią i pyta:
- Wy tu czego, kobieto, siedzicie? Co?
- Do naczelnika…
- Tu jest komornik, nie naczelnik.
Szlachcic ukazał drzwi w głębi korytarza.
- Tam, gdzie ta zielona tabliczka, co? Ale nie chodźcie do niego teraz, bo zajęty, co? Zaczekajcie tu, on musi tędy przechodzić. (…)

Przyszło jej jednak jeszcze dość długo czekać, aż nareszcie drzwi z zieloną tabliczką otworzyły się z trzaskiem; wyszedł z nich niemłody już wojskowy i szedł przez korytarz, śpiesząc się bardzo. Oj! zaraz można było poznać, że to naczelnik, bo za nim
w dyrdy leciało kilku interesantów, zabiegając mu to z prawej, to z lewej strony, a do uszu Rzepowej doszły wykrzyki: „Panie naczelniku dobrodzieju!” „Słóweczko, panie naczelniku!” „Łaskawy naczelniku!” Ale on nie słuchał i szedł naprzód. Rzepowej
aż zaraz pociemniało w oczach na jego widok. „Dziej się wola Boża!” przemknęło jej w głowie, więc wypadła na środek korytarza
i, klęknąwszy z podniesionymi rękoma, zagrodziła mu drogę. Spojrzał, stanął; cała procesja zatrzymała się przed nią.
- Toż co jest? – spytał.
-Przenoświętsy nacelni…
I nie mogła dalej: zalękła się tak, że głos urwał się jej w gardle; język kołem stanął.
- Czego?
- O! o! ady! ady! wedle… poboru.
- Cóż to? was do wojska chcą? – a? – spytał naczelnik. (…)

Ale Rzepowa do reszty straciła głowę od śmiechu panów, więc poczęła tylko bełkotać bez związku: „Burak! Rzepa! Rzepa!
Burak, o!”
- Musi być pijana! – rzekł jeden z otaczających. (…)
- Jak wytrzeźwiejesz, to sprawę przedstawić gminie, a gmina niech przedstawi mnie.
Poszedł śpiesznie dalej, a interesanci za nim powtarzając: „Panie naczelniku dobrodzieju!”, „Słóweczko, panie naczelniku!”, „Łaskawy naczelniku!” (…)

Korytarze opustoszały; zrobiło się na nich cicho, tylko dzieciak Rzepowej począł wrzeszczeć. Więc rozbudziła się jakoby ze snu, wstała, podniosła dziecko i zaczęła mu pośpiewywać…Potem wyszła z gmachu. Na dworze niebo zawlokło się chmurami:
na krańcach widnokręgu grzmiało. (…)Minęła wreszcie po-reformacki kościół i wyszła daleko w pole, aż nagle zatrzymała się,
bo naprzeciw niej szedł pijany chłop. (…) Ujrzawszy Rzepową stanął, rozłożył ręce i wykrzyknął:

Oj! pójdziewa w żyto!
Boś dobra, kobieto!

I chciał ją złapać wpół, ale Rzepowa zląkłszy się o dziecko i o siebie uskoczyła w bok; chłop za nią, ale że był pijany, więc się przewrócił. Zerwał się wprawdzie zaraz, nie gonił jej jednak, tylko porwawszy kamień rzucił za nią, że aż zawarczało powietrze. Rzepowa poczuła ból w głowie i zamroczyło ją zaraz, toteż przyklękła. Lecz pomyślała sobie tylko jedno słowo: „dziecko”,
i poczęła uciekać dalej. Zatrzymała się dopiero pod krzyżem, a obejrzawszy się spostrzegła, że chłop był już jakie pół wiorsty
i taczając się szedł do miasta. W tej chwili jednak uczuła jakieś dziwne ciepło na szyi; pomacała ręką, a potem spojrzawszy
na palce spostrzegła krew. Pociemniało jej w oczach i odeszła od przytomności. Zbudziła się oparta plecami o krzyż. (…)

…nie darmo to mówią: „Baby i ropuchy nawet siekierą nie zabijesz!” Po godzinie jakiej zwlokła się znowu, choć nogi gięły się
pod nią: poszła dalej. (…) Nagle błysnęło: piorun runął tak blisko, że owionął ją zapach siarki, i aż przysiadła. Ale przyprowadziło ją to do przytomności; krzyknęła: „A słowo stało się ciałem!” (…) Rzepowa weszła do lasu, ale w lesie było jeszcze ciemniej
i straszniej. (…) …deszcz, pomieszany z gradem lunął jak z cebra; uderzył wiatr z taką siła, że aż chojary przygięły się do ziemi; las zasnuło mgłą, parą, falami deszczu; drogi ani dojrzeć, a tu drzewa wiją się po ziemi, a skrzypią i szumią: słychać trzask gałęzi, ciemność. Rzepowa uczuła, że słabnie. (…) Zdjęła z siebie chustę, zdjęła przyjaciółkę, fartuch, rozebrała się prawie do koszuli
i okutała dziecko; potem ujrzawszy w pobliżu brzozę płaczącą, przyczołgała się do niej prawie na czworakach i złożywszy
pod gęstwiną dziecko, sama upadła obok niego.
-Boże! przyjm duszę moją! – wyszeptała z cicha. (…)

Po chwili z daleka dał się słyszeć turkot wozu i chlapanie nóg końskich po kałużach. To Herszek, pachciarz z Wrzeciądzy, sprzedawszy w Osłowicach gęsi, wracał na noc do domu. Ujrzawszy Rzepową zlazł z wozu. (…)




X. ZWYCIĘSTWO GENIUSZU

Herszek z Wrzeciądzy zabrał było Rzepową spod brzozy i wiózł ją do Baraniej Głowy, a po drodze spotkał się z Rzepą, który widząc, że idzie burza, wyjechał z wozem na spotkanie kobiety. Kobieta przeleżała noc i następny dzień, ale drugiego dnia już wstała, bo dzieciak był chory. Przyszły kumy i okadzały go święconymi wiankami, a następnie stara Cisowa, kowalka, zażegnywała chorobę z sitem w ręku i czarną kurą. Jakoż dzieciakowi zaraz pomogło, ale bieda była coraz większa z samym Rzepą, który zalewał się teraz wódką bez miary i już nie można było dojść z nim do ładu. (…)

Gdy Rzepa przychodził do chałupy, czy to pijany, czy trzeźwy, nie mówił do żony ani słowa, ale siadał na skrzynce i patrzył wilkiem w ziemię. Tak siadywał po całych godzinach jak skamieniały. Kobieta kręciła się po izbie, pracowała jak i dawniej,
ale także milczała. (…) Po kilku dniach poczęły chłopu złe jakieś myśli przychodzić do głowy. Poszedł było do spowiedzi
do księdza Czyżyka, ksiądz nie dał mu rozgrzeszenia i kazał przyjść nazajutrz, ale nazajutrz Rzepa zamiast do kościoła, poszedł do karczmy. Ludzie słyszeli, jak po pijanemu mówił, że kiedy mu Pan Bóg nie chce pomóc, to on duszę diabłu zaprzeda, i poczęli się go wystrzegać. (…)

Zdarzyło się, że u Rzepów wyschła studnia. Rzepowa więc poszła po wodę przed karczmę… (…) Aż tu przed karczmą stoi Szmul. Gdy ujrzał Rzepową, wydobył zaraz z gęby porcelanową fajkę, co mu na brodzie wisiała, i zawołał:
- Rzepowa!
Rzepowa zatrzymała się i pyta:
- Czego chcecie? (…)
- Ny, jacy wyście głupi, to już w całej Baraniej Głowie nikogo głupszego nie ma! A wam po co tam było iść?
- A gdzież miałam iść? – rzecze kobieta.
-Gdzie? - odparł Żyd – a na czym ugoda stoi? na papierze: nie ma papieru, nie ma i ugody: podrzeć papier, i basta!
- O moiściewy! – rzecze Rzepowa – żeby ja miała ten papier, dawno bym ja go podarła.
- Ba, a to nie wiecie, że papier u pisarza? No… ja wiem, co wy, Rzepowa, dużo u niego możecie wskórać; on sam mi mówił: niech Rzepowa, powiada, przyjdzie i mnie poprosi, a ja, powiada, papier podrę, i basta!
Rzepowa nie odrzekła nic, tylko schwyciła konewkę za ucho i poszła w stronę murowańca, a tymczasem ściemniło się
na dworze… (…)




X. SKOŃCZONA NIEDOLA

Na niebie zaszedł już Wóz, a weszły Kurki, gdy drzwi skrzypnęły w chacie Rzepów i Rzepowa weszła cicho do izby. Wszedłszy stanęła jak wryta, bo spodziewała się, że Rzepa, jak zwykle, będzie spał w karczmie; tymczasem Rzepa siedział na skrzynce
pod ścianą z pięściami wspartymi o kolana i patrzył w ziemię. Na kominie dogasały węgle.
- Gdzieś była? – spytał ponuro Rzepa. (…)

- Wawrzon! Wawrzon! dla ciebie to ja, dla ciebie! na sromotę się podałam. Oszukał mnie, a potem zwymyślał i wypędził. Wawrzon! ulitujże się choć ty nade mną: mój serdeczny! Wawrzon! Wawrzon! Rzepa wydobył zza skrzyni siekierę.
- Nie – mówił spokojnym głosem – już tobie przyszło na koniec, niebogo! Już ty się pożegnaj z tym światem, bo go nie będziesz widzieć. Już ty nie będziesz, niebogo, w chałupie siedziała, ino będziesz na cmentarzu leżała… już ty… (…)

Rozległo się głuche uderzenie, potem jęk i stuk głowy o podłogę; potem drugie uderzenie, słabszy jęk: potem trzecie uderzenie, czwarte, piąte, szóste. Na podłogę lunął strumień krwi, węgle na kominie przygasły. Drganie przeszło Rzepową od stóp do głowy, potem trup jej wyprężył się nagle i pozostał nieruchomy.

Wkrótce potem szeroka krwawa łuna rozdarła ciemności: paliły się zabudowania dworskie. (…)




EPILOG

…Rzepy nie byliby wzięli do wojska. Taka ugoda, jaką spisano w karczmie, nie była wystarczająca. Ale widzicie, chłopi się
na takich rzeczach nie znają, Inteligencja, dzięki neutralności, także niewiele, więc... pan Zołzikiewicz, który trochę wiedział
o tym, liczył, że w każdym razie sprawa się przewlecze, a strach rzuci kobietę w jego ramiona. I nie przeliczył się ten wielki człowiek. Spytacie, co się z nim stało? Cóż się miało stać? Rzepa, podpaliwszy zabudowania dworskie, poszedł było szukać z kolei zemsty i na nim; ale że na okrzyk: „gore!”, zbudziła się już cała wieś, więc Zołzikiewicz ocalał. (…)

WRZESIEŃ [Anaheim]


["SELIM MIRZA"]
I.

Było to na wiosnę podczas wojny francusko-pruskiej. Belfort oblężony był przez Prusaków, oddział zaś wolnych strzelców,
w którym służyliśmy od pół roku obaj z Selimem, towarzyszem moich lat dziecinnych, kręcił się za ich plecami, bijąc się prawie
co dzień, chwytając posłańców z depeszami, napadając konwoje z żywnością. (…) Nie dawaliśmy spokoju, ale też nie mieliśmy go sami ani we dnie, ani w nocy. Wśród dnia leżeliśmy po największej części w zaroślach, lasach i winnicach, w nocy, zwłaszcza jeżeli zdarzyła się noc ciemna i dżdżysta, wychodziliśmy na łup, podkradaliśmy się pod same obozowiska pruskie, porywaliśmy ludzi
z placówek, tępiliśmy patrole, zasadzaliśmy się w rowach kolei żelaznych na pociągi, lub wyrywaliśmy szyny, psuli telegrafy itp. Nikt nigdy, nawet i rząd Gambetty, nie wiedział, gdzie jesteśmy, co robimy i gdzie się udamy. Byliśmy oddziałem luźnym. (…)

…daleko za nami była Francja walcząca… (…) Bliżej były oddziały pruskie, bawarskie, saskie, my w ich środku. (…) Ludzie nasi zatracili w sobie z wolna wszelkie uczucia ludzkie; nie mogę powiedzieć, żeby się bili dla Francji i za Francję, bili się, żeby się bić. (…) Słowem, był to oddział pod każdym względem wyjątkowy, ale nie był liczny, owszem, topniał coraz bardziej zarówno
przez ciągłe bitwy, jak i przez trudy prawie nadludzkie. (…) Kandydatów nowych brakło, bo taka służba nie nęciła, choć z drugiej strony dawała obfitą nadzieję łupu. (…)

Ja znalazłem się w tym oddziale wypadkowo: namówił mnie do tego Selim. Kiedy wojna rozgorzała i kiedy obaj wybieraliśmy się
z Paryża, ja chciałem wstąpić do armii regularnej, ale Selim rzekł:
- Pójdziemy do La Rochenoire'a.
- Co to za jeden?
- Formuje oddział strzelców.
- Czy go znasz?
- Tak. (…)

Dla Paryża ten młody Tatar o rysach anioła, sile atlety, odwadze lwa i herbowej tarczy rycerza był to kwiat o nie znanej barwie
i woni. (…) Był to tenże sam Selim z lat dziecinnych, tylko podniesiony do potęgi. (…) Jednakże był doskonałym towarzyszem. Serce miał dobre, poczciwe, serce na dłoni, więc pomagał, komu mógł i gdzie mógł, ale w przyjaźń nie wchodził łatwo… (…)

Tymczasem wybuchła wojna. (…) Paryż na chwilę przykląkł, jak buchaj uderzony obuchem między rogi, ale potem podniósł się
i ryknął. Cały zresztą naród zerwał się do obrony. (…) W takich to czasach pewnego wieczora wpadł do mnie Selim z rumieńcami na twarzy i zaiskrzonymi oczyma. Wpadłszy rzucił mi się na szyję.
- Pójdziemy się bić! – zawołał. (…) …odpowiedziałem podobnie Mirzie:
- Tak, będziemy bili, Selimie, aż będzie w piekle słychać.
Potem uściskaliśmy się, a potem zaczęli sprzeczać. Ja chciałem zostać w Paryżu i bić się pod jego murami, Selim pragnął wydostać się z murów i zaciągnąć się do wolnych strzelców. (…) …chciałem zaciągnąć się do jazdy, oddział zaś La Rochenoire'a był pierwszy, ale Selim uparł się - i ustąpiłem. (…)

Puściliśmy się więc w dwa dni później balonem, wioząc ze sobą mnóstwo depesz dla dyktatora. (…) …kiedy dotarliśmy
do ostatnich placówek obozu, balon zniżył się jeszcze bardziej. Teraz i Selim uchwycił za karabin, a oczy zaiskrzyły mu się
jak u wilka. Wytężył wzrok w jedną stronę i po chwili rzekł do mnie:
- Patrz! (…)
…od czarnej ogromnej masy ludzi oderwało się kilkadziesiąt postaci na koniach i poczęło dążyć za nami. (…) Ułani tymczasem sadzili, co koń wyskoczy, ale bez najmniejszego porządku. (…) …oficer… i dwudziestu innych ludzi dotrzymywali nam w biegu doskonale. (…)

…Selim, trzymając się jedną ręką lin, powstał w łódce, drugą zaś zmierzył z karabinu do oficera, jak gdyby strzelał z pistoletu.
- Chybisz – rzekłem.
- Spróbuję.
Rozległ się głucho strzał, któremu zaraz odpowiedział okrzyk wściekłości z dołu. Spojrzałem: oficer nie patrzył już w górę,
ale upadł twarzą na grzywę konia, a wkrótce zwalił się na ziemię. Jednocześnie jednak zniżyliśmy się tak, że lina próbna, jaka zwykle wisi pod balonem, dotykała prawie ziemi. Szczęściem ułani zatrzymali się nad zabitym oficerem, skutkiem czego zdołaliśmy się oddalić od nich na kilkaset kroków. (…)

Ułani spostrzegłszy to, znowu rzucili się w pogoń, ale konie ich pomęczone nie mogły tak długo biec za nami, wkrótce więc zostało ich tylko pięciu, następnie, po kilkunastu minutach, znowu koń pod jednym padł i nie powstał więcej.
- Już tylko czterech – rzekł Selim. (…)
…łódka uderzyła tak silnie o ziemię, że wylecieliśmy wszyscy trzej w trzy różne strony jak z procy. Co gorsza, karabin wypadł mi z ręki, sam zaś upadłem twarzą na kępę. Zerwałem się natychmiast, ale nie zdążyłem jeszcze rzucić okiem za moim karabinem, gdy tuż koło ucha mego rozległo się chrapanie konia i warczenie chorągiewki ułańskiej. (…)

…huknął strzał i jeździec, który już dosięgał mnie lancą, jakby piorunem rażony łypnął oczyma i zwalił się ciężko z siodła.
…Mirza spadając, widocznie nie upuścił swego karabina! Pochwyciłem i ja za mój i spojrzałem naokoło. Teraz Selim był
w niebezpieczeństwie. Dwóch jeźdźców parło na niego… (…) …jeden z jeźdźców brał Selima na cel z pistoletu – pociągnąłem
za cyngiel. Z trzech atakujących nas pozostał jeden, ale o rezultat walki byłem już spokojny. Mirza zbyt biegłym był fechmistrzem na wszelką białą broń, aby ów rezultat mógł być wątpliwy. (…) …czwarty ułan, …ujrzawszy z odległości dwustu kroków rezultat walki, …począł uciekać tak szybko, jak tylko zmęczony biegiem koń mógł nadążyć. (…)

Pan Vaucourt podniósł głowę i podparłszy się obu rękami, nie wstając zresztą, patrzał na mnie osłupiałym wzrokiem, oczom własnym nie wierząc. Stojący obok z końmi Selim śmiał się jak szalony.
- Tak, tak! nie ma już Prusaków – powtórzył. Pan Vaucourt powiódł oczyma po nas, po koniach ułańskich, po ciałach leżących
na łące, potem zaś nagle wpadł w taki paroksyzm radości, że sądziliśmy, iż dostał pomieszania zmysłów. (…)
- To on to wszystko zrobił – rzekłem ukazując na Selima.
- Jak to? ten młody człowiek z twarzą… panienki?
- Nie, nie! to my obaj – odpowiedział Selim. Pan Vaucourt śmiał się, tańczył, wypytywał nas, to znów tańczył, słowem, postradał zmysły. (…)

Tymczasem pociemniało, a wkrótce zrobiła się noc zupełna. Dostaliśmy się na jakąś drożynę, o której nie wiedzieliśmy,
czy nie zawiedzie nas do jakiej wioski, pełnej Prusaków. Trzeba było zachować wszelką ostrożność, bo niebezpieczeństwo
nie minęło jeszcze zupełnie. (…) …Mirza czuwał. Jego ściągnięte brwi oznaczały uwagę, oczyma badał każdy krzak, każdy pień drzewa. Droga stawała się coraz dzikszą, była to raczej jedna z takich leśnych ścieżek, jakie u nas nazywają „ciocinymi dróżkami”. Wreszcie po półgodzinnej jeździe Selim rzekł:
- Trzeba dać odpocząć koniom.
Skręciliśmy na bok i ujechawszy ze sto kroków w las, zsiedliśmy z koni i rozkiełznawszy je, nie puszczając z rąk cugli, pokładliśmy się pod drzewami; milczeliśmy wszyscy trzej, bo byliśmy pomęczeni bardzo; ciszę przerywało tylko chrupanie trawy w zębach końskich. (…)

Z ciemności i głuszy leśnej doszedł nas jakiś dziwny głos; było to coś pośredniego między płaczem dziecka a beczeniem jagnięcia.
- To cap mekcze! – rzekł Mirza.
- Nie, to lelek - odpowiedziałem. (…)
- Ale oto widzę coś białego - szepnął znowu Selim ukazując w ciemny kąt lasu. Spojrzałem, Mirza mylił się, nie było nic
ani białego, ani czarnego.
- Wezmę karabin i pójdę – rzekłem. – Przecież mnie diabeł nie porwie.
Poszedłem. Ale i ja byłem zdania, że najgorsze z niebezpieczeństw jest to, wobec którego nie wiedzieć, czego się trzymać. (…)
Obszedłem kawał lasu naokoło drzewa, pod którym założyliśmy nasz obóz. Głos rozlegał się ciągle naokoło tak, że wreszcie przestał mnie straszyć, a zaczął nudzić.
- Niech cię licho porwie! – rzekłem sobie w duchu i wróciłem pod drzewo. Pod drzewem zastałem tylko pana Vaucourt…
- Gdzie jest Mirza? – spytałem.
- Poszedł na zwia…a… a… dy – odpowiedział kłapiąc zębami Francuz. (…) Upłynęły trzy kwadranse, Selim nie wracał. (…) Włosy na głowie powstały mi z trwogi o Selima. W tej chwili chłopak ten droższy mi był niż wszystko na świecie. Niewiele myśląc podniosłem w górę karabin i dałem ognia. (…)

Po chwili czarna sylwetka ludzka zarysowała się pomiędzy krzakami. Na nieszczęście chmury jednocześnie przykryły księżyc; zrobiło się tak ciemno, że zaledwie mogłem ją rozróżnić. (…) O pięć kroków czarna postać zatrzymała się. Wytężyłem wzrok,
to nie był Selim. (…) Nowoprzybyły postąpił jeszcze dwa kroki. W mgnieniu oka rzuciłem się na niego jak tygrys, a w sekundę później siedziałem mu na piersiach i dusząc rękami za gardło krzyknąłem:
- Milcz i nie ruszaj się, bo zginiesz.
Nowy gość jednak, widocznie obdarzony niepospolitą siłą, rzucał się jak szalony. (…)

…Selim, który już klęczał mu na nogach, a przechyliwszy się przez moje plecy, przyłożył mu błyszczący bagnet do twarzy.
- Jeden ruch więcej, a zginiesz! – zawołał. (…)
- Kto wy jesteście? Czego ode mnie chcecie? Ja nic złego nikomu nie robię. (…)
- Kto ty jesteś?
- Ja nazywam się Mathieu Benoit! albo stary Mathieu, jeżeli się wam tak podoba. (…)

-Otóż, słuchaj. Zaprowadzisz nas do Francuzów taką drogą, na której nie spotkamy Prusaków. (…)
Siedliśmy na konie i pojechali. Stary Mathieu… prowadził nas sobie tylko znanymi ścieżkami. (…)
Była może godzina druga po północy, gdy wreszcie las począł rzednieć i na koniec znaleźliśmy się w wąwozie, którego boki pokryte były żywopłotem. (…) …ujrzeliśmy dachy domów i wieżę kościelną miasteczka, zajętego przez Francuzów. Głośne
„Qui vive?” żołnierza stojącego na placówce, wstrzymało nasz pochód. Musieliśmy jeszcze czekać, póki nie nadszedł patrol, opatrujący warty, potem patrol ten zabrał nas ze sobą i w taki sposób przybyliśmy na miejsce. (…)

Pan generał z zielonymi oczyma i twarzą podobną do głowy ryby, przy tym otyły, pulchny, przedstawiał doskonały typ
nie wojownika, ale smakosza i safanduły. Kilkunastu wyższych oficerów otaczało go w pełnym uszanowania milczeniu. Pan Vaucourt zabrał głos i począł nader wymownie opowiadać wypadki naszej podróży… (…) Oficerowie spoglądali na nas
w milczeniu, po czym, gdy wreszcie pan Vaucourt skończył opowiadanie, generał podniósł się i począł mówić:
- Panowie! Oto przedstawiam wam tego walecznego syna Francji – tu wskazał palcem na pana Vaucourt. (…)

…generał odpiął jeden z krzyżów, które na jego piersiach tworzyły nader liczną konstelację, i mówił dalej:
-Zbliż się, waleczny synu Francji… (…)
Poczciwy zresztą pan Vaucourt począł głośno oświadczać, że krzyż należy się nam nie jemu, skutkiem czego inteligencja generała znalazła się wobec niepodobnego do rozwiązania zagadnienia: czy pan Vaucourt jest więcej waleczny, czy skromny?
Po czym rozeszliśmy się w dwie strony. Tego dnia jeszcze wieczorem Mirza zaprosił oficerów na obiad, na którym rzucał złotem jak książę. Nazajutrz zaś puściliśmy się do la Rochenoire'a. Tak odbył się nasz wyjazd z Paryża. (…)

II.

Aż do departamentu Haute-Sâone jechaliśmy mniej więcej krajem, zajętym przez Francuzów… (…) …pan Vaucourt, odjechał inną drogą do Bordeaux, ale już drugiego dnia podróży przyłączył się do nas niejaki Jean Marx, z pochodzenia Alzatczyk, młody, osiemnastoletni chłopak, który nie bał się niczego na świecie i po jednodniowej znajomości byłby nawet w piekło za nami poszedł. (…)

Wojna wisiała w powietrzu nad całym krajem; wszędzie prawie towarzyszył nam zapach spalenizny. (…) Pewnej nocy zapukaliśmy do chaty, w której okienku błyszczało światło. Przez długi czas nie chciano nam otworzyć, a wreszcie otworzył nam człowiek z twarzą tak podobną do głowy wilka… (…) Wkrótce jednak nadeszło jeszcze czterech podobnych rzezimieszków… (…)

Marx został przy koniach na dworze, Mirza zaś niewiele myśląc, wziął za gardło naszego wilka, przycisnął go do ściany
i przyłożywszy mu pistolet do paszczy rzekł:
- Pomorek na ciebie, piekielne bydle! Wypędź tych urwisów za drzwi, bo i im i tobie we łby postrzelam, jeżeli zaś w nocy coś zginie, będziesz wisiał.
Rzezimieszkowie mruknęli ponuro, jeden z nich oświadczył nawet, że jest z merostwa i hardo pytał nas o paszporty,
w odpowiedzi na co Selim pochwycił szpicrutę i począł okładać ich niemiłosiernie, szczególniej nie szczędząc pleców urzędnika
z merostwa. Noc przeszła nam spokojnie, nazajutrz puściliśmy się w dalszą drogę. …wjechaliśmy teraz w kraj prawie wyłącznie zajęty przez Niemców… Postanowiliśmy koniecznie dostać się do La Rochenoire'a… (…)

Mogę też powiedzieć, że wówczas już we trzech z Marxem i Mirzą rozpoczęliśmy prawdziwą wojnę na własną rękę. (…)
Ale też teraz byliśmy dobrani, jakbyśmy się w korcu maku szukali. (…)

III.

Małą tylko część drogi przebyliśmy kolejkami… (…) Departament Wyższej Saony, w którym krążył La Rochenoire, zajęty był przez Niemców, dlatego dostawszy się w jego granicę, znowu odbywaliśmy podróż lasami i prawie wyłącznie wśród nocy. Dni spędzaliśmy w chmielnikach lub winnicach śpiąc, czyniąc zwiady i obmyślając najbliższe do La Rochenoire'a drogi. Na parę dni przed przybyciem do niego dotarliśmy do wioski zwanej La Mare… (…)
Robiło się już ciemno, słońce zaszło i tylko w powietrzu świeciły rozproszone resztki światła zorzy. (…)

Naraz ujrzeliśmy ciemne sylwetki kilku postaci ludzkich, stojących koło płotu i wiodących półgłośną rozmowę. (…)
- Mer mówił, że znowu przyjdą do nas Prusaki.
- Niech nas święty Hubert od nich strzeże.
Selim wówczas podniósł się z kryjówki i zawołał:
- Hop, hop, ludzie! którędy droga do pana La Grange?
- O, o! – zawołały wystraszone głosy. - A wyście co za jedni?
- Do dziś żołnierze, jutro co Bóg zdarzy! Pokażcie drogę i nie pytajcie.
Jeden z wieśniaków rzekł:
- Ja was zaprowadzę.
Poszliśmy szeroką wioskową aleją. Ciemno w niej było tak, żeśmy nie mogli widzieć jeden drugiego. Po kilkuset krokach zwróciliśmy nagle na prawo. Przed oczyma naszymi ukazał się w dali niewielki kościół, otoczony białym, niskim murem, a bliżej ogromna masa drzew, wśród której połyskiwały oświecone okna. Wieśniak rzekł:
- Tam kościół św. Huberta, a tu mieszka La Grange. (…)
Piękny dom w kształcie szaletu szwajcarskiego stał w środku (…) W przedsionku nie było światła… (…)

Marx zastukał karabinem w podłogę. Wówczas usłyszeliśmy kroki; drzwi przyległego pokoju otworzyły się, jakaś postać kobieca pokazała się… a za nią staruszek z białymi jak mleko włosami. (…)
- Czego robicie tyle hałasu, moi przyjaciele? (…)
- Przypominam się panu! – zawołał pochyliwszy się do jego ucha Mirza. Starzec spojrzał na niego, zebrał się z pamięcią, pomyślał, na koniec rzekł:
- A to wy, hrabio? (…)

Selim przedstawił mnie i Marxa, po czym starzec zaprosił nas dalej, ale musieliśmy się przebrać, bo wyglądaliśmy jak dziady. Służąca wskazała nam osobny pokój. (…) …zeszliśmy na dół. (…) Starzec już czekał na nas koło zastawionego stołu, na którym położono świeże nakrycia, a po chwili jeszcze weszła młoda, piękna panna, wysoka, z przepyszną talią i czarnymi włosami.
La Grange przedstawił ją jako swoją wnuczkę. Ukłoniłem się dość obojętnie, w milczeniu; nagle spostrzegłem coś, co zdziwiło mnie do wysokiego stopnia. Oto panna La Grange, ujrzawszy Mirzę, zbladła jak płótno, a on nie mniej był wzruszony. (…)

Siedliśmy do wieczerzy… Ona unikała jego wzroku, ale spoglądała na niego jakoś dziwnie, gdy na nią nie patrzył. (…) …w końcu wieczerzy dopiero starzec spojrzał nagle w sufit i odezwał się ni w pięć, ni w dziewięć:
- Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, tak to czwartek.
Po wieczerzy Mirza wziął go pod rękę i poszedł z nim rozmawiać do drugiego pokoju. (…) …siadłem bowiem koło panny
La Grange i starałem się ją bawić. (…) Spytałem ją wreszcie, jak dawno zna Mirzę.
Wówczas ożywiła się, ale zamiast odpowiedzieć ona z kolei zaczęła wypytywać mnie, dlaczego przybyliśmy w te strony. Odrzekłem, że mi wszystko jedno, gdzie się bić, ale Mirza uparł się, żeby to było w tym departamencie. (…)

Tymczasem Mirza ze starcem ukazali się z drugiego pokoju. (…) …staruszek zrobił parę gestów naprzód, potem rzekł:
- Będziecie spali w drugim domu… Tylko otworzyć tylne drzwi i zaraz chmielnik… aż do lasu. (…) Na koniec poszliśmy spać. (…) Mirza rzekł:
- Słuchaj, nadeszła chwila, w której muszę ci wyznać i wyjaśnić wszystko…
Tyle też tylko słyszałem z tych wyjaśnień, bo natychmiast usnąłem jak suseł… (…) Koło drugiej rozbudziłem się nagle. (…) Słaby różowy odblask, jakby zorzy, świecił przez szyby. Ale nie była to zorza, była to łuna dalekiego pożaru. (…) Po niejakim czasie zdawało mi się, że strzały się zbliżają, przy tym jeden i drugi wystrzał armatni wstrząsnął szybami, które zadźwięczały żałośnie. (…)

Tymczasem łuna stała się jaśniejszą. Przy jej czerwonym blasku spojrzałem na posłanie Selima: było puste.
Sądziłem, że wyszedł posłuchać, jak idzie bitwa, i wziąwszy, karabin wyszedłem także do ogrodu. (…) Nagle ujrzałem Mirzę
i stanąłem jak wryty. Na ławce, w cieniu krzewów, siedziała panna La Grange, a przed nią klęczał Mirza i pokrywał pocałunkami jej ręce. Świeciły im księżyc i łuna.
- Jedyna moja, jedyna moja! – szeptał namiętnie Mirza. (…)
Pomyślałem jednak, że bitwa może zawadzić o La Mare i że bezpieczeństwo wymaga, abyśmy się mieli na baczności. Cofnąłem się więc za gęstwinę i począłem gwizdać z cicha umówiony między nami sygnał. (…) Jakoż natychmiast zaszeleściły liście,
a po chwili ukazał się Mirza ze świecącymi oczyma i rumieńcami na twarzy, drżący ze wzruszenia. (…)
- Ty widziałeś wszystko?
- Tak.
Umilkł, a po chwili porwał mnie za ramiona.
- To dobrze! – rzekł. – Chodźmy do kwatery, mam z tobą pomówić o wielu rzeczach. (…)

- Teraz słuchaj. W Paryżu, jeszcze przed wojną, poznałem Lidię La Grange i zakochałem się w niej. Ona mi była wzajemną.
Ale potem zerwało się wszystko i wiesz, kto był tego powodem?
- Nie wiem.
- La Rochenoire. (…) La Rochenoire zakochał się w niej także, ale był powszechnie nielubiony, goły przy swoim tytule i zawsze miał złą opinię, wziąłem więc nad nim górę z łatwością. Wówczas wyzwał mnie. Strzelaliśmy się na pistolety. Trzy razy brałem
na cel jego czerep i trzy razy darowałem mu życie. (…) Na rok przed poznaniem Lidii poznałem w Jockey-klubie młodego porucznika marynarki, nazwiskiem Marillac, który od razu dziwną powziął ku mnie sympatię. (…) Po kilku tygodniach wprowadził mnie do siebie i ofiarował swą przyjaźń, a ja – niech mi Bóg przebaczy! - począłem bałamucić jego młodą i śliczną żonę. (…) Poznawszy Lidię, chciałem zerwać z przeszłością… (…) Pani Marillac wiedziała o nowej mojej miłości dla Lidii i wiedziona zazdrością i zemstą, porozumiała się z La Rochenoirem. (…)

Nikczemnik, przez zemstę nade mną, nie wahał się poświęcić i swojej wspólniczki, dał więc znać o schadzce nie tylko Lidii,
ale i Marillacowi. Spodziewał się, że Marillac mnie wyzwie i zabije, był to bowiem najsławniejszy fechmistrz we Francji, z którym nikt nie chciał przyjmować pojedynków. (…) Postanowiłem dać się zabić Marillacowi, ale gdym zobaczył krew, rozbudziła się
we mnie moja nieszczęsna natura i wbiłem mu szpadę w piersi po samą rękojeść. (…) Byłbym się strasznie pomścił
na La Rochenoirze, ale nie wiedziałem, jaką odegrał rolę. (…) Przed wyjazdem oświadczył się Lidii, która w chwili rozpaczy
i zwątpienia przyjęła go. (…) …spotkałem tamtą kobietę. (…) …chorowała na suchoty. Jakoż umarła wkrótce, ale przed śmiercią wyznała mi wszystko. Przysiągłem wtedy, że pomszczę się na La Rochenoirze. (…)

- Co myślisz uczynić?
Mirza drżącymi rękoma oderwał podszewkę swego żołnierskiego kepi i wyjąwszy spod niej jakiś papier, podał mi go mówiąc:
- Czytaj. (…)
Karta, którą trzymałem w ręku, była to ni mniej, ni więcej, jak tylko nominacja Selima Mirzy na dowódcę oddziału
La Rochenoire'a oraz rozkaz oddania pod sąd wojenny tegoż La Rochenoire’a i postąpienia z nim podług wyroku.
- Wytłumacz mi to.
Chwilę jeszcze chodził w milczeniu.

- Dziwi cię nominacja i rozkaz oddania pod sąd dowódcy, który bez wytchnienia bije Niemców? (…) Kazano mi więc działać powolnie, co mi się zresztą nie podoba. Póty szczędzić będę La Rochenoire'a, póki ma za sobą żołnierzy, ale on już i żołnierzom ciąży niezmiernie. On i dla nich również okrutny. Nominacji nie mam pokazywać natychmiast, dopiero po zjednaniu sobie żołnierzy. Gdyby jednak La Rochenoire wydał rozkaz, aby mnie rozstrzelać natychmiast, wówczas palnę mu w łeb i pokażę nominację. (…)
- Słuchaj! – rzekłem wówczas żywo. – Chcesz się mścić, to się mścij, ale mi się droga twoja nie podoba. Rozumiałbym, gdybyś przyjechał i po prostu palnął w łeb La Rochenoirowi, ale ty chcesz i musisz zyskać pierwej jego zaufanie, a potem zdradzić je. (…)
- Pomyśleć, co on mi zrobił! pomyśleć, że Lidia jest jego narzeczoną!... (…)

Po chwili rzekł:
- A zatem idziesz ze mną czy nie?
- Idę. (…)
- W każdym razie – mówił – nie pójdziemy razem do obozu, aby nie ściągnąć podejrzeń. Ja muszę tam być pierwej. Następnie przyjedziecie ty i Marx. Będziemy udawali, że się nie znamy. To was na wszelki wypadek zasłoni przed jego zemstą. (…)
- Kiedyż pójdziesz? – pytałem.
- Jak tylko rozednieje. Wy zostańcie tutaj przez parę dni. (…)
- Bądź dobry dla Lidii. Ja ją kocham, bardzo kocham. (…)
- Idę.
- Dokąd?
-Powiedzieć jej ostatnie: „bądź zdrowa!”. Biedactwo czeka jeszcze na mnie. (…)

Dniało coraz bardziej. Noc pierzchła. W La Mare poczęły piać koguty, a jeden podawał głos drugiemu. Podszedłem do otwartego okna, aby spojrzeć na widnokrąg, i nagle ujrzałem mdły krążek światła latarki. (…) Po chwili mały chłopak z kudłatą czupryną, bez czapki, dobiegł aż do naszej kwatery, podniósł latarkę i ujrzawszy mnie stojącego w oknie, zawołał zdyszanym głosem: (…)
- Prusacy wchodzą do wioski.
- Zgaś latarkę i zmykaj – rzekłem cicho. Rozbudziłem Marxa, potem wyszedłem przed sień i zagwizdałem znowu:
„Dzieci zbierajcie się!” etc.
Mirza pojawił się natychmiast.
- Hop! hop! – zawołał.
- Niemcy w La Mare!

Weszliśmy prosto w chmielnik, który ciągnął się aż do lasu. Nie potrzebowaliśmy zresztą odchodzić zbyt daleko. (…) Słuchaliśmy w milczeniu. Flegmatyczny Marx pobladł ze złości i szeptał przez zaciśnięte zęby swoim łamanym językiem: „c'est pien! nous ferrons!” Mirza oddał się także całkowicie chwili. (…) Był to jednak widocznie tylko przemarsz wojsk, bo stopniowo wrzawa, tętent i pieśń oddalały się coraz bardziej… (…) Wreszcie ucichło wszystko.
- Przeszli – szepnął Selim.
- Przeszli.
-Trzeba i mnie iść. Wy wracajcie do La Mare.
Żegnaliśmy się długo i serdecznie. (…)

IV.

We trzy dni później, wieczorem, zbliżaliśmy się do obozu. (…) …prowadził nas chłop, który był szpiegiem La Rochenoire'a, a jednocześnie udawał, że jest szpiegiem pruskim, za co od Prusaków brał pieniądze. Zwał się Hugon. (…) Obóz leżał w gęstwinie leśnej, wśród powywracanych przez burzę drzew. (…) Gdy weszliśmy do obozu, był zachód słońca. (…) Tymczasem wprowadzono nas między wielkie drzewa, spod których dochodziły uszu naszych jakieś bolesne wrzaski. Gdym zbliżywszy się spojrzał tam,
od razu ciężki kamień spadł mi z piersi; pierwszą bowiem osobą, na którą padł mój wzrok, był Mirza. Ubrany w oficerski mundur adiutanta, rozmawiał poufale z jakimś małym człowieczkiem o kręconych blond włosach, księżej minie i wyżółkłej twarzy,
w którym domyślałem się La Rochenoire'a. (…)

Mirza spojrzał na nas przelotnym, obojętnym wzrokiem, po czym odwrócił się, jakby nas nie znał nigdy, i począł palcem otrząsać popiół z cygara. La Rochenoire i Simon także nie zwrócili na nas zrazu uwagi,… (…) Oficer patrolowy zameldował o naszym przybyciu La Rochenoirowi. (…) Touvenir wskazał nam kupę słomy, mówiąc:
- Spocznijcie!
Tak odbyła się nasza instalacja do obozu. (…)
Od czasu przybycia do obozu widywałem Mirzę codziennie, ale nie zamieniłem z nim ani słowa. Nie umiałem sobie wytłumaczyć jego stosunku do La Rochenoire'a. Skąd taka przyjaźń? Selim był jego adiutantem, skądże ta nagła, a niespodziewana nominacja? (…)

Nie mogłem usnąć, ale po niejakim czasie czułem się jakby odurzony. (…) Nagle przeraźliwy odgłos świstawki rozbudził wszystkich. (…) Wkrótce ukazał się La Rochenoire… (…) Po chwili rozległa się głośna komenda, szeregi złamały się na dwoje… Połowa oddziału pod wodzą La Rochenoire'a i Mirzy poszła w prawo; druga połowa, a w niej ja i Marx, udała się pod rozkazami Simona wprost przed siebie. (…) Las się wkrótce skończył. Na horyzoncie nocnym zarysowało się wzgórze, na nim wiatrak, a dalej do trzydziestu chat, ku którym poczęliśmy się skradać. (…)

Głośne „Wer da?” rozległo się w ciszy, a natychmiast huknął strzał, rozdarłszy czerwonym światłem powietrze. Wówczas wydaliśmy okrzyk i rzuciliśmy się w największym pędzie na chałupy, z których wraz poczęły się sypać strzały. Zawrzała bitwa. (…) Jakiś wysoki chłop uchwycił Marxa za gardło i upadł z nim razem na podłogę, ale Marx, silny jak buhaj, w jednej sekundzie był już na wierzchu, ukląkł mu na piersiach i począł tłuc strasznie jego głową o ceglaną podłogę. (…)

Chciałem wówczas pospieszyć Marxowi na ratunek, ale w tej chwili otrzymałem uderzenie kolbą w piersi i padłem jak długi
na ziemię tuż obok komina, na którym paliło się ognisko. Jak długo leżałem, nie wiem. Gdym przyszedł do siebie, nie mogłem się
z początku poruszyć. W chacie było cicho. (…) Wzrok mój padł naprzód na sympatyczną twarz Mirzy, schyloną nade mną troskliwie.
- To ty? – spytałem.
-To ja – odparł wesoło. – Narobiłeś mi strachu, ale ci nic nie jest.
Istotnie, czułem się zdrów zupełnie. (…)

- Wytłumacz mi, co to wszystko znaczy.
Mirza począł się śmiać. (…)
- (…) Gdym przybył do obozu, wpatrywał się we mnie swymi siwymi oczyma, jakby wilk wpatrywał się w kozę, która by go przyszła prosić o nocleg w jego jamie. Ale ja rzekłem, że przychodzę po prostu bić się, a że on najlepiej się bije, więc do niego; wietrzył coś i śmiał się ze mnie jak z głupca. Już zwrócił się do Simona, by mu wydać na moją skórę rozkazy, ale widocznie pomyślał w tej chwili, że rozstrzelać mnie, to znaczy osobiście zadrzeć z dyktatorem i innymi rządowymi figurami. Przyszło mu zapewne na myśl, że w pierwszej bitwie pozbędzie się mnie gładziej. (…)

- Grasz grę niebezpieczną.
- Rozumiem to, ale jestem spokojny. (…)
- Gram grę niebezpieczną, ale ją wygram, bo znam wszystkie jego karty, co do jednej, a moje dla niego zakryte. (…)
Dalszą rozmowę przerwało nam wejście znanego mi już oficera Touvenira.
- Rozkaz od dowódcy! – rzekł. Mirza rzucił okiem na podany papier i rzekł:
- Dobrze.
W godzinę później pomaszerowaliśmy do La Rochenoire'a. (…)

V.

W nocy nastąpiło połączenie się oddziałów; nazajutrz zaś w południe biliśmy się znowu, a raczej napadliśmy na konwój, prowadzący rannych i wytępiliśmy go do szczętu. Wówczas to zaczęło się to życie nadludzkich prawie trudów i wysileń, niepodobnych do wiary marszów, głodu, bezsennych nocy, ustawicznych pościgów, zasadzek i wzajemnego wytępiania się
bez przystanku. (…) Nigdy też świetny talent wojskowy La Rochenoire'a nie błyszczał tak potężnie jak w owych trudnych czasach. (…) Nie szczędził ludzi, był bez miłosierdzia dla żołnierzy, bywał często do wysokiego stopnia okrutny tak dla nich,
jak i dla wieśniaków, ale też nie szczędził i siebie. (…) Z takim to człowiekiem zwarł się na śmierć i życie Mirza. Byłem prawie pewnym z początku, że w tej walce padnie, ale przekonywałem się coraz dotykalniej, że i Mirza był to ptak również niebezpieczny. (…)

Na koniec jednak, po miesiącu owej gry w ślepą babkę po lasach z Niemcami, położenie nasze stało się rozpaczliwym. (…)
…na radzie wojennej postanowiono się rozdzielić. Jedną połowę miał prowadzić Mirza, drugą La Rochenoire. (…) Od tej pory Mirza począł działać prawie na własny rachunek. (…) W ten sposób upłynęło nam ze dwa tygodnie. (…)

Wieczorem… przyleciał od La Rochenoire'a oficer z rozkazem, żeby Mirza natychmiast maszerował do głównej kwatery. Pamiętam tę chwilę, jak dziś. Było to w merostwie Deux-Ponts. Oficer stał we drzwiach, trzymając palce przy daszku kepi, Selim zaś siedział przy stole, odczytując powoli rozkaz. (…) Nagle wstał, zbliżył się do oficera i, podarłszy w jego oczach rozkaz, cisnął go na ziemię.
- Powiedz pan La Rochenoirowi, że idę do La Mare! – rzekł zimno. Oficer skłonił się i wyszedł. Wówczas Mirza zwrócił się do mnie:
- Proszę zwołać wszystkich oficerów oddziału.
W kilka minut potem sprowadziłem wszystkich kolegów. Mirza podał im spokojnie swoją nominację, mówiąc:
- Zechciejcie panowie odczytać głośno ten dokument.
Jeden z oficerów odczytał głośno rozkaz dyktatora. Mirza podczas czytania stał dumny i zimny. Zapadło głuche milczenie.

- Panowie! – rzekł Selim. – Z oddziału rozbójniczego, wyjętego spod praw, stajecie się znowu żołnierzami rzeczypospolitej. Wasze męstwo, okazane w różnych bitwach, skłoniło prawy rząd do pobłażania. Mam prawo karać, ale wolę przebaczyć. Tym z was, którym by nie podobało się moje postępowanie od czasu przybycia do obozu, oświadczam, że postępowałem według instrukcji
i że wreszcie nie potrzebuję się tłumaczyć przed wami. Dodaję przy tym, że każę natychmiast rozstrzelać każdego, kto okaże najmniejsze nieposłuszeństwo.
Ani jeden głos protestacji nie przerwał tej energicznej przemowy. Po niejakiej chwili najstarszy z oficerów, szpakowaty już zupełnie mąż, rodem Włoch, a nazwiskiem Michaelis, pierwszy wyprostował się jak trzcina, przyłożył palce do skroni i rzekł:
- Czekamy na rozkazy.
- Ogłosić żołnierzom zmianę dowódcy. (…)

W godzinę później pomaszerowaliśmy do La Mare. (…)

VI.

Przyszliśmy tam już późną nocą. Nie zastaliśmy w domu ani pana La Grange, ani Lidii. (…) Widziałem, jak złe wrażenie uczyniła
na Selimie niespodziana nieobecność Lidii. (…) Sama jednak bytność w domu Lidii zdawała się na Mirzę wpływać korzystnie. (…) Zaszliśmy naprzód do pokoju Lidii. (…) …zostawiłem go z jego wspomnieniami, sam zaś poszedłem do oficerów, którzy kładli się w sali jadalnej, popijając wino i paląc fajki. Przed udaniem się na spoczynek, wziąwszy patrol, poszedłem jeszcze pozmieniać straże. (…) Wróciłem od strony ogrodu. Okna pokoju Lidii były oświecone. Widocznie Selim jeszcze w nim siedział.
Myślałem, że złapię go na marzeniach, ale zastałem go schylonego nad mapą.
– Niemcy są o dzień drogi stąd – rzekł do mnie. – Stoją w dość znacznej sile, ale pojutrze napadnę na nich. (…)

Nazajutrz cały ranek zszedł mu na wydawaniu rozkazów. Spodziewał się bitwy. (…)
Była godzina trzecia, siedzieliśmy przy obiedzie, gdy drzwi nagle otworzyły się i wszedł La Rochenoire. (…)
- Przesłałem panu wczoraj rozkaz – mówił z cicha.
- A ja nie uznałem za stosowne go posłuchać. (…)
- Aresztuję pana! – wyrzekł spokojnie do Mirzy. Mirza ruszył ramionami i odwróciwszy się rzekł:
- Michaelis! wziąć tego szaleńca.
W tej chwili w nie zamkniętych drzwiach ukazał się adiutant na czele czterech żołnierzy. Żołnierze podeszli automatycznymi ruchami do La Rochenoire'a i stanęli w milczeniu po obu jego stronach.
- W imieniu Rzeczypospolitej jesteś pan aresztowany – rzekł adiutant. Wówczas ten mały człowieczek w mgnieniu oka skurczył się w sobie i twarz mu pociemniała. W jednej chwili domyślił się wszystkiego: i zemsty Mirzy, i dróg Mirzy. Poznał, że wpadł
w straszną zasadzkę, z której było wyjście tylko do grobu. (…)

- Wyprowadzić go – rzekł Mirza. Miarowe kroki żołnierzy odezwały się złowrogo. Odprowadzono La Rochenoire'a do tego domu,
w którym nocowaliśmy za pierwszej bytności w La Mare. (…) Sąd wojenny zebrał się. Sędziami byli: Michaelis, Marx i ja. Mirza
z obowiązku musiał prezydować. Touvenir pełnił obowiązki sekretarza. Wprowadzono La Rochenoire'a. (…) Gdy po odczytaniu zarzutów, z których jeden tylko byłby dostatecznym, aby skazać go na śmierć, Mirza spytał go, co ma na swoje usprawiedliwienie, ruszył tylko ramionami. (…) La Rochenoire skazany został na śmierć. Wypadło mi pójść ogłosić mu wyrok. Czyniłem to z największą przykrością. Niespodziewanie przyjął mnie nie tylko spokojnie, ale nawet z grzecznością.
Gdy po spełnieniu swego smutnego posłannictwa zabierałem się do odejścia rzekł:
- Wiedziałem, że pan będziesz głosował przeciw śmierci. Gdyby głos twój przeważył, uczyniłbyś mi największą krzywdę. (…)

Po czym wróciłem do głównej kwatery, ale nie było mi przeznaczonym spocząć tej nocy. Ponieważ wyrok miał być wykonany wobec wszystkich żołnierzy La Rochenoire'a, dostałem więc rozkaz sprowadzenia tej części oddziału, która pozostawała dotąd tam, gdzie ją La Rochenoire zostawił. (…) Wziąłem więc kilkunastu żołnierzy z jazdy Corbeau i puściłem się w drogę. Zaraz
za La Mare żołnierze dostrzegli koło kościoła jakiegoś człowieka, który chciał się ukryć w złamach muru cmentarnego. Schwytali go i przyprowadzili do mnie. Poznałem naszego dawnego przewodnika Hugona. (…) Jakieś podejrzenie mignęło mi w głowie.
- Widziałeś La Rochenoire'a? – spytałem.
- Tam pełno żołnierzy, proszę waszej wielmożności. Nikogo nie puszczają. A to myślę: prześpię się na cmentarzu. Dziś człowiek żyje, jutro go tam położą. (…) Nie wiem, jakim cudem wieść o losie La Rochenoire'a przybyła do oddziału przede mną. Oficerowie
i żołnierze przyjęli mnie w głuchym milczeniu. (…)

Wydałem rozkaz wymarszu i ruszyliśmy natychmiast. (…) Zbliżaliśmy się do La Mare głęboką nocą i w zupełnym porządku. (…) Od strony wioski nie dochodził najmniejszy szmer, ciemno było w niej zupełnie. (…) Byliśmy już niedaleko kościoła. Mój podoficer podjechał do mnie. (…)
- Panie, tu coś zaszło. Szyby w kościele powybijane. (…) Tu musieli się chyba bić – szeptał podoficer. (…) Nagle kopyto mego konia uderzyło o jakiś twardy przedmiot, który odezwał się głuchym echem. (…) Żołnierz zsiadł z konia, schylił się i podał mi pikielhaubę pruską. Było więc rzeczą pewną, że Mirza bił się podczas mojej niebytności i po bitwie musiał wymaszerować dalej. (…) Miejscami grunt na przestrzeni kilkudziesięciu łokci pokryty był jak śniegiem szczątkami tektury z ładunków; dalej leżały same pruskie trupy, dalej same francuskie, jeszcze dalej jedne i drugie razem, poprzewracane na wznak i na twarz, często wsparte na sobie głowami lub piersiami. (…)

Wstrzymałem pochód znakiem ręki, sam zaś z moimi ludźmi, omijając trupy, coraz gęściej leżące na drodze, pocwałowałem dalej. W minutę później szalet zarysował się przed nami: okna jednego pokoju były oświecone i otwarte na roścież, również otwarte drzwi do sieni. Wszedłem pośpiesznie. W pierwszym pokoju było pusto i ciemno, z następnej sali dochodziło światło przez szpary we drzwiach. Otworzyłem drzwi i stanąłem jak wryty. Na środku stała niska sofa bez poręczy, a na niej leżał umarły przykryty prześcieradłem, przez które rysował się jego nieruchomy profil. W głowie zmarłego stały dwie świece kościelne.
Przy jego nogach klęczała czarno ubrana kobieta, z czołem opartym o brzeg sofy i z zaciśniętymi nad głową rękoma.
Gdym wszedł, podniosła się. Poznałem Lidię. (…) Zbliżyłem się szybko do nieboszczyka i podniosłem zasłonę. (…) Żółte światło świec padło na zsiniałą twarz ze wzdętymi ustami, wykrzywioną, okropną. Była to twarz… Selima Mirzy. (…)

VII.

Nazajutrz rano przeprowadziłem śledztwo, z którego okazało się, co następuje: La Rochenoire porozumiał się istotnie
z Hugonem, któremu wydał rozkaz zawiadomienia Prusaków o postoju Mirzy w La Mare. Hugon podprowadził ich chmielnikami
tak zręcznie, że placówki dały dopiero wówczas ognia, kiedy oddział całkowicie był otoczony. Rozpoczęła się bitwa. Mirza poległ
z samego jej początku. (…)

W rok potem, już po wojnie, dowiedziałem się o jego pobycie w Wenecji. Odziedziczył znaczny majątek w Bretanii, ożenił się i żył spokojnie. Nie mogłem sprawdzić, czy żoną jego była Lidia La Grange. (…)



PAŹDZIERNIK – LISTOPAD [Anaheim]


["SZKICE WĘGLEM" cz. II] [utwór nieznany]

DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU - 1876. [San Francisco (?) - Anaheim]


["PRZED ŚLUBEM"] […komedia w 5 aktach przez Kazimierza Zalewskiego]
Łowiectwo na posagi ma swoją przeciwwagę w łowieniu przez panny, matki panien i ciotki panien – majętnych kawalerów. Ludzie mówią, że panna robi partię tylko wówczas, gdy wychodzi za człowieka mającego prócz środków utrzymania, jakie zdobywa przez pracę, prócz uczciwości, serca i charakteru, jeszcze majątek stały, odziedziczony i od osoby swe niezależny. (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1877



MARZEC – KWIECIEŃ [Sebastopol - Haywood]


["DRAMAT AMERYKAŃSKI"]
Fragment odnaleziony w 1954 r.

MAJ [?] [San Francisco]


["Z DRUGIEJ PÓŁKULI". LIST LITWOSA]
(…) Rozpalam je (ognisko) co noc w tutejszych lasach samotnych i bezludnych. Obecnie bawię w San Fr(ancisco), dokąd przyjechałem z Alameda C. (stan Alameda w Kalifornii), a w Alameda C. siedziałem w górach, nie widując czasem po tygodniu twarzy ludzkiej, polując, zwiedzając jeziora i żyjąc w szałasie, który sam sobie zbudowałem. Takie życie ma dla mnie niewyczerpany urok, ale możliwe jest tylko w kraju tak ślicznym, ciepłym i tak obfitującym w zwierzynę jak Cal(ifornia). (…)

Bezpieczeństwo wszędzie wielkie. Nikt nic nie kradnie. W miastach panują prawa U.S. (United States – Stanów Zjednoczonych) – poza dystryktem miast lynch, nigdy zresztą prawie nie stosowany. (…)

Wyuczyłem się tu wiele rzeczy dawniej mi nie znanych… wybornie strzelać, gotować, rozniecać ogień i przede wszystkim dawać sobie rady bez ceremonii zawsze i wszędzie. Pozbyłem się wielu pretensji i przesądów, zyskałem trochę inny i szerszy pogląd
na świat i wreszcie zakochałem się w takim życiu; wiele, wiele jest tu stron pysznych. (…)

W małych miasteczkach i wsiach, stanowiących zdrowe jądro społeczne, ludzie są prości, uczciwi, rzadko Niemcy, najczęściej rodowici Amerykanie. (…)

…Pytacie, czy wrócę? Tak! wrócę, ale nie inaczej jak przez Pacyfik, tj. naokoło ziemi… Ale już tak żyłka Żyda-tułacza rozwinęła się we mnie, że wrócę może tylko po to, aby (po pewnym czasie)… ruszyć znowu w świat, np. na wyspę Borneo lub do Afryki. (…)


SIERPIEŃ [San Francisco]


["ARTYKUŁ ANGIELSKI O POLSCE"] [nieznany]

SIERPIEŃ - 21.


[„WYSTĄPIENIE PANI HELENY MODRZEJEWSKIEJ NA SCENIE ANGIELSKIEJ W SAN FRANCISCO, CAL. DNIA 20 SIERPNIA 1877 R.”, KORESPONDENCJA LITWOSA]
Fragmenty korespondencji zamieszczono w zakładce "Kalendarium" - "Rok 1877 r.", traktując je jako relację pisarza z pobytu w San Francisco podczas występów teatralnych Heleny Modrzejewskiej. Poniżej znajdują się fragmenty opisujące artystkę.
(…) Szlachetna artystka, nie zapominająca nawet za Oceanem uczuć rodzinnych, postanowiła nie tylko tu, ale we wszystkich miastach amerykańskich grać jedną rolę po polsku. (…) Obecnie artystka ta, nie przestając być polską artystką, stała się także artystką całego świata, jak Siemiradzki i Matejko. (…)

…wszystkie dzienniki zachwycają się językiem i wymową naszej artystki, wszystkie opowiadają jak o cudzie o tym, że wyuczyła się tak mówić i wymawiać od ośmiu miesięcy, a na koniec wszystkie wyznają, że, jeśli jest jeszcze pewien mały odcień w jej akcencie, powinna wszelkimi siłami starać się go utrzymać, odcień ten bowiem to wcielony wdzięk, wcielona słodycz
i niedościgniona doskonałość, do której dążyć powinny miejscowe amerykańskie artystki. (…)

Najznakomitsze osoby w mieście nie wyłączając gubernatora, stanowego senatora, deputowanych i szeryfa złożyły swe karty
u drzwi artystki. Kluby przesłały jej odezwy z dziękczynieniami. Kalifornijskim uczuciom patriotycznym pochlebia to istotnie
do najwyższego stopnia, że artystka zaczęła występy tu, a nie gdzie indziej. Dziś już poczynają ją nazywać „naszą” i wszystkie prawie oświadczają zgodnie z tym, co powiedziałem, że przestała już być tylko polską, a stała się artystką świata, że talent jej wyższy nad wszystkie języki, etc. etc. (…)

A jednak trudno wypowiedzieć, przez jakie głębokie troski musiała przechodzić artystka, zanim przyprowadziła wystąpienie
do skutku. Pozbawiona zupełnie pomocy z kraju i obarczona troskami arcypowszedniej natury, jak sama mówiła mi potem, prawie uginała się czasem pod brzemieniem. Nikt tu o niej nie słyszał. Z początku w teatrze patrzono na nią jak na debiutantkę. (…)
…jakiej żelaznej organizacji moralnej, jakiej siły duszy i prawdziwego geniuszu trzeba było, aby te trudności zwyciężyć; z drugiej, aby z wami pożałować, że nadesłano artystce przedwcześnie dymisję. Gdyby w swoim czasie nadesłano zamiast dymisji zaproszenie do powrotu, wiem to z pewnością, że artystka wróciłaby niechybnie. Wystąpienie na tutejszych scenach nie leżało
w pierwotnych jej zamiarach, chwyciła się zaś planu tego dopiero wtedy, gdy nie miała przed sobą wyboru. (…)

Jak dalece trudno jej rozstać się z myślą o polskiej scenie, świadczą jej słowa, które wypowiedziała do mnie obecnie, chociaż otoczona już niezmiernym blaskiem i mająca przed sobą sławę, bogactwa i stokroć szersze horyzonty artystyczne. „Proszę napisać do Warszawy (rzekła), że gdziekolwiek będę, w każdym mieście, tak w Ameryce jak w Anglii, będę grała Ofelię
po polsku.” A potem prawie ze łzami w oczach dodała: „I w Warszawie muszę, muszę grać choć raz jeszcze jeden w życiu.” (…)

WRZESIEŃ [San Fracisco]


["KORESPONDENCJA LITWOSA" (o Modrzejewskiej)]
(…) W zeszłym liście doniosłem wam o zamiarze naszej znakomitej artystki wystąpienia w roli Ofelii po polsku. Otóż zamiar ten przyszedł już do skutku. (…) …było tym bardziej wzruszające, że zgromadzili się na nie wszyscy Polacy i wszyscy Żydzi polscy zamieszkali w San Francisco. Ludzie ci dawno, dawno już nie słyszeli rodowitego języka w miejscu publicznym, nic więc dziwnego, że słuchali go z nieopisanym rozrzewnieniem. Ileż to wspomnień dawnych, drogich, a zatartych już stanęło żywo w pamięci tych słuchaczów. Czas przesłania przeszłe lata, dawne wspomnienia i dawno niewidziane twarze niby mgłą, niby tumanem, z początku przezroczystym, potem coraz gęstszym, ciemniejszym. Po każdym upłynionym roku widzisz je coraz niewyraźniej, coraz mętniej, a potem to już jakby cienie błąkające się po Polach Elizejskich.

Nagle przed słowami natchnionych ust ta mgła niepamięci pierzchnęła i wszystko, co przeszło, stanęło, jak żywe, teraźniejsze
i obecne w oczach i sercach słuchaczów. Była to dla każdego jakby czarowna wizja, jakby wrócone lata młodości, jakby mała przelotna chwila wiosny z mrukiem rodzinnych strumieni, z szelestem rodzinnych drzew, ze śpiewaniem naszych szarych skowronków i z odgłosami fujarek pastuszych. Każdy też słuchał wstrzymując łzy. Dźwięczny, przeczysty język nasz brzmiał wśród ciszy teatralnej obok chrapliwych dźwięków angielskich jak anielska muzyka; opanował je, zwyciężył; doszedł wszędzie
i podbił serca wszystkich słuchaczów. Dziennik „The Mail” napisał nazajutrz, że nigdy amerykańskie uszy nie słyszały słodszych dźwięków. (…)

Na trzeci dzień po pierwszym przedstawieniu Julietty wypadał właśnie benefis pani Heleny. (…) Po scenie balkonowej reprezentanci prasy podali naszej artystce adres drukowany na białym atłasie i przepyszny kosz kwiatów. (…)

Adres ułożony był wierszem, brzmiał zaś, jak następuje
(tekst angielski pominięto, podając jedynie jego tłumaczenie): (…)

Nie obwoływana przez stugębne wieści,
Przybyłaś do nas tylko jako piękna cudzoziemka,
Więc zwykłym tylko przyjęliśmy cię początkowo powitaniem.
Okazaliśmy ci naszą sympatię nie jako artystce, którą lud nasz zna,
Ale patrzyliśmy na ciebie tylko jako na nowicjuszkę.

Patrz, jaka zmiana teraz! Od owej pamiętnej nocy
Tylko twój cudowny talent pozostaje na widowni.
Pomimo kajdan obcego ci języka,
Zazdrością otoczyliśmy już twój nieporównany talent.
Zachwyceni, wyznajemy twe zwycięstwo tym większe, że nieprzewidziane.
Więc zachowaj teraz twój kraj w pamięci,
Ale Ameryka ogłasza cię już za swoją własność
.


W tych dniach zostanie zapewne podpisany przez panią Helenę kontrakt, na mocy którego obowiązuje się grać przez rok
we wszystkich znakomitszych miastach amerykańskich. (…) Początkowo kontrakt miał być zawarty na lat dwa. Ofiarowano nawet artystce jeszcze lepsze warunki, byle pozwoliła na takie przedłużenie terminu, na co się jednak zgodzić nie chciała,
po roku bowiem pragnie wrócić na pewien czas do Warszawy i wystąpić na polskiej scenie, do której, chociaż powiedziano jej tu: „America now claims for her own” (Ameryka uważa cię także za swoją wyłącznie własność) polska artystka tęskni z całej duszy. (…)


WRZESIEŃ – 09. [San Francisco]


["LIST LITWOSA"]
(…) Obecnie znowu bawię w San Francisco, gdzie przyjechałem umyślnie na występy pani M. z Maripozy. Przed wyjazdem
do Maripozy trafiło mi się kilka awantur. Najprzód były tu – jak i w całej Ameryce – „strajki” robotników kolejowych, którym zmniejszono płacę dzienną. Widziałem nader burzliwe meetingi, na których strzelano w rewolwerów do siebie, bito się na cegły, pięście i kije. Mało się nie oberwało i mnie. Potem w moich oczach jakiś Hangs, konsul Gwatemali, zabił niejakiego pana Leslie (być może, że inaczej się pisze). Należałem do liczby tych, którzy złapali za kark zabójcę i odbierali mu rewolwer. Żałowałem następnie bardzo, że nie wsadzili mnie jako świadka do kozy, bo tu świadków czasem sadzają do kozy, aby ich usunąć
spod wpływów rodziny oskarżonego, ale za to płacą pięć dolarów dziennie (nie wiem, czy i w Kalifornii) czyli sumę, jakiej zapewne żaden literat na dzień nie zarabia. (…)

Chcecie wiedzieć, jakie są moje zamiary w tej chwili? Oto, jak mi przypłynie przez wodę i przyjedzie przez ziemię trochę pieniędzy, na które czekam jak oblubieniec na oblubienicę, wówczas sakum pakum i przez Panamę, jako najtańszą drogę,
a pod pokładem, jako najtańszym sposobem, puszczę się z powrotem do Warszawy. W Warszawie mam zamiar powiedzieć kilka odczytów, zebrać coś grosza i znowu puścić się w świat – i znowu pisywać Listy z podróży – i tak ciągle, dopóki nie przyjdzie się wybrać w najmniej kosztowną, ale najdłuższą, to jest na tamten świat. (…)

Amerykanin przyjaciela uważa tak jak brata, na jego sprawy patrzy po prostu jak na swoje. (…)


LISTOPAD - GRUDZIEŃ [San Francisco]


["OSADY POLSKIE W STANACH ZJEDNOCZONYCH"]
(…) …ludność… czysto polska nie wynosi, według prawdopodobieństwa, więcej jak 70 – 90 tysięcy głów razem. (…) Głównym ogniskiem Polaków jest Chicago, położone w Illinois (czyt. Illinois, nie Illinua), nad brzegami olbrzymiego jeziora Michigan.
W mieście tym, liczącym przeszło pół miliona mieszkańców, ma się znajdować około 20 000 Polaków. (…) Drugim ogniskiem,
w którym licznie skupiła się ludność polska, jest Milwaukee, położona w stanie Wisconsin nad brzegiem tegoż samego jeziora Michigan. Liczba Polaków tu zamieszkałych ma dorównywać tejże w Chicago… (…) W New Yorku, wedle przybliżonych obliczeń, ma się znajdować około ośmiu tysięcy Polaków… (…) Prócz tego w każdym ze znakomitszych miast mieszka większa
lub mniejsza liczba Polaków… (…)

Według mego zdania, Polakom tutejszym grozi niechybnie wcześniejsze lub późniejsze wynarodowienie się i całkowite rozpłynięcie w żywiole amerykańskim lub niemieckim. (…) Otóż nie znam ani jednego Polaka żonatego z Niemką
lub Amerykanką, którego by dzieci umiały po polsku. Nie wyłączam nawet i inteligencji. Jest to nieuniknione. (…)


["KOMEDIA Z POMYŁEK. SZKIC Z ŻYCIA AMERYKAŃSKIEGO"]
(…) Wypadek, który posłużył mi za przedmiot do niniejszego szkicu, miał podobno miejsce istotnie w jednym z amerykańskich miasteczek. (…) Zdarzyło się przed pięciu lub sześciu laty, że w hrabstwie Maripoza odkryto w pewnej miejscowości źródła nafty. (…) Sprowadzono rozmaite maszyny, pompy, dźwignie, drabiny, beczki i beczułki, świdry i kotły; pobudowano domy
dla robotników, ochrzczono miejscowość "Struck Oil" i po niejakim czasie w okolicy pustej i bezludnej, którą przed rokiem zamieszkiwały tylko kujoty, stanęła osada złożona z kilkudziesięciu domów i zamieszkana przez kilkuset robotników. We dwa lata później, Struck Oil nazywało się już Struck Oil City. (…)

Proszę zauważyć, że mieszkał tu już szewc, krawiec, cieśla, kowal, rzeźnik i doktor Francuz… (…) Doktor, jak się najczęściej zdarza po małych miasteczkach, trzymał zarazem aptekę i pocztę; miał więc potrójną praktykę. Aptekarzem był równie nieszkodliwym, jak doktorem, albowiem w aptece jego można było dostać tylko dwóch lekarstw: syropu cukrowego i leroa. (…)

Tymczasem Struck Oil City rosło i rosło. Po upływie dwóch lat przeprowadzono do niego odnogę kolei żelaznej. Miasto już miało swoich urzędników wybieralnych. (…) Miasto amerykańskie nie może żyć bez dziennika; po upływie więc roku drugiego powstało pismo pod tytułem: Saturday Weekly Review (Przegląd Sobotni Tygodniowy), liczące tylu prenumeratorów, ilu było mieszkańców w Struck Oil City. Redaktor tego dziennika był zarazem jego wydawcą, drukarzem, administratorem i roznosicielem. (…)

…było… w mieście spokojnie. (…) Jedynym kłopotem szeryfa było to, że nie mógł oduczyć obywateli od strzelania z karabinów do dzikich gęsi, przelatujących wieczorami nad miastem. (…) Było więc spokojnie w Struck Oil City jak w niebie; nagle jednak skończyły się te piękne dni. Grocernik zapłonął śmiertelną nienawiścią do grocerniczki, a grocerniczka do grocernika. (…) „Grojery” tedy, czyli grocernia, jest to sklep sprzedający wszystko. (…) Z początku była tylko jedna grocernia w Struck Oil City. Trzymał ją Niemiec imieniem Hans Kasche. (…)

Nagle jednak pojawiła się druga grocernia. I dziwna rzecz! Pierwszą trzymał Niemiec, drugą założyła Niemka. „Kunegunde
und Eduard, Eduard und Kunegunde!” (…) Zaraz tedy zapoczęła się między obiema stronami wojna, a rozpoczęła się od tego,
że panna Neuman, czyli jak się sama nazywała „Niumen”, dawała na powitalny „lunch” placki pieczone z mąki pomieszanej z sodą
i ałunem. Byłaby tym zaszkodziła najwięcej samej sobie w opinii obywateli, gdyby nie to, iż sama utrzymywała i stawiała świadków, że ponieważ jej mąka nie była jeszcze rozpakowana, więc tę kupiła od Hansa Kasche. (…)

Nienawiść ta posunęła się wkrótce do tego stopnia, że Hans palił śmiecie tylko wtedy, gdy wiatr wwiewał dym do sklepu jego przeciwniczki; przeciwniczka zaś nie nazywała inaczej Hansa, jak „Doczmen” (Niemiec), co tenże poczytywał sobie za największą obelgę. (…) …skutkiem codziennych stosunków z grocerniami, wytworzyły się w mieście dwie partie, Hansistów i Neumanistów, które poczęły patrzeć na siebie krzywym okiem, co mogło zaszkodzić szczęściu i spokojności rzeczypospolitej Struck Oil City
i sprowadzić groźne na przyszłość zawikłania. (…)

Wkrótce Hans obejrzał się, że jego grocernia zaledwie mu się opłaca. Ale i panna Neuman nie robiła zbyt świetnych interesów,
bo znowu wszystkie kobiety z miasta trzymały stronę Hansa; zauważyły bowiem, że ich mężowie zbyt często robią sprawunki
u pięknej Niemki i za każdym sprawunkiem siedzą za długo. (…)
- Co ja jej mogę zrobić? – myślał Hans. – Mam zatrutą pszenicę na szczury, choćbym też jej kury wytruł? Nie! Każą mi zapłacić! Ale wiem, co zrobię.

I wieczorem panna Neuman, ku wielkiemu swojemu zdziwieniu, spostrzegła pana Hansa znoszącego pęki dzikich słoneczników
i układającego je jakoby w ścieżkę pod zakratowanym okienkiem piwnicy. (…) Pan Hans ułożył słoneczniki w dwie linie,
tak że środkiem tylko zostawała wolna droga do okienka piwnicy; potem wyniósł jakiś przedmiot okryty płótnem, obrócił się plecami do panny Neuman, płótno z tajemniczego przedmiotu zdjął, pokrył go liśćmi ze słoneczników, następnie zbliżył się
do muru i począł kreślić na nim jakieś litery. (…) Hans skończywszy robotę poszedł na górę i wkrótce zagasił światło. Wówczas panna Neuman zarzuciła naprędce na siebie szlafroczek, wdziała pantofle na gołe nogi i dalejże przez ulicę. Doszedłszy
do słoneczników, szła prosto ścieżką do okienka, chcąc przeczytać napis na ścianie. Nagle oczy jej wyszły na wierzch, rzuciła się wierzchnią połową ciała wstecz, a z ust wyrwało się jej bolesne: „Aj! aj!” – potem zaś rozpaczliwy okrzyk: „Ratunku! ratunku!!!”
Okno na górze podniosło się do góry. (…)

- Co to? To panna Neuman? Ha! ha! ha! Dobry wieczór pannie! Ha! ha! ha! Zastawiłem żelaza na skunksy, a złapałem pannę! Po coś panna przyszła zaglądać do mojej piwnicy? Umyślnie napisałem na ścianie ostrzeżenie, żeby się nie zbliżać. Krzycz teraz panna; niech się ludzie zlecą; niech wszyscy widzą, że nocami przychodzisz zaglądać do piwnicy Doczmena. (…) Położenie panny Neuman było okropne. Krzyczeć? ludzie się zlecą: kompromitacja! Nie krzyczeć? stać całą noc złapana w żelaza, a na drugi dzień dać
z siebie widowisko?... A tu noga boli coraz bardziej… W głowie jej się zakręciło, gwiazdy pomieszały się ze sobą, księżyc
ze złowrogą twarzą pana Hansa… Zemdlała.
- Herr Je! – wykrzyknął do siebie Hans: – jeśli umrze, to jutro zlynczują mnie bez sądu. (…)
Otworzył prędko żelazo, a że panna nie poruszała się jeszcze, więc wziął ją na ręce i zaniósł prędko do jej mieszkania. (…)

Nazajutrz panna Neuman nie pojawiła się przed swoją grocernią… (…) Pokazało się, że knuła zemstę. (…) Otóż nagle Hans zauważył, że przestano brać u niego lód zupełnie. Ogromne kawały, jakie sprowadził koleją, złożone w piwnicy stopniały… (…) Postanowił tę rzecz wyjaśnić.
- Dlaczego nie bierzecie ode mnie lodu? – spytał łamaną angielszczyzną szynkarza Petersa, który właśnie przechodził koło jego sklepu.
- Bo go nie trzymacie.
- Jak to nie trzymam?
- No, bo ja wiem!
- Aber ja trzymam lód.
- A to co? – rzekł szynkarz, wskazując palcem ogłoszenie, przylepione na domu. Hans spojrzał i zzieleniał ze złości. W jego ogłoszeniu ktoś w wyrazie „Notice” wydrapał „t” ze środka, skutkiem czego z „Notice” zrobiło się „No ice”, co po angielsku znaczy: nie ma lodu. (…)

- Donnerwetter! – wykrzyknął Hans i cały siny i drżący wpadł do sklepu panny Neuman. I straciwszy zwykłą zimną krew począł wrzeszczeć jak opętany, na to panna Neuman w krzyk. Ludzi się nazlatywało.
- Ratujcie! – wołała panna Neuman. – Doczmen zwariował! (…)
Tak krzycząc zalała się rzewnymi łzami. Amerykanie nie zrozumieli wprawdzie o co chodzi, ale Amerykanie nie znoszą łez kobiecych, więc Niemca za łeb i za drzwi. (…)

W tydzień potem, nad sklepem jego wisiał ogromny malowniczy szyld. Szyld przedstawiał małpę ubraną w pasiastą sukienkę, biały fartuszek z naramiennikami: słowem, zupełnie jak panna Neuman. Pod spodem stał napis wielkimi żółtymi literami: „Grocernia pod małpą.” Ludzi naschodziło się oglądać. Śmiechy wywabiły pannę Neuman przede drzwi. Wyszła, spojrzała, zbladła, ale nie straciwszy przytomności zawołała zaraz:
- Grocernia pod małpą? Nic dziwnego, bo pan Kasche mieszka nad grocernią. Ha!
Cios jednak trafił ją w serce. (…)

Rankiem wyszła i, zbliżywszy się do Hansa, rzekła:
- Słuchaj, panie Doczmenie! wiem, że ta małpa to ja, ale pójdź no ze mną do sędziego. Zobaczymy, co on na to powie.
- Powie, że wolno mi malować nad moim sklepem, co mi się podoba. (…)
Poprzymykali sklepy i poszli wymyślając sobie po drodze. (…) Jeden tylko sędzia w całym mieście nie wiedział ani słowa o ich kłótniach. Bogu ducha winien staruszek przyrządzał swoje leroa i zdawało mu się, że świat zbawia. (…)

Oboje zaczęli machać rękoma… (…) Gadali jedno przez drugie. Co Hans słowo, to panna dziesięć. Nareszcie Niemka wpadła
na koncept pokazać na serce, na znak, że je pan Hans przebił siedmioma mieczami.
- Rozumiem! rozumiem teraz! – rzekł doktor. Po czym otworzył książkę i jął pisać. (…) Skończywszy pisać, wstał i nagle
ku wielkiemu zdziwieniu Lory objął ją wpół i pocałował.
Wzięła to sobie za dobrą wróżbę i pełna różowych nadziei poszła do domu. (…)

Nazajutrz rano przyszedł szeryf pod sklepy. Oboje stali przed drzwiami. (…)
- No co? no jak? – poczęli wypytywać oboje.
-Wsistko dobrze, oh! – rzekł szeryf.
- No, co sędzia zrobił?…
- Ny, co miał złego zrobić? On was pożenił. (…)
Żeby piorun nagle trzasł, Hans i panna Neuman nie przeraziliby się do tego stopnia. (…) Osłupieli, skamienieli. Potem oboje
w krzyk:
- Ja mam być jego żoną!?
- Ja mam być jej mężem!? (…)

Porozchodzili się i pozamykali sklepy. Ona siedziała u siebie, rozmyślając cały dzień, on u siebie. Przyszła noc. Noc przynosi spokój. Oboje jednak nie mogli myśleć o śnie. (…) - I dziwne jakieś uczucia rodziły im się w sercach. Była to nienawiść, gniew
w połączeniu z poczuciem samotności. (…) …panna Neuman… przewracała się bezsennie po szerokim amerykańskim łożu
i istotnie czuła się bardzo samotną. Nagle zerwała się… (…) W ciszy nocnej słychać było wyraźne stukanie młotka. (…)
…wyskoczyła z łóżka i pobiegła do okna, ale spojrzawszy w nie uspokoiła się zaraz. Przy świetle księżyca widać było drabinę,
a na niej okrągłe białe kształty Hansa, odbijającego młotkiem gwoździe, podtrzymujące szyld z małpą. (…) I uczuła nagle,
jakby jej coś topniało koło serca. (…)

Panna śledziła go oczyma… Noc była cicha, ciepła…
- Panie Hans… – szepnęła nagle dziewica.
- To panna nie śpi? – odszeptał równie cicho Hans.
- Nie! Dobry wieczór panu!
- Dobry wieczór pannie.
- Co pan robi?
- Zdejmuję małpę.
- Dziękuję panu, panie Hans. (…)
-Musimy naradzić się o rozwodzie.
- Tak, panno Loro. (…)
- To możemy się zaraz naradzić…
- Jeśli panna pozwoli…
- To pan przyjdzie do mnie…
- Tylko się ubiorę.
- Nie trzeba ceremonii.

Drzwi na dole otworzyły się, pan Hans znikł w ciemnościach, a po chwili znalazł się w panieńskim pokoiku, cichym, ciepłym, schludnym. Panna Lora miała biały szlafroczek i była zachwycająca. (…) Wówczas to zaczęła się narada o rozwodzie, która już
do opowiadania nie należy. Spokój powrócił do Struck Oil City.

["CHIŃCZYCY W KALIFORNII"]
(…) Północną stronę miasta San Francisco, począwszy od ulicy Clay, zajmuje dzielnica chińska. Gdyby nie kamienice budowane
w stylu europejskim, zwiedzającemu tę część miasta mogłoby się wydawać, że cudem jakim został przeniesiony do Kantonu
lub Szanghaju. Dziwne wrażenie robi tu ta ludność gwarna i ruchliwa, ubrana w jednakowe kostiumy, o cerze żółtej, skośnych oczach i długich, sięgających ziemi warkoczach, uplecionych z włosów i czarnego jedwabiu. (…)

Chińczyk więc przede wszystkim pracuje, pracuje bez wypoczynku; zbiera każdy grosz, uprawia każdy zakątek ziemi, a gdy mu pracy i ziemi nie staje we własnej ojczyźnie, pakuje w skrzynkę swe smoki i swego Buddę i jedzie za morza szukać pracy
w Australii lub Kalifornii. Zresztą przywozi ze sobą całe swoje Chiny, nie zrzeka się bowiem nigdzie ani swej religii, ani obyczaju,
ani nawet sukien. (…)

Nie ma ani jednego rodzaju pracy, któremu by się nie oddawali. Zajmują się handlem, po fabrykach pracują jako robotnicy, wynajmują ich właściciele warsztatów rzemieślniczych, spełniają po hotelach wszystkie niższe usługi, zajmują się porządkiem
w domach prywatnych; w traktierniach i na dworcach kolei żelaznych służą za kucharzy i garsonów, prawie wszystkie pralnie
w mieście są w ich ręku i należy oddać im tę sprawiedliwość, że piorą pięknie, szybko i tanio; służą za niańki do dzieci. W domu prywatnym Chińczyk spełnia wszystkie obowiązki służącej: sprząta, zamiata, ściele łóżka, gotuje, pomywa, chodzi do miasta
po sprawunki; jest to służący cichy, trzeźwy, pracowity, łagodny i posłuszny, a kosztujący bez porównania mniej niż biały. (…)

…Kalifornia więcej może traci, niż zyskuje na Chińczykach. Zostawiają oni pracę – to prawda, ale wywożą z kraju pieniądze. Chińczyk nie wzbogaca miejscowego handlu ani przemysłu, wszystko bowiem kupuje i musi kupować w sklepach chińskich. Chińczyk nie bierze ziemi, nie osiada na niej jako rolnik, który ją przekaże synom i wnukom; Chińczyk nigdy prawie nie przyjmuje amerykańskiego obywatelstwa, jakkolwiek traktat burlinghamski, zawarty w roku 1868, daje żółtym równe prawa z innymi; Chińczyk na koniec dorobiwszy się jakiego takiego grosza opuszcza kraj, aby nigdy już do niego nie powrócić. (…)

…Chińczycy nie przyjmując obywatelstwa, a pracując w charakterze najemników wnoszą pewien pierwiastek służebniczy
w to społeczeństwo, jedyne może na świecie, w którym równość nie jest czczym wyrazem. Bądź farmer, bądź przemysłowiec, bądź ktokolwiek używający Chińczyków, przyzwyczaiwszy się z nimi do roli pana względem podwładnych, będzie z trudnością mógł jej zapomnieć nawet w stosunkach z białymi. (…)

Stan zrobił, co było w jego mocy. Ustanowił osobnego komisarza chińskiego (Commissary of emigration), którego obowiązkiem było czuwać nad kompaniami chińskimi, rewidować okręty przywożące „koolisów”, nie puszczać indywiduów chorych, nierządnic
i prawdę powiedziawszy, w ogóle dowóz obostrzać i utrudniać. W ostatnich czasach komisarzem takim był Rudolf Korwin Piotrowski, rodak nasz, któremu wiele wskazówek tyczących Chińczyków zawdzięczam. Prócz tego prawodawstwo miejscowe przedsięwzięło inne jeszcze środki, z których najdzielniejszym był zakaz wywożenia zwłok zmarłych Chińczyków do Państwa Niebieskiego. Chińczycy, jak wiadomo, odznaczają się szczególniejszą czcią dla zmarłych. Według ich pojęć, wyrobionych
na podstawie religii i odwiecznego obyczaju, każdy zmarły, aby przejść do Nirwany i spoczywać w spokoju, powinien być pogrzebany w granicach Państwa Niebieskiego. Rokrocznie też te same okręty, które przywoziły żywych, odwoziły umarłych. Dziś wywóz zmarłych został raz na zawsze zakazany, co Chińczyków w Chinach wstrzymuje od wyjazdu w kraje „barbarzyńców” – Chińczyków kalifornijskich zaś skłania do jak najprędszego powrotu. (…)

Konstytucja wyraźnie pozwala wszystkim cudzoziemcom przybywać do Stanów Zjednoczonych, naturalizować się w nich lub nie, trudnić się handlem, zarobkiem, słowem: czym się komu podoba. Legalnie więc biorąc, Chińczycy mają ją za sobą. (…)

GRUDZIEŃ – 18. [San Francisco]


["LIST LITWOSA"]
Fragmenty korespondencji zamieszczono w zakładce "Kalendarium" - "Rok 1877 r.", traktując je jako relację pisarza z pobytu w San Francisco i Virginia City.
Poniżej znajdują się: historia o Murzynie i o pierwowzorze bohatera noweli „Latarnik”.


(…) Po przybyciu do New Yorku Horain zobaczył raz przez okno Murzyna sprzedającego ogórki, a ponieważ, jako Litwin, chciał ich parę spożyć z miodem, posłał więc dzieci, aby Murzyna zatrzymały i ogórków kupiły. Dzieci kupiły ogórków, ale przy kupnie robiły sobie rozmaite uwagi nad Murzynem. A Murzyn do nich w najczystszej polszczyźnie:
- A to wy mówicie po polsku?
Łatwo zrozumieć zdziwienie dzieci. Sprowadziły jednak Murzyna do domu, gdzie poczęto się go dopytywać, jakim sposobem
po polsku się wyuczył? Pokazało się, że był to eks-niewolnik jakiegoś Polaka żyjącego pod przybranym nazwiskiem Major
w okolicach Nowego Jorku. Murzyn kupiony był na południu, potem jednak, gdy pan przeniósł się na północ, gdzie niewola
nie istniała, musiał zostać uwolniony, ale że się z panem polubili, więc się nie rozstawali.
- I pan zawsze mówi do ciebie po polsku? – pyta Horain.
- Teraz zawsze – odrzekł Murzyn – ale gdy mnie kupił, mówił tylko, gdy był zły.
- A cóż mówił wówczas?
Murzyn począł wymawiać z prawdziwie mazowieckim zacięciem:
- Psiakr…

Kraj ten, w którym nikt niczemu się nie dziwi, sprzyja rozwijaniu się oryginalności. Dlatego też oryginałów między naszymi rodakami, zwłaszcza starymi, tu nie brak. Umarł tu niedawno stary człowiek nazwiskiem Sielawa. Był to człowiek bardzo nieszczęśliwy. Gdzie nie był, jakich kolei nie przechodził, trudno by wyliczyć. Tułał się między Indianami; rozbijał się
na wszystkich brzegach pięciu części świata, to dorabiał się jakiegoś grosza, to tracił go… słowem: był to liść rzucany burzą.
Ale miał dwa lata w życiu szczęśliwe. Został latarnikiem w Aspinval, w Nowej Grenadzie, niedaleko równika. Siedząc na samotnej skale, nie widując ludzi po parę miesięcy, czuł się stary dziwak szczęśliwym. Zdawało mu się, że to już koniec jego wędrówek
i że spokojnie dożyje wieczora życia i chwili, w której przyjdzie mu się wybrać w podróż ostatnią, wieczystą. Co dwa tygodnie przywożono mu żywność i składano na brzegu. Latarnik zabierał skrzynki, próżne zostawiał na brzegu i wracał do wieży.
O szóstej wieczór zapalał latarnię, o szóstej rano ją gasił – zresztą łowił ryby, czasami wpatrywał się w żagle pojawiające się
na błękitnej dali, wpatrywał się w tę dal… marzył i śnił.

Nagle jednak skończyło się jego szczęście – i wiecie kto był tego przyczyną? Oto Zygmunt Kaczkowski. Pewnego razu znalazł między paczkami z żywnością paczkę z książkami. Stary na ich widok upadł na kolana i płakał. Kto mu je przysłał, jakim sposobem dowiedział się ten ktoś o jego adresie? nigdy nie mógł odgadnąć. Porwał książki do swej wieży, otworzył pierwszą
z brzega i począł czytać. Był to Murdelion Kaczkowskiego. Stary czytał, czytał nie tylko oczyma, ale duszą i sercem. Ściemniło się, zapalił lampę i czytał dalej… Nazajutrz odebrano mu miejsce i oddano go pod sąd: zapomniał zapalić latarni! – skutkiem czego jakiś okręt uszkodził się o skały. Sielawa przybył potem do New Jorku i tam otruł się – podobno z biedy. Znaleziono przy nim Murdeliona. (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1878



KWIECIEŃ [Paryż] [?]


["PRZERÓBKA ODY HORACJUSZA"]
I, 5 [DO PYRRY]
Jakiż to chłopiec, wonnościami zlany,
Wpośród zieleni, u stóp ciemnej groty,
Bawi się z tobą senny – rozkochany? –
Ty mu swe złote rozpuszczasz uploty
Na skromną odzież…
Heu! Nieszczęśliwy!

Ileż on razy łzami się zaleje
Na zdradę twoją wówczas, gdy burzliwy
Auster się w ciemnych głębiach rozszaleje!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Kto dziś, konając z szczęścia na twym łożu,
Zawsze cię wierną ujrzeć się spodziewa,
Nie wie, co cisza na burzliwym morzu,
Kiedy śpią żagle i wiatr nie powiewa.
Jam jest spokojny! Mnie ślubna tablica
I odzież, zmokła w burzach życia, broni,
Nie oczarują mnie twe cudne lica,
Pierś twa nie znęci i uśmiech nie zgoni.


KWIECIEŃ [Paryż]


["LISTY Z WYSTAWY PARYSKIEJ"]
I. (…) Co do mnie, o rzeczypospolitej francuskiej, a zwłaszcza o demokracji francuskiej, dużo miałbym powiedzieć. Daleko jeszcze jednej i drugiej do amerykańskiej. Tu jeszcze o tych rzeczach deklamują – tam nimi żyją. Tu demokracja więcej jeszcze siedzi
w głowach – tam w obyczajach. Tam obywatele i rząd to prawie wszystko jedno; tu jest centralizacja – tam decentralizacja
w najrozciąglejszym znaczeniu; tu istnieje biurokracja, urzędnicy starsi i młodsi, cała hierarchia – tam nie ma biurokracji, nie ma urzędników starszych i młodszych, nie ma hierarchii. (…)

III. (…) Jak widzicie, o wystawie nie piszę wam wiele, ale nie może być inaczej. Wierzajcie mi, że gazety francuskie, angielskie
i amerykańskie, które mam pod ręką, piszą jeszcze mniej. Przyczyną tego jest, że wystawa nie została dotąd ukończoną i nim ją ukończą, upłynie z miesiąc. Połowa okazów stoi w pakach. Robotników w galeriach tylu się prawie kręci, ilu i gości, a czasem
przez deski i przez na wpół poodbijane paki przecisnąć się nie podobna. Katalogów jeszcze nie ma, a gdy wejdziesz
bez przewodnika między pojedyncze wystawy, między szafy, szafeczki nie ponumerowane, nie opatrzone jeszcze w znacznej części w nazwy wystawców, a zawierające miliony przedmiotów, gubisz się w chaosie i nie wiesz, od czego zacząć. (…)


MAJ [Paryż]


["LISTY Z PARYŻA"]
I. (…) Obok marszałka, ubranego w złocisty mundur, wstęgi, gwiazdy, ordery, byli na trybunie zgromadzeni znakomici goście: Franciszek z Assyżu, rodzaj suszonej gruszki arystokratycznej, mały człowieczek z wielkimi rogami, mąż Izabeli hiszpańskiej, dalej książę Walii, następca duński, Henryk holenderski, książę Aosty, książę Leuchtenberski. Tu chciałbym powiedzieć: błyszczały zbroje, powiewały pióra na szyszakach, ale chcąc być ściśle historycznym muszę powiedzieć: błyszczały binokle, pachniała pomada, zresztą „trębacze trąbili, muzyka grała”. Wtedy uroczystość rozpoczął minister handlu obszerną przemową do marszałka, w której oświadczył, że wystawa jest aktem i dowodem odrodzenia się Francji pod rządem republikańskim;
że jest dziełem i zapewnieniem pokoju przez republikę, która miłuje spokój i pracę, mające na celu szczęście i pomyślność ludu. (…)

Rzeczpospolita wychodzi i promieniuje bezpośrednio z narodu, rzeczpospolita jest jego wolnością, jego dobrem,
więc nie potrzebuje się wdzięczyć do niego sztucznie, nie potrzebuje schlebiać jego złym instynktom, nie potrzebuje
dla podtrzymania popularności rzucać się w wojnę i awantury zagraniczne, nie ma interesów dynastycznych, nie poświęci nigdy interesów kraju dla osoby jakiegoś Lulu czy Frulu, ale z dumą pokazuje światu na wystawie: oto moje dzieło, to dzieło pokoju;
te maszyny, te wyroby przemysłu, handlu, te utwory sztuki – to moja i moich dzieci praca. (…)

II. (…) …czy wiecie, co to jest amerykański reporter? „Jako dewotka, gdy grzech jaki stary przypomni sobie przed samą spowiedzią, albo podżare litewskie ogary, gdy nagle wpadną na łapę niedźwiedzią” (Juliusz Słowacki), tak amerykański reporter,
gdy ma przed sobą pole faktów, fakcików, wiadomostek, zmienia się na prawdziwego myśliwca i zacietrzewia się do tego stopnia, że o bożym świecie zapomina. Z kapeluszem nasuniętym na tył głowy, z książeczką i ołówkiem w ręku, ujrzycie amerykańskiego reportera, zadyszanego z pośpiechu, latającego wszędzie, zaglądającego we wszystko i polującego na wszelkie objawy życia.
Nie ma dla niego przeszkód, nie ma miejsc, do których wejść nie wolno. Wyrzucają go jednymi drzwiami, on wchodzi drugimi. Lata po wystawie, robi wizyty panującym i znakomitościom. Mac-Mahon odpowiada mu, iż nie słyszał o nim i nie może go przyjąć,
on odpowiada Mac-Mahonowi, że to nic nie szkodzi i że musi być przyjęty; jednego dnia jest u księcia Walii, u księcia Aosty, rozmawiając z nimi notuje jednocześnie ich słowa, aby później zapełniać nimi szpalty swego dziennika, zatrudnia po całych dniach linie telegraficzne, słowem, jest istotą wszędobylską, duchem pojawiającym się nagle a niespodziewanie, jak śmierci potęga, z którą trzeba się liczyć, bo dotrze wszędzie, dowie się o wszystkim i wszystko opisze. (…)


CZERWIEC [Paryż]


["LISTY LITWOSA Z PARYŻA"]
I. SALON Z ROKU 1878

(…) Jest… jakiś urok w tej Francji, jest coś takiego w tej cywilizacji, co czyni ową cywilizację bliską serca każdego narodu, co czyni ją dobrym, cenionym i uroczym, a wspólnym dla wszystkich. Cóż to jest takiego? – oto inicjatywa w idei, w czynie, a przede wszystkim ogólnoludzka typowość każdego objawu społecznego. (…) Poeci Francji, uczeni i literaci nie są to gryziksiążki, gabinetowe móle, transcendentalni mędrcy, sami się tylko między sobą rozumiejący, ale agitatorowie, ale ludzie życia, walki
i czynu. Tym się tłumaczy i ogólnie ludzki charakter cywilizacji francuskiej. (…) Jak igła magnesowa ku gwiaździe polarnej,
tak zwracały się ku niej umysły dawnych pokoleń, zwracają się dzisiejszych i będą zwracać przyszłych, nie dlatego, aby ludzie mieli być owcami, ale dlatego, że taka jest natura rzeczy i że słusznie jest tak, jak jest. (…)

II. STO TYSIĘCY FRANKÓW NAGRODY!

(…) „Czyżby na koniec damy wielkiego świata postanowiły być skromniejsze od kobiet półświata?" Nikt nie chce w to uwierzyć, mężowie jednak oddychają lżej, bo oto w następnym pojeździe księżna Medina Sidonia ma znowu jakąś mantylę hiszpańską, widzianą już tam raz, gdzieś, kiedyś, na jakiejś uroczystości. Na szczęście piękna Judic zawstydza obie poprzedzające. Rozkoszne jej kształty, na wpół leżące w powozie, obciśnięte są w suknię robioną krojem z czasów Dyrektoriatu. Jest to po prostu futerał, który pokrywając uwydatnia, ale co za krój! co za materiał! co za koronki! Oczy kobiece lgną do tylu rozkoszy, męskie lgną także na swój sposób. Na głowie hurysy piętrzy się nie wieniec, nie bukiet, ale po prostu kosz róż. Konni cziczisbeje przy powozie, otaczający piękną panią, zdają się napawać wonią tylu róż, spod których padają na nich płomienne spojrzenia. (…)


LIPIEC [Paryż]


["KONGRES MIĘDZYNARODOWY LITERACKI W PARYŻU"]
(…) Nie masz dziś nic potężniejszego nad pióro. Pióro, które od niejakiego czasu stało się stalowym, podobne jest bardzo
do miecza. Oto, dlaczego czasem rani, a nawet zabija. Powinno więc służyć jako miecz do obrony sprawiedliwości, do niszczenia zła, i każdy pisarz powinien przyjąć jako własną ową starożytną dewizę wypisywaną na cienkich klingach toledańskich:
„Nie dobywaj mnie bez racji, nie chowaj bez czci.” (…)

SIERPIEŃ [Paryż]


["Z WYSTAWY ANTROPOLOGICZNEJ"]
I. (…) Anglicy mniej przysłali okazów etnograficznych, niżby może mogli, za to liczba czaszek w ich oddziale przewyższa wszystkie inne. (…) Między tymi czaszkami zwracają na siebie uwagę nieliczne, ale doskonałe okazy owych białych kruków antropologicznych, czaszek krzyżowych, których krzyż powstaje z przecięcia się niezarośniętego szwu czołowego, będącego przedłużeniem strzałkowego, z wieńcowym. Niektórzy uczeni chcieli w owym niezarośnięciu szwu czołowego widzieć najszlachetniejszą cechę, oznaczającą niezwykłą potęgę rozwoju mózgu, a chcieli przynajmniej dopóty, dopóki nie okazało się, że krzyżowość trafia się i u idiotów. (…)

II. (…) W antropologii za wskazówkę wyróżniającą służą także i wymiary głowy. (…) Włosi, najzdolniejszy zapewne naród
na świecie, należą przeważnie do szerokogłowych, co jest okolicznością nader szczęśliwą, inaczej bowiem Niemcy mogliby uznać stanowczo swój wskaźnik 75 za niedościgniony dla innych szczepów ideał i dowód wyjątkowego uzdolnienia. (…)

WRZESIEŃ – 20. [Grandcamp]


["ZNAD MORZA"] [utwór nieznany]

WRZESIEŃ – PAŹDZIERNIK [Paryż]


["PRZEZ STEPY. OPOWIADANIE KAPITANA R."]
Za czasu mego pobytu w Kalifornii wybrałem się pewnego razu z moim zacnym i dzielnym przyjacielem, kapitanem R.,
w odwiedziny do naszego rodaka J., mieszkającego w odludnych górach Santa Lucia. Ponieważ nie zastaliśmy go w domu, przesiedzieliśmy dni pięć w głuchym wąwozie, w towarzystwie starego sługi Indianina, który pod niebytność pana pilnował pszczół i kóz angorskich. Stosując się do miejscowych zwyczajów spędzałem znojne dnie letnie śpiąc przez większą część czasu, nocami zaś, zasiadłszy przy ognisku z suchego „czamizalu”, słuchałem opowiadań kapitana, jego nadzwyczajnych przygód
i wypadków, jakie tylko na pustyniach amerykańskich mogą mieć miejsce. (…)

I.

Przybywszy do Ameryki we wrześniu roku 1849 – mówił kapitan – znalazłem się w Nowym Orleanie… (…) …stamtąd zaś udałem się w górę Missisipi… (…) …rozpocząłem życie leśne. Mnie i moim towarzyszom upłynęło w ten sposób kilka lat wśród jezior luizjańskich, krokodylów, wężów i moskitów. Utrzymywaliśmy się z polowania i rybołówstwa… (…) Takie życie, pełne trudów
i niebezpieczeństw, krwawych zajść z piratami na Missisipi i z Indianami, których pełno jeszcze było w Luizjanie, w Arkanzasie
i Tenessee, zahartowało moje niezwyczajne z natury siły i zdrowie, a przy tym dało mi doświadczenie stepowe, tak że w tej wielkiej księdze umiałem czytać nie gorzej od każdego czerwonego wojownika. Dzięki temu doświadczeniu, gdy po odkryciu złota w Kalifornii wielkie partie emigrantów prawie codziennie opuszczały Boston, New York, Filadelfię i inne miasta wschodnie, jedna
z nich wezwała mnie na swego dowódcę, czyli, jak u nas mówią, kapitana. (…)

Trzeba… było iść z wozami, ludźmi i mułami przez kraje zupełnie dzikie, a zamieszkane przez groźne plemiona Indian: Kruków, Czarnonogich, Pawnisów, Siuksów i Arikarów, przed którymi ukryć się w większej liczbie ludzi było prawie niepodobieństwem… (…) Chciałem wyruszyć tak, abyśmy wielkie stepy leżące między Missisipi a Górami Skalistymi przebyli wiosną, wiedziałem bowiem, że latem, skutkiem upałów panujących na tych odkrytych przestrzeniach, mnóstwo ludzi zapada na różne choroby.
Z tego samego powodu postanowiłem nie prowadzić taboru południową drogą na St. Louis, ale na Iowę, Nebraskę i północne Kolorado. (…)

…z pierwszym tchnieniem wiosny ruszyliśmy w drogę. (…) Bywało więc tak, że w czasie pochodu i w godzinach nocnych postojów byłem zupełnym panem woli każdego z moich towarzyszów, ale w czasie dziennych wypoczynków po farmach i osadach, które spotykaliśmy z początku na drodze, kończyła się i moja rola rozkazodawcy. Wówczas każdy był sobie panem i nieraz musiałem zwalczać opór zuchwałych awanturników; ale gdy wobec licznych „ringów” okazało się po kilkakroć, że moja mazowiecka pięść silniejszą jest od amerykańskich, zaraz urosło moje znaczenie, i później nie miałem nigdy żadnych zajść osobistych. (…)
…wytrwania i zachęty dodawała mi pewna para niebieskich oczu, spoglądająca na mnie spod płóciennego dachu wozu
ze szczególnym zajęciem. Oczy te, patrzące spod czoła ocienionego bujnym złotym włosem, należały do młodej dziewczyny imieniem Lilian Morris, rodem z Massachusetts z Bostonu. Była to istota delikatna, wiotka, o rysach drobnych i twarzy smutnej, pomimo iż prawie dziecinnej. (…) Ze względu jednak na delikatne zdrowie Lilian umieściłem ją w najwygodniejszym
ze wszystkich wozie, prowadzonym przez wielce doświadczonego woźnicę Smitha, sam usłałem jej siedzenie, na którym w nocy mogła sypiać wygodnie, wreszcie oddałem na jej użytek ciepłą skórę bawolą, których kilka miałem w zapasie. (…)

…Lilian więc, po której także znać było staranniejsze wychowanie, widziała we mnie kogoś bliższego siebie, niż reszta otoczenia. (…) Uczułem się tedy mniej samotny i cała podróż nowych, nie znanych dotąd nabrała dla mnie powabów. (…) Wkrótce jednak spojrzenia, przelotna zamiana słów i tkliwe starania już mi nie mogły wystarczyć. Ta dziewczyna z jasnymi włosami i słodkim spojrzeniem ciągnęła mnie ku sobie z nieprzepartą jakąś siłą. (…) Postać jej stawała przy mnie w snach moich; po przebudzeniu pierwsza myśl leciała do niej jakby jaka jaskółka… (…) Mężczyźni otaczali ją również troskliwością i staraniami. Był w karawanie niejaki Henry Simpson… (…) Otóż trzeba było widzieć tego samego Henry, rozmawiającego z Lilian… (…) …ów brytan gotów jest słuchać każdego skinienia tej małej półdziecinnej rączki. Na popasach starał się też zawsze być przy Lilian, aby mu łatwiej było oddawać jej rozmaite drobne przysługi. Rozpalał ognisko, wybierał jej miejsce zabezpieczone od dymu, usławszy je pierwej mchem i własnymi derami, wybierał dla niej najlepsze kawałki zwierzyny; czynił zaś to wszystko z nieśmiałą jakąś troskliwością, której się po nim nie spodziewałem, a która budziła jednak we mnie pewną niechęć, bardzo do zazdrości podobną. (…)

W drodze wozy ciągnęły jeden za drugim, często bardzo od siebie daleko; za to, gdy weszliśmy już w kraje puste, na południowe odpoczynki stawiałem je wedle obyczaju stepowego w jednej poprzecznej linii, zwartej tak, iż między kołami zaledwie człowiek mógł się przecisnąć. (…) Często przeklinałem moje obowiązki kapitana, luboć z drugiej strony napełniała mnie dumą myśl,
że na całej tej pustyni bez końca pierwszym jestem wobec pustyni samej, wobec ludzi, wobec Lilian i że los tych wszystkich istot, błądzących z wozami po stepie, w moim jest ręku. (…)

II.

Pewnego razu po przejściu już Missisipi zatrzymaliśmy się na nocleg przy rzece Cedar… (…) …ludzie nasi korzystając widocznie
z pięknej pogody i cichego, ciepłego dnia rozeszli się na wszystkie strony z taboru w step. (…) Niebawem spotkałem miss Morris. (…) Począłem ją wypytywać o powody, dla których tak młoda i sama, postanowiła puścić się w tę drogę, wyczerpującą siły najtęższych mężczyzn.

- Nigdy bym się nie zgodził – mówiłem – przyjąć pani do karawany naszej, ale przez pierwsze dni sądziłem, że jesteś córką ciotki Attkins… (…)
- Sir! – odrzekła na to, podnosząc na mnie swoje błękitne smutne oczy – wiem o tym wszystkim, ale muszę jechać i prawie szczęśliwa jestem, że cofnąć się już niepodobna. Ojciec mój jest w Kalifornii i z listu, który mi przysłał naokół Cap Horn, dowiedziałam się, że już od kilku miesięcy leży chory na febrę w Sacramento. (…) Nie wiem, czy go jeszcze zastanę przy życiu,
ale czuję, że jadąc do niego spełniam tylko słodką powinność.
Nie było co odrzec na takie słowa… (…)
- Luba i mała istoto! – rzekłem, gdy skończyła opowiadanie – możesz być pewna, że nikt ci tu krzywdy nie uczyni i że ci opieki
nie zbraknie; co zaś do twego ojca, to Kalifornia jest najzdrowszy kraj w świecie i z febry tamtejszej nikt nie umiera. W każdym razie póki ja żyję, nie możesz zostać samą, a tymczasem niech Bóg błogosławi twojej słodkiej twarzy!
- Dziękuję, kapitanie! – odpowiedziała ze wzruszeniem, i szliśmy dalej – tylko że mi serce biło coraz mocniej. (…)

- Wszakże tu wszyscy dobrzy są dla pani, miss Morris? – pytałem znowu, nie przypuszczając ani na chwilę, że właśnie to pytanie stanie się powodem nieporozumienia.
- O! tak – odrzekła – wszyscy! i ciotka Attkins, i ciotka Grosvenor, i Henry Simpson – on także jest bardzo dobry. (…) On ma poczciwe serce i całe życie będę mu wdzięczną.
- Miss! – przerwałem wtedy, ukłuty do najwyższego stopnia – możesz mu nawet oddać rękę; dziwię się jednak, że mnie wybierasz na powiernika swych uczuć.
Gdym to rzekł, spojrzała na mnie ze zdziwieniem, ale nie odrzekła nic i szliśmy obok siebie w przykrym milczeniu. (…)
- Lilian! Lilian! nie zrozumiałaś mnie. Boga biorę na świadka, że nie żadna duma mówiła przeze mnie. (…)
Tak mówiąc podniosłem jej rękę i przycisnąłem ją do ust, a ten wysoki dowód czci i prawda, jaka brzmiała w mej prośbie, zdołały uspokoić cokolwiek dziewczynkę. (…) Chwilami miałem ochotę wziąć znowu rękę Lilian, przyłożyć ją do ust moich
i nie odejmować jej bardzo długo. Ale bałem się, że ją to obrazi. Ona tymczasem szła koło mnie spokojna, łagodna i zamyślona. (…)

Dzień ten, w którym doznałem tylu wzruszeń, miał się zakończyć jednak wesoło, albowiem ludzie, zadowoleni z pięknej pogody, postanowili wyprawić sobie „pic-nic”, czyli zabawę pod gołym niebem. (…) Tymczasem noc zapadła zupełna, księżyc wytoczył się na niebo i świecił tak mocno, że płomienie ognisk prawie bladły od jego blasku, a i ludzie i wozy byli oświetleni podwójnym, czerwonym i białym światłem. Była to śliczna noc. (…) …przy jednym ognisku dwóch Szkotów „highlanderów” poczęło grać
na kobzach swoją górską smutną piosenkę: „Bonia Dundee”. Stanęliśmy oboje opodal i słuchali przez jakiś czas w milczeniu, nagle ja spojrzałem na nią, ona spuściła oczy – i sam nie wiedząc dlaczego tę jej rękę, która wspierała się na moim ramieniu, przycisnąłem do piersi mocno i długo. W Lilian też biedne serduszko zaczęło kołatać tak silnie, żem je czuł jakby na dłoni; drżeliśmy oboje… (…) Odważyłem się przycisnąć do piersi rękę Lilian – milczeliśmy zaś oboje, bom o miłości mówić nie śmiał;
o czym innym nie chciałem i nie można było w takiej chwili. (…)

Wtem zawołano na mnie od wielkiego ogniska; wróciliśmy oboje – zabawa kończyła się; by zaś zakończyć ją godnie i przystojnie, emigranci przed pójściem na spoczynek postanowili śpiewać psalmy. Mężczyźni poodkrywali głowy, a chociaż byli między nami ludzie wiar rozmaitych, wszyscy uklękliśmy na murawie stepowej i zaśpiewali psalm: „Błądząc po puszczy”. (…) Po skończonej modlitwie ludzie rozeszli się do wozów, ja objechałem wedle zwyczaju straże, a potem również udałem się na spoczynek.
Ale gdy dziś muszki nocne zaczęły mi śpiewać do ucha, jako codziennie: Lilian! Lilian! wiedziałem już, że tam na wozie śpi źrenica oka mego i dusza mojej duszy – i że na wszystkich światach nie mam nikogo droższego nad tę jedną dziewczynę. (…)

III.

