(…) Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych. [Mat. 4; 4]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1879



DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU – 1879.


["JANKO MUZYKANT"]
Przyszło to na świat wątłe, słabe. Kumy, co się były zebrały przy tapczanie położnicy, kręciły głowami i nad matką,
i nad dzieckiem. Kowalka Szymonowa… (…) …zapaliła gromnicę, a potem wziąwszy dziecko pokropiła je wodą, aż poczęło oczki mrużyć, i rzekła jeszcze:
- Ja ciebie „krzcę” w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i daję ci na przezwisko Jan, a teraz-że, duszo "krześcijańska", idź, skądeś przyszła. Amen!
Ale dusza chrześcijańska nie miała wcale ochoty iść, skąd przyszła, i opuszczać chuderlawego ciała, owszem, poczęła wierzgać nogami tego ciała, jako mogła, i płakać, chociaż tak słabo i żałośnie, że jak mówiły kumy: „myślałby kto, kocię nie kocię, albo co!”
Posłano po księdza; przyjechał, zrobił swoje, odjechał, chorej zrobiło się lepiej. W tydzień wyszła baba do roboty. Chłopak ledwo „zipał”, ale zipał; aż w czwartym roku okukała kukułka na wiosnę chorobę, więc się poprawił i w jakim takim zdrowiu doszedł
do dziesiątego roku życia. Chudy był zawsze i opalony, z brzuchem wydętym, a zapadłymi policzkami; czuprynę miał konopną, białą prawie i spadającą na jasne, wytrzeszczone oczy, patrzące na świat, jakby w jakąś niezmierną dalekość wpatrzone. (…)

Matka, biedna komornica, żyjąca z dnia na dzień, niby jaskółka pod cudzą strzechą, może go tam i kochała po swojemu, ale biła dość często i zwykle nazywała „odmieńcem”. (…) Był to chłopak nierozgarnięty bardzo i jak wiejskie dzieciaki, przy rozmowie
z ludźmi, palec do gęby wkładający. (…) Nie wiadomo, skąd się to takie ulęgło, ale na jedną rzecz był tylko łapczywy, to jest
na granie. Wszędzie też je słyszał, a jak tylko trochę podrósł, tak już o niczym innym nie myślał. (…) …myślał, że tam coś w boru grało… Co? Albo on wiedział?… Sosny, buki, brzezina, wilgi, wszystko grało: cały bór, i basta! Echo też… W polu grała mu bylica,
w sadku pod chałupą ćwirkotały wróble, aż się wiśnie trzęsły! Wieczorami słuchiwał wszystkich głosów, jakie są na wsi, i pewno myślał sobie, że cała wieś gra. Jak posłali go do roboty, żeby gnój rozrzucał, to mu nawet wiatr grał w widłach. (…)

Nazywali go ludzie „Janko Muzykant”!... Wiosną uciekał z domu kręcić fujarki wedle strugi. Nocami, gdy żaby zaczynały rzechotać, derkacze na łąkach derkotać, bąki po rosie burczyć; gdy koguty piały po zapłociach, to on spać nie mógł, tylko słuchał i Bóg go jeden wie, jakie on i w tym nawet słyszał granie… Do kościoła matka nie mogła go brać, bo jak, bywało, zahuczą organy
lub zaśpiewają słodkim głosem, to dziecku oczy tak mgłą zachodzą, jakby już nie z tego świata patrzyły… (…)

Stójka… widział nieraz białą koszulę Janka, przemykającą się w ciemności ku karczmie. Ale przecież chłopak nie do karczmy chodził, tylko pod karczmę. (…) Skrzypki śpiewały cicho… (…) Co by on za to dał, gdyby mógł mieć takie skrzypki… (…) Takie deszczułki śpiewające. Ba! ale skąd ich dostać? Gdzie takie robią? Żeby mu przynajmniej pozwolili choć raz w rękę wziąć coś takiego!... Gdzie tam! Wolno mu tylko było słuchać, toteż i słuchał… (…) Gdy tylko mógł słyszeć skrzypki, czy to na dożynkach, czy na weselu jakim, to już dla niego było wielkie święto. (…)

…zrobił sobie sam skrzypki z gonta i włosienia końskiego, ale nie chciały grać tak pięknie jak tamte w karczmie: brzęczały cicho, bardzo cichutko, właśnie jak muszki jakie albo komary. Grał jednak na nich od rana do wieczora, choć tyle za to odbierał szturchańców, że w końcu wyglądał jak obite jabłko niedojrzałe. Ale taka to już była jego natura. (…) Wcale nie był jak inne dzieci, był raczej jak jego skrzypki z gonta, które zaledwie brzęczały. Na przednówku przy tym przymierał głodem, bo żył najczęściej surową marchwią i także chęcią posiadania skrzypek. (…)

We dworze miał skrzypce lokaj i grywał czasem na nich szarą godziną, aby się podobać pannie służącej. Janko czasem podczołgiwał się między łopuchami, aż pod otwarte drzwi kredensu, żeby im się przypatrzeć. Wisiały właśnie na ścianie naprzeciw drzwi. (…) Chciałby przynajmniej raz mieć je w ręku, przynajmniej przypatrzeć się im bliżej… Biedne małe chłopskie serce drżało na tę myśl ze szczęścia.

Pewnej nocy nikogo nie było w kredensie. (…) Księżyc właśnie na niebie był pełny i wchodził ukośnie przez okno do kredensu, odbijając je w kształcie wielkiego jasnego kwadratu na przeciwległej ścianie. Ale ten kwadrat zbliżał się powoli do skrzypiec
i w końcu oświetlił je zupełnie. (…) W onym blasku widać było wszystko doskonale: wcięte boki, struny i zagiętą rączkę. Kołeczki przy niej świeciły jak robaczki świętojańskie, a wzdłuż zwieszał się smyczek na kształt srebrnego pręta… Ach! wszystko było śliczne i prawie czarodziejskie; Janek też patrzył coraz chciwiej. (…) Tymczasem wiatr powiał; zaszumiały cicho drzewa, załopotały łopuchy, a Janek jakoby wyraźnie usłyszał:
- Idź, Janku! w kredensie nie ma nikogo… idź, Janku!... (…)

Biała koszula migotała coraz bliżej drzwi kredensowych. Już nie okrywają jej czarne łopuchy. Na progu kredensowym słychać szybki oddech chorych piersi dziecka. Chwila jeszcze, biała koszula znikła, już tylko jedna bosa nóżka wystaje za progiem.
Na próżno, lelku, przelatujesz jeszcze raz i wołasz: „Nie! nie!” Janek już w kredensie. (…) Cicha letnia błyskawica, przeleciawszy między wschodem i zachodem, oświeciła raz jeszcze wnętrze kredensu i Janka na czworakach przed skrzypcami z głową zadartą do góry. Ale błyskawica zgasła, księżyc przesłoniła chmurka i nic już nie było widać ani słychać. Po chwili dopiero z ciemności wyszedł dźwięk cichutki i płaczliwy, jakby ktoś nieostrożnie strun dotknął – i nagle… (…)

Na drugi dzień biedny Janek stał już przed sądem u wójta. Mieliż go tam sądzić jako złodzieja?... Pewno. Popatrzyli na niego wójt
i ławnicy, jak stał przed nimi z palcem w gębie, z wytrzeszczonymi, zalękłymi oczyma, mały, chudy, zamorusany, obity, niewiedzący, gdzie jest i czego od niego chcą? Jakże tu sądzić taką biedę, co ma lat dziesięć i ledwo na nogach stoi? (…) Niech go tam weźmie stójka, niech mu da rózgą, żeby na drugi raz nie kradł i cała rzecz. (…) Stach kiwnął swoją głupowatą, zwierzęcą głową, wziął Janka pod pachę, jakby jakiego kociaka, i wyniósł ku stodółce. Dziecko, czy nie rozumiało, o co chodzi, czy się zalękło, dość że nie ozwało się ni słowem, patrzyło tylko, jakby patrzył ptak. (…)

Dopiero jak go Stach w stodole wziął garścią, rozciągnął na ziemi i, podgiąwszy koszulinę, machnął od ucha, dopieroż Janek krzyknął:
- Matulu! – i co go stójka rózgą, to on – „Matulu! matulu!!”, ale coraz ciszej, słabiej, aż za którymś razem ucichło dziecko
i nie wołało już matuli…
Biedne, potrzaskane skrzypki!... (…)
Przyszła matka, zabrała chłopaka, ale musiała go zanieść do domu… Na drugi dzień nie wstał Janek, a trzeciego wieczorem konał już sobie spokojnie na tapczanie pod zgrzebnym kilimkiem… (…) Tymczasem wychudłe piersi poruszały się jeszcze oddechem,
a twarz dziecka była jakby zasłuchana w te odgłosy wiejskie, które wchodziły przez otwarte okno. (…) Janek wsłuchiwał się ostatni raz, jak wieś gra… Na kilimku przy nim leżały jego skrzypki z gonta. Nagle twarz umierającego dziecka rozjaśniła się,
a z bielejących warg wyszedł szept:
- Matulu?…
- Co, synku? – ozwała się matka, którą dusiły łzy…
- Matulu, Pan Bóg mi da w niebie prawdziwe skrzypki?
- Da ci, synku, da! – odrzekła matka; ale nie mogła dłużej mówić, bo nagle z jej twardej piersi buchnęła wzbierająca żałość,
więc jęknąwszy tylko: „O Jezu! Jezu!”, padła twarzą na skrzynię i zaczęła ryczeć… (…)

…oczy małego grajka były otwarte wprawdzie, ale nieruchome, twarz zaś poważna bardzo, mroczna i stężała. Promień słoneczny odszedł także… (…)


STYCZEŃ [?] [Paryż]


["Z PARYŻA"]
Jest to może charakterystyczną cechą Francji i Paryża, że tu uczeni nie stanowili nigdy, na kształt średniowiecznych Różokrzyżowców, bractw zamkniętych. Mszę przy ołtarzu nauki odprawiają wprawdzie tylko kapłani, ale słucha owej mszy cała publiczność. Z ostatecznych przyczyn i zasad ogół nie umie sobie zapewne zdać sprawy, tak jak większość ludzi chodzących
po Avenue de l'Opéra nie rozumie, dlaczego lampy elektryczne palą się i rzucają blask tak jasny. Nie przeszkadza to jednak,
że wszyscy korzystają z ich światła. Takie popularyzowanie nauki, takie dopuszczanie z pomocą Sorbony, Collège de France
i innych zakładów szerszej publiczności do udziału w ruchu naukowym, a nawet i sądu o nim, sprawia, że nauka i płynące z niej nowe idee nie są tu niczym pergaminowym, zżółkłym, zwiędłym, jakąś wyłączną arendą uczonych profesorów, ale czymś żywym, wchodzącym natychmiast w krew i cały organizm ogółu. (…)

DOKŁADNA DATA NIE JEST ZNANA. ROK PIERWODRUKU – 1879. [Paryż] [?] - [Lwów] [?]


["ORSO"]
Ostatnie dni jesieni są dla Anaheim, miasteczka położonego w południowej Kalifornii, dniem zabaw i uroczystości. Kończy się naówczas winobranie całe, więc miasto roi się tłumami ludności robotniczej. (…) Śliczne to miasto, otoczone kępami eukaliptusów, rycynusów i drzew pieprzowych, wre jakby jarmarkiem gwarnym i hałaśliwym, a stanowiącym dziwne przeciwieństwo z głęboką i poważną ciszą pustyni, porosłej kaktusami, która zaczyna się zaraz za polami winogradu. Wieczorem, gdy słońce kryje promienny swój krąg w toniach oceanu, a na różowym niebie widać również różowo oświecone klucze dzikich gęsi, kaczek, pelikanów, mew i żurawi, ciągnących tysiącami z gór ku oceanowi, w mieście zapalają się ogniska i rozpoczyna się zabawa. (…) Dzień jednak, w którym ostatnie grono zostaje wytłoczone indyjskimi nogami, jest jeszcze uroczystszy, zjeżdża albowiem wówczas z Los Angeles wędrowny cyrk pana Hirscha, Niemca, a zarazem właściciela menażerii, złożonej z małp, kuguarów, lwów afrykańskich, jednego słonia i kilkunastu zdziecinniałych ze starości papug… (…)

Ulica „Pomarańcz” bywa wówczas tak zapchana wozami i powozikami najrozmaitszych kształtów, że nie podobna się przecisnąć. (…) Wśród powozików, zasypanych kwiatami i wyglądających jak wielkie bukiety, harcują na mustangach młodzi ludzie
i, przechylając się z wysokich kulbak meksykańskich, zaglądają ukradkiem pod kapelusze dziewicze. (…) Wszyscy rozmawiają
o the greatest attraction, czyli o szczegółach przedstawienia wieczornego, które świetnością ma przejść wszystko, co dotąd widziano. (…)

…szesnastoletni Orso, „Herkules amerykański”, zrodzony z ojca białego a matki Indianki, ma dźwigać na sobie sześciu ludzi,
po trzech na każdym ramieniu; prócz tego, dyrekcja ofiaruje sto dolarów każdemu człowiekowi, „bez względu na kolor skóry”, który by małoletniego atletę zmógł w ręcznej walce. Głuche wieści chodzą po Anaheim, że z gór San Bernardino przybył umyślnie dla próbowania się z Orsem Grizzly-Killer (zabijacz niedźwiedzi), sławny z nieustraszoności i siły wnicznik, który, jak Kalifornia Kalifornią, pierwszy z ludzi ośmielił się uderzać na szarego niedźwiedzia z toporem i nożem. (…)

Umysły kobiece niemniej podnieca znów następny numer programu: oto tenże sam potężny Orso będzie nosił
na trzydziestostopowym maszcie małą Jenny, „cud świata”, o której afisz mówi, że jest najpiękniejszą dziewczyną, jaka żyła
na ziemi „za ery chrześcijańskiej”. Dyrektor, mimo iż Jenny liczy dopiero lat trzynaście, ofiaruje również sto dolarów każdej dziewicy, „bez względu na kolor skóry”, która by ośmieliła się stanąć w zawód pod względem piękności z „aniołem powietrznym”. (…) Dwie siostry Bimpa, starsza Refugio i młodsza Mercedes, siedząc niedbale w ślicznym „buggy”, czytają właśnie afisz.
Na cudnych twarzach ich nie znać najmniejszego wzruszenia, choć czują, że oczy Anaheimu zwracają się na nie w tej chwili jakby
z prośbą, by ratowały honor całego hrabstwa, i zarazem z patriotyczną dumą, ugruntowaną na przekonaniu, że nad te dwa kwiaty kalifornijskie nie masz piękniejszych we wszystkich górach i kanionach świata tego. (…)

Tymczasem ruch koło cyrku powiększa się z każdą chwilą. (…) Trąby grają, bębny biją, lwy ryczą, bicze klaskają, słowem, cała karawana, jak gomon, posuwa się naprzód z hałasem i wrzawą. (…) …Orso zaś i Jenny mają właśnie próbę w cyrku.
Pod płóciennym jego dachem panuje jednak cisza i mrok. (…) Gdzież są Orso i Jenny? Jedno z pasm wkradającego się
przez szpary światła, w którym kręci się i wiruje kurz, pada jak złota plama na zagłębienie dalszych ławek. Plama ta posuwa się zgodnie z ruchem słońca na dworze, a w końcu oświetla grupę, złożoną z Orsa i Jenny.

Orso siedzi na wierzchu ławki, przy nim zaś Jenny. Jej śliczna dziecinna twarzyczka przytulona jest do ramienia atlety, a ręka otacza jego kark i zwiesza się na drugim ramieniu. (…) Jej drobna twarzyczka jest po prostu anielska; ogromne, smutne, niebieskie oczy mają wyraz głęboki, słodki, ufny; ciemne brwi rysują się z nieporównaną czystością na czole białym i jakby zamyślonym, na które płowa, jedwabista, trochę bezradna czupryna rzuca cień, jakiego by się nie tylko mistrz Harvey,
ale i pewien inny malarz, nazwiskiem Rembrandt, nie powstydził. Dziewczynka przypominała zarazem Kopciuszka i Gretchen,
a przytuloną postawą, jaką przybrała, zdradza usposobienie bojaźliwe i potrzebujące opieki. (…) Orso ubrany w cielisty trykot, wydaje się z daleka nagim, a tenże sam promień oświeca jego rozrosłe nieproporcjonalnie bary, zbyt wypukłą pierś, zapadły brzuch i za krótkie w stosunku do długiego tułowia nogi. Potężne jego formy zdają się być tylko z gruba wyciosane toporem. (…) Jest on zarazem podobny do byka i niedźwiedzia, a w ogóle uosabia straszliwą siłę, ale złą. Jakoż wcale nie jest dobry. (…) Taki to jest Orso.

Od niejakiego czasu stał się on jednak lepszym, albowiem zaczął bardzo kochać małą Jenny. Zdarzyło się przed rokiem,
że gdy raz Orso, który był zarazem dozorcą zwierząt, czyścił klatkę kuguara, zwierz wysunąwszy łapę przez pręty, skaleczył go dość mocno w głowę. Wówczas atleta wszedł do klatki i ze strasznej walki, jaka wywiązała się między nim a zwierzęciem, wyszedł sam tylko żywy. Był jednak tak silnie pokaleczony, że zemdlał, a potem chorował długo, tym bardziej, że dyrektor oćwiczył go jeszcze za połamaną kuguarowi kość pacierzową. W czasie choroby mała Jenny okazywała mu wiele litości, opatrywała w braku kogo innego jego rany, a w chwilach wolnych, przesiadując przy nim, czytała mu Biblię, to jest „dobrą książkę”, która mówiła o kochaniu się, o przebaczaniu, o miłosierdziu, słowem, o rzeczach, o których nigdy nie było mowy
w cyrku pana Hirscha. Orso, słuchając tej książki, pracował długo swoją indyjską głową, a w końcu doszedł do przekonania,
że gdyby tak było w cyrku, jak w tej książce, to i on nie byłby taki zły. Myślał także, że wówczas nie bywałby bity, a może nawet znalazłby się ktoś taki, kto by go kochał. Ale kto? Nie Murzyni i nie pan Hirsch, więc chyba mała Jenny, której głos tak mu słodko brzmiał w uszach jak głos maukawisa.

Wskutek tej myśli pewnego wieczoru rozpłakał się ogromnie, zaczął całować małe ręce Jenny i od tej pory pokochał ją bardzo. (…) Z nią też jedną umiał rozmawiać ten mruk i przed nią tylko otwierał się. Nienawidził on cyrku i pana Hirscha, który był zupełnie inny, jak ludzie „dobrej książki”. Coś ciągnęło go zawsze na kraniec widnokręgu, na bory i stepy. (…) Ona była zawsze
z nim, i tak im było dobrze, że aż strach. Co dzień widzieli coś nowego, mieli całe swoje gospodarstwo, wypadało więc
nad wszystkim się zastanowić.

