A tak, jeśliście wzbudzeni z Chrystusem, tego co w górze szukajcie, gdzie siedzi Chrystus po prawicy Bożej; o tym, co w górze, myślcie, nie o tym, co na ziemi. [Kol. 3; 1 – 2]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1876



CZERWIEC – PAŹDZIERNIK [Anaheim]


["NA PRZEBÓJ"] [Dramat w pięciu aktach. Przerobiony w 1878 r. we Francji i zmieniony tytuł: „NA JEDNĄ KARTĘ”]
(…) Uczucia, mateczko, są dwojakie: jedne jak skały potężne i niewzruszone, drugie jak strumień, w którym się przejrzeć można. (…)

Wiedz jednak, moja przelaszczko, że każda jesień miała przedtem wiosnę. (…)

Ale serce, rzucone na ziemię, musi kogoś na ziemi kochać i mieć przy sobie. (…)

…poeta mówi: „Świętym jest na ziemi, kto umiał zawrzeć przyjaźń… ze świętemi. (…)

…ten lud nasz, ci nasi wyborcy, to jeszcze owce, ale my chcemy z owiec ludzi zrobić, i w tym nasza siła. (…)

Łzy wypłakanej nic już nie wróci, w drodze jednak do oczu może ją przyjazna ręka zatrzymać. (…)


CZERWIEC - GRUDZIEŃ [San Francisco – Anaheim – Kanion Jacka Harrisona - Haywood]


["LISTY Z PODRÓŻY"]
Znaczące fragmenty listów zamieszczono w zakładce "Kalendarium" - "Rok 1876 r.", traktując je jako relację pisarza z podróży do Ameryki i dwuletniego tam pobytu. Poniżej znajdują się fragmenty "Listów..." opisujące kwestie ogólne i ponadczasowe.
(…) Społeczeństwo amerykańskie uchodzi za najreligijniejsze na świecie. Ludzi wątpiących istotnie nie ma tu wcale, przepisy religijne zachowywane są najściślej, w niedziele i święta głucha martwota upada na wsie i miasta, sklepy są pozamykane, fiakry
i omnibusy nie kursują prawie zupełnie; w teatrach nie grają, miejsca publiczne są puste; słowem, powaga tu i uroczystość większa niż wszędzie na świecie. Ale wejrzawszy w to bliżej, widzimy w tym raczej wpływ zwyczaju nie wdającego się w żadne rozumowania niż żywotnej, gorącej, świadomej siebie wiary. (…)

Kwestie takie, jak początek wszechrzeczy, istnienie Stwórcy, nieśmiertelność duszy i tym podobne, które odgrywają tak potężną rolę w umysłach młodzieży europejskiej, uniwersytetów, filozofów i ludzi nauki, a które tak często prowadzą naprzód
do filozoficznego bankructwa, a potem do zwątpienia, łatwo udzielającego się ogółowi, tu nie mają najmniejszej wagi. Żaden naród na świecie nie jest mniej zdolny do wszelkiej refleksji filozoficznej jak Amerykanie. Tu każdy więcej żyje życiem czynów
niż myśli, więcej zajęty handlem, przemysłem, rolą itp., o racje religijności się nie pyta. (…)

Przychodzi niedziela, Amerykanin idzie więc do kościoła, bo tak chce zwyczaj; czyta pobożną książkę, bo tak chce zwyczaj; siedzi w domu, bo wszyscy siedzą w domach; kto tam wie jednak, czy w tej całej religijności nie masz więcej rutyny i mechanicznego przyzwyczajenia niż prawdziwego uczucia. (…)

Z drugiej strony mnóstwo sekt… Wyznawcy… sekty starają się ją podtrzymać i rozszerzyć, muszą więc dawać z siebie przykład. (…) każdy Amerykanin… wolność religijną uważa za perłę konstytucji Stanów Zjednoczonych, a chcąc tę wolność zamanifestować, musi spełniać gorliwie wszelkie obrządki sekty, do której należy. (…)

Business nie pozwala rozstrzygać transcendentalnych kwestii, zatem nikt ich nie rozstrzyga i sprawy religijne idą tak, jak każe zwyczaj i pamięć ojców. (…)

(…) Wracam jeszcze raz do Indian… …mają swoje podania, swoją mitologię, a nawet swoją poezję, zawierającą się w pieśniach wojennych, pieśniach śmierci i tym podobnie. Podania niektóre są nawet nader zręcznie ułożone i dowodzą pewnego sprytu umiejącego korzystać z zewnętrznego materiału, jakiego dostarczają ludzie i przyroda. Gdy wielki Manitu (mówi jedno z podań) postanowił stworzyć człowieka, wziął glinę, wyrobił kształt ludzki i postanowił go wypalić w ogniu. Ale pierwszym razem przepalił na węgiel, twór jednak zostawił przy życiu i stąd powstał czarny Murzyn; drugim razem nie dopiekł i powstał biały człowiek; trzeci raz dopiero, nauczony doświadczeniem, umiał zachować miarę: nic nie dopiekł, nie przepalił i stąd powstał twór doskonały, prawdziwie piękny: czerwonoskóry. (…)

(…) polubiłem ten najpiękniejszy ze wszystkich na świecie język, w którym każde słowo dźwięczy jak srebro, każda litera drga własnym melodyjnym drganiem, tę męską, szlachetną a śpiewną mowę, która tak łatwo czepia się pamięci, jak magnes żelaza. Kto przeszedł i złamał wszystkie trudności angielszczyzny, nauczył się wykręcać językiem jak wrzecionem, wymawiać dźwięki pozbawione wszelkiej wyrazistości, temu, gdy weźmie się do hiszpańskiego, wydaje się, że spośród cierni i głogów wszedł nagle do ogrodu pełnego kwiatów. Nie znam łatwiejszego języka pod względem wymawiania, jak hiszpański. (…)

(…) Co to za śliczny wiersz w nrze 29 „Tygodnika”, zatytułowany: „W górach!” Zacząłem go czytać z lekceważeniem,
jak wszystkie takie ulotne poezyjki, a skończyłem zachwycony:

Otoczyły mnie wkoło moje równie senne
Pasmem jednakim,
Ale ja sobie lecę w krainy odmienne:
Umiem być ptakiem.


Cały ten tak poczynający się wstęp sam się śpiewa jak jaki mazurek Szopena: ma własną dziwną nutę, w której słychać szmer świerków górskich, kosodrzewu - i odgłosy ligawek pastuszych. Jest tam echo zupełnie takie, jak w górach. Czytelnikowi chce się po przeczytaniu zawołać: „hop! hoop!” - i czekać bacznym uchem na echową ze skał odpowiedź. Dwa następne ustępy również piękne, ale nie stoją w związku ani z pierwszym ani ze sobą. Trzeba je było zatytułować osobno. Pod wierszem znalazłem napis: „Maria Konopnicka”. (…)

…ta pani lub panna ma prawdziwy talent, który przyświeca przez wiersze jak promienie świtu przez mgłę. (…) …myślę teraz,
że sumienie me nie czułoby się równie spokojnym, gdybym podciął skrzydełka i tego górskiego słowika; dlatego też chwalę go otwarcie, wiem bowiem, że o ile nic tak nie szkodzi miernościom, jak pochwała, o tyle nic tak nie zachęca, nie podnieca
i nie zagrzewa prawdziwego talentu, jak szczere pochwalne uznanie. (…)

Mąż żonę, ojciec córkę oddaje tu pierwszemu lepszemu przechodniowi za byle co: za kawał drutu, scyzoryk lub starą kamizelkę. A jednak te dziewczyny z płcią miedzianą, o czarnych, ogromnych i łagodnych oczach, bywają w chwili rozkwitu nieraz bardzo przystojne. Trafia się, że samotni biali skwaterowi biorą je za żony i żyją z nimi szczęśliwie. (…)

Tu nie trzeba pośrednictwa praw, aby mężczyzna uważał kobietę, z którą żyje, za prawowitą swą małżonkę. Przy tym trzeba być chyba tu na miejscu, aby poznać dokładnie, jak idealnym mężem jest każdy rodowity Amerykanin. On w swej żonie czci swój home, tj. swoje ognisko domowe, swoją pozycję obywatela, ojca dzieciom, swoją godność osobistą, słowem, całego siebie,
bez względu na to, czy żona jego poślubiona jest przez pośrednictwo księdza, urzędnika lub bez pośrednictwa, czy jest biała, żółta lub miedziana.


I przyszło mi na myśl, iż ta szeroka od Oceanu do Oceanu Ameryka ma jeszcze i tę wyższość, że w niej idea państwowa
nie pochłania, tak jak na przykład w Prusach, jakby moloch indywiduów, że tu państwo istnieje dla ludzi, dla nich prawa, dla nich urzędy, nie oni dla praw i urzędów, a na koniec, że te tutejsze tak niby luźne związki państwowe trwalsze są od wielu innych,
bo ugruntowane na korzyści ludzkiej, na szczęściu ludzkim i na poczuciu tego dobra w indywiduach. (…)


LIPIEC – WRZESIEŃ - 21. [Anaheim – Los Angeles]


["SZKICE WĘGLEM"]
I. W KTÓRYM ZABIERAMY ZNAJOMOŚĆ Z BOHATERAMI I ZACZYNAMY SIĘ SPODZIEWAĆ, ŻE COŚ WIĘCEJ NASTĄPI

We wsi Barania Głowa w kancelarii wójta gminy cicho było jak makiem siał. Wójt gminy, niemłody już włościanin nazwiskiem Franciszek Burak, siedział przy stole z natężoną uwagą gryzmolił coś na papierze; pisarz zaś gminny, młody i pełen nadziei pan Zołzikiewicz, stał pod oknem i dłubał w nosie lub opędzał się od much. (…) Godzina była czwarta po południu, w całej wiosce panowała cisza, bo ludzie wyszli na robotę; za oknem tylko kancelarii cochała się o ścianę krowa i od czasu do czasu ukazywała przez okno sapiące nozdrza ze śliną wiszącą u pyska. (…)

Na koniec przerwał milczenie wójt.
– Panie Zołzikiewicz - rzekł z mazurska - niech ino pan napisze ten „raport”, bo mię jakoś nieskładno. Przecie pan je pisarz.
Ale pan Zołzikiewicz był w złym humorze, a jak tylko był w złym humorze, wójt musiał sam wszystko robić.
– To i cóż, żem pisarz? – odparł z lekceważeniem.
- Pisarz jest od tego, żeby pisywał do naczelnika i do komisarza; a do wójta, takiego jak wy, to wy sobie sami piszcie. (…)

I znowu nastała cisza, tylko pióro wójtowskie z wolna skrzypiało po papierze. Na koniec wójt wyprostował się, obtarł pióro
o sukmanę i rzekł:
- Ano! z pomocą Bożą skończyłem.
- Przeczytajcież, coście nagwazdali. (…)

Wójt wziął papier w obie ręce i zaczął czytać: „Do wójta gminy Wrzeciądza. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. Naczelnik kozeł, żeby spisy wojskowe były dycht po Matce Bozkiej, a tu u waju mentryki w parafii u dobrodzieja i też nasze chłopaki chodzą do waju na bandosę, rozumita, żeby były wypisane i bandośniki też przysłać przed Matką Bozką, jak skończone ośmnaście lat,
bo jak tego nie uczynita, to dostanieta po łbie, czego sobie i wam życzę. Amen.” (…)

…Zołzikiewicz zaczął się śmiać. (…) …siadł, wziął pióro w rękę, zatoczył nim kilka kół, jakby dla nabrania rozpędu, i począł szybko pisać. Wkrótce zawiadomienie było gotowe; wówczas autor poprawił włosy i czytał, co następuje: „Wójt gminy Barania Głowa do wójta gminy Wrzeciądza! Tak jak spisy wojskowe z polecenia władzy wyższej mają być gotowe na dzień ten i ten, roku tego a tego, tak zawiadamia się wójta gminy Wrzeciądza, ażeby metryki włościan baraniogłowskich nachodzące się w kancelarii parafialnej z takowej kancelarii wyjął i do gminy Barania Głowa w samym skorym czasie nadesłał. Włościan zaś gminy Barania Głowa znajdujących się na robociźnie we Wrzeciądzy na tenże dzień przystawić.”