Świtaniem dnia następnego przeszliśmy szczęśliwie Cedar i wjechali na równy, przestronny step, ciągnący się między tą rzeką
a Winnebago… (…) Lilian od rana nie śmiała mi w oczy spojrzeć. Widziałem, że była zamyślona; zdawało się, że się czegoś wstydzi lub czymś martwi… (…) Dusza czysta ociąga się i boi na progu miłości, ale czując, że go przestąpi, słabnie. Lilian więc była jakoby snem zmorzona; mnie zaś, gdym wyrozumiał to wszystko, radość tamowała prawie dech w piersiach. (…) Łamałem sobie głowę, w jaki sposób można by choć na chwilę być z Lilian sam na sam, i nie umiałem nic znaleźć. Na szczęście przyszła mi
w pomoc ciotka Attkins oświadczając, że maleńka potrzebuje więcej ruchu i że siedzenie w zadusznym wozie szkodzi jej zdrowiu. Wpadłem na myśl, że powinna jeździć konno i kazałem Simpsonowi osiodłać dla niej konia… (…)

Jakoż tak się stało i pierwszego zaraz dnia czułem się prawdziwie i niewypowiedzianie szczęśliwy, widząc słodką moją amazonkę, nadbiegającą lekkim galopem od strony taboru. (…) Zbliżywszy się cała była jakby róża… (…) Mnie zaś serce biło jakby żakowi,
i gdy konie nasze zrównały się, zły byłem na siebie, bo nie wiedziałem, co mówić. (…) Szczęście jakieś nieznane
i niewypowiedziane, większe i mocniejsze od wszystkich rozkoszy, jakich doznałem w życiu, rozeszło się po kościach moich. Potem tę małą dłoń przycisnąłem do serca i począłem mówić do Lilian, że gdyby mi Bóg darował właśnie wszystkie królestwa
na ziemi i wszystkie skarby na świecie, to już bym nie oddał za nic jednego zwitka jej włosów, bo mnie zabrała z duszą i ciałem
na zawsze. (…) Odtąd, o ile moje zajęcia dowódcy pozwalały, byliśmy ciągle ze sobą. A zajęcia te zmniejszały się aż do Missouri codziennie. (…)

Przekonywałem się codziennie, że śmiały pomysł mój prowadzenia karawany nie zwykłą drogą na St. Louis i Kanzas, ale na Iowę
i Nebraskę, był doskonały. (…)

W karawanie poczęli się ludzie z wolna na tym spostrzegać; ale nikt mi nie brał za złe, oboje bowiem z Lilian posiadaliśmy bowiem wielką życzliwość tych ludzi. Raz stary Smith, przejeżdżając koło nas zawołał: „God bless you captain and you Lilian!” (Boże błogosław cię, kapitanie, i ciebie, Lilian) – a to połączenie naszych imion uszczęśliwiło nas na dzień cały. (…) Henry Simpson tylko poglądał na nas jakoś ponuro, może tam i knował co w duszy, alem nie zważał na to. (…)

Rankiem codziennie o czwartej byłem już, jak zwykle, na czele taboru… (…) …około szóstej rano, usłyszę nagle za sobą łopot koński i patrzę: zbliża się źrenica mojej duszy, moja dziewczynka ukochana, a powiew ranny niesie za nią włosy, które to niby rozwiązały się od ruchu, ale które umyślnie były źle wiązane, bo mała psotnica wiedziała, że ślicznie jej tak, że tak ją lubię,
i że gdy wiatr rzuci na mnie warkoczem, to go do ust przyciskam. Jam udawał, że się na tym nie poznaję i w tym słodkim oczekiwaniu zaczynał się nam ranek. Wyuczyłem ją po polsku wyrazu: dzień dobry – i gdym ją słyszał wymawiającą w miłym duszy dźwięku to słowo, wydawała mi się jeszcze droższą, a wspomnienia kraju, rodziny i lat ubiegłych, i tego co było, i tego
co przeszło, przelatywały właśnie jakoby mewy ocean pustynię – i nieraz chciało mi się ryknąć, ale żem się wstydził, więc tylko powiekami trzymałem łzy, co miały się wylać. Ona zaś widząc, że mimo łez całe się serce we mnie rozpływa, powtarzała jakoby szpaczek wyuczony: „dzień dobry! dzień dobry! dzień dobry!” (…) Nieraz, gdyśmy jechali koło siebie spokojnie, nagle zwracałem się ku niej, mówiąc, że mam jej coś ważnego i nowego powiedzieć, a gdy nadstawiała ciekawie uszko, szeptałem w nie: „kocham!”
Więc potem ona również odszeptywała mi do ucha z uśmiechem i rumieńcem: „also!”, co znaczyło: także – i takieśmy sobie tajemnice powierzali na pustyni, gdzie nas tylko chyba wiatr mógł słyszeć! (…)

Za Winnebago wpłynęliśmy na step równy jak stół, przestronny, bujny, dziewiczy. (…) Była to wiosna – kwiecień zaledwie chylił się ku końcowi – a więc pora najbujniejszego rozrostu traw i ziół wszelakich. Co miało kwitnąć na pustyni, już zakwitnęło. Wieczorem takie upajające wonie biły od stepu, jakby z tysiąców kadzielnic; w dzień, gdy wiatr powiał i rozkołysał równię kwiecistą, to oczy aż bolały od migotania czerwieni, błękitów, żółtości i innych barw wszelakich. (…) Uczyłem wtedy Lilian czytać w tej Bożej książce, mówiąc:
- Żyć ci przyjdzie, ukochana, wśród lasów i stepów, poznaj je więc dość wcześnie. (…) Gdym pierwszy raz pokazał Lilian takie drzewa i te zwieszone kaskady kwiatów, stanęła jak wryta, powtarzając ze złożonymi rękoma:
- O Ralf! czy to prawda?

Mówiła, że się trochę boi wejść w głębinę; pewnego jednak południa, gdy upał był wielki, a nad stepem przelatywał jakoby oddech gorący teksańskiego powiewu, weszliśmy oboje z Katty trzecią. Zatrzymawszy się nad jeziorkiem, które odbiło nasze dwa konie i nasze dwie postacie, chwilę staliśmy milcząc. (…)
Katty zaczęła drżeć i cisnąć się do koni, my zaś z Lilian spojrzeliśmy nagle po sobie i pierwszy raz wtedy usta nasze spotkały się, a spotkawszy rozłączyć nie mogły. Ona piła moją duszę, a ja jej duszę piłem, i oddechu poczynało nam już brakować, a jeszcze usta były na ustach; wreszcie źrenice jej mgłą poczęły zachodzić, a ręce, które miała na moich ramionach, drżały jak we febrze,
i takie jakieś ogarnęło ją zapomnienie o istności własnej, że w końcu osłabła i głowę położyła mi na piersiach. (…) Ocknąwszy się
z zachwytu, wydostaliśmy się znowu spod zielonej gęstwiny na step otwarty, na którym ogarnęło nas jasne światło i ciepły powiew, a przed nami roztoczył się zwykły, szeroki i wesoły widok. (…) Zdawało mi się, żeśmy wyszli z ciemnego pokoju na świat biały – i to samo musiało zdawać się Lilian; tylko że mnie weseliła jasność dzienna, ją zaś ten nadmiar złotego światła i pamięć uniesień naszych pocałunków, których ślady były jeszcze widne na jej twarzyczce, przejmowały jakby trwogą i smutkiem… (…)

IV.

Na koniec przybyliśmy do Missouri. (…) Jakoż wiedziałem, że, zanim doszliśmy do rzeki, zwiady indyjskie od dwóch dni szły
za nami; przedsięwziąłem więc wszelkie środki ostrożności i tabor prowadziłem trybem zupełnie wojennym. (…) Przy takim urządzeniu wszystko odbywało się w największym porządku, a napad stał się niemożliwym, albowiem napadający musieliby zdobyć pierwej jedno lub drugie okopisko, zanim mogliby się rzucić na przebywających rzekę. (…) Przy tym miałem jeszcze
i tę korzyść, że ludzie… widząc pewność i łatwość, z jaką wywiązuję się z zadania, nabrali ślepej ufności i poczęli uważać mnie jakby za jakiego panującego ducha tych pustyń. Pochwały te i uniesienia dochodziły codziennie do Lilian, w której rozkochanych oczach wyrosłem na bohatera z legendy. (…) Przez cały czas jednak przeprawy nie mogłem prawie chwili jej poświęcić i tylko przelotnie oczami mówiłem jej wszystko, czego nie mogły wypowiedzieć usta; cały dzień byłem na koniu, to na jednym brzegu, to na drugim, to w wodzie. (…)

Tegoż dnia jednak padły pierwsze strzały, ludzie moi bowiem zabili, a następnie wedle ohydnego zwyczaju pustyń oskalpowali trzech Indian, którzy usiłowali się wsunąć między postój mułów. Wskutek tego wypadku nazajutrz wieczorem przybyło
w poselstwie sześciu starszych wojowników z pokolenia Krwawych Śladów, należącego do szczepu Pawnee. Zasiadłszy z groźną powagą przy naszych ogniskach, poczęli domagać się w nagrodę mułów i koni zapowiadając, że w razie odmowy pięciuset wojowników uderzy na nas niezwłocznie. (…) …odmówiłem stanowczo ich żądaniom, a przechodząc z odpornej w zaczepną niejako rolę, oświadczyłem, że jeśli choć jeden muł zginie z taboru, sam ich poszukam i kości ich pięciuset wojowników porozrzucam po całym stepie. Odeszli tłumiąc z wysileniem wściekłość, ale odchodząc przerzucili swoje toporki nad głowami
na znak wojny. Jednakże słowa, które wyrzekłem, utkwiły w ich pamięci; gdy zaś w chwili ich odejścia dwustu moich ludzi, umyślnie przygotowanych, podniosło się nagle w groźnej postawie i uczyniwszy chrzęst bronią, wydało okrzyk wojenny, gotowość ta głębokie na umyśle dzikich wojowników uczyniła wrażenie.

W kilka godzin później Henry Simpson, który z własnej ochoty poszedł był na przeszpiegi za poselstwem, wrócił cały zziajany,
z wieścią, że znaczny oddział indyjski zbliża się ku nam. (…) Jakoż wkrótce usłyszeliśmy wycia czerwonoskórych; jednakże zatrzymali się na odległość kilkunastu strzałów, jakby szukając chwili sposobnej. Całą noc w naszym obozie płonęły ogromne ogniska, sycone drzewem bawełnianym i pękami misurskiej łoziny, mężczyźni trzymali straż koło wozów; kobiety ze strachu śpiewały psalmy… (…)

Objeżdżając nad ranem już placówki, znalazłem znowu sposobność zbliżyć się na chwilę do Lilian. (…) W niej była moja radość,
w niej moje wesele, poza nią tylko włóczęga, tułactwo i przygody bez końca. (…) Tak rozmyślając przykryłem nogi śpiącej moim płaszczem, aby jej nie dokuczał chłód nocny, i wróciłem na kraniec majdanu, bo od rzeki poczynała się podnosić mgła tak gęsta, że Indianie istotnie mogli z niej skorzystać i popróbować szczęścia. (…)

Rozmyślałem, czyby nie lepiej było zamiast stać na miejscu i czekać, co się Indianom podoba zrobić – uderzyć na nich i rozegnać na cztery wiatry. (…) Zostawiwszy więc stu trzydziestu ludzi pod wodzą doświadczonego wilka stepowego Smitha w okopisku, kazałem stu innym siąść na koń i ruszyliśmy naprzód trochę po omacku… (…) Na odległość dwóch strzałów rzuciliśmy się
z okrzykiem w galop i wśród strzałów karabinowych wpadliśmy jak burza na okopisko dzikich. (…) …byliśmy już na karku Indian, którzy spodziewali się może wszystkiego ale nie napadu, albowiem pierwszy to był zapewne wypadek, aby podróżni sami szukali oblegających. (…)

Zabraliśmy kilkadziesiąt koni, ale tak dzikich i złośliwych, że nie było z nich pożytku. Jeńców, bez wyjątku rannych, znalazło się kilkunastu. Kazałem ich opatrzeć najtroskliwiej, a następnie na prośbę Lilian, obdarowawszy ich derkami, bronią i końmi, potrzebnymi dla ciężej rannych, puściłem na wolność. (…) Sądzili, że puszczamy ich tylko dlatego, aby następnie wyprawić
na nich obyczajem indyjskim polowanie; widząc jednak, że naprawdę nic im nie grozi, odeszli sławiąc męstwo nasze i dobroć Bladego Kwiatu, którą to nazwą ochrzcili Lilian.

Dzień ten zakończył się jednak smutnym wypadkiem, który rzucił cień na naszą radość z tak znacznego zwycięstwa i jego przewidywanych skutków. Między mymi ludźmi nie było zabitych, kilkunastu jednak odniosło mniej więcej znaczne rany; najciężej zaś uszkodzony był Henry Simpson, którego zapalczywość nazbyt unosiła w walce. Wieczorem stan jego pogorszył się do tego stopnia, że zaczął konać… (…) Wiedziałem również, że unosił ze sobą do grobu głębokie choć niewyznane uczucia
do Lilian i że prawdopodobnie umyślnie poszukał śmierci. Umarł o północy tegoż dnia, pochowaliśmy go zaś pod olbrzymim drzewem bawełnianym, na którego korze wyciąłem nożem krzyż. (…)

V.

Na drugi dzień ruszyliśmy dalej i przed nami był step jeszcze obszerniejszy, równiejszy, dzikszy, krainy stopą białych zaledwie wówczas dotkniętej, słowem: byliśmy w Nebrasce. (…) Zdążaliśmy więc z wielkim wysileniem ku Big Blue River… (…) Indianie
nie pokazywali się zrazu i dopiero w kilka dni później ujrzeliśmy trzech dzikich jeźdźców strojnych w pióra, którzy jednak natychmiast znikli nam, jakby widziadło, z oczu. Przekonałem się później, że krwawa nauka, jaką dałem im nad brzegiem Missouri, uczyniła szybko imię: „Big-ara” (tak bowiem przerobili Big Ralf) strasznym między licznymi pokoleniami rabusiów stepowych, łaskawość zaś okazana jeńcom ujęła te ludy dzikie i złośliwe, ale nie pozbawione uczuć rycerskich.

Przybywszy do Big Blue River, postanowiłem zatrzymać się przy jej lesistych brzegach przez dni dziesięć. (…) …muły nasze
i konie pomimo obfitości paszy były zdrożone i wychudłe, koniecznym było zatem wzmocnić dłuższym odpoczynkiem ich siły.
Tym celem usadowiliśmy się w trójkącie utworzonym przez rzekę Big Blue i Beaver Creek, czyli Strumień Bobrowy. (…) Były też to najpiękniejsze dni naszej podróży. Pogoda utrzymywała się cudna, a noce zrobiły się tak ciepłe, że można było spać
pod gołym niebem. (…)

Od rana do wieczora nie rozłączaliśmy się z Lilian ani na chwilę, a ten początek już nie przelotnych widzeń, ale jakby pożycia, przekonywał mnie coraz bardziej, jak na zawsze pokochałem tę łagodną i dobrą istotę. Poznałem ją teraz bliżej i głębiej. (…)
Na każde moje słowo wrażliwa, umiała wszystko odczuć i każdą myśl tak w sobie odbić, jako woda głęboka a przejrzysta odbija,
co nad jej brzegiem przemknie. (…) Ona była po prostu moja jedyna, moja najmilsza w świecie, tak skromna, że ją musiałem przekonywać, że kochać to nie grzech, i ciągle łamałem sobie głowę jak ją przekonać. (…)

Raz świtaniem poszliśmy na przechadzkę w górę Beaver Creek… Idąc ostrożnie brzegiem wśród zarośli wkrótce znaleźliśmy się
u celu. (…) Tama bobrowa nieco wyżej na strumieniu, tamując bieg jego, utrzymywała w jednej zawsze wysokości wodę
w jeziorku, nad którego jasną powierzchnią wystawały okrągłe na kształt kopułek domki tych przemyślnych zwierzątek. (…) Bobry jeszcze nie były przy pracy; wodne miasteczko spało widocznie spokojnie i taka cisza panowała na jeziorku, żem słyszał oddech Lilian, której złota główka, wsunięta wraz z moją w otwór między gałęziami, opierała mi się o skroń. …czekaliśmy cierpliwie, napawając się tym co ogarniały oczy nasze. Przywykły do życia w pustyniach, kochałem przyrodzenie jakby matkę własną i choć po prostu, ale czułem, co tam już było jakoby bożym uradowaniem się ze świata. Ranek był wczesny… (…)
„Ach, Ralf! jak tu dobrze!” szeptała mi Lilian… (…) …nam się teraz zdawało, że my do tego wesela przyrody przynieśli nasze wesele, do tego spokoju nasz spokój i do tego świtu ten świt szczęśliwości, który był w naszych duszach.

Tymczasem gładka toń porysowała się w koła… (…)
…w mgnieniu oka pół czeredy znalazło się na tamie, drugie pół popłynęło ku brzegom i znikło pod frędzlami wierzb, pod którymi woda zaczęła się burzyć, a odgłos jakoby piłowanego drzewa donosił, że zwierzątka pracują tam tnąc, gałęzie i korę. Długo bardzo patrzyliśmy z Lilian na te obroty i na uciechy zwierzęcego życia… (…)

…postanowiliśmy obejść naokoło zatokę. Po drodze spotkaliśmy inny mały strumień, przecinający las i wpadający właśnie
do zatoki ze strony przeciwnej. Lilian nie mogła go przejść, musiałem ją więc przenieść i mimo oporu wziąwszy ją jak dziecko
na ręce wszedłem w wodę. Ale strumień ten, to był strumień pokus. Bojaźń, abym nie upadł, sprawiła, że Lilian objąwszy mnie obiema rękoma za szyję przytuliła się do mnie ze wszystkich sił i tylko twarz zawstydzoną kryła za moim ramieniem, a ja zaraz zacząłem usta przyciskać do jej skroni, szepcząc: Lilian! moja Lilian! I tak ją niosłem przez strumień. (…) Tymczasem poczęło ją ogarniać zmęczenie, bo oddech jej stawał się coraz krótszy i głośniejszy, a na twarz zwykle bladą wybiły ogniste rumieńce. Pytałem jej się, czy nie zmęczona i czy nie zechce odpocząć? „O nie! nie!” odrzekła szybko, jakoby broniąc się od tej myśli nawet, ale po kilkunastu krokach zachwiała się nagle, szepcząc:
- Nie mogę! naprawdę nie mogę dalej!
Wtedy wziąłem ją znów na ręce i zszedłem z tym drogim ciężarem do samego brzegu, gdzie gałęzie wierzbowe zwieszone
aż do ziemi tworzyły jak gdyby cieniste korytarze. (…)

Twarz jej pobladła jak płótno, a rozszerzone oczy patrzyły na mnie z przestrachem.
- Lilian! co ci jest, droga! – wołałem – to ja przy tobie!
Tak mówiąc, do nóg się jej pochyliłem i okrywałem je pocałunkami.
- Lilian! – mówiłem dalej – moja jedyna, moja wybrana, moja żono!
Gdym wymówił to ostatnie słowo, dreszcz przebiegł jej od stóp do głowy i nagle ręce, jakby w gorączce, z jakąś niezwykłą siłą zarzuciła mi na szyję, powtarzając:
- My dear! my dear! my husband! – a potem wszystko znikło mi z oczu, i zdawało mi się, że cała kula ziemska leci gdzieś z nami… Dziś już nie wiem, jak to być mogło, że gdym się zbudził z tego upojenia i oprzytomniał, między czarnymi gałęziami hicorów świeciła znowu zorza, ale już wieczorna. (…)

Gdym jej podał rękę, głowę spokojnie schyliła na moje ramię i, nie odwracając oczu od nieba, rzekła do mnie:
- Ralfie! powtórz mi, że jestem żoną twoją i powtarzaj mi to często.
Więc, że nie było ani w pustyniach, ani tam, dokąd dążyliśmy, żadnych innych ślubów prócz ślubów serc – więc klęknąłem w tym lesie, a gdy ona uklękła przy mnie, rzekłem:
- Wobec nieba, ziemi i Boga! oświadczam ci, Lilian Morris, że cię biorę jako małżonkę – amen!
Na to ona odrzekła:
- Teraz ja twoja na zawsze i do śmierci, twoja żona, Ralfie!
Od tej chwili byliśmy zaślubieni, odtąd to nie była moja kochanka, ale prawowita żona. (…)

Ręka w rękę, z podniesionymi głowami i śmiałym okiem wróciliśmy do taboru, gdzie ludzie niepokoili się już bardzo o nas. (…)
-Gentlemanowie! bądźcie świadkami, że wobec was nazywam tę kobietę, która przy mnie stoi, żoną moją, i tak też świadczcie przed sądem, przed prawem i przed każdym, kto by o to czy na Wschodzie, czy na Zachodzie was pytał.
- All rihgt! and hurra for you both! – odpowiedzieli górnicy; potem stary Smith spytał wedle obyczaju Lilian, czy się zgadza wziąć mnie za męża, a gdy odrzekła „tak”, byliśmy już i wobec ludzi prawnie poślubieni. (…) Rozniecono ogniska; Szkoci wydobyli
z wozów swoje kobzy, których głos lubiliśmy oboje, bo był dla nas miłym wspomnieniem, Amerykanie swoje ulubione klekotki
z żeber i wśród pieśni, okrzyków i strzelaniny upłynął nam wieczór weselny. (…)

Gdyśmy zbliżyli się do mego wozu, ledwom go poznał, tak był ustrojony zielenią i kwiatami. Tu mężczyźni podnieśli wysoko płonące pęki, a Smith spytał głośniej i poważniej:
- Is this your home?
- That's it! That's it! - odpowiedziała Lilian. Naówczas wszyscy poodkrywali głowy i cisza zrobiła się taka, że słyszałem huczenie ognia i szelest rozpalonych prętów spadających na ziemię, a stary białowłosy górnik, wyciągnąwszy nad nami swe żylaste ręce, rzekł:
- Niech was Bóg błogosławi oboje i wasz dom, amen!
Trzykrotne: hurra! odpowiedziało na to błogosławieństwo, po czym rozeszli się wszyscy, zostawiając mnie z moją ukochaną sam na sam. (…)

VI.

Nazajutrz rano zostawiłem żonę śpiącą jeszcze, a sam poszedłem szukać dla niej kwiatów. (…) Toż ja od dawna tak ją już kochałem, żem cały świat widział tylko przez Lilian i wszystkom do niej ściągał, i o tyle, o ile jej tyczyło, rozumiał. (…) Ot, wybiorę jaki kanion, gdzie wiosna wieczna, nawalę pni na chałupę i będę żył z nią, a przecie pług i strzelba życie nam da i z głodu mrzeć nie będziem. Tak myślałem szukając kwiatów, a gdym ich nazbierał dosyć, wróciłem do taboru. (…) Tymczasem „malutka”
nie spała już… Ujrzawszy mnie przybiegła pędem, cała różowa i świeża jak ten poranek, a gdym otworzył ramiona, wpadła
w nie zadyszana i podsuwając mi swoje usteczka zaczęła wołać:
- Dzień dobry! dzień dobry! – potem wspięła się na palce i, patrząc mi w oczy, pytała ze śmiechem figlarnym:
- Am I your wife? – Czy jestem twoją żoną?
Cóż tu było odpowiedzieć, chyba całować bez końca i pieścić. (…)

Odwiedziliśmy więc jeszcze raz nasze boby i strumień, przez który teraz przeniosłem ją bez oporu. (…) Dopiero na dwa dni
przed wyruszeniem ustały te wycieczki, bo raz, że Indianie pokazali się w okolicy, a po wtóre, moja droga pani zaczęła mi czegoś słabować. Pobladła i straciła siły, a gdym ją wypytywał, co to jest, odpowiadała mi tylko uśmiechem i zapewnieniem, że nic. Czuwałem nad jej snem, otulałem, jakem umiał, i prawie żem wiatrowi nie dawał wiać nad nią, ażem z troski sam pomizerniał. (…)

…chwilami zaczęły przychodzić Lilian smutne myśli. Wbiła sobie w główkę, że może to nie wolno tak bardzo się kochać, jak my się kochamy, i raz, położywszy swój biedny paluszek na Biblię, którą czytywała codziennie, rzekła smutno:
- Czytaj, Ralf!
Spojrzałem i mnie również dziwne jakieś uczucie ścisnęło za serce, gdym wyczytał: „Who changed the truth of God into a lie,
and worshipped and served the creature more than the Creator, who is blessed for ever? ”
(Kto zmienił prawdę Boga
na kłamstwo i uczcił i służył stworzeniu więcej niż Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki?).
Ona zaś rzekła, gdym skończył:
- Ale jeśli Bóg gniewa się za to, to wiem, że będzie tak dobry i mnie tylko ukarze.
Uspokoiłem ją powiedziawszy, że kochanie – to jest po prostu anioł, który z dwóch dusz ludzkich leci aż do Boga i chwałę mu
z ziemi przynosi. (…) Gdy wreszcie nadeszła chwila odjazdu, z żalem i łzami żegnaliśmy te widły rzeczne, które tyle naszego szczęścia widziały. (…)

Pierwsze dni podróży nie szły jednak zbyt pomyślnie. (…) Służba nocna stała się ciężka i nużąca: żadna noc nie obchodziła się
bez alarmów, zaś czwartego dnia po wyruszeniu z wideł rozbiłem znowu znaczny oddział czerwonoskórych rabusiów w chwili,
gdy chcieli uczynić „stampead”, to jest napad na nasze muły. (…) Na dobitkę złego step zaroił się teraz wszelkim drapieżnym zwierzem, albowiem za bawołami ciągnęły prócz Indian straszne szare niedźwiedzie, kuguary, wielkie wilki z Kanzas i Indyjskiego Terytorium. (…) Wielki też ciężar spadł mi z serca, gdym po trzech tygodniach takich przepraw ujrzał na koniec białawe, jakoby kredą zamulone wody rzeki, którą teraz nazywają Republican River, a która wtedy nie miała jeszcze angielskiego nazwiska. (…)

Byliśmy już i tak na znacznej wysokości nad poziomem morza, co można było poznać z chłodów nocnych.
Ta nierówność temperatury dziennej i nocnej dokuczała nam bardzo. Kilku ludzi, a między innymi i stary Smith – zapadło na febrę i musiało iść na wozy. (…) …żona moja pielęgnowała ich z poświęceniem, wrodzonym anielskim tylko sercom. Ale też mizerniała
i sama. Nieraz, gdym się rankiem obudził, pierwsze moje spojrzenie padało na tę śliczną twarzyczkę uśpioną przy mnie i serce biło mi niespokojnie na widok bladości, która ją okrywała, i sinych podkówek tworzących się pod oczami. (…) Wtedy czułem,
że oddałbym pół mego dębowego zdrowia, byleśmy byli już w Kalifornii. Ale to jeszcze było daleko! daleko! Po dwóch dniach ruszyliśmy dalej i wkrótce zostawiwszy na południe Republican River zdążaliśmy wzdłuż wideł Białego Człowieka
ku południowym widłom Platy, leżącym w znacznej części już w Kolorado. (…)

Powietrze było zimne, czyste, zdrowe. Po tygodniu febry ustały. (…) Na koniec pewnego popołudnia ujrzeliśmy przed sobą jakby jakieś majaki, jakby jakieś czubiaste chmury, na wpół roztopione w dalekości, mgliste, sine, błękitne – białe i złote na czubach,
a ogromne – od ziemi do nieba. Na ten widok krzyk powstał w całym taborze; ludzie powdrapywali się na dachy wozów,
aby widzieć lepiej, zewsząd zaś brzmiały okrzyki: „Rocky Mountains! Rocky Mountains!” Kapelusze powiewały w powietrzu,
a na twarzach malowało się uniesienie. (…)

Słońce właśnie zachodziło i wkrótce mrok pokrył cała krainę, tylko te olbrzymy w ostatnich promieniach wydawały się jakby niezmierne jakieś stosy rozpalonego węgla i lawy. (…) Byliśmy jednak jeszcze przynajmniej o sto pięćdziesiąt mil angielskich
od głównego łańcucha… (…) Pogrążaliśmy się coraz bardziej w kraj kamieni, złomów, rumowisk, urwisk i skał, narzuconych jedne na drugie z dzikim jakimś bezładem. (…) Od czasu do czasu spotykaliśmy Indian, ale i ci odmienni byli od stepowych, bardziej rozproszeni i daleko dziksi. (…) …droga stawała się tak trudną, że przy największych wysileniach czyniliśmy ledwie do piętnastu mil dziennie. Przy tym zaczęły nam padać konie, jako mniej od mułów wytrzymałe i więcej w paszy wybredne; ludzie także opadali z sił, dniami całymi bowiem musieli ciągnąć wozy na sznurach na współkę z mułami lub podtrzymywać je w miejscach niebezpiecznych. (…) Byliśmy wtedy w najgorszej części drogi, około małej rzeki zwanej przez Indian Kiowa. (…)

Były to prawdziwie „złe ziemie” Kolorado, odpowiednie tym, które ciągną się na północ Nebraski. Z największym wysileniem wydobyliśmy się z nich zaledwie w ciągu tygodnia. (…)

VII.

Zatrzymaliśmy się dopiero u podnóża Gór Skalistych. (…) Ogrom ich i milczący majestat przygniatał mnie do ziemi,
więc korzyłem się przed Panem, prosząc go, aby mi pozwolił przeprowadzić przez te niezmierne mury moje wozy, moich ludzi
i moją żonę ukochaną. (…) Najgorzej gryzło mnie to, że w tych chwilach tak ciężkich i trudnych, w których żona potrzebowała więcej niż kiedykolwiek mojej obecności i podparcia, nie mogłem być przy niej, bo prawie musiałem się dwoić i troić, aby dawać przykład, krzepić odwagę i ufność. (…) …gdym strudzony i zbity przychodził wreszcie do mego wozu, znajdowałem tam wszystko, com miał na świecie najdroższego, serce wierne i ukochaną rękę, która ocierała moje uznojone czoło. (…)

Po trzech tygodniach drogi dostaliśmy się wreszcie do obszerniejszego kanionu, który tworzy rzeka Biała. U wejścia do niego Indianie z pokolenia Uintah przygotowali nam zasadzkę, która zmieszała nas cokolwiek; ale gdy ich czerwonawe strzały poczęły dosięgać aż na dach wozu mojej żony, uderzyłem na nich wraz z ludźmi z taką natarczywością, że natychmiast poszli w rozsypkę. (…) …drugiego dnia zjeżdżając z wyniosłej płaszczyzny ujrzeliśmy na dnie obszernej doliny leżącej u stóp naszych nie tylko wozy, ale i domy, pobudowane z okrąglaków, świeżo wyszłych spod siekiery. (…)

Tymczasem z doliny spostrzeżono nas i dwóch jeźdźców puściło się, co koń wyskoczy, ku nam. (…) Jakoż okazało się, że to byli strzelcy kompanii amerykańskiej, handlujący futrami, którzy w tym miejscu mieli swój obóz letni, czyli tak zwany „summer-camp”. (…) …czekało nas najgościnniejsze przyjęcie i wszelka pomoc ze strony tych surowych, ale poczciwych strzelców pustyni. Jakoż przyjęli nas z otwartymi rękoma; my zaś dziękowaliśmy Bogu, że wejrzawszy na nędzę naszą zgotował nam odpoczynek tak słodki. (…)

Mister Thorston, naczelnik obozu, człowiek z wychowaniem i światły, poznawszy, iż i ja nie jestem zwykłym gburem stepowym, poprzyjaźnił się ze mną od razu i ofiarował swój domek na mieszkanie mnie i Lilian, której zdrowie cierpiało coraz mocniej. Dwa dni przetrzymałem ją w łóżku. Tak już była utrudzona, że przez pierwszych dwadzieścia cztery godzin nie otworzyła prawie oczu; ja przez ten czas czuwałem, aby nic nie mieszało jej spoczynku, przesiadując przy jej łóżku i wpatrując się w nią całymi godzinami. (…) Ludzie też moi przez pierwsze dni kilka spali jak kamienie, gdzie który upadł, po czym dopiero wzięliśmy się
do naprawy wozów, odzienia i do prania bielizny. Poczciwi strzelcy pomagali nam we wszystkim szczerze. (…) Byli to przy tym ludzie niezmiernie poczciwi, dlatego czas upływał nam wśród nich doskonale; nasz tabor podobał im się również bardzo i mówili,
że nigdy jeszcze nie spotkali tak karnej i porządnej karawany. (…)

Wyruszyliśmy wreszcie w dalszą drogę pod dobrą wróżbą, opatrzeni w dokładne wskazówki, jakich kanionów trzymać się
w pochodzie, i w zapasy solonej zwierzyny. Nie dosyć na tym. Zacny Thorston pozabierał co gorsze nasze muły, a dał nam natomiast swoje silne i od dawna wypoczęte. (…) Odjeżdżając długo powiewaliśmy kapeluszami na „remember” poczciwym Kanadyjczykom. Co do mnie, dzień ten odjazdu na wieki został wyryty w mym sercu, tego bowiem jeszcze południa ukochana gwiazdka mojego życia, objąwszy mnie obu rękami za szyję, poczęła, cała czerwona ze wstydu i wzruszenia, szeptać mi do ucha coś takiego, co gdym usłyszał, schyliłem się do jej nóg i płacząc z wielkiego wzruszenia całowałem kolana tej już nie tylko żony mojej, ale i przyszłej matki mego dziecięcia. (…)

VIII.

We dwa tygodnie po opuszczeniu letniego obozu wjechaliśmy w granice Utahu, a podróż, lubo po staremu nie bez trudów, jednakże z początku szła raźniej. Mieliśmy jeszcze do przebycia zachodnią część Gór Skalistych, tworzących cały splot rozgałęzień pod nazwą Wahsatch Mountains. (…) …dotarliśmy po niejakim czasie aż do jeziora Utah, od którego zaczynają się słone ziemie. (…) Jest w tych pustyniach i skałach jakaś surowość, nagość i martwota, tak że na widok ich przychodzą na myśl pustynie biblijne. Jeziora tu słone o brzegach jałowych i bezpłodnych. (…) Jakieś pognębienie i obojętność na wszystko opanowała z wolna ludzi. Minęliśmy Utah: ciągle te umarłe ziemie! wjechaliśmy do Newady: to samo! Słońce piekło tak, że głowa pękała z bólu; promienie, odbite od pokrytej solą powierzchni, raziły oczy; w powietrzu unosił się pył jakiś, nie wiadomo skąd się biorący, który rozpalał powieki. (…) W Nevadzie pustynia stała się jeszcze głuchszą, a stan nasz gorszy, bo rzuciły się na nas choroby.

Pewnego ranka ludzie przyszli mi powiedzieć, że Smith chory. Poszedłem zobaczyć, co mu jest, i z przerażeniem przekonałem się, że to tyfus powalił starego górnika. (…) Lilian, którą Smith kochał jak dziecko własne i w dzień ślubu błogosławił, uparła się go pilnować. Ja, słaby człowiek, drżałem o nią duszą całą, alem jej przecie nie mógł zabronić być chrześcijanką. (…) Drugiego dnia jednak stary stracił przytomność, a ósmego od dnia choroby umarł na rękach Lilian. (…) Myśleliśmy, że po tak bolesnej ofierze Bóg zmiłuje się nad nami, ale to był dopiero początek krzyżów, albowiem tego samego dnia zapadł inny górnik, a potem co dnia prawie kładł się ktoś na wozie i opuszczał go dopiero znoszony na naszych rękach do grobu. (…) Dusza zamierała wówczas
we mnie każdej chwili i nieraz, gdy Lilian była przy chorych, a ja gdzieś tam na straży na przodzie taboru, sam wśród ciemności, to rękoma ściskałem skronie i w modlitwie do Boga kładłem się jak pies pokorny, skowycząc o miłosierdzie dla niej i nie śmiejąc wymówić: „bądź Twoja, a nie moja wola”. (…) Dotąd jednak Lilian wytrzymywała wszystkie trudy i wysilenia. Najsilniejsi ludzie padali, a ją widziałem zawsze, wychudłą wprawdzie, bladą i z coraz wyraźniejszymi znakami macierzyństwa na czole, ale zdrową, przechodzącą od wozu do wozu. (…) Zbliżaliśmy się już do zachodniej części Nevady, gdzie za pasmem martwych jezior słone ziemie i pustynia skalista kończą się, a zaczyna się znowu pas stepowy równiejszy, zieleńszy i bardziej żyzny. Gdy po dwóch dniach drogi nie zachorował nikt, myślałem, że już się skończyła nędza nasza. (…)

Spotkaliśmy znowu Indian, którzy napadli nas wbrew swoim zwyczajom w biały dzień i na równym stepie – że zaś mieli kilkanaście sztuk broni palnej, zabili nam czterech ludzi. Ja w zamieszaniu zostałem ranny w głowę toporkiem tak silnie,
iż wieczorem tego dnia straciłem od upływu krwi przytomność. Ale byłem prawie szczęśliwy, że się tak stało, teraz bowiem Lilian pilnowała mnie, nie chorych, od których mogła dostać tyfusu. (…) …teraz dopiero poznałem, jak byłem strudzony i jakie zmęczenie wychodziło z kości moich, gdym leżał. Bom przecież i nacierpiał się także poprzednio niemało ze strachu o żonę. (…)

Upał stał się prawie nadnaturalny, a w powietrzu unosiła się jakby jakaś mgła brudna, jakby dym odległej srzeżogi. (…) W dzień zauważyłem, że zające, antylopy, bawoły, wiewiórki nawet ciągną pośpiesznie na wschód, jakby uciekając od tej Kalifornii,
do której dążyliśmy z takim wysileniem. (…) Wedle mego wyrachowania do gór Sierra Nevada nie mogło być już więcej
jak trzysta mil angielskich, czyli około dwudziestu dni drogi, postanowiłem więc dążyć do nich, choćby ostatnim wysileniem. Jechaliśmy teraz nocami, bo w południowych godzinach upał osłabiał niezmiernie zwierzęta, a między wozami zawsze było trochę cienia, w którym mogły w dzień odpocząć.

Jednej takiej nocy, którą – nie mogąc się już utrzymać ze zmęczenia i rany na koniu – spędzałem na wozie przy Lilian, usłyszałem nagle dziwne świstanie i zgrzyt kół trących o jakiś szczególniejszy grunt, a jednocześnie okrzyki: „stop! stop!” rozległy się na całej długości taboru. (…) Zatrzymałem tabor natychmiast, i staliśmy resztę nocy na miejscu. Nazajutrz, skoro słońce weszło, dziwny widok uderzył nasze oczy. Jak okiem sięgnąć, ciągnęła się płaszczyzna czarna jak węgiel; nie tylko wszystkie krzewy i trawy były na niej spalone, ale ziemia zeszklona tak, że nogi naszych mułów i koła wozów odbijały się w niej jak w przezroczu. Nie mogliśmy dobrze dostrzec, jak szeroko przeszedł pożar, bo widnokrąg zamglony był jeszcze srzeżogą; kazałem jednak bez wahania nawracać ku południowi, by dotrzeć do krańca szlaku, zamiast hazardować się na zgliszcza. (…)

W czasie południowego odpoczynku srzeżoga rzedniała coraz bardziej, a upał za to stawał się tak straszny, że aż powietrze drżało z gorąca i nagle stało się coś takiego, co za cud można by uważać. Oto niespodzianie owe mgły i dymy rozsunęły się jakby na skinienie i przed oczyma naszymi ukazały się Sierra Nevada zielone i uśmiechnięte, cudne, pokryte błyszczącymi śniegami
na szczytach i tak bliskie, że gołym okiem mogliśmy odróżnić szczerby w górach, zielone stoki i lasy. (…) Raźno i ochotnie ruszyliśmy naprzód, a do świstu kół po zwęglonej ziemi łączyły się klaskania z biczów, śpiewy i okrzyki. O objeżdżaniu spalonego szlaku nie było i mowy. (…) Tymczasem srzeżoga znowu z dziwną nagłością przesłoniła nam nasz widok promienny. (…)

O północy muły poczęły kwiczeć i opierać się, w godzinę zaś później tabor stanął, bo większa część zwierząt pokładła się
na ziemię. Ludzie próbowali je podnosić, ale nie było sposobu. Całą noc nikt oka nie zmrużył. Przy pierwszych promieniach świtu wzrok nasz poleciał chciwie w dal… i nie znalazł nic… Czarna żałobna pustosz ciągnęła się, jak okiem sięgnąć jednostajna, głucha i odrzynająca się surową linią od widnokręgu: gór wczorajszych nie było śladu. (…) Tymczasem nie usłuchano już rozkazu. Ludzie popodnosili muły i tabor szedł dalej. Na pytania moje odpowiedziano mi ponuro:
- Tam są góry i tam pójdziemy!
Nie próbowałem się nawet szamotnąć, bom widział, że nie ma siły ludzkiej, która by powstrzymała tych ludzi. (…)

Nazajutrz rano połowa tylko wozów mogła wyruszyć, bo od reszty pozdychały muły. (…) …od trzydziestu sześciu godzin
nie uszczknęły już ani źdźbła trawy i żyły tylko słomą wyciąganą z wozów, ale i tej już brakło. Jakoż dalszą drogę znaczyliśmy ich trupami, a trzeciego dnia pozostał tylko jeden, którego wydarłem przemocą dla Lilian. (…) Wszyscy z wyjątkiem Lilian szli już piechotą. Wkrótce nowy wróg zajrzał nam w oczy: głód. (…) Jakby dla powiększenia naszych mąk, w południowe godziny fata-morgana grała znowu na stepach, ukazując nam góry, lasy, jeziora. Ale noce jeszcze były straszniejsze. Wszystkie promienie, jakie w dzień ukradły słońcu węgle, wychodziły z nich w nocy, paląc nasze nogi i napełniając spiekotą gardła. …)

Muł, na którym jechała Lilian, padł. (…) Karmiłem Lilian tylko nocami, by ich nie wściekać tym widokiem. Ona na wszystkie świętości zaklinała mnie, bym się z nią dzielił, ale zagroziłem jej, że w łeb sobie strzelę, jeśli choć wspomni o tym; więc jadła płacząc. (…) A tymczasem głód żelazną ręką targał i moje wnętrzności. W głowie paliło mnie od rany. Od pięciu dni nie miałem
w ustach nic prócz wody z owej kałuży. (…)

Szóstego dnia rano ujrzałem na twarzy Lilian ogniste plamki; ręce miała rozpalone: idąc oddychała głośno. (…) …wziąłem ją
na ręce. (…) Nie wiem, skąd mi się brały siły. Stałem się nieczuły na głód, na upał, na zmęczenie; nie widziałem nic przed sobą:
ani ludzi, ani spalonego stepu, tylko ją. W nocy stało się jej jeszcze gorzej. Traciła przytomność. Chwilami jęczała cicho:
- Ralfie, wody! – a ja, o boleści! miałem tylko solone mięso i suchary. W najwyższej rozpaczy rozprułem sobie nożem rękę,
aby krwią własną zwilżyć jej usta, ale ona oprzytomniała nagle i krzyknąwszy wpadła w długie omdlenie, z którego myślałem,
że już się nie ocuci. (…)

Nadszedł dzień siódmy. Sierra Nevada ukazały się wreszcie na widnokręgu, a tymczasem o zachodzie słońce światło mojego życia poczęło gasnąć także. Gdy zaczęła konać, położyłem ją na spalonej ziemi i sam klęknąłem przy niej. Oczy jej były szeroko otwarte, błyszczące i utkwione we mnie. Na chwilę zajaśniała w nich myśl przytomna. Wyszeptała jeszcze:
- My dear! my husband! – potem przebiegł ją dreszcz, strach wymalował się na twarzy i umarła.
Zerwałem sobie bandaże z głowy, straciłem przytomność i już nie pamiętam, co dalej było. Jak przez sen jakiś przypominam sobie ludzi, którzy otoczyli mnie i odebrali broń, później jakby kopali grób, a jeszcze później pochwycił mnie obłęd i ciemność…

------------------

Obudziłem się w miesiąc potem już w Kalifornii, u osadnika Moszyńskiego. Przyszedłszy trochę do zdrowia ruszyłem do Nevady; step tam porósł na nowo wysoką trawą i zazielenił się bujnie, tak że grobu jej nie mogłem nawet odszukać i do tej pory nie wiem, gdzie leży jej zewłok święty. (…) Co rok jeżdżę do Nevady i co rok szukam na próżno. Dziś upłynęły już od tych chwil strasznych lata całe. Nędzne wargi moje wymówiły już nieraz: bądź wola Twoja! ale źle mi bez niej na świecie. Człowiek żyje i chodzi między ludźmi, i śmieje się czasem, a stare samotne serce płacze tam i kocha, i tęskni, i pamięta… Stary jestem i niedługo w inną, wieczystą podróż mi się wybierać, o to więc tylko Boga jeszcze proszę, abym na onych stepach niebieskich odnalazł moją niebieską – i nie rozłączał się z nią już nigdy. (…)

GRUDZIEŃ [?] [Paryż]


["JAMIOŁ. OBRAZEK WIEJSKI"]
W miasteczku Łupiskórach po pogrzebie Kalikstowej były nieszpory, a po nieszporach zostało jeszcze kilkanaście bab w kościele, by odśpiewać resztę pieśni. Była godzina czwarta po południu, ale że w zimie o czwartej mrok zapada, w kościele więc było ciemno. Szczególnie wielki ołtarz tonął już w głębokim cieniu. (…) Dziad i mały chłopak kręcili się przed stopniami ołtarza. Jeden zamiatał, drugi ściągał ze stopni dywan. (…) Baby siedziały w ławkach bliżej drzwi wchodowych. (…) Córka Kalikstowej, Marysia, siedziała w ławce obok jednej starej kobiety. Na grób świeży jej matki padał tam teraz właśnie śnieg miękki i cichy,
ale dziewczyna nie miała jak dziesięć lat, więc zdawała się nie rozumieć ani swej straty, ani litości, jaką mogła obudzać. (…) Dziewczyna kręciła kosmyki swoich jasnych włosów, zaplecione z tyłu w dwa warkoczyki, nie większe od mysich ogonków: widocznie się jej nudziło. (…) Dziad wyszedł na środek kościoła i jął pociągać za węzłowaty sznur zwieszający się z sufitu. (…)

Dzwonienie owo było także znakiem, że nieszpory skończone. Baby, powtórzywszy ostatni raz prośbę o lekkie skonanie, wyszły na rynek. Jedna z nich prowadziła za rękę Marysię.
- Kulikowa! – spytała druga – a co będzieta robić z dziewczyną?
- A co mam robić? Jedzie do Leszczyniec Wojtek Marguła, co go przysłali na pocztę, to ją odwiezie. A bo co?
- A coże ona będzie robić w Leszczyńcach?
- Moiście wy! To co i tu. Skąd jest, niech tam jedzie. A choć i we dworze, to sierotę przygarną i w kredensie się pozwolą przespać.
Tak rozmawiając, szły przez rynek do szynku. (…)

Baby weszły, napiły się wódki, przy czym Kulikowa dała i Maryśce pół kieliszka, mówiąc:
- Napij się, boś sierota. Nie zaznasz dobroci. (…)
Katarynka wciąż grała oberka. Baby poczęły się trochę rozmarzać. (…)
Kulikową również porwało rozczulenie, ale skierowała je ku Marysi.
- Pamiętaj, sierotko – rzekła – co ci mówił dobrodziej, kiej ci mateńkę śniegiem przysypywali, że jamioł (anioł) je nad tobą. (…)
Marysia, mrugając swoimi biednymi, głupimi oczkami, wpatrywała się uważnie w babinę. Kulikowa mówiła dalej:
- Tyś jest sierotka, to złemu od ciebie zasię! Nad sierotami je jamioł. On je dobry. Na, masz dziesięć groszy. Choćbyś i piechotą
do Leszczyniec poszła, to trafisz, bo on cię zaprowadzi. (…)

Nastała cisza, którą przerwało nagle chlupotanie końskich nóg w błocie przed drzwiami i jakiś głos, który zawołał na konie:
- Prrr!
Do szynku wszedł Wojtek Marguła z zapaloną latarką w ręku, postawił latarkę, począł „zabijać” ręce, by je rozgrzać, i wreszcie rzekł do szynkarza:
- Dajta-no półkwaterek!
-Marguła, kasztanie – zawołała Kulikowa – weźmiesz dziewczynę do Leszczyniec!
- Juści wezmę, bo mi kozeli – odparł Marguła. (…)
…wypił wódkę, skrzywił się, splunął i stawiając z niezadowoleniem miarkę rzekł:
- Dyć to sama woda. Dajta-no drugiej z tej innej flaszki.
Szynkarz nalał mu z innej. Wojtek skrzywił się jeszcze mocniej.
- E! araku ta nie mata? (…)

…wziął na wpół śpiącą dziewczynę za rękę i rzekł:
- Chodźże, zmoro!
Kobiety posnęły również w kącie, nikt więc nie pożegnał Marysi. Po prostu: matka jej została na cmentarzu w Łupiskórach, a ona jechała do Leszczyniec. Wyszli, siedli, Marguła krzyknął na konie: „wiśta” – i pojechali. (…)

Jechali, jechali. Wojtek poganiał konie i śpiewał pod nosem: „Pamiętas, psia jucho, coś mi obiecowoł.” Ale wkrótce umilkł i zaczął „żydy” wozić. Kiwnął się w prawo, w lewo. Śniło mu się, że go w Leszczyńcach tłuką po karku za to, że zgubił kobiałkę z listami, więc od czasu do czasu budził się przez pół i powtarzał: „wciorności!” Marysia nie spała, bo jej było zimno. Szeroko otwartymi oczyma patrzyła na białe pola, które jej co chwila zasłaniały ciemne plecy Marguły. (…)
Mrozu wprawdzie nie było, ale powietrze stało się przenikliwe, jak zwykle w odwilży. Wojtek bo miał przynajmniej w żołądku spory zapas poczerpniętego w łupiskórskim szynku ciepła. (…) …w tej chwili tak był pocieszony, że go nic zasmucić nie mogło. Nie zasmuciło go nawet i to, że konie doszedłszy do lasu naprzód zwolniły zupełnie kroku, choć droga była w lesie lepsza,
a następnie, ruszywszy w bok, przewróciły sanie w rów przydrożny. Rozbudził się wprawdzie, ale nie zrozumiał dobrze, co się stało. Marysia poczęła go trącać.

- Wojtek!
- Czego skrzeczysz?
- Przewróciliśwa.
A Wojtek spytał: „śklonkę?” i usnął na dobre. Dziewczyna siadła przy saniach, skuliła się, jak mogła, i siedziała. Ale twarz zmarzła jej wkrótce zupełnie, więc zaczęła trącać śpiącego:
- Wojtek!
Nie odpowiedział.
- Wojtek, chcę do chałupy!
A po chwili znowu:
- Wojtek, bo pójdę piechotą…
Na koniec poszła. Zdawało się jej, że do Leszczyniec jest bardzo blisko. Zresztą znała drogę, bo co niedziela chodziła nią z matką do kościoła. Ale teraz musiała iść sama. (…)

Jakiś ogromny spokój był w lesie, który dziecku dodawał otuchy. (…) Wiatr nie wiał. Uśnieżone kiście nie poruszały się najmniejszym ruchem. Spało wszystko zimowym snem. (…) Jedyną żywą istotą poruszającą się jak mały czarny punkcik
wśród tych milczących wielkości, była Marysia. (…) Oto samo jedno, takie słabe, biedne, wśród śniegu, nocy i lasu, brnie sobie
z ufnością, jakby nigdy nic! Noc jasna zdaje się troskać o nią. (…)
Dziewczyna szła już dość długo i zmęczyła się wreszcie. (…)

Dziecko idzie coraz wolniej. (…) Dziewczynę począł ogarniać sen niepokonany. Zeszła i siadła pod drzewem. Powieki opadały jej na oczy. Przez chwilę myślała, że po białości śniegowej matula idzie ku niej od strony cmentarza. Nikt nie szedł. Dziecko było jednak pewne, że ktoś przyjść musi. Kto? – Anioł. Przecie stara Kulikowa mówiła, że „jamioł” jest nad nią. – Marysia znała go.
W chałupie u matuli był jeden malowany z „lelują” w ręku i ze skrzydłami. Przyjdzie niezawodnie. (…)

- Cicho! istotnie ktoś idzie; śnieg, choć miękki, szeleści wyraźnie, kroki zbliżają się i zbliżają ciche, ale szybkie. Dziecko podnosi
z ufnością senne powieki. Co to? Szara jakaś trójkątna głowa o sterczących uszach przypatruje się dziecku pilnie… straszna, ohydna… (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1879



DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU – 1879.


["JANKO MUZYKANT"]
Przyszło to na świat wątłe, słabe. Kumy, co się były zebrały przy tapczanie położnicy, kręciły głowami i nad matką,
i nad dzieckiem. Kowalka Szymonowa… (…) …zapaliła gromnicę, a potem wziąwszy dziecko pokropiła je wodą, aż poczęło oczki mrużyć, i rzekła jeszcze:
- Ja ciebie „krzcę” w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i daję ci na przezwisko Jan, a teraz-że, duszo "krześcijańska", idź, skądeś przyszła. Amen!
Ale dusza chrześcijańska nie miała wcale ochoty iść, skąd przyszła, i opuszczać chuderlawego ciała, owszem, poczęła wierzgać nogami tego ciała, jako mogła, i płakać, chociaż tak słabo i żałośnie, że jak mówiły kumy: „myślałby kto, kocię nie kocię, albo co!”
Posłano po księdza; przyjechał, zrobił swoje, odjechał, chorej zrobiło się lepiej. W tydzień wyszła baba do roboty. Chłopak ledwo „zipał”, ale zipał; aż w czwartym roku okukała kukułka na wiosnę chorobę, więc się poprawił i w jakim takim zdrowiu doszedł
do dziesiątego roku życia. Chudy był zawsze i opalony, z brzuchem wydętym, a zapadłymi policzkami; czuprynę miał konopną, białą prawie i spadającą na jasne, wytrzeszczone oczy, patrzące na świat, jakby w jakąś niezmierną dalekość wpatrzone. (…)

Matka, biedna komornica, żyjąca z dnia na dzień, niby jaskółka pod cudzą strzechą, może go tam i kochała po swojemu, ale biła dość często i zwykle nazywała „odmieńcem”. (…) Był to chłopak nierozgarnięty bardzo i jak wiejskie dzieciaki, przy rozmowie
z ludźmi, palec do gęby wkładający. (…) Nie wiadomo, skąd się to takie ulęgło, ale na jedną rzecz był tylko łapczywy, to jest
na granie. Wszędzie też je słyszał, a jak tylko trochę podrósł, tak już o niczym innym nie myślał. (…) …myślał, że tam coś w boru grało… Co? Albo on wiedział?… Sosny, buki, brzezina, wilgi, wszystko grało: cały bór, i basta! Echo też… W polu grała mu bylica,
w sadku pod chałupą ćwirkotały wróble, aż się wiśnie trzęsły! Wieczorami słuchiwał wszystkich głosów, jakie są na wsi, i pewno myślał sobie, że cała wieś gra. Jak posłali go do roboty, żeby gnój rozrzucał, to mu nawet wiatr grał w widłach. (…)

Nazywali go ludzie „Janko Muzykant”!... Wiosną uciekał z domu kręcić fujarki wedle strugi. Nocami, gdy żaby zaczynały rzechotać, derkacze na łąkach derkotać, bąki po rosie burczyć; gdy koguty piały po zapłociach, to on spać nie mógł, tylko słuchał i Bóg go jeden wie, jakie on i w tym nawet słyszał granie… Do kościoła matka nie mogła go brać, bo jak, bywało, zahuczą organy
lub zaśpiewają słodkim głosem, to dziecku oczy tak mgłą zachodzą, jakby już nie z tego świata patrzyły… (…)

Stójka… widział nieraz białą koszulę Janka, przemykającą się w ciemności ku karczmie. Ale przecież chłopak nie do karczmy chodził, tylko pod karczmę. (…) Skrzypki śpiewały cicho… (…) Co by on za to dał, gdyby mógł mieć takie skrzypki… (…) Takie deszczułki śpiewające. Ba! ale skąd ich dostać? Gdzie takie robią? Żeby mu przynajmniej pozwolili choć raz w rękę wziąć coś takiego!... Gdzie tam! Wolno mu tylko było słuchać, toteż i słuchał… (…) Gdy tylko mógł słyszeć skrzypki, czy to na dożynkach, czy na weselu jakim, to już dla niego było wielkie święto. (…)

…zrobił sobie sam skrzypki z gonta i włosienia końskiego, ale nie chciały grać tak pięknie jak tamte w karczmie: brzęczały cicho, bardzo cichutko, właśnie jak muszki jakie albo komary. Grał jednak na nich od rana do wieczora, choć tyle za to odbierał szturchańców, że w końcu wyglądał jak obite jabłko niedojrzałe. Ale taka to już była jego natura. (…) Wcale nie był jak inne dzieci, był raczej jak jego skrzypki z gonta, które zaledwie brzęczały. Na przednówku przy tym przymierał głodem, bo żył najczęściej surową marchwią i także chęcią posiadania skrzypek. (…)

We dworze miał skrzypce lokaj i grywał czasem na nich szarą godziną, aby się podobać pannie służącej. Janko czasem podczołgiwał się między łopuchami, aż pod otwarte drzwi kredensu, żeby im się przypatrzeć. Wisiały właśnie na ścianie naprzeciw drzwi. (…) Chciałby przynajmniej raz mieć je w ręku, przynajmniej przypatrzeć się im bliżej… Biedne małe chłopskie serce drżało na tę myśl ze szczęścia.

Pewnej nocy nikogo nie było w kredensie. (…) Księżyc właśnie na niebie był pełny i wchodził ukośnie przez okno do kredensu, odbijając je w kształcie wielkiego jasnego kwadratu na przeciwległej ścianie. Ale ten kwadrat zbliżał się powoli do skrzypiec
i w końcu oświetlił je zupełnie. (…) W onym blasku widać było wszystko doskonale: wcięte boki, struny i zagiętą rączkę. Kołeczki przy niej świeciły jak robaczki świętojańskie, a wzdłuż zwieszał się smyczek na kształt srebrnego pręta… Ach! wszystko było śliczne i prawie czarodziejskie; Janek też patrzył coraz chciwiej. (…) Tymczasem wiatr powiał; zaszumiały cicho drzewa, załopotały łopuchy, a Janek jakoby wyraźnie usłyszał:
- Idź, Janku! w kredensie nie ma nikogo… idź, Janku!... (…)

Biała koszula migotała coraz bliżej drzwi kredensowych. Już nie okrywają jej czarne łopuchy. Na progu kredensowym słychać szybki oddech chorych piersi dziecka. Chwila jeszcze, biała koszula znikła, już tylko jedna bosa nóżka wystaje za progiem.
Na próżno, lelku, przelatujesz jeszcze raz i wołasz: „Nie! nie!” Janek już w kredensie. (…) Cicha letnia błyskawica, przeleciawszy między wschodem i zachodem, oświeciła raz jeszcze wnętrze kredensu i Janka na czworakach przed skrzypcami z głową zadartą do góry. Ale błyskawica zgasła, księżyc przesłoniła chmurka i nic już nie było widać ani słychać. Po chwili dopiero z ciemności wyszedł dźwięk cichutki i płaczliwy, jakby ktoś nieostrożnie strun dotknął – i nagle… (…)

Na drugi dzień biedny Janek stał już przed sądem u wójta. Mieliż go tam sądzić jako złodzieja?... Pewno. Popatrzyli na niego wójt
i ławnicy, jak stał przed nimi z palcem w gębie, z wytrzeszczonymi, zalękłymi oczyma, mały, chudy, zamorusany, obity, niewiedzący, gdzie jest i czego od niego chcą? Jakże tu sądzić taką biedę, co ma lat dziesięć i ledwo na nogach stoi? (…) Niech go tam weźmie stójka, niech mu da rózgą, żeby na drugi raz nie kradł i cała rzecz. (…) Stach kiwnął swoją głupowatą, zwierzęcą głową, wziął Janka pod pachę, jakby jakiego kociaka, i wyniósł ku stodółce. Dziecko, czy nie rozumiało, o co chodzi, czy się zalękło, dość że nie ozwało się ni słowem, patrzyło tylko, jakby patrzył ptak. (…)

Dopiero jak go Stach w stodole wziął garścią, rozciągnął na ziemi i, podgiąwszy koszulinę, machnął od ucha, dopieroż Janek krzyknął:
- Matulu! – i co go stójka rózgą, to on – „Matulu! matulu!!”, ale coraz ciszej, słabiej, aż za którymś razem ucichło dziecko
i nie wołało już matuli…
Biedne, potrzaskane skrzypki!... (…)
Przyszła matka, zabrała chłopaka, ale musiała go zanieść do domu… Na drugi dzień nie wstał Janek, a trzeciego wieczorem konał już sobie spokojnie na tapczanie pod zgrzebnym kilimkiem… (…) Tymczasem wychudłe piersi poruszały się jeszcze oddechem,
a twarz dziecka była jakby zasłuchana w te odgłosy wiejskie, które wchodziły przez otwarte okno. (…) Janek wsłuchiwał się ostatni raz, jak wieś gra… Na kilimku przy nim leżały jego skrzypki z gonta. Nagle twarz umierającego dziecka rozjaśniła się,
a z bielejących warg wyszedł szept:
- Matulu?…
- Co, synku? – ozwała się matka, którą dusiły łzy…
- Matulu, Pan Bóg mi da w niebie prawdziwe skrzypki?
- Da ci, synku, da! – odrzekła matka; ale nie mogła dłużej mówić, bo nagle z jej twardej piersi buchnęła wzbierająca żałość,
więc jęknąwszy tylko: „O Jezu! Jezu!”, padła twarzą na skrzynię i zaczęła ryczeć… (…)

…oczy małego grajka były otwarte wprawdzie, ale nieruchome, twarz zaś poważna bardzo, mroczna i stężała. Promień słoneczny odszedł także… (…)


STYCZEŃ [?] [Paryż]


["Z PARYŻA"]
Jest to może charakterystyczną cechą Francji i Paryża, że tu uczeni nie stanowili nigdy, na kształt średniowiecznych Różokrzyżowców, bractw zamkniętych. Mszę przy ołtarzu nauki odprawiają wprawdzie tylko kapłani, ale słucha owej mszy cała publiczność. Z ostatecznych przyczyn i zasad ogół nie umie sobie zapewne zdać sprawy, tak jak większość ludzi chodzących
po Avenue de l'Opéra nie rozumie, dlaczego lampy elektryczne palą się i rzucają blask tak jasny. Nie przeszkadza to jednak,
że wszyscy korzystają z ich światła. Takie popularyzowanie nauki, takie dopuszczanie z pomocą Sorbony, Collège de France
i innych zakładów szerszej publiczności do udziału w ruchu naukowym, a nawet i sądu o nim, sprawia, że nauka i płynące z niej nowe idee nie są tu niczym pergaminowym, zżółkłym, zwiędłym, jakąś wyłączną arendą uczonych profesorów, ale czymś żywym, wchodzącym natychmiast w krew i cały organizm ogółu. (…)

DOKŁADNA DATA NIE JEST ZNANA. ROK PIERWODRUKU – 1879. [Paryż] [?] - [Lwów] [?]


["ORSO"]
Ostatnie dni jesieni są dla Anaheim, miasteczka położonego w południowej Kalifornii, dniem zabaw i uroczystości. Kończy się naówczas winobranie całe, więc miasto roi się tłumami ludności robotniczej. (…) Śliczne to miasto, otoczone kępami eukaliptusów, rycynusów i drzew pieprzowych, wre jakby jarmarkiem gwarnym i hałaśliwym, a stanowiącym dziwne przeciwieństwo z głęboką i poważną ciszą pustyni, porosłej kaktusami, która zaczyna się zaraz za polami winogradu. Wieczorem, gdy słońce kryje promienny swój krąg w toniach oceanu, a na różowym niebie widać również różowo oświecone klucze dzikich gęsi, kaczek, pelikanów, mew i żurawi, ciągnących tysiącami z gór ku oceanowi, w mieście zapalają się ogniska i rozpoczyna się zabawa. (…) Dzień jednak, w którym ostatnie grono zostaje wytłoczone indyjskimi nogami, jest jeszcze uroczystszy, zjeżdża albowiem wówczas z Los Angeles wędrowny cyrk pana Hirscha, Niemca, a zarazem właściciela menażerii, złożonej z małp, kuguarów, lwów afrykańskich, jednego słonia i kilkunastu zdziecinniałych ze starości papug… (…)

Ulica „Pomarańcz” bywa wówczas tak zapchana wozami i powozikami najrozmaitszych kształtów, że nie podobna się przecisnąć. (…) Wśród powozików, zasypanych kwiatami i wyglądających jak wielkie bukiety, harcują na mustangach młodzi ludzie
i, przechylając się z wysokich kulbak meksykańskich, zaglądają ukradkiem pod kapelusze dziewicze. (…) Wszyscy rozmawiają
o the greatest attraction, czyli o szczegółach przedstawienia wieczornego, które świetnością ma przejść wszystko, co dotąd widziano. (…)

…szesnastoletni Orso, „Herkules amerykański”, zrodzony z ojca białego a matki Indianki, ma dźwigać na sobie sześciu ludzi,
po trzech na każdym ramieniu; prócz tego, dyrekcja ofiaruje sto dolarów każdemu człowiekowi, „bez względu na kolor skóry”, który by małoletniego atletę zmógł w ręcznej walce. Głuche wieści chodzą po Anaheim, że z gór San Bernardino przybył umyślnie dla próbowania się z Orsem Grizzly-Killer (zabijacz niedźwiedzi), sławny z nieustraszoności i siły wnicznik, który, jak Kalifornia Kalifornią, pierwszy z ludzi ośmielił się uderzać na szarego niedźwiedzia z toporem i nożem. (…)

Umysły kobiece niemniej podnieca znów następny numer programu: oto tenże sam potężny Orso będzie nosił
na trzydziestostopowym maszcie małą Jenny, „cud świata”, o której afisz mówi, że jest najpiękniejszą dziewczyną, jaka żyła
na ziemi „za ery chrześcijańskiej”. Dyrektor, mimo iż Jenny liczy dopiero lat trzynaście, ofiaruje również sto dolarów każdej dziewicy, „bez względu na kolor skóry”, która by ośmieliła się stanąć w zawód pod względem piękności z „aniołem powietrznym”. (…) Dwie siostry Bimpa, starsza Refugio i młodsza Mercedes, siedząc niedbale w ślicznym „buggy”, czytają właśnie afisz.
Na cudnych twarzach ich nie znać najmniejszego wzruszenia, choć czują, że oczy Anaheimu zwracają się na nie w tej chwili jakby
z prośbą, by ratowały honor całego hrabstwa, i zarazem z patriotyczną dumą, ugruntowaną na przekonaniu, że nad te dwa kwiaty kalifornijskie nie masz piękniejszych we wszystkich górach i kanionach świata tego. (…)

Tymczasem ruch koło cyrku powiększa się z każdą chwilą. (…) Trąby grają, bębny biją, lwy ryczą, bicze klaskają, słowem, cała karawana, jak gomon, posuwa się naprzód z hałasem i wrzawą. (…) …Orso zaś i Jenny mają właśnie próbę w cyrku.
Pod płóciennym jego dachem panuje jednak cisza i mrok. (…) Gdzież są Orso i Jenny? Jedno z pasm wkradającego się
przez szpary światła, w którym kręci się i wiruje kurz, pada jak złota plama na zagłębienie dalszych ławek. Plama ta posuwa się zgodnie z ruchem słońca na dworze, a w końcu oświetla grupę, złożoną z Orsa i Jenny.

Orso siedzi na wierzchu ławki, przy nim zaś Jenny. Jej śliczna dziecinna twarzyczka przytulona jest do ramienia atlety, a ręka otacza jego kark i zwiesza się na drugim ramieniu. (…) Jej drobna twarzyczka jest po prostu anielska; ogromne, smutne, niebieskie oczy mają wyraz głęboki, słodki, ufny; ciemne brwi rysują się z nieporównaną czystością na czole białym i jakby zamyślonym, na które płowa, jedwabista, trochę bezradna czupryna rzuca cień, jakiego by się nie tylko mistrz Harvey,
ale i pewien inny malarz, nazwiskiem Rembrandt, nie powstydził. Dziewczynka przypominała zarazem Kopciuszka i Gretchen,
a przytuloną postawą, jaką przybrała, zdradza usposobienie bojaźliwe i potrzebujące opieki. (…) Orso ubrany w cielisty trykot, wydaje się z daleka nagim, a tenże sam promień oświeca jego rozrosłe nieproporcjonalnie bary, zbyt wypukłą pierś, zapadły brzuch i za krótkie w stosunku do długiego tułowia nogi. Potężne jego formy zdają się być tylko z gruba wyciosane toporem. (…) Jest on zarazem podobny do byka i niedźwiedzia, a w ogóle uosabia straszliwą siłę, ale złą. Jakoż wcale nie jest dobry. (…) Taki to jest Orso.

Od niejakiego czasu stał się on jednak lepszym, albowiem zaczął bardzo kochać małą Jenny. Zdarzyło się przed rokiem,
że gdy raz Orso, który był zarazem dozorcą zwierząt, czyścił klatkę kuguara, zwierz wysunąwszy łapę przez pręty, skaleczył go dość mocno w głowę. Wówczas atleta wszedł do klatki i ze strasznej walki, jaka wywiązała się między nim a zwierzęciem, wyszedł sam tylko żywy. Był jednak tak silnie pokaleczony, że zemdlał, a potem chorował długo, tym bardziej, że dyrektor oćwiczył go jeszcze za połamaną kuguarowi kość pacierzową. W czasie choroby mała Jenny okazywała mu wiele litości, opatrywała w braku kogo innego jego rany, a w chwilach wolnych, przesiadując przy nim, czytała mu Biblię, to jest „dobrą książkę”, która mówiła o kochaniu się, o przebaczaniu, o miłosierdziu, słowem, o rzeczach, o których nigdy nie było mowy
w cyrku pana Hirscha. Orso, słuchając tej książki, pracował długo swoją indyjską głową, a w końcu doszedł do przekonania,
że gdyby tak było w cyrku, jak w tej książce, to i on nie byłby taki zły. Myślał także, że wówczas nie bywałby bity, a może nawet znalazłby się ktoś taki, kto by go kochał. Ale kto? Nie Murzyni i nie pan Hirsch, więc chyba mała Jenny, której głos tak mu słodko brzmiał w uszach jak głos maukawisa.

Wskutek tej myśli pewnego wieczoru rozpłakał się ogromnie, zaczął całować małe ręce Jenny i od tej pory pokochał ją bardzo. (…) Z nią też jedną umiał rozmawiać ten mruk i przed nią tylko otwierał się. Nienawidził on cyrku i pana Hirscha, który był zupełnie inny, jak ludzie „dobrej książki”. Coś ciągnęło go zawsze na kraniec widnokręgu, na bory i stepy. (…) Ona była zawsze
z nim, i tak im było dobrze, że aż strach. Co dzień widzieli coś nowego, mieli całe swoje gospodarstwo, wypadało więc
nad wszystkim się zastanowić.

Siedzą więc oto teraz oboje w paśmie światła i rozmawiają zamiast robić próbę nowych skoków. (…) Mała Jenny, przytulona
do ramienia Orsa, utkwiła zamyślone oczy w przestrzeń i nóżkami kiwa zawzięcie, i rozważa w swojej małej główce, jak to będzie
na pustyni, a czasem rzuca pytania… (…)

- A pan pies i pan kot pójdą z nami?
- Pójdą – odpowiada Orso i mruczy z radości.
- Weźmiemy z sobą i „dobrą książkę”?
- Weźmiemy! – mówi Orso i mruczy jeszcze głośniej. (…)
Orso taki już jest uszczęśliwiony, że nie może nawet mruczeć, więc Jenny prawi dalej:
- I pana Hirscha nie będzie, i cyrku nie będzie, i nie będziemy nic nigdy robić, i tyle!... Ale nie! – dodaje po chwili – „dobra książka” mówi, że trzeba pracować… (…)

Dyrektor… wchodzi do cyrku… (…) Zakrywszy ręką czoło, aby mu oczu nie zaślepiało światło, wdzierające się przez płótno, dyrektor wpatruje się w głąb i wkrótce dostrzega w świetlanym pasemku Orsa i Jenny, klęczącą przed nim, z łokciami wspartymi na jego kolanach. Ujrzawszy takie widowisko, puszcza koniec bata na ziemię.
- Orso! (…)

Orso, wylazłszy na arenę, zatrzymuje się przy parapecie, chmurny i milczący. Szare światło, padające z góry, oświeca teraz wyraźnie jego Herkulesowy tułów, osadzony na krótkich nogach.
- Bliżej! – woła ochrypłym głosem dyrektor, gdy tymczasem koniec jego rozpuszczonego bata porusza się po piasku złowrogim ruchem, jakim porusza się ogon tygrysa, czyhającego z zasadzki. (…) Bat z szybkością błyskawicy opisał krąg, zaświstał, zasyczał i uderzył. Orso zaskowyczał z cicha i rzucił się krok naprzód, ale drugie uderzenie wstrzymało go od razu, po czym trzecie, czwarte, dziesiąte. Koncert rozpoczął się, choć widzów jeszcze nie było. Wzniesiona ręka wielkiego artysty nie poruszała się prawie wcale, dłoń tylko kręciła się, jakby część jakiej maszyny, osadzona na śrubie, a każdy jej skręt odzywał się klaśnięciem na skórze Orsa. (…) Trzaskawka, migocąc w powietrzu, dwa razy już wypisała krwawe ślady na szyi atlety, które wieczorem miał pokryć puder.

Orso zamilkł w końcu. Za każdym jednak uderzeniem posuwał się krok naprzód – dyrektor krok w tył. W ten sposób obeszli cała arenę. I znowu dyrektor wycofywał się z areny, zupełnie jak pogromca z klatki, a wreszcie znikł u wejścia do stajen… zupełnie jak pogromca. Na odchodnym jednak wzrok jego padł na Jenny.
- Na koń! – wykrzyknął. – Rachunek na później.
Głos jeszcze nie przebrzmiał, gdy biała spódniczka mignęła w powietrzu i Jenny w mgnieniu oka skoczyła, jak małpka, na grzbiet koński. Dyrektor zniknął za zasłoną, koń zaś począł galopować wkoło, dudniąc od czasu do czasu kopytami w parapet. (…) Dziewczynka, stojąc na siodle nóżkami przyciśniętymi jedna do drugiej, zdawała się go ledwie końcami palców dotykać; różowe, nagie jej rączki chwytały nagłymi ruchami równowagę; rzucone w tył pędem powietrza włosy i cyrkowa z gazy spódniczka goniły za jej lekką postacią, podobną do ptaka, krążącego w powietrzu. (…)

Zachwiała się raz, drugi i wreszcie spadła w ramiona Orsa. (…)
- Orso, o, Orso! – powtarzała, nie mogąc więcej przemówić, i ręce jej zaciskały się gwałtownie koło jego szyi. Gdyby sama została wybita, nie mogłaby płakać więcej; jakoż w końcu on zaczął ją utulać i pocieszać… Zapomniawszy o bólu chwycił ją na ręce
i przyciskał z kolei do serca, a rozkołysane biciem jego nerwy sprawiły, że pierwszy raz uczuł, iż kocha ją nie tylko tak, jak brytan swoją panią. (…)

- Nic mnie już nie boli… Gdy ty jesteś przy mnie, bardzo mi jest dobrze… Jenny! Jenny!
Tymczasem dyrektor chodził po stajniach i pienił się ze złości. W sercu jego nurtowała zazdrość. Widział on dziewczynę
na kolanach przed Orsem, a od pewnego już czasu cudne dziecko poczęło w nim wzbudzać jakby brzask niskich uczuć, nie dość jeszcze rozwiniętych. Ale posądził już ją i Orsa o romans, więc pragnął się zemścić. Znalazłby dziką rozkosz, gdyby ją wybił, bardzo mocno wybił, i tej chęci nie mógł się oprzeć. Po chwili zawołał na nią. (…) …dziewczynka, wbiegłszy do stajni,
nie spostrzegła zrazu nikogo, albowiem ciemniej tam było jeszcze niż na arenie. Bojąc się jednak, aby nie posądzono jej,
iż nie spełniła natychmiast rozkazu, wołała cichym i przestraszonym głosem:
- Już jestem tu, panie, już jestem!
W tej samej chwili ręka dyrektora chwyciła za małą jej rączkę, a chrapliwy głos wyrzekł:
- Come!
Gdyby był gniewał się na nią lub krzyczał, mniej by ją to przerażało niż owo milczenie, w jakim prowadził ją w stronę garderoby cyrkowej. (…)

- Mister Hirsch! mój drogi, mój słodki! nigdy nie będę…
Ale on prowadził ją przemocą do długiej zamkniętej komory, w której był skład kostiumów, i zamknął drzwi na klucz. (…)
- Połóż się!
Uczepiła się wówczas rozpaczliwie jego nóg, bo prawie umierała ze strachu. (…) Chwyciwszy ją za opaskę spódniczki, rzucił
na stos sukien, leżących na stole, potem przez chwilę jeszcze tłumił gwałtowne poruszenia jej nóg i wreszcie uderzył.
- Orso! Orso! – zawołała dziewczynka. W tej samej chwili drzwi zatrzęsły się w zawiasach, zatrzeszczały od góry do dołu i cała
ich połowa, wybita olbrzymią siłą, zwaliła się z łoskotem na ziemię. W wyłomie stanął Orso. (…)

- Help! Help! – zawrzeszczał artysta. Dosłyszano go. Czterech ogromnych Murzynów wbiegło co sił ze stajen przez wyłamane drzwi i rzuciło się na Orsa. Zaczęła się straszna walka, której dyrektor przypatrywał się szczękając zębami. (…) …po chwili jeden z Murzynów, wyrzucony jakby nadludzką siłą z owej bezkształtnej masy, zakołysał się w powietrzu i padł obok dyrektora, uderzywszy z głuchym łoskotem czaszką o podłogę; wkrótce wyleciał drugi, a wreszcie ponad kłębem walczących podniósł się tylko Orso, straszniejszy niż przedtem, pokrwawiony i z włosem zjeżonym na głowie. (…) Potem podniósł się i szedł znowu
ku dyrektorowi. (…) Artysta zamknął oczy. W tejże samej sekundzie uczuł, że nogi jego nie dosięgają już ziemi, potem uczuł, że leci w powietrzu, a jeszcze potem nic nie czuł, bo uderzywszy całym ciałem w pozostałą połowę drzwi, padł bez czucia na ziemię. Orso obtarł się i zbliżył do Jenny.
- Chodź! – rzekł krótko. Wziął ją za rękę i wyszli. (…)

Milcząc mijali domy, ukryte w cieniu eukaliptów, następnie minęli miejscową bydłobójnię, koło której kręciły się tysiące szpaków czarnych z czerwonymi skrzydłami, przeskoczyli wielki rów irygacyjny, weszli w lasek drzew pomarańczowych i, wydostawszy się z niego, znaleźli się między kaktusami. (…) W miejscach, gdzie piramidy kaktusów były mniejsze, widać było na samym krańcu widnokręgu błękitne góry Santa Ana. Szli ku górom. (…) Jenny biegała oczyma z jednej kępy na drugą, to znów zapuszczała badawczy wzrok w środek kaktusów, pytając od czasu do czasu cicho towarzysza?
- To to jest pustynia, Orso?
Jednak pustynia nie zdawała się być pustą, z dalszych kęp dochodziły nawoływania kogutów kuropatwich, a naokoło rozlegały się rozmaite dziwne klaskania, cmokania, mruczenia, słowem: najróżnorodniejsze głosy małych zwierzątek zamieszkujących kaktusy. (…)

Wypocząwszy małą godzinkę dzieci poszły dalej. Jenny wkrótce zachciało się pić, na co Orso, w którym widocznie budziła się przemyślność indyjska, poradził, nazrywawszy owoców kaktusowych. (…) Pustynia nakarmiła dzieci jak matka; posiliwszy się mogli iść dalej. (…) Raz jeszcze ze wzgórza obejrzawszy się, ujrzeli Anaheim na poły rozpłynięte w oddali, podobne do wielkiej kępy drzew, rosnących na niskim stepie. Cyrku już nie był widać ani śladu. Szli jednak bardzo wytrwale całymi godzinami
ku górom, które rysowały się coraz wyraźniej. (…) Zaczynała się lesista część podgórzy przy Santa Ana. Orso złamał jedno
z mniejszych drzew i, poobrywawszy gałęzie, uczynił z niego maczugę… (…)

…słońce zaczęło już zniżać się ku zachodowi. Jego wielka ognista tarcza stoczyła się już nawet daleko za Anaheim i zapadła
w ocean. (…) Jenny czuła się zmęczona i śpiąca, ale zdążali oboje co sił do gór, choć sami nie wiedzieli dlaczego. Jakoż wkrótce ujrzeli skały, a doszedłszy do nich odkryli strumień. Napiwszy się wody szli dalej wzdłuż łożyska. (…) Zorze gasły; mrok ogarniał ziemię coraz większy. (…)
- Boisz się, Dży? – pytał Orso.
- Nie! – odpowiedziała dziewczynka. Ale była już bardzo zmęczona i nie mogła iść dalej, więc Orso wziął ją na ręce i niósł. Sam jednak szedł ciągle naprzód, w nadziei, że trafi na jakiego skwatera lub na namioty meksykańskie. (…)

Nagle zatrzymał się i nadstawił pilnie uszu. Zdawało mi się, że z dala dochodziły go odgłosy dzwonków, jakie skwaterowie przywiązują na noc krowom i kozom. Ruszywszy śpiesznie naprzód wkrótce doszedł do skrętu strumienia. Głos dzwonków stawał się coraz wyraźniejszy, a na koniec dołączyło się do nich szczekanie psa. Orso był już pewny, że zbliża się do jakiejś siedziby ludzkiej. (…)
- Boże daj, aby to był człowiek z „dobrej książki” – pomyślał. Następnie postanowił obudzić Jenny.
- Dży! – zawołał: – obudź się, będziemy jedli.
- Co to? – pytała dziewczynka. – Gdzie my jesteśmy?
- W pustyni. (…)
- A tam co za światło?
- Tam mieszka jakiś człowiek. Będziemy jedli.

Biedny Orso był bardzo głodny. Tymczasem byli już blisko ogniska. Pies szczekał coraz gwałtowniej, a stary człowiek, siedzący przy ogniu, przysłonił oczy i patrzył w ciemność. Po chwili spytał:
- Kto tam?
- To my… – odpowiedziała cienkim głosikiem Jenny – i bardzo nam się jeść chce.
- Zbliżcie się! – rzekł stary człowiek. (…)
- Co wyście za jedni? – spytał. Mała kobietka, licząca widocznie więcej na swoją niż na towarzysza wymowę, poczęła szczebiotać:
- My z cyrku, kochany panie! Pan Hirsch wybił bardzo Orsa, a potem chciał bić mnie, więc Orso mnie nie dał i wybił pana Hirscha
i czterech Murzynów, i potem uciekliśmy na pustynię, i szliśmy długo przez kaktusy, i Orso mnie niósł, potem przyszliśmy tu,
i bardzo się nam jeść chce.
Twarz starego samotnika rozjaśniała się powoli, a oczy jego spoczęły z dobrotliwym ojcowskim wyrazem na uroczym dziecku, które śpieszyło się, jakby pragnąc wypowiedzieć wszystko jednym tchem. (…)

Mała kobietka bez namysłu zarzuciła swoje nagie rączki na szyję starca i ucałowała go serdecznie. Wydawał jej się z „dobrej książki”.
-A czy nas pan Hirsch tu nie znajdzie? – pytała, oderwawszy swą różaną buzię od zwiędłej twarzy osadnika.
- Kulę znajdzie! – odparł starzec… (…)

Skwater pogrzebał chwilę w popiele i wydobył z niego wspaniały udziec jeleni, którego zapach rozszedł się naokoło.
Po czym siedli do jedzenia. (…) Oboje z dziewczynką jedli jak najęci; stary tylko samotnik jeść nie mógł – i nie wiadomo dlaczego, spoglądając na małą Jenny, miał łzy w oczach. Może dawniej był ojcem, a może w pustych górach ludzi rzadko widywał…

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

I odtąd troje tych ludzi pędziło życie razem. (…)


KWIECIEŃ [Lwów]


["OSADY POLSKIE W STANACH ZJEDNOCZONYCH PÓŁNOCNEJ AMERYKI"]
I.

Na niewielkich statkach, najtańszych ze wszystkich, można za dwadzieścia kilka dolarów dostać się w ten sposób z Hamburga
do New Yorku, Bostonu, Baltimore lub innych portów amerykańskich. Ale też nędzny to i męczący sposób podróżowania. Każdemu jednak podróżnikowi polskiemu jadącemu wygodnie pierwszą klasą radzę, żeby przez samą ciekawość zajrzał pod pokład, zwłaszcza wieczorem w czasie burzy, gdy olbrzymie zwały wody przelewają się przez pokład, wicher rzuca okrętem, a powietrze, woda i ciemność zdają się być zmieszane w jeden chaos. (…)

- Ludzie, czyście z Polski? – ciemne owe postacie zerwą się jakoby podrzucone tajemną jaką siłą, otoczą ze wszystkich stron podróżnika, a wzruszone i drżące od łez głosy zarzucą go pytaniami:
- Panie! wielmożny panie, my z Polski. Czy pan także?
Gdy się ich spytać, z których stron, odpowiedź brzmi:
- Spod Prusaka, spod Austriaka, spod Moskala.
To nasza krew, kość z kości naszych – to nasze Mazury, Wielkopolanie i Ślązacy – jadą… dokąd?...
- Do Hameryki! – odpowie Mazur – do Frylandu – objaśnia Ślązak.
- A po co?
- Szukać chleba i woli, których w domu brakło.
Wkrótce jednak zaczną narzekać, bo żal im za swymi strzechami, pod którymi się urodzili. (…)

Tymczasem upływają dni i noce. Okręt z dziobem zwróconym na zachód wspina się pracowicie z fali na falę i idzie naprzód,
aż wreszcie – po kilkunastu lub więcej dniach podróży – poczyna się rysować i jakby wychodzić z wody ziemia, do której dążyli. (…) A oto wydaje im się, że Bóg zmiłował się już nad nimi jakoby nad jakim taborem błądzącym po pustyni i przeprowadziwszy ich szczęśliwie przez morze, ukazał im ziemię obiecaną. (…) Przyjechali. Przez wielki budynek celniczy na tzw. warfach wychodzą
na ulicę… I teraz co?... Maciej spogląda na Bartłomieja, Bartłomiej na Franciszka. Co robić? Gdzie się obrócić? Gdzie iść? Okręt wyrzucił ich po prostu na bruk i na tym koniec… (…) Emigranci mogą sobie teraz robić, co im się podoba. (…)

…ci chłopi nasi, wśród tego gwaru, przepychów i świetności czują się jeszcze bardziej samotni i opuszczeni, niż byli na wielkiej pustyni morskiej. I znowu są na woli bożej. Ani zgadują, ile jeszcze muszą przecierpieć, nim trafi się jaki ksiądz polski, który powie im, gdzie się obrócić, gdzie poszukać roboty, gdzie znaleźć kawałek chleba. (…) Dola ich ciężka, straszna – i kto by odmalował wierny jej obraz, ten by stworzył epos nędzy ludzkiej. O tych dniach bez kawałka chleba, w których głód żelazną ręką targa wnętrzności, o nocach spędzonych w dokach pod odkrytym niebem, o snach przerywanych brzęczeniem moskitów w lecie, poświstem wiatru w zimie – łatwiej jest pisać lub słuchać, niż je odczuć lub przejść samemu… (…)

Ameryka, a ściślej mówiąc: Stany Zjednoczone, nie są ziemią niegościnną. Ci szorstcy demokraci Jankesi, wiecznie zajęci businessem, mają w gruncie rzeczy lepsze serca, niż się na pozór wydaje. Jest to kraj prostych ludzi i prostych uczuć. Młody
i zdrowy mężczyzna usłyszy tam wprawdzie jedną zawsze odpowiedź: pomagaj sam sobie – i z głodu może umrzeć,
jeśli nie potrafi iść za tą radą. Niedołężny za to starzec, kobieta, dziecko doznają tam takiej pomocy, jak nigdzie. (…) …w New Yorku istnieją tak zwane domy dla emigrantów, gdzie każdy przybyły może znaleźć przytułek, pożywienie, naukę angielskiego języka i jakiegoś rzemiosła. Prace dokonywane w takich zakładach przez emigrantów idą na pokrycie kosztów ich utrzymania;
po pewnym zaś czasie, gdy wychodźca przygotowany już jest do walki z życiem, opuszcza zakład i poczyna pracować na własną rękę. (…)

A jednak – czy chłopi nasi nie przywożą do nowej części świata nic, co by mogło zapewnić im spokojne życie i pewny kawałek chleba? Przeciwnie. Przywożą przyzwyczajenie do przestawania na małym, prawdziwie chłopską wytrzymałość, cierpliwość
i żelazne zdrowie. (…) …nasz chłop… (…) Słońce go nie spali, deszcz mu nie zaszkodzi, śniegi i wiatry go nie zmrożą. (…) Przy tym robotnik z niego może mniej zręczny od innych, ale wytrwalszy, korny, cichy. (…)

II.

Przejeżdżając od Oceanu Atlantyckiego ku Wielkim Jeziorom widziałem naokół siebie kraj uprawny, podzielony na małe
po większej części gospodarstwa, czyli tzw. farmy… (…) Dotarłszy już nawet do splotu Wielkich Jezior pociąg mija ustawicznie białe domy farmerów, miasta większe i mniejsze, a niekiedy i grody, do stu tysięcy mieszkańców liczące. (…) Zachodni brzeg Missisipi również już został przekroczony przez pionierów, a ziemie puste, stepowe, dziewicze zaczynają się dopiero
na zachodniej ukrainie Jowy, o kilkanaście dni drogi wozowej od koryta Missouri. Tu dopiero podróżnik, który na próżno dotychczas upatrywał stepów opisywanych przez Coopera, znajduje, czego szukał. (…) Gromady kopców usypanych przez pieski ziemne są jedynymi miastami, przez które przejeżdża się poza Omaha. (…)

Upływają dnie i noce, a step nie kończy się, w miarę tylko jak zbliżamy się do Rocky Mountains, czyli Gór Skalistych, wznosi się nieznacznie coraz wyżej i wyżej, tak że stacja Sherman leży już 8242 stóp nad poziom morza, czyli na granicy wiecznych śniegów. (…) Gdy pociąg wydostanie się… wjeżdża w pustynię jeszcze dzikszą. Dopiero w Utah trafia na Ogden, większą osadę ludzką, zamieszkaną przez mormonów a leżącą niedaleko ich stolicy Salt Lake City. (…) Pominąwszy już jednak to, że aby iść na Daleki Zachód, trzeba najprzód wiedzieć, że on istnieje, o czym nowo przybyły nasz chłop nie ma żadnego pojęcia – iść tam niełatwo. Sama podróż koleją z New Yorku do Chicago, choćby emigranckim tylko pociągiem, więcej prawie kosztuje niż z Hamburga
do New Yorku. Potem i przybywszy już na ziemie niezajęte trzebaż mieć pługi, siekiery, kosy, wozy, konie, muły, broń przeciw dzikim zwierzętom, ziarno na zasiew, słowem: cały tabor osadniczy. Tymczasem chłop nasz, z którego ostatni grosz wyciśnięto
w New Yorku, albo wcale nie może się na Daleki Zachód wydostać, albo jeśli się wydostanie, wówczas wobec tych pustyni
i niebezpieczeństw ujrzy się samotnym i bezbronnym. (…)

Dziś zapewne jest lepiej nowo przybyłym, niż było dawniej. Dziś wychodzą już w Stanach Zjednoczonych gazety polskie, które
o biedzie mogą rozgłosić; istnieją stowarzyszenia zarządzające składki w nagłych wypadkach, ale i dziś, nim słońce zejdzie, rosa częstokroć oczy wyjada, nim zacznie się żyć własnym zapracowanym kawałkiem chleba, długo żyje się boleścią, gorzkimi łzami… i wiele liści burza rozwieje na marne, nim reszta padnie koło jakiego polskiego kościółka na dalekich stepach Wisconsinu, Illinois, Teksasu lub Nebraski. (…)

III.

…byłoby niebezpiecznym wobec amerykańskiego osiadłego Polaka mówić źle lub pogardliwie o Stanach Zjednoczonych.
Nie przestaje on kochać swojej starej ojczyzny, ale po Polsce kocha najwięcej Stany Zjednoczone. Nie ma w tym nic dziwnego. Polak we Francji pozostanie zawsze emigrantem, ta zaś szeroka ziemia uzna go od razu za swego. (…) Po pięciu latach ma się prawo głosowania, zostania deputowanym, senatorem, ministrem, słowem, posiada się wszystko, co posiada zupełny obywatel Stanów. (…)

Głównym ogniskiem polskim jest Chicago, położone w państwie Illinois, nad olbrzymim jeziorem Michigan. (…) Gdy w czasie mej podróży przybywszy o świcie do Chicago udałem się do tej części miasta, chwilami wydawało mi się, że jestem w Polsce. (…)
Po kilku minutach dalszej drogi ujrzałem kościół Św. Stanisława Kostki, wzniesiony na rogu Noble street i Bradley. (…)
W przeciwnej stronie miasta, południowo-zachodniej, osiadła także dość znaczna liczba Polaków. Spójnią dla wszystkich są stowarzyszenia polskie, których celem jest dawanie pomocy nowo przybyłym, obrona swych członków przed obcymi wpływami
i podtrzymywanie ducha narodowego. (…)

Drugim ogniskiem, w którym skupiła się licznie ludność polska, jest Milwaukee w państwie Wisconsin, nad brzegiem jeziora Michigan. (…) W New Yorku ma się znajdować około 8 tysięcy Polaków. Mieli oni tu swój organ, „Kurier Nowojorski”, który niedawno przestał wychodzić. (…) …Polacy żyją rozproszeni w całych Stanach, od Oceanu Atlantyckiego do Spokojnego
i od Zatoki Meksykańskiej aż po Rzekę Św. Wawrzyńca, czyli na przestrzeniach tak rozległych, jak cała Europa. (…)

IV.

Prawdę powiedziawszy, nikt dokładnie nie wie, ilu Polaków zamieszkuje Stany Zjednoczone. (…)

Według mego zdania Polakom amerykańskim mimo najszlachetniejszych usiłowań ze strony przywódców i ich samych grozi niechybnie wcześniejsze lub późniejsze wynarodowienie się i całkowite rozpłynięcie w żywiole amerykańskim. Temu wpływowi języka i cywilizacji anglosaskiej potężniejsze nawet niż polski żywioły oprzeć się nie mogą. Nikt tam nikogo nie chce amerykanizować. Nikt bezwarunkowo nic nie narzuca, każdej narodowości wolno zakładać swoje pisma, szkoły, wojsko nawet,
w którym to ostatnim wypadku rząd pośredniczy o tyle tylko, że zawiązującym się gwardiom przesyła karabiny – a jednak wpływ amerykański staje się nieprzepartym. Cudzoziemcy, którzy przybywszy do Ameryki i zostawszy obywatelami żyją
pod amerykańskimi urządzeniami, biorą udział w życiu publicznym, prędzej czy później przerabiają się na Amerykanów z ducha. Potem przyjęcie języka angielskiego jest już nieubłaganą koniecznością, zależną tylko od czasu. (…)

Ci, co urodzili się w kraju, nie zapomną go ani nad Wielkimi Jeziorami, ani nad Oceanem Spokojnym – i wiary mu dochowają. Osadnicy w Illinois i Teksas przechowują jakby relikwie grudki ziemi polskiej, które wkładają także zmarłym do trumien,
pod głowę lub na piersi. Chłop polski kocha więcej ojczyznę, niż sam wie o tym. Dziś niejeden z nich klepiąc osełką kosę
na stepach Nebraski lub Arkansasu zaduma się, a często i zapłacze, bo mu ten dźwięk rodzinną wioskę przypomni. Dziś jeszcze, gdy gdzieś pod gorącym niebem Teksasu ozwą się organy w kościele, a ludzie zaśpiewają: „Święty Boże”, oczy im zachodzą łzami, a owe myśli chłopskie przelatują jakoby mewy Ocean – i wracają do Polski pod strzechy ojczyste. (…)



["CZYJA WINA. OBRAZEK W JEDNYM AKCIE"]
Pewien misjonarz pytał Murzyna, co wedle jego pojęcia jest złe? Murzyn zamyślił się i rzekł: „Złe jest, jak mi kto żonę ukradnie”. „A dobre?” – spytał ksiądz. – „Dobre - odpowiedział Murzyn – to jak ja komu ukradnę.” (…)

W życiu nawet mężczyzna musi się czegoś trzymać, a ja, słaba kobieta, jestem jak łódka bez steru, bez wiosła i bez światła,
do którego bym zmierzać mogła. A serce wyrywa się do szczęścia. Chciejcie wy zrozumieć, że kobieta musi być kochaną i musi kochać kogokolwiek w świecie; inaczej, w braku prawdziwej miłości, chwyta za pierwszy lepszy jej pozór, za pierwszy lepszy cień… (…)


LIPIEC – 11. [Lwów]


["ŁADNOWSKI"]
Wiecie już zapewne, że wybiera się do was Bolesław Ładnowski, najznakomitszy artysta sceny tutejszej. (…) Co do mnie, widziałem Ładnowskiego w kilkunastu rolach, między którymi było kilka szekspirowskich. (…)

W grze jego widać niezmierne poszanowanie dla Szekspira i przejęcie się ważnością zadania. Przystępuje on do niego z pewnym namaszczeniem, z rozmysłem, a zarazem z prawdziwym uczuciem. Wywołuje to wielkie wrażenie; widz bowiem czuje jakoś,
że Ładnowski gra nie dla oklasków, pochwał i wieńców, ale jakby dla samego Szekspira, jakby z czystej miłości do dzieł i postaci nieśmiertelnego Williama. Jest w nim pewna sumienność i szlachetność w sposobie traktowania sztuki. Znać, że człowiek ten spędził niejedną samotną godzinę na rozmyślaniu, czy tak właściwie należy pojmować Szekspira, co on w danym miejscu chciał powiedzieć, jakie były jego zamiary i myśli istotne. Takie też studia i refleksja, owiane prawdziwym i głębokim uczuciem, nadają rolom jego nie tylko piękno oryginalności, ale i wielki urok poetyczny. Nawiązuje się przez to pewna nić sympatyczna między artystą a publicznością, która czuje, że aktor nie wysuwa nigdy naprzód siebie kosztem autora. (…)

Gra też Ładnowskiego nie jest obliczona na efekt. Widz potrzebuje się w nią wcielić, rozsmakować powoli odczuć myśli i zamiary artysty, tak jak artysta odczuwa autora. (…) Stawiam wysoko Ładnowskiego w Szekspirze! Szczególnie zaś w Otellu, Learze
i Hamlecie. Ten ostatni wyjątkowo jeszcze odpowiada naturze Ładnowskiego, zamkniętej cokolwiek w sobie, skłonnej do refleksji i poetycznej. (…) Jest to artysta, który szczególniej podoba się naturom bardziej subtelnym, wrażliwym i wykwintnym. (…)


SIERPIEŃ – 18. [Szczawnica]


["Z SZCZAWNICY"]
„Wszystko tak, jak było – tylko się ku starości trochę pochyliło…” Zaczynam list mój ze Szczawnicy od tych słów, albowiem dziesięć lat upłynęło od czasu, jak tu byłem. Drzewa na Miodziusiu porosły wprawdzie i utworzyły park dość gęsty, przybyło kilka nowych domów, wybudowanych na stary sposób, ale zresztą… „też lepione ściany i szyby różnobarwne”. (…) Góry były piękne
i pozostały piękne, choć nie porosły; powietrze mimo pewnych przeciwnych usiłowań pozostało czyste i zdrowe, ale wszystko,
co tyczy się wygody gości, komfortu i ozdoby, pozostawiono in statu quo; zamierzone zaś reformy zdano na wolę nieprzepartych okoliczności. (…) Postęp toczy się na kołach, nic więc dziwnego, że mu trochę trudno toczyć się pod górę – a Szczawnica
tak wysoko! (…) Zresztą, ilu to już przed nami narzekało – ilu jeszcze po nas narzekać będzie – a Szczawnica jak była, tak będzie Szczawnicą. (…)

Budować kursale, hotele – jest to zrzekać się oryginalności i iść utorowanymi drogami, a zresztą:

Wielkie domy za granicą,
A w nich ciasno, choć nieludno.
U nas mury się nie świecą,
A o kącik…


Ostatni wiersz mi nie dopisał, bo o kącik bardzo tu trudno. Dawno nie pamiętają takiego zjazdu. Niedokrewność leczy się tu Szymonem, niestrawność Magdaleną, piersiowe słabości Józefiną, desperacja matek i tęsknoty panieńskie kawalerską gotowością do odmiany stanu, bieda kawalerska posagiem – optymiści mówią także, że czasem zielenią się tu i kwitną kwiatki prawdziwych uczuć… Wszystko możliwe – i wszystko to odbywa się tu w sposób parypatetyczny, polegający na chodzeniu z rana po deptaku, z kufelkiem w ręku, po obiedzie – na Miodziusiu, bez kufelków. Niech sobie co kto chce, mówi, ale ten ranny deptak
i popołudniowy Miodziuś to bardzo ładne w swoim rodzaju obrazy. (…) Czas upływa tu swobodnie i wesoło – dzień na wycieczkach, wieczory na koncertach, odczytach lub reunionach. Celem wycieczek bywa leśny potok i Pieniny. (…) Codziennie też liczne szeregi wozów spieszą do Leśnego Potoku, do Czerwonego Klasztoru, do Czorsztyna lub Jarmuty. (…)

Odbył się tu odczyt p. Henryka Sienkiewicza o koloniach polskich w Stanach Zjednoczonych Północnej Ameryki … (…) Teatr za to, mimo wszelkich rozpaczliwych usiłowań dyrekcji bankrutuje. (…)


WRZESIEŃ – 21. [Wenecja]


["Z PAMIĘTNIKA KOREPETYTORA"]
…Światło lampy, chociaż przyćmione często budziło mnie i nieraz o drugiej lub trzeciej po północy widziałem Michasia pracującego jeszcze. Mała i wątła jego postać, przybrana tylko w bieliznę, schylona była nad książką, a w ciszy nocnej senny, zmęczony głos powtarzał mechanicznie koniugacje greckie i łacińskie z tą jednostajnością, z jaką w kościele powtarzają słowa litanii. (…) …skończywszy ostatnią lekcję chłopiec zapominał pierwszej, a łacina, grecki, starosłowiański i nazwy rozmaitych rosyjskich guberni wprowadzały biedną jego głowę w taki chaos i gorączkę, że spać nie mógł. Wyłaził wtedy spod kołdry, zapalał lampę i w koszuli tylko zasiadał na nowo do stolika. (…)

Każdą chwilę potrzebną, dla wesołości, zdrowia i życia chłopca zabierały uprażnienija. Rankiem, gdym mu pakował książki
do tornistra i gdym widział, jak jego chude ramiona gięły się pod ciężarem tych bizantyjskich tomów, serce mi się po prostu ściskało. (…) Biedny Michaś namiętnie i ślepo był przywiązany do matki, że zaś mu powiedziano, iż matka bardzo jest nieszczęśliwa i chora, i że, gdy on będzie się jeszcze źle uczył, to może ją dobić, więc chłopak drżał przed tą myślą i nocami całymi siedział nad książką, byle tylko matki nie zmartwić. (…)

Ja przynajmniej w wieku Michasia, gdym latał za gołębiami po Starym Mieście, miałem swoje czasy zdrowia i wesołości. Kaszel mnie nie męczył; gdym brał w skórę, tom płakał, póki bili, zresztą nie wiedziałem o niczym i nie dbałem o nic. Michaś i tego nawet nie miał. (…) Jestem sam nauczycielem, jakkolwiek prywatnym, i nie wiem, co bym robił na świecie, gdybym jeszcze stracił wiarę w wartość nauki i pożytek, jaki z niej płynie. Myślę tylko po prostu, że nauka nie powinna być tragedią dla dzieci, a złe lub dobre udarenije nie powinno stanowić
o losie i całym przyszłym życiu maleńkich istot. (…) Od sześciu lat byłem jego nauczycielem, pierwej jako guwerner, potem, gdy poszedł do szkół, jako korepetytor; miałem więc czas przywiązać się do niego. (…)

Michaś bardzo przypominał matkę. Nieraz, gdy podnosił na mnie oczy, zdawało mi się, że patrzę na nią. Były to też same delikatne rysy, toż samo czoło z cieniem padającym od włosów, ten sam łagodny zarys brwi, a szczególniej głos prawie jednakowy. (…) Michaś był ostatnim z rodziny, toteż pani Maria kochała go nie tylko jak własne dziecko, ale zarazem
jak wszystkie swoje nadzieje na przyszłość. Na nieszczęście, z zaślepieniem, zwykłym matkom, widziała w nim niepospolite zdolności. Chłopiec wprawdzie istotnie nie był tępy, ale należał do tego rodzaju dzieci, których zdolności, z początku średnie, rozwijają się dopiero później razem z siłami fizycznymi i zdrowiem. (…)

Pracowałem z Michasiem, jakby od tych stopni, które on za postępy dostawał, moja przyszłość zależała. Bo też obaj z moim drogim chłopcem mieliśmy jeden cel, a to nie martwić jej, pokazać dobrą cenzurę, wywołać uśmiech szczęścia na jej usta.
Gdy mu się udało dostać dobry stopień, dziecko przychodziło z klasy rozpromienione i szczęśliwe. (…) Zrzucał natychmiast
ze swoich szczupłych pleców tornister, przeładowany rosyjskimi książkami, i mrugając na mnie jeszcze w progu, wołał:
- Panie Wawrzynkiewicz! Mama będzie kontenta! Dostałem dziś z geografii… niech pan zgadnie ile?
A gdym udawał, że nie zgaduję, przybiegał do mnie z pyszną miną i, zarzuciwszy mi ręce na szyję, mówił niby do ucha, ale bardzo głośno:
- Piątkę! Naprawdę piątkę!
Były to dla nas obydwóch szczęśliwe chwile. (…)
I biednemu chłopcu łzy stawały w oczach, a ja, zamiast go powstrzymać, sam biegłem za nim zmęczoną wyobraźnią
i przypominałem sobie dom w Zalesinie, jego powagę, spokój, tę wyższą szlachetną istotę, która tam była panią, i szczęście, jakie jej sprawi powrót chłopca z celującymi w cenzurze. (…)

Gdyby przedmioty wykładane były za trudne, byłbym sobie poradził, cofnąwszy Michasia z klasy drugiej, do której wszedł –
do pierwszej – i pani Maria, jako rozumna kobieta, zgodziłaby się na to. Ale on doskonale pojmował te niby przedmioty wykładane, nie o naukę więc chodziło, tylko o czas, jaki zabierały lekcje i zadania. Na to już nic nie mogłem poradzić i liczyłem jedynie, że gdy święta nadejdą, odpoczynek wypełni te szczerby w zdrowiu dziecka, które czyniła nadmierna praca. (…) …mały Owicki, prymus, którego naumyślnie sprowadziłem, by Michaś się z nim uczył, mówił mi, iż Michaś głównie dlatego dostaje złe stopnie, że się nie umie wysłowić. W miarę jak dziecko czuło się coraz więcej zmęczone fizycznie i umysłowo, takie niepowodzenia powtarzały się częściej. Zauważyłem, że gdy malec wypłakawszy się, siadał następnie do lekcji, cichy bywał
i niby spokojny, ale usta drgały mu i w tej usilności i w zdwojonej energii, z jaką zabierał się do zadań, było coś rozpaczliwego
i gorączkowego zarazem. (…)

Dziecko traciło siły, chudło, żółkło i zasępiało się coraz bardziej. Czasem trafiało się coś takiego, co przekonywało mnie,
że nie sama jednak praca i niepowodzenia wyczerpują jego siły. (…) Dwie siły, dwa głosy, których słuchać jest obowiązkiem dziecka, ale które też właśnie dlatego winny być zgodne, ciągnęły go w dwie różne strony. Co jedna powaga nazywała białym, zacnym, ukochanym, druga występkiem. Więc w tym rozdwojeniu chłopiec szedł za tą powagą, do której rwało się serce,
ale musiał udawać, że słucha przeciwnej; musiał udawać od rana do wieczora i żyć w tym przymusie dnie, tygodnie, miesiące. (…)

Upływały dnie, tygodnie; biedak podwajał pracę i wysilenia, a skutek był coraz mniejszy, coraz bardziej opłakany. Listy pani Marii przyrzucały jeszcze ciężaru do brzemienia: „Bóg obdarzył cię, Michasiu, niezwykłymi zdolnościami” – kończyła zwykle matka. Gdy chłopiec odebrał pierwszy taki list, chwycił mnie za ręce i zanosząc się od płaczu powtarzał:
- Co ja poradzę, panie Wawrzynkiewicz! Co ja mogę poradzić?
Istotnie, jakąż mógł znaleźć radę na to, że nie przyszedł na świat z wrodzoną zdolnością do języków i chwytania udarenije?
Nadeszły dni rekreacji na Wszystkich Świętych – cenzura wcale była nieszczególna; z trzech najważniejszych przedmiotów miał mierne. Na jego najusilniejsze prośby i zaklęcia nie posłałem jej pani Marii.
- Drogi, złoty panie! – mówił złożywszy ręce. – Mama nie wie, że na Wszystkich Świętych dają stopnie, a do Bożego Narodzenia może Bóg zmiłuje się nade mną.
Biedne dziecko łudziło się nadzieją, że jeszcze te złe stopnie poprawi, a co prawda łudziłem się i ja. (…)

Jakoż nadzieje nie zdawały się być płonne. Zaraz po Wszystkich Świętych Michaś dostał trzy stopnie celujące, z których jeden
z łaciny. Ze wszystkich uczniów sam tylko wiedział, że od gaudeo czas przeszły dokonany jest gavisus sum, a wiedział dlatego,
że dostawszy poprzednio dwa celujące pytał mnie, jak po łacinie: "ucieszyłem się". Myślałem, że chłopak zwariuje ze szczęścia. Odzyskał humor i zdrowie prawie od razu. (…) Utrzymać te celujące noty stało się teraz zadaniem jego życia. Ale był to tylko krótki blask jego szczęścia. Wkrótce fatalny polski akcent w rosyjskim języku zburzył to, co wybudowała usilność i praca,
a nadmierna ilość Bóg wie jakich przedmiotów nie pozwalała dziecku poświęcić każdemu z nich tyle czasu, ile wymagała jego wysilona pamięć. (…) Wieczorem dnia tego widziałem go, jak ścisnąwszy głowę rękoma, szeptał myśląc, że go nie słyszę:
- Boli! boli! boli! (…)

Nazajutrz więc, gdym mu zarzucił na plecy tornister z książkami, zatoczył się i mało nie upadł. Chciałem mu nie pozwolić iść
do szkoły, ale mówił, że mu nic, prosił tylko, żeby go odprowadzić, bo się boi zawrotu głowy. Wrócił w południe z nowym „miernym”. (…) Utwierdziła się stanowczo o nim opinia, że był to chłopiec tępy, leniwy i przesiąknięty wstecznymi, konserwatywnymi instynktami. Z opinią tą, jakoby był tępy i leniwy, walczył jak tonący, rozpaczliwie, ale na próżno. W końcu stracił wszelką wiarę w siebie, wszelką ufność we własne siły. (…)

Boże Narodzenie zbliżało się szybko. Tymczasem chłopiec dostawał coraz gorsze stopnie i co do cenzury nie można się było już łudzić. Napisałem do pani Marii otwarcie, że dziecko jest słabowite a przeciążone, że mimo największej pracy nie może sobie dać rady i że prawdopodobnie trzeba je będzie odebrać ze szkoły, a trzymać na wsi i przede wszystkim wzmacniać jego zdrowie. (…) Tam czekało na niego serce matki i życzliwość ludzka, i cisza, i uspokojenie. Tam nauka miała dla niego twarz swojską i życzliwą, nie obcą, bizantyjską, i wykrzywioną drwiącym uśmiechem z tego, co dziecku było drogie. Tam mu nie mogło przyjść do głowy pytać się mnie z rozpaczą, czy naprawdę była jakaś polska historia; tam wreszcie cała atmosfera była cicha i czysta, którą dziecinne piersi mogły oddychać. (…)

Rwało się wszystko w tej dziecinnej piersi. Przed oczyma widział zamiast światła ciemność i zamiast jednej drogi koło błędne,
z którego nie było wyjścia. Giął się też jak kłos pod wiatrem. Widziałem, że gdy rankiem szedł do klasy, każdy nerw trząsł się
w nim jak przed męką. (…) Oczy jego patrzyły jak oczy męczonego ptaka; czasem opanowywało go dziwne zamyślenie i senność, a ruchy jego zrobiły się jakby bezwiedne. Stał się niezwykle cichy, spokojny i mechanicznie posłuszny. Gdym mu mówił, że czas na przechadzkę, nie opierał się jak dawniej; brał czapkę i szedł za mną w milczeniu. (…)

Siadywał przy lekcjach, odrabiał zadania jak i dawniej, ale więcej już z przyzwyczajenia. Widziałem doskonale, że powtarzając mechanicznie koniugacje, myślał o czym innym albo raczej nie myślał o niczym. (…) …drżałem o jego zdrowie, bo mizerniał ciągle i w końcu stał się prawie przeźroczysty. Siatka delikatnych żyłek, która dawniej ukazywała mu się na skroniach,
gdy się śmiał lub bardzo ożywił, stała się teraz widoczną zawsze. Przy tym, dziwna rzecz, wypiękniał tak, że zrobił się prawie podobny do jakiegoś obrazu. (…) Nie mógł już udźwignąć wszystkich książek w tornistrze, więc wkładałem mu tylko niektóre,
a resztę sam nosiłem, bom teraz codziennie prowadził go i odprowadzał ze szkoły. (…)

Święta nareszcie nadeszły. Konie z Zalesina czekały od dwóch dni, a list pani Marii, który przyszedł wraz z nimi, zapowiadał, iż nas tam czekają z niecierpliwością. „Słyszałam, że ci, Michasiu, ciężko idzie – kończyła pani Maria – nie spodziewam się już celujących, chciałabym tylko, by nauczyciele twoi myśleli tak jak ja, że uczyniłeś wszystko, co było w twej mocy, i że dobrym sprawowaniem starałeś się wynagrodzić niedostateczne postępy”. Ale nauczyciele myśleli wcale co innego, jak również mieli odrębne pojęcie o sprawowaniu się dzieci, więc cenzura zawiodła i te nadzieje. Ostatnia nagana za użycie języka „niewykładowego” tyczyła się wprost sprawowania się chłopca, który „jako nie dający widoków, by mógł korzystać odpowiednio, a zabierający na próżno miejsce innym”, został usunięty ze szkoły. Michaś przyniósł ten wyrok wieczorem. (…)

