Dom buduje się mądrością, a umacnia się go roztropnością. [Przyp. 24; 3]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1877



MARZEC – KWIECIEŃ [Sebastopol - Haywood]


["DRAMAT AMERYKAŃSKI"]
Fragment odnaleziony w 1954 r.

MAJ [?] [San Francisco]


["Z DRUGIEJ PÓŁKULI". LIST LITWOSA]
(…) Rozpalam je (ognisko) co noc w tutejszych lasach samotnych i bezludnych. Obecnie bawię w San Fr(ancisco), dokąd przyjechałem z Alameda C. (stan Alameda w Kalifornii), a w Alameda C. siedziałem w górach, nie widując czasem po tygodniu twarzy ludzkiej, polując, zwiedzając jeziora i żyjąc w szałasie, który sam sobie zbudowałem. Takie życie ma dla mnie niewyczerpany urok, ale możliwe jest tylko w kraju tak ślicznym, ciepłym i tak obfitującym w zwierzynę jak Cal(ifornia). (…)

Bezpieczeństwo wszędzie wielkie. Nikt nic nie kradnie. W miastach panują prawa U.S. (United States – Stanów Zjednoczonych) – poza dystryktem miast lynch, nigdy zresztą prawie nie stosowany. (…)

Wyuczyłem się tu wiele rzeczy dawniej mi nie znanych… wybornie strzelać, gotować, rozniecać ogień i przede wszystkim dawać sobie rady bez ceremonii zawsze i wszędzie. Pozbyłem się wielu pretensji i przesądów, zyskałem trochę inny i szerszy pogląd
na świat i wreszcie zakochałem się w takim życiu; wiele, wiele jest tu stron pysznych. (…)

W małych miasteczkach i wsiach, stanowiących zdrowe jądro społeczne, ludzie są prości, uczciwi, rzadko Niemcy, najczęściej rodowici Amerykanie. (…)

…Pytacie, czy wrócę? Tak! wrócę, ale nie inaczej jak przez Pacyfik, tj. naokoło ziemi… Ale już tak żyłka Żyda-tułacza rozwinęła się we mnie, że wrócę może tylko po to, aby (po pewnym czasie)… ruszyć znowu w świat, np. na wyspę Borneo lub do Afryki. (…)


SIERPIEŃ [San Francisco]


["ARTYKUŁ ANGIELSKI O POLSCE"] [nieznany]

SIERPIEŃ - 21.


[„WYSTĄPIENIE PANI HELENY MODRZEJEWSKIEJ NA SCENIE ANGIELSKIEJ W SAN FRANCISCO, CAL. DNIA 20 SIERPNIA 1877 R.”, KORESPONDENCJA LITWOSA]
Fragmenty korespondencji zamieszczono w zakładce "Kalendarium" - "Rok 1877 r.", traktując je jako relację pisarza z pobytu w San Francisco podczas występów teatralnych Heleny Modrzejewskiej. Poniżej znajdują się fragmenty opisujące artystkę.
(…) Szlachetna artystka, nie zapominająca nawet za Oceanem uczuć rodzinnych, postanowiła nie tylko tu, ale we wszystkich miastach amerykańskich grać jedną rolę po polsku. (…) Obecnie artystka ta, nie przestając być polską artystką, stała się także artystką całego świata, jak Siemiradzki i Matejko. (…)

…wszystkie dzienniki zachwycają się językiem i wymową naszej artystki, wszystkie opowiadają jak o cudzie o tym, że wyuczyła się tak mówić i wymawiać od ośmiu miesięcy, a na koniec wszystkie wyznają, że, jeśli jest jeszcze pewien mały odcień w jej akcencie, powinna wszelkimi siłami starać się go utrzymać, odcień ten bowiem to wcielony wdzięk, wcielona słodycz
i niedościgniona doskonałość, do której dążyć powinny miejscowe amerykańskie artystki. (…)

Najznakomitsze osoby w mieście nie wyłączając gubernatora, stanowego senatora, deputowanych i szeryfa złożyły swe karty
u drzwi artystki. Kluby przesłały jej odezwy z dziękczynieniami. Kalifornijskim uczuciom patriotycznym pochlebia to istotnie
do najwyższego stopnia, że artystka zaczęła występy tu, a nie gdzie indziej. Dziś już poczynają ją nazywać „naszą” i wszystkie prawie oświadczają zgodnie z tym, co powiedziałem, że przestała już być tylko polską, a stała się artystką świata, że talent jej wyższy nad wszystkie języki, etc. etc. (…)

