Chwalcie Pana, wszystkie narody, wysławiajcie Go, wszystkie ludy, albowiem łaska Jego jest można nad nami, a wierność Jego trwa na wieki! Alleluja. [Ps. 117; 1 – 2]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1875



STYCZEŃ - 03. [Warszawa]


["JAN CHĘCIŃSKI" WSPOMNIENIE POŚMIERTNE]
Ze dwa tygodnie temu, a może i trochę dawniej, jak spotkałem się z Janem Chęcińskim.

…znalazł spokój ten skołatany duch upadający z trudów i zmęczenia – znalazł ów spoczynek i ów spokój, do którego tęsknił, który pragnął tak gorąco i o który prosił Boga. Dni pracy syzyfowej i serdecznych cierpień, zawodów, rozczarowań, dni doli twardej, zwątpień i rozpaczy skończyły się na zawsze. (…) Strudzony pracownik usnął, a snu jego nie przerwie już szum i gwar ludzki, nie zbudzi go troska, nie przerwie nikt i nic – wiosną chyba akacja strząśnie białe kwiaty na grób jego, zaszumi w liście topola, zaśpiewa skowronek. Ale pamięć ludzka otoczy niby szara przędza pajęcza jego cichy grobowiec. Zniknął człowiek – został poeta i artysta,…

Jan Chęciński urodził się w 1826 roku. (…) Dusza młoda, skrzydlata, wrażliwa a poetyczna snuła złotą nić marzeń o przyszłych triumfach poetycznych i scenicznych. (…)

Nieraz może doświadczył niechęci kolegów; nieraz prasa, nie wchodząc w żadne powody i okoliczności, ostro przyganiała kierunkowi, w jakim scenę prowadził. (…) Na duszę bardziej obojętną mniej by może oddziaływały krytyki i niechęci,
ale poetyczna, wrażliwa dusza Chęcińskiego głęboko odczuwała każde słowo niechęci i przygany. Chęciński gryzł się wewnętrznie i zużywał w walce. A tu przychodziły jeszcze kłopoty domowe, niedostatek, umęczenie z nadmiaru pracy i wreszcie – trzeba wyznać: publiczne szkalowania, owe syczenia wężowej zawiści, które systematycznie sączyły truciznę do tej zbolałej duszy.

A jednak, powiedzmy prawdę, ileż to arcydzieł dramatycznych, ile sztuk prawdziwie pięknych i wyższym nacechowanych talentem ujrzeliśmy na naszej scenie dzięki niezmordowanym zabiegom i pracy tego człowieka. Tak jest! bądź co bądź, wiele pracował i wiele zrobił, a gdzież i jaka za to nagroda? Oto życie męczeńskie, a potem trumna, martwa, zielona gałązka
na wyziębniętą pierś i słowo uznania… po śmierci.

Dziwna rzecz jednak: owa gorycz powszedniego życia nie odbiła się w utworach Chęcińskiego. (…) Samotny, z piórem w ręku, wśród ciszy nocnej, w której tylko szept zegara opowiadał o uciekających godzinach, przenosił się Chęciński w świat harmonii, pogody i tego spokoju, którego w życiu nie zaznał. Wówczas to w ciszy i samotności dusza jego otwierała się jak kwiat, jasna, czysta w swych celach i pragnieniach; zamierał człowiek, a żył poeta.

(…) Słusznie ktoś powiedział, że gdyby człowiek posiadał tylko setną część tego, co przynosił teatrowi, umierałby spokojny o los dzieci. A jednak… jeżeli umierał spokojny, to chyba na myśl, że ogół nie pozwoli żyć w niedostatku sierotom tego, kto bądź
co bądź, dobrze mu służył. (…)”


STYCZEŃ 11. – GRUDZIEŃ 24. [Warszawa]


["CHWILA OBECNA"]

I. Młodość ma swoje prawa – próżność swoje dążności – lekkomyślność swe nałogi; a zresztą – wesołych i swobodnych chwil
w życiu tak mało, że nie należy unikać tych, które się wydarzają. (…)”


II. (…) …skutkiem mrozów, jakie panowały u nas w ostatnich czasach, Włochom pomarzły głosy. Może być w tym część prawdy, choć z drugiej strony, inne wieści głoszą, że właśnie personażowi owej opery winniśmy ustanie mrozów. Jak wiadomo, panuje
u nas zwyczaj wyliczania łysych dla zawstydzenia mrozu; otóż pomiędzy wyliczonymi miało się znajdować kliku kochanków tejże opery, co miało szczególnie podziałać skutecznie na zmniejszenie się zimna, mróz bowiem zawstydzony tu był potrójnie:
raz, że mroził łysych jako łysych; drugi raz, że mroził łysych jako synów Italii, do cieplejszego przyzwyczajonych klimatu;
a na koniec, że mroził łysych kochanków, którzy młodość swoją i łysiny swoje, i talary swoje oddają na usługi naszej sceny. Mróz więc sfolgował; śnieg taje, na ulicach jeziora, a sanki jeżdżą po gołych kamieniach. Ma to jednak swoje dobre strony.
Jak wiadomo, w ostatnich czasach szczególnie weszła w modę hydropatia; otóż teraz nie potrzebujemy wyjeżdżać do zakładów hydropatycznych za granicą ani nawet do Nowego Miasta nad Pilicą, mamy bowiem u siebie w domu, w naszej poczciwej Warszawie, ogólną, bezpłatną wodną kurację. Może być nawet, że hydropaci innych krajów do nas wysyłać będą swoich pacjentów. Dość, niech chory wyjdzie na ulicę, pierwszą lepszą, jaka mu się będzie podobać, i przejdzie chodnikami kilkadziesiąt kroków, a za kołnierz tyle mu naleci najzimniejszej w świecie wody, że wystarczy to na uśmierzenie choćby najuporczywszej gorączki. Że zaś czasami z wodą zleci mu z wysokości trzeciego piętra na głowę jaki kawałek lodu ważący koło czterdziestu funtów albo mniej więcej pół fury śniegu – no, to przynajmniej cierpienia jego skończą się raz na zawsze. (…)

Według nas paszkwil jest rośliną pastewną. Można by o niej powiedzieć to, co humorysta Prus mówi o humorze: „Kaleczy dobrze uformowaną gębę, ale niezmiernie smakuje osłom.” (…)


III. (…) Karnawał, z przeznaczenia historycznego, jest epoką szału ludzkości, która krępuje przez rok cały swe namiętności, poddając je pod regularną organizację społeczną; ale za to raz jeden do roku, tak jak wszystkie machiny, czuje potrzebę podniesienia klapy bezpieczeństwa i wypuszczenia na świat nagromadzonej w ciągu dziesięciu miesięcy pary wydobywającej się z przyciśnionych namiętności. Precz przeto w epoce szału z rozumem, wszystkie ruchy, myśli, porywy i żądze w karby biorącym! Precz z przeszkodami tamującymi wybryki usposobienia ludzkiego! Precz z przymusowymi formami, które jak okowy swobodę ścieśniają! I dziwny objaw ta swoboda przyjęła! Wówczas, gdy maskę, pod którą życie nasze codziennie upływa, zdzieramy, wówczas maską twarz zasłaniamy… (…)

Na to jeden tylko sposób: dla wszelkich transportów tranzytowo na kołach przez Warszawę idących powinny być wskazane ulice, którymi im iść nie wolno; co zaś do furmanek i wozów, które, szeregiem idąc, ładunek swój odbierają lub składają w mieście,
tym winno być nakazane zachowanie odstępów dostatecznych dla przejścia lub przejechania pomiędzy nimi. Zdarza się bowiem często, że na skręcie ulicy do czterdziestu furmanek nieprzerwanym szeregiem się wloką, a biednemu mieszczuchowi nic innego nie pozostaje, jak upatrywać chwilę, w której bez narażenia się na szwank na drugą stronę przedrzeć się zdoła.

Najgorszym punktem jest bez wątpienia Senatorska ulica od Miodowej do Zygmunta. Tam zawsze pełno fur, wozów, omnibusów, karet; czasem przyjdzie czekać i kwadrans, a może i pół godziny, zanim się przedostać można. Przy projektowaniu nowych komunikacji miejskich czyżby nie racjonalniej było ulicę Miodową przedłużyć do Krakowskiego Przedmieścia, aniżeli stworzyć ulicę Włodzimierską, którędy raz na miesiąc zaledwie ktoś przejeżdża? A jakież by stąd nadzwyczajne wynikło udogodnienie
dla ruchu miejskiego koncentrującego się w tych okolicach!

Może w bieżącym roku rozmaite niedogodności usunąć się dadzą. Już dawno obiegają pogłoski o rozszerzeniu Wierzbowej ulicy przez zniesienie oficyn Pałacu Brühlowskiego; ponawia się wieść o zniesieniu szpetnych pawilonów na placu Saskim, a nawet –
do jakiego to stopnia fantazja nowiniarzy się rozbujała! – mówią o przebudowaniu gmachu, przez komendanturę zajętego,
na teatr przeznaczony dla opery i baletu. W takim razie dzisiejszy Wielki Teatr mieściłby w sobie dramat i komedię, a sala Rozmaitości obróconą by została na dogodną salę koncertową. (…)


IV. (…) Zawsze lubiłem Warszawę; mimo naszych bruków, mimo latarni i omnibusów, mimo sił wokalnych naszej opery, mimo brzydkich kobiet, mimo starej i młodej prasy, mimo pseudo-pozytywistów i pseudo-idealistów, mimo amatorów-prelegentów
i amatorów-koncertantów, mimo utworów naszych autorek, mimo broszurek w sprawie emancypacji kobiet,… - mimo dowcipów niektórych naszych humorystów, słowem: mimo tego wszystkiego, co jest u nas najrozpaczliwsze, nigdy nie żałował, żem się tu wychował i że się tu kołaczę… (…)



V. (…) – A widzisz, mój drogi, ożeniłem się zeszłego tygodnia i przyjechałem do Warszawy na miodowe miesiące.
- A gdzież żona?
- Żonę zostawiłem w domu przy matce. (…)

Kobiety w strojach dochodzą do przesady i tłumaczą się coraz większą wybrednością mężczyzn. Mężczyźni zaś twierdzą,
że kobiety myślą tylko o strojach i zabawie, i dlatego zachodzi potrzeba szukania dużych pieniędzy na zaspokojenie łokciowych rachunków. (…)

Tak więc, jak głoszą kandydaci do małżeństwa, najbardziej zatrważającym szczegółem, który największą trudność w utrzymaniu żony stanowi, są stroje. (…) Jakżeż tu bowiem powstrzymać małżonkę od rywalizowania z przyjaciółkami i znajomymi, które by ją zaćmić mogły? (…)

…podług dochodzących nas wieści, zima tegoroczna sprowadziła do nas kilka dość pokaźnych cyfr posagowych. Konkursa otwarte, kandydatów dużo, wyścigi z przeszkodami rozpoczęte – wszelako chorągiewka u mety dotąd ani drgnęła i być może,
że wyścigowce się ochwacą, zanim do mety dojdą. (…)”



VI. „(…) Czyż jakakolwiek stolica europejska posiada np. konie jak te, które chodzą w naszych omnibusach, a które podobniejsze do widm lub szkieletów, niezdolnych na pozór do dźwigania samych siebie, dźwigają jednak ogromny ekwipaż wraz z siedzącymi w środku osobami? Czyż posiada jakie miasto takie brudne omnibusy? Czyż posiada tak dużo projektów kanalizacji i asenizacji? Czy posiada takie Towarzystwo Gazowe, które czuwając nad moralnością mieszkańców, każe latarnie gasić na ulicach
jak najprędzej, aby dobrzy obywatele nie mogli włóczyć się po nocach, ale spali raczej w domach swoich, na łóżkach swoich
i na poduszkach swoich, i pod kołdrami swymi? (…)”



VII. (…) I tak, na przykład, głoszą wszyscy jak najęci, że kiedy każde prawie większe miasto w Europie ma swój ogród zoologiczny, służący zarówno do celów naukowych jak i do rozrywki, my nie mamy nic podobnego. (…) Otóż wiemy to wszystko,
i cóż? Poprzeć ogród czy nie poprzeć? (…)

- No, i proszę acana… - mówił pewien obywatel spod Płońska, miasta słynnego z inteligencji mieszkańców jak starożytna Abdera – no, i proszę acana, i ja będę jeszcze płacił, żeby mi rozmaite bestie po ogrodach trzymali, kiedy człowiek i tak swoich rodzonych cieląt niepewny?! (…)



VIII. (…) Nie lękajcie się, czytelnicy! Jako dobrzy chrześcijanie, możecie dla odpędzenia owego wroga chrześcijańskiej religii położyć krzyżyk na czole, ale bać się nie ma czego, bo to, jak zobaczycie, wcale nieszkodliwe stworzenie. Cóż to, na przykład, może szkodzić komu, że diabeł ten tym się przede wszystkim odznacza, że jest niezmiernie kontent siebie, że lubi dużo mówić
i że mu się jego własne słowa wydają niezmiernie dowcipne, eleganckie, bystre i tym podobne? Nieszkodliwa choroba i nie tylko
w piekle na nią chorują. Mój Boże! Iluż to u nas choruje na nią miernotek, uchodzących na łonie rodzin za geniusze! A dlatego Warszawa stoi zawsze na jednym i tym samym miejscu! Co tu i mówić? Potrzeba i chyba powtarzać utarte przysłowia lub zdania – zawsze znane, a nie zawsze prawdziwe. (…)



IX. (…) Gdybym był płocczaninem, tj. gdybym mówił „jeich” zamiast: ich, „mnięso” zamiast: mięso, i „phiorun” zamiast: piorun, dopierożbym rzucał „phioruny” na marnotrawstwo jeunesse dorée płockiej, która pannę Józefę Czapską uczciła
na przedstawieniu Córki pani Angôt brylantami wartującymi koło sześciuset rubli srebrem! Piękny podarek, ani słowa; ale któż
ma sobie pozwalać podobnych wydatków, jeśli nie złota młodzież płocka, która nie tylko słynie na cały świat z pięknej wymowy, ale jak widzimy, i z wykwintnego smaku, umiejącego poznać się na tym, co prawdziwie piękne, i należycie uczcić przedmiot ogólnego zachwytu i podziwu. (…)



X. (…) Źle, źle, moi czytelnicy! Jesteśmy miłosierni jak Samarytanka, ale w imię miłosierdzia lubimy się niemiłosiernie wytańcować. Chętnie chodzimy na bale dobroczynne, koncerta, przedstawienia sceniczne; gotowiśmy zakładać kasy wsparcia
dla wszelkiego rodzaju podupadłych panien, wdów i mężatek; gotowiśmy na każdy jęk nieszczęścia ruszyć workiem; gotowiśmy jakiemuś pozbawionemu paletota studencikowi dać dziesięć paletotów bez względu, że potrzeba mu tylko jednego; gotowiśmy płakać nad flisakiem Świechem, który utraciwszy ubranie nie mógł wyjść na ulicę, jak ongi Epaminondas – ale kiedy chodzi
o podtrzymanie instytucyj, nie ma nas: nagadamy się dziesięć razy więcej, a zrobimy dziesięć razy mniej, niż rzecz warta. (…)



XI. (…) Nareszcie uformował się nowy komitet Towarzystwa Muzycznego. Szło jak po grudzie, ale posiedzenia ogólne
i posiedzenia szczegółowe, agitacje wyborcze, wota ufności i nieufności, wnioski, mowy, poprawki – słowem, cała owa technika parlamentarna, której w ostatnich czasach więcej w Towarzystwie niż muzyki, a która miała pomagać do wytworzenia nowej władzy, zrobiła przynajmniej – może zresztą pomimo woli – tyle, że nie zdołała, przeszkodzić uformowaniu nowego komitetu. Jest komitet, a więc będzie i muzyka. (…)

Jeżeli jesteś żonaty, o czytelniku! to wiesz, co to znaczy. Żona zapowiada ci, że nie myśli wprawdzie piec święconego, ale ot…
byle tam coś mieć dla gości – i od tej chwili poczyna się w domu jarmark. Zamiast zwykłych rozmów słyszysz tylko narzekania,
że jaja podrożały, że rzeźnicy zdzierają, że trzeba kupić to rodzynków, to gorzkich migdałów, to słodkich, to maczków, to fig,
to orzechów. Coraz to ciężej wzdychasz – i coraz częściej sięgasz ręką do kieszeni. Coraz to częściej słyszysz przy tym takie zdania, jak np.: „Ja także jestem oszczędna i z pewnością nie wydam więcej, niż potrzeba, ale przyznam się… (…)



XII. (…) …nie podobna zatem kazać naszym piekarzom, rzeźnikom, restauratorom, mleczarzom itp., aby zjadali własny towar,
a raczej swoje własne wyroby. Co sami nieraz o nich myślą, za dowód niech posłuży odezwanie się pewnego naczelnika pewnego zakładu jadłodajnego, położonego na jednej z bardziej wprawdzie oddalonych, ale dość odwiedzanych ulic miasta.
- Gdzie pan idziesz? – spytał go raz jeden z gości widząc, że w porze obiadowej wybiera się na miasto.
- Idę na obiad.
- Jak to na obiad? Przecież pan masz u siebie?
- A cóż to pan sądzisz, że mnie nie stać na lepszy? Truć się przecież dla jednej złotówczyny nie będę.
I miał rację. Truć się dla dziesiątki lub złotówki nie opłaci się, ale natomiast, żeby mieć ową złotówkę, nie należy innych truć
i zatruwać. (…)

Warszawscy właściciele domów znowu popodnosili komorne. (…) Lecz zdaje się, że popodnosili nie na długo. Z nadejściem wiosny mnóstwo zamożniejszych rodzin wiejskich wyjeżdża z Warszawy, gdzie przepędzały zimę; większe mieszkania tu i owdzie zaczynają świecić pustkami. Za większymi idą mniejsze, zajmowane przez mniej zamożne rodziny; ceny spadną i przyjdzie chwila, w której serca nasze nasycą się zemstą. Zresztą alboż to mało domów buduje się na wszystkie strony! Istotnie mnóstwo, a coraz większe, piękniejsze i coraz obfitsze w drobne mieszkania, które najsowitszy przynoszą dochód. Jest więc nadzieja,
że dzisiejsze nadmierne żądania i dowolne podwyżki, od których nie ma apelacji, zaczną wychodzić powoli ze zwyczaju,
aż w końcu, jako niemożliwe, zupełnie ustaną. (…)



XIII. (…) Dowiadujemy się, że Kielce myślą o założeniu u siebie Towarzystwa Muzycznego. Zamiar to ze wszechmiar godny pochwały, albowiem lepiej jest słuchać muzyki, choćby najgorszej, niż tracić czas w miejscowych knajpach, jak to po większej części czynią urzędnicy w miastach prowincjonalnych. Warszawa niezawodnie nie omieszkałaby dostarczyć Kielcom muzycznych posiłków. Niejedna zawiedziona ambicja, którą ominęło krzesło dyrektorskie w Warszawie, udałaby się do Kielc, powtarzając
nie do Kielc wprawdzie zastosowane, ale i w stosunku do Kielc trafne słowa Cezara: „Wolę tu być pierwszym niż w Rzymie drugim”. (…)

Będziemy tanio się leczyć, tanio procesować; słowem, przyszłość uśmiecha się nam i obiecuje bardzo wiele.

Z tych obiecanek pragnęlibyśmy szczególlniej, aby jedna nie stała się cacanką. Oto mamy podobno dostać źródlaną wodę
do picia. Pan Kaczkowski wskazał po lewym brzegu Wisły aż jedenaście źródeł czystej jak łza a zimnej jak lód wody, którą gdyby tylko jakimikolwiek sposobami sprowadzić do Warszawy, nie pilibyśmy tak wielkiej ilości gliny, mułu i wielu innych jeszcze pożywnych, a przede wszystkim mniej zdrowych niż glina i muł, ingrediencji rozpuszczonych w wiślanych falach. (…)



XIV. (…) …los nieraz z dziwną złośliwością prześladuje warszawiaków przepędzających lato na wsi, co należytymi a wielu mógłbym poprzeć przykładami. (…)

Podania to wspominają np. o pewnym naczelniku wydziału pewnego biura, człeku otyłym, a przy tym wielce statecznym, który napadnięty został przez dziwnie złego wielkiego psa w warunkach bardzo mało do obrony przydatnych. Na próżno nieszczęśliwy radca, skulony i uplątany we własne szaty, cofając się na los szczęścia – na próżno, mówię, używał najpieszczotliwszych
dla przejednania napastnika wyrazów. Próżno wyciągał ku niemu rękę, cmokał i w palce klaskał powtarzając: „Pieseczek! pieseczek! mój psinko nieduży!” Na próżno głosowi swemu starał się nadać najczulszą i najmilszą intonację, próżno przemawiał tonem starego znajomego i dobrego przyjaciela – potwór nie dał się przejednać ani oszukać… (…)



XV. (…) Warszawa poczyna robić zwykłą wiosenną toaletę. Tu i owdzie malują się i odnawiają domy, tam przebukowywują się ulice; wyrównywają się pozostałe po zimie doły; tu i owdzie kładą nawet asfalt; słowem, wszędzie znać ruch, ożywienie
i ów wiosenny przygotowawczy nieład.

