Każdego dnia chlubimy się Bogiem i imię Twoje wiecznie wyznawać będziemy. [Ps. 44; 9]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1880



STYCZEŃ – SIERPIEŃ [Warszawa – Ruda]


["MIESZANINY LITERACKO-ARTYSTYCZNE"]
II. (…) Wrażenia, jakie odbiera się w podróży, są jak kwiaty zasuszone w zielniku: zachowują swój kształt, ale tracą barwy
i stopniowo blednąc stają się w końcu cieniem. Kwiat jednak, raz uwiędły, nie odzyskuje barw ni woni, a ze wspomnieniami dzieje się jak z zapomnianą piosenką: niech do ucha jeden takt doleci, a od razu przypominają się i słowa, i nuta. Pamięć jest echem, trzeba tylko, by je jakiś głos rozbudził, a wówczas człowiek na nowo słyszy i widzi, i pamięta. (…)

…gdym wówczas zobaczył tę królewską postać tworzącą na głębokim, ciemnym tle sceny artystyczny obraz, ten profil grecki harmonijny i spokojny, gdym posłyszał ów głos drgający uczuciem i słodyczą, na myśl – sam nie wiem skąd – przyszły mi słowa Oktawa Feuilleta: „Rosweinie, Bóg ci dał wszystko” - i uspokoiłem się zupełnie. Komu „Bóg dał wszystko”, ten musi zwyciężyć. Jest to nie jego szczęściem, ale prawem. (…)

III. (…) Co w tobie jest? jakąż siła tajemną obdarzyło cię, dziewczyno, przeznaczenie, że dusza samotna oderwać się od ciebie nie może; serce wlecze się za tobą jak pies pokorny za panem, a myśl krąży ustawicznie koło twej jasnej głowy. (…) Poeta ciągle jeszcze nuci pieśń szczęścia. Nie ma takich barw i blasków w niebie i na ziemi, w które by nie ubierał kochanki. On ją miłuje
jak źrenicę oka swego, otacza, ogarnia, woła za nią i pragnie jej. (…) Zasypia z jej obrazem pod powiekami, budzi się z myślą
o niej. Przetwarza się w nim dusza. (…)

IV. (…) Chcę mówić o Marii Konopnickiej. Nazwisko to zyskuje sobie coraz większe uznanie, i zupełnie słusznie. Narzekamy ciągle wszyscy, i narzekamy nie bez powodu, na upadek w poezji. Mówimy, że nie ma wielkich imion, wielkich natchnień i odpowiedniej podstawy duchowej dla poezji w społeczeństwie. Dlaczego tak jest? czy to upadek, czy inny zwrot ducha, który szuka sobie dróg nowych – przesądzać ni rozstrzygać nie chcę; to tylko pewna, że na tym polu poetycznym, które obecnie jest wielkim, szarym ugorem, chodzi jeszcze w mroku kilka postaci i sieje kwiaty. Czasem głos Kornela Ujejskiego zbudzi drzemiące echo dawnych szerokich natchnień, czasem Asnyka, a w ostatnich czasach razem z nimi „chodzi po łące” Maria Konopnicka. Nazwisko poetki byłoby daleko głośniejsze, gdyby jaki księgarz zebrał rozproszone w pismach periodycznych jej utwory i ułożył je w osobną książkę. Wówczas głos jej przemówiłby silniej i jednolite z całości wzbudził wrażenie. (…) Ze słów tych bije prawdziwa, brylantowa poezja i moc, i poczciwość, i szczere uczucie, i prawda. (…)

(…) …nie może być nic piękniejszego w życiu nad owo zejście się dróg zrazu odległych, na którym to zejściu dwoje ludzi podaje sobie poczciwie, jako mąż i żona, ręce i idzie dalej wspólną drogą. (…) …gdyby jaki żonaty malkontent mruknął, że różnie bywa, gdyby jaka zamężna ofiara chciała twierdzić w chwili wezbrania małżeńskiego pesymizmu, że nigdy dobrze nie bywa, odpowiedziałbym słowami Gabrieli z Kasi i Marynki, co następuje:

V. „Miłość jest w najczystszym pierwiastku swoim uwielbieniem dobra, cnoty, rozumu, zasługi; lecz w praktycznym zastosowaniu w dniach powszednich, w drobnostkach minutowych, które godziny i lata przeznaczonego nam do wyżycia wieku składają, miłość jest także osłoną błędów, pięknością najniekształtniejszych rysów, wdziękiem najrozmaitszych uchybień. Szacunek może zmusić do wyrozumiałości, rozsądek do cierpliwego znoszenia; ale miłość jedynie przyozdobi, przyswoi, potrzebnymi do radości naszej zrobi te, co innemu zawadzać by mogły, szczegóły. (…)

VI. (…) Kobieta, gdy przestaje kochać, bywa smutną. Mniejsza, czego jej żal – miłości czy człowieka; ale to pewna,
że na przeraźliwe i okrwawione rany kładzie ze współczuciem taki plaster zdrowego rozsądku, tyle wypowiada słusznych uwag, tyle daje poczciwych dowodów, że wprawdzie ranny wije się pod nimi z większego jeszcze bólu, ale ona ma we własnym sumieniu słuszność. (…)

VII. (…) Nieprzeparty prąd popycha ludzi do gonitwy za zyskiem, za dobrobytem materialnym, za gromadzeniem bogactw. Byliśmy, wedle ogólnie przyznanej opinii, społeczeństwem wielce niepraktycznym, ale że nam się przy tym nie wiodło, weszliśmy na inne drogi. Na tych innych bogactwo miało być środkiem… Czy jednak dla niektórych nie stało się celem? czy wielki, chmurny, oddalony dobra publicznego ideał nie ustąpił miejsca chęci dobrobytu i temu z dobrobytu płynącemu zadowoleniu, wobec którego człowiek syt i pewny jutra nie pragnie już niczego więcej? (…) Dobrobyt! przemysł! handel! bogactwa! wszystko,
co chcecie! wszystko dobre, wszystko pożądane, wszystko należy popierać, nad wszystkim pracować – pod jednym wszelako warunkiem, że wszystko będzie środkiem, nie celem. (…)

Wy wszyscy, którzy wkładacie palce w cudze drzwi, którzy mieszacie się w nieswoje rzeczy, piszecie anonimy, udzielacie
pod maską przyjaźni ostrzeżeń, wiedzcie, że albo czynicie przez głupotę rzecz nikczemną, albo jesteście nikczemnikami. (…)


STYCZEŃ – 02. – GRUDZIEŃ – 31. [Warszawa]


["WIADOMOŚCI BIEŻĄCE"]
360. Historii polskiej treściwie opowiedzianej ksiąg dwanaście. Napisał Józef Szujski. (…)

Sam autor przeznacza tę książkę swoją dla „światłej publiczności” i pragnie dać jej zbiór najważniejszych, przedmiotowo traktowanych faktów historii polskiej. (…) Publiczność powinna sobie umieć zdawać sprawę z dziejów ojczystych, bo ponieważ teraźniejszość zależną jest od przeszłości, zatem dobre zrozumienie przeszłości wyrabia zdrowy pogląd i zmysł polityczny. (…) …książkę tę powinien mieć w ręku każdy, kogo obchodzą dzieje ojczyste i kto pragnie sobie zdać sprawę z ich całości. Dzieło doprowadza dzieje aż do trzeciego rozbioru, odznacza się także pewną równowagą w opowiadaniu. (…) …książka
jest przedstawieniem dziejów streszczonym, ale mniej więcej kompletnym, i jako taka, ułatwia wielce czytelnikowi wyrobienie sobie zdania o całości dziejów. (…)


366. (…) Wypisy z autorów starożytnych dla użytku młodzieży ułożył Kazimierz Kaszewski. (…)

Dziełko to zawiera wyjątki z autorów rzymskich i greckich, mianowicie z Waleriusza Maksyma, z Ksenofonta, Herodota, Liwiusza, Platona i Cycerona. Nie obejmuje więc ono systematycznie ani chronologicznie ułożonej całkowitej literatury, pragnie tylko zaznajomić młodzież naszą ze sposobami myślenia, pisania i z duchem starożytnych. (…) Ale obok tego celu miał autor i inny: moralny. Przykłady z życia starożytnych są wielce budujące. Grecja starożytna daje nam przepyszny obraz indywidualnego rozwoju, Rzym zaś takie przykłady patriotyzmu, zaparcia się i poświęcenia dla kraju, jakich na próżno szukać gdzie indziej.
Otóż każdemu społeczeństwu zależy na tym, by jego młodzież przejmowała się wspaniałymi przykładami pracy, cnoty i miłości
do ojczyzny, i ten cel ma także na uwadze pan Kaszewski. (…) …książka p. Kaszewskiego może być jeszcze z jednego względu pożyteczną, o którym autor nie myślał. Oto przekład jest wyborny, a język, który musi odtwarzać spokój i powagę starożytnych, jest tak poprawny, że prawie w całości książki bez zarzutu. Z tego też względu może być wzorem dla naszej młodzieży,
tym potrzebniejszym i pożyteczniejszym, im mniej jest podobnych i im rzadziej młodzież spotyka się teraz z mową ojczystą niepokaleczoną. (…)


378. (…) Przekłady obcych poetów Felicjana. (…)

Jest tu więc Hezjod, Horacy, Wirgiliusz, Juwenalis, Jacopone z Todi, Dante, Petrarka, Szekspir, Walter Scott, Szyller, Wiktor Hugo, Heine, Musset i Béranger. Pięknością celują szczególniej przekłady klasyków. Autor zna ten świat, włada jego językiem, rozumie jego ducha i tak swobodnie mu nawet w stosunkach prywatnego życia Greków i Rzymian, jakby był u siebie. (…)

393. (…) Wawrzyniec Puttkamer. Przez Karola Estreichera. (…)

Puttkamer był, jak wiadomo, mężem Maryli Wereszczakównej, w której kochał się Mickiewicz; dzięki więc Adamowi dwa
te imiona przeszły wraz z nim do pamięci ludzkiej. (…) Mickiewicz, jako egzaltowany młodzieniec, odczuwał teoretycznie wszystkie cierpienia zawiedzionego serca, a jako poeta, umiał je zakląć w słowa, mające wszystkie pozory straszliwej rzeczywistości, a w gruncie rzeczy jednak sam poważał Puttkamera i nie cofnął mu nigdy nie tylko swego szacunku, ale nawet przyjaźni. Dla Maryli pozostało tylko z tego stosunku wieczne wspomnienie, że kochał się w niej Adam, wspomnienie, którym podobno do końca życia się chlubiła. Zresztą była nie tylko dobrą, ale odpowiednią żoną dla Puttkamera, może nawet odpowiedniejszą, niż byłaby dla Mickiewicza, bo „orłom w locie nie sprostać”, a nawet i nadążyć za nimi trudno. (…)

411. (…) Był Petrarka wielkim patriotą, mężem sprawiedliwym, dobrym. Wiele dni życia swego poświęcał sprawom publicznym, posłowaniom do licznych dworów i podróżom. (…) Mówiąc innym prawdę, nie wzbudzał nienawiści, i wszyscy ludzie, wszelkie stronnictwa przyjacielem go mieć chciały. Otaczały też go cześć i szacunek publiczny aż do śmierci. Umarł w dobrowolnym osamotnieniu w 70 roku życia. (…)

413. (…) Zamek bialski napisany został przez Bartoszewicza jeszcze w r. 1849. (…)

Obecnie Zamek bialski wychodzi po raz pierwszy w całości w wydaniu Orgelbranda… (…) Jest to nader ciekawa opowieść o losach miasteczka Biała, które w dzisiejszych czasach nazywa się Białą Podlaską, niegdyś zaś znane było pod nazwą Biały Radziwiłłowskiej lub Książęcej. Pierwsza nazwa o tyle jest niestosowną, że miasto owo nigdy nie leżało w granicach województwa podlaskiego. (…) Dziś on
(zamek bialski) w ruinach, na których wraz z mchami wyrastają tylko podania ludowe - to o dobroci księżn Katarzyny i Anny, to o okrucieństwach Hieronima. Opowiadanie Bartoszewicza nadzwyczaj jest zajmujące. Ścisłość historyczna wcale tu nie przeszkadza nastrojowi prawie powieściowemu, bo same dzieje mnóstwo zawierają w sobie epizodów godnych pióra powieściopisarza. (…)

420. Dwa bogi, dwie drogi, powieść współczesna przez Kraszewskiego
(Józefa Ignacego Kraszewskiego). (…)

Po skończeniu nauk dwaj bracia, potomkowie zrujnowanej szlacheckiej rodziny, wybierają się na drogę życia, a raczej na dwie przeciwne sobie drogi, na których trzeba też służyć dwom przeciwnym bogom. Młodszy, Kwiryn, poświęcony nauce, skromny
i żądny takiego tylko szczęścia, jakie płynie ze spokoju i z wrażeń dostarczonych przez naukę i sztukę, wybiera sobie zawód profesorski. W przyszłość swoją patrzy on jasno: życie przyjdzie mu pędzić bez blasku, dostatków, nawet bez rozgłosu,
ale w cichym zamiłowaniu wiedzy, która zastąpi mu wszystko, a nawet – jeśli się nie ożeni – i rodzinę. Starszy, Rajmund, innego jest usposobienia. Gra w nim żywo chęć użycia tego wszystkiego, co nieokrzesane umysły ludzkie zowią szczęściem: pragnie więc być bogatym, wpływowym i żyć na szerokim świecie, dojść do dostojeństw, słowem, wynieść się i używać rozkoszy. Będzie zaś dochodził do tego w sposób praktyczny, bez przesądów, bez skrupułów, słowem, per fas et nefas. (…)

W gruncie rzeczy życie to tak jest niskie, że autor zmuszonym jest ślizgać się po jego powierzchni. Umyślnie też nie jest
ani szczegółowym, ani obrazowym. Zbywa nas ogólnikami, z których się łatwo domyślić, że pod tymi błyszczącymi pozorami kryje się prawdopodobna ruina, upadek i sromota. Kwiryn tymczasem zatopiony w studiach greckich, czuje się spokojnym, szczęśliwym i nie pragnie niczego więcej, jak takiego spokoju do śmierci. Rajmund żyje obficie, zarabia ogromnie, ale nie zbiera, bo i wydaje ogromnie. Nagle uderza w niego cios, bo żona opuszcza go z dawnym wychowankiem Kwiryna, Ottonem, i ucieka z nim do Włoch. (…) Pani Rajmundowa znajduje sobie w Wenecji grubszą rybę w osobie senatora, a swego dawnego wielbiciela, i wraca z nim do północnej stolicy. Wraca nie po to jednak, żeby się porozumieć i pogodzić z Rajmundem, ale by się z nim rozwieść, sprocesować go, zlicytować i pozbawić wszystkiego. (…)

