Takiego to przystało nam mieć arcykapłana, świętego, niewinnego, nieskalanego, odłączonego od grzeszników i wywyższonego nad niebiosa; który nie musi codziennie, jak inni arcykapłani, składać ofiar najpierw za własne grzechy, następnie za grzechy ludu; uczynił to bowiem raz na zawsze, gdy ofiarował samego siebie. [Hebr. 7; 26 – 27]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1878



KWIECIEŃ [Paryż] [?]


["PRZERÓBKA ODY HORACJUSZA"]
I, 5 [DO PYRRY]
Jakiż to chłopiec, wonnościami zlany,
Wpośród zieleni, u stóp ciemnej groty,
Bawi się z tobą senny – rozkochany? –
Ty mu swe złote rozpuszczasz uploty
Na skromną odzież…
Heu! Nieszczęśliwy!

Ileż on razy łzami się zaleje
Na zdradę twoją wówczas, gdy burzliwy
Auster się w ciemnych głębiach rozszaleje!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Kto dziś, konając z szczęścia na twym łożu,
Zawsze cię wierną ujrzeć się spodziewa,
Nie wie, co cisza na burzliwym morzu,
Kiedy śpią żagle i wiatr nie powiewa.
Jam jest spokojny! Mnie ślubna tablica
I odzież, zmokła w burzach życia, broni,
Nie oczarują mnie twe cudne lica,
Pierś twa nie znęci i uśmiech nie zgoni.


KWIECIEŃ [Paryż]


["LISTY Z WYSTAWY PARYSKIEJ"]
I. (…) Co do mnie, o rzeczypospolitej francuskiej, a zwłaszcza o demokracji francuskiej, dużo miałbym powiedzieć. Daleko jeszcze jednej i drugiej do amerykańskiej. Tu jeszcze o tych rzeczach deklamują – tam nimi żyją. Tu demokracja więcej jeszcze siedzi
w głowach – tam w obyczajach. Tam obywatele i rząd to prawie wszystko jedno; tu jest centralizacja – tam decentralizacja
w najrozciąglejszym znaczeniu; tu istnieje biurokracja, urzędnicy starsi i młodsi, cała hierarchia – tam nie ma biurokracji, nie ma urzędników starszych i młodszych, nie ma hierarchii. (…)

III. (…) Jak widzicie, o wystawie nie piszę wam wiele, ale nie może być inaczej. Wierzajcie mi, że gazety francuskie, angielskie
i amerykańskie, które mam pod ręką, piszą jeszcze mniej. Przyczyną tego jest, że wystawa nie została dotąd ukończoną i nim ją ukończą, upłynie z miesiąc. Połowa okazów stoi w pakach. Robotników w galeriach tylu się prawie kręci, ilu i gości, a czasem
przez deski i przez na wpół poodbijane paki przecisnąć się nie podobna. Katalogów jeszcze nie ma, a gdy wejdziesz
bez przewodnika między pojedyncze wystawy, między szafy, szafeczki nie ponumerowane, nie opatrzone jeszcze w znacznej części w nazwy wystawców, a zawierające miliony przedmiotów, gubisz się w chaosie i nie wiesz, od czego zacząć. (…)


MAJ [Paryż]


["LISTY Z PARYŻA"]
I. (…) Obok marszałka, ubranego w złocisty mundur, wstęgi, gwiazdy, ordery, byli na trybunie zgromadzeni znakomici goście: Franciszek z Assyżu, rodzaj suszonej gruszki arystokratycznej, mały człowieczek z wielkimi rogami, mąż Izabeli hiszpańskiej, dalej książę Walii, następca duński, Henryk holenderski, książę Aosty, książę Leuchtenberski. Tu chciałbym powiedzieć: błyszczały zbroje, powiewały pióra na szyszakach, ale chcąc być ściśle historycznym muszę powiedzieć: błyszczały binokle, pachniała pomada, zresztą „trębacze trąbili, muzyka grała”. Wtedy uroczystość rozpoczął minister handlu obszerną przemową do marszałka, w której oświadczył, że wystawa jest aktem i dowodem odrodzenia się Francji pod rządem republikańskim;
że jest dziełem i zapewnieniem pokoju przez republikę, która miłuje spokój i pracę, mające na celu szczęście i pomyślność ludu. (…)

Rzeczpospolita wychodzi i promieniuje bezpośrednio z narodu, rzeczpospolita jest jego wolnością, jego dobrem,
więc nie potrzebuje się wdzięczyć do niego sztucznie, nie potrzebuje schlebiać jego złym instynktom, nie potrzebuje
dla podtrzymania popularności rzucać się w wojnę i awantury zagraniczne, nie ma interesów dynastycznych, nie poświęci nigdy interesów kraju dla osoby jakiegoś Lulu czy Frulu, ale z dumą pokazuje światu na wystawie: oto moje dzieło, to dzieło pokoju;
te maszyny, te wyroby przemysłu, handlu, te utwory sztuki – to moja i moich dzieci praca. (…)

II. (…) …czy wiecie, co to jest amerykański reporter? „Jako dewotka, gdy grzech jaki stary przypomni sobie przed samą spowiedzią, albo podżare litewskie ogary, gdy nagle wpadną na łapę niedźwiedzią” (Juliusz Słowacki), tak amerykański reporter,
gdy ma przed sobą pole faktów, fakcików, wiadomostek, zmienia się na prawdziwego myśliwca i zacietrzewia się do tego stopnia, że o bożym świecie zapomina. Z kapeluszem nasuniętym na tył głowy, z książeczką i ołówkiem w ręku, ujrzycie amerykańskiego reportera, zadyszanego z pośpiechu, latającego wszędzie, zaglądającego we wszystko i polującego na wszelkie objawy życia.
Nie ma dla niego przeszkód, nie ma miejsc, do których wejść nie wolno. Wyrzucają go jednymi drzwiami, on wchodzi drugimi. Lata po wystawie, robi wizyty panującym i znakomitościom. Mac-Mahon odpowiada mu, iż nie słyszał o nim i nie może go przyjąć,
on odpowiada Mac-Mahonowi, że to nic nie szkodzi i że musi być przyjęty; jednego dnia jest u księcia Walii, u księcia Aosty, rozmawiając z nimi notuje jednocześnie ich słowa, aby później zapełniać nimi szpalty swego dziennika, zatrudnia po całych dniach linie telegraficzne, słowem, jest istotą wszędobylską, duchem pojawiającym się nagle a niespodziewanie, jak śmierci potęga, z którą trzeba się liczyć, bo dotrze wszędzie, dowie się o wszystkim i wszystko opisze. (…)


CZERWIEC [Paryż]


["LISTY LITWOSA Z PARYŻA"]
I. SALON Z ROKU 1878

(…) Jest… jakiś urok w tej Francji, jest coś takiego w tej cywilizacji, co czyni ową cywilizację bliską serca każdego narodu, co czyni ją dobrym, cenionym i uroczym, a wspólnym dla wszystkich. Cóż to jest takiego? – oto inicjatywa w idei, w czynie, a przede wszystkim ogólnoludzka typowość każdego objawu społecznego. (…) Poeci Francji, uczeni i literaci nie są to gryziksiążki, gabinetowe móle, transcendentalni mędrcy, sami się tylko między sobą rozumiejący, ale agitatorowie, ale ludzie życia, walki
i czynu. Tym się tłumaczy i ogólnie ludzki charakter cywilizacji francuskiej. (…) Jak igła magnesowa ku gwiaździe polarnej,
tak zwracały się ku niej umysły dawnych pokoleń, zwracają się dzisiejszych i będą zwracać przyszłych, nie dlatego, aby ludzie mieli być owcami, ale dlatego, że taka jest natura rzeczy i że słusznie jest tak, jak jest. (…)

II. STO TYSIĘCY FRANKÓW NAGRODY!

(…) „Czyżby na koniec damy wielkiego świata postanowiły być skromniejsze od kobiet półświata?" Nikt nie chce w to uwierzyć, mężowie jednak oddychają lżej, bo oto w następnym pojeździe księżna Medina Sidonia ma znowu jakąś mantylę hiszpańską, widzianą już tam raz, gdzieś, kiedyś, na jakiejś uroczystości. Na szczęście piękna Judic zawstydza obie poprzedzające. Rozkoszne jej kształty, na wpół leżące w powozie, obciśnięte są w suknię robioną krojem z czasów Dyrektoriatu. Jest to po prostu futerał, który pokrywając uwydatnia, ale co za krój! co za materiał! co za koronki! Oczy kobiece lgną do tylu rozkoszy, męskie lgną także na swój sposób. Na głowie hurysy piętrzy się nie wieniec, nie bukiet, ale po prostu kosz róż. Konni cziczisbeje przy powozie, otaczający piękną panią, zdają się napawać wonią tylu róż, spod których padają na nich płomienne spojrzenia. (…)


LIPIEC [Paryż]


["KONGRES MIĘDZYNARODOWY LITERACKI W PARYŻU"]
(…) Nie masz dziś nic potężniejszego nad pióro. Pióro, które od niejakiego czasu stało się stalowym, podobne jest bardzo
do miecza. Oto, dlaczego czasem rani, a nawet zabija. Powinno więc służyć jako miecz do obrony sprawiedliwości, do niszczenia zła, i każdy pisarz powinien przyjąć jako własną ową starożytną dewizę wypisywaną na cienkich klingach toledańskich:
„Nie dobywaj mnie bez racji, nie chowaj bez czci.” (…)

SIERPIEŃ [Paryż]