Co do bruków, chodników i tym podobnie, ulice nasze podobne są do rodzonych sióstr, a córek niezbyt zamożnej rodziny. Z czego wyrośnie starsza, to dodziera młodsza. Gdy wyjmą bruki lub wyłamią chodnik na której z głównych ulic, niezawodnie położą go na mniej głównej, potem gdy i ta wzrośnie, dostaje znowu strój lepszy, a dawny idzie dla jeszcze podrzędniejszej. (…)

Bodaj czy nie do takich należy ulica np. Marszałkowska. Ma ona wprawdzie kolej konną, ale bruki jej za to mogą śmiało rywalizować z brukami Płońska, Łukowa, Radomska i innych stolic powiatowych. (…)

Gdyby na złe bruki i latarnie naznaczono konkurs, dostalibyśmy pierwszą nagrodę niezawodnie. Latem, gdy po tych brukach ciągną jeszcze tumany kurzu zasypujące usta i oczy, gdy ścieki nasze, pozbawione wody, poczną ronić woń zabijającą, gdy owa woń w połączeniu z kurzem, dymami etc. zawiśnie ciężką, ołowianą atmosferą nad miastem, wówczas słusznie powiedzieć można, że Warszawa, którą ze względu na piękność jej mieszkanek nazywają rajem dla oczu, ze względu zaś na ilość katarynek
i utalentowanych fortepianów panien – czyśćcem dla uszu, że ta Warszawa jest piekłem dla każdego nosa, który się w niej
nie urodził, w niej nie żył, nie zakatarzał i nie wychował. (…)



XVI. (…) …na lewo od wejścia ze strony Saskiego placu była aleja doskonale wszystkim znana, najpiękniejsza i najcienistsza
ze wszystkich, odznaczającą się szczególniej tym, że kasztany jej prawie do ziemi zwieszały końce swoich długich konarów, tworząc tym sposobem nad ulicą jakby rodzaj zielonej kopuły. Mówiąc nawiasem, tych kasztanów, a raczej tych zwieszonych konarów, mogły nam pozazdrościć zagraniczne ogrody. Starają się tam o takie rzeczy, ale nie zawsze z powodzeniem; a u nas,
ot, tak sobie jakoś Bóg dał, że samo wyrosło, bez niczyjej pomocy. A teraz – cóż czyni zarząd ogrodu? Oto każe obcinać
do połowy owe zawieszone cieniste konary. Fakt się już stał. Poobrzynane gałęzie sterczą do góry niby poobcinane a wołające
o pomstę do nieba ręce. (…)



XVII. (…) Myślą przenosisz się do Szwajcarii. Widzisz góry i śniegiem okryte wierzchołki, i przepaście, i dzikie równiny. Słyszysz metaliczne dźwięki źródlanej wody uderzającej o skały – dochodzi cię huk wodospadu, nad którym kraczą orły. Słońce rozkłada w siedem barw promień w mgle wodnego obrusa. Otacza cię natura i poezja. Marzysz… aż nagle urok pryska. Co się stało? E, nic! to tylko uderzył cię nagle zapach wątróbki cielęcej… (…) Niezła to nawet rzecz jest ta wątróbka cielęca, tylko szkoda, że tak mocno pachnie i że nie podobna jej pogodzić z muzykalno-poetycznymi zachwytami. (…)

…wracając do orkiestry Fliegego – kapela to liczna i dobrana. Znawcy specjalni ściślej opiszą wam, mili czytelnicy, jej przymioty
i wady. Co do mnie, choćbym chciał to uczynić, Bóg widzi, że nie mogę dla braku wtajemniczenia się, kiedy należy używać
i w jakim sensie, mówiąc o muzyce, wyrazów takich, jak kontury, koloryt, cieniowanie, tło itp., które składają dzisiejszy język muzyczny. Gdybym użył tych wyrazów na chybi-trafi, napisałbym może potężną recenzję, ale nie stałbym się od innych zrozumialszy; wolę więc poprzestać na prostej uwadze, że orkiestra jest liczna i że będzie mogła śmiało zastąpić te dobre, które grywały dawniej.

Oto nieznany jakiś rycerz z „Kuriera Codziennego” uderzył na p. Bolesława Prusa, a uderzył z takim zamachem, że aż sam wyleciał z siodła. Nieznany rycerz stara się w dowcipny sposób zaprzeczyć dowcipu panu Prusowi, twierdząc, że jego rumak bokami robi, a żywi się cierniami. Nie wiemy, co jada rumak rycerza z „Kuriera”, nie chcemy zaś przypuszczać, żeby za pokarm miały mu służyć rośliny kolczaste, jakkolwiek chodem ociężałym i skłonnością do wierzgania zdradza gatunek, dla którego rośliny kolczaste stanowią niezrównany przysmak. Nie przesądzając jednak kwestii postawimy pytanie inaczej: Oto, gdyby
np. pan Prus chciał pisywać odcinki do „Kuriera Codziennego”, tak jak pisuje do „Warszawskiego”, czyby pomieniony „Codzienny” nie zgodził się na drukowanie ich u siebie? Nam zdaje się, żeby się zgodził. Choćby nawet przyszło przynieść na ofiarę nieznanego rycerza i jego rumaka. (…)



XVIII. (…) Czy mamy złotą młodzież? Nie! Mamy tylko pozłacaną. Prawdziwy złoty młodzieniec szalał, hulał, pił, grał w karty, wyrzucał pieniądze, umizgał się do kobiet, słowem, popełniał mnóstwo głupstw i niedorzeczności, ale miał jedną dobrą stronę: oto posiadał żywe uczucie honoru, które było dla niego tym, czym jest pochodnia dla błądzącego w ciemnościach, tym,
czym jest złamek masztu dla rozbitka rzuconego na rozhukane fale morskie. Trzymał się honoru oburącz, a choć życie rzucało nim jak piłką, nie puszczał się. To był jego canon. Czasem też, wedle herbowej dewizy: łamał się… nie giął się nigdy.
Przy tym był to zwykle pan z panów; ot! młody orlik z rycerskiego gniazda. (…)

…złoty młodzieniec należy już do historii. Obecnie istnieje tylko młodzieniec pozłacany. A wiecie, czym się różni ten ostatni
od poprzedzającego? Oto ma wszystkie jego wady, a nie ma jego przymiotów. Proszę was, czy widzicie tego pseudo-gentlemana, który oto jedzie na koniu? Kapelusz ma nasunięty na tył głowy, plecy zgarbione, twarz bladą, a nogi tak wysunięte naprzód
i tak palcami odwrócone od konia, że zdaje się, jakoby nogami błogosławił biedne, chude, a długie zwierzę, podobniejsze
do przęślicy niż do bożego stworzenia. (…)



XIX. (…) Co to jest ten szpital praski? Oto ostatni nieraz przytułek największych biedaków, najuboższych mieszkańców Pragi. Życie ich nieraz głodne a chłodne jak fale wiślane, zarobek nieczęsty, a praca, gdy się zdarzy, to ciężka. Dużo, dużo kryje się prawdziwej nędzy na Pradze, ale że nie tak stoi na oczach, więc mniej o niej wiemy, a co prawda, mniej ją wspomagamy. Nawet
i pracująca ludność robotnicza uboższa tam jest niż w Warszawie. Gdy przyjdzie choroba, nędza zagląda do izby najpracowitszego nawet robotnika. Wówczas już tylko szpital pozostaje jako ostatnia na ziemi pociecha, jako ostatnie schronienie. Ale gdy szpital nie ma miejsca lub nie ma funduszów, gdy nie może przyjąć chorego, wówczas los jego staje się
nad wszelki wyraz twardym i rozpaczliwym. (…)



XX. (…) Jeżeli dawno, mój czytelniku, nie pasłeś oczu swych pięknym widokiem, tedy daj mi rękę i pójdź za mną. Wejdziemy
na jaką wieżę, na przykład na Świętokrzyską, i z tej wysokości spojrzymy na miasto. (…) Na dole w mieście zwykle oczom
tak ciasno, piersiom tak duszno, a nudno, a smutno! Dlaczegoż choć raz nie odetchnąć swobodniej, nie potoczyć okiem szerzej?... Tam taka samotna, powietrzna wyżyna! Pójdźmy!

Otóż już i jesteśmy. Pod stopami naszymi biegnie łukowato zagięte ku Wiśle Krakowskie Przedmieście. Widać wszystko
jak na dłoni. Pod nami Kopernik z globusem w ręku, jakby z tęsknotą spogląda ku górze – dalej szeregi domów, a dalej jeszcze, na końcu ulicy, król Zygmunt z mieczem i krzyżem, których już nie rozeznać z odległości. (…)



XXI. (…) Słychać, że mieszkania spadają, a wkrótce spadać zaczną na łeb, na szyję. Jest to możliwe. Już dziś na wszystkich domach widać karty z powywieszanymi pustymi lokalami, których posiadacze, coraz to zachodząc z ołówkiem w ręku, zmieniają ceny, zmniejszając po trochu dawne, a wpisując nowe, mniejsze. Na ulicy Wielkiej jest dom, w którym czterdzieści pokojów stoi dotychczas pustkami. Po pokojach owych chodzi zamyślony gospodarz, monologując z sobą po hamletowsku coraz głośniej, coraz gwałtowniej i coraz wyraźniej. Ludzie słyszeli podobno – czy też zdaje im się, że słyszeli – wyraz: „przeholowałem!” (…)


XXII. (…) Byłem i ja w Studzieńcu. (…) Widok Studzieńca, tak jak on dziś się przedstawia, jest jeszcze dosyć posępny.
Na obszernej polanie stoi w dwóch szeregach sześć piętrowych, z czerwonej cegły murowanych domów, a środku wielkie podwórze. Na podwórzu znać ślady gorliwej pracy koło budowli. Tu i owdzie leżą jeszcze wióry stolarskie, gdzieniegdzie czerwienieje kupka cegieł, w środku wznosi się skrzypiący żuraw tymczasowej studni; drewniane, po części już wzniesione sztachety otaczają i domy, i dziedziniec, a za sztachetami las, szumiące szeregi drzew i zwykła cisza leśna.

Miejsce to samotne, odosobnione od świata, takie właśnie, jakiego na osady rolne potrzeba. Ostatecznym jego urządzeniem
i ozdobą zajmą się sami przestępcy. (…)

W samej osadzie wzniosą się nowe domki i zabudowania folwarczne; stanie kapliczka, której dzwonek będzie o rannej zorzy wzywał do modlitwy i pracy, a o wieczornej do modlitwy i snu pod skrzydłem bożym. Latem praca w polu i lesie, z pługiem, broną, rydlem, motyką i siekierą; zimą, gdy śnieg z chmurnego nieba zasieje pola i gęstwiny leśne, przewagę weźmie praca
w warsztatach. Życie rozłamie się tu wyłącznie na pracę i modlitwę, popłynie całkowicie owymi źródłami uspokojenia. Troskliwa, iście rodzicielska opieka ułatwi, uczyni prawie konieczną poprawę, a na koniec dobroczynny wpływ natury uszlachetni te młode, za wcześnie pod palącym tchnieniem występku zdziczałe dusze. (…)

Wyobraźmy sobie dziecię zrodzone wśród zatrutej atmosfery miejskiej, w ciemnych szynkowniach, wśród gwaru i gorączki występków, ciemne, zepsute od najmłodszych lat, popychane do złego przykładem starszych, zdziczałe, rozpróżniaczone – wyobraźmy sobie, mówię, takie dziecię wyrzucone z tych piekielnych warunków, a przeniesione naraz w czystą atmosferę pól
i lasów wiejskich, w ciszę i pogodę natury. Nie zaznało opieki, tu znajduje opiekę; nie zaznało pracy, tu znajduje pracę;
nie zaznało modlitwy, tu znajduje modlitwę. Tam co krok spotykało się z szatanem – tu co krok spotyka się z Bogiem. Rankiem
w mieście budziły je ze snu przekleństwa starszych złoczyńców, tu budzi je śpiew ptasząt. Wieczorem w mieście usypiała je wódka, tu po modlitwie usypia je szum sosen leśnych, który sam wydaje się modlitwą i który każdą niezepsutą lub niewyschłą
do dna duszę przepełnia pełną słodyczy ufnością i spokojem. (…)



XXIII. (…) Tymczasem wyścigi z przeszkodami nadeszły i nie sprawdziły tych nadziei. Do wielkiego steeplechase’u stanęło trzy konie, a po przesadzeniu kilku przeszkód wszystkiego jeden biegał w szrankach bez jeźdźca, co nie zdołało rzeczywiście zadowolić głodnej wzruszeń ciekawości.

Za to mniej zapalonym amatorom sportu dały wiele do myślenia wyścigi chłopskie, kończące, jak wiadomo, tę szlachetną zabawę. Otóż z wyścigów tych okazuje się po najskrupulatniejszym obliczeniu czasu, jakiego na obieżenie szranek potrzebują konie angielskie i domorosłe chmyzy chłopskie, że różnica na korzyść pierwszych wynosi kilkanaście sekund na wiorstę. Tak jest, kilkanaście sekund, a jednak dla tych kilkunastu sekund ileż to zachodu i starań, ile hałasu, ile przeróżnych ceremonii, ile starterów, chorągiewek, meldowań wagi, ile angielskiego szyku! Tworzą się dyrekcje, sprowadza się dżokejów, zapuszcza się angielskie faworyty, nosi się angielskie paletoty, wyłamuje domorosłe szczęki na angielski sposób po to, ażeby mówić angielszczyzną, którą każda inna narodowość łatwiej rozumie niż angielska; chowa się całe stada długonogich rumaków, wybiera się spomiędzy nich te, które mają nogi najdłuższe, trenuje się je, ludzie i konie pocą się jak nieboskie stworzenia, wyrzuca się rocznie miliony złotych… i wszystko to dlatego, żeby potem przelecieć wiorstę o kilkanaście sekund prędzej, niż to robi,
na przykład, niejaki Stacho Kałduniak spod Wilanowa.

Ależ Stacho Kałduniak jeździł na swoim chmyzie cały rok – gentlemeni na swoich folblutach nie jeździli; Stacho orał nim, gentlemeni nie orali; Stacho bronował, Stacho woził drwa do Warszawy, zboże na targ, słowem: Stacho użytkował, gentlemeni
ze swoich nie użytkowali – na koniec Stacho wygrał, gentlemenów większość nie tylko, że nic nie wygrała, ale nawet potraciła stawki. (…)



XXIV. (…) …dziś czasy się zmieniły. A nazajutrz borów i lasów, w których działy się te świętojańskie cuda, już ani śladu: popłynęły do Gdańska, a w zamian sterczą czarne pniaki, na których najpowiewniejsze duchy, gdyby nawet chciały hasać, połamałyby sobie nogi z pewnością. Dalej, w duchy już dziś nikt nie wierzy. Świtezianki i rusałki, ubrane podług żurnalów, w biały dzień spacerują na wysokich korkach po Saskim Ogrodzie, wabią nawet chłopców po dawnemu, ale ród ten dziwnie jakoś zmądrzał,
i dziś już ani śpiewem, ani niezabudką nikt go nie wywiedzie w pole, „jeno mu trzeba posag położyć na stole”. Dziwożony zmieniły się także niepomału. Jeżdżą na lato do wód, dzieci oddają bonom francuskim, a choć ciągną nieraz do przepaści… własnych mężów, czynią to w sposób arcynowożytny, z pomocą rachunków od Włodkowskiej, Penkali i Thonnesa, z pomocą balów, koncertów, sezonów letnich i zimowych, wód, mody i kwaśno-słodkich wysileń dobroczynnych, w których co grosz na ubogiego,
to tysiąc na tualetę. (…)



XXV. (…) Zdarzało się wam zapewne nieraz, czytelnicy, przejeżdżając latem przez pierwszą lepszą wioskę, widzieć całe girlandy dzieci wiejskich siedzących pod ścianami chałup, pod karczmą albo po prostu na środku drogi, bez zajęcia, od tak po prostu
na woli bożej. Te zgrzebne koszulki, poprzypasywane czarną krajką, konopiaste główki jak makówki i niebieskie oczy, wytrzeszczone na wpół ciekawie, na wpół lękliwie na świat boży – rzecz to znana, która chyba tylko przybysza miejskiego zająć może. Spytacie: co robią takie dzieci? Wioska pusta, bo rodzice wyszli w pole; przed chatami prócz dzieci tylko psy drzemią
i wróble świergocą pod strzechami, więc dzieci robią, co chcą. Przepalają sobie głowy, przewracają się po piasku, łapią ryby
w kałużach; ciągną dla zabawy za ogony psy miejscowe; otwierają kołowrot, gdy kto przejeżdża, kłusując potem boso koło bryczki za datkiem – ot i czas schodzi. Starsze często przy tym skazane bywają na niańczenie młodszych. (…)

…trzeba wam i to jeszcze wiedzieć, moi religijni, wykształceni i humanitarni czytelnicy, że dzieci te żyją bez Boga. Są to bezwiedni ateiści. Kiedy podrosną i poczną chodzić do kościoła, wówczas dowiedzą się o piekle i niebie, ale przedtem?... Jeżeli matka znajdzie nawet czas i ochotę do wyuczenia dziecka pacierza, dziecko powtarza mechanicznie wyuczone słowa, i na tym koniec. (…)

Złem, wedle nich, jest dać się złapać na uczynku, dać sobie zabrać czapkę grochu, dostać w skórę; dobre – najeść się cudzego grochu, nie dać sobie zabrać czapki, nie dostać w skórę. (…)

O biedny, płowowłosy Krzychu, widzę jak na dłoni twoją przyszłość! Jak nie umiesz teraz pisać i czytać, tak nie będziesz umiał
do śmierci, niebożę! Gdy wyrośniesz, będziesz nocami jeździł w szkodę w cudzy owies z końmi. Sąd gminny sądzić cię będzie za to, żeś z siekierą w cudzy las pojechał, a ty do śmierci nie będziesz mógł zrozumieć, że między „wzion” i „ukradł” nie było żadnej różnicy. Potem, o Krzychu! zasmakujesz w wódce, nauczysz się przeklinać i wzywać „siarczystych”, będziesz tłukł swoją babę,
aż będzie w niebie słychać, będziesz wadził się z sąsiadami, Żyd będzie cię wyzyskiwał całe życie, boć cię rachować nie nauczono. Będziesz ciemny, obywatelu, jak tabaka w rogu; będziesz głupi i zły całe życie – boś był bez opieki za młodu, bo matula nie mogli, nie chcieli i nie umieli nauczyć cię bojaźni bożej i miłości do ludzi. (…)

A potem, Krzychu, postarzejesz: włos się posrebrzy, ramiona się ugną od pracy, ręce drżeć poczną, i czy wiesz, Krzychu, co się stanie? Oto syn, którego także nie nauczyłeś bojaźni bożej ani miłości do ludzi, wypędzi cię z chaty i każe pójść żebrać po świecie. (…)

Aż wreszcie przyjdzie niemoc, uczujesz zimno jakieś i smutek jakiś, i niby wołanie jakieś z niezmiernych głębin. To śmierć twoja, Krzychu. Miłosierdziu boskiemu oddaję twoją biedną duszę, bo choć grzeszny byłeś, ale ciemny. Niechaj ci świeci światłość wiekuista. Wrzosem pokryje się twoja mogiła i ani śladu wkrótce nie będzie po tobie i po tysiącach takich ja ty. (…)



XXVI. (…) Raz na wsi pewien duchowny miał kazanie: mówił przeciw pijaństwu, a mówił z energią i uczuciem, płakał i rzucał gromy, groził niedolą za życia, piekłem po śmierci; porwał za sobą słuchających prostaczków, rozczulił ich i wycisnął łzy prawdziwej skruchy. Po kazaniu i po sumie wraca do siebie do plebanii, nagle na drodze spotyka chłopa, ale pijaniuteńkiego
jak bela. Zatacza się Bartek-niebożę na prawo, na lewo, czapka ledwo, że mu się na lewym uchu trzyma, a on rozkłada ręce
i mówi:
- Ech, dobrodzieju, cóż to za kazanie, co za kazanie! A to ino się dusza w człeku trzęsie, a to gorzalisko, żeby ją wciornaści…
- Wstydź się! – powiada z oburzeniem proboszcz – to ja mówiłem przeciw pijaństwu, a tyś pijany?!
- Ech, dobrodzieju, żeby nie to kazanie, albo bym to ja był tak pijany? Ja bym, dobrodzieju, już w rowie do tej pory leżał.
Niech mię paralus!...
Westchnął poczciwy proboszcz, posmutniał i odszedł do domu. (…)

- Przepraszam pana! – spytał mnie jakiś z wiejska wyglądający a mówiący silnym litewskim akcentem jegomość – przepraszam pana, duszo! Którędy tu się idzie do ogrodu zoologicznego – a?
- Dokąd? Dokąd?
- Do ogrodu zoologicznego!
- Pan dobrodziej z prowincji?
- A tak. I z daleka: spod Grodna.
- Nie ma u nas żadnego ogrodu.
- Jak to nie ma? A ja już tak dawno czytałem, że mają go założyć, że część jakiegoś portu już jest na to przeznaczona, że składki się zbierają. Toż myślałem, że choć z połowę już zrobili i że choć połowę obaczę.

