Nie uważaj się sam za mądrego, bój się Pana i unikaj złego! [Przyp. 3; 7]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1882



DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * STYCZEŃ – 02. – MARZEC – 23.


["KRONIKA TYGODNIOWA"]
I. (…) Tymczasem wybiła jedenasta i dwunasta – pożar nie ustawał, paliła się fabryka Raua, od niedawna już po raz drugi. Fabryka ta przed pierwszym pożarem zajmowała tysiąc kilkuset robotników, później tylko siedmiuset, obecnie zapewne jeszcze liczbę ich zmniejszy. W innych czasach łatwiej by temu zaradzić, ale obecnie, gdy najbardziej chodzi o to, by jak najmniej ludzi było bez roboty, co za złośliwość i ironia losu, co za zbieg nieprzyjaznych okoliczności ze wszystkich stron! Albo nie byłoż
i to złośliwością, że wybuch przeciw Żydom, rabunki i kradzieże wypadły w dniu narodzenia Chrystusa, który głosił przebaczenie nawet dla wrogów i nieprzyjaciół? Zaprawdę nowy rok bierze po starym ciężką puściznę – ale też winien zapatrzyć się w słowa:
„i odpuść nam nasze winy!” Przebaczenia, wyrozumiałości i miłosierdzia potrzeba nam teraz tyleż ile energii. (…)

II. KRONIKA WARSZAWSKA. (…) Że wśród naszych bied, utrapień i smutków organizujemy jeszcze wyprawę naukową do środka Afryki, to doprawdy dowodzi, że jakkolwiek na nasze pochyłe drzewo społeczne od niejakiego czasu kozy skaczą, puszcza ono jednakże zielone pędy i ma jeszcze w sobie coś życiowych soków.

III. (…) „Jedźcie do Warszawy, bo tam płacą i nie wybijają zębów, a prócz tego wszyscy umieją po francusku, a ci nawet, którzy nie umieją, udają, że umieją." (…) W Krakowie mówią po polsku – a u nas nie! przecie większe miasto, większy szyk! (…)

VI. (…) Mam się podzielić z czytelnikami nadzwyczaj radosną wiadomością. Oto odkrycia pójdą u nas tak śpiesznym krokiem,
że wyprzedzimy wkrótce na sto mil całą Europę. Nie jest to żadna bajka ani jedna z tych dziennikarskich kaczek, z których jajka wykluwa się wąż morski. Istnieje bowiem nowe prawidło na poczcie, na mocy którego urzędnik, które odkryje w liście pieniądze przesyłane bez opłaty staje się właścicielem trzeciej części tychże pieniędzy. Naturalna tedy rzecz, że odkryć namnoży się
bez końca. Są wieczni malkontenci, którzy narzekają na te prawidło i twierdzą, że publiczność na nim straci, odkrycia bowiem wymagają uprzednich poszukiwań, a uprzednie poszukiwania uprzednich rozpieczętowań. (…)

W edukacji dzieci ważną jest rzeczą dozór, ważną wpływy rodzicielski, ważną bezpośrednie czuwanie – ale w edukacji dzieci jeszcze ważniejszą rzeczą jest, by rodzice przekazali im tradycję pracy. Wy, co krzyczycie na brak poszanowania tradycji, chciejcie wreszcie zrozumieć tych, co ją kochają szczerze, ale w jej jasnych i szacownych stronach. Tradycja może być złą
i dobrą. Świętą jest tradycja miłości do kraju i tradycja pracy, tradycja zasługi, ale tradycja samowoli, bezkarności, tężyzny, zbytku i próżniactwa jest złą i należy ją wypędzić, należy wyświecić z miasta i kraju. (…)
*
(…) …dyfteris. Pewien warszawski obywatel, który zapadł na tę straszną chorobę, wezwał natychmiast swego sąsiada doktora
i rzekł:
- Wszak mam dyfteris?
- Tak jest.
- A więc nie pozostaje mi, jak zrobić testament?
- Wcale nie. Będziesz pan zdrów z pewnością. Na stu chorych na dyfteris jeden wychodzi, a ponieważ dziewięćdziesięciu dziewięciu moich pacjentów już umarło, zatem pan musisz wyzdrowieć.
Chory pocieszony w ten sposób nie wahał się dłużej i począł pisać testament. (…)

VII. (…) Już nie będę wskutek przesłanej mi przez kogoś tam prenumeraty chodził 1-o, po świadectwo do rządcy domu,
że ja jestem ja, 2-o, do cyrkułu po świadectwo, że rządca jest rządca, 3-o, na pocztę, gdzie mimo dowodów, że ja jestem ja, rządca jest rządca, a komisarz jest komisarz, patrzano na mnie tak, jakby się namyślano, czy zamiast oddać mi prenumeratę,
nie lepiej będzie krzyknąć od razu: łapaj! trzymaj!… (…)

…im gorzej stoi jakieś społeczeństwo, tym więcej spotrzebowywa papieru. (…) W Płockiem wiatr wywrócił dwa słupy graniczne, jeden od strony pruskiej, drugi od naszej. W Prusach postawiono następnego dnia inny i skończyło się. Z drugiej strony wzięto się do rzeczy daleko porządniej: poczęto pisać, pisać i pisać… Pisano przez rok; sprawdzono, że słupa nie ma, zbadano,
że go przewrócił wiatr, zbadano, dlaczego wiatr wiał na słup… upłynął rok, zaczął się drugi. Słupa wprawdzie dotąd nie ma,
ale papieru wyszło tyle, że na ten widok właściciele papierni wykonali z radości taniec dzikich – ponieważ zaś konsumpcja papieru jest dowodem wyższości społecznej, zatem nieprzyjaciele Sławian mieli jeszcze dowód, żeśmy nie tacy owacy. (…)


STYCZEŃ – 27. [Warszawa]


["BALLADY PROZĄ"]

LUTY - KWIECIEŃ [Warszawa]


["BARTEK ZWYCIĘZCA"]
I. Bohater mój nazywał się Bartek Słowik, ale ponieważ miał zwyczaj wytrzeszczać oczy, gdy do niego mówiono, przeto sąsiedzi nazywali go: Bartek Wyłupiasty. (…) …jego przymioty umysłowe i prawdziwie homeryczna naiwność zjednały mu także przezwisko: Głupi Bartek. (…) Bartek pochodził ze wsi Pognębina, której to nazwy wsi jest bardzo wiele w Księstwie Poznańskim
i innych ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. Był on, nie licząc gruntu, chałupy i paru krów, właścicielem srokatego konia i żony Magdy. (…)

Jakoż życie jego układało się zupełnie, jak Bóg dał, i dopiero gdy Bóg dał wojnę, Bartek zafrasował się nie pomału. Przyszło zawiadomienie, że trzeba się było stawić, trzeba było porzucić chałupę, grunt i zdać wszystko na babską opiekę. (…) Bartek uściskał babę, potem dziesięcioletniego Franka, potem splunął, przeżegnał się i wyszedł z chałupy, a Magda za nim. Nie żegnali się zbyt czule. (…) Cała wieś wyległa: droga zapchana powołanymi. Idą oni do stacji kolejowej, a baby, dzieci, starcy i psy odprowadzają ich. (…) Psy szczekają. Dzwon na kościele dzwoni. (…)

Stacja!… Tłumy jeszcze większe. (…) Przed stację przybywają coraz nowe tłumy. (…) Rozlega się dzwonek: świst! z dala słychać gwałtowny oddech lokomotywy. Coraz bliżej, wyraźniej. To wojna zdaje się przybliżać. (…)

Tymczasem pociąg staje przed stacją. We wszystkich oknach widać czapki z czerwonymi lampasami i mundury. (…) Na peronie poczynają formować rekrutów; kto może, żegna się jeszcze. Bartek machnął łapami, jakby skrzydłami wiatraka, oczy wytrzeszczył.
- No, Magda, bywaj zdrowa!
- Oj! moje biedne chłopisko! (…)
- Bądź zdrowa; chałupy pilnuj.
Kobieta uchwyciła go za szyję z płaczem.
- Niechże cię Bóg prowadzi. (…)

Komenda: „Siadać!” Lament kobiet dochodzi do najwyższego stopnia. (…) Korowód wagonów drgnął nagle; wozy stuknęły jedno
o drugie i ruszyły.
- A pamiętaj, że masz żonę i dziecko! – wołała Magda, drepcząc za pociągiem. – Bądź zdrowy, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Bądź zdrowy… (…)

II. W jedną stronę wraca ku Pognębinowi Magda z tłumem bab i płacze, w drugą stronę świata rwie w siwą dal pociąg, najeżony bagnetami, a w nim Bartek. (…) Zdjęła go niemoc wielka, i czuł, że przepadł. Zaczął tedy patrzeć na podoficera, bo już prócz Boga nikogo więcej nie było nad nim. (…) Tymczasem pociąg fukał, huczał i leciał w dal. Co stacja przyczepiano nowe wagony
i lokomotywy. Co stacja widać było tylko pikielhauby, armaty, konie, bagnety piechurów i chorągiewki ułanów. Zapadał z wolna pogodny wieczór. (…)

Wojciech Gwizdała, chłop z Pognębina, siedzący wedle Bartka, trącił go łokciem: (…)
- Boisz się? – pytał Gwizdała.
- Co się nie mam bać!… (…)
Ściemniło się. Wagon na nierównych relsach począł się kołysać mocno, a w takt z jego ruchami kiwały się na prawo i lewo pikielhauby i bagnety. Upłynęła jedna godzina i druga. Z lokomotywy sypały się miliony iskier, które, jak długie złociste kresy
i wężyki, krzyżowały się ze sobą w ciemnościach. Bartek długo nie mógł zasnąć. Jako owe iskry po powietrzu, tak w głowie jego skakały myśli o wojnie, o Magdzie, Pognębinie, Francuzach i Niemcach. (…)

Usnął wreszcie, ale niezdrowym półsnem. I zaraz nadleciały widziadła: ujrzał naprzód, jak jego Łysek gryzie się z Wojtkowym Burkiem, aż sierść z nich leci. On cap za kij, żeby ich pogodzić, aż nagle widzi co innego: koło Magdy siedzi Francuz, czarny
jak święta ziemia, a Magda kontenta, śmieje się i szczerzy zęby. (…) On czy skrępowany, czy co? nie! rzucił się, targnął, powrozy pękły, Bartek Francuza za łeb – i nagle… Nagle wstrząsa nim silny ból, jakoby gwałtownego uderzenia. Bartek budzi się i zrywa
na równe nogi. Cały wagon rozbudzony, wszyscy pytają: co się stało? A to biedaczysko Bartek złapał podoficera przez sen
za brodę. Teraz oto stoi wyciągnięty jak drut, dwa palce przy skroni, a podoficer macha rękoma i krzyczy jak wściekły… (…)
Na koniec ucichło wszystko. Bartek usiadł na powrót na dawnym miejscu. (…)

III. Ranek. (…) Żołnierze budzą się. Promienny ranek wydobywa z cienia i mgły jakąś nie znaną im krainę. (…) Tymczasem pociąg zatrzymuje się na głównej stacji. Tłum ludzi otacza go natychmiast: są już wieści z placu boju. Zwycięstwo! Zwycięstwo! (…) Do wagonów donoszą piwo, tytuń i cygara. Zapał jest nieopisany, twarze rozpromienione. (…) Bartek uśmiecha się
z zadowoleniem, bo i on jest kontent, że Francuzów pobili. Nie przyjdą już przynajmniej do Pognębina, nie zbałamucą Magdy
i nie zabiorą gruntu. (…)

Pierwszy pociąg z pierwszymi rannymi, przybywającymi z Francji, psuje jednak to dobre usposobienie. (…) Bartek leci razem
z innymi oglądać chorych i rannych. (…) Po pierwszym spojrzeniu duch bohaterski Bartka ulatuje znowu na ramię. (…) Bartek
po raz pierwszy widzi krwawe owoce wojny. (…) Nabrał znów uszanowania dla Francuzów, które zmniejszyło się dopiero wtedy, gdy przyjechali z Deutz do Kolonii. Na centralnym banhofie ujrzeli po raz pierwszy jeńców. (…) Gromada piechurów francuskich
w podartych płaszczach, małych, brudnych, wynędzniałych, napełniała wagon, jak śledzie beczkę. (…)

Ale w następnych wagonach siedzieli żuawi. Ci więcej dali Bartkowi do myślenia. (…) … poważne twarze starych żołnierzy
o ciemnej cerze i błyszczących groźnie oczach. Duch Bartka znowu skierował się ku ramionom. (…) Napatrzywszy się żuawom poszli dalej. Zaraz przy następnym wagonie Bartek rzucił się w tył jak oparzony. (…) W otwartym oknie widać było ciemną, prawie czarną twarz turkosa z przewróconymi białkami oczu. Musiał być ranny, bo twarz wykrzywiła mu się cierpieniem. (…)

Dano znak do wsiadania. Po chwili pociąg ruszył. Gdy ściemniło się, Bartek widział ciągle przed sobą czarną twarz turkosa
i straszne białka jego oczu. (…)

IV. Bliższy udział w walnej rozprawie pod Gravelotte początkowo przekonał Bartka tylko o tym, że w bitwie jest na co się gapić,
a nie ma co robić. (…) Po pewnym czasie dziwny jakiś ruch powstał koło Bartkowego pułku. Poczęły koło niego stawać inne pułki, a w przerwy pomiędzy nimi nadbiegały, co koń wyskoczy, armaty, które wyprzęgano na gwałt i obracano paszczami ku wzgórzu. Cała dolina napełniła się wojskiem. (…) W dymie, który zasłania wzgórze, wre coś i kotłuje się strasznie. Słychać coraz bliżej basowy huk dział i stukotanie karabinowego ognia. (…)

Nagle, jak hukną dopiero co postawione armaty, aż ziemia i powietrze zadygotały razem. (…) Ogień karabinowy rozpoczyna się szybki, gorączkowy, nieregularny, wybuchający nagle w coraz innych miejscach. Nad tym ogniem wyją ciągle granaty i krzyżują się w powietrzu. (…) Armaty z doliny huczą nieprzerwanym ogniem. Pułk stoi niewzruszony. (…) Sfera ognia poczyna go jednak
z kolei obejmować. Kule bzykają niby muchy, niby bąki z daleka, lub przelatują ze strasznym świstem w pobliżu. Coraz ich więcej: oto świszczą koło głów, nosów, oczu, ramion, idą ich tysiące, miliony. (…) …stoją obaj, i Bartek i Wojtek, i nawet do głowy im
nie przychodzi, że można by zemknąć. Kazali im stać – i kwita! (…)

Tymczasem ogień staje się tak straszny, że szeregi topnieją w oczach. Zabitych i rannych nie ma już kto wyciągać. (…) Jakiś żołnierz zrywa nagle czapkę z głowy, ciska ją z całej siły o ziemię i mówi:
- Raz kozie śmierć! (…)
Ziemia pod ich nogami staje się już miękka i śliska od krwi, której surowy zapach miesza się z wonią dymu. (…) W szeregach powstaje szmer. (…) …na spienionym koniu przybiega adiutant, rozlega się komenda: „Do ataku broń! hurra, naprzód!” (…)

Ogarnia ich zapał, płomień bije im na twarze! Idą jak burza, przez zwalone ciała ludzkie, końskie, przez złomy armatnie. Giną,
ale idą z krzykiem i śpiewem. Już dobiegają krańca winnicy, nikną w zaroślach. Śpiew tylko brzmi, czasem błyśnie bagnet.
Na górze wre ogień coraz straszniejszy. Na dole trąbki wciąż grają. Salwy francuskich wystrzałów stają się śpieszniejsze, jeszcze śpieszniejsze, gorączkowe i nagle… Nagle milkną. Tam na dole stary wilk wojny, Steinmetz, zapala porcelanową fajkę i mówi
z akcentem zadowolenia:
- Im tylko to grać! Doszli, zuchy! (…)

Trąby grają znowu tenże sam hymn. Drugi pułk poznański idzie w pomoc pierwszemu. W gęstwinie wre bitwa na bagnety.
Teraz, Muzo, śpiewaj mojego Bartka, aby potomność wiedziała, co czynił. (…) Wytrzeszczał oczy, by w gęstwinie zobaczyć jak najprędzej jakiego Francuza, i dojrzał ich wreszcie trzech naraz przy chorągwi. Byli to turkosy. (…) Dopadł już do nich, i oni
z wyciem rzucili się ku niemu; dwa bagnety, jakby dwa żądła, już, już tykają jego piersi, a mój Bartek jak złapie za karabin
z cienkiego końca, niby kłonicę, jak machnie, jak poprawi… Wrzask tylko odpowiedział mu straszny, jęk - i dwa czarne ciała poczęły drgać konwulsyjnie na ziemi. W tej chwili trzeciemu, który trzymał chorągiew, podbiegło na pomoc z dziesięciu towarzyszy. (…) I znów karabin w jego ręku zatoczył łuk straszliwy. Znów jęki odpowiedziały ciosom. Turkosi cofnęli się
w przerażeniu na widok tego oszalałego z wściekłości olbrzyma… (…)

Bartek szalał jak burza. Osmalony dymem, oblany krwią, podobniejszy do zwierzęcia niż do człowieka, niepamiętny na nic, każdym uderzeniem przewracał ludzi, łamał karabiny, rozwalał głowy. Ręce jego poruszały się z straszną szybkością machiny, siejącej zniszczenie. Dotarłszy do chorążego, chwycił go żelaznymi palcami za gardło. Oczy chorążego wyszły na wierzch, twarz nabrzmiała, zacharczał i ręce jego puściły drzewiec.
- Hurra! – krzyknął Bartek i podniósłszy chorągiew, zakołysał nią w powietrzu. Ten to wznoszący się i opadający sztandar widział z dołu generał Steinmetz. (…)

Bartek został przez chwilę sam. Obdarł sztandar, schował go w zanadrze i, chwyciwszy w obie ręce drzewce, rzucił się
za towarzyszami. Gromady turkosów, wyjąc nieludzkimi głosami, uciekały teraz ku stojącym na szczycie wzgórza armatom,
za nimi zaś biegli Maćki krzycząc, goniąc, tłukąc kolbami i bagnetami. (…) Chorągwiane drzewce w potężnych łapach Bartka zmieniło się teraz w jakieś piekielne cepy. Każde ich uderzenie otwierało wolną drogę w ścieśnionych szeregach francuskich. Przerażenie też zaczęło ogarniać żuawów i turkosów. W miejscu, w którym walczył Bartek, pierzchli. Po chwili pierwszy Bartek siedział już na armacie jak na pognębińskiej kobyle. Ale nim żołnierze mieli czas dostrzec go na niej, on już siedział na drugiej, przy której znów obalił chorążego z chorągwią. (…)

Zwycięstwo było zupełne. (…) Bartek zdobył jednak w pogoni trzecią jeszcze chorągiew. (…) Wszyscy spoglądali teraz na tego olbrzymiego chłopa, o rzadkich płowych wąsach i wyłupiastych oczach z podziwem. (…) Gdy pułk znów stanął u stóp wzgórza, major pokazał go pułkownikowi, a pułkownik samemu Steinmetzowi. Ten obejrzał sztandary i kazał je zabrać, po czym począł oglądać Bartka. Mój Bartek stoi znowu wyciągnięty jak struna i prezentuje broń, a stary generał patrzy na niego i kręci głową
z zadowoleniem. (…)

Bartek sam już nie wie, co się z nim dzieje. Rzecz niesłychana w pruskiej armii: generał będzie rozmawiał z szeregowcem! Jego Ekscelencji przyjdzie to tym łatwiej, że umie po polsku. Zresztą szeregowiec ten zdobył trzy sztandary i dwie armaty.
- Skąd jesteś? – pyta generał.
- Z Pognębina – odpowiada Bartek.
- Dobrze. Imię twoje?
- Bartek Słowik.
- Mensch… – tłumaczy major.
- Mens! – powtarza Bartek.
- Wiesz, za co bijesz Francuzów?
- Wiem, Celencyjo…
- Powiedz!
Bartek poczyna się jąkać: „Bo… bo…” Nagle słowa Wojtka przychodzą mu szczęśliwie na pamięć, wybucha więc prędko,
by nie przekręcić:
- Bo to także Niemcy, tylko ścierwa gorsze!
Twarz starej Ekscelencji poczyna tak drgać, jakby Jego Ekscelencja miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Po chwili jednak Jego Ekscelencja zwraca się do majora i mówi:
- Miałeś pan słuszność.
Mój Bartek, kontent z siebie, stoi ciągle jak struna.
- Kto wygrał dziś bitwę? – pyta znowu generał.
- Ja, Celencyjo! - odpowiada bez wahania Bartek. Twarz Ekscelencji poczyna znów drgać.
- Tak, tak, ty! A oto masz nagrodę… Tu stary wojownik odpina krzyż żelazny z własnej piersi, następnie schyla się i przypina go Bartkowi. (…)

Dziwna rzecz. Jeden tylko Wojtek nie bardzo jest z naszego bohatera zadowolony. (…)
-Oj, ty Bartek, głupi jesteś, bo głupi… (…)
Wojtek uciął nagle, widocznie sam chciał także co innego powiedzieć; chciał oto wytłumaczyć Bartkowi, że przy Niemcach
nie należy źle mówić o Niemcach, ale jakoś mu się język poplątał…

V. (…) Bartek widocznie zasmakował w wojnie i począł patrzeć na nią, jak na właściwe sobie rzemiosło. Nabrał wielkiej ufności
w siebie i do bitwy teraz szedł, jakby się zabierał do jakiej roboty w Pognębinie. Na piersi jego po każdej rozprawie leciały medale i krzyże, a choć podoficerem nie został, powszechnie miano go za pierwszego szeregowca w pułku. Był zawsze karny, jak dawniej, i posiadał ślepe męstwo człowieka, który nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa. (…) Odznaczał się w każdej niemal bitwie, tak że w końcu padły nań oczy jeszcze od Steinmetzowych dostojniejsze. (…)