A jednak trudno wypowiedzieć, przez jakie głębokie troski musiała przechodzić artystka, zanim przyprowadziła wystąpienie
do skutku. Pozbawiona zupełnie pomocy z kraju i obarczona troskami arcypowszedniej natury, jak sama mówiła mi potem, prawie uginała się czasem pod brzemieniem. Nikt tu o niej nie słyszał. Z początku w teatrze patrzono na nią jak na debiutantkę. (…)
…jakiej żelaznej organizacji moralnej, jakiej siły duszy i prawdziwego geniuszu trzeba było, aby te trudności zwyciężyć; z drugiej, aby z wami pożałować, że nadesłano artystce przedwcześnie dymisję. Gdyby w swoim czasie nadesłano zamiast dymisji zaproszenie do powrotu, wiem to z pewnością, że artystka wróciłaby niechybnie. Wystąpienie na tutejszych scenach nie leżało
w pierwotnych jej zamiarach, chwyciła się zaś planu tego dopiero wtedy, gdy nie miała przed sobą wyboru. (…)

Jak dalece trudno jej rozstać się z myślą o polskiej scenie, świadczą jej słowa, które wypowiedziała do mnie obecnie, chociaż otoczona już niezmiernym blaskiem i mająca przed sobą sławę, bogactwa i stokroć szersze horyzonty artystyczne. „Proszę napisać do Warszawy (rzekła), że gdziekolwiek będę, w każdym mieście, tak w Ameryce jak w Anglii, będę grała Ofelię
po polsku.” A potem prawie ze łzami w oczach dodała: „I w Warszawie muszę, muszę grać choć raz jeszcze jeden w życiu.” (…)

WRZESIEŃ [San Fracisco]


["KORESPONDENCJA LITWOSA" (o Modrzejewskiej)]
(…) W zeszłym liście doniosłem wam o zamiarze naszej znakomitej artystki wystąpienia w roli Ofelii po polsku. Otóż zamiar ten przyszedł już do skutku. (…) …było tym bardziej wzruszające, że zgromadzili się na nie wszyscy Polacy i wszyscy Żydzi polscy zamieszkali w San Francisco. Ludzie ci dawno, dawno już nie słyszeli rodowitego języka w miejscu publicznym, nic więc dziwnego, że słuchali go z nieopisanym rozrzewnieniem. Ileż to wspomnień dawnych, drogich, a zatartych już stanęło żywo w pamięci tych słuchaczów. Czas przesłania przeszłe lata, dawne wspomnienia i dawno niewidziane twarze niby mgłą, niby tumanem, z początku przezroczystym, potem coraz gęstszym, ciemniejszym. Po każdym upłynionym roku widzisz je coraz niewyraźniej, coraz mętniej, a potem to już jakby cienie błąkające się po Polach Elizejskich.

Nagle przed słowami natchnionych ust ta mgła niepamięci pierzchnęła i wszystko, co przeszło, stanęło, jak żywe, teraźniejsze
i obecne w oczach i sercach słuchaczów. Była to dla każdego jakby czarowna wizja, jakby wrócone lata młodości, jakby mała przelotna chwila wiosny z mrukiem rodzinnych strumieni, z szelestem rodzinnych drzew, ze śpiewaniem naszych szarych skowronków i z odgłosami fujarek pastuszych. Każdy też słuchał wstrzymując łzy. Dźwięczny, przeczysty język nasz brzmiał wśród ciszy teatralnej obok chrapliwych dźwięków angielskich jak anielska muzyka; opanował je, zwyciężył; doszedł wszędzie
i podbił serca wszystkich słuchaczów. Dziennik „The Mail” napisał nazajutrz, że nigdy amerykańskie uszy nie słyszały słodszych dźwięków. (…)

Na trzeci dzień po pierwszym przedstawieniu Julietty wypadał właśnie benefis pani Heleny. (…) Po scenie balkonowej reprezentanci prasy podali naszej artystce adres drukowany na białym atłasie i przepyszny kosz kwiatów. (…)

Adres ułożony był wierszem, brzmiał zaś, jak następuje
(tekst angielski pominięto, podając jedynie jego tłumaczenie): (…)

Nie obwoływana przez stugębne wieści,
Przybyłaś do nas tylko jako piękna cudzoziemka,
Więc zwykłym tylko przyjęliśmy cię początkowo powitaniem.
Okazaliśmy ci naszą sympatię nie jako artystce, którą lud nasz zna,
Ale patrzyliśmy na ciebie tylko jako na nowicjuszkę.