O! pomyślałem sobie, o przybyszu z głębokiej prowincji, jakże ty nas znasz mało, jeśli sądzisz, że tak zaraz od słów do czynów przechodzim! Jakżeś zacofany, biedaku, jeżeli nie wiesz, że naprzód potrzebujemy z rok jaki pogadać, potem przestać gadać, potem przypomnieć sobie znowu, potem ogłosić składki, potem je zbierać, potem nie wiedzieć, co z nimi robić i jak ich użyć, potem naznaczyć kilka posiedzeń, mieć na nich kilka mów i mówek: wybrać naszych znanych, naszych powszechnie szanowanych na przewodników, potem rozejść się do domów i razem z naszymi znanymi, powszechnie szanowanymi i światłymi opuścić ręce
i czekać na zmiłowanie boże. (…)



XXVII. (…) Czuję, że znowu ściągam na siebie zarzut pesymisty, ale mniejsza już o to. Gorsze jest to, że przed chwilą narzekałem na projekta, a teraz sam o nich piszę. Cóż robić? Cóż robić? Gdybym chciał mówić nie o zamiarach, ale o czynach, przyszłoby mi chyba pisać o ornatach wyhaftowanych rękoma naszych arystokratycznych dam dla rozmaitych wielebnych i przewielebnych, odznaczających się paryskim akcentem i paryskimi ruchami i umiejących ze szczególniejszą pokorą chrześcijańską zbierać kożuszki z kawy na poobiednich przyjęciach.

Musiałbym chyba wymówić się z tym, co usłyszałem w sekrecie, że pewne arcypobożne bractwo damskie podało do swego duchownego przewodnika adres, aby na posiedzeniach tygodniowych podawał swej wiernej trzódce obrok duchowy po francusku. Czegoż bo to zresztą dowodzi? Można umieć i po francusku, i po polsku. (…)



XXVIII. (…) – Państwo tutejsi?
- Tak, panie. Mieszkaliśmy tu od roku.
- I spaliliście się także?
Kobieta poczęła szeroko opowiadać swoją i męża historię. Pobrali się od roku. Mieli w Pułtusku dom, żyli szczęśliwie, aż naraz:
- Oto, co nam zostało z całego gospodarstwa – kończyła ze smutnym uśmiechem, wskazując na niesiony przez męża koszyczek.
- Zdajecie się państwo czegoś szukać?
- Chcieliśmy choć jeszcze raz popatrzeć na dom, w którym przeżyliśmy rok razem, ale nie możemy znaleźć nawet ulicy. Chcieliśmy…
Urwała nagle, bo łzy tłumiły jej słowa w piersiach.
Mąż nie odezwał się ani razu w czasie całego opowiadania. Na twarzy jego malowała się niema rozpacz.
Nie mieli dachu nad głową, nie mieli ani grosza majątku, byli głodni, nie wiedzieli, co począć, gdzie się podziać. (…)

Na podwórzu między gromadami ludzi stało kilka zakonnic. Łuna pożaru rzucała jaskrawe blaski na białe ich kapelusze i blade,
ale spokojne twarze. Ten spokój i rezygnacja wśród ogólnego ruchu i zamętu, wśród wrzasków i przekleństw, miały w sobie
coś prawie świętego.
- Co się stało z chorymi? – spytałem jednej z nich.
- Wyratowałyśmy wszystkich chorych – mówiła słodkim głosem siostra. – Leżą w pralni, która nie zapaliła się jeszcze.
Niech Panu Bogu będzie chwała! Trzech jednak umarło nam z przerażenia – dodała zwiesiwszy smutnie głowę.
- A panie gdzie mieszkacie?
Podniosła oczy ku niebu.
- Pod gwiazdami – wyszeptała z uśmiechem.
- Jak to? I sypiacie pod gołym niebem?
- My nie spałyśmy wcale od środy. Widzi pan, trzeba chorych pilnować i czuwać nad pralnią.
- Musicie upadać ze znużenia?
- Bóg nam dodaje sił. (…)

Na ulicy stały tu i owdzie gromadki ludzi. Gromadki te rozmawiały z cicha. Spytałem ich, dlaczego nie gaszą domów, które się jeszcze nie wypaliły.
- A po co gasić? – odparł jakiś mieszczanin. – Już one i tak na nic. Żebyśmy mieli pomoc, jak się zaczęło palić – to co innego,
ale teraz…
- A co zrobicie, jak z tych domów pożar rozszerzy się na nowo i ogarnie to wszystko, co się jeszcze nie spaliło?
- Ha! Nic nie zrobimy. Źle mnie, źle i tobie. A zresztą to się i tak spali. Cały Pułtusk się spali. Na to już żadna siła ludzka nie pomoże. Wszędzie taż sama apatia, taż sama bierna rozpacz i zdanie się na wolę żywiołu.

Kiedy się spali twoje miasto, kiedy kraj miliony straty poniesie, kiedy ty sam zostaniesz bez kawałka dachu nad głową, wówczas dopiero wyrośnie ci rozum tam, gdzie poprzednio, dziw, że ci niepomiernie uszy nie wyrosły. Pamiętajcie, obywatele Mińska, Kałuszyna, Sochaczewa, Płońska i mnóstwa innych gubernialnych i powiatowych miast naszych, nie formujcie straży ogniowych, póki wam się miasta nie spalą! To tylko próżny wydatek. Bo jak się miasto spali, to przynajmniej jest dowód oczywisty, że straż jest wprawdzie złem, ale złem koniecznym. (…)”




XXIX. (…) Przypominamy sobie, że kiedyś, nie bardzo nawet dawno, zawzięcie kłócono się o to: czy trzeci most, prowadzący
z Warszawy na Saską Kępę, czy kanalizacja? Nakruszono z tego powodu niemało piór i rozlano niemało atramentu;
otóż rzeczywistość pogodziła nas w ten sposób, że dotychczas nie mamy ani trzeciego mostu, ani kanalizacji i że muchy się nawet ani na jedno, ani na drugie nie gonią. (…) Obecnie zamiast mostu mamy suche koryto Wisły, zamiast zaś kanalizacji specjalny tutejszo-miejski zapaszek, który kręci nas za nosy, jak sam chce, i który sprawi, że świeżo zawiązany komitet sanitarny będzie miał u nas cztery razy więcej roboty niż we wszystkich krajach europejskich. (…)”



XXX. (…) Kto dźwiga na sobie ciężar miłosierdzia publicznego, niechże go dźwiga obu ramionami. Nie może jedną ręką podtrzymywać upadającą ludzkość, a drugą chwytać za ogon własną, czysto prywatną srokę. Skutek tego taki, że i sroka ucieknie, i upadająca ludzkość rozbije nos o kamienie. Taka jest moja rada i takie moje obawy. Nie będę się sprzeczał, że każdy człowiek ma swoje zajęcia, kto ich jednak ma tyle własnych, że nie pozwalają mu zająć się, jak należy, publicznymi, niech
dla platonicznego tytuliku ich nie tyka, inaczej i jedne, i drugie na szwank narazi. (…)

Pamiętam, parę lat temu była powódź, Wisła wylała; od tej powodzi szczególniej ucierpiała Praga. Składki były znaczne, znakomite nawet; utworzył się jakiś komitet, nie pamiętam już z kogo złożony, i pomoc doszła powodzian akurat jakoś w pół roku, mniej więcej wtedy, kiedy zapomniano już o powodzi, choćby dlatego, że woda na Wiśle była starej gęsi po kolana, jak mówi przysłowie. Pamiętam, że z miesiąc po powodzi mieszkańcy domów przybrzeżnych gnieździli się w jakichś komorach czy czymś podobnym, jeden na drugim, po stu w jednej izbie. Właśnie wtedy komitet składał sesje.

Wspomniałem o możliwości nowych klęsk ogniowych. Nie przesadziłem nic a nic, moi czytelnicy. O pożar latem łatwo. Nie dawniej jak wczoraj, a raczej dziś, bo z poniedziałku na wtorek, straże nasze były zaalarmowane łuną pożarną. Wywieszono latarnie
na wieżach i wkrótce głuchy turkot pędzących po historycznym naszym bruku wozów oznajmił, że straż bieży na ratunek. Śliczny i malowniczy to widok, gdy wśród nocy dzielna ta straż – to oko w głowie Warszawy i chluba nasza – biegnie do walki z żywiołem. Po ulicach migają krwawe światła kaganków; brzmią okrzyki torujących drogę konnych strażaków; dźwięczą łańcuchy; turkot wozów huczy na kształt podziemnego grzmotu; rozlega się tętent i rżenie koni, a straż cała w złoconych hełmach, z toporami
za pasem, w towarzystwie kominiarzy biegnących niby złe duchy za wozami, pędzi, świeci, krzyczy i znika sprzed oczu, jakby jaki orszak piekielny, zarówno gwarny ja straszny. (…)”



XXXI. (…) Obecnie zdarza się, że z rozbudzonego miłosierdzia publicznego korzystają różne drapichrusty uliczne, wyzyskując je dla swoich celów osobistych. Przed podobnymi nadużyciami, dla których specjalnie już ogłoszono kilka paragrafów przewidujących, ostrzegamy naszych czytelników. Omylić się łatwo, bo zbierający składki wyglądają częstokroć dość porządnie, a nawet szanownie. Jak tu odmówić, gdy taki szanowny drapichrust-filantrop wchodzi i okazując dowody, które sam sobie zresztą zrobił, mówi:
- Na nieszczęśliwych, zgłodniałych i spragnionych pogorzelców co łaska…

Czy łaska, czy nie łaska, dajesz, co możesz, bo wstyd nie dać; czerwononosy filantrop bierze pieniądze i istotnie pośpiesza natychmiast zalać ogień trawiący go wewnątrz – w najbliższym po drodze szynczku.

Daje się więc na ludzi, których ogień spalił, a korzystają ci, których ogień pali, i to taki ogień, który im więcej się zalewa, tym gwałtowniej wybucha. (…)”



XXXII. (…) Ogłosił w tych dniach – tj. nie to, żeby ściśle w tych dniach, ale może przed tygodniem – ogłosił, mówię, magistrat licytację na konserwację kanałów i mostków miejskich. Niepotrzebny zachód! Wszakże i bez wszelkich licytacji konserwują się
u nas nie tylko kanały, ale i to wszystko, co jest w kanałach. Tak jest, konserwuje się i marynuje wszystko, jak samo chce. Konserwują się kanały, mostki, bruki, latarnie, a ten konserwatyzm stanowi przede wszystkim charakterystyczną cechę Warszawy, różniącą ją od innych miast, których mieszkańcy i magistraty zbyt radykalnie sądzą, że wszędzie powinno być zarówno widno i czysto. (…)”



XXXIII. (…) Oto są powody, z pomocą których tłumaczy się jasno panujący obecnie, a sprzeczny z ogólnymi kolejowymi przepisami, zwyczaj układania pasażerów warstwami. Nie wierzącym w istnienie tego zwyczaju polecamy podróż pierwszym lepszym pociągiem choćby nie dalej niż do Pruszkowa. Nie wierzyłem ja w niego sam, dopókim nie przejechał się od jednej
ze stacji do Warszawy na poręczy między dwoma siedzeniami, w postawie człowieka jadącego konno, mając po obu stronach dwie damy i polując mniej więcej szczęśliwie na równowagę podczas całej drogi. (…)”



XXXIV. (…) Czy myślicie, że celem waszym służyć społeczeństwu wedle ducha waszych ustaw? Pokój z wami! Dobrze myślicie!
Ale jakże często jesteście tylko ciepłym pierzem dla safandułów, jakże często bywacie przytułkami dla paralityków
albo warsztatami, w których nasze filistry przerabiają się na szanownych, zasłużonych i bardzo zasłużonych. Znane to drogi,
o miłe filistry! Jesteś niczym, a pragniesz być czymś. Zapisujesz się więc na członka jakiego stowarzyszenia nie dlatego, żeby mu służyć, ale że członek to już jakiś tytuł. Z początku należysz do opozycji, bo nie rozumiesz, jak zarząd, w którym ciebie nie ma, może dobrze kierować instytucją. Tymczasem nadchodzą wybory. Agitujesz wraz ze swymi przyjaciółmi. Obierają cię do komisji rewizyjnej, a potem i do komitetu. Zyskujesz stanowisko i wpływ. Stajesz się głośnym. Znajomi tytułują cię radcą. Dotąd
po prostu byłeś tylko Cymbałkiewiczem, teraz słyszysz w publicznych miejscach, jak nazywają cię „Cymbałkiewiczem
z komitetu”. Oczywiście, stajesz się konserwatystą, choć dobrze nie wiesz, co ci konserwować wypada, i człowiekiem zasad,
choć niekoniecznie zdajesz sobie sprawę, jakich zasad. Powoli zdobywasz opinię człowieka zacności i człowieka niezachwianej prawości. Nie robisz nic a nic, a ludzie sądzą, że wszystko na twych barkach spoczywa, i twoją biedną łysinę, która na dobrą sprawę za grzechotkę ledwo służyć by mogła, mają za ministerialną głowę. Obchodzisz jubileusz czterdziestoletniej działalności na polu… okręcania koło siebie wielkich palców dla konkokcji na żołądku. Wreszcie „wśród powszechnego żalu ziomków”, syt lat
i sławy, oddajesz ducha – ale uspokój się! Sława twoja dłużej żyć będzie od ciebie. Oto widzę twój portret w jakiejś efemerycznej ilustracji, oto w twym nekrologu czytam, co następuje:

„Ze śmiercią Cymbałkiewicza społeczeństwo nasze straciło jedną ze swych głównych podpór. Był to mąż etc… Wieki potomne…” etc.

A wreszcie zakończenie:

„Śpij, śpij, Cymbałkiewiczu!... Po życiu pełnym trudów i syzyfowej pracy niechaj sen drogi będzie twoim udziałem; niechaj ci ziemia lekką, a spoczynek wiekuistym będzie! Śpij, o Cymbałkiewiczu!”

Ależ, duchu pobożny! Całe życie nie robiłeś nic innego. Amen! (…)”



XXXV. (…) Przed kilku dniami mieliśmy zjazd kolejników. Przybyli dyrektorowie uradzili z rana pewne zmiany w taryfie przewozowej, w południe spożyli obiad u Bouquerella, wieczorem skonstatowali fakt, że panna Cholewicka, uważana
ze stanowiska kolejowego, z powodu swej nadzwyczajnej lekkości – nawet bez żadnych zmian w taryfie – mogłaby,
jako nie przenosząca czterdziestu funtów, odbywać darmo podróże kolejami niemieckimi. (…)

W ogóle jednak , o ile się zdaje, obiad u Bouquerella, przedstawienie teatralne, nóżki, zachwyty, toasty i wynurzenia wzajemnych sympatii zajęły większą część programu tego zjazdu niż narady. Była to sobie raczej prosta, sąsiedzka wizyta, nie zaś obfity
w przewozowo-taryfowo-kolejowe następstwa zjazd kolejników. Przynajmniej dotąd nie słyszeliśmy o bezpośrednich jego skutkach. Mogą one okazać się później. (…)”



XXXVI. (…) Publiczność powinna zawsze wiedzieć, co się dzieje w każdej i z każdą instytucją, a każda instytucja powinna się publiczności przypominać. Choćby nie dalej szukając, bierzmy przykład z urzędników naszego Lombardu. Ci, choć o sobie
nie piszą (co zresztą wcale nie pochodzi, jak twierdzą niektórzy, z niepohamowanego wstrętu do ortograficznych nowości),
a jednak dają o sobie wiedzieć. Niech tylko przyjedzie jaki biedak w celu zastawienia ostatnich może gratów, a zaraz przyjmą go tak, że nie tylko sam ich popamięta, ale jeszcze dziesięciu innym opowie. W ten sposób instytucja zyskuje rozgłos, każdy o niej wie i każdy, jeżeli zechce, może z jej uprzejmości korzystać, co wychodzi i na korzyść interesantów, bo ci znając rodzaj tej uprzejmości korzystają z niej w ten sposób, że nie nadużywają jej zbytecznie – i na korzyść urzędników, bo ci mają mniej
do roboty. Wprawdzie wilk w ten sposób nie zawsze bywa syty, ale za to koza bywa cała. (…)”



XXXVII. (…) Powiedzcie, na przykład, co sobie pomyśli przyszły kronikarz, gdy dojdzie go wieść, że za naszych czasów mieli niektórzy ludzie zwyczaj kąpać się w okowicie i gdy pewnego razu zanurzyli się zbyt głęboko, utopili w owym morzu wódczanym tak potrzebne człowiekowi przedmioty, jak uczciwość i honor obywatelski. Co się z tymi rzeczami stało, już dziś krążą najrozmaitsze wieści. Nie wiem, czy szukano ich, ale wiem, że choćby szukano, to by już nie odnaleziono. Przesiąkły widocznie okowitą i poszły jak kamień na dno. Nie wiem także, czy i kąpiący się już ostatecznie wypłynęli – ale wiem znowu, że dla takich rozbitków nie ma portu, że muszą, powinni się rozbić o skały! Rozumiecie mnie, czytelnicy, a jeżeli nie rozumiecie, powiem jasno
i bez przenośni: prąd opinii publicznej powinien koniecznie się zwrócić przeciw takim nadużyciom – choćby dlatego, żeby okazać jasno wszem wobec i każdemu z osobna, że ogół jednoczy się z nimi ani też z nimi współczuje. Nadużyć tych nic nie tłumaczy
i nikt nie potrafi ich obronić. Kto obchodzi prawo i nie płacąc od produktu podatku, sprzedaje go z zyskiem sto na sto i o sto procent taniej od swych współobywateli i sąsiadów, ten wyciąga im gotowy grosz z kieszeni, ten łupi ogół – ten wzbogaca się kosztem publicznym. (…)”



XXXVIII. (…) Nasze szosy nie pozwalają myśleć. Cóż na to poradzić i co stąd wnioskować? Poradzić nie umiem; co zaś
do wniosków, to pierwszy, jaki przychodzi mi do głowy, jest: że ponieważ zarząd naszych szos z obowiązku musi po nich jeździć, co, jak wiadomo, niepodobnym czyni proces myślenia, nie może więc, choćby nawet chciał, o nich myśleć; trzeba zatem dać pokój krzykom i wrzawie przeciw stanowi dróg wyżej wzmiankowanych. Po wtóre, owe wstrząsania głowy mają swoją dobrą stronę,
o której nie należy zapominać. Komu głowa lata na wszystkie strony w karetce, mózg w głowie, a myśli w mózgu, ten porządnie myśleć nie może. To było już dowiedzione, ale zapominamy, że kto nie myśli, ten się nie nudzi, kto się nie nudzi, ten się bawi,
kto się zaś bawi, ten nie ma powodu narzekać ani na stan szos, ani na zarząd, który nad stanem owym czuwa. (…)”



XXXIX. (…) Na trakcie tak zwanym po staremu: krakowskim, wielce zwykle ruchliwym, leży niedaleko już Warszawy karczma „Pociecha”, niezbyt sobie na pozór okazała, niemniej jednak dla ruchu handlowego między Michałowicami, Radomiem i Kielcami, a stolicą ważna. Nazywa się ona „Pociechą” dlatego, że tu woźnice, wedle słów starej piosenki: „Pije Kuba do Jakuba, Jakub
do Michała”, pocieszają się po trudach odbytej drogi; tu jest ostatni przystanek; tu koniom zasypuje się obrok, zmieniają się zużyte podkowy, opatrują się bryki, towary, słowem, czynią się wszelkie zwykłe przygotowania przedstołeczne.