Siedzą więc oto teraz oboje w paśmie światła i rozmawiają zamiast robić próbę nowych skoków. (…) Mała Jenny, przytulona
do ramienia Orsa, utkwiła zamyślone oczy w przestrzeń i nóżkami kiwa zawzięcie, i rozważa w swojej małej główce, jak to będzie
na pustyni, a czasem rzuca pytania… (…)

- A pan pies i pan kot pójdą z nami?
- Pójdą – odpowiada Orso i mruczy z radości.
- Weźmiemy z sobą i „dobrą książkę”?
- Weźmiemy! – mówi Orso i mruczy jeszcze głośniej. (…)
Orso taki już jest uszczęśliwiony, że nie może nawet mruczeć, więc Jenny prawi dalej:
- I pana Hirscha nie będzie, i cyrku nie będzie, i nie będziemy nic nigdy robić, i tyle!... Ale nie! – dodaje po chwili – „dobra książka” mówi, że trzeba pracować… (…)

Dyrektor… wchodzi do cyrku… (…) Zakrywszy ręką czoło, aby mu oczu nie zaślepiało światło, wdzierające się przez płótno, dyrektor wpatruje się w głąb i wkrótce dostrzega w świetlanym pasemku Orsa i Jenny, klęczącą przed nim, z łokciami wspartymi na jego kolanach. Ujrzawszy takie widowisko, puszcza koniec bata na ziemię.
- Orso! (…)

Orso, wylazłszy na arenę, zatrzymuje się przy parapecie, chmurny i milczący. Szare światło, padające z góry, oświeca teraz wyraźnie jego Herkulesowy tułów, osadzony na krótkich nogach.
- Bliżej! – woła ochrypłym głosem dyrektor, gdy tymczasem koniec jego rozpuszczonego bata porusza się po piasku złowrogim ruchem, jakim porusza się ogon tygrysa, czyhającego z zasadzki. (…) Bat z szybkością błyskawicy opisał krąg, zaświstał, zasyczał i uderzył. Orso zaskowyczał z cicha i rzucił się krok naprzód, ale drugie uderzenie wstrzymało go od razu, po czym trzecie, czwarte, dziesiąte. Koncert rozpoczął się, choć widzów jeszcze nie było. Wzniesiona ręka wielkiego artysty nie poruszała się prawie wcale, dłoń tylko kręciła się, jakby część jakiej maszyny, osadzona na śrubie, a każdy jej skręt odzywał się klaśnięciem na skórze Orsa. (…) Trzaskawka, migocąc w powietrzu, dwa razy już wypisała krwawe ślady na szyi atlety, które wieczorem miał pokryć puder.

Orso zamilkł w końcu. Za każdym jednak uderzeniem posuwał się krok naprzód – dyrektor krok w tył. W ten sposób obeszli cała arenę. I znowu dyrektor wycofywał się z areny, zupełnie jak pogromca z klatki, a wreszcie znikł u wejścia do stajen… zupełnie jak pogromca. Na odchodnym jednak wzrok jego padł na Jenny.
- Na koń! – wykrzyknął. – Rachunek na później.
Głos jeszcze nie przebrzmiał, gdy biała spódniczka mignęła w powietrzu i Jenny w mgnieniu oka skoczyła, jak małpka, na grzbiet koński. Dyrektor zniknął za zasłoną, koń zaś począł galopować wkoło, dudniąc od czasu do czasu kopytami w parapet. (…) Dziewczynka, stojąc na siodle nóżkami przyciśniętymi jedna do drugiej, zdawała się go ledwie końcami palców dotykać; różowe, nagie jej rączki chwytały nagłymi ruchami równowagę; rzucone w tył pędem powietrza włosy i cyrkowa z gazy spódniczka goniły za jej lekką postacią, podobną do ptaka, krążącego w powietrzu. (…)

Zachwiała się raz, drugi i wreszcie spadła w ramiona Orsa. (…)
- Orso, o, Orso! – powtarzała, nie mogąc więcej przemówić, i ręce jej zaciskały się gwałtownie koło jego szyi. Gdyby sama została wybita, nie mogłaby płakać więcej; jakoż w końcu on zaczął ją utulać i pocieszać… Zapomniawszy o bólu chwycił ją na ręce
i przyciskał z kolei do serca, a rozkołysane biciem jego nerwy sprawiły, że pierwszy raz uczuł, iż kocha ją nie tylko tak, jak brytan swoją panią. (…)

- Nic mnie już nie boli… Gdy ty jesteś przy mnie, bardzo mi jest dobrze… Jenny! Jenny!
Tymczasem dyrektor chodził po stajniach i pienił się ze złości. W sercu jego nurtowała zazdrość. Widział on dziewczynę
na kolanach przed Orsem, a od pewnego już czasu cudne dziecko poczęło w nim wzbudzać jakby brzask niskich uczuć, nie dość jeszcze rozwiniętych. Ale posądził już ją i Orsa o romans, więc pragnął się zemścić. Znalazłby dziką rozkosz, gdyby ją wybił, bardzo mocno wybił, i tej chęci nie mógł się oprzeć. Po chwili zawołał na nią. (…) …dziewczynka, wbiegłszy do stajni,
nie spostrzegła zrazu nikogo, albowiem ciemniej tam było jeszcze niż na arenie. Bojąc się jednak, aby nie posądzono jej,
iż nie spełniła natychmiast rozkazu, wołała cichym i przestraszonym głosem:
- Już jestem tu, panie, już jestem!
W tej samej chwili ręka dyrektora chwyciła za małą jej rączkę, a chrapliwy głos wyrzekł:
- Come!
Gdyby był gniewał się na nią lub krzyczał, mniej by ją to przerażało niż owo milczenie, w jakim prowadził ją w stronę garderoby cyrkowej. (…)

- Mister Hirsch! mój drogi, mój słodki! nigdy nie będę…
Ale on prowadził ją przemocą do długiej zamkniętej komory, w której był skład kostiumów, i zamknął drzwi na klucz. (…)
- Połóż się!
Uczepiła się wówczas rozpaczliwie jego nóg, bo prawie umierała ze strachu. (…) Chwyciwszy ją za opaskę spódniczki, rzucił
na stos sukien, leżących na stole, potem przez chwilę jeszcze tłumił gwałtowne poruszenia jej nóg i wreszcie uderzył.
- Orso! Orso! – zawołała dziewczynka. W tej samej chwili drzwi zatrzęsły się w zawiasach, zatrzeszczały od góry do dołu i cała
ich połowa, wybita olbrzymią siłą, zwaliła się z łoskotem na ziemię. W wyłomie stanął Orso. (…)

- Help! Help! – zawrzeszczał artysta. Dosłyszano go. Czterech ogromnych Murzynów wbiegło co sił ze stajen przez wyłamane drzwi i rzuciło się na Orsa. Zaczęła się straszna walka, której dyrektor przypatrywał się szczękając zębami. (…) …po chwili jeden z Murzynów, wyrzucony jakby nadludzką siłą z owej bezkształtnej masy, zakołysał się w powietrzu i padł obok dyrektora, uderzywszy z głuchym łoskotem czaszką o podłogę; wkrótce wyleciał drugi, a wreszcie ponad kłębem walczących podniósł się tylko Orso, straszniejszy niż przedtem, pokrwawiony i z włosem zjeżonym na głowie. (…) Potem podniósł się i szedł znowu
ku dyrektorowi. (…) Artysta zamknął oczy. W tejże samej sekundzie uczuł, że nogi jego nie dosięgają już ziemi, potem uczuł, że leci w powietrzu, a jeszcze potem nic nie czuł, bo uderzywszy całym ciałem w pozostałą połowę drzwi, padł bez czucia na ziemię. Orso obtarł się i zbliżył do Jenny.
- Chodź! – rzekł krótko. Wziął ją za rękę i wyszli. (…)

Milcząc mijali domy, ukryte w cieniu eukaliptów, następnie minęli miejscową bydłobójnię, koło której kręciły się tysiące szpaków czarnych z czerwonymi skrzydłami, przeskoczyli wielki rów irygacyjny, weszli w lasek drzew pomarańczowych i, wydostawszy się z niego, znaleźli się między kaktusami. (…) W miejscach, gdzie piramidy kaktusów były mniejsze, widać było na samym krańcu widnokręgu błękitne góry Santa Ana. Szli ku górom. (…) Jenny biegała oczyma z jednej kępy na drugą, to znów zapuszczała badawczy wzrok w środek kaktusów, pytając od czasu do czasu cicho towarzysza?
- To to jest pustynia, Orso?
Jednak pustynia nie zdawała się być pustą, z dalszych kęp dochodziły nawoływania kogutów kuropatwich, a naokoło rozlegały się rozmaite dziwne klaskania, cmokania, mruczenia, słowem: najróżnorodniejsze głosy małych zwierzątek zamieszkujących kaktusy. (…)

Wypocząwszy małą godzinkę dzieci poszły dalej. Jenny wkrótce zachciało się pić, na co Orso, w którym widocznie budziła się przemyślność indyjska, poradził, nazrywawszy owoców kaktusowych. (…) Pustynia nakarmiła dzieci jak matka; posiliwszy się mogli iść dalej. (…) Raz jeszcze ze wzgórza obejrzawszy się, ujrzeli Anaheim na poły rozpłynięte w oddali, podobne do wielkiej kępy drzew, rosnących na niskim stepie. Cyrku już nie był widać ani śladu. Szli jednak bardzo wytrwale całymi godzinami
ku górom, które rysowały się coraz wyraźniej. (…) Zaczynała się lesista część podgórzy przy Santa Ana. Orso złamał jedno
z mniejszych drzew i, poobrywawszy gałęzie, uczynił z niego maczugę… (…)

…słońce zaczęło już zniżać się ku zachodowi. Jego wielka ognista tarcza stoczyła się już nawet daleko za Anaheim i zapadła
w ocean. (…) Jenny czuła się zmęczona i śpiąca, ale zdążali oboje co sił do gór, choć sami nie wiedzieli dlaczego. Jakoż wkrótce ujrzeli skały, a doszedłszy do nich odkryli strumień. Napiwszy się wody szli dalej wzdłuż łożyska. (…) Zorze gasły; mrok ogarniał ziemię coraz większy. (…)
- Boisz się, Dży? – pytał Orso.
- Nie! – odpowiedziała dziewczynka. Ale była już bardzo zmęczona i nie mogła iść dalej, więc Orso wziął ją na ręce i niósł. Sam jednak szedł ciągle naprzód, w nadziei, że trafi na jakiego skwatera lub na namioty meksykańskie. (…)

Nagle zatrzymał się i nadstawił pilnie uszu. Zdawało mi się, że z dala dochodziły go odgłosy dzwonków, jakie skwaterowie przywiązują na noc krowom i kozom. Ruszywszy śpiesznie naprzód wkrótce doszedł do skrętu strumienia. Głos dzwonków stawał się coraz wyraźniejszy, a na koniec dołączyło się do nich szczekanie psa. Orso był już pewny, że zbliża się do jakiejś siedziby ludzkiej. (…)
- Boże daj, aby to był człowiek z „dobrej książki” – pomyślał. Następnie postanowił obudzić Jenny.
- Dży! – zawołał: – obudź się, będziemy jedli.
- Co to? – pytała dziewczynka. – Gdzie my jesteśmy?
- W pustyni. (…)
- A tam co za światło?
- Tam mieszka jakiś człowiek. Będziemy jedli.

Biedny Orso był bardzo głodny. Tymczasem byli już blisko ogniska. Pies szczekał coraz gwałtowniej, a stary człowiek, siedzący przy ogniu, przysłonił oczy i patrzył w ciemność. Po chwili spytał:
- Kto tam?
- To my… – odpowiedziała cienkim głosikiem Jenny – i bardzo nam się jeść chce.
- Zbliżcie się! – rzekł stary człowiek. (…)
- Co wyście za jedni? – spytał. Mała kobietka, licząca widocznie więcej na swoją niż na towarzysza wymowę, poczęła szczebiotać:
- My z cyrku, kochany panie! Pan Hirsch wybił bardzo Orsa, a potem chciał bić mnie, więc Orso mnie nie dał i wybił pana Hirscha
i czterech Murzynów, i potem uciekliśmy na pustynię, i szliśmy długo przez kaktusy, i Orso mnie niósł, potem przyszliśmy tu,
i bardzo się nam jeść chce.
Twarz starego samotnika rozjaśniała się powoli, a oczy jego spoczęły z dobrotliwym ojcowskim wyrazem na uroczym dziecku, które śpieszyło się, jakby pragnąc wypowiedzieć wszystko jednym tchem. (…)

Mała kobietka bez namysłu zarzuciła swoje nagie rączki na szyję starca i ucałowała go serdecznie. Wydawał jej się z „dobrej książki”.
-A czy nas pan Hirsch tu nie znajdzie? – pytała, oderwawszy swą różaną buzię od zwiędłej twarzy osadnika.
- Kulę znajdzie! – odparł starzec… (…)

Skwater pogrzebał chwilę w popiele i wydobył z niego wspaniały udziec jeleni, którego zapach rozszedł się naokoło.
Po czym siedli do jedzenia. (…) Oboje z dziewczynką jedli jak najęci; stary tylko samotnik jeść nie mógł – i nie wiadomo dlaczego, spoglądając na małą Jenny, miał łzy w oczach. Może dawniej był ojcem, a może w pustych górach ludzi rzadko widywał…

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

I odtąd troje tych ludzi pędziło życie razem. (…)


KWIECIEŃ [Lwów]


["OSADY POLSKIE W STANACH ZJEDNOCZONYCH PÓŁNOCNEJ AMERYKI"]
I.

Na niewielkich statkach, najtańszych ze wszystkich, można za dwadzieścia kilka dolarów dostać się w ten sposób z Hamburga
do New Yorku, Bostonu, Baltimore lub innych portów amerykańskich. Ale też nędzny to i męczący sposób podróżowania. Każdemu jednak podróżnikowi polskiemu jadącemu wygodnie pierwszą klasą radzę, żeby przez samą ciekawość zajrzał pod pokład, zwłaszcza wieczorem w czasie burzy, gdy olbrzymie zwały wody przelewają się przez pokład, wicher rzuca okrętem, a powietrze, woda i ciemność zdają się być zmieszane w jeden chaos. (…)

- Ludzie, czyście z Polski? – ciemne owe postacie zerwą się jakoby podrzucone tajemną jaką siłą, otoczą ze wszystkich stron podróżnika, a wzruszone i drżące od łez głosy zarzucą go pytaniami:
- Panie! wielmożny panie, my z Polski. Czy pan także?
Gdy się ich spytać, z których stron, odpowiedź brzmi:
- Spod Prusaka, spod Austriaka, spod Moskala.
To nasza krew, kość z kości naszych – to nasze Mazury, Wielkopolanie i Ślązacy – jadą… dokąd?...
- Do Hameryki! – odpowie Mazur – do Frylandu – objaśnia Ślązak.
- A po co?
- Szukać chleba i woli, których w domu brakło.
Wkrótce jednak zaczną narzekać, bo żal im za swymi strzechami, pod którymi się urodzili. (…)

Tymczasem upływają dni i noce. Okręt z dziobem zwróconym na zachód wspina się pracowicie z fali na falę i idzie naprzód,
aż wreszcie – po kilkunastu lub więcej dniach podróży – poczyna się rysować i jakby wychodzić z wody ziemia, do której dążyli. (…) A oto wydaje im się, że Bóg zmiłował się już nad nimi jakoby nad jakim taborem błądzącym po pustyni i przeprowadziwszy ich szczęśliwie przez morze, ukazał im ziemię obiecaną. (…) Przyjechali. Przez wielki budynek celniczy na tzw. warfach wychodzą
na ulicę… I teraz co?... Maciej spogląda na Bartłomieja, Bartłomiej na Franciszka. Co robić? Gdzie się obrócić? Gdzie iść? Okręt wyrzucił ich po prostu na bruk i na tym koniec… (…) Emigranci mogą sobie teraz robić, co im się podoba. (…)

…ci chłopi nasi, wśród tego gwaru, przepychów i świetności czują się jeszcze bardziej samotni i opuszczeni, niż byli na wielkiej pustyni morskiej. I znowu są na woli bożej. Ani zgadują, ile jeszcze muszą przecierpieć, nim trafi się jaki ksiądz polski, który powie im, gdzie się obrócić, gdzie poszukać roboty, gdzie znaleźć kawałek chleba. (…) Dola ich ciężka, straszna – i kto by odmalował wierny jej obraz, ten by stworzył epos nędzy ludzkiej. O tych dniach bez kawałka chleba, w których głód żelazną ręką targa wnętrzności, o nocach spędzonych w dokach pod odkrytym niebem, o snach przerywanych brzęczeniem moskitów w lecie, poświstem wiatru w zimie – łatwiej jest pisać lub słuchać, niż je odczuć lub przejść samemu… (…)

Ameryka, a ściślej mówiąc: Stany Zjednoczone, nie są ziemią niegościnną. Ci szorstcy demokraci Jankesi, wiecznie zajęci businessem, mają w gruncie rzeczy lepsze serca, niż się na pozór wydaje. Jest to kraj prostych ludzi i prostych uczuć. Młody
i zdrowy mężczyzna usłyszy tam wprawdzie jedną zawsze odpowiedź: pomagaj sam sobie – i z głodu może umrzeć,
jeśli nie potrafi iść za tą radą. Niedołężny za to starzec, kobieta, dziecko doznają tam takiej pomocy, jak nigdzie. (…) …w New Yorku istnieją tak zwane domy dla emigrantów, gdzie każdy przybyły może znaleźć przytułek, pożywienie, naukę angielskiego języka i jakiegoś rzemiosła. Prace dokonywane w takich zakładach przez emigrantów idą na pokrycie kosztów ich utrzymania;
po pewnym zaś czasie, gdy wychodźca przygotowany już jest do walki z życiem, opuszcza zakład i poczyna pracować na własną rękę. (…)

A jednak – czy chłopi nasi nie przywożą do nowej części świata nic, co by mogło zapewnić im spokojne życie i pewny kawałek chleba? Przeciwnie. Przywożą przyzwyczajenie do przestawania na małym, prawdziwie chłopską wytrzymałość, cierpliwość
i żelazne zdrowie. (…) …nasz chłop… (…) Słońce go nie spali, deszcz mu nie zaszkodzi, śniegi i wiatry go nie zmrożą. (…) Przy tym robotnik z niego może mniej zręczny od innych, ale wytrwalszy, korny, cichy. (…)

II.