Pod Paryżem trzeba było leżeć po całych dniach w okopach i słuchać huku dział, częstokroć sypać szańce i moknąć. Przy tym żal mu było swego dawnego pułku. W tym, do którego przeniesiono go teraz jako ochotnika, otaczali go po większej części Niemcy. (…) …po kilku bitwach zyskał sobie szacunek u nowych towarzyszy i począł się z nimi zżywać powoli. W końcu uważano
go za jednego ze swoich, ile że cały pułk okrywał sławą. (…)

Oto pewnego razu kilka kompanij jego pułku wykomenderowano przeciw wolnym strzelcom, zrobiono na nich zasadzkę, i strzelcy w nią wpadli. Ale tym razem Bartek nie ujrzał czerwonych czapek, pierzchających po pierwszych strzałach, oddział bowiem składał się ze starych żołnierzy, rozbitków jakiegoś pułku legii zagranicznej. Otoczeni, bronili się zacięcie, a wreszcie rzucili się, by bagnetem utorować sobie drogę przez opasujący ich krąg pruskiego żołdactwa. (…)

Kompania, w której służył Bartek, pochwyciła też dwu tylko jeńców. Wieczorem umieszczono ich w izbie, w domu leśnika. Nazajutrz mieli być rozstrzelani. (…) Jeden z nich był to niemłody człowiek, z siwiejącymi wąsami i twarzą obojętną na wszystko; drugi wyglądał na dwadzieścia kilka lat: jasne wąsy zaledwie sypały mu się na twarzy, podobniejszej do twarzy panny
niż żołnierza.
- Ot i koniec – rzekł po chwili młodszy – kula w łeb i koniec!
Bartek drgnął, aż karabin zadźwięczał mu w ręku: młody chłopak mówił po polsku…
- Mnie tam już wszystko jedno – odrzekł zniechęconym głosem drugi – dalibóg, wszystko jedno. Naterałem się już tyle, że mam dosyć…
Bartkowi serce biło pod mundurem coraz żywiej… (…)
- Matki mi żal! – odparł głucho młodszy. I widocznie chcąc stłumić wzruszenie lub oszukać samego siebie, począł gwizdać. Nagle przerwał i zawołał z głęboką rozpaczą:
- Niechże mnie piorun trzaśnie! Nawetem się nie pożegnał!
- Toś uciekł z domu?
- Tak. Myślałem: pobiją Niemców, będzie Poznańczykom lepiej.
- I ja tak myślałem. A teraz…
Stary kiwnął ręką i dokończył coś z cicha, ale resztę jego słów zagłuszył szum wiatru. (…)

Lampa, umieszczona wysoko nad oknem, aby jej wiatr nie zgasił, rzucała sporo migotliwego światła na izbę, ale stojący pod nią tuż przy oknie Bartek, pogrążony był w ciemności. (…) Z chłopem działy się dziwne rzeczy. Z początku ogarnęło go zdziwienie,
i wytrzeszczał na jeńców oczy, i starał się zrozumieć, co mówią. Toż oni przyszli bić Niemców, żeby Poznańczykom było lepiej,
a on bił Francuzów, żeby Poznańczykom było lepiej! I tych dwóch jutro rozstrzelają! (…) Jakaś straszna tęsknota nadlatuje
nad niego, aż het gdzieś z Pognębina. Nieznany gość w żołdackim sercu, litość, krzyczy mu w uszy: „Bartku! ratuj swoich, to swoi!” – a serce wyrywa się do domu, do Magdy, do Pognębina, i tak się rwie jak nigdy przedtem. Dosyć ma tej Francji, tej wojny i bitew! Coraz wyraźniej słyszy głos: „Bartku, ratuj swoich!”

Z Bartkiem coś naprawdę źle. Wiatr gra jak organy pognębińskie. Jeńcy leżą cicho, nagle młodszy podnosi się trochę z wysileniem i woła:
- Karol?
- Co?
- Śpisz?
- Nie…
- Słuchaj! Ja się boję… Mów, co chcesz, a ja się będę modlił…
- To się módl!
-Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje…
Łkanie przerywa nagle słowa młodego jeńca… wszelako słychać jeszcze przerywany głos:
- Bądź… wola… Twoja!... (…)

Nazajutrz Bartek od rana był pijany. Następnego dnia także... Ale w dalszych dniach przyszły nowe pochody, potyczki, marsze…
i miło mi oznajmić, że nasz bohater wrócił do równowagi. Po owej nocy zostało mu tylko trochę zamiłowania do butelki, w której zawsze można znaleźć smak, a czasem i zapomnienie. Zresztą w bitwach bywał jeszcze okrutniejszy niż dotąd; zwycięstwo szło
w jego ślady. (…)

VI. Znów upłynęło kilka miesięcy. Było już dobrze z wiosny. W Pognębinie wiśnie w sadzie kwitły i pokryły się bujnym liściem,
a na polach zieleniała ruń obfita. Pewnego razu Magda, siedząc pod chałupą, obierała na obiad marne, kiełkowate kartofle, zdatniejsze dla trzody niż dla ludzi. Ale był to przednówek i bieda zajrzała trochę do Pognębina. (…) Wróble na czereśniach świergotały, jakby ją pragnęły zagłuszyć, a ona, śpiewając, spoglądała w zamyśleniu to na psa, śpiącego na słońcu, to na drogę, przechodzącą koło chałupy, to na steczkę, idącą od drogi przez ogród i pola. (…) W dali ukazała się jakaś postać, i kobieta przysłoniła oczy ręką, ale nie mogła nic dojrzeć, bo ją blask ślepił. (…) Łysek zerwał się naraz i całym pędem skoczył
ku zbliżającemu się człowiekowi. Wówczas Magda przybladła trochę. (…) Wstała nagle, tak że aż niecułka z kartoflami potoczyła się na ziemię; teraz już nie było wątpliwości. Łysek tam skakał do piersi przybyłego.

Kobieta rzuciła się naprzód, krzyknąwszy z całej siły z radości:
- Bartek! Bartek!
- Magda! to ja! – wołał Bartek, przykładając dłoń do ust i przyśpieszając kroku. (…)
…padli sobie w objęcia. (…) Chwilami odrywała ręce od jego szyi i patrzyła na niego, i znów je zarzucała.
- Wrócił! Chwała bądź Bogu… (…) A tobie co? Rety!
Magda w tej chwili dopiero spostrzegła długą szramę, ciągnącą się przez twarz Bartka, przez lewą skroń, policzek, aż do brody.
- At, nic… Kiryser mnie ta pomacał, ale i ja jego też. W szpitalu byłem. (…)
- Cóżeś ty, pijany?
- Ti… słabym jeszcze.
Był słaby, to pewno! Ale był i pijany, bo przy jego wycieńczeniu jedna miarka wódki wystarczała, a Bartek na stacji wypił ich coś cztery. (…)

Na czole Magdy zaczęła się zbierać burza.
- Po jakiemu ty bełkoczesz? Cóż to, nie umiesz po polsku? To ci kasztan! Sprawiedliwie mówię! Co z ciebie zrobili!
- Daj mi jeść!
- Ruszaj do chałupy.
Wszelka komenda robiła na Bartku wrażenie, któremu żadną miarą oprzeć się nie mógł. Usłyszawszy tedy: „ruszaj!”, wyprostował się, ręce wyciągnął wzdłuż bioder i, zrobiwszy pół obrotu, pomaszerował we wskazanym kierunku. (…) Wszedł
do chałupy, ale upadł na samym progu. (…) Następnie roześmiał się, dał jeden krok nader wielki, dwa bardzo małe, krzyknął: „hurra!”, i legł jak długi na tapczanie. Wieczorem zbudził się trzeźwy, wypoczęty, przywitał się z Frankiem i wyprosiwszy u Magdy kilkanaście fenigów odbył triumfalny pochód do karczmy.

Sława jego czynów poprzedziła go już w Pognębinie, gdyż niektórzy żołnierze innych kompanii tegoż samego pułku, wróciwszy wcześniej, opowiadali jego przewagi pod Gravelotte i Sedanem. (…) Maciej Kierz, stary, mądry gospodarz z Pognębina, począł kiwać głową.
- Oj, wygrały Niemcy straszną wojnę, wygrały, a myśma im pomogli; ale co nam z tego przyjdzie, Bóg jeden wie. Bartek wytrzeszczył na niego oczy.
- Co gadacie?
- Toż Niemcy i tak nie chcieli nas szanować, a teraz to ci nosy pozadzierały, jakby i Boga już nad nimi nie było. I będą jeszcze gorzej nas poniewierać albo już poniewierają.
- A nieprawda! – rzekł Bartek. (…)

Nagle wydobył z kieszeni garść fenigów.
- Bierzta! ja tera pan… Nie chceta? Oj, nie takich my pieniędzy we Francji nabrali, ino że poszło. Mało to my nie napalili, ludzi nabili!… Bóg wie nie kogo… francirerów…
Humor ludzi pijanych miewa nagłe zmiany. Nadspodziewanie Bartek zgarnął pieniądze ze stołu i począł wołać żałośnie:
- Boże! bądź miłościw grzesznej duszy mojej!
Następnie podparł się oboma łokciami na stole, głowę ukrył w łapy i milczał.
- Co ci jest? – spytał któryś z pijanych.
- Com im winien? – mruknął ponuro Bartek. – Sami leźli! Ino mi ich było żal, bo swojaki oba. Boże, bądź miłościw! Jeden był jak ta zorza rumiana. Nazajutrz to ci był blady jak chusta. A potem to ci ich jeszcze żywych przysypywali… Wódki! (…) A wyśta gadali
ze Steinmecem?… A ja gadałem! Hurra! Pijta. Kto płaci? Ja!
- Ty płacisz, pijaku, ty! – ozwał się głos Magdy. – Ale i ja ci zapłacę, nie bój się!
Bartek popatrzył na przybyłą kobietę szklanymi oczyma.
- A ze Steinmecem gadałaś? coś za jedna?
Magda zamiast mu odpowiedzieć zwróciła się do czułych słuchaczów i poczęła lamentować:
- Oj, ludzie, ludzie, widzita mój srom i moją niedolę! Wrócił, ucieszyłam się, jak komu dobremu, a on wrócił pijany. I Boga zapomniał, i po polsku zapomniał. (…)

Tu kobieta zalała się łzami, następnie podniosła głos o oktawę wyżej:
- Głupi był, ale dobry; ale teraz co z niego zrobili? Czekałam-ci go wieczór, czekałam i rano, i doczekałam się. Znikąd pociechy, znikąd zmiłowania! Boże mocny! Boże cierpliwy!… Żebyś ty skołowaciał, żebyś do reszty Niemcem ostał! (…)
Tu karczmarz, chcąc położyć koniec zajściu, zgasił jedyną świecę. Zrobiło się ciemno i cicho. (…) Przy świetle księżyca widać było dwie postacie, idące od karczmy ku chałupom. Jedna z nich, idąca naprzód, lamentowała głośno: to była Magda; za nią
ze spuszczoną głową, postępował dość pokornie zwycięzca spod Gravelotte i Sedanu. (…)

VII. Bartek wrócił jednak tak osłabiony, że przez kilka dni nie mógł pracować. Było to wielkie nieszczęście dla całego gospodarstwa, które na gwałt potrzebowało męskiej ręki. Magda radziła sobie, jak umiała. Pracowała od rana do nocy; sąsiedzi Czemierniccy pomagali jej, jak mogli, ale swoją drogą wszystko to nie wystarczało i gospodarstwo szło po trochu w ruinę. Było też już i nieco długów zaciągniętych u kolonisty Justa, Niemca… (…) Na nieszczęście Bartek pracować nie mógł. Magda nie bardzo chciała temu wierzyć i chodziła do proboszcza na narady, jakby chłopa rozruszać, a on rzeczywiście nie mógł. Brakło mu oddechu, gdy się cokolwiek strudził, i krzyże go bolały. (…)

Raz, gdy tak siedział, usłyszał z dala płacz Franka. Franek wracał ze szkoły i beczał, aż się rozlegało. Bartek wyjął z ust fajkę.
- No, ty, Franc! co ci jest?
- Ale, co ci jest?… - powtórzył, szlochając, Franek.
- Czego beczysz?
- Ale, co nie mam beczeć, kiedy dostałem po pysku…
- Kto ci dał po pysku?
- Kto, jak nie pan Boege!
Pan Boege pełnił obowiązki nauczyciela w Pognębinie. (…)
Magda, która okopywała w ogrodzie, przelazła przez płot i z motyką w ręku zbliżyła się do dziecka.
- Cóżeś sprawił? – spytała.
- Com miał sprawić? Jeno Boege nawymyślał mi od polskich świń i dał mnie w pysk, i powiedział, że jak teraz Francuzów zwojowały, , to nas będą nogami kopać, bo ony najmocniejsze. (…)
Bartek zerwał się nagle i wyrzucił przez zaciśnięte zęby:
- Ja się z nim rozmówię.

I poszedł. Niedaleko było. Szkoła leżała tuż za kościołem. Pan Boege stał właśnie przed gankiem, otoczony gromadą prosiąt, między które rozrzucał kawałki chleba. (…) Bartek przystąpił do niego bardzo blisko.
- Za co ty mi, Niemcze, dziecko bijesz? was? – spytał.
Pan Boege odstąpił od niego kilka kroków, zmierzył go oczyma bez cienia bojaźni i rzekł z flegmą:
- Won, polska „turnia”!
- Za co dziecko bijesz? – powtórzył Bartek.
- Ja i ciebie bić, polska „chama”! Teraz my wam pokażemy, kto tu pan. Idź do diabeł, idź na skargę do sąd… precz!
Bartek schwyciwszy nauczyciela za ramię począł potrząsać nim silnie… (…) Głowa Boegego wstrząsnęła się dwoma nagłymi ruchami przypominającymi ruch wahadła, z tą różnicą, że wstrząśnienia były przerażająco szybkie. (…) Na próżno dwudziestoletni Oskar, syn Boegego, chłop równie silny jak ojciec, pośpieszył mu z pomocą. Zawiązała się walka krótka, straszna, w której syn padł na ziemię, a ojciec uczuł się wyniesionym w powietrze. Bartek, wyciągnąwszy ręce do góry, niósł go, sam
nie wiedząc dokąd. Na nieszczęście pod chałupą stała beczka z pomyjami, skrzętnie zlewanymi dla świń przez panią Boegową
i oto bulknęło w beczce, a po chwili widać z niej było sterczące nogi Boegego, poruszające się gwałtownie. (…)

Kilkunastu Niemców rzuciło się na Bartka i poczęli okładać go to kijami, to pięściami. (…) Nagle jednak z masy walczących wypadł, jak szalony, Bartek, dążąc co sił do płotu. Niemcy skoczyli za nim, jednocześnie jednak dał się słyszeć przeraźliwy trzask płotu i w tejże chwili potężna żerdź zakołysała się w żelaznych łapach Bartka. Odwrócił się zapieniony, wściekły, wzniósł ręce
z żerdzią do góry: pierzchli wszyscy. (…) Ciskali jednak kamieniami, jeden z tych kamieni zranił Bartka w czoło. Krew zalewała mu oczy. Czuł, że słabnie. Zachwiał się raz i drugi na nogach, opuścił żerdź i upadł.
- Hurra! – krzyknęli koloniści. Ale nim dobiegli, Bartek podniósł się znowu. To ich wstrzymało. Ten ranny wilk mógł jeszcze być niebezpieczny. Zresztą było to już niedaleko pierwszych chałup i z dala widać już było kilku parobków, pędzących co siły na plac potyczki. Koloniści cofnęli się do domów. (…)

VIII. Sprawa stała się groźną. Gazety niemieckie umieściły nader wzruszające artykuły o prześladowaniach, jakich doznaje spokojna ludność niemiecka od barbarzyńskiej i ciemnej masy, podniecanej przez antypaństwowe agitacje i fanatyzm religijny. Boege stał się bohaterem. (…) Bartek nie wiedział, jaka burza zbiera się nad jego głową. Owszem, był dobrej myśli. Był pewny,
że w sądzie wygra. Przecie Boege mu dziecko pobił i jego pierwszy uderzył, a potem tylu na niego napadło! Musiał się przecie bronić. Rozbili mu jeszcze głowę kamieniem. (…)

Tymczasem do Pognębina przyjechali po Bartka żandarmi. Spodziewali się widać strasznego oporu, bo przyjechało ich aż pięciu
z nabitymi karabinami. Mylili się. Bartek o oporze nie myślał. Kazali mu na brykę siąść: siadł. (…) Jakoż sąd okazał się dla niego łaskawy. Zgodzono się na istnienie okoliczności łagodzących. Bartek osobiście skazany został tylko na trzy miesiące więzienia. Prócz tego skazano go na zapłacenie stu pięćdziesięciu marek tytułem wynagrodzenia rodzinie Boege i innym „obrażonym
na ciele kolonistom”. (…)

Bartek… siedział w kozie, a raczej leżał w szpitalu więziennym, bo od uderzenia kamieniem otworzyła mu się rana, jaką na wojnie otrzymał. Gdy nie miał gorączki, myślał, myślał jak ów indyk, który zdechł od myślenia. Ale Bartek nie zdechł, tylko nic
nie wymyślił. (…)

Na Magdę za to nadeszły ciężkie godziny. Trzeba było zapłacić karę: nie było skąd wziąć. (…) Magda nie wiedziała, co ma począć. (…) Podała kilka próśb o zmiłowanie do sądu, wymieniając zasługi Bartka. Nie otrzymała nawet odpowiedzi. Termin się zbliżał,
a z nim sekwestr. Modliła się i modliła, wspominając gorzko dawne czasy przed wojną, gdy byli zamożni i gdy Bartek zimą jeszcze w fabryce zarabiał. (…) Do Justa nie śmiała iść, bo i tak była mu winna, a nie płaciła nawet procentów.

Tymczasem Just niespodziewanie sam przyszedł do niej. (…)
- Morgen!
- Jak się macie, panie Just!
- A moje pieniądze?
- O, mój złocieńki panie Just, bądźcie cierpliwi. Ja biedna, co ja zrobię? Chłopa mi wzięli, karę za niego płacić muszę, rady sobie dać nie mogę. (…)
- To ja wam pożyczę jeszcze.
- Niech panu Pan Bóg zapłaci, mój złoty panie. Pan, choć luter, ale dobry człowiek. Sprawiedliwie mówię! Żeby inne Niemcy były jak pan, to by ich człowiek błogosławił.
- Ale ja bez procentu nie dam.
- Ja wiem, ja wiem.
- To mi napiszcie jeden kwit na wszystko.
- Dobrze, złoty panie. Bóg panu zapłać i tak. (…)

Zaciągnęła trzysta marek długu, to jest dwa razy tyle, ile wynosił „sztraf”, boć przecie trzeba było mieć w domu jaki grosz
na prowadzenie gospodarstwa. Bartek, który dla ważności aktu obowiązany był stwierdzić go własnym podpisem, podpisał. (…) Zwycięzca był bardzo pognębiony, przybity i chory. Chciał on jeszcze pisać skargę i przedstawić swoje krzywdy, ale skargi
nie przyjęto. (…)

Bartek począł namyślać się nad czymś usilnie.
- Krzywda mi się dzieje okrutna – rzekł.
- Chłopca Boege prześladuje – mówiła Magda. – Chodziłam go prosić, jeszcze mi nawymyślał. Oj, teraz w Pognębinie Niemcy górą. Ony się teraz nikogo nie boją.
- Pewno, że ony najmocniejsze – rzekł smutno Bartek.
- Jać prosta jestem kobieta, ale to ci powiem: mocniejszy jest Bóg.
- W nim ucieczka nasza – dodał Bartek. (…)

Magda miała dobre serce: wzruszył ją ten ból Bartkowy, więc rzekła zaraz:
- Cichaj, chłopie! cichaj! nie łap się za łeb, skoro ci się jeszcze nie zgoił. Byle Bóg urodzaj dał! Żytko ci takie śliczniutkie, że aż się ziemię chce całować, pszenica też. Ziemia nie Niemiec, nie ukrzywdzi. (…)

IX. Magda naprawdę była tyle warta, ile dziesięć gorszych od niej kobiet! (…) Teraz oto wszystko było na jej poczciwej głowie
i jak zaczęła dreptać, zabiegać, chodzić, prosić, tak i wyprosiła ratunek. W tydzień po ostatnich odwiedzinach w więziennym szpitalu wpadła znowu do Bartka zadyszana, rozpromieniona, szczęśliwa.
– Jak się masz, Bartek, kasztanie! – zawołała z radością. – Wiesz, przyjechał pan! Ożenił ci się w Królestwie; młoda pani dycht jagódka. (…) Poczęłam ją prosić o poratowanie… Żeby jej Bóg dał zdrowie!… A ona powiada: „Co w mojej mocy – powiada –
to zrobię”. (…)

Aż pan nadszedł, zobaczył, że ona płacze, i jak ją weźmie całować: gęba nie gęba, oczko nie oczko. Panowie nie takie, jak wy! Dopiero ona mu powiada: „Zrób, co możesz, dla tej kobiety”. (…) A on odpowiada: „Wszystko na świecie, czego zechcesz…” (…) „…na Justa dam i Boegego przykrócę”. A pani go za to za szyję wziena, a pan się pyta o ciebie i powiada: „Jeśli słaby, to ja
z doktorem pogadam, żeby mu napisał świadectwo, jako teraz nie może siedzieć. Jeśli go nie zwolnią całkiem, to – powiada – odsiedzi w zimie, a teraz do roboty na żniwa potrzebny”. (…)

W kilka dni później zawiadomiono go, że z powodów zdrowia na teraz zostaje zwolniony z kozy, aż do zimy. Przedtem jednak landrat kazał mu się stawić przed sobą. (…) Nie prosił, nie namawiał, rozkazywał, groził. W Berlinie poseł umarł, nowe wybory rozpisano.
- Du polnisches Vieh! spróbuj tylko głosować za panem Jarzyńskim, spróbuj! (…)
Gdy usłyszał pożądane: „Poszedł precz!” zrobił pół obrotu w lewo, wyszedł i odetchnął. Dano mu rozkaz, by głosował za panem Szulbergiem z Krzywdy Wielkiej. Nad rozkazem nie namyślał się, ale odetchnął, bo szedł oto do Pognębina, bo na żniwa mógł być w domu, bo pan obiecał spłacić Justa. (…)

X. Wybory! Wybory! Pani Maria Jarzyńska ma ich pełną główkę, nie myśli, nie mówi i nie marzy o niczym więcej. (…) Szlachcic bierze na siebie Krzywdę Dolną i Mizerów (Krzywda Wielka stracona, bo dziedzicem jej pan Szulberg), a pani Maria ma zająć się przede wszystkim Pognębinem. Aż jej się główka pali, że odgrywa taką rolę. Jakoż czasu nie traci. Co dzień widać ją na wielkiej drodze między chałupami: sukienka podniesiona w jednej ręce, parasolka w drugiej, a spod sukienki wyglądają malutkie nóżki, drepczące z zapałem w wielkich celach politycznych. (…) Pani Maria nie cofa się teraz przed niczym. Jednego dnia jest
w kilkunastu chatach i wymyśla tak głośno na Niemców, że aż mąż musi ją powstrzymywać. Ale nie ma niebezpieczeństwa. Ludzie przyjmują ą z radością, całują po rękach i uśmiechają się do niej, bo taka jest ładna, taka różowa, że gdzie wejdzie, jasno się robi.