Takie znaczenie miała dotąd „Pociecha”, ale znaczenie to w ostatnich czasach podniosło się niesłychanie, raz dlatego,
że „Pociecha” stała się na większą cześć i chwałę naszego zarządu szosowego ostatnim miejscem, do którego szosa, wiodąca
do Warszawy, jest… jakby tu powiedzieć… spławną, a po wtóre, że w niej utworzyło się pewne towarzystwo na wzajemności oparte, którego działalność dowodzi jasno najprzód tego, czym podobne stowarzyszenia być powinny, a następnie tej wielkiej,
a tak mało jeszcze rozpowszechnionej u nas prawdy, że ręka rękę myje, noga nogę wspiera. (…)

Na pozór stanowi to pewną niedogodność, ale właśnie ten stan rzeczy wywołał owo towarzystwo oparte na wzajemności,
o którym wspomniałem wyżej. Skoro przyjedzie do „Pociechy” jeden furman z czterokonną bryką, czeka na drugiego, następnie we dwóch czekają na trzeciego, następnie we trzech na czwartego, i dopiero kiedy się zbierze szesnaście koni, zaprzęgają je wszystkie razem do każdej po kolei bryki i omijając najstaranniej szosę, na której: lasciate ogni speranza, brną przez prywatne grunta i Mokotowskie Pola do Warszawy. (…)

Na owych gruntach prywatnych i na polach także błoto po uszy i lgną bryki po osie i wyżej osi, ale jednak w szesnaście koni przejechać jakoś można. (…) Zaraz poznasz, że nie jesteś za granicą, w żadnych tam Niemczech ani Belgii, gdzie szosa twarda jest jak stół i jeszcze wysadzona owocowymi drzewami, ale u nas, u siebie, wpośród swoich, blisko poczciwej Warszawy! (…)

…żadne na świecie drogi nie prowadzą ludzi równie bezpośrednio, jak nasze szosy, do nieba. (…) …dałem wam sielankowy obraz
i odmalowałem wedle sił krajobraz drogi widoącej od „Pociechy” do Warszawy. (…)

Drugim cieniem, niezgodnym z ogólną harmonią, jest dola koni, zmuszonych – dla uniknięcia większych otchłani szosowych – ciągnąć bryki przez mniejsze otchłanie rakowieckie. (…)

Gdyby konie umiały mówić i przeklinać, niezawodnie powstałoby między nimi przekleństwo: „Żeby cię „Pociecha” nie ominęła!” Teraz, gdy mrozy ścisnęły, a błoto stwardniało trochę, owe uderzenia batoga mają już wprawdzie znaczenie prowizoryczne,
ale zapewne dla każdego osobno wziętego konia wszystko jedno jest, czy ćwiczą go w sposób prowizoryczny,
czy nieprowizoryczny, czy dla szczególnej potrzeby, czy dla ogólnej zasady. (…)”



XL. (…) Czernić białość dlatego właśnie, że jest białością, jeszcze łatwiej – ale ja, pokorny kronikarz, rozumiem swój obowiązek
w ten sposób, że powinienem bronić prawdziwej zasługi uciśnionej niewinności i zdmuchiwać sadze z białości wszędzie,
gdzie tylko zdarzy mi się po temu jakakolwiek sposobność. (…)

Konfucjusz, mędrzec chiński, mówi:

Jeśli prawdę chcecie wiedzieć,
Lepiej siedzieć, niźli stać,
Lepiej leżeć, niźli siedzieć,
Niźli leżeć, lepiej spać. (…)”


KWIECIEŃ – 21.


["PRZEGLĄD DZIAŁALNOŚCI AKADEMII NAUK"]
(…) W tomie pierwszym Pamiętnika Akademii oprócz Studiów Platońskich dra Samolewicza i rozprawy o poezjach Andrzeja Krzyckiego, dr Węclewskiego, o których w zeszłym numerze „Niwy” wspomniano, znajdują się jeszcze dwie obszerne prace historyczne zasługujące na szczegółowe sprawozdanie.

Pierwszą z nich jest praca Maurycego hr. Dzieduszyckiego zatytułowana: Rys dziejów kościoła katolickiego w Szwecji. (…)

Drugą, niemniej, a nawet nas w dzisiejszym stanie rzeczy więcej jeszcze interesującą pracą, pomieszczoną w Pamiętniku,
jest studium historyczno-etnograficzne: O narodowości polskiej w Prusiech Zachodnich za czasów krzyżackich
przez dra Wojciecha Kętrzyńskiego. (…)


WRZESIEŃ – 29.


["SIELANKA. OBRAZEK LEŚNY"]
(…) W lesie, w głębokim lesie, na obszernej polance, stała chata gajowego Szczepana. …obok chaty stały dwa budynki gospodarskie, zaś przed nią kawał zagrodzonego pola i studnia żurawiana, krzywa, zapadła, z wodą pokrytą zieloną rzęsą. (…)

Drzew niewiele było przy chacie. Kilka czereśni z ciemnym, błyszczącym liściem i brzoza jedna, o długich cienkich prątkach, stojąca tak blisko chaty, że lada wietrzyk rzucał jej zielone warkocze na zapadły, mchem porośnięty dach słomiany; a kiedy wiatr silniejszy przygiął brzozę ku ścianie i wszystkie prątki, i całą falę listków zwiał na dach, wówczas mogło się zdawać,
że brzoza miłuje chatę i że bierze ją w ramiona. (…)

Około polanki bowiem, jak okiem dojrzał, ciągnął się mur ciemnych sosen i gęstwi leśnej. Mur ten przerywał się w jednym miejscu i idąc w dal na kształt korytarza rozszerzał się coraz bardziej. W korytarzu i rozszerzeniu bełkotały fale jeziora
i opłukiwały brzeg polanki. Jezioro było rozległe, bo drugi kraniec jego prawie że ginął w oddaleniu, i chyba jak przez mgłę można było dojrzeć czerwony dach, wieżyczkę stojącego po drugiej stronie kościółka i czarną opaskę lasu, zamykającą niedaleko
za kościółkiem horyzont. (…)

W chacie mieszkał borowy, imieniem Szczepan, i córka jego, lat szesnastu dziewczyna, na imię Kasia. (…) Nieboszczyk stryjko, który czasu swego z różnych pieców chleb jadał, a na starość był organistą w sąsiednim kościółku, nauczył ją czytać na pobożnej książce, a czego stryjko nie nauczył, tego douczyła ustroń leśna. (…)

I ojciec więc, i Kasia wiedli żywot cichy i byli szczęśliwi, jak tylko w ciszy i ustroni leśnej można być szczęśliwym na świecie.

Raz, w wilię Zielonych Świątek, stary Szczepan przyszedł na południe do domu. Obszedł był kawał lasu, więc powrócił zmęczony, bo wracał z bajorów i kęp wilgotnych. Kasia zastawiła mu obiad, a po obiedzie, dawszy jeść psu i pomywszy misy i garnki, rzekła:
- Tatulu?
- A no?
- Pójdę do boru.
- Idź, idź. Niech cię spotka wilk albo jak inna gadzina.
- Pójdę po ziele. Jutro Zielone Świątki, trzeba będzie ziela do kościoła. (…)

Znalazła koszyk, pocałowała ojca w rękę i wyszła. Kasia szła lewym brzegiem jeziora i na wysokim zrębie brzegu widna była jakby na obrazku. Biała jej koszula, czerwona w paski spódniczka i żółta chustka migały z dala pstro niby kwiatek. (…)

Kasia szła ciągle przed siebie, nagle zatrzymała się, uśmiechnęła się i zawstydziła jak wiśnia.

Przed nią, na ścieżce, która niknęła w głębi lasu, stał młody, może ośmnastoletni chłopak.

Młody ten chłopak był to smolarz, ze skraju boru, który szedł właśnie do Szczepanowej chaty.

- Niech będzie pochwalony! – rzekł smolarz.
- Na wieki wieków. (…)

– Jasiu…
- Co, Kasiu? (…)
- Pójdźmy po ziele, pójdźmy co duchu!

Poszli więc, smolarz i Kasia. Miłość z nich biła promienista, ale te dzieci boże nie śmiały mówić o niej. Czuły ją tylko, choć same
nie wiedziały, co czują. (…)

Ale tymczasem w boru rozległo się dźwięcznym echem od sosny do sosny szczekanie psa, i po chwili przybiegł Burek, który wymknąwszy się z chaty gonił tropem za Kasią. (…)

Kasia przyłożyła rękę do czoła i spojrzawszy w górę, między liście, na jasne słońce, rzekła:
- O dla Boga! A toż słońce ze dwie godziny po południu, a ziela nie ma ani kruszyny. (…)

Rozłączyli się i poszli w las, ale szli niedaleko od siebie i równolegle, tak że jedno drugiemu nie schodziło nigdy z oczu. (…)

Smolarz zaczął śpiewać prostą a tęskną piosenkę. (…) On począł śpiewać:
„Moją miłą musisz być,
Moją wole uczynić.”

Kasia zawstydziła się znowu, ale rozśmiała się, i chcąc zagadnąć, odrzekła:
- Nazbierałam już moc ziela: rozchodniku, maszerdonu, macierzanki i rosicy. Jeno by trzeba w wodę zanurzyć, bo do wieczora,
na upale, zwiędną… (…)

- Słuchaj, Kasieńko. Olchy stąd o dwie staje, a między olchami krynica. Pójdź, Kasieńko, napijemy się wody.
Poszli oboje. (…)

…po chwili, między szeregami olch, ujrzeli w czarnym, torfiastym gruncie wijącą się głęboką strugę wody, gdzieniegdzie zarosłą tatarakiem, trzciną lub pokrytą wielkimi krągłymi liśćmi lilij wodnych… (…)

Kasia stanęła pierwsza na brzegu i spojrzała na wodę, w której odbijała się jej wdzięczna, wysmukła postać… (…)
Była bez chustki na głowie, wiatr rozwiał jej trochę warkocze i poruszał promieniami włosów na czole. Opalona była a jasnowłosa, i tylko oczy miała śmiejące się a modre jak chaber, i takież śmiejące się usta. (…)

Kasia pochyliła się z murawy nad wodą, aż jej warkocze spadły na ramiona, potem zwróciła się do smolarza i rzekła:
- A jakże pić będziemy?
- Jak ptaki – odpowiedział smolarz i pokazał jej palcem kilka pliszek i ślicznych jak tęcza zimorodków, które piły opodal, zadzierając dzióbki do nieba.

Ale smolarz umiał sobie poradzić lepiej niż ptaki, bo urwał ogromny liść pieluszka, skręcił go w rożek, i nabrawszy wody, podał Kasi. (…)

(…) …roztrzepana kukułka przyleciała znad wody cichym skrzydłem, siadła na sęku, podniosła główkę, roztworzyła szeroko dzióbek i ozwała się lekkomyślnie:
- Ku-ku! Ku-ku! (…)

Na próżno Kasia, stojąc na brzegu strumienia z niezapominajkami w ręku, odwróciła się w stronę, skąd dolatywał głos kukawki,
i pytała:
- Kukaweńko, siwa kukaweńko, długo ja żyć będę?
Kukawka na to nic.
- Kukaweńko, będę ja bogata?
Kukułka nic.
Więc smolarz:
- Kukaweńko, szara kukaweńko, prędko będzie moje wesele?
Kukawka nic.
- Nie chce nam odpowiadać – rzecze smolarz. – Wróćmy do boru.

Wróciwszy, odszukali wielki kamień, przy którym zostawili koszyk i suche zioła. Kasia siadła pod nim na mchu i poczęła wić wianki, a smolarz jej pomagał. Burek położył się koło nich, wyciągnął przed się kosmate łapy, wywiesił język i począł oddychać ze zmęczeniem… (…)

[Rys. MARZENA GRABIŃSKA - szewmar@wp.pl]

Słońce kłoniło się już ku zachodowi… Powietrze było suche, na zachodzie rozlewała się już wielka zorza wieczorna, niby morze roztopionego złota i bursztynu. (…) W lesie ustawała powoli dzienna praca. (…) Na drzewach ptaki wybierały miejsca na nocleg. (…) Powoli ustawało wszystko, a cichość przerywały tylko szmery drzewne. (…) Cisza.

Ale oto zorza stała się jeszcze czerwieńszą, a na wschodzie pociemniał głęboki błękit niebieski – więc już i wszystkie szmery leśne zlały się w poważne i ciche, choć ogromne chóry – to bór, nim zaśnie, przed nocą, modli się i odmawia pacierze; drzewa opowiadają drzewom chwałę bożą, i rzekłbyś: ludzką rozmawiają rozmową.

Ach! tylko bardzo niewinne dusze rozumieją tę wielką i błogosławioną mowę! Ach! tylko bardzo niewinne serca słyszą i rozumieją, gdy pierwszy chór ojców-dębów tak rzecz zaczyna prowadzić:
- Siostry-sosny, radujcie się: oto Pan dał nam dzień cichy i ciepły, a teraz noc gwiaździstą po ziemi czyni. Wielki Pan, a mocny,
a mocniejszy od nas, a dobrotliwy, więc chwała mu na wysokościach, na wodach, na lądach i na powietrzu!

A sosny przez chwilę rozważają dębowe słowa, a potem ozwą się zgodnie chórem:
- A oto, Panie, na chwałę twoją, niby kadzielnice ofiarne, ronimy balsam wonny i mocną a mocną woń żywiczną. Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię twoje!

A potem brzozy:
- Zorze wieczorne płoną na niebie, o Panie, a w blaskach ich listeczki nasze złote są i pałające. Więc listkami naszymi złotymi pieśń ci czynimy, o Panie, a cienkie gałązki nasze grają jak harfy, o dobry Ojcze nasz!

I znowu smętne świerki:
- Na umęczone upałem, posępne czoła nasze pada rosa wieczorna. Chwała Panu! Bracia i siostry, radujcie się, bo pada rosa wieczorna!

I wśród tych chórów jedna tylko osiczyna drży lękliwie, bo dała drzewa na krzyż Zbawiciela świata, i czasem tylko zajęczy cicho:
- Panie, zlituj się nade mną!

A czasem znowu, gdy dęby i sosny zmilkną na chwilę, od stóp ich podnosi się cichutki, lękliwy głosik, cichy jak brzęczenie komara, cichy jak cichość sama. Głosik ten śpiewa:
- Jagódkam jest, o Panie! maleńka i w mchu utulona. Ale ty mnie usłyszysz, odróżnisz i ukochasz, bo chociażem maleńka, pobożnam jest i śpiewam tobie chwałę!

Tak modli się co wieczora las, i taka kapela podnosi się co wieczór od ziemi ku niebu i leci wysoko, wysoko, aż tam, gdzie nie ma już żadnego stworzenia, gdzie nie ma nic, tylko pył srebrny gwiazd i mleczne szlaki, i gwiazdy, a nad gwiazdami – Bóg! (…)

Potem mrok pada: w dalekiej wsi skrzypią żurawie od studni, potem błyskają okienka, i z daleka, z daleka, dochodzi szczekanie psów.

Ale gdy Kasia siadła pleść wianki pod mszystym kamieniem, słońce nie zgasło jeszcze nad lasem. (…)

Ciepły wiatr całował jej skronie i twarz, a szum drzew kołysał ją jak do snu. (…) Ręce Kasi trzymały jeszcze niewidoczny splot ziela. Spała widać snem lekkim i miłym, bo uśmiechała się przez sen jak dziecko, co rozmawia z aniołami, bo czysta była
jak dziecko, i Bogu dziś służyła dzień cały, wijąc wianki na jutro do kościoła.

Smolarz siedział koło niej, ale nie spał. (…)

I długo jeszcze spała Kasia, i długo siedzieli tak oboje. Tymczasem zmroczyło się. (…)

Nagle za jeziorem w kościółku zadzwoniono… (…) Klękli oboje przy omszałym kamieniu… (…) I tak, klęcząc, modliły się te boże dzieci. Cicha, letnia błyskawica przeleciała między wschodem i zachodem, a po świetle jej zesunął się z nieba rój aniołów skrzydlatych i zawisnął nad głowami tych dwojga. A potem pomieszali się z aniołami i sami byli prawie jak anieli, bo nad te dwie dusze nie było jaśniejszych, czystszych i bardziej niewinnych na ziemi.


LISTOPAD – 20.


["STARY SŁUGA"]
(…) Obok starych ekonomów, karbowych i leśników, drugim typem, niknącym coraz bardziej z powierzchni ziemi, jest stary sługa. (…)

W domu rodziców moich pełnił najrozmaitsze obowiązki: był kredencerzem, lokajem; latem w roli ekonoma chodził do żniwa, zimą do młocarni, posiadał klucze od składu wódczanego, od piwnic, od lamusu; nakręcał zegary, ale przede wszystkim zrzędził. (…) W czasie obiadu stawał za krzesłem ojca i choć sam nie posługiwał, ale doglądał posługującego chłopca i zatruwał mu życie ze szczególną pasją. (…) Do rozmowy prowadzonej przy stole stale się wtrącał i stale był wszystkiemu przeciwny. (…)

I tak szło już w kółko bez sposobu zatrzymania starego marudy. My, to jest ja i brat młodszy mój, baliśmy się go,
jak wspomniałem, prawie więcej niż naszego guwernera, księdza Ludwika, a z pewnością więcej niż obojga rodziców. Dla sióstr był grzeczniejszy. (…)

…uczył nas swego dawnego wojennego rzemiosła. Częstokroć po obiedzie, ja i mój brat uczyliśmy się maszerować pod jego okiem, a z nami razem maszerował i ksiądz Ludwik, który to robił bardzo śmiesznie. (…) Ja, jako najstarszy, najbardziej byłem pod jego komendą, najwięcej też cierpiałem. Swoją drogą, stary Mikołaisko, gdy oddawano mnie do szkół, buczał tak, jakby się największe nieszczęście wydarzyło. (…)

Pamiętam, gdym pierwszy raz przyjechał na święta, spali wszyscy jeszcze w domu. (…) …otwierają się drzwi od kuchni i stary Mikołaj z nosem zaczerwienionym od zimna, brnie po śniegu z garnuszkami dymiącej śmietanki na tacy. Gdy mnie zobaczył, „Paniczku złoty, najdroższy!” jak krzyknie i, stawiając szybko tackę, przewraca oba garnuszki, łapie mnie za szyję i poczyna ściskać i całować. (…)

Ojciec chciał, a przynajmniej obiecywał mi dać w skórę za dwa mierne z kaligrafii i z niemieckiego, jakie z sobą przyniosłem;
ale z jednej strony moje łzy i przyrzeczenia poprawy, z drugiej interwencja mojej słodkiej matki, a na koniec awantury, jakie wyrabiał Mikołaj, stanęły temu na przeszkodzie. Mikołaj o kaligrafii nie wiedział, co by to było za stworzenie, a o karze
za niemiecki nie chciał słyszeć.
- A co on to luter jest, czy szwab jaki? – mówił. – Albo to pan pułkownik umiał po niemiecku? (…)

Stary Mikołaisko miał jeszcze jedną właściwość. Rzadko się rozgadywał o dawnych swoich wyprawach, ale gdy w szczególnych chwilach dobrego humoru się rozgadał, to kłamał jak najęty. (…)

…dzieci nie udały się staremu. Syna miał istotnie, ale był to wielki nicpoń, który doszedłszy lat, nabroił Bóg wie co, a wreszcie poszedł w świat i znikł gdzieś bez śladu; córka zaś jego, swego czasu podobno cud dziewczyna, bałamuciła się ze wszystkimi oficjalistami, jacy tylko byli we wsi, i wreszcie wydawszy na świat córkę, umarła. Córka ta zwała się Hania. (…)

…wpływ Mikołaja na nas nie mógł być szkodliwy, bo przeciwnie, stary sam czuwał nad nami i nad naszym postępowaniem, nader starannie i surowo. Był to człowiek w całym znaczeniu tego wyrazu sumienny. Z czasów żołnierskich pozostał mu jeden bardzo piękny przymiot, to jest właśnie owa sumienność i dokładność w wypełnianiu rozkazów. (…)

Jakoś w kilka miesięcy później pojechał Mikołaj na jarmark do pobliskiego miasta, za kupnem koni fornalskich, bo na koniach znał się doskonale. Wieczorem ekonom przyszedł powiedzieć, że Mikołaj wrócił, konie kupił, ale wrócił pobity i że wstydzi się pokazać. Ojciec poszedł natychmiast do niego.
- Co tobie jest, Mikołaju?
- Pobiłem się – odburknął krótko.
- Wstydź się stary. Burdy po jarmarku będziesz robił? Rozumu nie masz? Stary a głupi! Wiesz ty, że innego wypędziłbym za taką sprawkę. Wstydź się. Musiałeś się upić. To ty mi psujesz ludzi, zamiast im dawać przykład.