Kraszewski zapragnął dowieść, że właśnie te wyższe, piękniejsze porywy, pogardzane przez utylitarnych pasibrzuchów, mogą przynieść daleko więcej szczęścia w życiu nawet praktycznym. Dowodem na to życie Kwiryna; z profesury przeniósł się na wieś, do folwarku odziedziczonego po matce, i tam począł gospodarzyć. Nie był on procul negotiis. Przeciwnie, życie szło mu pracowicie, ale gospodarka spleciona z nauką zapełniała je całkowicie. Szczęściem były dla niego naukowe zajęcia, kupowanie książek, abonowanie pism periodycznych – i mógł też w miarę zadawalniać swoje najgorętsze życzenia. W końcu ożenił się wedle serca, miał dzieci, utył i był jednym z najspokojniejszych ludzi pod słońcem. (…)

Rajmund, złupiony przez żonę, nie daje za wygrane, nie zwraca z drogi, nie wyrzeka się czci dla swoich bogów. On musi zostać bogatym. W tym celu żeni się z wdową po szambelanie, tym samym, który go protegował i ożenił. Jest to stara baba,
ale ma dożywocie, a przy tym interesa jej dadzą się wyrobić w prawniczych biegłych rękach. Jakoż teraz udaje mu się. Dobra zostają oczyszczone, procesy wygrane, szczęśliwe spekulacje mnożą majątek. Rajmund staje się kolosalnie bogaty. Czegoż mu tedy brak? – Wszystkiego, szczęścia. Znowu świetne pozory zasłaniają nędzę moralną, piekło domowe, przymus, upokorzenie.
W domu żony swej nawet służba nim pogardza. On czuje to strasznie… Wyzwolić może go chyba śmierć żony… Śmierć ta przychodzi nagle – zanadto nagle. Jakieś proszki podane przez męża, zamiast pomóc, zaszkodziły jejmości. Mąż jednak potrafi uwolnić się od podejrzeń. Został teraz sam, pan milionowej fortuny, młody jeszcze. Wszystko, czego oczekiwał – przyszło.

Tylko szczęście nie przyszło. Szacunek ludzki, dobre imię, życzliwość i przyjaźń – także są coś warte. Rajmund nie mógł się już ożenić, bo nisko nie chciał on żony brać, wysoko – jego nie chcieli. Nie lubiono go – więcej się obawiano. Stracił przy tym
w zabiegach zdrowie. Kwiryn utył, on schudł. Został bardzo samotny i chory. Prawdę rzekłszy, nie mógł używać swego majątku,
a ze znaczenia, jakie posiadał, nic mu nie przychodziło. (…) Umierał więc samotny; z życia wyniósł rozpacz – z tamtej strony grobu nie mógł oczekiwać ani oczekiwał lepszej doli. (…)

KWIECIEŃ [Warszawa]


["SZKICE AMERYKAŃSKIE"]
I. (…) Oto leży przed wami kraj obmywany z dwóch stron falami dwóch oceanów. Do tych brzegów wiodą dwie bramy –
od wschodu Empire City, jak w uczuciu dumy mówią Amerykanie – czyli New York, od zachodu San Francisco. (…) Słowem, kraj ten, licząc z północy na południe, rozciąga się od strefy prawie zimnej do zwrotnikowej. O rozległości jego ze wschodu na zachód powiem tylko tyle, że z New Yorku do San Francisco dalej jest niż z Paryża do Bagdadu. (…)

Jesteśmy tedy w New Yorku. Czym jest New York? Najchaotyczniejszym miastem na świecie. Amerykanie zowią go Empire City, Anglicy pogardliwie śmietnikiem lub rybim targiem. (…) Pod względem gwaru, zgiełku, jakiejś gorączki życiowej w gonitwie
za pieniędzmi żadne miasto nie może się porównać z New Yorkiem. (…) …w New Yorku handel tylko i handel: oto podstawa wrażeń, życia, pracy, oto siła, która panuje nad wszystkimi i ogarnia wszystko. Kupcy z całego świata sprzedają tu wszystko,
co się da sprzedać, i kupują, co się da kupić. Zasadą życia jest tu wytwarzanie pieniędzy. (…) Kościołów wspaniałych, pomników, pamiątek brak w New Yorku. Wszystko zastępują banki. (…) Europejczycy, Jankesi, Murzyni a nawet i Chińczycy żyją tu obok siebie w dobrej zgodzie, choć w ciągłej gorączce złota. Z tej gorączki miasto otrząsa się tylko w niedzielę… (…) Wówczas cichnie gwar i turkot miejski, a w szybach domów widzisz podeszwy mieszkańców, którzy zmęczeni całotygodniową pracą, odpoczywając zakładają strudzone nogi jak można najwyżej, na ramę okna. (…)

Poza miastem New York ciągnie się naokół kraj fabryczny, dalej zaś, aż do wielkich jezior – rolniczy. (…) Miasto New York
ma zresztą szkaradny klimat. Zawistni Anglicy mówią o nim, że jest to Petersburg w zimie, a Kair w lato. (…) Klimat w Stanach Zjednoczonych w ogóle suchszy jest niż europejski. Podróżnik może to zauważyć na własnych włosach, które z miękkich
i prostych w Europie, zmieniają się po kilkutygodniowym tam pobycie w wichrowatą czuprynę, buntującą się przeciw szczotkom, grzebieniom i wszelkim usiłowaniom przyprowadzenia ich do porządku. (…)

Miasta nadatlantyckie mają przynajmniej swoją historię i swoich założycieli – jak np. New York Holendrów, a Nowy Orlean Francuzów. Ale kto założył Chicago – nikt nie wie. (…) Przed niedawnym czasem Chicago spaliło się prawie do szczętu,
ale ta klęska, dzięki energii mieszkańców, przyczyniła się tylko do wzrostu miasta. (…) Rzekłbyś, że to ogród wzniesiony
przez olbrzymów. Ludność wzrasta z każdym rokiem, stosunki handlowe zwiększają się z każdym dniem niemal, Amerykanin zaś zwąc swe miasto królową jezior wskazuje z dumą, że istotnie olbrzymie wody obmywają jej stopy. (…) Stan Illinois, którego Chicago jest stolicą, jest to kraj urodzajny, z klimatem przecięciowo podobnym do polskiego, choć z wyraźniejszymi porami roku. (…) Między innymi leży w tym stanie i miasteczko Radom, zamieszkałe przez polskich wychodźców. (…)

Illinois jest zarazem krańcem, od którego zaczyna się wielka pustynia bezludna, czyli tak zwany Far West. (…) Dziś jednak
i Nebraska zaczyna się już zwolna kolonizować, ale tylko wzdłuż kolei. Za mego pobytu założono tam między innymi osadę Nowy Poznań, którą zamieszkują Polacy. (…)

W miarę jak zbliżamy się do Gór Skalistych, step wznosi się ciągle i lubo bardzo nieznacznie, dochodzi jednak do ogromnego wzniesienia nad poziom morza. (…) Wracając do Gór Skalistych, stanowią one kość pacierzową całego amerykańskiego kontynentu, który pod różnymi nazwami przebiegają aż do południowego cypla Patagonii. (…)

Część kraju położona między Górami Skalistymi a Sierra Nevada jest pustynią w ściślejszym jeszcze znaczeniu tego słowa,
bo pustynią bezpłodną. (…) W ogóle żaden stan, może żaden kraj na świecie nie posiada tyle warunków rozwoju, ile Kalifornia… (…) Oto więc przybyliśmy w naszej pogawędce aż do brzegu Oceanu Spokojnego, który też będzie jej kresem. (…)

II. (…) Stany Zjednoczone to raczej zbiór wszelkich narodowości, począwszy od anglosaskiej, która stanowiła pierwszy zasadniczy podkład, a skończywszy na polskiej. (…) Nie próbowano tam nigdy nikogo amerykanizować i właśnie może owa wolność,… , uczyniła ogólną konstytucję synonimem swobody, a zatem czymś niezmiernie cennym dla każdego obywatela żyjącego pod jej skrzydłami. (…) Każda narodowość może tam mieć swe kościoły, szkoły, wojsko, nawet dzienniki, ale potrzebaż przecie jakiego wspólnego języka i takim wspólnym językiem jest język angielski. (…)

Dzisiejsi Amerykanie są prawie bez wyjątku potomkami ludzi biednych, którym bogactwa innych straszliwie w swoim czasie ciążyły – nauczyli się więc patrzeć na bogactwo jak na siłę i o zdobycie tej siły starają się istotnie z niepohamowaną energią. (…) …człowiek, który całą energię, rozum i namiętność wytężył w kierunku zrobienia majątku, musi być do wysokiego stopnia jednostronnym; musi w nim ta namiętność przygłuszyć inne strony ducha… (…) Amerykanin… sądzi, że ten, kto chce, by mu drugi pomagał, chce, by drugi za niego pracował – zatem sam nie chce pracować. (…) …dziecko, kobieta, zniedołężniały starzec nigdzie na świecie nie znajdą tyle szczerej pomocy, tyle otwartych serc, dłoni i kieszeni - ile u tych gburowatych demokratów. (…) Każda sprawa, byle szlachetna i w imię ludzkości podjęta, znajduje tam również chętne poparcie. (…)

Co do mnie – czytelnicy – znam miliony mieszkańców Stanów Zjednoczonych, którzy 1) nie oddają się handlowi, a 2) nie marzą nawet o zrobieniu kolosalnej fortuny z tej prostej przyczyny, że nie mają do tego najmniejszej możności. Jest to tak zwany świat farmerski, czyli rolniczy. (…) Jest to klasa ludzi oświeconych, spokojnych, uczciwych i do wysokiego stopnia gościnnych, klasa,
na której cała przyszłość Ameryki spoczywa i w której główna jej potęga, jak wspominałem, jest złożona. (…) Ojciec, który sam pracuje w polu, ma tam w gronie rodziny powagę kapłana i patriarchy, czyta psalmy, błogosławi pożywienie, które na stół przynoszą, do stołu zasiada nie tylko z dziećmi, ale i z robotnikami… (…)

Jeśli do tych wszystkich szczęśliwych okoliczności dodamy i tę jeszcze, że mieszkańcy Stanów Zjednoczonych pochodzą
po największej części z najniższych warstw ludności, że zatem równość i demokratyczne pojęcia są niejako ich tradycją, zrozumiemy łatwo, że tam teoria istotnie może być praktyką. (…) Dołączmy do tego tolerancję, pewność spokojnej przyszłości, dobrobyt daleki od bogactw, ale dalszy jeszcze od niedostatku, a zrozumiemy, dlaczego temu społeczeństwu…, mimo jego wszelkich stron mniej jasnych, tak często potrzeba znak postawić. (…)

Ciemną stronę Stanów Zjednoczonych stanowi administracja. Dzieje się w niej wiele nadużyć. W Listach moich z podróży pisałem o tej rzeczy obszerniej, tu więc wspomnę tylko pokrótce. W Ameryce są dwie partie, dziś prawie równie silne: demokratyczna
i republikańska. Te przechodząc kolejno do władzy zmieniają natychmiast urzędników. W ten sposób każdy urzędnik jest pewny, że dłużej jak kilka lat utrzymać się nie zdoła; zabezpiecza więc sobie sam niejako emeryturę, kładąc do kieszeni wszystko,
co się bezkarnie da w nią włożyć. (…)

Co do mnie, na zakończenie powiem tylko to jeszcze, że naród posiadający tak niepohamowaną energię, taką swobodę ruchów, tak ceniący oświatę i takim szacunkiem otaczający kobiety – ma wielką i światowładną przyszłość przed sobą. (…)


SIERPIEŃ – WRZESIEŃ [Ruda]


["NIEWOLA TATARSKA. URYWKI Z KRONIKI SZLACHECKIEJ ALEKSEGO ZDANOBSKIEGO"]
I. Pacholę, jadąc przodem albo li też za mną, pobrzdękiwało na teorbaniku, a mnie żałość i tęsknota za Marysią ściskały serce – im dalej od niej odjeżdżałem, tym ją miłowałem goręcej. (…) Bóg mi ani Marychna moja serdeczna nie mogli wziąć za złe,
żem tego wprzódy nie uczynił. Gdyby mi ona kazała w ogień albo też w wodę skoczyć, albo zgoła krew przelać, Ty, Jezu Chryste, który patrzysz w serce moje, widzisz, że byłbym to uczynił. Ale jednej rzeczy nawet dla wdzięcznej dzieweczki mojej nie mogłem poświęcić, a to honoru szlacheckiego. (…) Owóż i nie zostało, jak jechać na kresy. (…)

…potem łzami i ciężkim wzdychaniem pożegnawszy Marysię, przez noc gotowałem się do drogi, a nazajutrz oba z pachołkiem obróciliśmy konie ku wschodowi. Wypadło jechać na Zasław, Bar, do Hajsynia. Po zamkach, dworach lub karczmach na noclegi stawając, dotarliśmy wreszcie do Umania, za którym step już otworzył się przed nami równy, bujny, głuchy. (…) Jechaliśmy
do stanicy, zwanej Mohylna, gdzie czasu swego J. W. ojciec mój, pułkownik, z chorągwią pancerną strażował, którą był własnym sumptem na wojnę z bisurmany wystawił; ale do Mohylnej jest bardzo daleko, bo chwalić Boga, Rzeczpospolita szeroko rozsiadła się po ziemi… (…)