Z kolei przychodzi i do chałupy Bartka. (…)
- Spodziewam się – mówi po powitaniach młoda pani – spodziewam się, mój Bartku, że będziecie głosować za moim mężem,
nie za panem Szulbergiem. (…)
- Łeb bym mu ukręciła, żeby nie głosował! – rzecze Magda. – Czegóż stoisz jak drąg? On strasznie niemowny. Rusz-że się!
Bartek całuje znowu panią w rękę, ale milczy ciągle i jest ponury jak noc. W myśli stoi mu landrat. (…)

Dzień wyborów zbliża się i nadchodzi. Pan Jarzyński pewny jest wygranej. Do Pognębina zjeżdża się sąsiedztwo. Panowie wracają już z miasta, dali już głosy i czekać będą teraz w Pognębinie na wiadomość, którą przywiezie ksiądz. (…) Za chwilę się to rozstrzygnie, nawet za małą chwilę, bo na drodze powstaje nagle kłąb kurzu. „Proboszcz jedzie! proboszcz jedzie!” – powtarzają obecni. Pani blednie. (…) Ale to nie proboszcz, to włódarz wraca konno z miasta. Może co wie? Przywiązuje konia do kołka
i śpieszy do dworu. Goście z gospodynią na czele wypadają na ganek.
- Są wiadomości? Są? Nasz pan wybrany? Co? Chodź tu! Wiesz na pewno? Rezultat ogłoszony?
Pytania krzyżują się i padają jak race, a chłop rzuca czapkę do góry.
- Nasz pan wybrany!
Pani siada nagle na ławce i przyciska ręką falujące piersi. (…)

- A proboszcz? – pyta ktoś.
- Zaraz tu będzie – odpowiada włódarz – jeszcze reszty obliczają…
- Obiad dawać! – woła pan poseł. (…)
Tymczasem przed gankiem rozlega się turkot i do sali wchodzi ksiądz proboszcz, a za nim stary Maciej z Pognębina.
- Witamy! Witamy! – wołają zgromadzeni. – No, jaka większość?
Ksiądz milczy przez chwilę i nagle rzuca, jakby w twarz tej powszechnej radości, szorstkie i krótkie dwa wyrazy:
- Szulberg… wybrany!… (…)

W tej chwili pan Jarzyński wyprowadza biedną panią Marię, która gryzie chusteczkę, by nie wybuchnąć płaczem lub nie zemdleć. (…)
- Powiedzcież teraz, jak się to stało? – pyta spokojnie gospodarz.
- Jakże się nie miało stać, jaśnie panie – mówi stary Maciej – skoro i tutejsze chłopy pognębińskie głosowali za Szulbergiem.
- Kto taki?
- Jak to? tutejsi?
- A jakże. Ja sam widziałem i wszyscy, jak Barek Słowik głosował za Szulbergiem…
- Bartek Słowik? – mówi pani.
- A jakże. (…)

Wieczorem państwo wyjechali, ale już nie do Berlina, tylko do Drezna. Nędzny, przeklinany, sponiewierany i znienawidzony Bartek siedział tymczasem w swojej chałupie, obcy nawet dla żony własnej, bo i ta nie przemówiła do niego cały dzień ni słowa. (…)

* * *

Jesienią Bóg urodzaj dał i pan Just, który właśnie objął był w posiadanie Bartkową kolonię, rad był, że wcale niezły zrobił interes.

Pewnego dnia szło z Pognębina do miasta troje ludzi: chłop, baba i dziecko. Chłop był pochylony bardzo, podobniejszy do dziada niż do zdrowego człeka. Szli do miasta, bo w Pognębinie nie mogli służby znaleźć. (…) Bartek, Magda i Franek szli do miasta,
bo zwycięzca spod Gravelotte i Sedanu miał jeszcze w zimie odsiedzieć w kozie za sprawą Boegego.

Państwo Jarzyńscy bawili ciągle w Dreźnie. (…)


DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * LUTY – 11.


["KRONIKA MIEJSCOWA I PROWINCONALNA"]
(…) Pani Modrzejewskiej należy się… wysokie uznanie, że zrzeka się ról efektowniejszych, wywołujących pewny oklask, byle grać w sztukach polskich. (…)

DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * LUTY – 16. – MARZEC – 15.


["MIESZANINY ARTYSTYCZNE I LITERACKIE"]
(…) Krasiński urodził się genialnym myślicielem. Genialnym – to znaczy twórczym, zatem władnącym tworzącą siła fantazji
w równowadze z rozumem. Ten myśliciel kochał jak mało kto ze współczesnych, cierpiał jak nikt ze współczesnych – i z tych trzech składników: z ogromnego rozumu mędrca, z ogromnej fantazji i ogromnego bólu – zrodził się wielki poeta, który jest zarazem wieszczem niemal jasnowidzącym. (…)

Na gruncie niezmierzonej miłości dla swego narodu poeta stawia wypadki światodziejowe i skuwając je sercem z losami własnego społeczeństwa, rozpatruje je w związku. Dowodem tego Nieboska komedia, jedno z najważniejszych
i najgenialniejszych dzieł Krasińskiego. (…)


DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * LUTY – 23.


["ODCZYTY NA DOCHÓD OSAD ROLNYCH"]
(…) Wczoraj prof. Stanisław Tarnowski miał w sali ratuszowej odczyt O dalszym rozwoju poezji romantycznej polskiej. Ponieważ obszerniejsze sprawozdanie odkładamy do rubryki „Mieszanin artystycznych i literackich”, obecnie zatem poprzestajemy
na wzmiance, że profesor krakowski mówił, jak zwykle, w sali przepełnionej publicznością. Następny odczyt odbędzie się
w piątek, to jest jutro, o godzinie piątej po południu. (…)

DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * KWIECIEŃ – 18. – 19.


["WSPOMNIENIE Z MARIPOZY"]
(…) Byłem tylko jakby przelotem w Maripozie i równie pobieżnie zwiedziłem jej okolice. Byłbym się jednak dłużej zatrzymał
i w mieście i w hrabstwie, gdybym był wiedział, że o kilkanaście mil od miasta żyje w lesie prototyp mego „Latarnika”. (…) Dziś miasto Maripoza ma z tysiąc mieszkańców, a brzegi rzeki Maripozy pokryły się już na nowo gęstwiną wierzb płaczących, drzewa bawełnianego i innych pomniejszych krzewów. (…) Miasto składa się z jednej ulicy, na której najpiękniejszym budynkiem
jest szkoła… (…)

Gdy dyliżans nasz wjeżdżał do miasta, było w nim niezwykle ludno, przybyliśmy bowiem w piątek, a to jest dzień targowy. (…) Ruch przed hotelem panował niemały, gospodarz zaś hotelu, pan Billing, kręcił się na wszystkie strony, roznosząc dżin, whisky
i brandy. Na pierwsze wejrzenie poznał on we mnie cudzoziemca, jadącego do Big Trees, ponieważ zaś tacy turyści stanowią najpożądańszą dla niego klientelę, dlatego zajął się mną ze szczególną troskliwością. (…)

Położyłem się spać i spałem aż do obiadu, o którym oznajmiono uderzeniami pałki w blaszaną górniczą miednicę. Zeszedłem
na dół i przede wszystkim zapisałem się do książki, nie omieszkawszy do swego nazwiska dodać: „from Poland”. Następnie udałem się do „dining room’u”. (…) Jedliśmy w milczeniu… (…) Dusza skakała mi z radości na myśl, że wkrótce zobaczę
w naturze i własnymi oczyma tę grupę drzew, a raczej wież kolosalnych, stojących samotnie w lesie… od potopu. Ja, warszawiak, ujrzę własnymi oczyma „ojca”, dotknę jego kory, a może kawał jej przywiozę do Warszawy, na dowód sceptykom, że naprawdę byłem w Kalifornii. (…)

Tymczasem obiad się skończył. (…) Zapaliłem cygaro i wyszedłem na ulicę. (…) Było cicho i uroczo. (…) Było mi jakoś wesoło
i dobrze. (…) Na ulicy spotkałem kilka osób i nie wiem, czy mimo woli własne swoje usposobienie przeniosłem na twarze innych, ale wśród łagodnych blasków zachodu wszystkie te twarze wydały mi się dziwnie zadowolone, spokojne i szczęśliwe. (…) Rozkołysałem się i rozmarzyłem. Dziwne zebranie wrażeń, ale wróciłem do hotelu prawie rozrzewniony i jakiś tęskny. Począłem myśleć o domu, o moich… (…)

- Puk! puk!
- Come in.
Wszedł gospodarz. (…)
- Zobaczyłem w księdze hotelowej – mówi – pan jesteś z Polski?
- Tak jest. (…)
- Panie – rzecze gospodarz – służyłem pod Mierosławskim. (…) Czy on żyje jeszcze? (…)
- Nie, umarł.
- Umarł! – mówi Niemiec i siadłszy, ciężko opuszcza ręce na kolana a głowę na piersi. (…)
- To był człowiek idealny! – wykrzykuje na koniec mój gospodarz.
- Był czy nie był, mniejsza o to! – myślę sobie – ale faktem jest, że ty, pozytywny Niemcze, jeśli masz w sobie coś idealnego,
to dziwnym zbiegiem okoliczności zawdzięczasz to Polakowi. (…)
- Ale! – mówi. – Otom zapomniał! Przecie tu jest pański rodak.
- W Maripozie?
- Nie, on mieszka w lesie. Ale w piątek przyjeżdża na targ z miodem i zostaje na noc. Stary człowiek. Bardzo dobry, bardzo dobry! On tu już jest ze dwadzieścia lat. Jeszcze tu nikogo nie było, jak on przyszedł. Jutro go panu przyprowadzę. (…)

Nazajutrz, ledwiem wstał, już mój Niemiec jeszcze przed brekfestem przyprowadził mi rodaka. Natychmiast poznałem w nim starca, który wczoraj jadł ze mną obiad. Był to człowiek wysoki, bardzo nawet wysoki, ale pochylony mocno. Miał białą głowę, białą brodę i niebieskie oczy, które utkwił we mnie od razu z jakąś dziwną uporczywością. (…)

- Zwę się Putrament – ozwał się starzec. – Aza nazwisko moje obce jest uszom twoim?
- Nazwisko moje M. – odparłem. (…) – Pan dawno z kraju? – spytałem.
- Dwadzieścia dwa lata tu mieszkam, i zaprawdę, pierwszym jesteś, którego oglądam ze stron ojczystych, gwoli czemu wzruszone jest serce moje i uradowana dusza we mnie. (…)
Takie uczucie drgało w jego głosie, że chwyciło mnie wprost za serce. W każdym razie miałem przed sobą dziwną zagadkę,
a może bardzo smutną. Począłem tedy patrzeć na niego, jakbym patrzył na starego ojca. Posadziłem go z uszanowaniem
na krześle i sam usiadłem koło niego. On wciąż patrzył na mnie.
- Co słychać w ziemi naszej? – spytał. (…) Wszystko, com mu opowiadał, zajmowało go nad wszelki wyraz. Cała jego dusza zbiegała się do oczu i ust. Żyjąc samotnie, wśród lasu, może on dni całe myślał tylko o tym, co płynęło tera z ust moich. (…)

Z opowiadań jego dowiedziałem się, co następuje: Był pasiecznikiem, jak większość skwaterów. Nie jest zbyt ubogi. Pszczoły zarabiały na jego życie. Zestarzawszy się, wziął pomocnika, młodego Indianina, który dogląda pasieki. Mówił, że sam dotychczas jeszcze co dzień poluje. (…) Jego „canyon” jest jednym z najpiękniejszych w okolicy. Przy domu jest cudny strumień, tworzący mnóstwo kaskad – zresztą skały i góry, a na nich las i las nieprzebyty… Cisza, spokój… (…)

- Powiedz mi, szanowny panie, skąd ci się wziął ten język? Język to nie dzisiejszy, ale stary, którym już nie mówią w Polsce.
Uśmiechnął się.
- Jedną książkę mam w domu: Biblię Wujka, którą czytuję co dzień, abym nie zapomniał mowy mojej i nie stał się niemym
w języku ojców moich… (…)
Czytywał więc Wujka, i nic dziwnego, że nie tylko jego słowa, ale i myśli ułożyły się do miary Biblii. Inaczej już po polsku nie umiał i nie mógł umieć; oddawał to, co czerpał. Nie chciał tylko za nic w świecie zapomnieć. Miał zwyczaj czytywać głośno swoją Biblię każdego ranka. Zresztą nic więcej nie dochodziło go ze stron ojczystych, nic, znikąd – chyba tylko szum lasu kalifornijskiego przypominał mu szumy litewskie. (…)

Pożegnaliśmy się.
- Niech cię prowadzi Pan! – rzekł mi na drogę.
On zaraz wyjechał do lasu – ja, w dwa dni potem, do Big Trees. (…) Nazajutrz, rankiem, myślałem sobie: w tej chwili stary Putrament czyta głośno w kanionie swoją Biblię… (…)


DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * MAJ – 19., CZERWIEC – 20. – 24., PAŹDZIERNIK – 16.


["ARTYKUŁY W SPRAWIE "HOŁDU PRUSKIEGO"]
„HOŁD PRUSKI” OBRAZ JANA MATEJKI

Zaledwie rozeszła się wiadomość o wystawieniu Hołdu pruskiego, już tłumy mimo najokropniejszej pogody śpieszą, by obejrzeć najnowsze dzieło Matejki. Pod względem ducha przeciwstawia się ono zupełnie Grunwaldowi, chociaż stoi z nim w historycznym związku. Grunwald to tytaniczna walka ścierających się ze sobą na śmierć i życie potęg olbrzymich – Hod to triumf narodu
nad wrogą sobie potęgą, a zarazem wspaniała średniowieczna uroczystość, pełna spokoju i majestatu. (…)

Obraz jest wielki, bo natchniony tu artysta odczuł i wielki wypadek dziejowy, i życie ówczesne, i chwałę narodową, a oddał
z potęgą i mistrzostwem. (…)

…w dzisiejszych czasach i w dzisiejszych okolicznościach ten Brandenburczyk klęczący na rynku krakowskim przed majestatem jagiellońskim i ten mistrzowski obraz hołdu jest wskrzeszeniem dawnej chwały i dawnej wielkości. (…)

ZAKUPNO „HOŁDU PRUSKIEGO” (…)
Z POWODU OFIAROWANIA „HOŁDU PRUSKIEGO”

Telegramy rozniosły wieść po całym kraju o wspaniałym darze krakowskiego mistrza dla Wawelu i napełniły radością serca wszystkich, którzy pragną, by ten skarbiec pamiątek stał się zarazem świątynią wszystkiego, co stanowi chwałę ogółu. (…) Obecnie, wobec daru mistrza, nie pozostaje nam nic innego, jak ogłosić, że ofiary są do odebrania w naszej redakcji. (…) Z naszej strony zaś podajemy projekt, by ta cała suma składek nie cofniętych mogła być ofiarowaną na pomnik Mickiewicza. Do sumy potrzebnej na pomnik brakuje jeszcze wiele – sądzimy zaś, że pieniądze przeznaczone na zakupno dzieła jednego mistrza najstosowniej będą użyte na pomnik drugiemu mistrzowi. (…)

LIPIEC – 07. [Warszawa]


["WYSTAWA TOWARZYSTWA ZACHĘTY SZTUK PIĘKNYCH"]
Stańczyk! Pisano o nim wiele w swoim czasie, ale tego obrazu ani obgadać, ani opisać nie można. Trefniś tam wyrósł na postać, która i sama jest tragiczną, i budzi tragedię w duszy widza. Jest w tym błaźnie jakaś dziwna a wstrząsająca zagadka –
tak że mimo woli każdy się pyta: skąd ta jego zaduma i rozpacz? o co mu idzie? jaki robak toczy duszę tego człowieka?
Na pierwszy rzut oka zda się, że to może dramat osobisty. Może to człowiek ambitny, dumny, czujący, którego odzież błazeńska pali jak koszula Dejaniry, którego upokarza błazeńskie berło i czapka z dzwonkami? (…) Postać Stańczyka jest skończoną doskonałością. Uczucie wypowiada się w niej nie tylko wyrazem, ale i ruchem, najzupełniej odpowiednim nastrojowi duszy.
To ciało rzucone niedbale na fotel, głowa spuszczona na piersi, ręce opadłe – malują zarazem zniechęcenie, znużenie, zwątpienie i boleść z niezmierną prawdą, dzięki której widz przejmuje się tak szczerze i bezpośrednio wrażeniem, jak szczerze oddał je artysta. (…)

LIPIEC – 10. [Warszawa]


["KRYTYKA, SPRAWOZDANIA, BIBLIOGRAFIA"]
Z PRZESZŁOŚCI POLESIA KIJOWSKIEGO, opowiadanie historyczne dra Antoniego J. Wydanie Redakcji „Biblioteki Warszawskiej”, Nakład Gebethnera i Wolfa. Warszawa 1882. Opowiadanie to dzieli się na dwie części; w pierwszej części obznajmia czytelnika
z dziejami szlachty okolicznej w owruckim powiecie, w drugiej mówi o Kozakach na Polesiu kijowskim w końcu XVII w. (…) Prace dra Antoniego J., same przez się barwne, zawierają nieoceniony materiał dla powieściopisarza historycznego, co zresztą im
i naukowej wartości nie odejmuje. (…)


LIPIEC – 14. [Warszawa]


["SPRAWOZDANIA POWIEŚCIOWE"]
(…) Od pewnego czasu daje się widzieć dziwny objaw w sferze czytelniczej. W pismach, czy to codziennych, czy tygodniowych, czy miesięcznikach, publiczność żąda powieści, szuka powieści, a znalazłszy ją, nie bardzo w niej smakuje. Jest to jakby rodzaj fałszywego apetytu, który tłumaczyć można w ten sposób, że nałóg jeszcze nie ustał, a przesyt już się rozpoczął. Tyczy się to zwłaszcza większych, kilkutomowych powieści, na których czytanie zdaje się braknąć cierpliwości. (…) Oczywiście i między powieściami Kraszewskiego bywają wielkie różnice: jedne są wykończone i wyszlifowane jak drogie kamienie, inne kreślone szkicowo, bez wycieniowania konturów. Ale samo nazwisko daje już czytelnikowi gwarancję, że znajdzie utwór nie robiony wedle modły, wzorów, nie konwencjonalną powieść malowaną przez patrony, ale rzecz bezpośredniego uczucia, bezpośredniej obserwacji, oryginalnej myśli i jeśli rzec tak można, herbu swego własnego, to jest taką, na której dusza ludzka odcisnęła swe naturalne piętno. (…)

LIPIEC – 29. [Warszawa]


["TEATR. „WSPÓLNE WINY”]
(…) Pan Tarski skrzywdził za lat młodzieńczych bogatego chłopa, Łukasza Skałę. Chłop żuł zemstę przez lat czterdzieści, a robił pieniądze. Majątek podwoił, potroił, zwiększył w dziesięcioro – i wreszcie doczekał się ruiny szlachcica. Wówczas majątek zajął, pana wyrzucił, zemstę nasycił. Ale i sam poczuł jej gorzki smak. Oto miał dzieci; wyedukował je, chował synów w myśli, że w ich wiedzy znajdzie broń na panów, ale cóż się stało? Dzieci nie wyparły się ni rodzica, ni pochodzenia – wyparły się jednak nienawiści. Młodszy, gospodarz – i starszy, inżynier, mieli na ustach tylko słowa zgody, pojednania i miłości. (…) Ojciec odepchnął ich obu – i został sam, samotny na starość, tylko ze swoją zemstą. (…) Było mu ciężko.