- No, jużci, co głowa, to głowa – rzekł wójt. (…)

- Ba - rzekł udobruchany Zołzikiewicz - przecież pisarz to jest ten, co książki pisze.
- A to pan i książki pisze?
- Pytacie, jakbyście nie wiedzieli; a księgi kancelaryjne któż pisze?
- Prawda – rzekł wójt. (…) Że pan Zołzikiewicz miał edukację, to o tym wiedzieli wszyscy… (…) W siedemnastym roku życia doszedł już młodociany Zołzikiewicz do klasy drugiej, a byłby również wcześnie doszedł i wyżej, gdyby nie to, że nagle nastały burzliwe czasy, które raz na zawsze przerwały jego ściśle naukową karierę. (…) …idąc po tej nowej drodze doszedł
aż do pisarstwa gminnego, a – jak to już słyszeliśmy – marzył nawet o podrewizorstwie. Gruntowna wiedza zawsze potrafi obudzić dla siebie szacunek… (…)

Kłaniały mu się więc i osoby z inteligencji, kłaniali się i chłopi, zdejmując już z daleka czapki i mówiąc „pochwalony!”. (…) …pan Zołzikiewicz nie odpowiadał na „pochwalony" zwykłym: „na wieki wieków”. (…) …pan Zołzikiewicz jeszcze za owych burzliwych czasów doszedł do przekonania, że „dusza to para, i basta”. (…) …pan Zołzikiewicz zapatrywał się bardzo sceptycznie
na duchowieństwo, a zatem i na wszystko, co pośrednio lub bezpośrednio z duchowieństwem związane. Nie odpowiedział więc kosiarzom jako zwykle: „na wieki wieków”, tylko szedł dalej… (…) …koło chałupy, usłyszał rozmowę o sobie i zatrzymał się
za płotem. (…) …niedaleko ulów stały dwie baby rozmawiając. (…)

- Oj, moja Stachowa, tak się boję, żeby mi mego Franka w żołnierze nie wzieni, że aż mi skóra cierpnie.
A Stachowa na to:
- Do pisarza by wam, do pisarza. Jak on nie zaradzi, to nikt nie zaradzi.
- A z czymże, moja Stachowa, ja do niego pójdę. Do niego z gołymi rękami nie można. Wójt je lepszy; przyniesiesz mu czy białych raków, czy masła, czy lnu pod pachą, czy kurę, to wszystko weźmie, nie wybredzając. A pisarz ani spojrzy. O! on strasznie ambitny. Jemu to tylko chuścinę rozwiąż i zara rubla.
- Niedoczekanie wasze! – mruknął do siebie pisarz – żebym ja od was jaja albo kury brał. Cóż to ja łapownik jestem czy co? A idź z twoją kurą do wójta. (…)

…nagle rozległ się z tyłu warkot bryczki. Pan pisarz odwrócił się i spojrzał. Na bryczce siedział młody akademik… (…)
- Jak się masz, panie Zołzikiewicz? Co tam słychać? Cóż, zawsze pomadujesz się na dwa cale?
- Sługa pana dobrodzieja! – ozwał, kłaniając się nisko, Zołzikiewicz, ale gdy bryka mignęła dalej, zawołał w ślad za nią z cicha:
- Żebyś kark skręcił, nim dojedziesz. (…)

Przyjazd tego akademika był mu i z innych względów nie na rękę, dlatego poszedł dalej z zachmurzonym czołem i nie zatrzymał się aż dopiero przed jedną chałupą stojącą trochę opodal od drogi. (…) Przed drzwiami chałupy kobieta tłukła w mędlicy konopie śpiewając: „oj, ta dada! oj, ta dada! da-da-na!” (…) Kobieta była młoda, może dwudziestoletnia, i dziwnie urodziwa. (…) …zdrowa była jak rydz, szeroka w plecach i w biodrach, smukła w stanie, gibka, słowem: łania. (…)

- Dobry wieczór, Rzepowa! – zaczął pisarz.
-Dobry wieczór panu pisarzoju! – odrzekła kobieta, nie przestając mędlić.
- Wasz w domu?
- Na robocie w lesie.
- A to szkoda! Jest do niego interes z gminy. (…)

Pan pisarz tymczasem przeszedł wrota i stanął koło niej.
- A dacie się pocałować? to wam powiem.
- Obędzie się! – odparła kobieta.
Ale pan pisarz już zdołał ją objąć wpół i przygarnąć do siebie.
- Panie! bo będę krzyczeć – wołała Rzepowa, wyrywając się silnie. (…) W tej chwili Kruczek przyszedł jej na pomoc. Zjeżył sierść na karku i z wściekłym szczekaniem rzucił się na pana pisarza… (…)

- Weźcie tego psa! weźcie tego diabła! – krzyczał pan pisarz, machając rozpaczliwie polanem.
Kobieta zawołała na psa i odpędziła go za wrota. (…)
- Pomsta na was! – krzyknął pan pisarz. - Pomsta na was! Czekajcie! pójdzie Rzepa w sołdaty. Chciałem bronić… ale teraz… Przyjdziecie wy jeszcze do mnie… Pomsta na was!…
Kobiecina aż pobladła, jakby ją kto obuchem w głowę uderzył, rozłożyła ręce, otwarła usta, jakby chciała coś mówić.
Ale tymczasem pan pisarz, podniósłszy z ziemi kortową czapkę w zielone kraty, oddalił się szybko…



II. NIEKTÓRE INNE OSOBY I PRZYKRE WIDZENIA

W godzinę potem może przyjechał Rzepa z lasu z cieślą Łukaszem na dworskim wozie. Rzepa chłopisko był rosły jak topola, tęgi: prawdziwie od topora. (…) W karczmie też Rzepa pierwszy był do wszystkiego, tylko że siwuchę lubił, a skory był do bitki,
jak podpił. (…) Nikogo się we wsi nie bał, przed jednym pisarzem mores znał. Gdy zobaczył z daleka zieloną czapkę, zadarty nos
i kozią bródkę, idące na wysokich nogach z wolna po drodze, to się za czapkę brał. (…)

Gdy wrócił tego dnia z boru do chałupy, wypadła do niego kobieta z płaczem wielkim i dalejże wołać:
- Już ciebie, nieboże, niedługo moje oczy będą oglądały; już ja ci nie będę ni chustów prała, ni jeść gotowała. Pójdziesz ty, nieboraku, na kraj świata. (…)

Rzepa wydobył ze skrzyni rubla i poszedł do pana pisarza. Pisarz był kawaler, nie miał więc osobnego domu, ale mieszkał
w czworakach stojących nad stawem, czyli w tak zwanym murowanym. (…) …pan pisarz leżał w pościeli i czytał zeszyt Izabeli hiszpańskiej wydawnictwa pana Breslauera. Położenie jego, to jest nie pana Breslauera, ale pana pisarza, było okropne,
tak nawet okropne, że trzeba by mieć chyba styl Wiktora Hugo, żeby je opisać, jak było okropne. (…)

Rzepa kładzie rubla na stół i odzywa się pokornie:
- Jelemożny pisarzu! a to ja przyszedłem wedle… tej branki. (…)
- Won! won! won! - krzyknie na to Zołzikiewicz, w którego nagle duch wstąpił. I wpadłszy w wściekłość zrywa się do Rzepy,
ale w tej chwili w karlistowskiej ranie zabolało go srodze, pada więc nazad na poduszki wydając tylko przygłuszone jęki:
- Oj! jej!



III. ROZMYŚLANIA I EUREKA

…rana ogniła się, ale nadspodziewanie wyszła na korzyść kanclerzowi z Baraniej Głowy, a stało się to bardzo prostym sposobem: ściągnęła mu humory z głowy, więc zaczął myśleć jaśniej i zaraz poznał, że robił dotychczas same głupstwa. Bo tylko proszę posłuchać: kanclerz zagiął sobie, jak mówią w Warszawie, parol na Rzepową i nie dziwić się mu, bo też to była kobieta, jakiej drugiej nie znaleźć w całym powiecie osłowickim, chciał się więc pozbyć Rzepy. Gdyby raz Rzepę wzięli do wojska, kanclerz mógłby sobie powiedzieć: „hulaj dusza bez kontusza.” Ale nie tak łatwo było zamiast wójtowego syna podsunąć Rzepę. (…)

Zołzikiewicz powiedział sobie, że obiecawszy Burakowi zaciągnąć Rzepę na listę popisowych uczynił pierwsze głupstwo; poszedłszy do Rzepowej i napadłszy ją przy mędlicy uczynił drugie głupstwo; przestraszywszy ją i męża poborem, uczynił trzecie głupstwo. (…) Czyż jednak miał porzucić plan teraz, kiedy oblał go już krwią… Przeciwnie, teraz, gdy do apetytu na Rzepową przyłączyła się jeszcze chęć zemsty nad obojgiem i nad Kruczkiem z nimi razem, Zołzikiewicz przysiągł sobie, że kpem będzie, jeżeli Rzepie sadła za skórę nie zaleje. (…)

Myślał więc nad sposobami pierwszego dnia, zmieniając okłady, myślał drugiego, zmieniając okłady, myślał trzeciego, zmieniając okłady, i czy wiecie, co wymyślił? Oto nic nie wymyślił! Na czwarty dzień przywiózł mu stójka z osłowickiej apteki diachylum; Zołzikiewicz rozsmarował na płatek, przyłożył i – co za cudowne skutki tego medicamentum! – prawie jednocześnie wykrzyknął: „znalazłem!” (…)



IV, KTÓRY BY MOŻNA ZATYTUŁOWAĆ: ZWIERZ W SIECI

W kilka dni potem, nie wiem dobrze, czy w pięć, czy w sześć, w alkierzu karczmy baraniogłowskiej siedział wójt Burak, ławnik Gomuła i młody Rzepa. (…) Rzepa stawał się coraz czerwieńszy, Burak dolewał mu ciągle.
- A wy – rzekł wreszcie do Rzepy – to choć korzec grochu zarzucita na plecy jedną ręką, a balibyśta się pójść na wojnę!
- Co bym się miał bać? Kiej się bić, to się bić. (…)
Napili się znowu, ale Burak i Gomuła tylko że umoczyli usta, Rzepa zaś wypił całą szklankę araku, aż mu oko zbielało. (…) Napili się jeszcze raz. Rzepa jakoś się pocieszył i siadł spokojnie na zydlu, a wtem drzwi się otworzyły i ukazały się w nich: zielona czapka, zadarty nos i kozia bródka pisarza. (…)

- Panie pisarzu?
- Czego?
- Czy to prawda wedle tego boru?
- Prawda. Musicie tylko podpisać prośbę całą gromadą.
- Ja tam nie będę nic podpisywał – ozwał się Rzepa, który miał wstręt wspólny wszystkim chłopom do podpisywania swego nazwiska.
- Ciebie się też nikt nie będzie prosił. Nie podpiszesz, to nic nie dostaniesz. Twoja wola. (…)
- O lesie prawda, ale każdy musi ogrodzić swoją część płotem, żeby nie było sporów.
- To-ta płot będzie więcej kosztował, niż las wart – wtrącił Rzepa. (…)
- Na koszta płotu – mówił do wójta i ławnika – rząd przysyła pieniądze. Jeszcze każdy na tym zarobi, bo wypada po pięćdziesiąt rubli na głowę.

Rzepie aż się oczy zaiskrzyły po pijanemu.
- A, jak tak, to podpiszę. A pieniądze gdzie są?
- Są u mnie – rzekł pisarz. – A to dokument. (…)
- A może nie chcesz? Tu wszystko dobrowolnie.
- Co nie mam chcieć?
A pisarz mu na to:
- Szmul!
Szmul ukazał się we drzwiach.
- Ny, co pan pisarz chce?
- Chodź i ty na świadka, że tu wszystko dobrowolnie. (…)
- Może nie chcesz?

Ale Rzepa już podpisał i Żyda usadził nie gorszego od Szmula, potem wziął pieniądze od pisarza, całych pięćdziesiąt rubli,
i schowawszy je za pazuchę zawołał:
- A dajta no jeszcze haraku!
Szmul przyniósł: wypili raz i drugi. Następnie Rzepa wsparł pięści na kolanach i począł drzemać.
Kiwnął się raz, kiwnął się drugi raz, na koniec zwalił się z zydla mruknąwszy: „Boże! bądź miłościw mnie grzesznemu!” – i usnął. (…) Przespał więc Rzepa w karczmie całą noc. Nazajutrz rozbudził się o wschodzie słońca. Patrzy, wyłupia oczy, aż to nie jego chałupa, ale karczma, i nie alkierz, w którym siedział wczoraj, ale ogólna izba z szynkwasem. (…)Więc Rzepa zaczął się macać, jak robi każdy chłop przespawszy noc w karczmie. Namacał pieniądze.(…)

- Szmul!
- Ny, czego chcesz?
- Co to ja mam za pieniądze?
- Co, głupi, nie wies? Toć się wczoraj z wójtem zgodziłeś, że za jego syna będziesz losował, i pieniądze wziąłeś, i kontrakt podpisałeś.
Dopiero chłop zbladł jak ściana: rzucił czapkę o ziemię, potem sam grzmotnął się o nią i jak nie ryknie, aż się szyby w karczmie zatrzęsły.
- No, pasioł won, ty sałdat! – rzekł flegmatycznie Szmul.
W pół godziny potem Rzepa zbliżał się do chałupy; Rzepowa, która właśnie gotowała strawę, usłyszawszy go, jak skrzypiał wrotami, prosto od komina pobiegła na jego spotkanie, gniewna bardzo.
- Ty pijaku! – zaczęła. Ale spojrzawszy na niego, aż się sama przeraziła, bo ledwo go poznała.
- A tobie co jest?
Rzepa wszedł do chaty i z początku ani słowa nie mógł przemówić, tylko siadł na ławie i patrzył w ziemię. Ale kobieta zaczęła pytać i dopytała wreszcie wszystkiego. „Zaprzedali mnie” rzekł w końcu. (…)