["Z WYSTAWY ANTROPOLOGICZNEJ"]
I. (…) Anglicy mniej przysłali okazów etnograficznych, niżby może mogli, za to liczba czaszek w ich oddziale przewyższa wszystkie inne. (…) Między tymi czaszkami zwracają na siebie uwagę nieliczne, ale doskonałe okazy owych białych kruków antropologicznych, czaszek krzyżowych, których krzyż powstaje z przecięcia się niezarośniętego szwu czołowego, będącego przedłużeniem strzałkowego, z wieńcowym. Niektórzy uczeni chcieli w owym niezarośnięciu szwu czołowego widzieć najszlachetniejszą cechę, oznaczającą niezwykłą potęgę rozwoju mózgu, a chcieli przynajmniej dopóty, dopóki nie okazało się, że krzyżowość trafia się i u idiotów. (…)

II. (…) W antropologii za wskazówkę wyróżniającą służą także i wymiary głowy. (…) Włosi, najzdolniejszy zapewne naród
na świecie, należą przeważnie do szerokogłowych, co jest okolicznością nader szczęśliwą, inaczej bowiem Niemcy mogliby uznać stanowczo swój wskaźnik 75 za niedościgniony dla innych szczepów ideał i dowód wyjątkowego uzdolnienia. (…)

WRZESIEŃ – 20. [Grandcamp]


["ZNAD MORZA"] [utwór nieznany]

WRZESIEŃ – PAŹDZIERNIK [Paryż]


["PRZEZ STEPY. OPOWIADANIE KAPITANA R."]
Za czasu mego pobytu w Kalifornii wybrałem się pewnego razu z moim zacnym i dzielnym przyjacielem, kapitanem R.,
w odwiedziny do naszego rodaka J., mieszkającego w odludnych górach Santa Lucia. Ponieważ nie zastaliśmy go w domu, przesiedzieliśmy dni pięć w głuchym wąwozie, w towarzystwie starego sługi Indianina, który pod niebytność pana pilnował pszczół i kóz angorskich. Stosując się do miejscowych zwyczajów spędzałem znojne dnie letnie śpiąc przez większą część czasu, nocami zaś, zasiadłszy przy ognisku z suchego „czamizalu”, słuchałem opowiadań kapitana, jego nadzwyczajnych przygód
i wypadków, jakie tylko na pustyniach amerykańskich mogą mieć miejsce. (…)

I.

Przybywszy do Ameryki we wrześniu roku 1849 – mówił kapitan – znalazłem się w Nowym Orleanie… (…) …stamtąd zaś udałem się w górę Missisipi… (…) …rozpocząłem życie leśne. Mnie i moim towarzyszom upłynęło w ten sposób kilka lat wśród jezior luizjańskich, krokodylów, wężów i moskitów. Utrzymywaliśmy się z polowania i rybołówstwa… (…) Takie życie, pełne trudów
i niebezpieczeństw, krwawych zajść z piratami na Missisipi i z Indianami, których pełno jeszcze było w Luizjanie, w Arkanzasie
i Tenessee, zahartowało moje niezwyczajne z natury siły i zdrowie, a przy tym dało mi doświadczenie stepowe, tak że w tej wielkiej księdze umiałem czytać nie gorzej od każdego czerwonego wojownika. Dzięki temu doświadczeniu, gdy po odkryciu złota w Kalifornii wielkie partie emigrantów prawie codziennie opuszczały Boston, New York, Filadelfię i inne miasta wschodnie, jedna
z nich wezwała mnie na swego dowódcę, czyli, jak u nas mówią, kapitana. (…)

Trzeba… było iść z wozami, ludźmi i mułami przez kraje zupełnie dzikie, a zamieszkane przez groźne plemiona Indian: Kruków, Czarnonogich, Pawnisów, Siuksów i Arikarów, przed którymi ukryć się w większej liczbie ludzi było prawie niepodobieństwem… (…) Chciałem wyruszyć tak, abyśmy wielkie stepy leżące między Missisipi a Górami Skalistymi przebyli wiosną, wiedziałem bowiem, że latem, skutkiem upałów panujących na tych odkrytych przestrzeniach, mnóstwo ludzi zapada na różne choroby.
Z tego samego powodu postanowiłem nie prowadzić taboru południową drogą na St. Louis, ale na Iowę, Nebraskę i północne Kolorado. (…)

…z pierwszym tchnieniem wiosny ruszyliśmy w drogę. (…) Bywało więc tak, że w czasie pochodu i w godzinach nocnych postojów byłem zupełnym panem woli każdego z moich towarzyszów, ale w czasie dziennych wypoczynków po farmach i osadach, które spotykaliśmy z początku na drodze, kończyła się i moja rola rozkazodawcy. Wówczas każdy był sobie panem i nieraz musiałem zwalczać opór zuchwałych awanturników; ale gdy wobec licznych „ringów” okazało się po kilkakroć, że moja mazowiecka pięść silniejszą jest od amerykańskich, zaraz urosło moje znaczenie, i później nie miałem nigdy żadnych zajść osobistych. (…)
…wytrwania i zachęty dodawała mi pewna para niebieskich oczu, spoglądająca na mnie spod płóciennego dachu wozu
ze szczególnym zajęciem. Oczy te, patrzące spod czoła ocienionego bujnym złotym włosem, należały do młodej dziewczyny imieniem Lilian Morris, rodem z Massachusetts z Bostonu. Była to istota delikatna, wiotka, o rysach drobnych i twarzy smutnej, pomimo iż prawie dziecinnej. (…) Ze względu jednak na delikatne zdrowie Lilian umieściłem ją w najwygodniejszym
ze wszystkich wozie, prowadzonym przez wielce doświadczonego woźnicę Smitha, sam usłałem jej siedzenie, na którym w nocy mogła sypiać wygodnie, wreszcie oddałem na jej użytek ciepłą skórę bawolą, których kilka miałem w zapasie. (…)

…Lilian więc, po której także znać było staranniejsze wychowanie, widziała we mnie kogoś bliższego siebie, niż reszta otoczenia. (…) Uczułem się tedy mniej samotny i cała podróż nowych, nie znanych dotąd nabrała dla mnie powabów. (…) Wkrótce jednak spojrzenia, przelotna zamiana słów i tkliwe starania już mi nie mogły wystarczyć. Ta dziewczyna z jasnymi włosami i słodkim spojrzeniem ciągnęła mnie ku sobie z nieprzepartą jakąś siłą. (…) Postać jej stawała przy mnie w snach moich; po przebudzeniu pierwsza myśl leciała do niej jakby jaka jaskółka… (…) Mężczyźni otaczali ją również troskliwością i staraniami. Był w karawanie niejaki Henry Simpson… (…) Otóż trzeba było widzieć tego samego Henry, rozmawiającego z Lilian… (…) …ów brytan gotów jest słuchać każdego skinienia tej małej półdziecinnej rączki. Na popasach starał się też zawsze być przy Lilian, aby mu łatwiej było oddawać jej rozmaite drobne przysługi. Rozpalał ognisko, wybierał jej miejsce zabezpieczone od dymu, usławszy je pierwej mchem i własnymi derami, wybierał dla niej najlepsze kawałki zwierzyny; czynił zaś to wszystko z nieśmiałą jakąś troskliwością, której się po nim nie spodziewałem, a która budziła jednak we mnie pewną niechęć, bardzo do zazdrości podobną. (…)

W drodze wozy ciągnęły jeden za drugim, często bardzo od siebie daleko; za to, gdy weszliśmy już w kraje puste, na południowe odpoczynki stawiałem je wedle obyczaju stepowego w jednej poprzecznej linii, zwartej tak, iż między kołami zaledwie człowiek mógł się przecisnąć. (…) Często przeklinałem moje obowiązki kapitana, luboć z drugiej strony napełniała mnie dumą myśl,
że na całej tej pustyni bez końca pierwszym jestem wobec pustyni samej, wobec ludzi, wobec Lilian i że los tych wszystkich istot, błądzących z wozami po stepie, w moim jest ręku. (…)

II.

Pewnego razu po przejściu już Missisipi zatrzymaliśmy się na nocleg przy rzece Cedar… (…) …ludzie nasi korzystając widocznie
z pięknej pogody i cichego, ciepłego dnia rozeszli się na wszystkie strony z taboru w step. (…) Niebawem spotkałem miss Morris. (…) Począłem ją wypytywać o powody, dla których tak młoda i sama, postanowiła puścić się w tę drogę, wyczerpującą siły najtęższych mężczyzn.