Pod chłopską czaszką bez ustanku paliło jak ogień pytanie: czy miał "racyją?" Sądził, że miał. Syn-inżynier cytował mu słowa:
„i odpuść nam nasze winy”. „Odpuszcza się temu, co żałuje – odpowiada Skała – a czy ten Jaśnie Wielmożny żałuje?” Tak jest. Ten „Jaśnie Wielmożny” żałował. Nieszczęście go skruszyło, przykłady oświeciły. Był w swoim czasie więcej lekkomyślny niż zły – ale nauczony niedolą, bił się w piersi, pierwszy powiedział: moja wina – i pogodził się z losem, i odpuścił jak chrześcijanin tym, którzy mu zawinili. Gromada przyszła z darami, z pomocą. Ambicja radziła jej nie przyjąć – i nawet potrzeby naglącej nie było – ale on przyjął, by serc nie odpychać, jak brat od braci. Potem, gdy Skałę gromada napadła, gdy swoi obciążyli go zarzutami
i przekleństwy, on, najbardziej skrzywdzony, obronił go. Wówczas poruszyło się twarde serce chłopskie – i Skała-dziedzic rzucił się z płaczem do nóg dawnego pana, który podjął go od nóg do piersi. Wspólne ich winy miało zmazać wspólne pokolenie. (…)


PAŹDZIERNIK – 07. [Warszawa]


["FRYDERYK CHOPIN, ŻYCIE, LISTY, DZIEŁA – PRZEZ MAURYCEGO KARASOWSKIEGO"]
(…) Życie… Chopina nie chmurzy się od dzieciństwa, nie płynie samotnie wśród obojętności ludzkiej, chłodu i nadludzkiej walki
o trochę uczucia i marny liść lauru. Dzieje się wprost przeciwnie: zaczyna się ono jak śliczny poranek wiosenny – i długo zapowiada pogodę. Przede wszystkim otacza artystę od pierwszych dni ciepło rodzinnego życia. (…) Fryderyk przedstawia się nam jako dziecko delikatne, wysoce rozwinięte, o subtelnych myślach i uczuciach. Nie masz w nim nic nieokrzesanego, grubego, brutalnego. (…)

Dziecko od pierwszych dni zdradzało niezwykłą wrażliwość na muzykę. (…) W ósmym roku już komponował, lubo nie umiał jeszcze pisać nut, a w dziewiątym wystąpił po raz pierwszy publicznie, na koncercie dobroczynnym urządzanym pod opieką
Jul. Urs. Niemcewicza. (…) Sława jego rosła z dniem każdym. Słynna Catalani, przybywszy do Warszawy, tak dalece zachwyciła się talentem dziecka, że ofiarowała mu na pamiątkę złoty zegarek z napisem: „Donné par Madame Catalani à Frédéric Chopin, âgé de dix ans.” W tym czasie wyszło już kilka jego kompozycji, dar zaś improwizowania rozwijał się coraz bardziej. Fryderyk improwizował wówczas bardzo wiele. Siadłszy do fortepianu wznosił oczy w górę i nie spuszczał ich przez cały czas gry. (…)

Przy tym ten przyszły geniusz pracował z zapamiętałością, by pokonać trudności techniczne. Rezultaty były zdumiewające.
W tym czasie począł dawać mu lekcje Elsner. Znakomity nauczyciel wtajemniczył swego ucznia w zasady kontrapunktu. Chopin jednak już wówczas pomiatał niekiedy zasadami i szedł za własną fantazją. Nauczyciel jednak formalista, nie mający prawdziwej miłości sztuki, byłby się tym oburzał, byłby hamował młodociany zapał, a może gasił go formułami, ale szanowny starzec, sam mistrz niepospolity i kompozytor, odgadł, z kim ma do czynienia: „Dajcie mu pokój – mawiał – to prawda, że nie idzie on drogą zwyczajną, ale i talent jego jest nadzwyczajny. Nie trzyma on się ściśle metody utartej, dlatego, że ma swoją – i to, jeśli się nie mylę, stanowi jego oryginalność, jakiej nikt w tak wysokim stopniu nie posiada.” (…) Trudności techniczne były już całkowicie pokonane – i słuchacze zdumiewali się słuchając tych niesłychanych dotychczas zwrotów, tych melodii – niby w każdej polskiej duszy na dnie leżących, a przez nikogo jeszcze nie wyśpiewanych. (…) Grywał jakby nieświadomie, jakby zapominał o świecie,
o sobie – i roztapiał się całkowicie we własnej muzyce. A był to przecie kilkunastoletni dopiero chłopiec. (…)

Ten delikatny kwiat potrzebował ciepła – kochano go, uznania – uznawano; potrzebował przewodnika, który by mu nic ze siebie nie narzucał – Elsner nie narzucał. Rzadko który talent powstaje i rozwija się w takich warunkach i wśród takich ułatwień. Toteż Fryderyk był dzieckiem szczęśliwym w całym znaczeniu tego wyrazu. (…) Miał on znakomity talent do rysowania karykatur. (…) …miał dar mimiczny posunięty do najwyższego stopnia. Mógł ze swoją fizjognomią robić, co chciał – i naśladować, kogo chciał. (…) Pisał z równą łatwością, jak grał. (…)

Wesołość Chopina przerywały tylko chwile coraz częstsze, gdy komponował coś do druku. Pracował nad tymi utworami sumiennie, a nawet ciężko. (…) Wtedy był muzykiem i niczym więcej. Taka zdolność wytężania sił duszy i ciała w jednej wyłącznie myśli właściwą jest tylko niepospolitym twórczym naturom. Nazywa się to pracą wewnętrzną. Chopin oddawał jej się tak dalece, że po nocach sypiać nie mógł. (…) Chopina tak zajmowała podróż, muzyka i własna przyszłość, że na poważniejsze uczucie nie było miejsca w jego sercu. Nadto był zajęty i rozerwany. (…)

…ta genialna natura miała w sobie coś kobiecego. Potrzeba mu było zawsze jakiegoś dzielnego Wojciechowskiego, na którym
by się mógł oprzeć, który by za niego radził sobie z zewnętrznymi warunkami życia – inaczej nie umiał sobie dać rady, skarżył się i narzekał. (…) To rozpieszczone dziecko genialne potrzebowało, jak powietrza do oddychania, sympatycznego otoczenia, uwielbień, uznania. Inaczej żyć nie mógł (…)

Chopin zasiadł do fortepianu, poczuł bowiem w sobie znienacka chęć do improwizowania. Słuchacze oddech w sobie wstrzymywali. Zatopiony w poetycznych obrazach przedstawiających się oczom duszy jego, Chopin wyrażał je potokami czarownej muzyki, okres po okresie szybko po sobie ustępującymi. Nagle, spojrzawszy przed siebie – ujrzał wspartą na końcu fortepianu kobietę, nieruchomie – niby kamienny posąg, na przeciwko stojącą. Czarne jej, płonące żarem oczy, przy oliwkowej prawie cerze twarzy, zdawały się go na wskroś przeszywać. Chopin uczuł, że pod wpływem jej fascynacyjnego wzroku twarz jego się zarumieniła. (…) W kilka dni potem pisał do rodziców: „Poznałem wielką znakomitość, panią Sand, ale twarz jej niesympatyczna, nie podoba mi się; jest w niej coś odpychającego.” Istotnie była niepiękna i niemłoda. (…)

Oboje z Sand zajęli stary, opuszczony klasztor Kartuzów, zwany Valdemosa. (…) W klasztorze byli oddzieleni od całego świata; żyli jak pustelnicy i Sand musiała dawać radę wszystkiemu. Rozstrój nerwowy Chopina doszedł najwyższego stopnia. –
W chwilach, gdy Sand z synem udawała się do miasta po zapasy, a Fryderyk zostawał samotny – cierpienia jego przechodziły wszelkie wyobrażenia. Miewał wizje i halucynacje. Wróciwszy do domu, Sand zastawała go nieprzytomnego, z obłąkanymi oczyma i oblanego zimnym potem. (…) Dla odpędzenia mar siadał do fortepianu i wówczas wyrywały mu się spod ręki rozdzierające i tragiczne melodie, które podniecały go jeszcze bardziej. (…)

George Sand skarży się na niego: „Biedny artysta – mówi – stawał się nieznośny w chorobie.” Jakoż stosunek był taki, że ona musiała dawać mu opiekę męską, on przyjmował ją jak chora kobieta. Oboje rozdrażniali się przy tym na siebie,
gdyż rzeczywiście życie ich było ciężkie. (…) Zdrowie Chopina poprawiło się jednak znakomicie w Marsylii, gdy dostał się w ręce znakomitego doktora. (…)

Ale przyszła zima. Sand, a z nią Chopin przenieśli się do Paryża. Chopin pomimo przestróg życzliwych przyjaciół natychmiast wrócił do dawnego życia. Noce spędzał bezsennie, w dzień pracował, w ogóle nadużywał, wiec wkrótce pojawiły się znowu groźne symptoma. Śmierć ojca, która nastąpiła w 44 roku, była dlań strasznym ciosem. (…)

…pani Sand… (…) Od dawna uczucie jej dla Chopina poczęło chłodnąć, a w końcu wygasło zupełnie. Stosunki ich utrzymywały się tylko, jeśli się tak wyrazić można, siłą bezwładności. Ale wkrótce kobieta ta poczęła mu dawać do poznania, że się go pragnie pozbyć. Położenie jego stawało się nieznośne i upokarzające. Chopin, swego czasu porwany jej uczuciem, przywiązał się do niej następnie całym uniesieniem swej artystycznej natury, mocą przyzwyczajenia, słabością charakteru. (…)

Nie miał siły zerwać, choć w końcu ona aż nazbyt otwarcie dawała mu do poznania, że zerwać pragnie; kochała ona Chopina wielkiego, sławnego, młodszego od siebie, pełnego sił i fantazji – teraz ten schorowany, wybladły człowiek był tylko jej ciężarem. (…) …chwile jego już były policzone. Choroba rozwinęła się do tego stopnia, że nie było na nią ratunku. (…) Chopin zasnął cicho
i spokojnie 17 października 1849. (…) Była to istota na wskroś artystyczna, tkliwa, czuła jak mimoza – i wykwintna, kochająca piękno, nie znosząca zetknięcia się ze wszystkim, co było szorstkie i brutalne. Brakło jej energii i siły, nie w muzyce wprawdzie, nie w twórczości, ale w życiu, które też i złamało się zbyt rychło. (…)

PAŹDZIERNIK – 24. [Warszawa]


["Z PUSZCZY BIAŁOWIESKIEJ"]
(…) Podróż nasza dzięki kilku towarzyszom była obmyślana i zapowiedziana z góry w puszczy, tak że leśnikowi nie zrobiliśmy niespodzianki. Ofiarował też nam, co mógł ofiarować, to jest ogień w kuchni i izbę, w której mieliśmy nocować. Wkrótce obozowisko było gotowe i przybytek myśliwski zapełnił się dymem cygar, papierosów i miłym dla każdego polskiego nosa dymem potrawy, w której, wedle słów Mickiewicza, kapusta:

Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa
Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa
I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
Soki żywne, aż z brzegów naczynia war tryśnie,
I powietrze dokoła zionie aromatem.


Owóż powietrze „zionęło aromatem”; „strzelcy bodli naczynie”; psy odprowadzały oczyma każdą łyżkę niesioną z talerza do ust, a dźwięk talerzy i łyżek mieszał się z gwarem wesołej rozmowy o jutrzejszej wycieczce w głąb zwierzyńca i o żubrach.
Bądź co bądź, miło jest sobie powiedzieć: „Jestem w Białowieskiej Puszczy, o której prawili mi mój dziad i ojciec, i będę jutro widział żubry, których prawdopodobnie ani dziadek, ani ojciec nie widzieli”. (…)

Nazajutrz rankiem wyszliśmy pod przewodnictwem leśnika, obiecano nam bowiem widok żubrów. Po dniu można się było doskonale puszczy przypatrzeć. Przede wszystkim uderza w niej i odróżnia ją od innych lasów mieszanina drzew. Jednolity las znajduje się w częściach pojedynczych straży, ale na większej przestrzeni mieszanina przeważa. Sosna, dąb, jesion, osika, świerk rosną tu obok siebie w bezpośrednim sąsiedztwie. Spoglądając w dal, widzisz wszystkie odcienia zieloności – od ciemnej
aż do jasnożółtawej. Rozmaitość ta bawi oko i odejmuje puszczy posępny, jednostajny charakter. (…)

Naokoło rozlegało się tylko kucie dzięciołów w spróchniałe sosny, krzyk sojek i żołn. Droga stawała się błotnistą. (…) Miejscami widać było wyraźnie odciśnięte w błocie ślady potężnych racic żubrowych – ale na żubry nie mogliśmy trafić. Natomiast coraz częściej pierzchały w oddali jelenie, których rudawa odzież miga, jak błyskawica, wśród zieloności. (…) Zrobiliśmy mały wypoczynek. Tymczasem przyjechał nadleśny, który wysłał budników na poszukiwanie żubrów. (…)

Nagle w oddali pokazał się jakiś wieśniak i szedł spiesznie, jakby nam chciał co zwiastować.
- A co tam? są żubry? – spytałem go. Chłop zwrócił na mnie wielkie, jakieś przestraszone, niebieskie oczy – ogarnął nimi całe zgromadzenie i przeszedł spiesznie, nie odrzekłszy ni słowa. Uderzyła mnie jego twarz. Była wychudła, blada, a w spojrzeniu miał coś nieprzytomnego. (…) …był to wieśniak z Bud, który zwariował – jak się zdaje – z przerażenia, w czasie ostatniej wojny tureckiej, w której brał udział jako żołnierz. Odesłano go do domu i odtąd przebiega w rozmaitych kierunkach puszczę, jakby kogoś poszukiwał. Do ludzi nic nie mówi. Spotkawszy kogoś mija go z pośpiechem, rzucając mu to pytające i jakby przelękłe spojrzenie, które tak silnie utkwiło mi w pamięci. (…)

Po chwili zjawił się jeden z budników.
- Schowajcie się, schowajcie! – wołał. – Zaraz będą szły tędy.
Skoczyliśmy co prędzej do sosen – żubry szły rzeczywiście. (…) Naprzód w zaroślach zamigotały dwa czarne ciała, które to zbiegając się, to rozbiegając sunęły ku nam z nadzwyczajną szybkością, rosnąc z każdą chwilą. Były to dwa stare, olbrzymie samce… (…) Po pewnym czasie znowu kilka sztuk ukazało się między drzewami, ale jeszcze dalej niż poprzednio. (…)

Posłyszawszy nawoływanie, zaledwie zdążyliśmy schronić się za drzewa, gdy ze wszystkich stron posypało się kilkanaście sztuk. Były tam stare samce, młode byczki i krowy z cielętami. Niespodzianie połączyło się z nimi i stado jeleni, które również schroniło się w to zacisze poprzednio. (…)

Obliczanie żubrów odbywało się dawniej nader prostym sposobem. Cała puszcza była podzielona na dwanaście straży, które miały kształt trójkątów zbiegających się wierzchołkami we wsi Białowieża Nowa; podstawę zaś trójkątów stanowiły brzegi puszczy. (…) Owóż, gdy śniegi spadły, obliczano żubry w ten sposób, że każdy młodszy leśnik karbował na kiju wedle śladów wszystkie sztuki, które weszły do jego ostępu lub z niego wyszły. Te, które wyszły, powinny się były znaleźć zakarbowane
w sąsiednich ostępach jako przybyłe. Wieczorem składano wszystkie kije u nadleśnego i wówczas rachunek już był łatwy,
bo żadna sztuka nie mogła być ani pominiętą, ani porachowaną dwa razy. (…)

Czas schodził nam wieczorami na słuchaniu głosów jeleni, we dnie na wycieczkach i zabieraniu znajomości z ludem puszczańskim. (…) Puszczę swoją kochają wszyscy nad życie i zdają sobie z tego sprawę. (…) Ponieważ była między nami mowa o tym,
że dla zwierzostanu puszczy lepiej by było przenieść wsie na zewnątrz niej, spytaliśmy powożącego nas budnika, czyby
nie zgodzili się na to, gdyby im dano dwa razy więcej ziemi.
- Za nic, panie! – odpowiedział swoim śpiewnym, pieszczonym głosem. – W puszczy najlepiej; a tam tak goło… widno…
Ot, żeby panowie wiosną przyjechali, to u nas ślicznie. (…)
Na zapytanie, czy umie czytać? – odpowiedział:
- Paanie! u nas ani jednego nie ma we wsi, co by się z książki nie modlił.
Jest to nawet dziwne u ludu tak zamkniętego, tak oderwanego od reszty świata, a jednak prawdziwe. Kto ich uczył i kiedy?
Uczą się sami. Mają nauczycieli i płacą ich dobrze… (…)

Jaka szkoda, że ten tak ciekawy lud tak mało jest dotąd zbadany pod względem bytu, obyczajów, obrzędów i pieśni! Zadanie wdzięczne, dotąd nie spełnione, czeka na podróżnika-badacza. Również nie dość znaną dotąd jest cała puszcza, a niezawodnie zawiera ona prawdziwe skarby zwierzęce i roślinne, ukryte jeszcze w znacznej części. (…) Myśl też chętnie wraca do tych lasów odwiecznych i pióro chętnie dzieli się wrażeniami z czytelnikiem… (…)

PAŹDZIERNIK – 27. [Warszawa]


["PIĘKNA". Dramat w czterech aktach Władysława Okońskiego]
(…) W świecie zwierzęcym piękna samica pociąga największą ilość samców. Jest to prawo naturalnego wyboru. W świecie ludzkim – wedle tego, co widzimy w dramacie – dzieje się tak samo. Sam profesor Bosławski wprawdzie zaprzecza temu. – Zwierzę mieści się całkowicie w człowieku, ale człowiek nie mieści się całkowicie w zwierzęciu… (…) Każda kobieta piękna jest brzydką w stosunku do piękniejszej od siebie, każda brzydka piękną w stosunku do brzydszej – każda, czy piękna, czy brzydka, piękną w stosunku do tego mężczyzny, któremu się podoba… (…) Że brzydota obok piękności ostać się nie może, to jasne,
ale brzydota może być dobrą, dobroć zaś w sferze etycznej jest tym, czym piękność w zakresie estetyki. (…)

GRUDZIEŃ – 18. [Warszawa]


["JACUŚ". Komedia w czterech aktach Edwarda Lubowskiego]
(…) Onegdaj widzieliśmy w teatrze to, czego nie widziano od dosyć dawna, to jest wszystkie miejsca od góry do dołu zapełnione, nastrój w sali wesoły i zadowolnioną publiczność. Przyczyną tego był Jacuś, komedia w czterech aktach Edwarda Lubowskiego,
a raczej jej pierwsze przedstawienie. (…)


DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU – 1882.


["3. O FRANCISZKU KOSTRZEWSKIM"]
Henryk VIII powiedział pewnemu lordowi odgrażającemu się na Holbeina:
– Ani się waż mu grozić, bo wiedz o tym, że z dziesięciu chłopów zrobię, jak zechcę, dziesięciu lordów, a z dziesięciu lordów
nie zrobię jednego Holbeina.
O naszym panu Franciszku można by również powiedzieć: jeden Kostrzewski starczy za dziesięciu humorystów, ale z dziesięciu humorystów trudno by było złożyć jednego Kostrzewskiego. Mowa tu zarówno o talencie jak o tuszy. (…)

DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU – 1932.