V, W KTÓRYM POZNAJEMY CIAŁO PRAWODAWCZE BARANIEJ GŁOWY I GŁÓWNYCH JEGO PRZYWÓDCÓW

Nazajutrz dzień było posiedzenie sądu gminnego. Ławnicy poschodzili się z całej gminy z wyjątkiem panów, alias szlachty… (…) Nie wyłączało to jednak pośredniego wpływu „inteligencji” na losy gminne. Jeśli bowiem ktoś z „inteligencji” miał sprawę, wówczas wigilią posiedzenia zapraszał pana Zołzikiewicza do siebie, przynoszono następnie do pokoju przedstawiciela inteligencji wódeczkę, podawano cygara i wtedy obgadywała się rzecz z łatwością. Potem następował obiad, na który zapraszano pana Zołzikiewicza uprzejmymi słowami: „Ano, siadaj, panie Zołzikiewicz! siadaj!” (…)

Po obiedzie dziwiło go także nieraz, że szlachcic nie czekając, aż on się żegnać zacznie, klepał go w łopatkę i mówił: „No to bywaj zdrów, panie Zołzikiewicz!”, ale znów sądził, że to w dobrych towarzystwach przyjęte. Przy tym ściskając na pożegnanie rękę gospodarza domu uczuwał w niej zawsze coś szeleszczącego. Wówczas zginał palce i drapiąc szlachcica w dłoń, wygarniał z niej to „coś szeleszczącego”, nie zapominając jednak nigdy dodać: „A panie dobrodzieju! między nami to niepotrzebne!
a co do sprawy, może pan dobrodziej być spokojny!” (…)

Ze szlachty, a wyrażając się ściślej, z panów, jeden tylko pan Floss, dzierżawca Małych Postępowic, bywał początkowo,
jako ławnik, na sądach gminnych i twierdził, że inteligencja powinna w nich brać udział. Ale miano mu to powszechnie za złe. Szlachta twierdziła bowiem, że pan Floss musi być „czerwony”, czego zresztą i samo nazwisko jego: Floss, dowodziło; chłopi zaś
w demokratycznym poczuciu własnej odrębności utrzymywali, że nie wypada siadać panu na jednej ławie z chłopami, czego najlepszym dowodem jest, że „jensze panowie tego nie robią”. (…) …nie lubił go i pan Zołzikiewicz, bo pan Floss nie starał się niczym szeleszczącym zasłużyć na jego przyjaźń… (…)

…usłyszał pewnego pięknego poranku, wobec całej gminy, z ust siedzącego obok ławnika, co następuje: „Albo to wielmożny pan - to pan? Pan Ościeszyński - to jest pan, pan Skorabiewski - to jest pan, a wielmożny pan - to nie pan, ino dorobiec.” Usłyszawszy to pan Floss, który właśnie także kupił był jakoś w owym czasie Kruchą Wolę, plunął na wszystko i gminę pozostawił gminie… (…)

…nagle drzwi zamknięte po napadzie prosiąt rozwarły się na rozcież i ukazał się w nich Rzepa chmurny jak noc, a za nim Rzepowa i Kruczek. Rzepowa była bledziusieńka jak płótno; jej śliczne delikatne rysy wyrażały smutek i pokorę, a w wielkich czarnych oczach ukazywały się łzy, ściekając następnie po policzkach. Rzepa wszedł było hardy, z głową zadartą,
ale jak zobaczył cały sąd, tak zaraz stracił minę i dość cichym głosem ozwał się:
- Niech będzie pochwalony!
- Na wieki wieków! – odpowiedzieli chórem ławnicy. (…)

Rzepa zaczął:
- Jelemożny sądzie… A niech to najjaśniejsze…
- Cichaj! Cichaj! – przerwała kobieta – dajże mnie mówić, a ty cicho siedź. To rzekłszy, obtarła fartuchem łzy i nos, i głosem drgającym poczęła opowiadać całą sprawę. Ach! ale gdzież to ona przyszła? Oto przyszła na skargę na wójta i na pisarza:
przed… wójta i pisarza. „Wzięli go – mówiła – obiecowali mu las, byle podpisał, to i podpisał. Dali mu pięćdziesiąt rubli, a on był pijany i nie wiedział, że zaprzedaje dolę swoją i moją, i dzieciaka. Pijany był, wielmożny sądzie, pijany jak nieboskie stworzenie! (…)

…Rzepowa znowu zebrała się z głosem i tak mówić poczęła:
- Chłopsko chodzi jak struty. Ciebie, powiada, zabiję, dzieciaka zgładzę, chałupę spalę, a powiada, nie pójdę i nie pójdę. A cóżem ja winna, nieboga? albo i dzieciak? On już ani do gospodarstwa, ani do kosy, ani do siekiery, ino siedzi w izbie i wzdycha, i wzdycha, ale ja sądu czekałam; toć wy, ludzie, macie Boga w sercu i na naszą krzywdę nie pozwolicie. (…)
Przez chwilę słychać znów było tylko szlochanie Rzepowej, na koniec stary jeden ławnik mruknął:
- A, dyć to nieładno człeka upoić i zaprzedać.
- Bo i nieładno! – odpowiedzieli inni. (…) …spoglądali na pisarza, który milczał, ale gdy Rzepowa skończyła, rzekł do mruczących ławników:
- Jesteście durnie!

Nastała cisza, jak makiem siał, pisarz mówił dalej:
- Wyraźnie stoi napisane, że kto się będzie wtrącał do dobrowolnego kontraktu, będzie sądzony morskim sądem, a czy wiecie, durnie, co to jest morski sąd? (…)
- Który, kpie jeden z drugim, nie wiesz, co jest morski sąd, to wsadź tylko nos w taką sprawę, a poznasz, co to jest morski sąd,
aż cię siódma skóra zaboli. Jak się ochotnik znajdzie za popisowego, to tobie jednemu z drugim wtrącać się do nich wara. Ugoda podpisana, świadkowie są, i szabas! To się rozumie w jurysprudencji, a nie wierzysz, to patrz w procedurze i w zsyłkach. A jeśli
i piją przy tym, to i cóż? Albo to wy nie pijecie, durnie, zawsze i wszędzie? (…)

Przez chwilę panowało głuche milczenie i dopiero po niejakim czasie ozwał się Gomuła cichym głosem, na który obejrzeli się wszyscy, jakby zdziwieni jego śmiałością:
- Dyć prawda! konia sprzedasz, napijesz się, wołu sprzedasz, też; świnie, też. To już taki obyczaj.
- Toćwa napiliśmy się i wtedy ino wedle obyczaju – wtrącił wójt. A potem ławnicy śmielej zwrócili się do Rzepy.
- Cóż, kiejś sobie piwa nawarzył, to go pij.
- Albo to tobie sześć lat? Albo ty nie wiesz, co robisz?
- Łba ci przecięć nie urwą.
- A jak pójdziesz do wojska, to se do dom możesz parobka nająć: on cię ta zastąpi i przy chałupie, i przy kobiecie. (…)

Nagle pisarz znowu otworzył usta: uciszyło się wszystko.
- Ale wy nie wiecie – mówił – w co wam się wtrącać, a czego nie tykać. W to, że Rzepa groził żonie i dzieciakowi, w to, że obiecywał spalić własną chałupę, w to wy się wtrącać możecie i takiej rzeczy płazem nie puścić. Kiedy Rzepowa przyszła na skargę, niechże od sądu bez sprawiedliwości nie odchodzi. (…) …Rzepowie nie tylko nic nie wskórali, ale jeszcze sąd, w słusznej troskliwości tak
o całość Rzepowej, postanowił ją ubezpieczyć przez zamknięcie Rzepy w chlewku na dwa dni. (…)
…Rzepa rzucił się jak wściekły i krzyknął, że do chlewka nie pójdzie; co zaś do kancelaryjnego, to nie dwa, ale pięćdziesiąt rubli wziętych od wójta rzucił na ziemię, wołając: „niech je se ta bierze, kto chce!” Zaczął się rozgardiasz straszny. (…) …inni zaś pomogli stójce zaciągnąć Rzepę za kołtuny do chlewka. (…)

Rzepowa szła do pustej chałupy prawie bez przytomności. (…) Wójt, że to miał serce dobre, więc idąc z wolna z Gomułą ku karczmie rzekł:
- Mnie ta cosik tej baby żal. Albo im dołożę jeszcze ćwiartczynę grochu, albo co? (…)




VI. IMOGENA

Dał pan Zołzikiewicz, co się nazywa, szach mat Rzepowej i Rzepie. (…) …Zołzikiewicz, równie umiarkowany jak genialny, wziął
dla siebie tylko dwadzieścia pięć rubli za sprawę. (…) …pan Zołzikiewicz był w ciągłych długach u Srula, krawca z Osłowic, który całą okolicę zaopatrywał w „cisto paryską” garderobę? Ale teraz, gdym już raz wszedł na drogę wyznań, nie będę ukrywał, dlaczego pan Zołzikiewicz ubierał się tak starannie. (…) Oto pan Zołzikiewicz się kochał. Nie myślcie jednak, żeby w Rzepowej.
Na Rzepową miał, jak się kiedyś wyraził sam, „apetycik”, i basta. (…) …przedmiotem tych ostatnich uczuć nie mógł być przecie kto inny, jak panna Jadwiga Skorabiewska. (…) Ale panna Jadwiga nie tylko mu nic nie przydeptywała, ale – któż zrozumie kobietę?! – patrzyła na niego tak, jak by patrzyła na płot, na kota, na talerz lub coś podobnego. Co on się biedak nie namęczył, żeby zwrócić jej uwagę na siebie. (…)

…obok idealnego uczucia dla panny Jadwigi, które zresztą odpowiadało arystokratycznym usposobieniom tego młodzieńca, mieściło się w nim równoznaczne z „apetycikiem” uczucie do Rzepowej. (…) Prawda, że Rzepowa była śliczna kobieta,
co się nazywa; nie byłby jednak zapewne ów baraniogłowski Don Juan tyle jej zachodów poświęcał, gdyby nie dziwna
i zasługująca na ukaranie oporność tej kobiety. (…) Rzepowa nabrała zaraz w jego oczach uroku zakazanego owocu,
ale postanowił przy tym dać jej naukę, na jaką zasługiwała. Zajście z Kruczkiem ustaliło go jeszcze w przedsięwzięciu. Wiedział jednak, że ofiara będzie się bronić, dlatego wymyślił ową dobrowolną ugodę Rzepy z wójtem, która oddawała, pozornie przynajmniej, na jego łaskę i niełaskę tak samego Rzepę, jak i całą jego rodzinę. Ale Rzepowa po owym zajściu w sądzie
nie dawała jeszcze za wygraną. Nazajutrz była niedziela, postanowiła więc pójść, jak zwykle, na sumę do Wrzeciądzy, a zarazem poradzić się księdza. (…)

Jakoż gdy przyszła, nabożeństwo już się zaczęło. (…) Oj! modliła się też Rzepowa nieboga, modliła, jak nigdy w życiu,
ale też czuła, że jej coraz lżej i lżej na sercu. (…) I z oczu płynęły jej łzy, ale już nie te łzy, którymi płakała u wójta, ale dobre jakieś, choć duże jak kałakuckie perły, ano słodkie przy tym i spokojne. Padła Rzepowa przed majestatem Bożym twarzą
na podłogę, a potem to już i sama nie wiedziała, co się z nią stało. Zdawało się jej, że anieli niebiescy podjęli ją z ziemi i jako liść marny zanieśli aż do nieba, w wiekuistą szczęśliwość, gdzie nie było ani pana Zołzikiewicza, ani wójta, ani spisów wojskowych, tylko jakby jedna zorza, a w owej zorzy tron boski, koło tronu zasię światłość taka, że trzeba było oczy mrużyć, i całe chmary aniołków niby ptaszków z białymi skrzydełkami.