Patrz, jaka zmiana teraz! Od owej pamiętnej nocy
Tylko twój cudowny talent pozostaje na widowni.
Pomimo kajdan obcego ci języka,
Zazdrością otoczyliśmy już twój nieporównany talent.
Zachwyceni, wyznajemy twe zwycięstwo tym większe, że nieprzewidziane.
Więc zachowaj teraz twój kraj w pamięci,
Ale Ameryka ogłasza cię już za swoją własność
.


W tych dniach zostanie zapewne podpisany przez panią Helenę kontrakt, na mocy którego obowiązuje się grać przez rok
we wszystkich znakomitszych miastach amerykańskich. (…) Początkowo kontrakt miał być zawarty na lat dwa. Ofiarowano nawet artystce jeszcze lepsze warunki, byle pozwoliła na takie przedłużenie terminu, na co się jednak zgodzić nie chciała,
po roku bowiem pragnie wrócić na pewien czas do Warszawy i wystąpić na polskiej scenie, do której, chociaż powiedziano jej tu: „America now claims for her own” (Ameryka uważa cię także za swoją wyłącznie własność) polska artystka tęskni z całej duszy. (…)


WRZESIEŃ – 09. [San Francisco]


["LIST LITWOSA"]
(…) Obecnie znowu bawię w San Francisco, gdzie przyjechałem umyślnie na występy pani M. z Maripozy. Przed wyjazdem
do Maripozy trafiło mi się kilka awantur. Najprzód były tu – jak i w całej Ameryce – „strajki” robotników kolejowych, którym zmniejszono płacę dzienną. Widziałem nader burzliwe meetingi, na których strzelano w rewolwerów do siebie, bito się na cegły, pięście i kije. Mało się nie oberwało i mnie. Potem w moich oczach jakiś Hangs, konsul Gwatemali, zabił niejakiego pana Leslie (być może, że inaczej się pisze). Należałem do liczby tych, którzy złapali za kark zabójcę i odbierali mu rewolwer. Żałowałem następnie bardzo, że nie wsadzili mnie jako świadka do kozy, bo tu świadków czasem sadzają do kozy, aby ich usunąć
spod wpływów rodziny oskarżonego, ale za to płacą pięć dolarów dziennie (nie wiem, czy i w Kalifornii) czyli sumę, jakiej zapewne żaden literat na dzień nie zarabia. (…)

Chcecie wiedzieć, jakie są moje zamiary w tej chwili? Oto, jak mi przypłynie przez wodę i przyjedzie przez ziemię trochę pieniędzy, na które czekam jak oblubieniec na oblubienicę, wówczas sakum pakum i przez Panamę, jako najtańszą drogę,
a pod pokładem, jako najtańszym sposobem, puszczę się z powrotem do Warszawy. W Warszawie mam zamiar powiedzieć kilka odczytów, zebrać coś grosza i znowu puścić się w świat – i znowu pisywać Listy z podróży – i tak ciągle, dopóki nie przyjdzie się wybrać w najmniej kosztowną, ale najdłuższą, to jest na tamten świat. (…)

Amerykanin przyjaciela uważa tak jak brata, na jego sprawy patrzy po prostu jak na swoje. (…)


LISTOPAD - GRUDZIEŃ [San Francisco]


["OSADY POLSKIE W STANACH ZJEDNOCZONYCH"]
(…) …ludność… czysto polska nie wynosi, według prawdopodobieństwa, więcej jak 70 – 90 tysięcy głów razem. (…) Głównym ogniskiem Polaków jest Chicago, położone w Illinois (czyt. Illinois, nie Illinua), nad brzegami olbrzymiego jeziora Michigan.
W mieście tym, liczącym przeszło pół miliona mieszkańców, ma się znajdować około 20 000 Polaków. (…) Drugim ogniskiem,
w którym licznie skupiła się ludność polska, jest Milwaukee, położona w stanie Wisconsin nad brzegiem tegoż samego jeziora Michigan. Liczba Polaków tu zamieszkałych ma dorównywać tejże w Chicago… (…) W New Yorku, wedle przybliżonych obliczeń, ma się znajdować około ośmiu tysięcy Polaków… (…) Prócz tego w każdym ze znakomitszych miast mieszka większa
lub mniejsza liczba Polaków… (…)

Według mego zdania, Polakom tutejszym grozi niechybnie wcześniejsze lub późniejsze wynarodowienie się i całkowite rozpłynięcie w żywiole amerykańskim lub niemieckim. (…) Otóż nie znam ani jednego Polaka żonatego z Niemką
lub Amerykanką, którego by dzieci umiały po polsku. Nie wyłączam nawet i inteligencji. Jest to nieuniknione. (…)