- Nigdy bym się nie zgodził – mówiłem – przyjąć pani do karawany naszej, ale przez pierwsze dni sądziłem, że jesteś córką ciotki Attkins… (…)
- Sir! – odrzekła na to, podnosząc na mnie swoje błękitne smutne oczy – wiem o tym wszystkim, ale muszę jechać i prawie szczęśliwa jestem, że cofnąć się już niepodobna. Ojciec mój jest w Kalifornii i z listu, który mi przysłał naokół Cap Horn, dowiedziałam się, że już od kilku miesięcy leży chory na febrę w Sacramento. (…) Nie wiem, czy go jeszcze zastanę przy życiu,
ale czuję, że jadąc do niego spełniam tylko słodką powinność.
Nie było co odrzec na takie słowa… (…)
- Luba i mała istoto! – rzekłem, gdy skończyła opowiadanie – możesz być pewna, że nikt ci tu krzywdy nie uczyni i że ci opieki
nie zbraknie; co zaś do twego ojca, to Kalifornia jest najzdrowszy kraj w świecie i z febry tamtejszej nikt nie umiera. W każdym razie póki ja żyję, nie możesz zostać samą, a tymczasem niech Bóg błogosławi twojej słodkiej twarzy!
- Dziękuję, kapitanie! – odpowiedziała ze wzruszeniem, i szliśmy dalej – tylko że mi serce biło coraz mocniej. (…)

- Wszakże tu wszyscy dobrzy są dla pani, miss Morris? – pytałem znowu, nie przypuszczając ani na chwilę, że właśnie to pytanie stanie się powodem nieporozumienia.
- O! tak – odrzekła – wszyscy! i ciotka Attkins, i ciotka Grosvenor, i Henry Simpson – on także jest bardzo dobry. (…) On ma poczciwe serce i całe życie będę mu wdzięczną.
- Miss! – przerwałem wtedy, ukłuty do najwyższego stopnia – możesz mu nawet oddać rękę; dziwię się jednak, że mnie wybierasz na powiernika swych uczuć.
Gdym to rzekł, spojrzała na mnie ze zdziwieniem, ale nie odrzekła nic i szliśmy obok siebie w przykrym milczeniu. (…)
- Lilian! Lilian! nie zrozumiałaś mnie. Boga biorę na świadka, że nie żadna duma mówiła przeze mnie. (…)
Tak mówiąc podniosłem jej rękę i przycisnąłem ją do ust, a ten wysoki dowód czci i prawda, jaka brzmiała w mej prośbie, zdołały uspokoić cokolwiek dziewczynkę. (…) Chwilami miałem ochotę wziąć znowu rękę Lilian, przyłożyć ją do ust moich
i nie odejmować jej bardzo długo. Ale bałem się, że ją to obrazi. Ona tymczasem szła koło mnie spokojna, łagodna i zamyślona. (…)

Dzień ten, w którym doznałem tylu wzruszeń, miał się zakończyć jednak wesoło, albowiem ludzie, zadowoleni z pięknej pogody, postanowili wyprawić sobie „pic-nic”, czyli zabawę pod gołym niebem. (…) Tymczasem noc zapadła zupełna, księżyc wytoczył się na niebo i świecił tak mocno, że płomienie ognisk prawie bladły od jego blasku, a i ludzie i wozy byli oświetleni podwójnym, czerwonym i białym światłem. Była to śliczna noc. (…) …przy jednym ognisku dwóch Szkotów „highlanderów” poczęło grać
na kobzach swoją górską smutną piosenkę: „Bonia Dundee”. Stanęliśmy oboje opodal i słuchali przez jakiś czas w milczeniu, nagle ja spojrzałem na nią, ona spuściła oczy – i sam nie wiedząc dlaczego tę jej rękę, która wspierała się na moim ramieniu, przycisnąłem do piersi mocno i długo. W Lilian też biedne serduszko zaczęło kołatać tak silnie, żem je czuł jakby na dłoni; drżeliśmy oboje… (…) Odważyłem się przycisnąć do piersi rękę Lilian – milczeliśmy zaś oboje, bom o miłości mówić nie śmiał;
o czym innym nie chciałem i nie można było w takiej chwili. (…)

Wtem zawołano na mnie od wielkiego ogniska; wróciliśmy oboje – zabawa kończyła się; by zaś zakończyć ją godnie i przystojnie, emigranci przed pójściem na spoczynek postanowili śpiewać psalmy. Mężczyźni poodkrywali głowy, a chociaż byli między nami ludzie wiar rozmaitych, wszyscy uklękliśmy na murawie stepowej i zaśpiewali psalm: „Błądząc po puszczy”. (…) Po skończonej modlitwie ludzie rozeszli się do wozów, ja objechałem wedle zwyczaju straże, a potem również udałem się na spoczynek.
Ale gdy dziś muszki nocne zaczęły mi śpiewać do ucha, jako codziennie: Lilian! Lilian! wiedziałem już, że tam na wozie śpi źrenica oka mego i dusza mojej duszy – i że na wszystkich światach nie mam nikogo droższego nad tę jedną dziewczynę. (…)

III.

Świtaniem dnia następnego przeszliśmy szczęśliwie Cedar i wjechali na równy, przestronny step, ciągnący się między tą rzeką
a Winnebago… (…) Lilian od rana nie śmiała mi w oczy spojrzeć. Widziałem, że była zamyślona; zdawało się, że się czegoś wstydzi lub czymś martwi… (…) Dusza czysta ociąga się i boi na progu miłości, ale czując, że go przestąpi, słabnie. Lilian więc była jakoby snem zmorzona; mnie zaś, gdym wyrozumiał to wszystko, radość tamowała prawie dech w piersiach. (…) Łamałem sobie głowę, w jaki sposób można by choć na chwilę być z Lilian sam na sam, i nie umiałem nic znaleźć. Na szczęście przyszła mi
w pomoc ciotka Attkins oświadczając, że maleńka potrzebuje więcej ruchu i że siedzenie w zadusznym wozie szkodzi jej zdrowiu. Wpadłem na myśl, że powinna jeździć konno i kazałem Simpsonowi osiodłać dla niej konia… (…)

Jakoż tak się stało i pierwszego zaraz dnia czułem się prawdziwie i niewypowiedzianie szczęśliwy, widząc słodką moją amazonkę, nadbiegającą lekkim galopem od strony taboru. (…) Zbliżywszy się cała była jakby róża… (…) Mnie zaś serce biło jakby żakowi,
i gdy konie nasze zrównały się, zły byłem na siebie, bo nie wiedziałem, co mówić. (…) Szczęście jakieś nieznane
i niewypowiedziane, większe i mocniejsze od wszystkich rozkoszy, jakich doznałem w życiu, rozeszło się po kościach moich. Potem tę małą dłoń przycisnąłem do serca i począłem mówić do Lilian, że gdyby mi Bóg darował właśnie wszystkie królestwa
na ziemi i wszystkie skarby na świecie, to już bym nie oddał za nic jednego zwitka jej włosów, bo mnie zabrała z duszą i ciałem
na zawsze. (…) Odtąd, o ile moje zajęcia dowódcy pozwalały, byliśmy ciągle ze sobą. A zajęcia te zmniejszały się aż do Missouri codziennie. (…)

Przekonywałem się codziennie, że śmiały pomysł mój prowadzenia karawany nie zwykłą drogą na St. Louis i Kanzas, ale na Iowę
i Nebraskę, był doskonały. (…)

W karawanie poczęli się ludzie z wolna na tym spostrzegać; ale nikt mi nie brał za złe, oboje bowiem z Lilian posiadaliśmy bowiem wielką życzliwość tych ludzi. Raz stary Smith, przejeżdżając koło nas zawołał: „God bless you captain and you Lilian!” (Boże błogosław cię, kapitanie, i ciebie, Lilian) – a to połączenie naszych imion uszczęśliwiło nas na dzień cały. (…) Henry Simpson tylko poglądał na nas jakoś ponuro, może tam i knował co w duszy, alem nie zważał na to. (…)

Rankiem codziennie o czwartej byłem już, jak zwykle, na czele taboru… (…) …około szóstej rano, usłyszę nagle za sobą łopot koński i patrzę: zbliża się źrenica mojej duszy, moja dziewczynka ukochana, a powiew ranny niesie za nią włosy, które to niby rozwiązały się od ruchu, ale które umyślnie były źle wiązane, bo mała psotnica wiedziała, że ślicznie jej tak, że tak ją lubię,
i że gdy wiatr rzuci na mnie warkoczem, to go do ust przyciskam. Jam udawał, że się na tym nie poznaję i w tym słodkim oczekiwaniu zaczynał się nam ranek. Wyuczyłem ją po polsku wyrazu: dzień dobry – i gdym ją słyszał wymawiającą w miłym duszy dźwięku to słowo, wydawała mi się jeszcze droższą, a wspomnienia kraju, rodziny i lat ubiegłych, i tego co było, i tego
co przeszło, przelatywały właśnie jakoby mewy ocean pustynię – i nieraz chciało mi się ryknąć, ale żem się wstydził, więc tylko powiekami trzymałem łzy, co miały się wylać. Ona zaś widząc, że mimo łez całe się serce we mnie rozpływa, powtarzała jakoby szpaczek wyuczony: „dzień dobry! dzień dobry! dzień dobry!” (…) Nieraz, gdyśmy jechali koło siebie spokojnie, nagle zwracałem się ku niej, mówiąc, że mam jej coś ważnego i nowego powiedzieć, a gdy nadstawiała ciekawie uszko, szeptałem w nie: „kocham!”
Więc potem ona również odszeptywała mi do ucha z uśmiechem i rumieńcem: „also!”, co znaczyło: także – i takieśmy sobie tajemnice powierzali na pustyni, gdzie nas tylko chyba wiatr mógł słyszeć! (…)

Za Winnebago wpłynęliśmy na step równy jak stół, przestronny, bujny, dziewiczy. (…) Była to wiosna – kwiecień zaledwie chylił się ku końcowi – a więc pora najbujniejszego rozrostu traw i ziół wszelakich. Co miało kwitnąć na pustyni, już zakwitnęło. Wieczorem takie upajające wonie biły od stepu, jakby z tysiąców kadzielnic; w dzień, gdy wiatr powiał i rozkołysał równię kwiecistą, to oczy aż bolały od migotania czerwieni, błękitów, żółtości i innych barw wszelakich. (…) Uczyłem wtedy Lilian czytać w tej Bożej książce, mówiąc:
- Żyć ci przyjdzie, ukochana, wśród lasów i stepów, poznaj je więc dość wcześnie. (…) Gdym pierwszy raz pokazał Lilian takie drzewa i te zwieszone kaskady kwiatów, stanęła jak wryta, powtarzając ze złożonymi rękoma:
- O Ralf! czy to prawda?