Przejeżdżając od Oceanu Atlantyckiego ku Wielkim Jeziorom widziałem naokół siebie kraj uprawny, podzielony na małe
po większej części gospodarstwa, czyli tzw. farmy… (…) Dotarłszy już nawet do splotu Wielkich Jezior pociąg mija ustawicznie białe domy farmerów, miasta większe i mniejsze, a niekiedy i grody, do stu tysięcy mieszkańców liczące. (…) Zachodni brzeg Missisipi również już został przekroczony przez pionierów, a ziemie puste, stepowe, dziewicze zaczynają się dopiero
na zachodniej ukrainie Jowy, o kilkanaście dni drogi wozowej od koryta Missouri. Tu dopiero podróżnik, który na próżno dotychczas upatrywał stepów opisywanych przez Coopera, znajduje, czego szukał. (…) Gromady kopców usypanych przez pieski ziemne są jedynymi miastami, przez które przejeżdża się poza Omaha. (…)

Upływają dnie i noce, a step nie kończy się, w miarę tylko jak zbliżamy się do Rocky Mountains, czyli Gór Skalistych, wznosi się nieznacznie coraz wyżej i wyżej, tak że stacja Sherman leży już 8242 stóp nad poziom morza, czyli na granicy wiecznych śniegów. (…) Gdy pociąg wydostanie się… wjeżdża w pustynię jeszcze dzikszą. Dopiero w Utah trafia na Ogden, większą osadę ludzką, zamieszkaną przez mormonów a leżącą niedaleko ich stolicy Salt Lake City. (…) Pominąwszy już jednak to, że aby iść na Daleki Zachód, trzeba najprzód wiedzieć, że on istnieje, o czym nowo przybyły nasz chłop nie ma żadnego pojęcia – iść tam niełatwo. Sama podróż koleją z New Yorku do Chicago, choćby emigranckim tylko pociągiem, więcej prawie kosztuje niż z Hamburga
do New Yorku. Potem i przybywszy już na ziemie niezajęte trzebaż mieć pługi, siekiery, kosy, wozy, konie, muły, broń przeciw dzikim zwierzętom, ziarno na zasiew, słowem: cały tabor osadniczy. Tymczasem chłop nasz, z którego ostatni grosz wyciśnięto
w New Yorku, albo wcale nie może się na Daleki Zachód wydostać, albo jeśli się wydostanie, wówczas wobec tych pustyni
i niebezpieczeństw ujrzy się samotnym i bezbronnym. (…)

Dziś zapewne jest lepiej nowo przybyłym, niż było dawniej. Dziś wychodzą już w Stanach Zjednoczonych gazety polskie, które
o biedzie mogą rozgłosić; istnieją stowarzyszenia zarządzające składki w nagłych wypadkach, ale i dziś, nim słońce zejdzie, rosa częstokroć oczy wyjada, nim zacznie się żyć własnym zapracowanym kawałkiem chleba, długo żyje się boleścią, gorzkimi łzami… i wiele liści burza rozwieje na marne, nim reszta padnie koło jakiego polskiego kościółka na dalekich stepach Wisconsinu, Illinois, Teksasu lub Nebraski. (…)

III.

…byłoby niebezpiecznym wobec amerykańskiego osiadłego Polaka mówić źle lub pogardliwie o Stanach Zjednoczonych.
Nie przestaje on kochać swojej starej ojczyzny, ale po Polsce kocha najwięcej Stany Zjednoczone. Nie ma w tym nic dziwnego. Polak we Francji pozostanie zawsze emigrantem, ta zaś szeroka ziemia uzna go od razu za swego. (…) Po pięciu latach ma się prawo głosowania, zostania deputowanym, senatorem, ministrem, słowem, posiada się wszystko, co posiada zupełny obywatel Stanów. (…)

Głównym ogniskiem polskim jest Chicago, położone w państwie Illinois, nad olbrzymim jeziorem Michigan. (…) Gdy w czasie mej podróży przybywszy o świcie do Chicago udałem się do tej części miasta, chwilami wydawało mi się, że jestem w Polsce. (…)
Po kilku minutach dalszej drogi ujrzałem kościół Św. Stanisława Kostki, wzniesiony na rogu Noble street i Bradley. (…)
W przeciwnej stronie miasta, południowo-zachodniej, osiadła także dość znaczna liczba Polaków. Spójnią dla wszystkich są stowarzyszenia polskie, których celem jest dawanie pomocy nowo przybyłym, obrona swych członków przed obcymi wpływami
i podtrzymywanie ducha narodowego. (…)

Drugim ogniskiem, w którym skupiła się licznie ludność polska, jest Milwaukee w państwie Wisconsin, nad brzegiem jeziora Michigan. (…) W New Yorku ma się znajdować około 8 tysięcy Polaków. Mieli oni tu swój organ, „Kurier Nowojorski”, który niedawno przestał wychodzić. (…) …Polacy żyją rozproszeni w całych Stanach, od Oceanu Atlantyckiego do Spokojnego
i od Zatoki Meksykańskiej aż po Rzekę Św. Wawrzyńca, czyli na przestrzeniach tak rozległych, jak cała Europa. (…)

IV.

Prawdę powiedziawszy, nikt dokładnie nie wie, ilu Polaków zamieszkuje Stany Zjednoczone. (…)

Według mego zdania Polakom amerykańskim mimo najszlachetniejszych usiłowań ze strony przywódców i ich samych grozi niechybnie wcześniejsze lub późniejsze wynarodowienie się i całkowite rozpłynięcie w żywiole amerykańskim. Temu wpływowi języka i cywilizacji anglosaskiej potężniejsze nawet niż polski żywioły oprzeć się nie mogą. Nikt tam nikogo nie chce amerykanizować. Nikt bezwarunkowo nic nie narzuca, każdej narodowości wolno zakładać swoje pisma, szkoły, wojsko nawet,
w którym to ostatnim wypadku rząd pośredniczy o tyle tylko, że zawiązującym się gwardiom przesyła karabiny – a jednak wpływ amerykański staje się nieprzepartym. Cudzoziemcy, którzy przybywszy do Ameryki i zostawszy obywatelami żyją
pod amerykańskimi urządzeniami, biorą udział w życiu publicznym, prędzej czy później przerabiają się na Amerykanów z ducha. Potem przyjęcie języka angielskiego jest już nieubłaganą koniecznością, zależną tylko od czasu. (…)

Ci, co urodzili się w kraju, nie zapomną go ani nad Wielkimi Jeziorami, ani nad Oceanem Spokojnym – i wiary mu dochowają. Osadnicy w Illinois i Teksas przechowują jakby relikwie grudki ziemi polskiej, które wkładają także zmarłym do trumien,
pod głowę lub na piersi. Chłop polski kocha więcej ojczyznę, niż sam wie o tym. Dziś niejeden z nich klepiąc osełką kosę
na stepach Nebraski lub Arkansasu zaduma się, a często i zapłacze, bo mu ten dźwięk rodzinną wioskę przypomni. Dziś jeszcze, gdy gdzieś pod gorącym niebem Teksasu ozwą się organy w kościele, a ludzie zaśpiewają: „Święty Boże”, oczy im zachodzą łzami, a owe myśli chłopskie przelatują jakoby mewy Ocean – i wracają do Polski pod strzechy ojczyste. (…)



["CZYJA WINA. OBRAZEK W JEDNYM AKCIE"]
Pewien misjonarz pytał Murzyna, co wedle jego pojęcia jest złe? Murzyn zamyślił się i rzekł: „Złe jest, jak mi kto żonę ukradnie”. „A dobre?” – spytał ksiądz. – „Dobre - odpowiedział Murzyn – to jak ja komu ukradnę.” (…)

W życiu nawet mężczyzna musi się czegoś trzymać, a ja, słaba kobieta, jestem jak łódka bez steru, bez wiosła i bez światła,
do którego bym zmierzać mogła. A serce wyrywa się do szczęścia. Chciejcie wy zrozumieć, że kobieta musi być kochaną i musi kochać kogokolwiek w świecie; inaczej, w braku prawdziwej miłości, chwyta za pierwszy lepszy jej pozór, za pierwszy lepszy cień… (…)


LIPIEC – 11. [Lwów]


["ŁADNOWSKI"]
Wiecie już zapewne, że wybiera się do was Bolesław Ładnowski, najznakomitszy artysta sceny tutejszej. (…) Co do mnie, widziałem Ładnowskiego w kilkunastu rolach, między którymi było kilka szekspirowskich. (…)

W grze jego widać niezmierne poszanowanie dla Szekspira i przejęcie się ważnością zadania. Przystępuje on do niego z pewnym namaszczeniem, z rozmysłem, a zarazem z prawdziwym uczuciem. Wywołuje to wielkie wrażenie; widz bowiem czuje jakoś,
że Ładnowski gra nie dla oklasków, pochwał i wieńców, ale jakby dla samego Szekspira, jakby z czystej miłości do dzieł i postaci nieśmiertelnego Williama. Jest w nim pewna sumienność i szlachetność w sposobie traktowania sztuki. Znać, że człowiek ten spędził niejedną samotną godzinę na rozmyślaniu, czy tak właściwie należy pojmować Szekspira, co on w danym miejscu chciał powiedzieć, jakie były jego zamiary i myśli istotne. Takie też studia i refleksja, owiane prawdziwym i głębokim uczuciem, nadają rolom jego nie tylko piękno oryginalności, ale i wielki urok poetyczny. Nawiązuje się przez to pewna nić sympatyczna między artystą a publicznością, która czuje, że aktor nie wysuwa nigdy naprzód siebie kosztem autora. (…)

Gra też Ładnowskiego nie jest obliczona na efekt. Widz potrzebuje się w nią wcielić, rozsmakować powoli odczuć myśli i zamiary artysty, tak jak artysta odczuwa autora. (…) Stawiam wysoko Ładnowskiego w Szekspirze! Szczególnie zaś w Otellu, Learze
i Hamlecie. Ten ostatni wyjątkowo jeszcze odpowiada naturze Ładnowskiego, zamkniętej cokolwiek w sobie, skłonnej do refleksji i poetycznej. (…) Jest to artysta, który szczególniej podoba się naturom bardziej subtelnym, wrażliwym i wykwintnym. (…)


SIERPIEŃ – 18. [Szczawnica]


["Z SZCZAWNICY"]
„Wszystko tak, jak było – tylko się ku starości trochę pochyliło…” Zaczynam list mój ze Szczawnicy od tych słów, albowiem dziesięć lat upłynęło od czasu, jak tu byłem. Drzewa na Miodziusiu porosły wprawdzie i utworzyły park dość gęsty, przybyło kilka nowych domów, wybudowanych na stary sposób, ale zresztą… „też lepione ściany i szyby różnobarwne”. (…) Góry były piękne
i pozostały piękne, choć nie porosły; powietrze mimo pewnych przeciwnych usiłowań pozostało czyste i zdrowe, ale wszystko,
co tyczy się wygody gości, komfortu i ozdoby, pozostawiono in statu quo; zamierzone zaś reformy zdano na wolę nieprzepartych okoliczności. (…) Postęp toczy się na kołach, nic więc dziwnego, że mu trochę trudno toczyć się pod górę – a Szczawnica
tak wysoko! (…) Zresztą, ilu to już przed nami narzekało – ilu jeszcze po nas narzekać będzie – a Szczawnica jak była, tak będzie Szczawnicą. (…)

Budować kursale, hotele – jest to zrzekać się oryginalności i iść utorowanymi drogami, a zresztą:

Wielkie domy za granicą,
A w nich ciasno, choć nieludno.
U nas mury się nie świecą,
A o kącik…


Ostatni wiersz mi nie dopisał, bo o kącik bardzo tu trudno. Dawno nie pamiętają takiego zjazdu. Niedokrewność leczy się tu Szymonem, niestrawność Magdaleną, piersiowe słabości Józefiną, desperacja matek i tęsknoty panieńskie kawalerską gotowością do odmiany stanu, bieda kawalerska posagiem – optymiści mówią także, że czasem zielenią się tu i kwitną kwiatki prawdziwych uczuć… Wszystko możliwe – i wszystko to odbywa się tu w sposób parypatetyczny, polegający na chodzeniu z rana po deptaku, z kufelkiem w ręku, po obiedzie – na Miodziusiu, bez kufelków. Niech sobie co kto chce, mówi, ale ten ranny deptak
i popołudniowy Miodziuś to bardzo ładne w swoim rodzaju obrazy. (…) Czas upływa tu swobodnie i wesoło – dzień na wycieczkach, wieczory na koncertach, odczytach lub reunionach. Celem wycieczek bywa leśny potok i Pieniny. (…) Codziennie też liczne szeregi wozów spieszą do Leśnego Potoku, do Czerwonego Klasztoru, do Czorsztyna lub Jarmuty. (…)

Odbył się tu odczyt p. Henryka Sienkiewicza o koloniach polskich w Stanach Zjednoczonych Północnej Ameryki … (…) Teatr za to, mimo wszelkich rozpaczliwych usiłowań dyrekcji bankrutuje. (…)


WRZESIEŃ – 21. [Wenecja]


["Z PAMIĘTNIKA KOREPETYTORA"]
…Światło lampy, chociaż przyćmione często budziło mnie i nieraz o drugiej lub trzeciej po północy widziałem Michasia pracującego jeszcze. Mała i wątła jego postać, przybrana tylko w bieliznę, schylona była nad książką, a w ciszy nocnej senny, zmęczony głos powtarzał mechanicznie koniugacje greckie i łacińskie z tą jednostajnością, z jaką w kościele powtarzają słowa litanii. (…) …skończywszy ostatnią lekcję chłopiec zapominał pierwszej, a łacina, grecki, starosłowiański i nazwy rozmaitych rosyjskich guberni wprowadzały biedną jego głowę w taki chaos i gorączkę, że spać nie mógł. Wyłaził wtedy spod kołdry, zapalał lampę i w koszuli tylko zasiadał na nowo do stolika. (…)

Każdą chwilę potrzebną, dla wesołości, zdrowia i życia chłopca zabierały uprażnienija. Rankiem, gdym mu pakował książki
do tornistra i gdym widział, jak jego chude ramiona gięły się pod ciężarem tych bizantyjskich tomów, serce mi się po prostu ściskało. (…) Biedny Michaś namiętnie i ślepo był przywiązany do matki, że zaś mu powiedziano, iż matka bardzo jest nieszczęśliwa i chora, i że, gdy on będzie się jeszcze źle uczył, to może ją dobić, więc chłopak drżał przed tą myślą i nocami całymi siedział nad książką, byle tylko matki nie zmartwić. (…)

Ja przynajmniej w wieku Michasia, gdym latał za gołębiami po Starym Mieście, miałem swoje czasy zdrowia i wesołości. Kaszel mnie nie męczył; gdym brał w skórę, tom płakał, póki bili, zresztą nie wiedziałem o niczym i nie dbałem o nic. Michaś i tego nawet nie miał. (…) Jestem sam nauczycielem, jakkolwiek prywatnym, i nie wiem, co bym robił na świecie, gdybym jeszcze stracił wiarę w wartość nauki i pożytek, jaki z niej płynie. Myślę tylko po prostu, że nauka nie powinna być tragedią dla dzieci, a złe lub dobre udarenije nie powinno stanowić
o losie i całym przyszłym życiu maleńkich istot. (…) Od sześciu lat byłem jego nauczycielem, pierwej jako guwerner, potem, gdy poszedł do szkół, jako korepetytor; miałem więc czas przywiązać się do niego. (…)

Michaś bardzo przypominał matkę. Nieraz, gdy podnosił na mnie oczy, zdawało mi się, że patrzę na nią. Były to też same delikatne rysy, toż samo czoło z cieniem padającym od włosów, ten sam łagodny zarys brwi, a szczególniej głos prawie jednakowy. (…) Michaś był ostatnim z rodziny, toteż pani Maria kochała go nie tylko jak własne dziecko, ale zarazem
jak wszystkie swoje nadzieje na przyszłość. Na nieszczęście, z zaślepieniem, zwykłym matkom, widziała w nim niepospolite zdolności. Chłopiec wprawdzie istotnie nie był tępy, ale należał do tego rodzaju dzieci, których zdolności, z początku średnie, rozwijają się dopiero później razem z siłami fizycznymi i zdrowiem. (…)

Pracowałem z Michasiem, jakby od tych stopni, które on za postępy dostawał, moja przyszłość zależała. Bo też obaj z moim drogim chłopcem mieliśmy jeden cel, a to nie martwić jej, pokazać dobrą cenzurę, wywołać uśmiech szczęścia na jej usta.
Gdy mu się udało dostać dobry stopień, dziecko przychodziło z klasy rozpromienione i szczęśliwe. (…) Zrzucał natychmiast
ze swoich szczupłych pleców tornister, przeładowany rosyjskimi książkami, i mrugając na mnie jeszcze w progu, wołał:
- Panie Wawrzynkiewicz! Mama będzie kontenta! Dostałem dziś z geografii… niech pan zgadnie ile?
A gdym udawał, że nie zgaduję, przybiegał do mnie z pyszną miną i, zarzuciwszy mi ręce na szyję, mówił niby do ucha, ale bardzo głośno:
- Piątkę! Naprawdę piątkę!
Były to dla nas obydwóch szczęśliwe chwile. (…)
I biednemu chłopcu łzy stawały w oczach, a ja, zamiast go powstrzymać, sam biegłem za nim zmęczoną wyobraźnią
i przypominałem sobie dom w Zalesinie, jego powagę, spokój, tę wyższą szlachetną istotę, która tam była panią, i szczęście, jakie jej sprawi powrót chłopca z celującymi w cenzurze. (…)

Gdyby przedmioty wykładane były za trudne, byłbym sobie poradził, cofnąwszy Michasia z klasy drugiej, do której wszedł –
do pierwszej – i pani Maria, jako rozumna kobieta, zgodziłaby się na to. Ale on doskonale pojmował te niby przedmioty wykładane, nie o naukę więc chodziło, tylko o czas, jaki zabierały lekcje i zadania. Na to już nic nie mogłem poradzić i liczyłem jedynie, że gdy święta nadejdą, odpoczynek wypełni te szczerby w zdrowiu dziecka, które czyniła nadmierna praca. (…) …mały Owicki, prymus, którego naumyślnie sprowadziłem, by Michaś się z nim uczył, mówił mi, iż Michaś głównie dlatego dostaje złe stopnie, że się nie umie wysłowić. W miarę jak dziecko czuło się coraz więcej zmęczone fizycznie i umysłowo, takie niepowodzenia powtarzały się częściej. Zauważyłem, że gdy malec wypłakawszy się, siadał następnie do lekcji, cichy bywał
i niby spokojny, ale usta drgały mu i w tej usilności i w zdwojonej energii, z jaką zabierał się do zadań, było coś rozpaczliwego
i gorączkowego zarazem. (…)

Dziecko traciło siły, chudło, żółkło i zasępiało się coraz bardziej. Czasem trafiało się coś takiego, co przekonywało mnie,
że nie sama jednak praca i niepowodzenia wyczerpują jego siły. (…) Dwie siły, dwa głosy, których słuchać jest obowiązkiem dziecka, ale które też właśnie dlatego winny być zgodne, ciągnęły go w dwie różne strony. Co jedna powaga nazywała białym, zacnym, ukochanym, druga występkiem. Więc w tym rozdwojeniu chłopiec szedł za tą powagą, do której rwało się serce,
ale musiał udawać, że słucha przeciwnej; musiał udawać od rana do wieczora i żyć w tym przymusie dnie, tygodnie, miesiące. (…)