Rzepowa leżała tak długo. Gdy się podniosła, już było po mszy; kościół opustoszał; dymy poszły pod sufit; ostatni ludzie wychodzili przeze drzwi, a na ołtarzu dziad gasił świece, więc Rzepowa się podniosła i poszła na parafię rozmówić się z księdzem wikarym. (…)

- A czego to chcecie, moja kobieto? – spytał cichym, ale dźwięcznym głosem. (…)
- Oj! porady, dobrodzieju, porady przyszłam od was szukać.
- I nie omyliliście się, moja kobieto – odpowiedział łagodnie ksiądz Czyżyk. – Ale ja mam tylko jedną poradę. Oto ofiarujcie Bogu wszystkie swoje strapienia. (…) Nieszczęście, jakie przytrafiło się waszemu mężowi, uważajcie jako karę Bożą za ciężki jego grzech pijaństwa i dziękujcie Bogu, że karząc go za życia, może odpuści mu po śmierci.
Rzepowa popatrzyła na księdza swymi czarnymi oczyma, potem podjęła go pod nogi i odeszła cicho, nie rzekłszy ani słowa. (…)



VII. IMOGENA

Po południu, koło godziny piątej, na głównej drodze między chałupami… panna Jadwiga szła na spacer po obiedzie, obok niej zaś kuzyn, pan Wiktor. (…) Biło od tej pary zdrowiem, młodością, wesołością, szczęściem; a przy tym znać było po obojgu owo życie wyższe, świąteczne: życie skrzydlatych polotów nie tylko w świat zewnętrzny, ale w świat myśli, szerszych pragnień, równie szerokich idei, a czasem w złote i promienne szlaki marzeń. (…)

Tymczasem doszli do czworaków, w oknie których mignęły im: kozia bródka, zadarty nos i jasnozielony krawat, a potem zatrzymali się przed ładnym domkiem pokrytym dzikim winem i patrzącym tylnymi oknami na staw. (…) …doszli do wielkiej kałuży, w której leżało kilka świń „słusznie tak nazwanych dla swego niechlujstwa". Żeby tę kałużę obejść, potrzeba było przejść koło chaty Rzepowej; poszli więc tamtędy. Przed wrotami siedziała na pieńku Rzepowa z łokciami opartymi na kolanach
i z twarzą podpartą na ręku. Twarz ta była blada i jakoby skamieniała, oczy czerwone, wejrzenie mętne i utkwione w dal
bez myśli. (…)

- Dobry wieczór, Rzepowa!
Rzepowa wstała i, zbliżywszy się, podjęła pod nogi pannę Jadwigę i pana Wiktora, przy czym rozpłakała się cicho.
- Co to wam, Rzepowa? – spytała panna.
- Oj, jagódko moja złota, o zorzo moja rumiana! Może mi Bóg ciebie zesłał! Przyczyń że ty się za mną, pociecho nasza! (…)
- Cóż ja wam poradzę, moja Rzepowo! Mnie was żal bardzo. Doprawdy… cóż ja mogę wam poradzić. Idźcie zresztą do papy… może papa… No, bądźcie zdrowi, Rzepowo... (…)

…potem zaś panna Jadwiga poszła dalej z panem Wiktorem.
- Niech cię Bóg błogosławi, kwiateczku najpiękniejszy! – zawołała za nią Rzepowa. Panna Jadwiga posmutniała jednak… (…)

- Do dworu? – mówiła sobie tymczasem Rzepowa. – A toć mnie tam najpierw trzeba było iść. Oj! głupia też ze mnie kobieta! (…)



VIII. IMOGENA

We dworze był ganek obrośnięty winem, z widokiem na dziedziniec i topolową drogę. W tym ganku państwo pijali latem kawę
po obiedzie. Siedzieli też tam i teraz, a z nimi razem ksiądz dziekan Ulanowski, ksiądz Czyżyk i rewizor gorzelany Stołbicki. (…)
…wesołość była więc ogólna, gdy nagle przerwał ją cichy, lękliwy głos, z zewnątrz ganku, który rzekł:
- Niech będzie pochwalony!
Pan Skorabiewski zaraz podniósł się, wyszedł przed ganek i spytał:
- A kto tam?
- To ja, Rzepowa.
- Czego?
Rzepowa schyliła się, o ile jej na to dzieciak pozwalał, i podjęła go pod nogi.
- Po ratunek, jaśnie dziedzicu, i po zmiłowanie.
- Moja Rzepowa… - Widzicie przecie, że teraz mam gości. Toć ich dla was nie zostawię.
- Ja zaczekam…
- No to czekajcie. Ja się przecie na dwoje nie rozerwę…

…przyszło jej czekać dość długo. (…) Rzepowa czekała i czekała. Przychodziło jej do głowy, czyby nie wrócić do chałupy
a przyjść później, ale bała się, że potem będzie za późno, przysiadła więc tylko na trawie pod płotem i dała dziecku piersi. (…)
To, że czekała już parę godzin, wydało jej się tak naturalne, że nawet nie zastanawiała się nad tym. Tymczasem państwo wrócili na ganek. Rzepowa widziała przez liście winne, jak panienka nalewała ze srebrnego imbryka „arbatę”, czyli, jak mawiała nieboszczka matka Rzepowej, „taką wodę pachniącą, co ci od niej w calusieńkiej gębie puszy”. Potem pili ją wszyscy, rozmawiali
i śmieli się wesoło. (…)

Nareszcie skończyła się i kolacja... (…) …pan… spojrzał na niebo, chcąc widać wymiarkować, jaka będzie jutro pogoda, nareszcie dojrzał w ciemności bielejącą koszulę Rzepowej.
- A kto tam?
- Rzepowa.
- A, to wy! Gadajcie prędzej, czego chcecie, bo późno.
Rzepowa powtórzyła mu znowu wszystko; pan słuchał i tylko pykał z fajki przez cały czas, a potem rzekł:
- Moi kochani! ja pomógłbym wam chętnie, gdybym mógł, ale dałem sobie słowo, że się w sprawy gminne nie będę wtrącał.
- Dyć ja wiem, jaśnie dziedzicu – rzekła drżącym głosem Rzepowa – ale pomyślałam sobie, że może jaśnie dziedzic ulituje się nade mną…
Głos jej urwał się nagle.
- Wszystko to bardzo dobrze – rzekł pan Skorabiewski - ale co ja mogę zrobić? Ja swojego słowa dla was łamać nie mogę,
a do naczelnika z wami nie będę jeździł, bo on już i tak powiada, że nachodzę go ciągle własnymi sprawami… Wy macie swoją gminę, a jak gmina wam nie poradzi, to do naczelnika znacie drogę tak jak i ja. Cóżem chciał mówić? No! idźcie z Bogiem. (…)




IX. IMOGENA

Rzepa po wyjściu z chlewka poszedł prosto nie do chałupy, ale do karczmy. Wiadomo, że chłop w utrapieniu pije. Z karczmy, powodowany tąż samą myślą, co i Rzepowa, poszedł do pana Skorabiewskiego, i głupstwo zrobił. Człowiek nietrzeźwy nie wie,
co gada. Otóż Rzepa był natarczywy… (…) …z gburowatością, właściwą również prostakom, ozwał się i został wyrzucony
za drzwi. Gdy przyszedł nazad do chałupy, sam powiedział żonie:
- Byłem we dworze.
- I nie wskórałeś nic.
A on pięścią o stół.
- Podpalić by ich, psio-wiary.
- Cichajże, zbereźniku. Co ci tam pan powiedział?
- Odesłał mnie do naczelnika. (…)
- Ono to chyba trzeba iść do Osłowic.
- Pojadę do Osłowic – mówił zaraz wtedy – I pokażę mu, że się bez niego obędzie.
- Nie pojedziesz-że ty, nieboraku mój serdeczny, tylo ja sama. Ty, ino się napijesz, to zara hardo się stawisz, i tylko nieszczęścia przymnożysz. (…)

Koń był przy gospodarstwie potrzebny, więc poszła piechotą i świtaniem, bo do Osłowic było trzy opętane mile. (…) Na świecie stawało się coraz goręcej i pot lał się strumieniem z Rzepowej, ale zbierała nogi, jak mogła, i w godzinę później wchodziła już
do Osłowic. (…) Dopiero jak przyszła na rynek, tak się zlękła. Łatwo było przyjść do Osłowic, ale zabłądzić w Osłowicach jeszcze łatwiej. (…) O komisarza wypytała się łatwo, ale poszedłszy do jego domu, dowiedziała się, że wyjechał do guberni. O naczelniku powiedzieli jej, że go trzeba szukać w powiecie. Ba! a powiat gdzie? Oj! głupia, głupia kobieta. Przecie w Osłowicach, nie gdzie indziej. Szukała tedy w Osłowicach powiatu, szukała; nareszcie patrzy: stoi jakiś pałac… (…)

Zebrała się z duchem i weszła do pałacu. Patrzy znowu: a tam pełno korytarzy, na lewo drzwi, na prawo drzwi, dalej jeszcze
i drzwi, i drzwi, a na każdych jakieś litery. Przeżegnała się Rzepowa i otworzywszy z nieśmiałością i po cichutku pierwsze, znalazła się w jakiejś wielkiej izbie przedzielonej stalami jak kościół. (…) Urzędnik siadł za stołem i zaczął pisać. Wtedy Rzepowa ośmieliła się odezwać:
- Pochwalony Jezus Chrystus!...
- Czego tam?
- Jaśnie naczelniku!...
- Tu jest kasa.
- Jaśnie naczelniku!...
- Tu jest kasa, mówię wam.
- A kaj naczelnik?
Urzędnik pokazał drugim końcem pióra na drzwi:
-Tam.

Rzepowa wyszła znowu na korytarz. Tam? ba! ale gdzie? (…) Siadła koło jakichś drzwi i z cierpliwością prawdziwie chłopską postanowiła siedzieć przy nich, choćby do skończenia świata. „A przecie kto może i zapyta!” – myślała sobie. (…) Wreszcie jednak Bóg zmiłował się nad nią. Z tych drzwi, przy których siedziała, wyszedł stateczny szlachcic, którego czasem w kościele
we Wrzeciądzy widywała; potknął się o nią i pyta:
- Wy tu czego, kobieto, siedzicie? Co?
- Do naczelnika…
- Tu jest komornik, nie naczelnik.
Szlachcic ukazał drzwi w głębi korytarza.
- Tam, gdzie ta zielona tabliczka, co? Ale nie chodźcie do niego teraz, bo zajęty, co? Zaczekajcie tu, on musi tędy przechodzić. (…)

Przyszło jej jednak jeszcze dość długo czekać, aż nareszcie drzwi z zieloną tabliczką otworzyły się z trzaskiem; wyszedł z nich niemłody już wojskowy i szedł przez korytarz, śpiesząc się bardzo. Oj! zaraz można było poznać, że to naczelnik, bo za nim
w dyrdy leciało kilku interesantów, zabiegając mu to z prawej, to z lewej strony, a do uszu Rzepowej doszły wykrzyki: „Panie naczelniku dobrodzieju!” „Słóweczko, panie naczelniku!” „Łaskawy naczelniku!” Ale on nie słuchał i szedł naprzód. Rzepowej
aż zaraz pociemniało w oczach na jego widok. „Dziej się wola Boża!” przemknęło jej w głowie, więc wypadła na środek korytarza
i, klęknąwszy z podniesionymi rękoma, zagrodziła mu drogę. Spojrzał, stanął; cała procesja zatrzymała się przed nią.
- Toż co jest? – spytał.
-Przenoświętsy nacelni…
I nie mogła dalej: zalękła się tak, że głos urwał się jej w gardle; język kołem stanął.
- Czego?
- O! o! ady! ady! wedle… poboru.
- Cóż to? was do wojska chcą? – a? – spytał naczelnik. (…)

Ale Rzepowa do reszty straciła głowę od śmiechu panów, więc poczęła tylko bełkotać bez związku: „Burak! Rzepa! Rzepa!
Burak, o!”
- Musi być pijana! – rzekł jeden z otaczających. (…)
- Jak wytrzeźwiejesz, to sprawę przedstawić gminie, a gmina niech przedstawi mnie.
Poszedł śpiesznie dalej, a interesanci za nim powtarzając: „Panie naczelniku dobrodzieju!”, „Słóweczko, panie naczelniku!”, „Łaskawy naczelniku!” (…)

Korytarze opustoszały; zrobiło się na nich cicho, tylko dzieciak Rzepowej począł wrzeszczeć. Więc rozbudziła się jakoby ze snu, wstała, podniosła dziecko i zaczęła mu pośpiewywać…Potem wyszła z gmachu. Na dworze niebo zawlokło się chmurami:
na krańcach widnokręgu grzmiało. (…)Minęła wreszcie po-reformacki kościół i wyszła daleko w pole, aż nagle zatrzymała się,
bo naprzeciw niej szedł pijany chłop. (…) Ujrzawszy Rzepową stanął, rozłożył ręce i wykrzyknął:

Oj! pójdziewa w żyto!
Boś dobra, kobieto!