Po drodze dziwowałem się wszystkiemu, jako że pierwszy raz na Ukrainie będąc, same nieznane spotykałem sprawy i rzeczy. (…) Jadąc z pachołkiem napotykaliśmy to poczty dworskie, więc panów Potockich, Wiśniowieckich, Kisielów, Zbaraskich, Jazłowieckich i Kalinowskich w różnych czarnych, czerwonych i pstrych barwach, to wojska komputowe, to chorągwie królewskie. (…) Między pułkami ciągnęły także maże czumackie, skrzypiące przeraźliwie, od których konie nam się płoszyły. (…) Napotykaliśmy także tabuny wołów, wszystko jednej siwej maści, o wielkich porozginanych rogach. (…) Za stanicą Kisielową zaszła nam drogę rota spod poważnego znaku usarskiego. Ludzie byli w pełnej zbroi i taki szum szedł od ich skrzydeł, jakby
od orłowych. (…)

Za stannicą kraj stał się głuchszy. Często po stepie błyskały nocami ogniska gońców kozackich, do różnych stannic rozsyłanych, lub też chłopów na pustkowia uciekających. (…) …raz zbliżył się dziwny jakiś człek z twarzą całkiem zarosłą i do wilczej paszczęki podobną. (…) …sądząc mieć sprawę z wilkołakiem, sięgnąłem już po szablę, by go ściąć. Gdy jednakże owo monstrum, miasto zawyć, pochwaliło Chrystusa, dałem mu spokój. (…)

Wkrótce potem, gdy rozwidniło się jeszcze lepiej, ujrzeliśmy przy zorzy kilkanaście żurawi studziennych, a wiatr przyniósł do nas szczekanie psów i rżenie koni. (…) Przyjechawszy udałem się zaraz do J. W. Piotra Koszczyca, możnego ślachcica z Litwy, który tam pułkownikował i był żołnierz doświadczony… (…) Ten jako jeszcze z ś. p. rodzicem moim miał znajomość, przyjął mnie zgoła jakby własnego syna i tegoż jeszcze dnia do znaku zapisał. Rzekli mi potem inni, iż w porę przybywam, gdyż wkrótce szarańcza od strony Krymu się wyroi. Jakoż dowiedziałem się, że groźby były wielkie i że po wszystkich stannicach grano larum, rycerstwo zaś w największej baczności było utrzymywane. (…)

II. Szliśmy, jako zwyczajnie, komunikiem, gdyż kosz w ten tylko sposób dopędzonym być może. Gdyśmy we trzy godzin
po południu za małe wzgórza, które pogańskimi mogiłami zowią, się dostali, szczęśliwym dla nas zdarzeniem, tumany, które całkiem od rana step zasłaniały, opadły nagle, przy samej ziemi się trzymając. (…) …to jest kosz największy, w którym brat chana osobą swoją się znajdował i wielu znacznych murzów; odliczywszy zaś tych Tatarów, którzy koni zapaśnych, wozów, jeńców i taboru pilnować muszą, ci, którzy do bitwy użyci być mogli, czterykroć tylko liczniejsi od naszych wojsk byli. (…)

Wraz też i mgła poczęła rzednąć tak dalece, że coraz większą ilość buńczuków, nad koszem się wznoszących, oko dojrzeć mogło – a potem całkiem znikła. Wtedy ujrzeliśmy czarne mrowie pogaństwa, koń przy koniu i mąż przy mężu, kupą zbitą w kształcie sierpa stojących. Od której kupy zaraz harcownicy stadami poczęli się odrywać i latać na wszystkie strony. Inni tuż pod same chorągwie nasze podlatali, lżąc nas, wrzeszcząc okrutnie, machając rękami i wyzywając tych, którzy by gonić się z nimi chcieli. Ale wojewoda Kozakom tylko wyjechać pozwolił, aby szyk przez ten czas do zupełnego ładu przywieść, co też i wprędce się stało, bo żołnierz po większej części był stary, doświadczony i sprawny bardzo. Stojąc więc w gotowości, patrzyliśmy na harce i dziwne szarwarki Kozaków, którzy sobie najlepiej w pojedynkę z tym plugastwem radzić umieją. (…)

Wszystko wojsko stało, jako się rzekło, na wzgórzach, gotowe wraz zerwać się na nieprzyjaciela, ale podobało się fantazji
J. W. wojewody, starym obyczajem, jedną chorągiew jako sokoła z obręczy naprzód puścić, aby ta, łamiąc wszystko po drodze, postrach i zamieszanie w szykach nieprzyjacielskich rozniosła. (…) Po naszych chorągwiach, które jeszcze stały, cichość zrobiła się taka, że słychać było bzykanie much i bąków. (…)

W koszu między poganami zrobiło się wrzenie niemałe, a potem podnieśli krzyk: „Ałła! Ałła!” i wnet chmara strzał jakoby ulewa lunęła na usarzy, dzwoniąc po pancerzach i harnaszach. Od nich też doszło wołanie: „Jezus! Maria!”, co było znakiem, iż wnet kopiami zderzą. Jakoż z pomocą Bożą dopadli i zderzyli z takim impetem, że pogaństwo rozwaliło się na dwie połowy
jakoby drzewo klinem rozszczepione, oni zaś szli środkiem niby ulicą. (…)Zapał wielki i niepowstrzymany ogarnął całe szyki. (…) …„Puśćcie, abyśmy braciom naszym na ratunek iść mogli!” Ale pułkownik ciszę wielką groźnie nakazawszy rzekł, „iż nie przystoi rycerstwu, jako byle jakiej milicji, bez komendy uderzać i zbytnim łakomstwem cierpliwości rycerskiej kazić, co jeśliby który uczynił, końmi włóczony będzie.” Patrzyliśmy więc znów w milczeniu… (…)

Tymczasem słońce zaszło i zorze rozpaliły się na niebie. Ale znać na komendę nie trzeba już było długo czekać, bo nagle druga chorągiew stoczyła się za pierwszą, niosąc zniszczenie, za nią trzecia i czwarta. (…) Wtem armata, której sześć sztuk nadciągnęło właśnie za nami, zagrała z majestatem i powagą wielką, łamiąc kulami końce kosza. (…) Od wojewody przypadł służbowy i buńczukiem machnął, wnet rotmistrze do szeregów przypadli, pułkownik krzyknął: „Bij psubraty, w imię Boże!” (…) Pióra usarskie ze skrzydeł i hełmów tysiącem wzbiły się w powietrze. (…) Przy wozach największe powstało zamieszanie. Jedni łup w zgiełku brali, drudzy pęta jeńcom cięli, którzy ręce wolne poczuwszy łamali palące się wozy i żagwiami gromili nieprzyjaciół. (…) …koń pode mną pyskiem krew wyrzuciwszy padł na murawę, a wraz i mnie jakoby sen zaczął ogarniać, bo mi z ran krew ciurkiem uchodziła. (…)

III. (…) Mnie… z wielą innymi zaprowadzili do pewnej osady, Kizlich zwanej, nad sam brzeg morski, gdzie strumień słony i mały ad mare profundum się sączy. (…) …Aga Sulejman, jakoby po naszemu rzec: Salomon, miasta tego praefectus, który mnie omdlałego znalazł i pojmał, z początku przystojnie się ze mną obchodził. Czynił to dlatego, iż zbroję piękną i szablę sadzoną
na mnie wziąwszy, za znacznego w narodzie naszym mnie poczytał i okupu się wielkiego spodziewał. Ja zaś, bacząc,
że szlachcicowi nawet i w niewoli, i przed nieprzyjacielem zmyślać nie przystoi, wręczem mu to negował. (…) …on, w chytrości swej nie wierząc, tak do mnie po rusku mówił: „Ej, wy Lachowie! Każden z was się chudopachołkiem powiada i okupu nie zaręcza,
by was katować, za co sobie rozkoszy wielkie od waszego Boga w niebie obiecujecie!” (…)

Przeto smutki ogarnęły mi duszę i cierpienie toczyło serce i okrutna tęsknota wychodziła ze mnie ku Rzeczypospolitej
i ku wszystkiemu, com w niej utracił. (…) Zdarzyło się przy tym, iż między jeńcami, którzy w Kizlich jarzmo niewoli dźwigali, sam jeden szlachcicem byłem; przeto rząd nad nimi niejako sprawując, ukrzepiałem ich dusze, by nie znalazł się taki, który by odstąpieniem od wiary prawdziwej niedolę swą okupić pragnął. Jakoż Bóg tego nie dopuścił. Mając też u Tatarów
dla spodziewanego okupu powagę, ulgi niejakie innym jeńcom przynosić usiłowałem. Czasem tedy część strawy swej najgłodniejszym udało mi się oddać, czasem w robocie pomagałem, wody spragnionemu przynosiłem, za ujmę sobie tego
nie poczytując, gdyż jeśli Pan Jezus prostych ludzi w urodzeniu i krwi upośledził, przecież koronę w niebie im obiecał, a przez to ich młodszymi braćmi naszymi stworzył, którym od stanu rycerskiego należy się obrona i opieka. (…)

…Sulejman jednego dnia przyszedł do mnie i mówił: „Źle czynisz, iż na łaskawość moją niewdzięcznością się wypłacasz, gdyż jako gościa cię traktuję, a ty snadź w uporze trwasz; bacz tedy, abym cię pod kolana moje nie zgiął.” A tu wraz zamysły swoje objawił i żądał, bym do Rzplitej o tysiąc czerwonych złotych pisał, za które bym wolność mógł otrzymać. (…) Pan spuścił strach w kości moje przed gniewem Sulejmana, rzekłem mu, aby chwile męki odwlec, iż woli jego posłusznym być muszę. Jakoż dałem mu list, ale do jednego proboszcza, którego pod Kamieńcem miałem znajomym. Temu niewolę moją opisawszy prosiłem go, aby modlił się o wspomożenie dla mnie, które tylko z niebios przyjść mogło. (…)

Uradowany w chciwości swej Sulejman… łaskawszym się jeszcze dla mnie uczynił i do ałusu swego, któren w całym mieście najpiękniejszym był, mnie zaprosił. Był to zaś możny poganin i w narodzie swym bardzo poważany, tak dla swego męstwa, jak
i dla fortuny, która w jednym tylko go upośledziła, a to, iż z wielu żon żadnego syna nie spłodził, a córek pięć. Najstarszą z nich, Iłłę, wielce dla jej urody miłował. Przyszło mi ją czasem widywać… (…) …często, nie rzekłszy ni słowa, bukłę ze skisłym mlekiem ku wargom moim pochylała, lub gałkę z ryżu i baraniego łoju ukręciwszy, w gębę mi takową na znak swej przychylności kładła. Czemu Sulejman nie tylko się nie przeciwił, ale i sam to czynił, gdyż obcując ze mną co dzień, wielce mnie polubił i częstokroć
do porzucenia smutków namawiał. Przeze mnie też i innym jeńcom lepiej się działo, albowiem Iłła wszelkiej żywności obficie im dostarczała. (…) Ku mnie zaś coraz więcej serca okazywała. Bywało, siadłszy skulona w kącie ałusu i tyftykiem się z głową owinąwszy, po całych godzinach na mnie w milczeniu, jako kot, jarzącymi oczyma spoglądała. Spytałem ją tedy raz, czego się tak we mnie wpatruje, ona zaś rękę na czole, na wargach i na piersi położywszy, do nóg się moich pochyliła i rzekła: „Bakczy, niewolnicą twoją być pragnę.” I wraz uciekła… (…)

Tego jednak jeszcze dnia przyszedł do mnie Sulejman i tak się ozwał: „Zwiodłeś mnie listem swoim, za co powinien bym cię katować, gdy jednak Allach synami mnie nie pobłogosławił, nad młodością i urodą twoją litość mam. Przeto ci powiem, iż jeśli błędy wiary swej porzucisz i proroka naszego przyjmiesz, Iłłę, która cię miłuje, dam ci, synem cię swoim uczynię i wszystko,
co mam, twoje będzie.” Więc od wielkiego zdumienia pary zrazu z ust puścić nie mogłem, ale ochłonąwszy odrzekłem mu,
iż szatan Chrystusa kusił, królestwa mu różne z góry ukazując. Rozgniewany tymi słowy, ryknął jakoby zwierz dziki; zaraz szaty, jakie na sobie miałem, zwlec mi kazał i wyszedł. Co gdym uczynił, symarę zgrzebną mi niewolnik Kałmuk przyniósł i wodę trzodom groźnie nosić polecił. (…)

Wieczorem nie poszedłem, jako poprzednio, do ałusu, ale spać się między wielbłądami układłem, a żem się uznoił, Bóg mi sen zaraz zesłał. Nagle, zbudziwszy się, jakowąś figurę wiotką, ku mnie w świetle miesiąca idącą spostrzegłem. (…) …to była Iłła, która naczynia z wodą i oliwą niosła. Potem nogi moje obmywszy i namaściwszy, wpodle mnie w kuczki siadła, po dawnemu
w milczeniu mi się przypatrując, z oczu zaś jej wielkie, srebrne krople spływały. Rzekłem tedy: „Iłło, czemuś przyszła?” Ona zaś poczęła szemrać cicho, miesiącowi źrenice swe mokre oddając: „Bakczy, czemu mną pogardziłeś?” I od płakania więcej mówić
nie mogła. (…) Rzekłem więc, że mężem jej, choćby dla jej wiary, być nie mogę, która w oczach moich tym jest dla duszy ludzkiej, czym plugawa rdza na żelezie; ale więcej jej dać mogę niźli wszystko, co od ludzi spotkać ją mogło, a to chrzest święty… (…) Ona jednak, w ślepocie swej przejrzeć nie mogąc, z desperacją wielką za głowę się rękoma ułapiwszy, jak przyszła,
tak i odeszła.

Na drugi dzień powróciłem do swojej pracy, która tym cięższą była, że jeść skąpo mnie dawali. Napotkałem też i Sulejmana. Ten rzekł: „Zegnę cię”. Na co odpowiedziałem: „Ciało moje tylko zegniesz, gdyż wiedz, że duszę, ślachcicem będąc, mam nieugiętą”.
Co usłyszawszy, ze zgrzytaniem zębów się oddalił. (…) …głodem zgiąć mnie postanowił. Zabić bowiem ani przedać mnie
nie chciał, bo mnie sam dawniej miłował i dla Iłły tego uczynić nie mógł, która, jako się później dowiedziałem, gdy się przeciw szyi mej odgrażał, szat jego z wielkimi prośbami się czepiała, w tej nadziei ojca utrzymując, iż umysł mój kwoli ich chęciom wkrótce się zmieni. Przyszły tedy na mnie czasy wielkich utrapień i przewidywana godzina męki wybiła.