Upływały dnie, tygodnie; biedak podwajał pracę i wysilenia, a skutek był coraz mniejszy, coraz bardziej opłakany. Listy pani Marii przyrzucały jeszcze ciężaru do brzemienia: „Bóg obdarzył cię, Michasiu, niezwykłymi zdolnościami” – kończyła zwykle matka. Gdy chłopiec odebrał pierwszy taki list, chwycił mnie za ręce i zanosząc się od płaczu powtarzał:
- Co ja poradzę, panie Wawrzynkiewicz! Co ja mogę poradzić?
Istotnie, jakąż mógł znaleźć radę na to, że nie przyszedł na świat z wrodzoną zdolnością do języków i chwytania udarenije?
Nadeszły dni rekreacji na Wszystkich Świętych – cenzura wcale była nieszczególna; z trzech najważniejszych przedmiotów miał mierne. Na jego najusilniejsze prośby i zaklęcia nie posłałem jej pani Marii.
- Drogi, złoty panie! – mówił złożywszy ręce. – Mama nie wie, że na Wszystkich Świętych dają stopnie, a do Bożego Narodzenia może Bóg zmiłuje się nade mną.
Biedne dziecko łudziło się nadzieją, że jeszcze te złe stopnie poprawi, a co prawda łudziłem się i ja. (…)

Jakoż nadzieje nie zdawały się być płonne. Zaraz po Wszystkich Świętych Michaś dostał trzy stopnie celujące, z których jeden
z łaciny. Ze wszystkich uczniów sam tylko wiedział, że od gaudeo czas przeszły dokonany jest gavisus sum, a wiedział dlatego,
że dostawszy poprzednio dwa celujące pytał mnie, jak po łacinie: "ucieszyłem się". Myślałem, że chłopak zwariuje ze szczęścia. Odzyskał humor i zdrowie prawie od razu. (…) Utrzymać te celujące noty stało się teraz zadaniem jego życia. Ale był to tylko krótki blask jego szczęścia. Wkrótce fatalny polski akcent w rosyjskim języku zburzył to, co wybudowała usilność i praca,
a nadmierna ilość Bóg wie jakich przedmiotów nie pozwalała dziecku poświęcić każdemu z nich tyle czasu, ile wymagała jego wysilona pamięć. (…) Wieczorem dnia tego widziałem go, jak ścisnąwszy głowę rękoma, szeptał myśląc, że go nie słyszę:
- Boli! boli! boli! (…)

Nazajutrz więc, gdym mu zarzucił na plecy tornister z książkami, zatoczył się i mało nie upadł. Chciałem mu nie pozwolić iść
do szkoły, ale mówił, że mu nic, prosił tylko, żeby go odprowadzić, bo się boi zawrotu głowy. Wrócił w południe z nowym „miernym”. (…) Utwierdziła się stanowczo o nim opinia, że był to chłopiec tępy, leniwy i przesiąknięty wstecznymi, konserwatywnymi instynktami. Z opinią tą, jakoby był tępy i leniwy, walczył jak tonący, rozpaczliwie, ale na próżno. W końcu stracił wszelką wiarę w siebie, wszelką ufność we własne siły. (…)

Boże Narodzenie zbliżało się szybko. Tymczasem chłopiec dostawał coraz gorsze stopnie i co do cenzury nie można się było już łudzić. Napisałem do pani Marii otwarcie, że dziecko jest słabowite a przeciążone, że mimo największej pracy nie może sobie dać rady i że prawdopodobnie trzeba je będzie odebrać ze szkoły, a trzymać na wsi i przede wszystkim wzmacniać jego zdrowie. (…) Tam czekało na niego serce matki i życzliwość ludzka, i cisza, i uspokojenie. Tam nauka miała dla niego twarz swojską i życzliwą, nie obcą, bizantyjską, i wykrzywioną drwiącym uśmiechem z tego, co dziecku było drogie. Tam mu nie mogło przyjść do głowy pytać się mnie z rozpaczą, czy naprawdę była jakaś polska historia; tam wreszcie cała atmosfera była cicha i czysta, którą dziecinne piersi mogły oddychać. (…)

Rwało się wszystko w tej dziecinnej piersi. Przed oczyma widział zamiast światła ciemność i zamiast jednej drogi koło błędne,
z którego nie było wyjścia. Giął się też jak kłos pod wiatrem. Widziałem, że gdy rankiem szedł do klasy, każdy nerw trząsł się
w nim jak przed męką. (…) Oczy jego patrzyły jak oczy męczonego ptaka; czasem opanowywało go dziwne zamyślenie i senność, a ruchy jego zrobiły się jakby bezwiedne. Stał się niezwykle cichy, spokojny i mechanicznie posłuszny. Gdym mu mówił, że czas na przechadzkę, nie opierał się jak dawniej; brał czapkę i szedł za mną w milczeniu. (…)

Siadywał przy lekcjach, odrabiał zadania jak i dawniej, ale więcej już z przyzwyczajenia. Widziałem doskonale, że powtarzając mechanicznie koniugacje, myślał o czym innym albo raczej nie myślał o niczym. (…) …drżałem o jego zdrowie, bo mizerniał ciągle i w końcu stał się prawie przeźroczysty. Siatka delikatnych żyłek, która dawniej ukazywała mu się na skroniach,
gdy się śmiał lub bardzo ożywił, stała się teraz widoczną zawsze. Przy tym, dziwna rzecz, wypiękniał tak, że zrobił się prawie podobny do jakiegoś obrazu. (…) Nie mógł już udźwignąć wszystkich książek w tornistrze, więc wkładałem mu tylko niektóre,
a resztę sam nosiłem, bom teraz codziennie prowadził go i odprowadzał ze szkoły. (…)

Święta nareszcie nadeszły. Konie z Zalesina czekały od dwóch dni, a list pani Marii, który przyszedł wraz z nimi, zapowiadał, iż nas tam czekają z niecierpliwością. „Słyszałam, że ci, Michasiu, ciężko idzie – kończyła pani Maria – nie spodziewam się już celujących, chciałabym tylko, by nauczyciele twoi myśleli tak jak ja, że uczyniłeś wszystko, co było w twej mocy, i że dobrym sprawowaniem starałeś się wynagrodzić niedostateczne postępy”. Ale nauczyciele myśleli wcale co innego, jak również mieli odrębne pojęcie o sprawowaniu się dzieci, więc cenzura zawiodła i te nadzieje. Ostatnia nagana za użycie języka „niewykładowego” tyczyła się wprost sprawowania się chłopca, który „jako nie dający widoków, by mógł korzystać odpowiednio, a zabierający na próżno miejsce innym”, został usunięty ze szkoły. Michaś przyniósł ten wyrok wieczorem. (…)

Zapaliłem lampę i zabrałem się do pakowania rzeczy w tłumok, widząc zaś, że Michaś ciągle stoi nieruchomie przy oknie, spytałem go:
- Co tam robisz, Michasiu?
- Prawda – odparł głosem, który dygotał i zatrzymywał się na każdej sylabie – że mama siedzi teraz z Lolą w zielonym gabinecie przed ogniem i myśli o tym, że przyjedziemy.
- Być może. Czemu ci tak głos drży? Czyś nie chory?
- Nie, panie! Nic mi nie jest, tylko mi bardzo zimno.
Rozebrałem go i położyłem natychmiast do łóżka, bo istotnie drżał cały, a rozbierając patrzyłem z litością na jego wychudzone kolana i ręce tak cienkie jak źdźbła trzciny. Kazałem mu napić się gorącej herbaty i okryłem go, czym było można.
- Lepiej ci teraz, dziecko?
- O tak! Głowa mnie trochę boli.
Biedna głowa, miała od czego rozboleć. Zmęczone dziecko usnęło wkrótce i oddychało pracowicie przez sen swymi wąskimi piersiami, ja zaś skończyłem pakować jego i swoje rzeczy. (…)

Koło północy obudziło mnie światło i jednostajne, dobrze mi znane mruczenie. Jakoż istotnie na stole paliła się lampa,
przed stolikiem zaś nad książką siedział Michaś w jednej koszuli; policzki jego pałały, oczy były przymknięte, jakby dla lepszego natężenia pamięci, głowa trochę w tył przechylona, senny zaś głos powtarzał:
- Coniunctivus: amem, ames, amet
Szarpnąłem go za ramię:
- Michasiu!
Rozbudził się i począł mrugać oczyma, ze zdziwieniem patrząc na mnie, jakby mnie nie poznawał.
-Co ty robisz? Co tobie jest?
- O panie! – odrzekł uśmiechając się – powtarzam wszystko od początku; muszę dostać celujący stopień z łaciny; mama się dopiero ucieszy.
Porwałem go na ręce i zaniosłem do łóżka; ciało jego parzyło mnie ogniem. Na szczęście doktór mieszkał w tym samym domu, sprowadziłem go więc natychmiast. Nie potrzebował się długo namyślać: chwilę potrzymał za puls dziecka, potem rękę położył mu na czole. Michaś miał zapalenie mózgu. (…)

Choroba przybrała szybko zatrważające rozmiary. Posłałem depeszę do pani Marii i na drugi dzień dzwonek, targnięty gwałtownie w przedpokoju, zwiastował mi jej przybycie. (…) Odrzuciła woal, na którym osiadł szron, i wbiegła do pokoju dziecka. (…) Nie poznał nawet matki, gdy siadła przy nim. Dopiero, gdym mu na głowie położył świeży lód, począł mrużyć powieki
i wpatrywać się w matkę usilnie. (…) …w końcu wargi jego wyszeptały cicho:
- Mama!...
Ona chwyciła go za obie ręce i przesiedziała przy nim kilka godzin… (…) Zmieniała teraz sama okłady chłopcu i podawała lekarstwa. On wodził wprawdzie za nią oczyma, gdziekolwiek się ruszyła, ale znowu jej nie poznawał. Gorączka zwiększyła się. Deklamował w malignie „Dumę o Żółkiewskim” Niemcewicza, którą umiał na pamięć, to odmieniał rozmaite słowa łacińskie. Chwilami musiałem wychodzić z pokoju, bom nie mógł tego słuchać. (…)

Przez chwilę zdawało się nam jednak, że chłopiec oprzytomniał, bo zaczął wołać matki i małej Loli. Ale była to krótka chwila. Oddech jego był szybki, stawał się coraz szybszy; czasem ręce spróbował podnosić do głowy, ale opadały mu bezsilnie. Nie było się co łudzić: ta mała dusza była już tylko na wpół między nami; coraz więcej stawaliśmy się mu obcy. (…) Oddech stał się
w końcu podobny do szeptu zegarka. Chwila jeszcze, jedno westchnienie i ostatnie ziarnko piasku miało się zsypać z klepsydry, miał być koniec… Koło północy zdawało się nam stanowczo, że już kona, bo zaczął drgać i jęczeć cicho jak człowiek, któremu usta zalewa woda, a potem zamilkł nagle. (…)

Nad ranem doktór odszedł, ja zaś, że to już czwartą noc spędzałem przy malcu bezsennie i że kaszel mnie dusił coraz mocniej, poszedłem na chwilę do przedpokoju i, położywszy się na sienniku, usnąłem. Obudził mnie głos pani Marii. Myślałem, że mnie woła, ale w ciszy nocnej usłyszałem wyraźnie:
- Michasiu! Michasiu!
I włosy powstały mi na głowie, gdym zrozumiał straszny akcent, z jakim matka wołała. Zanim się zerwałem, wbiegła sama
do pokoju, ogarniając świecę ręką.
- Panie! Michaś umarł…

Włożyliśmy go wreszcie do trumny i ustawili na katafalku, a naokoło dwa rzędy świec. Pokój, w którym biedne dziecko tyle się naodmieniało słów łacińskich i naodrabiało zadań, zmienił się jakby w kaplicę, bo zamknięta okiennica nie puszczała światła dziennego, a żółty, migotliwy blask świec nadawał ścianom pozór jakiś kościelny i uroczysty. Nigdy też od czasu, jak dostał ostatnie celujące, nie widziałem u Michasia twarzy tak rozpogodzonej. Delikatny jego profil zwrócony do sufitu uśmiechał się łagodnie, jakby chłopiec w tej wieczystej rekreacji śmierci upodobał sobie i czuł się szczęśliwy. Migotania świec nadawały twarzy jego i temu uśmiechowi pozory życia i snu. (…)

Dziś, gdy to piszę, upłynęło już od tego czasu kilka miesięcy, ale pamiętam cię i żal mi ciebie, mój mały Michasiu, mój kwiatku uwiędły za wcześnie! Miałeś zły akcent, ale serce poczciwe… Nie wiem, gdzie jesteś… czy mnie słyszysz… wiem tylko, że twój dawny nauczyciel kaszle coraz więcej, że mu coraz ciężej, samotniej i wkrótce może odejdzie, jak ty odszedłeś. (…)

WRZESIEŃ – 24. [Wenecja]


["Z WENECJI"]
(…) Tyle razy już widziałem „kiedy ranne wstają zorze” na różnych morzach, że podobne zjawiska nie powinny na mnie robić wrażenia, ale świt na Adriatyku szczególnie jest uroczysty. Zaczyna się on od wody. Gładka toń marszczy się z lekka, jakby
w łuskę, która stopniowo zaczyna srebrzyć się i blednąć. Woda staje się zwolna jaśniejszą od nieba; coraz więcej blasku wsiąka
w ciemności, z tą bladą czystością linii określanych srebrnymi refleksami. Wierzchnia warstwa wody rozświetla się coraz mocniej, a odbicia jej padają i na twarze ludzkie. Dal morska odsłania się stopniowo, zupełnie jakby kto podnosił z niej zasłonę. Tu i owdzie na horyzoncie widać już trójkątne żagle łacińskie. Lekki powiew, który dochodzi z przestrzeni, zdaje się przynosić ze sobą błękit
i blaski. Widnieje! Widnieje! Świtanie wygląda jak uśmiech blady i smętny, ale nadzwyczaj łagodny i po prostu niepokalany. Potem od strony Triestu pojawia się różaność, złoto i cała cudna gra kolorów porannych; światło tryska, rozlewa się, obejmuje cały widnokrąg, a z przeciwnej strony wynurza się z wody, w tych blaskach i majestacie – Wenecja, la Bella. (…)

Ze zmroku dziejów wychyla się twarz rzeczypospolitej, marmurowa, dumna, potężna, ze lwimi zmarszczkami na czole albo jakby gniewna, zła, okrwawiona, bezduszna i bez gwiazdy-idei nad głową. Z jakąż otuchą myśl wówczas leci daleko, nad ciemne bory sosnowe i szare pola! (…)


PAŹDZIERNIK [?] [Rzym]


["ZA CHLEBEM"]
I. NA OCEANIE - ROZMYŚLANIE - BURZA - PRZYBYCIE

Na szerokich falach oceanu kołysał się niemiecki statek „Blücher”, płynący z Hamburga do New Yorku. Od czterech dni był już
w drodze, a od dwóch minął zielone brzegi Irlandii i wydostał się na pełnię. (…) Od chwili, jak „Blücher” opuścił port hamburski, czas był wietrzny, ale bez burzy. (…) Korzystając z pogody pasażerowie powysypywali się na pokład. (…)

Pomiędzy wszystkimi ludźmi dwoje było najsmutniejszych i jakby od reszty odłączonych: stary mężczyzna i młoda dziewczyna. Oboje, nie rozumiejąc po niemiecku, byli prawdziwie samotni i wśród obcych. Kto oni byli – każdy z nas na pierwszy rzut oka by to odgadł: chłopi polscy. Chłop nazywał się Wawrzon Toporek, a dziewczyna, Marysia, była jego córką. Jechali do Ameryki
i przed chwilą po raz pierwszy ośmielili się wyjść na pokład. (…) Nie mówili do siebie nic, bo nie śmieli. Wawrzon trzymał się jedną ręką
za poręcz, drugą za czapkę rogatą, żeby mu jej wiatr nie zerwał, a Marysia trzymała się tatula i ile razy statek pochylił się mocniej, tyle razy przytulała się do niego silniej, wykrzykując po cichu ze strachu. (…) Gdy ujrzeli „słonko kochane”, lżej im się zrobiło na sercu, bo sobie pomyśleli, że „ono takuteńkie jak w Lipińcach”. (…)

Dziewczynie oczy nabrały łzami, a potem oboje zaczęli rozmyślać o Lipińcach. Wawrzon Toporek rozmyślał, dlaczego jechał
do Ameryki, i jak się to stało, że jechał. Jak się stało? Oto przed pół rokiem w lato zajęli mu krowę z koniczyny. Gospodarz, który ją zajął, chciał trzy marki za szkodę. Wawrzon nie chciał dać. Poszli do sądu. (…) Na koniec przegrał Wawrzon sprawę. Za krowę już się Bóg wie co należało; że zaś nie miał czym zapłacić, zajęli mu konia… (…)

Że zaś przedtem chłop był dostatni i dobrze mu się wiodło, zdjęła go tedy rozpacz straszna i począł pić. W karczmie poznał się
z Niemcem, co się po wsiach niby o len zamawiał, a w rzeczy samej ludzi za morze wywodził. Niemiec powiadał mu cuda i dziwy
o Ameryce. Ziemi obiecywał darmo tyle, ile w całych Lipińcach nie było – i z borem, i z łąkami, a chłopu aż się oczy śmiały. (…) Chłopa kusili, aż go skusili. (…)

…Niemca dłonią w dłoń uderzył, do świętego Michała się wyprzedał, córkę wziął i oto płynął teraz do Ameryki. Ale podróż
nie znaczyła mu się tak dobrze, jak się spodziewał. W Hamburgu obdarli ich bardzo z pieniędzy; na statku jechali we wspólnej sali pod pokładem. (…) Rzucano nimi obojgiem jak rzeczą jaką; popychano go jak kamień przy drodze; Niemcy towarzysze drwili
z niego i z Marysi. (…) Było mu na tym statku źle, samotno, obco. Oprócz opieki Bożej nie czuł nad sobą innej. (…)

Tymczasem za Marysią płynęły inne myśli i wspomnienia, a płynęły, jako on spieniony gościniec lub jak mewy za okrętem. (…)
…dziewczynie uwidziały się Lipińce całkiem takie, jak były: śnieg, skrzypiący na drodze, zorza rumiana między czarnymi gałęziami bezlistnych drzew, stada wron, ciągnące z krakaniem od boru ku wsi, dymy, idące z kominów ku górze, zamarzły żuraw przy studni, a w dali bór, od zorzy czerwony i śniegiem przytrząśnięty. Hej! gdzie to ona teraz była, gdzie ją tatusiowa wola zawiodła! (…)

W takich chwilach dusza dostaje skrzydeł w człowieku i co ma pamiętać – pamięta, co ukochał – kocha goręcej, za czym tęskni – do tego leci. Wawrzon i Marysia uczuli też oboje, że choć ich tam wiatr niesie, jako liście marne, przecie drzewo ich rodzime
to nie ta strona, w którą jechali, ale tamta, z której odjechali: polska ziemia, ona zbożna, jednym łanem się kołysząca, borem zarośnięta, słomianymi strzechami upstrzona, pełna łąk od kaczeńca złotych i wodą świecących, pełna bocianów, jaskółek, krzyków przydrożnych, białych dworów wśród lip; ona, co czapką rogatą pod nogi ima, słowami: „Pochwalony!” wita, a „na wieki wieków” odpowiada; ona wielmożna, ona matka najsłodsza, taka poczciwa, ukochana nad wszystkie inne na świecie. (…)