I chciał ją złapać wpół, ale Rzepowa zląkłszy się o dziecko i o siebie uskoczyła w bok; chłop za nią, ale że był pijany, więc się przewrócił. Zerwał się wprawdzie zaraz, nie gonił jej jednak, tylko porwawszy kamień rzucił za nią, że aż zawarczało powietrze. Rzepowa poczuła ból w głowie i zamroczyło ją zaraz, toteż przyklękła. Lecz pomyślała sobie tylko jedno słowo: „dziecko”,
i poczęła uciekać dalej. Zatrzymała się dopiero pod krzyżem, a obejrzawszy się spostrzegła, że chłop był już jakie pół wiorsty
i taczając się szedł do miasta. W tej chwili jednak uczuła jakieś dziwne ciepło na szyi; pomacała ręką, a potem spojrzawszy
na palce spostrzegła krew. Pociemniało jej w oczach i odeszła od przytomności. Zbudziła się oparta plecami o krzyż. (…)

…nie darmo to mówią: „Baby i ropuchy nawet siekierą nie zabijesz!” Po godzinie jakiej zwlokła się znowu, choć nogi gięły się
pod nią: poszła dalej. (…) Nagle błysnęło: piorun runął tak blisko, że owionął ją zapach siarki, i aż przysiadła. Ale przyprowadziło ją to do przytomności; krzyknęła: „A słowo stało się ciałem!” (…) Rzepowa weszła do lasu, ale w lesie było jeszcze ciemniej
i straszniej. (…) …deszcz, pomieszany z gradem lunął jak z cebra; uderzył wiatr z taką siła, że aż chojary przygięły się do ziemi; las zasnuło mgłą, parą, falami deszczu; drogi ani dojrzeć, a tu drzewa wiją się po ziemi, a skrzypią i szumią: słychać trzask gałęzi, ciemność. Rzepowa uczuła, że słabnie. (…) Zdjęła z siebie chustę, zdjęła przyjaciółkę, fartuch, rozebrała się prawie do koszuli
i okutała dziecko; potem ujrzawszy w pobliżu brzozę płaczącą, przyczołgała się do niej prawie na czworakach i złożywszy
pod gęstwiną dziecko, sama upadła obok niego.
-Boże! przyjm duszę moją! – wyszeptała z cicha. (…)

Po chwili z daleka dał się słyszeć turkot wozu i chlapanie nóg końskich po kałużach. To Herszek, pachciarz z Wrzeciądzy, sprzedawszy w Osłowicach gęsi, wracał na noc do domu. Ujrzawszy Rzepową zlazł z wozu. (…)




X. ZWYCIĘSTWO GENIUSZU

Herszek z Wrzeciądzy zabrał było Rzepową spod brzozy i wiózł ją do Baraniej Głowy, a po drodze spotkał się z Rzepą, który widząc, że idzie burza, wyjechał z wozem na spotkanie kobiety. Kobieta przeleżała noc i następny dzień, ale drugiego dnia już wstała, bo dzieciak był chory. Przyszły kumy i okadzały go święconymi wiankami, a następnie stara Cisowa, kowalka, zażegnywała chorobę z sitem w ręku i czarną kurą. Jakoż dzieciakowi zaraz pomogło, ale bieda była coraz większa z samym Rzepą, który zalewał się teraz wódką bez miary i już nie można było dojść z nim do ładu. (…)

Gdy Rzepa przychodził do chałupy, czy to pijany, czy trzeźwy, nie mówił do żony ani słowa, ale siadał na skrzynce i patrzył wilkiem w ziemię. Tak siadywał po całych godzinach jak skamieniały. Kobieta kręciła się po izbie, pracowała jak i dawniej,
ale także milczała. (…) Po kilku dniach poczęły chłopu złe jakieś myśli przychodzić do głowy. Poszedł było do spowiedzi
do księdza Czyżyka, ksiądz nie dał mu rozgrzeszenia i kazał przyjść nazajutrz, ale nazajutrz Rzepa zamiast do kościoła, poszedł do karczmy. Ludzie słyszeli, jak po pijanemu mówił, że kiedy mu Pan Bóg nie chce pomóc, to on duszę diabłu zaprzeda, i poczęli się go wystrzegać. (…)

Zdarzyło się, że u Rzepów wyschła studnia. Rzepowa więc poszła po wodę przed karczmę… (…) Aż tu przed karczmą stoi Szmul. Gdy ujrzał Rzepową, wydobył zaraz z gęby porcelanową fajkę, co mu na brodzie wisiała, i zawołał:
- Rzepowa!
Rzepowa zatrzymała się i pyta:
- Czego chcecie? (…)
- Ny, jacy wyście głupi, to już w całej Baraniej Głowie nikogo głupszego nie ma! A wam po co tam było iść?
- A gdzież miałam iść? – rzecze kobieta.
-Gdzie? - odparł Żyd – a na czym ugoda stoi? na papierze: nie ma papieru, nie ma i ugody: podrzeć papier, i basta!
- O moiściewy! – rzecze Rzepowa – żeby ja miała ten papier, dawno bym ja go podarła.
- Ba, a to nie wiecie, że papier u pisarza? No… ja wiem, co wy, Rzepowa, dużo u niego możecie wskórać; on sam mi mówił: niech Rzepowa, powiada, przyjdzie i mnie poprosi, a ja, powiada, papier podrę, i basta!
Rzepowa nie odrzekła nic, tylko schwyciła konewkę za ucho i poszła w stronę murowańca, a tymczasem ściemniło się
na dworze… (…)




X. SKOŃCZONA NIEDOLA

Na niebie zaszedł już Wóz, a weszły Kurki, gdy drzwi skrzypnęły w chacie Rzepów i Rzepowa weszła cicho do izby. Wszedłszy stanęła jak wryta, bo spodziewała się, że Rzepa, jak zwykle, będzie spał w karczmie; tymczasem Rzepa siedział na skrzynce
pod ścianą z pięściami wspartymi o kolana i patrzył w ziemię. Na kominie dogasały węgle.
- Gdzieś była? – spytał ponuro Rzepa. (…)

- Wawrzon! Wawrzon! dla ciebie to ja, dla ciebie! na sromotę się podałam. Oszukał mnie, a potem zwymyślał i wypędził. Wawrzon! ulitujże się choć ty nade mną: mój serdeczny! Wawrzon! Wawrzon! Rzepa wydobył zza skrzyni siekierę.
- Nie – mówił spokojnym głosem – już tobie przyszło na koniec, niebogo! Już ty się pożegnaj z tym światem, bo go nie będziesz widzieć. Już ty nie będziesz, niebogo, w chałupie siedziała, ino będziesz na cmentarzu leżała… już ty… (…)

Rozległo się głuche uderzenie, potem jęk i stuk głowy o podłogę; potem drugie uderzenie, słabszy jęk: potem trzecie uderzenie, czwarte, piąte, szóste. Na podłogę lunął strumień krwi, węgle na kominie przygasły. Drganie przeszło Rzepową od stóp do głowy, potem trup jej wyprężył się nagle i pozostał nieruchomy.

Wkrótce potem szeroka krwawa łuna rozdarła ciemności: paliły się zabudowania dworskie. (…)




EPILOG

…Rzepy nie byliby wzięli do wojska. Taka ugoda, jaką spisano w karczmie, nie była wystarczająca. Ale widzicie, chłopi się
na takich rzeczach nie znają, Inteligencja, dzięki neutralności, także niewiele, więc... pan Zołzikiewicz, który trochę wiedział
o tym, liczył, że w każdym razie sprawa się przewlecze, a strach rzuci kobietę w jego ramiona. I nie przeliczył się ten wielki człowiek. Spytacie, co się z nim stało? Cóż się miało stać? Rzepa, podpaliwszy zabudowania dworskie, poszedł było szukać z kolei zemsty i na nim; ale że na okrzyk: „gore!”, zbudziła się już cała wieś, więc Zołzikiewicz ocalał. (…)

WRZESIEŃ [Anaheim]


["SELIM MIRZA"]
I.

Było to na wiosnę podczas wojny francusko-pruskiej. Belfort oblężony był przez Prusaków, oddział zaś wolnych strzelców,
w którym służyliśmy od pół roku obaj z Selimem, towarzyszem moich lat dziecinnych, kręcił się za ich plecami, bijąc się prawie
co dzień, chwytając posłańców z depeszami, napadając konwoje z żywnością. (…) Nie dawaliśmy spokoju, ale też nie mieliśmy go sami ani we dnie, ani w nocy. Wśród dnia leżeliśmy po największej części w zaroślach, lasach i winnicach, w nocy, zwłaszcza jeżeli zdarzyła się noc ciemna i dżdżysta, wychodziliśmy na łup, podkradaliśmy się pod same obozowiska pruskie, porywaliśmy ludzi
z placówek, tępiliśmy patrole, zasadzaliśmy się w rowach kolei żelaznych na pociągi, lub wyrywaliśmy szyny, psuli telegrafy itp. Nikt nigdy, nawet i rząd Gambetty, nie wiedział, gdzie jesteśmy, co robimy i gdzie się udamy. Byliśmy oddziałem luźnym. (…)

…daleko za nami była Francja walcząca… (…) Bliżej były oddziały pruskie, bawarskie, saskie, my w ich środku. (…) Ludzie nasi zatracili w sobie z wolna wszelkie uczucia ludzkie; nie mogę powiedzieć, żeby się bili dla Francji i za Francję, bili się, żeby się bić. (…) Słowem, był to oddział pod każdym względem wyjątkowy, ale nie był liczny, owszem, topniał coraz bardziej zarówno
przez ciągłe bitwy, jak i przez trudy prawie nadludzkie. (…) Kandydatów nowych brakło, bo taka służba nie nęciła, choć z drugiej strony dawała obfitą nadzieję łupu. (…)

Ja znalazłem się w tym oddziale wypadkowo: namówił mnie do tego Selim. Kiedy wojna rozgorzała i kiedy obaj wybieraliśmy się
z Paryża, ja chciałem wstąpić do armii regularnej, ale Selim rzekł:
- Pójdziemy do La Rochenoire'a.
- Co to za jeden?
- Formuje oddział strzelców.
- Czy go znasz?
- Tak. (…)

Dla Paryża ten młody Tatar o rysach anioła, sile atlety, odwadze lwa i herbowej tarczy rycerza był to kwiat o nie znanej barwie
i woni. (…) Był to tenże sam Selim z lat dziecinnych, tylko podniesiony do potęgi. (…) Jednakże był doskonałym towarzyszem. Serce miał dobre, poczciwe, serce na dłoni, więc pomagał, komu mógł i gdzie mógł, ale w przyjaźń nie wchodził łatwo… (…)

Tymczasem wybuchła wojna. (…) Paryż na chwilę przykląkł, jak buchaj uderzony obuchem między rogi, ale potem podniósł się
i ryknął. Cały zresztą naród zerwał się do obrony. (…) W takich to czasach pewnego wieczora wpadł do mnie Selim z rumieńcami na twarzy i zaiskrzonymi oczyma. Wpadłszy rzucił mi się na szyję.
- Pójdziemy się bić! – zawołał. (…) …odpowiedziałem podobnie Mirzie:
- Tak, będziemy bili, Selimie, aż będzie w piekle słychać.
Potem uściskaliśmy się, a potem zaczęli sprzeczać. Ja chciałem zostać w Paryżu i bić się pod jego murami, Selim pragnął wydostać się z murów i zaciągnąć się do wolnych strzelców. (…) …chciałem zaciągnąć się do jazdy, oddział zaś La Rochenoire'a był pierwszy, ale Selim uparł się - i ustąpiłem. (…)

Puściliśmy się więc w dwa dni później balonem, wioząc ze sobą mnóstwo depesz dla dyktatora. (…) …kiedy dotarliśmy
do ostatnich placówek obozu, balon zniżył się jeszcze bardziej. Teraz i Selim uchwycił za karabin, a oczy zaiskrzyły mu się
jak u wilka. Wytężył wzrok w jedną stronę i po chwili rzekł do mnie:
- Patrz! (…)
…od czarnej ogromnej masy ludzi oderwało się kilkadziesiąt postaci na koniach i poczęło dążyć za nami. (…) Ułani tymczasem sadzili, co koń wyskoczy, ale bez najmniejszego porządku. (…) …oficer… i dwudziestu innych ludzi dotrzymywali nam w biegu doskonale. (…)

…Selim, trzymając się jedną ręką lin, powstał w łódce, drugą zaś zmierzył z karabinu do oficera, jak gdyby strzelał z pistoletu.
- Chybisz – rzekłem.
- Spróbuję.
Rozległ się głucho strzał, któremu zaraz odpowiedział okrzyk wściekłości z dołu. Spojrzałem: oficer nie patrzył już w górę,
ale upadł twarzą na grzywę konia, a wkrótce zwalił się na ziemię. Jednocześnie jednak zniżyliśmy się tak, że lina próbna, jaka zwykle wisi pod balonem, dotykała prawie ziemi. Szczęściem ułani zatrzymali się nad zabitym oficerem, skutkiem czego zdołaliśmy się oddalić od nich na kilkaset kroków. (…)

Ułani spostrzegłszy to, znowu rzucili się w pogoń, ale konie ich pomęczone nie mogły tak długo biec za nami, wkrótce więc zostało ich tylko pięciu, następnie, po kilkunastu minutach, znowu koń pod jednym padł i nie powstał więcej.
- Już tylko czterech – rzekł Selim. (…)
…łódka uderzyła tak silnie o ziemię, że wylecieliśmy wszyscy trzej w trzy różne strony jak z procy. Co gorsza, karabin wypadł mi z ręki, sam zaś upadłem twarzą na kępę. Zerwałem się natychmiast, ale nie zdążyłem jeszcze rzucić okiem za moim karabinem, gdy tuż koło ucha mego rozległo się chrapanie konia i warczenie chorągiewki ułańskiej. (…)

…huknął strzał i jeździec, który już dosięgał mnie lancą, jakby piorunem rażony łypnął oczyma i zwalił się ciężko z siodła.
…Mirza spadając, widocznie nie upuścił swego karabina! Pochwyciłem i ja za mój i spojrzałem naokoło. Teraz Selim był
w niebezpieczeństwie. Dwóch jeźdźców parło na niego… (…) …jeden z jeźdźców brał Selima na cel z pistoletu – pociągnąłem
za cyngiel. Z trzech atakujących nas pozostał jeden, ale o rezultat walki byłem już spokojny. Mirza zbyt biegłym był fechmistrzem na wszelką białą broń, aby ów rezultat mógł być wątpliwy. (…) …czwarty ułan, …ujrzawszy z odległości dwustu kroków rezultat walki, …począł uciekać tak szybko, jak tylko zmęczony biegiem koń mógł nadążyć. (…)