Mówiła, że się trochę boi wejść w głębinę; pewnego jednak południa, gdy upał był wielki, a nad stepem przelatywał jakoby oddech gorący teksańskiego powiewu, weszliśmy oboje z Katty trzecią. Zatrzymawszy się nad jeziorkiem, które odbiło nasze dwa konie i nasze dwie postacie, chwilę staliśmy milcząc. (…)
Katty zaczęła drżeć i cisnąć się do koni, my zaś z Lilian spojrzeliśmy nagle po sobie i pierwszy raz wtedy usta nasze spotkały się, a spotkawszy rozłączyć nie mogły. Ona piła moją duszę, a ja jej duszę piłem, i oddechu poczynało nam już brakować, a jeszcze usta były na ustach; wreszcie źrenice jej mgłą poczęły zachodzić, a ręce, które miała na moich ramionach, drżały jak we febrze,
i takie jakieś ogarnęło ją zapomnienie o istności własnej, że w końcu osłabła i głowę położyła mi na piersiach. (…) Ocknąwszy się
z zachwytu, wydostaliśmy się znowu spod zielonej gęstwiny na step otwarty, na którym ogarnęło nas jasne światło i ciepły powiew, a przed nami roztoczył się zwykły, szeroki i wesoły widok. (…) Zdawało mi się, żeśmy wyszli z ciemnego pokoju na świat biały – i to samo musiało zdawać się Lilian; tylko że mnie weseliła jasność dzienna, ją zaś ten nadmiar złotego światła i pamięć uniesień naszych pocałunków, których ślady były jeszcze widne na jej twarzyczce, przejmowały jakby trwogą i smutkiem… (…)

IV.

Na koniec przybyliśmy do Missouri. (…) Jakoż wiedziałem, że, zanim doszliśmy do rzeki, zwiady indyjskie od dwóch dni szły
za nami; przedsięwziąłem więc wszelkie środki ostrożności i tabor prowadziłem trybem zupełnie wojennym. (…) Przy takim urządzeniu wszystko odbywało się w największym porządku, a napad stał się niemożliwym, albowiem napadający musieliby zdobyć pierwej jedno lub drugie okopisko, zanim mogliby się rzucić na przebywających rzekę. (…) Przy tym miałem jeszcze
i tę korzyść, że ludzie… widząc pewność i łatwość, z jaką wywiązuję się z zadania, nabrali ślepej ufności i poczęli uważać mnie jakby za jakiego panującego ducha tych pustyń. Pochwały te i uniesienia dochodziły codziennie do Lilian, w której rozkochanych oczach wyrosłem na bohatera z legendy. (…) Przez cały czas jednak przeprawy nie mogłem prawie chwili jej poświęcić i tylko przelotnie oczami mówiłem jej wszystko, czego nie mogły wypowiedzieć usta; cały dzień byłem na koniu, to na jednym brzegu, to na drugim, to w wodzie. (…)

Tegoż dnia jednak padły pierwsze strzały, ludzie moi bowiem zabili, a następnie wedle ohydnego zwyczaju pustyń oskalpowali trzech Indian, którzy usiłowali się wsunąć między postój mułów. Wskutek tego wypadku nazajutrz wieczorem przybyło
w poselstwie sześciu starszych wojowników z pokolenia Krwawych Śladów, należącego do szczepu Pawnee. Zasiadłszy z groźną powagą przy naszych ogniskach, poczęli domagać się w nagrodę mułów i koni zapowiadając, że w razie odmowy pięciuset wojowników uderzy na nas niezwłocznie. (…) …odmówiłem stanowczo ich żądaniom, a przechodząc z odpornej w zaczepną niejako rolę, oświadczyłem, że jeśli choć jeden muł zginie z taboru, sam ich poszukam i kości ich pięciuset wojowników porozrzucam po całym stepie. Odeszli tłumiąc z wysileniem wściekłość, ale odchodząc przerzucili swoje toporki nad głowami
na znak wojny. Jednakże słowa, które wyrzekłem, utkwiły w ich pamięci; gdy zaś w chwili ich odejścia dwustu moich ludzi, umyślnie przygotowanych, podniosło się nagle w groźnej postawie i uczyniwszy chrzęst bronią, wydało okrzyk wojenny, gotowość ta głębokie na umyśle dzikich wojowników uczyniła wrażenie.

W kilka godzin później Henry Simpson, który z własnej ochoty poszedł był na przeszpiegi za poselstwem, wrócił cały zziajany,
z wieścią, że znaczny oddział indyjski zbliża się ku nam. (…) Jakoż wkrótce usłyszeliśmy wycia czerwonoskórych; jednakże zatrzymali się na odległość kilkunastu strzałów, jakby szukając chwili sposobnej. Całą noc w naszym obozie płonęły ogromne ogniska, sycone drzewem bawełnianym i pękami misurskiej łoziny, mężczyźni trzymali straż koło wozów; kobiety ze strachu śpiewały psalmy… (…)

Objeżdżając nad ranem już placówki, znalazłem znowu sposobność zbliżyć się na chwilę do Lilian. (…) W niej była moja radość,
w niej moje wesele, poza nią tylko włóczęga, tułactwo i przygody bez końca. (…) Tak rozmyślając przykryłem nogi śpiącej moim płaszczem, aby jej nie dokuczał chłód nocny, i wróciłem na kraniec majdanu, bo od rzeki poczynała się podnosić mgła tak gęsta, że Indianie istotnie mogli z niej skorzystać i popróbować szczęścia. (…)

Rozmyślałem, czyby nie lepiej było zamiast stać na miejscu i czekać, co się Indianom podoba zrobić – uderzyć na nich i rozegnać na cztery wiatry. (…) Zostawiwszy więc stu trzydziestu ludzi pod wodzą doświadczonego wilka stepowego Smitha w okopisku, kazałem stu innym siąść na koń i ruszyliśmy naprzód trochę po omacku… (…) Na odległość dwóch strzałów rzuciliśmy się
z okrzykiem w galop i wśród strzałów karabinowych wpadliśmy jak burza na okopisko dzikich. (…) …byliśmy już na karku Indian, którzy spodziewali się może wszystkiego ale nie napadu, albowiem pierwszy to był zapewne wypadek, aby podróżni sami szukali oblegających. (…)

Zabraliśmy kilkadziesiąt koni, ale tak dzikich i złośliwych, że nie było z nich pożytku. Jeńców, bez wyjątku rannych, znalazło się kilkunastu. Kazałem ich opatrzeć najtroskliwiej, a następnie na prośbę Lilian, obdarowawszy ich derkami, bronią i końmi, potrzebnymi dla ciężej rannych, puściłem na wolność. (…) Sądzili, że puszczamy ich tylko dlatego, aby następnie wyprawić
na nich obyczajem indyjskim polowanie; widząc jednak, że naprawdę nic im nie grozi, odeszli sławiąc męstwo nasze i dobroć Bladego Kwiatu, którą to nazwą ochrzcili Lilian.

Dzień ten zakończył się jednak smutnym wypadkiem, który rzucił cień na naszą radość z tak znacznego zwycięstwa i jego przewidywanych skutków. Między mymi ludźmi nie było zabitych, kilkunastu jednak odniosło mniej więcej znaczne rany; najciężej zaś uszkodzony był Henry Simpson, którego zapalczywość nazbyt unosiła w walce. Wieczorem stan jego pogorszył się do tego stopnia, że zaczął konać… (…) Wiedziałem również, że unosił ze sobą do grobu głębokie choć niewyznane uczucia
do Lilian i że prawdopodobnie umyślnie poszukał śmierci. Umarł o północy tegoż dnia, pochowaliśmy go zaś pod olbrzymim drzewem bawełnianym, na którego korze wyciąłem nożem krzyż. (…)

V.

Na drugi dzień ruszyliśmy dalej i przed nami był step jeszcze obszerniejszy, równiejszy, dzikszy, krainy stopą białych zaledwie wówczas dotkniętej, słowem: byliśmy w Nebrasce. (…) Zdążaliśmy więc z wielkim wysileniem ku Big Blue River… (…) Indianie
nie pokazywali się zrazu i dopiero w kilka dni później ujrzeliśmy trzech dzikich jeźdźców strojnych w pióra, którzy jednak natychmiast znikli nam, jakby widziadło, z oczu. Przekonałem się później, że krwawa nauka, jaką dałem im nad brzegiem Missouri, uczyniła szybko imię: „Big-ara” (tak bowiem przerobili Big Ralf) strasznym między licznymi pokoleniami rabusiów stepowych, łaskawość zaś okazana jeńcom ujęła te ludy dzikie i złośliwe, ale nie pozbawione uczuć rycerskich.