Ojciec mój gniewał się istotnie, a gdy się gniewał, to nie żartował. Ale co było dziwne, że Mikołaj, który zwykle w takich razach
nie zapominał języka w gębie, tym razem milczał jak pień. (…) Jednakowoż poturbowali go nie żartem. Nazajutrz rozchorował się tak, że potrzeba było posyłać po doktora. Doktor dopiero wyjaśnił całą sprawę. (…)

Ojcu memu, gdy usłyszał to opowiadanie, łzy zakręciły się w oczach. Nie mógł sobie darować, że wyburczał Mikołaja, który naumyślnie o całej sprawie zamilczał. Gdy wyzdrowiał, ojciec poszedł mu robić wymówki. Stary początkowo nie chciał się przyznać do niczego i według zwyczaju mruczał, ale potem rozczulił się i popłakali się razem z ojcem, jak bobry.

Tego doktora, swoją drogą, Mikołaj przez długi czas nienawidził. (…) Była to rzecz taka: miałem śliczną i młodą cioteczkę, siostrę ojca, która mieszkała przy nas. (…) Mikołaj poprzednio lubił doktora…; ale gdy doktor począł bywać u nas w widocznych zamiarach względem cioci Maryni, uczucia Mikołaja dla niego zmieniły się do niepoznania. (…) Szczęściem jednak dla młodego eskulapa, ciocia Marynia żywiła dla niego uczucia wprost Mikołajowym przeciwne;… (…)

W pół roku potem nastąpiło wesele i panna pułkownikówna oblana potokiem łez krewnych i domowników w ogólności, a Mikołaja w szczególności, odjechała dzielić dolę z doktorem. (…)

…ciocia Marynia była za doktorem Stanisławem jak najszczęśliwsza. Po roku dał im Bóg ślicznego chłopaka, po roku znów dziewczynkę, i potem już na przemiany, jak zapisał. Mikołaj dzieci te kochał jak własne, obnosił je na ręku, pieścił, całował;…

(…) …wreszcie skończyła się i jego niechęć do doktora Stasia. Zachorowała mu ciężko Hania na tyfus. Były to i dla mnie dni
do strapienia, bo Hania była moją rówieśnicą i jedyną towarzyską zabaw, kochałem ją więc prawie jak siostrę. Owóż doktor Staś trzy dni prawie nie wychodził z jej pokoju. Stary, który Hanię kochał całą siłą duszy, przez czas jej choroby chodził jak struty;
ani jadł, ani spał; siedział tylko u drzwi jej pokoju, bo do łóżka nikomu, prócz mojej matki, nie wolno było przystąpić i żuł twardą, żelazną boleść, która rozrywała mu piersi. (…) …po wielu dniach śmiertelnej bojaźni, doktor Staś otworzył cicho drzwi od pokoju chorej i z promienną szczęściem twarzą wyszeptał do oczekujących wyroku w przyległej izbie, jeden mały wyraz: „uratowana!”, stary nie wytrzymał, ale ryknął jak żubr i rzucił mu się do nóg, powtarzać tylko ze łkaniem: „dobrodzieju mój! dobrodzieju!”
Hania rzeczywiście szybko potem wyzdrowiała; doktor Staś oczywiście został oczkiem w głowie starego. (…)

Ale w rok jaki po tym zdarzeniu począł zapadać sam stary. Prosta i silna postać jego pochyliła się. Zgrzybiał bardzo, przestał marudzić i kłamać. W końcu, dobiegłszy prawie dziewięćdziesięciu lat życia, zdziecinniał całkowicie. (…)

Na kilka dni przed śmiercią nie odróżniał już ludzi; ale w sam dzień śmierci dogorywająca lampa jego umysłu zaświeciła raz jeszcze jasnym światłem. (…) Nagle dali nam znać, że stary Mikołaj kona. Leżał na łóżku blady już bardzo, żółty i prawie stygnący, ale spokojny i przytomny. Piękną była ta głowa wyłysiała, zdobna dwiema szramami; głowa starego żołnierza
i uczciwego człowieka. (…)

- Nie ma mojego pana i ukochanej pani – wyszeptał – więc ciężko mi umierać. Ale wy jesteście, paniczu złoty, dziedzicu mój… Opiekujcie się tą sierotą… Bóg wam nagrodzi… Nie gniewajcie się… Jeślim co zawinił… przebaczcie. Bywałem przykry,
ale wierny…


LISTOPAD – 23. [Lwów]


["AD USUM DELPHINI. WSPOMNIENIA Z TEATRU WE LWOWIE"]
Była może godzina dziesiąta rano, gdy idąc Hetmańskimi Wałami od Mariackiego placu ku ulicy Teatralnej, ujrzałem przed sobą po raz pierwszy wyniosłe mury skarbkowskiego teatru we Lwowie. Gmach to ogromny, mało co mniejszy, a może i nie mniejszy od naszego teatru w Warszawie, a jakkolwiek styl jego nie odznacza się niczym osobliwym, całość jednak imponuje ogromem
i powagą. Zabudowany w czworokąt, bokami wychodzi na cztery ulice, wewnątrz zaś obejmuje dwa wielkie dziedzińce, salę przedstawień prawie większą, a przynajmniej pakowniejszą od naszej, scenę, garderoby, kancelarię zarządu teatralnego, olbrzymią kawiarnię i mnóstwo mieszkań rozrzuconych po dwóch piętrach w dziedzińcach. (…)

LISTOPAD - GRUDZIEŃ


["HANIA"]
I. Kiedy stary Mikołaj, umierając, zostawił Hanię opiece i sumieniu memu, miałem wówczas lat szesnaście; ona zaś, młodsza niespełna o rok, również wychodziła zaledwie z lat dziecinnych.

Od łoża zgasłego dziadka odprowadziłem ją prawie przemocą i oboje udaliśmy się do naszej domowej kaplicy. (…) Złamana bolem, zmęczona łkaniem, bezsennością i żalem dziecina, oparła swą biedną główkę o moje ramię i tak pozostawaliśmy
w milczeniu. (…) Nie śmiałem się ozwać do niej żadnym słowem pociechy, tuliłem ją tylko do siebie, jakby już opiekun albo brat starszy. (…) Tymczasem nadszedł brat mój młodszy Kazio i klęknął za nami, a potem ksiądz Ludwik i kilkoro ludzi ze służby. (…) Po skończonym pacierzu rozeszliśmy się na spoczynek. Poleciłem starej Węgrowskiej, gospodyni, aby odprowadziła Hanię
do pokoiku, w którym odtąd miała mieszkać… (…) Mimo żalu za Mikołajem, którego kochałem serdecznie, czułem się dumny
i szczęśliwy niemal ze swojej roli opiekuna. (…) Myśl, że Hania z czasem dorośnie i że trzeba ją będzie wydać za mąż,
nie przychodziła mi wtedy do głowy. Myślałem sobie, że zawsze zostanie przy mnie, otoczona staraniami jak siostra, kochana
jak siostra, smutna może, ale spokojna. (…)

Z tymi myślami usnąłem. Nazajutrz rano począłem wprowadzać w czyn powierzoną mi opiekę. (…) …przyszliśmy z Kaziem
na śniadanie… Rozsiadłem się z nadzwyczajną powagą na krześle ojca i rzuciwszy okiem dyktatora na stół, zwróciłem się
do posługującego chłopaka i rzekłem sucho a rozkazująco:
- Nakrycie dla panny Hanny. (…)
…nakrycie za chwilę było gotowe, otworzyły się drzwi i weszła przez nie Hania; ubrana w czarną suknię, którą przez noc uszyły jej panna służąca i stara Węgrowska, blada, ze śladami łez na oczach i ze swymi długimi warkoczami, które spływały po sukience i kończyły się wstążeczkami z czarnej żałobnej krepy, wplecionej między promienie włosów. (…) Hania milczała i tylko od czasu do czasu odpowiadała na moje pytania, co będzie jadła i piła:
- Nic, proszę łaski panicza. (…)
- Haniu, pamiętaj, że odtąd tyś moją siostrą. Odtąd nie mów mi nigdy: proszę łaski panicza.
- Dobrze, proszę łask… dobrze, paniczu. (…)

Służba nasza poczęła ją traktować inaczej: nie jak koleżankę, ale jak panienkę. Wola najstarszego syna w rodzinie, choćby nawet i dziecka, była u nas bardzo szanowana. Tego wymagał i mój ojciec. Od tej woli służyło prawo apelacji do starszego pana
i starszej pani, ale nie wolno było sprzeciwiać się jej bez upoważnienia. (…) Najwięcej biernego oporu spotkałem w niej samej,
bo dziecinka była lękliwą i w zbytniej czci dla „państwa” przez samego Mikołaja wychowaną, aby z łatwością mogła się ze swoim losem pogodzić.

* * * * *

II. Pogrzeb Mikołaja odbył się w trzy dni po jego śmierci. (…) Starca pochowano w naszych grobach rodzinnych, a trumnę jego postawiono przy trumnie dziada mojego, pułkownika. (…)

Po powrocie do domu, Hania poszła płakać do pokoiku dziadka, ja zaś nie mogłem za nią pospieszyć, bo wraz z księdzem Ludwikiem musieliśmy przyjmować gości. Wreszcie rozjechali się wszyscy, został tylko Mirza-Dawidowicz, który miał przepędzić u nas resztę świąt Bożego Narodzenia, trochę się ze mną uczyć, bo byliśmy obaj w siódmej klasie… (…) Ach! cudny był chłopak ten Selim! Oczy jego miały już zaledwie dostrzegalny skośny kierunek. (…) Rysy miał regularne, szlachetne, jakby
spod rzeźbiarskiego dłuta wyszłe, płeć smagłą, ale delikatną, wypukłe trochę, czerwone jak malina usta, słodki uśmiech i zęby jak perły. (…) Serce miał jak najlepsze, skłonność do szlachetnych porywów wielką. Był jednak roztrzepany, trochę lekkomyślny i hulaka niepohamowanego temperamentu. (…) My obaj kochaliśmy się jak bracia, czubili często, godzili równie często i przyjaźń trwała niepożyta. (…)

…przyjechawszy z pogrzebu Mikołaja, miał już u nas pozostać do końca świąt Bożego Narodzenia. (…) W sali, do której przeszliśmy po obiedzie, panowało milczenie. Hania…, ja i Selim, siedząc pod oknem na kanapce, poglądaliśmy na staw od strony ogrodu, na bór za stawem i na niknący blask dzienny. Wkrótce zrobiło się szaro. (…) Selim począł już coś gwarzyć i szczebiotać, gdy Hania przysunęła się do mnie nagle i wyszeptała:
- Paniczu, mnie czegoś straszno: ja się boję.
- Nie bój się, Haniulko – odpowiedziałem, przyciągajć ją do siebie. – Przytul się do mnie: ot tak. Póki jesteś przy mnie, nic ci się złego stać nie może. (…)
- Mirza, każ Frankowi podać światło. (…)
- Pan każe ci przynieść światło,…
Franek poszedł po lampę i wrócił z nią za chwilę; ale pokazało się, że światło razi zapłakane oczy Hani, więc Mirza je zgasił. (…)

Cisza panowała między nami wielka, było nam trochę straszno, ale dobrze.
- Niech Mirza opowie nam jaką bajkę – rzekłem. – On tak ślicznie opowiada. Dobrze, Haniu?
- Dobrze – odpowiedziała dziewczynka. (…)
Po chwili zaczął opowiadać swoim drgającym, sympatycznym, a przyciszonym głosem… (…)

…potem urwał… i spojrzał na Hanię. Dziecina spała… (…) Zbliżyłem cicho usta do warkocza Hani i ucałowałem go. (…) Wysunąłem delikatnie ramię spod główki śpiącej, główkę zaś oparłem na kanapie. Po czym ostrożnie wziąłem Hanię na ręce. (…) Mirza otworzył drzwi do przyległego, oświeconego pokoju i w ten sposób dotarliśmy aż do zielonego gabinetu, który przeznaczyłem na mieszkanie Hani. Łóżeczko było już tam posłane… (…)

Mnie i Selimowi dano osobny pokój, bo ksiądz wiedział, że lubimy gawędzić, a nie chciał nam przeszkadzać. Kiedym się już rozebrał i zauważyłem, że i Mirza poczyna toż samo czynić bez pacierza, spytałem:
- Czy ty, Selimie, rzeczywiście nie modlisz się nigdy?
- Co ja zrobię? – mówił. – Ja w tego naszego proroka, co innym nie pozwalał mieć więcej jak jedną żonę, a sam miał ich tyle, ile mu się podobało, nie wierzę. Przy tym, mówię ci, że lubię wino. Nikim innym jak mahometaninem być mi nie wolno, ale ja w Boga przecież wierzę i nieraz modlę się jak umiem. Czy ja co wiem wreszcie? Wiem, że jest Pan Bóg, i kwita. (…)

Po chwili Selim ozwał się:
- Wiesz co, Henryku? Jak ja tobie zazdroszczę. Ty, to już jesteś naprawdę dorosły.
- Spodziewam się. (…)
- Ba! ba! A może być. Będziesz się nią opiekował, a potem się z nią ożenisz.
Aż siadłem na łóżku.
- Mirza, czyś ty oszalał? (…)
Pytanie Mirzy rozświeciło, niby błyskawicą, te strony serca mojego, które i dla mnie były jeszcze ciemne. Tysiące myśli,
niby tysiące ptaków, przeleciało mi nagle przez głowę. Ożenić się z moją drogą, ukochaną sierotką, tak! (…)
- Mirza, czyś ty oszalał?
- Założyłbym się, że się już w niej kochasz – odparł Mirza.
Nie odrzekłem nic, zgasiłem światło, potem porwałem róg poduszki i począłem go całować.
Tak! już ją kochałem.

* * * * *

III. Drugiego czy trzeciego dnia po pogrzebie przyjechał wezwany telegramem ojciec. Drżałem, żeby nie odwołał moich względem Hani rozporządzeń, i przeczucia moje spełniły się do pewnego stopnia. Ojciec pochwalił mnie i uściskał za gorliwość
i sumienność w spełnianiu obowiązków; cieszyło go to widocznie. (…) rozporządzenia moje niezbyt mu się podobały. (…) Również nie podobał mu się projekt kształcenia, tak jak miały się kształcić moje siostry.
- Nie odwołuję i nie cofam nic. To rzecz twojej matki – mówił do mnie. – Ona postanowi, co zechce. To jej wydział. Ale warto się zastanowić, jak będzie lepiej dla samej dziewczyny. (…) …mężczyźnie ukształcenie daje pozycję, ale z kobietami inna rzecz.
W kobiecie wykształcenie powinno być zastosowane do pozycji, jaką ona w przyszłości ma zająć. Taka dziewczyna nie potrzebuje innego, jak średniego wykształcenia; nie potrzebuje francuszczyzny, muzyki i tym podobnie. (…)

- Ojcze!
- Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Co tobie jest?
Byłem czerwony jak burak. Krew mało mi nie wytrysła z twarzy. W oczach zrobiło mi się ciemno. (…) Słowa ojca… zraniły mnie… Ojciec uniesienia mego nie zrozumiał i przypisał je zbytniemu przejęciu się powierzonymi mi obowiązkami, co zresztą w moim wieku było naturalnym, a co, zamiast rozgniewać, pochlebiło mu tylko i osłabiło jego niechęć do wyższego kształcenia Hani. Umówiłem się z ojcem, że napiszę list do matki, która przez długi czas jeszcze miała bawić za granicą, i poproszę jej, aby wydała ostateczne w tym względzie postanowienie. (…) …list mój był prawdziwym w swoim rodzaju arcydziełem, które musiało wywrzeć swój skutek. Uspokojony tym cokolwiek, oczekiwałem cierpliwie odpowiedzi, która nadeszła aż w dwóch listach; w jednym
do mnie, w drugim do pani d’Yves. Wygrałem bitwę na wszystkich punktach. (…)

…od owej pamiętnej dla mnie nocy, w której doszedłem do świadomości własnych uczuć, stosunki moje z Hanią odmieniły się znacznie. (…) Poczynałem ją czcić tak, jak zwykle się czci przedmiot pierwszej miłości, a gdy dzieweczka niewinna,
nie domyślająca się niczego i nie wiedząca o niczym, garnęła się po dawnemu do mnie, gniewałem się w duszy i na nią, siebie zaś poczytywałem za świętokradcę. (…) Ukrywałem więc swoją miłość przed wszystkimi, prawie że i przed sobą samym i istotnie nikt jej nie dostrzegł. (…) Hani wyznawać moich uczuć nie miałem najmniejszego zamiaru. (…) Selim tymczasem wariował, śmiał się, dowcipkował i był wesoły za nas obydwóch. On to pierwszy wywołał uśmiech na twarzy Hani, gdy pewnego razu
przy śniadaniu zaproponował księdzu Ludwikowi, by przeszedł na mahometańską wiarę i ożenił się z panią d’Yves. (…)
W postępowaniu jego znać było pewną czułość i troskliwość, ale i w tym stosunku przemagała wrodzona mu wesołość. Był z nią
o wiele poufalszy niż ja. Widać było, że Hania lubi go bardzo, bo ile razy wchodził do pokoju, tyle razy stawała się weselszą. (…)

Ale tym czasem skończyły się święta Bożego Narodzenia. Moje słabe nadzieje, że zostanę już w domu, nie sprawdziły się ani trochę. Wielkiemu opiekunowi oświadczono pewnego wieczora, aby nazajutrz rano był gotowy do drogi. (…) Jakoż wstaliśmy
o szóstej godzinie, jeszcze po ciemku. Ach! dusza moja była tak ponurą wówczas, jak ów ranek zimowy, ciemny i wietrzny. Selim był także w jak najgorszym humorze. (…) Z bijącym sercem poglądałem na drzwi zielonego gabinetu, czy też nie wyjdzie,
czy odjadę nawet bez pożegnania. (…) Gdy wstaliśmy od śniadania, Hania wyszła z gabinetu, zaspana jeszcze, cała różowa,
z potarganymi włosami na główce. (…) Nie miałem zamiaru wyznać, że ją kocham, ale parło mnie, żeby jej powiedzieć coś takiego, jak: moja droga, ukochana moja Haniu! i ucałować przy tym jej ręce. (…) Tymczasem sama Hania zaczęła:
- Mój Boże! jak to smutno będzie bez panicza!
- Przyjadę na Wielkanoc – odpowiedziałem szorstko, niskim, nieswoim basem.
- A do Wielkanocy tak daleko.

W tej chwili wpadł Mirza, a za nim ojciec mój, ksiądz Ludwik, pani d’Yves i jeszcze kilkoro ludzi. Wyrazy: „siadać! siadać!” zabrzmiały mi w uszach. Wyszliśmy wszyscy na ganek. (…)
- Bądź zdrowa, Haniu! – rzekłem, podając jej rękę, a w duszy płakało mi sto głosów i sto najczulszych pieszczonych wyrazów
na ustach. Nagle spostrzegłem, że dziewczynka płacze… …choć serce pękało w kawałki, odezwałem się zimno i szorstko:
- Nie rozczulajże się bez powodu; moja Haniu – to rzekłszy siadłem do sanek.
Tymczasem Mirza żegnał się ze wszystkimi. Przybiegłszy do Hani, porwał jej obie ręce i mimo, że dziewczynka się wydzierała, począł całować zapamiętale to jedną, to drugą. (…)

Podniosłem kołnierz od futra i rozpłakałem się sam jak małe dziecko, ale cicho, bo bałem się, żeby nie schwytał mnie na płaczu Mirza. (…) Nie dojechaliśmy jeszcze jednak do Chorzel, gdy ozwał się:
- Henryk!
- Co?
- Beczysz?
- Daj mi pokój.
I znów zapanowało między nami milczenie. Ale po chwili Mirza znów:
- Henryk!
- Co?
- Beczysz?
Nie odpowiedziałem nic; nagle Mirza pochylił się, złapał ręką śniegu, podniósł mi czapkę, rozprószył mi śnieg na głowie i przykrył ją znowu, mówiąc:
- To cię ochłodzi.