Pan Vaucourt podniósł głowę i podparłszy się obu rękami, nie wstając zresztą, patrzał na mnie osłupiałym wzrokiem, oczom własnym nie wierząc. Stojący obok z końmi Selim śmiał się jak szalony.
- Tak, tak! nie ma już Prusaków – powtórzył. Pan Vaucourt powiódł oczyma po nas, po koniach ułańskich, po ciałach leżących
na łące, potem zaś nagle wpadł w taki paroksyzm radości, że sądziliśmy, iż dostał pomieszania zmysłów. (…)
- To on to wszystko zrobił – rzekłem ukazując na Selima.
- Jak to? ten młody człowiek z twarzą… panienki?
- Nie, nie! to my obaj – odpowiedział Selim. Pan Vaucourt śmiał się, tańczył, wypytywał nas, to znów tańczył, słowem, postradał zmysły. (…)

Tymczasem pociemniało, a wkrótce zrobiła się noc zupełna. Dostaliśmy się na jakąś drożynę, o której nie wiedzieliśmy,
czy nie zawiedzie nas do jakiej wioski, pełnej Prusaków. Trzeba było zachować wszelką ostrożność, bo niebezpieczeństwo
nie minęło jeszcze zupełnie. (…) …Mirza czuwał. Jego ściągnięte brwi oznaczały uwagę, oczyma badał każdy krzak, każdy pień drzewa. Droga stawała się coraz dzikszą, była to raczej jedna z takich leśnych ścieżek, jakie u nas nazywają „ciocinymi dróżkami”. Wreszcie po półgodzinnej jeździe Selim rzekł:
- Trzeba dać odpocząć koniom.
Skręciliśmy na bok i ujechawszy ze sto kroków w las, zsiedliśmy z koni i rozkiełznawszy je, nie puszczając z rąk cugli, pokładliśmy się pod drzewami; milczeliśmy wszyscy trzej, bo byliśmy pomęczeni bardzo; ciszę przerywało tylko chrupanie trawy w zębach końskich. (…)

Z ciemności i głuszy leśnej doszedł nas jakiś dziwny głos; było to coś pośredniego między płaczem dziecka a beczeniem jagnięcia.
- To cap mekcze! – rzekł Mirza.
- Nie, to lelek - odpowiedziałem. (…)
- Ale oto widzę coś białego - szepnął znowu Selim ukazując w ciemny kąt lasu. Spojrzałem, Mirza mylił się, nie było nic
ani białego, ani czarnego.
- Wezmę karabin i pójdę – rzekłem. – Przecież mnie diabeł nie porwie.
Poszedłem. Ale i ja byłem zdania, że najgorsze z niebezpieczeństw jest to, wobec którego nie wiedzieć, czego się trzymać. (…)
Obszedłem kawał lasu naokoło drzewa, pod którym założyliśmy nasz obóz. Głos rozlegał się ciągle naokoło tak, że wreszcie przestał mnie straszyć, a zaczął nudzić.
- Niech cię licho porwie! – rzekłem sobie w duchu i wróciłem pod drzewo. Pod drzewem zastałem tylko pana Vaucourt…
- Gdzie jest Mirza? – spytałem.
- Poszedł na zwia…a… a… dy – odpowiedział kłapiąc zębami Francuz. (…) Upłynęły trzy kwadranse, Selim nie wracał. (…) Włosy na głowie powstały mi z trwogi o Selima. W tej chwili chłopak ten droższy mi był niż wszystko na świecie. Niewiele myśląc podniosłem w górę karabin i dałem ognia. (…)

Po chwili czarna sylwetka ludzka zarysowała się pomiędzy krzakami. Na nieszczęście chmury jednocześnie przykryły księżyc; zrobiło się tak ciemno, że zaledwie mogłem ją rozróżnić. (…) O pięć kroków czarna postać zatrzymała się. Wytężyłem wzrok,
to nie był Selim. (…) Nowoprzybyły postąpił jeszcze dwa kroki. W mgnieniu oka rzuciłem się na niego jak tygrys, a w sekundę później siedziałem mu na piersiach i dusząc rękami za gardło krzyknąłem:
- Milcz i nie ruszaj się, bo zginiesz.
Nowy gość jednak, widocznie obdarzony niepospolitą siłą, rzucał się jak szalony. (…)

…Selim, który już klęczał mu na nogach, a przechyliwszy się przez moje plecy, przyłożył mu błyszczący bagnet do twarzy.
- Jeden ruch więcej, a zginiesz! – zawołał. (…)
- Kto wy jesteście? Czego ode mnie chcecie? Ja nic złego nikomu nie robię. (…)
- Kto ty jesteś?
- Ja nazywam się Mathieu Benoit! albo stary Mathieu, jeżeli się wam tak podoba. (…)

-Otóż, słuchaj. Zaprowadzisz nas do Francuzów taką drogą, na której nie spotkamy Prusaków. (…)
Siedliśmy na konie i pojechali. Stary Mathieu… prowadził nas sobie tylko znanymi ścieżkami. (…)
Była może godzina druga po północy, gdy wreszcie las począł rzednieć i na koniec znaleźliśmy się w wąwozie, którego boki pokryte były żywopłotem. (…) …ujrzeliśmy dachy domów i wieżę kościelną miasteczka, zajętego przez Francuzów. Głośne
„Qui vive?” żołnierza stojącego na placówce, wstrzymało nasz pochód. Musieliśmy jeszcze czekać, póki nie nadszedł patrol, opatrujący warty, potem patrol ten zabrał nas ze sobą i w taki sposób przybyliśmy na miejsce. (…)

Pan generał z zielonymi oczyma i twarzą podobną do głowy ryby, przy tym otyły, pulchny, przedstawiał doskonały typ
nie wojownika, ale smakosza i safanduły. Kilkunastu wyższych oficerów otaczało go w pełnym uszanowania milczeniu. Pan Vaucourt zabrał głos i począł nader wymownie opowiadać wypadki naszej podróży… (…) Oficerowie spoglądali na nas
w milczeniu, po czym, gdy wreszcie pan Vaucourt skończył opowiadanie, generał podniósł się i począł mówić:
- Panowie! Oto przedstawiam wam tego walecznego syna Francji – tu wskazał palcem na pana Vaucourt. (…)

…generał odpiął jeden z krzyżów, które na jego piersiach tworzyły nader liczną konstelację, i mówił dalej:
-Zbliż się, waleczny synu Francji… (…)
Poczciwy zresztą pan Vaucourt począł głośno oświadczać, że krzyż należy się nam nie jemu, skutkiem czego inteligencja generała znalazła się wobec niepodobnego do rozwiązania zagadnienia: czy pan Vaucourt jest więcej waleczny, czy skromny?
Po czym rozeszliśmy się w dwie strony. Tego dnia jeszcze wieczorem Mirza zaprosił oficerów na obiad, na którym rzucał złotem jak książę. Nazajutrz zaś puściliśmy się do la Rochenoire'a. Tak odbył się nasz wyjazd z Paryża. (…)

II.

Aż do departamentu Haute-Sâone jechaliśmy mniej więcej krajem, zajętym przez Francuzów… (…) …pan Vaucourt, odjechał inną drogą do Bordeaux, ale już drugiego dnia podróży przyłączył się do nas niejaki Jean Marx, z pochodzenia Alzatczyk, młody, osiemnastoletni chłopak, który nie bał się niczego na świecie i po jednodniowej znajomości byłby nawet w piekło za nami poszedł. (…)

Wojna wisiała w powietrzu nad całym krajem; wszędzie prawie towarzyszył nam zapach spalenizny. (…) Pewnej nocy zapukaliśmy do chaty, w której okienku błyszczało światło. Przez długi czas nie chciano nam otworzyć, a wreszcie otworzył nam człowiek z twarzą tak podobną do głowy wilka… (…) Wkrótce jednak nadeszło jeszcze czterech podobnych rzezimieszków… (…)

Marx został przy koniach na dworze, Mirza zaś niewiele myśląc, wziął za gardło naszego wilka, przycisnął go do ściany
i przyłożywszy mu pistolet do paszczy rzekł:
- Pomorek na ciebie, piekielne bydle! Wypędź tych urwisów za drzwi, bo i im i tobie we łby postrzelam, jeżeli zaś w nocy coś zginie, będziesz wisiał.
Rzezimieszkowie mruknęli ponuro, jeden z nich oświadczył nawet, że jest z merostwa i hardo pytał nas o paszporty,
w odpowiedzi na co Selim pochwycił szpicrutę i począł okładać ich niemiłosiernie, szczególniej nie szczędząc pleców urzędnika
z merostwa. Noc przeszła nam spokojnie, nazajutrz puściliśmy się w dalszą drogę. …wjechaliśmy teraz w kraj prawie wyłącznie zajęty przez Niemców… Postanowiliśmy koniecznie dostać się do La Rochenoire'a… (…)

Mogę też powiedzieć, że wówczas już we trzech z Marxem i Mirzą rozpoczęliśmy prawdziwą wojnę na własną rękę. (…)
Ale też teraz byliśmy dobrani, jakbyśmy się w korcu maku szukali. (…)

III.

Małą tylko część drogi przebyliśmy kolejkami… (…) Departament Wyższej Saony, w którym krążył La Rochenoire, zajęty był przez Niemców, dlatego dostawszy się w jego granicę, znowu odbywaliśmy podróż lasami i prawie wyłącznie wśród nocy. Dni spędzaliśmy w chmielnikach lub winnicach śpiąc, czyniąc zwiady i obmyślając najbliższe do La Rochenoire'a drogi. Na parę dni przed przybyciem do niego dotarliśmy do wioski zwanej La Mare… (…)
Robiło się już ciemno, słońce zaszło i tylko w powietrzu świeciły rozproszone resztki światła zorzy. (…)

Naraz ujrzeliśmy ciemne sylwetki kilku postaci ludzkich, stojących koło płotu i wiodących półgłośną rozmowę. (…)
- Mer mówił, że znowu przyjdą do nas Prusaki.
- Niech nas święty Hubert od nich strzeże.
Selim wówczas podniósł się z kryjówki i zawołał:
- Hop, hop, ludzie! którędy droga do pana La Grange?
- O, o! – zawołały wystraszone głosy. - A wyście co za jedni?
- Do dziś żołnierze, jutro co Bóg zdarzy! Pokażcie drogę i nie pytajcie.
Jeden z wieśniaków rzekł:
- Ja was zaprowadzę.
Poszliśmy szeroką wioskową aleją. Ciemno w niej było tak, żeśmy nie mogli widzieć jeden drugiego. Po kilkuset krokach zwróciliśmy nagle na prawo. Przed oczyma naszymi ukazał się w dali niewielki kościół, otoczony białym, niskim murem, a bliżej ogromna masa drzew, wśród której połyskiwały oświecone okna. Wieśniak rzekł:
- Tam kościół św. Huberta, a tu mieszka La Grange. (…)
Piękny dom w kształcie szaletu szwajcarskiego stał w środku (…) W przedsionku nie było światła… (…)

Marx zastukał karabinem w podłogę. Wówczas usłyszeliśmy kroki; drzwi przyległego pokoju otworzyły się, jakaś postać kobieca pokazała się… a za nią staruszek z białymi jak mleko włosami. (…)
- Czego robicie tyle hałasu, moi przyjaciele? (…)
- Przypominam się panu! – zawołał pochyliwszy się do jego ucha Mirza. Starzec spojrzał na niego, zebrał się z pamięcią, pomyślał, na koniec rzekł:
- A to wy, hrabio? (…)

Selim przedstawił mnie i Marxa, po czym starzec zaprosił nas dalej, ale musieliśmy się przebrać, bo wyglądaliśmy jak dziady. Służąca wskazała nam osobny pokój. (…) …zeszliśmy na dół. (…) Starzec już czekał na nas koło zastawionego stołu, na którym położono świeże nakrycia, a po chwili jeszcze weszła młoda, piękna panna, wysoka, z przepyszną talią i czarnymi włosami.
La Grange przedstawił ją jako swoją wnuczkę. Ukłoniłem się dość obojętnie, w milczeniu; nagle spostrzegłem coś, co zdziwiło mnie do wysokiego stopnia. Oto panna La Grange, ujrzawszy Mirzę, zbladła jak płótno, a on nie mniej był wzruszony. (…)