Tymczasem ściemniło się. Podróżni zaczęli schodzić z pokładu. Na okręcie panował jednak ruch niezwykły. (…) W godzinę później wszystko ukryło się w białawym tumanie, nawet latarnia, którą zawieszono na szczycie masztu, nawet iskry, które wydychał komin. (…) Noc zapadała prawdziwie ślepa i cicha. Nagle wśród tej ciszy z najdalszych krańców widnokręgu ozwały się dziwne szmery. Był to niby ciężki oddech jakiejś olbrzymiej piersi, który się zbliżał. (…) Majtkowie słysząc takie gwary mówią,
że to burza zwołuje z piekieł wiatry. Jakoż zapowiedzi coraz były wyraźniejsze. Kapitan, odziany w gumowy płaszcz z kapturem, stanął na wyższym pomoście; oficer zajął swe zwykłe miejsce przed oświetlonym kompasem. Na pokładzie nie było już nikogo
z podróżnych. Wawrzon z Marysią zeszli także do wspólnej sali pod pokładem. (…)

Sala była duża, ale posępna, jak zwykle sala czwartej klasy. (…) Przejazd choćby dwutygodniowy w takich salach zatruwa płuca niezdrowym powietrzem, powleka wodnistą bladością skórę na twarzy i często prowadzi za sobą szkorbut. Wawrzon
z dziewczyną jechali dopiero dni cztery, a jednak gdyby ktoś porównał dawną Marysię lipiniecką, zdrową, rumianą, z dzisiejszą wynędzniałą przez chorobę, ten by jej nie poznał. Stary Wawrzon też zżółkł jak wosk, ile że przez pierwsze dni nie wychodzili wcale oboje na pokład: myśleli, że nie wolno. (…)

Nagle statek wstrząsnął się silnie, zupełnie jakby się wzdrygnął przed czymś strasznym. (…) Tymczasem zaszumiało coś koło statku, jak bór, którym wicher nagle pożenie; zawyło, jakby stado wilków ryknęło. Wiatr uderzył raz i drugi, położył statek bokiem, a później okręcił nim naokoło, porwał go w górę i cisnął nim w otchłanie. (…) Dziób okrętu, w którym oboje byli umieszczeni, wzlatywał w górę, a potem spadał jak szalony. (…) Wściekłość burzy rosła ciągle. Rozpętały się żywioły, mgła pomieszała się z ciemnością, chmury z wodą, wicher z pianą; fale biły o statek, jak z armat i rzucały nim na prawo, w lewo
i od chmur aż do dna morskiego. (…)

Trwoga milczenia panowała wszędzie, gdy nagle wśród ciszy rozległ się głos Wawrzona:
- Kirie elejzon.
- Chryste elejzon – odpowiedziała łkając Marysia.
- Chryste, wysłuchaj nas!
- Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami! – mówili oboje litanię. W ciemnej sali głos starego i przerywane łkaniem odpowiedzi dziewczyny brzmiały z dziwną uroczystością. (…)

Burza srożyła się coraz wścieklej. Statek skrzypiał, zapadał nosem, osadzał pałubą, kładł się na boki, ale nie tonął. Ludzie uspokoili się po trochu; niektórzy poszli spać. Upłynęło znów kilka godzin; do ciemnej sali przez górne okratowane okno poczęło się wdzierać szare światło. Dzień robił się na oceanie blady, jakby przestraszony, smutny, ciemny; ale przynosił jakąś otuchę
i nadzieję. Odmówiwszy wszystkie modlitwy, jakie umieli na pamięć, Wawrzon i Marysia wczołgnęłi się na swoje tapczany i usnęli głęboko. Przebudził ich dopiero głos dzwonka, wzywający na śniadanie. (…) …sama burza szalała jeszcze prze czterdzieści osiem godzin, potem jakoś się przetarło. (…)

Wypogodziło się wreszcie zupełnie. Ale upływał dzień za dniem, a przed statkiem ciągle widać było tylko toń bez końca, czasem zieloną, czasem błękitną, zlewającą się z niebem. (…)

Drugiego dnia rankiem, gdy wyszli na pokład, dziwny widok uderzył ich oczy. Oto ujrzeli z dala coś kołyszącego się na morzu,
a gdy statek zbliżył się do tego przedmiotu, rozpoznali, że to wielka czerwona beczka, którą fale poruszały łagodnie: w dali czerniała druga taka, trzecia i czwarta. (…) Ożywienie i radość ogarnęły wszystkich podróżnych. (…) Widząc to wszystko, Marysia rzekła:

- Pewnikiem dobijewa do lądu. (…)
- Co to jest? – spytał Wawrzon.
- Nowy Jork – odrzekł stojący obok Kaszuba. (…)
Okręt zbliżał się i zbliżał, śliczne miasto wynurzyło się jakby spod wody. Wielka radość i zdumienie ogarnęły wówczas Wawrzona; czapkę zdjął, usta otworzył i patrzał, patrzał, a potem do dziewczyny:
- A no! Chwalić Boga! Żeby jeno dali ziemię zara kiele miasta z tą oną łączką, bliżej by było na targ. Przyjdzie jarmark: krowę pognasz, świnię pognasz, to i sprzedasz. Narodu tu widać, jak maku. Ja że w Polsce chłop, a tu będę pan… (…)

Tymczasem od kwarantanny przyleciał do okrętu mały statek. Czterech czy pięciu ludzi weszło na pokład. Zaczęły się rozmowy
i nawoływania. Wkrótce drugi statek nadpłynął z samego już miasta przywożąc agentów z hotelów i boarding-housów, przewodników, ludzi wymieniających pieniądze, agentów kolejowych: wszystko to krzyczało w niebogłosy, popychało, kręciło się po całym pokładzie. (…) Kaszuba poradził staremu, by zmienił pieniądze, i obiecał, że nie da go oszukać, więc też Wawrzon
to uczynił. Za to, co miał, dostał czterdzieści siedem dolarów srebrem. (…)

Podróż była skończona. Ludzie zaczęli wysypywać się ze statku jak pszczoły z ula. (…) Ciżba popchnęła ich po pochyłym mostku
i za chwilę znaleźli się w obszernym celniczym budynku. Celnik ubrany w szary surdut ze srebrną gwiazdą, poszczypał ich pakunki, potem krzyknął: „All Wright”, i ukazał na wyjście. Wyszli i znaleźli się na ulicy.
- Tatulu! a co będziewa robić? – spytała Marysia.
- Musiwa czekać. Niemiec powiedział, że zara tu nadejdzie od rządu komisarz i będzie się o nas pytał.

Stanęli więc pod ścianą czekając na komisarza, a tymczasem otoczył ich gwar nieznanego, ogromnego miasta. (…) Dziwne jakieś wydawało się im to miasto, takie gwarne, hałaśliwe, pełne świstu lokomotyw, hurkotu wozów i nawoływań ludzkich. (…) Upłynęła w ten sposób jedna godzina i druga; oni stojąc pod ścianą czekali na komisarza. (…) Ludzie jednak przechodzili koło nich, nawet nie spojrzawszy. Tam nie dziwią się żadnym twarzom ani żadnym ubiorom. (…)

Tymczasem wiatr przejmował im odzież, deszcz ich moczył.
- Maryś, czy ci nie zimno? – spytał Wawrzon.
- Zimno, tatulu – odpowiedziała dziewczyna. Jeszcze jedną godzinę wybiły zegary miejskie. Mroczyło się na świecie. (…) Oni stali czekając na komisarza. Wreszcie zapadła noc i w porcie zrobiła się cisza. (…) Choćby i nie chcieli czekać, dokąd mieli pójść,
co począć, gdzie się obrócić, gdzie przytulić umęczone głowy? Zimno przejmowało ich coraz dotkliwiej, począł dokuczać im głód. Gdyby choć dach im nad głowę, bo przemokli do koszuli. Ach! komisarz nie przyszedł i nie przyjdzie, bo takich komisarzy wcale nie ma. Niemiec był agentem kompanii przewozowej, brał procent od sztuki i o niczym więcej nie wiedział. (…)

Pierwsze blaski dzienne w porcie nowojorskim padły na wodę, na maszty i na budynek celniczy. W szarym tym świetle odróżnić było można dwie postacie śpiące pod ścianą, o wybladłych, zsiniałych twarzach, przytrząśnięte śniegiem, nieruchome,
jakby martwe. (…)

II. W NOWYM JORKU

Schodząc w Nowym Jorku z szerokiej ulicy Brodway ku portowi w kierunku Chattam-square i przeszedłszy kilkanaście ulic przyległych, podróżnik trafia na część miasta coraz biedniejszą, bardziej opuszczoną i posępną. (…) Tu też nocami dość często rozlegają się rewolwerowe strzały, wołania o pomoc, ochrypłe krzyki wściekłości, pijackie śpiewy irlandzkie lub wycia bijących się z sobą na głowy Murzynów. Dniem co chwila całe kółka włóczęgów, w obdartych kapeluszach, z fajkami w zębach, przypatrują się pięściowym walkom, zakładając się przy tym od centa aż do pięciu za każde wybite oko. (…)

W takiej gehennie ludzkiej odnajdujemy dawnych znajomych naszych: Wawrzona Toporka i córkę jego, Marysię. Dziedzictwo, którego się spodziewali, było snem i jak sen pierzchło, a rzeczywistość przedstawia się nam oto w kształcie ciasnej izby, zaklęśniętej w ziemi, o jednym oknie z powybijanymi szybami. (…) To wszystko. Stary Wawrzon, klęcząc przed piecykiem szuka, czy w wygasłym popiele nie schował się gdzie jaki kartofel i do tego szukania wraca co chwila nadaremnie już… drugi dzień; Marysia zaś siedzi na słomie i otoczywszy rękoma kolana patrzy nieruchomie w podłogę. Dziewczyna chora jest i wynędzniała. (…) Trzeci miesiąc upływa, jak mieszkają na bruku i siedzą w tej jamie, więc pieniędzy zabrakło. (…)

Gdzie wetknął ręce, do czego chciał się wziąć, dokąd się udał, wyśmiewano go, odpychano, potrącano, bito; więc nic nie znalazł, znikąd grosza nie mógł zarobić ani wyprosić. Włosy zbielały mu ze zgryzoty, wyczerpała się nadzieja, skończyły się pieniądze,
a zaczynał się głód. (…) Nie było żadnego światła w tej ciemności, którą przed sobą widział, a największego bólu nawet nazwać nie umiał. Tym największym była tęsknota za Lipińcami. (…) Siedzieli w tej chwili, on przy piecyku, ona na słomie. Upłynęła jedna godzina i druga. (…)

Mimo że na dworze było już ciepło, oboje drżeli w izbie od chłodu; wreszcie Wawrzon stracił nadzieję, żeby coś znalazło się
w popiele.
- Maryś! – rzekł – nie mogę już wytrzymać i ty nie wytrzymasz; pójdę nad wodę drzewa nałapać; napaliwa choć w piecu, a może znajdę coś zjeść.
Nie odrzekła nic, więc poszedł. Nauczył się już chodzić do portu i wyławiać kawałki desek od pak i skrzyń okrętowych, które woda na brzeg wyrzuca. Tak robią wszyscy, którzy nie mają za co węgla kupić. (…) Deszczułek różnych kołysało się sporo na wodzie: jedna fala je przynosiła, druga odnosiła na głębię. Wkrótce nałapał ich dosyć. (…) …przeszukiwał resztki jeszcze raz, zjadając,
co mu się zdatne do zjedzenia wydało. O tym, że dziewczyna także nie jadła, nie myślał.

Ale los miał mu się uśmiechnąć. Wracając do domu spotkał wielki wóz z kartoflami, który w drodze do portu ugrzązł w wyboju
i nie mógł się ruszyć. Wawrzon schwycił zaraz za szprychy i zaczął z woźnicą pchać koła. Ciężko było, aż go w krzyżach zabolało, ale wreszcie konie szarpnęły, wóz wyskoczył, a że był czubiasto ładowny, wysypało się nieco sporo kartofli i wpadło w błoto. (…) Wawrzon rzucił się natychmiast na kartofle, pozbierał je łapczywie drżącymi rękoma, schował w zanadrzu i zaraz lepsza otucha wstąpiła mu w serce. W głodzie znaleziony kawałek chleba znalezionym szczęściem się wydaje; więc chłop, wracając do domu mruczał cicho:
- A no, Bogu najwyższemu niech będą dzięki, że wejrzał na niedolę naszą. Drzewo jest, dziewczyna ogień rozpali; gajdoków
je tyla, że na dwa razy wstrzyma. Pan Bóg je miłosierny. (…)

…Marysia od czasu jego wyjścia nie ruszała się ze słomy. (…) Tymczasem ruszył ktoś drzwiami od izby. (…) Był to właściciel rudery, w której mieszkali, stary mulat o twarzy posępnej, brudny, obdarty, z policzkami wypchanymi tytuniem. (…)
- Przychodzę po dolara! – rzekł. (…)
- Bóg wielmożnemu panu zapłaci – dodała po polsku, nie wiedząc już, co mówić i robić.
Wielmożny pan nie zrozumiał wprawdzie, że jest wielmożnym, ale domyślił się, że dolara nie dostanie; domyślił się nawet tak dobrze, że pozbierawszy jedną ręką węzełki z ich rzeczami, drugą wziął dziewczynę za ramię, popchnął lekko w górę na schody, wyprowadził na ulicę i rzuciwszy jej pod nogi rzeczy, potem z równą flegmą uchylił drzwi przyległego szynku i zawołał:
- Hej, Paddy, jest izba dla ciebie. (…)
Mulat zniknął następnie w ciemnej sieni, a dziewczyna została sama na ulicy. Ułożyła węzełki we framudze domu, by się
nie walały w błocie i stanąwszy przy nich czekała pokorna jak zawsze i cicha. (…)

Tymczasem Wawrzon zdążał do domu z tym dobrym uczuciem, jakie w bardzo biednych ludziach budzi jawny dowód miłosierdzia Bożego. (…)
- A ty tu czego stoisz?
- Gospodarz wygnał nas, tatulu!
- Wygnał!?
Drzewo chłopu wypadło z rąk. (…) Poszli… (…) Oddech dziewczyny stawał się coraz trudniejszy, cięższy; zachwiała się na nogach raz i drugi, wreszcie rzekła z prośbą w głosie:
- Tatulu! weźta szmaty, bo już nie mogę.
On jakby się zbudził ze snu.
- To je rzuć.
- Dyć się przydadzą.
- Nie przydadzą się.
Nagle ujrzawszy, że dziewczyna się waha, krzyknął z wściekłością:
- Rzuć, bo cię zabiję!
Tym razem usłuchała przestraszona i poszli dalej. (…)

Przez coraz błotnistsze uliczki zbliżali się ku krańcowi portu, wydostali się na wielkie pomosty, oparte na palach; przeszli obok budynku z napisem: „Sailor's asilum” i zeszli nad samą wodę. (…) Marysia doszedłszy do kupy belek siadła na niej, bo nie mogła iść dalej, Wawrzon w milczeniu koło niej. Godzina już była czwarta po południu. (…) Myślała… sobie dziewczyna,
czym mogli tak bardzo zgrzeszyć, co przeciw Panu Bogu uczynić, że On, taki miłościw, od nich samych tylko odwrócił oblicze swoje i zapomniał o nich wśród obcych ludzi, i rzucił ich na ten brzeg daleki. Toć w Jego ręku było im wrócić szczęście. Tyle przecie statków odpływa w tamtą stronę, a odpływa bez nich. Zmęczona, biedna myśl Marysi jeszcze raz poleciała w stronę Lipiniec i Jaśka koniuchy. Czy tam myśli o niej, czy o niej pamięta? (…)

Ponieważ była chora, więc głód nie dokuczał jej bardzo, ale z męki i osłabienia sen ją ogarniał, powieki zamykały się na oczach,
a wybladła twarz chyliła się na piersi. Chwilami budziła się i otwierała oczy, potem przymykała je znowu. (…) Tu nagle zbudziła się, bo zdało się jej, że warkocza już nie ma i że leci w przepaść. Sen pierzchnął. Nie Jaśko siedział przy niej, ale Wawrzon,
i nie „Dunajec” było widać, ale port nowojorski, warfy, rusztowania, maszty i kominy. Znowu jakieś okręty wypływały na pełnię
i z nich to właśnie dochodziło śpiewanie. Cichy, ciepły, pogodny wieczór wiosenny zaczynał czerwienić się na wodzie i na niebie. (…)

Coraz większy głód żelazną ręką zaczynał szarpać wnętrzności Wawrzona. Chłop siedział ponury i chmurny, ale coś
jakby straszliwe postanowienie zaczęło się malować na jego twarzy. (…) Przez cały czas nie odezwał się do dziewczyny
ani słowem, dopiero gdy nastała noc, gdy port opustoszał zupełnie, rzekł dziwnym głosem:
- Pójdźwa, Maryś!
- Dokąd pójdziewa? – pytała sennie.
- Na owe pomosty nad wodę. Położywa się na deskach i będziewa spali.
Poszli. (…) Gdy doszli na sam jej kraniec, Wawrzon rzekł:
- Tu będziewa spali.
Marysia padła raczej, niż położyła się, na deski i mimo że zaraz opadły ich roje moskitów, usnęła ciężko. Nagle wśród nocy głębokiej obudził ją głos Wawrzona:

- Maryś wstawaj!
Było coś takiego w tym wołaniu, iż rozbudziła się natychmiast.
- Co, tatulu?
Wśród ciszy i ciemności nocnej głos starego chłopa ozwał się głucho, strasznie, ale spokojnie:
- Dziewczyno! Już tobie głodem dłużej nie mrzeć. Nie pójdziesz-że ty pod ludzkie progi o chleb prosić, nie będziesz-że ty
na dworze sypiać. Ludzie cię opuścili, Bóg cię opuścił, dola skapiała, to niech cię choć śmierć przytuli. Woda głęboka jest,
nie będziesz się męczyła. (…) Nie! Ona nie chciała umierać. Ona miała osiemnaście lat i to przywiązanie do życia, tę bojaźń śmierci, jaką daje młodość. (…)

Za nic w świecie! Nieopisany wstręt i strach ogarnęły ją w tej chwili, a rodzony ojciec, mówiący tak w ciemności wydał się jej jakimś złym duchem. Przez ten czas obie jego ręce spoczywały na jej wychudłych ramionach, a głos mówił ciągle z tym strasznym spokojem:
- Choćbyś krzyczała, nikt cię nie usłyszy. Pchnę cię tylko i wszystko dwóch pacierzy nie potrwa.
- Nie chcę, tatulu, nie chcę! – wołała Marysia. – Czy wy się Boga nie boicie? Tatulu serdeczny, złoty, zlitujta się nade mną!
Co ja wam uczyniła? Dyć ja nie narzekała na moją niedolę, dyć ja z wami cierpiała głód i zimno… Tatulu!
Oddech jego stał się szybki, ręce zacisnęły się jak kleszcze… (…) Dziewczyna uczuła, że słabnie. Na koniec nogi jej trafiły
na próżnię, ręce tylko trzymały się jeszcze ojca, ale mdlały. Krzyk o ratunek stawał się coraz cichszy, ręce wreszcie urwały szmat sukmany i Marysia uczuła, że leci w przepaść. Jakoż spadła z platformy, po drodze jednak uczepiła się dylów i zawisła
nad wodą. (…)