["KOMEDIA Z POMYŁEK. SZKIC Z ŻYCIA AMERYKAŃSKIEGO"]
(…) Wypadek, który posłużył mi za przedmiot do niniejszego szkicu, miał podobno miejsce istotnie w jednym z amerykańskich miasteczek. (…) Zdarzyło się przed pięciu lub sześciu laty, że w hrabstwie Maripoza odkryto w pewnej miejscowości źródła nafty. (…) Sprowadzono rozmaite maszyny, pompy, dźwignie, drabiny, beczki i beczułki, świdry i kotły; pobudowano domy
dla robotników, ochrzczono miejscowość "Struck Oil" i po niejakim czasie w okolicy pustej i bezludnej, którą przed rokiem zamieszkiwały tylko kujoty, stanęła osada złożona z kilkudziesięciu domów i zamieszkana przez kilkuset robotników. We dwa lata później, Struck Oil nazywało się już Struck Oil City. (…)

Proszę zauważyć, że mieszkał tu już szewc, krawiec, cieśla, kowal, rzeźnik i doktor Francuz… (…) Doktor, jak się najczęściej zdarza po małych miasteczkach, trzymał zarazem aptekę i pocztę; miał więc potrójną praktykę. Aptekarzem był równie nieszkodliwym, jak doktorem, albowiem w aptece jego można było dostać tylko dwóch lekarstw: syropu cukrowego i leroa. (…)

Tymczasem Struck Oil City rosło i rosło. Po upływie dwóch lat przeprowadzono do niego odnogę kolei żelaznej. Miasto już miało swoich urzędników wybieralnych. (…) Miasto amerykańskie nie może żyć bez dziennika; po upływie więc roku drugiego powstało pismo pod tytułem: Saturday Weekly Review (Przegląd Sobotni Tygodniowy), liczące tylu prenumeratorów, ilu było mieszkańców w Struck Oil City. Redaktor tego dziennika był zarazem jego wydawcą, drukarzem, administratorem i roznosicielem. (…)

…było… w mieście spokojnie. (…) Jedynym kłopotem szeryfa było to, że nie mógł oduczyć obywateli od strzelania z karabinów do dzikich gęsi, przelatujących wieczorami nad miastem. (…) Było więc spokojnie w Struck Oil City jak w niebie; nagle jednak skończyły się te piękne dni. Grocernik zapłonął śmiertelną nienawiścią do grocerniczki, a grocerniczka do grocernika. (…) „Grojery” tedy, czyli grocernia, jest to sklep sprzedający wszystko. (…) Z początku była tylko jedna grocernia w Struck Oil City. Trzymał ją Niemiec imieniem Hans Kasche. (…)

Nagle jednak pojawiła się druga grocernia. I dziwna rzecz! Pierwszą trzymał Niemiec, drugą założyła Niemka. „Kunegunde
und Eduard, Eduard und Kunegunde!” (…) Zaraz tedy zapoczęła się między obiema stronami wojna, a rozpoczęła się od tego,
że panna Neuman, czyli jak się sama nazywała „Niumen”, dawała na powitalny „lunch” placki pieczone z mąki pomieszanej z sodą
i ałunem. Byłaby tym zaszkodziła najwięcej samej sobie w opinii obywateli, gdyby nie to, iż sama utrzymywała i stawiała świadków, że ponieważ jej mąka nie była jeszcze rozpakowana, więc tę kupiła od Hansa Kasche. (…)

Nienawiść ta posunęła się wkrótce do tego stopnia, że Hans palił śmiecie tylko wtedy, gdy wiatr wwiewał dym do sklepu jego przeciwniczki; przeciwniczka zaś nie nazywała inaczej Hansa, jak „Doczmen” (Niemiec), co tenże poczytywał sobie za największą obelgę. (…) …skutkiem codziennych stosunków z grocerniami, wytworzyły się w mieście dwie partie, Hansistów i Neumanistów, które poczęły patrzeć na siebie krzywym okiem, co mogło zaszkodzić szczęściu i spokojności rzeczypospolitej Struck Oil City
i sprowadzić groźne na przyszłość zawikłania. (…)

Wkrótce Hans obejrzał się, że jego grocernia zaledwie mu się opłaca. Ale i panna Neuman nie robiła zbyt świetnych interesów,
bo znowu wszystkie kobiety z miasta trzymały stronę Hansa; zauważyły bowiem, że ich mężowie zbyt często robią sprawunki
u pięknej Niemki i za każdym sprawunkiem siedzą za długo. (…)
- Co ja jej mogę zrobić? – myślał Hans. – Mam zatrutą pszenicę na szczury, choćbym też jej kury wytruł? Nie! Każą mi zapłacić! Ale wiem, co zrobię.