["POWIASTKI HISTORYCZNE J. GRAJNERTA" (Józefa Grajnerta)]
1. Marcin Mrąga z Ziemi Kaszubskiej; 2. Maciek Grąda, odważny chłopiec okrętowy; 3. Witek Kujawiak; 4. Szymon Stęporek

["O POMOC DLA WYPRAWY AFRYKAŃSKIEJ ROGOZIŃSKIEGO"]
(…) …Komitet doszedł do przekonania, że po pierwsze: osoba p. Szolca-Rogozińskiego przedstawia wszelkie gwarancje,
że żądane fundusze użyte będą na cele istotnie poważne, a po wtóre, że czy zamierzona wyprawa odkryje tajemnicze jeziora Liba, czy nie – w każdym razie rezultaty jej naukowe w zakresie geografii, geologii, zoologii i botaniki mogą być nadzwyczaj ważne. (…)

1882 – 1883 [Warszawa]


["OGNIEM I MIECZEM"] - rozpoczęcie pracy
********************************************************************************************************
TOM I

********************************************************************************************************

Rozdział I

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. (…) …wszyscy na Rusi oczekując niezwykłych zdarzeń zwracali niespokojny umysł i oczy szczególniej ku Dzikim Polom, od których łatwiej niźli skądinąd mogło się ukazać niebezpieczeństwo. Tymczasem na Polach nie działo się nic nadzwyczajnego i nie było innych walk i potyczek jak te, które się odprawiały tam zwykle, a o których wiedziały tylko orły, jastrzębie, kruki i zwierz polny. (…) Na łuku Dnieprowym, na Niżu, wrzało jeszcze kozacze życie za porohami, ale w samych Polach nikt nie mieszkał i chyba
po brzegach tkwiły gdzieniegdzie „polanki” jakoby wyspy wśród morza. Ziemia była de nomie Rzeczypospolitej, ale pustynna,
na której pastwisk Rzeczpospolita Tatarom pozwalała, wszakże gdy Kozacy często bronili, więc to pastwisko było
i pobojowiskiem zarazem. (…) Czasem też napełniała go wielka wojna. Wówczas płynęły po nim jak fale czambuły tatarskie, pułki kozackie, to chorągwie polskie lub wołoskie; nocami rżenie koni wtórowało wyciom wilków, głos kotłów i trąb mosiężnych leciał aż do Owidowego jeziora i ku morzu, a na Czarnym Szlaku, na Kuczmańskim – rzekłbyś: powódź ludzka. Granic Rzeczypospolitej strzegły od Kamieńca aż do Dniepru stanice i „polanki”…

W chwili gdy rozpoczyna się powieść nasza, słońce zachodziło właśnie, a czerwonawe promienie jego rozświecały okolicę pustą zupełnie. Na północnym krańcu Dzikich Pól, nad Omelniczkiem, aż do jego ujścia, najbystrzejszy wzrok nie mógłby odkryć jednej żywej duszy ani nawet żadnego ruchu w ciemnych, zaschniętych i zwiędłych burzanach. (…) Noc zapadła nad pustynią… (…) Skoro więc noc zapadła nad Omelniczkiem, nie było w tym nic dziwnego, że zaraz koło opustoszałej stanicy pojawił się duch
czy człowiek. (…) Wtem niżej na stepie ukazały się inne jakieś nocne istoty. (…) W ruchach ich było coś przerażającego,
jak i w całym tym stepie, tak spokojnym na pozór. (…) Na koniec postacie znikły, schroniły się w cień ruiny. W bladym świetle nocy widać było tylko jednego jeźdźca stojącego na wyniosłości. Wreszcie szelest ów zwrócił jego uwagę. (…) Nagle dał się słyszeć przeraźliwy świst. Zmieszane głosy poczęły wrzeszczeć przeraźliwie: „Hałła! Hałła! Jezu Chryste! ratuj! bij!” Rozległ się huk samopałów, czerwone światła rozdarły ciemności. Tętent koni zmieszał się z szczękiem żelaza. Nowi jacyś jeźdźce wyrośli jakby z pod ziemi na stepie. (…) Jeźdźcy zgrupowali się na wyniosłości; niektórzy pozsiadali z koni, przypatrując się czemuś pilnie. Wtem w ciemnościach ozwał się silny i rozkazujący głos.
- Hej tam! skrzesać ognia i zapalić!
Po chwili posypały się naprzód iskry, a potem buchnął płomień suchych oczeretów i łuczywa… (…)

Byli to żołnierze ubrani w barwę czerwoną, dworską, i wilcze kapuzy. Z tych jeden, siedzący na dzielnym koniu, zdawał się reszcie przywodzić. Zsiadłszy z konia zbliżył się do owej leżącej postaci i spytał:
- A co, wachmistrzu? żyje czy nie żyje?
- Żyje, panie namiestniku, ale charcze; arkan go zdławił.
- Co zacz jest?
- Nie Tatar, znaczny ktoś.
- To i Bogu dziękować.
Tu namiestnik popatrzył uważniej na leżącego męża.
- Coś jakby hetman – rzekł. (…) Dalszą rozmowę przerwało silniejsze chrapanie zduszonego męża.
- Wlać mu gorzałki w gębę – rzekł pan namiestnik – pas odpiąć.
- Czy zostaniemy tu na nocleg?
- Tak jest, konie rozkulbaczyć, stos zapalić. (…)
Pan namiestnik, nie troszcząc się więcej o zduszonego męża, odpiął pas i rozciągnął się na burce przy ognisku. Był to młody jeszcze bardzo człowiek, suchy, czarniawy, wielce przystojny, ze szczupłą twarzą i wydatnym orlim nosem. (…) Wąs dość obfity
i nie golona widocznie od dawna broda dodawały mu nad wiek powagi. (…)

Stos płonął rzucając na step ogromne, czerwone koło światła. Zduszony człowiek począł z wolna przychodzić do siebie. Przez czas jakiś wodził nabiegłymi krwią oczyma po obecnych badając ich twarze; następnie usiłował powstać. (…) Twarz jego była jeszcze czerwona, żyły jej nabrzmiałe. Na koniec przyduszonym głosem wyksztusił pierwszy wyraz:
- Wody!
Podano mu gorzałki, którą pił i pił, co mu widocznie dobrze zrobiło, bo odjąwszy wreszcie flaszę od ust, czystszym już głosem spytał:
- W czyich jestem ręku? (…) W ręku tych, co waści salwowali. (…) Złapali cię jakowyś łotrzykowie udający Tatarów, któryś, jeśliś ciekaw, oglądać możesz, bo oto leżą tam porżnięci jak barany. (…) A nieznajomy na to:
- To pozwólcie mi spocząć.
Podłożono mu wojłokową kulbakę, na której siadł i pogrążył się w milczeniu. Był to mąż w sile wieku, średniego wzrostu, szerokich ramion, prawie olbrzymiej budowy ciała i uderzających rysów. (…) Twarz jego potężna zwiastowała odwagę i dumę. Było w niej coś pociągającego i odpychającego zarazem – powaga hetmańska ożeniona z tatarską chytrością, dobrotliwość
i dzikość. (…)

- …wybacz waszmość pan, żem mu naprzód powinnej nie złożył dzięki za auxilium i skuteczny ratunek, który mnie od tak nagłej śmierci wybawił. (…)
To rzekłszy wyciągnął ku namiestnikowi rękę. Ale butny młodzieńczyk nie ruszył się z miejsca i nie spieszył z podaniem swojej; natomiast rzekł:
- Chciałbym naprzód wiedzieć, jeżeli ze szlachcicem mam sprawę, bo chociaż o tym nie wątpię, jednakże bezimiennych podzięków przyjmować mi się nie godzi. (…)
- …Jestem Zenobi Abdank, herbu Abdank z krzyżykiem, szlachcic z województwa kijowskiego, osiadły i pułkownik kozackiej chorągwi księcia Dominika Zasławskiego.
-A ja Jan Skrzetuski, namiestnik chorągwi pancernej J.O. księcia Jeremiego Wiśniowieckiego. (…)

Poczęli jeść, a gdy przyniesiono spory worek mołdawskiego wina uszyty z koźlej skóry, wnet zawiązała się żywa rozmowa.
- Oby nam się szczęśliwie do domu wróciło! – rzekł pan Skrzetuski.
- To waszmość wracasz! skądże, proszę? – spytał Abdank.
- Z daleka, bo z Krymu.
- A cóżeś waszmość tam robił? z wykupem jeździłeś?
- Nie, mości pułkowniku; jeździłem do samego chana.
Abdank nastawił ciekawie ucha.
- Ano to, proszę, w piękną waść wszedłeś komitywę! I z czymże do chana jeździłeś?
- Z listem J.O. księcia Jeremiego.
- To waść posłował! O cóż jegomość książę do chana pisał?
Namiestnik popatrzył bystro na towarzysza.
- Mości pułkowniku – rzekł – zaglądałeś w oczy łotrzykom, którzy cię na arkan ujęli – to twoja sprawa; ale co książę do chana pisał, to ani twoja, ani moja, jeno ich obydwóch. (…)

Namiestnik… pytał:
- A powiedzże mi waszmość, co porabiasz nad Omelniczkiem i jakeś się wziął tu sam jeden?
- Nie jestem sam jeden, jenom ludzi zostawił po drodze, a jadę do Kudaku, do pana Grodzickiego, któren tam jest przełożonym nad prezydium i do którego jegomość hetman wielki wysłał mnie z listami. (…)
Porucznik chciał coś mówić, gdy nagle na stepie rozległ się tętent koni, a raczej pośpieszne chlupotanie końskich nóg
po rozmiękłej trawie. Wnet też i czeladnik namiestnika, trzymający straż, nadbiegł z wieścią, że jakowiś ludzie się zbliżają.
- To pewnie moi – rzekł Abdank – którzy zaraz za Taśminą zostali. Jam też, nie spodziewając się zdrady, tu na nich czekać obiecał. (…)
Nowo przybyli poczęli rozgrzewać dłonie nad ogniem, bo noc była zimna, choć pogodna. Było ich do czterdziestu ludzi rosłych
i dobrze zbrojnych. Nie wyglądali wcale na Kozaków regestrowych, co nie pomało zdziwiło pana Skrzetuskiego, zwłaszcza że była ich garść tak spora. Wszystko to wydało się namiestnikowi mocno podejrzanym. (…) Ale zarówno i sama osoba pana Abdanka zastanawiała wielce młodego namiestnika. Zauważył wraz, że Kozacy, którzy ze swymi pułkownikami obchodzili się dość poufale, jego otaczali czcią nadzwyczajną, jakby prawego hetmana. (…)

Pan Skrzetuski długo deliberował. Chodziło mu po głowie, że to może jaki potężny banita, który, wyrokiem ścigan, chronił się
w Dzikie Pola – to znów, że to watażka watahy zbójeckiej; ale to ostatnie nie było prawdopodobne. I ubiór, i mowa tego człowieka pokazywały co innego. (…)
…tymczasem Abdank kazał konia sobie podawać.
-Mości namiestniku – rzekł – komu w drogę, temu czas. Pozwólże podziękować sobie raz jeszcze za ratunek. Oby bóg pozwolił mi odpłacić ci równą usługą!
- Nie wiedziałem, kogo ratuję, przetom i na wdzięczność nie zasłużył. (…)
Nastała chwila ciszy; słychać było tylko syczenie płomienia i parskanie koni. Z dalekich oczeretów dochodziło żałosne wycie wilków. Nagle Abdank powtórzył raz jeszcze, jakby do siebie:
- Dzień sądu idzie już przez Dzikie Pola, a gdy nadejdzie – zadywytsia wsij swit bożyj…
Namiestnik przyjął pierścień machinalnie, tak był zdumiony słowami tego dziwnego męża. (…)

- W drogę! w drogę!… Bywaj zdrów, druhu żołnierzu! – rzekł do namiestnika. – Czasy teraz takie, że brat bratu nie ufa, przeto
i nie wiesz, kogoś ocalił, bom ci nazwiska swego nie powiedział.
- Więc waść nie Abdank?
- To klejnot mój…
- A nazwisko?
- Bohdan Zenobi Chmielnicki.
To rzekłszy zjechał ze wzgórza, a za nim ruszyli mołojcy. Wkrótce okryły ich tuman i noc. (…)

Rozdział II

Nazajutrz z rana przybywszy do Czehryna pan Skrzetuski stanął w mieście w domu księcia Jeremiego, gdzie też miał kęs czasu zabawić, aby ludziom i koniom dać wytchnienie po długiej z Krymu podróży… (…) Sam też Skrzetuski zażył nieco wczasu,
a potem szedł do pana Zaćwilichowskiego, byłego komisarza Rzplitej, żołnierza dobrego, któren, nie służąc u księcia, był jednak jego zaufanym i przyjacielem. (…) Pan Skrzetuski wywiązawszy się z niemałym zaszczytem z poselstwa, które już samo było dowodem wielkiego książęcego faworu, bardzo był rad, że mu w Czehrynie zabawić pozwolono i nie naglono z powrotem. Natomiast stary Zaćwilichowski wielce był zafrasowany tym, co działo się od niejakiego czasu w Czehrynie. Poszli tedy razem
do Dopuła, Wołocha, który w mieście zajazd i winiarnię trzymał… (…) Ci i tamci pozajmowali ławy stojące wedle długich dębowych stołów i rozprawiali głośno, a wszyscy o ucieczce Chmielnickiego, która była największym w mieście ewenementem. Skrzetuski więc z Zaćwilichowskim siedli sobie w kącie osobno i namiestnik począł wypytywać, co by to za feniks był ten Chmielnicki,
o którym wszyscy mówili.
– To wać nie wiesz? – odpowiedział stary żołnierz. – To jest pisarz wojska zaporoskiego, dziedzic Subotowa i – dodał ciszej – mój kum. (…) Tego się głośno nie mówi, ale to hetmańska głowa: człek wielkiej ręki i wielkiego rozumu; jego całe kozactwo słucha więcej niż koszowych i atamanów, człek nie pozbawiony dobrych stron, ale hardy, niespokojny i gdy nienawiść weźmie w nim górę – może być straszny.

– Co mu się stało, że z Czehryna umknął? (…)
– (…) Widzisz waść, rzecz jest taka: w Czerkasach mieszka stary Barabasz, pułkownik kozacki, nasz przyjaciel. Miał on przywileje i jakoweś pisma królewskie, o których mówiono, że Kozaków do oporu przeciw szlachcie zachęcały. Ale że to ludzki, dobry człek, trzymał je u siebie i nie publikował. Owóż Chmielnicki Barabasza na ucztę zaprosiwszy tu do Czehryna, do swego domu, spoił, potem posłał ludzi do jego futoru, którzy pisma i przywileje u żony podebrali – i z nimi umknął. (…)
Na to pan Skrzetuski: – A to lis! w pole mnie wywiódł. Toć ja jego tej nocy na stepie spotkałem i od arkana uwolniłem!
Zaćwilichowski aż się za głowę porwał.
– Na Boga, co waść powiadasz? Nie może to być!
– Może być, kiedy było. (…)
– Nie może to być. Ale to jest dziwna rzecz. Czy waszmość wie, że są listy hetmańskie przykazujące Chmielnickiego łapać
i in fundo zadzierżyć?
Namiestnik nie zdążył odpowiedzieć, bo w tej chwili wszedł do izby jakiś szlachcic z ogromnym hałasem. Drzwiami trzasnął raz
i drugi, a spojrzawszy hardo po izbie zawołał:
– Czołem waszmościom! (…)

Był to pan Czapliński, podstarości czehryński, sługa zaufany młodego pana chorążego Koniecpolskiego. (…)
– Mości starostko – spytał Zaćwilichowski – czy wiesz, co się dzieje z Chmielnickim?
– Wisi, mości chorąży, jakem Czapliński, wisi, a jeśli dotąd nie wisi, to będzie wisiał. Teraz, gdy są listy hetmańskie, niech jedno go dostanę w swoje ręce.
To mówiąc, uderzył pięścią w stół, aż płyn rozlał się ze szklenic. (…) Zaćwilichowski przerwał:
– A czy go waść dostaniesz! Przecie uciekł i nikt nie wie, gdzie jest? (…)
– Nikt nie wie? Ja wiem, jakem Czapliński! Waszmość, panie chorąży, znasz Chwedka. Owóż Chwedko jemu służy, ale i mnie. (…) Wdał się Chwedko w komitywę z mołojcami Chmielnickiego. (…) Wie o każdym kroku. Podjął się mi go dostawić żywym
czy zmarłym i wyjechał w step równo przed Chmielnickim, wiedząc, gdzie ma go czekać! (…)
– A ja waci mówię, że nie dostawi. Chmielnicki zasadzki uszedł i na Sicz podążył, o czym trzeba pana krakowskiego dziś jeszcze zawiadomić. Z Chmielnickim nie ma żartów. (…)
– Nie może być! nie może być! – wrzeszczał targając się za czuprynę Czapliński.
– I co większa – dodał Zaćwilichowski – to ten kawaler tu obecny sam go salwował i waścinych sług wygubił, w czym mimo listów hetmańskich nie jest winien, bo z Krymu z poselstwa wraca i o listach nie wiedział, a widząc człeka przez łotrzyków, jak sądził,
w stepie oprymowanego, przyszedł mu z pomocą. (…)

Czapliński zerwał się z miejsca i aż mu mowę ze złości odjęło; twarz tylko mu spąsowiała zupełnie, a oczy coraz bardziej
na wierzch wyłaziły. Tak stojąc przed Skrzetuskim puszczał tylko urywane wyrazy:
– Jak to! waść mimo listów hetmańskich!… Ja waści… ja waści… (…)
Teraz pan Skrzetuski podniósł się… (…) …obrócił go w palcach, chwycił jedną ręką za kark, drugą za hajdawery poniżej krzyża, podniósł w górę rzucającego się jak cyga i idąc ku drzwiom między ławami wołał:
– Panowie bracia, miejsce dla rogala, bo pobodzie!
To rzekłszy doszedł do drzwi, uderzył w nie Czaplińskim, roztworzył i wyrzucił podstarościego na ulicę. Po czym spokojnie usiadł na dawnym miejscu obok Zaćwilichowskiego. (…)
– Prawdę rzekłszy, w piętkę goni ten ogar – rzekł Zaćwilichowski.
– Kundys to, nie ogar – rzekł zbliżając się gruby szlachcic, który miał bielmo na jednym oku, a na czole dziurę wielkości talara, przez którą świeciła naga kość.
– Kundys to, nie ogar! pozwól waść – mówił dalej zwracając się do Skrzetuskiego – abym mu służby swoje ofiarował. Jan Zagłoba herbu Wczele, co każdy snadno poznać może choćby po onej dziurze, którą w czele kula rozbójnicka mi zrobiła, gdym się do Ziemi Świętej za grzechy młodości ofiarował.
– Dajże waść pokój – rzekł Zaćwilichowski – powiadałeś kiedy indziej, że ci ją kuflem w Radomiu wybito.
– Kula rozbójnicka, jakom żyw! W Radomiu było co innego. (…)

Na szczęście dyskurs jego przerwany został przez innego szlachcica, który zbliżywszy się pociągnął go za rękaw i rzekł śpiewnym litewskim akcentem:
– Poznajomijże waćpan, mości Zagłobo, i mnie z panem namiestnikiem Skrzetuskim… poznajomijże!
– A i owszem, i owszem. Mości namiestniku, oto jest pan Powsinoga.
– Podbipięta – poprawił szlachcic.
– Wszystko jedno! herbu Zerwipludry…
– Zerwikaptur – poprawił szlachcic.
- Wszystko jedno! Z Psichkiszek.
– Myszykiszek – poprawił szlachcic. (…)
Pan Skrzetuski przypatrywał się ciekawie tej nowej figurze, która istotnie zasługiwała na nazwę cudaka. Przede wszystkim był to mąż wzrostu tak wysokiego, że głową prawie powały dosięgał, a chudość nadzwyczajna wydawała go wyższym jeszcze. Szerokie jego ramiona i żylasty kark zwiastowały niepospolitą siłę, ale była na nim tylko skóra i kości. (…) Szeroki i dobrze wypchany łosiowy pas nie mając na czym się trzymać opadał mu aż na biodra, a do pasa przywiązany był krzyżacki miecz tak długi,
że temu olbrzymiemu mężowi prawie do pachy dochodził. (…) Wyglądał na człeka, którego ludzie popychają, ale panu Skrzetuskiemu podobał się z pierwszego wejrzenia za ową szczerość twarzy i doskonały moderunek żołnierski. (…)

– Dawno waść z Litwy? – pytał namiestnik.
– At, już dwie niedziele w Czehrynie. Dowiedziawszy się od pana Zaćwilichowskiego, że waść ciągnąć będziesz, czekam,
by pod jego opieką księciu moje prośby przedstawić.
– Powiedzże mi waszmość, proszę, bom ciekaw, czemu też taki katowski miecz pod pachą nosisz?
– Nie katowski to, mości namiestniku, ale krzyżacki, a noszę, bo zdobyczny i dawno w rodzie. (…)
– Pokażże wasze!
Litwin wydobył i podał, ale panu Skrzetuskiemu ręka zwisła od razu. Ni się złożyć, ni cięcia wymierzyć swobodnie. Na dwie ręce poradził, ale jeszcze było za ciężko. Więc pan Skrzetuski zawstydził się trochę… (…)
– No, a waćpan? – pytał pan Skrzetuski zwracając się do Litwina. Szlachcic podniósł miecz jak trzcinę i machnął nim kilkanaście razy z największą łatwością, aż powietrze warczało w izbie, a wiatr powiał po twarzach.
– A niechże waści Bóg sekunduje! – zawołał Skrzetuski. – Pewną masz służbę u księcia pana! (…)

Zaćwilichowski wstał i obaj z namiestnikiem zabierali się do odejścia, gdy naraz wszedł do izby biały jak gołąb człowiek
i spostrzegłszy Zaćwilichowskiego rzekł:
– Mości chorąży komisarzu, ja tu do pana umyślnie!
Był to Barabasz, pułkownik czerkaski.
– To chodźże waszmość do mnie na kwaterę – rzekł Zaćwilichowski. (…)
Zaraz za progiem Barabasz spytał: - Czy nie ma wieści o Chmielnickim?
– Są. Uciekł na Sicz. Oto ten oficer spotkał go wczoraj na stepie. (…)
Tymczasem doszli do kwatery Zaćwilichowskiego… (…) Nad miastem świeciła tak jasna łuna od stosów nałożonych na rynku,
że rzekłbyś: cały Czehryn się pali, a gwar i krzyki wzmogły się jeszcze z nastaniem nocy. (…)

Rozdział III

W kilka dni później poczet naszego namiestnika posuwał się raźno w stronę Łubniów. (…) Jechał tedy pan namiestnik Skrzetuski wesoło i nie śpiesząc się, jakoby swoją ziemią, mając po drodze wszelkie wczasy zapewnione. Był to dopiero początek stycznia
48 roku…
(1648 r.) (…) Orszak namiestnika zwiększył się znacznie, w Czehrynie bowiem przyłączyło się do niego poselstwo wołoskie, które hospodar do Łubniów wysłał w osobie pana Rozwana Ursu. (…) Prócz tego z namiestnikiem jechał nasz znajomy pan Longinus Podbipięta herbu Zerwikaptur ze swoim długim mieczem pod pachą i z kilkoma czeladzi służbowej. (…) Słońce, cudna pogoda i woń zbliżającej się wiosny napawały wesołością serca, a namiestnik tym był weselszy, że wracał z długiej podróży pod dach książęcy, który był zarazem jego dachem, wracał sprawiwszy się dobrze, więc i przyjęcia dobrego pewny. (…) Teraz więc oto wracając z Krymu po pomyślnym rzeczy załatwieniu podśpiewywał wesoło i czwanił koniem, jadąc obok pana Longinusa, który siedząc na ogromnej inflanckiej kobyle strapiony był i smutny jak zawsze. (…)