Zapaliłem lampę i zabrałem się do pakowania rzeczy w tłumok, widząc zaś, że Michaś ciągle stoi nieruchomie przy oknie, spytałem go:
- Co tam robisz, Michasiu?
- Prawda – odparł głosem, który dygotał i zatrzymywał się na każdej sylabie – że mama siedzi teraz z Lolą w zielonym gabinecie przed ogniem i myśli o tym, że przyjedziemy.
- Być może. Czemu ci tak głos drży? Czyś nie chory?
- Nie, panie! Nic mi nie jest, tylko mi bardzo zimno.
Rozebrałem go i położyłem natychmiast do łóżka, bo istotnie drżał cały, a rozbierając patrzyłem z litością na jego wychudzone kolana i ręce tak cienkie jak źdźbła trzciny. Kazałem mu napić się gorącej herbaty i okryłem go, czym było można.
- Lepiej ci teraz, dziecko?
- O tak! Głowa mnie trochę boli.
Biedna głowa, miała od czego rozboleć. Zmęczone dziecko usnęło wkrótce i oddychało pracowicie przez sen swymi wąskimi piersiami, ja zaś skończyłem pakować jego i swoje rzeczy. (…)

Koło północy obudziło mnie światło i jednostajne, dobrze mi znane mruczenie. Jakoż istotnie na stole paliła się lampa,
przed stolikiem zaś nad książką siedział Michaś w jednej koszuli; policzki jego pałały, oczy były przymknięte, jakby dla lepszego natężenia pamięci, głowa trochę w tył przechylona, senny zaś głos powtarzał:
- Coniunctivus: amem, ames, amet
Szarpnąłem go za ramię:
- Michasiu!
Rozbudził się i począł mrugać oczyma, ze zdziwieniem patrząc na mnie, jakby mnie nie poznawał.
-Co ty robisz? Co tobie jest?
- O panie! – odrzekł uśmiechając się – powtarzam wszystko od początku; muszę dostać celujący stopień z łaciny; mama się dopiero ucieszy.
Porwałem go na ręce i zaniosłem do łóżka; ciało jego parzyło mnie ogniem. Na szczęście doktór mieszkał w tym samym domu, sprowadziłem go więc natychmiast. Nie potrzebował się długo namyślać: chwilę potrzymał za puls dziecka, potem rękę położył mu na czole. Michaś miał zapalenie mózgu. (…)

Choroba przybrała szybko zatrważające rozmiary. Posłałem depeszę do pani Marii i na drugi dzień dzwonek, targnięty gwałtownie w przedpokoju, zwiastował mi jej przybycie. (…) Odrzuciła woal, na którym osiadł szron, i wbiegła do pokoju dziecka. (…) Nie poznał nawet matki, gdy siadła przy nim. Dopiero, gdym mu na głowie położył świeży lód, począł mrużyć powieki
i wpatrywać się w matkę usilnie. (…) …w końcu wargi jego wyszeptały cicho:
- Mama!...
Ona chwyciła go za obie ręce i przesiedziała przy nim kilka godzin… (…) Zmieniała teraz sama okłady chłopcu i podawała lekarstwa. On wodził wprawdzie za nią oczyma, gdziekolwiek się ruszyła, ale znowu jej nie poznawał. Gorączka zwiększyła się. Deklamował w malignie „Dumę o Żółkiewskim” Niemcewicza, którą umiał na pamięć, to odmieniał rozmaite słowa łacińskie. Chwilami musiałem wychodzić z pokoju, bom nie mógł tego słuchać. (…)

Przez chwilę zdawało się nam jednak, że chłopiec oprzytomniał, bo zaczął wołać matki i małej Loli. Ale była to krótka chwila. Oddech jego był szybki, stawał się coraz szybszy; czasem ręce spróbował podnosić do głowy, ale opadały mu bezsilnie. Nie było się co łudzić: ta mała dusza była już tylko na wpół między nami; coraz więcej stawaliśmy się mu obcy. (…) Oddech stał się
w końcu podobny do szeptu zegarka. Chwila jeszcze, jedno westchnienie i ostatnie ziarnko piasku miało się zsypać z klepsydry, miał być koniec… Koło północy zdawało się nam stanowczo, że już kona, bo zaczął drgać i jęczeć cicho jak człowiek, któremu usta zalewa woda, a potem zamilkł nagle. (…)

Nad ranem doktór odszedł, ja zaś, że to już czwartą noc spędzałem przy malcu bezsennie i że kaszel mnie dusił coraz mocniej, poszedłem na chwilę do przedpokoju i, położywszy się na sienniku, usnąłem. Obudził mnie głos pani Marii. Myślałem, że mnie woła, ale w ciszy nocnej usłyszałem wyraźnie:
- Michasiu! Michasiu!
I włosy powstały mi na głowie, gdym zrozumiał straszny akcent, z jakim matka wołała. Zanim się zerwałem, wbiegła sama
do pokoju, ogarniając świecę ręką.
- Panie! Michaś umarł…

Włożyliśmy go wreszcie do trumny i ustawili na katafalku, a naokoło dwa rzędy świec. Pokój, w którym biedne dziecko tyle się naodmieniało słów łacińskich i naodrabiało zadań, zmienił się jakby w kaplicę, bo zamknięta okiennica nie puszczała światła dziennego, a żółty, migotliwy blask świec nadawał ścianom pozór jakiś kościelny i uroczysty. Nigdy też od czasu, jak dostał ostatnie celujące, nie widziałem u Michasia twarzy tak rozpogodzonej. Delikatny jego profil zwrócony do sufitu uśmiechał się łagodnie, jakby chłopiec w tej wieczystej rekreacji śmierci upodobał sobie i czuł się szczęśliwy. Migotania świec nadawały twarzy jego i temu uśmiechowi pozory życia i snu. (…)

Dziś, gdy to piszę, upłynęło już od tego czasu kilka miesięcy, ale pamiętam cię i żal mi ciebie, mój mały Michasiu, mój kwiatku uwiędły za wcześnie! Miałeś zły akcent, ale serce poczciwe… Nie wiem, gdzie jesteś… czy mnie słyszysz… wiem tylko, że twój dawny nauczyciel kaszle coraz więcej, że mu coraz ciężej, samotniej i wkrótce może odejdzie, jak ty odszedłeś. (…)

WRZESIEŃ – 24. [Wenecja]


["Z WENECJI"]
(…) Tyle razy już widziałem „kiedy ranne wstają zorze” na różnych morzach, że podobne zjawiska nie powinny na mnie robić wrażenia, ale świt na Adriatyku szczególnie jest uroczysty. Zaczyna się on od wody. Gładka toń marszczy się z lekka, jakby
w łuskę, która stopniowo zaczyna srebrzyć się i blednąć. Woda staje się zwolna jaśniejszą od nieba; coraz więcej blasku wsiąka
w ciemności, z tą bladą czystością linii określanych srebrnymi refleksami. Wierzchnia warstwa wody rozświetla się coraz mocniej, a odbicia jej padają i na twarze ludzkie. Dal morska odsłania się stopniowo, zupełnie jakby kto podnosił z niej zasłonę. Tu i owdzie na horyzoncie widać już trójkątne żagle łacińskie. Lekki powiew, który dochodzi z przestrzeni, zdaje się przynosić ze sobą błękit
i blaski. Widnieje! Widnieje! Świtanie wygląda jak uśmiech blady i smętny, ale nadzwyczaj łagodny i po prostu niepokalany. Potem od strony Triestu pojawia się różaność, złoto i cała cudna gra kolorów porannych; światło tryska, rozlewa się, obejmuje cały widnokrąg, a z przeciwnej strony wynurza się z wody, w tych blaskach i majestacie – Wenecja, la Bella. (…)

Ze zmroku dziejów wychyla się twarz rzeczypospolitej, marmurowa, dumna, potężna, ze lwimi zmarszczkami na czole albo jakby gniewna, zła, okrwawiona, bezduszna i bez gwiazdy-idei nad głową. Z jakąż otuchą myśl wówczas leci daleko, nad ciemne bory sosnowe i szare pola! (…)


PAŹDZIERNIK [?] [Rzym]


["ZA CHLEBEM"]
I. NA OCEANIE - ROZMYŚLANIE - BURZA - PRZYBYCIE

Na szerokich falach oceanu kołysał się niemiecki statek „Blücher”, płynący z Hamburga do New Yorku. Od czterech dni był już
w drodze, a od dwóch minął zielone brzegi Irlandii i wydostał się na pełnię. (…) Od chwili, jak „Blücher” opuścił port hamburski, czas był wietrzny, ale bez burzy. (…) Korzystając z pogody pasażerowie powysypywali się na pokład. (…)

Pomiędzy wszystkimi ludźmi dwoje było najsmutniejszych i jakby od reszty odłączonych: stary mężczyzna i młoda dziewczyna. Oboje, nie rozumiejąc po niemiecku, byli prawdziwie samotni i wśród obcych. Kto oni byli – każdy z nas na pierwszy rzut oka by to odgadł: chłopi polscy. Chłop nazywał się Wawrzon Toporek, a dziewczyna, Marysia, była jego córką. Jechali do Ameryki
i przed chwilą po raz pierwszy ośmielili się wyjść na pokład. (…) Nie mówili do siebie nic, bo nie śmieli. Wawrzon trzymał się jedną ręką
za poręcz, drugą za czapkę rogatą, żeby mu jej wiatr nie zerwał, a Marysia trzymała się tatula i ile razy statek pochylił się mocniej, tyle razy przytulała się do niego silniej, wykrzykując po cichu ze strachu. (…) Gdy ujrzeli „słonko kochane”, lżej im się zrobiło na sercu, bo sobie pomyśleli, że „ono takuteńkie jak w Lipińcach”. (…)

Dziewczynie oczy nabrały łzami, a potem oboje zaczęli rozmyślać o Lipińcach. Wawrzon Toporek rozmyślał, dlaczego jechał
do Ameryki, i jak się to stało, że jechał. Jak się stało? Oto przed pół rokiem w lato zajęli mu krowę z koniczyny. Gospodarz, który ją zajął, chciał trzy marki za szkodę. Wawrzon nie chciał dać. Poszli do sądu. (…) Na koniec przegrał Wawrzon sprawę. Za krowę już się Bóg wie co należało; że zaś nie miał czym zapłacić, zajęli mu konia… (…)

Że zaś przedtem chłop był dostatni i dobrze mu się wiodło, zdjęła go tedy rozpacz straszna i począł pić. W karczmie poznał się
z Niemcem, co się po wsiach niby o len zamawiał, a w rzeczy samej ludzi za morze wywodził. Niemiec powiadał mu cuda i dziwy
o Ameryce. Ziemi obiecywał darmo tyle, ile w całych Lipińcach nie było – i z borem, i z łąkami, a chłopu aż się oczy śmiały. (…) Chłopa kusili, aż go skusili. (…)

…Niemca dłonią w dłoń uderzył, do świętego Michała się wyprzedał, córkę wziął i oto płynął teraz do Ameryki. Ale podróż
nie znaczyła mu się tak dobrze, jak się spodziewał. W Hamburgu obdarli ich bardzo z pieniędzy; na statku jechali we wspólnej sali pod pokładem. (…) Rzucano nimi obojgiem jak rzeczą jaką; popychano go jak kamień przy drodze; Niemcy towarzysze drwili
z niego i z Marysi. (…) Było mu na tym statku źle, samotno, obco. Oprócz opieki Bożej nie czuł nad sobą innej. (…)

Tymczasem za Marysią płynęły inne myśli i wspomnienia, a płynęły, jako on spieniony gościniec lub jak mewy za okrętem. (…)
…dziewczynie uwidziały się Lipińce całkiem takie, jak były: śnieg, skrzypiący na drodze, zorza rumiana między czarnymi gałęziami bezlistnych drzew, stada wron, ciągnące z krakaniem od boru ku wsi, dymy, idące z kominów ku górze, zamarzły żuraw przy studni, a w dali bór, od zorzy czerwony i śniegiem przytrząśnięty. Hej! gdzie to ona teraz była, gdzie ją tatusiowa wola zawiodła! (…)

W takich chwilach dusza dostaje skrzydeł w człowieku i co ma pamiętać – pamięta, co ukochał – kocha goręcej, za czym tęskni – do tego leci. Wawrzon i Marysia uczuli też oboje, że choć ich tam wiatr niesie, jako liście marne, przecie drzewo ich rodzime
to nie ta strona, w którą jechali, ale tamta, z której odjechali: polska ziemia, ona zbożna, jednym łanem się kołysząca, borem zarośnięta, słomianymi strzechami upstrzona, pełna łąk od kaczeńca złotych i wodą świecących, pełna bocianów, jaskółek, krzyków przydrożnych, białych dworów wśród lip; ona, co czapką rogatą pod nogi ima, słowami: „Pochwalony!” wita, a „na wieki wieków” odpowiada; ona wielmożna, ona matka najsłodsza, taka poczciwa, ukochana nad wszystkie inne na świecie. (…)

Tymczasem ściemniło się. Podróżni zaczęli schodzić z pokładu. Na okręcie panował jednak ruch niezwykły. (…) W godzinę później wszystko ukryło się w białawym tumanie, nawet latarnia, którą zawieszono na szczycie masztu, nawet iskry, które wydychał komin. (…) Noc zapadała prawdziwie ślepa i cicha. Nagle wśród tej ciszy z najdalszych krańców widnokręgu ozwały się dziwne szmery. Był to niby ciężki oddech jakiejś olbrzymiej piersi, który się zbliżał. (…) Majtkowie słysząc takie gwary mówią,
że to burza zwołuje z piekieł wiatry. Jakoż zapowiedzi coraz były wyraźniejsze. Kapitan, odziany w gumowy płaszcz z kapturem, stanął na wyższym pomoście; oficer zajął swe zwykłe miejsce przed oświetlonym kompasem. Na pokładzie nie było już nikogo
z podróżnych. Wawrzon z Marysią zeszli także do wspólnej sali pod pokładem. (…)

Sala była duża, ale posępna, jak zwykle sala czwartej klasy. (…) Przejazd choćby dwutygodniowy w takich salach zatruwa płuca niezdrowym powietrzem, powleka wodnistą bladością skórę na twarzy i często prowadzi za sobą szkorbut. Wawrzon
z dziewczyną jechali dopiero dni cztery, a jednak gdyby ktoś porównał dawną Marysię lipiniecką, zdrową, rumianą, z dzisiejszą wynędzniałą przez chorobę, ten by jej nie poznał. Stary Wawrzon też zżółkł jak wosk, ile że przez pierwsze dni nie wychodzili wcale oboje na pokład: myśleli, że nie wolno. (…)

Nagle statek wstrząsnął się silnie, zupełnie jakby się wzdrygnął przed czymś strasznym. (…) Tymczasem zaszumiało coś koło statku, jak bór, którym wicher nagle pożenie; zawyło, jakby stado wilków ryknęło. Wiatr uderzył raz i drugi, położył statek bokiem, a później okręcił nim naokoło, porwał go w górę i cisnął nim w otchłanie. (…) Dziób okrętu, w którym oboje byli umieszczeni, wzlatywał w górę, a potem spadał jak szalony. (…) Wściekłość burzy rosła ciągle. Rozpętały się żywioły, mgła pomieszała się z ciemnością, chmury z wodą, wicher z pianą; fale biły o statek, jak z armat i rzucały nim na prawo, w lewo
i od chmur aż do dna morskiego. (…)

Trwoga milczenia panowała wszędzie, gdy nagle wśród ciszy rozległ się głos Wawrzona:
- Kirie elejzon.
- Chryste elejzon – odpowiedziała łkając Marysia.
- Chryste, wysłuchaj nas!
- Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami! – mówili oboje litanię. W ciemnej sali głos starego i przerywane łkaniem odpowiedzi dziewczyny brzmiały z dziwną uroczystością. (…)

Burza srożyła się coraz wścieklej. Statek skrzypiał, zapadał nosem, osadzał pałubą, kładł się na boki, ale nie tonął. Ludzie uspokoili się po trochu; niektórzy poszli spać. Upłynęło znów kilka godzin; do ciemnej sali przez górne okratowane okno poczęło się wdzierać szare światło. Dzień robił się na oceanie blady, jakby przestraszony, smutny, ciemny; ale przynosił jakąś otuchę
i nadzieję. Odmówiwszy wszystkie modlitwy, jakie umieli na pamięć, Wawrzon i Marysia wczołgnęłi się na swoje tapczany i usnęli głęboko. Przebudził ich dopiero głos dzwonka, wzywający na śniadanie. (…) …sama burza szalała jeszcze prze czterdzieści osiem godzin, potem jakoś się przetarło. (…)

Wypogodziło się wreszcie zupełnie. Ale upływał dzień za dniem, a przed statkiem ciągle widać było tylko toń bez końca, czasem zieloną, czasem błękitną, zlewającą się z niebem. (…)

Drugiego dnia rankiem, gdy wyszli na pokład, dziwny widok uderzył ich oczy. Oto ujrzeli z dala coś kołyszącego się na morzu,
a gdy statek zbliżył się do tego przedmiotu, rozpoznali, że to wielka czerwona beczka, którą fale poruszały łagodnie: w dali czerniała druga taka, trzecia i czwarta. (…) Ożywienie i radość ogarnęły wszystkich podróżnych. (…) Widząc to wszystko, Marysia rzekła:

- Pewnikiem dobijewa do lądu. (…)
- Co to jest? – spytał Wawrzon.
- Nowy Jork – odrzekł stojący obok Kaszuba. (…)
Okręt zbliżał się i zbliżał, śliczne miasto wynurzyło się jakby spod wody. Wielka radość i zdumienie ogarnęły wówczas Wawrzona; czapkę zdjął, usta otworzył i patrzał, patrzał, a potem do dziewczyny:
- A no! Chwalić Boga! Żeby jeno dali ziemię zara kiele miasta z tą oną łączką, bliżej by było na targ. Przyjdzie jarmark: krowę pognasz, świnię pognasz, to i sprzedasz. Narodu tu widać, jak maku. Ja że w Polsce chłop, a tu będę pan… (…)

Tymczasem od kwarantanny przyleciał do okrętu mały statek. Czterech czy pięciu ludzi weszło na pokład. Zaczęły się rozmowy
i nawoływania. Wkrótce drugi statek nadpłynął z samego już miasta przywożąc agentów z hotelów i boarding-housów, przewodników, ludzi wymieniających pieniądze, agentów kolejowych: wszystko to krzyczało w niebogłosy, popychało, kręciło się po całym pokładzie. (…) Kaszuba poradził staremu, by zmienił pieniądze, i obiecał, że nie da go oszukać, więc też Wawrzon
to uczynił. Za to, co miał, dostał czterdzieści siedem dolarów srebrem. (…)

Podróż była skończona. Ludzie zaczęli wysypywać się ze statku jak pszczoły z ula. (…) Ciżba popchnęła ich po pochyłym mostku
i za chwilę znaleźli się w obszernym celniczym budynku. Celnik ubrany w szary surdut ze srebrną gwiazdą, poszczypał ich pakunki, potem krzyknął: „All Wright”, i ukazał na wyjście. Wyszli i znaleźli się na ulicy.
- Tatulu! a co będziewa robić? – spytała Marysia.
- Musiwa czekać. Niemiec powiedział, że zara tu nadejdzie od rządu komisarz i będzie się o nas pytał.

Stanęli więc pod ścianą czekając na komisarza, a tymczasem otoczył ich gwar nieznanego, ogromnego miasta. (…) Dziwne jakieś wydawało się im to miasto, takie gwarne, hałaśliwe, pełne świstu lokomotyw, hurkotu wozów i nawoływań ludzkich. (…) Upłynęła w ten sposób jedna godzina i druga; oni stojąc pod ścianą czekali na komisarza. (…) Ludzie jednak przechodzili koło nich, nawet nie spojrzawszy. Tam nie dziwią się żadnym twarzom ani żadnym ubiorom. (…)

Tymczasem wiatr przejmował im odzież, deszcz ich moczył.
- Maryś, czy ci nie zimno? – spytał Wawrzon.
- Zimno, tatulu – odpowiedziała dziewczyna. Jeszcze jedną godzinę wybiły zegary miejskie. Mroczyło się na świecie. (…) Oni stali czekając na komisarza. Wreszcie zapadła noc i w porcie zrobiła się cisza. (…) Choćby i nie chcieli czekać, dokąd mieli pójść,
co począć, gdzie się obrócić, gdzie przytulić umęczone głowy? Zimno przejmowało ich coraz dotkliwiej, począł dokuczać im głód. Gdyby choć dach im nad głowę, bo przemokli do koszuli. Ach! komisarz nie przyszedł i nie przyjdzie, bo takich komisarzy wcale nie ma. Niemiec był agentem kompanii przewozowej, brał procent od sztuki i o niczym więcej nie wiedział. (…)

Pierwsze blaski dzienne w porcie nowojorskim padły na wodę, na maszty i na budynek celniczy. W szarym tym świetle odróżnić było można dwie postacie śpiące pod ścianą, o wybladłych, zsiniałych twarzach, przytrząśnięte śniegiem, nieruchome,
jakby martwe. (…)

II. W NOWYM JORKU

Schodząc w Nowym Jorku z szerokiej ulicy Brodway ku portowi w kierunku Chattam-square i przeszedłszy kilkanaście ulic przyległych, podróżnik trafia na część miasta coraz biedniejszą, bardziej opuszczoną i posępną. (…) Tu też nocami dość często rozlegają się rewolwerowe strzały, wołania o pomoc, ochrypłe krzyki wściekłości, pijackie śpiewy irlandzkie lub wycia bijących się z sobą na głowy Murzynów. Dniem co chwila całe kółka włóczęgów, w obdartych kapeluszach, z fajkami w zębach, przypatrują się pięściowym walkom, zakładając się przy tym od centa aż do pięciu za każde wybite oko. (…)

W takiej gehennie ludzkiej odnajdujemy dawnych znajomych naszych: Wawrzona Toporka i córkę jego, Marysię. Dziedzictwo, którego się spodziewali, było snem i jak sen pierzchło, a rzeczywistość przedstawia się nam oto w kształcie ciasnej izby, zaklęśniętej w ziemi, o jednym oknie z powybijanymi szybami. (…) To wszystko. Stary Wawrzon, klęcząc przed piecykiem szuka, czy w wygasłym popiele nie schował się gdzie jaki kartofel i do tego szukania wraca co chwila nadaremnie już… drugi dzień; Marysia zaś siedzi na słomie i otoczywszy rękoma kolana patrzy nieruchomie w podłogę. Dziewczyna chora jest i wynędzniała. (…) Trzeci miesiąc upływa, jak mieszkają na bruku i siedzą w tej jamie, więc pieniędzy zabrakło. (…)

Gdzie wetknął ręce, do czego chciał się wziąć, dokąd się udał, wyśmiewano go, odpychano, potrącano, bito; więc nic nie znalazł, znikąd grosza nie mógł zarobić ani wyprosić. Włosy zbielały mu ze zgryzoty, wyczerpała się nadzieja, skończyły się pieniądze,
a zaczynał się głód. (…) Nie było żadnego światła w tej ciemności, którą przed sobą widział, a największego bólu nawet nazwać nie umiał. Tym największym była tęsknota za Lipińcami. (…) Siedzieli w tej chwili, on przy piecyku, ona na słomie. Upłynęła jedna godzina i druga. (…)

Mimo że na dworze było już ciepło, oboje drżeli w izbie od chłodu; wreszcie Wawrzon stracił nadzieję, żeby coś znalazło się
w popiele.
- Maryś! – rzekł – nie mogę już wytrzymać i ty nie wytrzymasz; pójdę nad wodę drzewa nałapać; napaliwa choć w piecu, a może znajdę coś zjeść.
Nie odrzekła nic, więc poszedł. Nauczył się już chodzić do portu i wyławiać kawałki desek od pak i skrzyń okrętowych, które woda na brzeg wyrzuca. Tak robią wszyscy, którzy nie mają za co węgla kupić. (…) Deszczułek różnych kołysało się sporo na wodzie: jedna fala je przynosiła, druga odnosiła na głębię. Wkrótce nałapał ich dosyć. (…) …przeszukiwał resztki jeszcze raz, zjadając,
co mu się zdatne do zjedzenia wydało. O tym, że dziewczyna także nie jadła, nie myślał.

Ale los miał mu się uśmiechnąć. Wracając do domu spotkał wielki wóz z kartoflami, który w drodze do portu ugrzązł w wyboju
i nie mógł się ruszyć. Wawrzon schwycił zaraz za szprychy i zaczął z woźnicą pchać koła. Ciężko było, aż go w krzyżach zabolało, ale wreszcie konie szarpnęły, wóz wyskoczył, a że był czubiasto ładowny, wysypało się nieco sporo kartofli i wpadło w błoto. (…) Wawrzon rzucił się natychmiast na kartofle, pozbierał je łapczywie drżącymi rękoma, schował w zanadrzu i zaraz lepsza otucha wstąpiła mu w serce. W głodzie znaleziony kawałek chleba znalezionym szczęściem się wydaje; więc chłop, wracając do domu mruczał cicho:
- A no, Bogu najwyższemu niech będą dzięki, że wejrzał na niedolę naszą. Drzewo jest, dziewczyna ogień rozpali; gajdoków
je tyla, że na dwa razy wstrzyma. Pan Bóg je miłosierny. (…)

…Marysia od czasu jego wyjścia nie ruszała się ze słomy. (…) Tymczasem ruszył ktoś drzwiami od izby. (…) Był to właściciel rudery, w której mieszkali, stary mulat o twarzy posępnej, brudny, obdarty, z policzkami wypchanymi tytuniem. (…)
- Przychodzę po dolara! – rzekł. (…)
- Bóg wielmożnemu panu zapłaci – dodała po polsku, nie wiedząc już, co mówić i robić.
Wielmożny pan nie zrozumiał wprawdzie, że jest wielmożnym, ale domyślił się, że dolara nie dostanie; domyślił się nawet tak dobrze, że pozbierawszy jedną ręką węzełki z ich rzeczami, drugą wziął dziewczynę za ramię, popchnął lekko w górę na schody, wyprowadził na ulicę i rzuciwszy jej pod nogi rzeczy, potem z równą flegmą uchylił drzwi przyległego szynku i zawołał:
- Hej, Paddy, jest izba dla ciebie. (…)
Mulat zniknął następnie w ciemnej sieni, a dziewczyna została sama na ulicy. Ułożyła węzełki we framudze domu, by się
nie walały w błocie i stanąwszy przy nich czekała pokorna jak zawsze i cicha. (…)

Tymczasem Wawrzon zdążał do domu z tym dobrym uczuciem, jakie w bardzo biednych ludziach budzi jawny dowód miłosierdzia Bożego. (…)
- A ty tu czego stoisz?
- Gospodarz wygnał nas, tatulu!
- Wygnał!?
Drzewo chłopu wypadło z rąk. (…) Poszli… (…) Oddech dziewczyny stawał się coraz trudniejszy, cięższy; zachwiała się na nogach raz i drugi, wreszcie rzekła z prośbą w głosie:
- Tatulu! weźta szmaty, bo już nie mogę.
On jakby się zbudził ze snu.
- To je rzuć.
- Dyć się przydadzą.
- Nie przydadzą się.
Nagle ujrzawszy, że dziewczyna się waha, krzyknął z wściekłością:
- Rzuć, bo cię zabiję!
Tym razem usłuchała przestraszona i poszli dalej. (…)

Przez coraz błotnistsze uliczki zbliżali się ku krańcowi portu, wydostali się na wielkie pomosty, oparte na palach; przeszli obok budynku z napisem: „Sailor's asilum” i zeszli nad samą wodę. (…) Marysia doszedłszy do kupy belek siadła na niej, bo nie mogła iść dalej, Wawrzon w milczeniu koło niej. Godzina już była czwarta po południu. (…) Myślała… sobie dziewczyna,
czym mogli tak bardzo zgrzeszyć, co przeciw Panu Bogu uczynić, że On, taki miłościw, od nich samych tylko odwrócił oblicze swoje i zapomniał o nich wśród obcych ludzi, i rzucił ich na ten brzeg daleki. Toć w Jego ręku było im wrócić szczęście. Tyle przecie statków odpływa w tamtą stronę, a odpływa bez nich. Zmęczona, biedna myśl Marysi jeszcze raz poleciała w stronę Lipiniec i Jaśka koniuchy. Czy tam myśli o niej, czy o niej pamięta? (…)

Ponieważ była chora, więc głód nie dokuczał jej bardzo, ale z męki i osłabienia sen ją ogarniał, powieki zamykały się na oczach,
a wybladła twarz chyliła się na piersi. Chwilami budziła się i otwierała oczy, potem przymykała je znowu. (…) Tu nagle zbudziła się, bo zdało się jej, że warkocza już nie ma i że leci w przepaść. Sen pierzchnął. Nie Jaśko siedział przy niej, ale Wawrzon,
i nie „Dunajec” było widać, ale port nowojorski, warfy, rusztowania, maszty i kominy. Znowu jakieś okręty wypływały na pełnię
i z nich to właśnie dochodziło śpiewanie. Cichy, ciepły, pogodny wieczór wiosenny zaczynał czerwienić się na wodzie i na niebie. (…)

Coraz większy głód żelazną ręką zaczynał szarpać wnętrzności Wawrzona. Chłop siedział ponury i chmurny, ale coś
jakby straszliwe postanowienie zaczęło się malować na jego twarzy. (…) Przez cały czas nie odezwał się do dziewczyny
ani słowem, dopiero gdy nastała noc, gdy port opustoszał zupełnie, rzekł dziwnym głosem:
- Pójdźwa, Maryś!
- Dokąd pójdziewa? – pytała sennie.
- Na owe pomosty nad wodę. Położywa się na deskach i będziewa spali.
Poszli. (…) Gdy doszli na sam jej kraniec, Wawrzon rzekł:
- Tu będziewa spali.
Marysia padła raczej, niż położyła się, na deski i mimo że zaraz opadły ich roje moskitów, usnęła ciężko. Nagle wśród nocy głębokiej obudził ją głos Wawrzona:

- Maryś wstawaj!
Było coś takiego w tym wołaniu, iż rozbudziła się natychmiast.
- Co, tatulu?
Wśród ciszy i ciemności nocnej głos starego chłopa ozwał się głucho, strasznie, ale spokojnie:
- Dziewczyno! Już tobie głodem dłużej nie mrzeć. Nie pójdziesz-że ty pod ludzkie progi o chleb prosić, nie będziesz-że ty
na dworze sypiać. Ludzie cię opuścili, Bóg cię opuścił, dola skapiała, to niech cię choć śmierć przytuli. Woda głęboka jest,
nie będziesz się męczyła. (…) Nie! Ona nie chciała umierać. Ona miała osiemnaście lat i to przywiązanie do życia, tę bojaźń śmierci, jaką daje młodość. (…)

Za nic w świecie! Nieopisany wstręt i strach ogarnęły ją w tej chwili, a rodzony ojciec, mówiący tak w ciemności wydał się jej jakimś złym duchem. Przez ten czas obie jego ręce spoczywały na jej wychudłych ramionach, a głos mówił ciągle z tym strasznym spokojem:
- Choćbyś krzyczała, nikt cię nie usłyszy. Pchnę cię tylko i wszystko dwóch pacierzy nie potrwa.
- Nie chcę, tatulu, nie chcę! – wołała Marysia. – Czy wy się Boga nie boicie? Tatulu serdeczny, złoty, zlitujta się nade mną!
Co ja wam uczyniła? Dyć ja nie narzekała na moją niedolę, dyć ja z wami cierpiała głód i zimno… Tatulu!
Oddech jego stał się szybki, ręce zacisnęły się jak kleszcze… (…) Dziewczyna uczuła, że słabnie. Na koniec nogi jej trafiły
na próżnię, ręce tylko trzymały się jeszcze ojca, ale mdlały. Krzyk o ratunek stawał się coraz cichszy, ręce wreszcie urwały szmat sukmany i Marysia uczuła, że leci w przepaść. Jakoż spadła z platformy, po drodze jednak uczepiła się dylów i zawisła
nad wodą. (…)

Chwila jeszcze, też same ręce, które spychały ją w wodę, chwytają teraz jej mdlejące dłonie i z jakąś siłą nadludzką ciągną ją
w górę. (…) Ocknąwszy się z omdlenia spostrzegła, że leży spokojnie przy ojcu; ale choć było ciemno, dojrzała, że leży krzyżem
i że szlochanie głuche, żałosne wstrząsa nim i rozrywa mu pierś.
- Maryś – ozwał się wreszcie przerywanym przez łkanie głosem – odpuść mi, dziecko… (…)
- Tatulu! Niech wam Pan Jezus odpuści, jako ja odpuszczam… (…)
I zrobiło się jej tak dobrze, jasno, spokojnie, że usnęła naprawdę. Noc mijała i jęła blednąć. Dniało. Świtanie pobieliło wodę. Maszty i kominy zaczęły się wychylać z cienia i jakoby przybliżać; Wawrzon klęczał już schylony nad Marysią. Myślał, że umarła. (…) Śliczny, różany dzień wstawał z wody, słońce grzało coraz silniej, wiatr chuchał litośnie na dziewczynę; mewy kręcąc się wiankiem krzyczały, jakby ją chciały rozbudzić. (…) Jakoż siność ustępowała z wolna z jej twarzy, policzki poróżowiały lekko, uśmiechnęła się raz i drugi, na koniec otworzyła powieki. (…) Uczuł raz na zawsze, że to dziecko – to teraz źrenica oczu jego
i dusza jego duszy, i jakby świętość, nad wszystko ukochana. Ona nie tylko się rozbudziła, ale rozbudziła zdrowsza i rzeźwiejsza niż wczoraj. (…)

- Tatulu! Jeść mi się chce bardzo.
- Pójdź, córuchno, nad wodę, może się tam co znajdzie – rzekł stary.
Wstała bez wielkiego wysilenia i poszli. Ale widocznie jakiś to dzień miał być wyjątkowy w dniach ich niedoli, bo ledwo uszli kilka kroków, ujrzeli tuż koło siebie na rusztowaniu wsuniętą między dwie belki chustkę, a w niej zawinięty chleb, gotowaną kukurydzę i solone mięso. (…) Kto położył tę żywność? W ich mniemaniu Ten, co o każdym kwiatku, ptaku, koniku polnym i mrówce pamięta. Bóg! Zmówili pacierz, zjedli, choć niewiele tego było, i poszli nad wodą aż do głównych doków. Wstąpiły w nich nowe siły. Doszedłszy do budynku celniczego, skręcili pod górę na Water-street ku Broadway. Z odpoczynkami zeszło im na tym parę godzin, bo droga była daleka. (…)

Na Water-street ruch już panował niemały. Z otwierających się bram wychodzili ludzie i szli pośpiesznie do codziennych zatrudnień. W jednej takiej bramie ukazał się wysoki, siwy i wąsaty jegomość z młodym chłopakiem. (…)
- A wy skąd, ludzie? (…)
- Spod Poznania, jaśnie dziedzicu! Spod Poznania.
- Co wy tu robicie?
-W nędzy, w głodzie i w niedoli srogiej żyjewa, drogi panie! (…)
Wprowadził ich do najbliższego bar-roomu; tam wszedłszy do osobnego pokoju zamknął się z nimi i z chłopakiem. (…)

- Wiliam! – rzekł do chłopca – każ im dać jeść.
Następnie pytał dalej:
- Gdzie mieszkacie?
- Nigdzie, jaśnie panie.
- Gdzieście spali?
- Nad wodą.
- Wygnali was z mieszkania?
- Wygnali.
- Nie macie rzeczy prócz tych, co na sobie?
- Nie mamy.
- Nie macie pieniędzy?
- Nie mamy.
- Co będziecie robili?
- Nie wiemy. (…)

Gdy jedli, radowało go to widocznie bardzo. Potem kazał sobie opowiadać, jak się tu dostali i przez co przeszli. Więc Wawrzon opowiedział mu wszystko i nie zataił nic, jako księdzu na spowiedzi. Om gniewał się, wymyślał mu, a gdy doszło do tego,
jak Wawrzon chciał topić Marysię, krzyknął:
- Ja bym cię ze skóry odarł!
Potem do Marysi:
- Pójdź tu, dziewczyno!
Gdy się zbliżyła, wziął w obie ręce jej głowę i pocałował ją w czoło. Potem myślał przez chwilę i rzekł:
- Biedę przeszliście. Ale to jest dobry kraj, tylko trzeba sobie umieć radzić. (…) Wiliam! idź powiedz siostrze, że będziemy mieli gości na obiad i na noc. (…)

Zamyślił się jeszcze głębiej.
-Słuchaj, stary – rzekł nagle. – Zakładają teraz nową osadę Borowina w Arkansas. Jest to piękny kraj i ciepły, a ziemia prawie pusta. Tam gruntu z lasem weźmiesz 160 morgów od rządu darmo, a od kolei za małą opłatą – rozumiesz? Na gospodarstwo
ci dam i bilety na kolej, bo mogę. Pojedziecie do miasta Little-Rock, potem trzeba będzie wozem. Tam znajdziecie i innych, którzy z wami pojadą. Zresztą dam wam listy. Chcę wam pomóc, bom wasz brat; ale twojej dziewczyny sto razy więcej żal mi niż ciebie. Rozumiesz! Bogu dziękujcie, żeście mnie spotkali.
Tu głos jego stał się zupełnie miękki.
- Słuchaj, dziecko! – rzekł do Marysi – oto tu masz moją kartkę: schowaj ją święcie. Jak cię kiedy bieda przyciśnie, jak zostaniesz samotna na świecie i bez opieki, to mnie poszukaj. Tyś biedne dziecko i dobre. Gdybym umarł, Wiliam się tobą zajmie. Kartki
nie zgub! Chodźcie teraz do mnie.
Po drodze kupił im bielizny i ubrania, a wreszcie zaprowadził do siebie i ugościł. (…) Gdy się wszyscy rozeszli spać, Marysia
nie mogła wstrzymać łez widząc, że panna Jenny własnymi rękoma przygotowuje jej pościel. Ach! jacyż to dobrzy ludzie,
ale cóż dziwnego! Przecie stary pan był także rodem spod Poznania.

Trzeciego dnia Wawrzon i dziewczyna jechali już do Little-Rock. Chłop czuł sto dolarów w kieszeni i o biedzie zupełnie zapomniał, a Marysia czuła nad sobą widomą rękę Bożą i wierzyła, że ta ręka nie da jej zginąć… (…) Pociąg leciał dalej i dalej. Powoli okolica stawała się coraz mniej ludna. Farmy znikły, a kraj roztworzył się w szeroki pusty step. (…) Upłynął dzień i noc. Rankiem wjechali w bory, w których drzewa były pookręcane pnącymi się roślinami, grubymi jak ramię ludzkie, co robiło bór tak gęstym, że chyba w niego siekierą jak w ścianę bić. (…)

Przejechali na koniec rzekę ze trzy razy szerszą od Warty, o której później dowiedzieli się, że się nazywa Missisipi, i głuchą już nocą przybyli do Little-Rock. Stąd mieli się wypytać o drogę do Borowiny. (…)

III. ŻYCIE OSADNICZE

Czym była Borowina? Osadą, która miała powstać. Ale widocznie nazwę obmyślono z góry, wychodząc z zasady, że gdzie istnieje nazwa, tam musi istnieć i rzecz. (…) Punktem zbornym dla większości było miasto Little-Rock, ale z Little-Rock do Clarcsville, najbliższej osady ludzkiej, z którą miała sąsiadować Borowina, trochę dalej niż z Warszawy do Krakowa, a co gorsza, trzeba było jechać krajem pustym, przedzierać się przez lasy i wezbrane wody. (…) Prawdę powiedziawszy, przybywszy na miejsce osadnicy… znaleźli tylko las, który dopiero trzeba było karczować. (…) Zaraz z początku pokazało się, że pełnomocnik kolonistów kupił ziemię od kolei na wiarę i nigdy w niej poprzednio nie był; inaczej bowiem nie byłby nabywał głuchej puszczy, zwłaszcza iż równie łatwo było kupić kawałki stepu częściowo tylko lasem pokryte. Tak on, jak i pełnomocnik kolei przybyli wprawdzie na miejsce, by działki rozmierzyć i wskazać każdemu, co do niego należy, ale zobaczywszy jak rzeczy stoją, pokręcili się dwa dni, następnie wykłócili się i, wyjechawszy niby po narzędzia miernicze do Clarcsville, nie pokazali się już w osadzie. (…)

* * *

Między osadnikami odnajdujemy dwie znane nam postacie: starego chłopa, nazwiskiem Wawrzon Toporek i jego córkę Marysię. (…) Chłop od rana do wieczora bór ciął, wióry łupał i belki na chałupę obrabiał; dziewczyna musiała chusty w strumieniu prać, ogień rozniecać, jeść gotować; ale mimo znoju, ruch i powietrze leśne zacierały stopniami na jej twarzy ślady choroby, jakiej nabyła przez nędzę w Nowym Jorku. Gorący powiew z Teksasu opalił i pokrył złotawym odblaskiem bladą jej twarzyczkę. Młodzi chłopcy z Sant-Antonio i znad wielkich jezior, którzy o lada co przyskakiwali do siebie z pięściami, w tym tylko byli zgodni,
że Marysi oczy tak patrzą spod jasnych włosów jak chaber z żyta i że to najładniejsza dziewczyna, jaką oko ludzkie oglądało. (…)

Tymczasem jedna rzecz stawała się coraz widoczniejszą, to że nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje; nim zasiewy na rubieżach leśnych się zazielenią i dochówek jaki będzie, zapasów żywności zabraknie i przyjść może głód. (…)

Pewnego wieczora przyszedł Wawrzon do Marysi i rzekł:
- Widzęć, że wszyscy tu zmarnieją i my zmarniejemy.
- Wola Boga – odrzekła dziewczyna – ale był ci On nam miłosierny, to i teraz nas nie opuści.
Tak mówiąc, podnosiła niebieskie jak chaber oczy do góry ku gwiazdom i w blaskach ogniska wyglądała jak jaki obrazek kościelny. A chłopaki z Chicago i strzelcy z Teksasu patrząc na nią mówili:
-I my nie opuściwa cię, Marysiu, zorzo rumiana. (…)
Marysia nie mogła nie wiedzieć, że w osadzie źle się dzieje, ale w takiej już była toni, z takich przepaści Bóg ją wydobył, taka
jej dusza stała się jasna w niedoli, że ufności w pomoc niebieską nic jej nie mogło odebrać. (…) Stary Wawrzon zachorował wreszcie z wysilenia. Ból jął mu po pacierzach chodzić. Dwa dni nie zważał na to, trzeciego nie mógł wstać. Dziewczyna poszła
do lasu, nazbierała mchu, wysłała nim gotową ścianę domu, leżącą na murawie, położyła ojca na mchach i gotowała mu leki
z wódką. (…)

Upłynął znowu tydzień i drugi. Zapasy dobiegały końca. Zaczęto bić bydło przeznaczone na robotę. Febra rzucała się na coraz nowe ofiary, ludzie na puszczy zaczęli to przeklinać, to wołać wielkimi głosami do nieba o ratunek. (…) Ale Czarny Orlik, który
z borem się znał, utkwił weń czarne swe oczy, popatrzył nań dziwnie jakoś, potem rzekł głośno:
- Ano, to weźmiewa się za bary. (…)

Tymczasem zachodziło słońce. Wysoko między czarnymi gałęziami hikor świeciła jeszcze czas jakiś jasność złota, potem sczerwieniała i gasła. Wiatr pociągał ku południowi, gdy się zmroczyło. Orlik wziął karabin i poszedł do lasu. Noc już zapadła,
gdy w czarnej dali leśnej ludzie ujrzeli niby wielką
gwiazdę złotą, jakoby wschodzącą zorzę lub słońce, które rosło ze straszną szybkością, rozlewając krwawą i czerwoną jasność.
- Bór się pali! Bór się pali! – zaczęto wołać w taborze. (…) Hikory pękały z hukiem armatnim w płomieniach. Czerwone węże ognia wiły się po smolnym podszyciu puszczy. Syczenie, szum, trzask gałęzi, głuche huczenie ognia, pomieszane z wrzaskiem ptactwa
i rykiem zwierząt, napełniały powietrze. Niebotyczne drzewa chwiały się niby płomienne słupy i kolumny. (…)

Pożoga tymczasem hucząc odchodziła dalej a dalej; dzień zrobił się chmurny i groził deszczem. Świtaniem niektórzy ludzie poszli obejrzeć zgliszcza, ale nie podobna było zbliżyć się od gorąca. Drugiego dnia śreżoga na kształt mgły zawisła w powietrzu, tak
że człowiek człowieka o kilkanaście kroków nie mógł odróżnić. W nocy zaczął padać deszcz, który wkrótce przeszedł w straszliwą ulewę. (…) Ludzie, moknąc po całych dniach, zaczęli chorować. Niektórzy znów opuścili osadę pragnąc się dostać do Clarcsville, ale powrócili wkrótce, przywożąc wieść, że rzeka wezbrała i że przejazd jest niepodobny. Położenie stawało się straszne,
bo od przybycia osadników kończył się już miesiąc, zapasy mogły się wyczerpać, a dostać nowych z Clarcsville było niepodobieństwem.

Wawrzonowi tylko i Marysi mniej groził głód niż innym, czuwała bowiem nad nimi potężna ręka Czarnego Orlika. Co dzień rano przynosił im zwierzynę, którą albo strzelał, albo łapał we wnyki; na ścianie domu, na której leżał Wawrzon, Orlik ustawił swój namiot, by starego i Marysię od deszczu zabezpieczyć. (…) Stary chorzał coraz bardziej, chwilami dostawał gorączki, mówił
o grzechach swoich, o Lipińcach i o tym, że mu Bóg nie pozwoli ich zobaczyć. (…)

Deszcz lał coraz większy. Pewnej głuchej nocy, gdy Orlik poszedł jak zwykle do boru, w taborze rozległ się krzyk przeraźliwy:
- Woda! woda!
Gdy ludzie przetarli ze snu oczy, ujrzeli w ciemności, jak okiem sięgnąć, jedną białą płaszczyznę, pluskającą pod deszczem
i kołysaną wiatrem. (…) Woda dochodziła im zaledwie do kolan, ale wzbierała szybko. (…) Znać było, że to nie zwykły zalew deszczowy, ale że rzeka Arkansas i wszystkie jej dopływy musiały wylać. (…) Coraz wścieklejszy huk wód zgłuszył wszystko,
i ryki tonących zwierząt, i wołania: „Jezu! Jezu!…” Na łące potworzyły się wiry i koliska, wozy nikły… A Wawrzon i Marysia?
Ta ściana domu, na której stary chłop leżał pod Orlikowym namiotem, uratowała ich na razie, bo spłynęła jak tratwa. (…)

Namiot zerwało… a i sama tratwa mogła rozbić się co chwila, bo i przed nią, i za nią płynęły pnie powyrywanych drzew, które mogły ją zgnieść lub podważyć. Na koniec wpadła między gałęzie jakiegoś drzewa, którego czub było tylko widać z wody,
ale w tej samej chwili z owego czuba doszedł głos ludzki:
- Weź karabin i przejdźcie na drugą stronę, by się tratwa nie przechyliła, jak zeskoczę… (…)
Był to Orlik.
- Maryś! – rzekł – jakom ci powiedział, tak cię nie opuszczę. Boga mi! Ja was i z tej toni wyprowadzę. (…)
Wydostawszy się na właściwe łożysko strumienia płynęli z szybkością błyskawicy. Gdzie? nie wiedzieli, ale płynęli. Orlik od czasu do czasu odpychał pnie, gałęzie lub wykręcał tratwę, by omijać drzewo stojące. (…)

Nad samym rankiem wydostali się z lasów, bo żadnego wierzchołka drzewa nie było widać na widnokręgu. Za to cała okolica wyglądała jak jedno morze. (…) Orlik widząc, że żadnego pnia w pobliżu nie ma, przestał na chwilę wiosłować i odwrócił się
do Marysi:
- Mojaś ty teraz, bom cię śmierci wydarł. (…)
Orlik począł znowu wiosłować. Tymczasem Wawrzon czuł się gorzej i gorzej. Chwilami miał gorączkę, chwilami opuszczała go,
ale słabnął. Za dużo już było cierpień na jego stare, sterane ciało. Zbliżał się kres i uspokojenie wielkie, ulga wieczysta. (…)

Wieczorem wypogodziło się. Słońce w chwili zachodu pokazało się nad zalaną okolicą i odbiło się w wodzie długą, złocistą taśmą. Stary zaczął konać. Bóg jednak zmiłował się nad nim i dał mu śmierć pogodną. Z początku powtarzał żałosnym głosem: „Odjechałem od Polski, od tamtej ziemi”, ale potem w obłędzie gorączki zdało mu się, że do niej wracał. (…) On już w Lipińcach, bo tylko martwe jego ciało spoczywa na zabłąkanej wśród powodzi tratwie, a dusza poleciała tam, gdzie jej szczęście i spokój. Próżno dziewczyna zawodzi nad nim: „Tatulu, tatulu!” Biedna Marysiu, nie wróci on do ciebie! Jemu za dobrze w Lipińcach. Nadeszła noc. Orlikowi wypadała już tyczka z ręki od wiosłowania i głód dokuczał. (…) Wpłynęli w łożysko jakiejś większej rzeki, bo prąd znowu szybko unosił tratwę. Niepodobna było nią kierować. (…)

Nagle tyczka pękła z natężenia w Orlikowym ręku. Byli bez wiosła. Prąd odnosił ich coraz dalej, światło zmniejszało się.
Na szczęście tratwa po kwadransie trafiła na drzewo stojące samotnie na stepie i uwięzła w jego gałęziach. (…) Orlik rzucił się
na tratwę, jak długi. Nie było rady. Przez chwilę leżał martwy; na koniec podniósł się i mówił:
- Maryś… Inną dziewkę dawno bym ja wolą niewolą wziął i w lasy poniósł. Myślałem i z tobą tak zrobić, alem nie śmiał, bom cię umiłował. Chodziłem jak wilk sam po świecie i ludziska się mnie bali, a ja się ciebie zląkłem, i ot, Maryś, tyś mi chyba zadała co… Ale nie masz-że ty mnie poślubić: lepsza śmierć! Wyratuję cię albo zginę… (…)
…rzucił się na wodę i począł płynąć. Przez chwilę widziała w ciemności jego głowę i ramiona prujące wodę mimo prądu, bo pływak był dzielny. Ale wkrótce zniknął jej z oczu. Płynął do łodzi po ratunek dla niej. (…) Nagle uczuł, że kolana i nogi zesztywniały mu zupełnie. Jeszcze kilka rozpaczliwych wysileń… łódź coraz bliżej… „Pomocy! ratunku!…” Ostatni wyraz stłumiła woda, która zalała mu gardło. Zanurzył się. Fala przeszła nad jego głową, ale wypłynął znowu. (…) Dosłyszano go, bo plusk stał się szybszy. Ale Orlik zanurzył się znowu. Porwał go potworny wir… Przez chwilę jeszcze zaczerniał na fali, potem jedna tylko jego ręka wzniosła się nad wodę, potem druga, a potem zniknął w topieli…

Tymczasem Marysia sama na tratwie, tylko z trupem ojca, patrzyła jak błędna w dalekie światło. (…) Za chwilę silne ręce przeniosły Marysię do czółna, ale Orlika w tym czółnie nie było. W dwa miesiące potem Marysia wyszła ze szpitala w Little-Rock
i za pieniądze, zebrane przez dobrych ludzi, pojechała do Nowego Jorku. A pieniędzy tych nie było dość. Część drogi musiałaby robić piechotą, jednakże mówiąc już trochę po angielsku, umiała wyprosić już sobie u konduktorów, że ją zabierali darmo. (…)

Wychudła, drżąca z osłabienia ręka targnęła za dzwonek przy Water-Street w Nowym Jorku. To Marysia szła szukać pomocy
u starego pana, rodem spod Poznania. Otworzył jej obcy jakiś, nieznany człowiek.
- Mister Złotopolski w domu?
- Kto to jest?
- Wiekowy pan – tu pokazała kartę.
- Umarł.
- Umarł? A syn?… Pan Wiliam?
- Wyjechał.
- A panna Joanna?
- Wyjechała.
Drzwi zamknęły się przed nią. Siadła na progu i zaczęła sobie twarz ocierać. Była znowu w Nowym Jorku, sama, bez pomocy,
bez opieki, bez pieniędzy, na woli Bożej. (…)

Poszła do portu i czołgała się u nóg niemieckich kapitanów… Oni by ją zabrali; bo gdyby się trochę odżywiła, byłaby z niej ładna dziewczyna. Oni by radzi, ale cóż? Prawa nie pozwalają… zresztą zgorszenie… Niech więc im da pokój. Dziewczyna chodziła sypiać na ten sam pomost, na którym raz już spali z ojcem, owej pamiętnej nocy, gdy ją chciał topić. Żywiła się tym, co wyrzucała woda, jako się w Nowym Jorku z ojcem żywili. (…)

Pewnego poranku przywlokła się z wysileniem i z tą myślą, że to chyba już ostatni raz, bo jutro sił nie starczy. Postanowiła
nie prosić, jeno dostać się na pierwszy lepszy statek, odchodzący do Europy i schować się gdzieś na dnie cichutko. (…)
Ale przy mostku, prowadzącym na okręt, pilnowano dobrze wchodzących i strażnik odepchnął ją przy pierwszej próbie. Siadła tedy na palu przy wodzie i pomyślała sobie, że ją chyba gorączka chwyta. (…) Biedaczka dostała nie gorączki, ale obłąkania. Odtąd przychodziła codziennie do portu wyglądać Jaśka. Ludzie przyzwyczaili się do niej i obdarzali czasem jałmużną. Ona dziękowała pokornie, uśmiechając się jak dziecko. Trwało tak ze dwa miesiące. Pewnego jednak razu nie przyszła do portu
i odtąd nie widziano jej więcej. (…)

PAŹDZIERNIK – 18. [Rzym]


["LIST Z RZYMU"]
(…) W Rzymie, właściwie mówiąc, są trzy miasta: nowożytne, dawne papieskie i starożytne. Topograficznie nie są od siebie oddalone. Częstokroć domy wybudowane dziś lub wczoraj stoją na fundamentach starorzymskich; między zwykłymi kamienicami wznosi się tu i owdzie wieża romańska; czoła kościołów wsparte są na starożytnych kolumnach; słowem, życie wieków średnich wyrastało jak pleśń na zwaliskach świata pogańskiego; potem samo z kolei zapadło w gruzy, z których lepił sobie gniazdo człowiek nowożytny. Rzym jest to więc mieszanina bezładna trzech światów i wskutek tego najosobliwsze miasto na świecie. (…)

Starożytnego Rzymu widzi się na każdym kroku ślady, ale przeważnie ślady tylko. W ogóle zapadł on w ziemię, wieki pochowały go jak umarłego człowieka i pokryły grubymi warstwami gruntu, a na tym olbrzymim grobie zazieleniało nowe życie.
Ale ciekawość dzisiejsza lubi odgrzebywać stare mogiły: w ten sposób odgrzebano Forum Romanum. (…) Forum jest to dziś ogromny prostokąt, zapadły na ośm metrów w ziemię, ograniczony w swej długości z jednej strony Kapitolem, z drugiej Koloseum. Po prawej stronie leży Skała Tarpejska i gruzy pałaców cezariańskich, po lewej – więzienie Mamertyńskie, świątynia Antonina i Faustyny, a na koniec olbrzymie zrujnowane mury świątyni Konstantyna. (…)

[07. Rzym - Forum Romanum]
Przez łuk Tytusa, obok zwalisk pałaców cezariańskich, przechodzi się do Koloseum. Łuk ten – to najpiękniejszy zabytek czysto rzymskiego budownictwa; jakoż wyśmienite jego wymiary i pyszne rzeźby wyróżniają go od pobliskiego łuku Konstantyna, stojącego na drodze do łaźni Karakalli. Na wewnętrznej wklęsłej jego stronie płaskorzeźba wyobraża pochód tryumfalny Tytusowych legionów obciążonych łupami zburzonej Jerozolimy. (…) Żydzi tutejsi z getto omijają z daleka tę bramę strasznych dla nich wspomnień. (…)

[08. Rzym - Koloseum]
Pod sklepieniem łuku Konstantyna przechodzi droga do łaźni Karakalli. Droga to prześliczna, wśród ogrodów i wądołów, których szczyty pokryte są sosnami kształtu parasoli, stoki zaś porastają winogradem i wysoką kukurydzą. Na prawo i na lewo, raz wraz ponad masą zieleni, wznoszą się jakieś zwaliska i szczątki. Krajobraz jest włoski, pełen słodyczy, światła, lazuru, a oko leci daleko w przezroczy powietrznej. Cichość przerywają tylko ćwierkania wróbli na drzewach, bo zresztą dziwnie jest mało ruchu
w tej okolicy. (…)

[09. Rzym - łaźnie Karakalli]
Wydostałem się wreszcie na drogę wiodącą do łuku Konstantyna. (…) Tymczasem ciemniało coraz bardziej, i na koniec zrobiła się noc, ale noc włoska, ciepła, gwiaździsta. Księżyc roztoczył już na Forum i Koloseum czarodziejstwo bladych promieni. (…)
[Fotografie: Autor: 07. i 09. - Longbow4u; 08. - Diliff. Źródło – Wikipedia.]
[Zdjęcia: 07. i 09. - objęte są licencją GNU FDL]. [Zdjęcie 08. objęte jest licencją CC-BY-SA].



LISTOPAD [Warszawa]


["MIESZANINY LITERACKO-ARTYSTYCZNE"]
(…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega, albo zaśnie – w każdym razie wygrywa. Dalej więc do książek! (…)

Słuchajcie wy, którzy w aniołów na ziemi wierzycie: miłość młodej dziewczyny to mgła – która zaćmiewa głowę; jeśli opadnie
na sercu, prowadzi za sobą pogodę życia dwóch istot; jeśli nie opadnie, ale zostanie w głowie, pada deszcz łez z oczu tego, który
w anioła uwierzył. (…)

LISTOPAD – GRUDZIEŃ [Warszawa]


["Z PAMIĘTNIKA POZNAŃSKIEGO NAUCZYCIELA"]
[Jest to redakcja druga, wywołana przekonaniem pisarza, że nowela „Z pamiętnika korepetytora” w brzmieniu pierwotnym nie mogłaby się ukazać
ze względów cenzuralnych, jako utwór piętnujący stosunki w szkołach carskich w Królestwie Polskim. Utwór w wersji pierwotnej Henryk Sienkiewicz czytał w gronie znajomych w pierwszych miesiącach 1879 r. Podano ją tutaj pod datą „WRZESIEŃ – 21.” Redakcję drugą: „Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela” – traktowana jest jako ostateczna i powszechnie znana.]

(…) …Światło lampy, chociaż przyćmione, budziło mnie, i nieraz o drugiej lub trzeciej po północy widziałem Michasia, pracującego jeszcze. Mała i wątła jego postać, przybrana tylko w bieliznę, schylona była nad książką, a w ciszy nocnej senny i zmęczony głos powtarzał mechanicznie koniugacje łacińskie lub greckie z tą jednostajnością, z jaką w kościele powtarzają słowa litanii. (…) Skończywszy ostatnią lekcję, chłopiec zapominał pierwszej, a koniugacje greckie, łacińskie, niemieckie i nazwy rozmaitych powiatów wprowadzały biedną jego głowę w taki zamęt, że spać nie mógł. Wyłaził tedy spod kołdry, zapalał lampę i zasiadał
na nowo do stolika. (…)

Każdą chwilę potrzebną dla wesołości, zdrowia i życia chłopca, zabierała łacina, grecki i… niemiecki. Rankiem, gdym mu pakował książki do tornistra i gdym widział, jak chude jego ramiona gięły się pod ciężarem tych bizantyjskich tomów, serce mi się
po prostu ściskało. (…) Biedny Michaś namiętnie i ślepo był przywiązany do matki, że zaś mu powiedziano, iż matka bardzo jest nieszczęśliwa, chora, i że gdy on będzie jeszcze się źle uczył, to może ją dobić – więc chłopak drżał przed tą myślą i całymi nocami siadywał nad książką, byle tylko matki nie zmartwić. (…)

Ja przynajmniej w wieku Michasia, gdym latał za gołębiami po ulicach lub grywał w pliszki pod ratuszem, miałem swoje czasy zdrowia i wesołości. Kaszel mnie nie męczył; gdym w skórę brał, tom płakał, póki bili; zresztą byłem swobodny jak ptak
i nie dbałem o nic. Michaś i tego nawet nie miał. (…) Jestem sam nauczycielem, jakkolwiek prywatnym, i nie wiem, co bym robił na świecie, gdybym jeszcze stracił wiarę w wartość nauki i pożytek, jaki z niej płynie. Myślę tylko po prostu, że nauka
nie powinna być tragedią dla dzieci, że łacina nie może zastąpić powietrza i zdrowia, a dobry lub zły akcent nie powinien stanowić
o losie i życiu maleńkich istot. (…) Od sześciu lat byłem jego nauczycielem, pierwej jako guwerner, potem, gdy wszedł do drugiej klasy, jako korepetytor, miałem więc czas przywiązać się do niego. (…)

Michaś bardzo przypominał matkę. Nieraz, gdy podnosił na mnie oczy, zdawało mi się, że patrzę na nią. Były to też same delikatne rysy, toż samo czoło z cieniem padającym od bujnych włosów, ten sam łagodny zarys brwi, a szczególniej głos prawie jednakowy. (…) Michaś był ostatnim z rodziny; toteż pani Maria kochała go nie tylko jak własne dziecko, ale zarazem
jak wszystkie swoje nadzieje na przyszłość. Na nieszczęście, z zaślepieniem, zwykłym matkom, widziała w nim niepospolite zdolności. Chłopiec wprawdzie istotnie nie był tępy, ale należał do tego rodzaju dzieci, których zdolności, z początku średnie, rozwijają się dopiero później razem z siłami fizycznymi i zdrowiem. (…)

Pracowałem z Michasiem, jakby od tych stopni, które on za postępy dostawał, moja własna przyszłość zależała. Bo też obaj
z moim drogim chłopcem mieliśmy jeden cel, a to: nie zmartwić jej, pokazać dobrą cenzurę, wywołać uśmiech szczęścia na jej usta. Gdy mu się udało dostać dobry stopień, malec przychodził z klasy rozpromieniony i szczęśliwy. (…) Zrzucał natychmiast
ze swoich wąskich pleców tornister przeładowany książkami i, mrugając na mnie, mówił jeszcze w progu:
- Panie Wawrzynkiewicz, mama będzie kontenta! Dostałem dziś z geografii… niech pan zgadnie ile?
A gdym udawał, że nie zgaduję, przybiegał do mnie z pyszną minką i, zarzuciwszy mi ręce na szyję, mówił niby do ucha,
ale bardzo głośno:
- Piątkę! naprawdę piątkę!
Były to dla nas obydwóch szczęśliwe chwile. (…)
I biednemu chłopcu łzy stawały w oczach, a ja, zamiast go powstrzymywać, sam biegłem za nim zmęczoną wyobraźnią
i przypominałem sobie dom w Zalesinie, jego powagę, spokój, tę wyższą, szlachetną istotę, która tam była panią, i szczęście, jakie jej sprawi powrót chłopca z celującymi w cenzurze. (…)

Gdyby przedmioty wykładane były za trudne, byłbym sobie poradził, cofnąwszy Michasia z klasy drugiej do pierwszej; ale on
te przedmioty, jakkolwiek jałowe, doskonale pojmował; nie o naukę więc chodziło, tylko o czas i ten nieszczęsny niemiecki język, którym dziecko nie władało dostatecznie. Na to już nic nie mogłem poradzić i liczyłem jedynie, że gdy święta nadejdą, odpoczynek wypełni te szczerby w zdrowiu chłopca, które czyniła nadmierna praca. (…) …mały Owicki, prymus z klasy drugiej, którego naumyślnie sprowadziłem, aby się Michaś z nim uczył, mówił, że Michaś głównie dlatego dostaje złe stopnie,
że się nie umie… wyjęzyczyć. W miarę jak dziecko czuło się coraz więcej zmęczone umysłowo i fizycznie, takie niepowodzenia powtarzały się częściej. Zauważyłem, że gdy wypłakawszy się, siadał następnie do lekcji, cichy bywał i niby spokojny, ale w tej zdwojonej energii, z jaką zabierał się do zadań, było coś rozpaczliwego i gorączkowego zarazem. (…)

Dziecko traciło siły, chudło, żółkło i zasępiało się coraz bardziej. Czasem trafiło się coś takiego, co przekonywało mnie,
że nie sama jednak praca wyczerpywała jego siły. (…) Dwie siły, dwa głosy, których słuchać jest obowiązkiem dziecka, ale które też właśnie dlatego winny być zgodne, szarpały Michasia w dwie przeciwne strony. Co jedna powaga nazywała białym, cnym, ukochanym, druga naznaczała piętnem strupieszenia i śmieszności; co jedna zwała cnotą, druga występkiem. Więc w tym rozdwojeniu chłopiec szedł za tą powagą, do której rwało mu się serce, ale musiał udawać, że słucha i bierze do serca słowa przeciwne; musiał udawać od rana do wieczora i żyć w tym męczącym przymusie dni, tygodnie, miesiące… (…)

Upływały dni, tygodnie; biedak podwajał wysilenia, a skutek coraz był mniejszy, coraz bardziej opłakany. Listy pani Marii, jakkolwiek słodkie, przyrzucały jeszcze wagi do brzemienia. „Bóg Cię obdarzył, Michasiu, niezwykłymi zdolnościami – pisała matka – ufam więc, że nie zawiedziesz nadziei, jakie w tobie złożyłam, i że staniesz się krajowi i mnie pociechą.” Gdy chłopiec odebrał pierwszy raz taki list, chwycił mnie za ręce spazmatycznie i zanosząc się od płaczu, zaczął powtarzać:
- Co ja poradzę, panie Wawrzynkiewicz, co ja mogę poradzić?
Istotnie, cóż mógł zrobić? cóż mógł poradzić na to, że nie przyszedł na świat z wrodzoną łatwością do języków i że nie umiał się po niemiecku wyjęzyczyć? Nadeszły czasy rekreacji na Wszystkich Świętych; cenzura kwartalna wcale była nieszczególna:
z trzech najważniejszych przedmiotów miał mierne. Na jego najusilniejsze prośby i zaklęcia nie posłałem jej pani Marii.
- Drogi panie! – wołał, złożywszy ręce – mama nie wie, że na Wszystkich Świętych dają stopnie, a do Bożego Narodzenia może Pan Bóg zmiłuje się nade mną.
Biedne dziecko łudziło się nadzieją, że jeszcze te złe stopnie poprawi, a co prawda łudziłem się i ja. (…)

Jakoż nadzieje zdawały się nie być próżne. Zaraz po Wszystkich Świętych Michaś dostał trzy stopnie celujące, z których jeden
z łaciny. Ze wszystkich uczniów w klasie sam tylko wiedział, że od gaudeo czas przeszły jest gavisus sum, a wiedział dlatego,
że dostawszy poprzednio dwa celujące, pytał się mnie, jak po łacinie: „cieszę się”. Myślałem, że chłopak zwariuje ze szczęścia. (…) Utrzymać te celujące stało się teraz zadaniem jego życia. Ale to był krótki blask szczęścia. Wkrótce fatalny akcent polski zburzył to, co wybudowała usilność, a nadmierna ilość przedmiotów nie pozwalała dziecku poświęcać każdemu z nich tyle czasu, ile wymagała jego wysilona pamięć. (…) Wieczorem dnia tego widziałem go, jak, ścisnąwszy głowę obu rękoma, szeptał, myśląc,
że go nie słyszę: „Boli! boli! boli!” (…)

Następnego dnia, gdym mu zarzucił na plecy tornister z książkami, zatoczył się i mało nie upadł. Chciałem mu nie pozwolić iść
do szkoły, ale mówił, że mu nic nie jest; prosił tylko, by go odprowadzić, bo się boi zawrotu głowy. Wrócił w południe z nowym miernym. (…) Utwierdziła się o nim stanowcza opinia, że był to chłopiec przesiąknięty „wstecznymi zasadami i instynktami”, tępy i leniwy. Z dwoma ostatnimi zarzutami, o których wiedział, walczył jak tonący z falą – rozpaczliwie, ale na próżno. W końcu stracił wszelką wiarę w siebie, wszelką ufność we własne siły... (…)

…Boże Narodzenie zbliżało się szybko i co do cenzury nie można się było już łudzić. Napisałem do pani Marii, chcąc ją o tym uprzedzić. Powiedziałem otwarcie i stanowczo, że dziecko jest słabowite a przeciążone, że mimo największej pracy nie może sobie dać rady i że prawdopodobnie od świąt trzeba je będzie odebrać ze szkół, trzymać na wsi i przede wszystkim wzmacniać jego zdrowie. (…) Tam czekało na niego serce matki i życzliwość ludzka, i cisza, i uspokojenie. Tam nauka miała dla niego twarz swojską, życzliwą, nie obcą i odpychającą; tam cała atmosfera była swojska i czysta, którą dziecinne piersi mogły oddychać. (…)

Rwało się wszystko w tej dziecinnej piersi, i przed oczyma widział zamiast światła – ciemność. Giął się też jak kłos pod wiatrem. W końcu twarz tego jedenastoletniego dziecka przybrała wyraz po prostu tragiczny; wyglądał tak, jakby go za gardło dusił ustawicznie płacz i jakby gwałtem wstrzymywał szlochanie; chwilami oczy jego patrzyły jak oczy cierpiącego ptaka; potem opanowało go dziwne zamyślenie i senność; ruchy jego zrobiły się jakby bezwiedne, a głos dziwnie powolny. Stał się niezwykle cichy, spokojny i mechanicznie posłuszny. Gdym mu mówił, że czas na przechadzkę, nie opierał się, jak dawniej, ale brał czapkę
i szedł za mną w milczeniu. (…)

Siadywał przy lekcjach, odrabiał zadania, jak i dawniej, ale więcej już z przyzwyczajenia. Znać było, że powtarzając mechanicznie koniugacje, myślał o czym innym, albo raczej nie myślał o niczym. (…) …niepokoiłem się o jego zdrowie, bo mizerniał ciągle
i w końcu stał się prawie przezroczysty. Siatka delikatnych żyłek, która dawniej ukazywała mu się na skroniach, gdy się ożywił bardzo, uwidoczniła się teraz stale. Wypiękniał tak, że zrobił się prawie podobny do jakiegoś obrazu. (…) Nie mógł już udźwignąć wszystkich książek w tornistrze, więc wkładałem mu tylko niektóre, resztę zaś nosiłem, bom teraz codziennie prowadził go
i odprowadzał ze szkoły. (…)

Święta wreszcie nadeszły. Konie z Zalesina czekały od dwóch dni, a list pani Marii, który przyszedł wraz z nimi, zapowiadał, iż nas tam wszyscy wyglądają z niecierpliwością. „Słyszałam, że ci, Michasiu, ciężko idzie – kończyła pani Maria – nie spodziewam się już celujących, chciałabym tylko, by i nauczyciele twoi myśleli tak jak ja, że uczyniłeś wszystko, co było w twej mocy, i że dobrym sprawowaniem starałeś się wynagrodzić niedostateczne postępy.” Ale nauczyciele myśleli inaczej pod każdym względem, więc cenzura zawiodła i to oczekiwanie. Ostatnia publiczna nagana tyczyła się wprost sprawowania chłopca, o którym pani Maria miała także odmienne pojęcie. W opinii niemieckich profesorów to tylko dziecko dobrze się sprawiało, które płaciło śmiechem
za ich drwiny z „polskiego zacofania”, języka i tradycji. Skutkiem takich pojęć etycznych Michaś, jako nie dający widoków,
by mógł na przyszłość słuchać z korzyścią wykładów, a zabierający na próżno miejsce innym, został usunięty ze szkoły. Przyniósł ten wyrok wieczorem. (…)

Zabrałem się do układania rzeczy w kuferek, widząc zaś, że Michaś stoi ciągle przy oknie, rzekłem wreszcie:
- Co tam robisz, Michasiu?
- Prawda – odparł głosem, który dygotał i zatrzymywał się na każdej sylabie – że mama siedzi teraz z Lolą w zielonym gabinecie przed ogniem i myśli o mnie?
- Być może. Czemu ci tak głos drży? czyś nie chory?
- Nic mi nie jest, panie, tylko mi bardzo zimno.
Rozebrałem go i położyłem natychmiast do łóżka, a rozbierając patrzyłem z litością na jego wychudzone kolana i ręce tak cienkie, jak źdźbła trzciny. Kazałem mu napić się herbaty i okryłem, czym było można.
- Cieplej ci teraz?
- O tak! Głowa mnie trochę boli.
Biedna głowa, miała od czego rozboleć. Zmęczone dziecko usnęło wkrótce i oddychało pracowicie przez sen swymi wąskimi piersiami, ja zaś skończyłem pakować jego i swoje rzeczy… (…)

Koło trzeciej po północy obudziło mnie światło i jednostajne, dobrze mi znane mruczenie. Otworzyłem oczy i serce mi zabiło niespokojnie. Na stole paliła się lampa, przed stolikiem zaś nad książką siedział Michaś w jednej koszuli: policzki jego pałały, oczy były przymknięte, jakby dla lepszego natężenia pamięci, głowa trochę w tył pochylona, senny zaś głos powtarzał:
- Coniunctivus: Amem, ames, amet, amemus, ametis…
- Michasiu!
- Coniunctivus: Amem, ames…
Szarpnąłem go za ramię:
- Michasiu!
Rozbudził się i począł mrugać oczyma ze zdziwieniem, patrząc na mnie, jakby mnie nie poznał.
- Co ty robisz? co tobie, dziecko?
- Panie – odrzekł, uśmiechając się – powtarzam wszystko od początku; muszę jutro dostać celujący… Porwałem go na ręce
i zaniosłem do łóżka; ciało jego parzyło mnie jak ogniem. Na szczęście doktór mieszkał w tym samym domu, sprowadziłem go więc natychmiast. Nie potrzebował się długo namyślać. Chwilę potrzymał puls dziecka, potem rękę położył mu na czole: Michaś miał zapalenie mózgu. (…)

Choroba przybrała szybko zatrważające rozmiary. Posłałem depeszę do pani Marii, i na drugi dzień dzwonek, targnięty gwałtownie w przedpokoju, zwiastował mi jej przybycie. (…) Odrzuciła woal, na którym osiadł szron oddechu, i wbiegła do pokoju dziecka. (…) Nie poznał nawet matki, gdy siadła przy nim i wzięła go za ręce. Dopiero, gdym mu na głowie położył świeży lód, począł mrużyć powieki i usilnie wpatrywać się w schyloną nad nim twarz. (…) …w końcu wargi jego wyszeptały:
- Mama!...
Ona chwyciła go za obie ręce i przesiedziała tak przy nim kilka godzin… (…) Zmieniała teraz sama okłady chłopcu i podawała lekarstwo. Michaś wodził za nią oczyma, gdziekolwiek się ruszyła, ale znowu jej nie poznawał. Wieczorem gorączka zwiększyła się. Deklamował w malignie dumę o Żółkiewskim ze „Śpiewów” Niemcewicza, chwilami przemawiał w języku wykładowym,
to znów odmieniał rozmaite słowa łacińskie. Wychodziłem co chwila z pokoju, bom nie mógł tego słuchać. (…)

Przez chwilę zdawało nam się jednak, że chłopiec oprzytomniał, bo zaczął wołać Loli i matki, ale to krótko trwało. Szybki jego oddech czasem ustawał zupełnie. Nie było się co łudzić! Ta mała dusza była już tylko na wpół między nami. Umysł jego już odleciał, a teraz on sam już odchodził w jakąś ciemną dalekość i nieskończoność i nie widział już nikogo, i nie czuł nic… (…) Oddech tylko coraz był szybszy, a w końcu stał się podobny do szeptu zegarka. Chwila jeszcze, jedno westchnienie, i ostatnie ziarnko piasku miało się zsypać z klepsydry: miał być koniec. Koło północy zdawało się nam stanowczo, że już kona, bo zaczął chrapać i jęczeć, jak człowiek, któremu usta zalewa woda, a potem zamilkł nagle. (…)

Nad ranem, że to już czwartą noc spędzałem przy malcu bezsennie i że kaszel dusił mnie coraz mocniej, wyszedłem
do przedpokoju i, położywszy się na sienniku usnąłem. Obudził mnie głos pani Marii. Myślałem, że mnie woła, ale w ciszy nocnej usłyszałem wyraźnie: „Michasiu! Michasiu!” Włosy mi na głowie powstały, gdym zrozumiał ten straszny akcent, z jakim wołała
na dziecko; zanim jednak się zerwałem, wbiegła sama do przedpokoju, ogarniając ręką świecę i dygocącymi wargami wyszeptała:
- Michaś… umarł! (…)

Włożyliśmy w końcu ciało do trumny i ustawili na katafalku, a naokoło dwa rzędy świec. Pokój, w którym biedne dziecko tyle się naodmieniało słów łacińskich i naodrabiało zadań, zmienił się jakby w kaplicę, bo zamknięta okiennica nie puszczała światła dziennego, a żółty migotliwy blask świec nadawał ścianom pozór jakiś kościelny i uroczysty. Nigdy też, od czasu, jak dostał ostatnie celujące, nie widziałem u Michasia twarzy tak rozpogodzonej. Delikatny jego profil, zwrócony do sufitu, uśmiechał się łagodnie, jakby chłopiec w tej wieczystej rekreacji śmierci upodobał sobie i czuł się szczęśliwym. Migotania świec nadawały twarzy jego i temu uśmiechowi pozory życia i snu. (…)

Dziś, gdy to piszę, upłynęło już od tego czasu blisko rok, ale pamiętam cię i żal mi ciebie, mój mały Michasiu, mój kwiatku
za wcześnie uwiędły! Miałeś zły akcent, ale serce poczciwe. Nie wiem, gdzie jesteś, czy mnie słyszysz, wiem tylko, że twój dawny nauczyciel kaszle coraz ciężej, że mu coraz ciężej, samotniej i wkrótce może odejdzie, jak ty odszedłeś… (…)

LISTOPAD – 19. – GRUDZIEŃ 31. [Warszawa]


["WIADOMOŚCI BIEŻĄCE"]
1. (…) Pewien młody artysta przyszedł w tych dniach do krawca i zamówił u niego całkowity nowy kostium.
- A jak urządzimy się z zapłatą? – spytał uprzejmie krawiec.
- Uważa pan – odrzekł artysta – teraz jakoś nie jestem przy pieniądzach, więc tego miesiąca nic panu nie dam, a resztę
na przyszły.

2. Dama kameliowa uznaną była w czasie pobytu p. Modrzejewskiej w Stanach Zjednoczonych przez tamtejszą krytykę za jedną najznakomitszych ról artystki. W San Francisco pułkownik Hinton, redaktor „Evening Post”, napisał po przedstawieniu tej sztuki sonet na cześć Modrzejewskiej, który kończył się słowami:

Trudność zakazać, abyś nie biegała
Do stron rodzinnych sercem z Ameryki,
Lecz to pamiętaj, że ty i twa chwała
To teraz własność naszej Republiki. (…)


5. (…) Znaczenie teatru jest u nas wielkie, wszystkim więc zależy na tym, by przyszłe pokolenie aktorów nauczyło się szanować
i kochać sztukę, zamiast szukać w niej pola do popisów osobistych, szacunek zaś i miłość sztuki mogą wypłynąć tylko
z rozumienia jej. (…)

6. (…) Głód i zima – straszne dwa słowa, straszniejsza jeszcze rzeczywistość. Pod ciężarem klęski ugina się lud prosty, jak kłos pod wichrem, wyglądając zmiłowania od Boga i serc ludzkich. (…)

8. (…) Od pewnego czasu krąży po mieście niczym nieuzasadniona wieść o mającym jakoby nastąpić „krachu” w Warszawie. Zbankrutował w swoim czasie Wiedeń, bo nie umiejąc po polsku i nie mogąc korzystać z głębokiej prawdy zawartej w naszym przysłowiu: „Nie graj, Wojtek”, zanadto bawił się w giełdę i na giełdzie. My nie bawiliśmy się w podobny sposób, możemy więc
nie spać wprawdzie, ale pracować spokojnie. Florencja zbankrutowała częściowo z powodu przeniesienia zarządów centralnych; my i na podobne przyczyny mniej jesteśmy wrażliwi – słowem: niebezpieczeństwa nie ma. (…)

9. (…) List palestranta z XVIII wieku. Jeden z naszych współpracowników pokazał nam ciekawy list z oświadczynami, pochodzący z XVIII wieku. List ten, pana Rocha Rogali Kozerskiego, jako wyborny przykład makaronicznego a zarazem napuszonego stylu,
w wyjątkach podajemy.

„Wielmożna mnie wielce Mościa Dobrodziko!

Gdy po tylokrotne moje z osobistości komparycje i werbalne merita w procedurze matrymonialnej koniunkcji i u kratek trybunału serca W. Pani Dobr. deponowane nie odebrały dotąd z melodyjnych ust Jej pożądanej repliki, umyśliłem więc wezwać na konferencję sympatyczne sentymenta i adoracje moje do Jej persony resplendującej ukorporowanymi w niej perfekcjami
i uczynić literalną manifestacją afektu, ferworu i zelozji, które w pektoralnych latifundiach moich od tak dawna wysiadują supercesją na rzecz W. Pani Dobr. Apelując zaś do najwyższej instancji rozumu i perspikacji Pani mojej, śmiem konserwować presumpcję, iż dekret, chociaż kontumacyjnie ferowany, nie okondemnuje mnie, owszem, faworalną mi przyniesie solucją.
A ponieważ wakująca po św. p. miecznika inflanckiego zgonie konnubialna posada wzbudziła o Jej rękę kilku pretensorów, heredowanie zaś tak precjonalnego remanentu nie podlega ani konkursowi potioritatis, ani kompromisarskiej eksdywizji, tylko jednemu adiudykowane być może, przeto najniżej suplikuję W. P. Dobry, abyś raczyła kontrowersyjne współpretensorów impetycje przeważyć na szali imparcjalnej Temidy i personalnym onych kwalifikacjom interekwalny położywszy walor, zadeklarowała, kto z nas legalnie formować może prawo do aktoratu”. (…)

Kończy zaś w ten sposób:

„W ekspektatywnie zaś fortunnego perswazji mojej sukcesu paląc aromatyczny serca mego holokaust przed ołtarzem afrodyzjalnych wdzięków W. P. Dobr., prosternuję facjatę moją u Jej piedestałów, sumituję służby moje z głębokim respektem
i akomodacją, gotów na rozkazy W. P. Dobr. genuflektujący adorator i uniżony sługa Roch Rogala Kozerski. V. g. l. m. p.”

23. (…) Boston w Massachusetts, w Ameryce Północnej, jest miejscem prawdziwie szczęśliwym dla naszych artystów. Pani Modrzejewska miała w mieście tym największe powodzenie; obecnie zaś gazety tam wychodzące przepełnione są pochwałami dla p. Tymoteusza Adamowskiego, młodego skrzypka z Warszawy. (…) Wszelkie tryumfy w Bostonie są niezmiernie ważne, albowiem miasto to, nazywające samo siebie Atenami amerykańskimi, jest taką samą wyrocznią w rzeczach smaku w Stanach Zjednoczonych jak Paryż w Europie. (…)

33. (…) Nie ma nic samorodniejszego nad talent Blizińskiego. Inni wyrabiają się na komediopisarzy – Bliziński nim się urodził. Warunki życia kazały mu być obywatelem wiejskim, przyrodzony dar każe mu pisać, tak jak ptakowi śpiewać. Można nawet powiedzieć, że owa dola rolnika i wiejskiego szlachcica złożyła się szczęśliwie z talentem pana Józefa, otoczyła go bowiem żywiołami niezmiernie swojskimi, a zatem sympatycznymi i dała mu owo poczucie iście rodzinnego humoru, którym prawdziwie celuje.

Komedie jego nie tylko są pisane z talentem, nie tylko są to dzieła sztuki, ale dzieła jakieś lube, właśnie dlatego, że takie nasze. Dar spostrzegawczy i dowcip mieszają się w nich z dobrotliwością. Śmiech jego to nie wytwór żółci, ale radość poczciwego serca, które dworuje sobie z wad ludzkich, nie przestając ani na chwilę ludzi kochać. (…)

50. (…) Pani Modrzejewska przyjeżdża do Warszawy dnia 2 grudnia. Występy rozpoczną się 4. Bilety wszystkie, z wielką klęską paletotów, kapeluszy, a nawet i żeber pogniecionych przy kasach, zostały już rozprzedane. (…)

O zagranico! że też nawet temu, co ma swoją własną wartość, musisz dać zamorski stempel, nim u nas wartość, jak należy, ocenią. (…)

55. (…) CZYSTOŚĆ JĘZYKA. (...) Niedawno jeszcze bardzo poważne głosy zarzucały pismom naszym, że bez żadnej potrzeby używają takiego nadmiaru cudzoziemskich wyrazów, iż zagłuszają prawie nimi język rodzinny. (…) Dzikość i pstrocizna wyrażeń wzrasta, oszpeca język, zmienia go na szwargot jakiś, niszczy jego piękność, powagę, szlachetność. (…) W ogrodzie rodzinnych kwiatów zasadziliśmy tyle obcych, że trudno poznać własną glebę. (…)

Płynież to z niewiadomości piszących? Nie! to raczej swego rodzaju tężyzna, to chęć wydania się uczonym, w językach biegłym,
z różnymi nazwami obeznanym i do zrozumienia niełatwym! W rzeczywistości to śmiecie i strzępki obce. (…)

Żal serce ściska, gdy wspomnieć, jak Brodziński jeszcze mówił, że ten nasz język to szemrze słodko jak strumyk, to szumi jakoby szumem dębów odwiecznych, z powagą wielką i uroczystością, i mocą, i potęgą. (…)

56. (…) Kto rzuci kamieniem w wodę, im dalsze koła, tym są słabsze, a potem toń wygładza się, usypia. Tak i z nami. Doprawy stara historia! Wszelki popęd obywatelski im dłużej trwa, tym jest słabszy, a potem usypia. (…)

72. (…) Jules Mien… (…) Jest to Francuz, który po polsku dopełnił Horsztyńskich, który przekładał Słowackiego na język francuski. Francuz urodzony we Francji, a będąc polskim literatem, redaktor „Revue Slave”. Nadsekwańczyk i krakowiak zarazem, człowiek czynny, utalentowany, pracowity. Piszący te słowa przed niedawnym czasem poznał Miena w Krakowie i nie może zapomnieć wrażenia, jakiego doznał. Mien jest to człowiek młody jeszcze, o twarzy szlachetnej i delikatnej, typu czysto francuskiego, o żywych, czarnych oczach i włosach, o ruchach żywych, słowem: un parisien jusqu’au bout des ongles.

I teraz proszę sobie wyobrazić tego paryżanina, który gdy mówi o Słowackim, nie może usiedzieć na miejscu, wygłasza co chwila jego wiersze z lekkim przyciskiem na ostatniej zgłosce i francuskim uniesieniem w całej twarzy! (…) Słowacki to jego ideał. Przełożył już na francuski wiele z jego utworów (Lilla Weneda, Balladyna), obecnie pracuje nad tym, by przełożyć jeszcze więcej,
i z góry cieszy się wpływem, jaki poezje te, tak odrębne od francuskiej, mogą wywrzeć na tę ostatnią. (…) Mogąc mieszkać
w Paryżu, woli żyć nad Wisłą, bo jej fale bełkocą na znaną mu już nutę. Tu wreszcie rozpalił już ognisko, tu stoją jego penaty
i – przyrosło serce. (…)

89. (…) Zima przyrzuca ciężaru do brzemienia, jakie dźwigają nędzarze. Widzieliśmy kilka dni temu w ich mieszkaniach wodę zamarzłą w garnczkach, śnieg na popiele w piecach; szron pokrywał sienniki i łachmany, pod którymi sypiają, i lśnił się grubymi warstwami na ścianach. Zimno dotkliwsze tam jest niż na ulicy. Na ulicy się biegnie, więc krew krąży żywiej; w tych jamach mroźnych biedacy siedzą pokuleni bez ruchu, by nie odkryć łachmanów, skostnieli, głodni, kłapiący zębami i na wpół uśpieni. Śpiączka, która ich napada, to ich szczęście, bo może pociągnąć za sobą wyzwolenie: śmierć. (…)

107. (…) …jest prawdziwym szczęściem znaleźć przyjaciela takiego, którego przyjaźń nie wyczerpuje serca, który usuwa swoje ja na drugi plan, a kocha z całej duszy i służy radą praktyczną, szczerą a rozumną.


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1880



STYCZEŃ – SIERPIEŃ [Warszawa – Ruda]


["MIESZANINY LITERACKO-ARTYSTYCZNE"]
II. (…) Wrażenia, jakie odbiera się w podróży, są jak kwiaty zasuszone w zielniku: zachowują swój kształt, ale tracą barwy
i stopniowo blednąc stają się w końcu cieniem. Kwiat jednak, raz uwiędły, nie odzyskuje barw ni woni, a ze wspomnieniami dzieje się jak z zapomnianą piosenką: niech do ucha jeden takt doleci, a od razu przypominają się i słowa, i nuta. Pamięć jest echem, trzeba tylko, by je jakiś głos rozbudził, a wówczas człowiek na nowo słyszy i widzi, i pamięta. (…)

…gdym wówczas zobaczył tę królewską postać tworzącą na głębokim, ciemnym tle sceny artystyczny obraz, ten profil grecki harmonijny i spokojny, gdym posłyszał ów głos drgający uczuciem i słodyczą, na myśl – sam nie wiem skąd – przyszły mi słowa Oktawa Feuilleta: „Rosweinie, Bóg ci dał wszystko” - i uspokoiłem się zupełnie. Komu „Bóg dał wszystko”, ten musi zwyciężyć. Jest to nie jego szczęściem, ale prawem. (…)

III. (…) Co w tobie jest? jakąż siła tajemną obdarzyło cię, dziewczyno, przeznaczenie, że dusza samotna oderwać się od ciebie nie może; serce wlecze się za tobą jak pies pokorny za panem, a myśl krąży ustawicznie koło twej jasnej głowy. (…) Poeta ciągle jeszcze nuci pieśń szczęścia. Nie ma takich barw i blasków w niebie i na ziemi, w które by nie ubierał kochanki. On ją miłuje
jak źrenicę oka swego, otacza, ogarnia, woła za nią i pragnie jej. (…) Zasypia z jej obrazem pod powiekami, budzi się z myślą
o niej. Przetwarza się w nim dusza. (…)

IV. (…) Chcę mówić o Marii Konopnickiej. Nazwisko to zyskuje sobie coraz większe uznanie, i zupełnie słusznie. Narzekamy ciągle wszyscy, i narzekamy nie bez powodu, na upadek w poezji. Mówimy, że nie ma wielkich imion, wielkich natchnień i odpowiedniej podstawy duchowej dla poezji w społeczeństwie. Dlaczego tak jest? czy to upadek, czy inny zwrot ducha, który szuka sobie dróg nowych – przesądzać ni rozstrzygać nie chcę; to tylko pewna, że na tym polu poetycznym, które obecnie jest wielkim, szarym ugorem, chodzi jeszcze w mroku kilka postaci i sieje kwiaty. Czasem głos Kornela Ujejskiego zbudzi drzemiące echo dawnych szerokich natchnień, czasem Asnyka, a w ostatnich czasach razem z nimi „chodzi po łące” Maria Konopnicka. Nazwisko poetki byłoby daleko głośniejsze, gdyby jaki księgarz zebrał rozproszone w pismach periodycznych jej utwory i ułożył je w osobną książkę. Wówczas głos jej przemówiłby silniej i jednolite z całości wzbudził wrażenie. (…) Ze słów tych bije prawdziwa, brylantowa poezja i moc, i poczciwość, i szczere uczucie, i prawda. (…)

(…) …nie może być nic piękniejszego w życiu nad owo zejście się dróg zrazu odległych, na którym to zejściu dwoje ludzi podaje sobie poczciwie, jako mąż i żona, ręce i idzie dalej wspólną drogą. (…) …gdyby jaki żonaty malkontent mruknął, że różnie bywa, gdyby jaka zamężna ofiara chciała twierdzić w chwili wezbrania małżeńskiego pesymizmu, że nigdy dobrze nie bywa, odpowiedziałbym słowami Gabrieli z Kasi i Marynki, co następuje:

V. „Miłość jest w najczystszym pierwiastku swoim uwielbieniem dobra, cnoty, rozumu, zasługi; lecz w praktycznym zastosowaniu w dniach powszednich, w drobnostkach minutowych, które godziny i lata przeznaczonego nam do wyżycia wieku składają, miłość jest także osłoną błędów, pięknością najniekształtniejszych rysów, wdziękiem najrozmaitszych uchybień. Szacunek może zmusić do wyrozumiałości, rozsądek do cierpliwego znoszenia; ale miłość jedynie przyozdobi, przyswoi, potrzebnymi do radości naszej zrobi te, co innemu zawadzać by mogły, szczegóły. (…)

VI. (…) Kobieta, gdy przestaje kochać, bywa smutną. Mniejsza, czego jej żal – miłości czy człowieka; ale to pewna,
że na przeraźliwe i okrwawione rany kładzie ze współczuciem taki plaster zdrowego rozsądku, tyle wypowiada słusznych uwag, tyle daje poczciwych dowodów, że wprawdzie ranny wije się pod nimi z większego jeszcze bólu, ale ona ma we własnym sumieniu słuszność. (…)

VII. (…) Nieprzeparty prąd popycha ludzi do gonitwy za zyskiem, za dobrobytem materialnym, za gromadzeniem bogactw. Byliśmy, wedle ogólnie przyznanej opinii, społeczeństwem wielce niepraktycznym, ale że nam się przy tym nie wiodło, weszliśmy na inne drogi. Na tych innych bogactwo miało być środkiem… Czy jednak dla niektórych nie stało się celem? czy wielki, chmurny, oddalony dobra publicznego ideał nie ustąpił miejsca chęci dobrobytu i temu z dobrobytu płynącemu zadowoleniu, wobec którego człowiek syt i pewny jutra nie pragnie już niczego więcej? (…) Dobrobyt! przemysł! handel! bogactwa! wszystko,
co chcecie! wszystko dobre, wszystko pożądane, wszystko należy popierać, nad wszystkim pracować – pod jednym wszelako warunkiem, że wszystko będzie środkiem, nie celem. (…)

Wy wszyscy, którzy wkładacie palce w cudze drzwi, którzy mieszacie się w nieswoje rzeczy, piszecie anonimy, udzielacie
pod maską przyjaźni ostrzeżeń, wiedzcie, że albo czynicie przez głupotę rzecz nikczemną, albo jesteście nikczemnikami. (…)


STYCZEŃ – 02. – GRUDZIEŃ – 31. [Warszawa]


["WIADOMOŚCI BIEŻĄCE"]
360. Historii polskiej treściwie opowiedzianej ksiąg dwanaście. Napisał Józef Szujski. (…)

Sam autor przeznacza tę książkę swoją dla „światłej publiczności” i pragnie dać jej zbiór najważniejszych, przedmiotowo traktowanych faktów historii polskiej. (…) Publiczność powinna sobie umieć zdawać sprawę z dziejów ojczystych, bo ponieważ teraźniejszość zależną jest od przeszłości, zatem dobre zrozumienie przeszłości wyrabia zdrowy pogląd i zmysł polityczny. (…) …książkę tę powinien mieć w ręku każdy, kogo obchodzą dzieje ojczyste i kto pragnie sobie zdać sprawę z ich całości. Dzieło doprowadza dzieje aż do trzeciego rozbioru, odznacza się także pewną równowagą w opowiadaniu. (…) …książka
jest przedstawieniem dziejów streszczonym, ale mniej więcej kompletnym, i jako taka, ułatwia wielce czytelnikowi wyrobienie sobie zdania o całości dziejów. (…)


366. (…) Wypisy z autorów starożytnych dla użytku młodzieży ułożył Kazimierz Kaszewski. (…)

Dziełko to zawiera wyjątki z autorów rzymskich i greckich, mianowicie z Waleriusza Maksyma, z Ksenofonta, Herodota, Liwiusza, Platona i Cycerona. Nie obejmuje więc ono systematycznie ani chronologicznie ułożonej całkowitej literatury, pragnie tylko zaznajomić młodzież naszą ze sposobami myślenia, pisania i z duchem starożytnych. (…) Ale obok tego celu miał autor i inny: moralny. Przykłady z życia starożytnych są wielce budujące. Grecja starożytna daje nam przepyszny obraz indywidualnego rozwoju, Rzym zaś takie przykłady patriotyzmu, zaparcia się i poświęcenia dla kraju, jakich na próżno szukać gdzie indziej.
Otóż każdemu społeczeństwu zależy na tym, by jego młodzież przejmowała się wspaniałymi przykładami pracy, cnoty i miłości
do ojczyzny, i ten cel ma także na uwadze pan Kaszewski. (…) …książka p. Kaszewskiego może być jeszcze z jednego względu pożyteczną, o którym autor nie myślał. Oto przekład jest wyborny, a język, który musi odtwarzać spokój i powagę starożytnych, jest tak poprawny, że prawie w całości książki bez zarzutu. Z tego też względu może być wzorem dla naszej młodzieży,
tym potrzebniejszym i pożyteczniejszym, im mniej jest podobnych i im rzadziej młodzież spotyka się teraz z mową ojczystą niepokaleczoną. (…)


378. (…) Przekłady obcych poetów Felicjana. (…)

Jest tu więc Hezjod, Horacy, Wirgiliusz, Juwenalis, Jacopone z Todi, Dante, Petrarka, Szekspir, Walter Scott, Szyller, Wiktor Hugo, Heine, Musset i Béranger. Pięknością celują szczególniej przekłady klasyków. Autor zna ten świat, włada jego językiem, rozumie jego ducha i tak swobodnie mu nawet w stosunkach prywatnego życia Greków i Rzymian, jakby był u siebie. (…)

393. (…) Wawrzyniec Puttkamer. Przez Karola Estreichera. (…)

Puttkamer był, jak wiadomo, mężem Maryli Wereszczakównej, w której kochał się Mickiewicz; dzięki więc Adamowi dwa
te imiona przeszły wraz z nim do pamięci ludzkiej. (…) Mickiewicz, jako egzaltowany młodzieniec, odczuwał teoretycznie wszystkie cierpienia zawiedzionego serca, a jako poeta, umiał je zakląć w słowa, mające wszystkie pozory straszliwej rzeczywistości, a w gruncie rzeczy jednak sam poważał Puttkamera i nie cofnął mu nigdy nie tylko swego szacunku, ale nawet przyjaźni. Dla Maryli pozostało tylko z tego stosunku wieczne wspomnienie, że kochał się w niej Adam, wspomnienie, którym podobno do końca życia się chlubiła. Zresztą była nie tylko dobrą, ale odpowiednią żoną dla Puttkamera, może nawet odpowiedniejszą, niż byłaby dla Mickiewicza, bo „orłom w locie nie sprostać”, a nawet i nadążyć za nimi trudno. (…)

411. (…) Był Petrarka wielkim patriotą, mężem sprawiedliwym, dobrym. Wiele dni życia swego poświęcał sprawom publicznym, posłowaniom do licznych dworów i podróżom. (…) Mówiąc innym prawdę, nie wzbudzał nienawiści, i wszyscy ludzie, wszelkie stronnictwa przyjacielem go mieć chciały. Otaczały też go cześć i szacunek publiczny aż do śmierci. Umarł w dobrowolnym osamotnieniu w 70 roku życia. (…)

413. (…) Zamek bialski napisany został przez Bartoszewicza jeszcze w r. 1849. (…)

Obecnie Zamek bialski wychodzi po raz pierwszy w całości w wydaniu Orgelbranda… (…) Jest to nader ciekawa opowieść o losach miasteczka Biała, które w dzisiejszych czasach nazywa się Białą Podlaską, niegdyś zaś znane było pod nazwą Biały Radziwiłłowskiej lub Książęcej. Pierwsza nazwa o tyle jest niestosowną, że miasto owo nigdy nie leżało w granicach województwa podlaskiego. (…) Dziś on
(zamek bialski) w ruinach, na których wraz z mchami wyrastają tylko podania ludowe - to o dobroci księżn Katarzyny i Anny, to o okrucieństwach Hieronima. Opowiadanie Bartoszewicza nadzwyczaj jest zajmujące. Ścisłość historyczna wcale tu nie przeszkadza nastrojowi prawie powieściowemu, bo same dzieje mnóstwo zawierają w sobie epizodów godnych pióra powieściopisarza. (…)

420. Dwa bogi, dwie drogi, powieść współczesna przez Kraszewskiego
(Józefa Ignacego Kraszewskiego). (…)

Po skończeniu nauk dwaj bracia, potomkowie zrujnowanej szlacheckiej rodziny, wybierają się na drogę życia, a raczej na dwie przeciwne sobie drogi, na których trzeba też służyć dwom przeciwnym bogom. Młodszy, Kwiryn, poświęcony nauce, skromny
i żądny takiego tylko szczęścia, jakie płynie ze spokoju i z wrażeń dostarczonych przez naukę i sztukę, wybiera sobie zawód profesorski. W przyszłość swoją patrzy on jasno: życie przyjdzie mu pędzić bez blasku, dostatków, nawet bez rozgłosu,
ale w cichym zamiłowaniu wiedzy, która zastąpi mu wszystko, a nawet – jeśli się nie ożeni – i rodzinę. Starszy, Rajmund, innego jest usposobienia. Gra w nim żywo chęć użycia tego wszystkiego, co nieokrzesane umysły ludzkie zowią szczęściem: pragnie więc być bogatym, wpływowym i żyć na szerokim świecie, dojść do dostojeństw, słowem, wynieść się i używać rozkoszy. Będzie zaś dochodził do tego w sposób praktyczny, bez przesądów, bez skrupułów, słowem, per fas et nefas. (…)

W gruncie rzeczy życie to tak jest niskie, że autor zmuszonym jest ślizgać się po jego powierzchni. Umyślnie też nie jest
ani szczegółowym, ani obrazowym. Zbywa nas ogólnikami, z których się łatwo domyślić, że pod tymi błyszczącymi pozorami kryje się prawdopodobna ruina, upadek i sromota. Kwiryn tymczasem zatopiony w studiach greckich, czuje się spokojnym, szczęśliwym i nie pragnie niczego więcej, jak takiego spokoju do śmierci. Rajmund żyje obficie, zarabia ogromnie, ale nie zbiera, bo i wydaje ogromnie. Nagle uderza w niego cios, bo żona opuszcza go z dawnym wychowankiem Kwiryna, Ottonem, i ucieka z nim do Włoch. (…) Pani Rajmundowa znajduje sobie w Wenecji grubszą rybę w osobie senatora, a swego dawnego wielbiciela, i wraca z nim do północnej stolicy. Wraca nie po to jednak, żeby się porozumieć i pogodzić z Rajmundem, ale by się z nim rozwieść, sprocesować go, zlicytować i pozbawić wszystkiego. (…)

Kraszewski zapragnął dowieść, że właśnie te wyższe, piękniejsze porywy, pogardzane przez utylitarnych pasibrzuchów, mogą przynieść daleko więcej szczęścia w życiu nawet praktycznym. Dowodem na to życie Kwiryna; z profesury przeniósł się na wieś, do folwarku odziedziczonego po matce, i tam począł gospodarzyć. Nie był on procul negotiis. Przeciwnie, życie szło mu pracowicie, ale gospodarka spleciona z nauką zapełniała je całkowicie. Szczęściem były dla niego naukowe zajęcia, kupowanie książek, abonowanie pism periodycznych – i mógł też w miarę zadawalniać swoje najgorętsze życzenia. W końcu ożenił się wedle serca, miał dzieci, utył i był jednym z najspokojniejszych ludzi pod słońcem. (…)

Rajmund, złupiony przez żonę, nie daje za wygrane, nie zwraca z drogi, nie wyrzeka się czci dla swoich bogów. On musi zostać bogatym. W tym celu żeni się z wdową po szambelanie, tym samym, który go protegował i ożenił. Jest to stara baba,
ale ma dożywocie, a przy tym interesa jej dadzą się wyrobić w prawniczych biegłych rękach. Jakoż teraz udaje mu się. Dobra zostają oczyszczone, procesy wygrane, szczęśliwe spekulacje mnożą majątek. Rajmund staje się kolosalnie bogaty. Czegoż mu tedy brak? – Wszystkiego, szczęścia. Znowu świetne pozory zasłaniają nędzę moralną, piekło domowe, przymus, upokorzenie.
W domu żony swej nawet służba nim pogardza. On czuje to strasznie… Wyzwolić może go chyba śmierć żony… Śmierć ta przychodzi nagle – zanadto nagle. Jakieś proszki podane przez męża, zamiast pomóc, zaszkodziły jejmości. Mąż jednak potrafi uwolnić się od podejrzeń. Został teraz sam, pan milionowej fortuny, młody jeszcze. Wszystko, czego oczekiwał – przyszło.