Przybywszy do Big Blue River, postanowiłem zatrzymać się przy jej lesistych brzegach przez dni dziesięć. (…) …muły nasze
i konie pomimo obfitości paszy były zdrożone i wychudłe, koniecznym było zatem wzmocnić dłuższym odpoczynkiem ich siły.
Tym celem usadowiliśmy się w trójkącie utworzonym przez rzekę Big Blue i Beaver Creek, czyli Strumień Bobrowy. (…) Były też to najpiękniejsze dni naszej podróży. Pogoda utrzymywała się cudna, a noce zrobiły się tak ciepłe, że można było spać
pod gołym niebem. (…)

Od rana do wieczora nie rozłączaliśmy się z Lilian ani na chwilę, a ten początek już nie przelotnych widzeń, ale jakby pożycia, przekonywał mnie coraz bardziej, jak na zawsze pokochałem tę łagodną i dobrą istotę. Poznałem ją teraz bliżej i głębiej. (…)
Na każde moje słowo wrażliwa, umiała wszystko odczuć i każdą myśl tak w sobie odbić, jako woda głęboka a przejrzysta odbija,
co nad jej brzegiem przemknie. (…) Ona była po prostu moja jedyna, moja najmilsza w świecie, tak skromna, że ją musiałem przekonywać, że kochać to nie grzech, i ciągle łamałem sobie głowę jak ją przekonać. (…)

Raz świtaniem poszliśmy na przechadzkę w górę Beaver Creek… Idąc ostrożnie brzegiem wśród zarośli wkrótce znaleźliśmy się
u celu. (…) Tama bobrowa nieco wyżej na strumieniu, tamując bieg jego, utrzymywała w jednej zawsze wysokości wodę
w jeziorku, nad którego jasną powierzchnią wystawały okrągłe na kształt kopułek domki tych przemyślnych zwierzątek. (…) Bobry jeszcze nie były przy pracy; wodne miasteczko spało widocznie spokojnie i taka cisza panowała na jeziorku, żem słyszał oddech Lilian, której złota główka, wsunięta wraz z moją w otwór między gałęziami, opierała mi się o skroń. …czekaliśmy cierpliwie, napawając się tym co ogarniały oczy nasze. Przywykły do życia w pustyniach, kochałem przyrodzenie jakby matkę własną i choć po prostu, ale czułem, co tam już było jakoby bożym uradowaniem się ze świata. Ranek był wczesny… (…)
„Ach, Ralf! jak tu dobrze!” szeptała mi Lilian… (…) …nam się teraz zdawało, że my do tego wesela przyrody przynieśli nasze wesele, do tego spokoju nasz spokój i do tego świtu ten świt szczęśliwości, który był w naszych duszach.

Tymczasem gładka toń porysowała się w koła… (…)
…w mgnieniu oka pół czeredy znalazło się na tamie, drugie pół popłynęło ku brzegom i znikło pod frędzlami wierzb, pod którymi woda zaczęła się burzyć, a odgłos jakoby piłowanego drzewa donosił, że zwierzątka pracują tam tnąc, gałęzie i korę. Długo bardzo patrzyliśmy z Lilian na te obroty i na uciechy zwierzęcego życia… (…)

…postanowiliśmy obejść naokoło zatokę. Po drodze spotkaliśmy inny mały strumień, przecinający las i wpadający właśnie
do zatoki ze strony przeciwnej. Lilian nie mogła go przejść, musiałem ją więc przenieść i mimo oporu wziąwszy ją jak dziecko
na ręce wszedłem w wodę. Ale strumień ten, to był strumień pokus. Bojaźń, abym nie upadł, sprawiła, że Lilian objąwszy mnie obiema rękoma za szyję przytuliła się do mnie ze wszystkich sił i tylko twarz zawstydzoną kryła za moim ramieniem, a ja zaraz zacząłem usta przyciskać do jej skroni, szepcząc: Lilian! moja Lilian! I tak ją niosłem przez strumień. (…) Tymczasem poczęło ją ogarniać zmęczenie, bo oddech jej stawał się coraz krótszy i głośniejszy, a na twarz zwykle bladą wybiły ogniste rumieńce. Pytałem jej się, czy nie zmęczona i czy nie zechce odpocząć? „O nie! nie!” odrzekła szybko, jakoby broniąc się od tej myśli nawet, ale po kilkunastu krokach zachwiała się nagle, szepcząc:
- Nie mogę! naprawdę nie mogę dalej!
Wtedy wziąłem ją znów na ręce i zszedłem z tym drogim ciężarem do samego brzegu, gdzie gałęzie wierzbowe zwieszone
aż do ziemi tworzyły jak gdyby cieniste korytarze. (…)

Twarz jej pobladła jak płótno, a rozszerzone oczy patrzyły na mnie z przestrachem.
- Lilian! co ci jest, droga! – wołałem – to ja przy tobie!
Tak mówiąc, do nóg się jej pochyliłem i okrywałem je pocałunkami.
- Lilian! – mówiłem dalej – moja jedyna, moja wybrana, moja żono!
Gdym wymówił to ostatnie słowo, dreszcz przebiegł jej od stóp do głowy i nagle ręce, jakby w gorączce, z jakąś niezwykłą siłą zarzuciła mi na szyję, powtarzając:
- My dear! my dear! my husband! – a potem wszystko znikło mi z oczu, i zdawało mi się, że cała kula ziemska leci gdzieś z nami… Dziś już nie wiem, jak to być mogło, że gdym się zbudził z tego upojenia i oprzytomniał, między czarnymi gałęziami hicorów świeciła znowu zorza, ale już wieczorna. (…)

Gdym jej podał rękę, głowę spokojnie schyliła na moje ramię i, nie odwracając oczu od nieba, rzekła do mnie:
- Ralfie! powtórz mi, że jestem żoną twoją i powtarzaj mi to często.
Więc, że nie było ani w pustyniach, ani tam, dokąd dążyliśmy, żadnych innych ślubów prócz ślubów serc – więc klęknąłem w tym lesie, a gdy ona uklękła przy mnie, rzekłem:
- Wobec nieba, ziemi i Boga! oświadczam ci, Lilian Morris, że cię biorę jako małżonkę – amen!
Na to ona odrzekła:
- Teraz ja twoja na zawsze i do śmierci, twoja żona, Ralfie!
Od tej chwili byliśmy zaślubieni, odtąd to nie była moja kochanka, ale prawowita żona. (…)

Ręka w rękę, z podniesionymi głowami i śmiałym okiem wróciliśmy do taboru, gdzie ludzie niepokoili się już bardzo o nas. (…)
-Gentlemanowie! bądźcie świadkami, że wobec was nazywam tę kobietę, która przy mnie stoi, żoną moją, i tak też świadczcie przed sądem, przed prawem i przed każdym, kto by o to czy na Wschodzie, czy na Zachodzie was pytał.
- All rihgt! and hurra for you both! – odpowiedzieli górnicy; potem stary Smith spytał wedle obyczaju Lilian, czy się zgadza wziąć mnie za męża, a gdy odrzekła „tak”, byliśmy już i wobec ludzi prawnie poślubieni. (…) Rozniecono ogniska; Szkoci wydobyli
z wozów swoje kobzy, których głos lubiliśmy oboje, bo był dla nas miłym wspomnieniem, Amerykanie swoje ulubione klekotki
z żeber i wśród pieśni, okrzyków i strzelaniny upłynął nam wieczór weselny. (…)

Gdyśmy zbliżyli się do mego wozu, ledwom go poznał, tak był ustrojony zielenią i kwiatami. Tu mężczyźni podnieśli wysoko płonące pęki, a Smith spytał głośniej i poważniej:
- Is this your home?
- That's it! That's it! - odpowiedziała Lilian. Naówczas wszyscy poodkrywali głowy i cisza zrobiła się taka, że słyszałem huczenie ognia i szelest rozpalonych prętów spadających na ziemię, a stary białowłosy górnik, wyciągnąwszy nad nami swe żylaste ręce, rzekł:
- Niech was Bóg błogosławi oboje i wasz dom, amen!
Trzykrotne: hurra! odpowiedziało na to błogosławieństwo, po czym rozeszli się wszyscy, zostawiając mnie z moją ukochaną sam na sam. (…)

VI.

Nazajutrz rano zostawiłem żonę śpiącą jeszcze, a sam poszedłem szukać dla niej kwiatów. (…) Toż ja od dawna tak ją już kochałem, żem cały świat widział tylko przez Lilian i wszystkom do niej ściągał, i o tyle, o ile jej tyczyło, rozumiał. (…) Ot, wybiorę jaki kanion, gdzie wiosna wieczna, nawalę pni na chałupę i będę żył z nią, a przecie pług i strzelba życie nam da i z głodu mrzeć nie będziem. Tak myślałem szukając kwiatów, a gdym ich nazbierał dosyć, wróciłem do taboru. (…) Tymczasem „malutka”
nie spała już… Ujrzawszy mnie przybiegła pędem, cała różowa i świeża jak ten poranek, a gdym otworzył ramiona, wpadła
w nie zadyszana i podsuwając mi swoje usteczka zaczęła wołać:
- Dzień dobry! dzień dobry! – potem wspięła się na palce i, patrząc mi w oczy, pytała ze śmiechem figlarnym:
- Am I your wife? – Czy jestem twoją żoną?
Cóż tu było odpowiedzieć, chyba całować bez końca i pieścić. (…)

Odwiedziliśmy więc jeszcze raz nasze boby i strumień, przez który teraz przeniosłem ją bez oporu. (…) Dopiero na dwa dni
przed wyruszeniem ustały te wycieczki, bo raz, że Indianie pokazali się w okolicy, a po wtóre, moja droga pani zaczęła mi czegoś słabować. Pobladła i straciła siły, a gdym ją wypytywał, co to jest, odpowiadała mi tylko uśmiechem i zapewnieniem, że nic. Czuwałem nad jej snem, otulałem, jakem umiał, i prawie żem wiatrowi nie dawał wiać nad nią, ażem z troski sam pomizerniał. (…)