Pan Skrzetuski rozpoczął: (…)
–Tak mówią, że wielka wojna z Turczynem się gotuje i że sam król z całą potęgą Rzplitej ma ruszyć. (…)
Pan Longinus podniósł do góry ręce i oczy.
– Dajże, Boże miłosierny, daj takową świętą wojnę na chwałę chrześcijaństwu i naszemu narodowi, a mnie grzesznemu pozwól
w niej wota moje spełnić, abym in luctu mógł być pocieszony albo też śmierć chwalebną znaleźć!
– To waść ślub wedle wojny uczynił? (…)
– …jeszcze pod Grunwaldem przodek mój Stowejko Podbipięta ujrzał trzech rycerzy w mniszych kapturach w szeregu jadących, zajechawszy ich, ściął wszystkich trzech od razu… (…) …ślubowałem… żyć w czystości i nie prędzej stanąć na ślubnym kobiercu, póki za sławnym przykładem przodka mego Stowejki Podbipięty trzech głów tymże samym mieczem od jednego zamachu
nie zetnę. (…)
– I nie ściąłeś waćpan trzech głów?
- Ot! nie zdarzyło się! Szczęścia nie ma! Po dwie na raz nieraz bywało, ale trzech nigdy. (…)

W tek chwili pan Rozwan Ursu nadjechał pędem na czarnym anatolskim dzianecie, a za nim kilku karałaszów służbowych.
– Panie poruczniku, proszę na zabawę – rzekł. (…) Popędzili naprzód we trzech… (…) Wtem na skręcie drogi namiestnik wstrzymał konia, gdyż nowy a dziwny widok uderzył jego oczy. W pośrodku gościńca leżała na boku kolaska ze złamaną osią. (…) Przy kolasce stały dwie niewiasty, jedna ubrana w lisi tołub i takąż czapkę z okrągłym dnem, twarzy surowej, męskiej; druga była to młoda panna wzrostu wyniosłego, rysów pańskich i bardzo foremnych. Na ramieniu tej młodej pani siedział spokojnie raróg i rozstrzępiwszy pióra na piersiach muskał je dziobem. Namiestnik osadził konia, aż kopyta wryły się w piasek gościńca,
i rękę podniósł do czapki zmieszany i nie wiedzący, co ma mówić… (…) …spod kuniego kapturka spojrzały nań takie oczy, jakich jak życie swoje nie widział, czarne, aksamitne, a łzawe, a mieniące się, a ogniste… Nad tymi oczami jedwabne ciemne brwi rysowały się dwoma delikatnymi łukami, zarumienione policzki kwitnęły jak kwiat najpiękniejszy, przez malinowe wargi, trochę otwarte, widniały ząbki jak perły, spod kapturka spływały bujne czarne warkocze. (…) Stał tedy nasz porucznik bez czapki
i zapatrzył się jak w cudowny obraz, i tylko oczy mu się świeciły, a za serce chwytało go coś jak ręką. (…)

…w tej chwili nadjechał poseł i pan Longinus, a z nimi sokolnik z obręczą. Co widząc bogini nadstawiła rarogowi rękę, na której ten zaraz, zszedłszy z ramienia, usadowił się przestępując z nogi na nogę. Namiestnik uprzedzając sokolniczego chciał zdjąć ptaka, gdy nagle stał się dziwny omen. Oto raróg, pozostawiwszy jedną nogę na ręku panny, drugą chwycił się namiestnikowej dłoni i zamiast przesiąść się, począł kwilić radośnie i przyciągać te ręce ku sobie tak silnie, że się musiały zetknąć.
Po namiestniku mrowie przeszło, raróg zaś dopiero wtedy dał się przenieść na obręcz, gdy sokolnik nałożył mu kaptur na głowę. A wtem starsza pani zaczęła wyrzekać:
– Rycerze! – mówiła – ktokolwiek jesteście, nie odmawiajcie pomocy białogłowom... (…) Do domu nam już nie dalej jak trzy mile, ale w kolasce osie popękały… (…)
Stara szlachcianka mówiła prędko i głosem tak grubym, że namiestnik aż się zadziwił, wszelako odrzekł grzecznie:
– Nie dopuszczajże jejmość tej myśli, byśmy panią i nadobną jej córkę mieli bez pomocy zostawić. Jedziemy do Łubiów,
gdyż żołnierzami w służbie J. O. księcia Jeremiego jesteśmy, i podobno nam droga w jedną stronę wypada, a choćby też nie,
to zboczymy chętnie, byle się nasza asystencja nie uprzykrzyła. (…)

Poseł… rozkazał sokolniczemu skoczyć po wozy, które były znacznie z tyłu zostały. (…)
– Niech Bóg zapłaci imć panom za pomoc. A że do Łubiów droga jeszcze daleka, nie pogardzicie moim i moich synów dachem,
pod którym radzi wam będziemy. My z Rozłogów-Siromachów, ja wdowa po kniaziu Kurcewiczu Bułyże, a to nie jest moja córka, jeno córka po starszym Kurcewiczu, bracie mego męża, któren sierotę swą nam na opiekę oddał. (…) …wtem z dala pokazały się wozy nadjeżdżające kłusem wśród gromady karałaszów poselskich i żołnierzy pana Skrzetuskiego.
– To jejmość pani wdowa po kniaziu Wasylu Kurcewiczu? – spytał namiestnik.
– Nie! – zaprzeczyła żywo i jakby gniewliwie kniahini. – Jam wdowa po Konstantynie, a to jest córka Wasyla, Helena – rzekła wskazując pannę.
- O kniaziu Wasylu wiele w Łubniach rozpowiadają. Był to żołnierz wielki i nieboszczyka księcia Michała zaufany. (…)
I znowu jedwabne zasłony oczu kniaziówny podniosły się, a wzrok jej napotkał męskie i szlachetne oblicze młodego żołnierza
i spojrzenie tak pełne zachwytu, że ciemny rumieniec pokrył jej twarz. Ale nie spuszczała już wzroku ku ziemi i przez chwilę on pił słodycz jej cudnych oczu. (…)

…tę chwilę zachwytu przerwał im ostry głos kniahini Konstantowej wołającej na kniaziównę. Wozy nadeszły. Karałasze poczęli przenosić na nie pakunki z kolaski i za chwilę wszystko było gotowe. (…) Ruszono w drogę. (…) Pan Skrzetuski jechał po stronie kniaziówny… (…) Wjechali w las, ale zaledwie ujechali kilka staj, gdy dał się słyszeć tętent koni i pięciu jeźdźców ukazało się przed karawaną. Byli to młodzi kniaziowie, którzy zawiadomieni przez woźnicę o wypadku, jaki spotkał matkę, śpieszyli na jej spotkanie prowadząc z sobą wóz zaprzężony w cztery konie.
– Czy to wy synkowie? – wołała stara kniahini.
Jeźdźcy przybliżyli się do wozów.
- My, matko!
- Bywajcie! Dzięki tym oto ichmościom nie potrzebuję już pomocy. To moi synkowie, których polecam łasce mości panów: Symeon, Jur, Andrzej i Mikołaj – a to kto piąty? (…)
Kniaziówna cofnęła się nagle w głąb kolaski.
– Czołem wam, kniahini, i wam, kniaziówno Heleno! – rzekł piąty jeździec.
– Bohun! – mówiła stara. – Od pułku przybyłeś, sokole? A z teorbanem? Witajże, witaj! (…)

– To jejmość pani pięciu masz synów? – zagadnął pan Rozwan Ursu.
– Miałam pięciu jak lwów – rzecze kniahini – ale najstarszemu, Wasylowi, poganie w Białogrodzie oczy wykapali pochodniami,
od czego mu też i rozum się nadwerężył. Gdy młodzi pójdą na wyprawę, ja sama w domu zostaję, z nim tylko i z jejmościanką,
z którą większa bieda niż pociecha.
Pogardliwy ton, z jakim stara kniahini mówiła o swej synowicy, tak był widoczny, że nie uszedł uwagi porucznika. Pierś mu zawrzała gniewem i o mało nie zaklął szpetnie, ale słowa zamarły mu na ustach, gdy spojrzawszy na kniaziównę ujrzał
przy świetle księżyca oczy jej zalane łzami…
– Co waćpannie jest? czego płaczesz? – spytał z cicha. Kniaziówna milczała. (…)
– Na Boga, przemów choć słowo, bo Bóg widzi, że i krew, i zdrowie bym oddał, byle ciebie pocieszyć.
Nagle uczuł, że jeden z jeźdźców napiera go tak silnie, że aż konie poczynają się trzeć bokami. (…) …Skrzetuski zdziwiony,
ale i rozgniewany, zwrócił się ku śmiałkowi. Przy świetle księżyca ujrzał dwoje oczu, które patrzyły na niego zuchwale, wyzywająco
i szyderczo zarazem. (…) Ten Bohun widocznie szukał okazji i byłby ją znalazł, ale dlaczego szukał? Skąd ta niespodziewana napaść? Przez głowę namiestnika przeleciała myśl, że tu kniaziówna wchodziła do gry, i utwierdził się w tej myśli,
gdy spojrzawszy na twarz jej ujrzał mimo mroków nocnych, że twarz ta była blada jak płótno i że widocznie malowało się na niej przerażenie. (…)

– Widać, niespełna rozumu – odpowiedział pogardliwie pan Skrzetuski. – Czy to Kozak w służbie synów imci pani?
Stara kniahini rzuciła się w tył kolaski.
– Co waćpan mówisz! To jest Bohun, podpułkownik, przesławny junak, synom moim druh, a mnie jak szósty syn przybrany. (…)
Ze wszystkich watażków on jeden najlepiej uosabiał Kozaka-rycerza, dlatego też pieśń wybrała go sobie na kochanka, a imię jego rozsławiło się na całej Ukrainie. W ostatnich czasach został podpułkownikiem perejasławskim, ale pułkownikowską władzę sprawował, bo stary Łoboda słabo już trzymał buławę krzepnącą dłonią. (…)

…wozy minęły już jar i z dala ukazały się światła w Rozłogach. (…)

Rozdział IV

Kurcewicze Bułyhowie był to stary książęcy ród, który się Kurczem pieczętował, od Koriata wywodził, a podobno istotnie szedł
od Ruryka. (…) …kniaź Wasyl… wszedł na służbę księcia Michała Wiśniowieckiego, ojca przesławnego „Jaremy”. Okrywszy się sławą w tej służbie i znaczne posługi rycerskie księciu oddawszy, otrzymał od tegoż w dziedzictwo Krasne Rozłogi, które potem
dla wielkiej mnogości wilków Wilczymi Rozłogami przezwano… W roku 1629 przeszedłszy na obrządek łaciński ożenił się
z Rahozianką, panną z zacnego domu szlacheckiego… Z małżeństwa tego rok później przyszła na świat córka Helena; matka umarła przy jej urodzeniu, książę Wasyl zaś, nie myśląc już o powtórnym ożenku, oddał się całkiem gospodarstwu i wychowaniu jedynaczki. Był to człowiek wielkiego charakteru i niepospolitej cnoty. …pomyślał zaraz o starszym swym bracie Konstantynie… (…) Tego wraz z żoną i pięcioma synami do Rozłogów sprowadził i każdym kawałkiem chleba się z nimi dzielił. W ten sposób obaj Kurcewicze żyli w spokoju aż do końca 1634 roku, w którym Wasyl z królem Władysławem pod Smoleńsk ruszył.

Tam to zaszedł ów nieszczęsny wypadek, który zgubę jego spowodował. W obozie królewskim przejęto list pisany do Szehina, podpisany nazwiskiem kniazia i przypieczętowany Kurczem. (…) Na próżno Wasyl świadczył się Bogiem, że ni ręka, ni podpis
na liście nie są jego – herb Kurcz na pieczęci usuwał wszelkie wątpliwości, w zgubienie zaś sygnetu, czym się kniaź tłumaczył, nikt wierzyć nie chciał – ostatecznie nieszczęśliwy kniaź, pro crimine perduelionis skazany na utratę czci i gardła, musiał się ucieczką salwować. Przybywszy nocą do Rozłogów zaklął brata Konstantyna na wszystkie świętości, by jak ojciec opiekował się jego córką – i odjechał na zawsze. (…) Wkrótce przestano o nim mówić, a przypomniano go sobie dopiero, gdy wyszła na jaw jego niewinność. Niejaki Kupcewicz, Witebszczanin, umierając zeznał, jako on pisał pod Smoleńskiem list do Szehina i znalezionym
w obozie sygnetem go przypieczętował. (…) Wyrok został zmieniony, imię księcia Wasyla do sławy przywrócone, ale dla niego samego nagroda za mękę przyszła za późno. (…)

Helena chowała się więc spokojnie w Rozłogach pod czułą opieką stryja – i dopiero po jego śmierci zaczęły się dla niej ciężkie czasy. Żona Konstantyna, z rodziny wątpliwego pochodzenia, była to kobieta surowa, popędliwa a energiczna, którą mąż jeden utrzymać w ryzie umiał. Po jego śmierci zagarnęła w żelazne ręce rządy w Rozłogach. (…) W Rozłogach też usadowiła się
na dobre i poczęła je uważać za swoją i swoich synów własność. (…) Gdy poseł i pan Skrzetuski zajechali przez bramę ze swymi wozami, ujrzeli nie dwór, ale raczej obszerną szopę z ogromnych bierwion dębowych zbitą, z wąskimi, podobnymi do strzelnic oknami. (…) Widocznie było to miejsce obronne, przeciw napadom i zajazdom zabezpieczone. (…) Tymczasem młodzi kniaziowie podejmowali gości szczerze i z wielką ochotą, lubo – mało otarci w świecie – czynili to manierą tak niezgrabną, iż namiestnik zaledwie mógł uśmiech powściągnąć. (…) Tymczasem kniahini, szarpnąwszy Bohuna za rękaw, wyprowadziła go do innej komnaty.
– Słysz, Bohun – rzekła pośpiesznie – nie mam czasu długo gadać. Widziałam, że ty tego młodego szlachcica na ząb wziął
i zaczepki z nim szukasz? (…)
– Nie gniewajcie się, kniahini. Skoro inaczej nie można, to będę im niczym tureckie bakalie słodki. Zębem nie zgrzytnę, do głowni nie sięgnę, choćby mnie gniew i pożarł, choćby dusza jęczeć miała. Niechże będzie wasza wola! (…)
Wrócili do gościnnej komnaty, w której kniaziowie, nie wiedząc, jak gości bawić, wciąż ich zapraszali, by byli sobie radzi, i kłaniali im się w pas. Tu zaraz pan Skrzetuski spojrzał ostro a dumnie w oczy Bohunowi, ale nie znalazł w nich ni zaczepki, ni wyzwania. (…)

W tej chwili drzwi się otworzyły i do komnaty wszedł z wolna Wasyl, najstarszy z Kurcewiczów, prowadzony za rękę przez Helenę. (…)
– W imię Boga i Ojca… – mówił. – Jeśli apostołami jesteście i dobre nowiny niesiecie, witajcie w progach chrześcijańskich. Amen. (…)
Tymczasem Helena posadziła go na krześle, sama zaś, wybiegłszy do sieni, wróciła po chwili z lutnią w ręku. Ciche dźwięki ozwały się w komnacie, a do wtóru im kniaziówna poczęła śpiewać pieśń pobożną:

I w noc, i we dnie wołam do Cię, Panie!
Pofolguj męce i łzom żałośliwym,
Bądź mnie, grzesznemu, ojcem miłościwym,
Usłysz wołanie! (…)

Wskażże mi drogę, o Panie nad pany,
Bom jako pątnik na pustyń bezdrożu
Lub jak wśród fali na niezmiernym morzu
Korab zbłąkany. (…)


Z zachwytu rozbudziły go dopiero słowa starej kniahini:
– Dość tego! Już on się teraz nieprędko rozbudzi. A tymczasem proszę ichmościów na wieczerzę. (…)
Pan Rozwan, jako kawaler wielkich manier, podał ramię kniahini, co widząc pan Skrzetuski sunął zaraz do kniaziówny Heleny. (…) Przy wieczerzy mignęła mu kilkakroć twarz Bohuna, która była zmieniona bardzo i blada, ale namiestnik mając wzajemność Heleny nie dbał o tego współzawodnika. (…) Wieczerza była skończona – ale miodu dolewano ciągle do kusztyków. Przyszli też kozaczkowie wezwani do tańcowania na tym większą ochotę. (…) …pan Skrzetuski sunął z Heleną do tańca. (…) W zawrotach tańca długie jej warkocze omotały mu szyję, jakby dziewczyna chciała go przywiązać do siebie na zawsze. Nie wytrzymał tedy szlachcic, ale gdy rozumiał, że nikt nie patrzy, pochylił się i z całej mocy pocałował jej słodkie usta.

Późno w noc znalazłszy się sam na sam z panem Longinem w izbie…
– To waćpan zakochał się w kniaziównie?
– Nie inaczej, jako żyw tu przed waćpanem siedzę. (…)
Wejście sługi przerwało dalszą rozmowę. Był to stary Tatar o bystrych, czarnych oczach i pomarszczonej jak suszone jabłko twarzy (…) Tatar zbliżył się do Skrzetuskiego i mruknął:
– Mam dla waszmości pana słówko od panny. (…)
Tatar wydobył zza rękawa kawałek wstążki:
– Panna przysyła waszmość panu tę szarfę i to kazała powiedzieć, że miłuje go z całej duszy. (…)
- (…) Wiernyś, jak widzę, sługa kniaziówny. Naściże trzeciego talera. Dawno służysz?
– Ho, ho! czterdzieści lat temu, jak mnie kniaź Wasyl w jasyr wziął – i od tej pory służyłem mu wiernie, a gdy onej nocy odjeżdżał na przepadłe imię, to dziecko Konstantynu zostawił, a do mnie rzekł: „Czechły! i ty nie odstąpisz dziewczyny, i będziesz jej strzegł jak oka w głowie”. (…)
– Tak też i czynisz?
– Tak też i czynię, i patrzę.
– Mów, co widzisz: Jak tu kniaziównie? (…)
– Oni chcą ją dać Bohunowi, by ją wziął i poniósł jako wilk jagnię, a ich w Rozłogach zostawił – bo Rozłogi jej, nie ich, po kniaziu Wasylu. On też Bohun to uczynić gotów, bo po komyszach więcej ma złota i srebra niżeli piasku w Rozłogach, ale ona ma go
w nienawiści od pory, jak przy niej człowieka czekanem rozszczepił. (…)
Namiestnik tej nocy usnąć nie mógł. Chodził po izbie, patrzył w księżyc i w myśli różne ważył postanowienia. Zrozumiał teraz grę Bułyhów. (…) Szaro już robiło się na świecie, gdy pan Skrzetuski rzucił się na posłanie. Spał twardo i nazajutrz zbudził się
z gotowym postanowieniem. (…) W gościnnej izbie poseł pokrzepiał się polewką w towarzystwie Kurcewiczów i starej kniahini; Bohuna tylko nie było… (…) Posiliwszy się Skrzetuski rzekł:

– Mości pani! …mam ja tu ważną sprawę, o której bym chciał z jejmość panią i z ichmość jej synami kilka słów na osobności pomówić. (…)
Namiestnik utkwił w niej wzrok bystry, surowy prawie, i rzekł: (…)
– …przedstawiam jejmość pani i ichmościom, jako opiekunom, moją pokorną prośbę, byście mi księżniczkę Helenę za żonę oddać raczyli.
– Wybacz waćpan – odrzekła ochłonąwszy kniahini, a głos jej stał się suchy i ostry – zaszczyt to dla nas niemały prośba takiego kawalera, ale nie może z niej nic być, gdyż Helenę obiecałam już komu innemu.
– Zważ wszelako waćpani, jako troskliwa opiekunka, czy to nie było przeciw woli kniaziówny i czym nie lepszy niźli ten, komu ją waćpani obiecałaś.
– Mości panie! Kto lepszy, mnie sądzić. Możesz być i najlepszy, wszystko nam jedno, bo cię nie znamy.
Na to namiestnik wyprostował się jeszcze dumniej, a spojrzenia jego stały się jako noże ostre, choć zimne.
– Ale ja was znam, zdrajcy! – huknął. – Chcecie krewniaczkę chłopu oddać, byle was tylko w zagarniętej nieprawnie włości zostawił…
– Sam zdrajco! – krzyknęła kniahini. – Tak to za gościnę płacisz? (…) Do księcia pójdziesz? – wołała kniahini – a wiesz-li, czy żyw stąd wyjdziesz? czy to nie ostatnia twoja godzina? (…)
– Jako książęcy poseł z Krymu wracam – rzekł – i niech tu jedną kroplę krwi uronię, a w trzy dni i popiołu z tego miejsca
nie zostanie, wy zaś pognijecie w lochach łubniańskich. Jest-li na świecie moc, co by was uchronić zdołała? Nie groźcie, bo was się nie boję! (…)

Namiestnik był panem położenia. (…)
- Mościa pani, a mnie czas w drogę, wybaczcie więc, że raz jeszcze powtórzę: wybierajcie! (…)
Symeon poszedł po Helenę i po chwili ukazał się z nią w sieni. (…)
– Mościa panno! – rzekła ponuro kniahini ukazując na Skrzetuskiego – jeśli masz wolę po temu, to jest twój przyszły mąż.
Helena zbladła jak ściana i krzyknąwszy zakryła oczy rękoma, a potem nagle wyciągnęła je ku Skrzetuskiemu.
– Prawda-li to? – szeptała w upojeniu.
W godzinę później orszak posła i namiestnikowy posuwał się z wolna leśnym gościńcem w stronę Łubniów. (…)

Rozdział V

Przybywszy do Łubniów nie zastał pan Skrzetuski w domu księcia, który był do pana Suffczyńskiego, dawniejszego swego dworzanina, do Sieńczy na chrzciny pojechał… Dano tedy znać do Sieńczy i o powrocie z Krymu namiestnika, i o przybyciu posła; tymczasem znajomi i towarzysze witali radośnie po długiej podróży Skrzetuskiego, a zwłaszcza pan Wołodyjowski, który
po ostatnim pojedynku był najbliższym naszemu namiestnikowi przyjacielem. (…) …książę z Sieńczy przyjechał, a z nim panowie Budzyński i Lassota oraz cały dwór i dużo szlachty w kilkudziesięciu kolaskach… (…)