Chwila jeszcze, też same ręce, które spychały ją w wodę, chwytają teraz jej mdlejące dłonie i z jakąś siłą nadludzką ciągną ją
w górę. (…) Ocknąwszy się z omdlenia spostrzegła, że leży spokojnie przy ojcu; ale choć było ciemno, dojrzała, że leży krzyżem
i że szlochanie głuche, żałosne wstrząsa nim i rozrywa mu pierś.
- Maryś – ozwał się wreszcie przerywanym przez łkanie głosem – odpuść mi, dziecko… (…)
- Tatulu! Niech wam Pan Jezus odpuści, jako ja odpuszczam… (…)
I zrobiło się jej tak dobrze, jasno, spokojnie, że usnęła naprawdę. Noc mijała i jęła blednąć. Dniało. Świtanie pobieliło wodę. Maszty i kominy zaczęły się wychylać z cienia i jakoby przybliżać; Wawrzon klęczał już schylony nad Marysią. Myślał, że umarła. (…) Śliczny, różany dzień wstawał z wody, słońce grzało coraz silniej, wiatr chuchał litośnie na dziewczynę; mewy kręcąc się wiankiem krzyczały, jakby ją chciały rozbudzić. (…) Jakoż siność ustępowała z wolna z jej twarzy, policzki poróżowiały lekko, uśmiechnęła się raz i drugi, na koniec otworzyła powieki. (…) Uczuł raz na zawsze, że to dziecko – to teraz źrenica oczu jego
i dusza jego duszy, i jakby świętość, nad wszystko ukochana. Ona nie tylko się rozbudziła, ale rozbudziła zdrowsza i rzeźwiejsza niż wczoraj. (…)

- Tatulu! Jeść mi się chce bardzo.
- Pójdź, córuchno, nad wodę, może się tam co znajdzie – rzekł stary.
Wstała bez wielkiego wysilenia i poszli. Ale widocznie jakiś to dzień miał być wyjątkowy w dniach ich niedoli, bo ledwo uszli kilka kroków, ujrzeli tuż koło siebie na rusztowaniu wsuniętą między dwie belki chustkę, a w niej zawinięty chleb, gotowaną kukurydzę i solone mięso. (…) Kto położył tę żywność? W ich mniemaniu Ten, co o każdym kwiatku, ptaku, koniku polnym i mrówce pamięta. Bóg! Zmówili pacierz, zjedli, choć niewiele tego było, i poszli nad wodą aż do głównych doków. Wstąpiły w nich nowe siły. Doszedłszy do budynku celniczego, skręcili pod górę na Water-street ku Broadway. Z odpoczynkami zeszło im na tym parę godzin, bo droga była daleka. (…)

Na Water-street ruch już panował niemały. Z otwierających się bram wychodzili ludzie i szli pośpiesznie do codziennych zatrudnień. W jednej takiej bramie ukazał się wysoki, siwy i wąsaty jegomość z młodym chłopakiem. (…)
- A wy skąd, ludzie? (…)
- Spod Poznania, jaśnie dziedzicu! Spod Poznania.
- Co wy tu robicie?
-W nędzy, w głodzie i w niedoli srogiej żyjewa, drogi panie! (…)
Wprowadził ich do najbliższego bar-roomu; tam wszedłszy do osobnego pokoju zamknął się z nimi i z chłopakiem. (…)

- Wiliam! – rzekł do chłopca – każ im dać jeść.
Następnie pytał dalej:
- Gdzie mieszkacie?
- Nigdzie, jaśnie panie.
- Gdzieście spali?
- Nad wodą.
- Wygnali was z mieszkania?
- Wygnali.
- Nie macie rzeczy prócz tych, co na sobie?
- Nie mamy.
- Nie macie pieniędzy?
- Nie mamy.
- Co będziecie robili?
- Nie wiemy. (…)

Gdy jedli, radowało go to widocznie bardzo. Potem kazał sobie opowiadać, jak się tu dostali i przez co przeszli. Więc Wawrzon opowiedział mu wszystko i nie zataił nic, jako księdzu na spowiedzi. Om gniewał się, wymyślał mu, a gdy doszło do tego,
jak Wawrzon chciał topić Marysię, krzyknął:
- Ja bym cię ze skóry odarł!
Potem do Marysi:
- Pójdź tu, dziewczyno!
Gdy się zbliżyła, wziął w obie ręce jej głowę i pocałował ją w czoło. Potem myślał przez chwilę i rzekł:
- Biedę przeszliście. Ale to jest dobry kraj, tylko trzeba sobie umieć radzić. (…) Wiliam! idź powiedz siostrze, że będziemy mieli gości na obiad i na noc. (…)

Zamyślił się jeszcze głębiej.
-Słuchaj, stary – rzekł nagle. – Zakładają teraz nową osadę Borowina w Arkansas. Jest to piękny kraj i ciepły, a ziemia prawie pusta. Tam gruntu z lasem weźmiesz 160 morgów od rządu darmo, a od kolei za małą opłatą – rozumiesz? Na gospodarstwo
ci dam i bilety na kolej, bo mogę. Pojedziecie do miasta Little-Rock, potem trzeba będzie wozem. Tam znajdziecie i innych, którzy z wami pojadą. Zresztą dam wam listy. Chcę wam pomóc, bom wasz brat; ale twojej dziewczyny sto razy więcej żal mi niż ciebie. Rozumiesz! Bogu dziękujcie, żeście mnie spotkali.
Tu głos jego stał się zupełnie miękki.
- Słuchaj, dziecko! – rzekł do Marysi – oto tu masz moją kartkę: schowaj ją święcie. Jak cię kiedy bieda przyciśnie, jak zostaniesz samotna na świecie i bez opieki, to mnie poszukaj. Tyś biedne dziecko i dobre. Gdybym umarł, Wiliam się tobą zajmie. Kartki
nie zgub! Chodźcie teraz do mnie.
Po drodze kupił im bielizny i ubrania, a wreszcie zaprowadził do siebie i ugościł. (…) Gdy się wszyscy rozeszli spać, Marysia
nie mogła wstrzymać łez widząc, że panna Jenny własnymi rękoma przygotowuje jej pościel. Ach! jacyż to dobrzy ludzie,
ale cóż dziwnego! Przecie stary pan był także rodem spod Poznania.

Trzeciego dnia Wawrzon i dziewczyna jechali już do Little-Rock. Chłop czuł sto dolarów w kieszeni i o biedzie zupełnie zapomniał, a Marysia czuła nad sobą widomą rękę Bożą i wierzyła, że ta ręka nie da jej zginąć… (…) Pociąg leciał dalej i dalej. Powoli okolica stawała się coraz mniej ludna. Farmy znikły, a kraj roztworzył się w szeroki pusty step. (…) Upłynął dzień i noc. Rankiem wjechali w bory, w których drzewa były pookręcane pnącymi się roślinami, grubymi jak ramię ludzkie, co robiło bór tak gęstym, że chyba w niego siekierą jak w ścianę bić. (…)

Przejechali na koniec rzekę ze trzy razy szerszą od Warty, o której później dowiedzieli się, że się nazywa Missisipi, i głuchą już nocą przybyli do Little-Rock. Stąd mieli się wypytać o drogę do Borowiny. (…)

III. ŻYCIE OSADNICZE

Czym była Borowina? Osadą, która miała powstać. Ale widocznie nazwę obmyślono z góry, wychodząc z zasady, że gdzie istnieje nazwa, tam musi istnieć i rzecz. (…) Punktem zbornym dla większości było miasto Little-Rock, ale z Little-Rock do Clarcsville, najbliższej osady ludzkiej, z którą miała sąsiadować Borowina, trochę dalej niż z Warszawy do Krakowa, a co gorsza, trzeba było jechać krajem pustym, przedzierać się przez lasy i wezbrane wody. (…) Prawdę powiedziawszy, przybywszy na miejsce osadnicy… znaleźli tylko las, który dopiero trzeba było karczować. (…) Zaraz z początku pokazało się, że pełnomocnik kolonistów kupił ziemię od kolei na wiarę i nigdy w niej poprzednio nie był; inaczej bowiem nie byłby nabywał głuchej puszczy, zwłaszcza iż równie łatwo było kupić kawałki stepu częściowo tylko lasem pokryte. Tak on, jak i pełnomocnik kolei przybyli wprawdzie na miejsce, by działki rozmierzyć i wskazać każdemu, co do niego należy, ale zobaczywszy jak rzeczy stoją, pokręcili się dwa dni, następnie wykłócili się i, wyjechawszy niby po narzędzia miernicze do Clarcsville, nie pokazali się już w osadzie. (…)

* * *

Między osadnikami odnajdujemy dwie znane nam postacie: starego chłopa, nazwiskiem Wawrzon Toporek i jego córkę Marysię. (…) Chłop od rana do wieczora bór ciął, wióry łupał i belki na chałupę obrabiał; dziewczyna musiała chusty w strumieniu prać, ogień rozniecać, jeść gotować; ale mimo znoju, ruch i powietrze leśne zacierały stopniami na jej twarzy ślady choroby, jakiej nabyła przez nędzę w Nowym Jorku. Gorący powiew z Teksasu opalił i pokrył złotawym odblaskiem bladą jej twarzyczkę. Młodzi chłopcy z Sant-Antonio i znad wielkich jezior, którzy o lada co przyskakiwali do siebie z pięściami, w tym tylko byli zgodni,
że Marysi oczy tak patrzą spod jasnych włosów jak chaber z żyta i że to najładniejsza dziewczyna, jaką oko ludzkie oglądało. (…)

Tymczasem jedna rzecz stawała się coraz widoczniejszą, to że nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje; nim zasiewy na rubieżach leśnych się zazielenią i dochówek jaki będzie, zapasów żywności zabraknie i przyjść może głód. (…)

Pewnego wieczora przyszedł Wawrzon do Marysi i rzekł:
- Widzęć, że wszyscy tu zmarnieją i my zmarniejemy.
- Wola Boga – odrzekła dziewczyna – ale był ci On nam miłosierny, to i teraz nas nie opuści.
Tak mówiąc, podnosiła niebieskie jak chaber oczy do góry ku gwiazdom i w blaskach ogniska wyglądała jak jaki obrazek kościelny. A chłopaki z Chicago i strzelcy z Teksasu patrząc na nią mówili:
-I my nie opuściwa cię, Marysiu, zorzo rumiana. (…)
Marysia nie mogła nie wiedzieć, że w osadzie źle się dzieje, ale w takiej już była toni, z takich przepaści Bóg ją wydobył, taka
jej dusza stała się jasna w niedoli, że ufności w pomoc niebieską nic jej nie mogło odebrać. (…) Stary Wawrzon zachorował wreszcie z wysilenia. Ból jął mu po pacierzach chodzić. Dwa dni nie zważał na to, trzeciego nie mógł wstać. Dziewczyna poszła
do lasu, nazbierała mchu, wysłała nim gotową ścianę domu, leżącą na murawie, położyła ojca na mchach i gotowała mu leki
z wódką. (…)

Upłynął znowu tydzień i drugi. Zapasy dobiegały końca. Zaczęto bić bydło przeznaczone na robotę. Febra rzucała się na coraz nowe ofiary, ludzie na puszczy zaczęli to przeklinać, to wołać wielkimi głosami do nieba o ratunek. (…) Ale Czarny Orlik, który
z borem się znał, utkwił weń czarne swe oczy, popatrzył nań dziwnie jakoś, potem rzekł głośno:
- Ano, to weźmiewa się za bary. (…)

Tymczasem zachodziło słońce. Wysoko między czarnymi gałęziami hikor świeciła jeszcze czas jakiś jasność złota, potem sczerwieniała i gasła. Wiatr pociągał ku południowi, gdy się zmroczyło. Orlik wziął karabin i poszedł do lasu. Noc już zapadła,
gdy w czarnej dali leśnej ludzie ujrzeli niby wielką
gwiazdę złotą, jakoby wschodzącą zorzę lub słońce, które rosło ze straszną szybkością, rozlewając krwawą i czerwoną jasność.
- Bór się pali! Bór się pali! – zaczęto wołać w taborze. (…) Hikory pękały z hukiem armatnim w płomieniach. Czerwone węże ognia wiły się po smolnym podszyciu puszczy. Syczenie, szum, trzask gałęzi, głuche huczenie ognia, pomieszane z wrzaskiem ptactwa
i rykiem zwierząt, napełniały powietrze. Niebotyczne drzewa chwiały się niby płomienne słupy i kolumny. (…)

Pożoga tymczasem hucząc odchodziła dalej a dalej; dzień zrobił się chmurny i groził deszczem. Świtaniem niektórzy ludzie poszli obejrzeć zgliszcza, ale nie podobna było zbliżyć się od gorąca. Drugiego dnia śreżoga na kształt mgły zawisła w powietrzu, tak
że człowiek człowieka o kilkanaście kroków nie mógł odróżnić. W nocy zaczął padać deszcz, który wkrótce przeszedł w straszliwą ulewę. (…) Ludzie, moknąc po całych dniach, zaczęli chorować. Niektórzy znów opuścili osadę pragnąc się dostać do Clarcsville, ale powrócili wkrótce, przywożąc wieść, że rzeka wezbrała i że przejazd jest niepodobny. Położenie stawało się straszne,
bo od przybycia osadników kończył się już miesiąc, zapasy mogły się wyczerpać, a dostać nowych z Clarcsville było niepodobieństwem.

Wawrzonowi tylko i Marysi mniej groził głód niż innym, czuwała bowiem nad nimi potężna ręka Czarnego Orlika. Co dzień rano przynosił im zwierzynę, którą albo strzelał, albo łapał we wnyki; na ścianie domu, na której leżał Wawrzon, Orlik ustawił swój namiot, by starego i Marysię od deszczu zabezpieczyć. (…) Stary chorzał coraz bardziej, chwilami dostawał gorączki, mówił
o grzechach swoich, o Lipińcach i o tym, że mu Bóg nie pozwoli ich zobaczyć. (…)

Deszcz lał coraz większy. Pewnej głuchej nocy, gdy Orlik poszedł jak zwykle do boru, w taborze rozległ się krzyk przeraźliwy:
- Woda! woda!
Gdy ludzie przetarli ze snu oczy, ujrzeli w ciemności, jak okiem sięgnąć, jedną białą płaszczyznę, pluskającą pod deszczem
i kołysaną wiatrem. (…) Woda dochodziła im zaledwie do kolan, ale wzbierała szybko. (…) Znać było, że to nie zwykły zalew deszczowy, ale że rzeka Arkansas i wszystkie jej dopływy musiały wylać. (…) Coraz wścieklejszy huk wód zgłuszył wszystko,
i ryki tonących zwierząt, i wołania: „Jezu! Jezu!…” Na łące potworzyły się wiry i koliska, wozy nikły… A Wawrzon i Marysia?
Ta ściana domu, na której stary chłop leżał pod Orlikowym namiotem, uratowała ich na razie, bo spłynęła jak tratwa. (…)

Namiot zerwało… a i sama tratwa mogła rozbić się co chwila, bo i przed nią, i za nią płynęły pnie powyrywanych drzew, które mogły ją zgnieść lub podważyć. Na koniec wpadła między gałęzie jakiegoś drzewa, którego czub było tylko widać z wody,
ale w tej samej chwili z owego czuba doszedł głos ludzki:
- Weź karabin i przejdźcie na drugą stronę, by się tratwa nie przechyliła, jak zeskoczę… (…)
Był to Orlik.
- Maryś! – rzekł – jakom ci powiedział, tak cię nie opuszczę. Boga mi! Ja was i z tej toni wyprowadzę. (…)
Wydostawszy się na właściwe łożysko strumienia płynęli z szybkością błyskawicy. Gdzie? nie wiedzieli, ale płynęli. Orlik od czasu do czasu odpychał pnie, gałęzie lub wykręcał tratwę, by omijać drzewo stojące. (…)

Nad samym rankiem wydostali się z lasów, bo żadnego wierzchołka drzewa nie było widać na widnokręgu. Za to cała okolica wyglądała jak jedno morze. (…) Orlik widząc, że żadnego pnia w pobliżu nie ma, przestał na chwilę wiosłować i odwrócił się
do Marysi:
- Mojaś ty teraz, bom cię śmierci wydarł. (…)
Orlik począł znowu wiosłować. Tymczasem Wawrzon czuł się gorzej i gorzej. Chwilami miał gorączkę, chwilami opuszczała go,
ale słabnął. Za dużo już było cierpień na jego stare, sterane ciało. Zbliżał się kres i uspokojenie wielkie, ulga wieczysta. (…)

Wieczorem wypogodziło się. Słońce w chwili zachodu pokazało się nad zalaną okolicą i odbiło się w wodzie długą, złocistą taśmą. Stary zaczął konać. Bóg jednak zmiłował się nad nim i dał mu śmierć pogodną. Z początku powtarzał żałosnym głosem: „Odjechałem od Polski, od tamtej ziemi”, ale potem w obłędzie gorączki zdało mu się, że do niej wracał. (…) On już w Lipińcach, bo tylko martwe jego ciało spoczywa na zabłąkanej wśród powodzi tratwie, a dusza poleciała tam, gdzie jej szczęście i spokój. Próżno dziewczyna zawodzi nad nim: „Tatulu, tatulu!” Biedna Marysiu, nie wróci on do ciebie! Jemu za dobrze w Lipińcach. Nadeszła noc. Orlikowi wypadała już tyczka z ręki od wiosłowania i głód dokuczał. (…) Wpłynęli w łożysko jakiejś większej rzeki, bo prąd znowu szybko unosił tratwę. Niepodobna było nią kierować. (…)

Nagle tyczka pękła z natężenia w Orlikowym ręku. Byli bez wiosła. Prąd odnosił ich coraz dalej, światło zmniejszało się.
Na szczęście tratwa po kwadransie trafiła na drzewo stojące samotnie na stepie i uwięzła w jego gałęziach. (…) Orlik rzucił się
na tratwę, jak długi. Nie było rady. Przez chwilę leżał martwy; na koniec podniósł się i mówił:
- Maryś… Inną dziewkę dawno bym ja wolą niewolą wziął i w lasy poniósł. Myślałem i z tobą tak zrobić, alem nie śmiał, bom cię umiłował. Chodziłem jak wilk sam po świecie i ludziska się mnie bali, a ja się ciebie zląkłem, i ot, Maryś, tyś mi chyba zadała co… Ale nie masz-że ty mnie poślubić: lepsza śmierć! Wyratuję cię albo zginę… (…)
…rzucił się na wodę i począł płynąć. Przez chwilę widziała w ciemności jego głowę i ramiona prujące wodę mimo prądu, bo pływak był dzielny. Ale wkrótce zniknął jej z oczu. Płynął do łodzi po ratunek dla niej. (…) Nagle uczuł, że kolana i nogi zesztywniały mu zupełnie. Jeszcze kilka rozpaczliwych wysileń… łódź coraz bliżej… „Pomocy! ratunku!…” Ostatni wyraz stłumiła woda, która zalała mu gardło. Zanurzył się. Fala przeszła nad jego głową, ale wypłynął znowu. (…) Dosłyszano go, bo plusk stał się szybszy. Ale Orlik zanurzył się znowu. Porwał go potworny wir… Przez chwilę jeszcze zaczerniał na fali, potem jedna tylko jego ręka wzniosła się nad wodę, potem druga, a potem zniknął w topieli…