…chwilami zaczęły przychodzić Lilian smutne myśli. Wbiła sobie w główkę, że może to nie wolno tak bardzo się kochać, jak my się kochamy, i raz, położywszy swój biedny paluszek na Biblię, którą czytywała codziennie, rzekła smutno:
- Czytaj, Ralf!
Spojrzałem i mnie również dziwne jakieś uczucie ścisnęło za serce, gdym wyczytał: „Who changed the truth of God into a lie,
and worshipped and served the creature more than the Creator, who is blessed for ever? ”
(Kto zmienił prawdę Boga
na kłamstwo i uczcił i służył stworzeniu więcej niż Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki?).
Ona zaś rzekła, gdym skończył:
- Ale jeśli Bóg gniewa się za to, to wiem, że będzie tak dobry i mnie tylko ukarze.
Uspokoiłem ją powiedziawszy, że kochanie – to jest po prostu anioł, który z dwóch dusz ludzkich leci aż do Boga i chwałę mu
z ziemi przynosi. (…) Gdy wreszcie nadeszła chwila odjazdu, z żalem i łzami żegnaliśmy te widły rzeczne, które tyle naszego szczęścia widziały. (…)

Pierwsze dni podróży nie szły jednak zbyt pomyślnie. (…) Służba nocna stała się ciężka i nużąca: żadna noc nie obchodziła się
bez alarmów, zaś czwartego dnia po wyruszeniu z wideł rozbiłem znowu znaczny oddział czerwonoskórych rabusiów w chwili,
gdy chcieli uczynić „stampead”, to jest napad na nasze muły. (…) Na dobitkę złego step zaroił się teraz wszelkim drapieżnym zwierzem, albowiem za bawołami ciągnęły prócz Indian straszne szare niedźwiedzie, kuguary, wielkie wilki z Kanzas i Indyjskiego Terytorium. (…) Wielki też ciężar spadł mi z serca, gdym po trzech tygodniach takich przepraw ujrzał na koniec białawe, jakoby kredą zamulone wody rzeki, którą teraz nazywają Republican River, a która wtedy nie miała jeszcze angielskiego nazwiska. (…)

Byliśmy już i tak na znacznej wysokości nad poziomem morza, co można było poznać z chłodów nocnych.
Ta nierówność temperatury dziennej i nocnej dokuczała nam bardzo. Kilku ludzi, a między innymi i stary Smith – zapadło na febrę i musiało iść na wozy. (…) …żona moja pielęgnowała ich z poświęceniem, wrodzonym anielskim tylko sercom. Ale też mizerniała
i sama. Nieraz, gdym się rankiem obudził, pierwsze moje spojrzenie padało na tę śliczną twarzyczkę uśpioną przy mnie i serce biło mi niespokojnie na widok bladości, która ją okrywała, i sinych podkówek tworzących się pod oczami. (…) Wtedy czułem,
że oddałbym pół mego dębowego zdrowia, byleśmy byli już w Kalifornii. Ale to jeszcze było daleko! daleko! Po dwóch dniach ruszyliśmy dalej i wkrótce zostawiwszy na południe Republican River zdążaliśmy wzdłuż wideł Białego Człowieka
ku południowym widłom Platy, leżącym w znacznej części już w Kolorado. (…)

Powietrze było zimne, czyste, zdrowe. Po tygodniu febry ustały. (…) Na koniec pewnego popołudnia ujrzeliśmy przed sobą jakby jakieś majaki, jakby jakieś czubiaste chmury, na wpół roztopione w dalekości, mgliste, sine, błękitne – białe i złote na czubach,
a ogromne – od ziemi do nieba. Na ten widok krzyk powstał w całym taborze; ludzie powdrapywali się na dachy wozów,
aby widzieć lepiej, zewsząd zaś brzmiały okrzyki: „Rocky Mountains! Rocky Mountains!” Kapelusze powiewały w powietrzu,
a na twarzach malowało się uniesienie. (…)

Słońce właśnie zachodziło i wkrótce mrok pokrył cała krainę, tylko te olbrzymy w ostatnich promieniach wydawały się jakby niezmierne jakieś stosy rozpalonego węgla i lawy. (…) Byliśmy jednak jeszcze przynajmniej o sto pięćdziesiąt mil angielskich
od głównego łańcucha… (…) Pogrążaliśmy się coraz bardziej w kraj kamieni, złomów, rumowisk, urwisk i skał, narzuconych jedne na drugie z dzikim jakimś bezładem. (…) Od czasu do czasu spotykaliśmy Indian, ale i ci odmienni byli od stepowych, bardziej rozproszeni i daleko dziksi. (…) …droga stawała się tak trudną, że przy największych wysileniach czyniliśmy ledwie do piętnastu mil dziennie. Przy tym zaczęły nam padać konie, jako mniej od mułów wytrzymałe i więcej w paszy wybredne; ludzie także opadali z sił, dniami całymi bowiem musieli ciągnąć wozy na sznurach na współkę z mułami lub podtrzymywać je w miejscach niebezpiecznych. (…) Byliśmy wtedy w najgorszej części drogi, około małej rzeki zwanej przez Indian Kiowa. (…)

Były to prawdziwie „złe ziemie” Kolorado, odpowiednie tym, które ciągną się na północ Nebraski. Z największym wysileniem wydobyliśmy się z nich zaledwie w ciągu tygodnia. (…)

VII.

Zatrzymaliśmy się dopiero u podnóża Gór Skalistych. (…) Ogrom ich i milczący majestat przygniatał mnie do ziemi,
więc korzyłem się przed Panem, prosząc go, aby mi pozwolił przeprowadzić przez te niezmierne mury moje wozy, moich ludzi
i moją żonę ukochaną. (…) Najgorzej gryzło mnie to, że w tych chwilach tak ciężkich i trudnych, w których żona potrzebowała więcej niż kiedykolwiek mojej obecności i podparcia, nie mogłem być przy niej, bo prawie musiałem się dwoić i troić, aby dawać przykład, krzepić odwagę i ufność. (…) …gdym strudzony i zbity przychodził wreszcie do mego wozu, znajdowałem tam wszystko, com miał na świecie najdroższego, serce wierne i ukochaną rękę, która ocierała moje uznojone czoło. (…)

Po trzech tygodniach drogi dostaliśmy się wreszcie do obszerniejszego kanionu, który tworzy rzeka Biała. U wejścia do niego Indianie z pokolenia Uintah przygotowali nam zasadzkę, która zmieszała nas cokolwiek; ale gdy ich czerwonawe strzały poczęły dosięgać aż na dach wozu mojej żony, uderzyłem na nich wraz z ludźmi z taką natarczywością, że natychmiast poszli w rozsypkę. (…) …drugiego dnia zjeżdżając z wyniosłej płaszczyzny ujrzeliśmy na dnie obszernej doliny leżącej u stóp naszych nie tylko wozy, ale i domy, pobudowane z okrąglaków, świeżo wyszłych spod siekiery. (…)

Tymczasem z doliny spostrzeżono nas i dwóch jeźdźców puściło się, co koń wyskoczy, ku nam. (…) Jakoż okazało się, że to byli strzelcy kompanii amerykańskiej, handlujący futrami, którzy w tym miejscu mieli swój obóz letni, czyli tak zwany „summer-camp”. (…) …czekało nas najgościnniejsze przyjęcie i wszelka pomoc ze strony tych surowych, ale poczciwych strzelców pustyni. Jakoż przyjęli nas z otwartymi rękoma; my zaś dziękowaliśmy Bogu, że wejrzawszy na nędzę naszą zgotował nam odpoczynek tak słodki. (…)

Mister Thorston, naczelnik obozu, człowiek z wychowaniem i światły, poznawszy, iż i ja nie jestem zwykłym gburem stepowym, poprzyjaźnił się ze mną od razu i ofiarował swój domek na mieszkanie mnie i Lilian, której zdrowie cierpiało coraz mocniej. Dwa dni przetrzymałem ją w łóżku. Tak już była utrudzona, że przez pierwszych dwadzieścia cztery godzin nie otworzyła prawie oczu; ja przez ten czas czuwałem, aby nic nie mieszało jej spoczynku, przesiadując przy jej łóżku i wpatrując się w nią całymi godzinami. (…) Ludzie też moi przez pierwsze dni kilka spali jak kamienie, gdzie który upadł, po czym dopiero wzięliśmy się
do naprawy wozów, odzienia i do prania bielizny. Poczciwi strzelcy pomagali nam we wszystkim szczerze. (…) Byli to przy tym ludzie niezmiernie poczciwi, dlatego czas upływał nam wśród nich doskonale; nasz tabor podobał im się również bardzo i mówili,
że nigdy jeszcze nie spotkali tak karnej i porządnej karawany. (…)

Wyruszyliśmy wreszcie w dalszą drogę pod dobrą wróżbą, opatrzeni w dokładne wskazówki, jakich kanionów trzymać się
w pochodzie, i w zapasy solonej zwierzyny. Nie dosyć na tym. Zacny Thorston pozabierał co gorsze nasze muły, a dał nam natomiast swoje silne i od dawna wypoczęte. (…) Odjeżdżając długo powiewaliśmy kapeluszami na „remember” poczciwym Kanadyjczykom. Co do mnie, dzień ten odjazdu na wieki został wyryty w mym sercu, tego bowiem jeszcze południa ukochana gwiazdka mojego życia, objąwszy mnie obu rękami za szyję, poczęła, cała czerwona ze wstydu i wzruszenia, szeptać mi do ucha coś takiego, co gdym usłyszał, schyliłem się do jej nóg i płacząc z wielkiego wzruszenia całowałem kolana tej już nie tylko żony mojej, ale i przyszłej matki mego dziecięcia. (…)

VIII.