Był to bowiem pan nadzwyczaj tkliwego serca i dla żołnierzów ojciec prawdziwy. Dyscypliny przestrzegał żelaznej,
ale pod względem hojności, łaskawego traktowania ludzi i opieki, jaką otaczał nie tylko ich samych, ale ich dzieci i żony, nikt się
z nim nie mógł porównać. Dla buntów straszny i niemiłosierny, był jednak prawdziwym dobrodziejem nie tylko szlachty,
ale i całego swego ludu. Gdy w czterdziestym szóstym roku szarańcza zniszczyła plony, to czynszownikom za cały rok czynsz odpuścił, poddanym kazał wydawać zboże ze spichlerzów, a po pożarze w Chorolu wszystkich mieszczan przez dwa miesiące swoim kosztem żywił. Dzierżawcy i podstarościowie w ekonomiach drżeli, by do uszu księcia wieść o jakowych nadużyciach
lub krzywdach ludowi czynionych nie doszła. Sierotom taka była opieka zapewniona, że przezywano je na Zadnieprzu „książęcymi detynami”. Czuwała nad tym sama księżna Gryzelda przy pomocy ojca Muchowieckiego. Ład ten panował
we wszystkich ziemiach książęcych, dostatek, sprawiedliwość, spokój, ale i strach, bo w razie najmniejszego oporu nie znał książę miary w gniewie i karaniu, tak w jego naturze łączyła się wspaniałomyślność ze srogością. (…)

Pan Longinus Podbipięta, pierwszy raz w życiu księcia… ujrzawszy, własnym oczom uwierzyć nie mógł. Słysząc bowiem tyle
o sławie jego wyobrażał sobie, że musi to być jakiś olbrzym o głowę rodzaj ludzki przewyższający, a tymczasem książę był wzrostu prawie małego i dość szczupły. Młody był jeszcze, liczył dopiero trzydziesty szósty rok życia, ale na twarzy jego widne już były trudy wojenne. O ile bowiem w Łubniach żył jak król prawdziwy, o tyle w czasie licznych wypraw i pochodów dzielił niewczasy prostego towarzysza, jadał czarny chleb i sypiał na ziemi na wojłoku… (…)

Wszelako oblicze to na pierwszy rzut oka zdradzało nadzwyczajnego człowieka. Malowała się w nim żelazna, nieugięta wola
i majestat, przed którym każdy mimo woli musiał uchylić głowy. (…) Było w księciu Jeremim coś, co mimo wrodzonej mu łaskawości trzymało ludzi w oddaleniu. Kochając żołnierzów, on sam poufalił się z nimi; z nim nikt nie śmiał się poufalić.
A jednakże rycerstwo, gdyby mu kazał konno w przepaście Dnieprowe skoczyć, uczyniłoby to bez wahania. (…) Nosił się
po polsku, o ubiór niezbyt dbał i tylko na wielkie uroczystości nakładał szaty kosztowne… (…) Pan Longin w kilka dni później był obecny na takiej uroczystości, gdy książę dawał posłuchanie panu Rozwanowi Ursu. (…) Pan Rozwan prosił w imieniu hospodara, by książę swym wpływem i grozą imienia wyrobił u chana zakaz Tatarom budziackim wpadania do Wołoszczyzny… (…) Pan Skrzetuski poprzednio już zdał relację ze swego poselstwa i podróży oraz ze wszystkiego, co słyszał o Chmielnickim i jego na Sicz ucieczce. (…) Życie zaczęło płynąć jednostajnie. Książę zajęty był lustracjami dóbr ogromnych i co rano zamykał się
z komisarzami nadjeżdżającymi z całej Rusi i Sandomierskiego – więc nawet ćwiczenia wojskowe rzadko tylko mogły się odbywać. (…)

…Helena miała pozostawać pod opieką, której Skrzetuski nie ufał, w prawdziwym wilczym gnieździe, wśród ludzi nieokrzesanych, dzikich, a Skrzetuskiemu niechętnych. Wprawdzie dla własnego dobra powinni mu byli słowa dotrzymać – i prawie nie mieli innej drogi – ale któż mógł odgadnąć, co wymyślą, na co się odważą, zwłaszcza gdy ciążył nad nimi straszliwy watażka, którego widocznie i kochali, i bali się jednocześnie. (…) Pan Skrzetuski trząsł się jak w febrze na tę myśl, targał się jak wilk na łańcuchu, żałował swego rycerskiego słowa danego kniahini – i nie wiedział co ma począć. (…) Postanowił więc działać. Miał on pacholika Rzędziana, szlachcica chodaczkowego z Podlasia, lat szesnastu, ale franta kutego na cztery nogi, z którym niejeden stary wyga nie mógł iść o lepsze, i tego postanowił wysłać do Heleny oraz na przeszpiegi. (…) Pan Skrzetuski zaopatrzył go w list, papier, pióra i flaszkę inkaustu, której kazał mu jak oka w głowie pilnować, bo pamiętał, że tych rzeczy nie masz w Rozłogach. (…)

Dla pana Skrzetuskiego rozpoczęły się ciężkie dni oczekiwania. Dla zabicia czasu ścinał się w palcaty z panem Wołodyjowskim, wielkim mistrzem w tej sztuce, lub dzirytem do pierścienia rzucał. (…) Łatwo więc sobie wyobrazić radość pana Jana,
gdy pewnego dnia o świcie wszedł do jego kwatery Rzędzian, zabłocony, zmęczony, wymizerowany, ale wesół i z dobrą wieścią wypisaną na czole. Namiestnik jak się zerwał wprost z łoża, tak przybiegłszy do niego chwycił go za ramiona i krzyknął:
– Listy masz?
– Mam, panie. Oto są.
Namiestnik porwał i zaczął czytać. (…) List kończył się zapewnieniami stałej a poczciwej miłości, jaką właśnie przyszła żona mężowi winna. W ogóle zaś przeglądało z niego istotnie serce czyste, dlatego też namiestnik odczytywał ten list serdeczny
po kilkanaście razy od początku do końca, powtarzając sobie w duszy: „Moja wdzięczna dziewko! niechże mnie Bóg opuści, jeśli cię kiedy zaniecham.” (…)

Rzędzian wyszedł, a namiestnik zostawszy sam zaczął na nowo odczytywać list Heleny i do ust przyciskać te literki nie tak kształtne jak ręka, która je kreśliła. (…) I przybrawszy się, z jaśniejącą twarzą, z pełną od szczęścia piersią, szedł do kaplicy,
by Bogu naprzód za dobrą nowinę pokornie podziękować. (…)

Rozdział VI

Na całej Ukrainie i Zadnieprzu poczęły zrywać się jakieś szumy, jakoby zwiastuny burzy bliskiej; jakieś dziwne wieści przelatywały od sioła do sioła, od futoru do futoru, na kształt owych roślin, które jesienią wiatr po stepach żenie, a które lud perekotypolem zowie. (…) Tym ciężej, tym duszniej było, że nikt nie umiał niebezpieczeństwa wskazać. (…) Zaczęto mówić
o Chmielnickim, o jego na Sicz ucieczce i o grodowych z Czerkas, Bogusławia, Korsunia i innych miast, zbiegłych za nim… (…) Niepokój ów przedarł się i za mury łubniańskie. Na te wszystkie oznaki niepodobna było oczu zamykać, a zwłaszcza nie miał tego zwyczaju książę Jeremi. (…) Niepokój ów przedarł się i za mury łubniańskie. Na te wszystkie oznaki niepodobna było oczu zamykać, a zwłaszcza nie miał tego zwyczaju książę Jeremi. (…) Porozsyłał więc książę posłańców: do pana krakowskiego,
do pana Kalinowskiego, do Łobody w Perejasławiu, a sam ściągnął stada ze stepów i wojsko z pałanek. (…) Jeden stary chorąży Zaćwilichowski przesłał list zaklinający księcia, żeby niczego nie lekceważyć, bo wielka burza idzie od Dzikich Pól. O Chmielnickim donosił, że z Siczy do Krymu pognał, by chana o pomoc prosić. (…) Książę ufał Zaćwilichowskiemu więcej niż samym hetmanom, bo wiedział, iż nikt na całej Rusi nie zna tak Kozaków i ich fortelów, postanowił więc jak najwięcej wojsk ściągnąć, a jednocześnie do gruntu prawdy dotrzeć.

Pewnego więc rana kazał przywołać do siebie pana Bychowca, porucznika chorągwi wołoskiej, i rzekł mu:
– Pojedziesz waść ode mnie w poselstwie na Sicz do pana atamana koszowego i oddasz mu ten list z moją hospodyńską pieczęcią. Ale żebyś wiedział, czego się trzymać, to ci powiem tak: list jest pozór, a zaś waga cała poselstwa w waszmościnym rozumie spoczywa, abyś na wszystko patrzył, co się tam dzieje, ile wojska zwołali i czy jeszcze zwojują. (…) Usłyszawszy to Skrzetuski poleciał do księcia i natychmiast kazał się przez pazia meldować. (…)
– Mości książę, przyszedłem błagać najpokorniej, by mnie ekspedycja na Sicz była powierzoną. (…)
I tu zaczął opowiadać, jak poznał córkę kniazia Wasyla, jak się w niej rozkochał i jakby pragnął teraz ją odwiedzić,
a za powrotem z Siczy do Łubniów ją sprowadzić, by przed zawieruchą kozacką i natarczywością Bohuna ją uchronić. (…)
– Ja bym ci i tak jechać pozwolił i ludzi dał, aleś gdy tak wszystko mądrze ułożył, by własny afekt z oną funkcją pogodzić, tedy muszę już to dla ciebie uczynić. (…)

Namiestnik ucałował z radości rękę księcia, ten zaś za głowę go ścisnął i spokojnym być rozkazał. Lubił on niezmiernie Skrzetuskiego, jako dzielnego żołnierza i oficera, na którego we wszystkim można się było spuścić. Prócz tego był między nimi taki związek, jaki wytwarza się między podwładnym uwielbiającym z całej duszy zwierzchnika a zwierzchnikiem, który to czuje dobrze. (…) Wiedział, że Skrzetuski był człowiek jak łza – cenił go więc i był mu wdzięczny za uczucie. (…) Z radością dowiedział się także, że jego ulubieniec pokochał córkę Wasyla Kurcewicza, starego sługi Wiśniowieckich, którego pamięć była tym droższą księciu, im była żałośniejszą. (…) …kwapił się namiestnik z wyjazdem i ułatwiwszy wszystko, wziąwszy listy i instrukcje
od księcia, a pieniądze na ekspedycję od skarbnika, dobrze jeszcze przed nocą puścił się w drogę mając z sobą Rzędziana
i czterdziestu semenów z kozackiej książęcej chorągwi. (…)

Rozdział VII

Było to już w drugiej połowie marca. (…) Rankiem namiestnik, jadąc na czele swych ludzi, jechał jakby morzem, którego falą ruchliwą była kołysana wiatrem trawa. (…) …drugiego dnia o południu, przejechawszy szmat lasu, dojrzał już wiatraki
w Rozłogach rozrzucone po wzgórzach i pobliskich mogiłach. Serce mu biło jak młotem. (…) Namiestnik wspiął konia i kopnął się cwałem, a za nim pocztowi; lecieli tak przez wieś z brzękiem i gwarem. (…) …dolecieli do majdanu i stanęli przed bramą zawartą.
– Hej tam! kto żyw, otwieraj! (…)
Otworzono bramę, a wtem i sama kniahini wyszła przed sień i przykrywszy oczy ręką, patrzyła na przybyłych. (…)
– Dziwisz się zapewne waćpani – rzekł Skrzetuski, gdy weszli już do środka – widząc mnie w Rozłogach, a przeciem słowa
nie złamał, gdyż to sam książę do Czehryna i dalej mnie posyła. Kazał mi przy tym w Rozłogach się zatrzymać i o wasze zdrowie zapytać.
– Wdzięcznam jego książęcej mości jako łaskawemu panu i dobrodziejowi. (…)

W tej chwili jednak Helena, choć i nie wołana, wbiegła do komnaty, bo się od Tatara Czechły dowiedziała, kto przyjechał. (…) Skrzetuski skoczył jej ręce całować, a gdy kniahini dyskretnie wyszła, całował i usta, bo był człowiek porywczy. Ona też
nie broniła się bardzo, czując, że niemoc opanowywa ją ze zbytku szczęścia i radości. (…)
– Z a jaki miesiąc z Siczy wrócę, ruszymy do Łubniów – rzekł namiestnik zwracając się do Heleny – a tam ksiądz Muchowiecki
ze stułą czeka. (…)
Po skończonym obiedzie namiestnik z Heleną wyszli do sadu wiśniowego, który tuż do fosy za majdanem przytykał. (…) Wieczorem nadeszła chwila czułego, długiego pożegnania – i namiestnik ruszył ku Czehrynowi. (…)

Rozdział VIII

W Czehrynie zastał pan Skrzetuski starego Zaćwilichowskiego w wielkim wzruszeniu i gorączce; wyglądał on niecierpliwie książęcego posłańca, bo z Siczy coraz groźniejsze dochodziły wieści. Nie ulegało już wątpliwości, że Chmielnicki gotował się zbrojną ręką swoich krzywd i dawnych kozackich przywilejów dochodzić. (…) Mimo niebezpieczeństw tej podróży, o których mu prawił Zaćwilichowski, namiestnik nie bez pewnego ukontentowania myślał o niej. (…) Nie spodziewał się też, co prawda, stamtąd nie wrócić. Co poseł, to poseł, zwłaszcza od księcia Jeremiego. (…) …nagle Skrzetuskiemu wydało się, że spostrzega dwie jakieś znane postacie zmierzające ku Dzwonieckiemu Kątowi, gdzie był sklep Wołocha Dopuła. Przypatrzył się pilnie: był to pan Zagłoba z Bohunem. Szli trzymając się pod ręce i wkrótce znikli w ciemnych drzwiach, nad którymi sterczała wiecha oznaczająca szynk
i winiarnię. (…)

– Słuchaj no, Rzędzian: pójdziesz do winiarni, ot, tam pod wiechę; znajdziesz tam grubego szlachcica z dziurą w czele i powiesz mu, że ktoś, co ma pilną do niego sprawę, chce go widzieć. A jeśliby pytał kto, nie mów.
Rzędzian skoczył i po niejakim czasie namiestnik ujrzał go wracającego w towarzystwie pana Zagłoby.
– Witaj waszmość! – rzekł pan Skrzetuski, gdy szlachcic ukazał się we drzwiach izby. – Czy mnie sobie przypominasz?
– Czy sobie przypominam? Niechże mnie Tatarzy na łój przetopią i świece ze mnie do meczetów porobią, jeślim zapomniał! Waść to kilka miesięcy temu otworzyłeś drzwi u Dopuła Czaplińskim… (…)
– A ówże Bohun co tu porabia?
– On? Nadstawia ucha, co od Siczy słychać, jak i inni. Po to tu przybył. To kochanek wszystkich Kozaków. (…)

Dalszą rozmowę przerwało wejście Zaćwilichowskiego.
– No, mości namiestniku – rzekł stary chorąży – bajdaki gotowe, przewoźników masz ludzi pewnych: ruszajże w imię boże, choćby i zaraz. A oto listy.
– To każę ludziom zaraz ruszać na brzeg.
– A gdzie waść się wybierasz? – spytał pan Zagłoba.
– Do Kudaku. (…)
– Na koń i na brzeg! – zakomenderował pan Skrzetuski. – Konie wprowadzić na statki i czekać na mnie! (…)
Zaćwilichowski nalał miarkę: – Za szczęśliwą podróż!
– I zdrowy powrót! – dodał pan Zagłoba. (…)
Ludzie pana Skrzetuskiego siedzieli już w bajdakach. (…) Zaskrzypiały wiosła i plusnęły o wodę, bajdaki popłynęły. Ogień palący się na brzegu począł oddalać się szybko. Przez długi czas Skrzetuski widział jeszcze sędziwą postać chorążego oświeconą płomieniem stosu i jakiś smutek ścisnął mu nagle serce. (…) Wypłynęli z ujścia Taśminowego na Dniepr. (…) Skrzetuski obwinął się w burkę i położył na posłaniu, które umościli dla niego żołnierze. Począł myśleć o Helenie, o tym, że ona dotąd nie w Łubniach, że Bohun został, a on odjeżdża. (…)

Rozdział IX

Nazajutrz zbudził się świeży, zdrów i z weselszą myślą. Pogoda była cudna. (…) Namiestnik przypatrywał się z ciekawością temu życiu rzecznemu, a tymczasem bajdaki jego mknęły szybko ku Kudakowi. (…) Wieczorem przybyli do wyspy Romanówki, której ognie z daleka było widać, i zatrzymali się na nocleg. (…) Dowiedział się od rybaków namiestnik, że wszyscy Niżowcy, którzy również zajmowali się tu połowem, od kilku dni opuścili wyspę i udali się na Niż, wezwani przez atamana koszowego. (…) Nazajutrz rano wyruszyli w dalszą drogę. (…) Namiestnik jednak nie dostał się tego wieczora do zamku, bo pan Grodzicki zaprowadził taki porządek, że gdy przed zachodem słońca wybito hasło, nie wpuszczano nikogo z zamku i do zamku i gdyby nawet sam król przyjechał, musiałby nocować w Słobódce stojącej pod wałami fortecy. Tak też uczynił i namiestnik. (…) Nazajutrz świtaniem, jak tylko wydzwoniono i na trąbach wygrano „rozbudzenie”, dał znać do zamku, iż poseł książęcy przybył
i prosi o przyjęcie. Grodzicki, który świeżo miał w pamięci wizytę książęcą, sam na jego spotkanie wyszedł. Był to człowiek pięćdziesięcioletni, jednooki jak cyklop i posępny, bo siedząc w pustyni na końcu świata i nie widując ludzi zdziczał, a sprawując nieograniczoną władzę nabrał powagi i surowości. (…) Był to jednak żołnierz szczery, czujny jak żuraw, który ustawicznie oczy miał w stronę Tatarów i Kozaków wytężone. Pijał tylko wodę, nie sypiał, jak siedm godzin na dobę, częstokroć zrywał się w nocy, by obaczyć, czy straże dobrze wałów pilnują… (…)

– To tedy waszmość na Sicz jedziesz? – pytał Skrzetuskiego wprowadziwszy go poprzedni do zamku i uczęstowawszy gościnnie.
– Na Sicz. Jakie waszmość, mości komendancie, masz stamtąd nowiny?
– Wojna! Ataman koszowy ze wszystkich ługów, rzeczek i wysp ściąga Kozaków. Zbiegi z Ukrainy idą, którym przeszkadzam,
jak mogę. Wojska tam już jest na trzydzieści tysięcy albo i więcej. Gdy na Ukrainę ruszą, gdy się z nimi grodowi Kozacy i czerń połączą, będzie ich sto tysięcy. – A Chmielnicki?
– Lada dzień z Krymu z Tatarami spodziewany. (…)
To rzekłszy Grodzicki wyprowadził z izby namiestnika, by mu zamek i jego porządki pokazać. (…) Forteca była istotnie
nie do zdobycia, bo prócz armat broniły jej Dnieprowe przepaście i niedostępne skały pionowo zeskakujące w wodę;
nie potrzebowała nawet wielkiej załogi. Toteż w zamku nie stało więcej nad sześćset ludzi, ale za to co najprzebrańszego żołnierza, uzbrojonego w muszkiety i samopały. (…) Prócz tego o pół mili od zamku stała wysoka wieża, z której ośm mil wokoło widać było, a w niej stu żołnierzy, do których pan Grodzicki każdego dnia zaglądał. Ci, spostrzegłszy w okolicy lud jaki, dawali natychmiast znać do zamku, a wówczas bito w dzwony i cała załoga wnet stawała pod bronią. (…) Pod wieczór zwiedzili jeszcze wieżę, gdyż Skrzetuski pierwszy raz widząc tę zaginioną w stepach fortecę wszystkiego był ciekaw. (…) Ale przez noc nie kładł się prawie wcale spać rozmyślając, co mu czynić przystoi wobec niechybnej zguby, którą mu groziło posłowanie do straszliwej Siczy. (…)

– Rzędzian, boisz ty się śmierci? – spytał.
– Kogo? jak to śmierci? co jegomość mówi?
– Bo kto na Sicz jedzie, ten nie wraca.
– A to czemu jegomość jedzie?
– Moja wola, ty się w to nie wtrącaj, ale ciebie mi żal, boś dzieciuch, a chociażeś frant, tam się frantostwem nie wykręcisz. Wracaj do Czehryna, a potem do Łubniów. (…)
– Mój jegomość, jużci, śmierci się boję, bo kto by jej się nie bał, to by się Boga nie bał, gdyż jego to wola żywić kogoś
albo umorzyć; ale skoro jegomość dobrowolnie na śmierć leziesz, to już jegomościn będzie grzech, jako pana, nie mój, jako sługi, przeto ja jegomości nie opuszczę, bom też nie chłop żaden, jeno szlachcic, choć ubogi, ale też nie bez ambicji. (…)
– Słuchaj – rzekł do niego – pomocy mi żadnej nie dasz, ja przecie także dobrowolnie głowy pod miecz kłaść nie będę,
a do Rozłogów listy zawieziesz, na których mnie więcej jak na samym żywocie zależy. Powiesz tam jejmości i kniaziom, by zaraz, bez najmniejszej zwłoki, panienkę do Łubniów odwieźli, bo ich inaczej rebelia zaskoczy – sam też dopilnujesz, by się to stało. Ważną ci funkcję powierzam, przyjaciela godną, nie sługi. (…)
– O dla Boga! widzę, że muszę jechać… (…)
– Jutro wrócisz czajką, którą pan Grodzicki do Czehryna wysyła, dalej bez zwłoki ni odpoczynku ruszysz prosto do Rozłogów.
Tam kniahini nic nie mów, czy mi co grozi, ani panience, proś tylko, by zaraz, choćby konno, do Łubniów jechały, choćby
bez tobołów żadnych. Oto masz trzos na drogę, listy zaraz ci napiszę. (…)