Tylko szczęście nie przyszło. Szacunek ludzki, dobre imię, życzliwość i przyjaźń – także są coś warte. Rajmund nie mógł się już ożenić, bo nisko nie chciał on żony brać, wysoko – jego nie chcieli. Nie lubiono go – więcej się obawiano. Stracił przy tym
w zabiegach zdrowie. Kwiryn utył, on schudł. Został bardzo samotny i chory. Prawdę rzekłszy, nie mógł używać swego majątku,
a ze znaczenia, jakie posiadał, nic mu nie przychodziło. (…) Umierał więc samotny; z życia wyniósł rozpacz – z tamtej strony grobu nie mógł oczekiwać ani oczekiwał lepszej doli. (…)

KWIECIEŃ [Warszawa]


["SZKICE AMERYKAŃSKIE"]
I. (…) Oto leży przed wami kraj obmywany z dwóch stron falami dwóch oceanów. Do tych brzegów wiodą dwie bramy –
od wschodu Empire City, jak w uczuciu dumy mówią Amerykanie – czyli New York, od zachodu San Francisco. (…) Słowem, kraj ten, licząc z północy na południe, rozciąga się od strefy prawie zimnej do zwrotnikowej. O rozległości jego ze wschodu na zachód powiem tylko tyle, że z New Yorku do San Francisco dalej jest niż z Paryża do Bagdadu. (…)

Jesteśmy tedy w New Yorku. Czym jest New York? Najchaotyczniejszym miastem na świecie. Amerykanie zowią go Empire City, Anglicy pogardliwie śmietnikiem lub rybim targiem. (…) Pod względem gwaru, zgiełku, jakiejś gorączki życiowej w gonitwie
za pieniędzmi żadne miasto nie może się porównać z New Yorkiem. (…) …w New Yorku handel tylko i handel: oto podstawa wrażeń, życia, pracy, oto siła, która panuje nad wszystkimi i ogarnia wszystko. Kupcy z całego świata sprzedają tu wszystko,
co się da sprzedać, i kupują, co się da kupić. Zasadą życia jest tu wytwarzanie pieniędzy. (…) Kościołów wspaniałych, pomników, pamiątek brak w New Yorku. Wszystko zastępują banki. (…) Europejczycy, Jankesi, Murzyni a nawet i Chińczycy żyją tu obok siebie w dobrej zgodzie, choć w ciągłej gorączce złota. Z tej gorączki miasto otrząsa się tylko w niedzielę… (…) Wówczas cichnie gwar i turkot miejski, a w szybach domów widzisz podeszwy mieszkańców, którzy zmęczeni całotygodniową pracą, odpoczywając zakładają strudzone nogi jak można najwyżej, na ramę okna. (…)

Poza miastem New York ciągnie się naokół kraj fabryczny, dalej zaś, aż do wielkich jezior – rolniczy. (…) Miasto New York
ma zresztą szkaradny klimat. Zawistni Anglicy mówią o nim, że jest to Petersburg w zimie, a Kair w lato. (…) Klimat w Stanach Zjednoczonych w ogóle suchszy jest niż europejski. Podróżnik może to zauważyć na własnych włosach, które z miękkich
i prostych w Europie, zmieniają się po kilkutygodniowym tam pobycie w wichrowatą czuprynę, buntującą się przeciw szczotkom, grzebieniom i wszelkim usiłowaniom przyprowadzenia ich do porządku. (…)

Miasta nadatlantyckie mają przynajmniej swoją historię i swoich założycieli – jak np. New York Holendrów, a Nowy Orlean Francuzów. Ale kto założył Chicago – nikt nie wie. (…) Przed niedawnym czasem Chicago spaliło się prawie do szczętu,
ale ta klęska, dzięki energii mieszkańców, przyczyniła się tylko do wzrostu miasta. (…) Rzekłbyś, że to ogród wzniesiony
przez olbrzymów. Ludność wzrasta z każdym rokiem, stosunki handlowe zwiększają się z każdym dniem niemal, Amerykanin zaś zwąc swe miasto królową jezior wskazuje z dumą, że istotnie olbrzymie wody obmywają jej stopy. (…) Stan Illinois, którego Chicago jest stolicą, jest to kraj urodzajny, z klimatem przecięciowo podobnym do polskiego, choć z wyraźniejszymi porami roku. (…) Między innymi leży w tym stanie i miasteczko Radom, zamieszkałe przez polskich wychodźców. (…)

Illinois jest zarazem krańcem, od którego zaczyna się wielka pustynia bezludna, czyli tak zwany Far West. (…) Dziś jednak
i Nebraska zaczyna się już zwolna kolonizować, ale tylko wzdłuż kolei. Za mego pobytu założono tam między innymi osadę Nowy Poznań, którą zamieszkują Polacy. (…)

W miarę jak zbliżamy się do Gór Skalistych, step wznosi się ciągle i lubo bardzo nieznacznie, dochodzi jednak do ogromnego wzniesienia nad poziom morza. (…) Wracając do Gór Skalistych, stanowią one kość pacierzową całego amerykańskiego kontynentu, który pod różnymi nazwami przebiegają aż do południowego cypla Patagonii. (…)

Część kraju położona między Górami Skalistymi a Sierra Nevada jest pustynią w ściślejszym jeszcze znaczeniu tego słowa,
bo pustynią bezpłodną. (…) W ogóle żaden stan, może żaden kraj na świecie nie posiada tyle warunków rozwoju, ile Kalifornia… (…) Oto więc przybyliśmy w naszej pogawędce aż do brzegu Oceanu Spokojnego, który też będzie jej kresem. (…)

II. (…) Stany Zjednoczone to raczej zbiór wszelkich narodowości, począwszy od anglosaskiej, która stanowiła pierwszy zasadniczy podkład, a skończywszy na polskiej. (…) Nie próbowano tam nigdy nikogo amerykanizować i właśnie może owa wolność,… , uczyniła ogólną konstytucję synonimem swobody, a zatem czymś niezmiernie cennym dla każdego obywatela żyjącego pod jej skrzydłami. (…) Każda narodowość może tam mieć swe kościoły, szkoły, wojsko, nawet dzienniki, ale potrzebaż przecie jakiego wspólnego języka i takim wspólnym językiem jest język angielski. (…)

Dzisiejsi Amerykanie są prawie bez wyjątku potomkami ludzi biednych, którym bogactwa innych straszliwie w swoim czasie ciążyły – nauczyli się więc patrzeć na bogactwo jak na siłę i o zdobycie tej siły starają się istotnie z niepohamowaną energią. (…) …człowiek, który całą energię, rozum i namiętność wytężył w kierunku zrobienia majątku, musi być do wysokiego stopnia jednostronnym; musi w nim ta namiętność przygłuszyć inne strony ducha… (…) Amerykanin… sądzi, że ten, kto chce, by mu drugi pomagał, chce, by drugi za niego pracował – zatem sam nie chce pracować. (…) …dziecko, kobieta, zniedołężniały starzec nigdzie na świecie nie znajdą tyle szczerej pomocy, tyle otwartych serc, dłoni i kieszeni - ile u tych gburowatych demokratów. (…) Każda sprawa, byle szlachetna i w imię ludzkości podjęta, znajduje tam również chętne poparcie. (…)

Co do mnie – czytelnicy – znam miliony mieszkańców Stanów Zjednoczonych, którzy 1) nie oddają się handlowi, a 2) nie marzą nawet o zrobieniu kolosalnej fortuny z tej prostej przyczyny, że nie mają do tego najmniejszej możności. Jest to tak zwany świat farmerski, czyli rolniczy. (…) Jest to klasa ludzi oświeconych, spokojnych, uczciwych i do wysokiego stopnia gościnnych, klasa,
na której cała przyszłość Ameryki spoczywa i w której główna jej potęga, jak wspominałem, jest złożona. (…) Ojciec, który sam pracuje w polu, ma tam w gronie rodziny powagę kapłana i patriarchy, czyta psalmy, błogosławi pożywienie, które na stół przynoszą, do stołu zasiada nie tylko z dziećmi, ale i z robotnikami… (…)

Jeśli do tych wszystkich szczęśliwych okoliczności dodamy i tę jeszcze, że mieszkańcy Stanów Zjednoczonych pochodzą
po największej części z najniższych warstw ludności, że zatem równość i demokratyczne pojęcia są niejako ich tradycją, zrozumiemy łatwo, że tam teoria istotnie może być praktyką. (…) Dołączmy do tego tolerancję, pewność spokojnej przyszłości, dobrobyt daleki od bogactw, ale dalszy jeszcze od niedostatku, a zrozumiemy, dlaczego temu społeczeństwu…, mimo jego wszelkich stron mniej jasnych, tak często potrzeba znak postawić. (…)

Ciemną stronę Stanów Zjednoczonych stanowi administracja. Dzieje się w niej wiele nadużyć. W Listach moich z podróży pisałem o tej rzeczy obszerniej, tu więc wspomnę tylko pokrótce. W Ameryce są dwie partie, dziś prawie równie silne: demokratyczna
i republikańska. Te przechodząc kolejno do władzy zmieniają natychmiast urzędników. W ten sposób każdy urzędnik jest pewny, że dłużej jak kilka lat utrzymać się nie zdoła; zabezpiecza więc sobie sam niejako emeryturę, kładąc do kieszeni wszystko,
co się bezkarnie da w nią włożyć. (…)

Co do mnie, na zakończenie powiem tylko to jeszcze, że naród posiadający tak niepohamowaną energię, taką swobodę ruchów, tak ceniący oświatę i takim szacunkiem otaczający kobiety – ma wielką i światowładną przyszłość przed sobą. (…)


SIERPIEŃ – WRZESIEŃ [Ruda]


["NIEWOLA TATARSKA. URYWKI Z KRONIKI SZLACHECKIEJ ALEKSEGO ZDANOBSKIEGO"]
I. Pacholę, jadąc przodem albo li też za mną, pobrzdękiwało na teorbaniku, a mnie żałość i tęsknota za Marysią ściskały serce – im dalej od niej odjeżdżałem, tym ją miłowałem goręcej. (…) Bóg mi ani Marychna moja serdeczna nie mogli wziąć za złe,
żem tego wprzódy nie uczynił. Gdyby mi ona kazała w ogień albo też w wodę skoczyć, albo zgoła krew przelać, Ty, Jezu Chryste, który patrzysz w serce moje, widzisz, że byłbym to uczynił. Ale jednej rzeczy nawet dla wdzięcznej dzieweczki mojej nie mogłem poświęcić, a to honoru szlacheckiego. (…) Owóż i nie zostało, jak jechać na kresy. (…)

…potem łzami i ciężkim wzdychaniem pożegnawszy Marysię, przez noc gotowałem się do drogi, a nazajutrz oba z pachołkiem obróciliśmy konie ku wschodowi. Wypadło jechać na Zasław, Bar, do Hajsynia. Po zamkach, dworach lub karczmach na noclegi stawając, dotarliśmy wreszcie do Umania, za którym step już otworzył się przed nami równy, bujny, głuchy. (…) Jechaliśmy
do stanicy, zwanej Mohylna, gdzie czasu swego J. W. ojciec mój, pułkownik, z chorągwią pancerną strażował, którą był własnym sumptem na wojnę z bisurmany wystawił; ale do Mohylnej jest bardzo daleko, bo chwalić Boga, Rzeczpospolita szeroko rozsiadła się po ziemi… (…)

Po drodze dziwowałem się wszystkiemu, jako że pierwszy raz na Ukrainie będąc, same nieznane spotykałem sprawy i rzeczy. (…) Jadąc z pachołkiem napotykaliśmy to poczty dworskie, więc panów Potockich, Wiśniowieckich, Kisielów, Zbaraskich, Jazłowieckich i Kalinowskich w różnych czarnych, czerwonych i pstrych barwach, to wojska komputowe, to chorągwie królewskie. (…) Między pułkami ciągnęły także maże czumackie, skrzypiące przeraźliwie, od których konie nam się płoszyły. (…) Napotykaliśmy także tabuny wołów, wszystko jednej siwej maści, o wielkich porozginanych rogach. (…) Za stanicą Kisielową zaszła nam drogę rota spod poważnego znaku usarskiego. Ludzie byli w pełnej zbroi i taki szum szedł od ich skrzydeł, jakby
od orłowych. (…)

Za stannicą kraj stał się głuchszy. Często po stepie błyskały nocami ogniska gońców kozackich, do różnych stannic rozsyłanych, lub też chłopów na pustkowia uciekających. (…) …raz zbliżył się dziwny jakiś człek z twarzą całkiem zarosłą i do wilczej paszczęki podobną. (…) …sądząc mieć sprawę z wilkołakiem, sięgnąłem już po szablę, by go ściąć. Gdy jednakże owo monstrum, miasto zawyć, pochwaliło Chrystusa, dałem mu spokój. (…)

Wkrótce potem, gdy rozwidniło się jeszcze lepiej, ujrzeliśmy przy zorzy kilkanaście żurawi studziennych, a wiatr przyniósł do nas szczekanie psów i rżenie koni. (…) Przyjechawszy udałem się zaraz do J. W. Piotra Koszczyca, możnego ślachcica z Litwy, który tam pułkownikował i był żołnierz doświadczony… (…) Ten jako jeszcze z ś. p. rodzicem moim miał znajomość, przyjął mnie zgoła jakby własnego syna i tegoż jeszcze dnia do znaku zapisał. Rzekli mi potem inni, iż w porę przybywam, gdyż wkrótce szarańcza od strony Krymu się wyroi. Jakoż dowiedziałem się, że groźby były wielkie i że po wszystkich stannicach grano larum, rycerstwo zaś w największej baczności było utrzymywane. (…)

II. Szliśmy, jako zwyczajnie, komunikiem, gdyż kosz w ten tylko sposób dopędzonym być może. Gdyśmy we trzy godzin
po południu za małe wzgórza, które pogańskimi mogiłami zowią, się dostali, szczęśliwym dla nas zdarzeniem, tumany, które całkiem od rana step zasłaniały, opadły nagle, przy samej ziemi się trzymając. (…) …to jest kosz największy, w którym brat chana osobą swoją się znajdował i wielu znacznych murzów; odliczywszy zaś tych Tatarów, którzy koni zapaśnych, wozów, jeńców i taboru pilnować muszą, ci, którzy do bitwy użyci być mogli, czterykroć tylko liczniejsi od naszych wojsk byli. (…)

Wraz też i mgła poczęła rzednąć tak dalece, że coraz większą ilość buńczuków, nad koszem się wznoszących, oko dojrzeć mogło – a potem całkiem znikła. Wtedy ujrzeliśmy czarne mrowie pogaństwa, koń przy koniu i mąż przy mężu, kupą zbitą w kształcie sierpa stojących. Od której kupy zaraz harcownicy stadami poczęli się odrywać i latać na wszystkie strony. Inni tuż pod same chorągwie nasze podlatali, lżąc nas, wrzeszcząc okrutnie, machając rękami i wyzywając tych, którzy by gonić się z nimi chcieli. Ale wojewoda Kozakom tylko wyjechać pozwolił, aby szyk przez ten czas do zupełnego ładu przywieść, co też i wprędce się stało, bo żołnierz po większej części był stary, doświadczony i sprawny bardzo. Stojąc więc w gotowości, patrzyliśmy na harce i dziwne szarwarki Kozaków, którzy sobie najlepiej w pojedynkę z tym plugastwem radzić umieją. (…)

Wszystko wojsko stało, jako się rzekło, na wzgórzach, gotowe wraz zerwać się na nieprzyjaciela, ale podobało się fantazji
J. W. wojewody, starym obyczajem, jedną chorągiew jako sokoła z obręczy naprzód puścić, aby ta, łamiąc wszystko po drodze, postrach i zamieszanie w szykach nieprzyjacielskich rozniosła. (…) Po naszych chorągwiach, które jeszcze stały, cichość zrobiła się taka, że słychać było bzykanie much i bąków. (…)

W koszu między poganami zrobiło się wrzenie niemałe, a potem podnieśli krzyk: „Ałła! Ałła!” i wnet chmara strzał jakoby ulewa lunęła na usarzy, dzwoniąc po pancerzach i harnaszach. Od nich też doszło wołanie: „Jezus! Maria!”, co było znakiem, iż wnet kopiami zderzą. Jakoż z pomocą Bożą dopadli i zderzyli z takim impetem, że pogaństwo rozwaliło się na dwie połowy
jakoby drzewo klinem rozszczepione, oni zaś szli środkiem niby ulicą. (…)Zapał wielki i niepowstrzymany ogarnął całe szyki. (…) …„Puśćcie, abyśmy braciom naszym na ratunek iść mogli!” Ale pułkownik ciszę wielką groźnie nakazawszy rzekł, „iż nie przystoi rycerstwu, jako byle jakiej milicji, bez komendy uderzać i zbytnim łakomstwem cierpliwości rycerskiej kazić, co jeśliby który uczynił, końmi włóczony będzie.” Patrzyliśmy więc znów w milczeniu… (…)

Tymczasem słońce zaszło i zorze rozpaliły się na niebie. Ale znać na komendę nie trzeba już było długo czekać, bo nagle druga chorągiew stoczyła się za pierwszą, niosąc zniszczenie, za nią trzecia i czwarta. (…) Wtem armata, której sześć sztuk nadciągnęło właśnie za nami, zagrała z majestatem i powagą wielką, łamiąc kulami końce kosza. (…) Od wojewody przypadł służbowy i buńczukiem machnął, wnet rotmistrze do szeregów przypadli, pułkownik krzyknął: „Bij psubraty, w imię Boże!” (…) Pióra usarskie ze skrzydeł i hełmów tysiącem wzbiły się w powietrze. (…) Przy wozach największe powstało zamieszanie. Jedni łup w zgiełku brali, drudzy pęta jeńcom cięli, którzy ręce wolne poczuwszy łamali palące się wozy i żagwiami gromili nieprzyjaciół. (…) …koń pode mną pyskiem krew wyrzuciwszy padł na murawę, a wraz i mnie jakoby sen zaczął ogarniać, bo mi z ran krew ciurkiem uchodziła. (…)

III. (…) Mnie… z wielą innymi zaprowadzili do pewnej osady, Kizlich zwanej, nad sam brzeg morski, gdzie strumień słony i mały ad mare profundum się sączy. (…) …Aga Sulejman, jakoby po naszemu rzec: Salomon, miasta tego praefectus, który mnie omdlałego znalazł i pojmał, z początku przystojnie się ze mną obchodził. Czynił to dlatego, iż zbroję piękną i szablę sadzoną
na mnie wziąwszy, za znacznego w narodzie naszym mnie poczytał i okupu się wielkiego spodziewał. Ja zaś, bacząc,
że szlachcicowi nawet i w niewoli, i przed nieprzyjacielem zmyślać nie przystoi, wręczem mu to negował. (…) …on, w chytrości swej nie wierząc, tak do mnie po rusku mówił: „Ej, wy Lachowie! Każden z was się chudopachołkiem powiada i okupu nie zaręcza,
by was katować, za co sobie rozkoszy wielkie od waszego Boga w niebie obiecujecie!” (…)

Przeto smutki ogarnęły mi duszę i cierpienie toczyło serce i okrutna tęsknota wychodziła ze mnie ku Rzeczypospolitej
i ku wszystkiemu, com w niej utracił. (…) Zdarzyło się przy tym, iż między jeńcami, którzy w Kizlich jarzmo niewoli dźwigali, sam jeden szlachcicem byłem; przeto rząd nad nimi niejako sprawując, ukrzepiałem ich dusze, by nie znalazł się taki, który by odstąpieniem od wiary prawdziwej niedolę swą okupić pragnął. Jakoż Bóg tego nie dopuścił. Mając też u Tatarów
dla spodziewanego okupu powagę, ulgi niejakie innym jeńcom przynosić usiłowałem. Czasem tedy część strawy swej najgłodniejszym udało mi się oddać, czasem w robocie pomagałem, wody spragnionemu przynosiłem, za ujmę sobie tego
nie poczytując, gdyż jeśli Pan Jezus prostych ludzi w urodzeniu i krwi upośledził, przecież koronę w niebie im obiecał, a przez to ich młodszymi braćmi naszymi stworzył, którym od stanu rycerskiego należy się obrona i opieka. (…)

…Sulejman jednego dnia przyszedł do mnie i mówił: „Źle czynisz, iż na łaskawość moją niewdzięcznością się wypłacasz, gdyż jako gościa cię traktuję, a ty snadź w uporze trwasz; bacz tedy, abym cię pod kolana moje nie zgiął.” A tu wraz zamysły swoje objawił i żądał, bym do Rzplitej o tysiąc czerwonych złotych pisał, za które bym wolność mógł otrzymać. (…) Pan spuścił strach w kości moje przed gniewem Sulejmana, rzekłem mu, aby chwile męki odwlec, iż woli jego posłusznym być muszę. Jakoż dałem mu list, ale do jednego proboszcza, którego pod Kamieńcem miałem znajomym. Temu niewolę moją opisawszy prosiłem go, aby modlił się o wspomożenie dla mnie, które tylko z niebios przyjść mogło. (…)

Uradowany w chciwości swej Sulejman… łaskawszym się jeszcze dla mnie uczynił i do ałusu swego, któren w całym mieście najpiękniejszym był, mnie zaprosił. Był to zaś możny poganin i w narodzie swym bardzo poważany, tak dla swego męstwa, jak
i dla fortuny, która w jednym tylko go upośledziła, a to, iż z wielu żon żadnego syna nie spłodził, a córek pięć. Najstarszą z nich, Iłłę, wielce dla jej urody miłował. Przyszło mi ją czasem widywać… (…) …często, nie rzekłszy ni słowa, bukłę ze skisłym mlekiem ku wargom moim pochylała, lub gałkę z ryżu i baraniego łoju ukręciwszy, w gębę mi takową na znak swej przychylności kładła. Czemu Sulejman nie tylko się nie przeciwił, ale i sam to czynił, gdyż obcując ze mną co dzień, wielce mnie polubił i częstokroć
do porzucenia smutków namawiał. Przeze mnie też i innym jeńcom lepiej się działo, albowiem Iłła wszelkiej żywności obficie im dostarczała. (…) Ku mnie zaś coraz więcej serca okazywała. Bywało, siadłszy skulona w kącie ałusu i tyftykiem się z głową owinąwszy, po całych godzinach na mnie w milczeniu, jako kot, jarzącymi oczyma spoglądała. Spytałem ją tedy raz, czego się tak we mnie wpatruje, ona zaś rękę na czole, na wargach i na piersi położywszy, do nóg się moich pochyliła i rzekła: „Bakczy, niewolnicą twoją być pragnę.” I wraz uciekła… (…)

Tego jednak jeszcze dnia przyszedł do mnie Sulejman i tak się ozwał: „Zwiodłeś mnie listem swoim, za co powinien bym cię katować, gdy jednak Allach synami mnie nie pobłogosławił, nad młodością i urodą twoją litość mam. Przeto ci powiem, iż jeśli błędy wiary swej porzucisz i proroka naszego przyjmiesz, Iłłę, która cię miłuje, dam ci, synem cię swoim uczynię i wszystko,
co mam, twoje będzie.” Więc od wielkiego zdumienia pary zrazu z ust puścić nie mogłem, ale ochłonąwszy odrzekłem mu,
iż szatan Chrystusa kusił, królestwa mu różne z góry ukazując. Rozgniewany tymi słowy, ryknął jakoby zwierz dziki; zaraz szaty, jakie na sobie miałem, zwlec mi kazał i wyszedł. Co gdym uczynił, symarę zgrzebną mi niewolnik Kałmuk przyniósł i wodę trzodom groźnie nosić polecił. (…)

Wieczorem nie poszedłem, jako poprzednio, do ałusu, ale spać się między wielbłądami układłem, a żem się uznoił, Bóg mi sen zaraz zesłał. Nagle, zbudziwszy się, jakowąś figurę wiotką, ku mnie w świetle miesiąca idącą spostrzegłem. (…) …to była Iłła, która naczynia z wodą i oliwą niosła. Potem nogi moje obmywszy i namaściwszy, wpodle mnie w kuczki siadła, po dawnemu
w milczeniu mi się przypatrując, z oczu zaś jej wielkie, srebrne krople spływały. Rzekłem tedy: „Iłło, czemuś przyszła?” Ona zaś poczęła szemrać cicho, miesiącowi źrenice swe mokre oddając: „Bakczy, czemu mną pogardziłeś?” I od płakania więcej mówić
nie mogła. (…) Rzekłem więc, że mężem jej, choćby dla jej wiary, być nie mogę, która w oczach moich tym jest dla duszy ludzkiej, czym plugawa rdza na żelezie; ale więcej jej dać mogę niźli wszystko, co od ludzi spotkać ją mogło, a to chrzest święty… (…) Ona jednak, w ślepocie swej przejrzeć nie mogąc, z desperacją wielką za głowę się rękoma ułapiwszy, jak przyszła,
tak i odeszła.

Na drugi dzień powróciłem do swojej pracy, która tym cięższą była, że jeść skąpo mnie dawali. Napotkałem też i Sulejmana. Ten rzekł: „Zegnę cię”. Na co odpowiedziałem: „Ciało moje tylko zegniesz, gdyż wiedz, że duszę, ślachcicem będąc, mam nieugiętą”.
Co usłyszawszy, ze zgrzytaniem zębów się oddalił. (…) …głodem zgiąć mnie postanowił. Zabić bowiem ani przedać mnie
nie chciał, bo mnie sam dawniej miłował i dla Iłły tego uczynić nie mógł, która, jako się później dowiedziałem, gdy się przeciw szyi mej odgrażał, szat jego z wielkimi prośbami się czepiała, w tej nadziei ojca utrzymując, iż umysł mój kwoli ich chęciom wkrótce się zmieni. Przyszły tedy na mnie czasy wielkich utrapień i przewidywana godzina męki wybiła.

Rzekł mi Sulejman chcąc, abym się zhańbił: „Z psami wolno ci jadać i to, co im rzucą, brać możesz”. Nie chcąc, aby się to stało, żywiłem się tylko szarańczą, którą na piaskach morskich znajdowałem. Często też z początku żywność przy mnie przez jakąś niewidomą rękę kładziona była, w czym domyślałem się Iłły. Ale później strzeżono jej, aby tego czynić nie mogła. (…) Niewola też nie tylko moja, ale wszystkich sroższą się stała, gdyż Tatarowie wielką złością ku nam zapłonęli. Jeden zasię Kozak niebożątko, imieniem Fedko, na pal był wbity, na którym drugiego dnia dopiero, powtarzając: Chrystu! Chrystu! – umarł. (…) Rychło i ja już z ziemską powłoką moją rozstać się myślałem, albowiem miesiąc upłynął, jak się szarańczą żywiłem, która
coraz rzadszą w piaskach była. Wychudłem i sczerniałem srodze, i nogi chwiały się już pode mną. (…)

…raz w nocy, na wpół we śnie, znowu Iłłę widziałem, która wody i jedzenia mi przyniosła. Dla osłabienia wielkiego sypiałem
i we dnie, a Bóg w miłosierdziu swym sny mnie o miłej ojczyźnie zsyłał i Marysia przychodziła do mnie także, cała w bieli
i z anielskimi skrzydłami na plecach, którymi od spiekoty głowę moją osłaniała. (…) Podobno czas jakiś byłem bez przytomności, bom świata ziemskiego nie widział, ale potem zdrowie wróciło, gdyż ujrzałem znów kupę barłogu, zagrodzenie dla wielbłądów
i głowy onych zwierząt ku niebu powyginane. Pewnego razu Sulejman przechodząc koło mnie rzekł: „Poznaj moc sług proroka!” – na co odpowiedziałem: „Poznaj cierpliwość sługi Chrystusa”. (…)

Mówił tedy Sulejman do innych: „Zaprawdę, żelazną duszę ma ten nieużyty człowiek i znać, trzeba by go prosić, aby nad sobą miał litość, gdyż pychę swą nad wszystko przekłada”. I nie wiedział o tym poganin, że wtedy właśnie dusza moja w prochu
i osłabieniu największym kładła się przed Panem, bo męka była prawie ode mnie silniejsza. W nocy jednak ktoś znowu żywność koło mnie położył, którą chciwie zjadłszy poczułem się mocniejszy. Zwlokłem się zaraz z barłogu i choć ręce i nogi mi drżały, począłem na nowo nosić wodę do cysterny. Szarańczy też Bóg przez dni następne zesłał mi obfitość, a przy tym głód mnie przyuczył jeść plugastwo morskie, które w kształcie swym szpetne, złe przecie nie jest. Żyłem tedy jako ptak z dnia na dzień… (…)

Noce poczęły być chłodne bardzo. Innym niewolnikom w ałusach chronić się dozwolono, ja zaś na moim barłogu sypiać musiałem, ale litościwe wielbłądy kładły się koło mnie, ciałami swymi i oddychaniem mnie rozgrzewając. (…) Wszelako Opatrzność różnymi sposoby czuwa nad tymi, których doświadcza. (…) …chudość moja żyjącym kościotrupem mnie czyniła, a przy tym włos bujny wyrósł mi na brodzie i głowie, skóra popękała na całym ciele i pokryła się strupami i liszajami od wielbłądów. Inni za trędowatego mnie mieli i nawet w niewolnikach obrzydliwość wzbudzać począłem. (…)

IV. ...Nadeszła wiosna i znowu cieplejsze słońce oświeciło nędzę moją. Tak zaś już do niej przywykłem, żem prawie zapomniał,
iż są szczęśliwi ludzie na świecie. Bociany, pliszki, jaskółki i skowronki leciały stadami ku północy, a jam im mówił: „Ptaszyny marne, ach! mówcie Rzeczypospolitej i wszelkim stanom, żem jako szlachcic patriota wytrwał i choć tak mocno do ziemi przybity, choć tak nogami pogan zdeptany, przed Panem moim tylko płaczę, a dla nieprzyjaciół dumne oblicze chowam i ducha w ucisku nie dałem. …wiosna owa zmiany i wróżby nowe przyniosła i dziwnych zapowiedzi była pełna. (…) Strach padł na serca ludzkie
i nie był strach daremny, bo wieści doszły, że nad Palus Maeotis wybuchła zaraza. Wyprawy miały iść tej wiosny
do Rzeczypospolitej dwoma szlakami i nie poszły. (…) Sam Chan ze stolicy uciekł. Jedni mówili, że się w góry, które są
na południu, z żonami swymi schroni, inni, że do Kizlich, gdzie wiatry morskie czyszczą powietrze, przyjedzie.

* * * * * * *

Przybył tedy Chan za poradą wróżbitów do Kizlich, pędząc przed sobą trzody okrutne, aby miał co jeść z dworem swoim. Praefectus Sulejman ze czcią go wielką podejmował, a ludzie na twarzy przed nim padali, bo go niewolnicy owi prawie za Boga
i powinowatego ciałom niebieskim mają. Ordy niewiele było przy nim, jedno dwór i tysiąc baskaków i nieco hodżów i agów
w żółtych tołubach, bo obawiano się, aby w wielkim nagromadzeniu ludzi łatwiej nie okazała się zaraza. (…) Ale do Kizlich o dwa dni drogi najbliżej przyszła. Dziękował tedy Bogu Chan za ocalenie i szczodrze wróżbitów obdarzył, a wielu też niewolnikom wolność darował. Ale właśnie, gdy inni fructa łaski jego zbierali, na mnie przyszła ostatnia próba.

* * * * * * *

Pewnego razu, przejeżdżając podle barłogu, na którym leżałem, bardzo blisko przyjechał, a spojrzawszy na mnie spytał Sulejmana, co by to był za człowiek tak nędzny. Ten co odrzekł, nie wiem, widziałem jedno, że długo ze sobą rozmawiali i widać Sulejman na niewdzięczność i zatwardziałość moją się skarżył, gdyż w końcu rzekł głośno: „Spróbuj go, panie!” Czym zaciekawiony Chan sam ku mnie koniem ruszył. Wnet dwa czaukczy lecieli przed nim, krzycząc: „Na twarz, psie niewierny!”
Alem tego nie uczynił, choć mnie długimi trzcinami po głowie bić poczęli. (…)

Tu Chan… rzekł: „Gdybym ci wybór dał, albo cześć mi oddać i na twarz upaść przede mną, za co wolnością byłbyś obdarzony,
albo śmiercią okrutną umrzeć – co byś wybrał?” Na to odrzekłem, że niewolnikowi wybierać nie przystoi, niechże więc uczyni
ze mną, co zechce, niech jednak baczy, że każden najpodlejszego stanu człowiek może śmierć okrutną zadać, ale majestat monarszy, w woli Boga swoje initium mając, wtedy Stwórcy najpodobniejszym się staje i najlepiej swą potęgę oznajmia,
gdy nie śmierć, ale życie dawa. On zastanowiwszy się nad moimi słowy tak potem mówił: ‘Jeśli, niewolnikiem będąc, nie chcesz mi czci oddać ani mię słuchać, tedy przeciw Bogu postępujesz, który niewolnikom posłuszeństwo przykazał.” Odrzekłem: „Ciało moje jest tylko w niewoli”. Co słysząc, Tatarowie aż pobledli, ale on był cierpliwy, gdyż niepróżno nazywano go Roztropnym. Namyśliwszy się tedy odjechał, ale odjeżdżając powiedział agom i czaukczom swoim: „Gdy w niewolę niewiernych popadniecie, temu człowiekowi bądźcie podobni.” Więc potem miałem spokój przez dwa dni i jeść mi przynosili. Inni zaś przychodzili nawet
do mnie, mówiąc: „Pan nasz cię nie zapomni; ale gdy do łaski cię wyniesie, nie zapominaj o nas.” (…)

Po dwóch dniach Chan przejeżdżając, znowu ku mnie konia zwrócił: „Rozważałem – rzecze – słowa, któreś rzekł, w mądrości mojej i na wagach mej sprawiedliwości je położyłem. Znalazłeś za twoje męstwo łaskę u mnie; mów tedy, czego byś pragnął, abym dla cię uczynił?” – Odpowiedziałem, że w wolnym zrodzonemu stanie wolność najmilszym by mi była fruktem łaski jego.
On spytał: „A gdy ci jej odmówię?” – „Tedy daj śmierć” – odrzekłem. (…) Namyśliwszy się, mówi: „Gaurze! nie naciągaj łuku zbyt mocno, aby zaś nie pękł i ręki ci nie zranił; przeto ci powiem ostatnie słowa: żółty tołub ci dam, do dworu cię mego wezmę, dostatkami nagrodzę i koniuszym moim uczynię, odmiany wiary nie wymagając, byleś rzekł, iż z dobrej woli służyć mi będziesz.” (…)

…wyciągnąwszy… do Chana ręce, wołałem: „Panie! woli ty mojej nie żądaj, bo wola z duszy wychodzi, dusza zaś nie tylko wiary jest pamiętna, lecz i stanu, w którym na świat przyszła, a stan ów od ojców wziąwszy, muszę im go odnieść nieskalanym.” „Niewolniku, złamałeś łuk” – rzekł Chan i już widziałem, że godzina nadeszła, bo gniew począł występować na jego oblicze,
ale się opamiętał i takimi do Sulejmana ozwał się słowy: „Mądry Sulejmanie! Zaprawdę, w łasce za daleko z tym psem zaszedłem, a teraz ci przykazuję, byś go złamał koniecznie; ale nim życie mu weźmiesz, do tego męką go doprowadź, by nawet u twoich nóg w pokorze się czołgał.” W tym odjechał, a mnie zaraz z rozkazu Sulejmana Kałmukowie porwawszy, przywiązali do pala. (…)
Ja zaś duszę ku Bogu ze wszystkich sił wytężywszy o to najwięcej go błagałem, by mi sił dodał i upodlić się nie pozwolił. I wraz poczułem, że modlitwa została wysłuchana, bo duch mocny na mnie wionął. (…)

Kałmukowie zaś siec mnie surowcem poczęli i wkrótce krwią spłynąłem. Pytali mnie tedy: „Padniesz twarzą?” Odpowiadałem: „Ślachcicem polskim jestem.” Wtedy ci siekli mnie na nowo, inni zaś ognia wolnego pod nogami mymi napalili, abym się piekąc, prędzej o litość zawołał. Jakoż począłem ustępować, ale nie duszą, jedno ciałem, bo omdlałość wielka rozeszła się po kościach moich i światłość dzienna bladła w oczach. Dopiero widząc, że już śmierć nadchodzi, resztą sił podniosłem głowę do góry
i zawołałem w stronę Rzeczypospolitej: „Widzisz-że ty mnie i słyszysz?” Aż tu nagle, jakoby przez cale stepy i Perekop, doszedł mnie głos: „Widzę!” – w dalekościach coś się ćmić poczęło, niebo i powietrze zbiegało się do kupy, z czego niewiasta ze słodkim obliczem wypłynęła i stanęła koło mnie. Ogień przestał mnie parzyć, surowiec nie świstał już nade mną i poczułem, że lecę,
na ręku onej niewiasty niesiony. (…) I tak lecieliśmy ku niebiosom… (…)

V. …Wóz skrzypiał pode mną i wiatr obwiewał mnie świeży a chłodny. Otwieram oczy – Kizlich nie widzę: step jedno, step
jako morze. Więc przymknąłem powieki, myśląc, że sen mi jasłeczka jakoweś wyprawuje. Spojrzę znowu: twarz starą Chimka, marszałka Tworzyańskich, przy sobie widzę, a za nim luzaków kilku. Ten zasię mówi: „Bogu niech będzie chwała, jużeś nam waćpan oprzytomniał.” Pytam: – „Gdzie jadę?” – „Do Rzeczypospolitej.” – „Wolny-m jest?” – „Wolny.” – „Kto mnie wykupił?” – „Panienka.” – Gdy rzekł „panienka”, tedy coś, jakby ogromne płakanie, porwało mi się z piersi, ręce wyciągnąłem, omdlałem.

Wóz skrzypiał pode mną. Gdym oprzytomniał dzień później, wszystko mi Chimek powiadał. Oto J. W. Tworzyański na lepszy już świat z tego lichego się przeniósł, a Marysia, dziedziczką jego zostawszy, przy wuju swym prałacie mieszkała. Tam ich wieść
o mej niedoli i mękach doszła, tam ona, wujowi do nóg padłszy, afekt ku mnie wyznała i z wolą jego od Sulejmanowej mnie mocy wykupiła. (…) Co wszystko słysząc i wyrozumiawszy, że za przyczyną dzieweczki mojej z niewoli pogańskiej zostałem wykupiony, rzewnie płakałem i takie sobie w duszy śluby czyniłem, aby dzieweczkę oną miłosierną miłować i strzec po wiek żywota mego. (…)

VI. …Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny, bądź pochwalony w dziełach Twoich! Kędy oczy moje łzami zalane obrócę, tam Cię widzę, a kędy Cię widzę, tam Cię wyznawam. Tyś na firmamencie ognie niebieskie zawiesił, Ty słońcu z morza wstawać każąc, dzień na górach i dolinach czynisz. Na chwałę Twoją bory szumią i trzody po polach dzwonią: na chwałę Twoją wojska po stepach ze rżeniem koni jeżdżą i wszelka ziemska rzeczpospolita cześć ci oddawa. A iżeś mnie, sługę swego, opuścił
i szczęścia mnie pozbawił i w tym bądź pochwalony! Na wojnach zbiegł wiek żywota mego i w trudzie pobielały mi włosy.
Tam, Panie, gdzie działa ogniem śpiewały majestat Twój, a w dymach grzmiało imię Twoje, tam byłem. I na Multanach,
i na Inflanciech płynęła krew moja, a dziś jestem stary i przygasłe źrenice ku ziemi się już zwracają, a ciało wiecznego spoczynku pragnie. Nie ziemskie dobra, nie bogactwa, honory i godności na tamten świat ze sobą poniosę, bom oto ubogi jest, jak byłem.
Ale Ci, Panie, tarcz moją pokażę i powiem: „Patrz – niesplamiona, a splamiona, to jedno krwią moją. Imię-m nieskalane przechował, ducham nie poddał – i gnąc się z bólu – przeciem się nie złamał”. (…)


SIERPIEŃ – WRZESIEŃ [Ruda]


["W KRAINIE ZŁOTA"]
I. WSTĘP

Kto dziś przejeżdża przez miasto Sacramento, nie w kierunku San Francisco, ale na południe ku rzece Makosme, ujrzy jeszcze dom, w którym mieszkał Sutter, pierwszy odkrywca złota w Kalifornii. (…) Sutter, odkrywca złota, tak stworzył Kalifornię,
jak później Strzelecki Australię. (…) Sutter był człowiekiem ogromnej energii, ale raczej idealistą niż człowiekiem praktycznym.

Przybywszy z kilku towarzyszami do Kalifornii założył tartak. (…) Dwa razy palili go Indianie i za każdym razem odbudowywano go na nowo. (…) Może szum jego kół przypominał Sutterowi szum wodospadów ojczystej Szwajcarii. Aż pewnego razu, gdy koła milczały, jeden z towarzyszów Suttera dostrzegł pod nimi w przeźroczy wodnej grube, połyskujące żółtawo ziarna. Było to złoto. (…) Kupcy w New Yorku, Bostonie, Filadelfii i Baltimore porzucali swe kramy, urzędnicy urzędy, plantatorowie południa swe plantacje, rozbójnicy na Missisipi swe porohy, skwaterowie swe stada, strzelcy swe puszcze – i wszystko, co żyło, dążyło
do Kalifornii kopać złoto i szukać go w rzekach, rzeczkach, strumieniach, wzgórzach, wąwozach. (…)

II. SACRAMENTO

Kiedy Sutter zbudował swój pierwszy dom i tartak, nazwa Sacramento nie istniała.

Mianowano nią nie tylko rzekę, ale i osadę na lewym brzegu leżącą. (…) Dwa największe budynki były to „wenty”, w których sprzedawano wódkę i „mescal”. (…) Drugi brzeg był niską łąką. Jest nią dotychczas. (…) Łąka ciągnie się wzdłuż prawego brzegu aż do oceanu i jest ziemią obiecaną dla wodnego ptactwa. (…) Łąka żywiła osadę, Meksykanie bowiem byli hodowcami. (…) Kobiet brakło zupełnie. Miejscowi mieszkańcy osady brali za żony Indianki… Życie prowadzono pustynne i na wpół dzikie. (…) Ciszę przerywało tylko wycie dzikich zwierząt i klekotanie historycznego tartaka. (…)

III. SACRAMENTO

W kilka lat po odkryciu złota zmieniło się wszystko. (…) …w prostopadłym kierunku od rzeki wyrosło, jak grzyb po deszczu, anglosaskie „city”. (…) Na początku i przy końcu ulicy wznosiły się dwa hotele: jeden pod szumną nazwą Hotelu Dżentelmenów, drugi – Szarego Niedźwiedzia. (…) W domach pootwierano sklepy, w których sprzedawano łopaty, rydle, motyki, sita, rewolwery, karabiny, flanelowe koszule, sombrera, żywe srebro, słoninę, mąkę i wódkę. Przychodzący górnik dobywał z zanadrza pióra napełnione piaskiem złotym i płacił, sypiąc go na kantor sklepowy. Płacił za każdą rzecz literalnie na wagę złota. (…) Cały zarobek górników przechodził do handlarzy. Dowodem tego Francuz Maria, który wykopał miliony, a umarł w nędzy. (…) Handlarze więc zgarniali wszystko, co wykopał górnik. Powszechnie byli to łotry spod ciemnej gwiazdy. (…)

Życie stało się jeszcze dziksze niż za owych czasów, gdy tartak klekotał w pustyni. (…) Nocami na ulicy palono papierowe latarnie, napuszczone łojem, lub kupy wiórów. W dzień biały ludzie wśród natłoku widzów bijali się na noże i nikt im
nie przeszkadzał. (…) Czasem przychodziło do zwad między świeżo przybyłymi a osiedlonymi dawniej. (…) Zamieniano wówczas kilkanaście strzałów rewolwerowych, co zresztą było zwykłą rzeczą w tym mieście. (…)

IV. SACRAMENTO. NOWE ŻYWIOŁY

Miasto wznosiło się szybko. (…) Gorączkowe budowanie domów zrodziło swego rodzaju przemysł... (…) Przemysłem tym był wyrób desek. Tartak Suttera zamilkł, jakby przerażony tym, co się w mieście działo, ale na jego miejsce powstały inne. (…) Kto nie miał takiego szczęścia jak Maria, w szukaniu złota, rzucał kilof i taczkę, brał siekierę i mógł ciąć drzewo. Tam pod wpływem lasu, ciszy i tych wielkich tajemniczych słów, jakie puszcza szepce do człowieka, częstokroć oczyszczał się z chciwości, ze złotej gorączki i stawał się uczciwym mistykiem. (…) Praca drwali miała jeszcze inne, głębsze znaczenie: oto wyłuskiwali oni ziemię
z obsłon leśnych i przygotowywali ją dla rolnika.

Powoli wytworzyli osobną klasę ludzi, która była pierwszym spokojnym i uczciwym a silnym elementem wśród tego społeczeństwa. (…) Życie ich było nadzwyczaj pracowite, ale też do tego rodzaju pracy garnęli się tylko atleci. (…) Z czasem drwale pobudowali sobie domy bądź to pojedynczo w lasach, bądź w bliskim sąsiedztwie… (…) W ten sposób z chaosu wyłaniała się zwolna potrzeba urządzeń i zorganizowania życia. Między górnikami chaos jednak nie ustawał, a nawet zwiększał się,
z powodu przybywania coraz nowych fal awanturników. (…)

V. SACRAMENTO. NOWE ŻYWIOŁY

Wkrótce wytworzyły się dwa obozy. Do jednego należeli drwale i wszyscy porządniejsi a także i bogatsi ludzie w mieście,
dla których prawo przedstawiało się pod formą możności spokojnego używania bogactw, do drugiego – górnicy gorszego gatunku i warchołowie ze wszystkich końców świata, których liczba zwiększała się z każdą świeżo przybyłą karawaną. (…) Rozpasanie jednak doszło do najwyższego stopnia. Żadne miasto w nowszych czasach nie przedstawia tylu przykładów potwornych zbrodni, zaniku wszelkich ludzkich uczuć i rozpętania namiętności, ile przedstawiało ich wówczas Sacramento. (…) Sutter rwał włosy z rozpaczy, przeklinając dzień, w którym zbudował tartak, i chwilę odkrycia złota. (…)

VI. KRWAWY WUJASZEK

Ale na reakcję nie trzeba już było długo czekać. (…) W chwilach, gdy księżyc podnosił się znad „łąki”, widywano od pewnego czasu jakichś ludzi, schodzących się pod wielkim dębem nad rzeką. Obrady ich trwały tydzień. I nagle pewnego poranku pojawiły się pisane kartki, które w nocy porozlepiano na wszystkich domach, hotelach, parkanach. Na kartkach tych, jako tytuł, stał tylko jeden, skreślony grubszym charakterem, wyraz „Lynch”. A dalej można było czytać:

„W dniu… miesiącu… roku… nad rzeką Sacramento zawiązany został Komitet Bezpieczeństwa Publicznego, który obwieszcza mieszkańcom następujące prawo: Wszelkie przewinienie przeciw życiu i własności, zatem: zabójstwo białego, rabunek, i kradzież karane będą śmiercią przez powieszenie. Obżałowanym dodaje się obrońców wybranych z grona regulatorów. Wyroki wykonają regulatorowie bezzwłocznie – na dębie stojącym obok rzeki”.

Podpisów żadnych nie było. Po rozlepieniu kartek trzy dni panowała cisza. (…) Czwartego zdarzył się pożar. (…) To ośmieliło opryszków. (…) Ale następnego ranka wiatr, wiejący z „łąki” chwiał ciałami pięciu opryszków, powieszonych na dębie nad rzeką. Dziwna rzecz. Widok ten nie przeraził już opryszków. (…) W mieście wszczął się straszliwy rozruch. (…) Opryszkowie byli liczniejsi, ale działali bezładnie; zwycięstwo więc przechyliło się na stronę ludzi porządku. I nazajutrz dąb pokrył się znowu straszliwymi owocami. Powieszono na nim wszystkich jeńców wziętych z bronią w ręku: przeszło czterdzieści osób.

Od owej chwili rozpoczęła się wojna w całym znaczeniu tego wyrazu, nieubłagana i nieustająca, prowadzona skrycie i otwarcie. (…) Obie strony przebierały wszelką miarę okrucieństwa. (…) Nie było między nimi ani jednej kobiety. (…)

VII. HORYZONT SIĘ ROZSZERZA

Na koniec zjawiła się pierwsza. Z pewną karawaną przyjechała praczka francuska. (…) W miesiąc później odjechała do New Yorku na wielorybniku, który wypadkiem zawinął do san-franciskańskiego „bayu”.

Ale jednego dnia mieszkańcy mieli ujrzeć obraz, który na długo wyrył się w ich pamięci. (…) Nagle w tych blaskach ukazała się dziwna kawalkada. Poczynał ją olbrzymi niedźwiedź, który biegł truchtem, kiwając potwornym łbem i rzucając ukośne spojrzenia w obie strony. (…) Za niedźwiedziem jechało na rosłych i tęgich koniach dwudziestu Murzynów, ubranych w białe opończe,
a uzbrojonych od stóp do głowy. (…) Za Murzynami na przepysznym mustangu jechała amazonka. (…) Kobieta była młoda, dystyngowana i w ruchach szlachetna. (…) Piękna, wysmukła panna, której jasne, spadające na plecy włosy poruszał łagodny wiatr wieczorny, spoglądała na wszystkie strony jasnymi, błękitnymi oczyma z całą pewnością siebie, ze spokojem, a nawet
z pewną dumą. (…) Za panną ciągnęły wozy, kryte pittsburskim płótnem, zaprzężony każdy w cztery pary mułów, a powożone przez białych lub metysów. Przy pierwszym wozie jechał konno niemłody, średniego wzrostu mężczyzna, zdaje się przywódca wyprawy; co chwila zwracał się z niewypowiedzianą troskliwości ku wozowi, w którym przez odkryte płótna widać było siedzącą dziewczynkę o ciemnych włosach i twarzy bladej, pięknej, anielskiej prawie, ale smutnej. (…) Pochód zamykał drugi zbrojny poczet Yollofów. (…)

Nagle amazonka skręciła w bok i, zbliżywszy się do grupy, stojącej koło balustrady spytała dźwięcznym, spokojnym głosem:
- Dżentelmenowie, zechciejcie mi powiedzieć: czy jenerał Sutter jest w mieście?
- Yes ma’am – odpowiedzieli grzecznie górnicy.
- A gdzie jego dom?
Kilkunastu ludzi rzuciło się prowadzić. (…) Po kwadransie drogi dojechano do Sutterowego domu, który trudno było dojrzeć wśród dębów i drzew ślazowych. Tam amazonka, krępy dowódca i niewidoma, pozsiadawszy, weszli do środka. (…)

VIII. WRAŻENIA (…)

Jakoż samo ukazanie się kobiety od razu złagodziło zwykły brutalny obyczaj. (…)
- Dżentelmenowie – mówił Rows – niech mnie powieszą, jeśli nie zgodzę się do niej na woźnicę, choćbym miał darmo poganiać muły do śmierci. (…) To rzekłszy młody drwal pomacał instynktownie, czy nóż łatwo wychodzi z pochwy – i wyszedł. (…) Wrócił on po godzinie nieobecności, ale w stanie dość opłakanym, bo bez kapelusza, z podartą koszulą i bez noża. (…)
- Co się stało? Co ci jest? – pytano ze wszystkich stron. (…)

- (…) Idę i myślę: spytam pierwszego z jej grubodziobów. Ciemno jest, bo mgła poszła w górę. Zbliżam się. Wreszcie zdaje mi się, że widzę wozy; patrzę: coś się rusza; więc mówię: hej! sir, słuchaj no! Aż tu ten „sir” jak ryknie, jak mnie złapie za łeb! Zostawiłem kapelusz, kawał koszuli, nóż i uciekłem. Uciekam do domu Suttera i wrzeszczę, a grizzly (bo to on był! potępienie na jego głowę!) goni za mną i ryczy. Wtem poczynają krzyczeć i od wozów, a wreszcie otwierają się drzwi i staje w nich nasza panna, a za nią Sutter ze światłem; tak ja jej prosto do nóg i krzyczę „help!”, a niedźwiedź mnie łap znowu. (…) Wtem nasza panna mówi: „Baby! let him alone!” (…) …potępione to bydle zaś zaraz przewróciło się jej do nóg i poczęło mruczeć. (…) …nasza panna pyta mnie wtedy, kto jestem i czego potrzebuję. (…) Gdy tak do mnie ozwała się głosem słodszym od śpiewu maukawisa, tak mnie coś zaczęło ściskać w dołku, jakbym trzy dni nie jadł. Mówię tedy: beg your pardon…, ale więcej nie mogłem. Ona uśmiechnęła się jak anioł i prosiła mnie do pokoju. (…) Tak mi było głupio, jak gdyby mnie skalpowano, ale nareszcie powiedziałem,
żem przyszedł się dowiedzieć, kto ona jest. Niech jej Bóg błogosławi! (…) Ona na to: powiedz, sir, dżentelmenom, swoim kolegom, że nazywam się Mary Monteray; jestem rodem z Luizjany i przybywam tu z mymi przyjaciółmi żyć pod ich opieką. (…) Potem uścisnęła moją rękę. (…)

Posypały się oklaski, mowy, okrzyki… W pół godziny później postanowiono iść razem z deputacją do panny Monteray. (…)

IX. ZAMIARY NA PRZYSZŁOŚĆ

Panna Monteray poczęła być ulubienicą miasta, mimo tego, iż nikt z mieszkańców nie umiał sobie zdać sprawy z pytania, dlaczego osoba tak młoda, widocznie bogata i widocznie tak różniąca się wychowaniem i przyzwyczajeniami od mieszkańców dalekiego Zachodu, porzuciła uobyczajone stany wschodnie, a przeniosła się na dzikie pustynie, gdzie warunki życia były surowe, a nawet niebezpieczne. (…) Miss Monteray była po prostu przyjaciółką ślepej dziewczynki i w rzeczywistości dla niej przybyła
do Kalifornii; Mary Monteray była młodą, samotną, wolną i niezmiernie bogatą, mogła więc podróżować i przebywać, gdzie jej się podobało. Gdy małej Nelly (dla chorej, jako dla zagrożonej chorobą piersiową, wilgotny klimat był zabójczym) kazano wyjechać
z Luizjany… zdecydowano się więc na Kalifornię. (…) Mary, która przy całej szlachetności charakteru posiadała usposobienie mocno romantyczne, zgodziła się chętnie na podróż, która obiecywała mnóstwo przygód. (…)

X. PRACA I SIELANKA (…)

Upłynęło kilka miesięcy. W okolicy Lathrop stanęły przy pomocy drwali dwa domy. W jednym z nich mieszkał Taller z córką,
w drugim Mary Monteray ze swymi Murzynami i niedźwiedziem. (…) Miejscowość była ślicznie wybraną. Domy stały w dolinie
po obu brzegach strumienia, czystego jak kryształ i obrośniętego płaczącymi wierzbami, ale właśnie w tym miejscu,
gdzie strumień, spadając z wynioślejszego tarasu tworzył, aż trzy dość znaczne kaskady. (…) Lekki mostek z czerwonego drzewa, rzucony przez strumień, łączył obydwa domy. Było to ulubione miejsce Mary, na którym spędzała zwykle ranki, czytając albo ucząc małą Nelly. (…)

Niestety! pojęcia barw i kształtów nie istniały prawie w tym dziecinnym umyśle, toteż Nelly wyrażała się czasem w ten sposób:
- Strumień, Mary, jest smutny, bo płacze, to ja słyszę dobrze; las także smutny i pewno stary; ale jakie są kwiaty i niebo, tego wcale nie wiem.
Mary tłumaczyła jej, jak mogła, ale dziecko kończyło zwykle:
- Nie rozumiem, Mary, moja słodka, nie rozumiem.
Po chwili jednak dodawała:
- Ale tu jest bardzo dobrze. (…)

Gdy upał spędzał ją z mostu, Mary szła czytać pod werandę swego domu. Przywiozła ze sobą wóz książek. Potem, o południu, szła na „lunch” do domu Tallera; następnie przychodziła pora sjesty. Wieczorami, jak tylko krąg słoneczny chował się w wycięcia wysokich skał, brała strzelbę i udawała się na polowanie, a za nią wlókł się leniwo jej „baby”, kołysząc wedle niedźwiedziego zwyczaju olbrzymim łbem na obie strony. (…) Czasami także Mary w towarzystwie „baby”, a często i starego Tallera, odwiedzała „swych dżentelmenów” w mieście. (…)

Straszny dąb mniej często nosił ludzkie owoce. Regulatorowie z początku częstokroć zapraszali Mary na posiedzenia, ale wkrótce przekonali się, że „z tą panną” niepodobna powiesić nikogo po ludzku. Za to ci, których ocaliła, byli „jej ludźmi” na śmierć i życie. (…)

XI. SZAŁAS W LESIE

W życiu Mary Monteray, tak jak i na wiecznie pogodnym kalifornijskim niebie, mało było zmian. (…) Całą zmianę stanowiło to,
że w miarę jak poznając okolicę, Mary ośmielała się stopniowo, wycieczki jej myśliwskie stawały się coraz dalsze. Nie spotkała nigdy nic niebezpiecznego, raz jednak wróciła z lasu niespokojna: zdawało się jej, że ją ktoś śledził. Niepokój jej wzrósł znacznie,
gdy następnego dnia, o dziesięć mil angielskich, poniżej strumienia, nad małym jeziorkiem leśnym, przez który strumień przepływał, odkryła szałas. Szałas był świeżo sklecony z giętkich gałęzi wierzbowych, pokrytych na wierzchu kawałkiem pittsburskiego płótna. Obok szałasu dymiło jeszcze świeżo zasypane ognisko. (…)

Mary po chwili wahania weszła do środka. Obecność "baby" dodawała jej odwagi. W środku nie było nikogo. (…) Mary też postanowiła za powrotem wysłać na poszukiwanie swych Yollofów, tym bardziej że gdy wracała, w połowie drogi doszedł jej uszu odgłos dalekiego strzału. Zarządzone poszukiwania nie wydały jednak rezultatu. Jeden z Murzynów spotkał wprawdzie jakiegoś nieznanego strzelca w lesie, ale nie mógł niczego się od niego dowiedzieć. (…) Tajemnicza postać przestała Mary straszyć,
a zaczęła ją interesować. (…) Okolica wydawała się tak bezpieczną, że piękna amazonka częstokroć nie brała ze sobą swego niedźwiedzia. (…)

XII. SPOTKANIE

Pewnego razu mrok zaskoczył ją w lesie… (…)

Mary szła, odsuwając od czasu do czasu gałązki wikliny, tamującej drogę, gdy nagle przystanęła i poczęła słuchać. W ciszy leśnej dochodził ją z daleka zgrzyt żwiru, przytłaczanego ciężkimi krokami. Mary, zaniepokojona, odwiodła kurek karabinka. Wkrótce zaraz za zgrzytem żwiru doszło do jej uszu głuche mruczenie. Usłyszawszy je, amazonka opuściła natychmiast karabinek.
- Baby! – zawołała wesoło – baby! come here! (…)
Dziwna rzecz: zwierz, zamiast przejść z truchtu w krótki radosny galop, jak to zwykł był czynić, zatrzymał się nagle. Z piersi jego począł wydobywać się posępny, przytłumiony ryk. (…) Nagle karabinek zatrząsł się w jej rękach, a twarz okryła się śmiertelną bladością: to nie był jej „baby”. Mary stała oko w oko z najstraszniejszym rozbójnikiem kalifornijskich lasów: szarym niedźwiedziem. (…)

…zwierz podniósł się na tylnych nogach i, machając przednimi w powietrzu, zbliżał się z wolna ku niej.
Mary przyłożyła kolbę do twarzy: rozległ się strzał, ale odpowiedział nań tylko ryk wściekłości. (…) Nagle dotknęło coś jej ramienia, a niski, spokojny głos ludzki ozwał się za nią w ciemnościach:
- Beg pardon miss… To jest mój business.
Silna ręka odsunęła ją w tył, a przed jej oczyma zarysowała się wysoka postać męska. (…) Krwawe światło wystrzału rozdarło pomrokę, a potem Mary ujrzała straszliwą walkę człowieka ze zwierzęciem. (…)

Mary zemdlała… Gdy przyszła do siebie, pierwszym wrażeniem, jakiego doznała, był odgłos kaskad na strumieniu. Widocznie była blisko domu. Jakoż z dala połyskiwało światełko w domu Tallera. U jej nóg leżała na wznak bezwładna postać ludzka… Wtedy Mary domyśliła się wszystkiego. Nieznany zbawca widocznie niósł ją na ręku kawał drogi, zanim sam omdlał z wyczerpania. (…) Mary pobiegła po wodę do strumienia, której przyniosła we własnym kapeluszu. Gdy parę jej kropel wpuściła do ust strzelca, ciało jego drgnęło, oczy otworzyły się na chwilę, a usta wyszeptały:
- I beg your pardon! Jestem szczęśliwy…
Mary wsparła jego głowę na swych kolanach i przez czas jakiś siedziała nieruchomie, bo nie wiedziała, co robić: wołać o pomoc czy też zostawić rannego i samej iść po ludzi do domu. (…)

Mary wreszcie namyśliła się, co czynić. Ponieważ karabinek jej pozostał na miejscu walki, wzięła więc ciężki karabin strzelca
i, nabiwszy go wystrzeliła w powietrze. Powtórzyła to po trzykroć. Za drugim razem światła poczęły biegać po szybach domu Tallera, później światła owe oderwały się od tła domu i roiły, zbliżając się szybko ku Mary; wkrótce zaś kilkunastu Yollofów
z Tallerem na czele przybiegło pędem, trzymając w ręku to latarnie, to rozpalone łuczywa.
- Co się stało? – pytał Taller.
- Przenieście co prędzej do domu tego dżentelmena! – wołała Mary. (…)

Nazajutrz chory był bez przytomności. Sprowadzono doktora z Sacramento. Doktór… (…) …schyliwszy się ku rannemu, który ledwie oddychał, mówił:
- Rows! mój przyjacielu! mówiono, że niedźwiedź zabił cię przed pół rokiem, a on potarmosił cię dopiero wczoraj. Well! well! Sądzę, że piersi masz trochę zgniecione… żebro złamane… obojczyk złamany… ale zresztą all right! (…)

Rows nie wiedział o świecie bożym, dlatego nie mógł odpowiadać na pytania doktora. Ten mówił dalej:
- Ech! panno Monteray, sądzę, że ten chłopak był zakochany w pani! Inaczej byłby sobie powiedział: to nie mój business.
Doktór zamyślił się przez chwilę:
- Zginął z miasta, jakby w wodę wpadł. Nie mogliśmy dojść, dlaczego, bo zresztą był szczęśliwy w robocie. W dzień po przyjeździe pani znalazł pepitę przynajmniej na pięć tysięcy dolarów… Ale teraz przypominam sobie… Ciągle mówił o pani…
Czy on tu mieszkał?
- Nie.
- Zatem pilnował pani z lasu… poor boy! Myślę, że umrze, chyba, że wyzdrowieje… Będziecie go tu doglądali. Rękę i obojczyk nastawiłem, żebra także. Trzeba mu przemywać skaleczenia i czekać, aż się kości zrosną. Good bye!
Doktór odjechał. Przy łóżku Rowsa został tylko jeden Murzyn i Mary. (…) Drugiego dnia Rows oprzytomniał… (…)

Wyzdrowienie przychodziło łatwiej, niż przewidywał doktór. Rows był młody i bardzo silny, a choć przez dłuższy czas nie mógł się poruszać, niebezpieczeństwo mijało szybko… Mary całe dnie spędzała u wezgłowia rannego, bądź czytając mu Biblię, bądź rozmawiając z nim… Rows wówczas spowiadał jej się ze wszystkich myśli…
- Wolę być w lesie, niż kopać – mówił. – Gdy się żyje w lesie, to kopanie wydaje się i złe i głupie. Co mi z tego… Kopacze piją
i zabijają się, a nad lasem jest Bóg, a także złoto tam na nic… I przepraszam panią, ale myślę, że człowiek może być lepszy
w lesie, bo musi więcej myśleć... (…)

Zdrowie jego polepszało się szybko. Wkrótce mógł już siadywać na werandzie domu, a później często towarzyszył Mary
na ów mostek, łączący dwa domy, na którym Mary spędzała zwykle godziny popołudniowe w towarzystwie swej małej, ciemnej przyjaciółki… Pewnego popołudnia siedziała tak właśnie, ale sama, słuchając szumu kaskad i wpatrując się w amfiteatr drzew, otaczających dolinę, które lubo niezbyt odległe, przysłonięte były błękitem oddalenia. (…) W tej chwili zbliżył się do niej Rows, stawiając jeszcze z trudnością kroki…
Mary podbiegła ku niemu i posadziła go troskliwie obok siebie. Nigdy jego blada twarz nie wydała się jej wdzięczniejszą i bardziej szlachetną.
- I beg your pardon – począł wedle zwyczaju młody strzelec - ja mam do pani wielką prośbę, miss Mary!
- Której nie odmówię z pewnością – odpowiedziała Mary. (…)
-Miss Mary! – mówił Rows przyciszonym głosem – pani mnie nie potrzebuje, wiem o tym, ale i ja nie dla chleba… Wykopałem tyle, że na Wschodzie uchodziłbym za bogatego człowieka. Tu także… ale co mi po tym. W lesie nie ma co z tym robić. Samemu ciężko… Mnie tu byłoby najlepiej, więc... oto, Miss Mary, ja chciałbym wejść… do służby pani… Pani mnie nie potrzebuje… ale… byłbym najszczęśliwszy i wierny… ach! bardzo wierny…
Nastała chwila milczenia. Mary odwróciła głowę ku domowi Tallera i zamyśliła się głęboko. Nagle otrząsnęła się z zamyślenia
i, spojrzawszy prosto w oczy Rowsa, spytała:
- Pan mi odpowiesz prawdę, jak człowiek uczciwy i szczery?
- Yes, miss!
- A zatem… Pan mnie kochasz? prawda?... (…)
-O, miss Mary… Ja nie śmiałem nawet o tym myśleć, ale tak… bardzo! jedną na świecie!... (…)

Mary Monteray schyliła głowę, po chwili zaś zaczęła mówić:
- To, co teraz powiem, Rows, mówię po wejrzeniu w głąb swojego serca i po namyśle. Przyjechałam tu i nie wrócę więcej
na Wschód. Kalifornia będzie odtąd moją ojczyzną – jestem więc Kalifornijką, pionierką. Pod tym względem stoimy na równi…
Nie proś mnie o przebaczenie, boś mi uratował życie. Mam ci spłacić wielki dług – i… jeśli w tym długu przyjmiesz moją rękę –
oto ona.

Nastała chwila ciszy – słychać było tylko szum kaskad i pogwizdywanie czerwonoskrzydłych szpaków. Rows wyglądał
jak człowiek, który ugina się pod brzemieniem szczęścia. (…)
- (…) …pani jest jak inny człowiek, który umie czytać książki i wie, co w nich napisano, a ja rozumiem się tylko na kopaniu
i karabinie. Pani musiałabyś się wstydzić za moje prostactwo… Mówisz pani, że płacisz dług? O! Rows jest za uczciwy, by miał brać taką lichwę. Teraz mi jesteś wdzięczną, później przestałabyś nią być. Kto kocha, temu kochania wystarczy na całe życie – ale wdzięczności… nie. (…) Jaka pani dobra jesteś, Mary!... jaka dobra! Niech Bóg błogosławi tę rękę, którą chciałaś mi oddać…
O! czemu nie jestem dżentelmenem ze Wschodu! Good bye, Mary!
Przycisnął jej ręce do ust, i, powstawszy, udał się chwiejnym krokiem ku domowi… (…)

- Gdzie idziesz, Henry? – spytała Mary.
- Do lasu… Wykopię moje złoto i pojadę na Wschód… uczyć się… Mam za co. Jestem bogaty. Pracowałem rękoma, będę pracował głową. Nie chcę być dłużej gburem leśnym – chcę zostać oświeconym dżentelmenem, który rozumie, co mówi każda książka… Gdy się czegoś nauczę – wrócę tu i wówczas… jeśli panią tu znajdę… to… pamiętaj, Mary… (…)

XIII.

Statek „Ellen Monero”, który przywiózł do Kalifornii zapasy zboża, opuszczał właśnie pyszny „bay” dzisiejszego San Francisco, udając się z powrotem naokoło Cap Horn do New Yorku. Na statku prócz załogi znajdowało się kilkunastu górników… (…) Kilku towarzyszy żegnało ich na drogę. (…) Między nimi znajdujemy gromadkę naszych znajomych: jenerała Suttera, Tallera, niewidomą Nelly i Mary Monteray… Mary, z oczyma wzniesionymi ku pokładowi i z chustką w ręku, przesyłała wzrokiem ostatnie pożegnanie Rowsowi, który odjeżdżał na Wschód… Rows, przechylony przez balustradę, patrzał w nią z cała tą siłą oczu, którymi chwilę tylko wolno jemu patrzeć na ukochaną istotę. (…)
- Bądź zdrów, Henry…
- Niech cię Bóg błogosławi, Mary… (…)

Wielka błękitna nieskończoność otwierała się przed nim, również błękitna mgła poczęła go z wolna przesłaniać… (…) Myśli tylko, posłanki serc kochających, przelatywały przestrzenie morskie z brzegu na statek i ze statku na brzeg… (…)


GRUDZIEŃ – 02, 09 [Warszawa - odczyty]


["O NATURALIŹMIE W POWIEŚCI"]
I. (…) Rzeczywistość może być piękną, szpetną, pociągającą, ohydną, ale przede wszystkim jest rzeczywistą i dlatego musimy się z nią zgodzić; jest prawdziwą, a więc o całą prawdę wyższą od urojeń… (…) Literatura piękna wsparta na niej daje
w skończonej formie życie, objaśnia jego prawa, a więc bezpośrednio wszystkich zajmuje. (…)

Wśród rozdroży, walk i burz życiowych ta prosta, oparta na rozsądku wiara, że spełnienie obowiązku daje szczęście, że cnota
jest wyższą i piękniejszą od złego, jest tym dla człowieka, czym latarnia morska dla łodzi zbłąkanej wśród morza. (…)

II. (…) Zola posiada coś wyższego nad wszelkie doktryny, nad wszelkie naturalistyczne systematy: posiada talent. Temu ptakowi skrzydlatemu ciasno w klatce zbudowanej z fizjologicznych drutów, ze zbrodni i niebywałych występków, a że ma dość siły,
więc burzy budowę i wylata na świat szeroki i wolne powietrze. (…) W ogóle ma zepsuty smak; kocha się w brudach i chorobach, spotykamy jednak w jego powieściach, jakby oazy na pustyni, postacie czyste i pełne poezji, a odmalowane tak plastycznie,
że przemawiają do nas z siłą rzeczywistej prawdy. (…) Nie masz w nich za grosz sentymentalności, prawda bije od nich jak woń od kwiatu, ale też nie masz ani za grosz doktryny. (…)

Zola posiada przy tym temperament na wskroś powieściopisarski. Z tego powodu całą swoją teorię umieszcza w przedmowie,
bo gdy poczyna tworzyć, wówczas nawet najbardziej oderwane idee i stosunki przedstawiają mu się w kształcie obrazów.
Stąd owa wysoka plastyka we wszystkim, co pisze, albowiem posiada jednocześnie w wysokim stopniu dar uchwycenia danej rzeczy lub idei w taką formę, która najlepiej, najdotykalniej ją wyobraża. Jest to pierwszorzędny dar w powieściopisarzu. Montaigne powiedział, że trudność nie leży w pomyśle, ale w wykonaniu – i miał słuszność. (…)

Zola urodził się z tym poczuciem plastyki i formy i wydoskonalił ją do najwyższego stopnia. Nawet wtedy, gdy buduje z błota
i zgnilizny, można by, odrzuciwszy sam materiał, uczyć się od autora, jak należy rzeźbić daną rzecz słowem. Wszystko, co on opisuje, posiada swój kształt, swój kolor, swoje wycieniowanie, swój stosunek do otoczenia, swój zapach nawet. (…) Taki jest całkowity Zola. (…)

Taki naturalizm, w imię którego apostołuje Zola, nie jest prawdą, taka nauka nie jest nauką – prawdą jest tylko talent Zoli, który świeci częstokroć, niestety, jak gwiazda nad kałużą. (…) Zola nie może być przewodnikiem ani dla naszych czytelników,
ani dla naszych pisarzów. (…) Pesymizm jest rozkładem – powieść zaś nasza ma obowiązek związywać, co jest rozwiązane, być łącznią dusz i według określenia poety, arką przymierza między dawnymi i nowymi laty… (…)


DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU – 1880.


["CZY CI NAJMILSZY?"]
…W dali było widać ciemną wstęgę boru, przed borem łąkę, a wśród łanów zboża stała chata, pokryta słomianą strzechą
i mchami. Brzozy zwieszały nad nią zielone warkocze, na świerku w gnieździe stał bocian, a w sadzie wiśniowym czerniały ule.
Przez otwarte wrota na dziedziniec wszedł wędrowiec i rzekł do niewiasty stojącej w progu:
— Pokój tej cichej chacie, tym drzewom, zbożom i okolicy całej, i tobie, matko!
Ona, powitawszy go gościnnie, rzekła:
— Chleba i mleka przyniosę ci, wędrowcze, a tymczasem siądź i odpocznij, bo widać, że z dalekiej wracasz podróży.
— Jako ów bocian i jako jaskółka wędrowałem; wracam z daleka i od dzieci ci twoich wieść przynoszę.
Więc onej matce dusza cała zbiegła do oczu i zaraz spytała wędrowca:
— Czy wiesz co o synu moim, Jaśku?
— Czy ci on najmilszy, że o niego pytasz najpierwej? Oto jeden twój syn w puszczach z siekierą pracuje i w jeziora sieć zapuszcza; drugi konie na stepie pasie, pieśni tęskne zawodzi i w gwiazdy patrzy; trzeci po górach się wspina, na turniach i halach z owcami noc spędza, w orłów krakania się wsłuchuje. Do kolan się wszyscy twoich chylą i pozdrowienia ci przysyłają…
— A Jaśko? — pytała z troską na twarzy.
— Wieść smutną chowam na ostatek. Źle się Jaśkowi wiedzie: rola plonu mu nie daje, bieda i głód dokucza, w niedoli płyną mu dnie i miesiące. Wśród obcych i nędzy mowy twej nawet zapomina, więc i ty zapomnij o nim, bo on już nie twój… zapomnij!...
Gdy to rzekł, kobieta wziąwszy go za rękę, wwiodła do spiżarni w chacie i zdjąwszy bochenek chleba z pułki rzekła:
— Wędrowcze, daj to Jaśkowi.
Na koniec z chustki rozwiązała pieniądz srebrny, błyszczący, i drżącym głosem rzecze:
— Nie bogatam ja sama, ale i to dla Jaśka.
— Niewiasto! — rzekł ze zdziwieniem wielkim wędrowiec — synów masz wielu, a jednemu wszystko oddajesz. Czy go kochasz najwięcej? czy ci on najmilszy?
Ona zaś, podniósłszy wielkie smutne oczy, łzami zalane, tak rzecze:
— Błogosławieństwo moje wszystkim, ale datki temu jednemu, bom ja matka, a on najbiedniejszy.

["TISSOT W WARSZAWIE"]
Nagle sześć milionów kongresowiczów w ogólności, a cztery tysiące warszawiaków w szczególności drgnęło radosnym wzruszeniem. (…)
– (…) Cały naród, słusznie wzruszony tą wizytą, zjeżdża do Warszawy dla przedstawienia się dostojnemu gościowi świątecznie. My, jako jego (z małymi wyjątkami) przedstawiciele, obowiązani jesteśmy wyłonić z siebie delegację i wysłać ją na granicę
dla powitania Tissota. (…)
Pojechali. (…) Przybył wreszcie pociąg z Krakowa. Delegacja nasza ujrzawszy głowę Tissota, ozdobioną wieńcem mchów karpackich, krzyknęła: niech żyje!

– Upragniony gościu! – zawołał mówca poselstwa. – W imieniu prasy warszawskiej witam cię i otwieram podwoje naszego kraju. Wejdź do ubogiej chaty i rozejrz się po niej; ogłoś światu, ile w niej serca! Jeśli chcesz tego serca skosztować, dajemy ci je.
Ponieważ to powitanie było wypowiedziane w języku polskim, więc Tissot zwrócił się do towarzyszącego mu Galicjanina z prośbą o przetłumaczenie. Wysłuchawszy przekładu, odrzekł z uczuciem:
– Panowie, miło mi będzie spożyć z wami waszą narodową potrawę. (…)

…pociąg z Tissotem stanął po południu w Warszawie. Jakkolwiek w programie ugoszczeń wszystko przewidziano i postanowiono, że znakomity podróżnik zwiedzi naprzód redakcje, zaraz na wstępie zaszła trudność oznaczenia pierwszeństwa i kolei. (…)
Ale trzeba było ustąpić i Tissot pojechał naprzód do „Kuriera Ósemkowego”. (…)
– My posiadamy – rzekł oprowadzając go redaktor – najświeższe wiadomości, gdyż odbieramy je wprost z cyrkułów i straży ogniowej. (…)

Zanotowawszy te szczegóły, pojechał Tissot do „Kuriera Ćwiartkowego”. (…) Z kolei Tissot pojechał do „Kuriera Foliowego”. (…) Następnie widzimy Tissota w redakcji „Odgłosu”. (…) Redaktor „Epoki”, ujrzawszy u siebie Tissota, rzekł dumnie:
– Ja pierwszy pokazałem, jak się pisze komedie i ja pierwszy zadałem cios śmiertelny dawnej dyrekcji teatrów. Teraz spokojnie umrzeć mogę. (…)
Z egzemplarzem „Starościny” udał się Tissot do „Gazety Krajowej”. (…) Siadłszy do powozu, redaktor „Gazety Krajowej” powiózł Tissota do „Gazety Giełdowej”.
– A teraz – rzekł towarzysz Tissota – pojedziemy do „Gazety Miejscowej”. (…)

– Jestem już zmęczony – westchnął Tissot do swego towarzysza. – zaprowadź mnie pan na jaki neutralny grunt i zaproś resztę redaktorów, żebym ich mógł poznać hurtem. Przede wszystkim zaś pragnąłbym obejrzeć przedstawicieli większej własności ziemskiej, bo po to tu głównie przyjechałem.
Za taki neutralny grunt posłużyła pewna agencja ogłoszeń, której właścicielom kazano dla przyzwoitości się wynieść. (…)
Słowo powierzono autorowi artykułu o „Wybrykach młodzieży”. Ten tak przemówił:
– Czcigodny gościu! Gdy przed Wielkanocą ksiądz objeżdża wsie, święci tylko we dworach, chłopi zaś znoszą swe święcone
do jednej chałupy, w której kapłan święci je hurtem. Tak i my zrobiliśmy. Oto masz przed sobą głowizny, indyki, kiełbasy, szynki, jaja i pieczone prosięta.
Tu mówca skłonił się głęboko.

– Miło mi – odpowiedział Tissot - poznać to wszystko…
– Mam tu jeszcze w spisie jeden dziennik – mówi dalej Tissot – którego redakcji nie poznałem.
– Pominąć, pominąć! – krzyknięto chórem. – To ptak, który kala gniazdo swoje. Gbury, powiedzą panu w oczy, żeś blagier,
że nie znając języka polskiego chcesz zbadać i opisać Polskę.
Uściski zakończyły tę scenę.

Tissot wróciwszy do domu i przejrzawszy swoje notatki napisał na karcie tytułowej Voyage au pays de… Nie dojrzałem ostatniego wyrazu w tytule, bom właśnie… z tego rozkosznego snu się przebudził.

DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE JEST ZNANA. ROK PIERWODRUKU – 1881.


["LATARNIK"]
I.

Pewnego razu zdarzyło się, że latarnik w Aspinwall, niedaleko Panamy, przepadł bez wieści. (…) Zawakowało tedy miejsce latarnika, które trzeba było jak najprędzej obsadzić, ponieważ latarnia niemałe ma znaczenie tak dla ruchu miejscowego,
jak i dla okrętów idących z New Yorku do Panamy. (…) Kłopot wynalezienia nowego latarnika spadł na konsula Stanów Zjednoczonych, rezydującego w Panamie, a był to kłopot niemały, raz z tego powodu, że następcę trzeba było znaleźć koniecznie w ciągu dwunastu godzin; po wtóre, następca musiał być nadzwyczaj sumiennym człowiekiem, nie można więc było przyjmować byle kogo; na koniec w ogóle kandydatów na posadę brakło. (…) Latarnik jest niemal więźniem. Z wyjątkiem niedzieli nie może on wcale opuszczać swej skalistej wysepki. Łódź z Aspinwall przywozi mu raz na dzień zapasy żywności i świeżą wodę, po czym przywożący oddalają się natychmiast, na całej zaś wysepce, mającej morgę rozległości, nie ma nikogo. Latarnik mieszka
w latarni, utrzymuje ją w porządku; w dzień daje znaki wywieszaniem różnokolorowych flag wedle wskazówek barometru,
w wieczór zaś zapala światło. (…) W ogóle jest to życie klasztorne, a nawet więcej niż klasztorne, bo pustelnicze.

Nic też dziwnego, że Mr. Izaak Falconbridge był w niemałym kłopocie, gdzie znajdzie stałego następcę po nieboszczyku, i łatwo zrozumieć jego radość, gdy najniespodzianiej następca zgłosił się jeszcze tego samego dnia. Był to człowiek już stary, lat siedmiudziesiąt albo i więcej, ale czerstwy, wyprostowany, mający ruchy i postawę żołnierza. Włosy miał zupełnie białe, płeć spaloną… (…)

Twarz jego była przygnębiona i smutna, ale uczciwa. Na pierwszy rzut oka podobał się Falconbridge'owi. Pozostało go tylko wyegzaminować, wskutek czego wywiązała się następująca rozmowa:
– Skąd jesteście?
– Jestem Polak.
– Coście robili dotąd?
– Tułałem się.
– Latarnik powinien lubić siedzieć na miejscu.
– Potrzebuję odpoczynku.
– Czy służyliście kiedy? Czy macie świadectwa uczciwej służby rządowej?
Stary człowiek wyciągnął z zanadrza spłowiały jedwabny szmat, podobny do strzępu starej chorągwi. Rozwinął go i rzekł:
– Oto są świadectwa. (…)

Falconbridge wziął papier i zaczął czytać.
– Hm! Skawiński? To jest wasze nazwisko?... Hm!... Dwie chorągwie zdobyte własnoręcznie w ataku na bagnety… Byliście walecznym żołnierzem!
– Potrafię być i sumiennym latarnikiem. (…)
– Próbowaliście różnych zawodów?
– Nie zaznałem tylko spokojności.
– Dlaczego?
Stary człowiek ruszył ramionami.
– Taki los…
– Wszelako na latarnika wydajecie mi się za starzy.
Sir – ozwał się nagle kandydat wzruszonym głosem. – Jestem bardzo znużony i skołatany. Dużo, widzicie, przeszedłem. Miejsce to jest jedno z takich, jakie najgoręcej pragnąłem otrzymać. Jestem stary, potrzebuję spokoju! (…)
Błagam was… Jak mi Bóg miły, jestem jak statek, który jeśli nie wejdzie do portu, to zatonie… Jeśli chcecie uszczęśliwić człowieka starego… Przysięgam, że jestem uczciwy, ale… dość mam już tego tułactwa…
Niebieskie oczy starca wyrażały tak gorącą prośbę, że Falconbridge, który miał dobre, proste serce, czuł się wzruszony.
– Well! – rzekł. – Przyjmuję was. Jesteście latarnikiem. (…)

Tegoż samego jeszcze wieczora, gdy słońce stoczyło się na drugą stronę międzymorza, a po dniu promiennym nastąpiła noc
bez zmierzchu, nowy latarnik widocznie był już na miejscu, bo latarnia rzuciła, jak zwykle, na wody swoje snopy jaskrawego światła. (…) Skawiński stał na balkonie, tuż koło olbrzymich ognisk, podobny z dołu do małego, czarnego punkciku. (…) Czuł on coś takiego, co czuje szczuty zwierz, gdy wreszcie schroni się przed pogonią na jakiejś niedostępnej skale lub w pieczarze. Nadszedł nareszcie dla niego czas spokoju. (…) Miał on nieszczęście, że ilekroć rozbił gdzie namiot i rozniecił ognisko, by się osiedlić stale, jakiś wiatr wyrywał kołki namiotu, rozwiewał ognisko, a jego samego niósł na stracenie. (…) Pracowity i uczciwy, nieraz dorabiał się grosza i zawsze tracił go wbrew wszelkim przewidywaniom i największej ostrożności. (…) Wreszcie przybył
do Aspinwall – i tu miał być kres jego niepowodzeń. Cóż go bowiem mogło doścignąć jeszcze na tej skalistej wysepce? (…)

Stary ten żołnierz, opalony Bóg wie w jakich ogniach, zahartowany w biedach, bity i kuty, miał serce dziecka. W czasie epidemii na Kubie zapadł na nią dlatego, że oddał chorym wszystką swoją chininę, której miał znaczny zapas, nie zostawiwszy sobie
ani grama. Było w nim jeszcze i to dziwnego, że po tylu zawodach zawsze był pełen ufności i nie tracił nadziei, że jeszcze wszystko będzie dobrze. (…) Wreszcie zestarzał się – począł tracić energię. Cierpliwość jego poczynała być coraz podobniejsza
do rezygnacji. (…) Prócz tego od czasu do czasu tłukła go najstraszliwsza nostalgia, którą podniecała lada okoliczność: widok jaskółek, szarych ptaków podobnych do wróbli, śniegi na górach lub zasłyszana jakaś nuta, podobna do słyszanej niegdyś…
Na koniec opanowała go tylko jedna myśl: myśl spoczynku. (…) Co prawda, to i należało mu się takie skromne szczęście,
ale tak już był zwyczajny zawodów, że myślał o tym, jak w ogóle ludzie marzą o czymś niedoścignionym. (…)

Tymczasem niespodzianie w ciągu dwunastu godzin dostał posadę, jakby wybraną dla siebie ze wszystkich na świecie.
Nic też dziwnego że gdy wieczorem zapalił swoją latarnię, był jakby odurzony, że pytał sam siebie, czy to prawda, i nie śmiał odpowiedzieć: tak. A tymczasem rzeczywistość przemawiała do niego nieprzepartymi dowodami; więc godziny jedna za drugą spływały mu na balkonie. (…) Skawiński zeszedł do swej izby. Burza poczęła wyć. Tam, na dworze, ludzie na owych okrętach walczyli z nocą, z ciemnością, z falą; w izbie zaś spokojnie było i cicho. Nawet odgłosy burzy słabo przedzierały się przez grube mury i tylko miarowe tik-tak! zegara kołysało utrudzonego starca jakby do snu. (…)

II.

Zaczęły płynąć godziny, dnie i tygodnie… (…) Skawiński jednak czuł się tak szczęśliwym, jak nigdy w życiu nie był. Wstawał świtaniem, brał posiłek, czyścił soczewki latarni, a potem, siadłszy na balkonie, wpatrywał się w dal morską i oczy jego nie mogły się nigdy nasycić obrazami, które przed sobą widział. (…) Z drugiej strony balkonu widział Skawiński, jak na dłoni, Aspinwall i jego ruchliwy port, a w nim las masztów, łodzie i łódki; nieco zaś dalej białe domy i wieżyczki miasta. (…) Czuł, że ten odpoczynek, którego używa, jest wyborny, a gdy pomyślał, że będzie trwały, to mu już niczego nie brakło. Skawiński rozmarzał się własnym szczęściem, ale że człowiek łatwo oswaja się z lepszym losem, stopniowo nabierał wiary i ufności, myślał bowiem, że jeśli ludzie budują domy dla inwalidów, to dlaczegóżby Bóg nie miał wreszcie przygarnąć swego inwalidy? (…) Stary zżył się z wieżą,
z latarnią, z urwiskiem, z ławicami piasku i samotnością. (…) W końcu pokochał swoją skałę i swoją bezdrzewną wysepkę, porośniętą tylko drobnymi, tłustymi roślinkami, sączącymi lepką żywicę. (…)

Jego wieża chroniła go przed wszelkim złem. Opuszczał ją też tylko czasami w niedzielę z rana. Przywdziewał wtedy granatową kapotę strażniczą ze srebrnymi guzami, na piersiach zawieszał swoje krzyże, i jego mleczna głowa podnosiła się z pewną dumą, gdy słyszał przy wyjściu z kościoła, jak Kreole mówili między sobą: „Porządnego mamy latarnika.” – „I nie heretyk, chociaż Yankee!” Wracał jednak natychmiast po mszy na wyspę i wracał szczęśliwy, bo zawsze jeszcze nie dowierzał stałemu lądowi. (…) Potem jednak widocznie zdziczał. Przestał bywać w mieście, czytywać gazety i schodzić na polityczne rozprawy Johnsa. Upływały całe tygodnie w ten sposób, że nikt jego nie widział ani on nikogo. Jedynym znakiem, że stary żyje, było tylko znikanie żywności, pozostawianej na brzegu, i światło latarni, zapalane co wieczór z taką regularnością, z jaką słońce wstaje rankiem z wody
w tamtych stronach. Widocznie stary zobojętniał dla świata. (…)

Zżył się już z myślą, że nie opuści wieży do śmierci, i po prostu zapomniał, że jest jeszcze coś poza nią. Przy tym stał się mistykiem. Łagodne, niebieskie jego oczy poczęły być jak oczy dziecka, zapatrzone wiecznie i jakby utkwione w jakiejś dali. (…) Zatonął, ukołysał się, zapamiętał – i w tym ograniczeniu własnego, odrębnego bytu, w tym pół-czuwaniu, pół-śnie znalazł spokój tak wielki, że prawie podobny do pół-śmierci.

III.

Ale nadeszło przebudzenie. Pewnego razu, gdy łódź przywiozła wodę i zapasy żywności, Skawiński, zeszedłszy w godzinę później z wieży, spostrzegł, że prócz zwykłego ładunku jest jeszcze jedna paczka więcej. Na wierzchu paczki były marki pocztowe Stanów Zjednoczonych i wyraźny adres „Skawiński Esq.”, wypisany na grubym żaglowym płótnie. Rozciekawiony starzec przeciął płótno i ujrzał książki: wziął jedną do ręki, spojrzał i położył na powrót, przy czym ręce poczęły mu drżeć mocno. Przysłonił oczy, jakby im nie wierząc; zdawało mu się, że śni – książka była polska. Co to miało znaczyć!? Kto mu mógł przysłać książkę?
W pierwszej chwili zapomniał widocznie, iż jeszcze na początku swej latarniczej kariery przeczytał pewnego razu w pożyczonym od konsula „Heraldzie” o zawiązaniu polskiego Towarzystwa w New Yorku i że zaraz przesłał Towarzystwu połowę swej miesięcznej pensji, z którą zresztą nie miał co robić na wieży. Towarzystwo, wywdzięczając się, przysyłało książki. (…)

Przesiedział chwilę z zamkniętymi oczyma i był prawie pewny, że gdy je otworzy, sen zniknie. Nie! Rozcięta paczka leżała
przed nim wyraźnie, oświecona blaskiem popołudniowego słońca, a na niej otwarta już książka. Gdy stary wyciągnął znowu
po nią rękę, słyszał wśród ciszy bicie własnego serca. Spojrzał: były to wiersze. Na wierzchu stał wypisany wielkimi literami tytuł, pod spodem zaś imię autora. Imię to nie było Skawińskiemu obce; wiedział, że należy ono do wielkiego poety, którego nawet
i utwory czytywał po trzydziestym roku w Paryżu. (…) Z tym większą też skwapliwością i z tym żywiej bijącym sercem przewrócił kartę tytułową. Zdało mu się teraz, że na jego samotnej skale poczyna się dziać coś uroczystego. Jakoż była to chwila wielkiego spokoju i ciszy. (…)

Nagle wśród tego spokoju natury rozległ się drżący głos starego, który czytał głośno, by się samemu lepiej rozumieć:

Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie!
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie…


Skawińskiemu zabrakło głosu. Litery poczęły mu skakać do oczu; w piersi coś urwało się i szło na kształt fali od serca wyżej
i wyżej, tłumiąc głos, ściskając za gardło… (…) Stary ryknął i rzucił się na ziemię; jego mleczne włosy zmieszały się z piaskiem nadmorskim. Oto czterdzieści lat dobiegało, jak nie widział kraju, i Bóg wie ile, jak nie słyszał mowy rodzinnej, a tu tymczasem
ta mowa przyszła sama do niego – przepłynęła ocean i znalazła go, samotnika, na drugiej półkuli, taka kochana, taka droga, taka śliczna! (…)

Słońce już było przeszło nad ogrodami i nad dziewiczym lasem Panamy i staczało się z wolna za międzymorze, ku drugiemu oceanowi, ale i Atlantyk był jeszcze pełen blasku, w powietrzu widno zupełnie, więc czytał dalej:

Tymczasem przenoś duszę moją utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych…


Zmierzch dopiero zatarł litery na białej karcie, zmierzch krótki jak mgnienie oka. Starzec oparł głowę o skałę i przymknął oczy. (…) Na niebie paliły się jeszcze długie szlaki czerwone i złote, a on w tych światłościach leciał ku stronom kochanym. Zaszumiały mu w uszach lasy sosnowe, zabełkotały rzeki rodzinne. Widzi wszystko, jak było. Wszystko go pyta: „Pamiętasz?” On pamięta!
a zresztą widzi: pola przestronne, miedze, łąki, lasy i wioski. Noc już! O tej porze już zwykle jego latarnia rozświecała ciemności morskie – ale teraz on jest we wsi rodzinnej. Stara głowa pochyla się na piersi i śni. (…) Noc jest spokojna i chłodna, prawdziwie polska noc! W oddali bór sosnowy szumi bez wiatru… jak fala morska. Wkrótce świtanie wschód ubieli: jakoż i kury pieją już
w zapłociach. (…) Jaka ta ziemia kochana, śliczna w różowych blaskach jutrzni! Oj, jedyna, jedyna!

Cicho! Czujna wideta słyszy, że się ktoś zbliża. Zapewne idą zluzować warty. Nagle jakiś glos rozlega się nad Skawińskim.
– Hej, stary! wstawajcie. Co to wam?
Stary otwiera oczy i patrzy ze zdziwieniem na stojącego przed sobą człowieka. (…) Przed nim stoi Johns, strażnik portowy.
– Co to? – pyta Johns – chorzyście?
– Nie.
– Nie zapaliliście latarni. Pójdziecie precz ze służby. Łódź z San-Geromo rozbiła się na mieliźnie, szczęściem, nikt nie utonął; inaczej poszlibyście pod sąd. Siadajcie ze mną, resztę usłyszycie w konsulacie.
Stary pobladł: istotnie nie zapalił tej nocy latarni.

W kilka dni później widziano Skawińskiego na pokładzie statku, idącego z Aspinwall do New Yorku. Biedak stracił posadę. Otwierały się przed nim nowe drogi tułactwa; wiatr porywał znowu ten liść, by nim rzucać po lądach i morzach, by się nad nim znęcać do woli. Toteż stary przez te kilka dni posunął się bardzo i pochylił; oczy miał tylko błyszczące. Na nowe zaś drogi życia miał także na piersiach soją książkę, którą od czasu do czasu przyciskał ręką, jakby w obawie, by mu i ona nie zginęła… (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1881



DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU – 1881.


["MIESZANINY LITERACKO-ARTYSTYCZNE"]
XIV. ODCZYTY SPASOWICZA * „POSĄG”, DRAMAT SZYMANOWSKIEGO

(…) Z Szekspirem rzecz inna. Umysł to tak genialny, taką niezmierną obdarzony intuicją, że tworzy nieraz jakby na przyszłość,
jakby w przeczuciu pewnych stanów duszy, pewnych nastrojów i sposobów myślenia, które mają się pojawić dopiero
w przyszłości i pod wpływem mających dopiero się złożyć stosunków ludzkich. (…)

Hamlet obecnie lepiej wygląda na katedrze niż na scenie… przynajmniej u nas. W Anglii grają go i rozumieją, ale u nas aparat teatralny, przyprawne brody, papierowe korony, aktorskie stąpania królów etc. zabijają rzecz samą. Zresztą nie będę się
nad tym rozszerzał, ale faktem jest, że i u nas, i wszędzie publiczność nie chce chodzić i nie chce patrzyć na sztuki inne
jak nowożytne. (…)

XV. „WIDMA” ELIZY ORZESZKOWEJ * „ELISZA”, FRAGMENT DRAMATYCZNY MARII KONOPNICKIEJ * BERLICZA SASA „MOZAIKA”, GAWĘDY SZLACHECKIE Z LAT UBIEGŁYCH

(…) …we wszystkich utworach Orzeszkowej myśl główna góruje nad odrobieniem artystycznym. Umysł to ogarniający ilościowo bardzo szerokie widnokręgi; autorka mniej chętnie patrzy do dna w pojedynczą duszę ludzką, woli natomiast przedstawiać ludzi zbiorowo w stosunku do jakiejś myśli społecznej. Posiada niezmierną łatwość tworzenia, ale tworzy w ten sposób, iż dajmy na to, po stu latach przyszły badacz dzisiejszej literatury łatwiej pozna z jej utworów, jakie kwestie zajmowały umysły naszego czasu, niż jacy żyli w nim ludzie. (…)

Wiemy, że czasem pisze się coś od niechcenia, czasem bez natchnienia, na żądanie jakiej redakcji, a wtedy chwyta się
za pierwszy lepszy temat, byle wywiązać się z obietnicy. Tak bywa i tak się zdarza – ale źle jest, że tak bywa. Talent, gdy się go istotnie posiada, należy oszczędzać, a przede wszystkim sternikiem na tej łodzi o purpurowych żaglach mianować dobry smak. Inaczej łódź rozbić się może. (…)

Mozaika Berlicza Sasa należy do takich utworów, których coraz mniej się zjawia, ale które znajdują dotychczas chętnych czytelników. (…) Nie wiadomo, czy to jest powieść, czy wspomnienia. Autor układa rzecz w sposób powieściowy, ale osoby
do opowiadania wchodzące są rzeczywiste. Legenda o skarbie i wrażenia ze stepu Lipowczyńskiego są poezją czystej wody. Całość książki czyta się z żywym zajęciem, bo jakkolwiek nie dorównywa ona opowiadaniom Rzewuskiego lub Kaczkowskiego,
nie brak jej przecie żywych barw i charakteru. Zresztą czyta się ją przyjemnie jeszcze i dlatego, że ten rodzaj utworów wkrótce zapewne zginie w naszej literaturze. (…)

XVI. MAŁA POPULARNOŚĆ NIEMIECKICH PISARZY * „WYBÓR PISM” PAWŁA HEYSEGO: „SABINKI”, „SAMOTNIA”, „ODRODZENIE”, „ANNINA”, „WDÓWKA Z PIZY”, „WĘGIERSKA HRABINA”, „MĘCZENNIK WYOBRAŹNI” „DZIECIĘ WIESZCZEK”

Wybór pism Heysego, świeżo przez p. Lewentala wydany w przekładach różnych naszych pisarzy, stanowi cenną przysługę oddaną czytelnikom i literaturze. Zawiera ona tragedię: Sabinki, nowele prozą pt.: Samotnia, Odrodzenie, Annina, Wdówka z Pizy, Węgierska hrabina, Męczennik wyobraźni, a na koniec jedną nowelę wierszem pt. Dziecię wieszczek. Czy wybór utworów prozą daje nam właśnie najlepsze rzeczy Heysego, o to można by się posprzeczać. Może należałoby do nich zaliczyć jego obrazy z życia monachijskich malarzów, a z poezji – obok Dziecięcia wieszczek – sławną Salamandrę

Razem zebrane utwory te czytają się łatwo mile i z wyjątkiem Męczennika mogą dać doskonałe pojęcie o Heysem każdemu,
kto by go chciał poznać, wyrobić sobie o nim własne zdanie lub sprawdzić nasze.

XVII. WYDAWNICTWO PANI ORZESZKOWEJ * „STUDIA NIE Z NATURY” SPASOWICZA: SYROKOMLA, MATUSZEWICZ, POL, TRAGICZNA SZEKSPIROWSKA HISTORIA O KRÓLEWICZU DUŃSKIM HAMLECIE * „WYŚWIĘCONA” HERNCISZA * „ALBUM” NAPOLEONA ORDY

Pytała się niedawno pani Orzeszkowa, pod jaką gwiazdą urodziło się jej wydawnictwo, że same tylko nieprzychylne napotyka oceny. Owóż, wedle naszego zdania, oceny nie zależą od gwiazd, ale od książek, jakie w skład wydawnictwa wchodzą. (…)


DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * STYCZEŃ – 05. – LISTOPAD – 25.


["WIADOMOŚCI BIEŻĄCE, ROZBIORY I WRAŻENIA LITERACKO-ARTYSTYCZNE"]
3. Dzieła Lucjana Siemieńskiego. Varia z literatury, historii, archeologii i przyrody. Wydanie Ungrowskie. Warszawa 1881. Tom I. Wydanie dzieł Lucjana Siemieńskiego jest aktem uznania, które całkowicie należało się temu znakomitemu pisarzowi.
Nie mówiąc o geniuszach, spomiędzy talentów był Siemieński jednym z najświetniejszych piór, jakie wydała literatura nasza
w czasach ostatnich. Działalność jego była przy tym niezmiernie różnostronną. Występował on na wszelkich polach jako poeta samodzielny, jako niezrównany tłumacz, jako krytyk, powieściopisarz, zbieracz podań ludowych i publicysta. Była to jedna
z takich postaci literackich, obdarzonych niezmiernie wykwintnym smakiem, poczuciem estetycznym, łatwością pracy, słowem: jedna z takich postaci, jakie wydają tylko bardzo rozwinięte i kwitnące literatury europejskie. (…) Zresztą otaczała go powaga uczonego i uznanie, jakie prawdziwy talent wyrobić sobie zawsze potrafi. (…)

Pod względem języka należy Siemieński do wzorowych pisarzy, na których mogą kształcić się młodsze pokolenia, dlatego wydawca dzieł jego ma niemałą zasługę wydobywając z pyłu zapomnienia nawet mniejsze jego prace, nawet felietony dziennikarskie. (…) Tworzył on rzeczy wyborne, świetne i tak ozdobne, że mogłyby być okrasą każdej literatury, ale nie zdobył się nigdy na jedno wielkie, samodzielne arcydzieło. W pracy samodzielnej był to raczej skończony architekt i artysta niż wieszcz. Dziwna rzecz, ale wczytując się w jego pisma nie podobna oprzeć się myśli, że stworzeniu jednego wielkiego dzieła stawała w nim na przeszkodzie różnostronność zamiłowań artystycznych i estetyczna równowaga, gwoli której wykwintność stanowiła
dla niego rodzaj więzów, których zerwać nie chciał lub nie umiał. (…)

4. F. A. Lange, Historia filozofii (materializmu) i jej znaczenie w teraźniejszości, przełożył z trzeciego niemieckiego wydania Aleksander Świętochowski. Zeszyt II. (…) Lucretius występuje bardzo silnie przeciw mitom o bogach, następnie rozwija zasadę, że nic nie powstaje z niczego i nic nie ginie. (…) „A gdy jednemu Bogu przyznano jednolite kierownictwo wszechświatem, łączność rzeczy za pomocą przyczyn i skutków stała się nie tylko zrozumiałą, ale nawet koniecznym wynikiem hipotezy”. (…)

13. Mieszko Stary i jego wiek, napisał Stanisław Smolka. Warszawa. Nakład Gebethnera i Wolffa. Książka niniejsza mogłaby słusznie zwać się Wiekiem Mieszka Starego, autor bynajmniej bowiem nie ogranicza się na kreśleniu monografii Mieczysława
ani nawet nie obiera sobie tej postaci za wytyczną, około której ma się obracać opowiadanie, ale kreśli szeroki obraz monarchii bolesławowskiej aż do upadku Władysława Laskonogiego. (…)

14. Ramułtowie . Powieść współczesna przez J. I. Kraszewskiego. (…) Kraszewski powiedział w którejś ze swoich powieści,
że gdy pognój złota padnie na niwę szlachecką, wyrasta pan z antenatami. Dodamy do tego, że obecnie owa ziemia, byle dobrze znawożona, niekoniecznie potrzebuje być nawet szlachecką, by rodzić panków i półpanków in partibus, malujących swoje herby na talerzach, biletach wizytowych i wszędzie, gdzie się dadzą wymalować. (…)

23. Poezje Marii Konopnickiej. Warszawa. Nakładem Gebethnera i Wolffa, r. 1881. (…) P. Konopnicka od dawna zwróciła już
na siebie uwagę krytyki jako talent, któremu to i owo można zarzucić, ale nie podobna go nie uznać. Charakteryzuje
przede wszystkim poetkę podniosłość myśli i wysoki dar słowa. Pod tym ostatnim względem mało kto z dzisiejszych poetów wyżej stoi od Konopnickiej. (…) Z drugiej strony posiada p. Konopnicka wysoce muzykalne ucho, skutkiem czego niektóre
jej piosenki, zwłaszcza wiejskie, są tak śpiewne, iż zdaje się, że się istotnie słyszało takie melodie wygrywane na wiejskich fujarkach i ligawkach. (…)

33. Z wystawy Krywulta w Hotelu Europejskim. Kaprea za Tyberiusza. Obraz Henryka Siemiradzkiego. Słyszymy niejednokrotnie ubolewania nad tym, że tak znakomity malarz jak Siemiradzki nie bierze za przedmiot do swych obrazów motywów polskich,
ale maluje odległy świat rzymski. Wyznajemy, że ubolewania te, jakkolwiek płynące z najlepszych i godnych uznania intencji, wydawały nam się zawsze poglądem do najwyższego stopnia zaściankowym. Przede wszystkim jesteśmy wraz z innymi europejskimi narodami dziećmi kultury, która wyrosła z pnia rzymskiego, jest to więc spuścizna tak dobrze nasza jak niemiecka, francuska lub angielska. (…) Bez względu na to, jakie malarz bierze temata, sława i sztuka polska wzbogaca się, jeśli malarz
jest Polakiem. (…) Henryk Siemiradzki wybrał sobie świat rzymski, i nikt nie ma prawa go zmuszać, by wybrał inny, bo może,
że malowałby go z mniejszym mistrzostwem, przez co jedno polskie nazwisko zyskałoby mniej sławy i uznania u obcych,
niż ma dziś. (…)

39. Z podróży po Norwegii Jana Finkelhausa. Biblioteka Mrówki, t. 128. Lwów, nakładem Księgarni Polskiej. (…) Jest to jeden
z najoświeceńszych ludów w świecie, w którego skromnym budżecie największą rubrykę zajmują szkoły. (…) Pod względem urządzeń wewnętrznych Norwegia jest typem społeczeństwa demokratycznego, w którym panuje absolutna równość stanowa. (…) Piękna… przyroda znaną jest powszechnie. (…) W ogóle natura widocznie przeważa w Norwegii nad dziełami rąk ludzkich. (…)


WRZESIEŃ [Warszawa]


["SZKICE LITERACKIE"]
II. Pisma Bolesława Prusa: Przygoda Stasia. Powracająca fala. Michałko. Sieroca dola. T. I. Warszawa, 1881.

W młodszej generacji pisarzów Bolesław Prus zajął jedno z wybitniejszych stanowisk. Jest to talent, zbyt mało może dotąd podnoszony przez krytykę, ale lubiony przez czytelników i wpływowy. Ci nawet, którzy znajdują go zbyt szorstkim, chętnie biorą w rękę jego utwory; literaci, ludzie fachowi, umiejący ocenić robotę artystyczną i lubować się nią, mimo usterków całości doznają prawdziwie przyjemnego uczucia wczytując się w te prace pełne humoru, prawdy, wybornej charakterystyki i samorodności talentu, który tworzy łatwo, naturalnie i nadzwyczaj szczerze. (…) Tworzy on sobie czytelników w sferach, w których nikt
z piszących nie umiał ich dotąd utworzyć – i to jest wielka Prusa zasługa. (…)

Prus z natury swej jest filantropem, dlatego ta klasa ludzi, po większej części biednych i potrzebujących opieki społecznej, pociągnęła go nadzwyczaj szczerze. Z drugiej strony, pociągnęły go ku niej także i zamiłowania artystyczne. Jest on bystrym obserwatorem. (…) Z bezpośredniej obserwacji i z życia czerpiąc – życie daje. Pod względem też obyczajowym powieści jego
są pierwszorzędnej wartości. Pisze on je nie dlatego, żeby coś napisać, żeby zjednać sobie sławę literacką, pootwierać szpalty zamożnych dzienników, ale z czystego zamiłowania. Z tego powodu pisze dobrze. (…)

Z tego powodu można powiedzieć, że w utworach Prusa prawda przeważa nad pięknym ładem, z drugiej zaś strony można o nim także powiedzieć i to, co H. Taine mówi o Dickensie, to jest, że ludzkość więcej kocha niż sztukę, czyli że filantrop góruje nad artystą. (…) Ze wszystkich piszących Prus posiada największą zdolność obserwowania rzeczy martwych lub istot bezrozumnych. Ta właściwość zbliża go także do Dickensa. Jest to wyobraźnia rzeczy, miejsc i szczegółów, z której autor umie wykrzesać
i sytuacje liryczne, i szczególniejszy komizm. (…) Prus, mimo swego oryginalnego na świat poglądu, w tworzeniu powieściowym jest wielce obiektywnym. Przedstawia on ludzi tak, jak oni się sami przedstawiają. (…) …dzięki brakowi doktrynerstwa tworzy postacie prawdziwie żywe, a nadzwyczaj ciepło odczute.

W zawodzie publicystycznym i powieściopisarskim jest to entuzjasta, zatem jeden z najszczerszych pisarzy. (…)
Prus nie jest pisarzem wykwintnym. Język jego barwny, charakterystyczny i pełen obrazowości jest szorstki, ale taki być powinien ze względu na sfery, w których autor się obraca. (…)

Zbierając w jedno, cośmy w całości przeglądu o nim powiedzieli, dochodzimy do przekonania, że jest to dusza kochająca ludzi
do entuzjazmu, umysł obserwatora oryginalny, rozum i pierwszorzędny talent, któremu brak tylko form architektonicznych. (…) Prus nie stworzy póty nic prawdziwie znakomitego, póki się nie nauczy architektury. Ale jeśli się nie nauczy, to będzie
dla piśmiennictwa naszego prawdziwa szkoda. (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1882



DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * STYCZEŃ – 02. – MARZEC – 23.


["KRONIKA TYGODNIOWA"]
I. (…) Tymczasem wybiła jedenasta i dwunasta – pożar nie ustawał, paliła się fabryka Raua, od niedawna już po raz drugi. Fabryka ta przed pierwszym pożarem zajmowała tysiąc kilkuset robotników, później tylko siedmiuset, obecnie zapewne jeszcze liczbę ich zmniejszy. W innych czasach łatwiej by temu zaradzić, ale obecnie, gdy najbardziej chodzi o to, by jak najmniej ludzi było bez roboty, co za złośliwość i ironia losu, co za zbieg nieprzyjaznych okoliczności ze wszystkich stron! Albo nie byłoż
i to złośliwością, że wybuch przeciw Żydom, rabunki i kradzieże wypadły w dniu narodzenia Chrystusa, który głosił przebaczenie nawet dla wrogów i nieprzyjaciół? Zaprawdę nowy rok bierze po starym ciężką puściznę – ale też winien zapatrzyć się w słowa:
„i odpuść nam nasze winy!” Przebaczenia, wyrozumiałości i miłosierdzia potrzeba nam teraz tyleż ile energii. (…)

II. KRONIKA WARSZAWSKA. (…) Że wśród naszych bied, utrapień i smutków organizujemy jeszcze wyprawę naukową do środka Afryki, to doprawdy dowodzi, że jakkolwiek na nasze pochyłe drzewo społeczne od niejakiego czasu kozy skaczą, puszcza ono jednakże zielone pędy i ma jeszcze w sobie coś życiowych soków.