Rzekł mi Sulejman chcąc, abym się zhańbił: „Z psami wolno ci jadać i to, co im rzucą, brać możesz”. Nie chcąc, aby się to stało, żywiłem się tylko szarańczą, którą na piaskach morskich znajdowałem. Często też z początku żywność przy mnie przez jakąś niewidomą rękę kładziona była, w czym domyślałem się Iłły. Ale później strzeżono jej, aby tego czynić nie mogła. (…) Niewola też nie tylko moja, ale wszystkich sroższą się stała, gdyż Tatarowie wielką złością ku nam zapłonęli. Jeden zasię Kozak niebożątko, imieniem Fedko, na pal był wbity, na którym drugiego dnia dopiero, powtarzając: Chrystu! Chrystu! – umarł. (…) Rychło i ja już z ziemską powłoką moją rozstać się myślałem, albowiem miesiąc upłynął, jak się szarańczą żywiłem, która
coraz rzadszą w piaskach była. Wychudłem i sczerniałem srodze, i nogi chwiały się już pode mną. (…)

…raz w nocy, na wpół we śnie, znowu Iłłę widziałem, która wody i jedzenia mi przyniosła. Dla osłabienia wielkiego sypiałem
i we dnie, a Bóg w miłosierdziu swym sny mnie o miłej ojczyźnie zsyłał i Marysia przychodziła do mnie także, cała w bieli
i z anielskimi skrzydłami na plecach, którymi od spiekoty głowę moją osłaniała. (…) Podobno czas jakiś byłem bez przytomności, bom świata ziemskiego nie widział, ale potem zdrowie wróciło, gdyż ujrzałem znów kupę barłogu, zagrodzenie dla wielbłądów
i głowy onych zwierząt ku niebu powyginane. Pewnego razu Sulejman przechodząc koło mnie rzekł: „Poznaj moc sług proroka!” – na co odpowiedziałem: „Poznaj cierpliwość sługi Chrystusa”. (…)

Mówił tedy Sulejman do innych: „Zaprawdę, żelazną duszę ma ten nieużyty człowiek i znać, trzeba by go prosić, aby nad sobą miał litość, gdyż pychę swą nad wszystko przekłada”. I nie wiedział o tym poganin, że wtedy właśnie dusza moja w prochu
i osłabieniu największym kładła się przed Panem, bo męka była prawie ode mnie silniejsza. W nocy jednak ktoś znowu żywność koło mnie położył, którą chciwie zjadłszy poczułem się mocniejszy. Zwlokłem się zaraz z barłogu i choć ręce i nogi mi drżały, począłem na nowo nosić wodę do cysterny. Szarańczy też Bóg przez dni następne zesłał mi obfitość, a przy tym głód mnie przyuczył jeść plugastwo morskie, które w kształcie swym szpetne, złe przecie nie jest. Żyłem tedy jako ptak z dnia na dzień… (…)

Noce poczęły być chłodne bardzo. Innym niewolnikom w ałusach chronić się dozwolono, ja zaś na moim barłogu sypiać musiałem, ale litościwe wielbłądy kładły się koło mnie, ciałami swymi i oddychaniem mnie rozgrzewając. (…) Wszelako Opatrzność różnymi sposoby czuwa nad tymi, których doświadcza. (…) …chudość moja żyjącym kościotrupem mnie czyniła, a przy tym włos bujny wyrósł mi na brodzie i głowie, skóra popękała na całym ciele i pokryła się strupami i liszajami od wielbłądów. Inni za trędowatego mnie mieli i nawet w niewolnikach obrzydliwość wzbudzać począłem. (…)

IV. ...Nadeszła wiosna i znowu cieplejsze słońce oświeciło nędzę moją. Tak zaś już do niej przywykłem, żem prawie zapomniał,
iż są szczęśliwi ludzie na świecie. Bociany, pliszki, jaskółki i skowronki leciały stadami ku północy, a jam im mówił: „Ptaszyny marne, ach! mówcie Rzeczypospolitej i wszelkim stanom, żem jako szlachcic patriota wytrwał i choć tak mocno do ziemi przybity, choć tak nogami pogan zdeptany, przed Panem moim tylko płaczę, a dla nieprzyjaciół dumne oblicze chowam i ducha w ucisku nie dałem. …wiosna owa zmiany i wróżby nowe przyniosła i dziwnych zapowiedzi była pełna. (…) Strach padł na serca ludzkie
i nie był strach daremny, bo wieści doszły, że nad Palus Maeotis wybuchła zaraza. Wyprawy miały iść tej wiosny
do Rzeczypospolitej dwoma szlakami i nie poszły. (…) Sam Chan ze stolicy uciekł. Jedni mówili, że się w góry, które są
na południu, z żonami swymi schroni, inni, że do Kizlich, gdzie wiatry morskie czyszczą powietrze, przyjedzie.

* * * * * * *

Przybył tedy Chan za poradą wróżbitów do Kizlich, pędząc przed sobą trzody okrutne, aby miał co jeść z dworem swoim. Praefectus Sulejman ze czcią go wielką podejmował, a ludzie na twarzy przed nim padali, bo go niewolnicy owi prawie za Boga
i powinowatego ciałom niebieskim mają. Ordy niewiele było przy nim, jedno dwór i tysiąc baskaków i nieco hodżów i agów
w żółtych tołubach, bo obawiano się, aby w wielkim nagromadzeniu ludzi łatwiej nie okazała się zaraza. (…) Ale do Kizlich o dwa dni drogi najbliżej przyszła. Dziękował tedy Bogu Chan za ocalenie i szczodrze wróżbitów obdarzył, a wielu też niewolnikom wolność darował. Ale właśnie, gdy inni fructa łaski jego zbierali, na mnie przyszła ostatnia próba.

* * * * * * *

Pewnego razu, przejeżdżając podle barłogu, na którym leżałem, bardzo blisko przyjechał, a spojrzawszy na mnie spytał Sulejmana, co by to był za człowiek tak nędzny. Ten co odrzekł, nie wiem, widziałem jedno, że długo ze sobą rozmawiali i widać Sulejman na niewdzięczność i zatwardziałość moją się skarżył, gdyż w końcu rzekł głośno: „Spróbuj go, panie!” Czym zaciekawiony Chan sam ku mnie koniem ruszył. Wnet dwa czaukczy lecieli przed nim, krzycząc: „Na twarz, psie niewierny!”
Alem tego nie uczynił, choć mnie długimi trzcinami po głowie bić poczęli. (…)

Tu Chan… rzekł: „Gdybym ci wybór dał, albo cześć mi oddać i na twarz upaść przede mną, za co wolnością byłbyś obdarzony,
albo śmiercią okrutną umrzeć – co byś wybrał?” Na to odrzekłem, że niewolnikowi wybierać nie przystoi, niechże więc uczyni
ze mną, co zechce, niech jednak baczy, że każden najpodlejszego stanu człowiek może śmierć okrutną zadać, ale majestat monarszy, w woli Boga swoje initium mając, wtedy Stwórcy najpodobniejszym się staje i najlepiej swą potęgę oznajmia,
gdy nie śmierć, ale życie dawa. On zastanowiwszy się nad moimi słowy tak potem mówił: ‘Jeśli, niewolnikiem będąc, nie chcesz mi czci oddać ani mię słuchać, tedy przeciw Bogu postępujesz, który niewolnikom posłuszeństwo przykazał.” Odrzekłem: „Ciało moje jest tylko w niewoli”. Co słysząc, Tatarowie aż pobledli, ale on był cierpliwy, gdyż niepróżno nazywano go Roztropnym. Namyśliwszy się tedy odjechał, ale odjeżdżając powiedział agom i czaukczom swoim: „Gdy w niewolę niewiernych popadniecie, temu człowiekowi bądźcie podobni.” Więc potem miałem spokój przez dwa dni i jeść mi przynosili. Inni zaś przychodzili nawet
do mnie, mówiąc: „Pan nasz cię nie zapomni; ale gdy do łaski cię wyniesie, nie zapominaj o nas.” (…)

Po dwóch dniach Chan przejeżdżając, znowu ku mnie konia zwrócił: „Rozważałem – rzecze – słowa, któreś rzekł, w mądrości mojej i na wagach mej sprawiedliwości je położyłem. Znalazłeś za twoje męstwo łaskę u mnie; mów tedy, czego byś pragnął, abym dla cię uczynił?” – Odpowiedziałem, że w wolnym zrodzonemu stanie wolność najmilszym by mi była fruktem łaski jego.
On spytał: „A gdy ci jej odmówię?” – „Tedy daj śmierć” – odrzekłem. (…) Namyśliwszy się, mówi: „Gaurze! nie naciągaj łuku zbyt mocno, aby zaś nie pękł i ręki ci nie zranił; przeto ci powiem ostatnie słowa: żółty tołub ci dam, do dworu cię mego wezmę, dostatkami nagrodzę i koniuszym moim uczynię, odmiany wiary nie wymagając, byleś rzekł, iż z dobrej woli służyć mi będziesz.” (…)

…wyciągnąwszy… do Chana ręce, wołałem: „Panie! woli ty mojej nie żądaj, bo wola z duszy wychodzi, dusza zaś nie tylko wiary jest pamiętna, lecz i stanu, w którym na świat przyszła, a stan ów od ojców wziąwszy, muszę im go odnieść nieskalanym.” „Niewolniku, złamałeś łuk” – rzekł Chan i już widziałem, że godzina nadeszła, bo gniew począł występować na jego oblicze,
ale się opamiętał i takimi do Sulejmana ozwał się słowy: „Mądry Sulejmanie! Zaprawdę, w łasce za daleko z tym psem zaszedłem, a teraz ci przykazuję, byś go złamał koniecznie; ale nim życie mu weźmiesz, do tego męką go doprowadź, by nawet u twoich nóg w pokorze się czołgał.” W tym odjechał, a mnie zaraz z rozkazu Sulejmana Kałmukowie porwawszy, przywiązali do pala. (…)
Ja zaś duszę ku Bogu ze wszystkich sił wytężywszy o to najwięcej go błagałem, by mi sił dodał i upodlić się nie pozwolił. I wraz poczułem, że modlitwa została wysłuchana, bo duch mocny na mnie wionął. (…)

Kałmukowie zaś siec mnie surowcem poczęli i wkrótce krwią spłynąłem. Pytali mnie tedy: „Padniesz twarzą?” Odpowiadałem: „Ślachcicem polskim jestem.” Wtedy ci siekli mnie na nowo, inni zaś ognia wolnego pod nogami mymi napalili, abym się piekąc, prędzej o litość zawołał. Jakoż począłem ustępować, ale nie duszą, jedno ciałem, bo omdlałość wielka rozeszła się po kościach moich i światłość dzienna bladła w oczach. Dopiero widząc, że już śmierć nadchodzi, resztą sił podniosłem głowę do góry
i zawołałem w stronę Rzeczypospolitej: „Widzisz-że ty mnie i słyszysz?” Aż tu nagle, jakoby przez cale stepy i Perekop, doszedł mnie głos: „Widzę!” – w dalekościach coś się ćmić poczęło, niebo i powietrze zbiegało się do kupy, z czego niewiasta ze słodkim obliczem wypłynęła i stanęła koło mnie. Ogień przestał mnie parzyć, surowiec nie świstał już nade mną i poczułem, że lecę,
na ręku onej niewiasty niesiony. (…) I tak lecieliśmy ku niebiosom… (…)

V. …Wóz skrzypiał pode mną i wiatr obwiewał mnie świeży a chłodny. Otwieram oczy – Kizlich nie widzę: step jedno, step
jako morze. Więc przymknąłem powieki, myśląc, że sen mi jasłeczka jakoweś wyprawuje. Spojrzę znowu: twarz starą Chimka, marszałka Tworzyańskich, przy sobie widzę, a za nim luzaków kilku. Ten zasię mówi: „Bogu niech będzie chwała, jużeś nam waćpan oprzytomniał.” Pytam: – „Gdzie jadę?” – „Do Rzeczypospolitej.” – „Wolny-m jest?” – „Wolny.” – „Kto mnie wykupił?” – „Panienka.” – Gdy rzekł „panienka”, tedy coś, jakby ogromne płakanie, porwało mi się z piersi, ręce wyciągnąłem, omdlałem.

Wóz skrzypiał pode mną. Gdym oprzytomniał dzień później, wszystko mi Chimek powiadał. Oto J. W. Tworzyański na lepszy już świat z tego lichego się przeniósł, a Marysia, dziedziczką jego zostawszy, przy wuju swym prałacie mieszkała. Tam ich wieść
o mej niedoli i mękach doszła, tam ona, wujowi do nóg padłszy, afekt ku mnie wyznała i z wolą jego od Sulejmanowej mnie mocy wykupiła. (…) Co wszystko słysząc i wyrozumiawszy, że za przyczyną dzieweczki mojej z niewoli pogańskiej zostałem wykupiony, rzewnie płakałem i takie sobie w duszy śluby czyniłem, aby dzieweczkę oną miłosierną miłować i strzec po wiek żywota mego. (…)

VI. …Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny, bądź pochwalony w dziełach Twoich! Kędy oczy moje łzami zalane obrócę, tam Cię widzę, a kędy Cię widzę, tam Cię wyznawam. Tyś na firmamencie ognie niebieskie zawiesił, Ty słońcu z morza wstawać każąc, dzień na górach i dolinach czynisz. Na chwałę Twoją bory szumią i trzody po polach dzwonią: na chwałę Twoją wojska po stepach ze rżeniem koni jeżdżą i wszelka ziemska rzeczpospolita cześć ci oddawa. A iżeś mnie, sługę swego, opuścił
i szczęścia mnie pozbawił i w tym bądź pochwalony! Na wojnach zbiegł wiek żywota mego i w trudzie pobielały mi włosy.
Tam, Panie, gdzie działa ogniem śpiewały majestat Twój, a w dymach grzmiało imię Twoje, tam byłem. I na Multanach,
i na Inflanciech płynęła krew moja, a dziś jestem stary i przygasłe źrenice ku ziemi się już zwracają, a ciało wiecznego spoczynku pragnie. Nie ziemskie dobra, nie bogactwa, honory i godności na tamten świat ze sobą poniosę, bom oto ubogi jest, jak byłem.
Ale Ci, Panie, tarcz moją pokażę i powiem: „Patrz – niesplamiona, a splamiona, to jedno krwią moją. Imię-m nieskalane przechował, ducham nie poddał – i gnąc się z bólu – przeciem się nie złamał”. (…)


SIERPIEŃ – WRZESIEŃ [Ruda]


["W KRAINIE ZŁOTA"]
I. WSTĘP

Kto dziś przejeżdża przez miasto Sacramento, nie w kierunku San Francisco, ale na południe ku rzece Makosme, ujrzy jeszcze dom, w którym mieszkał Sutter, pierwszy odkrywca złota w Kalifornii. (…) Sutter, odkrywca złota, tak stworzył Kalifornię,
jak później Strzelecki Australię. (…) Sutter był człowiekiem ogromnej energii, ale raczej idealistą niż człowiekiem praktycznym.