* * * * *


IV. Na Wielkanoc nie powróciłem do domu, bo bliski egzamin maturitatis stanął temu na przeszkodzie. Przy tym ojciec mój życzył sobie, abym jeszcze przed rozpoczęciem roku uniwersyteckiego zdał egzamin wstępny do Szkoły Głównej… (…) Pracowałem więc usilnie. Oprócz zwykłych godzin gimnazjalnych i pracy do egzaminu maturitatis braliśmy z Selimem jeszcze lekcje specjalne od młodego akademika, który, sam niedawno do Szkoły Głównej wstąpiwszy, wiedział najlepiej, czego nam potrzeba. (…)

Olśniony tymi nowymi prawdami, nie miałem czasu zbyt wiele myśli i marzeń poświęcać Hani. Z początku, zaraz po przyjeździe, nie rozstawałem się z moim ideałem. Listy, jakie otrzymywałem od niej, podsycały ten ogień na ołtarzu mego serca, ale wobec oceanu idei młodego akademika cały nasz światek wiejski, taki cichy, spokojny, począł coraz drobnieć i zmniejszać się w moich oczach, a z nim razem nie znikła wprawdzie, ale jakby zasnuła się lekką mgłą postać Hani. Co do Mirzy, ten szedł na równi ze mną drogą gwałtownych reform, a o Hani myślał tym mniej, że naprzeciw stacji naszej było okno, w którym siadywała pensjonarka Józia. Owóż Selim począł do niej wzdychać i po całych dniach poglądali na siebie z dwóch okien jak dwa ptaki z klatek. (…)

Na koniec nadeszły czasy egzaminów. Zdaliśmy je, obaj z Selimem, i maturę i wstępny uniwersytecki bardzo pomyślnie, po czym już byliśmy wolni jak ptaki, ale trzy dni jeszcze zabawiliśmy w Warszawie. Użyliśmy tego czasu na sprawienie sobie akademickich mundurów i na obchód uroczystości, którą nasz mistrz uważał za niezbędną, to jest na inauguracyjne upicie się we trzech,
w pierwszym lepszym sklepie winnym. (…)

W jesieni, na początku października, mistrz nasz umarł na suchoty. Za trumną jego niewielu nawet szło kolegów, bo były to wakacje, i tylko matka biedna, przekupka święconych obrazów i świec woskowych spod dominikańskiego kościoła, zawodziła głośno za synem, którego często nie rozumiała za życia, ale którego, jako zwyczajnie matka, kochała.

* * * * *

V. Na drugi dzień po owej naszej pijatyce przyszły konie od starego Mirzy z Chorzel i obaj z Selimem ruszyliśmy rankiem
do domów. (…) Maleńka bryczuszka nasza, zaprzężona w cztery bachmaty, podskakiwała na bruku, jak ciągnięty na sznurku orzeszek. Wkrótce oblał nasze twarze rzeźwy i chłodny powiew od rzeki, zatętniał most pod kopytami koni i po półgodzinnej jeździe byliśmy za rogatkami wśród pól obszernych i zbóż, i lasów. (…)

Drogę odbywaliśmy szybko, bo na wszystkich głównych przestankach czekały na nas rozstawne konie. Drugiego dnia
po całonocnej jeździe, nad wieczorem, wyjechawszy z lasu ujrzeliśmy Chorzele, a raczej śpiczasty szczyt domowego minaretu, świecący w blaskach zachodzącego słońca. Wkrótce wjechaliśmy na groblę wysadzoną wierzbami i ligustrem, po obu stronach której leżały dwa ogromne stawy z młynami i tataraki. (…)

Spojrzałem na Selima. Miał łzy w oczach, a wejrzenie jego świeciło nieporównaną, właściwą tylko jemu słodyczą. Wjechaliśmy
na dziedziniec. Przed oszklonym gankiem siedział stary Mirza i pociągając błękitny dym z cybucha, pogłądał radosnym okiem
na to ciche i pracowite życie, rojące się na onym wdzięcznym krajobrazie. Ujrzawszy swego chłopaka, zerwał się żywot z miejsca, chwycił go w ramiona i począł długo przyciskać go do piersi, bo choć surowy był dla syna, ale kochał go nad wszystko. (…) Weszliśmy do sali jadalnej. (…)

…trudno mi istotnie opisać miłość, z jaką stary spoglądał na chłopaka i z jaką wodził oczyma za każdym jego ruchem. Nie chcąc im przeszkadzać, trzymałem się na uboczu; ale stary, gościnny jak prawdziwy szlachcic polski, wnet zaczął mnie podejmować
i ściskać i zatrzymywać na noc. Nie chciałem się zgodzić na nocleg, bo pilno mi było do domu, ale musiałem przyjąć wieczerzę. Wyjechałem z Chorzel późną nocą i kiedym się zbliżał do domu, Kurki już weszły na niebie, to się znaczy, była już północ. (…)

Zajechałem przed ganek dworu; psy tylko wypadłszy ze wszystkich stron, poczęły koło bryczki ujadać. Wysiadłem i zastukałem do drzwi; przez długi czas nie mogłem się dostukać.
- Kto tam?
Ozwałem się, Franek otworzył drzwi i zaraz przypadł mi do ręki. (…) …wprowadził mnie do jadalnego pokoju, zapalił lampę wiszącą nad stołem i wyszedł przyrządzać herbatę.

…wkrótce… nadbiegł ksiądz Ludwik w kitlu nocnym, poczciwa pani d’Yves ubrana również w bieli, w swoich zwykłych papilotach
i w czepku, i Kazio, który o miesiąc wcześniej przyjechał ze szkół na wakacje. (…) …z drugiego pokoju rozległ się tętent bosych nóżek i wpadły dwie moje małe siostrzyczki w koszulkach tylko i w czepeczkach, powtarzając: „Henliś psijechał! Henliś psijechał!” i wskoczyły mi na kolana. (…)

…w pięć minut może potem Hania weszła do pokoju. (…) Przede mną stała już prawie dorosła, a przynajmniej dorastająca panna. Kształty jej wypełniły i zaokrągliły się cudnie. Twarz miała cerę delikatną, ale zdrową, na policzkach płonęły rumieńce, jakby odblask zorzy porannej. (…) W ciekawości, z jaką patrzyliśmy wzajem na siebie, tkwiła już jakaś wstydliwość młodzieńcza
i dziewicza. (…)

Po godzinnej rozmowie udaliśmy się do niej wszyscy na spoczynek. Poszedłem do siebie trochę rozmarzony, trochę zdziwiony, trochę zawiedziony i pobity, ale przez rozmaite wrażenia. Podsycona na nowo miłość poczęła się przeciskać jak płomień
przez szczeliny płonącego budynku i wkrótce pokryła owe wrażenie zupełnie. To po prostu postać Hani, ta postać dziewicza, rozkoszna, pełna uroków, tak jak ją ujrzałem nęcącą, owioniętą ciepłem snu, z białą rączką, podtrzymującą nieład ubrania
na piersiach i z rozpuszczonymi warkoczami, wzburzyła moją młodą wyobraźnię i przesłoniła mi sobą wszystko. (…)

* * * * *

VI. Nazajutrz wstałem bardzo wcześnie i wybiegłem do ogrodu. (…) Biegłem szybko do grabowego szpaleru, bo serce mówiło mi, że tam zastanę Hanię. (…) Dopiero po śniadaniu znalazłem się z nią sam na sam i spytałem, czy nie zechce się przejść
po ogrodzie. Zgodziła się chętnie… (…) Wyszliśmy razem do ogrodu. (…) Spojrzałem jej głęboko w oczy; sam nie wiedziałem,
czy mnie trochę bada, czy licząc na wrażenie, jakie na mnie uczyniła wczoraj, a jakiego ukryć nie umiałem, igra sobie ze mną
w sposób trochę okrutny. (…) Hania spojrzała na mnie szybko. (…)

Siadła na ławce nie opodal szpaleru, pod ogromną lipą, skąd istotnie widok był bardzo piękny na staw, groble i las za stawem. Hania ukazywała mi go parasolką, ale ja, jakkolwiek miłośnik pięknych widoków, nie miałem ochoty nań patrzyć, bo raz,
że znałem go doskonale, po wtóre, miałem przed sobą Hanię, piękniejszą stokroć od wszystkiego, co ją otaczało… (…) Siedzieliśmy obok siebie jak dwie lalki: zdawało mi się, że słyszę przyśpieszone bicie własnego serca. Położenie nasze było nieznośne. Chwilami czułem, że jakaś ręka bierze mnie za kołnierz i chce rzucić do jej stóp, a druga trzyma za włosy
i nie puszcza… (…) Tymczasem nadszedł ksiądz Ludwik i wziął mnie ze sobą do gospodarstwa. (…)

Brat, mój, Kazio, który korzystając z wakacji, całe dnie przesiadywał za domem, w stajniach, w lesie, ze strzelbą na koniu lub
na łodzi, w tej chwili właśnie ujeżdżał pod wierzch na podwórzu folwarcznym młode konie ze stadniny. (…) Zwiedziliśmy razem stajnie, obory, stodoły i wybieraliśmy się właśnie na pole, gdy dano znać, że przyjechał mój ojciec, trzeba więc było wrócić
do domu. Ojciec mój przywitał mnie tak gorąco jak nigdy. Dowiedziawszy się o egzaminach, wziął mnie w objęcia i oświadczył,
że odtąd chce mnie uważać za dorosłego. Jakoż istotnie w obejściu się jego ze mną zaszły wielkie zmiany. Traktował mnie poufalej i serdeczniej. Zaraz począł ze mną mówić o interesach naszych majątkowych, zwierzył mi się z zamiarami dokupienia jednego z sąsiednich majątków i pytał mnie o zdanie. (…) Obsypał mnie tego jeszcze dnia darami; darował mi parę pistoletów… Następnie otrzymałem pysznego konia wschodniej krwi i starą szablę po ojcach… (…) …wręczając mi ją, rzekł: „W godne ręce!
ja nie zrobiłem jej wstydu, nie zrób i ty!” (…)

Po obiedzie dnia tego siedliśmy wszyscy w obszernym winem obrośniętym ganku… (…) …my zaś z Hanią oglądaliśmy przywiezione przeze mnie rysunki i jak najmniej myśleliśmy o rysunkach: przynajmniej dla mnie służyły one tylko do ukrywania przed innymi spojrzeń, jakie rzucałem na Hanię.
- Cóż, a jakże tam znalazłeś Hanię? Zbrzydła ci bardzo, panie opiekunie? – spytał mnie ojciec, spoglądając żartobliwie
na dziewczynkę. (…)
- Nie powiem, ojcze, że zbrzydła, ale wyrosła i zmieniła się. (…)

- Patrzcie państwo, ktoś do nas jedzie – zawołał nagle Kazio. (…)
- Selim jedzie, Selim! – zawołał Kazio.
- Co ten wariat robi! Brama zamknięta! – krzyknąłem zrywając się z miejsca.
- Brama! Selimie! brama! – krzyczałem jak opętany, machając chustką i biegnąc co siły w poprzek dziedzińca.
Nagle… (…) …koń wspiął się, zawisnął przednimi kopytami w powietrzu i w największym pędzie przesadził sztachety,
nie zatrzymując się ani na chwilę. Dopiero przed gankiem Selim osadził go tak, że aż kopyta zaryły mu się w ziemię i zerwawszy kapelusz z głowy, zaczął wywijać nim jak chorągiewką i krzyczeć:
- Jak się macie, moi drodzy, kochani państwo! (…)
To mówiąc, zeskoczył z konia i rzuciwszy cugle Frankowi, który w tej chwili wybiegł z sieni, począł ściskać ojca, księdza i całować po rękach kobiety.

Hania zatrzymała na mnie długie spojrzenie:
- Nie radziłabym panu próbować.
Po czym spojrzała na Selima, a wzrok jej wyrażał podziw… Śliczne czarne włosy spadały mu na czoło, policzki miał zarumienione szybkim ruchem, oczy błyszczące, z których biła wesołość i radość. (…) Co do mnie, byłem do najwyższego stopnia dotknięty jej słowami. (…)
- Konia mi tu! – zawołałem na Franka, który oprowadzał zwolna po dziedzińcu zmęczonego wierzchowca. Hania nagle zerwała się z miejsca.
- Panie Henryku! – zawołała – to ja jestem powodem tej próby. Ja nie chcę, nie chcę. Pan tego nie zrobi… dla mnie.
I to mówiąc, patrzyła mi w oczy, jakby chciała dopowiedzieć wzrokiem wszystko to, czego nie mogła wyrazić słowami. (…)

* * * * *

VII. Łatwo się domyślić, jak przepędziłem noc po owych całodziennych zmartwieniach. (…) Co do mnie, byłem bardzo nieszczęśliwy, a chociaż komuś umartwienia owe moje mogą się wydawać błahe, to jednak powiem, że wielkość każdej niedoli
nie zależy od tego, jaką ona jest sama w sobie, ale jak ją ktoś odczuwa. A jednak nic się nie stało! nic się jeszcze nie stało! Leżąc
w łóżku powtarzałem sobie te słowa dopóty, aż zwolna myśli poczęły mi się mącić, rozpraszać i wpadać w zwykły bezład senny. (…)

Nazajutrz pokazało się, że zaspałem porę śniadania, a zatem i sposobność widzenia Hani aż do obiadu, bo do godziny drugiej miała lekcje z panią d’Yves. Ale za to, wyspawszy się dobrze, nabrałem otuchy i nie spoglądałem na świat tak czarno. Będę
dla Hani dobry, uprzejmy i tym nagrodzę jej wczorajszą moją opryskliwość, myślałem sobie. Tymczasem… Hani nie tylko dokuczyły ostatnie moje słowa, ale… ją także i obraziły. (…) Przez cały obiad nie mówiliśmy ani razu ze sobą wprost, tylko
za pośrednictwem osób trzecich. (…) Ciekawy jestem, moja panienko, jak my to będziemy obchodzić się ze sobą w Ustrzycy,
bo przecie mamy jechać do Ustrzycy, myślałem sobie w duchu. (…)

O godzinie piątej mieliśmy wyjechać. (…) Gdy Hania zeszła z góry, przybrana wprawdzie czarno, ale starannie a nawet ozdobnie, bo taka była wola ojca, nie mogłem oczu od niej oderwać. Wyglądała tak ślicznie, że natychmiast uczułem, jak mięknie mi serce, a chęć oporu i sztuczny chłód ulatuje gdzieś za dziewiątą granicę. Ale królowa moja przeszła koło mnie prawdziwie po królewsku, nie spojrzawszy nawet na mnie, choć także wyświeżyłem się, jakem umiał. (…)

Punkt piąta siadłem na koń, moje panie do karykla i ruszyliśmy razem. (…) Przyjechaliśmy wreszcie do Ustrzycy, gdzie zastaliśmy Selima. (…) Hania, która jakoś trzymała się na uboczu od swoich towarzyszek, nie przestała mnie zapoznawać i może naumyślnie zajęła się Selimem; mnie, zresztą, wypadało bawić pannę Lolę. (…) …panna Lola miała szczególniejszą słabość
do mnie i okazywała mi to aż nadto wyraźnie. Począłem więc być dla niej uprzejmy, dworowałem i śmiałem się, choć chciało mi się więcej płakać niż śmiać, a Lola spoglądała na mnie rozpromieniona swymi wilgotnymi, ciemnoniebieskimi oczyma i poczęła wpadać w romantyczny nastrój. (…)

Chodziliśmy w ten sposób z godzinę, następnie podano podwieczorek pod płaczącym kasztanem, którego gałęzie zniżając się końcami aż do ziemi, tworzyły jakby zieloną kopułę nad naszymi głowami. Teraz dopiero zrozumiałem, że Hania nie tylko
dla mnie nie chciała jechać do Ustrzycy, ale miała swoje bardziej uzasadnione przyczyny. (…) Były to zwykłe babskie kwasy
i ambicyjki…

Jak tylko Selim usiadł koło Hani,, zaraz zaczęły się szepty i przycinki, w których po trochu i panna Lola, zazdroszcząca Hani piękności, brała udział. Odparłem owe docinki kilkakrotnie ostro, może zbyt nawet ostro, ale wkrótce zastąpił mnie mimo mej woli Selim. Cięty, dowcipny i wygadany jak mało kto w jego wieku wkrótce tak daleko zbił je z tropu, że nie wiedziały, gdzie się podziać. Hania… poczęła spoglądać na Selima jak na swego wybawcę, z wdzięcznością i uwielbieniem.

Kochałem Hanię całą mocą młodej duszy, ubóstwiałem ją; kochałem ją tak, jak w niebie tylko kochają; kochałem jej postać, kochałem jej oczy, każdy promień włosów, dźwięk mowy; kochałem każdą jej sukienkę, powietrze, którym oddychała, a miłość ta przenikała mnie na wskroś i była nie tylko w sercu, ale w całej mojej istocie, żyłem tylko w niej i przez nią, płynęła we mnie
jak krew, biła ode mnie jak ciepło. Wśród obojętnych ludzi człowiek spragniony kochania chodzi jak w lesie i huka, i nawołuje
jak w lesie… Jak zdobyć serce Hani, skoro jakaś siła nieprzeparta kłoni ją w inną stronę?

Odłączyłem się od towarzystwa i siadłem na ławce ogrodowej, a myśli podobne szumiały mi w głowie jak zwichrzone stada ptactwa. (…) Byłem jak człowiek zmorzony łzami, cierpieniem i snem. (…)Nagle drgnąłem: przede mną zaszeleściła suknia kobieca. Spojrzałem: była to panna Lola. (…)
-Panie Henryku! pan smutny jakiś, może cierpiący?
-O tak, pani! Cierpiący jestem - zawołałem z wybuchem i porwawszy jej rękę przyłożyłem ją sobie do rozpalonego czoła, potem pocałowałem ją gwałtownie i uciekłem. (…) …na skręcie ulicy ukazali się Selim i Hania. Oboje widzieli mój wybuch… (…)

Ale tymczasem pora była odjechać do domu. (…)Żegnając się otrzymałem od panny Loli dziwnie gorący uścisk ręki… Selim zaraz za kołowrotem zawrócił, ale pierwszy raz pocałował na dobranoc Hanię w rękę i Hania mu tego nie broniła. (…)

* * * * *

VIII. Rankiem… zapukał ktoś w okiennicę i w różanym otworze ukazała się… twarz Wacha, leśniczego… (…) Ubrałem się: wziąłem strzelbę, nóż myśliwski i wyszedłem. (…)Siedliśmy i pojechali. Zaraz za stodołami zając wyskoczył z owsa i przebiegłszy nam drogę skoczył na łąkę, znacząc ciemniejszymi ślady srebrną od rosy jej powierzchnię. (…) Nagle o jakie trzysta kroków zamajaczyło coś w gęstwinie, krzaki jałowcowe poruszyły się żywo i spośród ciemnych igieł wynurzyła się szara trójkątna głowa ze śpiczastymi uszami i czerwonymi oczyma. (…) Na sto pięćdziesiąt kroków wilk zatrzymał się i nastawił uszy, jakby coś przeczuł. Wiedziałem, że bliżej już nie podejdzie, i pociągnąłem za cyngiel. Huk strzału zmieszał się z bolesnym zaskowyczeniem basiora.

- Farbuje! (…)
…ślady szły ze dwie wiorsty polem w kierunku stawu i wreszcie ginęły na błotach porosłych trzciną i tatarakiem. Dalej nie można było iść bez psa. …zawróciliśmy do domu. (…) Wach począł mnie nieśmiało prosić, bym wstąpił do jego chaty, do której było niedaleko, posilić się trochę. …odmówiłem, …nie chciałem, by Selim i Hania zostawali długo sam na sam, beze mnie.

Pobiegłem szybko do ogrodu nad brzeg stawu, gdzie stały czółna. (…) Schwyciłem wiosło i wskoczywszy w małą jednoosobową łódkę, ruszyłem cicho na staw… Jakoż wkrótce ujrzałem ich. (…) Zrozumiałem wszystko: wzięli ze sobą Ewunię, bo dziecina
nie mogła im przeszkadzać ani rozumieć miłosnych wyznań. (…) „Straciłeś Hanię! straciłeś!”, wołały jakieś głosy nade mną
i we mnie. (…) Ach! to poczucie bezsilnego gniewu, to przekonanie: nie ma rady! (…)

Potem osłabłem. Napadło mnie jakieś odrętwienie. Zmysły prawie przestały działać, uczułem zimno w końcach rąk i nóg. Słabo mi było i coraz słabiej. (…)Ale nie skończyło się nic. Jak długo tak leżałem na dnie łódki, nie umiałem sam sobie zdać sprawy. Obudziłem się jakby ze snu i począłem się rozglądać naokoło. Czółna z Hanią i Selimem już nie było. (…)

Wróciło mi to trochę siły. Wziąwszy wiosło ruszyłem między szuwarami do domu… (…) Ojciec spojrzał na mnie i zawołał:
- Co tobie jest, czyś nie chory?
- Nie. Zdrów jestem, tylko zmęczony. Wstałem o trzeciej rano.
- Dlaczego?
- Chodziliśmy z Wachem na wilki. (…)
Hania przestała na chwilę jeść i przypatrywała mi się pilnie.
- Może to wczorajsza wizyta w Ustrzycy tak podziałała na pana, panie Henryku? – rzekła. (…)
- Jak to rozumiesz?
Hania zmieszała się i poczęła coś niewyraźnie tłumaczyć. Selim przyszedł jej w pomoc.
- No, to bardzo naturalne. Kto się kocha, ten mizernieje.
Zacząłem spoglądać na przemiany to na Hanię, to na Selima i odpowiedziałem z wolna, dobitnie, kładąc nacisk na każdą sylabę:
- Nie widzę, żebyście zmizernieli: ani ty, ani Hania.
Pąsowy rumieniec oblał twarze obojga. (…)

Po obiedzie, przechodząc przez salon, spojrzałem w lustro. (…) Oczy miałem podsiniałe, twarz zapadłą. (…) Nad wieczorem dnia tego Selim rzekł do mnie:
- Nie zobaczę cię przez tydzień, jadę.
- Gdzie? - spytałem obojętnie.
- Ojciec mi każe - odrzekł - odwiedzić stryja w Szumnej; muszę tam zabawić z jaki tydzień.