We dwa tygodnie po opuszczeniu letniego obozu wjechaliśmy w granice Utahu, a podróż, lubo po staremu nie bez trudów, jednakże z początku szła raźniej. Mieliśmy jeszcze do przebycia zachodnią część Gór Skalistych, tworzących cały splot rozgałęzień pod nazwą Wahsatch Mountains. (…) …dotarliśmy po niejakim czasie aż do jeziora Utah, od którego zaczynają się słone ziemie. (…) Jest w tych pustyniach i skałach jakaś surowość, nagość i martwota, tak że na widok ich przychodzą na myśl pustynie biblijne. Jeziora tu słone o brzegach jałowych i bezpłodnych. (…) Jakieś pognębienie i obojętność na wszystko opanowała z wolna ludzi. Minęliśmy Utah: ciągle te umarłe ziemie! wjechaliśmy do Newady: to samo! Słońce piekło tak, że głowa pękała z bólu; promienie, odbite od pokrytej solą powierzchni, raziły oczy; w powietrzu unosił się pył jakiś, nie wiadomo skąd się biorący, który rozpalał powieki. (…) W Nevadzie pustynia stała się jeszcze głuchszą, a stan nasz gorszy, bo rzuciły się na nas choroby.

Pewnego ranka ludzie przyszli mi powiedzieć, że Smith chory. Poszedłem zobaczyć, co mu jest, i z przerażeniem przekonałem się, że to tyfus powalił starego górnika. (…) Lilian, którą Smith kochał jak dziecko własne i w dzień ślubu błogosławił, uparła się go pilnować. Ja, słaby człowiek, drżałem o nią duszą całą, alem jej przecie nie mógł zabronić być chrześcijanką. (…) Drugiego dnia jednak stary stracił przytomność, a ósmego od dnia choroby umarł na rękach Lilian. (…) Myśleliśmy, że po tak bolesnej ofierze Bóg zmiłuje się nad nami, ale to był dopiero początek krzyżów, albowiem tego samego dnia zapadł inny górnik, a potem co dnia prawie kładł się ktoś na wozie i opuszczał go dopiero znoszony na naszych rękach do grobu. (…) Dusza zamierała wówczas
we mnie każdej chwili i nieraz, gdy Lilian była przy chorych, a ja gdzieś tam na straży na przodzie taboru, sam wśród ciemności, to rękoma ściskałem skronie i w modlitwie do Boga kładłem się jak pies pokorny, skowycząc o miłosierdzie dla niej i nie śmiejąc wymówić: „bądź Twoja, a nie moja wola”. (…) Dotąd jednak Lilian wytrzymywała wszystkie trudy i wysilenia. Najsilniejsi ludzie padali, a ją widziałem zawsze, wychudłą wprawdzie, bladą i z coraz wyraźniejszymi znakami macierzyństwa na czole, ale zdrową, przechodzącą od wozu do wozu. (…) Zbliżaliśmy się już do zachodniej części Nevady, gdzie za pasmem martwych jezior słone ziemie i pustynia skalista kończą się, a zaczyna się znowu pas stepowy równiejszy, zieleńszy i bardziej żyzny. Gdy po dwóch dniach drogi nie zachorował nikt, myślałem, że już się skończyła nędza nasza. (…)

Spotkaliśmy znowu Indian, którzy napadli nas wbrew swoim zwyczajom w biały dzień i na równym stepie – że zaś mieli kilkanaście sztuk broni palnej, zabili nam czterech ludzi. Ja w zamieszaniu zostałem ranny w głowę toporkiem tak silnie,
iż wieczorem tego dnia straciłem od upływu krwi przytomność. Ale byłem prawie szczęśliwy, że się tak stało, teraz bowiem Lilian pilnowała mnie, nie chorych, od których mogła dostać tyfusu. (…) …teraz dopiero poznałem, jak byłem strudzony i jakie zmęczenie wychodziło z kości moich, gdym leżał. Bom przecież i nacierpiał się także poprzednio niemało ze strachu o żonę. (…)

Upał stał się prawie nadnaturalny, a w powietrzu unosiła się jakby jakaś mgła brudna, jakby dym odległej srzeżogi. (…) W dzień zauważyłem, że zające, antylopy, bawoły, wiewiórki nawet ciągną pośpiesznie na wschód, jakby uciekając od tej Kalifornii,
do której dążyliśmy z takim wysileniem. (…) Wedle mego wyrachowania do gór Sierra Nevada nie mogło być już więcej
jak trzysta mil angielskich, czyli około dwudziestu dni drogi, postanowiłem więc dążyć do nich, choćby ostatnim wysileniem. Jechaliśmy teraz nocami, bo w południowych godzinach upał osłabiał niezmiernie zwierzęta, a między wozami zawsze było trochę cienia, w którym mogły w dzień odpocząć.

Jednej takiej nocy, którą – nie mogąc się już utrzymać ze zmęczenia i rany na koniu – spędzałem na wozie przy Lilian, usłyszałem nagle dziwne świstanie i zgrzyt kół trących o jakiś szczególniejszy grunt, a jednocześnie okrzyki: „stop! stop!” rozległy się na całej długości taboru. (…) Zatrzymałem tabor natychmiast, i staliśmy resztę nocy na miejscu. Nazajutrz, skoro słońce weszło, dziwny widok uderzył nasze oczy. Jak okiem sięgnąć, ciągnęła się płaszczyzna czarna jak węgiel; nie tylko wszystkie krzewy i trawy były na niej spalone, ale ziemia zeszklona tak, że nogi naszych mułów i koła wozów odbijały się w niej jak w przezroczu. Nie mogliśmy dobrze dostrzec, jak szeroko przeszedł pożar, bo widnokrąg zamglony był jeszcze srzeżogą; kazałem jednak bez wahania nawracać ku południowi, by dotrzeć do krańca szlaku, zamiast hazardować się na zgliszcza. (…)

W czasie południowego odpoczynku srzeżoga rzedniała coraz bardziej, a upał za to stawał się tak straszny, że aż powietrze drżało z gorąca i nagle stało się coś takiego, co za cud można by uważać. Oto niespodzianie owe mgły i dymy rozsunęły się jakby na skinienie i przed oczyma naszymi ukazały się Sierra Nevada zielone i uśmiechnięte, cudne, pokryte błyszczącymi śniegami
na szczytach i tak bliskie, że gołym okiem mogliśmy odróżnić szczerby w górach, zielone stoki i lasy. (…) Raźno i ochotnie ruszyliśmy naprzód, a do świstu kół po zwęglonej ziemi łączyły się klaskania z biczów, śpiewy i okrzyki. O objeżdżaniu spalonego szlaku nie było i mowy. (…) Tymczasem srzeżoga znowu z dziwną nagłością przesłoniła nam nasz widok promienny. (…)

O północy muły poczęły kwiczeć i opierać się, w godzinę zaś później tabor stanął, bo większa część zwierząt pokładła się
na ziemię. Ludzie próbowali je podnosić, ale nie było sposobu. Całą noc nikt oka nie zmrużył. Przy pierwszych promieniach świtu wzrok nasz poleciał chciwie w dal… i nie znalazł nic… Czarna żałobna pustosz ciągnęła się, jak okiem sięgnąć jednostajna, głucha i odrzynająca się surową linią od widnokręgu: gór wczorajszych nie było śladu. (…) Tymczasem nie usłuchano już rozkazu. Ludzie popodnosili muły i tabor szedł dalej. Na pytania moje odpowiedziano mi ponuro:
- Tam są góry i tam pójdziemy!
Nie próbowałem się nawet szamotnąć, bom widział, że nie ma siły ludzkiej, która by powstrzymała tych ludzi. (…)

Nazajutrz rano połowa tylko wozów mogła wyruszyć, bo od reszty pozdychały muły. (…) …od trzydziestu sześciu godzin
nie uszczknęły już ani źdźbła trawy i żyły tylko słomą wyciąganą z wozów, ale i tej już brakło. Jakoż dalszą drogę znaczyliśmy ich trupami, a trzeciego dnia pozostał tylko jeden, którego wydarłem przemocą dla Lilian. (…) Wszyscy z wyjątkiem Lilian szli już piechotą. Wkrótce nowy wróg zajrzał nam w oczy: głód. (…) Jakby dla powiększenia naszych mąk, w południowe godziny fata-morgana grała znowu na stepach, ukazując nam góry, lasy, jeziora. Ale noce jeszcze były straszniejsze. Wszystkie promienie, jakie w dzień ukradły słońcu węgle, wychodziły z nich w nocy, paląc nasze nogi i napełniając spiekotą gardła. …)

Muł, na którym jechała Lilian, padł. (…) Karmiłem Lilian tylko nocami, by ich nie wściekać tym widokiem. Ona na wszystkie świętości zaklinała mnie, bym się z nią dzielił, ale zagroziłem jej, że w łeb sobie strzelę, jeśli choć wspomni o tym; więc jadła płacząc. (…) A tymczasem głód żelazną ręką targał i moje wnętrzności. W głowie paliło mnie od rany. Od pięciu dni nie miałem
w ustach nic prócz wody z owej kałuży. (…)

Szóstego dnia rano ujrzałem na twarzy Lilian ogniste plamki; ręce miała rozpalone: idąc oddychała głośno. (…) …wziąłem ją
na ręce. (…) Nie wiem, skąd mi się brały siły. Stałem się nieczuły na głód, na upał, na zmęczenie; nie widziałem nic przed sobą:
ani ludzi, ani spalonego stepu, tylko ją. W nocy stało się jej jeszcze gorzej. Traciła przytomność. Chwilami jęczała cicho:
- Ralfie, wody! – a ja, o boleści! miałem tylko solone mięso i suchary. W najwyższej rozpaczy rozprułem sobie nożem rękę,
aby krwią własną zwilżyć jej usta, ale ona oprzytomniała nagle i krzyknąwszy wpadła w długie omdlenie, z którego myślałem,
że już się nie ocuci. (…)