Przybywszy z kilku towarzyszami do Kalifornii założył tartak. (…) Dwa razy palili go Indianie i za każdym razem odbudowywano go na nowo. (…) Może szum jego kół przypominał Sutterowi szum wodospadów ojczystej Szwajcarii. Aż pewnego razu, gdy koła milczały, jeden z towarzyszów Suttera dostrzegł pod nimi w przeźroczy wodnej grube, połyskujące żółtawo ziarna. Było to złoto. (…) Kupcy w New Yorku, Bostonie, Filadelfii i Baltimore porzucali swe kramy, urzędnicy urzędy, plantatorowie południa swe plantacje, rozbójnicy na Missisipi swe porohy, skwaterowie swe stada, strzelcy swe puszcze – i wszystko, co żyło, dążyło
do Kalifornii kopać złoto i szukać go w rzekach, rzeczkach, strumieniach, wzgórzach, wąwozach. (…)

II. SACRAMENTO

Kiedy Sutter zbudował swój pierwszy dom i tartak, nazwa Sacramento nie istniała.

Mianowano nią nie tylko rzekę, ale i osadę na lewym brzegu leżącą. (…) Dwa największe budynki były to „wenty”, w których sprzedawano wódkę i „mescal”. (…) Drugi brzeg był niską łąką. Jest nią dotychczas. (…) Łąka ciągnie się wzdłuż prawego brzegu aż do oceanu i jest ziemią obiecaną dla wodnego ptactwa. (…) Łąka żywiła osadę, Meksykanie bowiem byli hodowcami. (…) Kobiet brakło zupełnie. Miejscowi mieszkańcy osady brali za żony Indianki… Życie prowadzono pustynne i na wpół dzikie. (…) Ciszę przerywało tylko wycie dzikich zwierząt i klekotanie historycznego tartaka. (…)

III. SACRAMENTO

W kilka lat po odkryciu złota zmieniło się wszystko. (…) …w prostopadłym kierunku od rzeki wyrosło, jak grzyb po deszczu, anglosaskie „city”. (…) Na początku i przy końcu ulicy wznosiły się dwa hotele: jeden pod szumną nazwą Hotelu Dżentelmenów, drugi – Szarego Niedźwiedzia. (…) W domach pootwierano sklepy, w których sprzedawano łopaty, rydle, motyki, sita, rewolwery, karabiny, flanelowe koszule, sombrera, żywe srebro, słoninę, mąkę i wódkę. Przychodzący górnik dobywał z zanadrza pióra napełnione piaskiem złotym i płacił, sypiąc go na kantor sklepowy. Płacił za każdą rzecz literalnie na wagę złota. (…) Cały zarobek górników przechodził do handlarzy. Dowodem tego Francuz Maria, który wykopał miliony, a umarł w nędzy. (…) Handlarze więc zgarniali wszystko, co wykopał górnik. Powszechnie byli to łotry spod ciemnej gwiazdy. (…)

Życie stało się jeszcze dziksze niż za owych czasów, gdy tartak klekotał w pustyni. (…) Nocami na ulicy palono papierowe latarnie, napuszczone łojem, lub kupy wiórów. W dzień biały ludzie wśród natłoku widzów bijali się na noże i nikt im
nie przeszkadzał. (…) Czasem przychodziło do zwad między świeżo przybyłymi a osiedlonymi dawniej. (…) Zamieniano wówczas kilkanaście strzałów rewolwerowych, co zresztą było zwykłą rzeczą w tym mieście. (…)

IV. SACRAMENTO. NOWE ŻYWIOŁY

Miasto wznosiło się szybko. (…) Gorączkowe budowanie domów zrodziło swego rodzaju przemysł... (…) Przemysłem tym był wyrób desek. Tartak Suttera zamilkł, jakby przerażony tym, co się w mieście działo, ale na jego miejsce powstały inne. (…) Kto nie miał takiego szczęścia jak Maria, w szukaniu złota, rzucał kilof i taczkę, brał siekierę i mógł ciąć drzewo. Tam pod wpływem lasu, ciszy i tych wielkich tajemniczych słów, jakie puszcza szepce do człowieka, częstokroć oczyszczał się z chciwości, ze złotej gorączki i stawał się uczciwym mistykiem. (…) Praca drwali miała jeszcze inne, głębsze znaczenie: oto wyłuskiwali oni ziemię
z obsłon leśnych i przygotowywali ją dla rolnika.

Powoli wytworzyli osobną klasę ludzi, która była pierwszym spokojnym i uczciwym a silnym elementem wśród tego społeczeństwa. (…) Życie ich było nadzwyczaj pracowite, ale też do tego rodzaju pracy garnęli się tylko atleci. (…) Z czasem drwale pobudowali sobie domy bądź to pojedynczo w lasach, bądź w bliskim sąsiedztwie… (…) W ten sposób z chaosu wyłaniała się zwolna potrzeba urządzeń i zorganizowania życia. Między górnikami chaos jednak nie ustawał, a nawet zwiększał się,
z powodu przybywania coraz nowych fal awanturników. (…)

V. SACRAMENTO. NOWE ŻYWIOŁY

Wkrótce wytworzyły się dwa obozy. Do jednego należeli drwale i wszyscy porządniejsi a także i bogatsi ludzie w mieście,
dla których prawo przedstawiało się pod formą możności spokojnego używania bogactw, do drugiego – górnicy gorszego gatunku i warchołowie ze wszystkich końców świata, których liczba zwiększała się z każdą świeżo przybyłą karawaną. (…) Rozpasanie jednak doszło do najwyższego stopnia. Żadne miasto w nowszych czasach nie przedstawia tylu przykładów potwornych zbrodni, zaniku wszelkich ludzkich uczuć i rozpętania namiętności, ile przedstawiało ich wówczas Sacramento. (…) Sutter rwał włosy z rozpaczy, przeklinając dzień, w którym zbudował tartak, i chwilę odkrycia złota. (…)

VI. KRWAWY WUJASZEK

Ale na reakcję nie trzeba już było długo czekać. (…) W chwilach, gdy księżyc podnosił się znad „łąki”, widywano od pewnego czasu jakichś ludzi, schodzących się pod wielkim dębem nad rzeką. Obrady ich trwały tydzień. I nagle pewnego poranku pojawiły się pisane kartki, które w nocy porozlepiano na wszystkich domach, hotelach, parkanach. Na kartkach tych, jako tytuł, stał tylko jeden, skreślony grubszym charakterem, wyraz „Lynch”. A dalej można było czytać:

„W dniu… miesiącu… roku… nad rzeką Sacramento zawiązany został Komitet Bezpieczeństwa Publicznego, który obwieszcza mieszkańcom następujące prawo: Wszelkie przewinienie przeciw życiu i własności, zatem: zabójstwo białego, rabunek, i kradzież karane będą śmiercią przez powieszenie. Obżałowanym dodaje się obrońców wybranych z grona regulatorów. Wyroki wykonają regulatorowie bezzwłocznie – na dębie stojącym obok rzeki”.

Podpisów żadnych nie było. Po rozlepieniu kartek trzy dni panowała cisza. (…) Czwartego zdarzył się pożar. (…) To ośmieliło opryszków. (…) Ale następnego ranka wiatr, wiejący z „łąki” chwiał ciałami pięciu opryszków, powieszonych na dębie nad rzeką. Dziwna rzecz. Widok ten nie przeraził już opryszków. (…) W mieście wszczął się straszliwy rozruch. (…) Opryszkowie byli liczniejsi, ale działali bezładnie; zwycięstwo więc przechyliło się na stronę ludzi porządku. I nazajutrz dąb pokrył się znowu straszliwymi owocami. Powieszono na nim wszystkich jeńców wziętych z bronią w ręku: przeszło czterdzieści osób.

Od owej chwili rozpoczęła się wojna w całym znaczeniu tego wyrazu, nieubłagana i nieustająca, prowadzona skrycie i otwarcie. (…) Obie strony przebierały wszelką miarę okrucieństwa. (…) Nie było między nimi ani jednej kobiety. (…)

VII. HORYZONT SIĘ ROZSZERZA

Na koniec zjawiła się pierwsza. Z pewną karawaną przyjechała praczka francuska. (…) W miesiąc później odjechała do New Yorku na wielorybniku, który wypadkiem zawinął do san-franciskańskiego „bayu”.

Ale jednego dnia mieszkańcy mieli ujrzeć obraz, który na długo wyrył się w ich pamięci. (…) Nagle w tych blaskach ukazała się dziwna kawalkada. Poczynał ją olbrzymi niedźwiedź, który biegł truchtem, kiwając potwornym łbem i rzucając ukośne spojrzenia w obie strony. (…) Za niedźwiedziem jechało na rosłych i tęgich koniach dwudziestu Murzynów, ubranych w białe opończe,
a uzbrojonych od stóp do głowy. (…) Za Murzynami na przepysznym mustangu jechała amazonka. (…) Kobieta była młoda, dystyngowana i w ruchach szlachetna. (…) Piękna, wysmukła panna, której jasne, spadające na plecy włosy poruszał łagodny wiatr wieczorny, spoglądała na wszystkie strony jasnymi, błękitnymi oczyma z całą pewnością siebie, ze spokojem, a nawet
z pewną dumą. (…) Za panną ciągnęły wozy, kryte pittsburskim płótnem, zaprzężony każdy w cztery pary mułów, a powożone przez białych lub metysów. Przy pierwszym wozie jechał konno niemłody, średniego wzrostu mężczyzna, zdaje się przywódca wyprawy; co chwila zwracał się z niewypowiedzianą troskliwości ku wozowi, w którym przez odkryte płótna widać było siedzącą dziewczynkę o ciemnych włosach i twarzy bladej, pięknej, anielskiej prawie, ale smutnej. (…) Pochód zamykał drugi zbrojny poczet Yollofów. (…)

Nagle amazonka skręciła w bok i, zbliżywszy się do grupy, stojącej koło balustrady spytała dźwięcznym, spokojnym głosem:
- Dżentelmenowie, zechciejcie mi powiedzieć: czy jenerał Sutter jest w mieście?
- Yes ma’am – odpowiedzieli grzecznie górnicy.
- A gdzie jego dom?
Kilkunastu ludzi rzuciło się prowadzić. (…) Po kwadransie drogi dojechano do Sutterowego domu, który trudno było dojrzeć wśród dębów i drzew ślazowych. Tam amazonka, krępy dowódca i niewidoma, pozsiadawszy, weszli do środka. (…)

VIII. WRAŻENIA (…)

Jakoż samo ukazanie się kobiety od razu złagodziło zwykły brutalny obyczaj. (…)
- Dżentelmenowie – mówił Rows – niech mnie powieszą, jeśli nie zgodzę się do niej na woźnicę, choćbym miał darmo poganiać muły do śmierci. (…) To rzekłszy młody drwal pomacał instynktownie, czy nóż łatwo wychodzi z pochwy – i wyszedł. (…) Wrócił on po godzinie nieobecności, ale w stanie dość opłakanym, bo bez kapelusza, z podartą koszulą i bez noża. (…)
- Co się stało? Co ci jest? – pytano ze wszystkich stron. (…)

- (…) Idę i myślę: spytam pierwszego z jej grubodziobów. Ciemno jest, bo mgła poszła w górę. Zbliżam się. Wreszcie zdaje mi się, że widzę wozy; patrzę: coś się rusza; więc mówię: hej! sir, słuchaj no! Aż tu ten „sir” jak ryknie, jak mnie złapie za łeb! Zostawiłem kapelusz, kawał koszuli, nóż i uciekłem. Uciekam do domu Suttera i wrzeszczę, a grizzly (bo to on był! potępienie na jego głowę!) goni za mną i ryczy. Wtem poczynają krzyczeć i od wozów, a wreszcie otwierają się drzwi i staje w nich nasza panna, a za nią Sutter ze światłem; tak ja jej prosto do nóg i krzyczę „help!”, a niedźwiedź mnie łap znowu. (…) Wtem nasza panna mówi: „Baby! let him alone!” (…) …potępione to bydle zaś zaraz przewróciło się jej do nóg i poczęło mruczeć. (…) …nasza panna pyta mnie wtedy, kto jestem i czego potrzebuję. (…) Gdy tak do mnie ozwała się głosem słodszym od śpiewu maukawisa, tak mnie coś zaczęło ściskać w dołku, jakbym trzy dni nie jadł. Mówię tedy: beg your pardon…, ale więcej nie mogłem. Ona uśmiechnęła się jak anioł i prosiła mnie do pokoju. (…) Tak mi było głupio, jak gdyby mnie skalpowano, ale nareszcie powiedziałem,
żem przyszedł się dowiedzieć, kto ona jest. Niech jej Bóg błogosławi! (…) Ona na to: powiedz, sir, dżentelmenom, swoim kolegom, że nazywam się Mary Monteray; jestem rodem z Luizjany i przybywam tu z mymi przyjaciółmi żyć pod ich opieką. (…) Potem uścisnęła moją rękę. (…)

Posypały się oklaski, mowy, okrzyki… W pół godziny później postanowiono iść razem z deputacją do panny Monteray. (…)