Na samym odjeździe rzekł do mnie:
- Wiesz, co ci powiem: jedź ze mną!
- Nie pojadę. Nie mam wcale zamiaru.
Zimny ton tej odpowiedzi uderzył jakoś Selima.
- Dziwny ty się jakiś stałeś - odparł. - Nie poznaję cię od niejakiego czasu, ale…
- Dokończ.
- Ale zakochanym wszystko się wybacza.
- Z wyjątkiem, jeśli nam w drogę wchodzą – odpowiedziałem głosem kamiennego Komandora. Selim uderzył mnie przenikliwym spojrzeniem jak błyskawicą i sięgnął mi aż do dna duszy. (…)
- Siądź na koń i odprowadź mnie. Chcę z tobą pomówić.
- Innym razem - odpowiedziałem głośno. - Dziś czuję się trochę słaby.

* * * * *

IX. Selim istotnie odjechał do stryja i bawił tam nie tydzień, ale dni dziesięć. Smutno płynęły nam te dni w Litwinowie. Hania zdawała się mnie unikać i poglądała na mnie jakby z tajoną obawą. (…)Zmizerniała aż i schudła, a ja ze drżeniem patrząc na jej tęsknotę myślałem: więc to nie kaprys dziewczęcy, przelotny, ale na nieszczęście uczucie prawdziwe i głębokie! (…)

Dnie całe spędzałem samotnie, na koniu, to w lasach, to w szuwarach na łodzi. Żyłem jak dziki człowiek. (…) Nieraz leżąc w jakim zapadłym kącie boru lub na łodzi w szuwarach, wyobrażałem sobie, że jestem w pokoiku Hani przy jej nogach, że całuję jej stopy, ręce i sukienkę, że nazywam ją najbardziej pieszczonymi imionami, a ona kładzie mi swoje ubóstwiane dłonie na rozpalone czoło i mówi: „Nacierpiałeś się już dosyć, zapomnijmy o wszystkim! To był przykry sen! Ja ciebie kocham, Henryku!” Ale potem następowało przebudzenie i ta szara rzeczywistość, ta posępna jak chmurny dzień moja przyszłość, wiecznie bez niej,
aż do końca życia bez niej, wydawała mi się tym straszniejszą. (…)

Ojciec, sam ojciec zwykle surowy i bezwzględny, próbował mnie rozerwać i zainteresować czymkolwiek, a przy tym i zbadać. (…) Pewnego dnia po obiedzie wyszedł ze mną na dziedziniec i rzekł patrząc na mnie badawczo:
- Czy tobie się czasem nie zdaje jedna rzecz? Chciałem się o to dawno spytać: czy tobie się nie zdaje, że Selim trochę zanadto kręci się koło Hani.
- (…) Selim kocha się w Warszawie, w jakiejś tam pensjonarce.
- Bo widzisz, jesteś przecie opiekunem Hani i powinieneś nad nią czuwać.
- A może tobie zawróciła Hania głowę? Gadaj, chłopcze, co?
- Hania? Ani trochę. A to by było zabawne!
Kłamałem jak najęty, ale szło mi gładziej, niżem się spodziewał. (…)
Ojciec zniecierpliwił się.
- To czego, u licha, jeśli się nie kochasz, łazisz jak rekrut po pierwszej mustrze?
- Czy ja wiem! Nic mi nie jest. (…)

Między ojcem i mną przyszło kilkakrotnie do zajść bardzo przykrych. (…) …jeżelim bojował, w imię jednych przeciw drugim, czyniłem to tylko z rozdrażnienia, na złość nie wiadomo komu i dlaczego, tak samo, jak na złość wdawałem się z księdzem Ludwikiem w dysputy religijne, które kończyliśmy trzaskając drzwiami. Jednym słowem, zatrułem życie nie tylko sobie,
ale i całemu domowi; toteż gdy Selim wrócił wreszcie po dziesięciodniowej niebytności, wszystkim jakby kamień spadł z piersi. (…) …chłopak stajenny, odbierając ode mnie konia, rzekł:
- Panicz z Chorzel przyjechał.
W tej chwili nadbiegł i Kazio i powtórzył mi tę wiadomość.
- Wiem już o tym – odpowiedziałem mu szorstko. - Gdzie jest Selim?
- Zdaje mi się, że w ogrodzie z Hanią. Pójdę go poszukam.

Poszliśmy obaj do ogrodu, ale Kazio pobiegł naprzód, ja zaś szedłem z wolna za nim, umyślnie nie spiesząc się z powitaniem.
Nie uszedłem jeszcze pięćdziesięciu kroków, gdy na skręcie alei znowu ujrzałem wracającego pośpiesznie Kazia. (…)
- Tss! jak mamę kocham! hi! hi! Selim klęczy przed Hanią w chmielowej altanie. Jak mamę kocham!
Porwałem go natychmiast za ramiona i wpiłem w nie palce.
- Milcz! zostań tu!
…pobiegłem jak szalony w kierunku chmielowej altany. Przeczołgnąwszy się szybko i cicho jak wąż między krzakami berberysu, które otaczały altankę, dotarłem do samej jej ściany. (…)

Spojrzałem na nich przez zielone obsłonki liści. Selim nie klęczał już przy Hani, ale siedział przy niej na niskiej ławeczce. (…)
- Kocham, Haniu! kocham, kocham! – powtarzał, szepcząc namiętnie… (…)
-Wierzę, wierzę, panie Selimie, ale ja mam panu wiele rzeczy powiedzieć! (…)
I skończyła zaledwie dosłyszanym szeptem:
- Ja bardzo, bardzo kocham! (…)
- Słyszę jakieś głosy: nadchodzą! – zawołała z przestrachem. Wyszli oboje, chociaż nie nadchodził i nie nadszedł nikt. (…)

Zawlokłem się i ja z wolna ku domowi. Zaraz na skręcie ulicy spotkałem czatującego Kazia. (…)
- Henryku!
- Co?
Szeptaliśmy obaj, choć nikt nas nie słuchał.
- Czy ty się będziesz bił z Mirzą?
- Nie wiem. Może. (…)
Stracę życie, myślałem sobie, stracę wszystko, co można stracić na świecie, a nie pozwolę na szczęście tych dwojga. (…)

-Czy koń jest dla mnie? – spytałem Kazia.
- Jest.
- Odprowadzisz mnie? – wtrącił Selim.
- Mogę. Jadę do stogów zobaczyć, czy nie ma szkód jakich. Kaziku, puść mnie na swoje miejsce. Kazio ustąpił się, ja zaś siadłem koło Selima i Hani na kanapce stojącej pod oknem. (…) Wkrótce pani d'Yves poprosiła Selima, żeby co zagrał. Wstał, usiadł
przy fortepianie i począł grać mazurki Szopena, ja zaś zostałem przez chwilę sam na sam z Hanią na kanapce. Zauważyłem,
że patrzy na Selima jak w tęczę i że na skrzydłach muzyki ulatuję w krainę marzeń, więc postanowiłem ją sprowadzić na ziemię. (…)

- Słuchaj! byłem u nóg twoich! kochałem cię więcej niż świat cały...
- Panie Henryku!... (…)
- Jesteś bezwstydna! Ja bym nie śmiał całować krańca twojej sukienki, a on całował cię w usta. Ty sama garnęłaś się
do pocałunków! Haniu! Ja tobą pogardzam! Ja cię nienawidzę! (…)
- Zgadłaś! – mówiłem po chwili – że ja was rozłączę. Choćbym miał życie stracić, rozłączę was; choćbym miał zabić ciebie, jego
i siebie. Nieprawda, co ci mówiłem przed chwilą. On ciebie kocha, on by cię nie porzucił, ale ja was rozłączę. (…)

Zerwałem się i wybiegłszy przez kilka pokoi do sali jadalnej, porwałem za stojącą na sole karafkę z wodą i wylałem ją sobie
na głowę. (…) Koń mój i Selima stały już osiodłane przed gankiem. Na chwilę wpadłem jeszcze do mego pokoju, aby jako tako obetrzeć się z wody, i uczyniwszy to wróciłem do sali.
W sali zastałem księdza Ludwika i Selima w największym przerażeniu.
- Co się stało? - spytałem.
- Hania zasłabła, zemdlała. (…)
Gdym ją ujrzał, zapomniałem o wszystkim i rzuciwszy się na kolana przed jej łóżkiem jak szalony, nie zważając na obecność pani d'Yves, krzyknąłem:
- Haniu! moja złota! moja kochana! Co tobie?
- Nic! już nic! – odpowiedziała słabym głosem i próbowała się uśmiechnąć. (…)

Przesiedziałem u niej z kwadrans. (…) Nie nienawidziłem jej! Kochałem ją jak nigdy! (…)
…zwróciwszy się do Selima, rzekłem mu do ucha:
- Jedź do domu. Jutro zjedziemy się u kopców na skraju lasu. Chcę z tobą pomówić. (…)
Siedziałem z godzinę w pokoju, przyległym do pokoiku Hani. (…) Siedziałem sam aż do pory herbaty. Przy herbacie spostrzegłem, że ojciec, ksiądz i pani d'Yves mieli jakieś pół-tajemnicze, pół-surowe twarze. Wyznaję, że ogarnęła mnie pewna niespokojność. Czyżby mieli się domyślać czego? (…)

Koło godziny dziesiątej wieczór jakaś bryczka zadudniła przed gankiem. Przyjechał doktor Stanisław… (…) Wybadawszy dobrze Hanię, oświadczył, że wcale nie jest chora, ale potrzebuje rozrywki i odpoczynku.

…wszedł Franek i rzekł:
- Starszy pan prosi panicza do siebie.
Poszedłem natychmiast. Ojciec siedział w swoim pokoju przy biurku, na którym leżał list od matki. (…) …oświadczył, iż wie,
iż dzieją się między nami młodymi rzeczy, których badać nie chce, ale których nie pochwala; spodziewa się jednak, że wyjazd Hani położy im tamę. (…) …jakaś nadzieja, na kształt błędnego ognika, zamigotała mi w sercu, że to ja, a nie kto inny, odwiozę Hanię do naszej matki. (…) Ale była to słaba nadzieja i wkrótce… zgasła, gdy ojciec oświadczył, że pani Ustrzycka… już się zgodziła zabrać ze sobą Hanię i dowieźć ja do matki. (…)

* * * * *

X. O szóstej rano następnego dnia byłem u kopców, gdzie Selim czekał już na mnie. (…)
- Co mi chciałeś powiedzieć? - spytał Selim.
- Chciałem ci powiedzieć, że wiem wszystko. (…) Mirzo! postąpiłeś sobie niegodnie, usidlając serce Hani. (…) Selim pobladł,
ale wzburzyło się w nim wszystko. Najechał na mnie tak, że konie nasze prawie wsparły się o siebie… (…)

- Z kolei pozwól mnie mówić. Nie ja, ale ty postępujesz niegodnie. Teraz widzę jasno. Jam cię pytał, czy jej nie kochasz? Odpowiedziałeś: Nie! Chciałem się cofnąć, póki był czas, odrzuciłeś ofiarę. Kto winien? Kłamałeś, żeś jej nie kochał. Przez miłość własną, przez dumę egoistyczną wstydziłeś się wyznać, że kochasz. Kochałeś się po ciemku, ja w świetle. Kochałeś się skrycie,
ja otwarcie. Ty trułeś jej życie, jam starał się ją uszczęśliwić. Kto winien? (…) Ja postępuję po prostu i uczciwie, ale kocham, kocham nad wszystko na świecie i cały żyję w tym, i umarłbym bez tego. Ja nie chcę wnosić nieszczęścia w wasz dom,
ale pamiętaj, że jest we mnie teraz coś takiego, czego ja sam się lękam. Jam gotów na wszystko. O! jeśli wy krzywdę wyrządzicie Hani... (…)
- Troskę o nią zostaw mnie i ojcu memu. Jużeśmy o niej myśleli. Mam honor oświadczyć ci, że Hania pojutrze wyjeżdża np i że jej więcej nie zobaczysz. A teraz żegnam. Zawróciłem konia i pojechałem do domu, nie oglądając się poza siebie.

Ponuro było w naszym domu przez te dwa dni pozostające do wyjazdu Hani. (…) Zauważyłem, że w miarę, jak się zbliżała godzina stanowcza, Hanię owładała dziwna jakaś niespokojność. (…) Chciałem przed wybuchem burzy zdążyć do Ustrzycy,
więc zerwałem się, żeby pójść do stajni i kazać zajeżdżać. (…) Koń był już dla mnie osiodłany, ale z zaprzęganiem marudzono
jak zwykle. (…)

Wyniesiono natychmiast kufry Hani i przymocowano za powozem. (…)
- Gdzie Hania? czy gotowa? – spytałem…
- Gotowa. Będzie już z pół godziny, jak poszła się modlić do kaplicy. (…)
- Haniu! Haniu! – począłem wołać. Nie odpowiedział nikt. (…)
- Ignac!
Ignac zdjął czapkę i podbiegł ku sztachetom.
- Nie widziałeś ty panienki?
- Widziałem. Dopiero co panienka tędy jechali.
- Co? jak? gdzie jechała?
- A ku lasowi, z paniczem z Chorzel. O! tak jechali, co ino konie mogły wyskoczyć! (…)
- Konia! konia! – krzyknąłem strasznym głosem. (…)

Ślady były widoczne. Ale tymczasem wybuchnęła burza: ściemniało; na czarnych kłębach chmur poczęły się rysować jaskrawe zygzaki błyskawic; czasem całe niebo stawało się jednym ogniem, a potem zapadała jeszcze grubsza ciemność; deszcz lał
jak jeden potok. (…) Nagle czerwona błyskawica rozdarła ciemności, a przy krwawym jej świetle spostrzegłem uciekającą małą bryczuszkę. (…) Teraz już ujść nie mogli. (…)

W kilka sekund byłem już tak blisko, że mogłem usłyszeć głos Selima: „Mam broń przy sobie! – wołał w ciemnościach – nie zbliżaj się, bo strzelę!” (…)
Nagle… rozległ się huk strzału... koń mój rzucił się w bok; skoczył jeszcze kilka razy, potem klęknął na przednie nogi; podniosłem go, przysiadł na tylne i chrapnąwszy ciężko zwalił się na ziemię wraz ze mną. (…) Wkrótce bryczka coraz dalej była ode mnie
i dalej… (…) A wiatr świszczał: „On tam z nią!” Ogarnęło mnie dziwne osłupienie. Jak długo trwało ono, nie wiem. Gdy się ocknąłem, burza już przeszła. (…)

Obejrzałem się wokoło, aby rozpoznać, gdzie się znajduję. Na prawo spostrzegłem dalekie światełka w oknach,
więc pośpieszyłem w tamtą stronę. Pokazało się, że byłem pod samą Ustrzycą. (…) …pan Ustrzycki nie mieszkał w pałacu,
ale miał swój osobny domek… Światło błyszczało jeszcze w jego oknach. Zapukałem do drzwi.

- Piorun mi zabił konia pod samą Ustrzycą. Nie miałem innej rady jak przyjść tu. (…)
- Ale! Dlaczego to Hania nie przyjechała? Moja żona jutro o drugiej wyjeżdża. Myśleliśmy, że ją przyślecie na noc. (…)
Opowiedziałem więc mu wszystko, wyjąwszy tego, że sam kochałem się w Hani. (…) Ustrzycki zastanowił się przez chwilę.
- Wiem już, jak zrobić. Ja natychmiast pojadę do Chorzel, a ty jedź do domu, a najlepiej czekaj tu. Jeżeli Hania jest w Chorzelach, to ją zabiorę i odwiozę do was. (…)
- Czy pan pozwoli, żebym napisał do Selima? Wolę go wyzwać listownie. (…)
-Ja bym to tak uważał! Bić się, bić się! Dla szlachcica to tam zawsze najlepszy środek, a czy stary, czy młody, to wszystko jedno! (…)

Siadłem i napisałem co następuje: „Jesteś nikczemnik. Listem tym daję ci w twarz. Jeżeli nie stawisz się jutro około Wachowej chaty z pistoletami lub pałaszem, będziesz ostatnim tchórzem, którym prawdopodobnie jesteś.” Zapieczętowałem list i oddałem panu Ustrzyckiemu. Po czym obaj wyszliśmy na podwórze, bryczki bowiem dla nas już zajechały. (…)

W godzinę potem byłem już w domu.
- Hania? - spytałem gorączkowo.
- Ciszej mów. Hania już jest. Odwiózł ją stary Mirza. (…)
- Goniłem ich. Mirza zastrzelił mi konia. Czy ojciec jest?
- Wrócił zaraz po wyjeździe starego Mirzy. (…) Nie chodź do ojca, bo mogłoby mu to zaszkodzić. Jutro zaś proś go,
żeby nie wyzywał Mirzy. Grzech to ciężki, a przy tym stary nie winien. Selima wybił i zamknął go, Hanię zaś odwiózł sam. (…)
- Jak się Hania ma?
- Przemokła do nitki. Ma gorączkę. Ojciec okropnie ją złajał. Biedne dziecko! (…)

…ksiądz Ludwik trącił mnie w ramię.
- Ojciec cię woła – rzekł. (…)
- Która godzina?
- Pierwsza po północy.
Uderzyłem się ręką w czoło. A wszakże to o piątej rano miałem się bić z Selimem.

* * * * *

XI. Po rozmowie z ojcem, która trwała z pół godziny, wróciłem do stancji i nie kładłem się już wcale. Wyrachowałem,
że aby zdążyć na piątą do Wachowej chaty, muszę przynajmniej o czwartej wyjść z domu, miałem więc tylko niespełna trzy godziny przed sobą. (…) …zdjąłem ze ściany ową sławną starą szablę, darowaną mi przez ojca, i pistolety, aby przygotować wszystko do jutrzejszego spotkania. (…) Przetarłem ostrożnie szablę miękką watą… (…) Skończywszy z szablą, wziąłem się
do pistoletów… Szarzało już. Była godzina trzecia. (…) Za oknem jęły świegotać na powitanie zorzy porannej jaskółki. (…)
…zarzuciwszy na ramiona płaszcz dla ukrycia broni, na wypadek gdyby mnie kto spotkał, wyszedłem ze stancji. (…)

…doszedłem do brzegu stawu. Byłem już blisko śluzy i mostu, gdy nagle zatrzymałem się jak w ziemię wbity. Na moście stał mój ojciec z rękami założonymi za siebie i z fajką wygasłą w rękach; stał oparty o poręcz mostu i patrzył zamyślony na wodę
i na zorzę poranną. (…)
- Co ty tu robisz? – spytał.
Zarumieniłem się jak burak. (…) Nie było rady: należało się przyznać.
- Powiem już ojcu wszystko - rzekłem - idę się bić z Mirzą.
Myślałem, że ojciec wybuchnie gniewem, ale nad spodziewanie moje nie wybuchnął, tylko spytał:
- Kto kogo wyzwał?
- Ja jego.
- Bez poradzenia się z ojcem, bez powiedzenia słowa?
- Wyzwałem go wczoraj, zaraz po pogoni, w Ustrzycy. (…)
- Niech cię prowadzi Bóg ojców twoich. Idź, chłopcze, idź się bić z Tatarem! (…)

Przyszedłem wreszcie do chaty. Selim czekał na mnie na skraju lasu. (…)
- Wybieraj! - rzekłem ukazując mu pistolety i szablę. Wskazał na szablę, którą miał z sobą: turecką, mocno zakrzywioną na końcu damascenkę. (…)
- Zaczynajmy! (…)
Przez chwilę słychać tylko było warczenie kling, suchy dźwięk stali i świszczący oddech naszych piersi. (…) Nagle Selim odskoczył, szabla zaświszczała tuż koło mojej skroni; ale odbiłem ją z taką siłą, że głowa Selima pozostawała na chwilę odkryta; wymierzyłem cios, zdolny rozpłatać ją na dwoje i... niby piorun uderzył nagle w moją czaszkę; krzyknąłem: „Jezus, Maria!” Szabla wypadła mi z ręki i jakby porażony upadłem twarzą na ziemię.