Tymczasem Marysia sama na tratwie, tylko z trupem ojca, patrzyła jak błędna w dalekie światło. (…) Za chwilę silne ręce przeniosły Marysię do czółna, ale Orlika w tym czółnie nie było. W dwa miesiące potem Marysia wyszła ze szpitala w Little-Rock
i za pieniądze, zebrane przez dobrych ludzi, pojechała do Nowego Jorku. A pieniędzy tych nie było dość. Część drogi musiałaby robić piechotą, jednakże mówiąc już trochę po angielsku, umiała wyprosić już sobie u konduktorów, że ją zabierali darmo. (…)

Wychudła, drżąca z osłabienia ręka targnęła za dzwonek przy Water-Street w Nowym Jorku. To Marysia szła szukać pomocy
u starego pana, rodem spod Poznania. Otworzył jej obcy jakiś, nieznany człowiek.
- Mister Złotopolski w domu?
- Kto to jest?
- Wiekowy pan – tu pokazała kartę.
- Umarł.
- Umarł? A syn?… Pan Wiliam?
- Wyjechał.
- A panna Joanna?
- Wyjechała.
Drzwi zamknęły się przed nią. Siadła na progu i zaczęła sobie twarz ocierać. Była znowu w Nowym Jorku, sama, bez pomocy,
bez opieki, bez pieniędzy, na woli Bożej. (…)

Poszła do portu i czołgała się u nóg niemieckich kapitanów… Oni by ją zabrali; bo gdyby się trochę odżywiła, byłaby z niej ładna dziewczyna. Oni by radzi, ale cóż? Prawa nie pozwalają… zresztą zgorszenie… Niech więc im da pokój. Dziewczyna chodziła sypiać na ten sam pomost, na którym raz już spali z ojcem, owej pamiętnej nocy, gdy ją chciał topić. Żywiła się tym, co wyrzucała woda, jako się w Nowym Jorku z ojcem żywili. (…)

Pewnego poranku przywlokła się z wysileniem i z tą myślą, że to chyba już ostatni raz, bo jutro sił nie starczy. Postanowiła
nie prosić, jeno dostać się na pierwszy lepszy statek, odchodzący do Europy i schować się gdzieś na dnie cichutko. (…)
Ale przy mostku, prowadzącym na okręt, pilnowano dobrze wchodzących i strażnik odepchnął ją przy pierwszej próbie. Siadła tedy na palu przy wodzie i pomyślała sobie, że ją chyba gorączka chwyta. (…) Biedaczka dostała nie gorączki, ale obłąkania. Odtąd przychodziła codziennie do portu wyglądać Jaśka. Ludzie przyzwyczaili się do niej i obdarzali czasem jałmużną. Ona dziękowała pokornie, uśmiechając się jak dziecko. Trwało tak ze dwa miesiące. Pewnego jednak razu nie przyszła do portu
i odtąd nie widziano jej więcej. (…)

PAŹDZIERNIK – 18. [Rzym]


["LIST Z RZYMU"]
(…) W Rzymie, właściwie mówiąc, są trzy miasta: nowożytne, dawne papieskie i starożytne. Topograficznie nie są od siebie oddalone. Częstokroć domy wybudowane dziś lub wczoraj stoją na fundamentach starorzymskich; między zwykłymi kamienicami wznosi się tu i owdzie wieża romańska; czoła kościołów wsparte są na starożytnych kolumnach; słowem, życie wieków średnich wyrastało jak pleśń na zwaliskach świata pogańskiego; potem samo z kolei zapadło w gruzy, z których lepił sobie gniazdo człowiek nowożytny. Rzym jest to więc mieszanina bezładna trzech światów i wskutek tego najosobliwsze miasto na świecie. (…)

Starożytnego Rzymu widzi się na każdym kroku ślady, ale przeważnie ślady tylko. W ogóle zapadł on w ziemię, wieki pochowały go jak umarłego człowieka i pokryły grubymi warstwami gruntu, a na tym olbrzymim grobie zazieleniało nowe życie.
Ale ciekawość dzisiejsza lubi odgrzebywać stare mogiły: w ten sposób odgrzebano Forum Romanum. (…) Forum jest to dziś ogromny prostokąt, zapadły na ośm metrów w ziemię, ograniczony w swej długości z jednej strony Kapitolem, z drugiej Koloseum. Po prawej stronie leży Skała Tarpejska i gruzy pałaców cezariańskich, po lewej – więzienie Mamertyńskie, świątynia Antonina i Faustyny, a na koniec olbrzymie zrujnowane mury świątyni Konstantyna. (…)

[07. Rzym - Forum Romanum]
Przez łuk Tytusa, obok zwalisk pałaców cezariańskich, przechodzi się do Koloseum. Łuk ten – to najpiękniejszy zabytek czysto rzymskiego budownictwa; jakoż wyśmienite jego wymiary i pyszne rzeźby wyróżniają go od pobliskiego łuku Konstantyna, stojącego na drodze do łaźni Karakalli. Na wewnętrznej wklęsłej jego stronie płaskorzeźba wyobraża pochód tryumfalny Tytusowych legionów obciążonych łupami zburzonej Jerozolimy. (…) Żydzi tutejsi z getto omijają z daleka tę bramę strasznych dla nich wspomnień. (…)

[08. Rzym - Koloseum]
Pod sklepieniem łuku Konstantyna przechodzi droga do łaźni Karakalli. Droga to prześliczna, wśród ogrodów i wądołów, których szczyty pokryte są sosnami kształtu parasoli, stoki zaś porastają winogradem i wysoką kukurydzą. Na prawo i na lewo, raz wraz ponad masą zieleni, wznoszą się jakieś zwaliska i szczątki. Krajobraz jest włoski, pełen słodyczy, światła, lazuru, a oko leci daleko w przezroczy powietrznej. Cichość przerywają tylko ćwierkania wróbli na drzewach, bo zresztą dziwnie jest mało ruchu
w tej okolicy. (…)

[09. Rzym - łaźnie Karakalli]
Wydostałem się wreszcie na drogę wiodącą do łuku Konstantyna. (…) Tymczasem ciemniało coraz bardziej, i na koniec zrobiła się noc, ale noc włoska, ciepła, gwiaździsta. Księżyc roztoczył już na Forum i Koloseum czarodziejstwo bladych promieni. (…)
[Fotografie: Autor: 07. i 09. - Longbow4u; 08. - Diliff. Źródło – Wikipedia.]
[Zdjęcia: 07. i 09. - objęte są licencją GNU FDL]. [Zdjęcie 08. objęte jest licencją CC-BY-SA].



LISTOPAD [Warszawa]


["MIESZANINY LITERACKO-ARTYSTYCZNE"]
(…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega, albo zaśnie – w każdym razie wygrywa. Dalej więc do książek! (…)

Słuchajcie wy, którzy w aniołów na ziemi wierzycie: miłość młodej dziewczyny to mgła – która zaćmiewa głowę; jeśli opadnie
na sercu, prowadzi za sobą pogodę życia dwóch istot; jeśli nie opadnie, ale zostanie w głowie, pada deszcz łez z oczu tego, który
w anioła uwierzył. (…)

LISTOPAD – GRUDZIEŃ [Warszawa]


["Z PAMIĘTNIKA POZNAŃSKIEGO NAUCZYCIELA"]
[Jest to redakcja druga, wywołana przekonaniem pisarza, że nowela „Z pamiętnika korepetytora” w brzmieniu pierwotnym nie mogłaby się ukazać
ze względów cenzuralnych, jako utwór piętnujący stosunki w szkołach carskich w Królestwie Polskim. Utwór w wersji pierwotnej Henryk Sienkiewicz czytał w gronie znajomych w pierwszych miesiącach 1879 r. Podano ją tutaj pod datą „WRZESIEŃ – 21.” Redakcję drugą: „Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela” – traktowana jest jako ostateczna i powszechnie znana.]

(…) …Światło lampy, chociaż przyćmione, budziło mnie, i nieraz o drugiej lub trzeciej po północy widziałem Michasia, pracującego jeszcze. Mała i wątła jego postać, przybrana tylko w bieliznę, schylona była nad książką, a w ciszy nocnej senny i zmęczony głos powtarzał mechanicznie koniugacje łacińskie lub greckie z tą jednostajnością, z jaką w kościele powtarzają słowa litanii. (…) Skończywszy ostatnią lekcję, chłopiec zapominał pierwszej, a koniugacje greckie, łacińskie, niemieckie i nazwy rozmaitych powiatów wprowadzały biedną jego głowę w taki zamęt, że spać nie mógł. Wyłaził tedy spod kołdry, zapalał lampę i zasiadał
na nowo do stolika. (…)

Każdą chwilę potrzebną dla wesołości, zdrowia i życia chłopca, zabierała łacina, grecki i… niemiecki. Rankiem, gdym mu pakował książki do tornistra i gdym widział, jak chude jego ramiona gięły się pod ciężarem tych bizantyjskich tomów, serce mi się
po prostu ściskało. (…) Biedny Michaś namiętnie i ślepo był przywiązany do matki, że zaś mu powiedziano, iż matka bardzo jest nieszczęśliwa, chora, i że gdy on będzie jeszcze się źle uczył, to może ją dobić – więc chłopak drżał przed tą myślą i całymi nocami siadywał nad książką, byle tylko matki nie zmartwić. (…)

Ja przynajmniej w wieku Michasia, gdym latał za gołębiami po ulicach lub grywał w pliszki pod ratuszem, miałem swoje czasy zdrowia i wesołości. Kaszel mnie nie męczył; gdym w skórę brał, tom płakał, póki bili; zresztą byłem swobodny jak ptak
i nie dbałem o nic. Michaś i tego nawet nie miał. (…) Jestem sam nauczycielem, jakkolwiek prywatnym, i nie wiem, co bym robił na świecie, gdybym jeszcze stracił wiarę w wartość nauki i pożytek, jaki z niej płynie. Myślę tylko po prostu, że nauka
nie powinna być tragedią dla dzieci, że łacina nie może zastąpić powietrza i zdrowia, a dobry lub zły akcent nie powinien stanowić
o losie i życiu maleńkich istot. (…) Od sześciu lat byłem jego nauczycielem, pierwej jako guwerner, potem, gdy wszedł do drugiej klasy, jako korepetytor, miałem więc czas przywiązać się do niego. (…)

Michaś bardzo przypominał matkę. Nieraz, gdy podnosił na mnie oczy, zdawało mi się, że patrzę na nią. Były to też same delikatne rysy, toż samo czoło z cieniem padającym od bujnych włosów, ten sam łagodny zarys brwi, a szczególniej głos prawie jednakowy. (…) Michaś był ostatnim z rodziny; toteż pani Maria kochała go nie tylko jak własne dziecko, ale zarazem
jak wszystkie swoje nadzieje na przyszłość. Na nieszczęście, z zaślepieniem, zwykłym matkom, widziała w nim niepospolite zdolności. Chłopiec wprawdzie istotnie nie był tępy, ale należał do tego rodzaju dzieci, których zdolności, z początku średnie, rozwijają się dopiero później razem z siłami fizycznymi i zdrowiem. (…)

Pracowałem z Michasiem, jakby od tych stopni, które on za postępy dostawał, moja własna przyszłość zależała. Bo też obaj
z moim drogim chłopcem mieliśmy jeden cel, a to: nie zmartwić jej, pokazać dobrą cenzurę, wywołać uśmiech szczęścia na jej usta. Gdy mu się udało dostać dobry stopień, malec przychodził z klasy rozpromieniony i szczęśliwy. (…) Zrzucał natychmiast
ze swoich wąskich pleców tornister przeładowany książkami i, mrugając na mnie, mówił jeszcze w progu:
- Panie Wawrzynkiewicz, mama będzie kontenta! Dostałem dziś z geografii… niech pan zgadnie ile?
A gdym udawał, że nie zgaduję, przybiegał do mnie z pyszną minką i, zarzuciwszy mi ręce na szyję, mówił niby do ucha,
ale bardzo głośno:
- Piątkę! naprawdę piątkę!
Były to dla nas obydwóch szczęśliwe chwile. (…)
I biednemu chłopcu łzy stawały w oczach, a ja, zamiast go powstrzymywać, sam biegłem za nim zmęczoną wyobraźnią
i przypominałem sobie dom w Zalesinie, jego powagę, spokój, tę wyższą, szlachetną istotę, która tam była panią, i szczęście, jakie jej sprawi powrót chłopca z celującymi w cenzurze. (…)

Gdyby przedmioty wykładane były za trudne, byłbym sobie poradził, cofnąwszy Michasia z klasy drugiej do pierwszej; ale on
te przedmioty, jakkolwiek jałowe, doskonale pojmował; nie o naukę więc chodziło, tylko o czas i ten nieszczęsny niemiecki język, którym dziecko nie władało dostatecznie. Na to już nic nie mogłem poradzić i liczyłem jedynie, że gdy święta nadejdą, odpoczynek wypełni te szczerby w zdrowiu chłopca, które czyniła nadmierna praca. (…) …mały Owicki, prymus z klasy drugiej, którego naumyślnie sprowadziłem, aby się Michaś z nim uczył, mówił, że Michaś głównie dlatego dostaje złe stopnie,
że się nie umie… wyjęzyczyć. W miarę jak dziecko czuło się coraz więcej zmęczone umysłowo i fizycznie, takie niepowodzenia powtarzały się częściej. Zauważyłem, że gdy wypłakawszy się, siadał następnie do lekcji, cichy bywał i niby spokojny, ale w tej zdwojonej energii, z jaką zabierał się do zadań, było coś rozpaczliwego i gorączkowego zarazem. (…)

Dziecko traciło siły, chudło, żółkło i zasępiało się coraz bardziej. Czasem trafiło się coś takiego, co przekonywało mnie,
że nie sama jednak praca wyczerpywała jego siły. (…) Dwie siły, dwa głosy, których słuchać jest obowiązkiem dziecka, ale które też właśnie dlatego winny być zgodne, szarpały Michasia w dwie przeciwne strony. Co jedna powaga nazywała białym, cnym, ukochanym, druga naznaczała piętnem strupieszenia i śmieszności; co jedna zwała cnotą, druga występkiem. Więc w tym rozdwojeniu chłopiec szedł za tą powagą, do której rwało mu się serce, ale musiał udawać, że słucha i bierze do serca słowa przeciwne; musiał udawać od rana do wieczora i żyć w tym męczącym przymusie dni, tygodnie, miesiące… (…)

Upływały dni, tygodnie; biedak podwajał wysilenia, a skutek coraz był mniejszy, coraz bardziej opłakany. Listy pani Marii, jakkolwiek słodkie, przyrzucały jeszcze wagi do brzemienia. „Bóg Cię obdarzył, Michasiu, niezwykłymi zdolnościami – pisała matka – ufam więc, że nie zawiedziesz nadziei, jakie w tobie złożyłam, i że staniesz się krajowi i mnie pociechą.” Gdy chłopiec odebrał pierwszy raz taki list, chwycił mnie za ręce spazmatycznie i zanosząc się od płaczu, zaczął powtarzać:
- Co ja poradzę, panie Wawrzynkiewicz, co ja mogę poradzić?
Istotnie, cóż mógł zrobić? cóż mógł poradzić na to, że nie przyszedł na świat z wrodzoną łatwością do języków i że nie umiał się po niemiecku wyjęzyczyć? Nadeszły czasy rekreacji na Wszystkich Świętych; cenzura kwartalna wcale była nieszczególna:
z trzech najważniejszych przedmiotów miał mierne. Na jego najusilniejsze prośby i zaklęcia nie posłałem jej pani Marii.
- Drogi panie! – wołał, złożywszy ręce – mama nie wie, że na Wszystkich Świętych dają stopnie, a do Bożego Narodzenia może Pan Bóg zmiłuje się nade mną.
Biedne dziecko łudziło się nadzieją, że jeszcze te złe stopnie poprawi, a co prawda łudziłem się i ja. (…)

Jakoż nadzieje zdawały się nie być próżne. Zaraz po Wszystkich Świętych Michaś dostał trzy stopnie celujące, z których jeden
z łaciny. Ze wszystkich uczniów w klasie sam tylko wiedział, że od gaudeo czas przeszły jest gavisus sum, a wiedział dlatego,
że dostawszy poprzednio dwa celujące, pytał się mnie, jak po łacinie: „cieszę się”. Myślałem, że chłopak zwariuje ze szczęścia. (…) Utrzymać te celujące stało się teraz zadaniem jego życia. Ale to był krótki blask szczęścia. Wkrótce fatalny akcent polski zburzył to, co wybudowała usilność, a nadmierna ilość przedmiotów nie pozwalała dziecku poświęcać każdemu z nich tyle czasu, ile wymagała jego wysilona pamięć. (…) Wieczorem dnia tego widziałem go, jak, ścisnąwszy głowę obu rękoma, szeptał, myśląc,
że go nie słyszę: „Boli! boli! boli!” (…)

Następnego dnia, gdym mu zarzucił na plecy tornister z książkami, zatoczył się i mało nie upadł. Chciałem mu nie pozwolić iść
do szkoły, ale mówił, że mu nic nie jest; prosił tylko, by go odprowadzić, bo się boi zawrotu głowy. Wrócił w południe z nowym miernym. (…) Utwierdziła się o nim stanowcza opinia, że był to chłopiec przesiąknięty „wstecznymi zasadami i instynktami”, tępy i leniwy. Z dwoma ostatnimi zarzutami, o których wiedział, walczył jak tonący z falą – rozpaczliwie, ale na próżno. W końcu stracił wszelką wiarę w siebie, wszelką ufność we własne siły... (…)

…Boże Narodzenie zbliżało się szybko i co do cenzury nie można się było już łudzić. Napisałem do pani Marii, chcąc ją o tym uprzedzić. Powiedziałem otwarcie i stanowczo, że dziecko jest słabowite a przeciążone, że mimo największej pracy nie może sobie dać rady i że prawdopodobnie od świąt trzeba je będzie odebrać ze szkół, trzymać na wsi i przede wszystkim wzmacniać jego zdrowie. (…) Tam czekało na niego serce matki i życzliwość ludzka, i cisza, i uspokojenie. Tam nauka miała dla niego twarz swojską, życzliwą, nie obcą i odpychającą; tam cała atmosfera była swojska i czysta, którą dziecinne piersi mogły oddychać. (…)

Rwało się wszystko w tej dziecinnej piersi, i przed oczyma widział zamiast światła – ciemność. Giął się też jak kłos pod wiatrem. W końcu twarz tego jedenastoletniego dziecka przybrała wyraz po prostu tragiczny; wyglądał tak, jakby go za gardło dusił ustawicznie płacz i jakby gwałtem wstrzymywał szlochanie; chwilami oczy jego patrzyły jak oczy cierpiącego ptaka; potem opanowało go dziwne zamyślenie i senność; ruchy jego zrobiły się jakby bezwiedne, a głos dziwnie powolny. Stał się niezwykle cichy, spokojny i mechanicznie posłuszny. Gdym mu mówił, że czas na przechadzkę, nie opierał się, jak dawniej, ale brał czapkę
i szedł za mną w milczeniu. (…)