IX. ZAMIARY NA PRZYSZŁOŚĆ

Panna Monteray poczęła być ulubienicą miasta, mimo tego, iż nikt z mieszkańców nie umiał sobie zdać sprawy z pytania, dlaczego osoba tak młoda, widocznie bogata i widocznie tak różniąca się wychowaniem i przyzwyczajeniami od mieszkańców dalekiego Zachodu, porzuciła uobyczajone stany wschodnie, a przeniosła się na dzikie pustynie, gdzie warunki życia były surowe, a nawet niebezpieczne. (…) Miss Monteray była po prostu przyjaciółką ślepej dziewczynki i w rzeczywistości dla niej przybyła
do Kalifornii; Mary Monteray była młodą, samotną, wolną i niezmiernie bogatą, mogła więc podróżować i przebywać, gdzie jej się podobało. Gdy małej Nelly (dla chorej, jako dla zagrożonej chorobą piersiową, wilgotny klimat był zabójczym) kazano wyjechać
z Luizjany… zdecydowano się więc na Kalifornię. (…) Mary, która przy całej szlachetności charakteru posiadała usposobienie mocno romantyczne, zgodziła się chętnie na podróż, która obiecywała mnóstwo przygód. (…)

X. PRACA I SIELANKA (…)

Upłynęło kilka miesięcy. W okolicy Lathrop stanęły przy pomocy drwali dwa domy. W jednym z nich mieszkał Taller z córką,
w drugim Mary Monteray ze swymi Murzynami i niedźwiedziem. (…) Miejscowość była ślicznie wybraną. Domy stały w dolinie
po obu brzegach strumienia, czystego jak kryształ i obrośniętego płaczącymi wierzbami, ale właśnie w tym miejscu,
gdzie strumień, spadając z wynioślejszego tarasu tworzył, aż trzy dość znaczne kaskady. (…) Lekki mostek z czerwonego drzewa, rzucony przez strumień, łączył obydwa domy. Było to ulubione miejsce Mary, na którym spędzała zwykle ranki, czytając albo ucząc małą Nelly. (…)

Niestety! pojęcia barw i kształtów nie istniały prawie w tym dziecinnym umyśle, toteż Nelly wyrażała się czasem w ten sposób:
- Strumień, Mary, jest smutny, bo płacze, to ja słyszę dobrze; las także smutny i pewno stary; ale jakie są kwiaty i niebo, tego wcale nie wiem.
Mary tłumaczyła jej, jak mogła, ale dziecko kończyło zwykle:
- Nie rozumiem, Mary, moja słodka, nie rozumiem.
Po chwili jednak dodawała:
- Ale tu jest bardzo dobrze. (…)

Gdy upał spędzał ją z mostu, Mary szła czytać pod werandę swego domu. Przywiozła ze sobą wóz książek. Potem, o południu, szła na „lunch” do domu Tallera; następnie przychodziła pora sjesty. Wieczorami, jak tylko krąg słoneczny chował się w wycięcia wysokich skał, brała strzelbę i udawała się na polowanie, a za nią wlókł się leniwo jej „baby”, kołysząc wedle niedźwiedziego zwyczaju olbrzymim łbem na obie strony. (…) Czasami także Mary w towarzystwie „baby”, a często i starego Tallera, odwiedzała „swych dżentelmenów” w mieście. (…)

Straszny dąb mniej często nosił ludzkie owoce. Regulatorowie z początku częstokroć zapraszali Mary na posiedzenia, ale wkrótce przekonali się, że „z tą panną” niepodobna powiesić nikogo po ludzku. Za to ci, których ocaliła, byli „jej ludźmi” na śmierć i życie. (…)

XI. SZAŁAS W LESIE

W życiu Mary Monteray, tak jak i na wiecznie pogodnym kalifornijskim niebie, mało było zmian. (…) Całą zmianę stanowiło to,
że w miarę jak poznając okolicę, Mary ośmielała się stopniowo, wycieczki jej myśliwskie stawały się coraz dalsze. Nie spotkała nigdy nic niebezpiecznego, raz jednak wróciła z lasu niespokojna: zdawało się jej, że ją ktoś śledził. Niepokój jej wzrósł znacznie,
gdy następnego dnia, o dziesięć mil angielskich, poniżej strumienia, nad małym jeziorkiem leśnym, przez który strumień przepływał, odkryła szałas. Szałas był świeżo sklecony z giętkich gałęzi wierzbowych, pokrytych na wierzchu kawałkiem pittsburskiego płótna. Obok szałasu dymiło jeszcze świeżo zasypane ognisko. (…)

Mary po chwili wahania weszła do środka. Obecność "baby" dodawała jej odwagi. W środku nie było nikogo. (…) Mary też postanowiła za powrotem wysłać na poszukiwanie swych Yollofów, tym bardziej że gdy wracała, w połowie drogi doszedł jej uszu odgłos dalekiego strzału. Zarządzone poszukiwania nie wydały jednak rezultatu. Jeden z Murzynów spotkał wprawdzie jakiegoś nieznanego strzelca w lesie, ale nie mógł niczego się od niego dowiedzieć. (…) Tajemnicza postać przestała Mary straszyć,
a zaczęła ją interesować. (…) Okolica wydawała się tak bezpieczną, że piękna amazonka częstokroć nie brała ze sobą swego niedźwiedzia. (…)

XII. SPOTKANIE

Pewnego razu mrok zaskoczył ją w lesie… (…)

Mary szła, odsuwając od czasu do czasu gałązki wikliny, tamującej drogę, gdy nagle przystanęła i poczęła słuchać. W ciszy leśnej dochodził ją z daleka zgrzyt żwiru, przytłaczanego ciężkimi krokami. Mary, zaniepokojona, odwiodła kurek karabinka. Wkrótce zaraz za zgrzytem żwiru doszło do jej uszu głuche mruczenie. Usłyszawszy je, amazonka opuściła natychmiast karabinek.
- Baby! – zawołała wesoło – baby! come here! (…)
Dziwna rzecz: zwierz, zamiast przejść z truchtu w krótki radosny galop, jak to zwykł był czynić, zatrzymał się nagle. Z piersi jego począł wydobywać się posępny, przytłumiony ryk. (…) Nagle karabinek zatrząsł się w jej rękach, a twarz okryła się śmiertelną bladością: to nie był jej „baby”. Mary stała oko w oko z najstraszniejszym rozbójnikiem kalifornijskich lasów: szarym niedźwiedziem. (…)

…zwierz podniósł się na tylnych nogach i, machając przednimi w powietrzu, zbliżał się z wolna ku niej.
Mary przyłożyła kolbę do twarzy: rozległ się strzał, ale odpowiedział nań tylko ryk wściekłości. (…) Nagle dotknęło coś jej ramienia, a niski, spokojny głos ludzki ozwał się za nią w ciemnościach:
- Beg pardon miss… To jest mój business.
Silna ręka odsunęła ją w tył, a przed jej oczyma zarysowała się wysoka postać męska. (…) Krwawe światło wystrzału rozdarło pomrokę, a potem Mary ujrzała straszliwą walkę człowieka ze zwierzęciem. (…)

Mary zemdlała… Gdy przyszła do siebie, pierwszym wrażeniem, jakiego doznała, był odgłos kaskad na strumieniu. Widocznie była blisko domu. Jakoż z dala połyskiwało światełko w domu Tallera. U jej nóg leżała na wznak bezwładna postać ludzka… Wtedy Mary domyśliła się wszystkiego. Nieznany zbawca widocznie niósł ją na ręku kawał drogi, zanim sam omdlał z wyczerpania. (…) Mary pobiegła po wodę do strumienia, której przyniosła we własnym kapeluszu. Gdy parę jej kropel wpuściła do ust strzelca, ciało jego drgnęło, oczy otworzyły się na chwilę, a usta wyszeptały:
- I beg your pardon! Jestem szczęśliwy…
Mary wsparła jego głowę na swych kolanach i przez czas jakiś siedziała nieruchomie, bo nie wiedziała, co robić: wołać o pomoc czy też zostawić rannego i samej iść po ludzi do domu. (…)

Mary wreszcie namyśliła się, co czynić. Ponieważ karabinek jej pozostał na miejscu walki, wzięła więc ciężki karabin strzelca
i, nabiwszy go wystrzeliła w powietrze. Powtórzyła to po trzykroć. Za drugim razem światła poczęły biegać po szybach domu Tallera, później światła owe oderwały się od tła domu i roiły, zbliżając się szybko ku Mary; wkrótce zaś kilkunastu Yollofów
z Tallerem na czele przybiegło pędem, trzymając w ręku to latarnie, to rozpalone łuczywa.
- Co się stało? – pytał Taller.
- Przenieście co prędzej do domu tego dżentelmena! – wołała Mary. (…)

Nazajutrz chory był bez przytomności. Sprowadzono doktora z Sacramento. Doktór… (…) …schyliwszy się ku rannemu, który ledwie oddychał, mówił:
- Rows! mój przyjacielu! mówiono, że niedźwiedź zabił cię przed pół rokiem, a on potarmosił cię dopiero wczoraj. Well! well! Sądzę, że piersi masz trochę zgniecione… żebro złamane… obojczyk złamany… ale zresztą all right! (…)

Rows nie wiedział o świecie bożym, dlatego nie mógł odpowiadać na pytania doktora. Ten mówił dalej:
- Ech! panno Monteray, sądzę, że ten chłopak był zakochany w pani! Inaczej byłby sobie powiedział: to nie mój business.
Doktór zamyślił się przez chwilę:
- Zginął z miasta, jakby w wodę wpadł. Nie mogliśmy dojść, dlaczego, bo zresztą był szczęśliwy w robocie. W dzień po przyjeździe pani znalazł pepitę przynajmniej na pięć tysięcy dolarów… Ale teraz przypominam sobie… Ciągle mówił o pani…
Czy on tu mieszkał?
- Nie.
- Zatem pilnował pani z lasu… poor boy! Myślę, że umrze, chyba, że wyzdrowieje… Będziecie go tu doglądali. Rękę i obojczyk nastawiłem, żebra także. Trzeba mu przemywać skaleczenia i czekać, aż się kości zrosną. Good bye!
Doktór odjechał. Przy łóżku Rowsa został tylko jeden Murzyn i Mary. (…) Drugiego dnia Rows oprzytomniał… (…)

Wyzdrowienie przychodziło łatwiej, niż przewidywał doktór. Rows był młody i bardzo silny, a choć przez dłuższy czas nie mógł się poruszać, niebezpieczeństwo mijało szybko… Mary całe dnie spędzała u wezgłowia rannego, bądź czytając mu Biblię, bądź rozmawiając z nim… Rows wówczas spowiadał jej się ze wszystkich myśli…
- Wolę być w lesie, niż kopać – mówił. – Gdy się żyje w lesie, to kopanie wydaje się i złe i głupie. Co mi z tego… Kopacze piją
i zabijają się, a nad lasem jest Bóg, a także złoto tam na nic… I przepraszam panią, ale myślę, że człowiek może być lepszy
w lesie, bo musi więcej myśleć... (…)

Zdrowie jego polepszało się szybko. Wkrótce mógł już siadywać na werandzie domu, a później często towarzyszył Mary
na ów mostek, łączący dwa domy, na którym Mary spędzała zwykle godziny popołudniowe w towarzystwie swej małej, ciemnej przyjaciółki… Pewnego popołudnia siedziała tak właśnie, ale sama, słuchając szumu kaskad i wpatrując się w amfiteatr drzew, otaczających dolinę, które lubo niezbyt odległe, przysłonięte były błękitem oddalenia. (…) W tej chwili zbliżył się do niej Rows, stawiając jeszcze z trudnością kroki…
Mary podbiegła ku niemu i posadziła go troskliwie obok siebie. Nigdy jego blada twarz nie wydała się jej wdzięczniejszą i bardziej szlachetną.
- I beg your pardon – począł wedle zwyczaju młody strzelec - ja mam do pani wielką prośbę, miss Mary!
- Której nie odmówię z pewnością – odpowiedziała Mary. (…)
-Miss Mary! – mówił Rows przyciszonym głosem – pani mnie nie potrzebuje, wiem o tym, ale i ja nie dla chleba… Wykopałem tyle, że na Wschodzie uchodziłbym za bogatego człowieka. Tu także… ale co mi po tym. W lesie nie ma co z tym robić. Samemu ciężko… Mnie tu byłoby najlepiej, więc... oto, Miss Mary, ja chciałbym wejść… do służby pani… Pani mnie nie potrzebuje… ale… byłbym najszczęśliwszy i wierny… ach! bardzo wierny…
Nastała chwila milczenia. Mary odwróciła głowę ku domowi Tallera i zamyśliła się głęboko. Nagle otrząsnęła się z zamyślenia
i, spojrzawszy prosto w oczy Rowsa, spytała:
- Pan mi odpowiesz prawdę, jak człowiek uczciwy i szczery?
- Yes, miss!
- A zatem… Pan mnie kochasz? prawda?... (…)
-O, miss Mary… Ja nie śmiałem nawet o tym myśleć, ale tak… bardzo! jedną na świecie!... (…)

Mary Monteray schyliła głowę, po chwili zaś zaczęła mówić:
- To, co teraz powiem, Rows, mówię po wejrzeniu w głąb swojego serca i po namyśle. Przyjechałam tu i nie wrócę więcej
na Wschód. Kalifornia będzie odtąd moją ojczyzną – jestem więc Kalifornijką, pionierką. Pod tym względem stoimy na równi…
Nie proś mnie o przebaczenie, boś mi uratował życie. Mam ci spłacić wielki dług – i… jeśli w tym długu przyjmiesz moją rękę –
oto ona.

Nastała chwila ciszy – słychać było tylko szum kaskad i pogwizdywanie czerwonoskrzydłych szpaków. Rows wyglądał
jak człowiek, który ugina się pod brzemieniem szczęścia. (…)
- (…) …pani jest jak inny człowiek, który umie czytać książki i wie, co w nich napisano, a ja rozumiem się tylko na kopaniu
i karabinie. Pani musiałabyś się wstydzić za moje prostactwo… Mówisz pani, że płacisz dług? O! Rows jest za uczciwy, by miał brać taką lichwę. Teraz mi jesteś wdzięczną, później przestałabyś nią być. Kto kocha, temu kochania wystarczy na całe życie – ale wdzięczności… nie. (…) Jaka pani dobra jesteś, Mary!... jaka dobra! Niech Bóg błogosławi tę rękę, którą chciałaś mi oddać…
O! czemu nie jestem dżentelmenem ze Wschodu! Good bye, Mary!
Przycisnął jej ręce do ust, i, powstawszy, udał się chwiejnym krokiem ku domowi… (…)

- Gdzie idziesz, Henry? – spytała Mary.
- Do lasu… Wykopię moje złoto i pojadę na Wschód… uczyć się… Mam za co. Jestem bogaty. Pracowałem rękoma, będę pracował głową. Nie chcę być dłużej gburem leśnym – chcę zostać oświeconym dżentelmenem, który rozumie, co mówi każda książka… Gdy się czegoś nauczę – wrócę tu i wówczas… jeśli panią tu znajdę… to… pamiętaj, Mary… (…)

XIII.