* * * * *

XII. (…) Gdym się rozbudził, leżałem na wznak w pokoju i na łóżku ojca, ojciec zaś siedział przy mnie w fotelu, z głową przechyloną w tył, blady i z przymkniętymi oczyma. (…)
- Ojcze, ja biłem się z Selimem?
- Tak, kochanie moje! Nie myśl o tym! (…)
- Ojcze!
- Co, dziecko moje?
- A co się stało z Selimem?
- Zemdlał także z utraty krwi. Kazałem go odwieść do Chorzel. (…)

Było mi jakoś bardzo, bardzo słabo. Nagle spostrzegłem schyloną nad łóżkiem osobę, której nie poznałem od razu, ale na widok której zrobiło mi się tak błogo, jakbym już umarł i był wzięty do nieba. (…) …wróciła mi iskra przytomności, rozjaśniło mi się
w oczach i zawołałem słabo a cicho:
- Mamo!

Odtąd byłem już przytomniejszy, pod wieczór tylko zapadałem w gorączkę. Widywałem wtedy Hanię, chociaż gdym był przytomny, nie widziałem jej przy sobie nigdy. (…) Wreszcie gorączka opuściła mnie stanowczo, odzyskałem zupełną przytomność, ale nie znaczyło to, że byłem zdrowszy. Przyplątała się jakaś inna choroba, jakieś niesłychane osłabienie,
pod wpływem którego gasłem widocznie. Po całych dniach i nocach wpatrywałem się w jeden punkt na suficie. Byłem niby przytomny, ale obojętny na wszystko. (…)

…usnąłem zamiast umrzeć i to usnąłem tak dobrze, że nie obudziłem się jak we dwadzieścia cztery godziny później i tak dalece wzmocniony na siłach, żem sam nie umiał zdać sobie sprawy, co się ze mną zrobiło. Obojętność moja znikła, potężny młody organizm zwyciężył śmierć samą i budził się do nowego życia z nowymi siłami. (…) Wracała mi ochota do życia. (…)

…razem z życiem, poczęło i dawne uczucie dla Hani odzywać się na nowo w mym sercu. Kiedy obudziłem się z tego snu, który wszyscy za początek wiecznego snu poczytali, natychmiast spytałem o Hanię. Odpowiedział mi ojciec, że zdrowa,
ale że wyjechała z panią d'Yves i siostrzyczkami do stryja, bo ospa powiększała się coraz bardziej we wsi. (…)

- Ojcze, co to jest? – zawołałem gwałtownie, zrzuciwszy szachy wraz z szachownicą na ziemię. (…)
- Hania nie umarła, daję ci słowo! – wołał ojciec uchwyciwszy mnie za ręce i pasując się ze mną.
- Zachorowała, ale zdrowsza! (…) Wiesz: we wsi całej panowała i panuje dotąd ospa – Hania dostała ospy. (…)

W tydzień jednak potem byłem już na nogach, a w dwa tygodnie ujrzałem Hanię. Ach! opisać nawet nie próbuję, co się zrobiło
z tej ślicznej, idealnej twarzy. Gdy biedaczka wyszła ze swego pokoju i gdy ujrzałem ją po raz pierwszy, jakkolwiek przysiągłem sobie poprzednio, że nie pokażę po sobie najmniejszego wzruszenia, nagle zrobiło mi się słabo i zemdlałem jak nieżywy. O! jakże była zeszpecona okropnie! (…)

…dawna Hania dla mnie umarła, a raczej miłość moja umarła i w sercu pozostała tylko po niej pustka i ból, jakby z nie zagojonej rany, i wspomnienie, wyciskające łzy na oczy. (…)
- Ojcze! – odrzekłem – miłość mogła ulecieć ode mnie, ale uczciwość nigdy: jestem gotów.
Ojciec ucałował mnie serdecznie.
- Niech cię Bóg błogosławi.

…o zmroku przyjechał Selim. Gdy ujrzał Hanię, zaczerwienił się, a potem zbladł jak płótno. Przez chwilę znać było na jego twarzy ciężką walkę serca z sumieniem. Snadź i od niego ulatywał ten ptak skrzydlaty, któremu imię: miłość. Ale zwyciężył się ten szlachetny chłopak: powstał, wyciągnął ręce, a potem upadł przed Hanią na kolana i zawołał:
- Haniu moja! Jam zawsze ten sam: ja nie opuszczę cię nigdy, nigdy! (…)

Biedna dziewczyna! potrzebowała teraz po burzy jakiej przystani świętej, a cichej, gdzie by ukoić mogła sumienie i ukołysać serce. Jakoż znalazła tę cichą i świętą przystań: została siostrą miłosierdzia. (…)

Po kilku latach jednak ujrzałem ją niespodzianie; spokój i cisza malowały się w tych anielskich rysach; ślady straszliwej choroby znikły zupełnie; w czarnej sukience i białym klasztornym kapeluszu piękna była jak nigdy, ale już tą nieziemską pięknością, więcej anielską niż ludzką.


DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU - 1875.


["LITERATURA, BIBLIOGRAFIA I KRYTYKA. MODLITWY WACŁAWA"]
Śp. Przeździecki, bawiąc dla celów naukowych w r. 1870 w Peszcie, zwrócił uwagę na rękopism polski znajdujący się w tamtejszej bibliotece. Rękopism ten, znany w literaturze pod nazwiskiem rękopismu Wacława, zmarły Przeździecki częściowo sam przepisał, resztę zaś rękopismu polecił przekopiować miejscowemu kaligrafowi akademii. Prócz tego postarał się o fotografię czterech stronic rękopismu, które przesłał do Krakowa I. Łepkowskiemu. (...)

["NIETOPERZE"]
(…) Od zasad nie odstępuje się dla nikogo, a raz odstąpiwszy można na tej drodze dojść do koncesji wcale niebezpiecznych. (…)

Autor uderza na brak zdrowej opinii publicznej, co mianowicie pozwala krzewić się robotom „nietoperzy”. – Opinia jest światłem, którego nocne ptaki nie znoszą – oto myśl sztuki. (…)


["SPRAWY BIEŻĄCE"]
I. (…) Czy myślicie, że gdy pan Grabiński przyzwoicie przedstawi Halkę w „Tivoli”, to znajdzie więcej zwolenników, niż gdy zagra Małego Fausta lub Piękną perfumiarkę?... (…)

Na co nam dramaty, powiadamy a młodzież nasza dodaje: na co nam egzamina, skoro patentów nie dostajemy?...
Och, te egzamina! Doprawdy warto by je przyśpieszać ze względu na upały. Bo też nie trzeba mieć serca, żeby w czasie, kiedy najzagorzalszym zwolennikom hydropatii szpik w kościach topnieje, zmuszać młode organizmy do ślęczenia nad książką,
do podlegania zapaleniom oczu i uderzeniom do głowy… (...)

22 czerwca byliśmy obecni poświęceniu pierwszej u nas fabryki betonu (sztucznego kamienia), założonej przez kilku kapitalistów, a prowadzonej przez pana Ludwika Jarockiego, inżyniera, głównego promotora tej sprawy. Fabryka mieści się
przy ulicy Czerniakowskiej i zajmuje rozległy plac, sięgający do odnogi wiślanej, co ułatwia dostawę czystego piasku. Już obecnie stoi parę domków betonowych… (…)

Wszystko to jest trwałe, naśladuje wybornie wyroby z naturalnego piaskowca, a kosztuje bez porównania taniej. P. Jarocki wszedł już w umowę z Magistratem, na mocy której mają mu być powierzone roboty chodników i rynsztoków betonowych,
a także bruku, który po przygotowaniu ze zwykłych kamieni brukowych polewany będzie dla trwałości masą betonu. (…)

II. (…) …każda rzecz ma dwie strony: dodatnią i ujemną. A trudno znów nie osładzać sobie jednostajnych chwil żywota!
Bo cóż począć na tym smutnym świecie? W dzień życie pali gorącem dochodzącym do 25 stopni na termometrze. Toteż przechodzisz na owo życie, jak Dante przez piekło. A chociaż byś chciał wsiąść w dorożkę, aby żmudną po bruku życiowym pielgrzymkę skrócić, to przekonywasz się, że poduszki w siedzeniach i po bokach tak są rozgrzane od Bożego słońca,
że ani sposobu… wypocząć… Że też lud nasz, tyle pomysłowy w ogólności, nie wpadnie na myśl, iż dachy doróżek
podczas skwarów powinny być podnoszone z równą skwapliwością, jak podczas deszczów ulewnych! (…)

III. (…) …o ile łatwo rodzą się i rozkwitają u nas projekta, o tyle przemiana ich z obiecanek cacanek na fakta idzie trudno,
jak po grudzie. Ogół, jak to ogół, żywo odczuwa potrzebę ulepszeń, żywo pochwala każdy projekt, ale gdy przyjdzie do trudnej
i nieefektownej pracy, jednostki trącają się łokciami, chowając się wzajemnie i zasłaniając jedna drugą. (…)

Powinniśmy raz na zawsze wyrzec się myśli oglądania się na kogoś. To mamy i mieć będziemy, czego dokonamy sami. (…)

IV. (…) Administracja ani za wiele kosztuje, ani za tanio sprzedaje, a jednak administracja winna. Ale czy wiecie, dlaczego?

Oto administracja za drogo towar kupuje. Nie bierze towarów z pierwszej ręki, wprost od producenta, ale od handlujących. Chłop produkuje zboże, od chłopa kupuje Żyd z małego miasteczka, od Żyda z małego miasteczka Żyd z dużego, a od tego jeszcze Żyd ze stolicy, a dopiero od niego na warszawskim targu administracja. Wobec tego jasnym jest, że dając zarobić kilku pośrednikom, Towarzystwo dostaje towar stosunkowo drogo, a chcąc wytrzymać konkurencję, musi go z niezmiernie małym zarobkiem sprzedawać.

Stąd małe zyski, stąd suchotnicza dywidenda, stąd wegetowanie z roku na rok, pieniężna anemia i ogólne niezadowolenie,
na które nie poradzą choćby najpiękniejsze mowy miewane na sesjach przez członków zarządu, przez mężów opozycji,
przez prawice, lewice i tym podobne objawy parlamentaryzmu wydającego jako omłot: wielkich ludzi do małych interesów
i pustki w kieszeniach. (…)

V. (…) Wracamy teraz do Warszawy, która po pustce i śnie letnim nowym zaczyna ożywiać się życiem. Niezadługo skończą się wakacje naszego Towarzystwa Muzycznego. Zeszłego sezonu tyle było w nim burz, rewolucji wewnętrznych, zmian komitetowych, posiedzeń, agitacji, cichego przygryzania sobie, jeszcze cichszego wygryzania się z rozmaitych miejsc, tyle wreszcie piorunów, mydlanych baniek, że wszystko to, razem wzięte, zajęło przynajmniej trzy razy więcej czasu niż muzyka.
Ale, swoją drogą, instytucja ta bardzo pożyteczna, bo jeżeli nawet nie kształci ogółu naszego muzycznie, to za to kształci parlamentarnie, co także jest niemałą zasługą. Zresztą dziś instytucja ta potrzebną jest dla zdrowia mieszkańców miasta Warszawy tak dalece, jak proszek karbolowy, polewanie ulic, projekta kanalizacyjne i inne mniej więcej trafne higieniczne środki i pomysły. Wiadomo, jak ważne przysługi oddaje żółć w sprawach trawienia; otóż dowiedzionym zostało, że żaden środek
nie poruszył tyle żółci w ludziach, ile rozterki w łonie pomienionego towarzystwa.
Pod koniec jednak sezonu - należy wyznać - było inaczej. Pod nową, sprężystą dyrekcją muzyka odzyskała należne jej miejsce. Przestano się kłócić, a poczęto grać i śpiewać. Mamy nadzieję, że tak będzie i dalej. (…)

VI. (…) Przed paru miesiącami odkryto na granicy pruskiej wielkie, bo do milionów rubli dochodzące nadużycia przemytnicze. Wiadomo, że od okowity, która wychodzi za granicę, zwraca się właścicielowi wysoki podatek akcyzny. Otóż przewożono
przez granicę beczki z wodą, potem beczki próżne, a w końcu beczki idealne, ściągając mimo to należny za nie podatek akcyzny. Trwało to podobno dosyć długo, ale wedle przysłowia: "dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie" – ucho urwało się w końcu, a przewoziciele wody zamiast okowity znaleźli się naraz w tarapatach, z których nie było wyjścia. Sprawa to dla nas tym bardziej przykra, że zamieszane są w nią nazwiska ludzi dobrze znanych nawet w literaturze i wieńczonych na arystokratyczno-literackich rautach przez wdzięczną płeć piękną. (…)

…tego rodzaju sprawki są, nazywając rzecz właściwym mianem: oszustwem przynoszącym ujmę obywatelskiemu honorowi
i zasługującym, prócz kary, jaką wymierza prawo na piętnowanie przez opinię. Taki przemytnik, na wielką skalę wywożący
za granicę np. beczki z okowitą, a ściągający podatek od produktu i sprzedający go w kraju, szkodzi przede wszystkim swym współobywatelom i współwytwórcom, prowadząc ich do ruiny. (…)

VII. (…) Teatr dostarcza przyjemnej rozrywki, zajmuje w szlachetny sposób czas pozabiurowy, budzi ruch umysłowy, budzi zajęcie się literaturą, nie pozwala zapleśnieć i skwaśnieć w światku małomiejskich plotek i małomiejskich spraw, podtrzymuje miłość do szerszych i ogólniejszych idei, a na koniec przyczynia się potężnie do podtrzymywania czystości języka… (…)

Smutno pomyśleć, jak u nas lekceważą język, nie rozumiejąc, czy nie chcąc rozumieć jego znaczenia. Pójdź na salony arystokratyczne, usłyszysz francuszczyznę lub taki bigos różnojęzyczny, że choć uszy zatykać z oburzenia: tam panowanie guwernantek posprowadzanych ze wszystkich krańców świata; tam miłość rodzicielska w troskliwości o dobry akcent paryski się objawia; tam panowie szepcą damom francuskie słówka na ucho; tam głupcy w długich surdutach udają Anglików przekręcając angielskie wyrazy; tam posługujących mazowieckich Bartków i Jaśków na Dżonów przerabiają, tam czytają tylko zagraniczne powieści; tam o Mickiewiczu wiedzą, że to „literata jakiś”; tam prenumerują „Revue des Deux Mondes” i dziwią się po francusku, jak się może tyle polskich dzienników utrzymać.

Pójdź między wysokie mieszczaństwo – to udaje arystokrację; pójdź między przemysłowców: mówią po niemiecku; pójdź między kupców: szwargoczą po żydowsku; pójdź na giełdę - język niby polski, ale i słowa z niego nie zrozumiesz. Wszędzie cudzoziemczyzna lub mieszanina najobrzydliwsza w świecie… (…)

W Warszawie, to nawet człowiek porządnego ognia nie zobaczy”, mówił pewien wierny pesymista, który miał sposobność oglądać kilka pożarów prowincjonalnych. Straże tu doskonałe: strażacy, wybierani przeważnie z ludzi miejscowych, znają doskonale miasto, a przy tym odwagą i zręcznością przechodzą podobno wszystkie inne straże w Królestwie i Cesarstwie. Pożar jest dla nich uroczystością; napadają na niego, rzekłbyś, z furią: rąbią i łamią, leją, rzucają się w największy żar i nim się obejrzysz, z ognia już ani śladu. Dzielny lud! Dla miasta naszego straż ogniowa jest duszą i okiem w głowie. (…)

[TEATR] [„KOSA I KAMIEŃ”, PRZYSŁOWIE DRAMATYCZNE J. I. KRASZEWSKIEGO]
(…) Panna Iza była to chodząca wiosna: miała lat 21, miała piękność, dowcip, żywość i dobre serce, miała wreszcie typową ciotunię, z białymi loczkami, trochę zrzędną, ale więcej pobłażliwą; miała na koniec jeszcze jedną wadę, jeżeli to wadą nazwać można: żadną miarą nie chciała iść za mąż. (…)

…była to natura wrażliwa i uczuciowa, ale właśnie z tych powodów nie umiała się pogodzić z prozaiczną rzeczywistością, w której konwenans tak zastępował lub pokrywał istotę rzeczy, jak plewa pokrywa prawdziwe ziarno. Potrzeba było, żeby powiew prawdy i prostoty odwiał tę plewę, a tak szczęśliwy wypadek nie zaszedł dotąd. (…)

[TEATR] [„FILIBERTA”, KOMEDIA W 3 AKTACH EMILA AUGIERA, PRZEKŁAD WIERSZEM KAZIMIERZA KASZEWSKIEGO]
(…) Filiberta jest córką wykwintnej margrabiny de Grandchamps, jest młodą i bogatą dziedziczką, ma przy tym niepospolitą inteligencję, szlachetną duszę i czyste a kochające serce, słowem: los obdarzył ją wszelkimi warunkami szczęścia, a jednak... już od kołyski unosi się nad nią pewien chmurny cień, który ustawiczną troską zasępia jej jasne czoło: oto Filiberta jest brzydką. (…)

...Filiberta nie myśli teraz o obeldze. Inna myśl poczyna świtać jej w głowie. Więc ona może się podobać? I to nie dla swego majątku, ale dla siebie samej? Więc ona jest piękną? A zatem może być kochaną? A zatem Lucjan nie dla jej pieniędzy chciał się z nią ożenić? Więc on ją kocha? (…)

[TEATR] [„Z POWODU INTRYGI I MIŁOŚCI” (Cabale und Liebe),
DRAMATU FRYDERYKA SZYLLERA, PRZEDSTAWIONEGO NA BENEFIS P. MODRZEJEWSKIEJ W TEATRZE WIELKIM WARSZAWSKIM]
(…) W czasie wojny, wśród dymu, huku strzelb i połysków szpad umieli jeszcze, strząsnąwszy puder z żabotów, rzucać się
na oślep na baterie najeżone bagnetami; grała wówczas potężnie błękitna krew w szlacheckich żyłach; umieli krokiem menuetowym brać na wzór muszkieterów francuskich szturmem działa forteczne. Ale czasu pokoju szli do antykamer książęcych intrygować, czołgać się, wysadzać wzajemnie z łaski książęcej, byle wszelkiego rodzaju lokajskimi posługami ściągnąć na się uwagę i fawor pański.

Pod pozorami przyzwoitości dworskiej rozpusta gnieździła się w tych ludziach jak ptak nocny w pustkowiach. Dziewice wysokich rodów szły na nałożnice dworskie i nie tylko nie poczytywały za ujmę roli kochanicy książęcej, ale chlubiły się nią jakby wysokim dworskim zaszczytem. Poczucie religijne wygasło, dusze wyschły do dna, wychłodły i zobojętniały zarówno na złe jak i na dobre. Religia dworska, urzędowy konserwatyzm form zastępował prawdziwą wiarę, ateizm stał się modą tam nawet, gdzie jako coś przeciwnego państwu, odrzucany i potępiany był przez władzę.

Ten sam posiew wolteriański, który dla niższych warstw miał być czynnikiem prowadzącym do przewrotu, rozkładał i toczył
od wewnątrz jak rak klasy wyższe; tamte ośmielał i zachęcał, te osłabiał i pogrążał w przepaść swawoli, rozpusty
i znikczemnienia. Taka to była wyższa społeczność Niemiec, społeczność do wysokiego stopnia strupieszała, wychłodła, żyjąca życiem sztucznym, wysilonym, pozbawionym wszelkiej potężnej treści, a niby świetnym i błyszczącym jak bańka mydlana. (…)


[KRONIKA TEATRALNA] [„WIT STWOSZ”, DRAMAT W PIĘCIU AKTACH Z FAKTÓW DZIEJOWYCH, NAPISAŁ WINCENTY RAPACKI, ARTYSTA DRAMATYCZNY]
W ostatniej scenie tego dramatu, gdy Wit Stwosz, piętnowany i okuty w łańcuchy, zwracając się do swej córki, mówi:

Pójdź, drogie dziecię, wrócimy do gniazda,
Żebraczy kosztur weźmiemy do ręki
I z piosnką szczęścia iść będziem przez drogę,

wówczas widz patrząc na upokorzenie i krzywdę, jaką wyrządzono bezbronnemu starcowi, pyta mimo woli, jaka jest wina tragiczna tego człowieka? Istotnie: był Wit, jak wiadomo, słynnym czasu swego rzeźbiarzem, przeniósł się do Norymbergi, którą wieloma pracami swymi przyozdobił, jak każdy nowator wywołał do walki żywioły konserwatywne w sztuce, a kiedy do walki tej domieszały się jeszcze i pierwiastki osobistej niechęci, upadł w niej. (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]