III. (…) „Jedźcie do Warszawy, bo tam płacą i nie wybijają zębów, a prócz tego wszyscy umieją po francusku, a ci nawet, którzy nie umieją, udają, że umieją." (…) W Krakowie mówią po polsku – a u nas nie! przecie większe miasto, większy szyk! (…)

VI. (…) Mam się podzielić z czytelnikami nadzwyczaj radosną wiadomością. Oto odkrycia pójdą u nas tak śpiesznym krokiem,
że wyprzedzimy wkrótce na sto mil całą Europę. Nie jest to żadna bajka ani jedna z tych dziennikarskich kaczek, z których jajka wykluwa się wąż morski. Istnieje bowiem nowe prawidło na poczcie, na mocy którego urzędnik, które odkryje w liście pieniądze przesyłane bez opłaty staje się właścicielem trzeciej części tychże pieniędzy. Naturalna tedy rzecz, że odkryć namnoży się
bez końca. Są wieczni malkontenci, którzy narzekają na te prawidło i twierdzą, że publiczność na nim straci, odkrycia bowiem wymagają uprzednich poszukiwań, a uprzednie poszukiwania uprzednich rozpieczętowań. (…)

W edukacji dzieci ważną jest rzeczą dozór, ważną wpływy rodzicielski, ważną bezpośrednie czuwanie – ale w edukacji dzieci jeszcze ważniejszą rzeczą jest, by rodzice przekazali im tradycję pracy. Wy, co krzyczycie na brak poszanowania tradycji, chciejcie wreszcie zrozumieć tych, co ją kochają szczerze, ale w jej jasnych i szacownych stronach. Tradycja może być złą
i dobrą. Świętą jest tradycja miłości do kraju i tradycja pracy, tradycja zasługi, ale tradycja samowoli, bezkarności, tężyzny, zbytku i próżniactwa jest złą i należy ją wypędzić, należy wyświecić z miasta i kraju. (…)
*
(…) …dyfteris. Pewien warszawski obywatel, który zapadł na tę straszną chorobę, wezwał natychmiast swego sąsiada doktora
i rzekł:
- Wszak mam dyfteris?
- Tak jest.
- A więc nie pozostaje mi, jak zrobić testament?
- Wcale nie. Będziesz pan zdrów z pewnością. Na stu chorych na dyfteris jeden wychodzi, a ponieważ dziewięćdziesięciu dziewięciu moich pacjentów już umarło, zatem pan musisz wyzdrowieć.
Chory pocieszony w ten sposób nie wahał się dłużej i począł pisać testament. (…)

VII. (…) Już nie będę wskutek przesłanej mi przez kogoś tam prenumeraty chodził 1-o, po świadectwo do rządcy domu,
że ja jestem ja, 2-o, do cyrkułu po świadectwo, że rządca jest rządca, 3-o, na pocztę, gdzie mimo dowodów, że ja jestem ja, rządca jest rządca, a komisarz jest komisarz, patrzano na mnie tak, jakby się namyślano, czy zamiast oddać mi prenumeratę,
nie lepiej będzie krzyknąć od razu: łapaj! trzymaj!… (…)

…im gorzej stoi jakieś społeczeństwo, tym więcej spotrzebowywa papieru. (…) W Płockiem wiatr wywrócił dwa słupy graniczne, jeden od strony pruskiej, drugi od naszej. W Prusach postawiono następnego dnia inny i skończyło się. Z drugiej strony wzięto się do rzeczy daleko porządniej: poczęto pisać, pisać i pisać… Pisano przez rok; sprawdzono, że słupa nie ma, zbadano,
że go przewrócił wiatr, zbadano, dlaczego wiatr wiał na słup… upłynął rok, zaczął się drugi. Słupa wprawdzie dotąd nie ma,
ale papieru wyszło tyle, że na ten widok właściciele papierni wykonali z radości taniec dzikich – ponieważ zaś konsumpcja papieru jest dowodem wyższości społecznej, zatem nieprzyjaciele Sławian mieli jeszcze dowód, żeśmy nie tacy owacy. (…)


STYCZEŃ – 27. [Warszawa]


["BALLADY PROZĄ"]

LUTY - KWIECIEŃ [Warszawa]


["BARTEK ZWYCIĘZCA"]
I. Bohater mój nazywał się Bartek Słowik, ale ponieważ miał zwyczaj wytrzeszczać oczy, gdy do niego mówiono, przeto sąsiedzi nazywali go: Bartek Wyłupiasty. (…) …jego przymioty umysłowe i prawdziwie homeryczna naiwność zjednały mu także przezwisko: Głupi Bartek. (…) Bartek pochodził ze wsi Pognębina, której to nazwy wsi jest bardzo wiele w Księstwie Poznańskim
i innych ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. Był on, nie licząc gruntu, chałupy i paru krów, właścicielem srokatego konia i żony Magdy. (…)

Jakoż życie jego układało się zupełnie, jak Bóg dał, i dopiero gdy Bóg dał wojnę, Bartek zafrasował się nie pomału. Przyszło zawiadomienie, że trzeba się było stawić, trzeba było porzucić chałupę, grunt i zdać wszystko na babską opiekę. (…) Bartek uściskał babę, potem dziesięcioletniego Franka, potem splunął, przeżegnał się i wyszedł z chałupy, a Magda za nim. Nie żegnali się zbyt czule. (…) Cała wieś wyległa: droga zapchana powołanymi. Idą oni do stacji kolejowej, a baby, dzieci, starcy i psy odprowadzają ich. (…) Psy szczekają. Dzwon na kościele dzwoni. (…)

Stacja!… Tłumy jeszcze większe. (…) Przed stację przybywają coraz nowe tłumy. (…) Rozlega się dzwonek: świst! z dala słychać gwałtowny oddech lokomotywy. Coraz bliżej, wyraźniej. To wojna zdaje się przybliżać. (…)

Tymczasem pociąg staje przed stacją. We wszystkich oknach widać czapki z czerwonymi lampasami i mundury. (…) Na peronie poczynają formować rekrutów; kto może, żegna się jeszcze. Bartek machnął łapami, jakby skrzydłami wiatraka, oczy wytrzeszczył.
- No, Magda, bywaj zdrowa!
- Oj! moje biedne chłopisko! (…)
- Bądź zdrowa; chałupy pilnuj.
Kobieta uchwyciła go za szyję z płaczem.
- Niechże cię Bóg prowadzi. (…)

Komenda: „Siadać!” Lament kobiet dochodzi do najwyższego stopnia. (…) Korowód wagonów drgnął nagle; wozy stuknęły jedno
o drugie i ruszyły.
- A pamiętaj, że masz żonę i dziecko! – wołała Magda, drepcząc za pociągiem. – Bądź zdrowy, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Bądź zdrowy… (…)

II. W jedną stronę wraca ku Pognębinowi Magda z tłumem bab i płacze, w drugą stronę świata rwie w siwą dal pociąg, najeżony bagnetami, a w nim Bartek. (…) Zdjęła go niemoc wielka, i czuł, że przepadł. Zaczął tedy patrzeć na podoficera, bo już prócz Boga nikogo więcej nie było nad nim. (…) Tymczasem pociąg fukał, huczał i leciał w dal. Co stacja przyczepiano nowe wagony
i lokomotywy. Co stacja widać było tylko pikielhauby, armaty, konie, bagnety piechurów i chorągiewki ułanów. Zapadał z wolna pogodny wieczór. (…)

Wojciech Gwizdała, chłop z Pognębina, siedzący wedle Bartka, trącił go łokciem: (…)
- Boisz się? – pytał Gwizdała.
- Co się nie mam bać!… (…)
Ściemniło się. Wagon na nierównych relsach począł się kołysać mocno, a w takt z jego ruchami kiwały się na prawo i lewo pikielhauby i bagnety. Upłynęła jedna godzina i druga. Z lokomotywy sypały się miliony iskier, które, jak długie złociste kresy
i wężyki, krzyżowały się ze sobą w ciemnościach. Bartek długo nie mógł zasnąć. Jako owe iskry po powietrzu, tak w głowie jego skakały myśli o wojnie, o Magdzie, Pognębinie, Francuzach i Niemcach. (…)

Usnął wreszcie, ale niezdrowym półsnem. I zaraz nadleciały widziadła: ujrzał naprzód, jak jego Łysek gryzie się z Wojtkowym Burkiem, aż sierść z nich leci. On cap za kij, żeby ich pogodzić, aż nagle widzi co innego: koło Magdy siedzi Francuz, czarny
jak święta ziemia, a Magda kontenta, śmieje się i szczerzy zęby. (…) On czy skrępowany, czy co? nie! rzucił się, targnął, powrozy pękły, Bartek Francuza za łeb – i nagle… Nagle wstrząsa nim silny ból, jakoby gwałtownego uderzenia. Bartek budzi się i zrywa
na równe nogi. Cały wagon rozbudzony, wszyscy pytają: co się stało? A to biedaczysko Bartek złapał podoficera przez sen
za brodę. Teraz oto stoi wyciągnięty jak drut, dwa palce przy skroni, a podoficer macha rękoma i krzyczy jak wściekły… (…)
Na koniec ucichło wszystko. Bartek usiadł na powrót na dawnym miejscu. (…)

III. Ranek. (…) Żołnierze budzą się. Promienny ranek wydobywa z cienia i mgły jakąś nie znaną im krainę. (…) Tymczasem pociąg zatrzymuje się na głównej stacji. Tłum ludzi otacza go natychmiast: są już wieści z placu boju. Zwycięstwo! Zwycięstwo! (…) Do wagonów donoszą piwo, tytuń i cygara. Zapał jest nieopisany, twarze rozpromienione. (…) Bartek uśmiecha się
z zadowoleniem, bo i on jest kontent, że Francuzów pobili. Nie przyjdą już przynajmniej do Pognębina, nie zbałamucą Magdy
i nie zabiorą gruntu. (…)

Pierwszy pociąg z pierwszymi rannymi, przybywającymi z Francji, psuje jednak to dobre usposobienie. (…) Bartek leci razem
z innymi oglądać chorych i rannych. (…) Po pierwszym spojrzeniu duch bohaterski Bartka ulatuje znowu na ramię. (…) Bartek
po raz pierwszy widzi krwawe owoce wojny. (…) Nabrał znów uszanowania dla Francuzów, które zmniejszyło się dopiero wtedy, gdy przyjechali z Deutz do Kolonii. Na centralnym banhofie ujrzeli po raz pierwszy jeńców. (…) Gromada piechurów francuskich
w podartych płaszczach, małych, brudnych, wynędzniałych, napełniała wagon, jak śledzie beczkę. (…)

Ale w następnych wagonach siedzieli żuawi. Ci więcej dali Bartkowi do myślenia. (…) … poważne twarze starych żołnierzy
o ciemnej cerze i błyszczących groźnie oczach. Duch Bartka znowu skierował się ku ramionom. (…) Napatrzywszy się żuawom poszli dalej. Zaraz przy następnym wagonie Bartek rzucił się w tył jak oparzony. (…) W otwartym oknie widać było ciemną, prawie czarną twarz turkosa z przewróconymi białkami oczu. Musiał być ranny, bo twarz wykrzywiła mu się cierpieniem. (…)

Dano znak do wsiadania. Po chwili pociąg ruszył. Gdy ściemniło się, Bartek widział ciągle przed sobą czarną twarz turkosa
i straszne białka jego oczu. (…)

IV. Bliższy udział w walnej rozprawie pod Gravelotte początkowo przekonał Bartka tylko o tym, że w bitwie jest na co się gapić,
a nie ma co robić. (…) Po pewnym czasie dziwny jakiś ruch powstał koło Bartkowego pułku. Poczęły koło niego stawać inne pułki, a w przerwy pomiędzy nimi nadbiegały, co koń wyskoczy, armaty, które wyprzęgano na gwałt i obracano paszczami ku wzgórzu. Cała dolina napełniła się wojskiem. (…) W dymie, który zasłania wzgórze, wre coś i kotłuje się strasznie. Słychać coraz bliżej basowy huk dział i stukotanie karabinowego ognia. (…)

Nagle, jak hukną dopiero co postawione armaty, aż ziemia i powietrze zadygotały razem. (…) Ogień karabinowy rozpoczyna się szybki, gorączkowy, nieregularny, wybuchający nagle w coraz innych miejscach. Nad tym ogniem wyją ciągle granaty i krzyżują się w powietrzu. (…) Armaty z doliny huczą nieprzerwanym ogniem. Pułk stoi niewzruszony. (…) Sfera ognia poczyna go jednak
z kolei obejmować. Kule bzykają niby muchy, niby bąki z daleka, lub przelatują ze strasznym świstem w pobliżu. Coraz ich więcej: oto świszczą koło głów, nosów, oczu, ramion, idą ich tysiące, miliony. (…) …stoją obaj, i Bartek i Wojtek, i nawet do głowy im
nie przychodzi, że można by zemknąć. Kazali im stać – i kwita! (…)

Tymczasem ogień staje się tak straszny, że szeregi topnieją w oczach. Zabitych i rannych nie ma już kto wyciągać. (…) Jakiś żołnierz zrywa nagle czapkę z głowy, ciska ją z całej siły o ziemię i mówi:
- Raz kozie śmierć! (…)
Ziemia pod ich nogami staje się już miękka i śliska od krwi, której surowy zapach miesza się z wonią dymu. (…) W szeregach powstaje szmer. (…) …na spienionym koniu przybiega adiutant, rozlega się komenda: „Do ataku broń! hurra, naprzód!” (…)

Ogarnia ich zapał, płomień bije im na twarze! Idą jak burza, przez zwalone ciała ludzkie, końskie, przez złomy armatnie. Giną,
ale idą z krzykiem i śpiewem. Już dobiegają krańca winnicy, nikną w zaroślach. Śpiew tylko brzmi, czasem błyśnie bagnet.
Na górze wre ogień coraz straszniejszy. Na dole trąbki wciąż grają. Salwy francuskich wystrzałów stają się śpieszniejsze, jeszcze śpieszniejsze, gorączkowe i nagle… Nagle milkną. Tam na dole stary wilk wojny, Steinmetz, zapala porcelanową fajkę i mówi
z akcentem zadowolenia:
- Im tylko to grać! Doszli, zuchy! (…)

Trąby grają znowu tenże sam hymn. Drugi pułk poznański idzie w pomoc pierwszemu. W gęstwinie wre bitwa na bagnety.
Teraz, Muzo, śpiewaj mojego Bartka, aby potomność wiedziała, co czynił. (…) Wytrzeszczał oczy, by w gęstwinie zobaczyć jak najprędzej jakiego Francuza, i dojrzał ich wreszcie trzech naraz przy chorągwi. Byli to turkosy. (…) Dopadł już do nich, i oni
z wyciem rzucili się ku niemu; dwa bagnety, jakby dwa żądła, już, już tykają jego piersi, a mój Bartek jak złapie za karabin
z cienkiego końca, niby kłonicę, jak machnie, jak poprawi… Wrzask tylko odpowiedział mu straszny, jęk - i dwa czarne ciała poczęły drgać konwulsyjnie na ziemi. W tej chwili trzeciemu, który trzymał chorągiew, podbiegło na pomoc z dziesięciu towarzyszy. (…) I znów karabin w jego ręku zatoczył łuk straszliwy. Znów jęki odpowiedziały ciosom. Turkosi cofnęli się
w przerażeniu na widok tego oszalałego z wściekłości olbrzyma… (…)

Bartek szalał jak burza. Osmalony dymem, oblany krwią, podobniejszy do zwierzęcia niż do człowieka, niepamiętny na nic, każdym uderzeniem przewracał ludzi, łamał karabiny, rozwalał głowy. Ręce jego poruszały się z straszną szybkością machiny, siejącej zniszczenie. Dotarłszy do chorążego, chwycił go żelaznymi palcami za gardło. Oczy chorążego wyszły na wierzch, twarz nabrzmiała, zacharczał i ręce jego puściły drzewiec.
- Hurra! – krzyknął Bartek i podniósłszy chorągiew, zakołysał nią w powietrzu. Ten to wznoszący się i opadający sztandar widział z dołu generał Steinmetz. (…)

Bartek został przez chwilę sam. Obdarł sztandar, schował go w zanadrze i, chwyciwszy w obie ręce drzewce, rzucił się
za towarzyszami. Gromady turkosów, wyjąc nieludzkimi głosami, uciekały teraz ku stojącym na szczycie wzgórza armatom,
za nimi zaś biegli Maćki krzycząc, goniąc, tłukąc kolbami i bagnetami. (…) Chorągwiane drzewce w potężnych łapach Bartka zmieniło się teraz w jakieś piekielne cepy. Każde ich uderzenie otwierało wolną drogę w ścieśnionych szeregach francuskich. Przerażenie też zaczęło ogarniać żuawów i turkosów. W miejscu, w którym walczył Bartek, pierzchli. Po chwili pierwszy Bartek siedział już na armacie jak na pognębińskiej kobyle. Ale nim żołnierze mieli czas dostrzec go na niej, on już siedział na drugiej, przy której znów obalił chorążego z chorągwią. (…)

Zwycięstwo było zupełne. (…) Bartek zdobył jednak w pogoni trzecią jeszcze chorągiew. (…) Wszyscy spoglądali teraz na tego olbrzymiego chłopa, o rzadkich płowych wąsach i wyłupiastych oczach z podziwem. (…) Gdy pułk znów stanął u stóp wzgórza, major pokazał go pułkownikowi, a pułkownik samemu Steinmetzowi. Ten obejrzał sztandary i kazał je zabrać, po czym począł oglądać Bartka. Mój Bartek stoi znowu wyciągnięty jak struna i prezentuje broń, a stary generał patrzy na niego i kręci głową
z zadowoleniem. (…)

Bartek sam już nie wie, co się z nim dzieje. Rzecz niesłychana w pruskiej armii: generał będzie rozmawiał z szeregowcem! Jego Ekscelencji przyjdzie to tym łatwiej, że umie po polsku. Zresztą szeregowiec ten zdobył trzy sztandary i dwie armaty.
- Skąd jesteś? – pyta generał.
- Z Pognębina – odpowiada Bartek.
- Dobrze. Imię twoje?
- Bartek Słowik.
- Mensch… – tłumaczy major.
- Mens! – powtarza Bartek.
- Wiesz, za co bijesz Francuzów?
- Wiem, Celencyjo…
- Powiedz!
Bartek poczyna się jąkać: „Bo… bo…” Nagle słowa Wojtka przychodzą mu szczęśliwie na pamięć, wybucha więc prędko,
by nie przekręcić:
- Bo to także Niemcy, tylko ścierwa gorsze!
Twarz starej Ekscelencji poczyna tak drgać, jakby Jego Ekscelencja miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Po chwili jednak Jego Ekscelencja zwraca się do majora i mówi:
- Miałeś pan słuszność.
Mój Bartek, kontent z siebie, stoi ciągle jak struna.
- Kto wygrał dziś bitwę? – pyta znowu generał.
- Ja, Celencyjo! - odpowiada bez wahania Bartek. Twarz Ekscelencji poczyna znów drgać.
- Tak, tak, ty! A oto masz nagrodę… Tu stary wojownik odpina krzyż żelazny z własnej piersi, następnie schyla się i przypina go Bartkowi. (…)

Dziwna rzecz. Jeden tylko Wojtek nie bardzo jest z naszego bohatera zadowolony. (…)
-Oj, ty Bartek, głupi jesteś, bo głupi… (…)
Wojtek uciął nagle, widocznie sam chciał także co innego powiedzieć; chciał oto wytłumaczyć Bartkowi, że przy Niemcach
nie należy źle mówić o Niemcach, ale jakoś mu się język poplątał…

V. (…) Bartek widocznie zasmakował w wojnie i począł patrzeć na nią, jak na właściwe sobie rzemiosło. Nabrał wielkiej ufności
w siebie i do bitwy teraz szedł, jakby się zabierał do jakiej roboty w Pognębinie. Na piersi jego po każdej rozprawie leciały medale i krzyże, a choć podoficerem nie został, powszechnie miano go za pierwszego szeregowca w pułku. Był zawsze karny, jak dawniej, i posiadał ślepe męstwo człowieka, który nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa. (…) Odznaczał się w każdej niemal bitwie, tak że w końcu padły nań oczy jeszcze od Steinmetzowych dostojniejsze. (…)

Pod Paryżem trzeba było leżeć po całych dniach w okopach i słuchać huku dział, częstokroć sypać szańce i moknąć. Przy tym żal mu było swego dawnego pułku. W tym, do którego przeniesiono go teraz jako ochotnika, otaczali go po większej części Niemcy. (…) …po kilku bitwach zyskał sobie szacunek u nowych towarzyszy i począł się z nimi zżywać powoli. W końcu uważano
go za jednego ze swoich, ile że cały pułk okrywał sławą. (…)

Oto pewnego razu kilka kompanij jego pułku wykomenderowano przeciw wolnym strzelcom, zrobiono na nich zasadzkę, i strzelcy w nią wpadli. Ale tym razem Bartek nie ujrzał czerwonych czapek, pierzchających po pierwszych strzałach, oddział bowiem składał się ze starych żołnierzy, rozbitków jakiegoś pułku legii zagranicznej. Otoczeni, bronili się zacięcie, a wreszcie rzucili się, by bagnetem utorować sobie drogę przez opasujący ich krąg pruskiego żołdactwa. (…)

Kompania, w której służył Bartek, pochwyciła też dwu tylko jeńców. Wieczorem umieszczono ich w izbie, w domu leśnika. Nazajutrz mieli być rozstrzelani. (…) Jeden z nich był to niemłody człowiek, z siwiejącymi wąsami i twarzą obojętną na wszystko; drugi wyglądał na dwadzieścia kilka lat: jasne wąsy zaledwie sypały mu się na twarzy, podobniejszej do twarzy panny
niż żołnierza.
- Ot i koniec – rzekł po chwili młodszy – kula w łeb i koniec!
Bartek drgnął, aż karabin zadźwięczał mu w ręku: młody chłopak mówił po polsku…
- Mnie tam już wszystko jedno – odrzekł zniechęconym głosem drugi – dalibóg, wszystko jedno. Naterałem się już tyle, że mam dosyć…
Bartkowi serce biło pod mundurem coraz żywiej… (…)
- Matki mi żal! – odparł głucho młodszy. I widocznie chcąc stłumić wzruszenie lub oszukać samego siebie, począł gwizdać. Nagle przerwał i zawołał z głęboką rozpaczą:
- Niechże mnie piorun trzaśnie! Nawetem się nie pożegnał!
- Toś uciekł z domu?
- Tak. Myślałem: pobiją Niemców, będzie Poznańczykom lepiej.
- I ja tak myślałem. A teraz…
Stary kiwnął ręką i dokończył coś z cicha, ale resztę jego słów zagłuszył szum wiatru. (…)

Lampa, umieszczona wysoko nad oknem, aby jej wiatr nie zgasił, rzucała sporo migotliwego światła na izbę, ale stojący pod nią tuż przy oknie Bartek, pogrążony był w ciemności. (…) Z chłopem działy się dziwne rzeczy. Z początku ogarnęło go zdziwienie,
i wytrzeszczał na jeńców oczy, i starał się zrozumieć, co mówią. Toż oni przyszli bić Niemców, żeby Poznańczykom było lepiej,
a on bił Francuzów, żeby Poznańczykom było lepiej! I tych dwóch jutro rozstrzelają! (…) Jakaś straszna tęsknota nadlatuje
nad niego, aż het gdzieś z Pognębina. Nieznany gość w żołdackim sercu, litość, krzyczy mu w uszy: „Bartku! ratuj swoich, to swoi!” – a serce wyrywa się do domu, do Magdy, do Pognębina, i tak się rwie jak nigdy przedtem. Dosyć ma tej Francji, tej wojny i bitew! Coraz wyraźniej słyszy głos: „Bartku, ratuj swoich!”

Z Bartkiem coś naprawdę źle. Wiatr gra jak organy pognębińskie. Jeńcy leżą cicho, nagle młodszy podnosi się trochę z wysileniem i woła:
- Karol?
- Co?
- Śpisz?
- Nie…
- Słuchaj! Ja się boję… Mów, co chcesz, a ja się będę modlił…
- To się módl!
-Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje…
Łkanie przerywa nagle słowa młodego jeńca… wszelako słychać jeszcze przerywany głos:
- Bądź… wola… Twoja!... (…)

Nazajutrz Bartek od rana był pijany. Następnego dnia także... Ale w dalszych dniach przyszły nowe pochody, potyczki, marsze…
i miło mi oznajmić, że nasz bohater wrócił do równowagi. Po owej nocy zostało mu tylko trochę zamiłowania do butelki, w której zawsze można znaleźć smak, a czasem i zapomnienie. Zresztą w bitwach bywał jeszcze okrutniejszy niż dotąd; zwycięstwo szło
w jego ślady. (…)

VI. Znów upłynęło kilka miesięcy. Było już dobrze z wiosny. W Pognębinie wiśnie w sadzie kwitły i pokryły się bujnym liściem,
a na polach zieleniała ruń obfita. Pewnego razu Magda, siedząc pod chałupą, obierała na obiad marne, kiełkowate kartofle, zdatniejsze dla trzody niż dla ludzi. Ale był to przednówek i bieda zajrzała trochę do Pognębina. (…) Wróble na czereśniach świergotały, jakby ją pragnęły zagłuszyć, a ona, śpiewając, spoglądała w zamyśleniu to na psa, śpiącego na słońcu, to na drogę, przechodzącą koło chałupy, to na steczkę, idącą od drogi przez ogród i pola. (…) W dali ukazała się jakaś postać, i kobieta przysłoniła oczy ręką, ale nie mogła nic dojrzeć, bo ją blask ślepił. (…) Łysek zerwał się naraz i całym pędem skoczył
ku zbliżającemu się człowiekowi. Wówczas Magda przybladła trochę. (…) Wstała nagle, tak że aż niecułka z kartoflami potoczyła się na ziemię; teraz już nie było wątpliwości. Łysek tam skakał do piersi przybyłego.

Kobieta rzuciła się naprzód, krzyknąwszy z całej siły z radości:
- Bartek! Bartek!
- Magda! to ja! – wołał Bartek, przykładając dłoń do ust i przyśpieszając kroku. (…)
…padli sobie w objęcia. (…) Chwilami odrywała ręce od jego szyi i patrzyła na niego, i znów je zarzucała.
- Wrócił! Chwała bądź Bogu… (…) A tobie co? Rety!
Magda w tej chwili dopiero spostrzegła długą szramę, ciągnącą się przez twarz Bartka, przez lewą skroń, policzek, aż do brody.
- At, nic… Kiryser mnie ta pomacał, ale i ja jego też. W szpitalu byłem. (…)
- Cóżeś ty, pijany?
- Ti… słabym jeszcze.
Był słaby, to pewno! Ale był i pijany, bo przy jego wycieńczeniu jedna miarka wódki wystarczała, a Bartek na stacji wypił ich coś cztery. (…)

Na czole Magdy zaczęła się zbierać burza.
- Po jakiemu ty bełkoczesz? Cóż to, nie umiesz po polsku? To ci kasztan! Sprawiedliwie mówię! Co z ciebie zrobili!
- Daj mi jeść!
- Ruszaj do chałupy.
Wszelka komenda robiła na Bartku wrażenie, któremu żadną miarą oprzeć się nie mógł. Usłyszawszy tedy: „ruszaj!”, wyprostował się, ręce wyciągnął wzdłuż bioder i, zrobiwszy pół obrotu, pomaszerował we wskazanym kierunku. (…) Wszedł
do chałupy, ale upadł na samym progu. (…) Następnie roześmiał się, dał jeden krok nader wielki, dwa bardzo małe, krzyknął: „hurra!”, i legł jak długi na tapczanie. Wieczorem zbudził się trzeźwy, wypoczęty, przywitał się z Frankiem i wyprosiwszy u Magdy kilkanaście fenigów odbył triumfalny pochód do karczmy.

Sława jego czynów poprzedziła go już w Pognębinie, gdyż niektórzy żołnierze innych kompanii tegoż samego pułku, wróciwszy wcześniej, opowiadali jego przewagi pod Gravelotte i Sedanem. (…) Maciej Kierz, stary, mądry gospodarz z Pognębina, począł kiwać głową.
- Oj, wygrały Niemcy straszną wojnę, wygrały, a myśma im pomogli; ale co nam z tego przyjdzie, Bóg jeden wie. Bartek wytrzeszczył na niego oczy.
- Co gadacie?
- Toż Niemcy i tak nie chcieli nas szanować, a teraz to ci nosy pozadzierały, jakby i Boga już nad nimi nie było. I będą jeszcze gorzej nas poniewierać albo już poniewierają.
- A nieprawda! – rzekł Bartek. (…)

Nagle wydobył z kieszeni garść fenigów.
- Bierzta! ja tera pan… Nie chceta? Oj, nie takich my pieniędzy we Francji nabrali, ino że poszło. Mało to my nie napalili, ludzi nabili!… Bóg wie nie kogo… francirerów…
Humor ludzi pijanych miewa nagłe zmiany. Nadspodziewanie Bartek zgarnął pieniądze ze stołu i począł wołać żałośnie:
- Boże! bądź miłościw grzesznej duszy mojej!
Następnie podparł się oboma łokciami na stole, głowę ukrył w łapy i milczał.
- Co ci jest? – spytał któryś z pijanych.
- Com im winien? – mruknął ponuro Bartek. – Sami leźli! Ino mi ich było żal, bo swojaki oba. Boże, bądź miłościw! Jeden był jak ta zorza rumiana. Nazajutrz to ci był blady jak chusta. A potem to ci ich jeszcze żywych przysypywali… Wódki! (…) A wyśta gadali
ze Steinmecem?… A ja gadałem! Hurra! Pijta. Kto płaci? Ja!
- Ty płacisz, pijaku, ty! – ozwał się głos Magdy. – Ale i ja ci zapłacę, nie bój się!
Bartek popatrzył na przybyłą kobietę szklanymi oczyma.
- A ze Steinmecem gadałaś? coś za jedna?
Magda zamiast mu odpowiedzieć zwróciła się do czułych słuchaczów i poczęła lamentować:
- Oj, ludzie, ludzie, widzita mój srom i moją niedolę! Wrócił, ucieszyłam się, jak komu dobremu, a on wrócił pijany. I Boga zapomniał, i po polsku zapomniał. (…)

Tu kobieta zalała się łzami, następnie podniosła głos o oktawę wyżej:
- Głupi był, ale dobry; ale teraz co z niego zrobili? Czekałam-ci go wieczór, czekałam i rano, i doczekałam się. Znikąd pociechy, znikąd zmiłowania! Boże mocny! Boże cierpliwy!… Żebyś ty skołowaciał, żebyś do reszty Niemcem ostał! (…)
Tu karczmarz, chcąc położyć koniec zajściu, zgasił jedyną świecę. Zrobiło się ciemno i cicho. (…) Przy świetle księżyca widać było dwie postacie, idące od karczmy ku chałupom. Jedna z nich, idąca naprzód, lamentowała głośno: to była Magda; za nią
ze spuszczoną głową, postępował dość pokornie zwycięzca spod Gravelotte i Sedanu. (…)

VII. Bartek wrócił jednak tak osłabiony, że przez kilka dni nie mógł pracować. Było to wielkie nieszczęście dla całego gospodarstwa, które na gwałt potrzebowało męskiej ręki. Magda radziła sobie, jak umiała. Pracowała od rana do nocy; sąsiedzi Czemierniccy pomagali jej, jak mogli, ale swoją drogą wszystko to nie wystarczało i gospodarstwo szło po trochu w ruinę. Było też już i nieco długów zaciągniętych u kolonisty Justa, Niemca… (…) Na nieszczęście Bartek pracować nie mógł. Magda nie bardzo chciała temu wierzyć i chodziła do proboszcza na narady, jakby chłopa rozruszać, a on rzeczywiście nie mógł. Brakło mu oddechu, gdy się cokolwiek strudził, i krzyże go bolały. (…)

Raz, gdy tak siedział, usłyszał z dala płacz Franka. Franek wracał ze szkoły i beczał, aż się rozlegało. Bartek wyjął z ust fajkę.
- No, ty, Franc! co ci jest?
- Ale, co ci jest?… - powtórzył, szlochając, Franek.
- Czego beczysz?
- Ale, co nie mam beczeć, kiedy dostałem po pysku…
- Kto ci dał po pysku?
- Kto, jak nie pan Boege!
Pan Boege pełnił obowiązki nauczyciela w Pognębinie. (…)
Magda, która okopywała w ogrodzie, przelazła przez płot i z motyką w ręku zbliżyła się do dziecka.
- Cóżeś sprawił? – spytała.
- Com miał sprawić? Jeno Boege nawymyślał mi od polskich świń i dał mnie w pysk, i powiedział, że jak teraz Francuzów zwojowały, , to nas będą nogami kopać, bo ony najmocniejsze. (…)
Bartek zerwał się nagle i wyrzucił przez zaciśnięte zęby:
- Ja się z nim rozmówię.

I poszedł. Niedaleko było. Szkoła leżała tuż za kościołem. Pan Boege stał właśnie przed gankiem, otoczony gromadą prosiąt, między które rozrzucał kawałki chleba. (…) Bartek przystąpił do niego bardzo blisko.
- Za co ty mi, Niemcze, dziecko bijesz? was? – spytał.
Pan Boege odstąpił od niego kilka kroków, zmierzył go oczyma bez cienia bojaźni i rzekł z flegmą:
- Won, polska „turnia”!
- Za co dziecko bijesz? – powtórzył Bartek.
- Ja i ciebie bić, polska „chama”! Teraz my wam pokażemy, kto tu pan. Idź do diabeł, idź na skargę do sąd… precz!
Bartek schwyciwszy nauczyciela za ramię począł potrząsać nim silnie… (…) Głowa Boegego wstrząsnęła się dwoma nagłymi ruchami przypominającymi ruch wahadła, z tą różnicą, że wstrząśnienia były przerażająco szybkie. (…) Na próżno dwudziestoletni Oskar, syn Boegego, chłop równie silny jak ojciec, pośpieszył mu z pomocą. Zawiązała się walka krótka, straszna, w której syn padł na ziemię, a ojciec uczuł się wyniesionym w powietrze. Bartek, wyciągnąwszy ręce do góry, niósł go, sam
nie wiedząc dokąd. Na nieszczęście pod chałupą stała beczka z pomyjami, skrzętnie zlewanymi dla świń przez panią Boegową
i oto bulknęło w beczce, a po chwili widać z niej było sterczące nogi Boegego, poruszające się gwałtownie. (…)

Kilkunastu Niemców rzuciło się na Bartka i poczęli okładać go to kijami, to pięściami. (…) Nagle jednak z masy walczących wypadł, jak szalony, Bartek, dążąc co sił do płotu. Niemcy skoczyli za nim, jednocześnie jednak dał się słyszeć przeraźliwy trzask płotu i w tejże chwili potężna żerdź zakołysała się w żelaznych łapach Bartka. Odwrócił się zapieniony, wściekły, wzniósł ręce
z żerdzią do góry: pierzchli wszyscy. (…) Ciskali jednak kamieniami, jeden z tych kamieni zranił Bartka w czoło. Krew zalewała mu oczy. Czuł, że słabnie. Zachwiał się raz i drugi na nogach, opuścił żerdź i upadł.
- Hurra! – krzyknęli koloniści. Ale nim dobiegli, Bartek podniósł się znowu. To ich wstrzymało. Ten ranny wilk mógł jeszcze być niebezpieczny. Zresztą było to już niedaleko pierwszych chałup i z dala widać już było kilku parobków, pędzących co siły na plac potyczki. Koloniści cofnęli się do domów. (…)

VIII. Sprawa stała się groźną. Gazety niemieckie umieściły nader wzruszające artykuły o prześladowaniach, jakich doznaje spokojna ludność niemiecka od barbarzyńskiej i ciemnej masy, podniecanej przez antypaństwowe agitacje i fanatyzm religijny. Boege stał się bohaterem. (…) Bartek nie wiedział, jaka burza zbiera się nad jego głową. Owszem, był dobrej myśli. Był pewny,
że w sądzie wygra. Przecie Boege mu dziecko pobił i jego pierwszy uderzył, a potem tylu na niego napadło! Musiał się przecie bronić. Rozbili mu jeszcze głowę kamieniem. (…)

Tymczasem do Pognębina przyjechali po Bartka żandarmi. Spodziewali się widać strasznego oporu, bo przyjechało ich aż pięciu
z nabitymi karabinami. Mylili się. Bartek o oporze nie myślał. Kazali mu na brykę siąść: siadł. (…) Jakoż sąd okazał się dla niego łaskawy. Zgodzono się na istnienie okoliczności łagodzących. Bartek osobiście skazany został tylko na trzy miesiące więzienia. Prócz tego skazano go na zapłacenie stu pięćdziesięciu marek tytułem wynagrodzenia rodzinie Boege i innym „obrażonym
na ciele kolonistom”. (…)

Bartek… siedział w kozie, a raczej leżał w szpitalu więziennym, bo od uderzenia kamieniem otworzyła mu się rana, jaką na wojnie otrzymał. Gdy nie miał gorączki, myślał, myślał jak ów indyk, który zdechł od myślenia. Ale Bartek nie zdechł, tylko nic
nie wymyślił. (…)

Na Magdę za to nadeszły ciężkie godziny. Trzeba było zapłacić karę: nie było skąd wziąć. (…) Magda nie wiedziała, co ma począć. (…) Podała kilka próśb o zmiłowanie do sądu, wymieniając zasługi Bartka. Nie otrzymała nawet odpowiedzi. Termin się zbliżał,
a z nim sekwestr. Modliła się i modliła, wspominając gorzko dawne czasy przed wojną, gdy byli zamożni i gdy Bartek zimą jeszcze w fabryce zarabiał. (…) Do Justa nie śmiała iść, bo i tak była mu winna, a nie płaciła nawet procentów.

Tymczasem Just niespodziewanie sam przyszedł do niej. (…)
- Morgen!
- Jak się macie, panie Just!
- A moje pieniądze?
- O, mój złocieńki panie Just, bądźcie cierpliwi. Ja biedna, co ja zrobię? Chłopa mi wzięli, karę za niego płacić muszę, rady sobie dać nie mogę. (…)
- To ja wam pożyczę jeszcze.
- Niech panu Pan Bóg zapłaci, mój złoty panie. Pan, choć luter, ale dobry człowiek. Sprawiedliwie mówię! Żeby inne Niemcy były jak pan, to by ich człowiek błogosławił.
- Ale ja bez procentu nie dam.
- Ja wiem, ja wiem.
- To mi napiszcie jeden kwit na wszystko.
- Dobrze, złoty panie. Bóg panu zapłać i tak. (…)

Zaciągnęła trzysta marek długu, to jest dwa razy tyle, ile wynosił „sztraf”, boć przecie trzeba było mieć w domu jaki grosz
na prowadzenie gospodarstwa. Bartek, który dla ważności aktu obowiązany był stwierdzić go własnym podpisem, podpisał. (…) Zwycięzca był bardzo pognębiony, przybity i chory. Chciał on jeszcze pisać skargę i przedstawić swoje krzywdy, ale skargi
nie przyjęto. (…)

Bartek począł namyślać się nad czymś usilnie.
- Krzywda mi się dzieje okrutna – rzekł.
- Chłopca Boege prześladuje – mówiła Magda. – Chodziłam go prosić, jeszcze mi nawymyślał. Oj, teraz w Pognębinie Niemcy górą. Ony się teraz nikogo nie boją.
- Pewno, że ony najmocniejsze – rzekł smutno Bartek.
- Jać prosta jestem kobieta, ale to ci powiem: mocniejszy jest Bóg.
- W nim ucieczka nasza – dodał Bartek. (…)

Magda miała dobre serce: wzruszył ją ten ból Bartkowy, więc rzekła zaraz:
- Cichaj, chłopie! cichaj! nie łap się za łeb, skoro ci się jeszcze nie zgoił. Byle Bóg urodzaj dał! Żytko ci takie śliczniutkie, że aż się ziemię chce całować, pszenica też. Ziemia nie Niemiec, nie ukrzywdzi. (…)

IX. Magda naprawdę była tyle warta, ile dziesięć gorszych od niej kobiet! (…) Teraz oto wszystko było na jej poczciwej głowie
i jak zaczęła dreptać, zabiegać, chodzić, prosić, tak i wyprosiła ratunek. W tydzień po ostatnich odwiedzinach w więziennym szpitalu wpadła znowu do Bartka zadyszana, rozpromieniona, szczęśliwa.
– Jak się masz, Bartek, kasztanie! – zawołała z radością. – Wiesz, przyjechał pan! Ożenił ci się w Królestwie; młoda pani dycht jagódka. (…) Poczęłam ją prosić o poratowanie… Żeby jej Bóg dał zdrowie!… A ona powiada: „Co w mojej mocy – powiada –
to zrobię”. (…)

Aż pan nadszedł, zobaczył, że ona płacze, i jak ją weźmie całować: gęba nie gęba, oczko nie oczko. Panowie nie takie, jak wy! Dopiero ona mu powiada: „Zrób, co możesz, dla tej kobiety”. (…) A on odpowiada: „Wszystko na świecie, czego zechcesz…” (…) „…na Justa dam i Boegego przykrócę”. A pani go za to za szyję wziena, a pan się pyta o ciebie i powiada: „Jeśli słaby, to ja
z doktorem pogadam, żeby mu napisał świadectwo, jako teraz nie może siedzieć. Jeśli go nie zwolnią całkiem, to – powiada – odsiedzi w zimie, a teraz do roboty na żniwa potrzebny”. (…)

W kilka dni później zawiadomiono go, że z powodów zdrowia na teraz zostaje zwolniony z kozy, aż do zimy. Przedtem jednak landrat kazał mu się stawić przed sobą. (…) Nie prosił, nie namawiał, rozkazywał, groził. W Berlinie poseł umarł, nowe wybory rozpisano.
- Du polnisches Vieh! spróbuj tylko głosować za panem Jarzyńskim, spróbuj! (…)
Gdy usłyszał pożądane: „Poszedł precz!” zrobił pół obrotu w lewo, wyszedł i odetchnął. Dano mu rozkaz, by głosował za panem Szulbergiem z Krzywdy Wielkiej. Nad rozkazem nie namyślał się, ale odetchnął, bo szedł oto do Pognębina, bo na żniwa mógł być w domu, bo pan obiecał spłacić Justa. (…)

X. Wybory! Wybory! Pani Maria Jarzyńska ma ich pełną główkę, nie myśli, nie mówi i nie marzy o niczym więcej. (…) Szlachcic bierze na siebie Krzywdę Dolną i Mizerów (Krzywda Wielka stracona, bo dziedzicem jej pan Szulberg), a pani Maria ma zająć się przede wszystkim Pognębinem. Aż jej się główka pali, że odgrywa taką rolę. Jakoż czasu nie traci. Co dzień widać ją na wielkiej drodze między chałupami: sukienka podniesiona w jednej ręce, parasolka w drugiej, a spod sukienki wyglądają malutkie nóżki, drepczące z zapałem w wielkich celach politycznych. (…) Pani Maria nie cofa się teraz przed niczym. Jednego dnia jest
w kilkunastu chatach i wymyśla tak głośno na Niemców, że aż mąż musi ją powstrzymywać. Ale nie ma niebezpieczeństwa. Ludzie przyjmują ą z radością, całują po rękach i uśmiechają się do niej, bo taka jest ładna, taka różowa, że gdzie wejdzie, jasno się robi.

Z kolei przychodzi i do chałupy Bartka. (…)
- Spodziewam się – mówi po powitaniach młoda pani – spodziewam się, mój Bartku, że będziecie głosować za moim mężem,
nie za panem Szulbergiem. (…)
- Łeb bym mu ukręciła, żeby nie głosował! – rzecze Magda. – Czegóż stoisz jak drąg? On strasznie niemowny. Rusz-że się!
Bartek całuje znowu panią w rękę, ale milczy ciągle i jest ponury jak noc. W myśli stoi mu landrat. (…)

Dzień wyborów zbliża się i nadchodzi. Pan Jarzyński pewny jest wygranej. Do Pognębina zjeżdża się sąsiedztwo. Panowie wracają już z miasta, dali już głosy i czekać będą teraz w Pognębinie na wiadomość, którą przywiezie ksiądz. (…) Za chwilę się to rozstrzygnie, nawet za małą chwilę, bo na drodze powstaje nagle kłąb kurzu. „Proboszcz jedzie! proboszcz jedzie!” – powtarzają obecni. Pani blednie. (…) Ale to nie proboszcz, to włódarz wraca konno z miasta. Może co wie? Przywiązuje konia do kołka
i śpieszy do dworu. Goście z gospodynią na czele wypadają na ganek.
- Są wiadomości? Są? Nasz pan wybrany? Co? Chodź tu! Wiesz na pewno? Rezultat ogłoszony?
Pytania krzyżują się i padają jak race, a chłop rzuca czapkę do góry.
- Nasz pan wybrany!
Pani siada nagle na ławce i przyciska ręką falujące piersi. (…)

- A proboszcz? – pyta ktoś.
- Zaraz tu będzie – odpowiada włódarz – jeszcze reszty obliczają…
- Obiad dawać! – woła pan poseł. (…)
Tymczasem przed gankiem rozlega się turkot i do sali wchodzi ksiądz proboszcz, a za nim stary Maciej z Pognębina.
- Witamy! Witamy! – wołają zgromadzeni. – No, jaka większość?
Ksiądz milczy przez chwilę i nagle rzuca, jakby w twarz tej powszechnej radości, szorstkie i krótkie dwa wyrazy:
- Szulberg… wybrany!… (…)

W tej chwili pan Jarzyński wyprowadza biedną panią Marię, która gryzie chusteczkę, by nie wybuchnąć płaczem lub nie zemdleć. (…)
- Powiedzcież teraz, jak się to stało? – pyta spokojnie gospodarz.
- Jakże się nie miało stać, jaśnie panie – mówi stary Maciej – skoro i tutejsze chłopy pognębińskie głosowali za Szulbergiem.
- Kto taki?
- Jak to? tutejsi?
- A jakże. Ja sam widziałem i wszyscy, jak Barek Słowik głosował za Szulbergiem…
- Bartek Słowik? – mówi pani.
- A jakże. (…)

Wieczorem państwo wyjechali, ale już nie do Berlina, tylko do Drezna. Nędzny, przeklinany, sponiewierany i znienawidzony Bartek siedział tymczasem w swojej chałupie, obcy nawet dla żony własnej, bo i ta nie przemówiła do niego cały dzień ni słowa. (…)

* * *

Jesienią Bóg urodzaj dał i pan Just, który właśnie objął był w posiadanie Bartkową kolonię, rad był, że wcale niezły zrobił interes.

Pewnego dnia szło z Pognębina do miasta troje ludzi: chłop, baba i dziecko. Chłop był pochylony bardzo, podobniejszy do dziada niż do zdrowego człeka. Szli do miasta, bo w Pognębinie nie mogli służby znaleźć. (…) Bartek, Magda i Franek szli do miasta,
bo zwycięzca spod Gravelotte i Sedanu miał jeszcze w zimie odsiedzieć w kozie za sprawą Boegego.

Państwo Jarzyńscy bawili ciągle w Dreźnie. (…)


DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * LUTY – 11.


["KRONIKA MIEJSCOWA I PROWINCONALNA"]
(…) Pani Modrzejewskiej należy się… wysokie uznanie, że zrzeka się ról efektowniejszych, wywołujących pewny oklask, byle grać w sztukach polskich. (…)

DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * LUTY – 16. – MARZEC – 15.


["MIESZANINY ARTYSTYCZNE I LITERACKIE"]
(…) Krasiński urodził się genialnym myślicielem. Genialnym – to znaczy twórczym, zatem władnącym tworzącą siła fantazji
w równowadze z rozumem. Ten myśliciel kochał jak mało kto ze współczesnych, cierpiał jak nikt ze współczesnych – i z tych trzech składników: z ogromnego rozumu mędrca, z ogromnej fantazji i ogromnego bólu – zrodził się wielki poeta, który jest zarazem wieszczem niemal jasnowidzącym. (…)

Na gruncie niezmierzonej miłości dla swego narodu poeta stawia wypadki światodziejowe i skuwając je sercem z losami własnego społeczeństwa, rozpatruje je w związku. Dowodem tego Nieboska komedia, jedno z najważniejszych
i najgenialniejszych dzieł Krasińskiego. (…)


DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * LUTY – 23.


["ODCZYTY NA DOCHÓD OSAD ROLNYCH"]
(…) Wczoraj prof. Stanisław Tarnowski miał w sali ratuszowej odczyt O dalszym rozwoju poezji romantycznej polskiej. Ponieważ obszerniejsze sprawozdanie odkładamy do rubryki „Mieszanin artystycznych i literackich”, obecnie zatem poprzestajemy
na wzmiance, że profesor krakowski mówił, jak zwykle, w sali przepełnionej publicznością. Następny odczyt odbędzie się
w piątek, to jest jutro, o godzinie piątej po południu. (…)

DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * KWIECIEŃ – 18. – 19.


["WSPOMNIENIE Z MARIPOZY"]
(…) Byłem tylko jakby przelotem w Maripozie i równie pobieżnie zwiedziłem jej okolice. Byłbym się jednak dłużej zatrzymał
i w mieście i w hrabstwie, gdybym był wiedział, że o kilkanaście mil od miasta żyje w lesie prototyp mego „Latarnika”. (…) Dziś miasto Maripoza ma z tysiąc mieszkańców, a brzegi rzeki Maripozy pokryły się już na nowo gęstwiną wierzb płaczących, drzewa bawełnianego i innych pomniejszych krzewów. (…) Miasto składa się z jednej ulicy, na której najpiękniejszym budynkiem
jest szkoła… (…)

Gdy dyliżans nasz wjeżdżał do miasta, było w nim niezwykle ludno, przybyliśmy bowiem w piątek, a to jest dzień targowy. (…) Ruch przed hotelem panował niemały, gospodarz zaś hotelu, pan Billing, kręcił się na wszystkie strony, roznosząc dżin, whisky
i brandy. Na pierwsze wejrzenie poznał on we mnie cudzoziemca, jadącego do Big Trees, ponieważ zaś tacy turyści stanowią najpożądańszą dla niego klientelę, dlatego zajął się mną ze szczególną troskliwością. (…)

Położyłem się spać i spałem aż do obiadu, o którym oznajmiono uderzeniami pałki w blaszaną górniczą miednicę. Zeszedłem
na dół i przede wszystkim zapisałem się do książki, nie omieszkawszy do swego nazwiska dodać: „from Poland”. Następnie udałem się do „dining room’u”. (…) Jedliśmy w milczeniu… (…) Dusza skakała mi z radości na myśl, że wkrótce zobaczę
w naturze i własnymi oczyma tę grupę drzew, a raczej wież kolosalnych, stojących samotnie w lesie… od potopu. Ja, warszawiak, ujrzę własnymi oczyma „ojca”, dotknę jego kory, a może kawał jej przywiozę do Warszawy, na dowód sceptykom, że naprawdę byłem w Kalifornii. (…)

Tymczasem obiad się skończył. (…) Zapaliłem cygaro i wyszedłem na ulicę. (…) Było cicho i uroczo. (…) Było mi jakoś wesoło
i dobrze. (…) Na ulicy spotkałem kilka osób i nie wiem, czy mimo woli własne swoje usposobienie przeniosłem na twarze innych, ale wśród łagodnych blasków zachodu wszystkie te twarze wydały mi się dziwnie zadowolone, spokojne i szczęśliwe. (…) Rozkołysałem się i rozmarzyłem. Dziwne zebranie wrażeń, ale wróciłem do hotelu prawie rozrzewniony i jakiś tęskny. Począłem myśleć o domu, o moich… (…)

- Puk! puk!
- Come in.
Wszedł gospodarz. (…)
- Zobaczyłem w księdze hotelowej – mówi – pan jesteś z Polski?
- Tak jest. (…)
- Panie – rzecze gospodarz – służyłem pod Mierosławskim. (…) Czy on żyje jeszcze? (…)
- Nie, umarł.
- Umarł! – mówi Niemiec i siadłszy, ciężko opuszcza ręce na kolana a głowę na piersi. (…)
- To był człowiek idealny! – wykrzykuje na koniec mój gospodarz.
- Był czy nie był, mniejsza o to! – myślę sobie – ale faktem jest, że ty, pozytywny Niemcze, jeśli masz w sobie coś idealnego,
to dziwnym zbiegiem okoliczności zawdzięczasz to Polakowi. (…)
- Ale! – mówi. – Otom zapomniał! Przecie tu jest pański rodak.
- W Maripozie?
- Nie, on mieszka w lesie. Ale w piątek przyjeżdża na targ z miodem i zostaje na noc. Stary człowiek. Bardzo dobry, bardzo dobry! On tu już jest ze dwadzieścia lat. Jeszcze tu nikogo nie było, jak on przyszedł. Jutro go panu przyprowadzę. (…)

Nazajutrz, ledwiem wstał, już mój Niemiec jeszcze przed brekfestem przyprowadził mi rodaka. Natychmiast poznałem w nim starca, który wczoraj jadł ze mną obiad. Był to człowiek wysoki, bardzo nawet wysoki, ale pochylony mocno. Miał białą głowę, białą brodę i niebieskie oczy, które utkwił we mnie od razu z jakąś dziwną uporczywością. (…)

- Zwę się Putrament – ozwał się starzec. – Aza nazwisko moje obce jest uszom twoim?
- Nazwisko moje M. – odparłem. (…) – Pan dawno z kraju? – spytałem.
- Dwadzieścia dwa lata tu mieszkam, i zaprawdę, pierwszym jesteś, którego oglądam ze stron ojczystych, gwoli czemu wzruszone jest serce moje i uradowana dusza we mnie. (…)
Takie uczucie drgało w jego głosie, że chwyciło mnie wprost za serce. W każdym razie miałem przed sobą dziwną zagadkę,
a może bardzo smutną. Począłem tedy patrzeć na niego, jakbym patrzył na starego ojca. Posadziłem go z uszanowaniem
na krześle i sam usiadłem koło niego. On wciąż patrzył na mnie.
- Co słychać w ziemi naszej? – spytał. (…) Wszystko, com mu opowiadał, zajmowało go nad wszelki wyraz. Cała jego dusza zbiegała się do oczu i ust. Żyjąc samotnie, wśród lasu, może on dni całe myślał tylko o tym, co płynęło tera z ust moich. (…)

Z opowiadań jego dowiedziałem się, co następuje: Był pasiecznikiem, jak większość skwaterów. Nie jest zbyt ubogi. Pszczoły zarabiały na jego życie. Zestarzawszy się, wziął pomocnika, młodego Indianina, który dogląda pasieki. Mówił, że sam dotychczas jeszcze co dzień poluje. (…) Jego „canyon” jest jednym z najpiękniejszych w okolicy. Przy domu jest cudny strumień, tworzący mnóstwo kaskad – zresztą skały i góry, a na nich las i las nieprzebyty… Cisza, spokój… (…)

- Powiedz mi, szanowny panie, skąd ci się wziął ten język? Język to nie dzisiejszy, ale stary, którym już nie mówią w Polsce.
Uśmiechnął się.
- Jedną książkę mam w domu: Biblię Wujka, którą czytuję co dzień, abym nie zapomniał mowy mojej i nie stał się niemym
w języku ojców moich… (…)
Czytywał więc Wujka, i nic dziwnego, że nie tylko jego słowa, ale i myśli ułożyły się do miary Biblii. Inaczej już po polsku nie umiał i nie mógł umieć; oddawał to, co czerpał. Nie chciał tylko za nic w świecie zapomnieć. Miał zwyczaj czytywać głośno swoją Biblię każdego ranka. Zresztą nic więcej nie dochodziło go ze stron ojczystych, nic, znikąd – chyba tylko szum lasu kalifornijskiego przypominał mu szumy litewskie. (…)

Pożegnaliśmy się.
- Niech cię prowadzi Pan! – rzekł mi na drogę.
On zaraz wyjechał do lasu – ja, w dwa dni potem, do Big Trees. (…) Nazajutrz, rankiem, myślałem sobie: w tej chwili stary Putrament czyta głośno w kanionie swoją Biblię… (…)


DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * MAJ – 19., CZERWIEC – 20. – 24., PAŹDZIERNIK – 16.


["ARTYKUŁY W SPRAWIE "HOŁDU PRUSKIEGO"]
„HOŁD PRUSKI” OBRAZ JANA MATEJKI

Zaledwie rozeszła się wiadomość o wystawieniu Hołdu pruskiego, już tłumy mimo najokropniejszej pogody śpieszą, by obejrzeć najnowsze dzieło Matejki. Pod względem ducha przeciwstawia się ono zupełnie Grunwaldowi, chociaż stoi z nim w historycznym związku. Grunwald to tytaniczna walka ścierających się ze sobą na śmierć i życie potęg olbrzymich – Hod to triumf narodu
nad wrogą sobie potęgą, a zarazem wspaniała średniowieczna uroczystość, pełna spokoju i majestatu. (…)

Obraz jest wielki, bo natchniony tu artysta odczuł i wielki wypadek dziejowy, i życie ówczesne, i chwałę narodową, a oddał
z potęgą i mistrzostwem. (…)

…w dzisiejszych czasach i w dzisiejszych okolicznościach ten Brandenburczyk klęczący na rynku krakowskim przed majestatem jagiellońskim i ten mistrzowski obraz hołdu jest wskrzeszeniem dawnej chwały i dawnej wielkości. (…)

ZAKUPNO „HOŁDU PRUSKIEGO” (…)
Z POWODU OFIAROWANIA „HOŁDU PRUSKIEGO”

Telegramy rozniosły wieść po całym kraju o wspaniałym darze krakowskiego mistrza dla Wawelu i napełniły radością serca wszystkich, którzy pragną, by ten skarbiec pamiątek stał się zarazem świątynią wszystkiego, co stanowi chwałę ogółu. (…) Obecnie, wobec daru mistrza, nie pozostaje nam nic innego, jak ogłosić, że ofiary są do odebrania w naszej redakcji. (…) Z naszej strony zaś podajemy projekt, by ta cała suma składek nie cofniętych mogła być ofiarowaną na pomnik Mickiewicza. Do sumy potrzebnej na pomnik brakuje jeszcze wiele – sądzimy zaś, że pieniądze przeznaczone na zakupno dzieła jednego mistrza najstosowniej będą użyte na pomnik drugiemu mistrzowi. (…)

LIPIEC – 07. [Warszawa]


["WYSTAWA TOWARZYSTWA ZACHĘTY SZTUK PIĘKNYCH"]
Stańczyk! Pisano o nim wiele w swoim czasie, ale tego obrazu ani obgadać, ani opisać nie można. Trefniś tam wyrósł na postać, która i sama jest tragiczną, i budzi tragedię w duszy widza. Jest w tym błaźnie jakaś dziwna a wstrząsająca zagadka –
tak że mimo woli każdy się pyta: skąd ta jego zaduma i rozpacz? o co mu idzie? jaki robak toczy duszę tego człowieka?
Na pierwszy rzut oka zda się, że to może dramat osobisty. Może to człowiek ambitny, dumny, czujący, którego odzież błazeńska pali jak koszula Dejaniry, którego upokarza błazeńskie berło i czapka z dzwonkami? (…) Postać Stańczyka jest skończoną doskonałością. Uczucie wypowiada się w niej nie tylko wyrazem, ale i ruchem, najzupełniej odpowiednim nastrojowi duszy.
To ciało rzucone niedbale na fotel, głowa spuszczona na piersi, ręce opadłe – malują zarazem zniechęcenie, znużenie, zwątpienie i boleść z niezmierną prawdą, dzięki której widz przejmuje się tak szczerze i bezpośrednio wrażeniem, jak szczerze oddał je artysta. (…)

LIPIEC – 10. [Warszawa]


["KRYTYKA, SPRAWOZDANIA, BIBLIOGRAFIA"]
Z PRZESZŁOŚCI POLESIA KIJOWSKIEGO, opowiadanie historyczne dra Antoniego J. Wydanie Redakcji „Biblioteki Warszawskiej”, Nakład Gebethnera i Wolfa. Warszawa 1882. Opowiadanie to dzieli się na dwie części; w pierwszej części obznajmia czytelnika
z dziejami szlachty okolicznej w owruckim powiecie, w drugiej mówi o Kozakach na Polesiu kijowskim w końcu XVII w. (…) Prace dra Antoniego J., same przez się barwne, zawierają nieoceniony materiał dla powieściopisarza historycznego, co zresztą im
i naukowej wartości nie odejmuje. (…)


LIPIEC – 14. [Warszawa]


["SPRAWOZDANIA POWIEŚCIOWE"]
(…) Od pewnego czasu daje się widzieć dziwny objaw w sferze czytelniczej. W pismach, czy to codziennych, czy tygodniowych, czy miesięcznikach, publiczność żąda powieści, szuka powieści, a znalazłszy ją, nie bardzo w niej smakuje. Jest to jakby rodzaj fałszywego apetytu, który tłumaczyć można w ten sposób, że nałóg jeszcze nie ustał, a przesyt już się rozpoczął. Tyczy się to zwłaszcza większych, kilkutomowych powieści, na których czytanie zdaje się braknąć cierpliwości. (…) Oczywiście i między powieściami Kraszewskiego bywają wielkie różnice: jedne są wykończone i wyszlifowane jak drogie kamienie, inne kreślone szkicowo, bez wycieniowania konturów. Ale samo nazwisko daje już czytelnikowi gwarancję, że znajdzie utwór nie robiony wedle modły, wzorów, nie konwencjonalną powieść malowaną przez patrony, ale rzecz bezpośredniego uczucia, bezpośredniej obserwacji, oryginalnej myśli i jeśli rzec tak można, herbu swego własnego, to jest taką, na której dusza ludzka odcisnęła swe naturalne piętno. (…)

LIPIEC – 29. [Warszawa]


["TEATR. „WSPÓLNE WINY”]
(…) Pan Tarski skrzywdził za lat młodzieńczych bogatego chłopa, Łukasza Skałę. Chłop żuł zemstę przez lat czterdzieści, a robił pieniądze. Majątek podwoił, potroił, zwiększył w dziesięcioro – i wreszcie doczekał się ruiny szlachcica. Wówczas majątek zajął, pana wyrzucił, zemstę nasycił. Ale i sam poczuł jej gorzki smak. Oto miał dzieci; wyedukował je, chował synów w myśli, że w ich wiedzy znajdzie broń na panów, ale cóż się stało? Dzieci nie wyparły się ni rodzica, ni pochodzenia – wyparły się jednak nienawiści. Młodszy, gospodarz – i starszy, inżynier, mieli na ustach tylko słowa zgody, pojednania i miłości. (…) Ojciec odepchnął ich obu – i został sam, samotny na starość, tylko ze swoją zemstą. (…) Było mu ciężko.

Pod chłopską czaszką bez ustanku paliło jak ogień pytanie: czy miał "racyją?" Sądził, że miał. Syn-inżynier cytował mu słowa:
„i odpuść nam nasze winy”. „Odpuszcza się temu, co żałuje – odpowiada Skała – a czy ten Jaśnie Wielmożny żałuje?” Tak jest. Ten „Jaśnie Wielmożny” żałował. Nieszczęście go skruszyło, przykłady oświeciły. Był w swoim czasie więcej lekkomyślny niż zły – ale nauczony niedolą, bił się w piersi, pierwszy powiedział: moja wina – i pogodził się z losem, i odpuścił jak chrześcijanin tym, którzy mu zawinili. Gromada przyszła z darami, z pomocą. Ambicja radziła jej nie przyjąć – i nawet potrzeby naglącej nie było – ale on przyjął, by serc nie odpychać, jak brat od braci. Potem, gdy Skałę gromada napadła, gdy swoi obciążyli go zarzutami
i przekleństwy, on, najbardziej skrzywdzony, obronił go. Wówczas poruszyło się twarde serce chłopskie – i Skała-dziedzic rzucił się z płaczem do nóg dawnego pana, który podjął go od nóg do piersi. Wspólne ich winy miało zmazać wspólne pokolenie. (…)


PAŹDZIERNIK – 07. [Warszawa]


["FRYDERYK CHOPIN, ŻYCIE, LISTY, DZIEŁA – PRZEZ MAURYCEGO KARASOWSKIEGO"]
(…) Życie… Chopina nie chmurzy się od dzieciństwa, nie płynie samotnie wśród obojętności ludzkiej, chłodu i nadludzkiej walki
o trochę uczucia i marny liść lauru. Dzieje się wprost przeciwnie: zaczyna się ono jak śliczny poranek wiosenny – i długo zapowiada pogodę. Przede wszystkim otacza artystę od pierwszych dni ciepło rodzinnego życia. (…) Fryderyk przedstawia się nam jako dziecko delikatne, wysoce rozwinięte, o subtelnych myślach i uczuciach. Nie masz w nim nic nieokrzesanego, grubego, brutalnego. (…)

Dziecko od pierwszych dni zdradzało niezwykłą wrażliwość na muzykę. (…) W ósmym roku już komponował, lubo nie umiał jeszcze pisać nut, a w dziewiątym wystąpił po raz pierwszy publicznie, na koncercie dobroczynnym urządzanym pod opieką
Jul. Urs. Niemcewicza. (…) Sława jego rosła z dniem każdym. Słynna Catalani, przybywszy do Warszawy, tak dalece zachwyciła się talentem dziecka, że ofiarowała mu na pamiątkę złoty zegarek z napisem: „Donné par Madame Catalani à Frédéric Chopin, âgé de dix ans.” W tym czasie wyszło już kilka jego kompozycji, dar zaś improwizowania rozwijał się coraz bardziej. Fryderyk improwizował wówczas bardzo wiele. Siadłszy do fortepianu wznosił oczy w górę i nie spuszczał ich przez cały czas gry. (…)

Przy tym ten przyszły geniusz pracował z zapamiętałością, by pokonać trudności techniczne. Rezultaty były zdumiewające.
W tym czasie począł dawać mu lekcje Elsner. Znakomity nauczyciel wtajemniczył swego ucznia w zasady kontrapunktu. Chopin jednak już wówczas pomiatał niekiedy zasadami i szedł za własną fantazją. Nauczyciel jednak formalista, nie mający prawdziwej miłości sztuki, byłby się tym oburzał, byłby hamował młodociany zapał, a może gasił go formułami, ale szanowny starzec, sam mistrz niepospolity i kompozytor, odgadł, z kim ma do czynienia: „Dajcie mu pokój – mawiał – to prawda, że nie idzie on drogą zwyczajną, ale i talent jego jest nadzwyczajny. Nie trzyma on się ściśle metody utartej, dlatego, że ma swoją – i to, jeśli się nie mylę, stanowi jego oryginalność, jakiej nikt w tak wysokim stopniu nie posiada.” (…) Trudności techniczne były już całkowicie pokonane – i słuchacze zdumiewali się słuchając tych niesłychanych dotychczas zwrotów, tych melodii – niby w każdej polskiej duszy na dnie leżących, a przez nikogo jeszcze nie wyśpiewanych. (…) Grywał jakby nieświadomie, jakby zapominał o świecie,
o sobie – i roztapiał się całkowicie we własnej muzyce. A był to przecie kilkunastoletni dopiero chłopiec. (…)

Ten delikatny kwiat potrzebował ciepła – kochano go, uznania – uznawano; potrzebował przewodnika, który by mu nic ze siebie nie narzucał – Elsner nie narzucał. Rzadko który talent powstaje i rozwija się w takich warunkach i wśród takich ułatwień. Toteż Fryderyk był dzieckiem szczęśliwym w całym znaczeniu tego wyrazu. (…) Miał on znakomity talent do rysowania karykatur. (…) …miał dar mimiczny posunięty do najwyższego stopnia. Mógł ze swoją fizjognomią robić, co chciał – i naśladować, kogo chciał. (…) Pisał z równą łatwością, jak grał. (…)

Wesołość Chopina przerywały tylko chwile coraz częstsze, gdy komponował coś do druku. Pracował nad tymi utworami sumiennie, a nawet ciężko. (…) Wtedy był muzykiem i niczym więcej. Taka zdolność wytężania sił duszy i ciała w jednej wyłącznie myśli właściwą jest tylko niepospolitym twórczym naturom. Nazywa się to pracą wewnętrzną. Chopin oddawał jej się tak dalece, że po nocach sypiać nie mógł. (…) Chopina tak zajmowała podróż, muzyka i własna przyszłość, że na poważniejsze uczucie nie było miejsca w jego sercu. Nadto był zajęty i rozerwany. (…)

…ta genialna natura miała w sobie coś kobiecego. Potrzeba mu było zawsze jakiegoś dzielnego Wojciechowskiego, na którym
by się mógł oprzeć, który by za niego radził sobie z zewnętrznymi warunkami życia – inaczej nie umiał sobie dać rady, skarżył się i narzekał. (…) To rozpieszczone dziecko genialne potrzebowało, jak powietrza do oddychania, sympatycznego otoczenia, uwielbień, uznania. Inaczej żyć nie mógł (…)

Chopin zasiadł do fortepianu, poczuł bowiem w sobie znienacka chęć do improwizowania. Słuchacze oddech w sobie wstrzymywali. Zatopiony w poetycznych obrazach przedstawiających się oczom duszy jego, Chopin wyrażał je potokami czarownej muzyki, okres po okresie szybko po sobie ustępującymi. Nagle, spojrzawszy przed siebie – ujrzał wspartą na końcu fortepianu kobietę, nieruchomie – niby kamienny posąg, na przeciwko stojącą. Czarne jej, płonące żarem oczy, przy oliwkowej prawie cerze twarzy, zdawały się go na wskroś przeszywać. Chopin uczuł, że pod wpływem jej fascynacyjnego wzroku twarz jego się zarumieniła. (…) W kilka dni potem pisał do rodziców: „Poznałem wielką znakomitość, panią Sand, ale twarz jej niesympatyczna, nie podoba mi się; jest w niej coś odpychającego.” Istotnie była niepiękna i niemłoda. (…)

Oboje z Sand zajęli stary, opuszczony klasztor Kartuzów, zwany Valdemosa. (…) W klasztorze byli oddzieleni od całego świata; żyli jak pustelnicy i Sand musiała dawać radę wszystkiemu. Rozstrój nerwowy Chopina doszedł najwyższego stopnia. –
W chwilach, gdy Sand z synem udawała się do miasta po zapasy, a Fryderyk zostawał samotny – cierpienia jego przechodziły wszelkie wyobrażenia. Miewał wizje i halucynacje. Wróciwszy do domu, Sand zastawała go nieprzytomnego, z obłąkanymi oczyma i oblanego zimnym potem. (…) Dla odpędzenia mar siadał do fortepianu i wówczas wyrywały mu się spod ręki rozdzierające i tragiczne melodie, które podniecały go jeszcze bardziej. (…)

George Sand skarży się na niego: „Biedny artysta – mówi – stawał się nieznośny w chorobie.” Jakoż stosunek był taki, że ona musiała dawać mu opiekę męską, on przyjmował ją jak chora kobieta. Oboje rozdrażniali się przy tym na siebie,
gdyż rzeczywiście życie ich było ciężkie. (…) Zdrowie Chopina poprawiło się jednak znakomicie w Marsylii, gdy dostał się w ręce znakomitego doktora. (…)

Ale przyszła zima. Sand, a z nią Chopin przenieśli się do Paryża. Chopin pomimo przestróg życzliwych przyjaciół natychmiast wrócił do dawnego życia. Noce spędzał bezsennie, w dzień pracował, w ogóle nadużywał, wiec wkrótce pojawiły się znowu groźne symptoma. Śmierć ojca, która nastąpiła w 44 roku, była dlań strasznym ciosem. (…)

…pani Sand… (…) Od dawna uczucie jej dla Chopina poczęło chłodnąć, a w końcu wygasło zupełnie. Stosunki ich utrzymywały się tylko, jeśli się tak wyrazić można, siłą bezwładności. Ale wkrótce kobieta ta poczęła mu dawać do poznania, że się go pragnie pozbyć. Położenie jego stawało się nieznośne i upokarzające. Chopin, swego czasu porwany jej uczuciem, przywiązał się do niej następnie całym uniesieniem swej artystycznej natury, mocą przyzwyczajenia, słabością charakteru. (…)

Nie miał siły zerwać, choć w końcu ona aż nazbyt otwarcie dawała mu do poznania, że zerwać pragnie; kochała ona Chopina wielkiego, sławnego, młodszego od siebie, pełnego sił i fantazji – teraz ten schorowany, wybladły człowiek był tylko jej ciężarem. (…) …chwile jego już były policzone. Choroba rozwinęła się do tego stopnia, że nie było na nią ratunku. (…) Chopin zasnął cicho
i spokojnie 17 października 1849. (…) Była to istota na wskroś artystyczna, tkliwa, czuła jak mimoza – i wykwintna, kochająca piękno, nie znosząca zetknięcia się ze wszystkim, co było szorstkie i brutalne. Brakło jej energii i siły, nie w muzyce wprawdzie, nie w twórczości, ale w życiu, które też i złamało się zbyt rychło. (…)

PAŹDZIERNIK – 24. [Warszawa]


["Z PUSZCZY BIAŁOWIESKIEJ"]
(…) Podróż nasza dzięki kilku towarzyszom była obmyślana i zapowiedziana z góry w puszczy, tak że leśnikowi nie zrobiliśmy niespodzianki. Ofiarował też nam, co mógł ofiarować, to jest ogień w kuchni i izbę, w której mieliśmy nocować. Wkrótce obozowisko było gotowe i przybytek myśliwski zapełnił się dymem cygar, papierosów i miłym dla każdego polskiego nosa dymem potrawy, w której, wedle słów Mickiewicza, kapusta:

Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa
Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa
I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
Soki żywne, aż z brzegów naczynia war tryśnie,
I powietrze dokoła zionie aromatem.


Owóż powietrze „zionęło aromatem”; „strzelcy bodli naczynie”; psy odprowadzały oczyma każdą łyżkę niesioną z talerza do ust, a dźwięk talerzy i łyżek mieszał się z gwarem wesołej rozmowy o jutrzejszej wycieczce w głąb zwierzyńca i o żubrach.
Bądź co bądź, miło jest sobie powiedzieć: „Jestem w Białowieskiej Puszczy, o której prawili mi mój dziad i ojciec, i będę jutro widział żubry, których prawdopodobnie ani dziadek, ani ojciec nie widzieli”. (…)

Nazajutrz rankiem wyszliśmy pod przewodnictwem leśnika, obiecano nam bowiem widok żubrów. Po dniu można się było doskonale puszczy przypatrzeć. Przede wszystkim uderza w niej i odróżnia ją od innych lasów mieszanina drzew. Jednolity las znajduje się w częściach pojedynczych straży, ale na większej przestrzeni mieszanina przeważa. Sosna, dąb, jesion, osika, świerk rosną tu obok siebie w bezpośrednim sąsiedztwie. Spoglądając w dal, widzisz wszystkie odcienia zieloności – od ciemnej
aż do jasnożółtawej. Rozmaitość ta bawi oko i odejmuje puszczy posępny, jednostajny charakter. (…)

Naokoło rozlegało się tylko kucie dzięciołów w spróchniałe sosny, krzyk sojek i żołn. Droga stawała się błotnistą. (…) Miejscami widać było wyraźnie odciśnięte w błocie ślady potężnych racic żubrowych – ale na żubry nie mogliśmy trafić. Natomiast coraz częściej pierzchały w oddali jelenie, których rudawa odzież miga, jak błyskawica, wśród zieloności. (…) Zrobiliśmy mały wypoczynek. Tymczasem przyjechał nadleśny, który wysłał budników na poszukiwanie żubrów. (…)

Nagle w oddali pokazał się jakiś wieśniak i szedł spiesznie, jakby nam chciał co zwiastować.
- A co tam? są żubry? – spytałem go. Chłop zwrócił na mnie wielkie, jakieś przestraszone, niebieskie oczy – ogarnął nimi całe zgromadzenie i przeszedł spiesznie, nie odrzekłszy ni słowa. Uderzyła mnie jego twarz. Była wychudła, blada, a w spojrzeniu miał coś nieprzytomnego. (…) …był to wieśniak z Bud, który zwariował – jak się zdaje – z przerażenia, w czasie ostatniej wojny tureckiej, w której brał udział jako żołnierz. Odesłano go do domu i odtąd przebiega w rozmaitych kierunkach puszczę, jakby kogoś poszukiwał. Do ludzi nic nie mówi. Spotkawszy kogoś mija go z pośpiechem, rzucając mu to pytające i jakby przelękłe spojrzenie, które tak silnie utkwiło mi w pamięci. (…)

Po chwili zjawił się jeden z budników.
- Schowajcie się, schowajcie! – wołał. – Zaraz będą szły tędy.
Skoczyliśmy co prędzej do sosen – żubry szły rzeczywiście. (…) Naprzód w zaroślach zamigotały dwa czarne ciała, które to zbiegając się, to rozbiegając sunęły ku nam z nadzwyczajną szybkością, rosnąc z każdą chwilą. Były to dwa stare, olbrzymie samce… (…) Po pewnym czasie znowu kilka sztuk ukazało się między drzewami, ale jeszcze dalej niż poprzednio. (…)

Posłyszawszy nawoływanie, zaledwie zdążyliśmy schronić się za drzewa, gdy ze wszystkich stron posypało się kilkanaście sztuk. Były tam stare samce, młode byczki i krowy z cielętami. Niespodzianie połączyło się z nimi i stado jeleni, które również schroniło się w to zacisze poprzednio. (…)

Obliczanie żubrów odbywało się dawniej nader prostym sposobem. Cała puszcza była podzielona na dwanaście straży, które miały kształt trójkątów zbiegających się wierzchołkami we wsi Białowieża Nowa; podstawę zaś trójkątów stanowiły brzegi puszczy. (…) Owóż, gdy śniegi spadły, obliczano żubry w ten sposób, że każdy młodszy leśnik karbował na kiju wedle śladów wszystkie sztuki, które weszły do jego ostępu lub z niego wyszły. Te, które wyszły, powinny się były znaleźć zakarbowane
w sąsiednich ostępach jako przybyłe. Wieczorem składano wszystkie kije u nadleśnego i wówczas rachunek już był łatwy,
bo żadna sztuka nie mogła być ani pominiętą, ani porachowaną dwa razy. (…)

Czas schodził nam wieczorami na słuchaniu głosów jeleni, we dnie na wycieczkach i zabieraniu znajomości z ludem puszczańskim. (…) Puszczę swoją kochają wszyscy nad życie i zdają sobie z tego sprawę. (…) Ponieważ była między nami mowa o tym,
że dla zwierzostanu puszczy lepiej by było przenieść wsie na zewnątrz niej, spytaliśmy powożącego nas budnika, czyby
nie zgodzili się na to, gdyby im dano dwa razy więcej ziemi.
- Za nic, panie! – odpowiedział swoim śpiewnym, pieszczonym głosem. – W puszczy najlepiej; a tam tak goło… widno…
Ot, żeby panowie wiosną przyjechali, to u nas ślicznie. (…)
Na zapytanie, czy umie czytać? – odpowiedział:
- Paanie! u nas ani jednego nie ma we wsi, co by się z książki nie modlił.
Jest to nawet dziwne u ludu tak zamkniętego, tak oderwanego od reszty świata, a jednak prawdziwe. Kto ich uczył i kiedy?
Uczą się sami. Mają nauczycieli i płacą ich dobrze… (…)

Jaka szkoda, że ten tak ciekawy lud tak mało jest dotąd zbadany pod względem bytu, obyczajów, obrzędów i pieśni! Zadanie wdzięczne, dotąd nie spełnione, czeka na podróżnika-badacza. Również nie dość znaną dotąd jest cała puszcza, a niezawodnie zawiera ona prawdziwe skarby zwierzęce i roślinne, ukryte jeszcze w znacznej części. (…) Myśl też chętnie wraca do tych lasów odwiecznych i pióro chętnie dzieli się wrażeniami z czytelnikiem… (…)

PAŹDZIERNIK – 27. [Warszawa]


["PIĘKNA". Dramat w czterech aktach Władysława Okońskiego]
(…) W świecie zwierzęcym piękna samica pociąga największą ilość samców. Jest to prawo naturalnego wyboru. W świecie ludzkim – wedle tego, co widzimy w dramacie – dzieje się tak samo. Sam profesor Bosławski wprawdzie zaprzecza temu. – Zwierzę mieści się całkowicie w człowieku, ale człowiek nie mieści się całkowicie w zwierzęciu… (…) Każda kobieta piękna jest brzydką w stosunku do piękniejszej od siebie, każda brzydka piękną w stosunku do brzydszej – każda, czy piękna, czy brzydka, piękną w stosunku do tego mężczyzny, któremu się podoba… (…) Że brzydota obok piękności ostać się nie może, to jasne,
ale brzydota może być dobrą, dobroć zaś w sferze etycznej jest tym, czym piękność w zakresie estetyki. (…)

GRUDZIEŃ – 18. [Warszawa]


["JACUŚ". Komedia w czterech aktach Edwarda Lubowskiego]
(…) Onegdaj widzieliśmy w teatrze to, czego nie widziano od dosyć dawna, to jest wszystkie miejsca od góry do dołu zapełnione, nastrój w sali wesoły i zadowolnioną publiczność. Przyczyną tego był Jacuś, komedia w czterech aktach Edwarda Lubowskiego,
a raczej jej pierwsze przedstawienie. (…)


DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU – 1882.


["3. O FRANCISZKU KOSTRZEWSKIM"]
Henryk VIII powiedział pewnemu lordowi odgrażającemu się na Holbeina:
– Ani się waż mu grozić, bo wiedz o tym, że z dziesięciu chłopów zrobię, jak zechcę, dziesięciu lordów, a z dziesięciu lordów
nie zrobię jednego Holbeina.
O naszym panu Franciszku można by również powiedzieć: jeden Kostrzewski starczy za dziesięciu humorystów, ale z dziesięciu humorystów trudno by było złożyć jednego Kostrzewskiego. Mowa tu zarówno o talencie jak o tuszy. (…)

DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU – 1932.


["POWIASTKI HISTORYCZNE J. GRAJNERTA" (Józefa Grajnerta)]
1. Marcin Mrąga z Ziemi Kaszubskiej; 2. Maciek Grąda, odważny chłopiec okrętowy; 3. Witek Kujawiak; 4. Szymon Stęporek

["O POMOC DLA WYPRAWY AFRYKAŃSKIEJ ROGOZIŃSKIEGO"]
(…) …Komitet doszedł do przekonania, że po pierwsze: osoba p. Szolca-Rogozińskiego przedstawia wszelkie gwarancje,
że żądane fundusze użyte będą na cele istotnie poważne, a po wtóre, że czy zamierzona wyprawa odkryje tajemnicze jeziora Liba, czy nie – w każdym razie rezultaty jej naukowe w zakresie geografii, geologii, zoologii i botaniki mogą być nadzwyczaj ważne. (…)

1882 – 1883 [Warszawa]


["OGNIEM I MIECZEM"] - rozpoczęcie pracy
********************************************************************************************************
TOM I

********************************************************************************************************

Rozdział I

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. (…) …wszyscy na Rusi oczekując niezwykłych zdarzeń zwracali niespokojny umysł i oczy szczególniej ku Dzikim Polom, od których łatwiej niźli skądinąd mogło się ukazać niebezpieczeństwo. Tymczasem na Polach nie działo się nic nadzwyczajnego i nie było innych walk i potyczek jak te, które się odprawiały tam zwykle, a o których wiedziały tylko orły, jastrzębie, kruki i zwierz polny. (…) Na łuku Dnieprowym, na Niżu, wrzało jeszcze kozacze życie za porohami, ale w samych Polach nikt nie mieszkał i chyba
po brzegach tkwiły gdzieniegdzie „polanki” jakoby wyspy wśród morza. Ziemia była de nomie Rzeczypospolitej, ale pustynna,
na której pastwisk Rzeczpospolita Tatarom pozwalała, wszakże gdy Kozacy często bronili, więc to pastwisko było
i pobojowiskiem zarazem. (…) Czasem też napełniała go wielka wojna. Wówczas płynęły po nim jak fale czambuły tatarskie, pułki kozackie, to chorągwie polskie lub wołoskie; nocami rżenie koni wtórowało wyciom wilków, głos kotłów i trąb mosiężnych leciał aż do Owidowego jeziora i ku morzu, a na Czarnym Szlaku, na Kuczmańskim – rzekłbyś: powódź ludzka. Granic Rzeczypospolitej strzegły od Kamieńca aż do Dniepru stanice i „polanki”…

W chwili gdy rozpoczyna się powieść nasza, słońce zachodziło właśnie, a czerwonawe promienie jego rozświecały okolicę pustą zupełnie. Na północnym krańcu Dzikich Pól, nad Omelniczkiem, aż do jego ujścia, najbystrzejszy wzrok nie mógłby odkryć jednej żywej duszy ani nawet żadnego ruchu w ciemnych, zaschniętych i zwiędłych burzanach. (…) Noc zapadła nad pustynią… (…) Skoro więc noc zapadła nad Omelniczkiem, nie było w tym nic dziwnego, że zaraz koło opustoszałej stanicy pojawił się duch
czy człowiek. (…) Wtem niżej na stepie ukazały się inne jakieś nocne istoty. (…) W ruchach ich było coś przerażającego,
jak i w całym tym stepie, tak spokojnym na pozór. (…) Na koniec postacie znikły, schroniły się w cień ruiny. W bladym świetle nocy widać było tylko jednego jeźdźca stojącego na wyniosłości. Wreszcie szelest ów zwrócił jego uwagę. (…) Nagle dał się słyszeć przeraźliwy świst. Zmieszane głosy poczęły wrzeszczeć przeraźliwie: „Hałła! Hałła! Jezu Chryste! ratuj! bij!” Rozległ się huk samopałów, czerwone światła rozdarły ciemności. Tętent koni zmieszał się z szczękiem żelaza. Nowi jacyś jeźdźce wyrośli jakby z pod ziemi na stepie. (…) Jeźdźcy zgrupowali się na wyniosłości; niektórzy pozsiadali z koni, przypatrując się czemuś pilnie. Wtem w ciemnościach ozwał się silny i rozkazujący głos.
- Hej tam! skrzesać ognia i zapalić!
Po chwili posypały się naprzód iskry, a potem buchnął płomień suchych oczeretów i łuczywa… (…)

Byli to żołnierze ubrani w barwę czerwoną, dworską, i wilcze kapuzy. Z tych jeden, siedzący na dzielnym koniu, zdawał się reszcie przywodzić. Zsiadłszy z konia zbliżył się do owej leżącej postaci i spytał:
- A co, wachmistrzu? żyje czy nie żyje?
- Żyje, panie namiestniku, ale charcze; arkan go zdławił.
- Co zacz jest?
- Nie Tatar, znaczny ktoś.
- To i Bogu dziękować.
Tu namiestnik popatrzył uważniej na leżącego męża.
- Coś jakby hetman – rzekł. (…) Dalszą rozmowę przerwało silniejsze chrapanie zduszonego męża.
- Wlać mu gorzałki w gębę – rzekł pan namiestnik – pas odpiąć.
- Czy zostaniemy tu na nocleg?
- Tak jest, konie rozkulbaczyć, stos zapalić. (…)
Pan namiestnik, nie troszcząc się więcej o zduszonego męża, odpiął pas i rozciągnął się na burce przy ognisku. Był to młody jeszcze bardzo człowiek, suchy, czarniawy, wielce przystojny, ze szczupłą twarzą i wydatnym orlim nosem. (…) Wąs dość obfity
i nie golona widocznie od dawna broda dodawały mu nad wiek powagi. (…)

Stos płonął rzucając na step ogromne, czerwone koło światła. Zduszony człowiek począł z wolna przychodzić do siebie. Przez czas jakiś wodził nabiegłymi krwią oczyma po obecnych badając ich twarze; następnie usiłował powstać. (…) Twarz jego była jeszcze czerwona, żyły jej nabrzmiałe. Na koniec przyduszonym głosem wyksztusił pierwszy wyraz:
- Wody!
Podano mu gorzałki, którą pił i pił, co mu widocznie dobrze zrobiło, bo odjąwszy wreszcie flaszę od ust, czystszym już głosem spytał:
- W czyich jestem ręku? (…) W ręku tych, co waści salwowali. (…) Złapali cię jakowyś łotrzykowie udający Tatarów, któryś, jeśliś ciekaw, oglądać możesz, bo oto leżą tam porżnięci jak barany. (…) A nieznajomy na to:
- To pozwólcie mi spocząć.
Podłożono mu wojłokową kulbakę, na której siadł i pogrążył się w milczeniu. Był to mąż w sile wieku, średniego wzrostu, szerokich ramion, prawie olbrzymiej budowy ciała i uderzających rysów. (…) Twarz jego potężna zwiastowała odwagę i dumę. Było w niej coś pociągającego i odpychającego zarazem – powaga hetmańska ożeniona z tatarską chytrością, dobrotliwość
i dzikość. (…)

- …wybacz waszmość pan, żem mu naprzód powinnej nie złożył dzięki za auxilium i skuteczny ratunek, który mnie od tak nagłej śmierci wybawił. (…)
To rzekłszy wyciągnął ku namiestnikowi rękę. Ale butny młodzieńczyk nie ruszył się z miejsca i nie spieszył z podaniem swojej; natomiast rzekł:
- Chciałbym naprzód wiedzieć, jeżeli ze szlachcicem mam sprawę, bo chociaż o tym nie wątpię, jednakże bezimiennych podzięków przyjmować mi się nie godzi. (…)
- …Jestem Zenobi Abdank, herbu Abdank z krzyżykiem, szlachcic z województwa kijowskiego, osiadły i pułkownik kozackiej chorągwi księcia Dominika Zasławskiego.
-A ja Jan Skrzetuski, namiestnik chorągwi pancernej J.O. księcia Jeremiego Wiśniowieckiego. (…)

Poczęli jeść, a gdy przyniesiono spory worek mołdawskiego wina uszyty z koźlej skóry, wnet zawiązała się żywa rozmowa.
- Oby nam się szczęśliwie do domu wróciło! – rzekł pan Skrzetuski.
- To waszmość wracasz! skądże, proszę? – spytał Abdank.
- Z daleka, bo z Krymu.
- A cóżeś waszmość tam robił? z wykupem jeździłeś?
- Nie, mości pułkowniku; jeździłem do samego chana.
Abdank nastawił ciekawie ucha.
- Ano to, proszę, w piękną waść wszedłeś komitywę! I z czymże do chana jeździłeś?
- Z listem J.O. księcia Jeremiego.
- To waść posłował! O cóż jegomość książę do chana pisał?
Namiestnik popatrzył bystro na towarzysza.
- Mości pułkowniku – rzekł – zaglądałeś w oczy łotrzykom, którzy cię na arkan ujęli – to twoja sprawa; ale co książę do chana pisał, to ani twoja, ani moja, jeno ich obydwóch. (…)

Namiestnik… pytał:
- A powiedzże mi waszmość, co porabiasz nad Omelniczkiem i jakeś się wziął tu sam jeden?
- Nie jestem sam jeden, jenom ludzi zostawił po drodze, a jadę do Kudaku, do pana Grodzickiego, któren tam jest przełożonym nad prezydium i do którego jegomość hetman wielki wysłał mnie z listami. (…)
Porucznik chciał coś mówić, gdy nagle na stepie rozległ się tętent koni, a raczej pośpieszne chlupotanie końskich nóg
po rozmiękłej trawie. Wnet też i czeladnik namiestnika, trzymający straż, nadbiegł z wieścią, że jakowiś ludzie się zbliżają.
- To pewnie moi – rzekł Abdank – którzy zaraz za Taśminą zostali. Jam też, nie spodziewając się zdrady, tu na nich czekać obiecał. (…)
Nowo przybyli poczęli rozgrzewać dłonie nad ogniem, bo noc była zimna, choć pogodna. Było ich do czterdziestu ludzi rosłych
i dobrze zbrojnych. Nie wyglądali wcale na Kozaków regestrowych, co nie pomało zdziwiło pana Skrzetuskiego, zwłaszcza że była ich garść tak spora. Wszystko to wydało się namiestnikowi mocno podejrzanym. (…) Ale zarówno i sama osoba pana Abdanka zastanawiała wielce młodego namiestnika. Zauważył wraz, że Kozacy, którzy ze swymi pułkownikami obchodzili się dość poufale, jego otaczali czcią nadzwyczajną, jakby prawego hetmana. (…)

Pan Skrzetuski długo deliberował. Chodziło mu po głowie, że to może jaki potężny banita, który, wyrokiem ścigan, chronił się
w Dzikie Pola – to znów, że to watażka watahy zbójeckiej; ale to ostatnie nie było prawdopodobne. I ubiór, i mowa tego człowieka pokazywały co innego. (…)
…tymczasem Abdank kazał konia sobie podawać.
-Mości namiestniku – rzekł – komu w drogę, temu czas. Pozwólże podziękować sobie raz jeszcze za ratunek. Oby bóg pozwolił mi odpłacić ci równą usługą!
- Nie wiedziałem, kogo ratuję, przetom i na wdzięczność nie zasłużył. (…)
Nastała chwila ciszy; słychać było tylko syczenie płomienia i parskanie koni. Z dalekich oczeretów dochodziło żałosne wycie wilków. Nagle Abdank powtórzył raz jeszcze, jakby do siebie:
- Dzień sądu idzie już przez Dzikie Pola, a gdy nadejdzie – zadywytsia wsij swit bożyj…
Namiestnik przyjął pierścień machinalnie, tak był zdumiony słowami tego dziwnego męża. (…)

- W drogę! w drogę!… Bywaj zdrów, druhu żołnierzu! – rzekł do namiestnika. – Czasy teraz takie, że brat bratu nie ufa, przeto
i nie wiesz, kogoś ocalił, bom ci nazwiska swego nie powiedział.
- Więc waść nie Abdank?
- To klejnot mój…
- A nazwisko?
- Bohdan Zenobi Chmielnicki.
To rzekłszy zjechał ze wzgórza, a za nim ruszyli mołojcy. Wkrótce okryły ich tuman i noc. (…)

Rozdział II

Nazajutrz z rana przybywszy do Czehryna pan Skrzetuski stanął w mieście w domu księcia Jeremiego, gdzie też miał kęs czasu zabawić, aby ludziom i koniom dać wytchnienie po długiej z Krymu podróży… (…) Sam też Skrzetuski zażył nieco wczasu,
a potem szedł do pana Zaćwilichowskiego, byłego komisarza Rzplitej, żołnierza dobrego, któren, nie służąc u księcia, był jednak jego zaufanym i przyjacielem. (…) Pan Skrzetuski wywiązawszy się z niemałym zaszczytem z poselstwa, które już samo było dowodem wielkiego książęcego faworu, bardzo był rad, że mu w Czehrynie zabawić pozwolono i nie naglono z powrotem. Natomiast stary Zaćwilichowski wielce był zafrasowany tym, co działo się od niejakiego czasu w Czehrynie. Poszli tedy razem
do Dopuła, Wołocha, który w mieście zajazd i winiarnię trzymał… (…) Ci i tamci pozajmowali ławy stojące wedle długich dębowych stołów i rozprawiali głośno, a wszyscy o ucieczce Chmielnickiego, która była największym w mieście ewenementem. Skrzetuski więc z Zaćwilichowskim siedli sobie w kącie osobno i namiestnik począł wypytywać, co by to za feniks był ten Chmielnicki,
o którym wszyscy mówili.
– To wać nie wiesz? – odpowiedział stary żołnierz. – To jest pisarz wojska zaporoskiego, dziedzic Subotowa i – dodał ciszej – mój kum. (…) Tego się głośno nie mówi, ale to hetmańska głowa: człek wielkiej ręki i wielkiego rozumu; jego całe kozactwo słucha więcej niż koszowych i atamanów, człek nie pozbawiony dobrych stron, ale hardy, niespokojny i gdy nienawiść weźmie w nim górę – może być straszny.

– Co mu się stało, że z Czehryna umknął? (…)
– (…) Widzisz waść, rzecz jest taka: w Czerkasach mieszka stary Barabasz, pułkownik kozacki, nasz przyjaciel. Miał on przywileje i jakoweś pisma królewskie, o których mówiono, że Kozaków do oporu przeciw szlachcie zachęcały. Ale że to ludzki, dobry człek, trzymał je u siebie i nie publikował. Owóż Chmielnicki Barabasza na ucztę zaprosiwszy tu do Czehryna, do swego domu, spoił, potem posłał ludzi do jego futoru, którzy pisma i przywileje u żony podebrali – i z nimi umknął. (…)
Na to pan Skrzetuski: – A to lis! w pole mnie wywiódł. Toć ja jego tej nocy na stepie spotkałem i od arkana uwolniłem!
Zaćwilichowski aż się za głowę porwał.
– Na Boga, co waść powiadasz? Nie może to być!
– Może być, kiedy było. (…)
– Nie może to być. Ale to jest dziwna rzecz. Czy waszmość wie, że są listy hetmańskie przykazujące Chmielnickiego łapać
i in fundo zadzierżyć?
Namiestnik nie zdążył odpowiedzieć, bo w tej chwili wszedł do izby jakiś szlachcic z ogromnym hałasem. Drzwiami trzasnął raz
i drugi, a spojrzawszy hardo po izbie zawołał:
– Czołem waszmościom! (…)

Był to pan Czapliński, podstarości czehryński, sługa zaufany młodego pana chorążego Koniecpolskiego. (…)
– Mości starostko – spytał Zaćwilichowski – czy wiesz, co się dzieje z Chmielnickim?
– Wisi, mości chorąży, jakem Czapliński, wisi, a jeśli dotąd nie wisi, to będzie wisiał. Teraz, gdy są listy hetmańskie, niech jedno go dostanę w swoje ręce.
To mówiąc, uderzył pięścią w stół, aż płyn rozlał się ze szklenic. (…) Zaćwilichowski przerwał:
– A czy go waść dostaniesz! Przecie uciekł i nikt nie wie, gdzie jest? (…)
– Nikt nie wie? Ja wiem, jakem Czapliński! Waszmość, panie chorąży, znasz Chwedka. Owóż Chwedko jemu służy, ale i mnie. (…) Wdał się Chwedko w komitywę z mołojcami Chmielnickiego. (…) Wie o każdym kroku. Podjął się mi go dostawić żywym
czy zmarłym i wyjechał w step równo przed Chmielnickim, wiedząc, gdzie ma go czekać! (…)
– A ja waci mówię, że nie dostawi. Chmielnicki zasadzki uszedł i na Sicz podążył, o czym trzeba pana krakowskiego dziś jeszcze zawiadomić. Z Chmielnickim nie ma żartów. (…)
– Nie może być! nie może być! – wrzeszczał targając się za czuprynę Czapliński.
– I co większa – dodał Zaćwilichowski – to ten kawaler tu obecny sam go salwował i waścinych sług wygubił, w czym mimo listów hetmańskich nie jest winien, bo z Krymu z poselstwa wraca i o listach nie wiedział, a widząc człeka przez łotrzyków, jak sądził,
w stepie oprymowanego, przyszedł mu z pomocą. (…)

Czapliński zerwał się z miejsca i aż mu mowę ze złości odjęło; twarz tylko mu spąsowiała zupełnie, a oczy coraz bardziej
na wierzch wyłaziły. Tak stojąc przed Skrzetuskim puszczał tylko urywane wyrazy:
– Jak to! waść mimo listów hetmańskich!… Ja waści… ja waści… (…)
Teraz pan Skrzetuski podniósł się… (…) …obrócił go w palcach, chwycił jedną ręką za kark, drugą za hajdawery poniżej krzyża, podniósł w górę rzucającego się jak cyga i idąc ku drzwiom między ławami wołał:
– Panowie bracia, miejsce dla rogala, bo pobodzie!
To rzekłszy doszedł do drzwi, uderzył w nie Czaplińskim, roztworzył i wyrzucił podstarościego na ulicę. Po czym spokojnie usiadł na dawnym miejscu obok Zaćwilichowskiego. (…)
– Prawdę rzekłszy, w piętkę goni ten ogar – rzekł Zaćwilichowski.
– Kundys to, nie ogar – rzekł zbliżając się gruby szlachcic, który miał bielmo na jednym oku, a na czole dziurę wielkości talara, przez którą świeciła naga kość.
– Kundys to, nie ogar! pozwól waść – mówił dalej zwracając się do Skrzetuskiego – abym mu służby swoje ofiarował. Jan Zagłoba herbu Wczele, co każdy snadno poznać może choćby po onej dziurze, którą w czele kula rozbójnicka mi zrobiła, gdym się do Ziemi Świętej za grzechy młodości ofiarował.
– Dajże waść pokój – rzekł Zaćwilichowski – powiadałeś kiedy indziej, że ci ją kuflem w Radomiu wybito.
– Kula rozbójnicka, jakom żyw! W Radomiu było co innego. (…)

Na szczęście dyskurs jego przerwany został przez innego szlachcica, który zbliżywszy się pociągnął go za rękaw i rzekł śpiewnym litewskim akcentem:
– Poznajomijże waćpan, mości Zagłobo, i mnie z panem namiestnikiem Skrzetuskim… poznajomijże!
– A i owszem, i owszem. Mości namiestniku, oto jest pan Powsinoga.
– Podbipięta – poprawił szlachcic.
– Wszystko jedno! herbu Zerwipludry…
– Zerwikaptur – poprawił szlachcic.
- Wszystko jedno! Z Psichkiszek.
– Myszykiszek – poprawił szlachcic. (…)
Pan Skrzetuski przypatrywał się ciekawie tej nowej figurze, która istotnie zasługiwała na nazwę cudaka. Przede wszystkim był to mąż wzrostu tak wysokiego, że głową prawie powały dosięgał, a chudość nadzwyczajna wydawała go wyższym jeszcze. Szerokie jego ramiona i żylasty kark zwiastowały niepospolitą siłę, ale była na nim tylko skóra i kości. (…) Szeroki i dobrze wypchany łosiowy pas nie mając na czym się trzymać opadał mu aż na biodra, a do pasa przywiązany był krzyżacki miecz tak długi,
że temu olbrzymiemu mężowi prawie do pachy dochodził. (…) Wyglądał na człeka, którego ludzie popychają, ale panu Skrzetuskiemu podobał się z pierwszego wejrzenia za ową szczerość twarzy i doskonały moderunek żołnierski. (…)

– Dawno waść z Litwy? – pytał namiestnik.
– At, już dwie niedziele w Czehrynie. Dowiedziawszy się od pana Zaćwilichowskiego, że waść ciągnąć będziesz, czekam,
by pod jego opieką księciu moje prośby przedstawić.
– Powiedzże mi waszmość, proszę, bom ciekaw, czemu też taki katowski miecz pod pachą nosisz?
– Nie katowski to, mości namiestniku, ale krzyżacki, a noszę, bo zdobyczny i dawno w rodzie. (…)
– Pokażże wasze!
Litwin wydobył i podał, ale panu Skrzetuskiemu ręka zwisła od razu. Ni się złożyć, ni cięcia wymierzyć swobodnie. Na dwie ręce poradził, ale jeszcze było za ciężko. Więc pan Skrzetuski zawstydził się trochę… (…)
– No, a waćpan? – pytał pan Skrzetuski zwracając się do Litwina. Szlachcic podniósł miecz jak trzcinę i machnął nim kilkanaście razy z największą łatwością, aż powietrze warczało w izbie, a wiatr powiał po twarzach.
– A niechże waści Bóg sekunduje! – zawołał Skrzetuski. – Pewną masz służbę u księcia pana! (…)

Zaćwilichowski wstał i obaj z namiestnikiem zabierali się do odejścia, gdy naraz wszedł do izby biały jak gołąb człowiek
i spostrzegłszy Zaćwilichowskiego rzekł:
– Mości chorąży komisarzu, ja tu do pana umyślnie!
Był to Barabasz, pułkownik czerkaski.
– To chodźże waszmość do mnie na kwaterę – rzekł Zaćwilichowski. (…)
Zaraz za progiem Barabasz spytał: - Czy nie ma wieści o Chmielnickim?
– Są. Uciekł na Sicz. Oto ten oficer spotkał go wczoraj na stepie. (…)
Tymczasem doszli do kwatery Zaćwilichowskiego… (…) Nad miastem świeciła tak jasna łuna od stosów nałożonych na rynku,
że rzekłbyś: cały Czehryn się pali, a gwar i krzyki wzmogły się jeszcze z nastaniem nocy. (…)

Rozdział III

W kilka dni później poczet naszego namiestnika posuwał się raźno w stronę Łubniów. (…) Jechał tedy pan namiestnik Skrzetuski wesoło i nie śpiesząc się, jakoby swoją ziemią, mając po drodze wszelkie wczasy zapewnione. Był to dopiero początek stycznia
48 roku…
(1648 r.) (…) Orszak namiestnika zwiększył się znacznie, w Czehrynie bowiem przyłączyło się do niego poselstwo wołoskie, które hospodar do Łubniów wysłał w osobie pana Rozwana Ursu. (…) Prócz tego z namiestnikiem jechał nasz znajomy pan Longinus Podbipięta herbu Zerwikaptur ze swoim długim mieczem pod pachą i z kilkoma czeladzi służbowej. (…) Słońce, cudna pogoda i woń zbliżającej się wiosny napawały wesołością serca, a namiestnik tym był weselszy, że wracał z długiej podróży pod dach książęcy, który był zarazem jego dachem, wracał sprawiwszy się dobrze, więc i przyjęcia dobrego pewny. (…) Teraz więc oto wracając z Krymu po pomyślnym rzeczy załatwieniu podśpiewywał wesoło i czwanił koniem, jadąc obok pana Longinusa, który siedząc na ogromnej inflanckiej kobyle strapiony był i smutny jak zawsze. (…)

Pan Skrzetuski rozpoczął: (…)
–Tak mówią, że wielka wojna z Turczynem się gotuje i że sam król z całą potęgą Rzplitej ma ruszyć. (…)
Pan Longinus podniósł do góry ręce i oczy.
– Dajże, Boże miłosierny, daj takową świętą wojnę na chwałę chrześcijaństwu i naszemu narodowi, a mnie grzesznemu pozwól
w niej wota moje spełnić, abym in luctu mógł być pocieszony albo też śmierć chwalebną znaleźć!
– To waść ślub wedle wojny uczynił? (…)
– …jeszcze pod Grunwaldem przodek mój Stowejko Podbipięta ujrzał trzech rycerzy w mniszych kapturach w szeregu jadących, zajechawszy ich, ściął wszystkich trzech od razu… (…) …ślubowałem… żyć w czystości i nie prędzej stanąć na ślubnym kobiercu, póki za sławnym przykładem przodka mego Stowejki Podbipięty trzech głów tymże samym mieczem od jednego zamachu
nie zetnę. (…)
– I nie ściąłeś waćpan trzech głów?
- Ot! nie zdarzyło się! Szczęścia nie ma! Po dwie na raz nieraz bywało, ale trzech nigdy. (…)

W tek chwili pan Rozwan Ursu nadjechał pędem na czarnym anatolskim dzianecie, a za nim kilku karałaszów służbowych.
– Panie poruczniku, proszę na zabawę – rzekł. (…) Popędzili naprzód we trzech… (…) Wtem na skręcie drogi namiestnik wstrzymał konia, gdyż nowy a dziwny widok uderzył jego oczy. W pośrodku gościńca leżała na boku kolaska ze złamaną osią. (…) Przy kolasce stały dwie niewiasty, jedna ubrana w lisi tołub i takąż czapkę z okrągłym dnem, twarzy surowej, męskiej; druga była to młoda panna wzrostu wyniosłego, rysów pańskich i bardzo foremnych. Na ramieniu tej młodej pani siedział spokojnie raróg i rozstrzępiwszy pióra na piersiach muskał je dziobem. Namiestnik osadził konia, aż kopyta wryły się w piasek gościńca,
i rękę podniósł do czapki zmieszany i nie wiedzący, co ma mówić… (…) …spod kuniego kapturka spojrzały nań takie oczy, jakich jak życie swoje nie widział, czarne, aksamitne, a łzawe, a mieniące się, a ogniste… Nad tymi oczami jedwabne ciemne brwi rysowały się dwoma delikatnymi łukami, zarumienione policzki kwitnęły jak kwiat najpiękniejszy, przez malinowe wargi, trochę otwarte, widniały ząbki jak perły, spod kapturka spływały bujne czarne warkocze. (…) Stał tedy nasz porucznik bez czapki
i zapatrzył się jak w cudowny obraz, i tylko oczy mu się świeciły, a za serce chwytało go coś jak ręką. (…)

…w tej chwili nadjechał poseł i pan Longinus, a z nimi sokolnik z obręczą. Co widząc bogini nadstawiła rarogowi rękę, na której ten zaraz, zszedłszy z ramienia, usadowił się przestępując z nogi na nogę. Namiestnik uprzedzając sokolniczego chciał zdjąć ptaka, gdy nagle stał się dziwny omen. Oto raróg, pozostawiwszy jedną nogę na ręku panny, drugą chwycił się namiestnikowej dłoni i zamiast przesiąść się, począł kwilić radośnie i przyciągać te ręce ku sobie tak silnie, że się musiały zetknąć.
Po namiestniku mrowie przeszło, raróg zaś dopiero wtedy dał się przenieść na obręcz, gdy sokolnik nałożył mu kaptur na głowę. A wtem starsza pani zaczęła wyrzekać:
– Rycerze! – mówiła – ktokolwiek jesteście, nie odmawiajcie pomocy białogłowom... (…) Do domu nam już nie dalej jak trzy mile, ale w kolasce osie popękały… (…)
Stara szlachcianka mówiła prędko i głosem tak grubym, że namiestnik aż się zadziwił, wszelako odrzekł grzecznie:
– Nie dopuszczajże jejmość tej myśli, byśmy panią i nadobną jej córkę mieli bez pomocy zostawić. Jedziemy do Łubiów,
gdyż żołnierzami w służbie J. O. księcia Jeremiego jesteśmy, i podobno nam droga w jedną stronę wypada, a choćby też nie,
to zboczymy chętnie, byle się nasza asystencja nie uprzykrzyła. (…)

Poseł… rozkazał sokolniczemu skoczyć po wozy, które były znacznie z tyłu zostały. (…)
– Niech Bóg zapłaci imć panom za pomoc. A że do Łubiów droga jeszcze daleka, nie pogardzicie moim i moich synów dachem,
pod którym radzi wam będziemy. My z Rozłogów-Siromachów, ja wdowa po kniaziu Kurcewiczu Bułyże, a to nie jest moja córka, jeno córka po starszym Kurcewiczu, bracie mego męża, któren sierotę swą nam na opiekę oddał. (…) …wtem z dala pokazały się wozy nadjeżdżające kłusem wśród gromady karałaszów poselskich i żołnierzy pana Skrzetuskiego.
– To jejmość pani wdowa po kniaziu Wasylu Kurcewiczu? – spytał namiestnik.
– Nie! – zaprzeczyła żywo i jakby gniewliwie kniahini. – Jam wdowa po Konstantynie, a to jest córka Wasyla, Helena – rzekła wskazując pannę.
- O kniaziu Wasylu wiele w Łubniach rozpowiadają. Był to żołnierz wielki i nieboszczyka księcia Michała zaufany. (…)
I znowu jedwabne zasłony oczu kniaziówny podniosły się, a wzrok jej napotkał męskie i szlachetne oblicze młodego żołnierza
i spojrzenie tak pełne zachwytu, że ciemny rumieniec pokrył jej twarz. Ale nie spuszczała już wzroku ku ziemi i przez chwilę on pił słodycz jej cudnych oczu. (…)

…tę chwilę zachwytu przerwał im ostry głos kniahini Konstantowej wołającej na kniaziównę. Wozy nadeszły. Karałasze poczęli przenosić na nie pakunki z kolaski i za chwilę wszystko było gotowe. (…) Ruszono w drogę. (…) Pan Skrzetuski jechał po stronie kniaziówny… (…) Wjechali w las, ale zaledwie ujechali kilka staj, gdy dał się słyszeć tętent koni i pięciu jeźdźców ukazało się przed karawaną. Byli to młodzi kniaziowie, którzy zawiadomieni przez woźnicę o wypadku, jaki spotkał matkę, śpieszyli na jej spotkanie prowadząc z sobą wóz zaprzężony w cztery konie.
– Czy to wy synkowie? – wołała stara kniahini.
Jeźdźcy przybliżyli się do wozów.
- My, matko!
- Bywajcie! Dzięki tym oto ichmościom nie potrzebuję już pomocy. To moi synkowie, których polecam łasce mości panów: Symeon, Jur, Andrzej i Mikołaj – a to kto piąty? (…)
Kniaziówna cofnęła się nagle w głąb kolaski.
– Czołem wam, kniahini, i wam, kniaziówno Heleno! – rzekł piąty jeździec.
– Bohun! – mówiła stara. – Od pułku przybyłeś, sokole? A z teorbanem? Witajże, witaj! (…)

– To jejmość pani pięciu masz synów? – zagadnął pan Rozwan Ursu.
– Miałam pięciu jak lwów – rzecze kniahini – ale najstarszemu, Wasylowi, poganie w Białogrodzie oczy wykapali pochodniami,
od czego mu też i rozum się nadwerężył. Gdy młodzi pójdą na wyprawę, ja sama w domu zostaję, z nim tylko i z jejmościanką,
z którą większa bieda niż pociecha.
Pogardliwy ton, z jakim stara kniahini mówiła o swej synowicy, tak był widoczny, że nie uszedł uwagi porucznika. Pierś mu zawrzała gniewem i o mało nie zaklął szpetnie, ale słowa zamarły mu na ustach, gdy spojrzawszy na kniaziównę ujrzał
przy świetle księżyca oczy jej zalane łzami…
– Co waćpannie jest? czego płaczesz? – spytał z cicha. Kniaziówna milczała. (…)
– Na Boga, przemów choć słowo, bo Bóg widzi, że i krew, i zdrowie bym oddał, byle ciebie pocieszyć.
Nagle uczuł, że jeden z jeźdźców napiera go tak silnie, że aż konie poczynają się trzeć bokami. (…) …Skrzetuski zdziwiony,
ale i rozgniewany, zwrócił się ku śmiałkowi. Przy świetle księżyca ujrzał dwoje oczu, które patrzyły na niego zuchwale, wyzywająco
i szyderczo zarazem. (…) Ten Bohun widocznie szukał okazji i byłby ją znalazł, ale dlaczego szukał? Skąd ta niespodziewana napaść? Przez głowę namiestnika przeleciała myśl, że tu kniaziówna wchodziła do gry, i utwierdził się w tej myśli,
gdy spojrzawszy na twarz jej ujrzał mimo mroków nocnych, że twarz ta była blada jak płótno i że widocznie malowało się na niej przerażenie. (…)

– Widać, niespełna rozumu – odpowiedział pogardliwie pan Skrzetuski. – Czy to Kozak w służbie synów imci pani?
Stara kniahini rzuciła się w tył kolaski.
– Co waćpan mówisz! To jest Bohun, podpułkownik, przesławny junak, synom moim druh, a mnie jak szósty syn przybrany. (…)
Ze wszystkich watażków on jeden najlepiej uosabiał Kozaka-rycerza, dlatego też pieśń wybrała go sobie na kochanka, a imię jego rozsławiło się na całej Ukrainie. W ostatnich czasach został podpułkownikiem perejasławskim, ale pułkownikowską władzę sprawował, bo stary Łoboda słabo już trzymał buławę krzepnącą dłonią. (…)

…wozy minęły już jar i z dala ukazały się światła w Rozłogach. (…)

Rozdział IV

Kurcewicze Bułyhowie był to stary książęcy ród, który się Kurczem pieczętował, od Koriata wywodził, a podobno istotnie szedł
od Ruryka. (…) …kniaź Wasyl… wszedł na służbę księcia Michała Wiśniowieckiego, ojca przesławnego „Jaremy”. Okrywszy się sławą w tej służbie i znaczne posługi rycerskie księciu oddawszy, otrzymał od tegoż w dziedzictwo Krasne Rozłogi, które potem
dla wielkiej mnogości wilków Wilczymi Rozłogami przezwano… W roku 1629 przeszedłszy na obrządek łaciński ożenił się
z Rahozianką, panną z zacnego domu szlacheckiego… Z małżeństwa tego rok później przyszła na świat córka Helena; matka umarła przy jej urodzeniu, książę Wasyl zaś, nie myśląc już o powtórnym ożenku, oddał się całkiem gospodarstwu i wychowaniu jedynaczki. Był to człowiek wielkiego charakteru i niepospolitej cnoty. …pomyślał zaraz o starszym swym bracie Konstantynie… (…) Tego wraz z żoną i pięcioma synami do Rozłogów sprowadził i każdym kawałkiem chleba się z nimi dzielił. W ten sposób obaj Kurcewicze żyli w spokoju aż do końca 1634 roku, w którym Wasyl z królem Władysławem pod Smoleńsk ruszył.

Tam to zaszedł ów nieszczęsny wypadek, który zgubę jego spowodował. W obozie królewskim przejęto list pisany do Szehina, podpisany nazwiskiem kniazia i przypieczętowany Kurczem. (…) Na próżno Wasyl świadczył się Bogiem, że ni ręka, ni podpis
na liście nie są jego – herb Kurcz na pieczęci usuwał wszelkie wątpliwości, w zgubienie zaś sygnetu, czym się kniaź tłumaczył, nikt wierzyć nie chciał – ostatecznie nieszczęśliwy kniaź, pro crimine perduelionis skazany na utratę czci i gardła, musiał się ucieczką salwować. Przybywszy nocą do Rozłogów zaklął brata Konstantyna na wszystkie świętości, by jak ojciec opiekował się jego córką – i odjechał na zawsze. (…) Wkrótce przestano o nim mówić, a przypomniano go sobie dopiero, gdy wyszła na jaw jego niewinność. Niejaki Kupcewicz, Witebszczanin, umierając zeznał, jako on pisał pod Smoleńskiem list do Szehina i znalezionym
w obozie sygnetem go przypieczętował. (…) Wyrok został zmieniony, imię księcia Wasyla do sławy przywrócone, ale dla niego samego nagroda za mękę przyszła za późno. (…)

Helena chowała się więc spokojnie w Rozłogach pod czułą opieką stryja – i dopiero po jego śmierci zaczęły się dla niej ciężkie czasy. Żona Konstantyna, z rodziny wątpliwego pochodzenia, była to kobieta surowa, popędliwa a energiczna, którą mąż jeden utrzymać w ryzie umiał. Po jego śmierci zagarnęła w żelazne ręce rządy w Rozłogach. (…) W Rozłogach też usadowiła się
na dobre i poczęła je uważać za swoją i swoich synów własność. (…) Gdy poseł i pan Skrzetuski zajechali przez bramę ze swymi wozami, ujrzeli nie dwór, ale raczej obszerną szopę z ogromnych bierwion dębowych zbitą, z wąskimi, podobnymi do strzelnic oknami. (…) Widocznie było to miejsce obronne, przeciw napadom i zajazdom zabezpieczone. (…) Tymczasem młodzi kniaziowie podejmowali gości szczerze i z wielką ochotą, lubo – mało otarci w świecie – czynili to manierą tak niezgrabną, iż namiestnik zaledwie mógł uśmiech powściągnąć. (…) Tymczasem kniahini, szarpnąwszy Bohuna za rękaw, wyprowadziła go do innej komnaty.
– Słysz, Bohun – rzekła pośpiesznie – nie mam czasu długo gadać. Widziałam, że ty tego młodego szlachcica na ząb wziął
i zaczepki z nim szukasz? (…)
– Nie gniewajcie się, kniahini. Skoro inaczej nie można, to będę im niczym tureckie bakalie słodki. Zębem nie zgrzytnę, do głowni nie sięgnę, choćby mnie gniew i pożarł, choćby dusza jęczeć miała. Niechże będzie wasza wola! (…)
Wrócili do gościnnej komnaty, w której kniaziowie, nie wiedząc, jak gości bawić, wciąż ich zapraszali, by byli sobie radzi, i kłaniali im się w pas. Tu zaraz pan Skrzetuski spojrzał ostro a dumnie w oczy Bohunowi, ale nie znalazł w nich ni zaczepki, ni wyzwania. (…)

W tej chwili drzwi się otworzyły i do komnaty wszedł z wolna Wasyl, najstarszy z Kurcewiczów, prowadzony za rękę przez Helenę. (…)
– W imię Boga i Ojca… – mówił. – Jeśli apostołami jesteście i dobre nowiny niesiecie, witajcie w progach chrześcijańskich. Amen. (…)
Tymczasem Helena posadziła go na krześle, sama zaś, wybiegłszy do sieni, wróciła po chwili z lutnią w ręku. Ciche dźwięki ozwały się w komnacie, a do wtóru im kniaziówna poczęła śpiewać pieśń pobożną:

I w noc, i we dnie wołam do Cię, Panie!
Pofolguj męce i łzom żałośliwym,
Bądź mnie, grzesznemu, ojcem miłościwym,
Usłysz wołanie! (…)

Wskażże mi drogę, o Panie nad pany,
Bom jako pątnik na pustyń bezdrożu
Lub jak wśród fali na niezmiernym morzu
Korab zbłąkany. (…)


Z zachwytu rozbudziły go dopiero słowa starej kniahini:
– Dość tego! Już on się teraz nieprędko rozbudzi. A tymczasem proszę ichmościów na wieczerzę. (…)
Pan Rozwan, jako kawaler wielkich manier, podał ramię kniahini, co widząc pan Skrzetuski sunął zaraz do kniaziówny Heleny. (…) Przy wieczerzy mignęła mu kilkakroć twarz Bohuna, która była zmieniona bardzo i blada, ale namiestnik mając wzajemność Heleny nie dbał o tego współzawodnika. (…) Wieczerza była skończona – ale miodu dolewano ciągle do kusztyków. Przyszli też kozaczkowie wezwani do tańcowania na tym większą ochotę. (…) …pan Skrzetuski sunął z Heleną do tańca. (…) W zawrotach tańca długie jej warkocze omotały mu szyję, jakby dziewczyna chciała go przywiązać do siebie na zawsze. Nie wytrzymał tedy szlachcic, ale gdy rozumiał, że nikt nie patrzy, pochylił się i z całej mocy pocałował jej słodkie usta.