Statek „Ellen Monero”, który przywiózł do Kalifornii zapasy zboża, opuszczał właśnie pyszny „bay” dzisiejszego San Francisco, udając się z powrotem naokoło Cap Horn do New Yorku. Na statku prócz załogi znajdowało się kilkunastu górników… (…) Kilku towarzyszy żegnało ich na drogę. (…) Między nimi znajdujemy gromadkę naszych znajomych: jenerała Suttera, Tallera, niewidomą Nelly i Mary Monteray… Mary, z oczyma wzniesionymi ku pokładowi i z chustką w ręku, przesyłała wzrokiem ostatnie pożegnanie Rowsowi, który odjeżdżał na Wschód… Rows, przechylony przez balustradę, patrzał w nią z cała tą siłą oczu, którymi chwilę tylko wolno jemu patrzeć na ukochaną istotę. (…)
- Bądź zdrów, Henry…
- Niech cię Bóg błogosławi, Mary… (…)

Wielka błękitna nieskończoność otwierała się przed nim, również błękitna mgła poczęła go z wolna przesłaniać… (…) Myśli tylko, posłanki serc kochających, przelatywały przestrzenie morskie z brzegu na statek i ze statku na brzeg… (…)


GRUDZIEŃ – 02, 09 [Warszawa - odczyty]


["O NATURALIŹMIE W POWIEŚCI"]
I. (…) Rzeczywistość może być piękną, szpetną, pociągającą, ohydną, ale przede wszystkim jest rzeczywistą i dlatego musimy się z nią zgodzić; jest prawdziwą, a więc o całą prawdę wyższą od urojeń… (…) Literatura piękna wsparta na niej daje
w skończonej formie życie, objaśnia jego prawa, a więc bezpośrednio wszystkich zajmuje. (…)

Wśród rozdroży, walk i burz życiowych ta prosta, oparta na rozsądku wiara, że spełnienie obowiązku daje szczęście, że cnota
jest wyższą i piękniejszą od złego, jest tym dla człowieka, czym latarnia morska dla łodzi zbłąkanej wśród morza. (…)

II. (…) Zola posiada coś wyższego nad wszelkie doktryny, nad wszelkie naturalistyczne systematy: posiada talent. Temu ptakowi skrzydlatemu ciasno w klatce zbudowanej z fizjologicznych drutów, ze zbrodni i niebywałych występków, a że ma dość siły,
więc burzy budowę i wylata na świat szeroki i wolne powietrze. (…) W ogóle ma zepsuty smak; kocha się w brudach i chorobach, spotykamy jednak w jego powieściach, jakby oazy na pustyni, postacie czyste i pełne poezji, a odmalowane tak plastycznie,
że przemawiają do nas z siłą rzeczywistej prawdy. (…) Nie masz w nich za grosz sentymentalności, prawda bije od nich jak woń od kwiatu, ale też nie masz ani za grosz doktryny. (…)

Zola posiada przy tym temperament na wskroś powieściopisarski. Z tego powodu całą swoją teorię umieszcza w przedmowie,
bo gdy poczyna tworzyć, wówczas nawet najbardziej oderwane idee i stosunki przedstawiają mu się w kształcie obrazów.
Stąd owa wysoka plastyka we wszystkim, co pisze, albowiem posiada jednocześnie w wysokim stopniu dar uchwycenia danej rzeczy lub idei w taką formę, która najlepiej, najdotykalniej ją wyobraża. Jest to pierwszorzędny dar w powieściopisarzu. Montaigne powiedział, że trudność nie leży w pomyśle, ale w wykonaniu – i miał słuszność. (…)

Zola urodził się z tym poczuciem plastyki i formy i wydoskonalił ją do najwyższego stopnia. Nawet wtedy, gdy buduje z błota
i zgnilizny, można by, odrzuciwszy sam materiał, uczyć się od autora, jak należy rzeźbić daną rzecz słowem. Wszystko, co on opisuje, posiada swój kształt, swój kolor, swoje wycieniowanie, swój stosunek do otoczenia, swój zapach nawet. (…) Taki jest całkowity Zola. (…)

Taki naturalizm, w imię którego apostołuje Zola, nie jest prawdą, taka nauka nie jest nauką – prawdą jest tylko talent Zoli, który świeci częstokroć, niestety, jak gwiazda nad kałużą. (…) Zola nie może być przewodnikiem ani dla naszych czytelników,
ani dla naszych pisarzów. (…) Pesymizm jest rozkładem – powieść zaś nasza ma obowiązek związywać, co jest rozwiązane, być łącznią dusz i według określenia poety, arką przymierza między dawnymi i nowymi laty… (…)


DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU – 1880.


["CZY CI NAJMILSZY?"]
…W dali było widać ciemną wstęgę boru, przed borem łąkę, a wśród łanów zboża stała chata, pokryta słomianą strzechą
i mchami. Brzozy zwieszały nad nią zielone warkocze, na świerku w gnieździe stał bocian, a w sadzie wiśniowym czerniały ule.
Przez otwarte wrota na dziedziniec wszedł wędrowiec i rzekł do niewiasty stojącej w progu:
— Pokój tej cichej chacie, tym drzewom, zbożom i okolicy całej, i tobie, matko!
Ona, powitawszy go gościnnie, rzekła:
— Chleba i mleka przyniosę ci, wędrowcze, a tymczasem siądź i odpocznij, bo widać, że z dalekiej wracasz podróży.
— Jako ów bocian i jako jaskółka wędrowałem; wracam z daleka i od dzieci ci twoich wieść przynoszę.
Więc onej matce dusza cała zbiegła do oczu i zaraz spytała wędrowca:
— Czy wiesz co o synu moim, Jaśku?
— Czy ci on najmilszy, że o niego pytasz najpierwej? Oto jeden twój syn w puszczach z siekierą pracuje i w jeziora sieć zapuszcza; drugi konie na stepie pasie, pieśni tęskne zawodzi i w gwiazdy patrzy; trzeci po górach się wspina, na turniach i halach z owcami noc spędza, w orłów krakania się wsłuchuje. Do kolan się wszyscy twoich chylą i pozdrowienia ci przysyłają…
— A Jaśko? — pytała z troską na twarzy.
— Wieść smutną chowam na ostatek. Źle się Jaśkowi wiedzie: rola plonu mu nie daje, bieda i głód dokucza, w niedoli płyną mu dnie i miesiące. Wśród obcych i nędzy mowy twej nawet zapomina, więc i ty zapomnij o nim, bo on już nie twój… zapomnij!...
Gdy to rzekł, kobieta wziąwszy go za rękę, wwiodła do spiżarni w chacie i zdjąwszy bochenek chleba z pułki rzekła:
— Wędrowcze, daj to Jaśkowi.
Na koniec z chustki rozwiązała pieniądz srebrny, błyszczący, i drżącym głosem rzecze:
— Nie bogatam ja sama, ale i to dla Jaśka.
— Niewiasto! — rzekł ze zdziwieniem wielkim wędrowiec — synów masz wielu, a jednemu wszystko oddajesz. Czy go kochasz najwięcej? czy ci on najmilszy?
Ona zaś, podniósłszy wielkie smutne oczy, łzami zalane, tak rzecze:
— Błogosławieństwo moje wszystkim, ale datki temu jednemu, bom ja matka, a on najbiedniejszy.

["TISSOT W WARSZAWIE"]
Nagle sześć milionów kongresowiczów w ogólności, a cztery tysiące warszawiaków w szczególności drgnęło radosnym wzruszeniem. (…)
– (…) Cały naród, słusznie wzruszony tą wizytą, zjeżdża do Warszawy dla przedstawienia się dostojnemu gościowi świątecznie. My, jako jego (z małymi wyjątkami) przedstawiciele, obowiązani jesteśmy wyłonić z siebie delegację i wysłać ją na granicę
dla powitania Tissota. (…)
Pojechali. (…) Przybył wreszcie pociąg z Krakowa. Delegacja nasza ujrzawszy głowę Tissota, ozdobioną wieńcem mchów karpackich, krzyknęła: niech żyje!

– Upragniony gościu! – zawołał mówca poselstwa. – W imieniu prasy warszawskiej witam cię i otwieram podwoje naszego kraju. Wejdź do ubogiej chaty i rozejrz się po niej; ogłoś światu, ile w niej serca! Jeśli chcesz tego serca skosztować, dajemy ci je.
Ponieważ to powitanie było wypowiedziane w języku polskim, więc Tissot zwrócił się do towarzyszącego mu Galicjanina z prośbą o przetłumaczenie. Wysłuchawszy przekładu, odrzekł z uczuciem:
– Panowie, miło mi będzie spożyć z wami waszą narodową potrawę. (…)

…pociąg z Tissotem stanął po południu w Warszawie. Jakkolwiek w programie ugoszczeń wszystko przewidziano i postanowiono, że znakomity podróżnik zwiedzi naprzód redakcje, zaraz na wstępie zaszła trudność oznaczenia pierwszeństwa i kolei. (…)
Ale trzeba było ustąpić i Tissot pojechał naprzód do „Kuriera Ósemkowego”. (…)
– My posiadamy – rzekł oprowadzając go redaktor – najświeższe wiadomości, gdyż odbieramy je wprost z cyrkułów i straży ogniowej. (…)

Zanotowawszy te szczegóły, pojechał Tissot do „Kuriera Ćwiartkowego”. (…) Z kolei Tissot pojechał do „Kuriera Foliowego”. (…) Następnie widzimy Tissota w redakcji „Odgłosu”. (…) Redaktor „Epoki”, ujrzawszy u siebie Tissota, rzekł dumnie:
– Ja pierwszy pokazałem, jak się pisze komedie i ja pierwszy zadałem cios śmiertelny dawnej dyrekcji teatrów. Teraz spokojnie umrzeć mogę. (…)
Z egzemplarzem „Starościny” udał się Tissot do „Gazety Krajowej”. (…) Siadłszy do powozu, redaktor „Gazety Krajowej” powiózł Tissota do „Gazety Giełdowej”.
– A teraz – rzekł towarzysz Tissota – pojedziemy do „Gazety Miejscowej”. (…)

– Jestem już zmęczony – westchnął Tissot do swego towarzysza. – zaprowadź mnie pan na jaki neutralny grunt i zaproś resztę redaktorów, żebym ich mógł poznać hurtem. Przede wszystkim zaś pragnąłbym obejrzeć przedstawicieli większej własności ziemskiej, bo po to tu głównie przyjechałem.
Za taki neutralny grunt posłużyła pewna agencja ogłoszeń, której właścicielom kazano dla przyzwoitości się wynieść. (…)
Słowo powierzono autorowi artykułu o „Wybrykach młodzieży”. Ten tak przemówił:
– Czcigodny gościu! Gdy przed Wielkanocą ksiądz objeżdża wsie, święci tylko we dworach, chłopi zaś znoszą swe święcone
do jednej chałupy, w której kapłan święci je hurtem. Tak i my zrobiliśmy. Oto masz przed sobą głowizny, indyki, kiełbasy, szynki, jaja i pieczone prosięta.
Tu mówca skłonił się głęboko.

– Miło mi – odpowiedział Tissot - poznać to wszystko…
– Mam tu jeszcze w spisie jeden dziennik – mówi dalej Tissot – którego redakcji nie poznałem.
– Pominąć, pominąć! – krzyknięto chórem. – To ptak, który kala gniazdo swoje. Gbury, powiedzą panu w oczy, żeś blagier,
że nie znając języka polskiego chcesz zbadać i opisać Polskę.
Uściski zakończyły tę scenę.

Tissot wróciwszy do domu i przejrzawszy swoje notatki napisał na karcie tytułowej Voyage au pays de… Nie dojrzałem ostatniego wyrazu w tytule, bom właśnie… z tego rozkosznego snu się przebudził.

DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE JEST ZNANA. ROK PIERWODRUKU – 1881.


["LATARNIK"]
I.

Pewnego razu zdarzyło się, że latarnik w Aspinwall, niedaleko Panamy, przepadł bez wieści. (…) Zawakowało tedy miejsce latarnika, które trzeba było jak najprędzej obsadzić, ponieważ latarnia niemałe ma znaczenie tak dla ruchu miejscowego,
jak i dla okrętów idących z New Yorku do Panamy. (…) Kłopot wynalezienia nowego latarnika spadł na konsula Stanów Zjednoczonych, rezydującego w Panamie, a był to kłopot niemały, raz z tego powodu, że następcę trzeba było znaleźć koniecznie w ciągu dwunastu godzin; po wtóre, następca musiał być nadzwyczaj sumiennym człowiekiem, nie można więc było przyjmować byle kogo; na koniec w ogóle kandydatów na posadę brakło. (…) Latarnik jest niemal więźniem. Z wyjątkiem niedzieli nie może on wcale opuszczać swej skalistej wysepki. Łódź z Aspinwall przywozi mu raz na dzień zapasy żywności i świeżą wodę, po czym przywożący oddalają się natychmiast, na całej zaś wysepce, mającej morgę rozległości, nie ma nikogo. Latarnik mieszka
w latarni, utrzymuje ją w porządku; w dzień daje znaki wywieszaniem różnokolorowych flag wedle wskazówek barometru,
w wieczór zaś zapala światło. (…) W ogóle jest to życie klasztorne, a nawet więcej niż klasztorne, bo pustelnicze.