I wieczorem panna Neuman, ku wielkiemu swojemu zdziwieniu, spostrzegła pana Hansa znoszącego pęki dzikich słoneczników
i układającego je jakoby w ścieżkę pod zakratowanym okienkiem piwnicy. (…) Pan Hans ułożył słoneczniki w dwie linie,
tak że środkiem tylko zostawała wolna droga do okienka piwnicy; potem wyniósł jakiś przedmiot okryty płótnem, obrócił się plecami do panny Neuman, płótno z tajemniczego przedmiotu zdjął, pokrył go liśćmi ze słoneczników, następnie zbliżył się
do muru i począł kreślić na nim jakieś litery. (…) Hans skończywszy robotę poszedł na górę i wkrótce zagasił światło. Wówczas panna Neuman zarzuciła naprędce na siebie szlafroczek, wdziała pantofle na gołe nogi i dalejże przez ulicę. Doszedłszy
do słoneczników, szła prosto ścieżką do okienka, chcąc przeczytać napis na ścianie. Nagle oczy jej wyszły na wierzch, rzuciła się wierzchnią połową ciała wstecz, a z ust wyrwało się jej bolesne: „Aj! aj!” – potem zaś rozpaczliwy okrzyk: „Ratunku! ratunku!!!”
Okno na górze podniosło się do góry. (…)

- Co to? To panna Neuman? Ha! ha! ha! Dobry wieczór pannie! Ha! ha! ha! Zastawiłem żelaza na skunksy, a złapałem pannę! Po coś panna przyszła zaglądać do mojej piwnicy? Umyślnie napisałem na ścianie ostrzeżenie, żeby się nie zbliżać. Krzycz teraz panna; niech się ludzie zlecą; niech wszyscy widzą, że nocami przychodzisz zaglądać do piwnicy Doczmena. (…) Położenie panny Neuman było okropne. Krzyczeć? ludzie się zlecą: kompromitacja! Nie krzyczeć? stać całą noc złapana w żelaza, a na drugi dzień dać
z siebie widowisko?... A tu noga boli coraz bardziej… W głowie jej się zakręciło, gwiazdy pomieszały się ze sobą, księżyc
ze złowrogą twarzą pana Hansa… Zemdlała.
- Herr Je! – wykrzyknął do siebie Hans: – jeśli umrze, to jutro zlynczują mnie bez sądu. (…)
Otworzył prędko żelazo, a że panna nie poruszała się jeszcze, więc wziął ją na ręce i zaniósł prędko do jej mieszkania. (…)

Nazajutrz panna Neuman nie pojawiła się przed swoją grocernią… (…) Pokazało się, że knuła zemstę. (…) Otóż nagle Hans zauważył, że przestano brać u niego lód zupełnie. Ogromne kawały, jakie sprowadził koleją, złożone w piwnicy stopniały… (…) Postanowił tę rzecz wyjaśnić.
- Dlaczego nie bierzecie ode mnie lodu? – spytał łamaną angielszczyzną szynkarza Petersa, który właśnie przechodził koło jego sklepu.
- Bo go nie trzymacie.
- Jak to nie trzymam?
- No, bo ja wiem!
- Aber ja trzymam lód.
- A to co? – rzekł szynkarz, wskazując palcem ogłoszenie, przylepione na domu. Hans spojrzał i zzieleniał ze złości. W jego ogłoszeniu ktoś w wyrazie „Notice” wydrapał „t” ze środka, skutkiem czego z „Notice” zrobiło się „No ice”, co po angielsku znaczy: nie ma lodu. (…)

- Donnerwetter! – wykrzyknął Hans i cały siny i drżący wpadł do sklepu panny Neuman. I straciwszy zwykłą zimną krew począł wrzeszczeć jak opętany, na to panna Neuman w krzyk. Ludzi się nazlatywało.
- Ratujcie! – wołała panna Neuman. – Doczmen zwariował! (…)
Tak krzycząc zalała się rzewnymi łzami. Amerykanie nie zrozumieli wprawdzie o co chodzi, ale Amerykanie nie znoszą łez kobiecych, więc Niemca za łeb i za drzwi. (…)