Nadszedł dzień siódmy. Sierra Nevada ukazały się wreszcie na widnokręgu, a tymczasem o zachodzie słońce światło mojego życia poczęło gasnąć także. Gdy zaczęła konać, położyłem ją na spalonej ziemi i sam klęknąłem przy niej. Oczy jej były szeroko otwarte, błyszczące i utkwione we mnie. Na chwilę zajaśniała w nich myśl przytomna. Wyszeptała jeszcze:
- My dear! my husband! – potem przebiegł ją dreszcz, strach wymalował się na twarzy i umarła.
Zerwałem sobie bandaże z głowy, straciłem przytomność i już nie pamiętam, co dalej było. Jak przez sen jakiś przypominam sobie ludzi, którzy otoczyli mnie i odebrali broń, później jakby kopali grób, a jeszcze później pochwycił mnie obłęd i ciemność…

------------------

Obudziłem się w miesiąc potem już w Kalifornii, u osadnika Moszyńskiego. Przyszedłszy trochę do zdrowia ruszyłem do Nevady; step tam porósł na nowo wysoką trawą i zazielenił się bujnie, tak że grobu jej nie mogłem nawet odszukać i do tej pory nie wiem, gdzie leży jej zewłok święty. (…) Co rok jeżdżę do Nevady i co rok szukam na próżno. Dziś upłynęły już od tych chwil strasznych lata całe. Nędzne wargi moje wymówiły już nieraz: bądź wola Twoja! ale źle mi bez niej na świecie. Człowiek żyje i chodzi między ludźmi, i śmieje się czasem, a stare samotne serce płacze tam i kocha, i tęskni, i pamięta… Stary jestem i niedługo w inną, wieczystą podróż mi się wybierać, o to więc tylko Boga jeszcze proszę, abym na onych stepach niebieskich odnalazł moją niebieską – i nie rozłączał się z nią już nigdy. (…)

GRUDZIEŃ [?] [Paryż]


["JAMIOŁ. OBRAZEK WIEJSKI"]
W miasteczku Łupiskórach po pogrzebie Kalikstowej były nieszpory, a po nieszporach zostało jeszcze kilkanaście bab w kościele, by odśpiewać resztę pieśni. Była godzina czwarta po południu, ale że w zimie o czwartej mrok zapada, w kościele więc było ciemno. Szczególnie wielki ołtarz tonął już w głębokim cieniu. (…) Dziad i mały chłopak kręcili się przed stopniami ołtarza. Jeden zamiatał, drugi ściągał ze stopni dywan. (…) Baby siedziały w ławkach bliżej drzwi wchodowych. (…) Córka Kalikstowej, Marysia, siedziała w ławce obok jednej starej kobiety. Na grób świeży jej matki padał tam teraz właśnie śnieg miękki i cichy,
ale dziewczyna nie miała jak dziesięć lat, więc zdawała się nie rozumieć ani swej straty, ani litości, jaką mogła obudzać. (…) Dziewczyna kręciła kosmyki swoich jasnych włosów, zaplecione z tyłu w dwa warkoczyki, nie większe od mysich ogonków: widocznie się jej nudziło. (…) Dziad wyszedł na środek kościoła i jął pociągać za węzłowaty sznur zwieszający się z sufitu. (…)

Dzwonienie owo było także znakiem, że nieszpory skończone. Baby, powtórzywszy ostatni raz prośbę o lekkie skonanie, wyszły na rynek. Jedna z nich prowadziła za rękę Marysię.
- Kulikowa! – spytała druga – a co będzieta robić z dziewczyną?
- A co mam robić? Jedzie do Leszczyniec Wojtek Marguła, co go przysłali na pocztę, to ją odwiezie. A bo co?
- A coże ona będzie robić w Leszczyńcach?
- Moiście wy! To co i tu. Skąd jest, niech tam jedzie. A choć i we dworze, to sierotę przygarną i w kredensie się pozwolą przespać.
Tak rozmawiając, szły przez rynek do szynku. (…)

Baby weszły, napiły się wódki, przy czym Kulikowa dała i Maryśce pół kieliszka, mówiąc:
- Napij się, boś sierota. Nie zaznasz dobroci. (…)
Katarynka wciąż grała oberka. Baby poczęły się trochę rozmarzać. (…)
Kulikową również porwało rozczulenie, ale skierowała je ku Marysi.
- Pamiętaj, sierotko – rzekła – co ci mówił dobrodziej, kiej ci mateńkę śniegiem przysypywali, że jamioł (anioł) je nad tobą. (…)
Marysia, mrugając swoimi biednymi, głupimi oczkami, wpatrywała się uważnie w babinę. Kulikowa mówiła dalej:
- Tyś jest sierotka, to złemu od ciebie zasię! Nad sierotami je jamioł. On je dobry. Na, masz dziesięć groszy. Choćbyś i piechotą
do Leszczyniec poszła, to trafisz, bo on cię zaprowadzi. (…)

Nastała cisza, którą przerwało nagle chlupotanie końskich nóg w błocie przed drzwiami i jakiś głos, który zawołał na konie:
- Prrr!
Do szynku wszedł Wojtek Marguła z zapaloną latarką w ręku, postawił latarkę, począł „zabijać” ręce, by je rozgrzać, i wreszcie rzekł do szynkarza:
- Dajta-no półkwaterek!
-Marguła, kasztanie – zawołała Kulikowa – weźmiesz dziewczynę do Leszczyniec!
- Juści wezmę, bo mi kozeli – odparł Marguła. (…)
…wypił wódkę, skrzywił się, splunął i stawiając z niezadowoleniem miarkę rzekł:
- Dyć to sama woda. Dajta-no drugiej z tej innej flaszki.
Szynkarz nalał mu z innej. Wojtek skrzywił się jeszcze mocniej.
- E! araku ta nie mata? (…)

…wziął na wpół śpiącą dziewczynę za rękę i rzekł:
- Chodźże, zmoro!
Kobiety posnęły również w kącie, nikt więc nie pożegnał Marysi. Po prostu: matka jej została na cmentarzu w Łupiskórach, a ona jechała do Leszczyniec. Wyszli, siedli, Marguła krzyknął na konie: „wiśta” – i pojechali. (…)

Jechali, jechali. Wojtek poganiał konie i śpiewał pod nosem: „Pamiętas, psia jucho, coś mi obiecowoł.” Ale wkrótce umilkł i zaczął „żydy” wozić. Kiwnął się w prawo, w lewo. Śniło mu się, że go w Leszczyńcach tłuką po karku za to, że zgubił kobiałkę z listami, więc od czasu do czasu budził się przez pół i powtarzał: „wciorności!” Marysia nie spała, bo jej było zimno. Szeroko otwartymi oczyma patrzyła na białe pola, które jej co chwila zasłaniały ciemne plecy Marguły. (…)
Mrozu wprawdzie nie było, ale powietrze stało się przenikliwe, jak zwykle w odwilży. Wojtek bo miał przynajmniej w żołądku spory zapas poczerpniętego w łupiskórskim szynku ciepła. (…) …w tej chwili tak był pocieszony, że go nic zasmucić nie mogło. Nie zasmuciło go nawet i to, że konie doszedłszy do lasu naprzód zwolniły zupełnie kroku, choć droga była w lesie lepsza,
a następnie, ruszywszy w bok, przewróciły sanie w rów przydrożny. Rozbudził się wprawdzie, ale nie zrozumiał dobrze, co się stało. Marysia poczęła go trącać.

- Wojtek!
- Czego skrzeczysz?
- Przewróciliśwa.
A Wojtek spytał: „śklonkę?” i usnął na dobre. Dziewczyna siadła przy saniach, skuliła się, jak mogła, i siedziała. Ale twarz zmarzła jej wkrótce zupełnie, więc zaczęła trącać śpiącego:
- Wojtek!
Nie odpowiedział.
- Wojtek, chcę do chałupy!
A po chwili znowu:
- Wojtek, bo pójdę piechotą…
Na koniec poszła. Zdawało się jej, że do Leszczyniec jest bardzo blisko. Zresztą znała drogę, bo co niedziela chodziła nią z matką do kościoła. Ale teraz musiała iść sama. (…)

Jakiś ogromny spokój był w lesie, który dziecku dodawał otuchy. (…) Wiatr nie wiał. Uśnieżone kiście nie poruszały się najmniejszym ruchem. Spało wszystko zimowym snem. (…) Jedyną żywą istotą poruszającą się jak mały czarny punkcik
wśród tych milczących wielkości, była Marysia. (…) Oto samo jedno, takie słabe, biedne, wśród śniegu, nocy i lasu, brnie sobie
z ufnością, jakby nigdy nic! Noc jasna zdaje się troskać o nią. (…)
Dziewczyna szła już dość długo i zmęczyła się wreszcie. (…)

Dziecko idzie coraz wolniej. (…) Dziewczynę począł ogarniać sen niepokonany. Zeszła i siadła pod drzewem. Powieki opadały jej na oczy. Przez chwilę myślała, że po białości śniegowej matula idzie ku niej od strony cmentarza. Nikt nie szedł. Dziecko było jednak pewne, że ktoś przyjść musi. Kto? – Anioł. Przecie stara Kulikowa mówiła, że „jamioł” jest nad nią. – Marysia znała go.
W chałupie u matuli był jeden malowany z „lelują” w ręku i ze skrzydłami. Przyjdzie niezawodnie. (…)

- Cicho! istotnie ktoś idzie; śnieg, choć miękki, szeleści wyraźnie, kroki zbliżają się i zbliżają ciche, ale szybkie. Dziecko podnosi
z ufnością senne powieki. Co to? Szara jakaś trójkątna głowa o sterczących uszach przypatruje się dziecku pilnie… straszna, ohydna… (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]