Późno w noc znalazłszy się sam na sam z panem Longinem w izbie…
– To waćpan zakochał się w kniaziównie?
– Nie inaczej, jako żyw tu przed waćpanem siedzę. (…)
Wejście sługi przerwało dalszą rozmowę. Był to stary Tatar o bystrych, czarnych oczach i pomarszczonej jak suszone jabłko twarzy (…) Tatar zbliżył się do Skrzetuskiego i mruknął:
– Mam dla waszmości pana słówko od panny. (…)
Tatar wydobył zza rękawa kawałek wstążki:
– Panna przysyła waszmość panu tę szarfę i to kazała powiedzieć, że miłuje go z całej duszy. (…)
- (…) Wiernyś, jak widzę, sługa kniaziówny. Naściże trzeciego talera. Dawno służysz?
– Ho, ho! czterdzieści lat temu, jak mnie kniaź Wasyl w jasyr wziął – i od tej pory służyłem mu wiernie, a gdy onej nocy odjeżdżał na przepadłe imię, to dziecko Konstantynu zostawił, a do mnie rzekł: „Czechły! i ty nie odstąpisz dziewczyny, i będziesz jej strzegł jak oka w głowie”. (…)
– Tak też i czynisz?
– Tak też i czynię, i patrzę.
– Mów, co widzisz: Jak tu kniaziównie? (…)
– Oni chcą ją dać Bohunowi, by ją wziął i poniósł jako wilk jagnię, a ich w Rozłogach zostawił – bo Rozłogi jej, nie ich, po kniaziu Wasylu. On też Bohun to uczynić gotów, bo po komyszach więcej ma złota i srebra niżeli piasku w Rozłogach, ale ona ma go
w nienawiści od pory, jak przy niej człowieka czekanem rozszczepił. (…)
Namiestnik tej nocy usnąć nie mógł. Chodził po izbie, patrzył w księżyc i w myśli różne ważył postanowienia. Zrozumiał teraz grę Bułyhów. (…) Szaro już robiło się na świecie, gdy pan Skrzetuski rzucił się na posłanie. Spał twardo i nazajutrz zbudził się
z gotowym postanowieniem. (…) W gościnnej izbie poseł pokrzepiał się polewką w towarzystwie Kurcewiczów i starej kniahini; Bohuna tylko nie było… (…) Posiliwszy się Skrzetuski rzekł:

– Mości pani! …mam ja tu ważną sprawę, o której bym chciał z jejmość panią i z ichmość jej synami kilka słów na osobności pomówić. (…)
Namiestnik utkwił w niej wzrok bystry, surowy prawie, i rzekł: (…)
– …przedstawiam jejmość pani i ichmościom, jako opiekunom, moją pokorną prośbę, byście mi księżniczkę Helenę za żonę oddać raczyli.
– Wybacz waćpan – odrzekła ochłonąwszy kniahini, a głos jej stał się suchy i ostry – zaszczyt to dla nas niemały prośba takiego kawalera, ale nie może z niej nic być, gdyż Helenę obiecałam już komu innemu.
– Zważ wszelako waćpani, jako troskliwa opiekunka, czy to nie było przeciw woli kniaziówny i czym nie lepszy niźli ten, komu ją waćpani obiecałaś.
– Mości panie! Kto lepszy, mnie sądzić. Możesz być i najlepszy, wszystko nam jedno, bo cię nie znamy.
Na to namiestnik wyprostował się jeszcze dumniej, a spojrzenia jego stały się jako noże ostre, choć zimne.
– Ale ja was znam, zdrajcy! – huknął. – Chcecie krewniaczkę chłopu oddać, byle was tylko w zagarniętej nieprawnie włości zostawił…
– Sam zdrajco! – krzyknęła kniahini. – Tak to za gościnę płacisz? (…) Do księcia pójdziesz? – wołała kniahini – a wiesz-li, czy żyw stąd wyjdziesz? czy to nie ostatnia twoja godzina? (…)
– Jako książęcy poseł z Krymu wracam – rzekł – i niech tu jedną kroplę krwi uronię, a w trzy dni i popiołu z tego miejsca
nie zostanie, wy zaś pognijecie w lochach łubniańskich. Jest-li na świecie moc, co by was uchronić zdołała? Nie groźcie, bo was się nie boję! (…)

Namiestnik był panem położenia. (…)
- Mościa pani, a mnie czas w drogę, wybaczcie więc, że raz jeszcze powtórzę: wybierajcie! (…)
Symeon poszedł po Helenę i po chwili ukazał się z nią w sieni. (…)
– Mościa panno! – rzekła ponuro kniahini ukazując na Skrzetuskiego – jeśli masz wolę po temu, to jest twój przyszły mąż.
Helena zbladła jak ściana i krzyknąwszy zakryła oczy rękoma, a potem nagle wyciągnęła je ku Skrzetuskiemu.
– Prawda-li to? – szeptała w upojeniu.
W godzinę później orszak posła i namiestnikowy posuwał się z wolna leśnym gościńcem w stronę Łubniów. (…)

Rozdział V

Przybywszy do Łubniów nie zastał pan Skrzetuski w domu księcia, który był do pana Suffczyńskiego, dawniejszego swego dworzanina, do Sieńczy na chrzciny pojechał… Dano tedy znać do Sieńczy i o powrocie z Krymu namiestnika, i o przybyciu posła; tymczasem znajomi i towarzysze witali radośnie po długiej podróży Skrzetuskiego, a zwłaszcza pan Wołodyjowski, który
po ostatnim pojedynku był najbliższym naszemu namiestnikowi przyjacielem. (…) …książę z Sieńczy przyjechał, a z nim panowie Budzyński i Lassota oraz cały dwór i dużo szlachty w kilkudziesięciu kolaskach… (…)

Był to bowiem pan nadzwyczaj tkliwego serca i dla żołnierzów ojciec prawdziwy. Dyscypliny przestrzegał żelaznej,
ale pod względem hojności, łaskawego traktowania ludzi i opieki, jaką otaczał nie tylko ich samych, ale ich dzieci i żony, nikt się
z nim nie mógł porównać. Dla buntów straszny i niemiłosierny, był jednak prawdziwym dobrodziejem nie tylko szlachty,
ale i całego swego ludu. Gdy w czterdziestym szóstym roku szarańcza zniszczyła plony, to czynszownikom za cały rok czynsz odpuścił, poddanym kazał wydawać zboże ze spichlerzów, a po pożarze w Chorolu wszystkich mieszczan przez dwa miesiące swoim kosztem żywił. Dzierżawcy i podstarościowie w ekonomiach drżeli, by do uszu księcia wieść o jakowych nadużyciach
lub krzywdach ludowi czynionych nie doszła. Sierotom taka była opieka zapewniona, że przezywano je na Zadnieprzu „książęcymi detynami”. Czuwała nad tym sama księżna Gryzelda przy pomocy ojca Muchowieckiego. Ład ten panował
we wszystkich ziemiach książęcych, dostatek, sprawiedliwość, spokój, ale i strach, bo w razie najmniejszego oporu nie znał książę miary w gniewie i karaniu, tak w jego naturze łączyła się wspaniałomyślność ze srogością. (…)

Pan Longinus Podbipięta, pierwszy raz w życiu księcia… ujrzawszy, własnym oczom uwierzyć nie mógł. Słysząc bowiem tyle
o sławie jego wyobrażał sobie, że musi to być jakiś olbrzym o głowę rodzaj ludzki przewyższający, a tymczasem książę był wzrostu prawie małego i dość szczupły. Młody był jeszcze, liczył dopiero trzydziesty szósty rok życia, ale na twarzy jego widne już były trudy wojenne. O ile bowiem w Łubniach żył jak król prawdziwy, o tyle w czasie licznych wypraw i pochodów dzielił niewczasy prostego towarzysza, jadał czarny chleb i sypiał na ziemi na wojłoku… (…)

Wszelako oblicze to na pierwszy rzut oka zdradzało nadzwyczajnego człowieka. Malowała się w nim żelazna, nieugięta wola
i majestat, przed którym każdy mimo woli musiał uchylić głowy. (…) Było w księciu Jeremim coś, co mimo wrodzonej mu łaskawości trzymało ludzi w oddaleniu. Kochając żołnierzów, on sam poufalił się z nimi; z nim nikt nie śmiał się poufalić.
A jednakże rycerstwo, gdyby mu kazał konno w przepaście Dnieprowe skoczyć, uczyniłoby to bez wahania. (…) Nosił się
po polsku, o ubiór niezbyt dbał i tylko na wielkie uroczystości nakładał szaty kosztowne… (…) Pan Longin w kilka dni później był obecny na takiej uroczystości, gdy książę dawał posłuchanie panu Rozwanowi Ursu. (…) Pan Rozwan prosił w imieniu hospodara, by książę swym wpływem i grozą imienia wyrobił u chana zakaz Tatarom budziackim wpadania do Wołoszczyzny… (…) Pan Skrzetuski poprzednio już zdał relację ze swego poselstwa i podróży oraz ze wszystkiego, co słyszał o Chmielnickim i jego na Sicz ucieczce. (…) Życie zaczęło płynąć jednostajnie. Książę zajęty był lustracjami dóbr ogromnych i co rano zamykał się
z komisarzami nadjeżdżającymi z całej Rusi i Sandomierskiego – więc nawet ćwiczenia wojskowe rzadko tylko mogły się odbywać. (…)

…Helena miała pozostawać pod opieką, której Skrzetuski nie ufał, w prawdziwym wilczym gnieździe, wśród ludzi nieokrzesanych, dzikich, a Skrzetuskiemu niechętnych. Wprawdzie dla własnego dobra powinni mu byli słowa dotrzymać – i prawie nie mieli innej drogi – ale któż mógł odgadnąć, co wymyślą, na co się odważą, zwłaszcza gdy ciążył nad nimi straszliwy watażka, którego widocznie i kochali, i bali się jednocześnie. (…) Pan Skrzetuski trząsł się jak w febrze na tę myśl, targał się jak wilk na łańcuchu, żałował swego rycerskiego słowa danego kniahini – i nie wiedział co ma począć. (…) Postanowił więc działać. Miał on pacholika Rzędziana, szlachcica chodaczkowego z Podlasia, lat szesnastu, ale franta kutego na cztery nogi, z którym niejeden stary wyga nie mógł iść o lepsze, i tego postanowił wysłać do Heleny oraz na przeszpiegi. (…) Pan Skrzetuski zaopatrzył go w list, papier, pióra i flaszkę inkaustu, której kazał mu jak oka w głowie pilnować, bo pamiętał, że tych rzeczy nie masz w Rozłogach. (…)

Dla pana Skrzetuskiego rozpoczęły się ciężkie dni oczekiwania. Dla zabicia czasu ścinał się w palcaty z panem Wołodyjowskim, wielkim mistrzem w tej sztuce, lub dzirytem do pierścienia rzucał. (…) Łatwo więc sobie wyobrazić radość pana Jana,
gdy pewnego dnia o świcie wszedł do jego kwatery Rzędzian, zabłocony, zmęczony, wymizerowany, ale wesół i z dobrą wieścią wypisaną na czole. Namiestnik jak się zerwał wprost z łoża, tak przybiegłszy do niego chwycił go za ramiona i krzyknął:
– Listy masz?
– Mam, panie. Oto są.
Namiestnik porwał i zaczął czytać. (…) List kończył się zapewnieniami stałej a poczciwej miłości, jaką właśnie przyszła żona mężowi winna. W ogóle zaś przeglądało z niego istotnie serce czyste, dlatego też namiestnik odczytywał ten list serdeczny
po kilkanaście razy od początku do końca, powtarzając sobie w duszy: „Moja wdzięczna dziewko! niechże mnie Bóg opuści, jeśli cię kiedy zaniecham.” (…)

Rzędzian wyszedł, a namiestnik zostawszy sam zaczął na nowo odczytywać list Heleny i do ust przyciskać te literki nie tak kształtne jak ręka, która je kreśliła. (…) I przybrawszy się, z jaśniejącą twarzą, z pełną od szczęścia piersią, szedł do kaplicy,
by Bogu naprzód za dobrą nowinę pokornie podziękować. (…)

Rozdział VI

Na całej Ukrainie i Zadnieprzu poczęły zrywać się jakieś szumy, jakoby zwiastuny burzy bliskiej; jakieś dziwne wieści przelatywały od sioła do sioła, od futoru do futoru, na kształt owych roślin, które jesienią wiatr po stepach żenie, a które lud perekotypolem zowie. (…) Tym ciężej, tym duszniej było, że nikt nie umiał niebezpieczeństwa wskazać. (…) Zaczęto mówić
o Chmielnickim, o jego na Sicz ucieczce i o grodowych z Czerkas, Bogusławia, Korsunia i innych miast, zbiegłych za nim… (…) Niepokój ów przedarł się i za mury łubniańskie. Na te wszystkie oznaki niepodobna było oczu zamykać, a zwłaszcza nie miał tego zwyczaju książę Jeremi. (…) Niepokój ów przedarł się i za mury łubniańskie. Na te wszystkie oznaki niepodobna było oczu zamykać, a zwłaszcza nie miał tego zwyczaju książę Jeremi. (…) Porozsyłał więc książę posłańców: do pana krakowskiego,
do pana Kalinowskiego, do Łobody w Perejasławiu, a sam ściągnął stada ze stepów i wojsko z pałanek. (…) Jeden stary chorąży Zaćwilichowski przesłał list zaklinający księcia, żeby niczego nie lekceważyć, bo wielka burza idzie od Dzikich Pól. O Chmielnickim donosił, że z Siczy do Krymu pognał, by chana o pomoc prosić. (…) Książę ufał Zaćwilichowskiemu więcej niż samym hetmanom, bo wiedział, iż nikt na całej Rusi nie zna tak Kozaków i ich fortelów, postanowił więc jak najwięcej wojsk ściągnąć, a jednocześnie do gruntu prawdy dotrzeć.

Pewnego więc rana kazał przywołać do siebie pana Bychowca, porucznika chorągwi wołoskiej, i rzekł mu:
– Pojedziesz waść ode mnie w poselstwie na Sicz do pana atamana koszowego i oddasz mu ten list z moją hospodyńską pieczęcią. Ale żebyś wiedział, czego się trzymać, to ci powiem tak: list jest pozór, a zaś waga cała poselstwa w waszmościnym rozumie spoczywa, abyś na wszystko patrzył, co się tam dzieje, ile wojska zwołali i czy jeszcze zwojują. (…) Usłyszawszy to Skrzetuski poleciał do księcia i natychmiast kazał się przez pazia meldować. (…)
– Mości książę, przyszedłem błagać najpokorniej, by mnie ekspedycja na Sicz była powierzoną. (…)
I tu zaczął opowiadać, jak poznał córkę kniazia Wasyla, jak się w niej rozkochał i jakby pragnął teraz ją odwiedzić,
a za powrotem z Siczy do Łubniów ją sprowadzić, by przed zawieruchą kozacką i natarczywością Bohuna ją uchronić. (…)
– Ja bym ci i tak jechać pozwolił i ludzi dał, aleś gdy tak wszystko mądrze ułożył, by własny afekt z oną funkcją pogodzić, tedy muszę już to dla ciebie uczynić. (…)

Namiestnik ucałował z radości rękę księcia, ten zaś za głowę go ścisnął i spokojnym być rozkazał. Lubił on niezmiernie Skrzetuskiego, jako dzielnego żołnierza i oficera, na którego we wszystkim można się było spuścić. Prócz tego był między nimi taki związek, jaki wytwarza się między podwładnym uwielbiającym z całej duszy zwierzchnika a zwierzchnikiem, który to czuje dobrze. (…) Wiedział, że Skrzetuski był człowiek jak łza – cenił go więc i był mu wdzięczny za uczucie. (…) Z radością dowiedział się także, że jego ulubieniec pokochał córkę Wasyla Kurcewicza, starego sługi Wiśniowieckich, którego pamięć była tym droższą księciu, im była żałośniejszą. (…) …kwapił się namiestnik z wyjazdem i ułatwiwszy wszystko, wziąwszy listy i instrukcje
od księcia, a pieniądze na ekspedycję od skarbnika, dobrze jeszcze przed nocą puścił się w drogę mając z sobą Rzędziana
i czterdziestu semenów z kozackiej książęcej chorągwi. (…)

Rozdział VII

Było to już w drugiej połowie marca. (…) Rankiem namiestnik, jadąc na czele swych ludzi, jechał jakby morzem, którego falą ruchliwą była kołysana wiatrem trawa. (…) …drugiego dnia o południu, przejechawszy szmat lasu, dojrzał już wiatraki
w Rozłogach rozrzucone po wzgórzach i pobliskich mogiłach. Serce mu biło jak młotem. (…) Namiestnik wspiął konia i kopnął się cwałem, a za nim pocztowi; lecieli tak przez wieś z brzękiem i gwarem. (…) …dolecieli do majdanu i stanęli przed bramą zawartą.
– Hej tam! kto żyw, otwieraj! (…)
Otworzono bramę, a wtem i sama kniahini wyszła przed sień i przykrywszy oczy ręką, patrzyła na przybyłych. (…)
– Dziwisz się zapewne waćpani – rzekł Skrzetuski, gdy weszli już do środka – widząc mnie w Rozłogach, a przeciem słowa
nie złamał, gdyż to sam książę do Czehryna i dalej mnie posyła. Kazał mi przy tym w Rozłogach się zatrzymać i o wasze zdrowie zapytać.
– Wdzięcznam jego książęcej mości jako łaskawemu panu i dobrodziejowi. (…)

W tej chwili jednak Helena, choć i nie wołana, wbiegła do komnaty, bo się od Tatara Czechły dowiedziała, kto przyjechał. (…) Skrzetuski skoczył jej ręce całować, a gdy kniahini dyskretnie wyszła, całował i usta, bo był człowiek porywczy. Ona też
nie broniła się bardzo, czując, że niemoc opanowywa ją ze zbytku szczęścia i radości. (…)
– Z a jaki miesiąc z Siczy wrócę, ruszymy do Łubniów – rzekł namiestnik zwracając się do Heleny – a tam ksiądz Muchowiecki
ze stułą czeka. (…)
Po skończonym obiedzie namiestnik z Heleną wyszli do sadu wiśniowego, który tuż do fosy za majdanem przytykał. (…) Wieczorem nadeszła chwila czułego, długiego pożegnania – i namiestnik ruszył ku Czehrynowi. (…)

Rozdział VIII

W Czehrynie zastał pan Skrzetuski starego Zaćwilichowskiego w wielkim wzruszeniu i gorączce; wyglądał on niecierpliwie książęcego posłańca, bo z Siczy coraz groźniejsze dochodziły wieści. Nie ulegało już wątpliwości, że Chmielnicki gotował się zbrojną ręką swoich krzywd i dawnych kozackich przywilejów dochodzić. (…) Mimo niebezpieczeństw tej podróży, o których mu prawił Zaćwilichowski, namiestnik nie bez pewnego ukontentowania myślał o niej. (…) Nie spodziewał się też, co prawda, stamtąd nie wrócić. Co poseł, to poseł, zwłaszcza od księcia Jeremiego. (…) …nagle Skrzetuskiemu wydało się, że spostrzega dwie jakieś znane postacie zmierzające ku Dzwonieckiemu Kątowi, gdzie był sklep Wołocha Dopuła. Przypatrzył się pilnie: był to pan Zagłoba z Bohunem. Szli trzymając się pod ręce i wkrótce znikli w ciemnych drzwiach, nad którymi sterczała wiecha oznaczająca szynk
i winiarnię. (…)

– Słuchaj no, Rzędzian: pójdziesz do winiarni, ot, tam pod wiechę; znajdziesz tam grubego szlachcica z dziurą w czele i powiesz mu, że ktoś, co ma pilną do niego sprawę, chce go widzieć. A jeśliby pytał kto, nie mów.
Rzędzian skoczył i po niejakim czasie namiestnik ujrzał go wracającego w towarzystwie pana Zagłoby.
– Witaj waszmość! – rzekł pan Skrzetuski, gdy szlachcic ukazał się we drzwiach izby. – Czy mnie sobie przypominasz?
– Czy sobie przypominam? Niechże mnie Tatarzy na łój przetopią i świece ze mnie do meczetów porobią, jeślim zapomniał! Waść to kilka miesięcy temu otworzyłeś drzwi u Dopuła Czaplińskim… (…)
– A ówże Bohun co tu porabia?
– On? Nadstawia ucha, co od Siczy słychać, jak i inni. Po to tu przybył. To kochanek wszystkich Kozaków. (…)

Dalszą rozmowę przerwało wejście Zaćwilichowskiego.
– No, mości namiestniku – rzekł stary chorąży – bajdaki gotowe, przewoźników masz ludzi pewnych: ruszajże w imię boże, choćby i zaraz. A oto listy.
– To każę ludziom zaraz ruszać na brzeg.
– A gdzie waść się wybierasz? – spytał pan Zagłoba.
– Do Kudaku. (…)
– Na koń i na brzeg! – zakomenderował pan Skrzetuski. – Konie wprowadzić na statki i czekać na mnie! (…)
Zaćwilichowski nalał miarkę: – Za szczęśliwą podróż!
– I zdrowy powrót! – dodał pan Zagłoba. (…)
Ludzie pana Skrzetuskiego siedzieli już w bajdakach. (…) Zaskrzypiały wiosła i plusnęły o wodę, bajdaki popłynęły. Ogień palący się na brzegu począł oddalać się szybko. Przez długi czas Skrzetuski widział jeszcze sędziwą postać chorążego oświeconą płomieniem stosu i jakiś smutek ścisnął mu nagle serce. (…) Wypłynęli z ujścia Taśminowego na Dniepr. (…) Skrzetuski obwinął się w burkę i położył na posłaniu, które umościli dla niego żołnierze. Począł myśleć o Helenie, o tym, że ona dotąd nie w Łubniach, że Bohun został, a on odjeżdża. (…)

Rozdział IX

Nazajutrz zbudził się świeży, zdrów i z weselszą myślą. Pogoda była cudna. (…) Namiestnik przypatrywał się z ciekawością temu życiu rzecznemu, a tymczasem bajdaki jego mknęły szybko ku Kudakowi. (…) Wieczorem przybyli do wyspy Romanówki, której ognie z daleka było widać, i zatrzymali się na nocleg. (…) Dowiedział się od rybaków namiestnik, że wszyscy Niżowcy, którzy również zajmowali się tu połowem, od kilku dni opuścili wyspę i udali się na Niż, wezwani przez atamana koszowego. (…) Nazajutrz rano wyruszyli w dalszą drogę. (…) Namiestnik jednak nie dostał się tego wieczora do zamku, bo pan Grodzicki zaprowadził taki porządek, że gdy przed zachodem słońca wybito hasło, nie wpuszczano nikogo z zamku i do zamku i gdyby nawet sam król przyjechał, musiałby nocować w Słobódce stojącej pod wałami fortecy. Tak też uczynił i namiestnik. (…) Nazajutrz świtaniem, jak tylko wydzwoniono i na trąbach wygrano „rozbudzenie”, dał znać do zamku, iż poseł książęcy przybył
i prosi o przyjęcie. Grodzicki, który świeżo miał w pamięci wizytę książęcą, sam na jego spotkanie wyszedł. Był to człowiek pięćdziesięcioletni, jednooki jak cyklop i posępny, bo siedząc w pustyni na końcu świata i nie widując ludzi zdziczał, a sprawując nieograniczoną władzę nabrał powagi i surowości. (…) Był to jednak żołnierz szczery, czujny jak żuraw, który ustawicznie oczy miał w stronę Tatarów i Kozaków wytężone. Pijał tylko wodę, nie sypiał, jak siedm godzin na dobę, częstokroć zrywał się w nocy, by obaczyć, czy straże dobrze wałów pilnują… (…)

– To tedy waszmość na Sicz jedziesz? – pytał Skrzetuskiego wprowadziwszy go poprzedni do zamku i uczęstowawszy gościnnie.
– Na Sicz. Jakie waszmość, mości komendancie, masz stamtąd nowiny?
– Wojna! Ataman koszowy ze wszystkich ługów, rzeczek i wysp ściąga Kozaków. Zbiegi z Ukrainy idą, którym przeszkadzam,
jak mogę. Wojska tam już jest na trzydzieści tysięcy albo i więcej. Gdy na Ukrainę ruszą, gdy się z nimi grodowi Kozacy i czerń połączą, będzie ich sto tysięcy. – A Chmielnicki?
– Lada dzień z Krymu z Tatarami spodziewany. (…)
To rzekłszy Grodzicki wyprowadził z izby namiestnika, by mu zamek i jego porządki pokazać. (…) Forteca była istotnie
nie do zdobycia, bo prócz armat broniły jej Dnieprowe przepaście i niedostępne skały pionowo zeskakujące w wodę;
nie potrzebowała nawet wielkiej załogi. Toteż w zamku nie stało więcej nad sześćset ludzi, ale za to co najprzebrańszego żołnierza, uzbrojonego w muszkiety i samopały. (…) Prócz tego o pół mili od zamku stała wysoka wieża, z której ośm mil wokoło widać było, a w niej stu żołnierzy, do których pan Grodzicki każdego dnia zaglądał. Ci, spostrzegłszy w okolicy lud jaki, dawali natychmiast znać do zamku, a wówczas bito w dzwony i cała załoga wnet stawała pod bronią. (…) Pod wieczór zwiedzili jeszcze wieżę, gdyż Skrzetuski pierwszy raz widząc tę zaginioną w stepach fortecę wszystkiego był ciekaw. (…) Ale przez noc nie kładł się prawie wcale spać rozmyślając, co mu czynić przystoi wobec niechybnej zguby, którą mu groziło posłowanie do straszliwej Siczy. (…)

– Rzędzian, boisz ty się śmierci? – spytał.
– Kogo? jak to śmierci? co jegomość mówi?
– Bo kto na Sicz jedzie, ten nie wraca.
– A to czemu jegomość jedzie?
– Moja wola, ty się w to nie wtrącaj, ale ciebie mi żal, boś dzieciuch, a chociażeś frant, tam się frantostwem nie wykręcisz. Wracaj do Czehryna, a potem do Łubniów. (…)
– Mój jegomość, jużci, śmierci się boję, bo kto by jej się nie bał, to by się Boga nie bał, gdyż jego to wola żywić kogoś
albo umorzyć; ale skoro jegomość dobrowolnie na śmierć leziesz, to już jegomościn będzie grzech, jako pana, nie mój, jako sługi, przeto ja jegomości nie opuszczę, bom też nie chłop żaden, jeno szlachcic, choć ubogi, ale też nie bez ambicji. (…)
– Słuchaj – rzekł do niego – pomocy mi żadnej nie dasz, ja przecie także dobrowolnie głowy pod miecz kłaść nie będę,
a do Rozłogów listy zawieziesz, na których mnie więcej jak na samym żywocie zależy. Powiesz tam jejmości i kniaziom, by zaraz, bez najmniejszej zwłoki, panienkę do Łubniów odwieźli, bo ich inaczej rebelia zaskoczy – sam też dopilnujesz, by się to stało. Ważną ci funkcję powierzam, przyjaciela godną, nie sługi. (…)
– O dla Boga! widzę, że muszę jechać… (…)
– Jutro wrócisz czajką, którą pan Grodzicki do Czehryna wysyła, dalej bez zwłoki ni odpoczynku ruszysz prosto do Rozłogów.
Tam kniahini nic nie mów, czy mi co grozi, ani panience, proś tylko, by zaraz, choćby konno, do Łubniów jechały, choćby
bez tobołów żadnych. Oto masz trzos na drogę, listy zaraz ci napiszę. (…)

Reszta nocy zeszła Skrzetuskiemu na pisaniu listów i żarliwej modlitwie, po której zaraz przyleciał do niego anioł uspokojenia. (…) Wkrótce potem Grodzicki pojawił się w komnacie.
– Mości namiestniku, czajki gotowe.
– I jam też gotów – rzekł spokojnie Skrzetuski. (…)

Rozdział X

Lotne czajki mknęły z wodą jak jaskółki, niosąc młodego rycerza i jego losy. (…) Po drodze widział pan Skrzetuski na uroczysku Kuczkasów olbrzymią mogiłę z białych kamieni, którą książę na pamiątkę swego pobytu kazał usypać, a o której pan Bogusław Maszkiewicz w Łubniach mu opowiadał. Do Siczy stąd nie było już daleko, ale że namiestnik nie chciał nocą wjeżdżać
w czertomelicki labirynt, postanowił więc zanocować na Chortycy. (…) Większa część nocy zeszła spokojnie. (…) Nagle, dobrze już ku świtaniu, stanęła przed nim jakaś ciemna postać. (…) Semenowie wnet porwali się na nogi. (…)
– A kto na brzegu?
– A wy kto? – odparł wachmistrz.
– Odpowiadaj, wraży synu, a nie, to z samopału zapytam!
– Jego wysokość pan poseł od J. O. księcia Wiśniowieckiego do atamana koszowego – wygłosił donośnie wachmistrz. (…) Na czele gromady stał stary Zaporożec olbrzymiego wzrostu, o twarzy dzikiej i okrutnej. Ten zbliżywszy się do ogniska spytał:
– A który to poseł?
Silny zapach gorzałki rozszedł się dookoła – Zaporożec był widocznie pijany.
– Który tu poseł? – powtórzył.
– Jam jest – rzekł dumnie pan Skrzetuski. (…)
– My tu z woli atamana – rzekł – pilnujem, by się nikt od Lachiw nie zbliżał, a kto się zbliży, mamy wiązać i dostawiać, co też uczynim. (…)

Wszczęła się bitwa bezładna. Zdeptane w zamieszaniu ogniska zgasły i ciemność ogarnęła walczących. Wkrótce jedni i drudzy zwarli się tak, że zabrakło miejsca do cięcia, a noże, pięści i zęby zastąpiły szable. (…) Pierwszy blask oświecił bladym światłem walkę. Od strony lądu widać było ciżbę Kozaków i Tatarów, jednych z twarzami przy kolbach „piszczeli”, drugich przegiętych w tył i ciągnących cięciwy łuków; od strony wody – dwie czajki dymiące i świecące ustawicznymi salwami wystrzałów. (…) W jednym
z czółen stał pan Skrzetuski, wyższy nad innych, dumny, spokojny, z porucznikowskim buzdyganem w ręku i z gołą głową, bo mu strzała tatarska zerwała czapkę. Wachmistrz zbliżył się ku niemu i szepnął:
– Panie, nie wytrzymamy – kupa za wielka!
Ale namiestnikowi chodziło już o to tylko, by poselstwo swoje krwią przypieczętować, pohańbienia godności nie dopuścić i zginąć nie bez sławy. (…)
– Ognia!
Czajki znów zadymiły. Z głębi wyspy poczęły napływać nowe tłumy zbrojne w spisy i kosy. (…)

Namiestnik kazał zwrócić się dwudziestu semenom ku atakującym statkom, które gnane wiosłami, pędziły z chyżością ptactwa po spokojnej wodzie rzecznej. (…)
W tej chwili wrzask straszny i wycie rozdarło powietrze. To ordyńcy ruszyli do ataku. (…)
Kilkunastu semenów dawało jeszcze odpór, a pod masztem stał pan Skrzetuski, z zakrwawioną twarzą, ze strzałą utkwioną
aż po brzechwę w lewym ramieniu, i bronił się z wściekłością. (…) Wachmistrz z drugim semenem pilnowali mu obu boków i tłum cofał się chwilami z przerażeniem przed tą trójką, ale pchany z tyłu, pchał się sam i marł pod ciosami szabel.
– Żywych brać do atamana! do atamana! – wrzeszczały głosy w tłumie. – Poddaj się!
Ale pan Skrzetuski poddawał się już tylko Bogu, bo oto pobladł nagle, zachwiał się i runął na dno statku. (…)

Rozdział XI

W chacie kantarzeja wojskowego na przedmieściu Hassan-Basza w Siczy siedziało przy stole dwóch Zaporożców pokrzepiając się palanką z prosa, którą czerpali ustawicznie z drewnianego szaflika stojącego na środku stołu. Jeden, stary, już prawie zgrzybiały, był to Fyłyp Zachar, sam kantarzej, drugi Anton Tatarczuk, ataman czehryńskiego kurzenia, człowiek około lat czterdziestu, wysoki, silny, z dzikim wyrazem twarzy i skośnymi, tatarskimi oczyma. Obaj mówili z sobą z cicha, jakby w obawie, żeby ich kto nie podsłuchał. (…)
– Słysz, kantarzeju, a ty widział, że było pismo i do mnie?
– Jużci, widziałem, bom sam listy odnosił do koszowego, a jam człowiek piśmienny. Znaleźli przy Lachu trzy pisma; jedno
do samego koszowego, drugie do ciebie, trzecie do młodego Barabasza. Wszyscy już w Siczy wiedzą o tym. (…)
Ponury odgłos kotłów, w które bito na koszowym majdanie, przerwał dalszą rozmowę. Tatarczuk usłyszawszy ten odgłos drgnął
i zerwał się na równe nogi. Nadzwyczajny niepokój malował się w jego twarzy i ruchach.

– Biją wezwanie na radę – rzekł łowiąc ustami oddech. – Sochroni Bih! Ty, Fyłyp, nie mów, o czym ja z tobą tu gadał. Sochroni Bih! (…)
Wyszli. Przedmieście Hassan Basza oddzielone było od majdanu tylko wałem opasującym kosz właściwy i bramą z wysoka basztą, na której widać było paszcze zatoczonych dział. (…) W tej chwili całe Hassan Basza jeszcze pełniejsze było ludzi
niż zwykle; zamykano kramy i szynki, wszyscy zaś śpieszyli na majdan siczowy, na którym miała się odbywać rada. Fyłyp Zachar i Anton Tatarczuk szli z innymi, ale ten ostatni ociągał się, szedł leniwo i pozwalał się wyprzedzać tłumom. (…) Fyłyp Zachar
i Tatarczuk weszli prosto do domu obrad, gdyż jeden, jako kantarzej, drugi, jako ataman kurzeniowy, mieli prawo zasiadać między starszyzną. (…) Tatarczuk zauważył, że znajomi nawet i przyjaciele udają, iż go nie widzą, zbliżył się przeto zaraz
do młodego Barabasza, który mniej więcej w takim samym był położeniu. Inni spoglądali na nich spode łbów, z czego młody Barabasz niewiele sobie robił nie rozumiejąc dobrze, o co idzie. (…) Tymczasem krzyki oewnątrz dały znać, że coś zaszło. Jakoż drzwi izby radnej otwarły się szeroko i wszedł Chmielnicki z Tuhaj-bejem. (…) Nie był to już Chmielnicki pokrzywdzony, uciekający na Sicz przez Dzikie Pola, ale Chmielnicki hetman, krwawy demon, olbrzym, mściciel własnej krzywdy na milionach. (…) …Chmielnicki umiał godzić dumę, rozsadzającą mu pierś, z pokorą tak dobrze, jak odwagę z chytrością. Był to lew i lis, orzeł
i wąż. (…)

Narada się rozpoczęła. (…) Chmielnicki począł mówić:
– Mości panowie! (…) …niemałom się zasmucił słysząc, iż mogą być między nami zdrajcy, którzy z nieszczerymi Lachami
w komitywę wchodzą i o naszej gotowości im donoszą – co jeśliby tak było, tedy ukarani być mają wedle woli i dyszkrecji mości panów. A my prosim, abyście listów wysłuchali, które tu poseł od niedruga naszego, księcia Wiśniowieckiego, przywiózł,
nie posłem, ale szpiegiem będąc i gotowość naszą i dobrą ochotę Tuhaj-beja, naszego przyjaciela, chcąc podpatrzyć
i przed Lachami zdradzić. (…)
Chmielnicki umilkł; gwar za oknami powiększał się coraz bardziej, więc pisarz wojskowy wstał i zaczął czytać… (…)
– Co mówicie, mości panowie, o tych pismach? – spytał Chmielnicki. Kozacy milczeli. (…)
– Mości panowie! – rzekł na to koszowy – ja wojska ściągam, a hetman niech prowadzi; co do posła, kiedy go do mnie przysłali,
to on mój, a kiedy mój, to wam go daruję. (…)
– Mości panowie! – rzekł Chmielnicki, gdy uciszyło się cokolwiek za oknami. – Już wy mądrze osądzili, że koszowy ataman człowiek sprawiedliwy. Ale jeśli ataman nie zdrajca, to kto zdrajca? (…)

…Anton Tatarczuk wstał i zwróciwszy się do Chmielnickiego począł mówić: – Co ja wam zrobił, mości hetmanie zaporoski,
że na śmierć moją nastajecie? W czym ja wam winien? Pisał do mnie komisar Zaćwilichowski list – taj co? To i kniaź pisał
do koszowego! A czy ja odebrał list? Nie! A jakby odebrał, to co był zrobił? Ot, poszedłby do pysara i kazałby sobie przeczytać,
bo ni pisaty, ni czytaty ne umiju. I wy by zawsze wiedzieli, co w liście. A Lacha ja i na oczy nie widział. Tak czy ja zdrajca? (…)
– …wy oba winni i proście pomiłowania atamanów, a ja z wami prosić będę, chociaż ciężka wasza wina i zdrada jawna. (…)
Tatarczuk poczuł, że jest zgubiony. (…) Zimne krople potu wystąpiły mu na czoło: zrozumiał, że już nie ma ratunku.
Co do młodego Barabasza, jasnym było, iż gubiąc go Chmielnicki chciał zemścić się nad starym pułkownikiem czerkaskim, któren synowca swego kochał głęboko. (…)
„Smert Tatarczuku! i Barabaszu na pohybel! Dawajcie zdrajców! na majdan z nimi!” – krzyczały pijane głosy. –„Bij! ubij!” – i setki rąk wyciągnęły się w tej chwili po nieszczęsne ofiary. (…) Kilka tysięcy ludzi rzuciło się na skazanych i darło ich w sztuki wyjąc
i walcząc z sobą o przystęp do ofiar. Deptano ich nogami, wyrywano kawały ciała; ciżba tłoczyła się koło nich tym strasznym konwulsyjnym ruchem rozszalałych mas. (…) Tak „towarzystwo” karało swoich zdrajców. A w izbie radnej, z chwilą jak kozactwo wywlekło za drzwi Tatarczuka i młodego Barabasza, uciszyło się znowu i atamani zajęli dawne miejsca pod ścianami,
bo z przyległego alkierza przyprowadzono więźnia. (…) Ujrzawszy go Chmielnicki drgnął. Więzień – był to pan Skrzetuski. (…)

– Ty skąd? – spytał koszowy Skrzetuskiego.
– W poselstwiem jechał do ciebie, atamanie koszowy, gdy mnie zbójcy na Chortycy napadli i wbrew obyczajom, obserwowanym
u najdzikszych narodów, ludzi mi wybili, a mnie, nie bacząc na godność mą poselską i urodzenie, zranili, znieważyli i jako jeńca tu przywiedli, o co pan mój J. O. książę Jeremi Wiśniowiecki, będzie się umiał u ciebie, atamanie koszowy, upomnieć. (…) A jam tu jechał z pismem książęcym nie zgubę waszą knować, ale od takowych was postępków powstrzymać, które nieznośny paroksyzm na Rzeczpospolitą, a na was i na całe wojsko zaporoskie ostatnią zagładę ściągną. Na kogóż to bowiem bezbożną rękę podnosicie? Przeciw komu wy, co się obrońcami chrześcijaństwa nazywacie, z pogany przymierze czynicie? Przeciw królowi, przeciw stanowi szlacheckiemu i całej Rzeczypospolitej. Wy przeto, nie ja, zdrajcami jesteście, i to wam powiadam, iż jeśli pokorą i posłuszeństwem nie zgładzicie win waszych, tedy biada wam! (…)
– Łajesz, wraży synu, by się wykręcić i śmierci ujść! (…)
– Nie myśl, atamanie koszowy, bym się śmierci obawiał albo żywota bronił, albo się z mej niewinności wywodził. Szlachcicem będąc, od równych tylko sobie sądzon być mogę i nie przed sędziami tu stoję, jeno przed zbójcami, nie przed szlachtą, jeno
przed chłopstwem, nie przed rycerstwem, jeno przed barbarzyństwem, i wiem dobrze, że się od śmierci nie wybiegam, którą wy też dopełnicie miary swej nieprawości. Przede mną jest śmierć i męka, ale za mną moc i zemsta całej Rzeczypospolitej,
przed którą drżyjcie wszyscy.
Jakoż wyniosła postawa, wzniosłość mowy i imię Rzeczypospolitej silne zrobiły wrażenie.

…przez bramę od strony Hassan Basza wpadło kilkunastu ludzi i przedzierając się przez tłum, krzycząc: „Z drogi! z drogi!”, dążyło co sił w stronę radnego domu. (…)
– Pyśmo do hetmana! – wołał stary Kozak.
– Skąd wy?
– My czehryńcy. Dzień i noc z pyśmom jidem. Oto jest.
Chmielnicki wziął list z rąk Kozaka i począł czytać. Nagle twarz zmieniła mu się, przerwał czytanie i rzekł donośnym głosem:
– Mości panowie atamani! Hetman wielki wysyła syna Stefana z wojskiem na nas. Wojna! (…) Kurzeniowi do kurzeniów! Uderzyć
z dział na wieży! Rozbić beczki z wódką! Jutro świtaniem ruszamy! (…)

Dlatego też usłyszawszy rozkazy Chmielnickiego atamanowie wypadli natychmiast do swoich kurzeniów. Narada była skończona. (…)

Rozdział XII

Chmielnicki ze Skrzetuskim poszli na nocleg do koszowego, a z nimi i Tuhaj-bej, któremu za późno było wracać na Bazawłuk. (…) …Chmielnicki zwrócił się do Tuhaj-beja.
– Tuhaj-beju! – rzekł – ile myślisz wziąć wykupna za tego jeńca?
Tuhaj-bej popatrzył na Skrzetuskiego i rzekł:
– Tyś mówił, że to znaczny człowiek, a ja wiem, że to poseł strasznego kniazia, a straszny kniaź kocha swoich. (…) Dwa tysiące talerów.
Chmielnicki na to:
– Dam ci dwa tysiące talerów.
Tatar milczał przez chwilę. Jego skośne oczy zdawały się na wskroś przenikać Chmielnickiego. (…)
– Daj cztery, to i nie będę z Lachem gadał – odparł niecierpliwie Tuhaj-bej.
– Dam cztery, na twoje słowo. (…)
Tatar rzucił się na posłanie. Po niejakim czasie począł chrapać jak koń. (…)

Chmielnicki siedział za stołem pogrążony w milczeniu.
Nagle rozbudził się, spojrzał na Skrzetuskiego i rzekł:
– Mości namiestniku, jesteś wolny.
– Wdzięczenem ci, mości hetmanie zaporoski, luboć nie ukrywam, że wolałbym komu innemu za wolność dziękować. (…)
– Od innego nie ścierpiałbym takiej mowy, ale i ty bacz, aby twa śmiałość mej cierpliwości nie pożarła. (…)
Chmielnicki wychylił nową szklankę wódki. (…) Poprzednio wypił już wiele, teraz wódka uderzała mu do głowy; stopniowo
coraz bardziej tracił przytomność. (…)

Rozdział XIII

Nazajutrz rankiem piesze i konne wojska kozackie ruszyły z Siczy. Lubo krew nie splamiła jeszcze stepów, wojna była już rozpoczęta. (…) Chmielnicki i Tuhaj-bej, obaj pod buńczukami, skoczyli ku sobie końmi i powitali się ceremonialnie. Sprawiono szyk pochodowy ze zwykłą Tatarom i Kozakom chyżością, po czym wojska ruszyły naprzód. (…) Roztoczyły się przed wojskiem Dzikie Pola jako morze bez końca, a na ten widok radość ogarnęła kozacze serca. (…) Na czele, pod wielką chorągwią malinową
i pod buńczukiem, jechał Chmielnicki przybrany w czerwień, na białym koniu, z pozłocistą buławą w ręku. (…) A od Czehryna,
z północnego krańca pustyni, płynęła przeciw tej fali inna fala wojsk koronnych pod wodzą młodego Potockiego. (…) Chmielnicki nie śpieszył się. Liczył bowiem, że im bardziej pogrąży się młody Potocki w pustynię, im dalej odsunie się od obu hetmanów,
tym łatwiej będzie mógł być pokonany. (…) Tymczasem podjazdy Tuhaj-beja sprowadziły języka. Było to dwóch dragonów, którzy zaraz za Czehrynem zbiegli z taboru Potockiego. (…) Opowiadania ich potwierdziły to, co było już Chmielnickiemu wiadome o siłach młodego Stefana Potockiego; natomiast przynieśli mu nową wiadomość, że przywódcami semenów, płynących wraz z piechotą niemiecką na bajdakach, byli stary Barabasz i Krzeczowski. (…)

Tabor posuwał się w lewo, ku brzegowi Dniepru. (…) Było już dobrze z północy, gdy oczom Kozaków i Tatarów ukazały się czarne, olbrzymie masy odrzynające się wyraźnie na ciemnym tle nieba.
Były to mury Kudaku. (…) …nagle błyskawica na wałach rozdarła ciemności, huk straszliwy wstrząsnął skałami Dniepru i kula ognista zatoczywszy jaskrawy łuk na niebie upadła w trawy stepowe. (…) Kozacy pominęli zamek – o którego wzięciu w chwili, gdy przeciw nim samym ciągnęły wojska koronne, nie mogli myśleć – i ruszyli dalej. (…) Przede wszystkim jednak huk dział kudackich odbił się w sercu i uszach pana Skrzetuskiego. Młody rycerz, prowadzony z rozkazu Chmiela z taborem kozackim, drugiego dnia zachorował ciężko. (…) … tęsknota ogarnęła pana Skrzetuskiego, że gotów był i umrzeć zaraz, byle choć duszą ulecieć do swoich. Wojna! wojna! a oto on w obozie wrogów bezbronny, chory, z woza nie mogący się podnieść. Rzeczpospolita
w niebezpieczeństwie, on zaś nie leci jej ratować! (…)

– Słuchaj, Zachar! to my już minęli Kudak? – pyta pan Skrzetuski.
– Minęli! – odpowiada Zaporożec.
– A dokąd ciągniecie?
– Ne znaju. Bytwa, każe, bude, ałe ne znaju.
Na te słowa serce uderzyło radośnie w piersiach pana Skrzetuskiego. (…) „Dziś jeszcze może wolny będę” – pomyślał namiestnik i wzniósł oczy dziękczynnie ku niebu. (…)

Rozdział XIV

Huk dział kudackich słyszały również wojska płynące bajdakami pod wodzą starego Barabasza i Krzeczowskiego. Składały się one z sześciu tysięcy Kozaków regestrowych i jednego regimentu wybornej piechoty niemieckiej, której pułkownikował Hans Flik. (…) Krzeczowskiego gryzło jeno to, że w owej powierzonej mu funkcji musiał dzielić władzę z Barabaszem, ale był to podział tylko nominalny. (…) Krzeczowski wszystkim rządził i zawiadywał, Barabasz zaś budził się tylko do jedzenia; najadłszy się pytał ze zwyczaju o to i owo – zbywano go lada jaką odpowiedzią, w końcu wzdychał i mawiał: „Ot, rad by ja z inną wojną do mogiły się kłaść, ale wola boża!” (…)

Nareszcie pewnej nocy zasłyszano huk dział. Barabasz spał i nie obudził się; natomiast Flik, który płynął naprzód, wsiadł
w podjazdkę i udał się do Krzeczowskiego.
– Mości pułkowniku – rzekł – to kudackie armaty. Co mam czynić?
– Zatrzymaj waść bajdaki. Zostaniemy przez noc w oczeretach. (…)
Flik, człowiek rycerski i boju chciwy, chciałby ptakiem lecieć pod Kudak. (…) Działa Kudaku grzmiały ciągle. (…) Krzeczowski ukrył twarz w dłoniach i siedział nieruchomy, a tymczasem gwiazdy staczały się niżej i niżej i zachodziły z wolna na step. (…) Na koniec rozmyślania pułkownika skrzepły w niewzruszony zamiar. Jutro uderzy na Chmielnickiego i zetrze go w proch. Po jego trupie dojdzie do bogactw i dostojeństw, stanie się narzędziem kary w ręku Rzeczypospolitej, jej obrońcą, w przyszłości jej dygnitarzem i senatorem. Po zwycięstwie nad Zaporożem i Tatarami nie odmówią mu niczego. A jednak – nie dano mu starostwa lityńskiego. Na to wspomnienie Krzeczowski ścisnął pięście. (…) Pułkownik uspokajał się zwolna. Odmówili mu raz starostwa –
cóż z tego? Tym bardziej będą się starali go wynagrodzić, zwłaszcza po zwycięstwie i zgaszeniu buntu, po uwolnieniu od wojny domowej Ukrainy, ba! całej Rzeczypospolitej! Wówczas niczego mu nie odmówią, wówczas nie będzie potrzebował nawet
i Potockich… Senna głowa schyliła mu się na piersi – i usnął marząc o starostwach, o kasztelaniach, o nadaniach królewskich
i sejmowych…

Gdy się zbudził, był brzask. (…) Działa kudackie przestały huczeć. (…) Tymczasem rozedniało. Krzeczowski zbudził ludzi na swym bajdaku i posłał czółno po Flika. Flik przybył niebawem.
– Mości pułkowniku! – rzekł mu Krzeczowski – jeśli do wieczora kasztelan nie nadciągnie, a z nocą szturm się powtórzy, ruszymy fortecy w pomoc.
– Moi ludzie gotowi – odparł Flik.
– Rozdajże im prochy i kule.
– Rozdane. (…)
Flik odjechał. Ludzie na bajdakach budzili się zwolna; wnet ogłoszono rozkazy Krzeczowskiego, by się zachować cicho –
więc zabierali się do rannego posiłku bez żołnierskiego gwaru. (…) Nagle w trawach, trzcinach, szuwarach i zaroślach przybrzeżnych, naokoło całej łachy, rozległy się dziwne, a bardzo liczne głosy wołające:
– Pugu! Pugu! (…)
Wówczas od strony statków rozległ się wśród mgły głos Krzeczowskiego:
– A kto taki?
– Kozak z ługu! (…)
– Czego chcecie? (…)
– Bohdan Chmielnicki, hetman zaporoski, prosi na rozmowę swojego przyjaciela, pana Krzeczowskiego pułkownika.
– Niech jeno da zakładników.
– Dziesięciu kurzeniowych.
– Zgoda! (…)

Tymczasem przybyły czółna wiozące atamanów kurzeniowych. Krzeczowski siadł w jedno z nich i odjechał na brzeg. Tam podano mu konia i przeprowadzono natychmiast do Chmielnickiego. Chmielnicki ujrzawszy go uchylił czapki, a następnie powitał go serdecznie.
– Mości pułkowniku! – rzekł – stary przyjacielu mój i kumie! Gdy pan hetman koronny kazał ci mnie łapać i do obozu odstawić, tyś tego uczynić nie chciał, jeno mię ostrzegłeś, bym się ucieczką salwował, dla którego uczynku winienem ci wdzięczność i miłość braterską. (…)
– Czego ty ode mnie chcesz?
– Jedź ze mną trochę w step, to się rozmówim.
Ruszyli końmi i pojechali. Bawili z godzinę. Po powrocie twarz Krzeczowskiego była blada i straszna. Wnet też zaczął żegnać się
z Chmielnickim, który rzekł mu na drogę: – Dwóch nas będzie na Ukrainie, a nad nami jeno król i nikt więcej.

Krzeczowski wrócił do bajdaków. Stary Barabasz, Flik i starszyzna oczekiwali go niecierpliwie.
– Wysiadać na brzeg! Poddajem się!
Fala krwi buchnęła na bladą i pożółkła twarz Barabasza. Wstał z kotła, na którym siedział, wyprostował się i nagle ten zgięty, zgrzybiały starzec zmienił się w olbrzyma pełnego życia i siły.
– Zdrada! – ryknął.
– Zdrada! – powtórzył Flik chwytając za rękojeść rapiera. Ale nim go wydobył, pan Krzeczowski świsnął szablą i jednym zamachem rozciągnął go na pomoście. (…) …z czapką na okrwawionej szabli, z oczyma jak płomienie, krzyczał potężnym głosem:
– Dzieci! nie będziem swoich mordować! Niech żyje Bohdan Chmielnicki, hetman zaporoski!
– Niech żyje! – powtórzyły setne i tysięczne głosy.
– Na pohybel Lachom!
– Na pohybel!
Wrzaskom z bajdaków odpowiadały okrzyki Zaporożców na brzegach. (…)

Wszelako radość owa musiała być krwią oblana, bo stary Barabasz wolał zginąć niż zdradzić chorągiew, pod którą wiek życia przesłużył. Kilkudziesięciu ludzi czerkaskich opowiedziało się przy nim i wszczęła się bitwa krótka, straszna – jak wszystkie walki, w których garść ludzi pożądająca nie łaski, ale śmierci, broni się tłumom. (…) W starym pułkowniku rozbudził się dawny lew.
Na wezwanie, by broń złożył, odpowiadał strzałami – i widziano go na przodzie z buławą w ręku, z rozwianymi białymi włosami, wydającego rozkazy grzmiącym głosem i z młodzieńczą energią. (…) Krzeczowski przedarł się ku niemu.
– Poddaj się! – krzyknął.
– Zdrajco! na pohybel! – odparł Barabasz i wzniósł szablę do cięcia. Krzeczowski cofnął się szybko w tłum.
– Bij! – zawołał do Kozaków. Ale zdawało się, że nikt nie chce pierwszy podnieść ręki na starca. Na nieszczęście jednak pułkownik pośliznął się we krwi i upadł. Leżący nie wzbudzał już tego szacunku czy też przestrachu i wnet kilkanaście ostrz pogrążyło się
w jego ciało. (…)

Pozostawali jeszcze Niemcy, z którymi trudniejsza była sprawa, bo regiment składał się z tysiąca starego i wyćwiczonego w różnych wojnach żołnierza. Dzielny Flik poległ wprawdzie z ręki Krzeczowskiego, ale na czele regimentu pozostał Johan Werner, podpułkownik, weteran jeszcze z trzydziestoletniej wojny. Krzeczowski pewny był prawie zwycięstwa, gdyż bajdaki niemieckie otoczone były ze wszystkich stron kozackimi, chciał jednak zachować dla Chmielnickiego tak znaczny zastęp niezrównanej
i doskonale uzbrojonej piechoty, dlatego wolał z nimi rozpocząć układy. (…) Werner niby namyślał się, ale tymczasem wydał cicho rozkazy, by bajdaki przesunąć do siebie, tak aby utworzyły jedno zwarte koło. Na okręgu tego koła stanął mur piechurów, ludzi rosłych i silnych, przybranych w żółte kolety i takiejże barwy kapelusze, w zupełnym szyku bojowym, z lewą nogą wysuniętą naprzód do strzału i z muszkietami przy prawym boku. (…)

Herr Hauptmann! - rzekł – zgadzamy się!
– Nie stracicie na nowej służbie! – zawołał z radością Krzeczowski.
– Ale pod warunkiem… – Zgadzam się z góry.
– Jeśli tak, to i dobrze. Nasza służba u Rzeczypospolitej kończy się w czerwcu. Od czerwca pójdziemy do was.
Przekleństwo wyrwało się z ust Krzeczowskiego, powstrzymał jednak wybuch.
– Czy kpisz, mości lejtnancie? – spytał.
– Nie! – odparł z flegmą Werner. – Nasza cześć żołnierska każe nam układu dotrzymać. Służba kończy się w czerwcu. Służymy
za pieniądze, ale nie jesteśmy zdrajcami. Inaczej nikt by nas nie najmował, a i wy sami nie ufalibyście nam, bo kto by wam ręczył, że w pierwszej bitwie nie przejdziem znowu do hetmanów?
– Czego tedy chcecie?
– Byście nam dali odejść.
– Nie będzie z tego nic, szalony człowiecze! Każę was w pień wyciąć.
– A ilu swoich stracisz?
– Noga z was nie ujdzie.
– Połowa z was nie zostanie.
Obaj mówili prawdę; dlatego Krzeczowski, chociaż flegma Niemca wzburzyła w nim wszystką krew, a wściekłość poczynała go dławić, nie chciał jeszcze rozpoczynać bitwy.
– Nim słońce zejdzie z łachy – zawołał – namyślcie się, po czym każę cynglów ruszać. (…)

Bajdaki kozackie otoczyły ciaśniejszym pierścieniem Niemców, którzy zachowywali chłodną postawę, jaką tylko stary
i wyćwiczony żołnierz zdoła zachować wobec niebezpieczeństwa. Na groźby i obelgi wybuchające co chwila z kozackich bajdaków odpowiadali pogardliwym milczeniem. (…)
– Słońce zeszło! Czy już namyśliliście się?
– Już – odparł Werner i zwróciwszy się ku żołnierzom machnął obnażoną szpadą.
Feuer! – skomenderował spokojnym, flegmatycznym głosem. Huknęło! Plusk ciał wpadających do wody, okrzyki wściekłości
i gorączkowa strzelanina odpowiadały na głos niemieckich muszkietów. (…) O zachodzie słońca bitwa wrzała jeszcze,
ale zdawała się słabnąć. (…) Walka ustawała. Wystrzały umilkły, a natomiast coraz głośniejsze okrzyki kozackiego tryumfu biły
o niebo. (…) Tymczasem bitwa ustała zupełnie. Tuhaj-bej zawrócił konia ku obozowi, a za nim i inni.
– No! teraz na Żółte Wody! – zawołał Chmielnicki. (…)

Rozdział XV

(…) Wieść o zdradzie semenów pod wodzą Krzeczowskiego i wycięciu Niemców wzburzyła do głębi duszy młodego rycerza, była bowiem zapowiedzią przyszłych zdrad, a namiestnik wiedział doskonale, że niemała część wojsk hetmańskich składa się przeważnie z Kozaków. (…) Chmielnicki wzmocnił się przez zdradę Krzeczowskiego kilkoma tysiącami ludzi, a nad młodym Potockim zawisło straszliwe niebezpieczeństwo. (…) Chmielnicki nie zwłócząc ruszył obóz i ciągnął na spotkanie syna hetmańskiego. Siła jego była już rzeczywiście groźną, bo wraz z semenami Krzeczowskiego i czambułem Tuhaj-beja wiódł blisko 25 000 wyćwiczonych i boju chciwych wojowników. (…) Tak zbliżył się ku Żółtej Wodzie. Złapano znowu dwóch języków.
Ci potwierdzili szczupłość sił koronnych i donieśli, iż kasztelan przeprawił się już przez Żółtą Wodę. Zasłyszawszy to Chmielnicki stanął jak wryty na miejscu i okopał się wałami. (…) Chmielnicki liczył na młodość i niedoświadczenie Potockiego.
Ale przy młodym kasztelanie był doświadczony żołnierz, starościc żywiecki pan Stefan Czarniecki, pułkownik usarski. Ten spostrzegł niebezpieczeństwo i skłonił kasztelana, by cofnął się na powrót za Żółtą Wodę. Chmielnickiemu nie pozostało nic innego, jak ruszyć za nimi. Drugiego dnia przeprawiwszy się przez topieliska żółtowodzkie oba wojska stanęły sobie oko w oko. (…)

Była to sobota, dzień 5 maja. (…) Chmielnicki kazał uderzyć z działa. Za nim wnet ozwało się drugie, trzecie, dziesiąte i… z obozu do obozu zaczęła się zwykła z armat „korespondencja”… (…) Rzeczywiście, wały obozu kozackiego rozciągały się blisko
na ćwierć mili, gdy tymczasem polski wyglądał w porównaniu z nim jakby szańczyk tylko. Nierówność sił była tak wielka,
że zwycięstwo Kozaków nie mogło być wątpliwym. Ból ścisnął serce namiestnika. (…) Tatarów wysypywało się coraz więcej. Wkrótce błonie zaczerniło się od zbitych ich mas; wówczas też i z obozu polskiego poczęły wysuwać się coraz nowe chorągwie
i ustawiać się w szyku bojowym przed okopem. (…) …ukazała się i husaria, a nad nią chmura skrzydeł i sterczący w górę las włóczni zdobnych w złotawe kitajki i w długie zielono-czarne proporce. Wyjechali szóstkami z okopu i ustawili się pod wałem,
a na widok ich spokoju, powagi i sprawności aż łzy radosne ukazały się w oczach pana Skrzetuskiego i zaćmiły mu wzrok
na chwilę. (…) Wtem ozwał się wielki bęben siczowy, a na jego głos wnet olbrzymi półksiężyc kozacko-tatarski ruszył z kopyta naprzód. (…)

– Usaria uderza! – krzyknął pan Skrzetuski. Jakoż pochylili się w siodłach i ruszyli naprzód, a zaraz za nimi dragońskie chorągwie
i cała linia bojowa. Uderzenie husarzy było straszne. W pierwszym impecie trafili na trzy kurzenie, dwa steblowskie i mirhorodzki – i starli je w mgnieniu oka. (…)
– Czorty, ne Lachy! – krzyknął stary Zachar. (…)
Zwycięstwo przechyliło się stanowczo na stronę młodego Potockiego. Bitwa jednak nie trwała już długo. Ulewa, która
od niejakiego czasu wzrastała coraz bardziej, wkrótce zwiększyła się do tego stopnia, że przez fale dżdżowe świata nie było widać. (…) Chmielnicki, przemoczony do nitki, wściekły wpadł do swego taboru. Nie przemówił do nikogo ani słowa. (…) Ogarniała go rozpacz. Teraz dopiero pojął, jakiego to jął się dzieła. Oto był pobity, odparty, niemal złamany w bitwie z tak małymi siłami,
że słusznie mógł je za podjazd uważać. (…) W tej chwili wszedł Krzeczowski. Pułkownik był ponury jak noc. Przyszłe pożądane starostwa, kasztelanie, zamki i skarby zasunęły się jakby mgłą po dzisiejszej bitwie. Jutro mogą zniknąć całkowicie, a może
z owej mgły wynurzy się zamiast nich stryczek lub szubienica. (…)

Szum ulewy ustawał z wolna. Zmierzchało. Pan Skrzetuski, wyczerpany z radości, osłabły, blady, leżał nieruchomie na teledze. Zachar, który go pokochał, kazał swoim Kozakom rozpiąć i nad nim wojłokowy daszek. (…) Duma podnosiła piersi pana Skrzetuskiego, jak gdyby cała ta potęga była w nim teraz. (…) Nazajutrz była niedziela. Cały dzień zeszedł spokojnie
i bez wystrzału. Obozy leżały naprzeciw siebie jakby obozy dwóch wojsk sprzymierzonych. (…) W poniedziałek bitwa zawrzała
od świtu. (…) Step rozmoknął nie tylko na powierzchni, jak pierwszego dnia bitwy, ale do głębi. Ciężka jazda nie mogła się prawie poruszać, co od razu dało przewagę lotnym chorągwiom zaporoskim i tatarskim. Uśmiech z wolna ginął z ust Skrzetuskiego. (…) Przed południem wszystkie niemal siły zaporoskie były w ogniu i w bitwie. (…) Chorągwie polskie poczęły się zmykać z pola
do okopów. Nie mogły już wytrzymać, a w odwrocie ich znać było gorączkowy pośpiech. (…) Pan Skrzetuski ze drżeniem patrzył na głębokie szeregi niezrównanej piechoty zaporoskiej biegnącej ku wałom i otaczającej je coraz ciaśniejszym pierścieniem. (…)
– Boże wszechmocny!
Okrzyk ten wyrwał się z ust pana Skrzetuskiego, gdy otworzywszy oczy ujrzał na wałach zamiast wielkiej złotej chorągwi koronnej malinową z Archaniołem. Obóz był zdobyty. (…)

Wieczorem widział namiestnik jeńców i był przy śmierci młodego Potockiego, który mając gardło przebite strzałą żył tylko kilka godzin po bitwie i umarł na ręku pana Stefana Czarnieckiego: „Powiedzcie ojcu… – szeptał w ostatniej chwili młody kasztelan – powiedzcie ojcu – żem… jako rycerz…”, i nie mógł nic więcej dodać. (…) „Rzeczpospolita niejedną klęskę poniosła – mówił pan Czarniecki – ale ma ona w sobie siłę niespożytą. Nie złamała jej dotąd żadna potęga, nie złamią i bunty chłopów, których sam Bóg pokarze, gdyż występując przeciw zwierzchności, Jego to woli się oponują. (…) Odchodził tedy namiestnik bardzo na duszy pokrzepiony i weselszy, a odchodząc spytał jeszcze pana Czarnieckiego, czyby nie chciał zaraz układów z Chmielnickim o wolność rozpocząć.
– Tuhaj-bejowym jestem jeńcem – rzekł pan Stefan – jemu też okup zapłacę, a z tym watażką nie chcę mieć do czynienia i katu go oddaję. (…)

Rzeczywiście, zwycięstwo, jakkolwiek świetne, nie rozstrzygało bynajmniej sprawy na korzyść Chmielnickiego. (…) Postanowił więc śpieszyć się, by razem z wieścią o klęsce żółtowodzkiej stanąć na Ukrainie i uderzyć na hetmanów, nimby pomoc książęca nadejść mogła. (…) Pochód to był tak szybki, jak gdyby hetman uciekał. (…) Na koniec stanął u proga. Czehryn otworzył mu wrota na rozcież. Załoga kozacka przeszła natychmiast pod jego chorągiew. Zburzono dom Czaplińskiego, wyrżnięto garść szlachty szukającej schronienia w mieście. (…) Chmielnicki odetchnął. Ruszył bez zwłoki naprzód i szedł już wśród buntu, rzezi
i ognia. Świadczyły o tym zgliszcza i trupy. Szedł jak lawina niszcząc wszystko po drodze. Kraj przed nim powstawał, za nim pustoszał. (…) W Czerkasach zatrzymał się z głównymi siłami, wysławszy naprzód Tatarów pod Tuhaj-bejem i dzikiego Krzywonosa, którzy dognali hetmanów pod Korsuniem i uderzyli na nich bez wahania. Ale śmiałość drogo musieli spłacić. Odparci, zdziesiątkowani, zbici na miazgę, cofnęli się w popłochu. (…) Chmiel zajął Korsuń bez oporu i pozostawiwszy w nim wozy, zapasy żywności, słowem cały tabor, komunikiem pognał się za nimi. (…) Pod Krutą Bałką przednie jego straże natknęły się na polski tabor. Panu Skrzetuskiemu nie było danym widzieć bitwy, gdyż wraz z taborem pozostał w Korsuniu. (…) Z dala dochodził straszliwy huk dział – widocznie bitwa pod Krutą Bałką stawała się coraz zaciętsza. (…)

W tej chwili rozległ się tętent i na rynek wpadło na spienionych koniach kilkudziesięciu jeźdźców. Twarze ich sczerniałe
od prochu, odzież w nieładzie i poobwiązywane szmatami głowy niektórych świadczyły, iż pędzą wprost z bitwy.
– Ludy! kto w Boha wiryt, spasajtes! Lachy bijut naszych! – krzyknęli wniebogłosy. Podniósł się wrzask i zamieszanie. Tłum rozkołysał się jak fala targnięta wichrem. (…) Nagle jakiś głos przeraźliwy tuż pod domem począł krzyczeć: – Ratujcie się! Chmiel zabit! Krzeczowski zabit! Tuhaj-bej zabit!
Na rynku nastał prawdziwy koniec świata. (…) Namiestnik padł na kolana i ręce wzniósł do góry.
– Boże wszechmocny! Boże wielki i sprawiedliwy – chwała Tobie na wysokościach! (…)
…czuł się dumnym, że jest synem tej Rzeczypospolitej zwycięskiej, przepotężnej, o której bramy wszelka złość, wszelki zamach, wszelkie ciosy tak rozbijają się i kruszą, jako mocy piekielne o bramy nieba. (…)

Tymczasem huk dział zmienił się w grzmot nieustający. Kopyta końskie zaszczękały znów po pustych ulicach. Na rynek wleciał jak piorun, na nie osiodłanym koniu Kozak bez czapki, w jednej koszuli, z twarzą rozciętą mieczem i buchającą krwią. (…)
– Chmiel bije Lachiw! Pobyty jasno welmożny pany, hetmany i pułkowniki, łycari i kawalery!
To rzekłszy zachwiał się i na ziemię runął. (…) Płomień i bladość przeleciały przez oblicze pana Skrzetuskiego. (…) Poznaje doskonale na jeńcach barwę hetmańskiej husarii – więc w ręce plaszcze i jakimś dziwnym, nieswoim głosem powtarza uporczywie:
– Nie może być! nie może być! (…)
Nowy przedmiot zwraca jego uwagę. Wchodzą semenowie Krzeczowskiego niosąc całe pęki chorągwi. Przyjeżdżają na środek rynku i rzucają je na ziemię. Niestety – polskie. (…) Nagle cofnął się w tył, rękami począł bić powietrze jak człowiek trafiony strzałą w piersi, z ust zaś wyrwał mu się krzyk straszny, nadludzki: – Jezus Maria! to hetmani! (…) W kilka chwil później trzech jeźdźców na czele niezliczonych pułków wjeżdżało na rynek korsuński. Środkowy, ubrany w czerwień, siedział na białym koniu
i wspierając się pod bok pozłocistą buławą spoglądał dumnie jak król. Był to Chmielnicki. Po obu jego stronach jechali Tuhaj-bej
i Krzeczowski. Rzeczpospolita leżała w prochu i krwi u nóg Kozaka. (…)

Rozdział XVI

Upłynęło kilka dni. Ludziom zdawało się, że sklepienie niebieskie runęło nagle na Rzeczpospolitą. (…) Tysiące ginęły bez echa, bez wspomnienia. A z tych wszystkich klęsk, mordów, jęków, dymów i pożarów podnosił się tylko jeden człowiek coraz wyżej
i wyżej, olbrzymiał coraz straszliwiej, zaciemniał już niemal światło dzienne, rzucał cień od morza do morza. Był to Bohdan Chmielnicki. (…) Kraj od Prypeci do krańców pustyń był w ogniu. Powstanie szerzyło się w województwach: ruskim, podolskim, wołyńskim, bracławskim, kijowskim i czernihowskim. Potęga hetmana rosła co dzień. Nigdy Rzeczpospolita nie wystawiła
przeciw najstraszniejszemu wrogowi połowy tych sił, którymi on teraz rozporządzał. Równych nie miał w gotowości i cesarz niemiecki. (…) Wszelako w miarę sił wzrastał w nim i ów niezmierny, bezwiedny egoizm, któremu równego historia
nie przedstawia. (…) A w miarę jak rosło jego powodzenie, pijany bywał coraz częściej, bo coraz większy ogarniał go niepokój. Zdawać by się mogło, że tryumfy zaprowadziły go na takie wyżyny, na które sam wstąpić nie chciał. Jego potęga przerażała innych, ale i jego samego. (…) Chmielnicki pytał wróżbitów i gwiazd się radził, i sam wytężał oczy w przyszłość – ale widział
przed sobą tylko ciemność. (…) W każdym zwycięstwie leżała przyszła klęska, w każdym upojeniu – na dnie gorycz.

Teraz na burzę kozacką miała przyjść burza Rzeczypospolitej. Chmielnickiemu wydawało się, że już słyszy jej głuchy, daleki huk. Oto z Wielkopolski, Prus, rojnego Mazowsza, Małopolski i Litwy nadejdą tłumy wojowników – trzeba im tylko wodza. (…) Wodzem mógł być teraz jeden tylko człowiek. Zwał się on: książę Jeremi Wiśniowiecki. (…) A tymczasem do Korsunia, w którym hetman zaporoski zatrzymał się po bitwie dla odpoczynku, dolatywały z Zadnieprza wieści, że straszny książę ruszył już z Łubniów,
że po drodze depce bunt niemiłosiernie… (…) Czerń, która stanowiła ogromną większość, złożyła świadectwo, że zmyka na samo imię Jaremy. Trzeba było czasu, żeby ją zmienić w wojsko mogące stawić czoło książęcym regimentom. (…) Chmielnicki
więc postanowił pozostawić Wiśniowieckiego na Zadnieprzu, a samemu umocnić się na Ukrainie, zorganizować swe siły
i następnie ruszywszy do Rzeczypospolitej zmusić ją do układów. (…) W tym celu przypomniał sobie Skrzetuskiego. W kilka dni tedy po Krutej Bałce, a w sam dzień popłochu między czernią kazał przyzwać przed siebie pana Skrzetuskiego. (…)
– Mości poruczniku Skrzetuski, za usługę, którą mi wyświadczyłeś, wykupiłem cię od Tuhaj-beja i obiecałem wolność. Teraz godzina nadeszła. Dam ci piernacz, byś mógł swobodnie przejechać, jeśliby cię wojska jakie spotkały, i strażę do obrony
od czerni. Możesz wracać do swego księcia.
Skrzetuski milczał. Żaden uśmiech radości nie pojawił się na jego twarzy.
– Możeszże ruszyć w drogę? bo widzę, że ci coś choroba z oczu przegląda?

Rzeczywiście pan Skrzetuski wyglądał jak cień. (…) Wleczony za obozem kozackim, był przecie świadkiem wszystkiego,
co się od wyruszenia z Siczy zdarzyło. Widział hańbę i klęskę Rzeczypospolitej, hetmanów w niewoli; widział tryumfy kozackie… (…) …widział wszystko – przecierpiał wszystko i cierpiał tym bardziej, że mu w głowie i piersiach utkwiła nożem myśl,
że to on sam pośredni sprawca, bo przecie on, nie kto inny, oderżnął Chmielnickiego od powroza. Ale czy mógł się spodziewać rycerz chrześcijański, że ratunek podany bliźniemu takie wyda owoce? Więc ból jego nie miał dna. (…) Skrzetuski wyszedł
z Krzeczowskim. (…)
– …wóz dla ciebie gotowy i Tatary już w ordynku. Gdzie tedy życzysz jechać?
– Do Czehryna. (…)
Skrzetuski siadł na wóz, który ordyńcy otoczyli zaraz dookoła – i ruszono w drogę. (…) W Mlejowie spotkali podjazdy tatarskie pędzące nowe tłumy jeńców. Horodyszcze było spalone do cna. (…) Z Horodyszcza jechał pan Skrzetuski na Śmiłę, Żabotyn
i Nowosielce do Czehryna, zatrzymując się tylko tyle po drodze, ile trzeba było na wypoczynek dla koni. Wjechali do miasta
na drugi dzień z południa. (…)

Skrzetuski więc nie bawiąc dłużej w Czehrynie kazał się przeprawić i ruszył bez zwłoki do Rozłogów. (…) Kraj był pusty, siedziby ludzkie wyludnione tak, że długo nie mogli spotkać żywej duszy. (…) Dopiero za Pohrebami jeden z Tatarów dostrzegł jakąś postać ludzką usiłującą skryć się miedzy szuwarami obrastającymi brzegi Kahamliku. Tatarzy skoczyli ku rzece i w kilka minut później przywiedli przed pana Skrzetuskiego dwóch ludzi całkiem nagich. Jeden z nich był to starzec, drugi wysmukły, może pietnasto- lub szesnastoletni wyrostek. Obaj kłapali zębami ze strachu i długi czas nie mogli ni słowa przemówić.
– Skąd wy? – spytał pan Skrzetuski. (…)
– My, panie, po wszystkich wsiach chodzili, aż nas tu jakiś czort obdarł. Buty mieli dobre – wziął, czapki mieli dobre – wziął, sukmany z litości ludzkiej dobre – wziął, i liry nie zostawił. (…)
– A w Rozłogach byłeś? tam gdzie kniaziowie Kurcewicze mieszkają? (…)
– Buw, pane! – zawołał dziad widząc, że nie ma żartów.
– Coś tam widział?
– My tam byli pięć dni temu, a potem w Browarkach słyszeli, że tam łycari prijszły. (…)
– W konie! – krzyknął na Tatarów pan Skrzetuski. Poczet pomknął. (…)
Wpadli w las, mignął jak błyskawica, wpadli w jar, za jarem tuż Rozłogi. (…) Nagle krzyk nieludzki, straszny wyrwał się z piersi pana Skrzetuskiego. Dwór, lamusy, stajnie, stodoły, częstokół i sad wiśniowy – wszystko znikło. (…) Ale nie upłynęła i godzina, gdy zerwali się na równe nogi. Z dala dochodził gwar podobny do odgłosów, jakie wydaje wielka liczba jazdy idącej śpiesznym marszem. (…)

Rozpoczęła się krótka rozmowa. Tatarzy wskazali na postać siedzącą na wzgórzu, którą zresztą widać było doskonale, bo padało na nią światło miesiąca, i oświadczyli, że prowadzą posła, a od kogo, to on najlepiej powie. Wówczas dowódca oddziału
wraz z kilku towarzyszami udał się na wzgórze, ale zaledwie zbliżył się i spojrzał w twarz siedzącemu, gdy ręce rozkrzyżował
i wykrzyknął:
– Skrzetuski! Na Boga żywego, to Skrzetuski!
Namiestnik ani drgnął. (…)
– Od boleści się zapamiętał – szeptał jeden.
-Desperacja mentem mu pomieszała – dodał inny.
– Zaprowadźcie go do księdza. Może jak jego zobaczy, to się ocknie!
Pan Longinus ręce łamał. (…)

Rozdział XVII

Aby wyjaśnić, co zaszło w Rozłogach, należy nam się cofnąć nieco w przeszłość, aż do owej nocy, w której pan Skrzetuski wyprawił Rzędziana z listem z Kudaku do starej kniahini. List zawierał usilną prośbę, by kniahini zabrawszy Helenę jechała
jak najśpieszniej do Łubniów pod opiekę księcia Jeremiego, gdyż wojna rozpocznie się lada chwila. Rzędzian siadłszy na czajkę, którą pan Grodzicki z Kudaku po prochy wyprawił, ruszył w drogę i odbywał ją wolno, bo płynęli w górę rzeki. (…) Do Czehryna przybyli świtaniem. Tu zaraz otoczyły ich straże semenów pytając, co by byli za jedni. Odpowiedzieli, że z Kudaku od pana Grodzickiego z listem do hetmanów jadą. Mimo to wezwano starszego z czajki i Rzędziana, by poszli opowiedzieć się pułkownikowi. (…) Ale powiedziano im, że pułkownik jeszcze świtaniem do Czerkas wyjechał i że zastąpi go podpułkownik. (…)
Na jego widok zadrżały pod Rzędzianem kolana. Był to Bohun. (…) Bohun siadł za stołem i począł badać przybyłych. Starszy, który wiózł list pana Grodzickiego, odpowiedział za siebie i za Rzędziana. (…) Wybadawszy ich tedy Bohun już miał odprawiać
i do kalety sięgał, aby zaś napiwek od niego mieli, gdy wtem drzwi się otwarły i pan Zagłoba wleciał jak piorun do izby. (…)
…ujrzawszy Rzędziana, postawił gąsiorek na stole i rzekł:
– O, jak mnie Bóg miły! toż to pachołek pana Skrzetuskiego!
– Czyj? – spytał śpiesznie Bohun.
– Pana Skrzetuskiego, namiestnika, któren do Kudaku pojechał… (…)

Przez cały ten czas Bohun patrzył bystro na Rzędziana; nagle rzekł:
– Znam i ja twego pana, widziałem go w Rozłogach. (…) Bohun zmarszczył swe sobole brwi i w ręce klasnął. Natychmiast dwóch semenów wpadło do izby.
– Obszukać go! – zawołał, wskazując na Rzędziana. (…) …jeden z semenów znalazł w Rzędzianowym zanadrzu dwa listy i oddał je podpułkownikowi. Bohun kazał zaraz pójść precz semenom… Po czym, zwróciwszy się do Zagłoby rzekł:
– Czytaj, a ja na pachołka uważać będę. (…)
Zagłoba otworzył i czytał… (…) Bohun siedział nieporuszenie przy stole, ale twarz jego była jakby konwulsjami ściągnięta, blada, oczy zamknięte, brwi sfałdowane. Działo się z nim coś strasznego. (…)
– Czytaj, czytaj drugie pismo.
– Drugie jest do kniaziówny Heleny.
– Czytaj, czytaj!
Zagłoba zaczął:
– „Najsłodsza, umiłowana Halszko, serca mego pani i królowo!” (…)
– Dosyć! – krzyknął nagle Bohun i porwawszy się w szale od stołu skoczył ku Rzędzianowi. Obuch zawarczał w jego ręku
i nieszczęsny pacholik, uderzony wprost w piersi, jęknął tylko i zwalił się na podłogę. (…) Bohun uchwycił się tymczasem za głowę i skowyczał jak ranny wilk. (…) Nagle zerwał się, dobiegł do drzwi, wywalił je nogą i wypadł do sieni. (…)

Rzędzian jęknął słabo. (…) …pan Zagłoba podniósł Rzędziana z ziemi z łatwością, znamionującą niezwykłą siłę, i wyszedł
do sieni, a następnie na podwórzec, na którym kilkunastu semenów grało w kości na rozesłanym na ziemi kilimku. Ujrzawszy go powstali, on zaś rzekł:
– Chłopcy, a wziąć no mi tego pachołka i położyć na sianie. Niech też który skoczy po cyrulika. (…) …przez sklepioną ciemną bramę domostwa widać było Bohuna nadjeżdżającego z rynku, za nim zaś ukazały się z dala spisy stu kilkudziesięciu mołojców widocznie gotowych do pochodu.
– Na koń! – wołał przez sień Bohun na pozostałych na podwórcu semenów. (…)
– Kiedyś taki desperat – rzekł – to pojadę i ja z tobą. Możeć się przydam albo pohamuję, gdy będzie trzeba. Już my tak dopasowali ze sobą jako hetka z pętelką, alem się tego wszystkiego nie spodziewał. (…) Bohun jechał milczący, zamknięty
w sobie, tajemniczy a posępny jak noc. (…) Po przeprawie przez Dniepr wjechali na gościniec łubniański. (…) Nie ulegało wątpliwości, że Bohun zamierzał na Kurcewiczów napaść, krzywdę swą pomścić i dziewczynę przemocą zabrać. (…) Bohun
z Zagłobą jechali obok siebie w milczeniu, obaj zamyśleni głęboko. (…) Po godzinie ściemniło się rzeczywiście. Ale już też wjechali w jar lesisty, wreszcie na końcu jaru błysnęło światełko.
– To Rozłogi! – rzekł nagle Bohun. (…)

Obaj przez długi czas stali nieruchomie na skraju jaru. Na koniec z dala dało się słyszeć parskanie koni. To Kozacy Bohunowi nadjeżdżali z wolna z głębi lasu. (…) Po chwili ciemne masy budowli dworskich, lamusy i żurawie studzienne zarysowały się
przed ich oczyma. (…) Dwaj jeźdźcy zbliżyli się do bramy.
– Kto tam? – ozwał się głos nocnego stróża.
– Nie poznajesz mnie, Maksym?
– To wasza miłość. Sława Bohu! (…)
Zawiasy bramy zaskrzypiały przeraźliwie, most spadł na fosę i dwaj jeźdźcy wjechali na majdan.
– A słuchaj, Maksym: nie zamykaj bramy i nie podnoś mostku, bo zaraz wyjeżdżam. (…)

Rozdział XVIII

Kurcewiczowie nie spali jeszcze. Jedli wieczerzę w owej sieni napełnionej zbroją, która szła przez całą szerokość domu
od majdanu aż do sadu z drugiej strony. Na widok Bohuna i pana Zagłoby zerwali się na równe nogi. Na twarzy kniahini odbiło się nie tylko zdziwienie, ale nieukontentowanie i przestrach zarazem. (…)
– Bohun! – rzekła kniahini. – A ty tu co robisz?
– Przyjechał się wam pokłonić, maty. (…)
– Siadajcie tedy, jedzcie i pijcie – mówiła stara kniahini. – Dziękujemy, żeście przyjechali. No, no, Bohun, alem się ciebie
nie spodziewała… chyba że sprawę masz do nas? (…)
– Wy szczerzy ludzie, i ja wam dziękuję. Ale przed wojną chciałbym jeszcze raz z waszych ust usłyszeć, że wy mnie donię dajecie
i że słowo wasze zdzierżycie. Słowo szlacheckie nie dym – a wy przecie szlachta, wy kniazie.
Watażka mówił głosem powolnym i uroczystym, ale w mowie jego drgała zarazem jakby groźba zapowiadająca, że trzeba się zgodzić na wszystko, czego żądał. (…)
– Co ty, Kozacze, upił się?! – zawołała kniahini. Bohun zamiast odpowiedzi wydobył list Skrzetuskiego i zwróciwszy się do Zagłoby, rzekł:
– Czytaj.
Zagłoba wziął list i począł go czytać wśród głuchego milczenia. Gdy skończył, Bohun skrzyżował ręce na piersiach.

– Komu tedy dziewkę dajecie? – spytał.
– Bohun!
Głos watażki stał się podobny do syku węża.
– Zdrajcy, oczajdusze, psiawiary, judasze!…
– Hej, synkowie, do szabel! – krzyknęła kniahini. (…)
Rozpoczęła się straszna pojedyncza walka, na którą kniahini, trzymana za włosy przez cztery żelazne dłonie, patrzyła pałającymi oczyma i z otwartymi usty. (…) W ciszy słychać było tylko oddech i sapanie walczących, zgrzyt zębów i świst lub ostry dźwięk uderzających o siebie mieczów. (…) Nagle Bohun uskoczył w bok, kniaziowe ostrze trafiło w próżnię. Mikołaj zachwiał się od zamachu i pochylił naprzód, a w tej samej chwili Kozak ciął go w kark tak straszliwie, że kniaź zwalił się jakby gromem rażony. Krzyki radosne Kozaków pomieszały się z nieludzkim wrzaskiem kniahini. (…) Bohun pozwalał na wszystko. Stał on we drzwiach prowadzących do komnat Heleny, zagradzając drogę, i oddychał ciężko ze zmęczenia. (…) Nagle drzwi, pod którymi stał Bohun, otworzyły się na rozcież. Watażka odwrócił się i cofnął nagle. We drzwiach ukazał się ślepy Wasyl, a obok niego Helena ubrana
w białe giezło, blada sama jak giezło, z oczyma rozszerzonymi z przerażenia, z otwartymi usty. Wasyl niósł krzyż, który trzymał na wysokości twarzy w obu dłoniach. (…)

Nagle dał się słyszeć dziki, przeraźliwy krzyk kniahini:
– Wasyl, Wasyl!… (…)
Kniaź drgnął, ale wnet zastawił się krzyżem od strony, z której dochodził głos, i odrzekł:
– Duszo potępiona, wołająca z głębokości, gorze ci! (…)
– Do mnie, semenowie! – zawołał w tej chwili Bohun i zachwiał się na nogach. Kozacy skoczyli i podparli go pod ramiona.
– Bat'ku! tyś ranny? (…)
– Przenieść atamana do komnat! – zawołał pan Zagłoba, który wylazłszy z jakiegoś kąta, niespodzianie pojawił się przy Bohunie. (…) Dwóch semenów poniosło Bohuna do przyległej izby, reszta wyszła z sieni. Zagłoba zbliżył się do Heleny i mrugając mocno okiem, rzekł szybko a cicho:
– Jam przyjaciel pana Skrzetuskiego, nie bój się. Odprowadź jeno spać swojego proroka i czekaj na mnie.
To rzekłszy wyszedł do izby, w której dwóch esaułów złożyło na sofie tureckiej Bohuna. (…)
– A powiedzcie też semenom – rzekł do esaułów – że jutro ataman zdrów będzie jak ryba, żeby się zaś o niego nie troszczyli. (…) Jeśli jest w domu piwniczka, to sobie możecie pozwolić. Ot, już i ranki przewiązane. Idźcie teraz, by ataman miał spokój. (…)
Na majdanie Kozacy zaczęli już hulankę. (…)

Pan Zagłoba wyszedłszy na ganek rzucił okiem na pijących, po czym uważnie wpatrzył się w niebo. (…) Skinął Kozakom ręką,
że mogą dalej pić, i odwróciwszy się przeszedł wolnym krokiem cały dziedziniec, obejrzał uważnie wszystkie kąty, przeszedł most na fosie i skręcił wedle częstokołu, aby zobaczyć, czy straże dobrze pilnują całego domostwa. Pierwszy strażnik spał, drugi, trzeci i czwarty również. Byli pomęczeni drogą, a przy tym przyszli już pijani na miejsce i pospali się od razu. (…) …wszedł znowu
do złowrogiej sieni, zajrzał do Bohuna, a widząc, że watażka nie daje znaku życia, cofnął się ku drzwiom Heleny i otworzywszy je
z cicha, wszedł do komnaty, z której dochodził szmer jakoby modlitwy. (…)
– Mościa panno – rzekł – jam przyjaciel pana Skrzetuskiego.
– Ratuj! – odpowiedziała Helena. (…)
– Wdziej na się ubiór męski i jak zapukam we drzwi, wyjdź. (…)
Z tymi słowy pan Zagłoba opuścił izbę i udał się wprost do Bohuna. Watażka blady był i osłabiony, ale oczy miał otwarte.
– Lepiej ci? – spytał Zagłoba. Bohun chciał przemówić i nie mógł. (…)

– To i lepiej, bo nie będziesz ani mówił, ani krzyczał, ani się ruszał, a ja tymczasem z kniaziówną do Łubniów pojadę. Jeśli ci jej
nie zdmuchnę, to się pozwolę starej babie w żarnach na osypkę zemleć. Jak to, łajdaku? myślisz, że nie mam dosyć twojej kompanii, że się będę dłużej z chamem pospolitował? O niecnoto, myślałeś, że dla twego wina, dla twoich kości i twoich chłopskich amorów zabójstwa będę czynił i do rebelii z tobą pójdę? Nie, nic z tego, gładyszu!
W miarę jak pan Zagłoba perorował, czarne oczy watażki rozwierały się szerzej i szerzej. (…) Zrozumiał, że Zagłoba prawdę mówi, z oczu strzeliły mu gromy rozpaczy i wściekłości, na twarz uderzył płomień. (…) …pan Zagłoba z szybkością błyskawicy zarzucił mu na głowę jego własny żupan i w jednej chwili okręcił ją całkowicie – po czym obalił go na wznak. (…) …wyszedł
do sieni, przygasił ogień w grubach i zapukał do Wasylowej komnaty. Smukła postać wysunęła się z niej natychmiast.
– Czy to waćpanna? – spytał Zagłoba.
– To ja.
– Chodźże, byleśmy się do koni dobrali. Ale oni tam pijani wszyscy, noc ciemna. Nim się rozbudzą, będziemy daleko. (…)

Rozdział XIX

Dwaj jeźdźcy jechali cicho i wolno przez lesisty jar przytykający do dworu w Rozłogach. Noc zrobiła się bardzo ciemna, bo księżyc zaszedł od dawna, a do tego chmury okryły horyzont. (…) A właśnie już też i świt począł spychać noc ze stepu. (…) Białawe blaski rozświeciły i twarze jeźdźców. Byli to pan Zagłoba i Helena. (…)
– Dokąd jedziemy? (…)
– Gdzie oczy niosą.
– To nie do Łubniów? (…)
– Widzisz waćpanna, mam ja swój rozum i wierzaj, żem wszystko dobrze wykalkulował. A kalkulacja moja jest na następnej dobrej maksymie oparta: nie uciekaj w tę stronę, w którą cię gonić będą. Owóż, jeśli gonią nas już w tej chwili, to nas gonią
w stronę Łubniów, bom też głośno się wczoraj o drogę wypytywał i Bohunowi na odjezdnym zapowiedziałem, że tam uciekać będziemy. Ergo: uciekamy ku Czerkasom. (…) Dobrze by było do księcia się schronić, ale nużby dogonili? (…) Nagle naprzeciw nich ukazał się jakiś punkt ciemny, który zbliżał się z nadzwyczajną szybkością.
– Co to może być? – rzekł pan Zagłoba. – Zwolnijmy. To człek na koniu. (…)

– Pan Zagłoba!
– Pleśniewski, sługa starościński z Czehryna? A ty tu co robisz? gdzie lecisz? (…)
– Czehryn już zajęty przez Zaporożców. Chłopy szlachtę rżną, sąd boży. (…)
– A Barabasz i Krzeczowski?
– Barabasz zginął, Krzeczowski połączył się z Chmielnickim. Krzywonos jeszcze wczoraj w nocy ruszył na hetmanów, Chmielnicki dziś do dnia. Siła straszna. Kraj w ogniu, chłopstwo wszędy powstaje, krew się leje! Uciekaj waćpan! (…)
– No! – rzekł Zagłoba – masz diable kubrak! Wykręcałem się sianem z różnych okazji, ale w takich jeszcze nie byłem. Z przodu Chmielnicki, z tyłu Bohun, co gdy tak jest, nie dałbym jednej złamanej orty ani za swój przód, ani za tył, ani za całą skórę. (…)
– Mości panie! – rzekła Helena. – (…) Nie po to nas Bóg z rąk Bohunowych ocalił, abyśmy zginąć mieli. Ufaj waćpan. (…)
– Należy się pokrzepić – rzekł – bo droga daleka. (…) Spać mi się tak chce, że i do rozmowy straciłem ochotę, a choć milczeć
nie mam zwyczaju, bo filozofowie mówią, że kot powinien być łowny a chłop mowny, jednakże widzę, że język mi jakoś zleniwiał. Przepraszam tedy waćpannę, jeśli się zdrzemnę.
– Nie ma za co – odpowiedziała Helena. (…)

Jakoż gdy siedli znowu na koń, począł zaraz drzemać i żydy wozić na kulbace, a na koniec usnął na dobre. (…) Helena zaś oddała się myślom, które w jej głowie wichrzyły się jak stado ptactwa. (…) Wczoraj jeszcze kładła się do snu pod spokojnym dachem rodzinnym, dzisiaj jest w stepie, na koniu, w męskich szatach, bez domu i bez przytułku. (…) Tu dziewczyna podniosła oczy
do nieba: – Ratujże Ty mnie, Boże wielki a miłosierny, ratuj sierotę, ratuj nieszczęsną, ratuj zabłąkaną! Bądź wola Twoja,
ale stań się miłosierdzie Twoje! (…) Jakoż uspokojenie przychodziło do niej od stepu coraz większe. Zacierały się obrazy mordu
i pogoni w umyśle, a natomiast ogarniała ją jakaś niemoc, ale słodka, sen począł kleić i jej powieki, konie szły wolno – ruch ją kołysał. Usnęła. (…)

Rozdział XX

Obudziło ją szczekanie psów. Otworzywszy oczy ujrzała w dali przed sobą dąb wielki, cienisty, zagrodę i żuraw studzienny. Wnet zbudziła towarzysza.
– Mości panie, zbudź się waszmość!
Zagłoba otworzył oczy. (…)
– Czekajże wasanna. To jest zimownik kozacki. – Tak i mnie się widzi. (…)
– Raz, dwa, trzy, cztery konie osiodłane – czterech ludzi pod zagrodą. No, niewielka potęga. Tak jest, to czabanowie. Coś żywo rozprawiają. Hej tam, ludzie! a bywaj no tu! (…)
Jakoż wszyscy czterej zbliżywszy się poglądali spode łba na przybyłych. W brązowych twarzach ich nie było najmniejszego śladu życzliwości.
– Czego chcecie? – pytali nie zdejmując czapek.
– Sława Bohu – rzekł pan Zagłoba. (…) Jeden z nich, czarny jak żuk i kosooki, począł wpatrywać się w pana Zagłobę, wreszcie rzekł:
– A czego wy z gościńca zjechali?
– Bo upał. (…) A wiesz ty, chłopie, kto do Czehryna za nami jedzie?
– Kto takij?
– Kniaź Jarema!
Zuchwałe twarze czabanów spokorniały w jednej chwili. Wszyscy jakby na komendę poodkrywali głowy. (…)

– Słuchać! – rzekł Zagłoba zwracając się do chłopów. – Jeśli tu podjazd przyjdzie, powiedzieć, żem brzegiem do gościńca pojechał.
– Dobrze, pane.
W kwadrans później Zagłoba jechał znów obok Heleny.
– W porę im księcia wojewodę wymyśliłem – rzekł przymrużając oko pokryte bielmem. – Będą teraz siedzieli cały dzień i czekali podjazdu. Drżączka ich porwała na samo imię książęce.
– Widzę, że waszmość tak obrotny masz dowcip, iż z każdej biedy ratować się potrafisz – rzekła Helena – i Bogu dziękuję, że mi zesłał takiego opiekuna. (…)
– To się rozumie – odpowiedział stary wyga – głowa od tego, żeby o skórze myślała. A waćpannę takem już polubił, że za nią jako za własną córką będę obstawał. (…) Ale ot i Kahamlik. (…) Napoili konie. (…) Przeprawiwszy się tedy na drugą stronę, ruszyli śpiesznie w górę rzeki i jechali bez wytchnienia aż do nocy. (…) Na koniec wydostali się na wysoki, suchy brzeg, porosły dębiną. Ale już też noc była głęboka i ciemna bardzo. (…) …pan Zagłoba postanowił czekać ranka. Rozsiodłał konie, popętał je i puścił
na pastwisko, po czym ją zbierać liście, wymościł z nich posłanie, zasłał czaprakami i okrywszy burką rzekł do Heleny:
– Połóż się waćpanna i śpij, bo nie masz nic lepszego do zrobienia. (…) Smukły kozaczek ukląkł i modlił się długo, podnosząc oczy do gwiazd, a pan Zagłoba wziął na plecy terlicę i poniósł ja nieco opodal, gdzie sobie upatrzył miejsce do spania. (…)

Szaro już było, gdy uszu jej doszły z dala jakieś straszne głosy, jakieś harkotania, wycia, chrapania, później kwik tak bolesny
i przeraźliwy, że krew ścięła się w jej żyłach. Zerwała się na równe nogi okryta zimnym potem, przerażona i nie wiedząca,
co czynić. (…)
– Mości panie, co się stało? – pytała dziewczyna.
– Wilcy konie porżnęli. (…) Pójdziemy pieszo… (…)
Koło południa przyszli nad bród, którym widocznie od czasu do czasu przejeżdżali ludzie i wozy, bo po obu brzegach były ślady kół i kopyt końskich. (…) …z oddali doszedł ich uszu głos ludzki.
– Czekaj waćpanna, ukryjmy się – szepnął Zagłoba. Głos zbliżał się coraz bardziej.
– Widzisz co waćpan? – spytała Helena.
– Widzę.
– Kto się zbliża?
– Dziad-ślepiec z lirą. Wyrostek go prowadzi. Teraz buty zdejmują. Przejdą ku nam przez rzekę. (…)

– Sława Bohu! – rzekł głośno szlachcic.
– Na wiki wikiw – odpowiedział dziad. (…)
– A skąd, dziadu, idziecie?
– Z Browarków.
– A ta droga dokąd prowadzi?
– Do chutoriw, pane, do seła…
– A do Zołotonoszy nią dojdzie?
– Można, panie. (…)
– Tak? – rzekł pan Zagłoba i nagle chwycił za kark wyrostka. (…) Nagle zwrócił się do dziada:
– Zdejmuj przyodziewek, capie, a nie, to cię tu potnę na sztuki.
I obaliwszy wyrostka na ziemię począł go własnymi rękami obdzierać. Dziad, przerażony, zrzucił co prędzej lirę, torbę i świtkę.
– Zdziewaj wszystko! (…)
Kniaziówna widząc, na co się zanosi, oddaliła się śpiesznie, aby swej skromności widokiem nagich członków nie obrazić,
a za uciekającą goniły jeszcze przekleństwa Zagłoby. (…)

Po chwili dało się słyszeć sapanie i ciężki chód ludzki. Był to pan Zagłoba. Na ramieniu niósł przyodziewek zdarty z dziada
i pacholęcia, w ręku dwie pary butów i lirę. (…) …wziął połowę zdartego przyodziewku i oddalił się w krze zarastające brzegi.
Po niejakim czasie w krzach ozwały się dźwięki liry, a następnie ukazał się… już nie pan Zagłoba, ale prawdziwy did ukraiński
z bielmem na jednym oku, z siwą brodą. (…) Kniaziówna klasnęła w ręce i po raz pierwszy od ucieczki z Rozłogów uśmiech rozjaśnił jej śliczną twarz. (…)
– Już teraz rozumiem waszmościów uczynek, dlaczegoś szatki zewlókł z tych biedaków, a to by drogę w przebraniu bezpieczniej odbyć. (…)
Pan Zagłoba odszedł, a Helena wnet jęła się przebierać za dziadowskie pacholę. Wypluskawszy się w rzece, zrzuciła żupanik kozacki, a wdziała świtkę chłopską i kapelusz ze słomy, i sakwy podróżne. (…) Poszli. Pacholę czarnowłose przodem, dziad
za nim. (…) Droga była pusta, ani czumaka na niej, ani mazi, ani siwych wołów wolno idących. (…) …zaledwie wyszli z lasu, pokazały się o kilka stajań ognie licznych chat. (…)
– Tak jest, to Demianówka, nie może być nic innego – rzekł pan Zagłoba. – Dziadów wszędy chętnie przyjmują, może zdarzy się
i nocleg, i wieczerza, a może dobrzy ludzie dalej podwiozą. (…) …w rozpadlinie stanowiącej przedsionek jaru stała kuźnia, z której komina sypały się snopy i kłęby złotych iskier, a przez otwarte drzwi i przez liczne dziury wiercone w ścianach buchało jaskrawe światło przesłaniane chwilami przez ciemne postacie kręcące się we wnętrzu. (…)

…śpiewając zbliżył się do gromady ludzi stojących przed kuźnią. Rozejrzał się: byli to chłopi, po większej części pijani. (…)
– Sława Bohu! – rzekł pan Zagłoba.
– Na wiki wikiw. (…)
– A skąd wy, didu?
– Oj, z daleka, z daleka! Ale pozwólcie spocząć, bo widzę, pod kuźnią jest ława. Siadaj i ty, niebożę – mówił dalej, ukazując ławkę Helenie. (…)
– Czyi wy ludzie?
– My kniazia Jaremy.
– A kogoż wy będziecie rizaty?
Chłopi spojrzeli po sobie.
– Jego? – spytał dziad.
– Ne zderżymo…
– Oj, ne zderżyte, ditki, ne zderżyte. Bywał ja i w Łubniach i widział kniazia na własne oczy. Straszny on! (…)
– A gdzie nam Chmiela szukać?
– Po to ja tu, ditki, przyszedł, żeby wam powiedzieć, gdzie Chmiela szukać. Pójdźcie wy, dzieci, do Zołotonoszy, a potem
do Trechtymirowa pójdziecie i tam już Chmiel będzie na was czekał, tam się też ze wszystkich wsiów, sadyb i chutorów ludzie zbiorą, tam i Tatary przyjdą, bo inaczej kniaź wszystkim wam by po ziemi, po matce, chodzić nie dał. (…)

– Chodźcie, ojcze, do mnie na chleb i sól, i na miodu kwaterkę, a podjecie, to pójdziecie spać na siano do odryny – rzekł stary chłop zwracając się do dziada. Zagłoba wstał i pociągnął Helenę za rękaw świtki. (…) W kilka chwili później dziad pokrzepiał się silnie baraniną popijając obficie miodem, a nazajutrz rano ruszył wraz z pacholęciem wygodną telegą ku Zołotonoszy, eskortowany przez kilkudziesięciu konnych chłopów zbrojnych w spisy i kosy. (…)

Rozdział XXI

Bohuna znaleźli semenowie następnego rana po ucieczce Zagłoby na wpół zduszonego w żupanie, w który pan Zagłoba go obwinął, ale że ran nie miał ciężkich, wkrótce przyszedł do przytomności. (…) …nie mogąc się jeszcze w kulbace utrzymać, kazał przywiązać między dwa konie kolebkę żydowską i wsiadłszy w nią, pognał jak szalony w stronę Łubniów, sądząc, że tam udali się zbiegowie. (…) Dowiedziawszy się…, że żaden szlachcic nie uciekał tą stroną z dziewczyną, sam nie wiedział, co począć, i darł
na sobie bandaże z bólu. (…) Zaraz za Rozłogami wpadł w ręce Bohuna Pleśniewski, który od Czehryna z wieścią o klęsce żółtowodzkiej jechał. (…) …przypieczony ogniem, wyśpiewał, co wiedział i o klęsce, i o panu Zagłobie, którego poprzedzającego dnia spotkał. Uradowany watażka odetchnął. Powiesiwszy Pleśniewskiego puścił się dalej, już prawie pewny, że mu Zagłoba
nie ujdzie. (…) W tym trudnym razie przyszedł Bohunowi z radą i pomocą esauł, stary wilk stepowy, przyzwyczajony od młodości do tropienia Tatarów w Dzikich Polach.
– Bat'ku – rzekł – uciekali oni do Czehryna i mądrze uciekali, bo zyskali na czasie – ale gdy się o Chmielu i jego żółtowodzkiej batalii od Pleśniewskiego dowiedzieli, zmienili drogę. Ty, bat'ku, sam widział, że zjechali z gościńca i w bok się rzucili. (…)
– Ruszajże ty do Zołotonoszy, ja do Czerkas pociągnę.
– Dobrze, bat'ku. (…)

Wieczorem tegoż samego dnia stary esauł Anton dotarł do Demianówki. (…) Anton nie wiedział, co ma począć, gdy nagle drzwi jednej chaty skrzypnęły i młodsza, ładna kobieta wyszła na podwórko. (…)
– …A powiedz no, mołodycio, nie uciekał tu tędy jeden szlachcic, Lach przeklęty, z córką?
– Szlachcic? Lach? ja ne baczyła.
– Nikogo tu nie było?
- Buw did. On chłopów namówił, żeby do Chmiela, do Zołotonoszy poszli, bo mówił, że tu kniaź Jarema przyjdzie. (…)
– A sam był?
– Nie. Z niemową.
– A jak wyglądał?
– Kto?
– Did.
– Oj, stary, stareńki, na lirze grał i na paniw płakał. Ale ja jego nie widziała.
– I on chłopów do buntu namawiał? – pytał raz jeszcze Anton.
– A on.
– Hm! ostańcie z Bogiem, mołodycio.
– Jedźcie z Bogiem.

Anton zastanowił się głęboko. Gdyby ten dziad był przebranym Zagłobą, dlaczego by, u licha, chłopów do Chmielnickiego namawiał? (…) Nagle uderzył się w czoło. A czemu ten did chłopów powiódł do Zołotonoszy, za którą była Prochorówka, a za nią, za Dnieprem, hetmani i cały obóz koronny? Anton postanowił bądź co bądź jechać do Prochorówki. (…) Dojechali do Mohylnej, nad samą rzeką leżącej. Tu los posłużył Antonowi, bo jakkolwiek Mohylna, również jak i Demianówka była pusta, zastał jednak promy gotowe i przewoźników… (…) …począł ich wypytywać o chłopów demianowskich.
– A jakże. Byli, my ich przeprawili na drugą stronę – rzekł przewoźnik.
– A dziad był z nimi?
– Był.
– I niemowa z dziadem? małe pacholę? – Jako żywo.
– Jak wyglądał dziad?
– Niestary, gruby, oczy miał jak u ryby, na jednym bielmo.
– To on! – mruknął Anton… (…) Potem zwrócił się o semenów:
– W konie.

Pomknęli jak stado spłoszonych dropiów, choć droga była trudna, bo kraj w jary popękany. (…) …nagle Anton osadził konia,
aż mu zadnie kopyta zazgrzytały na kamieniach. (…) Poznał dragonów księcia Jeremiego. Uciekać było za późno, ledwie dwieście kroków dzieliło zastęp Antona od dragonów, a zmęczone konie semenów nie uszłyby daleko przed pogonią. (…)
– Co wy za ludzie? – spytał groźno porucznik.
– Bohunowi! – rzekł Anton widząc, że trzeba prawdę mówić, bo sama barwa zdradzi. Ale poznawszy porucznika, którego widywał w Perejasławiu, wykrzyknął zaraz z udaną radością:
– Pan porucznik Kuszel! Sława Bohu!
– A to ty, Anton! – rzekł porucznik przyjrzawszy się esaułowi. (…) Dragoni rozstąpili się i poczet Antona wyjechał spośród nich
ku ujściu jaru. (…)
„Dobra nasza! – myślał Anton – podwójnie dobra nasza: raz, żeśmy skórę całą unieśli, a po wtóre, że ci dragoni nie szli
z Zołotonoszy i że Zagłoba minął się z nimi, bo gdyby ich był napotkał, tedy byłby już przed wszelką pogonią bezpieczny.”

Jakoż istotnie był to termin dla pana Zagłoby nader niepomyślny, w którym fortuna zgoła mu nie dopisywała, że się nie natknął na pana Kuszla i jego chorągiewkę, gdyż byłby od razu ocalony i wolen od wszelkiej obawy. Tymczasem w Prochorówce uderzyła w niego jak piorun wieść o klęsce korsuńskiej. (…) Miał więc pan Zagłoba poza sobą Bohuna, przed sobą morze chłopskiego buntu, rzezie, pożogi, zagony tatarskie, tłumy rozbestwione. (…) I postanowił przeprawić się na prawy brzeg Dnieprowy. (…) Noc spędzili z Heleną na brzegu rzeki razem z gromadami pijanego chłopstwa, przy ogniskach. (…) Dzień robił się chmurny, posępny, blady. Zagłoba chciał co prędzej przeprawić się na drugą stronę. Szczęściem i prom też naprawiono. (…) Wiosła wyprężyły się
i prom począł oddalać się od brzegu. Bystra fala zaraz go zniosła nieco z biegiem rzeki, w kierunku Domontowa. Przebyli już połowę szerokości koryta, gdy na prochorowskim brzegu dały się słyszeć krzyki, wołania. (…) W tejże chwili jacyś konni ukazali się na prochorowskim brzegu. (…) Zagłoba spojrzał i zimny pot oblał go od stóp do głowy: poznał Kozaków Bohunowych. Rzeczywiście był to Anton ze swymi semenami. (…)

– Ditki! to Kozacy Wiśniowieckiego! O, dla Boga…! prędzej do brzegu! Już my tamtych, co zostali, odżałujemy, a porąbać prom,
bo inaczej pohybel nam wszystkim! (…) W tej chwili prom zgrzytnął o żwir brzegowy. Chłopi poczęli wyskakiwać, ale jedni
nie zdążyli jeszcze wysiąść, gdy drudzy rwali już burty promu, bili siekierami w dno. (…) Statek zniknął po chwili, ale nagle
ze wszystkich piersi znów wyrwał się okrzyk grozy i przerażenia:
– Skaczut w wodu! płynut k'nam! – wrzeszczeli chłopi. (…) Porwane pędem rzeki konie nie mogły płynąć wprost, fala poczęła je znosić z nadzwyczajną szybkością. (…) Nagle jeden łeb i jeden mołojec zniknął pod wodą, za nim drugi, trzeci, czwarty, piąty… liczba płynących zmniejszała się coraz bardziej. (…) Nagle głos Zagłoby rozległ się wśród ciszy:
– Hej! ditki! Do piszczeli! Na pohybel kniaziowym!
Buchnęły dymy, zahuczały wystrzały. Krzyk z rzeki zabrzmiał rozpaczliwie i po chwili konie, mołojcy, wszystko znikło. (…) Zagłoba patrzył na Helenę i mrugał… (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]



Rok 1883



1883 [Warszawa - Reichenhall]


["OGNIEM I MIECZEM"] – zakończenie pracy rozpoczętej w 1882 r.
Rozdział XXII

Książę wojewoda ruski, zanim pana Skrzetuskiego siedzącego na zgliszczach Rozłogów spotkał, wiedział już o klęsce korsuńskiej, gdyż mu o niej pan Polanowski, towarzysz książęcy husarski w Sahotynie doniósł. (…) Stanąwszy tedy w Perejasławiu polecił małemu panu Wołodyjowskiemu i panu Kuszlowi, by swoich dragonów na wszystkie strony, do Czerkas, do Mantowa, Siekiernej, Buczacza, Stajek, Trechtymirowa i Rzyszczowa, rozesłali dla sprowadzenia wszelkich statków i promów, jakie by się w okolicy znalazły. (…) …dostał się pan Wołodyjowski samodziesięć na prawy brzeg, kazawszy z pni zbić naprędce tratwę. Tam schwytał kilkunastu Kozaków, których przed księciem stawił. Od nich dowiedział się książę o potwornych rozmiarach buntu i straszliwych owocach, jakie klęska korsuńska już zrodziła. (…) Ale starcie nie było bliskim, bo ów Chmielnicki, zwycięzca spod Żółtych Wód, zwycięzca spod Korsunia, ów Chmielnicki, który rozbił w puch wojska koronne, wziął do niewoli hetmanów i teraz stał na czele setek tysięcy wojowników, po prostu bał się tego pana z Łubniów, który chciał go szukać za Dnieprem. Wojska książęce przebyły właśnie Śleporód, sam zaś książę zatrzymał się dla wypoczynku w Filipowie, gdy dano mu znać, że przybyli wysłańcy Chmielnickiego z listem i proszą o posłuchanie. (…)

Książę, siedząc w otoczeniu co przedniejszego rycerstwa, …pytał, z czym przybyli.
– Z listem od hetmana – odparł Sucharuka. Na to książę utkwił w Kozaku oczy i rzekł spokojnie, lubo z przyciskiem na każdym słowie:
– Od łotra, hultaja i rozbójnika, nie od hetmana! (…)
Tymczasem książę kazał panu Maszkiewiczowi wziąć list i czytać. List był pokorny. W Chmielnickim, lubo już po Korsuniu, lis wziął górę nad lwem, wąż nad orłem, bo pamiętał, że pisze do Wiśniowieckiego. (…) Tu następowały skargi na pychę pana Skrzetuskiego, że listów od Chmielnickiego nie chciał do księcia brać, czym godność jego hetmańską i całego wojska zaporoskiego wielce spostponował. Tej to właśnie pysze i poniewierce, jakie ustawicznie od Lachów Kozaków spotykały, przypisywał Chmielnicki wszystko, co się stało, począwszy od Żółtych Wód aż do Korsunia. Wreszcie list kończył się zapewnieniami żalu i wierności dla Rzeczypospolitej oraz zaleceniem pokornych służb, wedle książęcej woli. (…) Gdy skończono list, nie ozwał się ni słowa do posłańców, tylko kazał Wołodyjowskiemu wziąć ich precz i pod strażą zatrzymać, sam zaś zwróciwszy się do pułkowników ozwał się w następujące słowa:
– Wielką jest chytrość tego nieprzyjaciela, bo albo mię chce owym listem uśpić, by na uśpionego napaść, albo-li w głąb Rzeczypospolitej pociągnie, tam układ zawrze, przebaczenie od powolnych stanów i króla uzyska, a wtenczas będzie się czuł bezpiecznym, bo gdybym go dłużej chciał wojować, tedy nie on już, ale ja postąpiłbym wbrew woli Rzeczypospolitej
i za rebelizanta bym uchodził. (…)

– Mości książę! Kontempt to nawet jest dla imienia waszej książęcej mości, iż ów łotr pisać się do waszej książęcej mości odważył, bo ataman koszowy nosi w sobie preeminencję od Rzeczypospolitej potwierdzoną i uznaną, czym nawet kurzeniowi zasłaniać się mogą. Ale to jest hetman samozwańczy, któren nie inaczej, jeno za zbójcę uważany być może, w czym pan Skrzetuski chwalebnie się spostrzegł, gdy listów jego do waszej książęcej mości brać nie chciał.
– Tak też i ja myślę – rzekł książę – a ponieważ jego samego nie mogę dosięgnąć, przeto w osobach swych wysłanników ukaranym zostanie. (…)
– Dziękuję-ć w jego imieniu, że go z rezunami równasz. – Tu książę zmarszczył brwi. – Wreszcie dość o tym. Widzę – mówił dalej, zwracając się do pułkowników – że waszmościowie wszyscy sufragia za wojną dajecie; taka jest i moja wola. (…)

W tej chwili drzwi się otworzyły i ukazał się w nich Roztworowski, namiestnik wołoskiej chorągwi, wysłany przed dwoma dniami
w trzysta koni na podjazd.
– Mości książę! – zawołał – rebelia szerzy się! Rozłogi spalone, w Wasiłówce chorągiew do nogi wybita. (…)
…książę skinął ręką, by milczano, i sam pytał: – Kto to uczynił – hultaje czy jakowe wojsko?
– Mówią, że Bohun. (…)
– Boże wszechmogący! – zakrzyknął – przypominam sobie, co mnie Skrzetuski powiadał, że Bohun na niewinność Kurcewiczówny się zasadził. Rozumiem teraz, czemu Rozłogi spalone. Dziewka musi być porwana. Hej, Wołodyjowski! sam tu! Weźmiesz waść pięćset koni i ku Czerkasom jeszcze raz ruszysz; Bychowiec w pięćset Wołochów niech na Zołotonoszę do Prochorówki idzie. Koni nie żałować; któren mi dziewczynę odbije, Jeremiówkę w dożywocie weźmie. Ruszać! Ruszać!
Po czym do pułkowników:
– Mości panowie, a my na Rozłogi do Łubniów! (…)

Rozdział XXIII

Późnym wieczorem, przy księżycu, doszły wojska do Rozłogów. (…) … poprowadzono pana Skrzetuskiego do księcia, któren
w chłopskiej chacie się zatrzymał. (…) Ten, gdy swego ulubieńca ujrzał, nie rzekł ni słowa, tylko mu ramiona otworzył i czekał. Pan Jan rzucił się natychmiast z wielkim płakaniem w owe ramiona, a książę do piersi go cisnął, w głowę całował, przy czym obecni oficerowie widzieli łzy w jego dostojnych oczach. Po chwili dopiero mówić począł:
– Jako syna cię witam, gdyż tak myślałem, iż cię już nie ujrzę więcej. (…)
– Pójdę z waszą książęcą mością na kraj świata, ale pocieszyć się nie mogę, bo mi tak bez niej ciężko, że ot, nie mogę, nie mogę… (…)
– Słuchaj – rzekł nagle książę – mam wieść, że Bohun stąd ku Łubniom gonił, bo mi w Wasiłówce ludzi wysiekał. Nie desperujże naprzód, bo może on jej nie dostał, gdyż po co by się ku Łubniom puszczał? (…)
– O mości książę! życie, krew! – wołał. (…) Nie rozumiał bowiem, dlaczego Bohun gonił początkowo w stronę Łubniów, rzucił się
na prezydium wasiłowskie, a potem nagle zwrócił się w stronę Czerkas. Że Heleny nie porwał, to zdawało się być pewnym, bo pan Kuszel spotkał oddział Antonowski, w którym jej nie było, ludzie zaś sprowadzeni teraz od strony Czerkas nie widzieli jej
przy Bohunie. (…) Pan Skrzetuski klęczał… i modlił się żarliwie. (…)

Świtaniem zatrąbiono wsiadanego – wojska ruszyły do Łubniów. (…) Chciał był pan Skrzetuski z tatarską chorągwią naprzód skoczyć, ale zbyt był osłabiony, zresztą książę trzymał go przy swej osobie, bo życzył mieć relację z namiestnikowego posłowania do Siczy. (…) …po południu pokazały się z wysokiego brzegu Suły wydęte kopułki cerkwi łubniańskich, błyszczący dach i spiczaste wieże kościoła Św. Michała. Wojska powoli wchodziły i zeszło aż do wieczora. Sam książę udał się natychmiast
na zamek, w którym, wedle naprzód wysłanych rozkazów, wszystko miało być do drogi gotowe; chorągwie zaś roztasowały się
na noc w mieście, co nie było rzeczą łatwą, bo zjazd był wielki. (…) Sama księżna z fraucymerem i dworem miała być odesłana
do Wiśniowca, aby książę z całą potęgą bezpieczny i bez przeszkód mógł w ogień ruszyć. (…)

Rozdział XXIV

Pan Skrzetuski, który pierwszy przed chorągwiami do zamku skoczył, o kniaziównę i Zagłobę pytając, oczywiście ich tu
nie znalazł. (…)

Kaplica była pusta i ciemna, jeno dwie świece migotały przed ołtarzem, kładąc blaski różowe i złote na twarz Chrystusa wykonaną z alabastru a pełną słodyczy i cierpienia. Godziny całe upływały, a namiestnik leżał bez ruchu niby martwy – ale też czuł coraz wyraźniej, że gorycz, rozpacz, nienawiść, ból, troski, cierpienie odwijają mu się od serca, wypełzają mu z piersi i pełzną jak węże, i kryją się gdzieś w ciemnościach. Uczuł, że lżej oddycha, że jakoby wstępuje w niego nowe zdrowie, nowe siły,
że w głowie robi mu się jaśniej i błogość jakaś ogarnia – słowem, …przed tym Chrystusem znalazł wszystko, cokolwiek mógł znaleźć człowiek tamtych wieków, człowiek wiary niewzruszonej, bez śladu i cienia zwątpienia. Nazajutrz był też namiestnik jakby odrodzony. Rozpoczęła się praca, ruch i krętanina, bo był to dzień odjazdu z Łubniów. (…) Sama księżna tylko siadała
z suchymi oczyma do karety i z podniesioną głową, bo dumna pani wstydziła się pokazywać ludziom cierpienia. (…) Wreszcie
i sam książę siadł na konia. Chorągwie po pułkach zniżyły się przed nim, uderzono na wałach z dział; płacze, gwar ludu i okrzyki pomieszały się z głosem dzwonów, z wystrzałami, z dźwiękami trąb wojennych, z huczeniem kotłów. Ruszono. (…)

Koń książęcy wyciągnął szyję i zarżał, a rżeniu temu odpowiedziały zaraz inne pod chorągwiami. Te głosy ocuciły księcia
z zadumy i napełniły go otuchą. (…) Książę, kazawszy napastników pochwytać, wysłał Poniatowskiego, rotmistrza kozackiej chorągwi, ku Kaniowu, który tejże nocy przywiódł pięciu Zaporożców z wasiutyńskiego kurzenia. (…) Badani o siły Chmielnickiego podawali je na dwieście tysięcy, ale dość lada jakich, a dobrych tylko pięćdziesiąt, to jest Zaporożców i Kozaków pańskich
albo grodowych, którzy się do buntu przyłączyli. Po otrzymaniu tych wiadomości pokrzepił się na duchu książę… (…) …nazajutrz rano udał się w dalszą drogę. (…) Za Perejasławiem weszły wojska w olbrzymie, głuche lasy ciągnące się wzdłuż biegu Trubieży aż do Kozielca i dalej pod sam Czernihów. Był to schyłek maja – upały straszliwe. (…) Wleczono się tak cztery dni, na koniec piątego upał stał się nadnaturalny. Gdy przyszła noc, konie zaczęły chrapać, a bydło ryczeć żałośnie, jakoby przewidując jakieś niebezpieczeństwo… (…) Rozesłano na wszystkie strony podjazdy, by się przekonać, czy rzeczywiście jakie niebezpieczeństwo nie groziło. Pan Skrzetuski, który na ochotnika z Wołoszą poszedł, wrócił pierwszy nad ranem, a wróciwszy udał się natychmiast do księcia.
– Co tam? – spytał Jeremi.
– Mości książę, lasy się palą. (…) Schwytałem kilku ludzi, którzy wyznali, iż Chmielnicki wysłał ochotnika, który by za waszą książęcą mością szedł a ogień, jeśli wiatr będzie pomyślny, podkładał. (…)
– Pogański to sposób – rzekł – ale nic po tym! Ogień nie przejdzie za rzeki idące do Trubieży.
Ogień szerzył się gwałtownie, ale wzdłuż rzeczek ku wschodowi i zachodowi, nie ku północy. Nocami niebo czerwieniło się,
jak okiem dojrzał. (…)

Tymczasem pewnej nocy przyjechał do taboru pan Suchodolski z Bodenek, z tamtej strony Desny. (…) Wielka też zrobiła się konsternacja, gdy zapytany przez księcia o nowiny, odpowiedział:
– Złe, mości książę! O pogromie hetmańskim już wiecie, zarównie jak i o śmierci królewskiej? (…)
W tej chwili kilkunastu oficerów, między nimi Zaćwilichowski, Skrzetuski, Baranowski, Wurcel, Machnicki i Polanowski, zbliżyło się do księcia, który rzekł:
– Mości panowie, król umarł!
Głowy odkryły się jak na komendę. (…)

Rozdział XXV

Po dziesięciodniowym pochodzie, którego pan Maszkiewicz był Ksenofontem, i trzydniowej przeprawie przez Desnę przyszły wreszcie wojska do Czernihowa. Przed wszystkimi wszedł pan Skrzetuski z Wołoszą, którego umyślnie książę do zajęcia miasta wykomenderował, aby się mógł prędzej o kniaziównę i Zagłobę rozpytać. Ale tu również, jak i w Łubniach, ani w mieście,
ani na zamku nikt o nich nie słyszał. (…) Książę tymczasem przyszedł do Lubecza nad Dniepr, tam wojsko dla odpoczynku rozłożył, sam zaś z księżną, dworem i ciężarami jechał do Brahina, położonego wśród lasów i błot nieprzebytych. W tydzień później przeprawiło się i wojsko. Ruszono następnie do Babicy pod Mozyr… bo księżna z dworem miała jechać do Turowa, do pani wojewodziny wileńskiej, ciotki swojej, książę zaś z wojskiem w ogień ku Ukrainie. (…) …wojska weszły w kraj błot nieprzebytych, lasów bagnistych, łąk rozmiękłych, rzek, rzeczek i strumieni, w kraj pusty, głuchy, jedną puszczą szumiący… (…) Noc była pogodna, jasna – i przy blasku księżyca, jak okiem sięgnąć, nie zajrzałeś sążnia suchego gruntu. (…) Wojska przez Prypeć przeprawiały się cztery dni, potem niemal codziennie trzeba było przebywać rzeki i rzeczułki płynące w rozkisłym gruncie. (…)
A książę śpieszył, pędził. Kazał walić całe lasy, układać drogi z okrąglaków i szedł naprzód. (…) Był to sławny pochód o chłodzie, wodzie i głodzie, w którym wola wodza i zapał żołnierzy łamały wszystkie przeszkody. (…) Na koniec po dwudziestu dniach nadludzkich trudów i wysileń wychyliły się wojska książęce w kraj zbuntowany. „Jarema ide! Jarema ide!” – rozlegało się po całej Ukrainie, aż hen po Dzikie Pola, do Czehryna i Jahorliku.