W tydzień potem, nad sklepem jego wisiał ogromny malowniczy szyld. Szyld przedstawiał małpę ubraną w pasiastą sukienkę, biały fartuszek z naramiennikami: słowem, zupełnie jak panna Neuman. Pod spodem stał napis wielkimi żółtymi literami: „Grocernia pod małpą.” Ludzi naschodziło się oglądać. Śmiechy wywabiły pannę Neuman przede drzwi. Wyszła, spojrzała, zbladła, ale nie straciwszy przytomności zawołała zaraz:
- Grocernia pod małpą? Nic dziwnego, bo pan Kasche mieszka nad grocernią. Ha!
Cios jednak trafił ją w serce. (…)

Rankiem wyszła i, zbliżywszy się do Hansa, rzekła:
- Słuchaj, panie Doczmenie! wiem, że ta małpa to ja, ale pójdź no ze mną do sędziego. Zobaczymy, co on na to powie.
- Powie, że wolno mi malować nad moim sklepem, co mi się podoba. (…)
Poprzymykali sklepy i poszli wymyślając sobie po drodze. (…) Jeden tylko sędzia w całym mieście nie wiedział ani słowa o ich kłótniach. Bogu ducha winien staruszek przyrządzał swoje leroa i zdawało mu się, że świat zbawia. (…)

Oboje zaczęli machać rękoma… (…) Gadali jedno przez drugie. Co Hans słowo, to panna dziesięć. Nareszcie Niemka wpadła
na koncept pokazać na serce, na znak, że je pan Hans przebił siedmioma mieczami.
- Rozumiem! rozumiem teraz! – rzekł doktor. Po czym otworzył książkę i jął pisać. (…) Skończywszy pisać, wstał i nagle
ku wielkiemu zdziwieniu Lory objął ją wpół i pocałował.
Wzięła to sobie za dobrą wróżbę i pełna różowych nadziei poszła do domu. (…)

Nazajutrz rano przyszedł szeryf pod sklepy. Oboje stali przed drzwiami. (…)
- No co? no jak? – poczęli wypytywać oboje.
-Wsistko dobrze, oh! – rzekł szeryf.
- No, co sędzia zrobił?…
- Ny, co miał złego zrobić? On was pożenił. (…)
Żeby piorun nagle trzasł, Hans i panna Neuman nie przeraziliby się do tego stopnia. (…) Osłupieli, skamienieli. Potem oboje
w krzyk:
- Ja mam być jego żoną!?
- Ja mam być jej mężem!? (…)

Porozchodzili się i pozamykali sklepy. Ona siedziała u siebie, rozmyślając cały dzień, on u siebie. Przyszła noc. Noc przynosi spokój. Oboje jednak nie mogli myśleć o śnie. (…) - I dziwne jakieś uczucia rodziły im się w sercach. Była to nienawiść, gniew
w połączeniu z poczuciem samotności. (…) …panna Neuman… przewracała się bezsennie po szerokim amerykańskim łożu
i istotnie czuła się bardzo samotną. Nagle zerwała się… (…) W ciszy nocnej słychać było wyraźne stukanie młotka. (…)
…wyskoczyła z łóżka i pobiegła do okna, ale spojrzawszy w nie uspokoiła się zaraz. Przy świetle księżyca widać było drabinę,
a na niej okrągłe białe kształty Hansa, odbijającego młotkiem gwoździe, podtrzymujące szyld z małpą. (…) I uczuła nagle,
jakby jej coś topniało koło serca. (…)

Panna śledziła go oczyma… Noc była cicha, ciepła…
- Panie Hans… – szepnęła nagle dziewica.
- To panna nie śpi? – odszeptał równie cicho Hans.
- Nie! Dobry wieczór panu!
- Dobry wieczór pannie.
- Co pan robi?
- Zdejmuję małpę.
- Dziękuję panu, panie Hans. (…)
-Musimy naradzić się o rozwodzie.
- Tak, panno Loro. (…)
- To możemy się zaraz naradzić…
- Jeśli panna pozwoli…
- To pan przyjdzie do mnie…
- Tylko się ubiorę.
- Nie trzeba ceremonii.

Drzwi na dole otworzyły się, pan Hans znikł w ciemnościach, a po chwili znalazł się w panieńskim pokoiku, cichym, ciepłym, schludnym. Panna Lora miała biały szlafroczek i była zachwycająca. (…) Wówczas to zaczęła się narada o rozwodzie, która już
do opowiadania nie należy. Spokój powrócił do Struck Oil City.