Siedliśmy do wieczerzy… Ona unikała jego wzroku, ale spoglądała na niego jakoś dziwnie, gdy na nią nie patrzył. (…) …w końcu wieczerzy dopiero starzec spojrzał nagle w sufit i odezwał się ni w pięć, ni w dziewięć:
- Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, tak to czwartek.
Po wieczerzy Mirza wziął go pod rękę i poszedł z nim rozmawiać do drugiego pokoju. (…) …siadłem bowiem koło panny
La Grange i starałem się ją bawić. (…) Spytałem ją wreszcie, jak dawno zna Mirzę.
Wówczas ożywiła się, ale zamiast odpowiedzieć ona z kolei zaczęła wypytywać mnie, dlaczego przybyliśmy w te strony. Odrzekłem, że mi wszystko jedno, gdzie się bić, ale Mirza uparł się, żeby to było w tym departamencie. (…)

Tymczasem Mirza ze starcem ukazali się z drugiego pokoju. (…) …staruszek zrobił parę gestów naprzód, potem rzekł:
- Będziecie spali w drugim domu… Tylko otworzyć tylne drzwi i zaraz chmielnik… aż do lasu. (…) Na koniec poszliśmy spać. (…) Mirza rzekł:
- Słuchaj, nadeszła chwila, w której muszę ci wyznać i wyjaśnić wszystko…
Tyle też tylko słyszałem z tych wyjaśnień, bo natychmiast usnąłem jak suseł… (…) Koło drugiej rozbudziłem się nagle. (…) Słaby różowy odblask, jakby zorzy, świecił przez szyby. Ale nie była to zorza, była to łuna dalekiego pożaru. (…) Po niejakim czasie zdawało mi się, że strzały się zbliżają, przy tym jeden i drugi wystrzał armatni wstrząsnął szybami, które zadźwięczały żałośnie. (…)

Tymczasem łuna stała się jaśniejszą. Przy jej czerwonym blasku spojrzałem na posłanie Selima: było puste.
Sądziłem, że wyszedł posłuchać, jak idzie bitwa, i wziąwszy, karabin wyszedłem także do ogrodu. (…) Nagle ujrzałem Mirzę
i stanąłem jak wryty. Na ławce, w cieniu krzewów, siedziała panna La Grange, a przed nią klęczał Mirza i pokrywał pocałunkami jej ręce. Świeciły im księżyc i łuna.
- Jedyna moja, jedyna moja! – szeptał namiętnie Mirza. (…)
Pomyślałem jednak, że bitwa może zawadzić o La Mare i że bezpieczeństwo wymaga, abyśmy się mieli na baczności. Cofnąłem się więc za gęstwinę i począłem gwizdać z cicha umówiony między nami sygnał. (…) Jakoż natychmiast zaszeleściły liście,
a po chwili ukazał się Mirza ze świecącymi oczyma i rumieńcami na twarzy, drżący ze wzruszenia. (…)
- Ty widziałeś wszystko?
- Tak.
Umilkł, a po chwili porwał mnie za ramiona.
- To dobrze! – rzekł. – Chodźmy do kwatery, mam z tobą pomówić o wielu rzeczach. (…)

- Teraz słuchaj. W Paryżu, jeszcze przed wojną, poznałem Lidię La Grange i zakochałem się w niej. Ona mi była wzajemną.
Ale potem zerwało się wszystko i wiesz, kto był tego powodem?
- Nie wiem.
- La Rochenoire. (…) La Rochenoire zakochał się w niej także, ale był powszechnie nielubiony, goły przy swoim tytule i zawsze miał złą opinię, wziąłem więc nad nim górę z łatwością. Wówczas wyzwał mnie. Strzelaliśmy się na pistolety. Trzy razy brałem
na cel jego czerep i trzy razy darowałem mu życie. (…) Na rok przed poznaniem Lidii poznałem w Jockey-klubie młodego porucznika marynarki, nazwiskiem Marillac, który od razu dziwną powziął ku mnie sympatię. (…) Po kilku tygodniach wprowadził mnie do siebie i ofiarował swą przyjaźń, a ja – niech mi Bóg przebaczy! - począłem bałamucić jego młodą i śliczną żonę. (…) Poznawszy Lidię, chciałem zerwać z przeszłością… (…) Pani Marillac wiedziała o nowej mojej miłości dla Lidii i wiedziona zazdrością i zemstą, porozumiała się z La Rochenoirem. (…)

Nikczemnik, przez zemstę nade mną, nie wahał się poświęcić i swojej wspólniczki, dał więc znać o schadzce nie tylko Lidii,
ale i Marillacowi. Spodziewał się, że Marillac mnie wyzwie i zabije, był to bowiem najsławniejszy fechmistrz we Francji, z którym nikt nie chciał przyjmować pojedynków. (…) Postanowiłem dać się zabić Marillacowi, ale gdym zobaczył krew, rozbudziła się
we mnie moja nieszczęsna natura i wbiłem mu szpadę w piersi po samą rękojeść. (…) Byłbym się strasznie pomścił
na La Rochenoirze, ale nie wiedziałem, jaką odegrał rolę. (…) Przed wyjazdem oświadczył się Lidii, która w chwili rozpaczy
i zwątpienia przyjęła go. (…) …spotkałem tamtą kobietę. (…) …chorowała na suchoty. Jakoż umarła wkrótce, ale przed śmiercią wyznała mi wszystko. Przysiągłem wtedy, że pomszczę się na La Rochenoirze. (…)

- Co myślisz uczynić?
Mirza drżącymi rękoma oderwał podszewkę swego żołnierskiego kepi i wyjąwszy spod niej jakiś papier, podał mi go mówiąc:
- Czytaj. (…)
Karta, którą trzymałem w ręku, była to ni mniej, ni więcej, jak tylko nominacja Selima Mirzy na dowódcę oddziału
La Rochenoire'a oraz rozkaz oddania pod sąd wojenny tegoż La Rochenoire’a i postąpienia z nim podług wyroku.
- Wytłumacz mi to.
Chwilę jeszcze chodził w milczeniu.

- Dziwi cię nominacja i rozkaz oddania pod sąd dowódcy, który bez wytchnienia bije Niemców? (…) Kazano mi więc działać powolnie, co mi się zresztą nie podoba. Póty szczędzić będę La Rochenoire'a, póki ma za sobą żołnierzy, ale on już i żołnierzom ciąży niezmiernie. On i dla nich również okrutny. Nominacji nie mam pokazywać natychmiast, dopiero po zjednaniu sobie żołnierzy. Gdyby jednak La Rochenoire wydał rozkaz, aby mnie rozstrzelać natychmiast, wówczas palnę mu w łeb i pokażę nominację. (…)
- Słuchaj! – rzekłem wówczas żywo. – Chcesz się mścić, to się mścij, ale mi się droga twoja nie podoba. Rozumiałbym, gdybyś przyjechał i po prostu palnął w łeb La Rochenoirowi, ale ty chcesz i musisz zyskać pierwej jego zaufanie, a potem zdradzić je. (…)
- Pomyśleć, co on mi zrobił! pomyśleć, że Lidia jest jego narzeczoną!... (…)

Po chwili rzekł:
- A zatem idziesz ze mną czy nie?
- Idę. (…)
- W każdym razie – mówił – nie pójdziemy razem do obozu, aby nie ściągnąć podejrzeń. Ja muszę tam być pierwej. Następnie przyjedziecie ty i Marx. Będziemy udawali, że się nie znamy. To was na wszelki wypadek zasłoni przed jego zemstą. (…)
- Kiedyż pójdziesz? – pytałem.
- Jak tylko rozednieje. Wy zostańcie tutaj przez parę dni. (…)
- Bądź dobry dla Lidii. Ja ją kocham, bardzo kocham. (…)
- Idę.
- Dokąd?
-Powiedzieć jej ostatnie: „bądź zdrowa!”. Biedactwo czeka jeszcze na mnie. (…)

Dniało coraz bardziej. Noc pierzchła. W La Mare poczęły piać koguty, a jeden podawał głos drugiemu. Podszedłem do otwartego okna, aby spojrzeć na widnokrąg, i nagle ujrzałem mdły krążek światła latarki. (…) Po chwili mały chłopak z kudłatą czupryną, bez czapki, dobiegł aż do naszej kwatery, podniósł latarkę i ujrzawszy mnie stojącego w oknie, zawołał zdyszanym głosem: (…)
- Prusacy wchodzą do wioski.
- Zgaś latarkę i zmykaj – rzekłem cicho. Rozbudziłem Marxa, potem wyszedłem przed sień i zagwizdałem znowu:
„Dzieci zbierajcie się!” etc.
Mirza pojawił się natychmiast.
- Hop! hop! – zawołał.
- Niemcy w La Mare!

Weszliśmy prosto w chmielnik, który ciągnął się aż do lasu. Nie potrzebowaliśmy zresztą odchodzić zbyt daleko. (…) Słuchaliśmy w milczeniu. Flegmatyczny Marx pobladł ze złości i szeptał przez zaciśnięte zęby swoim łamanym językiem: „c'est pien! nous ferrons!” Mirza oddał się także całkowicie chwili. (…) Był to jednak widocznie tylko przemarsz wojsk, bo stopniowo wrzawa, tętent i pieśń oddalały się coraz bardziej… (…) Wreszcie ucichło wszystko.
- Przeszli – szepnął Selim.
- Przeszli.
-Trzeba i mnie iść. Wy wracajcie do La Mare.
Żegnaliśmy się długo i serdecznie. (…)

IV.

We trzy dni później, wieczorem, zbliżaliśmy się do obozu. (…) …prowadził nas chłop, który był szpiegiem La Rochenoire'a, a jednocześnie udawał, że jest szpiegiem pruskim, za co od Prusaków brał pieniądze. Zwał się Hugon. (…) Obóz leżał w gęstwinie leśnej, wśród powywracanych przez burzę drzew. (…) Gdy weszliśmy do obozu, był zachód słońca. (…) Tymczasem wprowadzono nas między wielkie drzewa, spod których dochodziły uszu naszych jakieś bolesne wrzaski. Gdym zbliżywszy się spojrzał tam,
od razu ciężki kamień spadł mi z piersi; pierwszą bowiem osobą, na którą padł mój wzrok, był Mirza. Ubrany w oficerski mundur adiutanta, rozmawiał poufale z jakimś małym człowieczkiem o kręconych blond włosach, księżej minie i wyżółkłej twarzy,
w którym domyślałem się La Rochenoire'a. (…)

Mirza spojrzał na nas przelotnym, obojętnym wzrokiem, po czym odwrócił się, jakby nas nie znał nigdy, i począł palcem otrząsać popiół z cygara. La Rochenoire i Simon także nie zwrócili na nas zrazu uwagi,… (…) Oficer patrolowy zameldował o naszym przybyciu La Rochenoirowi. (…) Touvenir wskazał nam kupę słomy, mówiąc:
- Spocznijcie!
Tak odbyła się nasza instalacja do obozu. (…)
Od czasu przybycia do obozu widywałem Mirzę codziennie, ale nie zamieniłem z nim ani słowa. Nie umiałem sobie wytłumaczyć jego stosunku do La Rochenoire'a. Skąd taka przyjaźń? Selim był jego adiutantem, skądże ta nagła, a niespodziewana nominacja? (…)

Nie mogłem usnąć, ale po niejakim czasie czułem się jakby odurzony. (…) Nagle przeraźliwy odgłos świstawki rozbudził wszystkich. (…) Wkrótce ukazał się La Rochenoire… (…) Po chwili rozległa się głośna komenda, szeregi złamały się na dwoje… Połowa oddziału pod wodzą La Rochenoire'a i Mirzy poszła w prawo; druga połowa, a w niej ja i Marx, udała się pod rozkazami Simona wprost przed siebie. (…) Las się wkrótce skończył. Na horyzoncie nocnym zarysowało się wzgórze, na nim wiatrak, a dalej do trzydziestu chat, ku którym poczęliśmy się skradać. (…)

Głośne „Wer da?” rozległo się w ciszy, a natychmiast huknął strzał, rozdarłszy czerwonym światłem powietrze. Wówczas wydaliśmy okrzyk i rzuciliśmy się w największym pędzie na chałupy, z których wraz poczęły się sypać strzały. Zawrzała bitwa. (…) Jakiś wysoki chłop uchwycił Marxa za gardło i upadł z nim razem na podłogę, ale Marx, silny jak buhaj, w jednej sekundzie był już na wierzchu, ukląkł mu na piersiach i począł tłuc strasznie jego głową o ceglaną podłogę. (…)

Chciałem wówczas pospieszyć Marxowi na ratunek, ale w tej chwili otrzymałem uderzenie kolbą w piersi i padłem jak długi
na ziemię tuż obok komina, na którym paliło się ognisko. Jak długo leżałem, nie wiem. Gdym przyszedł do siebie, nie mogłem się
z początku poruszyć. W chacie było cicho. (…) Wzrok mój padł naprzód na sympatyczną twarz Mirzy, schyloną nade mną troskliwie.
- To ty? – spytałem.
-To ja – odparł wesoło. – Narobiłeś mi strachu, ale ci nic nie jest.
Istotnie, czułem się zdrów zupełnie. (…)

- Wytłumacz mi, co to wszystko znaczy.
Mirza począł się śmiać. (…)
- (…) Gdym przybył do obozu, wpatrywał się we mnie swymi siwymi oczyma, jakby wilk wpatrywał się w kozę, która by go przyszła prosić o nocleg w jego jamie. Ale ja rzekłem, że przychodzę po prostu bić się, a że on najlepiej się bije, więc do niego; wietrzył coś i śmiał się ze mnie jak z głupca. Już zwrócił się do Simona, by mu wydać na moją skórę rozkazy, ale widocznie pomyślał w tej chwili, że rozstrzelać mnie, to znaczy osobiście zadrzeć z dyktatorem i innymi rządowymi figurami. Przyszło mu zapewne na myśl, że w pierwszej bitwie pozbędzie się mnie gładziej. (…)

- Grasz grę niebezpieczną.
- Rozumiem to, ale jestem spokojny. (…)
- Gram grę niebezpieczną, ale ją wygram, bo znam wszystkie jego karty, co do jednej, a moje dla niego zakryte. (…)
Dalszą rozmowę przerwało nam wejście znanego mi już oficera Touvenira.
- Rozkaz od dowódcy! – rzekł. Mirza rzucił okiem na podany papier i rzekł:
- Dobrze.
W godzinę później pomaszerowaliśmy do La Rochenoire'a. (…)

V.