Rozdział XXVI

Tymczasem Chmielnicki, postawszy czas jakiś w Korsuniu, do Białocerkwi się cofnął i tam stolicę swą założył. (…) Oto dlaczego leżał długo pod Białocerkwią. Zbroił się, uniwersały na wszystkie strony rozsyłał, lud ściągał, całe armie tworzył, zamki pod moc swoją zagarniał, bo wiedział, że tylko z silnym układać się będą, ale w głąb Rzeczypospolitej nie ruszał. (…) Doniesiono, iż książę wypocząć dawszy wojsku, strudzonemu pochodem przez lasy i błota, wstąpił w kraj zbuntowany; że bije, pali, ścina; że podjazd wysłany pod Skrzetuskim rozbił dwutysięczną watahę Kozaków i czerni – i wytępił ją co do nogi; że sam książę wziął szturmem Pohrebyszcze, majętność książąt Zbaraskich – i ziemię a wodę tylko zostawił. (…) Toteż Chmielnicki, gdy się o tym dowiedział, począł ryczeć jak ranny tur. Z jednej strony układy, z drugiej miecz. Jeśli ruszy na księcia, będzie to oznaką, że nie chce układów proponowanych przez pana z Brusiłowa. (…) Chmiel zasiadłszy między pułkownikami siedział przez chwilę w milczeniu, po czym zdjął kołpak na znak, iż narada się rozpoczyna, wstał i tak mówić począł:
– Mości panowie pułkownicy i atamani dobrodziejstwo! Wiadomo wam, jako dla wielkich, a niewinnie cierpianych krzywd naszych musieliśmy za broń uchwycić, …a szabli póty z ręki nie puszczać, póki nam za wolą najjaśniejszego króla jegomości nasze dawne wolności i przywileje nie będą powrócone.

Tymczasem powstał Wyhowski z listem Kisielowym w ręku. Kopię pisma poniósł Zorko, aby ją odczytać „towarzystwu”, więc tam
i tu zapadła cisza głęboka. (…) …list w ogóle podobał się i pułkownikom, i nawet „towarzystwu”. Niemniej przeto w pierwszej chwili nie można było niczego zrozumieć ani dosłyszeć dla wielkiej furii, z jaką nad pismem rozprawiano. (…) Wtem powstał… sam Chmielnicki.
– Mości panowie pułkownicy dobrodziejstwo! – rzekł. – Za czym ustanowiliście, aby posłów do Warszawy wysłać, którzy służby nasze wiernie najjaśniejszemu królowi jegomości zalecą i o nagrodę prosić będą. (…) O to więc proszę, abyście waszmościowie… na ochotnika ruszyli, a ja do króla jegomości pisać będę, iż to się stało beze mnie i dla koniecznej obrony naszej przed jego, Wiśniowieckiego, nieżyczliwością i napaścią. (…)

Chmielnicki mówił dalej:
– Który tedy z waszmościów na ów przemysł wojenny wyjdzie, temu ja wojska dosyć dam, dobrych mołojców, i armatę dam,
i ludu ognistego, aby z pomocą Bożą niedruga naszego mógł znieść i wiktorię nad nim otrzymać… (…)
– Ja pójdę.
Był to Maksym Krzywonos. (…) Drugi ataman wysunął się naprzód.
– Ja z toboju, Maksym!
Był to Pułjan. (…)
– I Czarnota hadziacki, i Hładki mirhorodzki, i Nosacz ostręski pójdą z tobą! – rzekł Chmielnicki.
– Pójdziemy! – ozwali się jednogłośnie, bo już ich przykład Krzywonosa zachęcił i duch w nich wstąpił.
– Na Jaremu! na Jaremu! – zagrzmiały okrzyki w zgromadzeniu. (…)

Rozdział XXVII

Szedł tedy Krzywonos z Białocerkwi na Skwirę i Pohrebyszcze ku Machnówce, a gdzie przeszedł, ginęły nawet ślady ludzkiego życia. (…) Wahał się nawet książę i rozmyślał, czyby nie pójść na czas jakiś do spokojniejszego kraju dla odpoczynku
i pomnożenia wojsk… (…) …po tygodniowym postoju dano znać, że posiłki idą. Książę zaraz wyjechał na spotkanie – i istotnie spotkał pana Janusza Tyszkiewicza, wojewodę kijowskiego… (…) Ucieszył się więc książę bardzo i wdzięcznie pana wojewodę
do swej kwatery zaprosił, który nie mógł się odziwić jej ubóstwu i prostocie. (…)

– Mości wojewodo – rzekł – Bogu chwała, iżeście przybyli ze świeżym ludem, bom też już ostatnim tchem gonił.
– Widziałem ja po żołnierzach waszej książęcej mości, iż się napracowali, niebożęta, co i mnie trapi niemało, gdyżem tu z prośbą przybył, byś wasza książęca mość na ratunek mi pośpieszył. (…) Nadciągnęło hultajstwa kilkadziesiąt tysięcy, a nad nimi Krzywonos, któren jakom słyszał, na waszą książęcą mość był komenderowany, ale dostawszy języka, iżeś wasza książęca mość ku Konstantynowu ruszył, tam pociągnął, a teraz po drodze mnie Machnówkę obległ i takie spustoszenie poczynił, iż żaden język tego wypowiedzieć nie jest w możności. (…)
– Mości panowie – rzekł książę – czy konie u toków?
– Tak jest.
– Gotowe?
– Jako zawsze. – To dobrze. Za godzinę ruszamy na Krzywonosa. (…)
Pułkownicy skłoniwszy się opuścili izbę i po chwili rozległy się trąbki grające wsiadanego. (…)

Ciągnęły wojska na Winnicę i Lityń ku Chmielnikowi. (…) Tamże rozpoczynał się już kraj spustoszony, pełen śladów Krzywonosowej ręki. (…) Była to pierwsza połowa lipca. (…) Ślady przejścia wojsk stawały się coraz świeższe. (…) Tymczasem
w Chmielniku przyszła wiadomość, że nie sam stary Krzywonos, ale syn jego Machnówkę w kilkanaście tysięcy ludzi oblega i że on to naczynił tak nieludzkich spustoszeń po drodze. (…) …zameczek pod wodzą pana Lwa bronił się jeszcze. Kozacy szturmowali go z klasztoru bernardynów, w którym wysiekli zakonników. Pan Lew, goniąc ostatkiem sił i prochów, nie obiecywał się dłużej trzymać nad jedną noc. Zostawił więc książę piechoty, działa i główne siły wojska, którym kazał iść do Bystrzyka, sam zaś
z wojewodą, panem Krzysztofem, panem Aksakiem, we dwa tysiące komunika na pomoc skoczył. (…) …w pół mili od Machnówki kilkunastu jeźdźców pędzących co koń wyskoczy zabiegło wojsku drogę. Był to pan Lew z towarzyszami. Ujrzawszy go wojewoda kijowski odgadł natychmiast, co się stało.
– Zamek zdobyty! – krzyknął.
– Tak jest! – odpowiedział pan Lew i w tejże chwili omdlał, bo był posieczony i postrzelany, więc krew go uszła. (…)

…wszelako w izbach na wieży broniło się kilkudziesięciu szlachty – tym należało śpieszny dać ratunek. Ruszono więc z kopyta.
Po chwili ukazało się na górze miasto i zamek, a nad nimi ciężka chmura dymów od wszczętego pożaru. (…) Przy tych blaskach widać było pułki Zaporożców i zbite masy czerni płynące przez bramy na spotkanie wojsk tym śmielej, że nikt w mieście
nie wiedział o przybyciu księcia, sądzono bowiem, że sam tylko wojewoda kijowski nadciąga z odsieczą. (…) …okrzyk radości wyrwał się ze wszystkich polskich piersi, a pan wojewoda kijowski miał sposobność po raz wtóry podziwiać sprawność chorągwi książęcych. Zatrzymawszy się na widok kozactwa, stanęły od razu w szyku bojowym, ciężka jazda we środku, lekkie
na skrzydłach, tak iż nic nie należało poprawiać i można było z miejsca zaczynać. (…) Książę…, jako wódz przezorny, przelatywał z buławą w ręku między chorągwiami od skrzydła do skrzydła, opatrywał, ostatnie dawał rozkazy. (…) Stanęły tedy: w środku,
w pierwszej linii trzy chorągwie – pierwsza, którą sam wojewoda kijowski sprawował, druga młodego pana Aksaka, trzecia pana Krzysztofa Tyszkiewicza; za nimi, w drugiej linii, dragonia pod panem Baranowskim, a wreszcie olbrzymia husaria książęca –
przy niej jako sprawca pan Skrzetuski. Skrzydła zajęli Wierszułł, Kuszel i Poniatowski. Armaty nie było, gdyż Wurcel został
w Bystrzyku.

Książę podskoczył do wojewody i buławą skinął.
– Za swoje krzywdy poczynaj wasza mość najpierwszy. (…)
Zderzyli się tedy mocno. (…) Tak konie wspięły się przed końmi, jeźdźcy jak wał, a szable nad wałem jak piana. (…) Łuna oświeciła pobojowisko i widać było doskonale obie linie, polską i kozacką, łamiące się pod górą, widać było barwy proporców
i nawet twarze. (…) Przy księciu została sama husaria… (…) …książę, w srebrnej zbroi, ze złotą buławą w ręku, wytężał oczy
na bitwę – a z lewej strony pan Skrzetuski trochę bokiem na końcu stojący. (…) Widział więc książę jak na dłoni pracę ciężką żołnierzy. (…) …wzrok księcia biegł poza linię walczących, aż na górę ku miastu, gdzie na czele dwóch pułków wybranych stał sam młody Krzywonos czekając na chwilę, by się rzucić w środek walczących i złamać nadwątlone polskie szyki zupełnie.
Skoczył nareszcie biegnąc ze strasznym krzykiem wprost na dragonów Baranowskiego, ale na tę chwilę czekał także i książę.
– Prowadź! – krzyknął do Skrzetuskiego. Skrzetuski koncerz w górę podniósł i żelazna nawała ruszyła naprzód. (…)

– Jarema! Jarema! – zawołali husarze.
– Jarema! – powtórzyło całe wojsko. Straszne imię dreszczem trwogi ścisnęło serca Zaporożców. (…) Młody Krzywonos, choć mężny i dziki, gdy zrozumiał, że własne niedoświadczenie przychodzi mu takiemu wodzowi, jak książę, przeciwstawić, stracił całkiem głowę i umykał na czele innych ku miastu. Uciekającego spostrzegł pan Kuszel, z boku stojący, który na krótką metę tylko widział, przyskoczył więc koniem i w pysk młodego watażkę szablą trzasnął. Nie zabił, bo ostrze wstrzymała podpinka,
ale zalał go krwią i tym bardziej serca pozbawił. (…) Trup padał na trupa, kopyta końskie grzęzły w drgających ciałach. (…)
…walka zdawała się zbliżać ku końcowi. Ciężka jazda ruszyła znowu naprzód, goniąc przed sobą pułki zaporoskie, które pod górę ku miastu się chroniły. Reszcie uciekających przecięły odwrót chorągwie Kuszla i Poniatowskiego. (…) Uwolniono owych kilkudziesięciu szlachty broniących się w zameczku. (…)

…wtem zbliżył się szybko pan Skrzetuski i rzekł:
– Wasza książęca mość, są wieści o starszym Krzywonosie.
Zaraz więc umysł księcia w inną zwrócił się stronę… Tymczasem wprowadzono przybyłych z wieściami czterech ludzi,
w tym dwóch starych błahoczestywych księży, którzy ujrzawszy księcia rzucili się przed nim na kolana.
– Ratuj, władyko, ratuj! – powtarzali wyciągając ku niemu ręce.
– Skąd wy? – pytał książę.
– My z Połonnego. Starszy Krzywonos obległ zamek i miasto; jeśli twoja szabla nad jego karkiem nie zawiśnie, tedy zginiemy wszyscy. (…)
Książę przyrzekł im pomoc, ale ponieważ główne siły jego były w Bystrzyku, musiał, więc na nie czekać. (…) Wieczorem nadciągnęła cała dywizja z Bystrzyka, a z nią poseł, pan Stachowicz, od wojewody bracławskiego. Pisał pan Kisiel do księcia list… (…) Oto pan z Brusiłowa oświadczał, że układy rozpoczęte, że on sam z innymi komisarzami udaje się do Białocerkwi
i ma nadzieję Chmielnickiego powstrzymać i ukontentować. Na koniec prosił księcia, by do czasu układów nie nastawał
tak bardzo na Kozaków i o ile można, kroków wojennych zaprzestał. (…)

– Hańba! hańba! Boże! dajże mnie już polec prędzej, abym na takie rzeczy nie patrzył!
Cisza zapanowała głęboka między obecnymi, a książę mówił dalej:
– Nie chcę ja żyć w tej Rzeczypospolitej, bo dziś wstydzić się za nią przychodzi. Oto czerń kozacka i chłopska zalała krwią ojczyznę, z pogaństwem się przeciw własnej matce połączyła. Pobici hetmani, zniesione wojska, zdeptana sława narodu, zgwałcony majestat, popalone kościoły, wyrżnięci księża, szlachta, pohańbione niewiasty, a na te klęski i na tę hańbę, na której wspomnienie samo pomarliby nasi przodkowie – czymże odpowiada ta Rzeczpospolita? Oto ze zdrajcą, z hańbicielem swym,
ze sprzymierzeńcem pogan układy rozpoczyna i kontentację mu obiecuje! O Boże! Daj śmierć, powtarzam, bo nie żyć nam
na świecie, którzy dyshonor ojczyzny czujemy i głowy dla niej niesiemy w ofierze. (…) Oto, mości panowie, słysząc o klęsce ojczyzny przyszliśmy tu przez płonące lasy i nieprzebyte błota, nie śpiąc, nie jedząc, ostatnich sił dobywając, by tę matkę naszą od zagłady i hańby ratować. Ręce mdleją nam od pracy, głód skręca kiszki, rany bolą – my zaś na trud nie baczym,
byle nieprzyjaciela pohamować. Mówiono na mnie, żem krzyw, iż mnie regimentarstwo minęło. Niechże cały świat sądzi,
czy godniejsi ci, co je dostali, a ja Boga i waszmościów na świadki biorę, że tak jak i wy nie dla nagrody i dostojeństw niosę krew swą w ofierze, ale z czystej ku ojczyźnie miłości. Ale gdy my ostatni dech z piersi wydajemy – cóż nam donoszą? Oto, że panowie w Warszawie, a pan Kisiel w Huszczy kontentację dla tego nieprzyjaciela obmyślają? Hańba! hańba!!! (…) Nie ma tu innego wyboru, jeno albo posłuszeństwo złamać (boć w czasie bezkrólewia oni władzę sprawują), albo honor ojczyzny, dla któregośmy pracowali poświęcić… (…)

Pan Zaćwilichowski głos zabrał:
– Mości książę, ja mam lat siedmdziesiąt, jestem Rusin błahoczestywy, byłem komisarzem kozackim i ojcem mnie sam Chmielnicki nazywał. Prędzej bym powinien za układami przemawiać, ale jeśli mi rzec przyjdzie: „hańba” albo „wojna”,
tedy jeszcze do grobu zstępując powiem: „wojna”!
– Wojna! – powtórzył pan Skrzetuski.
– Wojna, wojna! – powtórzyło kilkanaście głosów, między nimi pan Krzysztof, panowie Kierdeje, Baranowski i prawie wszyscy obecni.
– Wojna! wojna!
– Niechże się stanie według słów waszych – odrzekł poważnie książę – i buławą w otwarty list pana Kisiela uderzył. (…)

Rozdział XXVIII

W dzień później, gdy wojska zatrzymały się w Rylcowie, książę zawołał pana Skrzetuskiego i rzekł:
– Siły nasze słabe i zmorzone, a Krzywonos ma sześćdziesiąt tysięcy luda i jeszcze co dzień w potęgę rośnie, bo czerń do niego napływa. (…) Trzeba nam skąd posiłków. Otóż dowiaduję się, że niedaleko od Konstantynowa stoją dwaj pułkownicy: Osiński
z gwardią królewską i Korycki. Weźmiesz dla bezpieczeństwa sto semenów nadwornych i pójdziesz do nich z moim listem,
aby zaś się pośpieszyli i bez zwłoki do mnie przyszli, bo za parę dni na Krzywonosa uderzę. (…) Pan Skrzetuski skłonił się i tegoż wieczoru ku Konstantynowu ruszył na noc… (…) Idąc tedy cicho, świtaniem doszedł do Wiszowatego Stawu, gdzie się na obu pułkowników natknął… (…) Na nieszczęście, obaj pułkownicy dali odpowiedź odmowną, gdyż obaj należeli do komendy księcia Dominika Zasławskiego i mieli wyraźne rozkazy, by się z Wiśniowieckim nie łączyli. (…) Tymi myślami przejęty pan Skrzetuski wracał na powrót do księcia na czele swoich semenów… (…) W lesie panowała cisza głęboka, przerywana tylko trzaskiem suchych gałązek pod kopytami końskimi – gdy nagle do uszu pana Skrzetuskiego i semenów doszedł daleki jakiś szmer podobny do śpiewu przerywanego okrzykami.

– Stój! – rzekł cicho pan Skrzetuski i zatrzymał linię semenów. – Co to jest? (…)
– Chłopy rezuny.
– A siła ich jest?
– Będzie ze dwustu. Nie wiadomo, panie, co począć, bo leżą w wąwozie, przez który droga nam wypada. Ognie palą, jeno blasku
nie widać, bo w dole. Straży nijakich nie mają: można do nich podejść na strzeleniu z łuku.
– Dobrze! – rzekł pan Skrzetuski i zwróciwszy się do semenów począł dwom starszym wydawać rozkazy. (…) Pan Skrzetuski, który znajdował się w owym środkowym oddziele, spojrzawszy w dół widział jak na dłoni, w odległości dwudziestu lub trzydziestu kroków, całe obozowisko… (…) Przy największym ognisku siedział, zwrócony plecami do ściany wąwozu i do pana Skrzetuskiego, barczysty stary dziad – i brzdąkał na lirze; naokoło niego skupiło się półkolem ze trzydziestu rezunów. (…) Did uderzył silniej
w lirę, odchrząknął i począł śpiewać… (…) …pan Skrzetuski uznał, iż czas nadszedł, i wypalił w środek tłumu z pistoletu. (…)

Cichy bór napełnił się złowrogim wrzaskiem bitwy. (…) A dziad gruchnął w łeb lirą jednego z semenów, aż się przewrócił, drugiego złapał za rękę, by cięciu szablą przeszkodzić, i ryczał ze strachu jak bawół. Inni spostrzegłszy go biegli rozsiekać, aż przypadł
i pan Skrzetuski:
– Żywcem brać! żywcem brać! – krzyknął.
– Stój! – ryczał dziad – jam szlachcic przebrany! (…) …pan Skrzetuski w twarz mu spojrzał i krzyknął, aż się ściany parowu echem ozwały:
– Zagłoba!
I nagle rzucił się na niego jak dziki zwierz, wpił mu palce w ramiona, twarz przysunął do twarzy i trzęsąc nim jak gruszką wrzasnął:
– Gdzie kniaziówna, gdzie kniaziówna?
– Żyje! zdrowa! bezpieczna! – odkrzyknął dziad. (…)

Bitwa ustała – zgiełk uciszył się. (…)
– Gdzie ona jest? – spytał Zagłoby.
– W Barze.
– Bezpieczna?
– Zamek to potężny, żadnej inwazji się nie boi. Ona w opiece jest u pani Sławoszewskiej i u mniszek. (…)
– Mówże mnie waszmość o niej wszystko, co tylko wiesz – rzekł rycerz. – To tedy waszmość ją z rąk Bohunowych wyrwałeś?
– A ja, jeszczem mu łeb na odjezdnym obwiązał, by krzyczeć nie mógł.
– O, toś waszmość postąpił wybornie, jak mnie Bóg miły! Ale jakżeście się do Baru dostali?
– Ej, siła by mówić, i to podobno będzie innym razem… (…)
Pan Skrzetuski aż zaniemówił z radości. (…) Sam nie wiedział, co się z nim dzieje. (…)

Rozdział XXIX

Łatwo zrozumieć, jak przyjął książę relację, którą mu świtaniem pan Skrzetuski uczynił, o odmowie Osińskiego i Koryckiego. (…) Jeremi wsparł się rękoma o stół i twarz ukrył w dłonie. (…) Cierpienie to razem z trudami odbiło się na jego postaci. Wychudł znacznie, oczy mu wpadły, czarna jak skrzydło kruka czupryna siwieć poczęła. Ale jakiś wielki, tragiczny spokój rozlał się po jego twarzy, bo duma broniła mu zdradzić się z cierpieniem.
– Ha, niechże tak będzie! – rzekł. – Pokażemy tej niewdzięcznej ojczyźnie, iż nie tylko wojować, ale i zginąć dla niej potrafimy. (…)
– Mości książę – przerwał wojewoda kijowski… (…) Uwielbiam ja wojenny geniusz i rycerski animusz waszej książęcej mości,
ale przecie nie mogę brać za złe ani vice-rexowi, ani kanclerzowi, ani regimentarzom, że tę wojnę domową starają się układami zahamować, boć się to bratnia krew w niej leje, a z obopólnej zawziętości któż, jeśli nie zewnętrzny nieprzyjaciel, będzie korzystał?
Książę popatrzył długo w oczy wojewodzie i rzekł dobitnie:
– Zwyciężonym łaskę okażcie, to ją przyjmą z wdzięcznością i pamiętać będą; u zwycięzców w pogardę tylko pójdziecie. Bogdaj temu ludowi nikt nigdy krzywd nie był czynił! Ale gdy raz bunt rozgorzał, tedy nie układami, ale krwią gasić go trzeba. Inaczej hańba i zguba nam!… (…)

I znów nastała chwila milczenia, którą wkrótce przerwało rżenie koni i głosy trąbek obozowych. Chorągwie szykowały się
do pochodu. (…) Jeremi spojrzał… na Skrzetuskiego… (…)
– Wasza książęca mość, języka przywiozłem, bo między chłopstwem był przebrany szlachcic, który został żyw. Zaś innych puściłem, bo Bóg łaskę na mnie zesłał i pocieszenie. Karę chętnie poniosę. Ten szlachcic – to jest pan Zagłoba, któren mnie wieść o kniaziównie przyniósł.
Książę zbliżył się żywo do Skrzetuskiego.
– Żyje? zdrowa?
– Bogu najwyższemu chwała! Tak jest!
– I gdzie się schroniła?
– Jest w Barze.
– To potężna forteca. Mój chłopcze! – tu książę ręce w górę wyciągnął i wziąwszy głowę pana Skrzetuskiego ucałował go kilkakroć w czoło – raduję się twoją radością, bo cię jak syna kocham. (…)

Pan Jan raźno ku drzwiom ruszył, ale w tej chwili rozwarły się one nagle i ukazała się w nich płomienista głowa pana Wierszułła, któren z nadwornymi Tatary na daleki podjazd był posłany.
– Mości książę! – zawołał oddychając ciężko. – Połonne Krzywonos wziął, ludzi dziesięć tysięcy w pień wyciął, niewiast, dzieci. (…)
– Słyszysz wasza mość – rzekł książę zwracając się do wojewody – prowadźże układy z takim nieprzyjacielem, któren swoich nawet nie szczędzi!
Wojewoda sapnął i rzekł:
– O dusze pieskie! kiedy tak, niechże diabli porwą wszystko! Pójdę jeszcze z waszą książęcą mością!
– A toś mi brat! – rzekł książę. (…)
– Gdzie ruszą z Połonnego? nie wiadomo?
– Podobno pod Konstantynów.
– O na Boga! to pułki Osińskiego i Koryckiego są zgubione, bo z piechotą ujść nie zdążą. Trzeba urazy zapomnieć i w pomoc im ruszyć. Na koń! na koń!
Twarz książęca zajaśniała radością, a rumieniec oblał na nowo wychudłe policzki… (…)

Rozdział XXX

Wojska minęły Konstantynów i zatrzymały się Rosołowcach. (…) Większe i mniejsze podjazdy rozeszły się na wszystkie strony
z obozu. Książę zaś z kilku pułkami stanął we wsi i czekał. Aż wieczorem Tatarzy Wierszułła dali znać, iż od strony Konstantynowa zbliża się jakaś piechota. (…) Byli to Osiński i Korycki. Ujrzawszy Wiśniowieckiego, a przy nim wspaniałą świtę rycerstwa, zmieszali się bardzo, niepewni przyjęcia, i skłoniwszy się nisko czekali w milczeniu, co powie.
– Fortuna kołem się toczy i pysznych poniża – rzekł książę. – Nie chcieliście waszmościowie przyjść na zaprosiny nasze, teraz zaś sami przychodzicie. (…)
– Duszą całą chcieliśmy pod waszą książęcą mością służyć, ale zakaz był wyraźny. (…)
– To książę Dominik rozkaz odwołał? – pytał książę.
– Rozkaz nie został odwołany – rzekł Osiński – ale już nas nie obowiązuje, gdyż jedyny ratunek i ocalenie wojsk naszych w łasce waszej książęcej mości, pod którego komendą odtąd żyć, służyć i umierać chcemy. (…)
– Dziękuję za rezolucję waszmościów, a usługi przyjmuję. Wiem, iż żołnierz słuchać musi, i jeślim po waściów posyłał, to dlatego, żem o zakazie nie wiedział. (…)

Dalszą rozmowę przerwali nowi goście, nadbiegli z doniesieniem, iż jeszcze jakieś wojsko do obozu się zbliża. (…) Pokazało się,
iż był to pan strażnik koronny Samuel Łaszcz… (…) Był to tedy szczęśliwy dzień. Wczoraj jeszcze książę, zagrożony odejściem wojewody kijowskiego, już był postanowił wojnę aż do chwili przybytku sił zawiesić i do spokojniejszego kraju się na czas jakiś uchylić – dziś stał znów na czele blisko dwunastotysięcznej armii, a choć Krzywonos pięć razy tyle liczył, jednak ze względu,
iż większość wojsk zbuntowanych składała się z czerni, obie siły za równe poczytywane być mogły. (…) Krzywonosowi nazajutrz postanowiono wydać bitwę, a gdyby nie nadszedł, tedy mieli iść ku niemu w odwiedziny. Noc zapadła już głęboka… (…) Wszyscy odgadli jutrzejszą bitwę i gotowali się do niej gwarząc po staremu, śpiewając i wielkie sobie rozkosze obiecując. (…) A wtem zabrzmiały ciche trąbki alarmowe; jednocześnie stary Zaćwilichowski pojawił się nagle między rycerstwem.
– Mości panowie! – rzekł – przyszły podjazdy z wieściami. Nieprzyjaciel w oczach! zaraz ruszamy! Do chorągwi! do chorągwi!…
Oficerowie ruszyli co prędzej do swoich pułków. (…)

Szli naprzód Tatarzy Wierszułła, za nimi Kozacy Poniatowskiego, potem dragonia, armaty Wurcla, a piechoty i husarie na ostatku. (…) …wody Wiszowatego Stawu, oddzielone od Słuczy długą groblą, zabłysły w oddaleniu. Wojska zatrzymały się naraz na całej linii. (…)
– Husaria na prawe skrzydło! – rozległ się głos służbowego, który od księcia przypadł do pana Jana. Rozwidniło się zupełnie. Łuna zbladła w blaskach wschodzącego słońca, złociste promienie odbiły się w ostrzach husarskich kopii i zdało się, że nad rycerzami płoną tysiące świec. (…) Nareszcie brzeg po drugiej stronie grobli zaczernił się, jak okiem sięgnąć, chmarami kozactwa; pułki płynęły za pułkami, konni Zaporożcy zbrojni w długie spisy, pieszy lud z samopałami i fale chłopstwa zbrojnego w kosy, cepy
i widły. (…) Dwie przeciwne potęgi patrzyły czas jakiś na się w milczeniu. (…) Odległość między dwoma oddziałami zaczęła się zmniejszać gwałtownie. (…)

Rozdział XXXI

Ale wojownicy zbliżywszy się do siebie zatrzymali konie i poczęli naprzód się lżyć wzajemnie. (…)
– U kniazia dwie synowice! Powiedzcie mu, żeby je Krzywonosowi przysłał…
Panu Wołodyjowskiemu aż pociemniało w oczach z wściekłości, gdy to bluźnierstwo usłyszał, i w tejże chwili wypuścił konia
na Zaporożca. (…) …w drugi złożeniu bluźnierca padł na ziemię jak gromem rażony… (…) …nagle pan Skrzetuski w ręce klasnął, aż zadźwięczały karwasze, i wykrzyknął:
– Wierszułł zginął! padł razem z koniem… patrzcie: siedział na tym białym!
Ale Wierszułł nie zginął, chociaż istotnie padł razem z koniem, bo przewrócił obydwóch olbrzymi Pułjan, dawny Kozak księcia Jeremiego, dziś drugi po Krzywonosie dowódca. (…) Inni cofnęli się przerażeni, co widząc pan Longinus zwrócił ku niemu swoją inflancką kobyłę. (…) I szczepili się tak, jako dwa niedźwiedzie, gdy o samicę w czasie rui walczą; owinęli się wkoło siebie jak dwie sosny, które z jednego pnia wyrósłszy, wzajemnie się okręcą i prawie jedno drzewo utworzą. (…) Nagle milczenie przerwał głuchy przyduszony głos: – Puskaj…
– Nie... braciaszku!… – odpowiedział drugi głos. Jeszcze chwila: wtem chrobotnęło coś okropnie, dał się słyszeć jęk jakby
z podziemia; fala czarnej krwi buchnęła z ust Pułjana i głowa mu zwisła na ramię. (…)

Tymczasem ruszyły Krzywonosowe pułki jakby nieprzejrzane okiem stada szpaków i siewek. Szła naprzód czerń, za nią sforna piechota zaporoska i sotnie konne, i ochotnicy Tatarowie, i artyleria kozacka, a wszystko bez wielkiego ładu. Pchali się jedni przez drugich, szli „na głowę” pragnąc liczbą niezmierną sforsować groblę, a potem zalać i pokryć wojsko książęce. (…) Tymczasem, jakby wbrew jego słowom, doszli już do połowy grobli i zatrzymali się zdziwieni i zaniepokojeni milczeniem wojsk książęcych. Ale właśnie w tej chwili zrobił się ruch między tymi wojskami – i cofnęły się zostawiając między sobą a groblą obszerne puste półkole, które miało być polem walki. Po czym piechoty Koryckiego rozstąpiły się odsłaniając zwrócone ku grobli paszcze armat Wurcla, a w kącie utworzonym przez Słucz i groblę połyskiwały w nadbrzeżnych zaroślach muszkiety Niemców Osińskiego. (…) Tylko tak szalony watażka, jak Krzywonos, mógł porywać się na bitwę w takich warunkach… …książę umyślnie postanowił puścić część jego sił za groblę, by ją otoczyć i zetrzeć. (…) Więc praktycy wojenni patrzyli ze zdumieniem na czyn Krzywonosa, którego nic nie zmuszało do tak szalonego kroku. (…) Tymczasem fale czerni dosięgły końca grobli, na koniec przeszły ją i rozlały się po owym półkolu zostawionym przez wojska Jeremiego. Ale w tejże chwili ukryta piechota Osińskiego dała im w bok ognia; z armat Wurcla wykwitły długie smugi dymu, ziemia zatrzęsła się od huku i bitwa rozpoczęła się na całej linii. (…)

Gdy husaria ruszyła naprzód, pan Zagłoba, choć oddech miał krótki i tłoku nie lubił, skoczył przecie z innymi, bo zresztą
i nie mógł inaczej uczynić bez narażenia się na stratowanie. Leciał tedy przymknąwszy oczy, a w głowie latały mu
z błyskawicową szybkością myśli: „Na nic fortele! na nic fortele! głupi wygrywa, mądry ginie!” (…) …nagle uderzył się o coś koniem, poczuł opór, więc otworzył oczy – i cóż ujrzał: oto kosy, szable, cepy, mnóstwo rozpalonych twarzy, oczu, wąsów…
a wszystko to niewyraźne, nie wiadomo czyje, wszystko drgające, skaczące, wściekłe. Wtedy porwała go ostatnia pasja na tych nieprzyjaciół, że nie uciekli do diabła, że leźli w oczy i że zmuszali go do bitwy. „Chcecie, to macie!” – pomyślał i począł ciąć ślepo na wszystkie strony. (…) Nagle pan Zagłoba poczuł, że koń poczyna się pod nim rozpierać, a jednocześnie spadło nań coś ciężkiego i obwinęło mu całą głowę, tak iż otoczyła go ciemność zupełna. – Mości panowie! ratujcie! – krzyknął bijąc piętami konia. (…) Milczenie. Wtedy Zagłoba porwał obu rękoma za ową zasłonę obwijającą mu głowę i zerwał ją w mgnieniu oka.
Co to jest? (…) Ujrzawszy to wszystko i zrozumiawszy dokładnie mąż ów oprzytomniał zupełnie.
– Aha! – rzekł – zdobyłem chorągiew. (…)

Pogrom stał się straszliwy i powszechny, ale najstraszliwszy na grobli. Wszystkie oddziały, które ją przeszły, zostały starte
w owym półkolu utworzonym przez wojsko książęce. Te, które jeszcze nie przeszły, ginęły pod nieustającym ogniem armat Wurcla i salwami piechoty niemieckiej. Nie mogły iść naprzód ani w tył, gdyż Krzywonos wganiał coraz nowe pułki, które pchając się, prąc idących przed sobą, zaparły jedyną drogę ucieczki. Rzekłbyś: Krzywonos zaprzysiągł sobie wygubić własnych ludzi, którzy staczali się, dusili, bili się pomiędzy sobą, padali, wskakiwali w wodę po obu stronach – i tonęli. (…) W tych krwawych zapasach upływały całe godziny. Krzywonos, wściekły, spieniony, jeszcze nie dawał za wygraną i rzucał tysiące mołojców
w paszczę śmierci. Po drugiej zaś stronie Jeremi, ubrany w srebrne blachy, stał konno na wysokiej mogile zwanej za owych czasów Krużą Mogiłą – i patrzył. (…) Bitwa kończyła się, a kończyła dlatego, iż rozżarte zgraje opadły w końcu Krzywonosa wołając z rozpaczą i wściekłością:
– Zdrajco! wygubisz nas! Psie krwawy! Sami cię zwiążem i Jaremie wydamy, a tak życie okupimy. Na pohybel tobie, nie nam! (…)
A tymczasem w przeciwnym obozie rzucano zdobyte chorągwie pod nogi strasznego księcia. Każdy ze zdobywców ciskał swoją, tak iż utworzył się z nich stos niemały, było bowiem wszystkich czterdzieści. A gdy z kolei przechodził pan Zagłoba, zwalił swoją
z taką mocą i hukiem, że aż ratyszcze pękło, co widząc książę zatrzymał go i pytał:
– A waść to własnymi rękami zdobyłeś ów znak?
– Do usług waszej książęcej mości!
– Widzę tedy, żeś nie tylko Ulisses, lecz i Achilles.
– Prosty ja żołnierz, jeno pod Aleksandrem Macedońskim służę. (…)

Noc zapadła. Po obu stronach rzeki i stawu zapłonęły tysiące ognisk i dymy jako kolumny wzniosły się ku niebu. Strudzony żołnierz krzepił się jadłem, gorzałką lub ducha sobie do jutrzejszej bitwy dodawał opowiadając czyny dzisiejszej. (…) Wkrótce też ogniska poczęły gasnąć jedne po drugich. Obóz obwijała ciemność i tylko księżyc rzucał nań srebrne blaski, którymi rozświecał coraz to nowe grupy śpiących. (…) Ale sen nie na długo skleił ciężkie powieki żołnierzy. Zaledwie pierwszy brzask zabielił cienie nocy, gdy we wszystkich końcach obozu zabrzmiały trąbki na „wstawaj”! W godzinę potem książę ku wielkiemu zdziwieniu rycerstwa cofał się na całej linii. (…)

Rozdział XXXII

Ale było to cofanie się lwa, który potrzebuje miejsca do skoku. Książę umyślnie puścił Krzywonosa za przeprawę, by tym większą zadać mu klęskę. (…) Czerń już po dwakroć porywała Krzywonosa chcąc go księciu wydać i zaledwie obietnicą natychmiastowego powrotu do Chmielnickiego zdołał się z jej rąk uratować. Uciekał też z pozostałą połową taboru, zdziesiątkowany, zbity, zrozpaczony, i nie oparł się aż w Machnówce, dokąd nadszedłszy Chmielnicki kazał go w chwili pierwszego gniewu za szyję
do armaty na łańcuchu przykuć. I dopiero gdy pierwszy gniew minął, wspomniał hetman zaporoski, że przecie nieszczęsny Krzywonos cały Wołyń krwią oblał, że Połonne zdobył, tysiące dusz szlacheckich na tamten świat wysłał, a ciała zostawił
bez pogrzebu, i wszędy był zwycięski, dopóki się z Jeremim nie spotkał. Za te zasługi ulitował się nad nim hetman zaporoski
i nie tylko od armaty go zaraz kazał odczepić, ale do dowództwa go przywrócił i na Podole na nowe zdobycze i rzezie wysłał.
A tymczasem książę ogłosił swemu wojsku tyle pożądany wypoczynek. W ostatniej bitwie poniosło też i ono znaczne straty, zwłaszcza przy szturmach jazdy na tabor, zza którego bronili się Kozacy równie zacięcie, jak zręcznie. Poległo wówczas
do pięciuset żołnierza. (…)

…książę pana Skrzetuskiego na czele kilku chorągwi aż pod Zasław wysłał, by tam zebrane kupy czerni wydusił. (…) …przez pięć dni palił i ścinał, póki okolicy nie oczyścił. Na koniec i ludzie strudzili się już bardzo nieustanną walką, dalekimi pochodami, zasadzkami, czuwaniem, postanowił więc wracać do księcia, o którym miał wiadomość, że do Tarnopola się udał. Wigilią powrotu, zatrzymawszy się w Suchorzyńcach nad Chomorem, rozłożył pan Jan chorągwie po wsi, a sam stanął na nocleg w chacie chłopskiej, ponieważ zaś wielce był niewywczasem i pracą wyczerpany, zasnął zaraz i spał kamiennym snem całą noc.
Nad ranem, wpół senny jeszcze, wpół przebudzony, jął majaczyć i marzyć. (…) Wszakże ciągle jeszcze myślał, że to senna mara broi, więc przymknął na nowo oczy. Po chwili otworzył je. Rzędzian siedział… pod oknem.
– Rzędzian! – krzyknął pan Jan – tyżeś to, czyli twój duch? (…)
– O dla Boga! czego to jegomość tak krzyczy? Zaś tam jaki duch! Żyw jestem i zdrowy. (…)
– Kiedyżeś przyjechał?
– A dziś w nocy. (…)
– Skądeś przyjechał?
– A z Huszczy. (…)
– Mniejsza z tym! Prawże dalej, coć spotkało.

– Bóg tedy dał korzyść między rozbójnikami. Jeno tym się trapiłem, żem nie wiedział, co się z jegomością dzieje, i tym, że Bohun pannę zagarnął. Aż tu dają znać, że on w Czerkasach leży, ledwie żyje, bo przez kniaziów poszczerbion. Tak ja do Czerkas: jak to jegomość wie, że umiem plaster przyłożyć i rany opatrzyć. A już mnie z tego znali. Tak mnie tam Doniec pułkownik wysłał i sam ze mną pojechał, bym onego zbója opatrywał. Dopieroż mi ciężar z serca spadł, bom się dowiedział, że nasza panna uszła z onym szlachcicem. Poszedłem tedy do Bohuna. (…) A on w gorączce leżał, więc z początku nie poznał. Później zaś poznał i mówi mi: „Tyś z listem do Rozłogów jechał?” Rzeknę: „Ja”. A on znowu: „Tom ja ciebie w Czehrynie rozszczepił?” „Tak jest”. (…)
– Długo chorował?
– Długo, długo, bo zrazu mu się rany goiły, potem się zaś otwierały, gdyż się z początku nie zaszanował. (…) Nieraz pyta mnie: „Czym ja tobie nagrodzę?” To ja: „Czym waszmość będziesz chciał”. I nie mogę się skarżyć, opatrzył mnie hojnie, a ja
też wziąłem, bo myślę sobie: po co ma w zbójeckich rękach zostawać? (…) Dziwny to jest człek i trzeba przyznać, że ma wcale szlachecką fantazję. A tę pannę to on miłuje! miłuje! mocny Boże! Jak tylko trochę ozdrowiał, przychodziła do niego Dońcówna, żeby mu to wróżyć. I wróżyła, ale nic dobrego. (…) Ale czemu to jegomość do Baru na Tarnopol jedzie? Wżdyć to nie po drodze.
– Bo muszę chorągwie odprowadzić.
– Rozumiem, mój jegomość. (…)

Rozdział XXXIII

Jechał więc pan Skrzetuski na czele chorągwi książęcych do Zbaraża, nie do Tarnopola, bo przyszedł nowy ordynans, że tam
ma iść, a po drodze opowiadał wiernemu pacholikowi swoje własne przygody, jako w niewolę na Siczy był pojman, jako długo
w niej przebył i ile przecierpiał, zanim go Chmielnicki wypuścił. (…) …szli śpiesznymi pochodami ku Zbarażowi, do którego w pięć dni od wyruszenia z Suchorzyniec dojechali. W Zbarażu zjazd był wielki. Książę Jeremi zatrzymał się tam z całym wojskiem,
a prócz tego zjechało się żołnierstwa i szlachty niemało. (…) Imię strasznego księcia rozbłysło słonecznym blaskiem sławy – było na wszystkich ustach, we wszystkich sercach, a z tym imieniem w parze rozlegało się od brzegów Bałtyku aż po Dzikie Pola złowrogie słowo: Wojna! (…) I wojna leżała w sile rzeczy. Rozbójniczy ruch Zaporoża i ludowe powstanie ukraińskiej czerni potrzebowały jakichś wyższych haseł niż rzeź i rozbój, niż walka z pańszczyzną i z magnackimi latyfundiami. Zrozumiał to dobrze Chmielnicki i korzystając z tlejących rozdrażnień, z obopólnych nadużyć i ucisków, jakich nigdy w onych surowych czasach
nie brakło, socjalną walkę zmienił w religijną, rozniecił fanatyzm ludowy i zaraz w początkach przepaść między oboma obozami wykopał – przepaść, którą nie pergaminy i układy, ale krew tylko mogła wypełnić. (…) Pominięty a zapomniany umyślnie Jeremi siłą rzeczy stawał się hetmanem i naczelnym wodzem całej potęgi Rzeczypospolitej. Szlachta i wojsko oddane mu duszą i ciałem czekało tylko jego skinienia. Władza, wojna, pokój, przyszłość Rzeczypospolitej spoczęły w jego ręku. I rósł jeszcze z każdym dniem, bo każdego dnia nowe waliły do niego chorągwie, i tak zolbrzymiał, że cień jego począł padać nie tylko na kanclerza
i regimentarzy, ale na senat, na Warszawę i całą Rzeczpospolitą. (…) Żołnierze z krzykiem garnęli się do niego, padali przed nim na kolana wołając: „Witaj, wodzu niezwyciężony! Herkulesie słowieński! do gardła stać przy tobie będziem!” – on zaś odpowiadał: „Czołem waszmościom! Na Chrystusowym my wszyscy ordynansie, a moja szarża za niska, bym był szafarzem krwi waszmościów!” (…)

Tymczasem przyjechał Skrzetuski i zaraz wpadł jak w wir, jak w ukrop jaki. Chciało się też i jemu odpoczynku w kole towarzyszów posmakować, ale jeszcze bardziej chciało mu się do Baru, do kochanej jechać i wszystkich zgryzot dawnych, wszystkich obaw i utrapień w jej słodkim objęciu zapomnieć. Więc nie zwłócząc, do księcia szedł, by zdać sprawę z wyprawy
pod Zasław i pozwolenie na wyjazd uzyskać. (…) Zapytany o zdrowie odrzekł krótko i sucho, że jest zdrowy, rycerz zaś dłużej pytać nie śmiał; więc zdawszy sprawę z podjazdu zaraz jął prosić, by mógł na dwa miesiące chorągiew opuścić, dopóki by się
nie ożenił i żony do Skrzetuszewa nie odwiózł. Na to książę jakby się ze snu obudził. (…)
– Koniec więc twojej męki. Jedź, jedź, niech cię błogosławi Bóg. Sam bym chciał być na twoim weselu, bom to i Kurcewiczównie, jako córce Wasyla, i tobie, jako przyjacielowi, powinien, ale w tych czasach już mi to niepodobieństwo się ruszyć. Kiedy chcesz jechać?
– Wasza książęca mość, choćby dziś!
– To jedź jutro. Nie możesz sam jechać. Dam ci trzystu Wierszułłowych Tatarów, abyś zaś ją bezpiecznie odprowadził. (…)
Rycerz już klęczał i obejmował kolana ukochanego wodza, której jeszcze powtórzył kilkakrotnie:
– Niech ci Bóg szczęści! niech ci Bóg szczęści! No, przyjdź jeszcze jutro. (…)

Straże na zamku zbaraskim obwoływały północ, a Jeremi ciągle jeszcze rozmawiał z Bogiem i z własną duszą wyniosłą. Rozum, sumienie, miłość dla ojczyzny, duma, poczucie własnej siły i wielkich przeznaczeń zmieniły się w jego piersi w zapaśników i wiodły ze sobą bój zacięty, od którego pękała pierś, pękała głowa i ból targał wszystkie jego członki. (…) Tak jest! – Dzieckiem byłby książę, nie mężem, gdyby tego nie uczynił, gdyby dla jakich bądź powodów przed głosem tych przeznaczeń się cofał. Oto czuje już pewien spokój, który widocznie na niego zlał Chrystus miłosierny – niechże będzie za to pochwalon! – Już myśli trzeźwiej, lżej i oczyma duszy położenie ojczyzny i wszystkich spraw jasno ogarnia. (…) Różana jutrznia wstała już na niebie, a potem przyszło złote słońce i oświeciło salę. W gzymsach począł się świergot wróbli i jaskółek. Kniaź wstał i poszedł zbudzić pacholika Żeleńskiego śpiącego z drugiej strony drzwi.
– Biegaj – rzekł mu – do ordynansowych i każ im zwołać tu do mnie pułkowników, którzy stoją w zamku i w mieście,
tak kwarcianych, jak i z pospolitego ruszenia.
We dwie godziny później sala poczęła się napełniać wąsatymi i brodatymi postaciami wojowników. (…) Wtem umilkło wszystko. Książę wszedł. (…)
– Mości panowie – rzekł. – Dzisiejszej nocy rozmawiałem z Bogiem i własnym sumieniem, co mnie uczynić należy: oznajmuję przeto waszmościom, a wy oznajmijcie całemu rycerstwu, iż dla dobra ojczyzny i zgody potrzebnej w czasach klęski poddaję się pod komendę regimentarzów.
Głuche milczenie zapanowało w zgromadzeniu.

W południe tegoż dnia, na podwórcu zamkowym stało trzystu Wierszułłowych Tatarów, gotowych do drogi z panem Skrzetuskim, a na zamku książę wyprawiał obiad starszyźnie wojskowej, który zarazem miał być pożegnalną ucztą dla naszego rycerza. (…) Wtem w progu sali ukazało się jakieś posępne widmo okryte kurzem – i na widok stołu, uczty i rozpromienionych twarzy zatrzymało się we drzwiach, jakby wahając się, czy wejść dalej. Książę dostrzegł je pierwszy, brwi zmarszczył, oczy przesłonił
i rzekł:
– A kto tam? A! to Kuszel! Z podjazdu! Co słychać? jakie nowiny?
– Bardzo złe, mości książę – rzekł dziwnym głosem młody oficer. (…)
– Co się stało? Mów!
– Bar… wzięty! (…)

********************************************************************************************************
TOM II

********************************************************************************************************

Rozdział I

Pewnej pogodnej nocy, na prawym brzegu Waładynki posuwał się w kierunku Dniestru orszak jeźdźców złożony z kilkunastu ludzi. (…) …w środku karawany idące obok siebie dwa konie dźwigały przywiązaną do siodełek kołyskę, w kołysce zaś leżała jakaś postać. (…) Za kołyską jechało dziesięciu zbrojnych. Po spisach bez proporców można w nich było poznać Kozaków. (…) Ciszę przerywały tylko uderzenia kopyt końskich i wołanie jednego z dwóch jadących na przedzie jeźdźców, który od czasu
do czasu powtarzał swą przestrogę:
– Pomału! ostrożnie!
Na koniec zwrócił się do swego towarzysza.
– Horpyna, daleko jeszcze? – spytał. Towarzysz, którego zwano Horpyną, a który w istocie był przebraną po kozacku olbrzymią dziewką, popatrzył w gwiaździste niebo i odrzekł:
– Niedaleko. Będziemy przed północą. (…) Kozak zatrząsł się na siodle i utkwił w czarownicy swe świecące w ciemności oczy. (…) Po czym oczy jego gasły stopniowo, popadł znów w zamyślenie, na koniec począł mówić, jakby sam do siebie:
– Nie, nie! Kiedy my Bar brali, ja pierwszy wpadł do klasztoru, by jej przed pijanicami bronić i łeb strzaskać każdemu, kto by jej się dotknął, a ona się nożem pchnęła i teraz o Bożym świecie nie wie. Dotknę jej ręką, to się znów pchnie albo do rzeki skoczy,
nie upilnujesz, nieszczęsny! (…) Ja by duszę za nią oddał, sławę kozacką oddał, uciekłby za Jahorlik hen! od pułków za świat,
aby z nią, z nią żyć, przy niej zdychać… Ot, co! A ona się nożem pchnęła. I przez kogo? przeze mnie! Nożem się pchnęła!…
– Nic jej nie będzie. Nie umrze. (…)

Na koniec Horpyna rzekła:
– Tu Wraże Uroczyszcze. Trzeba razem jechać.
– Czemu?
– Tu niedobrze. (…)
Jakoż zaledwie orszak wspiął się do połowy wysokości wzgórza, trwający dotychczas lekki powiew zmienił się w prawdziwy wicher… (…) Całe wzgórze poczęło się ożywiać, wołać różnymi głosami. Zza kamieni zdawały się wyglądać wysokie, ciemne postacie; cienie dziwacznych kształtów prześlizgiwały się cicho między głazami; w dali w pomroce błyskały jakieś światełka podobne do oczu wilczych… (…) Konie poczęły tulić uszy i chrapać. (…) Dopiero, gdy przybyli na drugi koniec wzgórza, odwróciła się i rzekła:
– No, już. Tu już dobrze. (…)
Jakoż wkrótce dały się słyszeć szczekania psów. (…) Tymczasem zza drzew ukazała się chata, za nią stajnia, dalej zaś i wyżej jeszcze jedna ciemna budowla. (…)
– To moja sadyba – rzekła do Bohuna Horpyna… (…) Orszak zatrzymał się… (…) Kozacy zsiadłszy z koni poczęli odwiązywać ostrożnie kołyskę. (…) Kniaziówna, napojona przez Horpynę odwarem ziół usypiających, nie rozbudziła się wcale, tylko powieki drgały jej cokolwiek od światła łuczywa. (…) Bohun patrzył na nią i zdawało mu się, że serce chyba mu rozsadzi zebra
w piersiach. – Myłeńka moja, zazula moja!…

Noc upływała i księżyc zdjął już swoje białe światło z wierzchołków skał, a w świetlicy słychać jeszcze było przytłumione stukanie młotów. Prosta izba stawała się coraz podobniejsza do komnaty. Na koniec, gdy już ściany były obwieszone, a tok wymoszczony, przyniesiono na powrót senną kniaziównę i złożono ją na miękkich wezgłowiach. Potem uciszyło się wszystko. (…)

Rozdział II

Słońce było już wysoko na niebie, gdy nazajutrz dzień kniaziówna otworzyła ze snu oczy.
Wzrok jej padł naprzód na pułap i zatrzymał się na nim długo, po czym obiegł cała komnatę. Wracająca przytomność walczyła jeszcze w dziewczynie z resztkami snu i marzeń. (…) Kniaziówna podniosła się na łożu, …, oczy jej otwierały się coraz szerzej
z przerażenia; wreszcie krzyknęła strasznie i rzuciła się jak martwa na poduszki. (…) …krzyk jej przedostał się widocznie również przez ściany świetlicy, bo po chwili ciężka kotara zaszeleściła i sam watażka ukazał się w progu. (…)
– Nie bój się, kniaziówno!
– Gdziem jest? gdziem jest? – pytała poglądając na niego przez palce.
– W bezpiecznym miejscu, daleko od wojny. Nie bój się, duszo ty moja miła. (…)
– Ja się waćpana boję okrutnie.
– I czemu się boisz? Jeśli każesz, ode drzwi się nie ruszę: ja rab twój. Mnie tu na progu siedzieć i w oczy ci patrzyć. Ja ci zła
nie chcę: za co ty mnie nienawidzisz? (…)
– Wróć mnie wolność! – rzekła dziewczyna.
– Albo ty w niewoli? Ty tu pani. I gdzie chcesz wracać? Kurcewiczowie wyginęli, ogień pożarł wsie i grody, kniazia w Łubniach
nie ma, idzie on na Chmielnickiego, a Chmielnicki na niego, wszędy wojna, krew się leje, wszędy pełno Kozaków i ordyńców,
i żołnierstwa. (…)

Kniaziówna oczy ku górze wzniosła, bo wspomniała, że przecie jest ktoś na świecie, kto by przygarnął i użalił się, i obronił –
ale nie chciała wymówić jego nazwiska, by lwa srogiego nie drażnić – jednocześnie zaś głęboki smutek ścisnął jej serce. (…) Wieści o nim mogły ją teraz dochodzić tylko przez Bohuna, którego pytać nie chciała i nie śmiała. (…) Kniaziówna podniosła się
na poduszkach, bardzo blada – ale jej słodka, przecudna twarz wyrażała taką niezłomną wolę, dumę i siłę, że ta gołąbka podobniejszą była w tej chwili do orlęcia.
– Jeśli waćpan mej odpowiedzi czekasz – rzekła – to wiedz, iż choćbym miała wiek w twojej niewoli przejęczeć, nigdy, nigdy cię nie pokocham, tak mi dopomóż Bóg. (…)

Rozdział III

Rankiem w dwa dni później Dońcówna z Bohunem siedzieli pod wierzbą wedle młyńskiego koła i patrzyli na pieniącą się na nim wodę.
– Będziesz jej pilnowała, będziesz jej strzegła, oka z niej nie spuścisz, żeby nigdy z jaru nie wychodziła! – mówił Bohun.
– U jaru ku rzece wąska szyja, a tu miejsca dosyć. Każ szyję kamieniami zasypać, a będziem tu jak w garnku na dnie; jak mnie będzie trzeba, to sobie wyjście znajdę. (…) A kiedy wrócisz?
– Ne znaju. Będzie wielka bitwa, jakiej jeszcze nie bywało. Albo nam śmierć albo Lachom. (…) Pójdę ja teraz do mołojców,
żeby konie do drogi gotowali. W nocy ruszymy. (…)
To rzekłszy Bohun poszedł do stajni, do mołojców – a Horpyna jedzenie warzyć. Wieczorem konie były gotowe do drogi,
ale watażce nie sporo było odjeżdżać. (…) Czas upływa, sprzed chaty dochodzi szmer rozmów mołojców, którzy pewnie już
na kulbakach siedzą i na atamana czekają, a ataman w męce. (…)

Wtem koń zarżał za oknem. Watażka zebrał odwagę.
– Kniaziówno – rzekł – już mnie czas w drogę.
Helena milczała.
– A ty mnie nie powiesz: z Bogiem?
– Jedź waćpan z Bogiem! – rzekła poważnie. (…)
– Żal cię tu samą zostawić – mówił Bohun – żal odjeżdżać, ale mus. Lżej by było, żeby ty się uśmiechnęła, żeby krzyżyk
ze szczerego serca dała. Co ja mam uczynić, żeby cię przejednać?
– Wróć mi wolność, a Bóg ci wszystko odpuści i ja ci odpuszczę i błogosławić ci będę. (…)
I wyciągnęła ku niemu rękę. Bohun skoczył i wpił w nią wargi – nagle podniósł głowę, napotkał jej wzrok poważny – i rękę puścił. Natomiast cofając się ku drzwiom bił pokłony w pas, po kozacku, bił jeszcze we drzwiach, i wreszcie zniknął za kotarą. (…)

Rozdział IV

– Cud jawny już Pan Bóg raz nad nią okazał – mówił pan Zagłoba do Wołodyjowskiego i Podbipięty siedząc w kwaterze Skrzetuskiego. – Cud jawny, mówię, że mi ją pozwolił z tych rąk sobaczych wyrwać i przez całą drogę ustrzec; ufajmy,
że się jeszcze nad nią i nad nami zmiłuje. Byle tylko żywa była. A tal mi coś szepce, że on ją znowu porwał. (…)
– Waćpan tak w fortele obfity, wymyślże co – rzekł pan Podbipięta.
– Siła mnie już sposobów przez głowę przechodziło. Żeby choć połowę takich miał książę Dominik, to by już Chmielnicki, wypatroszony, za zadnie nogi na szubienicy wisiał. Mówiłem już o tym i ze Skrzetuskim, ale z nim się teraz nie można niczego dogadać. Boleść się w nim zapiekła i nurtuje go gorzej choroby. Wy jego pilnujcie, żeby mu się rozum nie pomieszał. (…)

– Może też ludzie nasi wysłani się dowiedzą. Jeśli tylko książę pozwoli, wybiorę pewnych i wyślę choćby jutro.
– Książę pozwoli, ale czy się dowiedzą, wątpię. Posłuchajcie, waszmościowie: przychodzi mnie do głowy i drugi sposób, oto, abyśmy zamiast ludzi wysyłać albo języków łapać, sami poprzebierali się po chłopsku i ruszyli nie mieszkając.
– O, nie może to być! – zakrzyknął pan Wołodyjowski.
– Czemu nie może być? (…)
– (…) Choćby ojciec i matka konali, to towarzysz ci nie pójdzie wtedy permisji odjazdu prosić, bo przed bitwą to jest największy dyshonor, jakiego się żołnierz dopuścić może. Po bitwie walnej, gdy nieprzyjaciel rozproszon, można, ale nie przedtem. I uważ waść: Skrzetuskiemu pierwszemu chciało się zrywać i lecieć, i ratować, a ani pary nie puścił. Reputację on już ma, książę go kocha, a ani się odezwał, bo swój obowiązek zna. To jest, widzisz waszmość, służba publiczna, a tamto prywatna. (…) Cóż waćpan myślisz, teraz tu najważniejsze sprawy się ważą, całego narodu tyczące, żeby on się czyjąś prywatą zajmował? A choćby też,
co jest niepodobne, nie proszony permisję dał, tedy, jak Bóg na niebie, nikt by z nas teraz z obozu nie wyruszył, bo i my też pierwsze służby ojczyźnie nieszczęsnej, nie sobie powinni. (…)

W tej chwili drzwi się otworzyły i wszedł Skrzetuski. Rysy jego, rzekłbyś: boleść z kamienia wykowała, taki bił od nich chłód
i spokój (…) W izbie zapanowało milczenie przerywane tylko westchnieniami pana Longina. Tymczasem mały Wołodyjowski zbliżył się do Skrzetuskiego i trącił go w ramię.
– Skąd wracasz? – rzekł.
– Od księcia.
– I co?
– Wychodzę na noc podjazdem.
– Daleko?
– Aż pod Jarmolińce, jeśli będzie wolna droga.
Wołodyjowski spojrzał na Zagłobę i zrozumieli się od razu.
– To ku Barowi? – mruknął Zagłoba.
– Pójdziemy z tobą.
– Musisz iść po permisję i spytać, jeśli książę innej ci roboty nie przeznaczył.
– To chodźmy razem. Mam też i o coś innego spytać.
– I my z wami – rzekł Zagłoba. Wstali i poszli. (…) Pan Wołodyjowski musiał dość długo czekać, nim wraz z panem Podbipiętą przed obliczem pańskim stanąć mogli, ale za to książę od razu pozwolił i samym jechać, i dragonów Rusinów kilku wysłać, którzy by, zmyśliwszy ucieczkę z obozu, poszli do Bohunowych Kozaków i tam się o kniaziównę wypytywali. (…)
– I cóż? – spytał go Skrzetuski.
– Jadę z tobą, jeno wpierw muszę pójść do swojej chorągwi, bo mam kilku ludzi gdzieś wysłać.
– Chodźmy razem. Wyszli… (…)

Niedaleko namiotów chorągwi dragońskiej Wołodyjowskiego spotkali pana Łaszcza idącego, a raczej taczającego się na czele kilkunastu szlachty, gdyż i on, i towarzysze byli zupełnie pijani. Na ten widok pan Zagłoba westchnął. (…) Ale od wieści o wzięciu Baru pan Zagłoba sposępniał, stracił humor, werwę i więcej pana strażnika nie odwiedzał. Myślał nawet pan Łaszcz, że gdzieś
od wojska ów jowialny szlachcic odjechał, gdy nagle zobaczył go teraz przed sobą. Wyciągnął tedy do niego rękę i rzekł:
– Witamże waćpana. Czemu to do mnie nie zajdziesz? co porabiasz?
– Panu Skrzetuskiemu towarzyszę – odparł posępnie szlachcic. Pan strażnik nie lubił Skrzetuskiego za powagę i przezywał go sensatem, zaś o nieszczęściu jego wiedział doskonale, bo był obecny na owej uczcie w Zbarażu, w czasie której wieść przyszła
o wzięciu Baru. Ale jako z natury człek wyuzdany, a do tego w tej chwili spity, nie uszanował boleści ludzkiej i chwyciwszy porucznika za guz od żupana, spytał: (…)
– A gładka była? co? Brwi porucznika zmarszczyły się.
– Tedy powiem waszmości panu, że bolączki lepiej by nie tykać.
– Nie tykać?... Nie bój się. Jeśli była gładka, to żyje.
Twarz Skrzetuskiego powlokła się śmiertelną bladością, ale się pohamował i rzekł:
– Mości panie… bym nie zapomniał, z kim mówię…
Łaszcz wytrzeszczył oczy.
– Co to? grozisz aspan? aspan mnie?… dla jednej gamratki?
– Ruszajże, mości strażniku, w swoją drogę! – huknął trzęsąc się ze złości stary Zaćwilichowski.
– A wy chłystki, szaraki, sługusy! – wrzeszczał strażnik. – Mości panowie, do szabel!
I wydobywszy swoją, skoczył z nią do Skrzetuskiego, ale w tymże mgnieniu oka żelazo świsnęło w ręku pana Jana i szabla strażnika furknęła jak ptak w powietrzu, on zaś sam zachwiał się z rozmachu i padł jak długi na ziemię. (…)

Niemniej zawrzało w całym obozie, a echo tumultu doszło do uszu książęcych… (…) Zaćwilichowski opowiedział rzecz całą,
jak nieszlachetnym i niegodnym nie tylko dygnitarza, ale i szlachcica sentymentem powodowany, pan strażnik począł przeciw boleści pana Skrzetuskiego bluźnić, a następnie z szablą się na niego rzucił, jaką moderację, jego wiekowi prawdziwie niezwyczajną, okazał namiestnik, tylko na wytrąceniu napastnikowi oręża poprzestając; na koniec staruszek tak skończył:
– A jako mnie wasza książęca mość zna, iż do siedemdziesięciu lat łgarstwo warg moich nie skalało i póki żyw będę, nie skala,
tak pod przysięgą jednego słowa w relacji mojej zmienić nie mogę.
Książę wiedział, że słowo Zaćwilichowskiego złotu równe, a przy tym zbyt dobrze znał Łaszcza. Ale na razie nie odrzekł nic,
jeno wziął pióro i począł pisać. (…)
– Żeleński! – rzekł książę – oddasz to pismo panu Skrzetuskiemu. (…)
…Skrzetuski przeczytawszy go podał przyjacielowi.
– Czytaj – rzekł. Pan Wołodyjowski spojrzał i wykrzyknął:
– Nominacja na porucznika!
I chwyciwszy za szyję Skrzetuskiego ucałował oba jego policzki. Pełne porucznikostwo w husarskiej chorągwi było niemal dygnitariatem wojskowym. (…) Obecnie na mocy nominacji pan Skrzetuski stawał się jednym z pierwszych oficerów księcia wojewody ruskiego. (…) Wstał jednak i poszedł dziękować księciu, a tymczasem mały Wołodyjowski chodził po jego kwaterze zacierając ręce. (…)
– Kto też namiestnictwo weźmie? Chorąży młodzik i dopiero od Konstantynowa funkcję sprawuje.
Pytanie to pozostało nierozstrzygnięte; ale odpowiedź na nie przyniósł z powrotem sam porucznik Skrzetuski.
– Mości panie – rzekł do pana Podbipięty – książę mianował waści namiestnikiem.
– O Boże! Boże! – jęknął pan Longinus składając jak do modlitwy ręce. (…)
– No, a podjazd? – spytał pan Wołodyjowski. (…)

W dwie godziny później, równo z zachodem słońca, czterej przyjaciele wyjeżdżali z Czołhańskiego Kamienia ku południowi, prawie zaś jednocześnie opuszczał obóz wraz ze swymi ludźmi pan strażnik koronny. (…)
– Ja mu nosiłem rozkaz księcia – mówił pan Kuszel – i wierzajcie waszmościowie, iż periculosa to była misja, bo gdy go wyczytał, począł tak ryczeć jak wół, gdy go żelazem cechują. (…) Dopiero wziął krzyczeć: „Dobrze! dobrze! odejdę, kiedy mnie wypędzają!… Pójdę do księcia Dominika, któren mnie wdzięczniej przyjmie! Nie będę (prawi) z dziadami służył, ale się pomszczę (krzyczał), jakem Łaszcz! jakem Łaszcz!… i z tego chłystka (prawi) muszę mieć satysfakcję!” (…)
Tymczasem porucznik nie wiedząc nic o ślubach, jakie przeciw niemu pan strażnik czynił, oddalał się coraz bardziej od obozu
na czele swego oddziału, kierując się ku Ożygowcom w stronę Bohu i Medwiedówki. (…) …Wołodyjowski jechał długo wedle Skrzetuskiego i spoglądał w milczeniu spod hełmu na jego martwą twarz, aż wreszcie trącił strzemieniem w jego strzemię.
– Janie – rzekł – źle, że się tak zapamiętywasz.
– Ja się nie zapamiętywam, jeno się modlę – odpowiedział Skrzetuski. (…)

Rozdział V

Pan Skrzetuski szedł ze swym podjazdem w ten sposób, że we dnie wypoczywał w lasach i jarach, pilnie rozstawiając straże,
a nocami tylko posuwał się naprzód. (…) Celem wyprawy było: dowiedzieć się, czy Krzywonos ze swymi czterdziestoma tysiącami ludzi oblega dotąd Kamieniec, czy też rzuciwszy bezowocne oblężenie idzie w pomoc Chmielnickiemu… (…) Jeżeliby bowiem pokazało się, że Krzywonos wraz z białogrodzkimi i dobrudzkimi hordami porzucił oblężenie nie zdobytego Kamieńca
i do Chmielnickiego dążył – tedy należało jak najprędzej na tego ostatniego uderzać, zanimby do najwyższej potęgi nie wyrósł. (…) Jakoż i były wieści w obozie, że chan już Dniepr przebył i że w dwieście tysięcy koni dzień i noc na zachód dąży, a książę Dominik nie przybywał i nie przybywał. (…) …pan Skrzetuski… rozpuścił wieść między własnymi żołnierzami, że idą tylko jako przednia straż całej dywizji strasznego księcia, i wieść tę rozpuszczał wszędzie, we wszystkich chutorach, wioskach
i miasteczkach, które wypadało mu przechodzić. Jakoż rozeszła się ona lotem błyskawicy wzdłuż Zbrucza, Smotrycza, Studzienicy, Uszki, Kałusiku, z ich biegiem dostała się do Dniestru i leciała dalej, jakby wiatrem gnana, od Kamieńca
aż do Jahorlika. (…) Sam Krzywonos uwierzył i ręce mu opadły. (…) …był pewien, że jego mołojcy będą się bili jak wściekli przeciw każdym innym wojskom Rzeczypospolitej i przeciw każdemu innemu wodzowi, ale za zbliżeniem się Jaremy – pierzchną jak stado łabędzi przed orłem, jak stepowe puchy przed wiatrem. (…)

Pewnej nocy kazał wołać do siebie Bohuna i rzekł mu:
– Słysz, Jurku, mój przyjacielu! Idzie na nas Jarema z potęgą wielką, zginąć przyjdzie nieszczęsnym!
– Słyszałem i ja, że idzie. My już z wami, bat'ku, o tym mówili; ale czemu nam ginąć? (…)
– (…) Ot, żeby się kto Jaremy nie bał, a z podjazdem poszedł i języka porwał, ja by mu czapkę czerwonych złotych nasypał.
– Ja pójdę, ojcze Maksymie, nie czerwonych szukać, ale sławy kozackiej, mołojeckiej! (…) Bohun odszedł i zaraz jął gotować się do drogi. (…)

Tymczasem pan Skrzetuski dotarł już do Jarmoliniec… (…) …zebrawszy na naradę towarzyszów rzekł im:
– Dotąd Bóg nam szczęści. Miarkuję też po terrorze, jaki chłopstwo ogarnia, iż zgoła mają nas za przednią straż książęcą i wierzą, że cała potęga idzie za nami. Ale musimy pomyśleć, aby się zaś nie obaczyli widząc, iż jedna kupa wszędzie chodzi. (…) …trzeba nam więcej kraju zająć, aby w kilku miejscach na raz o nas wiedziano, tu i owdzie opornych wyciąć, by się groza rozniosła,
a wszędy wieści puszczać; dlatego mniemam, iż wypadnie nam się rozdzielić.
– Tak i ja mniemam – rzecze Wołodyjowski – będziem im się w oczach mnożyć, i ci, co uciekną do Krzywonosa, o krociach będą gadali. (…)
– Pójdę ja na Zinków ku Sołodkowcom, a jak będę mógł, to dalej – mówił Skrzetuski. – Waćpan mości namiestniku Podbipięto, idź prosto na dół ku Tatarzyskom; ty, Michale, podejdź pod Kupin, a pan Zagłoba dotrze do Zbrucza koło Satanowa. (…) We trzech dniach zjedziem się na powrót w Jarmolińcach, a teraz każdy w swoją drogę!… (…)

Rozdział VI

Gdy pan Zagłoba znalazł się sam na czele swego oddziału, zrobiło mu się zrazu jakoś niesmaczno, a nawet wcale straszno… (…) W tej chwili wachmistrz Kosmacz zbliżył się ku niemu:… (…)
– Mości komendancie, jakowychś jeźdźców za wzgórzem widać. (…)
– Ukryć się za skały! Wpadniemy na nich niespodzianie! Pokażemy tym hultajom!… (…)
Upłynęła godzina; na koniec dał się słyszeć gwar zbliżających się ludzi, echo niosło nutę wesołych pieśni, a po chwili jeszcze
do uszu czatujących w zasadzce doszły odgłosy skrzypków, dud i bębenka. (…)
– To nie wojsko, panie komendancie, nie Kozacy; to wesele. (…)
– Za mną! – krzyknął groźnie Zagłoba. Linia ruszyła kłusem, potem galopem – i okrążywszy skałę stanęła nagle tuż przed gromadą ludzi zmieszanych i strwożonych niespodzianym widokiem. (…) Stary i biały jak gołąb drużba zeskoczył z konia, zbliżył się do szlachcica i chwyciwszy go pokornie za strzemię począł kłaniać się w pas a błagać:
– Zmiłujcie się, jasny rycerzu, nie gubcie biednych ludzi, Bóg nam świadek, my niewinni, nie do buntu my idziemy; my z cerkwi,
z Husiatyna, naszego krewniaka Dymitra, kowala, z bondarówną Ksenią wieńczyli. My z weselem, z korowajem… (…)

Tymczasem przyszli ośmieleni weselnicy prosić go całą gromadą, by zła nie czynił i puścił wolno, a między nimi przyszła i panna młoda, Ksenia, nieśmiała, drżąca, ze łzami w oczach, a zapłoniona i śliczna jak zorza. (…) …owa wysmukła czarnobrewa Ksenia przypomniała kniaziównę, którą kochał po swojemu pan Zagłoba. (…) A drużbowie krzyczeli, że chutor niedaleko, nie będzie rycerzowi z drogi, stary zaś bondar bogaty, nie takiego miodu wytoczy. Pan Zagłoba spojrzał po żołnierzach: ruszali wszyscy wąsami jak zające, różne sobie rozkosze w tańcu i napitkach obiecując, więc – choć nie śmieli prosić, by jechać – zlitował się
nad nimi pan Zagłoba – i po chwili on, drużbowie, mołodycie i żołnierze ruszyli w najpiękniejszej zgodzie do chutoru. Chutor istotnie był niedaleko, a stary bondar bogaty, więc i wesele było szumne. I popili się wszyscy mocno, a pan Zagłoba tak się rozochocił, że do wszystkiego był pierwszy. (…) Pan Zagłoba, czerwony, spocony, chwiejący się na nogach, zapomniał,
co się z nim dzieje, gdzie jest; przez dymy, które mu biły z czupryny, widział twarze biesiadników, ale choćby go na pal wbijano,
nie umiałby powiedzieć, kto są ci biesiadnicy. (…) Ale nagle i ziemia, tak samo jak gwiazdy, zatrzęsła się szalonym wirem i pan Zagłoba runął jak długi na ziemię. Wkrótce opadły go sny straszne. (…) Wracała mu przez pół przytomność – ale dziwna –
bo w towarzystwie takiej niemocy, jakiej nigdy w życiu nie doznawał. I jeszcze raz próbował się poruszyć, ale gdy mu się
nie udało, rozbudził się lepiej – i odemknął powieki. Wówczas wzrok jego napotkał parę oczów, które wpijały się w niego chciwie, a były to czarne źrenice jak węgiel i tak złowrogie, że rozbudzony już zupełnie pan Zagłoba pomyślał w pierwszej chwili,
że to diabeł na niego patrzy – i znów przymknął powieki, i znów je prędko otworzył. Poznał twarz Bohuna. (…)

Rozdział VII

Zagłoba leżał związany w kij do własnej szabli w tej samej izbie, w której odbywało się wesele, a straszliwy watażka siedział opodal na zydlu i pasł oczy przerażeniem jeńca.
– Dobry wieczór waści! – rzekł dojrzawszy otwarte powieki swej ofiary. (…)
– Nie poznajesz mnie, panie szlachcic?
– Czołem! czołem! Jak zdrowie?
– Nieźle. A waścinym to już ja sam się zajmę.
– Nie prosiłem Boga o takiego doktora i wątpię, abym mógł strawić twoje lekarstwa, ale dziej się wola Boża. (…)
– Podziękujesz ty mi jeszcze lepiej niezadługo i ja tobie podziękuję za to, że ty mnie mołodycię z Rozłogów do Baru przywiódł. Tam ja ją znalazł, a teraz ot! na wesele by ciebie prosił, ale to nie dziś i nie jutro – teraz wojna, a ty stary człowiek, może
nie dożyjesz. (…) Mołojcy!
Sześciu Zaporożców wpadło do izby.
– Wziąć to ścierwo lackie i w chlewie rzucić, a strzec jak oka w głowie.
Kozacy porwali pana Zagłobę, dwóch za ręce i za nogi, jeden z tyłu za czuprynę – i wyniósłszy z izby, przenieśli przez cały majdan, na koniec porzucili go na gnoju w stojącym opodal chlewie. (…)

Po chwili oczy pana Zagłoby przyzwyczaiły się do pomroki. (…) …Zagłoba odetchnął głęboko. Przede wszystkim żył. (…) Pan Zagłoba zamyślił się głęboko. Następnie począł się kołysać na własnym grzbiecie coraz prędzej i prędzej, a za każdym takim ruchem posuwał się o pół cala naprzód. (…) …na koniec przesunął się do ściany. (…) …pan Zagłoba kiwnął się ostatni raz
i przez chwilę radość przygwoździła go na miejscu. Szabla wysunęła się zupełnie. (…) Rozciąć pęta na nogach było teraz dziełem jednej chwili. (…) Odetchnął też głęboko, po czym przeżegnał się i zaczął Bogu dziękować. Ale od rozcięcia pęt do uwolnienia się
z rąk Bohunowych było jeszcze bardzo daleko. (…) Nagle uderzył głową o coś twardego, zmacał: była to drabinka. Chlew nie był świński, ale bawoli, i do połowy długości miał strych służący za skład słomy i siana. Pan Zagłoba bez chwili namysłu wylazł
na górę. Po czym siadł, odetchnął i począł z wolna wciągać drabinkę. (…)
– Jakoś to będzie! – mruknął pan Zagłoba i zbliżywszy się do dachu począł z lekka rozrywać i unosić poszycie, aby sobie prospectus na świat otworzyć. (…) Po pewnym czasie dziura była gotowa – pan Zagłoba wetknął w nią głowę i począł rozglądać się naokoło. (…)
– To o moi ludzie, których w łyka wzięto – mruknął szlachcic. – Ba! – dodał po chwili – żeby to byli moi, ale to książęcy!… Dobrym byłem im wodzem, nie ma co mówić! Zawiodłem ich psu w gardło. Wstyd będzie oczy pokazać, jeśli mnie Bóg zwróci wolność.
A wszystko przez co? przez amory i napitki. Co mnie było do tego, że się chamy żenią? Tyle miałem do roboty na tym weselu,
ile na psim. Wyrzekam się tego zdrajcy miodu, któren włazi w nogi, nie w głowę. Wszystko złe na świecie z pijaństwa, bo gdyby nas byli trzeźwych napadli, byłbym jako żywo otrzymał wiktorię i Bohuna w chlewie zamknął. (…)

Tymczasem szarzało coraz bardziej. (…) Nagle jakaś postać podniosła się z szeregu śpiących i poczęła iść wolnym krokiem
przez majdan, zatrzymując się tu i owdzie koło ludzi i koni; chwilkę pogadała z mołojcami pilnującymi jeńców i na koniec zbliżyła się do chlewa. (…) W tej chwili postać owa podniosła głowę i na twarz jej padł szary blask świtu: to nie był Bohun, ale sotnik Hołody… (…)
– Chłopcy! – rzekł Hołody – a nie śpicie?
– Nie, bat'ku, choć i chce się spać. Czas by nas zmienić. (…)
– Stoczcie… siana ze stropu. Konie wytrzeć! Ze wschodem ruszamy.
– Dobrze, bat'ku!
Pan Zagłoba, porzuciwszy co tchu swoje stanowisko przy dziurze w dachu, przyczołgał się do otworu w stropie. Jednocześnie usłyszał skrzyp drewnianej zawory i szelest słomy pod nogami mołojców. (…) Z dołu ozwały się pojednawcze głosy:
– No, pane szlachcic! Spuść drabinę i zleź. I tak się nie wymkniesz, po co ludzi trudzić. Zleź! zleź!
Cisza. (…) …cały chlew napełnił się mołojcami. (…) …związano drabiny i przystawiono je do otworu. Źle było i po nich wchodzić, bo się zaraz wygięły na związaniu i szczeble cienkie trzeszczały pod stopami, które na próbę na najniższym stawiano. Ale począł wchodzić sam Hołody… (…) Na koniec głowa jego dotknęła czeluści i pogrążała się w niej z wolna. Nagle dał się słyszeć świst szabli, Kozak krzyknął strasznie, zachwiał się i padł między mołojców z rozwaloną na dwie połowy głową. (…) W kilka chwil później trzy nowe ciała spadły na głowy stojącym w dole. Pan Zagłoba, rozgrzany tryumfem, ryczał jak bawół… (…)

Nagle krzyk się zrobił przy drzwiach i do chlewa wpadł sam Bohun. (…)
– Przez dach, psiawiary! – krzyknął. – Poszycie rozerwać i żywcem brać. (…)
…krokwie dachu jęły trzeszczeć. Widocznie mołojcy dostali się nań i teraz rwali już poszycie. (…) Ale w tej chwili na całym majdanie rozległy się strzały, a jednocześnie kilkunastu mołojców wpadło do chlewa.
– Bat'ku! bat'ku! – krzyknęli wniebogłosy – bywaj!!
Pan Zagłoba w pierwszej chwili nie zrozumiał, co się stało – i zdumiał. Spojrzy przez czeluść na dół, aż tam nikogo już nie ma. Krokwie w dachu nie trzeszczą. (…) Na majdanie wrzała bitwa, a raczej ujrzał pan Zagłoba straszliwy pogrom Bohunowych mołojców. (…) Szeregi żołnierzy przybranych w krasne barwy siekąc zapamiętale i naciskając uciekających nie zezwoliły im się sformować ni szablą się złożyć, ni odetchnąć, ni dosiąść koni. (…) I dojrzał na koniec pan Zagłoba małego pana Wołodyjowskiego, jak stojąc wedle wrot na czele kilkunastu żołnierzy, głosem i buławą wydawał innym rozkazy, a niekiedy rzucał się na swym gniadym koniu w zamęt i wówczas ledwo się złożył, ledwie się zwrócił, już padał człowiek, nawet i nie wydawszy okrzyku. (…) Tymczasem Bohun z mołojcami przez płot, pan Wołodyjowski przez płot, niektórzy zostali – innym konie zwinęły się w skoku. (…) Na majdanie zapanowała cisza i pustka, bo nawet i żołnierze pana Zagłoby, odbici przez Wołodyjowskiego, dopadłszy koni
po mołojcach pognali wraz z innymi za rozproszonym nieprzyjacielem. Pan Zagłoba spuścił drabinę, zlazł z góry i wyszedł
z chlewa na majdan, rzekł:
– Wolnym jest… (…) Alem się też z takich terminów wykręcił, w jakowych jeszcze nie bywałem! Chwała bądź Bogu!… (…)

Tymczasem z dala na równinie ukazali się żołnierze wracający z pogromu, a na czele jechał pan Wołodyjowski. Ujrzawszy Zagłobę przyśpieszył biegu i zeskoczywszy z konia szedł ku niemu.
– Waćpana to jeszcze oglądam? – pytał z dala.
– Mnie we własnej osobie – rzekł pan Zagłoba. – Bóg waści zapłać, iżeś z pomocą przybył.
– Chwalić Boga, że w porę – odpowiedział mały rycerz ściskając z radością dłoń pana Zagłoby. (…)
– (… ) Innym czasem ci opowiem, jako w niewolę popadłem, com wytrzymał i jakom Bohuna splantował, bom i na języki się z nim próbował. (…)
– No – powtórzył pan Wołodyjowski – nie ma co mówić, mężnie waść stawałeś; jeno to powiem, żeś lepszy rębacz niż wódz. (…)
W godzinę później obaj przyjaciele na czele połączonych oddziałów wyruszyli ku Jarmolińcom. (…)

Rozdział VIII

Bohun, lubo wódz mężny i przezorny, nie miał szczęścia w tej wyprawie, którą pod rzekomą dywizję księcia Jeremiego przedsięwziął. Utwierdził się tylko w przekonaniu, że książę istotnie wyruszył całą potęgą przeciw Krzywonosowi, bo tak mu powiadali wzięci w niewolę żołnierze pana Zagłoby, którzy sami wierzyli w to najświęciej, iż książę ciągnie za nimi. (…) Bohun wrzał jak ogień; cięty w rękę, stratowany, chory, pobity, i wroga zaklętego z rąk wypuścił, i sławę nadwerężył, bo już ci mołojcy, którzy w wilię klęski do Krymu, do piekła i na samego księcia byliby ślepo za nim poszli, teraz stracili wiarę, stracili ducha i o tym tylko myśleli, jak by gardła całe z pogromu wynieść. (…) Rzekłbyś: ziemia usuwała się spod nóg atamana… (…)

Tymczasem czterej książęcy rycerze napełniwszy kraj grozą i przestrachem stanęli szczęśliwie z powrotem w Jarmolińcach, gdzie zatrzymali się na dni kilka, by ludziom i koniom dać odpoczynek. (…) …pan Zagłoba mało komu pozwolił przyjść do słowa. Nie chciał słuchać, pragnął, by jego tylko słuchano; jakoż pokazało się, że najwięcej miał do opowiadania. – Mości panowie! – mówił – (…) …wiem… coś…, od czego radość wstąpi waćpaństwu w serca i o czym dotąd nie mówiłem dlatego, że chciałem, abyśmy w kupie o tym radzili… (…)
– Mówże waszmość, na miłość boską! – zawołał Wołodyjowski. - Zaliżeś co o naszej niebodze słyszał?
- Tak jest, niech jej Bóg błogosławi – rzekł Zagłoba. Pan Skrzetuski podniósł się na całą swą wysokość i usiadł natychmiast – nastała taka cisza, że słychać było brzęczenie komarów na okienku, aż pan Zagłoba zabrał głos znowu:
– Żyje ona, wiem to na pewno, i jest w Bohunowym ręku. Moi mości panowie, straszne to ręce, ale przecie Bóg nie pozwolił, aby ją krzywda lub hańba spotkała. Moi mości panowie, to mnie sam Bohun powiadał, któren by prędzej czym innym chełpić się gotów. (…)
Skrzetuski już się opamiętał, tylko mu się mnisza twarz rozświeciła i grała na niej na powrót obawa, nadzieja, radość
i niepewność.
– Gdzie ona tedy jest? gdzie jest? – pytał z pośpiechem. (…)
– Za Jampolem! – rzekł Zagłoba i potoczył tryumfalnie swoim zdrowym okiem.
– Skąd waść wiesz? – pytał Wołodyjowski.
– Skąd wiem? Ot skąd: siedziałem w chlewie, bo mnie w chlewie ów zbój kazał zamknąć… – a naokoło gadali ze sobą Kozacy. Przykładam tedy ucho do ściany i co słyszę?… Jeden mówi: „Teraz chyba za Jampol ataman pojedzie” - a drugi na to: „Milcz,
jeśli ci młoda głowa miła…” (…)

…nazajutrz ruszono. (…) Dopiero w Wołoczyskach zatrzymali się znów na nocny wypoczynek.
Ale zaledwie zasnęli snem smacznym po długiej drodze, zbudził ich alarm i straże dały znać, że jakiś konny oddział się zbliża. (…) Zagłoba, pan Longinus i mały Wołodyjowski natychmiast zebrali się w izbie Skrzetuskiego, a w ślad za nimi wpadł jak wicher oficer spod lekkiego znaku, zziajany, cały pokryty błotem, na którego spojrzawszy Skrzetuski wykrzyknął:
– Wierszułł! (…)
– Już… po… Rzeczypospolitej!…
– Na rany Chrystusa! co waść gadasz? Klęska?
– Klęska, hańba, sromota!… bez bitwy… Popłoch!… O! o!
– Uszom się nie chce wierzyć. Mówże! mów, na Boga żywego!… Regimentarze?…
– Uciekli. – Gdzie nasz książę?
– Uchodzi… bez wojska… (…)
…Skrzetuski zrozumiał już o co chodzi.
– Na potem pytania – rzekł – teraz na koń!
– Na koń, na koń! (…)

Ruszyli tedy i dopiero w drodze Wierszułł ochłonąwszy opowiedział, jak i co się stało. (…)
– Bóg nam dał szczęśliwy początek w tej wojnie. Nasz książę, otrzymawszy pod Czołhańskim Kamieniem sprawiedliwość z pana Łaszcza, resztę puścił w niepamięć i pogodził się z księciem Dominikiem. Cieszyliśmy się wszyscy z tej konkordii – jakoż było
i błogosławieństwo Boże. Książę powtórnie pogromił pod Konstantynowem i samo miasto wziął, bo je nieprzyjaciel po pierwszym szturmie opuścił. Po czym ruszyliśmy pod Piławce, choć książę nie radził tam chodzić. Ale zaraz w drodze pokazały się
przeciw niemu rozmaite machinacje, niechęci, zawiści i jawne knowania. Nie słuchano go na radach, nie zważano na to, co mówił, a przede wszystkim usiłowano rozdzielić naszą dywizję, aby jej książę w ręku całej nie miał. Gdyby się sprzeciwił, zwalono by
na niego klęskę, więc milczał, cierpiał, znosił. (…) Nikt ładu nie przestrzegał, nikt dowództwa nie sprawował, każden robił,
co chciał, szedł, gdzie mu było lepiej, stawał, gdzie mu się zdawało, czeladź wzniecała hałasy – o Boże miłosierny! toż to był kulig, nie wyprawa wojenna, kulig, na którym salutem Reipublicae przetańcowano, przepito, przejedzono i przefrymarczono w ostatku!
– Jeszcze my żyjemy! – rzekł Wołodyjowski.
– I Bóg jest w niebie! – dodał Skrzetuski. (…)
Książę nasz od namiotu do namiotu jeździł, prosił, błagał, groził: „Uderzmy, nim Tatary nadejdą, uderzmy!” – i włosy z głowy wyrywał – a tam się jeden na drugiego oglądał – i nic, i nic! Pili, sejmikowali… (…) Książę zamknął się w namiocie, bo go całkiem spostponowali. (…) Nie masz już wojsk, nie masz wodzów, nie masz Rzeczypospolitej… jest tylko hańba nie zmyta i noga kozacka na szyi… (…)

– Jest w tym palec Boży – rzekł Skrzetuski – ale jest i jakowaś tajemnica, która wyjaśnić się musi…
– Bo gdyby wojsko pierzchło, to się na świecie zdarza – rzekł Wołodyjowski – ale tu wodze pierwsi obóz opuścili, jakby chcąc umyślnie nieprzyjacielowi wiktorię ułatwić i wojsko na rzeź wydać.
– Tak jest! tak jest! – rzecze Wierszułł. – Mówią też, że to umyślnie uczynili. (…)
– Jeden jest człowiek, któren może ojczyznę jeszcze ratować, jeśli mu buławę i resztę sił Rzeczypospolitej oddadzą, jeden jest, bo o innym już ani wojsko, ani szlachta nie będzie chciała słyszeć.
– Książę! – rzekł Skrzetuski.
– Tak jest.
– Przy nim będziem stali, przy nim zginiemy. Niech żyje Jeremi Wiśniowiecki! – wykrzyknął Zagłoba. (…)
Tymczasem poczęło świtać i w oddaleniu ukazały się mury Tarnopola. (…)

Rozdział IX

Pierwsi rozbitkowie spod Piławiec dotarli do Lwowa świtaniem dnia 26 września i równo z otwarciem bram miejskich straszna wieść piorunem rozleciała się po całym mieście wzbudziwszy niedowierzanie w jednych, popłoch w drugich, w innych zaś rozpaczliwą chęć obrony. Pan Skrzetuski ze swym oddziałem przybył w dwa dni później, gdy już cały gród był zapchany uciekającym żołnierstwem, szlachtą i uzbrojonym mieszczaństwem. (…) Pan Skrzetuski przeciskał się z wolna od bramy halickiej ze swoim oddziałem przez zbite masy koni, wozów, żołnierzy, przez cechy mieszczańskie stojące pod swymi banderiami
i przez pospólstwo, które ze zdziwieniem spoglądało na ową chorągiew wchodzącą nie w rozsypce, ale w szyku bojowym
do miasta. (…) Na koniec naprzeciw ukazał się oddział dragonów z oficerem na czele. (…) Skrzetuski poznał Kuszla. Młody oficer powitał serdecznie znajomych.
– Co to za czasy! co to za czasy! – rzekł.
- Gdzie książę? – pytał Skrzetuski.
– Umorzyłbyś go frasunkiem, gdybyś dłużej nie przyjeżdżał. Bardzo się tu za tobą i twoimi ludźmi oglądał. Jest teraz
u Bernardynów… (…)
– W kościele?
– Tak jest. Będą księciu buławę ofiarować, bo żołnierze oświadczają, że pod innym wodzem nie chcą bronić miasta.
– Jedźmy! Mnie też pilno do księcia. (…)
…dojechali do kościoła Bernardynów, którego wnętrze pałało światłem. (…) Weszli.

Zabłysło tysiące szabel, wszystkie oczy skierowały się na księcia, a on powstał spokojny, ze zmarszczoną brwią. Uciszyło się natychmiast, jakby kto makiem posiał.
– Mości panowie! – rzekł książę dźwięcznym głosem, który w tej ciszy doszedł do wszystkich uszu. – Gdy Cymbrowie i Teutoni napadli na Rzeczpospolitą rzymską, nikt nie chciał ubiegać się o konsulat, aż go wziął Mariusz. Ale Mariusz miał prawo go brać,
bo nie było wodzów przez senat naznaczonych… I ja bym się w tej toni od władzy nie wybiegał chcąc ojczyźnie miłej zdrowiem służyć, ale buławy przyjąć nie mogę, gdyż ojczyźnie, senatowi i zwierzchności bym ubliżył, a samozwańczym wodzem być
nie chcę. Jest między nami ten, któremu Rzeczpospolita buławę oddała – jest pan podczaszy koronny… (…) Wtem wstał podczaszy koronny.
– Jam stary – rzekł – nieszczęśliwy i przybity. Mam prawo zrzec się ciężaru, któren jest nad moje siły, i włożyć go na młodsze barki… Otóż wobec tego Boga ukrzyżowanego i wszystkiego rycerstwa tobie oddaję buławę – bierz ją.
I wyciągnął oznakę ku Wiśniowieckiemu. Nastała chwila takiej ciszy, że słyszałbyś przelatującą muchę. Na koniec rozległ się uroczysty głos Jeremiego:
– Za grzechy moje… - przyjmuję.
Wtedy szał opanował zgromadzenie. Tłumy złamały stalle, przypadły do nóg Wiśniowieckiego, ciskały kosztowności i pieniądze. Wieść rozniosła się lotem błyskawicy po całym mieście: żołnierstwo odchodziło od zmysłów z radości i krzyczało, że chce iść
na Chmielnickiego, na Tatarów i sułtana. (…) Okrzyki: „Niech żyje!” trwały przez całą noc. (…)

Rozdział X

W tydzień później, rankiem dnia 6 października, gruchnęła po Lwowie wieść zarówno nieoczekiwana, jak straszliwa, że książę Jeremi, zabrawszy większą część wojska, opuścił potajemnie miasto i wyjechał nie wiadomo dokąd. (…) W pierwszej chwili opadły wszystkim ręce i jedne zuchwałe usta wymówiły słowo: „Zdrajca!” Ale wówczas Arciszewski, stary wódz, wsławiony wielkimi czynami w służbie holenderskiej, powstał i w ten sposób do wojskowych i rajców mówić począł:
– Słyszałem słowo bluźniercze, którego bodajby nikt nie był wymówił, bo go desperacja nawet usprawiedliwić nie może. Książę wyjechał i nie wróci – tak jest! Ale jakież to prawo macie wymagać od wodza, na którego barkach zbawienie całej ojczyzny spoczywa, aby jedynie waszego miasta bronił? (…) Dziś szemrzecie, a ja wam powiadam, że książę, opuściwszy ten gród, grożąc Chmielnickiemu z zewnątrz, ocalił was i dzieci wasze. (…) Jedyną on obrał zbawienia drogę, bo gdyby tu, głodem zmorzon, padł
z wojskiem, tedyby już nikt nieprzyjaciela nie wstrzymał, któren poszedłby na Kraków, na Warszawę i całą ojczyznę zalał, nigdzie nie znajdując oporu. (…) Grozwajer, człowiek energiczny i śmiały, ozwał się:
– Cieszy mnie determinacja ichmościów i wiedzcie, że książę nie odjechał bez obmyślenia obrony. Każdy tu wie, co ma robić,
i stało się to, co się było stać powinno. Obronę mam w ręku i będę się bronił do śmierci. (…)
Sala opustoszała. Po chwili huk armat wstrząsnął murami miasta oznajmiając mieszkańcom samego grodu, przedmieść
i okolicznych wiosek, że nieprzyjaciel nadciągnął. Na wschodzie niebo czerwieniło się jak okiem dojrzeć; rzekłbyś: morze ognia zbliżało się ku miastu. (…)

* * * * * * * * * *


Książę tymczasem rzucił się do Zamościa i starłszy po drodze czambulik, o którym Cichocki mieszczanom wspominał, zajął się naprawą i opatrzeniem tej potężnej z natury twierdzy, którą też w krótkim czasie niezdobytą uczynił. Skrzetuski wraz z panem Longinem i częścią chorągwi został w twierdzy przy panu Weyherze, staroście wałeckim, a książę ruszył do Warszawy,
by od sejmu uzyskać środki na zaciągi nowych wojsk i zarazem wziąć udział w elekcji, która wraz miała się odprawiać. (…)
W Siennicy, niedaleko Mińska, czekało księcia miłe, chociaż niespodziane spotkanie; zjechał się bowiem z księżną Gryzeldą, która z Brześcia Litewskiego do Warszawy dla bezpieczeństwa dążyła, spodziewając się przy tym słusznie, że i książę tam ściągnie. Witali się tedy serdecznie po długim niewidzeniu. Księżna, lubo duszę miała żelazną, rzuciła się z takim płaczem w objęcia męża, że utulić się przez kilka godzin nie mogła, bo, ach! jak często bywały takie chwile, że już się nie spodziewała go ujrzeć więcej;
a tymczasem Bóg dał, że oto wracał sławniejszy niż kiedykolwiek, otoczon taką chwałą, jaka nikogo jeszcze z jego rodu
nie opromieniała, największy z wodzów, jedyna całej Rzeczypospolitej nadzieja. (…) Potem prezentował książę pana Zagłobę
i o czynach jego opowiadał.
- Vir to jest incomparabilis - mówił – któren nie tylko Kurcewiczównę Bohunowi wydarł, ale ją przez środek obozu Chmielnickiego
i Tatarów przeprowadził, potem zaś razem z nami z wielką swoją sławą najchwalebniej pod Konstantynowem stawał. Słysząc to księżna pani nie szczędziła pochwał panu Zagłobie, kilkakrotnie mu rękę do pocałowania podając i lepszą jeszcze kontentację
w sposobnej porze obiecując… (…)

Ale najbardziej stropiony bał mały pan Wołodyjowski, na próżno się bowiem rozglądał i oczyma na wszystkie strony obracał: księżniczki Barbary nie było nigdzie. (…) Głowę spuścił na piersi, wąsiki, zwykle tak podkręcone w górę, że aż za nozdrza sięgały jak u chrabąszcza, zwisły mu także ku dołowi, zadarty nos się wydłużył, z twarzy znikła zwyczajna pogoda i stał milczący,
nie poruszył się nawet, gdy książę z kolei jego męstwo i nadzwyczajne przewagi wychwalał. (…) Aż zlitowała się nad nim Anusia Borzobohata i choć miewali między sobą sprzeczki, postanowiła go pocieszyć. (…)
– Dzień dobry waćpanu – rzekła. – Dawnośmy się nie widzieli. (…)
– A panna Anna – rzekł – już do takowej gładkości doszła, że aż oczy bolą patrzyć. (…)
…pan Wołodyjowski… wzrok podniósł ku górze, gdy nagle spojrzał ze zdziwieniem w jeden kąt izby. Z tego kąta patrzyła
na niego jakaś twarz gniewna, zapalczywa, a całkiem mu nie znana, zbrojna w olbrzymi nos i wąsiska do dwóch wiech podobne, które poruszały się szybko jakby z tłumionej pasji. (…)
– Co to za jakowaś figura, ot tam w kącie, która spogląda na mnie tak, jakby mnie z kretesem połknąć chciała, i wąsiskami rusza jako właśnie stary kot przy pacierzu.
– To? – rzekła Anusia ukazując białe ząbki – to jest pan Charłamp.
– Cóż to za poganin?
– Wcale to nie poganin, jeno z chorągwi pana Wojewody wileńskiego rotmistrz petyhorski, któren nas aż do Warszawy odprowadza i tam na wojewodę ma czekać. Niech pan Michał jemu w drogę nie włazi, bo to wielki ludojad. (…)

…nadeszła pora wyjazdu. Książę siadł z księżną do karety, aby przez drogę nagadać się z nią po długim niewidzeniu do woli; panny pozajmowały kolaski, a rycerstwo siadło na koń i ruszono. (…) Bliżej Warszawy tłumy stały się tak gęste, iż tylko noga
za nogą można się było posuwać. Elekcja obiecywała być liczniejszą jak zwykle, bo nawet szlachta z dalszych, ruskich i litewskich, okolic, która z przyczyny odległości nie byłaby dla samej elekcji przybyła, ściągała teraz do Warszawy dla bezpieczeństwa. (…) Lecz oto w siwym i błękitnym oddaleniu zamajaczyły spiczaste wieże Warszawy, więc dalsze księcia rozmyślania rozpierzchły się, a natomiast wydał rozkazy, które oficer służbowy wnet Wołodyjowskiemu, dowódcy eskorty, odniósł. (…) Zaledwie jednak ujechał kilkanaście kroków, gdy usłyszał, że pędzi ktoś za nim – obejrzał się: był to pan Charłamp, rotmistrz lekkiego znaku pana wojewody wileńskiego i Anusin adorator. (…)
– Czołem, czołem, panie dragon!
– Czołem, panie pocztowy! (…)
– Jak waćpan śmiesz mi w drogę włazić?
– Ej, widzę, waszmość okazji szukasz?
– Może i szukam, i to ci powiem (tu pan Charłamp pochylił się do ucha pana Michała i kończył cichszym głosem), żeć uszy obetnę, jeśli mi przy pannie Annie będziesz zastępował drogę. (…)
– Ja się przecie nie wymykam – mówił łagodnie pan Michał – ale teraz na służbie jestem i z ordynansem księcia pana mojego dążę. (…)
– O! wszystko jedno! – rzekł – w Warszawie dasz mi pole, dopilnuję cię!
– Nie będę się krył… (…)
– O! znajdę cię, taki synu! – rzekł.
– Znajdziesz, znajdziesz, boćwino! – rzekł mały rycerz. (…)

Rozdział XI

Upłynęło kilka tygodni. Szlachty na elekcję zjeżdżało się coraz więcej. (…) Nikt jeszcze nie umiał powiedzieć, który z dwóch kandydatów: królewicz Kazimierz, kardynał, czy Karol Ferdynand, biskup płocki – zostanie wybrany. (…) W ten sposób zeszło sześć blisko tygodni, w czasie których i rzeczy publiczne posunęły się znacznie naprzód. (…) Wiadomo już było wszystkim, że Jan Kazimierz będzie wybrany, bo królewicz Karol bratu ustąpił i dobrowolnie zrzekł się kandydatury. (…) Za to dla Wiśniowieckiego, który ani na chwilę, jak ongi Kato, nie przestawał upominać, aby owa zaporoska Kartagina została zburzona – taki obrót rzeczy był nowym ciosem. (…) Przy tym za Karolowe pieniądze tworzyły się nowe regimenta dragonów i piechoty. Jedne wysłano już
na Ruś, drugie dopiero należało dopiero przyprowadzić. W tym celu rozsyłał książę na wszystkie strony oficerów biegłych
w rzeczach organizacji wojskowej, aby owe pułki przyprowadzili do pożądanego stanu. Został wysłany Kuszel i Wierszułł,
a wreszcie przyszła kolej i na Wołodyjowskiego. Pewnego dnia wezwano go przed oblicze księcia, któren taki mu dał rozkaz:
– Pojedziesz waść na Babice i Lipków do Zaborowa, gdzie czekają konie dla regimentu przeznaczone; tam je opatrzysz, wybrakujesz i zapłacisz panu Trzaskowskiemu, a następnie przyprowadzisz je dla żołnierzy. (…)

Pan Wołodyjowski wziął się raźno do roboty, pieniądze odebrał i tegoż dnia obaj z Zagłobą ruszyli do Zaborowa w samodziesięć
i z wozem, który wiózł pieniądze. Jechali wolno… (…) Dojechawszy do Babic ujrzeli przed karczmą kilkunastu szlachty, która właśnie siadała na koń, aby jechać w swoją drogę. …nagle jeden z jeźdźców spojrzał na pana Wołodyjowskiego i nie rzekłszy słowa puścił się rysią ku niemu.
– A tuś mi, bratku! – zakrzyknął – chowałeś się, alem cię znalazł!… Nie ujdziesz mi teraz! (…)
– Bóg mi świadkiem, żem się nie chował – rzekł – i sam waćpana szukałem, aby się go zapytać, czyliś rankor jeszcze dla mnie zachował… (…)
– Stawaj do sprawy! – wrzeszczał Charłamp. – Mości panowie! obiecałem temu młodzikowi, temu gołowąsowi, że mu uszy obetnę – i obetnę, jakem Charłamp! (…)
– Nie mogę, jak mnie Bóg miły, nie mogę! – mówił Wołodyjowski – pofolgujże mi wasze choć parę dni! (…)
Tu wmieszał się pan Zagłoba.
– Widzi mi się, że waszmość w piętkę gonisz – rzekł do Charłampa – i bacz, żeby cię ten bąk naprawdę nie ukąsił, bo wtedy żadne plastry nie pomogą. Tfu! do diabła, czy nie widzisz, że ten oficer za służbą jedzie? (…)
– Pola dziś nie dam, ale parol kawalerski dam – rzekł pan Michał – że się stawię za trzy lub cztery dni, gdzie chcecie, jak tylko sprawy po służbie załatwię. A nie będziecie się waszmościowie tą obietnicą kontentować, to każę cynglów ruszać, bo będę myślał, że nie ze szlachtą i nie z żołnierzami, ale z rozbójnikami mam do czynienia. Wybierajcie tedy, do wszystkich diabłów,
gdyż nie mam czasu tu stać! (…)
– Tedy w czterech dniach, w sobotę, w Lipkowie? – rzekł Charłamp. – Znajdziem się przed karczmą, a teraz z Bogiem!
– Z Bogiem! – rzekł Wołodyjowski i Zagłoba. Przeciwnicy rozjechali się spokojnie. Pan Michał był uszczęśliwiony z przyszłej zabawy i obiecywał sobie zrobić prezent panu Longinowi z obciętych wąsów petyhorca. Jechał więc w dobrej myśli do Zaborowa, gdzie zastał i królewicza Kazimierza, któren tam na łowy przyjechał. Wszelako pan Michał z daleka tylko widział przyszłego pana, bo śpieszył się.