["CHIŃCZYCY W KALIFORNII"]
(…) Północną stronę miasta San Francisco, począwszy od ulicy Clay, zajmuje dzielnica chińska. Gdyby nie kamienice budowane
w stylu europejskim, zwiedzającemu tę część miasta mogłoby się wydawać, że cudem jakim został przeniesiony do Kantonu
lub Szanghaju. Dziwne wrażenie robi tu ta ludność gwarna i ruchliwa, ubrana w jednakowe kostiumy, o cerze żółtej, skośnych oczach i długich, sięgających ziemi warkoczach, uplecionych z włosów i czarnego jedwabiu. (…)

Chińczyk więc przede wszystkim pracuje, pracuje bez wypoczynku; zbiera każdy grosz, uprawia każdy zakątek ziemi, a gdy mu pracy i ziemi nie staje we własnej ojczyźnie, pakuje w skrzynkę swe smoki i swego Buddę i jedzie za morza szukać pracy
w Australii lub Kalifornii. Zresztą przywozi ze sobą całe swoje Chiny, nie zrzeka się bowiem nigdzie ani swej religii, ani obyczaju,
ani nawet sukien. (…)

Nie ma ani jednego rodzaju pracy, któremu by się nie oddawali. Zajmują się handlem, po fabrykach pracują jako robotnicy, wynajmują ich właściciele warsztatów rzemieślniczych, spełniają po hotelach wszystkie niższe usługi, zajmują się porządkiem
w domach prywatnych; w traktierniach i na dworcach kolei żelaznych służą za kucharzy i garsonów, prawie wszystkie pralnie
w mieście są w ich ręku i należy oddać im tę sprawiedliwość, że piorą pięknie, szybko i tanio; służą za niańki do dzieci. W domu prywatnym Chińczyk spełnia wszystkie obowiązki służącej: sprząta, zamiata, ściele łóżka, gotuje, pomywa, chodzi do miasta
po sprawunki; jest to służący cichy, trzeźwy, pracowity, łagodny i posłuszny, a kosztujący bez porównania mniej niż biały. (…)

…Kalifornia więcej może traci, niż zyskuje na Chińczykach. Zostawiają oni pracę – to prawda, ale wywożą z kraju pieniądze. Chińczyk nie wzbogaca miejscowego handlu ani przemysłu, wszystko bowiem kupuje i musi kupować w sklepach chińskich. Chińczyk nie bierze ziemi, nie osiada na niej jako rolnik, który ją przekaże synom i wnukom; Chińczyk nigdy prawie nie przyjmuje amerykańskiego obywatelstwa, jakkolwiek traktat burlinghamski, zawarty w roku 1868, daje żółtym równe prawa z innymi; Chińczyk na koniec dorobiwszy się jakiego takiego grosza opuszcza kraj, aby nigdy już do niego nie powrócić. (…)

…Chińczycy nie przyjmując obywatelstwa, a pracując w charakterze najemników wnoszą pewien pierwiastek służebniczy
w to społeczeństwo, jedyne może na świecie, w którym równość nie jest czczym wyrazem. Bądź farmer, bądź przemysłowiec, bądź ktokolwiek używający Chińczyków, przyzwyczaiwszy się z nimi do roli pana względem podwładnych, będzie z trudnością mógł jej zapomnieć nawet w stosunkach z białymi. (…)

Stan zrobił, co było w jego mocy. Ustanowił osobnego komisarza chińskiego (Commissary of emigration), którego obowiązkiem było czuwać nad kompaniami chińskimi, rewidować okręty przywożące „koolisów”, nie puszczać indywiduów chorych, nierządnic
i prawdę powiedziawszy, w ogóle dowóz obostrzać i utrudniać. W ostatnich czasach komisarzem takim był Rudolf Korwin Piotrowski, rodak nasz, któremu wiele wskazówek tyczących Chińczyków zawdzięczam. Prócz tego prawodawstwo miejscowe przedsięwzięło inne jeszcze środki, z których najdzielniejszym był zakaz wywożenia zwłok zmarłych Chińczyków do Państwa Niebieskiego. Chińczycy, jak wiadomo, odznaczają się szczególniejszą czcią dla zmarłych. Według ich pojęć, wyrobionych
na podstawie religii i odwiecznego obyczaju, każdy zmarły, aby przejść do Nirwany i spoczywać w spokoju, powinien być pogrzebany w granicach Państwa Niebieskiego. Rokrocznie też te same okręty, które przywoziły żywych, odwoziły umarłych. Dziś wywóz zmarłych został raz na zawsze zakazany, co Chińczyków w Chinach wstrzymuje od wyjazdu w kraje „barbarzyńców” – Chińczyków kalifornijskich zaś skłania do jak najprędszego powrotu. (…)