Siadywał przy lekcjach, odrabiał zadania, jak i dawniej, ale więcej już z przyzwyczajenia. Znać było, że powtarzając mechanicznie koniugacje, myślał o czym innym, albo raczej nie myślał o niczym. (…) …niepokoiłem się o jego zdrowie, bo mizerniał ciągle
i w końcu stał się prawie przezroczysty. Siatka delikatnych żyłek, która dawniej ukazywała mu się na skroniach, gdy się ożywił bardzo, uwidoczniła się teraz stale. Wypiękniał tak, że zrobił się prawie podobny do jakiegoś obrazu. (…) Nie mógł już udźwignąć wszystkich książek w tornistrze, więc wkładałem mu tylko niektóre, resztę zaś nosiłem, bom teraz codziennie prowadził go
i odprowadzał ze szkoły. (…)

Święta wreszcie nadeszły. Konie z Zalesina czekały od dwóch dni, a list pani Marii, który przyszedł wraz z nimi, zapowiadał, iż nas tam wszyscy wyglądają z niecierpliwością. „Słyszałam, że ci, Michasiu, ciężko idzie – kończyła pani Maria – nie spodziewam się już celujących, chciałabym tylko, by i nauczyciele twoi myśleli tak jak ja, że uczyniłeś wszystko, co było w twej mocy, i że dobrym sprawowaniem starałeś się wynagrodzić niedostateczne postępy.” Ale nauczyciele myśleli inaczej pod każdym względem, więc cenzura zawiodła i to oczekiwanie. Ostatnia publiczna nagana tyczyła się wprost sprawowania chłopca, o którym pani Maria miała także odmienne pojęcie. W opinii niemieckich profesorów to tylko dziecko dobrze się sprawiało, które płaciło śmiechem
za ich drwiny z „polskiego zacofania”, języka i tradycji. Skutkiem takich pojęć etycznych Michaś, jako nie dający widoków,
by mógł na przyszłość słuchać z korzyścią wykładów, a zabierający na próżno miejsce innym, został usunięty ze szkoły. Przyniósł ten wyrok wieczorem. (…)

Zabrałem się do układania rzeczy w kuferek, widząc zaś, że Michaś stoi ciągle przy oknie, rzekłem wreszcie:
- Co tam robisz, Michasiu?
- Prawda – odparł głosem, który dygotał i zatrzymywał się na każdej sylabie – że mama siedzi teraz z Lolą w zielonym gabinecie przed ogniem i myśli o mnie?
- Być może. Czemu ci tak głos drży? czyś nie chory?
- Nic mi nie jest, panie, tylko mi bardzo zimno.
Rozebrałem go i położyłem natychmiast do łóżka, a rozbierając patrzyłem z litością na jego wychudzone kolana i ręce tak cienkie, jak źdźbła trzciny. Kazałem mu napić się herbaty i okryłem, czym było można.
- Cieplej ci teraz?
- O tak! Głowa mnie trochę boli.
Biedna głowa, miała od czego rozboleć. Zmęczone dziecko usnęło wkrótce i oddychało pracowicie przez sen swymi wąskimi piersiami, ja zaś skończyłem pakować jego i swoje rzeczy… (…)

Koło trzeciej po północy obudziło mnie światło i jednostajne, dobrze mi znane mruczenie. Otworzyłem oczy i serce mi zabiło niespokojnie. Na stole paliła się lampa, przed stolikiem zaś nad książką siedział Michaś w jednej koszuli: policzki jego pałały, oczy były przymknięte, jakby dla lepszego natężenia pamięci, głowa trochę w tył pochylona, senny zaś głos powtarzał:
- Coniunctivus: Amem, ames, amet, amemus, ametis…
- Michasiu!
- Coniunctivus: Amem, ames…
Szarpnąłem go za ramię:
- Michasiu!
Rozbudził się i począł mrugać oczyma ze zdziwieniem, patrząc na mnie, jakby mnie nie poznał.
- Co ty robisz? co tobie, dziecko?
- Panie – odrzekł, uśmiechając się – powtarzam wszystko od początku; muszę jutro dostać celujący… Porwałem go na ręce
i zaniosłem do łóżka; ciało jego parzyło mnie jak ogniem. Na szczęście doktór mieszkał w tym samym domu, sprowadziłem go więc natychmiast. Nie potrzebował się długo namyślać. Chwilę potrzymał puls dziecka, potem rękę położył mu na czole: Michaś miał zapalenie mózgu. (…)

Choroba przybrała szybko zatrważające rozmiary. Posłałem depeszę do pani Marii, i na drugi dzień dzwonek, targnięty gwałtownie w przedpokoju, zwiastował mi jej przybycie. (…) Odrzuciła woal, na którym osiadł szron oddechu, i wbiegła do pokoju dziecka. (…) Nie poznał nawet matki, gdy siadła przy nim i wzięła go za ręce. Dopiero, gdym mu na głowie położył świeży lód, począł mrużyć powieki i usilnie wpatrywać się w schyloną nad nim twarz. (…) …w końcu wargi jego wyszeptały:
- Mama!...
Ona chwyciła go za obie ręce i przesiedziała tak przy nim kilka godzin… (…) Zmieniała teraz sama okłady chłopcu i podawała lekarstwo. Michaś wodził za nią oczyma, gdziekolwiek się ruszyła, ale znowu jej nie poznawał. Wieczorem gorączka zwiększyła się. Deklamował w malignie dumę o Żółkiewskim ze „Śpiewów” Niemcewicza, chwilami przemawiał w języku wykładowym,
to znów odmieniał rozmaite słowa łacińskie. Wychodziłem co chwila z pokoju, bom nie mógł tego słuchać. (…)

Przez chwilę zdawało nam się jednak, że chłopiec oprzytomniał, bo zaczął wołać Loli i matki, ale to krótko trwało. Szybki jego oddech czasem ustawał zupełnie. Nie było się co łudzić! Ta mała dusza była już tylko na wpół między nami. Umysł jego już odleciał, a teraz on sam już odchodził w jakąś ciemną dalekość i nieskończoność i nie widział już nikogo, i nie czuł nic… (…) Oddech tylko coraz był szybszy, a w końcu stał się podobny do szeptu zegarka. Chwila jeszcze, jedno westchnienie, i ostatnie ziarnko piasku miało się zsypać z klepsydry: miał być koniec. Koło północy zdawało się nam stanowczo, że już kona, bo zaczął chrapać i jęczeć, jak człowiek, któremu usta zalewa woda, a potem zamilkł nagle. (…)

Nad ranem, że to już czwartą noc spędzałem przy malcu bezsennie i że kaszel dusił mnie coraz mocniej, wyszedłem
do przedpokoju i, położywszy się na sienniku usnąłem. Obudził mnie głos pani Marii. Myślałem, że mnie woła, ale w ciszy nocnej usłyszałem wyraźnie: „Michasiu! Michasiu!” Włosy mi na głowie powstały, gdym zrozumiał ten straszny akcent, z jakim wołała
na dziecko; zanim jednak się zerwałem, wbiegła sama do przedpokoju, ogarniając ręką świecę i dygocącymi wargami wyszeptała:
- Michaś… umarł! (…)

Włożyliśmy w końcu ciało do trumny i ustawili na katafalku, a naokoło dwa rzędy świec. Pokój, w którym biedne dziecko tyle się naodmieniało słów łacińskich i naodrabiało zadań, zmienił się jakby w kaplicę, bo zamknięta okiennica nie puszczała światła dziennego, a żółty migotliwy blask świec nadawał ścianom pozór jakiś kościelny i uroczysty. Nigdy też, od czasu, jak dostał ostatnie celujące, nie widziałem u Michasia twarzy tak rozpogodzonej. Delikatny jego profil, zwrócony do sufitu, uśmiechał się łagodnie, jakby chłopiec w tej wieczystej rekreacji śmierci upodobał sobie i czuł się szczęśliwym. Migotania świec nadawały twarzy jego i temu uśmiechowi pozory życia i snu. (…)

Dziś, gdy to piszę, upłynęło już od tego czasu blisko rok, ale pamiętam cię i żal mi ciebie, mój mały Michasiu, mój kwiatku
za wcześnie uwiędły! Miałeś zły akcent, ale serce poczciwe. Nie wiem, gdzie jesteś, czy mnie słyszysz, wiem tylko, że twój dawny nauczyciel kaszle coraz ciężej, że mu coraz ciężej, samotniej i wkrótce może odejdzie, jak ty odszedłeś… (…)

LISTOPAD – 19. – GRUDZIEŃ 31. [Warszawa]


["WIADOMOŚCI BIEŻĄCE"]
1. (…) Pewien młody artysta przyszedł w tych dniach do krawca i zamówił u niego całkowity nowy kostium.
- A jak urządzimy się z zapłatą? – spytał uprzejmie krawiec.
- Uważa pan – odrzekł artysta – teraz jakoś nie jestem przy pieniądzach, więc tego miesiąca nic panu nie dam, a resztę
na przyszły.

2. Dama kameliowa uznaną była w czasie pobytu p. Modrzejewskiej w Stanach Zjednoczonych przez tamtejszą krytykę za jedną najznakomitszych ról artystki. W San Francisco pułkownik Hinton, redaktor „Evening Post”, napisał po przedstawieniu tej sztuki sonet na cześć Modrzejewskiej, który kończył się słowami:

Trudność zakazać, abyś nie biegała
Do stron rodzinnych sercem z Ameryki,
Lecz to pamiętaj, że ty i twa chwała
To teraz własność naszej Republiki. (…)


5. (…) Znaczenie teatru jest u nas wielkie, wszystkim więc zależy na tym, by przyszłe pokolenie aktorów nauczyło się szanować
i kochać sztukę, zamiast szukać w niej pola do popisów osobistych, szacunek zaś i miłość sztuki mogą wypłynąć tylko
z rozumienia jej. (…)

6. (…) Głód i zima – straszne dwa słowa, straszniejsza jeszcze rzeczywistość. Pod ciężarem klęski ugina się lud prosty, jak kłos pod wichrem, wyglądając zmiłowania od Boga i serc ludzkich. (…)

8. (…) Od pewnego czasu krąży po mieście niczym nieuzasadniona wieść o mającym jakoby nastąpić „krachu” w Warszawie. Zbankrutował w swoim czasie Wiedeń, bo nie umiejąc po polsku i nie mogąc korzystać z głębokiej prawdy zawartej w naszym przysłowiu: „Nie graj, Wojtek”, zanadto bawił się w giełdę i na giełdzie. My nie bawiliśmy się w podobny sposób, możemy więc
nie spać wprawdzie, ale pracować spokojnie. Florencja zbankrutowała częściowo z powodu przeniesienia zarządów centralnych; my i na podobne przyczyny mniej jesteśmy wrażliwi – słowem: niebezpieczeństwa nie ma. (…)

9. (…) List palestranta z XVIII wieku. Jeden z naszych współpracowników pokazał nam ciekawy list z oświadczynami, pochodzący z XVIII wieku. List ten, pana Rocha Rogali Kozerskiego, jako wyborny przykład makaronicznego a zarazem napuszonego stylu,
w wyjątkach podajemy.

„Wielmożna mnie wielce Mościa Dobrodziko!

Gdy po tylokrotne moje z osobistości komparycje i werbalne merita w procedurze matrymonialnej koniunkcji i u kratek trybunału serca W. Pani Dobr. deponowane nie odebrały dotąd z melodyjnych ust Jej pożądanej repliki, umyśliłem więc wezwać na konferencję sympatyczne sentymenta i adoracje moje do Jej persony resplendującej ukorporowanymi w niej perfekcjami
i uczynić literalną manifestacją afektu, ferworu i zelozji, które w pektoralnych latifundiach moich od tak dawna wysiadują supercesją na rzecz W. Pani Dobr. Apelując zaś do najwyższej instancji rozumu i perspikacji Pani mojej, śmiem konserwować presumpcję, iż dekret, chociaż kontumacyjnie ferowany, nie okondemnuje mnie, owszem, faworalną mi przyniesie solucją.
A ponieważ wakująca po św. p. miecznika inflanckiego zgonie konnubialna posada wzbudziła o Jej rękę kilku pretensorów, heredowanie zaś tak precjonalnego remanentu nie podlega ani konkursowi potioritatis, ani kompromisarskiej eksdywizji, tylko jednemu adiudykowane być może, przeto najniżej suplikuję W. P. Dobry, abyś raczyła kontrowersyjne współpretensorów impetycje przeważyć na szali imparcjalnej Temidy i personalnym onych kwalifikacjom interekwalny położywszy walor, zadeklarowała, kto z nas legalnie formować może prawo do aktoratu”. (…)

Kończy zaś w ten sposób:

„W ekspektatywnie zaś fortunnego perswazji mojej sukcesu paląc aromatyczny serca mego holokaust przed ołtarzem afrodyzjalnych wdzięków W. P. Dobr., prosternuję facjatę moją u Jej piedestałów, sumituję służby moje z głębokim respektem
i akomodacją, gotów na rozkazy W. P. Dobr. genuflektujący adorator i uniżony sługa Roch Rogala Kozerski. V. g. l. m. p.”

23. (…) Boston w Massachusetts, w Ameryce Północnej, jest miejscem prawdziwie szczęśliwym dla naszych artystów. Pani Modrzejewska miała w mieście tym największe powodzenie; obecnie zaś gazety tam wychodzące przepełnione są pochwałami dla p. Tymoteusza Adamowskiego, młodego skrzypka z Warszawy. (…) Wszelkie tryumfy w Bostonie są niezmiernie ważne, albowiem miasto to, nazywające samo siebie Atenami amerykańskimi, jest taką samą wyrocznią w rzeczach smaku w Stanach Zjednoczonych jak Paryż w Europie. (…)

33. (…) Nie ma nic samorodniejszego nad talent Blizińskiego. Inni wyrabiają się na komediopisarzy – Bliziński nim się urodził. Warunki życia kazały mu być obywatelem wiejskim, przyrodzony dar każe mu pisać, tak jak ptakowi śpiewać. Można nawet powiedzieć, że owa dola rolnika i wiejskiego szlachcica złożyła się szczęśliwie z talentem pana Józefa, otoczyła go bowiem żywiołami niezmiernie swojskimi, a zatem sympatycznymi i dała mu owo poczucie iście rodzinnego humoru, którym prawdziwie celuje.

Komedie jego nie tylko są pisane z talentem, nie tylko są to dzieła sztuki, ale dzieła jakieś lube, właśnie dlatego, że takie nasze. Dar spostrzegawczy i dowcip mieszają się w nich z dobrotliwością. Śmiech jego to nie wytwór żółci, ale radość poczciwego serca, które dworuje sobie z wad ludzkich, nie przestając ani na chwilę ludzi kochać. (…)

50. (…) Pani Modrzejewska przyjeżdża do Warszawy dnia 2 grudnia. Występy rozpoczną się 4. Bilety wszystkie, z wielką klęską paletotów, kapeluszy, a nawet i żeber pogniecionych przy kasach, zostały już rozprzedane. (…)

O zagranico! że też nawet temu, co ma swoją własną wartość, musisz dać zamorski stempel, nim u nas wartość, jak należy, ocenią. (…)

55. (…) CZYSTOŚĆ JĘZYKA. (...) Niedawno jeszcze bardzo poważne głosy zarzucały pismom naszym, że bez żadnej potrzeby używają takiego nadmiaru cudzoziemskich wyrazów, iż zagłuszają prawie nimi język rodzinny. (…) Dzikość i pstrocizna wyrażeń wzrasta, oszpeca język, zmienia go na szwargot jakiś, niszczy jego piękność, powagę, szlachetność. (…) W ogrodzie rodzinnych kwiatów zasadziliśmy tyle obcych, że trudno poznać własną glebę. (…)

Płynież to z niewiadomości piszących? Nie! to raczej swego rodzaju tężyzna, to chęć wydania się uczonym, w językach biegłym,
z różnymi nazwami obeznanym i do zrozumienia niełatwym! W rzeczywistości to śmiecie i strzępki obce. (…)

Żal serce ściska, gdy wspomnieć, jak Brodziński jeszcze mówił, że ten nasz język to szemrze słodko jak strumyk, to szumi jakoby szumem dębów odwiecznych, z powagą wielką i uroczystością, i mocą, i potęgą. (…)

56. (…) Kto rzuci kamieniem w wodę, im dalsze koła, tym są słabsze, a potem toń wygładza się, usypia. Tak i z nami. Doprawy stara historia! Wszelki popęd obywatelski im dłużej trwa, tym jest słabszy, a potem usypia. (…)

72. (…) Jules Mien… (…) Jest to Francuz, który po polsku dopełnił Horsztyńskich, który przekładał Słowackiego na język francuski. Francuz urodzony we Francji, a będąc polskim literatem, redaktor „Revue Slave”. Nadsekwańczyk i krakowiak zarazem, człowiek czynny, utalentowany, pracowity. Piszący te słowa przed niedawnym czasem poznał Miena w Krakowie i nie może zapomnieć wrażenia, jakiego doznał. Mien jest to człowiek młody jeszcze, o twarzy szlachetnej i delikatnej, typu czysto francuskiego, o żywych, czarnych oczach i włosach, o ruchach żywych, słowem: un parisien jusqu’au bout des ongles.

I teraz proszę sobie wyobrazić tego paryżanina, który gdy mówi o Słowackim, nie może usiedzieć na miejscu, wygłasza co chwila jego wiersze z lekkim przyciskiem na ostatniej zgłosce i francuskim uniesieniem w całej twarzy! (…) Słowacki to jego ideał. Przełożył już na francuski wiele z jego utworów (Lilla Weneda, Balladyna), obecnie pracuje nad tym, by przełożyć jeszcze więcej,
i z góry cieszy się wpływem, jaki poezje te, tak odrębne od francuskiej, mogą wywrzeć na tę ostatnią. (…) Mogąc mieszkać
w Paryżu, woli żyć nad Wisłą, bo jej fale bełkocą na znaną mu już nutę. Tu wreszcie rozpalił już ognisko, tu stoją jego penaty
i – przyrosło serce. (…)

89. (…) Zima przyrzuca ciężaru do brzemienia, jakie dźwigają nędzarze. Widzieliśmy kilka dni temu w ich mieszkaniach wodę zamarzłą w garnczkach, śnieg na popiele w piecach; szron pokrywał sienniki i łachmany, pod którymi sypiają, i lśnił się grubymi warstwami na ścianach. Zimno dotkliwsze tam jest niż na ulicy. Na ulicy się biegnie, więc krew krąży żywiej; w tych jamach mroźnych biedacy siedzą pokuleni bez ruchu, by nie odkryć łachmanów, skostnieli, głodni, kłapiący zębami i na wpół uśpieni. Śpiączka, która ich napada, to ich szczęście, bo może pociągnąć za sobą wyzwolenie: śmierć. (…)

107. (…) …jest prawdziwym szczęściem znaleźć przyjaciela takiego, którego przyjaźń nie wyczerpuje serca, który usuwa swoje ja na drugi plan, a kocha z całej duszy i służy radą praktyczną, szczerą a rozumną.


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]