Nic też dziwnego, że Mr. Izaak Falconbridge był w niemałym kłopocie, gdzie znajdzie stałego następcę po nieboszczyku, i łatwo zrozumieć jego radość, gdy najniespodzianiej następca zgłosił się jeszcze tego samego dnia. Był to człowiek już stary, lat siedmiudziesiąt albo i więcej, ale czerstwy, wyprostowany, mający ruchy i postawę żołnierza. Włosy miał zupełnie białe, płeć spaloną… (…)

Twarz jego była przygnębiona i smutna, ale uczciwa. Na pierwszy rzut oka podobał się Falconbridge'owi. Pozostało go tylko wyegzaminować, wskutek czego wywiązała się następująca rozmowa:
– Skąd jesteście?
– Jestem Polak.
– Coście robili dotąd?
– Tułałem się.
– Latarnik powinien lubić siedzieć na miejscu.
– Potrzebuję odpoczynku.
– Czy służyliście kiedy? Czy macie świadectwa uczciwej służby rządowej?
Stary człowiek wyciągnął z zanadrza spłowiały jedwabny szmat, podobny do strzępu starej chorągwi. Rozwinął go i rzekł:
– Oto są świadectwa. (…)

Falconbridge wziął papier i zaczął czytać.
– Hm! Skawiński? To jest wasze nazwisko?... Hm!... Dwie chorągwie zdobyte własnoręcznie w ataku na bagnety… Byliście walecznym żołnierzem!
– Potrafię być i sumiennym latarnikiem. (…)
– Próbowaliście różnych zawodów?
– Nie zaznałem tylko spokojności.
– Dlaczego?
Stary człowiek ruszył ramionami.
– Taki los…
– Wszelako na latarnika wydajecie mi się za starzy.
Sir – ozwał się nagle kandydat wzruszonym głosem. – Jestem bardzo znużony i skołatany. Dużo, widzicie, przeszedłem. Miejsce to jest jedno z takich, jakie najgoręcej pragnąłem otrzymać. Jestem stary, potrzebuję spokoju! (…)
Błagam was… Jak mi Bóg miły, jestem jak statek, który jeśli nie wejdzie do portu, to zatonie… Jeśli chcecie uszczęśliwić człowieka starego… Przysięgam, że jestem uczciwy, ale… dość mam już tego tułactwa…
Niebieskie oczy starca wyrażały tak gorącą prośbę, że Falconbridge, który miał dobre, proste serce, czuł się wzruszony.
– Well! – rzekł. – Przyjmuję was. Jesteście latarnikiem. (…)

Tegoż samego jeszcze wieczora, gdy słońce stoczyło się na drugą stronę międzymorza, a po dniu promiennym nastąpiła noc
bez zmierzchu, nowy latarnik widocznie był już na miejscu, bo latarnia rzuciła, jak zwykle, na wody swoje snopy jaskrawego światła. (…) Skawiński stał na balkonie, tuż koło olbrzymich ognisk, podobny z dołu do małego, czarnego punkciku. (…) Czuł on coś takiego, co czuje szczuty zwierz, gdy wreszcie schroni się przed pogonią na jakiejś niedostępnej skale lub w pieczarze. Nadszedł nareszcie dla niego czas spokoju. (…) Miał on nieszczęście, że ilekroć rozbił gdzie namiot i rozniecił ognisko, by się osiedlić stale, jakiś wiatr wyrywał kołki namiotu, rozwiewał ognisko, a jego samego niósł na stracenie. (…) Pracowity i uczciwy, nieraz dorabiał się grosza i zawsze tracił go wbrew wszelkim przewidywaniom i największej ostrożności. (…) Wreszcie przybył
do Aspinwall – i tu miał być kres jego niepowodzeń. Cóż go bowiem mogło doścignąć jeszcze na tej skalistej wysepce? (…)

Stary ten żołnierz, opalony Bóg wie w jakich ogniach, zahartowany w biedach, bity i kuty, miał serce dziecka. W czasie epidemii na Kubie zapadł na nią dlatego, że oddał chorym wszystką swoją chininę, której miał znaczny zapas, nie zostawiwszy sobie
ani grama. Było w nim jeszcze i to dziwnego, że po tylu zawodach zawsze był pełen ufności i nie tracił nadziei, że jeszcze wszystko będzie dobrze. (…) Wreszcie zestarzał się – począł tracić energię. Cierpliwość jego poczynała być coraz podobniejsza
do rezygnacji. (…) Prócz tego od czasu do czasu tłukła go najstraszliwsza nostalgia, którą podniecała lada okoliczność: widok jaskółek, szarych ptaków podobnych do wróbli, śniegi na górach lub zasłyszana jakaś nuta, podobna do słyszanej niegdyś…
Na koniec opanowała go tylko jedna myśl: myśl spoczynku. (…) Co prawda, to i należało mu się takie skromne szczęście,
ale tak już był zwyczajny zawodów, że myślał o tym, jak w ogóle ludzie marzą o czymś niedoścignionym. (…)

Tymczasem niespodzianie w ciągu dwunastu godzin dostał posadę, jakby wybraną dla siebie ze wszystkich na świecie.
Nic też dziwnego że gdy wieczorem zapalił swoją latarnię, był jakby odurzony, że pytał sam siebie, czy to prawda, i nie śmiał odpowiedzieć: tak. A tymczasem rzeczywistość przemawiała do niego nieprzepartymi dowodami; więc godziny jedna za drugą spływały mu na balkonie. (…) Skawiński zeszedł do swej izby. Burza poczęła wyć. Tam, na dworze, ludzie na owych okrętach walczyli z nocą, z ciemnością, z falą; w izbie zaś spokojnie było i cicho. Nawet odgłosy burzy słabo przedzierały się przez grube mury i tylko miarowe tik-tak! zegara kołysało utrudzonego starca jakby do snu. (…)

II.

Zaczęły płynąć godziny, dnie i tygodnie… (…) Skawiński jednak czuł się tak szczęśliwym, jak nigdy w życiu nie był. Wstawał świtaniem, brał posiłek, czyścił soczewki latarni, a potem, siadłszy na balkonie, wpatrywał się w dal morską i oczy jego nie mogły się nigdy nasycić obrazami, które przed sobą widział. (…) Z drugiej strony balkonu widział Skawiński, jak na dłoni, Aspinwall i jego ruchliwy port, a w nim las masztów, łodzie i łódki; nieco zaś dalej białe domy i wieżyczki miasta. (…) Czuł, że ten odpoczynek, którego używa, jest wyborny, a gdy pomyślał, że będzie trwały, to mu już niczego nie brakło. Skawiński rozmarzał się własnym szczęściem, ale że człowiek łatwo oswaja się z lepszym losem, stopniowo nabierał wiary i ufności, myślał bowiem, że jeśli ludzie budują domy dla inwalidów, to dlaczegóżby Bóg nie miał wreszcie przygarnąć swego inwalidy? (…) Stary zżył się z wieżą,
z latarnią, z urwiskiem, z ławicami piasku i samotnością. (…) W końcu pokochał swoją skałę i swoją bezdrzewną wysepkę, porośniętą tylko drobnymi, tłustymi roślinkami, sączącymi lepką żywicę. (…)

Jego wieża chroniła go przed wszelkim złem. Opuszczał ją też tylko czasami w niedzielę z rana. Przywdziewał wtedy granatową kapotę strażniczą ze srebrnymi guzami, na piersiach zawieszał swoje krzyże, i jego mleczna głowa podnosiła się z pewną dumą, gdy słyszał przy wyjściu z kościoła, jak Kreole mówili między sobą: „Porządnego mamy latarnika.” – „I nie heretyk, chociaż Yankee!” Wracał jednak natychmiast po mszy na wyspę i wracał szczęśliwy, bo zawsze jeszcze nie dowierzał stałemu lądowi. (…) Potem jednak widocznie zdziczał. Przestał bywać w mieście, czytywać gazety i schodzić na polityczne rozprawy Johnsa. Upływały całe tygodnie w ten sposób, że nikt jego nie widział ani on nikogo. Jedynym znakiem, że stary żyje, było tylko znikanie żywności, pozostawianej na brzegu, i światło latarni, zapalane co wieczór z taką regularnością, z jaką słońce wstaje rankiem z wody
w tamtych stronach. Widocznie stary zobojętniał dla świata. (…)

Zżył się już z myślą, że nie opuści wieży do śmierci, i po prostu zapomniał, że jest jeszcze coś poza nią. Przy tym stał się mistykiem. Łagodne, niebieskie jego oczy poczęły być jak oczy dziecka, zapatrzone wiecznie i jakby utkwione w jakiejś dali. (…) Zatonął, ukołysał się, zapamiętał – i w tym ograniczeniu własnego, odrębnego bytu, w tym pół-czuwaniu, pół-śnie znalazł spokój tak wielki, że prawie podobny do pół-śmierci.

III.

Ale nadeszło przebudzenie. Pewnego razu, gdy łódź przywiozła wodę i zapasy żywności, Skawiński, zeszedłszy w godzinę później z wieży, spostrzegł, że prócz zwykłego ładunku jest jeszcze jedna paczka więcej. Na wierzchu paczki były marki pocztowe Stanów Zjednoczonych i wyraźny adres „Skawiński Esq.”, wypisany na grubym żaglowym płótnie. Rozciekawiony starzec przeciął płótno i ujrzał książki: wziął jedną do ręki, spojrzał i położył na powrót, przy czym ręce poczęły mu drżeć mocno. Przysłonił oczy, jakby im nie wierząc; zdawało mu się, że śni – książka była polska. Co to miało znaczyć!? Kto mu mógł przysłać książkę?
W pierwszej chwili zapomniał widocznie, iż jeszcze na początku swej latarniczej kariery przeczytał pewnego razu w pożyczonym od konsula „Heraldzie” o zawiązaniu polskiego Towarzystwa w New Yorku i że zaraz przesłał Towarzystwu połowę swej miesięcznej pensji, z którą zresztą nie miał co robić na wieży. Towarzystwo, wywdzięczając się, przysyłało książki. (…)

Przesiedział chwilę z zamkniętymi oczyma i był prawie pewny, że gdy je otworzy, sen zniknie. Nie! Rozcięta paczka leżała
przed nim wyraźnie, oświecona blaskiem popołudniowego słońca, a na niej otwarta już książka. Gdy stary wyciągnął znowu
po nią rękę, słyszał wśród ciszy bicie własnego serca. Spojrzał: były to wiersze. Na wierzchu stał wypisany wielkimi literami tytuł, pod spodem zaś imię autora. Imię to nie było Skawińskiemu obce; wiedział, że należy ono do wielkiego poety, którego nawet
i utwory czytywał po trzydziestym roku w Paryżu. (…) Z tym większą też skwapliwością i z tym żywiej bijącym sercem przewrócił kartę tytułową. Zdało mu się teraz, że na jego samotnej skale poczyna się dziać coś uroczystego. Jakoż była to chwila wielkiego spokoju i ciszy. (…)

Nagle wśród tego spokoju natury rozległ się drżący głos starego, który czytał głośno, by się samemu lepiej rozumieć:

Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie!
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie…


Skawińskiemu zabrakło głosu. Litery poczęły mu skakać do oczu; w piersi coś urwało się i szło na kształt fali od serca wyżej
i wyżej, tłumiąc głos, ściskając za gardło… (…) Stary ryknął i rzucił się na ziemię; jego mleczne włosy zmieszały się z piaskiem nadmorskim. Oto czterdzieści lat dobiegało, jak nie widział kraju, i Bóg wie ile, jak nie słyszał mowy rodzinnej, a tu tymczasem
ta mowa przyszła sama do niego – przepłynęła ocean i znalazła go, samotnika, na drugiej półkuli, taka kochana, taka droga, taka śliczna! (…)

Słońce już było przeszło nad ogrodami i nad dziewiczym lasem Panamy i staczało się z wolna za międzymorze, ku drugiemu oceanowi, ale i Atlantyk był jeszcze pełen blasku, w powietrzu widno zupełnie, więc czytał dalej:

Tymczasem przenoś duszę moją utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych…


Zmierzch dopiero zatarł litery na białej karcie, zmierzch krótki jak mgnienie oka. Starzec oparł głowę o skałę i przymknął oczy. (…) Na niebie paliły się jeszcze długie szlaki czerwone i złote, a on w tych światłościach leciał ku stronom kochanym. Zaszumiały mu w uszach lasy sosnowe, zabełkotały rzeki rodzinne. Widzi wszystko, jak było. Wszystko go pyta: „Pamiętasz?” On pamięta!
a zresztą widzi: pola przestronne, miedze, łąki, lasy i wioski. Noc już! O tej porze już zwykle jego latarnia rozświecała ciemności morskie – ale teraz on jest we wsi rodzinnej. Stara głowa pochyla się na piersi i śni. (…) Noc jest spokojna i chłodna, prawdziwie polska noc! W oddali bór sosnowy szumi bez wiatru… jak fala morska. Wkrótce świtanie wschód ubieli: jakoż i kury pieją już
w zapłociach. (…) Jaka ta ziemia kochana, śliczna w różowych blaskach jutrzni! Oj, jedyna, jedyna!

Cicho! Czujna wideta słyszy, że się ktoś zbliża. Zapewne idą zluzować warty. Nagle jakiś glos rozlega się nad Skawińskim.
– Hej, stary! wstawajcie. Co to wam?
Stary otwiera oczy i patrzy ze zdziwieniem na stojącego przed sobą człowieka. (…) Przed nim stoi Johns, strażnik portowy.
– Co to? – pyta Johns – chorzyście?
– Nie.
– Nie zapaliliście latarni. Pójdziecie precz ze służby. Łódź z San-Geromo rozbiła się na mieliźnie, szczęściem, nikt nie utonął; inaczej poszlibyście pod sąd. Siadajcie ze mną, resztę usłyszycie w konsulacie.
Stary pobladł: istotnie nie zapalił tej nocy latarni.

W kilka dni później widziano Skawińskiego na pokładzie statku, idącego z Aspinwall do New Yorku. Biedak stracił posadę. Otwierały się przed nim nowe drogi tułactwa; wiatr porywał znowu ten liść, by nim rzucać po lądach i morzach, by się nad nim znęcać do woli. Toteż stary przez te kilka dni posunął się bardzo i pochylił; oczy miał tylko błyszczące. Na nowe zaś drogi życia miał także na piersiach soją książkę, którą od czasu do czasu przyciskał ręką, jakby w obawie, by mu i ona nie zginęła… (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]