Konstytucja wyraźnie pozwala wszystkim cudzoziemcom przybywać do Stanów Zjednoczonych, naturalizować się w nich lub nie, trudnić się handlem, zarobkiem, słowem: czym się komu podoba. Legalnie więc biorąc, Chińczycy mają ją za sobą. (…)

GRUDZIEŃ – 18. [San Francisco]


["LIST LITWOSA"]
Fragmenty korespondencji zamieszczono w zakładce "Kalendarium" - "Rok 1877 r.", traktując je jako relację pisarza z pobytu w San Francisco i Virginia City.
Poniżej znajdują się: historia o Murzynie i o pierwowzorze bohatera noweli „Latarnik”.


(…) Po przybyciu do New Yorku Horain zobaczył raz przez okno Murzyna sprzedającego ogórki, a ponieważ, jako Litwin, chciał ich parę spożyć z miodem, posłał więc dzieci, aby Murzyna zatrzymały i ogórków kupiły. Dzieci kupiły ogórków, ale przy kupnie robiły sobie rozmaite uwagi nad Murzynem. A Murzyn do nich w najczystszej polszczyźnie:
- A to wy mówicie po polsku?
Łatwo zrozumieć zdziwienie dzieci. Sprowadziły jednak Murzyna do domu, gdzie poczęto się go dopytywać, jakim sposobem
po polsku się wyuczył? Pokazało się, że był to eks-niewolnik jakiegoś Polaka żyjącego pod przybranym nazwiskiem Major
w okolicach Nowego Jorku. Murzyn kupiony był na południu, potem jednak, gdy pan przeniósł się na północ, gdzie niewola
nie istniała, musiał zostać uwolniony, ale że się z panem polubili, więc się nie rozstawali.
- I pan zawsze mówi do ciebie po polsku? – pyta Horain.
- Teraz zawsze – odrzekł Murzyn – ale gdy mnie kupił, mówił tylko, gdy był zły.
- A cóż mówił wówczas?
Murzyn począł wymawiać z prawdziwie mazowieckim zacięciem:
- Psiakr…

Kraj ten, w którym nikt niczemu się nie dziwi, sprzyja rozwijaniu się oryginalności. Dlatego też oryginałów między naszymi rodakami, zwłaszcza starymi, tu nie brak. Umarł tu niedawno stary człowiek nazwiskiem Sielawa. Był to człowiek bardzo nieszczęśliwy. Gdzie nie był, jakich kolei nie przechodził, trudno by wyliczyć. Tułał się między Indianami; rozbijał się
na wszystkich brzegach pięciu części świata, to dorabiał się jakiegoś grosza, to tracił go… słowem: był to liść rzucany burzą.
Ale miał dwa lata w życiu szczęśliwe. Został latarnikiem w Aspinval, w Nowej Grenadzie, niedaleko równika. Siedząc na samotnej skale, nie widując ludzi po parę miesięcy, czuł się stary dziwak szczęśliwym. Zdawało mu się, że to już koniec jego wędrówek
i że spokojnie dożyje wieczora życia i chwili, w której przyjdzie mu się wybrać w podróż ostatnią, wieczystą. Co dwa tygodnie przywożono mu żywność i składano na brzegu. Latarnik zabierał skrzynki, próżne zostawiał na brzegu i wracał do wieży.
O szóstej wieczór zapalał latarnię, o szóstej rano ją gasił – zresztą łowił ryby, czasami wpatrywał się w żagle pojawiające się
na błękitnej dali, wpatrywał się w tę dal… marzył i śnił.

Nagle jednak skończyło się jego szczęście – i wiecie kto był tego przyczyną? Oto Zygmunt Kaczkowski. Pewnego razu znalazł między paczkami z żywnością paczkę z książkami. Stary na ich widok upadł na kolana i płakał. Kto mu je przysłał, jakim sposobem dowiedział się ten ktoś o jego adresie? nigdy nie mógł odgadnąć. Porwał książki do swej wieży, otworzył pierwszą
z brzega i począł czytać. Był to Murdelion Kaczkowskiego. Stary czytał, czytał nie tylko oczyma, ale duszą i sercem. Ściemniło się, zapalił lampę i czytał dalej… Nazajutrz odebrano mu miejsce i oddano go pod sąd: zapomniał zapalić latarni! – skutkiem czego jakiś okręt uszkodził się o skały. Sielawa przybył potem do New Jorku i tam otruł się – podobno z biedy. Znaleziono przy nim Murdeliona. (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]