W nocy nastąpiło połączenie się oddziałów; nazajutrz zaś w południe biliśmy się znowu, a raczej napadliśmy na konwój, prowadzący rannych i wytępiliśmy go do szczętu. Wówczas to zaczęło się to życie nadludzkich prawie trudów i wysileń, niepodobnych do wiary marszów, głodu, bezsennych nocy, ustawicznych pościgów, zasadzek i wzajemnego wytępiania się
bez przystanku. (…) Nigdy też świetny talent wojskowy La Rochenoire'a nie błyszczał tak potężnie jak w owych trudnych czasach. (…) Nie szczędził ludzi, był bez miłosierdzia dla żołnierzy, bywał często do wysokiego stopnia okrutny tak dla nich,
jak i dla wieśniaków, ale też nie szczędził i siebie. (…) Z takim to człowiekiem zwarł się na śmierć i życie Mirza. Byłem prawie pewnym z początku, że w tej walce padnie, ale przekonywałem się coraz dotykalniej, że i Mirza był to ptak również niebezpieczny. (…)

Na koniec jednak, po miesiącu owej gry w ślepą babkę po lasach z Niemcami, położenie nasze stało się rozpaczliwym. (…)
…na radzie wojennej postanowiono się rozdzielić. Jedną połowę miał prowadzić Mirza, drugą La Rochenoire. (…) Od tej pory Mirza począł działać prawie na własny rachunek. (…) W ten sposób upłynęło nam ze dwa tygodnie. (…)

Wieczorem… przyleciał od La Rochenoire'a oficer z rozkazem, żeby Mirza natychmiast maszerował do głównej kwatery. Pamiętam tę chwilę, jak dziś. Było to w merostwie Deux-Ponts. Oficer stał we drzwiach, trzymając palce przy daszku kepi, Selim zaś siedział przy stole, odczytując powoli rozkaz. (…) Nagle wstał, zbliżył się do oficera i, podarłszy w jego oczach rozkaz, cisnął go na ziemię.
- Powiedz pan La Rochenoirowi, że idę do La Mare! – rzekł zimno. Oficer skłonił się i wyszedł. Wówczas Mirza zwrócił się do mnie:
- Proszę zwołać wszystkich oficerów oddziału.
W kilka minut potem sprowadziłem wszystkich kolegów. Mirza podał im spokojnie swoją nominację, mówiąc:
- Zechciejcie panowie odczytać głośno ten dokument.
Jeden z oficerów odczytał głośno rozkaz dyktatora. Mirza podczas czytania stał dumny i zimny. Zapadło głuche milczenie.

- Panowie! – rzekł Selim. – Z oddziału rozbójniczego, wyjętego spod praw, stajecie się znowu żołnierzami rzeczypospolitej. Wasze męstwo, okazane w różnych bitwach, skłoniło prawy rząd do pobłażania. Mam prawo karać, ale wolę przebaczyć. Tym z was, którym by nie podobało się moje postępowanie od czasu przybycia do obozu, oświadczam, że postępowałem według instrukcji
i że wreszcie nie potrzebuję się tłumaczyć przed wami. Dodaję przy tym, że każę natychmiast rozstrzelać każdego, kto okaże najmniejsze nieposłuszeństwo.
Ani jeden głos protestacji nie przerwał tej energicznej przemowy. Po niejakiej chwili najstarszy z oficerów, szpakowaty już zupełnie mąż, rodem Włoch, a nazwiskiem Michaelis, pierwszy wyprostował się jak trzcina, przyłożył palce do skroni i rzekł:
- Czekamy na rozkazy.
- Ogłosić żołnierzom zmianę dowódcy. (…)

W godzinę później pomaszerowaliśmy do La Mare. (…)

VI.

Przyszliśmy tam już późną nocą. Nie zastaliśmy w domu ani pana La Grange, ani Lidii. (…) Widziałem, jak złe wrażenie uczyniła
na Selimie niespodziana nieobecność Lidii. (…) Sama jednak bytność w domu Lidii zdawała się na Mirzę wpływać korzystnie. (…) Zaszliśmy naprzód do pokoju Lidii. (…) …zostawiłem go z jego wspomnieniami, sam zaś poszedłem do oficerów, którzy kładli się w sali jadalnej, popijając wino i paląc fajki. Przed udaniem się na spoczynek, wziąwszy patrol, poszedłem jeszcze pozmieniać straże. (…) Wróciłem od strony ogrodu. Okna pokoju Lidii były oświecone. Widocznie Selim jeszcze w nim siedział.
Myślałem, że złapię go na marzeniach, ale zastałem go schylonego nad mapą.
– Niemcy są o dzień drogi stąd – rzekł do mnie. – Stoją w dość znacznej sile, ale pojutrze napadnę na nich. (…)

Nazajutrz cały ranek zszedł mu na wydawaniu rozkazów. Spodziewał się bitwy. (…)
Była godzina trzecia, siedzieliśmy przy obiedzie, gdy drzwi nagle otworzyły się i wszedł La Rochenoire. (…)
- Przesłałem panu wczoraj rozkaz – mówił z cicha.
- A ja nie uznałem za stosowne go posłuchać. (…)
- Aresztuję pana! – wyrzekł spokojnie do Mirzy. Mirza ruszył ramionami i odwróciwszy się rzekł:
- Michaelis! wziąć tego szaleńca.
W tej chwili w nie zamkniętych drzwiach ukazał się adiutant na czele czterech żołnierzy. Żołnierze podeszli automatycznymi ruchami do La Rochenoire'a i stanęli w milczeniu po obu jego stronach.
- W imieniu Rzeczypospolitej jesteś pan aresztowany – rzekł adiutant. Wówczas ten mały człowieczek w mgnieniu oka skurczył się w sobie i twarz mu pociemniała. W jednej chwili domyślił się wszystkiego: i zemsty Mirzy, i dróg Mirzy. Poznał, że wpadł
w straszną zasadzkę, z której było wyjście tylko do grobu. (…)

- Wyprowadzić go – rzekł Mirza. Miarowe kroki żołnierzy odezwały się złowrogo. Odprowadzono La Rochenoire'a do tego domu,
w którym nocowaliśmy za pierwszej bytności w La Mare. (…) Sąd wojenny zebrał się. Sędziami byli: Michaelis, Marx i ja. Mirza
z obowiązku musiał prezydować. Touvenir pełnił obowiązki sekretarza. Wprowadzono La Rochenoire'a. (…) Gdy po odczytaniu zarzutów, z których jeden tylko byłby dostatecznym, aby skazać go na śmierć, Mirza spytał go, co ma na swoje usprawiedliwienie, ruszył tylko ramionami. (…) La Rochenoire skazany został na śmierć. Wypadło mi pójść ogłosić mu wyrok. Czyniłem to z największą przykrością. Niespodziewanie przyjął mnie nie tylko spokojnie, ale nawet z grzecznością.
Gdy po spełnieniu swego smutnego posłannictwa zabierałem się do odejścia rzekł:
- Wiedziałem, że pan będziesz głosował przeciw śmierci. Gdyby głos twój przeważył, uczyniłbyś mi największą krzywdę. (…)

Po czym wróciłem do głównej kwatery, ale nie było mi przeznaczonym spocząć tej nocy. Ponieważ wyrok miał być wykonany wobec wszystkich żołnierzy La Rochenoire'a, dostałem więc rozkaz sprowadzenia tej części oddziału, która pozostawała dotąd tam, gdzie ją La Rochenoire zostawił. (…) Wziąłem więc kilkunastu żołnierzy z jazdy Corbeau i puściłem się w drogę. Zaraz
za La Mare żołnierze dostrzegli koło kościoła jakiegoś człowieka, który chciał się ukryć w złamach muru cmentarnego. Schwytali go i przyprowadzili do mnie. Poznałem naszego dawnego przewodnika Hugona. (…) Jakieś podejrzenie mignęło mi w głowie.
- Widziałeś La Rochenoire'a? – spytałem.
- Tam pełno żołnierzy, proszę waszej wielmożności. Nikogo nie puszczają. A to myślę: prześpię się na cmentarzu. Dziś człowiek żyje, jutro go tam położą. (…) Nie wiem, jakim cudem wieść o losie La Rochenoire'a przybyła do oddziału przede mną. Oficerowie
i żołnierze przyjęli mnie w głuchym milczeniu. (…)

Wydałem rozkaz wymarszu i ruszyliśmy natychmiast. (…) Zbliżaliśmy się do La Mare głęboką nocą i w zupełnym porządku. (…) Od strony wioski nie dochodził najmniejszy szmer, ciemno było w niej zupełnie. (…) Byliśmy już niedaleko kościoła. Mój podoficer podjechał do mnie. (…)
- Panie, tu coś zaszło. Szyby w kościele powybijane. (…) Tu musieli się chyba bić – szeptał podoficer. (…) Nagle kopyto mego konia uderzyło o jakiś twardy przedmiot, który odezwał się głuchym echem. (…) Żołnierz zsiadł z konia, schylił się i podał mi pikielhaubę pruską. Było więc rzeczą pewną, że Mirza bił się podczas mojej niebytności i po bitwie musiał wymaszerować dalej. (…) Miejscami grunt na przestrzeni kilkudziesięciu łokci pokryty był jak śniegiem szczątkami tektury z ładunków; dalej leżały same pruskie trupy, dalej same francuskie, jeszcze dalej jedne i drugie razem, poprzewracane na wznak i na twarz, często wsparte na sobie głowami lub piersiami. (…)

Wstrzymałem pochód znakiem ręki, sam zaś z moimi ludźmi, omijając trupy, coraz gęściej leżące na drodze, pocwałowałem dalej. W minutę później szalet zarysował się przed nami: okna jednego pokoju były oświecone i otwarte na roścież, również otwarte drzwi do sieni. Wszedłem pośpiesznie. W pierwszym pokoju było pusto i ciemno, z następnej sali dochodziło światło przez szpary we drzwiach. Otworzyłem drzwi i stanąłem jak wryty. Na środku stała niska sofa bez poręczy, a na niej leżał umarły przykryty prześcieradłem, przez które rysował się jego nieruchomy profil. W głowie zmarłego stały dwie świece kościelne.
Przy jego nogach klęczała czarno ubrana kobieta, z czołem opartym o brzeg sofy i z zaciśniętymi nad głową rękoma.
Gdym wszedł, podniosła się. Poznałem Lidię. (…) Zbliżyłem się szybko do nieboszczyka i podniosłem zasłonę. (…) Żółte światło świec padło na zsiniałą twarz ze wzdętymi ustami, wykrzywioną, okropną. Była to twarz… Selima Mirzy. (…)

VII.

Nazajutrz rano przeprowadziłem śledztwo, z którego okazało się, co następuje: La Rochenoire porozumiał się istotnie
z Hugonem, któremu wydał rozkaz zawiadomienia Prusaków o postoju Mirzy w La Mare. Hugon podprowadził ich chmielnikami
tak zręcznie, że placówki dały dopiero wówczas ognia, kiedy oddział całkowicie był otoczony. Rozpoczęła się bitwa. Mirza poległ
z samego jej początku. (…)

W rok potem, już po wojnie, dowiedziałem się o jego pobycie w Wenecji. Odziedziczył znaczny majątek w Bretanii, ożenił się i żył spokojnie. Nie mogłem sprawdzić, czy żoną jego była Lidia La Grange. (…)



PAŹDZIERNIK – LISTOPAD [Anaheim]


["SZKICE WĘGLEM" cz. II] [utwór nieznany]

DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU - 1876. [San Francisco (?) - Anaheim]


["PRZED ŚLUBEM"] […komedia w 5 aktach przez Kazimierza Zalewskiego]
Łowiectwo na posagi ma swoją przeciwwagę w łowieniu przez panny, matki panien i ciotki panien – majętnych kawalerów. Ludzie mówią, że panna robi partię tylko wówczas, gdy wychodzi za człowieka mającego prócz środków utrzymania, jakie zdobywa przez pracę, prócz uczciwości, serca i charakteru, jeszcze majątek stały, odziedziczony i od osoby swe niezależny. (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]