We dwa dni sprawy ułatwił, konie obejrzał, zapłacił pana Trzaskowskiego, wrócił do Warszawy i na termin, ba! nawet o godzinę
za wcześnie stanął w Lipkowie wraz z Zagłobą i panem Kuszlem, którego na drugiego świadka zaprosił. Zajechawszy przed karczmę, którą Żyd trzymał, weszli do izby, aby gardła trochę miodem przepłukać, i przy szklenicy zabawiali się rozmową.
– Parchu, a pan jest w domu? – pytał karczmarza Zagłoba.
– Pan w mieście.
– A siła u was szlachty stoi w Lipkowie?
– U nas pusto. Jeden tylko pan stanął tu u mnie i siedzi w alkierzu – bogaty pan ze służbą i końmi. (…)
– Pójdę, zobaczę – powtórzył Zagłoba – może kto znajomy. – I zbliżywszy się do zamkniętych drzwi alkierza zapukał
w nie rękojeścią i ozwał się:
– Mości panie, można wejść?
– A kto tam? – ozwał się głos ze środka.
– Swój – rzekł Zagłoba uchylając drzwi. – Z przeproszeniem waszmości, może nie w porę? – dodał wsadzając głowę do alkierza. Nagle cofnął się, drzwiami trzasnął, jakoby śmierć zobaczył. (…)
– Co waćpanu jest? – pytał Wołodyjowski.
– Na rany Chrystusa! cicho – rzekł Zagłoba – tam… Bohun! (…)
– Kuszel! pod okno! – szepnął pan Michał. – O, już nam teraz nie ujdzie!
Kuszel nie mówiąc ni słowa wybiegł z izby. (…)

W tej chwili otworzyły się drzwi i Bohun wszedł do izby. (…)
– Jak zdrowie służy? – pytał Zagłoba. – Bo waćpan tak jakoś nagle wtedy z chutoru wyjechał, że i pożegnać się nie miałem czasu.
– A waszmość tego żałował? (…)
– Zobaczymy! – rzekł Bohun. – Nie wywodziłbym się i ja waszmości, ktom jest, gdybyś mnie jako żołnierz na szable wyzwał,
ale skoro aresztem grozisz, to ci się wywiodę: oto jest list, który od hetmana zaporoskiego do królewicza Kazimierza wiozę,
i nie znalazłszy go w Nieporęcie, do Zaborowa za nim jadę. Jakże to mnie będziesz teraz aresztował? (…)
– Ha! – rzekł Zagłoba – trudno! Skoro jesteś posłańcem, tedy cię aresztować nie możemy, ale z szablą się temu oto kawalerowi nie nadstawiaj, bo jużeś raz przed nim umykał, aż ziemia jęczała.
Twarz Bohuna powlokła się purpurą, bo w tej chwili poznał Wołodyjowskiego. (…)
– Wszędy dam waści pole, choćby tu zaraz.
– Wyzywasz mnie? – pytał przymrużając oczy Wołodyjowski. (…)

– Posłuchaj no, waćpan – rzekł Zagłoba – bo to są ważne sprawy, o których chcemy z tobą pomówić. Waćpan wyzwałeś tego kawalera – dobrze, ale trzeba ci wiedzieć, że skoro posłujesz, to cię prawo broni, boś do politycznego narodu, nie między dzikie bestie przyjechał. Owóż nie możemy ci dać pola inaczej, chyba przy świadkach zapowiesz, żeś sam z własnej ochoty wyzwał. (…) Jest drugie punctum, ważniejsze, w którym do sumienia twego się odwołujemy, gdyż luboś Kozak, chcemy cię jako kawalera traktować. Waćpan porwałeś kniaziównę Helenę Kurcewiczównę, narzeczoną naszego towarzysza i przyjaciela, i trzymasz ją
w ukryciu. (…)
– Czego wy ode mnie chcecie?
– Wskaż nam miejsce jej uwięzienia, abyśmy na wypadek twojej śmierci mogli ją odnaleźć i narzeczonemu oddać. (…)
– A po co mnie mówić? Na pohybel-że wam wszystkim!
– Na pohybel tobie! Warteś, by cię na szablach roznieść.
– Spróbujcie! – rzekł watażka wstając nagle. (…)

– Charłamp ze świadkami przyjechał!
Jakoż po chwili rotmistrz petyhorski wraz z dwoma towarzyszami, panami Sielickimi, weszli do izby. Po pierwszych powitaniach Zagłoba wziął ich na stronę i począł rzecz wyłuszczać. A prawił tak wymownie, że wnet przekonał, zwłaszcza iż zapewnił, że pan Wołodyjowski prosi tylko o krótką zwłokę i wnet po walce z Kozakiem stanąć jest gotów. (…) Tymczasem Bohun poszedł
do swoich ludzi i powrócił z esaułem Eliaszeńkiem, któremu zapowiedział jako do bitwy dwóch szlachty wyzwał, po czym powtórzył głośno to samo wobec pana Charłampa i panów Sielickich.
– My zaś oświadczamy – rzekł Wołodyjowski – iż jeśli wyjdziesz zwycięzcą z walki ze mną, tedy od woli twej zależy, czy jeszcze zechcesz się bić z panem Zagłobą, a w żadnym razie nikt więcej cię nie będzie wyzywał ani też kupą na cię nie napadną
i odjedziesz, gdzie chcesz – na co parol kawalerski dajem… (…)
Wtem zabrzmiał trochę drżący głos Zagłoby: – W imię Boże! zaczynajcie! (…)

Rozdział XII

Świsnęły szable i ostrze szczęknęło o ostrze. (…) Furia watażki wzrastała: ogarniał go dziki szał bojowy – i parł przed sobą Wołodyjowskiego jak huragan – a mały rycerz cofał się ciągle i tylko się bronił. Wyciągnięta jego prawica nie poruszała się prawie wcale, dłoń tylko sama zataczała bez ustanku małe, ale szybkie jak myśl półkola i chwytał szalone cięcia Bohunowe, ostrze podstawiał pod ostrze, odbijał i znów się zasłaniał, i jeszcze się cofał, oczy utkwił w oczach Kozaka i śród wężowych błyskawic wydawał się spokojny… (…) Wołodyjowski nie spuszczał go z oka i bronił się ciągle. Nagle poczuwszy za sobą wydmę zebrał się w sobie – już patrzącym zdawało się, że padł – on tymczasem pochylił się, skurczył, przysiadł i rzucił całą swoją osobą niby kamieniem w pierś Kozaka. (…) …mały rycerz poznawszy już całą siłę przeciwnika nacierał tak żwawo, że świadkom dech zamarł w piersi: widocznie poczynał się rozgrzewać, nozdrza rozdęły mu się – małe oczki sypały skry; przysiadał i zrywał się, zmieniał w jednym mgnieniu pozycje, zataczał kręgi naokół watażki i zmuszał go do obracania się na miejscu. (…) Wtem Kozak sztuką najbieglejszym tylko szermierzom znaną przerzucił nagle szablę z prawej ręki do lewej i dał cios od lewicy tak okropny,
że pan Michał, jakby piorunem rażony, padł na ziemię. (…) …pan Michał padł umyślnie i właśnie dlatego szabla Bohunowa przecięła tylko powietrze, mały rycerz zaś zerwał się jak dziki kot i całą niemal długością ostrza ciął straszliwie w odkrytą pierś Kozaka. Bohun zachwiał się, postąpił krok, ostatnim wysileniem dał ostatnie pchnięcie; pan Wołodyjowski odbił je z łatwością, uderzył jeszcze po dwakroć w pochylony łeb – szabla wysunęła się z bezwładnych rąk Bohuna i padł twarzą na piasek, który wnet zaczerwienił się pod nim szeroką kałużą krwi. (…)

– Waść, widzę, ścichapęk! – rzekł Charłamp. – Stanę ja waszmości, żeby nie mówiono, iżem się uląkł, ale choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! (…)
…zaniechajmy się lepiej – rzecze Wołodyjowski – gdyż prawdę waćpanu powiedziawszy, tom mu tam w drogę, gdzie myślisz,
nie wchodził. Wejdzie tam waćpanu kto inny, lepszy ode mnie – ale nie ja. (…)
– Niechże i tak będzie – rzekł Charłamp otwierając ramiona. Pan Wołodyjowski padł w nie i poczęli się całować… (…) Tu uwaga powszechna zwróciła się znów na leżącego watażkę, którego Eliaszeńko obrócił przez ten czas twarzą do góry i z płaczem szukał w nim znaków życia. (…) Koszula na piersiach również była cała we krwi, ale dawał jeszcze znaki życia. (…) Szlachta spojrzała
po sobie. Zawziętość przeciw Bohunowi znikła już we wszystkich sercach. (…)
– Pewnie, że trudno go tu jak psa zostawić – mruknął pierwszy Zagłoba. (…) Po chwili Bohun leżał już na opończy, której końce pochwycili Zagłoba, Wołodyjowski, Kuszel i Eliaszeńko – i cały orszak w towarzystwie Charłampa i panów Sielickich udał się wolnym krokiem ku karczmie. (…) …gdy na koniec wniesiono watażkę do izby, Zagłoba wnet zabrał się z wielką znajomością rzeczy i wprawą do opatrunku. Krew zatamował, rany pozalepiał, po czym zwrócił się do Eliaszeńki.
– A ty, dziadu, tu niepotrzebny – rzekł. – Jedź co prędzej do Zaborowa, proś, żeby cię przed oblicze pańskie puszczono, i list oddaj, a opowiedz, coś widział, tak wszystko, jak było. (…)
Zagłoba zaś rzekł…:
– (…) Nam też czas w drogę, panie Michale, bo trzeba jeszcze księciu wojewodzie zdać relację. (…)

Rozdział XIII

Książę Jeremi przyjął wieść o porąbaniu Bohuna dość obojętnie, zwłaszcza gdy się dowiedział, iż są ludzie nie spod jego chorągwi, gotowi w każdej chwili złożyć świadectwo, iż Wołodyjowski został wyzwany. (…) Chodziło… księciu o to tylko, by nie narobiono politycznej wrzawy z powodu jego żołnierzy. Z drugiej strony, ze względu na Skrzetuskiego rad był nawet książę z tego,
co się stało, bo odzyskanie Kurcewiczówny było istotnie teraz daleko prawdopodobniejsze. (…) Pan Wołodyjowski szedł, było,
z wielkim strachem do księcia, gdyż chociaż w ogóle mało był płochliwy, bał się jednak jak ognia każdego zmarszczenia brwi wojewody. Jakież tedy było jego zdumienie i radość, gdy książę wysłuchawszy relacji i pomyślawszy przez chwilę nad tym,
co się stało, zdjął kosztowny pierścień z palca i rzekł:
– Chwalę moderację waszmościów, iżeście pierwsi go nie napadli, bo wielkie i szkodliwe mogły stąd powstać na sejmie hałasy.
Ale jeśli kniaziówna się odnajdzie, to Skrzetuski będzie wam winien dozgonną wdzięczność. Dochodziły mnie słuchy, mości Wołodyjowski, że jak inni języka w gębie, tak waść szabelki w pochwie dotrzymać nie umiesz, za co należałaby ci się kara. Skoro jednak w sprawie przyjaciela stanąłeś i reputację naszych chorągwi z tak zawołanym junakiem utrzymałeś, to już weź
ten pierścień, abyś miał jakową dnia tego pamiątkę. Wiedziałem, żeś dobry żołnierz i gracz na szable, aleś to podobno mistrz
nad mistrze. (…)

Książę kochał się w sprawach rycerskich i w dobrych żołnierzach, więc uśmiechnął się z zadowoleniem i spytał:
– Znalazłeś waść kogo równej siły na szable?
– Jeno mnie raz Skrzetuski trochę wyszczerbił, ale też i ja jego... (…)
Na to książę:
– (…) … pod Zamość musicie waszmościowie… jechać. Mam wiadomość z kozackiego obozu, iż gdy tylko wybór królewicza Kazimierza będzie promulgowany, Chmielnicki od oblężenia ustąpi i cofnie się aż na Ruś, co uczyni z prawdziwego
lub symulowanego afektu do króla jegomości lub też dlatego, że pod Zamościem snadnie by się jego potęga mogła złamać. Wtedy musicie jechać, opowiedzieć Skrzetuskiemu, co się stało, by ruszył kniaziówny szukać. Powiedzcie mu, żeby sobie
z chorągwi moich przy staroście wałeckim wybrał tylu pocztowych, ilu będzie do ekspedycji potrzebował. Zresztą przemyślę mu przez was permisję i dam list, bo mi jego szczęście wielce na sercu leży.
– Wasza książęca mość ojcem nas wszystkich jesteś – rzekł Wołodyjowski – dlatego po wiek życia w wiernych służbach trwać chcemy. (…)
– Tośmy się wywinęli! – mówił Zagłoba, gdy obaj z Wołodyjowskim wyszli od księcia. (…)
– Trzeba by nam jak najprędzej do Skrzetuskiego. Już go też nie opuścimy, póki się dziewczyna nie odnajdzie. (…)

Rozdział XIV

Na koniec zabrzmiało Te Deum laudamus w warszawskiej katedrze i „pan siadł na majestacie”, huczały działa, biły dzwony –
i otucha poczęła wstępować we wszystkie serca. (…) Spodziewano się, że po tylu klęskach Rzeczpospolita odetchnie i pod nowym panowaniem ze wszystkich ran się wygoi. Nareszcie wyjechał Śmiarowski z listem królewskim do Chmielnickiego i wkrótce rozeszła się wieść radosna, że Kozacy ustępują spod Zamościa, ustępują aż na Ukrainę, gdzie spokojnie czekać będą rozkazów królewskich i komisji, która rozpatrzeniem ich krzywd ma się zająć. (…) Książę Jeremi, jako senator Rzeczypospolitej, musiał udać się z królem, Wołodyjowski zaś i Zagłoba na czele jednej chorągwi dragońskiej pociągnęli śpiesznymi pochodami
do Zamościa, by Skrzetuskiemu szczęśliwą nowinę o przygodzie Bohunowej zwiastować, a następnie razem na poszukiwanie kniaziówny wyruszyć. (…) Dojechawszy do Końskowoli, postanowił Wołodyjowski zatrzymać się na odpoczynek, bo konie były już mocno zdrożone. Któż więc opisze zdziwienie obydwóch przyjaciół, gdy wszedłszy do ciemnej sieni zajazdu, w pierwszym spotkanym szlachcicu rozpoznali pana Podbipiętę. (…)

– Gdzie jedziesz? – pytał Wołodyjowski.
– Do Warszawy, do księcia pana.
– Księcia nie ma w Warszawie. Pojechał do Krakowa z królem jegomością, przed którym ma nieść jabłko na koronacji.
– A mnie pan Weyher do Warszawy wyprawił z listem i z zapytaniem gdzie książęce regimenta mają iść, bo już, chwalić Boga,
w Zamościu niepotrzebne.
– To i nie potrzebujesz nigdzie jechać, bo my wieziemy ordynanse. (…)
– A wy gdzie jedziecie? – pytał… Longinus.
– Do Zamościa, do Skrzetuskiego.
– Porucznika nie ma w Zamościu.
– Masz babo placek! Gdzież on jest?
– Koło Choroszczyna gdzieś, gromi kupy swawolne. Chmielnicki cofnął się, ale jego pułkownicy po drodze palą, rabują i ścinają. (…)
Tymczasem weszli do izby. Zagłoba kazał zagrzać trzy garnce piwa, po czym zbliżywszy się do stołu, za którym Wołodyjowski
z panem Longinem już zasiedli, rzekł:
– Bo waćpan, panie Podbipięta, nie wiesz największej i szczęśliwej nowiny, żeśmy z panem Michałem Bohuna na śmierć usiekli.
Litwin aż się z ławy podniósł.
– Braciaż wy rodzeni, możeż to być?
– Jak nas tu żywych widzisz. (…)
– Tak to i było – rzecze Wołodyjowski.

– Powiedzże nam wasze – pytał Zagłoba – gdzie my teraz Skrzetuskiego znajdziemy, bo znaleźć go musimy, aby zaraz z nim
po dziewczynę wyruszyć.
– Łatwo się o niego za Zamościem dopytacie, bo tam o nim głośno. (…) Pracuje on tam ze wszystkich sił, na własne zdrowie
nie dbając.
Tu westchnął pan Longinus i spuścił głowę w zamyśleniu, a po chwili tak dalej mówił:
– Ot, myślę, że Bóg w miłosierdziu najwyższym niechybnie pocieszy pana Skrzetuskiego i da mu to, w czym sobie szczęście upatrzył, bo wielkie są zasługi tego kawalera. W tych czasach zepsucia i prywaty, gdy każdy o sobie tylko myśli, on o sobie zapomniał. Taż on, brateńki, dawno mógł permisję od księcia pana otrzymać i jechać na szukanie kniaziówny, a zamiast tego, gdy na miłą ojczyznę paroksyzm przyszedł, ani na chwilę służby nie porzucił, z męką w sercu w ustawicznej pracy trwając. (…)
– Skrzetuskiemu już Pan Bóg wynagrodził śmiercią Bohunową – rzekł Zagłoba – i tym, że dał chwilę spokoju Rzeczypospolitej,
bo teraz czas dla niego nadszedł, by o odszukaniu zguby pomyślał.
– Waćpanowie z nim pojedziecie? – pytał Litwin.
– A waszmość to nie?
– Rad bym ja z duszy serca, ale co z listami będzie? Jeden wiozę od starosty wałeckiego do króla jegomości, drugi do księcia,
a trzeci właśnie od pana Skrzetuskiego, takoż do księcia, z prośbą o permisję.
– Permisję my mu wieziemy.
– Ba, ale jakże mnie listów nie odwieźć?
– Musisz waćpan jechać do Krakowa; nie może być inaczej… (…)

Rozdział XV

Odjechał więc pan Longinus do Krakowa z sercem przeszytym strzałą, a okrutny pan Zagłoba wraz z Wołodyjowskim
do Zamościa, gdzie nie zabawili dłużej jak jeden dzień, gdyż komendant, starosta wałecki, oznajmił im, że dawno już nie miał wiadomości od Skrzetuskiego, i sądził, że regimenty, które pod Skrzetuskim ruszyły, pójdą na prezydium do Zbaraża, aby tamte kraje od kup swawolnych zasłaniać. (…) Szli krajem tak zniszczonym, że częstokroć po całych dniach żywej duszy nie mogli napotkać. Miasteczka leżały w perzynie, wsie były popalone i puste, lud wybity lub w jasyr zagarnięty. (…) Był to już koniec listopada… (…) Ziemia skrzepła, śniegi leżały już na polach, a brzegi rzek bramowały się rankami przezroczystą skorupą szklaną. (…) Po wojnie i głodzie miał nadejść trzeci wróg nędzy ludzkiej – mróz, a jednak ludzie wyglądali go z upragnieniem, był on bowiem pewniejszym od wszystkich układów hamulcem wojny. (…)

Z tą samą otuchą nasi dwaj przyjaciele po długiej i trudnej podróży dojechali szczęśliwie do Zbaraża i oznajmiwszy się w zamku, natychmiast udali się do komendanta, w którym z niemałym zdziwieniem poznali Wierszułła.
– A gdzie Skrzetuski? – pytał po pierwszych powitaniach Zagłoba. (…)
– (…) Korzystał on z pomyślnego czasu, bo pewnie tu do wiosny będziem w spokoju stali, i wedle moich supozycji, pojechał
na poszukiwanie kniaziówny, która w Bohunowym jest ręku.
– Bohuna nie ma już na świecie – rzekł Zagłoba.
– Jak to?
Pan Zagłoba opowiedział po raz trzeci czy czwarty wszystko, jak było, bo opowiadał to zawsze z przyjemnością; Wierszułł również, jak pan Longinus, nie mógł się wydziwić zdarzeniu, na koniec rzekł:
– To Skrzetuskiemu będzie łatwiej.
– W tym rzecz, czy ją odnajdzie. A ludzi ze sobą wziął jakowych?
– Nikogo, sam pojechał z jednym Rusinem pacholikiem i z trzema końmi. (…)
– To waszmościowie chcieliście z nim jechać?
– Tak jest. Ale cóż teraz poczniemy, panie Michale! Jechać za nim czy nie jechać? (…)
– Ja… myślę, żeby nie czekać, bo i co stracimy, jeśli zaraz jutro ruszym? Nie odnajdzie kniaziówny pan Skrzetuski, to może właśnie nam Bóg poszczęści – rzekł Wołodyjowski. (…)

Jakoż nazajutrz dwaj przyjaciele poczęli już czynić przygotowania do drogi, gdy niespodzianie w wilię ich wyjazdu przybył pacholik pana Skrzetuskiego, młody kozaczek Cyga, z wieściami i listami dla Wierszułła. Usłyszawszy o tym Zagłoba
i Wołodyjowski wnet pośpieszyli do kwatery komendanta i tam czytali, co następuje: "Jestem w Kamieńcu, do którego droga
na Satanów bezpieczna. Jadę do Jahorlika z Ormianami, kupcami, których mnie pan Bukowski wskazał. Mają oni glejty tatarskie
i kozackie na wolny przejazd aż do Akermanu. Pojedziemy na Uszycę, Mohylów i Jampol z bławatami, wszędy po drodze się zatrzymując, gdzie jeno ludzie żywi mieszkają; może też Bóg pomoże, że znajdziem, czego szukamy. Towarzyszom moim, Wołodyjowskiemu i panu Zagłobie, powiedz, panie Krzysztofie, by w Zbarażu na mnie czekali, jeśli im czego innego czynić
nie wypadnie, bo w tę drogę, w którą jadę, większą kupą jechać nie można, a to dla wielkiej podejrzliwości Kozaków, którzy
w Jampolu zimują i nad Dniestrem aż do Jahorlika konie w śniegach trzymają. (…) …wszystko w ręku Boga najwyższego, któren, jeśli zechce, miłosierdzie nam swoje okaże i mękę skróci, amen”. (…)

Jakoż nazajutrz zaczęły się dla dwóch przyjaciół długie, jednostajne dni oczekiwania… (…) Tymczasem nadeszła sroga zima. (…) Upłynął cały grudzień, po czym styczeń i luty - o Skrzetuskim nie było ani słychu. (…)

Rozdział XVI

Komisarze wysłani przez Rzeczpospolitą do traktatów z Chmielnickim dotarli wreszcie wśród największych trudności
do Nowosiółek i tam zatrzymali się czekając odpowiedzi od zwycięskiego hetmana, który tymczasem bawił w Czehrynie. (…) Byli oni jako garść podróżnych otoczona przez stado zgłodniałych wilków. (…) Była to straszna noc a długa, bo zimowa. Wojewoda Kisiel wsparł głowę na ręku i siedział od kilku godzin nieruchomie. Nie śmierci on się lękał, bo od czasów wyruszenia z Huszczy tak już był wyczerpany, zmęczony, bezsenny, że raczej by z radością do śmierci wyciągnął ręce – ale duszę jego nurtowała bezdenna rozpacz. On to przecie, jako Rusin z krwi i kości pierwszy wziął na się rolę pacyfikatora w tej bezprzykładnej wojnie –
on występował wszędy, w senacie i na sejmie, jako najgorętszy stronnik układów, on popierał politykę kanclerza i prymasa,
on potępiał najsilniej Jeremiego i działał w dobrej wierze dla dobra kozactwa i Rzeczpospolitej – i wierzył całą swą gorącą duszą, że układy, że ustępstwa wszystko pogodzą, uspokoją, zabliźnią – i właśnie teraz, w tej chwili, gdy wiózł buławę Chmielnickiemu,
a ustępstwa Kozaczyźnie, zwątpił o wszystkim – ujrzał oczywiście marność swoich wysileń, ujrzał pod nogami próżnię i przepaść. (…) Tu znów przychodziły wojewodzie na myśl słowa Jeremiego: „Łaski można dać tylko zwyciężonym” – i znów myśl jego zasuwała się w ciemność, a pod nogami otwierała się przepaść.

Tymczasem mijała północ. (…) Wtem drzwi się otwarły i Bryszowski, kapitan dragonów biskupa poznańskiego, dowodzący konwojem, wszedł do izby.
– Jaśnie wielmożny wojewodo – rzekł – jakiś Kozak pragnie widzieć ichmość panów komisarzy. (…)
– Dobrze, niech ten Kozak wejdzie.
Po chwili drzwi się otwarły i jakaś wysoka, czarnobroda postać stanęła w progu izby.
– Kto jesteś? – pytał Kisiel.
– Jan Skrzetuski, porucznik husarski księcia wojewody ruskiego.
Kasztelan Brzozowski, pan Kulczyński i łowczy Krzetowski porwali się z ław. (…)
– Czego od nas żądasz?
– Abyście mi waszmość panowie iść ze sobą dozwolili.
– Smokowi w paszczękę leziesz… ale gdy taka waszmościna wola, oponować jej nie możemy.
Skrzetuski skłonił się w milczeniu. Kisiel patrzył na niego ze zdziwieniem. Surowa twarz młodego rycerza uderzyła go powagą
i boleścią.

– Powiedzże mi waszmość – rzekł – jakie powody gnają cię do owego piekła, do którego nikt po dobrej woli nie idzie.
– Nieszczęście, jaśnie wielmożny wojewodo.
– Niepotrzebniem pytał – rzekł Kisiel. – Musiałeś kogoś z bliskich utracić i tam go jedziesz szukać?
- Tak jest.
– Dawnoż to się stało?
– Zeszłej wiosny.
– Jak to?… i waść dopiero teraz na poszukiwania się wybrał? Toż to rok blisko! Cóżeś dotąd waszmość porabiał?
– Biłem się pod wojewodą ruskim.
– Zaliż tak szczery pan nie chciał waści permisji udzielić?
– Ja sam nie chciałem.
Kisiel znów spojrzał na młodego rycerza; po czym nastało milczenie, które przerwał dopiero kasztelan kijowski.
– Wszystkim nam, którzyśmy z księciem służyli, znane są nieszczęścia tego kawalera, nad którymiśmy niejedną słoną kroplę
z oczu uronili; a że wolał, póki była wojna, ojczyźnie służyć, zamiast swego dobra patrzeć, tym to chwalebniej z jego strony. Rzadki to jest przykład w dzisiejszych zepsutych czasach. (…)

Rozdział XVII

Nazajutrz rano opuścili komisarze, a z nimi i pan Skrzetuski, Nowosiółki, ale była to podróż opłakana, w której na każdym postoju, w każdym miasteczku groziła im śmierć, a wszędy spotykały gorsze od śmierci zniewagi, w tym właśnie gorsze, że komisarze wieźli w osobach swych powagę i majestat Rzeczypospolitej. Pan Kisiel rozchorzał tak, iż na wszystkich noclegach wnoszono go na saniach do domów i piekarni. Podkomorzy lwowski łzami się zalewał nad hańbą swoją i ojczyzny; kapitan Bryszowski również rozchorzał od bezsenności i pracy, więc miejsce jego zajął pan Skrzetuski i prowadził dalej ów nieszczęsny orszak wśród nacisku tłumów, obelg, gróźb, szarpaniny i bitew. (…) W Gwozdowej Skrzetuski i Doniec musieli stoczyć krwawą bitwę, w której rozpędzili kilkaset czerni. (…) Takich dni upłynęło ośmnaście, zanim przyszła na koniec odpowiedź od Chmielnickiego, że do Kijowa przyjechać nie chce, ale w Perejasławiu czeka na wojewodę i komisarzy. Odetchnęli tedy nieszczęśni wysłańcy sądząc,
że skończyła się już ich męka; jakoż przeprawiwszy się przez Dniepr w Trypolu, udali się na noc do Woronkowa, z którego sześć tylko mil było do Perejasławia. Wyjechał naprzeciw nich o pół mili Chmielnicki chcąc niby cześć poselstwu królewskiemu okazać… (…)

– Czołem wam, panowie komisary, i tobie, wojewodo! Lepiej było dawniej zacząć ze mną traktaty, kiedy ja był mniejszy i siły własnej nie znał, ale że was korol do mene prisław, tak was wdzięcznym sercem w mojej ziemi przyjmuję…
– Witaj, mości hetmanie! – odrzekł Kisiel. – Król jegomość posłał nas, byśmy ci jego łaskę ofiarowali i sprawiedliwość wyrządzili.
– Za łaskę dziękuję, a sprawiedliwość już ja sam sobie ot tym na waszych szyjach wyrządził – tu uderzył się po szabli – i dalej wyrządzę, jeśli mnie nie ukontentujecie.
– Nieuprzejmie nas witasz, mości hetmanie zaporoski, nas, wysłańców królewskich.
– Ne budu howoryty na morozi, będzie na to lepszy czas – odparł szorstko Chmielnicki. – Puszczaj mnie, Kisielu, do swoich sani,
bo wam chcę cześć wyrządzić i razem jechać.
To rzekłszy, zsiadł z konia i zbliżył się do sani. Kisiel zaś usunął się ku prawej ręce, zostawiając wolną lewą stronę. Widząc to Chmielnicki zmarszczył się i krzyknął:
– A ty mnie dawaj prawą rękę!
– Jam senator Rzeczypospolitej!
– A mnie co senator! Pan Potocki pierwszy senator i hetman koronny, a ja go mam w łykach razem z innymi i jutro, jeśli zechcę, na pal wbić każę!
Rumieńce wystąpiły na blade policzki Kisiela.
– Osobę króla tu przedstawiam!
Chmielnicki zmarszczył się jeszcze mocniej, ale się pohamował i siadł po lewej stronie mrucząc:
– Naj korol bude w Warszawie, a ja na Rusi. Nie dość ja, widzę, na karki wam nastąpił. (…)

Niknęły miasteczka, miasta i wsie, kraj zmieniał się w pustkę i w ruinę, w jedną ranę, której wieki nie mogły wygoić – ale ów wódz i hetman tego nie widział czy nie chciał widzieć – bo on nigdy nic poza sobą nie widział – i rósł, i tuczył się krwią, ogniem,
we własnym potwornym samolubstwie utopił własny lud, własny kraj – i oto wwoził teraz komisarzy do Perejasławia przy huku dział i biciu we dzwony, jak udzielny pan, hospodar, kniaź. (…) Już też orszak dotarł do bram miasta. (…)

Rozdział XVIII

Następnego dnia długie były rozhowory komisarzy miedzy sobą: czy dary królewskie wręczyć Chmielnickiemu natychmiast,
czy też czekać, dopóki by większej pokory i jakowejś skruchy nie okazał. Stanęło na tym, żeby go ująć ludzkością i łaską królewską, zapowiedziano więc wręczenie darów – i nazajutrz dzień odbył się ów akt uroczysty. Od rana biły dzwony i grzmiały działa. Chmielnicki czekał przed swym dworcem wśród pułkowników, wszystkiej starszyzny i nieprzeliczonych tłumów kozactwa
i czerni, chciał bowiem, żeby cały naród wiedział, jaką to go czcią sam król otacza. (…) …pokazał się orszak komisarski. Na czele szli dobosze bijący w kotły oraz trębacze z trąbami przy ustach i wydętymi policzkami, bębniąc i wydobywając z mosiądzu długie żałosne głosy, jakoby na pogrzebie sławy i godności Rzeczypospolitej. Za ową kapelą niósł łowczy Krzetowski buławę
na aksamitnej poduszce, Kulczyński, skarbnik kijowski, czerwoną chorągiew z orłem i napisem – a dalej Kisiel szedł samotnie, wysoki, szczupły, z białą brodą, spływającą na piersi, z cierpieniem w arystokratycznej twarzy i bólem bezdennym w duszy.
O kilka kroków za wojewodą wlokła się reszta komisarzy, a orszak zamykała dragonia Bryszowskiego pod Skrzetuskim. Kisiel szedł wolno, bo oto w tej chwili ujrzał jasno, że spoza podartego łachmana układów, spod pozorów ofiarowania łaski królewskiej
i przebaczenia, inna, naga, ohydna prawda wygląda, którą ślepi nawet ujrzą, głusi usłyszą, bo krzyczy: „Nie idziesz ty, Kisielu, łaski ofiarować, ty idziesz o nią prosić; ty idziesz ją kupić za tę buławę i chorągiew, a idziesz pieszo do nóg tego chłopskiego wodza
w imieniu całej Rzeczypospolitej, ty, senator i wojewoda…” (…)

Orszak zbliżał się na koniec. Kisiel, wysunąwszy się naprzód, postąpił kilka kroków aż do podniesienia. (…) Nagle ciszę tę przerwał głos jakiś krótki, donośny a rozkazujący, który zabrzmiał z niewypowiedzianą siłą desperacji, nie liczącej się z niczym i z nikim:
– Dragonia w tył! za mną!
Był to głos pana Skrzetuskiego. (…) Wyćwiczeni dragoni zwrócili na miejscu konie, porucznik stanął na ich czele, dał znak mieczem i cały oddział ruszył z wolna na powrót ku domostwu komisarzy. (…) Jeden Kisiel zrozumiał wszystko, zrozumiał,
że i traktaty, i życie komisarzy wraz z eskortą zawisło w tej chwili na włosku, więc wstąpił na podniesienie i nim Chmielnicki zdołał pomyśleć, co się stało, zaczął przemowę. (…) Wojewoda mówił dalej gładkimi i wybornymi słowy pokazując Chmielnickiemu, jak wielkie bierze upominki – bo znak władzy prawej, którą dotąd jako przywłaszczyciel jeno piastował. (…) Pewne zadowolenie odbiło się na twarzy hetmana, który poczekawszy chwilę rzekł:
– Za tak wielką łaskę, którą mi król jegomość przez wasze moście pokazał, że i władzę nad wojskiem przysłał, i przeszłe moje przestępstwa przebacza, uniżenie dziękuję. Zawsze to ja mówił, że król ze mną przeciw wam, nieszczerym dukom i królewiętom, trzyma, a najlepszy dowód, że kontentację mnie przysyła za to, że ja wam szyję ucinał – tak i dalej będę ucinał, jeżeli mnie
i króla słuchać we wszystkim nie będziecie. (…)

Kisiel zaś rzekł: – Król ci, mości hetmanie, krwi przelewu nakazuje poprzestać i traktaty z nami począć. (…)
– (…) Co wy mnie mieli oddać, to oddali, i wszyscy to widzieli, że już ja hetman z ramienia królewskiego, a teraz chodźcie do mnie na gorzałkę, na obiad, bom głodny.
To rzekłszy Chmielnicki ruszył ku swemu dworcowi, a za nim komisarze i pułkownicy. (…) …rozpoczął się poczęstunek. (…)
– Pokornie proszę, jedzcie i pijcie – rzekł Chmielnicki – bo będę myślał, że nasza prosta strawa kozacka przez wasze pańskie gardła przejść nie chce. (…)
– Kiedy, mości hetmanie, życzysz, aby się komisja zebrała? – pytał Kisiel…
Na nieszczęście… Chmielnicki nie był już trzeźwy… (…) …zerwał się z miejsca, rzucał od ławy, za czuprynę rwał, nogami bił
w ziemię krzycząc, że wojna musi być, bo on już na nią rozgrzeszenie i błogosławieństwo dostał, że nic mu po komisji
i komisarzach, bo nawet na zawieszenie broni nie pozwoli. (…) To rzekłszy Chmielnicki znowu wpadł w chwilowe rozczulenie
i oparłszy ręce na ramionach wojewody zbliżył swą ogromną czerwoną twarz do jego bladych, wychudłych policzków. (…) Kisiel był bliski omdlenia.
– Dziękujemy ci, hetmanie, za ucztę i żegnamy cię – rzekł słabym głosem.
– Ja jutro do ciebie, Kisielu, na obiad przyjadę – odpowiedział Chmielnicki – a teraz idźcie sobie. (…)

Wojewoda Kisiel, zmęczony, wyczerpany, ledwie na nogach się trzymający, natychmiast położył się do łóżka i aż do następnego dnia nie chciał nikogo widzieć; dopiero przed południem kazał przywołać Skrzetuskiego.
– Coś waćpan uczynił najlepszego? – rzekł do niego – coś waćpan uczynił! Swoje i nasze życie na zgubę mogłeś narazić. (…)
– Do boleścim nawykł, jaśnie wielmożny wojewodo, jeno hańby znieść nie mogę. (…)
– Niech cię Bóg błogosławi, boś młody, uczciwy i wiem, że nie miałeś złej intencji. Ale to, co ty mówisz, mówi twój książę, za nim wojsko, szlachta, sejmy, pół Rzeczypospolitej – i całe to brzemię wzgardy i nienawiści spada na mnie.
– Każdy służy ojczyźnie, jak rozumie; niechże Bóg sądzi intencje, a co się tyczy księcia Jeremiego, ten ojczyźnie zdrowiem
i majętnością służy. (…) Bóg ześle ratunek.
– O, niechże ześle takowy promień przed śmiercią moją, abym nie umarł w rozpaczy!… to jeszcze za wszystkie boleść mu podziękuję, za ten krzyż, który za życia noszę, za to, że czerń woła o głowę moją, a na sejmach zdrajcą mnie nazywają, za moje mienie zagrabione, za hańbę, w której żyję, za całą tę gorzką nagrodę, jakąm z obu stron otrzymał! (…) Skrzetuski nie mógł już dłużej wytrzymać, ale rzuciwszy się na kolana przed wojewodą chwycił jego rękę i rzekł przerywanym z wielkiego wzruszenia głosem:
– Jam żołnierz i idę inną drogą, ale zasłudze i boleści cześć oddawam. (…)
A Kisiel położył mu obie ręce na głowie.
– Synu mój – rzekł cicho – niechże cię Bóg pocieszy, prowadzi i błogosławi, jak ja cię błogosławię. (…)

* * * * * * * * * *

Błędne koło układów rozpoczęło się jeszcze tego samego dnia. Chmielnicki przyjechał dość późno na obiad do wojewody
i w najgorszym usposobieniu. (…) Dopiero gdy sobie nieco gorzałką i wybornym miodem huszczańskim podchmielił, wpadł
w lepszy humor, ale też za nic już o sprawach publicznych nawet i wspomnieć sobie nie dał, mówiąc: „Mamy pić, to pijmy – zajutro sprawa i rozprawa! A nie, to sobie pójdę!” O godzinie trzeciej w nocy naparł się iść do sypialnej izby wojewody, czemu się tenże pod różnymi pozorami opierał, albowiem zamknął tam umyślnie Skrzetuskiego, wielce się obawiając, aby przy spotkaniu się tego nieugiętego żołnierza z Chmielnickim nie miało miejsca jakie zajście, które by dla porucznika zgubnym być mogło. Chmielnicki jednak postawił na swoim i poszedł, a za nim wszedł i Kisiel. Jakież tedy było zdziwienie wojewody, gdy hetman, ujrzawszy rycerza, skinął mu głową i zakrzyknął:
– Skrzetuski! a czemu ty z nami nie pijesz?
I wyciągnął doń przyjaźnie rękę.
– Bom chory – odrzekł skłoniwszy się porucznik. (…)
– A ty wiesz, za co ja ciebie miłuję? (…)
Skrzetuski spojrzał… ze zdziwieniem na Chmielnickiego. (…)

– (…) To ja tobie przypomnę, co mnie w Czehrynie powiadali, gdym tam z Bazawłuku z Tuhaj-bejem przyszedł. Pytałem ja sam wszędy o niedruha mojego Czaplińskiego, któregom nie znalazł – ale mnie powiedzieli, co ty jemu uczynił po naszym pierwszym spotkaniu, że ty jego za łeb i za hajdawery ułapił i drzwi nim wybił, i okrwawił jak sobakę – ha! (…)

To rzekłszy hetman zwrócił się do Kisiela i na nowo jął opowiadać:
– Za łeb go złapał i za pludry, podniósł jak liszkę, drzwi nim wybił i na ulicę wyrzucił. (…) Proś mnie, o co chcesz! (…)
Kisiel go wyręczył.
– Jest to rzecz poważna – rzekł – o której mnie kasztelan Brzozowski opowiadał. Bohun porwał, mości hetmanie, temu oto kawalerowi narzeczoną i ukrył ją nie wiadomo gdzie. (…)
– Ty mój druh, ty Czaplińskiego rozbił… Ja tobie dam nie tylko prawo, żeby ty jechał i szukał wszędy, gdzie zechcesz, ale i rozkaz dam, by ten, u którego ona jest, w twoje ręce ją oddał, i piernacz ci dam na przejazd, i list do metropolity, by po monastyrach
u czernic szukali. Moje słowo nie dym! (…)
Nazajutrz dzień Skrzetuski opuścił Perejasław. (…)

Rozdział XIX

Jeżeli pan Zagłoba nudził się w Zbarażu, to nie mniej nudził się i Wołodyjowski, któren za wojną i przygodami szczególniej tęsknił. (…) Jedyną rozrywkę stanowiły wieści publiczne, które często gęsto obijały się o szare mury zbaraskie. (…) Z wolna jednak zaczęły chorągwie książęce coraz liczniej ściągać do Zbaraża, z czego przepowiadano na wiosnę wojnę. (…) Tymczasem pokazało się, że pan Zagłoba miał słuszność odkładając z dnia na dzień wyprawę, gdyż w końcu marca przybył Kozak Zachar z listem adresowanym do Wołodyjowskiego z Kijowa. Pan Michał wezwał natychmiast Zagłobę, a gdy się zamknęli z posłańcem w osobnej izbie, rozerwał pieczęć i czytał, co następuje: „Nad Dniestrem, aż do Jahorliku nie odkryłem żadnych śladów. Suponując, że musi być ukryta w Kijowie, przyłączyłem się do komisarzy, z którymi do Perejasławia zaszedłem. Tam uzyskawszy nadspodziewanie konsens od Chmielnickiego przybyłem do Kijowa i szukam wszędy, w czym mi sam metropolita sekunduje. (…) Skrzetuski”. (…)
– Widać, że Skrzetuski jest dobrej myśli – rzekł Zagłoba. (…)
– …z tego listu Skrzetuskiego nic pomyślnego nie widać. Że on sam nad Dniestrem nie położył głowy, to chwała Bogu,
ale kniaziówny dotąd nie znalazł i któż zaręczy, czy ją znajdzie? (…)
…Zagłoba zwrócił się do Kozaka:
– A co tam u was, Zachar, mówią: będzie-li pokój czy wojna?
– Do pierwszej trawy będzie spokój, a na wiosnę to przyjdzie na pohybel albo nam, albo Lachiwczykam. (…)

Rozdział XX

Stary Zachar odjechał na powrót do Kijowa po kilkudniowym odpoczynku, a tymczasem przyszła wieść, że komisarze wrócili
bez wielkich nadziei pokoju, a nawet w zupełnym prawie zwątpieniu. (…) Rozpoczęły się więc z obu stron gwałtowne uzbrojenia. (…) Przyszły wiadomości o mianowaniu nowych wodzów: podczaszego Ostroroga, Lanckorońskiego i Firleja, i o zupełnym usunięciu od spraw wojskowych Jeremiego Wiśniowieckiego, który na czele jeno własnych sił mógł dalej ojczyznę zasłaniać. (…) Zjechał wreszcie i sam książę do Zbaraża w tym celu, aby zebrać jak najwięcej wojska i stać w pogotowiu na granicy wojny. (…) Zapuszczały się pod Zbaraż watahy spod Baru, Chmielnika, Machnówki, ścinając, grabiąc, paląc. Te gromił Jeremi rękoma swych pułkowników, bo sam udziału w owej drobnej wojnie nie brał, chcąc wtedy dopiero z całą dywizją ruszyć, gdy już i hetmani wyjdą w pole. (…) Od końca marca do połowy kwietnia zniósł pan Wołodyjowski siedm luźnych watach, z których każda była trzykroć od jego podjazdu silniejsza… (…) Jeździł więc pan Wołodyjowski sam i sam zwyciężał, aż pewnego razu wyjechawszy pod koniec kwietnia, wrócił w połowie maja tak strapiony i smutny, jakby klęskę poniósł i ludzi wymarnował. (…) Wielu chciało zaraz wiedzieć przyczynę, pan Wołodyjowski jednak nikomu słowa nie rzekł i zaledwie z konia zsiadłszy udał się na długą rozmowę
do księcia w towarzystwie dwóch nieznanych rycerzy, a następnie wraz z nimi szedł do pana Zagłoby, nie zatrzymując się,
choć go ciekawi nowin za rękawy po drodze chwytali. (…)

– Zamknij waszmość drzwi i nie każ nikogo puszczać, bo mamy o ważnych sprawach pomówić. (…)
– To są – rzekł Wołodyjowski ukazując na młodzieńców – kniazie Bułyhowie-Kurcewicze: Jur i Andrzej.
– Stryjeczni Heleny! – zakrzyknął Zagłoba. (…)
– Stryjeczni nieboszczki Heleny… (…)
– Jak to?…
– Są wiadomości – odpowiedział posępnie Wołodyjowski – że kniaziówna w monasterze Dobrego Mikoły została zamordowana. (…)
Po chwili na zamku ozwały się dzwony zwiastujące południe, które brzmiały tak ponuro, jakby dzwony pogrzebowe. (…) Łkanie wstrząsnęło grubym ciałem Zagłoby i trzęsło nim, a oni ciągle narzekali i dzwony biły. (…) Wtem mimo protestacji pilnującego drzwi pacholika wszedł pan Podbipięta i na nowo rozpoczęły się żale i narzekania. (…)
– A skądże macie te wiadomości o śmierci kniaziówny? – pytał dalej pan Longinus. – Czy nie ci kawalerowie je przywieźli? – dodał wskazując na kniaziów. (…)
– Mówił mnie Zaćwilichowski, a on wie od Skrzetuskiego. (…) Spotkał Skrzetuski w jednym monasterze ukrytego pana Joachima Jerlicza, a że to wszystkich o kniaziównę dopytywał, więc pytał i jego: pan Jerlicz zaś powiedział mu, że jakie były panny, to je wpierw Kozacy pobrali, jeno się u Dobrego Mikoły dwanaście zostało, które dymem później wyduszono; a między nimi miała być
i Kurcewiczówna. (…) Wtedy to Skrzetuski z Kijowa wyjechał i zaraz ciężko na zdrowiu zapadł. (…)

…pan Zagłoba utkwił szklany wzrok w przeciwległą ścianę, jakby w najgłębszym zamyśleniu się pogrążył.
– Zbudź się waćpan! – rzekł wreszcie do niego Wołodyjowski wstrząsając go za ramię. – O czym tak myślisz? Nic już nie wymyślisz i wszystkie twoje fortele na nic się nie przydadzą.
– Wiem o tym – odparł złamanym głosem Zagłoba – jeno myślę, żem stary i że nie mam co robić na tym świecie. (…)

Rozdział XXI

– Co waćpan tak przy oknie rozpamiętywasz, zamiast iść spać? – pytał Wołodyjowski. Zagłoba westchnął.
– Bo mi nie do snu – odrzekł wlokącym się głosem. – Rok temu, rok, uciekałem z nią nad Kahamlikiem od Bohuna i tak samo nam one ptaszyny fiukały, a teraz gdzie ona? (…)
– Ej, wiesz co waćpan? Smutek smutkiem, a napij się z nami miodu, bo nie masz nic lepszego na zgryzotę. Będziemy
przy szklenicy rozpamiętywali lepsze czasy.
– Napiję się! – rzekł z rezygnacją Zagłoba. (…) …zanim pan Zagłoba ostatnich słów dokończył, hałas powstał w sieni, ktoś chciał wejść… (…) Następnie drzwi otworzyły się i ukazała się w nich pyzata, rumiana twarz Rzędziana, który powiódł oczyma
po obecnych, pokłonił się i rzekł:
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
– Na wieki wieków! – odrzekł Wołodyjowski – to Rzędzian. (…)
– …ja tu z wieściami o pannie do mojego pana przyjechałem. (…)
– Niepotrzebnieś się śpieszył, bo już pan Skrzetuski wie o jej śmierci i my tu ją łzami rzewnymi oblewamy.
Oczy Rzędziana wylazły zupełnie na wierzch głowy.
– Gwałtu, rety! co ja słyszę? panna umarła?
– Nie umarła, jeno w Kijowie od zbójców zamordowana. (…)
– (…) Co ona miała do roboty w Kijowie, kiedy ona w jarze nad Waładynką, niedaleko Raszkowa ukryta? I czarownica miała rozkaz, żeby się do przyjazdu Bohuna ani krokiem nie ruszała. (…)

…blady był Zagłoba i pot wystąpił mu na łysinę, on zaś skoczył równymi nogami przez ławę do Rzędziana i schwyciwszy pachołka za ramiona pytał chrapliwym głosem:
– Kto tobie powiadał, że ona… koło Raszkowa ukryta?
– Kto miał powiadać? Bohun! (…)
– Słuchaj Rzędzian: tu o życie twego pana i panny chodzi! Czy tobie sam Bohun mówił, że ona nie była w Kijowie?
– Mój jegomość, jak ona miała być w Kijowie, kiedy on ją pod Raszkowem ukrył i Horpynie przykazał pod gardłem, żeby jej
nie puszczała, a teraz mnie piernacz dał i pierścień swój, żebym ja tam do niej jechał, bo jemu się rany odnowiły i sam musi leżeć nie wiadomo jak długo.
Dalsze słowa Rzędziana przerwał pan Zagłoba, który się z ławy na nowo zerwał i schwyciwszy się obu rękoma za resztki włosów, począł krzyczeć jak szalony:
– Żyje moja córuchna, na rany boskie, żyje! To nie ją w Kijowie zabili! Żyje ona, żyje, moja najmilsza! (…)
Radość chwyciła wszystkich za serca i słychać było to okrzyki wdzięczności ku niebu, to zacieranie rąk radosne, to nowe pytania rzucane Rzędzianowi, na które pachołek ze zwykłą sobie flegmą odpowiadał. (…) …pan Zagłoba głos zabrał:
– Mości panowie! – rzekł. – Tu nie ma co zwłóczyć! Bóg sprawił przez tego pacholika i tak pokierował, że w lepszych niż dotąd kondycjach będziemy jej szukali, Bogu niech będzie chwała! Jutro musimy ruszyć. Książę wyjechał, ale już i bez jego permisji puścimy się w drogę, bo czasu nie ma! (…)
To rzekłszy Zagłoba ukląkł pierwszy, a za nim inni, i modlili się długo i żarliwie. (…)

Rozdział XXII

Książę przed kilku dniami wyjechał rzeczywiście do Zamościa w celu czynienia nowych zaciągów i nierychło spodziewano się jego powrotu, więc Wołodyjowski, Zagłoba i Rzędzian ruszyli na wyprawę bez niczyjej wiedzy i w najgłębszej tajemnicy… (…) Jechali czas dłuższy krajem bezpiecznym, bo zajętym przez chorągwie regimentarza Lanckorońskiego, który zbliżał się zwolna
ku Barowi… (…) Pan Wołodyjowski śpiewał ustawicznie, a pan Zagłoba przeciągał się na koniu, nadstawiał z lubością pleców
na słońce… (…) Wyjechawszy wreszcie z okolic trzymanych w ryzie przez załogi i chorągwie Lanckorońskiego, weszli w kraj kozaczy, w którym nic nie pozostało się Lachów, bo tych, którzy nie uciekli, wytępiono ogniem i mieczem. Maj skończył się
i nastał czerwiec znojny, a oni ledwie trzecią część podróży odbyli, bo droga była daleka i trudna. (…) W Jampolu przyjął ich Burłaj, który tu z wojskiem niżowym i czernią na Tatarów budziackich czekał, stary, sławny pułkownik. Ten przed laty Bohuna rzemiosła wojennego uczył… (…) …dowiedziawszy się, że Bohun żyje i na Wołyń zdąża, ucztę z radości wysłańcom wydał i sam się na niej upił. (…) Z Jampola niezbyt już było daleko do Waładynki, ale droga trudna, a raczej ustawiczne bezdroże rozpościerało się
przed rycerzami, bo w owych czasach tamtejsze okolice były jeszcze pustynią z rzadka tylko osiadłą i zabudowaną. (…)
Po długiej podróży byli na koniec u celu, ale niepokój, naturalny w podobnych wypadkach, wkradł im się do serc. Żyje-li jeszcze Helena? (…)

…pucołowata twarz Rzędziana przybladła trochę.
– To Waładynka! – rzekł przyciszonym głosem. (…) Po niejakim czasie znaleźli się nad brzegiem rzeczki i zwrócili konie
w kierunku jej biegu. (…) Jeźdźcy nadjechali na koniec nad wzgórze okrągłe jak przewrócona tarcza rycerska… (…) Rzędzian spojrzał i trącił pana Zagłobę.
– To Wraże Uroczyszcze – rzekł – poznaję z tego, co mnie Bohun powiadał. (…)
– Chwała Bogu! – odpowiedział pan Zagłoba i myśl jego uniosła się ku kniaziównie. (…) Nagle Wołodyjowski wstrzymał konia.
– Widzę jar – rzekł – do którego gardziel skałą zatkana, a w skale wyrwa. (…) Po chwili stanęli u wyrwy i przejechali jakby
pod sklepieniem kamiennym. Otworzył się przed nimi jar głęboki, gęsto zarośnięty po bokach, rozsuwający się w dali w obszerną, półkolistą równinkę, obwiedzioną jakby olbrzymimi murami. Rzędzian począł wołać, ile mu sił w piersiach starczyło:
– Bo-hun! Bo-hun! Bywaj, wiedźmo! bywaj! Bo-hun! Bo-hun!
… po chwili ukazała się niemal na samym szczycie stoku jakaś postać ludzka, która przechyliwszy się i przykrywszy oczy ręką, wpatrywała się pilnie w przybyłych.
– To Horpyna! – rzekł Rzędzian… (…)

– Kto wy? – rzekła wielkim głosem, stanąwszy na dnie. (…)
– Masz tu piernacz, nóż i pierścień, wiesz, co to znaczy?
Olbrzymka wzięła znaki do ręki i poczęła je pilnie rozpatrywać, po czym rzekła:
– Te same są! Wy po kniaziównę?
– Tak jest. A zdrowa ona?
– Zdrowa. Czemu to Bohun sam nie przyjechał?
– Bohun ranny. (…)
– Nie daruj! pocałuj! hu! A kiedy weźmiecie kniaziównę?
– Zaraz, jeno koniom odpoczniemy.
– To bierzcie! Pojadę i ja z wami. (…)
– A ja ci mówię, że zostaniesz. (…) – odparł Rzędzian i huknął jej między piersi z pistoletu tak z bliska, że dym zakrył ją na chwilę zupełnie. Horpyna cofnęła się w tył z rozkrzyżowanymi rękoma; oczy wylazły jej na wierzch głowy, jakieś nieludzkie skrzeczenie wyszło jej z gardzieli, zachwiała się i padła na wznak jak długa.
W tej samej chwili pan Zagłoba ciął Czeremisa szablą przez głowę, aż kość zgrzytnęła pod ostrzem; potworny karzeł nie wydał ani jęku, tylko zwinął się w kłębek jak robak… (…)

– W konie – skomenderował pan Wołodyjowski. Pomknęli i biegli jak wicher wzdłuż krynicy płynącej środkiem jaru; minęli dęby rozrzucone z rzadka po drodze i oczom ich ukazała się chata, a dalej wysoki młyn, którego wilgotne koło błyszczało jak czerwona gwiazda w promieniach słońca. (…) W sieni na prawo przez otwarte drzwi widać było obszerną izbę, pełną wiórów, z ogniskiem ułożonym w środku, napełnioną dymem; na lewo drzwi były zamknięte. (…) Szarpnął, otworzył – wpadł na próg i w progu stanął jak wryty. W głębi izby, ręką oparta o krawędź łoża, stała Helena Kurcewiczówna, blada, z rozpuszczonym na plecy i ramiona włosem, a przerażone jej oczy utkwione w Wołodyjowskiego pytały: ktoś ty jest? czego tu chcesz? (…)
– Nie bój się waćpanna: my Skrzetuskiego przyjaciele!
Wówczas kniaziówna rzuciła się na kolana.
– Ratujcie mnie – wołała składając ręce. Ale w tej samej chwili wpadł pan Zagłoba trzęsący się, czerwony, zadyszany.
– To my! – krzyczał – to my z pomocą!
Usłyszawszy te słowa i ujrzawszy znajomą twarz kniaziówna przechyliła się jak kwiat podcięty, ręce jej opadły, oczy pokryły się frędzlistymi zasłonami i zemdlała. (…)

Rozdział XXIII

Zaledwie koniom wypocząwszy, uciekali tak śpiesznie, że gdy księżyc wytoczył się na step byli już w okolicach Studenki
za Waładynką. (…) Kniaziówna pochyliła swoją słodką twarz ku Zagłobie.
– Nie wiem, za coś mnie waćpan pokochał, ale już pewnie nie kochasz mnie więcej niż ja waćpana.
Zagłoba począł sapać z zadowolenia. (…) Noc była jasna. Księżyc coraz wyżej wypływał na niebo nabite migotliwymi gwiazdami
i stawał się coraz mniejszy, bledszy… Utrudzone bachmaty zwolniły kroku, a i jadących poczęło ogarniać znużenie. Wołodyjowski pierwszy wstrzymał konia.
– Czas by spocząć – rzekł. – Brzask już niedługo.
– Czas! – powtórzył Zagłoba. – Już mi się ze snu zdaje, że mój koń ma dwa łby. (…)
– Przyznaj, panie Michale – mówił nazajutrz rano Zagłoba, gdy się na chwilę sami znaleźli – że drugiej takiej dziewki nie masz
w całej Rzeczypospolitej. Jeżeli mi taką drugą pokażesz, pozwolę ci się nazwać szołdrą i imparitatem sobie zadać.
– Tego ja waćpanu nie neguję… - odrzekł mały rycerz. – Specjał to jest i rarytet, jakiego dotychczas nie oglądałem… (…)
Na wysokości Mohylowa weszli w kraj gęściej osiadły, tak że wieczorami wszędy nietrudno było znaleźć chutory lub wsie,
w których zatrzymywali się na noclegi, ale rumiane zorze ranne zastawały ich zawsze już na koniach i w drodze. (…) Przebyli Derłę i Ladawę. W Barku zakupił pan Wołodyjowski nowe bachmaty, starych nie rzucając, bo te, które od Burłaja mieli w darze, wielkiej były krwi, więc zachowano je na luźne – i szli naprzód, coraz krótsze czyniąc przystanki i noclegi. (…)

Na koniec za Barkiem i Jołtuszkowem wstąpili w kraj zębami wojny świeżo poszarpany. Tam grasowały dotychczas kupy zbrojne hultajstwa, tam też niedawno i pan Lanckoroński palił i ścinał, bo dopiero przed kilkunastoma dniami do Zbaraża się cofnął. (…) Minąwszy Bar, pełen smutnych dla kniaziówny wspomnień, weszli nasi podróżni na stary gościniec prowadzący na Latyczów, Płoskirów, do Tarnopola i dalej aż do Lwowa. Tu coraz częściej napotykali: to tabory sforne wozów, to oddziały piechoty i jazdy kozackiej, to watahy chłopskie, to niezmierne stada wołów okryte obłokiem kurzawy, pędzone na spyżę dla wojsk kozackich
i tatarskich. (…) …podróż, tak z początku pomyślna, stawała się z dniem każdym cięższą. Helena, lubo z natury mężna, poczęła od ustawicznej trwogi i bezsenności na zdrowiu szwankować i naprawdę wyglądała na brankę wleczoną mimo woli w nieprzyjacielskie namioty… (…) Dowiedział się bowiem po drodze, że regimentarze ściągnęli do Zbaraża i że w nim zamierzają się bronić – tam więc zdążali spodziewając się słusznie, że i książę Jeremi do regimentarzy ze swoją dywizją przybędzie… (…)
Tymczasem doszli aż pod Płoskirów. Mrowie rzedło na gościńcu istotnie, bo już o dziesięć mil drogi zaczynał się kraj zajęty
przez chorągwie koronne… (…)
– My tu z kniaziówną zostaniemy pod miastem, bo lepiej nam się na rynku nie pokazywać – rzekł mały rycerz do Zagłoby,
gdy przybyli do opuszczonego domku, odległego o dwie staje drogi od miasta – a waszeć idź, popytaj u mieszczan, czyli koni gdzie na przedaż albo na zamianę nie mają. Wieczór już, ale ruszymy na całą noc.
– Niedługo wrócę – rzekł pan Zagłoba. I odjechał ku miastu, Wołodyjowski zaś kazał Rzędzianowi porozluźniać nieco popręgów
u kulbak, ażeby bachmaty mogły odetchnąć, sam zaś wprowadził kniaziównę do izby, prosząc, aby się winem i snem pokrzepiła. (…) Zaledwie jednak przyniósł bukłaki z winem i żywność, gdy zatętniało przed sienią. Mały rycerz spojrzał przez okno.
– Pan Zagłoba już wrócił – rzekł – widno koni nie znalazł.
W tej chwili drzwi izby rozwarły się i ukazał się w nich Zagłoba blady, siny, spotniały, zadyszany.
– W konie! – zakrzyknął. (…)

Lecieli długo bez wypoczynku, aż dopiero gdy blisko mila drogi dzieliła ich od Płoskirowa i przed wejściem księżyca pomroka stała się tak gruba, że wszelki pościg był niemożebny, pan Wołodyjowski zbliżył się do Zagłoby i spytał:
– Co to było? (…)
– Bohuna na rynku widziałem.
– Chyba waść masz delirium?
– Na rynku go widziałem, jako żywo, a przy nim pięciu czy sześciu ludzi; policzyć nie mogłem, bo mało mi nóg nie odjęło… Pochodnie przy nim trzymali… (…)
– Ważna by to była rzecz wiedzieć – mówił Wołodyjowski – czy on goni za nami, czy też do Waładynki do Horpyny jedzie w tym mniemaniu, że nas po drodze ułapi?
– Mnie się widzi, że do Waładynki. (…)
Jechali teraz wolno. Księżyc zeszedł, mgły, które z wieczora unosiły się nad ziemią, opadły – i noc zrobiła się widna. (…)
Po godzinie drogi przeprawili się przez Medwiedówkę i wjechali w las ciągnący się od samego brzegu rzeki dwoma czarnymi ścianami wzdłuż drogi. (…)
– Co to za łuna na prawo? – pytała kniaziówna.
– Mościa panno! – odrzekł mały rycerz – tu nie ma co ukrywać. To mogą być Tatarzy. (…)
Ucichli i mknęli jak duchy. Drzewa poczęły rzednąć, las kończył się – ale też i łuna nieco przygasła. (…) …wypadli z lasu na pole,
a raczej na step, który ciągnął się blisko ćwierć mili, a na którego przeciwległym końcu czerniła się znów wstążka lasu. (…)

Dobiegli już do połowy pola, przeciwległy las stawał się coraz bliższy, wyraźniejszy, gdy nagle mały rycerz wyciągnął rękę
ku wschodowi.
– Patrz waść – rzekł do Zagłoby – widzisz?
– Krze jakoweś i zarośla w dalekości.
– Te krze się ruszają! W konie teraz, w konie, bo już nas dojrzą niezawodnie!
Wiatr zaświstał w uszach uciekających – zbawczy las zbliżał się coraz bardziej. (…) Las był tak blisko, że uciekający czuli już prawie surowe i chłodne jego tchnienie. Ale też i chmura Tatarów stawała się coraz wyraźniejszą, a z ciemnego jej ciała poczęły wysuwać się długie odnogi, jakoby macki olbrzymiego potworu – i zbliżać się ku uciekającym z niepojętą szybkością. (…) Tymczasem wpadli do lasu. Objęła ich ciemność, ale też pojedynczy jeźdźcy tatarscy nie byli dalej za nimi, jak na kilkaset kroków. Wszelako mały rycerz wiedział już, jak ma postąpić.
– Rzędzian! – krzyknął – skręcaj z panną w pierwszą drogę z gościńca. (…) Odległość między nimi a Rzędzianem, który umykał
z Heleną, poczęła się zwiększać coraz bardziej. Na koniec przybyli do miejsca, gdzie gościniec skręcał się dość nagle ku Zbarażowi, a wprost dalej szła wąska drożyna leśna współ przesłonięta gałęziami. Rzędzian wpadł na nią i po chwili oboje
z Heleną znikli w gęstwinie i ciemności.

Tymczasem Wołodyjowski wstrzymał konia swego i Zagłoby. (…) Obaj przyczaili się w ciemnościach pod drzewami – tymczasem gwałtowny tętent bachmatów tatarskich zbliżał się i huczał jak burza, aż się cały las nim rozlegał. (…)
– Zaraz! zaraz! – rzekł Wołodyjowski. – Trzech idzie naprzód, tegom chciał! (…)
Gdy trzej pierwsi zrównali się z zasadzką, huknęły dwa strzały, po czym Wołodyjowski rzucił się jak ryś na środek gościńca
i w jednym mgnieniu oka, nim pan Zagłoba miał czas spojrzeć i pomyśleć, co się stało, trzeci Tatar padł jakby gromem rażony.
– W konie! – krzyknął mały rycerz. (…) Jednakże konie uciekających były zmęczone długą drogą i pęd ich słabł. Szczególnie koń Zagłoby, wiozący na grzbiecie tak znaczny ciężar, potknął się znowu raz i drugi; staremu szlachcicowi resztki włosów stanęły
na głowie na myśl, że padnie. (…)
– Z kulbaki i w las! – zagrzmiał Wołodyjowski. To rzekłszy sam osadził konia, zeskoczył i w chwilę później obaj z Zagłobą znikli
w ciemnościach. (…) Ale manewr ten nie uszedł skośnych oczu Tatarów i kilkudziesięciu z nich zeskoczywszy również z koni puściło się w pogoń za uciekającymi. Gałęzie zerwały z głowy czapkę Zagłobie i biły go po twarzy, szarpały za żupan,
ale szlachcic, wziąwszy nogi za pas, umykał, jakby mu trzydzieści lat wieku ubyło. Czasami padał, więc podnosił się i umykał jeszcze śpieszniej, sapiąc jak miechy kowalskie – na koniec stoczył się w głęboki wykrot i czuł, że się już nie wygramoli, bo siły opuściły go zupełnie. (…) …pan Michał bez wahania wskoczył do wykrotu i położył rękę na ustach pana Zagłoby.
– Cicho waść! może nas zminą! Będziem się zresztą bronili.
Tymczasem nadbiegli Tatarzy. Jedni z nich minęli istotnie wykrot, sądząc, że zbiegowie uciekają dalej, inni szli z wolna, obmacując drzewa i rozglądając się na wszystkie strony. Rycerze utaili dech w piersiach. (…)

…w chwilę później jakieś dziwne szumy, szmery i zmieszane okrzyki poczęły dolatywać z gościńca i budzić uśpione głębie. Tatarzy przestali krzesać i stanęli jak wryci; ręka Wołodyjowskiego wpiła się w ramię Zagłoby. Krzyki zwiększały się i nagle buchnęły czerwone światła, a wraz z nimi rozległa się salwa z muszkietów – jedna, druga, trzecia – za nią okrzyki: „Ałła!”, szczęk szabel, kwik koni – tętent i wrzaski pomieszane. Na gościńcu wrzała bitwa.
– Nasi! nasi! – krzyknął Wołodyjowski. (…) Krzyki i salwy muszkietów poczęły oddalać się w stronę pola i pierwszego lasu.
– Aha! – rzekł Zagłoba. – Już im na karkach jadą! Nie wytrzymaliście, psubraty! Chwała bądź Bogu najwyższemu! (…)
– No! Tatarów nie ma. Przejechaliśmy się na nich aż za tamten las.
– A któż to nadszedł?
– Kuszel i Roztworowski w dwa tysiące koni. Moi dragoni także są z nimi. (…)
W dwie godziny później pan Zagłoba, napojony i nakarmiony należycie, siedział na wygodnej kulbace wśród dragonów Wołodyjowskiego, a obok niego jechał mały rycerz i tak mówił:
– Już-że się waćpan nie martw, bo choć do Zbaraża razem z kniaziówną nie przyjedziemy, ale gorzej by było, gdyby wpadła
w pogańskie ręce… (…) Głowa też Rzędziana w tym, aby się między Zbarażem a Konstantynowem, póki czas, przemknął
i nie pozwolił się pułkom Chmielnickiego albo chanowym czambułom ogarnąć. I widzisz waść, mocno ja ufam, że on to potrafi. – Dajże tak, Boże! (…)

– Panie Michale – rzekł po chwili – a nie pytałeś Kuszla, co się ze Skrzetuskim dzieje?
– Jest już w Zbarażu i – chwalić Boga – zdrowy. (…)
– A co my jemu powiemy? (…) Lepiej już milczmy i na wolę bożą wszystko zdajmy. (…)

Rozdział XXIV

W Zbarażu zastali pan Wołodyjowski i Zagłoba wszystkie wojska koronne, zgromadzone i na nieprzyjaciela czekające. (…) Pan Zagłoba i Wołodyjowski, przybywszy z chorągwiami Kuszla, wpadli zaraz w wir wojskowy, ledwie bowiem stanęli na majdanie, otoczyli ich towarzysze różnych znaków, pytając jeden przez drugiego o nowiny. (…) …oni wykręcali się, jak mogli, było im również pilno zobaczyć się ze Skrzetuskim. Znaleźli go w zamku… (…) …powitał ich spokojnie, a nawet radośnie pytał, gdzie byli,
i zadowolił się pierwszą lepszą odpowiedzią… (…) Zgryzoty przeżarły mu duszę, ale ciała zgryźć nie mogły. Wychudł tylko bardzo i pożółkł tak, że czoło, policzki i nos miał jakby z wosku kościelnego uczynione. (…) Jednakże służbę ściśle pełnił i co się tyczyło wojny albo spodziewanego oblężenia, tym na równi ze wszystkimi się zajmował. Wnet też rozmowa zeszła na ten przedmiot,
bo nikt o niczym innym nie myślał w całym obozie, w zamku i w mieście. (…) Dnia ósmego lipca, we czwartek, straszliwa burza rozszalała się nad miastem i świeżo zatoczonymi wałami obozu. Deszcz walił potokami. Część robót ziemnych spłynęła. (…) Wały, lubo wzmocnione kamieniami, łozą i ostrokołem, rozmiękły tak, że armaty poczęły grzęznąć. Musiano podkładać deski
pod granatniki, moździerze i nawet pod oktawy. W głębokich fosach szumiała woda na chłopa wysoko. Noc nie przyniosła spokoju. (…) Gdyby Chmielnicki nadszedł był razem z tą burzą, byłby wziął obóz bez oporu!

Nazajutrz było już nieco lepiej, chociaż deszcz jeszcze popadywał. Dopiero koło piątej z południa wiatr przepędził chmury, błękit roztoczył się nad obozem… (…) Wówczas otucha wstąpiła w serca. (…) …Wołodyjowski, stojąc wraz z innymi nad samą fosą, przysłonił swe rysie oczy ręką i zakrzyknął:
– Wojsko spod tęczy wychodzi! wojsko! (…)
Wówczas jeden olbrzymi okrzyk wyrwał się ze wszystkich piersi, okrzyk niepojętej radości:
– Jeremi! Jeremi! Jeremi! (…)
Skrzetuski, stojący wraz z panem Longinem na wałach, poznał z dala swoją chorągiew, którą był w Zamościu zostawił –
i wyżółkłe policzki zarumieniły mu się nieco; odetchnął silnie po kilkakroć, jakby jakiś niezmierny ciężar zrzucał z piersi,
i poweselał w oczach. (…) …pan Lanckoroński, regimentarz, większy rycerz aniżeli wódz, ale w sławie wojennej rozkochany, wyciągał buławę w stronę, skąd przychodził Jeremi, i mówił tak głośno, że go wszyscy słyszeli:
– Oto tam nasz najwyższy wódz i ja pierwszy dank i władzę swą mu oddawam! (…)
Trzy buławy wyciągnęły się ku księciu, ale on rękę cofnął i odrzekł:
– Nie ja waszmościom dawałem buławy, więc ich nie będę odbierał.
– Bądź więc nad trzema czwartą! – rzekł Firlej. (…)

Tej nocy nikt nie spał w obozie i aż do rana grzmiały okrzyki i roiły się światła błyszczące kaganków i pochodni. Nad ranem przyszedł z podjazdu spod Czołhańskiego Kamienia pan pisarz koronny Sierakowski i przyniósł wiadomość o nieprzyjacielu, który o pięć mil od obozu się znajdował. (…) Dzień zeszedł na oczekiwaniu i rozporządzeniach do obrony. Książę przyjąwszy bez dłuższych wahań naczelne dowództwo, szykował wojsko, wyznaczał każdemu, gdzie miał stać, jak się bronić i jak innym w pomoc przychodzić. (…) Do południa wszyscy byli na swych pozycjach. Straże przed obozem rozrzucone donosiły każdej chwili, co dzieje się w okolicy. (…) Jakoż świtaniem poczęło się coś czernić w stronie Wiśniowca. Dzwony uderzyły w mieście na trwogę, a w obozie długie, żałosne głosy trąb pobudziły czujność żołnierzy. (…) W tej samej chwili pojawił się książę na swoim białym dzianecie. Ubrany był w srebrne blachy, ale bez hełmu. (…)
– Mamy gości, mości panowie! mamy gości! – powtarzał przejeżdżając wśród wałów. (…) Była to pierwsza fala, więc nie sam Chmielnicki z chanem, ale rekonesans złożony ze trzydziestu tysięcy wyborowych ordyńców uzbrojonych w łuki, samopały
i szable. (…) …książę przekonawszy się, iż to tylko komunik, dał rozkaz, by jazda wyszła z okopów. (…) …wysunęły się dwie chorągwie Tatarów i semenów książęcych i szły drobnym kłusem naprzód; łuki trzęsły się im na plecach, migotały kołpaki – i szli w milczeniu, a na czele ich jechał rudy Wierszułł… (…)

W tejże samej chwili od strony Starego Zbaraża ukazał się taborek książęcy, który nie zdołał wejść z całym wojskiem, a teraz nadążał co siły z obawy, aby ordyńcy nie ogarnęli go jednym zamachem. (…) Ale półksiężyc dobiegł prędzej do taborku i opasał go w jednej chwili jakoby czarną wstęgą, a jednocześnie kilka tysięcy ordyńców zwróciło się z wyciem nieludzkim ku Wierszułłowi starając się go również opasać. (…) …Wierszułł natarłszy ostrym klinem na pierścień opasujący taborek przebił go tak, jak strzała przebija ciało żołnierza i w mgnieniu oka przedostał się do środka. Teraz zamiast dwóch bitew zawrzała jedna, ale tym zaciętsza. (…) …wkrótce na równinie zamigotały czerwone kolety dragonów Kuszla i Wołodyjowskiego… (…) …książę dał znak
i trzy husarskie chorągwie… runęły z obozu ku bitwie. Dobiegły i uderzywszy jak obuchem rozerwały od razu pierścień tatarski, potem spędziły go, zgniotły na równinie, wyparły ku lasom, rozbiły raz jeszcze – i gnały o ćwierć mili od obozu, taborek zaś wśród radosnych okrzyków i huku dział zemknął bezpiecznie w okopy. (…) Noc zapadała z wolna, jednakże ciemność nie nadchodziła, bo naokół świeciły łuny. (…) Ale nie trwało długo. Noc jeszcze nie zapadła zupełnie, gdy na widnokręgu ukazały się pierwsze szeregi kozackie i tatarskie, za nimi drugie, trzecie, dziesiąte, setne, tysiączne. (…) …Wiśniowiecki patrzył bowiem z okopu
na nieprzejrzane ćmy tatarskie, kozackie – i na próżno starał się je objąć okiem. Chmielnicki spoglądał z pola na zamek i obóz, myśląc w duszy: „Tam mój wróg najstraszliwszy; gdy tego zetrę, któż mi się oprze?” (…) Taki to był stosunek sił walczących… garść przeciw krociom, wyspa naprzeciw morzu! (…)

Tak samo zapewne patrzył i Chmielnicki, bo ledwie ognie rozpaliły się dobrze w jego obozach, gdy przed okopami Kozak wysłaniec jął machać białą chorągwią, trąbić i krzyczeć, by nie strzelano. Straże wyszły i porwały go natychmiast.
– Od hetmana do księcia Jaremy – rzekł im. (…) Kozak stanąwszy przed obliczem pańskim stracił mowę i łydy zadrżały pod nim, a mrowie przeszło mu przez ciało, choć to był stary wilk stepowy i jako poseł przybywał.
– Kto ty – pytał książę wojewoda utkwiwszy w niego swe spokojne źrenice.
– Ja setnik Sokół… od hetmana.
– A z czym przychodzisz? (…)
– Przebacz, władyko! co mnie kazali, to powiem, ja nie winien!
– Mów śmiało.
– Hetman kazał mi powiedzieć, że w gości przybył do Zbaraża i jutro w zamku was odwiedzi.
– Powiedz mu, że nie jutro, ale dziś wydaję ucztę w zamku! – odrzekł książę. Jakoż w godzinę później zagrzmiały na wiwaty moździerze, wzniosły się radosne okrzyki – i wszystkie okna zamkowe zajaśniały od tysiąców świec jarzących. (…) Przez długi czas chan spoglądał na zamek świecący z dala jak olbrzymia latarnia i kiwał z lekka głową, na koniec pogładził się ręką
po rzadkiej brodzie, która w dwóch długich kosmykach spadała na łasicową szubę, i rzekł wskazując palcem na jaśniejące szyby:
– Hetmanie zaporoski, co tam jest?
– Najpotężniejszy carzu! – odrzekł Chmielnicki – to kniaź Jarema ucztuje.
Chan zdumiał się. (…)
– Jeden Bóg – mruknął. – Lew jest w sercu tego giaura.
I po chwili milczenia dodał:
– Wolałbym z nim stać niż z tobą.
Chmielnicki zadrżał. Ciężko on opłacał niezbędną przyjaźń tatarską, a do tego jeszcze nie był pewien straszliwego sojusznika. (…)

W obozie oczekiwano powszechnie, że szturm nazajutrz nastąpi. Jakoż od rana ruszyły się tłumy czerni, Kozaków, Tatarów
i innych dzikich wojowników, ciągnących z Chmielnickim, i szły ku okopom na kształt czarnych chmur walących się na szczyt góry. (…) Próbując tu i owdzie, szczególniej od zachodniego stawu, czy się nie uda wywołać popłochu, cofnęli się na koniec Tatarzy
i Kozacy ku swoim stanowiskom i trwali w nich nie wysyłając nawet harcowników. (…) Widocznym już teraz było, że Chmielnicki czeka na przybycie swego taboru, jakkolwiek skądinąd tak pewny był, że pierwszy prawdziwy szturm wystarczy, iż zaledwie kilka szańców pod armaty kazał usypać i żadnych innych ziemnych robót nie przedsiębrał, aby zagrozić oblężonym. Tabor nadciągnął nazajutrz i stanął, wóz przy wozie, w kilkadziesiąt rzędów, na milę długości… (…) Pamiętny wtorkowy dzień 13 lipca zeszedł
na obustronnych gorączkowych przygotowaniach… (…) Wieczór uczynił się cichy, pogodny; jeno z obu stawów i Gniezny podniosły się lekkie mgły – na koniec pierwsza gwiazda zamigotała na niebie. W tej chwili sześćdziesiąt armat kozackich ryknęło jednym głosem, nieprzejrzane zastępy ruszyły z krzykiem okropnym ku wałom – i szturm się rozpoczął. (…) Woły jak szalone, popędzane przez dzikich, półnagich czabańczuków batami i palącymi się pochodniami, zdziczałe ze strachu, biegły naprzód
z rykiem okropnym, to zbijając się w kupę, to pędząc, to rozbiegając lub zwracając w tył, a pędzone krzykiem, parzone ogniem, smagane surowcem, leciały znów ku wałom. Aż Wurcel począł ziać ogniem i żelazem, wówczas dymy zakryły świat – niebo poczerwieniało – przerażone bydło rozproszyło się, jakby je piorun rozegnał, połowa go padła – a po ich trupach nieprzyjaciel szedł dalej. (…) Wnet fosa zapełniła się ciałami, krwią, worami z piaskiem – na koniec zrównała się i nieprzyjaciel z wyciem rzucił się przez nią. (…) Szli jedni za drugimi tak gęsto, że gorący oddech z tyłu idących oblewał karki przodowym. (…) Ilu ich padło, nim doszli na koniec do owej fosy ciałami jeńców zasypanej, któż opowie, któż wyśpiewa! Lecz doszli i przeszli, i poczęli się drzeć
na wały. (…)

I trwała ta walka olbrzymia a bezpardonowa przez całe godziny. Naokół wału urósł drugi wał trupów i tamował przystęp szturmującym. (…) Działa z okopów przestały grzmieć, granaty świecić, tylko broń ręczna zgrzytała przez całą długość zachodniego wału. Zgiełk wszczął się na nowo. Na koniec i strzelba umilkła. Ciemności pokryły walczących. (…) Nastała przerwa, pułki kozackie oddaliły się od okopu na staję i stanęły pod osłoną własnych dział – ale nie minęło i pół godziny, gdy Chmielnicki znowu zerwał się i po raz trzeci gnał ich do szturmu. Ale wówczas na okopie ukazał się na koniu sam książę Jeremi. (…) Kozacy zwolnili kroku, jakby oczarowani tym widokiem.
– Jarema! Jarema! – poszedł cichy pomruk, niby szum wiatru, przez głębokie szeregi. (…) Skinął złotą buławą – i wnet złowrogie ptactwo granatów zaszumiało na niebie i wpadło w następujące szeregi; zastępy zwinęły się jak smok śmiertelnie rażony; okrzyk przerażenia przeleciał z jednego końca ławy na drugi. (…) …książę, widny ciągle jak na dłoni, zwrócił się nieco ku zachodowi
i znów skinął złotą buławą. Na ten znak od strony stawu, z przerwy między jego zwierciadłem a wałem, poczęła się wysuwać jazda – i w mgnieniu oka rozlała się na krańcu brzegowym równicy… (…) Nie tylko Chmielnicki, ale ostatni z ciurów kozackich poznał w jednej chwili, że zuchwały wódz postanowił rzucić całą jazdę w bok nieprzyjacielowi. (…) Dziki popłoch ogarnął wyborową gwardię hetmańską. (…)

Ale tymczasem dziki Tuhaj-bej, wspomagany prze Subagaziego i Urum-murzę, uderzył z wściekłością na nawałę husarii. (…) Wyparci z miejsca, naciskani strasznym ciężarem żelaznych jeźdźców, którym nie zwykli stawiać czoła otwarcie, spychani
ku janczarom, cięci długimi mieczami, zrzucani z siodeł, kłuci, bici, gnieceni jak jadowite robactwo, bronili się jednak z taką wściekłością, że istotnie pęd husarii wstrzymany został. (…) Jednak ustępowali, coraz gęstszym trupem padając. (…)
…do wściekłego Tuhaj-beja przypadł Skrzetuski i w łeb koncerzem go trzasnął. (…) …oczy Tuhaj-beja nocą natychmiast się powlokły, zdarł konia i padł na ręce nohajców, którzy porwawszy swego wodza pierzchli z wrzaskiem okropnym w obie strony, jak pierzcha mgła zwiana wichrem gwałtownym. (…) Wtem jakiś husarz-wielkolud dopada w niepowstrzymanym pędzie
do ściany czworoboku; przez chwilę widać kopyta olbrzymiego konia zawieszone w powietrzu; następnie rycerz i rumak wpadają w środek ścisku druzgocząc włócznie, przewalając ludzi, łamiąc, miażdżąc, niwecząc. Jak orzeł spada na stado białych pardew,
a one zbite przed nim w lękliwą kupę idą na łup drapieżnika, który rwie je pazurami i dziobem – tak pan Longinus Podbipięta wpadłszy w środek nieprzyjacielskich szyków szalał ze swym Zerwikapturem. I nigdy trąba powietrzna nie czyni takich spustoszeń w młodym i gęstym lesie, jakie on czynił w ścisku janczarów. (…) W tej chwili żelazna nawała husarii ze Skrzetuskim na czele runęła bramą otwartą przez litewskiego rycerza: ściany czworoboku pękły jak ściany walącego się domu i masy janczarów rzuciły się w ucieczce na wszystkie strony. (…) Cała wyborna milicja Chmielnickiego, piechota, jazda, artyleria, posiłkowe oddziały tatarskie i tureckie utworzyły jedną bezładną masę, nieprzytomną, obłąkaną, oślepłą z przerażenia. (…) Uciekające tłumy odetchnęły dopiero wśród wozów swego taboru, gdy trąby odwołały jazdę książęcą. Rycerstwo wracało
ze śpiewaniem i okrzykami radości… (…) Tak skończyło się pierwsze spotkanie straszliwego „Jaremy” z Chmielnickim.

Ale szturm nie był skończony, bo podczas gdy Wiśniowiecki odpierał ataki wymierzone na prawe skrzydło obozu, Burłaj na lewym o mało co nie stał się panem okopów. (…) …pan Przyjemski na czele kilku rot niemieckich nadbiegł z pomocą. (…) Ani pogarda śmierci, z jaką walczyli mołojcy, ani ich wytrwałość nie mogła powstrzymać niepohamowanych Niemców, którzy idąc murem naprzód, razili ich tak potężnie, że wyparli zaraz z miejsca, przyparli do okopów, zdziesiątkowali i po półgodzinnej walce wyrzucili precz za wały. Pan Przyjemski, zalany krwią, pierwszy zatknął swą chorągiew na niedokończonym nasypie. Położenie Burłaja było teraz straszne… (…) …w tej chwili ukazała się husaria pana Koniecpolskiego, do niej przyłączył się wracający z ataku
na janczarów Skrzetuski i obaj odcięli cofającego się dotychczas w porządku Burłaja. Jednym atakiem rozbili go w puch i wtedy to poczęła się rzeź okropna. (…) Skoczył im jeszcze na pomoc i Subagazi, który dnia tego cudów męstwa dokazywał,
ale przesławny Marek Sobieski, starosta krasnostawski, osadził go na miejscu, jak lew osadza dzikiego bawołu – więc widział już Burłaj, że znikąd nie ma ratunku. (…) …na koniec widząc ogromnego szlachcica przebiegającego z rykiem żubrowym pobojowisko zerwał się i szedł jak błyszczący płomień na niego.

Pan Zagłoba – on to był bowiem – ryknął ze strachu jeszcze silniej i zwrócił konia do ucieczki. (…) Ale w tej ostatniej chwili,
w tej już prawie agonii, nagle rozpacz jego i przestrach zmieniły się we wściekłość; ryknął tak strasznie, jak żaden tur nie ryczy,
i zwinąwszy konia na miejscu, zwrócił się na przeciwnika.
– Zagłobę gonisz! – krzyknął nacierając z szablą wzniesioną. (…) Burłaj spojrzał i zdumiał się. Nie zdumiał usłyszawszy imię,
bo go nigdy w życiu nie słyszał; ale poznawszy męża, którego jako Bohunowego przyjaciela ugaszczał niedawno w Jampolu.
Ale właśnie ta nieszczęsna chwila zdumienia zgubiła mężnego wodza mołojców, bo nim się opamiętał, ciął go pan Zagłoba
przez skroń i jednym zamachem zwalił z konia. (…) Okrzyk tryumfu i radości wstrząsnął całym obozem oblężonych, a potężne okrzyki aż ku niebu się wzbiły. (…)
– Niech żyje Jeremi! – wołało wojsko. – Niech żyje ojciec nasz!
A książę bez hełmu kłaniał się głową i buławą na wszystkie strony.
– Dziękuję waszmościom! dziękuję waszmościom! – powtarzał dźwięcznym, donośnym głosem. (…) Tymczasem poza orszakiem książęcym uniesieni zapałem żołnierze nieśli wśród okrzyków, na ręku, do obozu pana Zagłobę, jako największego tryumfatora
w dniu dzisiejszym. (…)
– Niech żyje! niech żyje! – krzyczała szlachta.
– Do księcia z nim! – powtarzali inni. (…)

Tymczasem hetman zaporoski, przypadłszy do swego taboru, ryczał jak dziki ranny zwierz, darł żupan na piersiach i kaleczył sobie twarz. Starszyzna, ocalała z pogromu, otoczyła go w ponurym milczeniu, nie niosąc ani słowa pociechy, a jego obłęd prawie pochwycił. Wargi miał spienione, piętami bił w ziemię, obu rękoma szarpał włosy na czuprynie.
– Gdzie moje pułki?… gdzie mołojcy?… – powtarzał chrapliwym głosem. – Co powie chan, co powie Tuhaj-bej! Wydajcie mnie Jaremie! niech moją głowę na pal wbiją! (…) Pułkownicy stali nad nim ze zwieszonymi głowami i długi czas trwało milczenie. (…) Tymczasem chan siedział o milę drogi od pola bitwy, nie wiedząc, co się na placu dzieje. Noc była spokojna i ciepła, więc siedział przed namiotem wśród mułłów i agów – i w oczekiwaniu na nowiny pożywał daktyle ze srebrnej misy, obok stojącej, czasem zaś poglądał na wyiskrzone niebo… (…) Wtem na spienionym koniu przypadł zdyszany, okryty krwią Subagazi; zeskoczył z siodła
i zbliżywszy się szybko, począł bić pokłony, czekając na zapytanie. (…)
– Mów prędko, Subagazi, i mądrze: azali obóz niewiernych wzięty?
– Bóg nie dał!
– Lachy?
– Zwycięzcy.
– Chmielnicki?
– Pobity.
– Tuhaj-bej?
– Ranny. (…)

Tłusta twarz chanowa poczerwieniała: gniew chwytał go za piersi.
– Gdzie ten pies – pytał – który mi obiecał, że dziś w zamku będziemy spali? (…) Niech się stawi i zda sprawę ze swych obmierzłych obietnic. (…)
Chan kiwał głową namyślając się w tej chwili, czyby jeszcze nie lepiej było zwrócić oręż przeciw Chmielnickiemu, gdy nagle sam hetman stanął przed nim. Chmielnicki był już spokojny i zbliżył się z podniesioną głową, śmiało patrząc w oczy chanowe;
na twarzy malowała mu się chytrość i odwaga.
– Zbliż się zdrajco – rzekł chan. (…)
– Wielki chanie wszystkich ord! – odrzekł silnym głosem Chmielnicki. – Jesteś potężny i obok sułtana najpotężniejszy na ziemi! jesteś mądry i silny, ale czy możesz wypuścić strzałę z łuku aż pod gwiazdy albo zmierzyć głębokość morza?
Chan spojrzał na niego ze zdziwieniem. (…)
– Lecz to ci powiem – mówił dalej Chmielnicki z coraz większą pewnością w głosie i postawie – jesteś wielki i potężny; od Wschodu aż do Zachodu narody i monarchowie biją ci czołem i lwem zowią. Jeden Jarema nie pada na twarz przed twoją brodą; więc jeżeli go nie zetrzesz, jeżeli karku mu nie ugniesz i po jego grzbiecie nie będziesz na koń siadał, za nic twoja potęga, za nic twoja sława, bo powiedzą, że jeden kniaź lacki pohańbił krymskiego carza i kary nie odebrał – że on większy, że potężniejszy od ciebie… (…)
Chmielnicki wsparł się buławą i czekał śmiało.
– Rzekłeś – przemówił w końcu chan – zegnę kark Jaremy, po jego grzbiecie na koń będę siadał, aby nie mówiono od wschodu
do Zachodu, że jeden pies niewierny mnie pohańbił. (…)
Chmielnickiemu zaś radość strzeliła z oczu: za jedną drogą odwrócił zgubę wiszącą nad swą głową i sprzymierzeńca wątpliwego
w najwierniejszego zmienił. (…)

Rozdział XXV

Nazajutrz, zanim słońce rozlało złote blaski na niebie, stanął już nowy wał ochronny w polskim obozie. (…) Skrzetuski, pan Longinus i Zagłoba siedząc w namiocie spożywali polewkę piwną, gęsto okraszoną kostkami sera… (…) W tej chwili skrzydło namiotu uchyliło się i wszedł raźno pan Michał, wesoły jak szczygieł w pogodny ranek.
– No! tośmy w kupie! – zawołał pan Zagłoba. – Dajcieże mu piwa!
Mały rycerz uścisnął ręce trzem towarzyszom i rzekł: – Żebyście waćpaństwo wiedzieli, ile kul leży na majdanie, to przechodzi imaginację! Nie przejdziesz, żebyś się nie potknął. (…) Dalszy ciąg rozmowy przerwał gwar dochodzący z zewnątrz namiotu – więc rycerze wyszli zobaczyć, co się dzieje. (…) Książę stał… na okopie w towarzystwie starosty krasnostawskiego i pana Przyjemskiego. (…) Tu zwrócił się do starosty krasnostawskiego, do pana Przyjemskiego i do regimentarzy.
– Proszę waszmość panów na radę – rzekł. I zstąpił z okopu, a za nim udała się cała starszyzna. (…) Chmielnicki rozpoczął regularne oblężenie, poprzecinał wszystkie drogi, wyjścia, odjął paszę, sypał aprosze i szańce, podkopywał się wężownicami
pod obóz, ale szturmów nie poniechał. Postanowił on nie dać spokoju oblężonym, nużyć ich, straszyć, trzymać w ustawicznej bezsenności i nękać dopóty, dopóki broń nie wypadnie z ich rąk zesztywniałych. Więc wieczorem znów uderzył na kwatery Wiśniowieckiego z nie lepszym jak poprzedniego dnia skutkiem, tym bardziej że i mołojcy nie szli już z taką ochotą. Następnego dnia ogień nie ustawał ani na chwilę. (…) Żołnierz przez cały dzień nie miał ani chwili odpoczynku, a gdy nadszedł upragniony zachód słońca, rozpoczął się nowy szturm generalny – o wycieczce nie było co i myśleć. W nocy 16 lipca uderzyli dwaj dzielni pułkownicy, Hładki i Nebaba, na kwatery książęce i ponieśli znów straszną klęskę. (…)

Lecz nic to było wszystko w porównaniu z okropną nawałą, jaka dnia 19 lipca rozpętała się nad okopem. Uprzedniej nocy wysypali Kozacy naprzeciw kwater Wiśniowieckiego wysoki wał, z którego armaty wielkiego kalibru ziały nieustannym ogniem, gdy zaś dzień minął i pierwsze gwiazdy zabłysły na niebie, dziesiątki tysięcy ludzi ruszyły do ataku. Jednocześnie w dali ukazało się kilkadziesiąt straszliwych machin, podobnych do wież, które toczyły się z wolna ku okopowi. Po bokach ich wznosiły się
na kształt potwornych skrzydeł mosty, które przez fosy miano przerzucać – a szczyty dymiły, świeciły i huczały wystrzałami lekkich działek, rusznic i samopałów. (…) Tymczasem zbita masa kozactwa napływała coraz bliżej, jak czarna fala płynąca nocą
z dalekiej morskiej przestrzeni. (…) Bitwa zawrzała na całej długości okopu. Uderzono jednocześnie na Wiśniowieckiego,
na Lanckorońskiego, na Firleja i Ostroroga, aby jeden drugiemu nie mógł przychodzić z pomocą. (…) Godzina upływała za godziną i szturm nie ustawał, bo straszliwe luki w szeregach kozackich Chmielnicki w jednym mgnieniu oka zapełniał nowymi siłami. (…) Nagle ziemia zatrzęsła się pod nogami wojowników, a całe niebo stanęło w sinym ogniu, jakby już Bóg nie mógł dłużej patrzyć
na okropności ludzkie. Łoskot straszliwy zgłuszył wrzaski ludzkie i huk armat. To artyleria niebieska rozpoczęła teraz straszliwą kanonadę. (…) Niepamiętna burza rozszalała się nad miastem, zamkiem, okopami i taborem. Bitwa została przerwana. Na koniec upusty niebieskie rozwarły się i nie strugi, ale potoki dżdżu poczęły lać na ziemię. (…) Po północy deszcz wreszcie ustał. Między przerwami chmur tu i owdzie zabłysły gwiazdy. Upłynęła jeszcze godzina – i woda trochę spadła. Wówczas przed chorągwią Skrzetuskiego ukazał się niespodziewanie sam książę.

– Mości panowie – spytał – a ładownice wam nie zamokły? – Suche, mości książę! – odpowiedział Skrzetuski.
– To dobrze! zsiąść mi z koni, ruszyć przez wodę ku onym beluardom, podsypać je prochem i zapalić. A cicho mi iść! Pan starosta krasnostawski pójdzie z wami.
– Według rozkazu! – odpowiedział Skrzetuski. (…) W pół godziny potem dwa oddziały rycerzy, po dwieście pięćdziesiąt ludzi, brodząc po pas w wodzie, biegły z szablami w ręku ku owym straszliwym „hulaj-horodynom” kozackim, stojącym o pół staja
od okopu. (…) Szli wprawdzie cicho rycerze, ale woda chlupała im pod nogami; szczęściem deszcz znowu zaczął padać i szum jego głuszył stąpania. Straży przy zakrywkach nie było. Któż bowiem spodziewałby się wycieczki po szturmie i po takiej burzy, która jakby jeziorem rozdzieliła walczących.
Pan Michał z panem Longinem skoczyli naprzód i pierwsi doszli do kopca. (…) W tej chwili wnętrze pokrywki zabrzmiało przeraźliwym wyciem ludzkim – jednocześnie rycerstwo wydawszy okrzyk rzuciło się ku innym kopcom. W ciemności rozległy się jęki, szczęk żelaza, gdzieniegdzie przebiegały jakieś ciemne postacie, inne padały na ziemię, czasem huknął wystrzał –
ale wszystko razem nie trwało dłużej jak kwadrans. (…) Rycerstwo rzuciło się ku wieżom.
– Palić od środka, bo z wierzchu mokre! – zagrzmiał Skrzetuski. (…) Pozapalano maźnice ze smołą, jak również pochodnie –
i płomień począł lizać mokre, lecz przesiąknięte żywicą bierwiona. (…) Po niejakim czasie kilkadziesiąt olbrzymich płomieni oświeciło całą równinę. (…)

Tymczasem rycerze wracali w ściśniętych szeregach do okopu, gdzie z daleka już witano ich radosnymi okrzykami. Nagle Skrzetuski obejrzał się naokoło, rzucił okiem w głąb szeregu i krzyknął grzmiącym głosem:
– Stój!
Pana Longina i małego rycerza nie było między wracającymi. (…)
– Naprzód! – skomenderował Skrzetuski. Starosta krasnostawski, idąc na drugim końcu szeregu, nie rozumiał, co zaszło, i biegł pytać – gdy w tejże chwili obaj pożądani rycerze ukazali się, jakby spod ziemi wyrośli, na pół drogi między beluardami
a rycerstwem. Pan Longinus z błyszczącym Zerwikapturem w ręku stąpał olbrzymimi krokami, a przy nim biegł kłusem pan Michał. Obaj głowy mieli zwrócone ku goniącym ich na kształt zgraj psów mołojcom. (…) Wtem huknęli z okopów i granat, chychocząc jak puszczyk, zakreślił czerwony łuk na niebie i upadł w ściśniętą ławicę; za nim drugi, trzeci, dziesiąty. Zdawało się, że bitwa rozpoczyna się na nowo. Kozakom aż do oblężenia Zbaraża nie znane były tego rodzaju pociski i po trzeźwemu bali się ich najwięcej, widząc w nich czary „Jaremy” – więc ławica wstrzymała się w jednej chwili, potem pękła na dwoje, a razem pękły
i granaty roznosząc postrach, śmierć i zniszczenie. (…) I pierzchło wszystko, a tymczasem pan Longinus i mały rycerz wpadli
w zbawczy szereg husarzy. (…)

Rozdział XXVI

Jednakże znowu wypadło zatoczyć nowe wały i ująć obozu, aby udaremnić wykonane już prace ziemne kozackie i uszczuplonym siłom ułatwić obronę. (…) Od czasu do czasu zrywały się masy kozactwa i czerni do szturmu, ale nie dochodziły do wałów, tylko strzelanina stawała się coraz gorętszą. Nieprzyjaciel mając potężne siły, zmieniał walczące oddziały prowadząc jedne
na spoczynek, drugie do boju. Ale w obozie nie było żołnierza do zastępstwa: jedni i ci sami ludzie musieli strzelać, zrywać się
co chwila do obrony pod groźbą szturmów, grzebać zabitych, kopać studnie i podsypywać wyżej wały, aby lepszą dawały zasłonę. (…) Żołnierz rozkochał się w swym wodzu, w niebezpieczeństwach, w szturmach, w ranach i śmierci. (…) Każdy rozkaz wodza spełniano z błyskawiczną szybkością. (…) Oblężeni zasłaniali się wozami, namiotami, skórami, rozwieszoną odzieżą; w nocy chowano zabitych, gdzie który legł, ale żywi bili się tym zacięciej na mogiłach wczorajszych towarzyszów. Chmielnicki szafował krwią swych ludzi bez miary, ale każdy szturm nowe tylko, coraz większe przynosił mu w zysku straty. Sam on był zdumiony oporem; liczył jeno na to, że czas zwątli serca i siły oblężonych – jakoż czas płynął, ale oni coraz większą okazywali pogardę śmierci. (…) Książę Jeremi sypiał na gołej ziemi u wału: pił gorzałkę i jadł wędzone końskie mięso, cierpiąc trudy i zmiany pogody „nad pański swój stan”. (…) Na koniec Chmielnicki postanowił spróbować układów mając tę myśl uboczną, że przez ten czas podstępem będzie mógł czegoś dokonać. Pod wieczór 24 lipca poczęli Kozacy wołać z szańców na żołnierzy, aby zaprzestali strzelać. Wysłany Zaporożec oznajmił, iż hetman życzy sobie widzieć starego Zaćwilichowskiego. Po krótkiej naradzie regimentarze zgodzili się na propozycję i starzec wyjechał z okopu. (…) Po południu przyjechał z powrotem do obozu pan Zaćwilichowski. Układów nie było, a zawieszenie broni nie doszło do skutku. Stawiał Chmielnicki potworne żądania, aby wydano mu księcia i chorążego Koniecpolskiego. (…)

Wieczorem nastąpił szturm krwawo odparty. Cały obóz przez dwie godziny był w ogniu. Kozaków nie tylko odrzucono od wałów, ale piechoty zdobyły pierwsze szańce, porozkopywały strzelnice, zakrywki i spaliły znów czternaście hulaj-grodów. Chmielnicki zaprzysiągł tej nocy chanowi, że nie odstąpi, dopóki jeden żywy człowiek pozostanie w okopie. (…) Wymagał chan, żeby książę Jeremi zjechał się z jego wezyrem w polu, ale była to prosta zdrada, którą wykryto – i układy ostatecznie zostały zerwane. (…) Żołnierzy podtrzymywała jakaś dzika żądza walki, krwi i niebezpieczeństw. Szli do bitwy ze śpiewaniem, jak na wesele. Tak się już zresztą wzwyczaili do huku i hałasów, że te oddziały, które komenderowano do spoczynku, spały wśród ognia i padających gęsto kul nieprzebudzonym snem. (…) Tymczasem czerń i Kozacy poczynali szemrać. I im ciężko było siedzieć w dymie, ogniu,
w gradzie kul, w trupim zapachu, na deszczu, upałach i w obliczu śmierci. Zresztą nie trudów bali się dzielni mołojcy,
nie niewywczasów, nie szturmów i ognia, i krwi, i śmierci – oni się bali „Jaremy”.

Rozdział XXVII

Po nowych dziesięciu dniach strzelaniny i szturmów pierwszy to raz nastała cisza i spokój. (…)
– A czuwacie?
– Czuwamy, mości książę – rzekł prostując się Skrzetuski.
– Pilno dawać baczność. Źle wróży ten spokój.
I książę przeszedł dalej, patrząc, czy gdzie sen nie przemógł utrudzonych żołnierzy. (…) Nastało milczenie. Wszyscy wpatrywali się wytężonymi oczyma w ciemność, ale nic nie było widać – szańce kozackie były spokojne. Ostatnie światła na nich pogasły. (…) Pan Michał począł kiwać ręką, aby mu nie przeszkadzano, i czas jeszcze jakiś słuchał pilno, na koniec zbliżył się
do towarzyszów.
– Idą – szepnął.
– Daj znać księciu! poszedł ku kwaterom Ostroroga – odszepnął Skrzetuski – my zaś pobieżymy ostrzec żołnierzy. (…)
Ponieważ nieprzyjaciel chciał widocznie zaskoczyć obóz w śnie i nieczujności, więc książę polecił utrzymać go w błędzie. Żołnierze mieli się zachować jak najciszej i dopuścić szturmujących aż na same wały, po czym dopiero gdy wystrzał zdziała da znak, uderzyć na nich niespodzianie. (…)

Tymczasem napastnicy zbliżyli się do fosy i poczęli w nią spuszczać drabiny, następnie zleźli po nich sami i przechylili je
ku wałowi. Wał milczał ciągle, jakby na nim i za nim wszystko wymarło – i cisza nastała śmiertelna. (…) Wtem trzy pary rąk pojawiły się u krawędzi i chwyciły się jej silnie, a za nimi poczęły się z wolna i ostrożnie podnosić trzy szpice od misiurek… wyżej
i wyżej… „To Turcy!” – pomyślał pan Longinus. W tej chwili rozległ się straszliwy huk kilku tysięcy muszkietów; zrobiło się widno
jak w dzień. Nim światło zgasło, pan Longinus zamachnął się i ciął okropnie, aż powietrze zawyło pod ostrzem. Trzy ciała spadły
w fosę, trzy głowy w misiurkach potoczyły się pod kolana klęczącego rycerza. (…) Szturm ten… krwawiej od innych został odparty i ściągnął straszliwą burzę na głowę Chmielnickiego. (…) Żołnierze spoczywali aż do rana, bo było to już pewne, że szturm się nie powtórzy. Spali tedy wszyscy snem nieprzebudzonym prócz chorągwi strażowych i prócz pana Longina Podbipięty, który noc całą krzyżem na mieczu leżał dziękując Bogu, iż mu pozwolił ślub spełnić i taką wielką chwałą się okryć, że imię jego przechodziło z ust do ust w obozie i w mieście. (…)

Koło namiotu robiło się coraz gwarniej, a pan Zagłoba, Skrzetuski i Wołodyjowski czynili honory przybywającym częstując ich opowiadaniem, bo nie było czym innym, jako że ostatnich już prawie sucharów dogryzano w obozie, a mięsa innego jak wędzonej koniny dawno nie stawało. Ale przecie duch starczył za jadło i napitek. Pod koniec, gdy inni zaczęli się już rozchodzić, nadszedł pan Marek Sobieski, starosta krasnostawski, ze swoim porucznikiem Stępowskim. (…)
– Jakośmy sobie zaprzysięgli – rzekł – że jeden na drugim padnie, a nie poddamy się, tak się i stanie. Musimy być na to gotowi,
że coraz cięższe czasy przyjdą. Żywności już prawie nie ma, a co gorzej, to i prochy się kończą. Innym ja bym tego nie mówił, ale waszmościom można. Niedługo jeno zaciekłość w sercach i szable w ręku nam pozostaną – i gotowość na śmierć, więcej nic. Daj, Boże, króla jak najprędzej, bo to ostatnia nadzieja. Wojenny to pan! Pewnie by fatygi i zdrowia, i gardła nie żałował, byle nas wyzwolić – ale za małe ma siły i musi czekać, a waszmościowie wiecie, jak pospolite ruszenie powoli się ściąga. I zresztą skąd król jegomość ma wiedzieć, w jakich my tu kondycjach się bronimy i że już okruchów dojadamy?
– My już siebie ofiarowali – rzekł Skrzetuski.
– Ażeby tak dać znać? – pytał Zagłoba.
– Żeby się znalazł kto taki cnotliwy – rzekł starosta – kto by się przekraść podjął, ten by nieśmiertelną sławę za życia pozyskał, ten by był zbawcą całego wojska i od ojczyzny klęskę by odwrócił. (…)

Pan Longinus zamyślił się głęboko, aż czoło pokryło mu się bruzdami, i cały czas siedział milczący. Nagle podniósł głowę i rzekł
ze zwykłą sobie słodyczą:
– Ja się podejmę przekraść przez Kozaków... (…)
– Ptak by nie przeleciał, bo z łuku by go ustrzelili. Okopali nas naokoło jako jaźwca w jamie.
– A taki pójdę – powtórzył Litwin. – Ja Bogu wdzięczność winien, że mnie ślub spełnić pozwolił. (…)
– Na Boga! – rzekł starosta krasnostawski, któren dotychczas ze zdumieniem słuchał słów pana Zagłoby – wielka to jest rzecz, ale bez księcia nie możemy nic stanowić. (…) Pójdźmyż do niego, co on na ochotę waszmościów powie. (…) …doszli do namiotów książęcych stojących z prawej strony wału… (…) Starosta wszedł pierwszy, nie oznajmując się; czterej zaś rycerze zatrzymali się przed namiotem. Ale po chwili płótno uchyliło się i pan Przyjemski wysadził głowę:
– Książę chce widzieć pilno waszmościów – rzekł. (…)
– Powiadał mi pan starosta o gotowości waszej wyjścia z obozu, a ja dobre chęci wasze przyjmuję. Ojczyźnie nie można nadto ofiarować…
– Przyszliśmy jeno o pozwolenie pytać – odrzekł Skrzetuski – gdyż wasza książęca mość jesteś szafarzem krwi naszej. (…)

W tej chwili kasztelan bełski Firlej wszedł do namiotu.
– Mości książę – rzekł – ludzie moi złapali Kozaka, któren powiada, że na dzisiejszą noc szturm się gotuje.
– Miałem i ja już wiadomość – odpowiedział książę.
– Wszystko w pogotowiu; niech tylko z sypaniem tych nowych wałów śpieszą.
– Już prawie skończone.
– To dobrze! – rzekł książę. – Do wieczora się przeniesiemy. (…) Ichmościowie podejmują się przekraść przez nieprzyjaciela i dać znać królowi o naszym położeniu. (…) Pójdzie naprzód jeden; jeśli go zabiją, to się tym pochwalić nie omieszkają, jako się już raz pochwalili śmiercią tego mego sługi, którego aż pode Lwowem schwytali. Jeżeli tedy pierwszego zabiją, pójdzie drugi, potem
w razie potrzeby trzeci i czwarty. (…) Dziś wieczór po szturmie, jeżeli noc będzie ciemna – dodał książę. – Listów żadnych
do króla nie dam; co waść widzisz, to opowiesz. Weźmiesz jeno sygnet na znak.
Podbipięta przyjął sygnet i pokłonił się księciu… (…) Książę miał łzy w oczach – bo to był prawdziwy ojciec dla rycerstwa – inni płakali, a ciałem pana Podbipięty wstrząsał dreszcz zapału i płomień chodził mu po kościach, i radowała się do głębi ta dusza czysta, pokorna a bohaterska nadzieją bliskiej ofiary. (…) …pan Podbipięta po spowiedzi i komunii cały czas spędził na modlitwie; zjawił się dopiero wieczorem na szturm, który był jednym z najokropniejszych, bo Kozacy uderzyli właśnie wówczas, gdy wojska, działa i wozy przenosiły się do nowo usypanych wałów. (…) …po trzech godzinach wszystkie ataki zostały odparte z tak strasznymi stratami, że były później wieści, jakoby do czterdziestu tysięcy nieprzyjaciół miało paść w tej bitwie. To pewna,
że po bitwie rzucono cały stos chorągwi pod nogi księcia – i że istotnie był to wielki szturm ostatni, po którym nadeszły jeszcze cięższe czasy wkopywania się w wały, porywania wozów, bezprzestannej strzelaniny, nędzy i głodu. (…)

Noc była ciepła, ale chmurna. Cztery czarne postacie posuwały się cicho i ostrożnie ku wschodniemu krańcowi wałów. Byli to: pan Longinus, Zagłoba, Skrzetuski i Wołodyjowski. (…)
– To już czas! – rzekł Longinus.
– Czas! czas! – powtórzył Skrzetuski stłumionym głosem. – Idź z Bogiem.
– Z Bogiem! z Bogiem!
– Bądźcie, bracia, zdrowi, a przebaczcie, jeżelim któremuś w czym zawinił. (…)
I zbliżywszy się do brzegu wału zsunął się w fosę, po chwili zaczerniał na drugim jej brzegu, raz jeszcze dał znak pożegnania towarzyszom – i znikł w ciemności. (…) Mnóstwo ciał leżało na skłonach i szczytach tych nasypów. Pan Longinus potykał się
co chwila o trupy, przestępował przez nie i szedł naprzód. (…) Szedł teraz szybko, bez przeszkód i już zdawało mu się, że dosięga linii taboru, gdy nowe jakieś odgłosy zwróciły jego uwagę. Zatrzymał się natychmiast i po kwadransie oczekiwania usłyszał zbliżający się tupot i parskanie koni. „Straże kozackie!” – pomyślał. Wtem i głosy ludzkie doszły jego uszu, więc rzucił się
co duchu w bok i zmacawszy nogami pierwszą nierówność gruntu padł na ziemię i wyciągnął się bez ruchu, trzymając w jednej ręce pistolet, w drugiej miecz. (…) Głosy oddalały się stopniowo – i na koniec umilkły. Pan Longinus podniósł się i szedł dalej. (…)

– Bogu dzięki, że po szturmie i wycieczce idę – rzekł do siebie pan Longinus. –