Reszta nocy zeszła Skrzetuskiemu na pisaniu listów i żarliwej modlitwie, po której zaraz przyleciał do niego anioł uspokojenia. (…) Wkrótce potem Grodzicki pojawił się w komnacie.
– Mości namiestniku, czajki gotowe.
– I jam też gotów – rzekł spokojnie Skrzetuski. (…)

Rozdział X

Lotne czajki mknęły z wodą jak jaskółki, niosąc młodego rycerza i jego losy. (…) Po drodze widział pan Skrzetuski na uroczysku Kuczkasów olbrzymią mogiłę z białych kamieni, którą książę na pamiątkę swego pobytu kazał usypać, a o której pan Bogusław Maszkiewicz w Łubniach mu opowiadał. Do Siczy stąd nie było już daleko, ale że namiestnik nie chciał nocą wjeżdżać
w czertomelicki labirynt, postanowił więc zanocować na Chortycy. (…) Większa część nocy zeszła spokojnie. (…) Nagle, dobrze już ku świtaniu, stanęła przed nim jakaś ciemna postać. (…) Semenowie wnet porwali się na nogi. (…)
– A kto na brzegu?
– A wy kto? – odparł wachmistrz.
– Odpowiadaj, wraży synu, a nie, to z samopału zapytam!
– Jego wysokość pan poseł od J. O. księcia Wiśniowieckiego do atamana koszowego – wygłosił donośnie wachmistrz. (…) Na czele gromady stał stary Zaporożec olbrzymiego wzrostu, o twarzy dzikiej i okrutnej. Ten zbliżywszy się do ogniska spytał:
– A który to poseł?
Silny zapach gorzałki rozszedł się dookoła – Zaporożec był widocznie pijany.
– Który tu poseł? – powtórzył.
– Jam jest – rzekł dumnie pan Skrzetuski. (…)
– My tu z woli atamana – rzekł – pilnujem, by się nikt od Lachiw nie zbliżał, a kto się zbliży, mamy wiązać i dostawiać, co też uczynim. (…)

Wszczęła się bitwa bezładna. Zdeptane w zamieszaniu ogniska zgasły i ciemność ogarnęła walczących. Wkrótce jedni i drudzy zwarli się tak, że zabrakło miejsca do cięcia, a noże, pięści i zęby zastąpiły szable. (…) Pierwszy blask oświecił bladym światłem walkę. Od strony lądu widać było ciżbę Kozaków i Tatarów, jednych z twarzami przy kolbach „piszczeli”, drugich przegiętych w tył i ciągnących cięciwy łuków; od strony wody – dwie czajki dymiące i świecące ustawicznymi salwami wystrzałów. (…) W jednym
z czółen stał pan Skrzetuski, wyższy nad innych, dumny, spokojny, z porucznikowskim buzdyganem w ręku i z gołą głową, bo mu strzała tatarska zerwała czapkę. Wachmistrz zbliżył się ku niemu i szepnął:
– Panie, nie wytrzymamy – kupa za wielka!
Ale namiestnikowi chodziło już o to tylko, by poselstwo swoje krwią przypieczętować, pohańbienia godności nie dopuścić i zginąć nie bez sławy. (…)
– Ognia!
Czajki znów zadymiły. Z głębi wyspy poczęły napływać nowe tłumy zbrojne w spisy i kosy. (…)

Namiestnik kazał zwrócić się dwudziestu semenom ku atakującym statkom, które gnane wiosłami, pędziły z chyżością ptactwa po spokojnej wodzie rzecznej. (…)
W tej chwili wrzask straszny i wycie rozdarło powietrze. To ordyńcy ruszyli do ataku. (…)
Kilkunastu semenów dawało jeszcze odpór, a pod masztem stał pan Skrzetuski, z zakrwawioną twarzą, ze strzałą utkwioną
aż po brzechwę w lewym ramieniu, i bronił się z wściekłością. (…) Wachmistrz z drugim semenem pilnowali mu obu boków i tłum cofał się chwilami z przerażeniem przed tą trójką, ale pchany z tyłu, pchał się sam i marł pod ciosami szabel.
– Żywych brać do atamana! do atamana! – wrzeszczały głosy w tłumie. – Poddaj się!
Ale pan Skrzetuski poddawał się już tylko Bogu, bo oto pobladł nagle, zachwiał się i runął na dno statku. (…)

Rozdział XI

W chacie kantarzeja wojskowego na przedmieściu Hassan-Basza w Siczy siedziało przy stole dwóch Zaporożców pokrzepiając się palanką z prosa, którą czerpali ustawicznie z drewnianego szaflika stojącego na środku stołu. Jeden, stary, już prawie zgrzybiały, był to Fyłyp Zachar, sam kantarzej, drugi Anton Tatarczuk, ataman czehryńskiego kurzenia, człowiek około lat czterdziestu, wysoki, silny, z dzikim wyrazem twarzy i skośnymi, tatarskimi oczyma. Obaj mówili z sobą z cicha, jakby w obawie, żeby ich kto nie podsłuchał. (…)
– Słysz, kantarzeju, a ty widział, że było pismo i do mnie?
– Jużci, widziałem, bom sam listy odnosił do koszowego, a jam człowiek piśmienny. Znaleźli przy Lachu trzy pisma; jedno
do samego koszowego, drugie do ciebie, trzecie do młodego Barabasza. Wszyscy już w Siczy wiedzą o tym. (…)
Ponury odgłos kotłów, w które bito na koszowym majdanie, przerwał dalszą rozmowę. Tatarczuk usłyszawszy ten odgłos drgnął
i zerwał się na równe nogi. Nadzwyczajny niepokój malował się w jego twarzy i ruchach.

– Biją wezwanie na radę – rzekł łowiąc ustami oddech. – Sochroni Bih! Ty, Fyłyp, nie mów, o czym ja z tobą tu gadał. Sochroni Bih! (…)
Wyszli. Przedmieście Hassan Basza oddzielone było od majdanu tylko wałem opasującym kosz właściwy i bramą z wysoka basztą, na której widać było paszcze zatoczonych dział. (…) W tej chwili całe Hassan Basza jeszcze pełniejsze było ludzi
niż zwykle; zamykano kramy i szynki, wszyscy zaś śpieszyli na majdan siczowy, na którym miała się odbywać rada. Fyłyp Zachar i Anton Tatarczuk szli z innymi, ale ten ostatni ociągał się, szedł leniwo i pozwalał się wyprzedzać tłumom. (…) Fyłyp Zachar
i Tatarczuk weszli prosto do domu obrad, gdyż jeden, jako kantarzej, drugi, jako ataman kurzeniowy, mieli prawo zasiadać między starszyzną. (…) Tatarczuk zauważył, że znajomi nawet i przyjaciele udają, iż go nie widzą, zbliżył się przeto zaraz
do młodego Barabasza, który mniej więcej w takim samym był położeniu. Inni spoglądali na nich spode łbów, z czego młody Barabasz niewiele sobie robił nie rozumiejąc dobrze, o co idzie. (…) Tymczasem krzyki oewnątrz dały znać, że coś zaszło. Jakoż drzwi izby radnej otwarły się szeroko i wszedł Chmielnicki z Tuhaj-bejem. (…) Nie był to już Chmielnicki pokrzywdzony, uciekający na Sicz przez Dzikie Pola, ale Chmielnicki hetman, krwawy demon, olbrzym, mściciel własnej krzywdy na milionach. (…) …Chmielnicki umiał godzić dumę, rozsadzającą mu pierś, z pokorą tak dobrze, jak odwagę z chytrością. Był to lew i lis, orzeł
i wąż. (…)

Narada się rozpoczęła. (…) Chmielnicki począł mówić:
– Mości panowie! (…) …niemałom się zasmucił słysząc, iż mogą być między nami zdrajcy, którzy z nieszczerymi Lachami
w komitywę wchodzą i o naszej gotowości im donoszą – co jeśliby tak było, tedy ukarani być mają wedle woli i dyszkrecji mości panów. A my prosim, abyście listów wysłuchali, które tu poseł od niedruga naszego, księcia Wiśniowieckiego, przywiózł,
nie posłem, ale szpiegiem będąc i gotowość naszą i dobrą ochotę Tuhaj-beja, naszego przyjaciela, chcąc podpatrzyć
i przed Lachami zdradzić. (…)
Chmielnicki umilkł; gwar za oknami powiększał się coraz bardziej, więc pisarz wojskowy wstał i zaczął czytać… (…)
– Co mówicie, mości panowie, o tych pismach? – spytał Chmielnicki. Kozacy milczeli. (…)
– Mości panowie! – rzekł na to koszowy – ja wojska ściągam, a hetman niech prowadzi; co do posła, kiedy go do mnie przysłali,
to on mój, a kiedy mój, to wam go daruję. (…)
– Mości panowie! – rzekł Chmielnicki, gdy uciszyło się cokolwiek za oknami. – Już wy mądrze osądzili, że koszowy ataman człowiek sprawiedliwy. Ale jeśli ataman nie zdrajca, to kto zdrajca? (…)

…Anton Tatarczuk wstał i zwróciwszy się do Chmielnickiego począł mówić: – Co ja wam zrobił, mości hetmanie zaporoski,
że na śmierć moją nastajecie? W czym ja wam winien? Pisał do mnie komisar Zaćwilichowski list – taj co? To i kniaź pisał
do koszowego! A czy ja odebrał list? Nie! A jakby odebrał, to co był zrobił? Ot, poszedłby do pysara i kazałby sobie przeczytać,
bo ni pisaty, ni czytaty ne umiju. I wy by zawsze wiedzieli, co w liście. A Lacha ja i na oczy nie widział. Tak czy ja zdrajca? (…)
– …wy oba winni i proście pomiłowania atamanów, a ja z wami prosić będę, chociaż ciężka wasza wina i zdrada jawna. (…)
Tatarczuk poczuł, że jest zgubiony. (…) Zimne krople potu wystąpiły mu na czoło: zrozumiał, że już nie ma ratunku.
Co do młodego Barabasza, jasnym było, iż gubiąc go Chmielnicki chciał zemścić się nad starym pułkownikiem czerkaskim, któren synowca swego kochał głęboko. (…)
„Smert Tatarczuku! i Barabaszu na pohybel! Dawajcie zdrajców! na majdan z nimi!” – krzyczały pijane głosy. –„Bij! ubij!” – i setki rąk wyciągnęły się w tej chwili po nieszczęsne ofiary. (…) Kilka tysięcy ludzi rzuciło się na skazanych i darło ich w sztuki wyjąc
i walcząc z sobą o przystęp do ofiar. Deptano ich nogami, wyrywano kawały ciała; ciżba tłoczyła się koło nich tym strasznym konwulsyjnym ruchem rozszalałych mas. (…) Tak „towarzystwo” karało swoich zdrajców. A w izbie radnej, z chwilą jak kozactwo wywlekło za drzwi Tatarczuka i młodego Barabasza, uciszyło się znowu i atamani zajęli dawne miejsca pod ścianami,
bo z przyległego alkierza przyprowadzono więźnia. (…) Ujrzawszy go Chmielnicki drgnął. Więzień – był to pan Skrzetuski. (…)

– Ty skąd? – spytał koszowy Skrzetuskiego.
– W poselstwiem jechał do ciebie, atamanie koszowy, gdy mnie zbójcy na Chortycy napadli i wbrew obyczajom, obserwowanym
u najdzikszych narodów, ludzi mi wybili, a mnie, nie bacząc na godność mą poselską i urodzenie, zranili, znieważyli i jako jeńca tu przywiedli, o co pan mój J. O. książę Jeremi Wiśniowiecki, będzie się umiał u ciebie, atamanie koszowy, upomnieć. (…) A jam tu jechał z pismem książęcym nie zgubę waszą knować, ale od takowych was postępków powstrzymać, które nieznośny paroksyzm na Rzeczpospolitą, a na was i na całe wojsko zaporoskie ostatnią zagładę ściągną. Na kogóż to bowiem bezbożną rękę podnosicie? Przeciw komu wy, co się obrońcami chrześcijaństwa nazywacie, z pogany przymierze czynicie? Przeciw królowi, przeciw stanowi szlacheckiemu i całej Rzeczypospolitej. Wy przeto, nie ja, zdrajcami jesteście, i to wam powiadam, iż jeśli pokorą i posłuszeństwem nie zgładzicie win waszych, tedy biada wam! (…)
– Łajesz, wraży synu, by się wykręcić i śmierci ujść! (…)
– Nie myśl, atamanie koszowy, bym się śmierci obawiał albo żywota bronił, albo się z mej niewinności wywodził. Szlachcicem będąc, od równych tylko sobie sądzon być mogę i nie przed sędziami tu stoję, jeno przed zbójcami, nie przed szlachtą, jeno
przed chłopstwem, nie przed rycerstwem, jeno przed barbarzyństwem, i wiem dobrze, że się od śmierci nie wybiegam, którą wy też dopełnicie miary swej nieprawości. Przede mną jest śmierć i męka, ale za mną moc i zemsta całej Rzeczypospolitej,
przed którą drżyjcie wszyscy.
Jakoż wyniosła postawa, wzniosłość mowy i imię Rzeczypospolitej silne zrobiły wrażenie.

…przez bramę od strony Hassan Basza wpadło kilkunastu ludzi i przedzierając się przez tłum, krzycząc: „Z drogi! z drogi!”, dążyło co sił w stronę radnego domu. (…)
– Pyśmo do hetmana! – wołał stary Kozak.
– Skąd wy?
– My czehryńcy. Dzień i noc z pyśmom jidem. Oto jest.
Chmielnicki wziął list z rąk Kozaka i począł czytać. Nagle twarz zmieniła mu się, przerwał czytanie i rzekł donośnym głosem:
– Mości panowie atamani! Hetman wielki wysyła syna Stefana z wojskiem na nas. Wojna! (…) Kurzeniowi do kurzeniów! Uderzyć
z dział na wieży! Rozbić beczki z wódką! Jutro świtaniem ruszamy! (…)

Dlatego też usłyszawszy rozkazy Chmielnickiego atamanowie wypadli natychmiast do swoich kurzeniów. Narada była skończona. (…)

Rozdział XII

Chmielnicki ze Skrzetuskim poszli na nocleg do koszowego, a z nimi i Tuhaj-bej, któremu za późno było wracać na Bazawłuk. (…) …Chmielnicki zwrócił się do Tuhaj-beja.
– Tuhaj-beju! – rzekł – ile myślisz wziąć wykupna za tego jeńca?
Tuhaj-bej popatrzył na Skrzetuskiego i rzekł:
– Tyś mówił, że to znaczny człowiek, a ja wiem, że to poseł strasznego kniazia, a straszny kniaź kocha swoich. (…) Dwa tysiące talerów.
Chmielnicki na to:
– Dam ci dwa tysiące talerów.
Tatar milczał przez chwilę. Jego skośne oczy zdawały się na wskroś przenikać Chmielnickiego. (…)
– Daj cztery, to i nie będę z Lachem gadał – odparł niecierpliwie Tuhaj-bej.
– Dam cztery, na twoje słowo. (…)
Tatar rzucił się na posłanie. Po niejakim czasie począł chrapać jak koń. (…)

Chmielnicki siedział za stołem pogrążony w milczeniu.
Nagle rozbudził się, spojrzał na Skrzetuskiego i rzekł:
– Mości namiestniku, jesteś wolny.
– Wdzięczenem ci, mości hetmanie zaporoski, luboć nie ukrywam, że wolałbym komu innemu za wolność dziękować. (…)
– Od innego nie ścierpiałbym takiej mowy, ale i ty bacz, aby twa śmiałość mej cierpliwości nie pożarła. (…)
Chmielnicki wychylił nową szklankę wódki. (…) Poprzednio wypił już wiele, teraz wódka uderzała mu do głowy; stopniowo
coraz bardziej tracił przytomność. (…)

Rozdział XIII

Nazajutrz rankiem piesze i konne wojska kozackie ruszyły z Siczy. Lubo krew nie splamiła jeszcze stepów, wojna była już rozpoczęta. (…) Chmielnicki i Tuhaj-bej, obaj pod buńczukami, skoczyli ku sobie końmi i powitali się ceremonialnie. Sprawiono szyk pochodowy ze zwykłą Tatarom i Kozakom chyżością, po czym wojska ruszyły naprzód. (…) Roztoczyły się przed wojskiem Dzikie Pola jako morze bez końca, a na ten widok radość ogarnęła kozacze serca. (…) Na czele, pod wielką chorągwią malinową
i pod buńczukiem, jechał Chmielnicki przybrany w czerwień, na białym koniu, z pozłocistą buławą w ręku. (…) A od Czehryna,
z północnego krańca pustyni, płynęła przeciw tej fali inna fala wojsk koronnych pod wodzą młodego Potockiego. (…) Chmielnicki nie śpieszył się. Liczył bowiem, że im bardziej pogrąży się młody Potocki w pustynię, im dalej odsunie się od obu hetmanów,
tym łatwiej będzie mógł być pokonany. (…) Tymczasem podjazdy Tuhaj-beja sprowadziły języka. Było to dwóch dragonów, którzy zaraz za Czehrynem zbiegli z taboru Potockiego. (…) Opowiadania ich potwierdziły to, co było już Chmielnickiemu wiadome o siłach młodego Stefana Potockiego; natomiast przynieśli mu nową wiadomość, że przywódcami semenów, płynących wraz z piechotą niemiecką na bajdakach, byli stary Barabasz i Krzeczowski. (…)

Tabor posuwał się w lewo, ku brzegowi Dniepru. (…) Było już dobrze z północy, gdy oczom Kozaków i Tatarów ukazały się czarne, olbrzymie masy odrzynające się wyraźnie na ciemnym tle nieba.
Były to mury Kudaku. (…) …nagle błyskawica na wałach rozdarła ciemności, huk straszliwy wstrząsnął skałami Dniepru i kula ognista zatoczywszy jaskrawy łuk na niebie upadła w trawy stepowe. (…) Kozacy pominęli zamek – o którego wzięciu w chwili, gdy przeciw nim samym ciągnęły wojska koronne, nie mogli myśleć – i ruszyli dalej. (…) Przede wszystkim jednak huk dział kudackich odbił się w sercu i uszach pana Skrzetuskiego. Młody rycerz, prowadzony z rozkazu Chmiela z taborem kozackim, drugiego dnia zachorował ciężko. (…) … tęsknota ogarnęła pana Skrzetuskiego, że gotów był i umrzeć zaraz, byle choć duszą ulecieć do swoich. Wojna! wojna! a oto on w obozie wrogów bezbronny, chory, z woza nie mogący się podnieść. Rzeczpospolita
w niebezpieczeństwie, on zaś nie leci jej ratować! (…)

– Słuchaj, Zachar! to my już minęli Kudak? – pyta pan Skrzetuski.
– Minęli! – odpowiada Zaporożec.
– A dokąd ciągniecie?
– Ne znaju. Bytwa, każe, bude, ałe ne znaju.
Na te słowa serce uderzyło radośnie w piersiach pana Skrzetuskiego. (…) „Dziś jeszcze może wolny będę” – pomyślał namiestnik i wzniósł oczy dziękczynnie ku niebu. (…)

Rozdział XIV

Huk dział kudackich słyszały również wojska płynące bajdakami pod wodzą starego Barabasza i Krzeczowskiego. Składały się one z sześciu tysięcy Kozaków regestrowych i jednego regimentu wybornej piechoty niemieckiej, której pułkownikował Hans Flik. (…) Krzeczowskiego gryzło jeno to, że w owej powierzonej mu funkcji musiał dzielić władzę z Barabaszem, ale był to podział tylko nominalny. (…) Krzeczowski wszystkim rządził i zawiadywał, Barabasz zaś budził się tylko do jedzenia; najadłszy się pytał ze zwyczaju o to i owo – zbywano go lada jaką odpowiedzią, w końcu wzdychał i mawiał: „Ot, rad by ja z inną wojną do mogiły się kłaść, ale wola boża!” (…)

Nareszcie pewnej nocy zasłyszano huk dział. Barabasz spał i nie obudził się; natomiast Flik, który płynął naprzód, wsiadł
w podjazdkę i udał się do Krzeczowskiego.
– Mości pułkowniku – rzekł – to kudackie armaty. Co mam czynić?
– Zatrzymaj waść bajdaki. Zostaniemy przez noc w oczeretach. (…)
Flik, człowiek rycerski i boju chciwy, chciałby ptakiem lecieć pod Kudak. (…) Działa Kudaku grzmiały ciągle. (…) Krzeczowski ukrył twarz w dłoniach i siedział nieruchomy, a tymczasem gwiazdy staczały się niżej i niżej i zachodziły z wolna na step. (…) Na koniec rozmyślania pułkownika skrzepły w niewzruszony zamiar. Jutro uderzy na Chmielnickiego i zetrze go w proch. Po jego trupie dojdzie do bogactw i dostojeństw, stanie się narzędziem kary w ręku Rzeczypospolitej, jej obrońcą, w przyszłości jej dygnitarzem i senatorem. Po zwycięstwie nad Zaporożem i Tatarami nie odmówią mu niczego. A jednak – nie dano mu starostwa lityńskiego. Na to wspomnienie Krzeczowski ścisnął pięście. (…) Pułkownik uspokajał się zwolna. Odmówili mu raz starostwa –
cóż z tego? Tym bardziej będą się starali go wynagrodzić, zwłaszcza po zwycięstwie i zgaszeniu buntu, po uwolnieniu od wojny domowej Ukrainy, ba! całej Rzeczypospolitej! Wówczas niczego mu nie odmówią, wówczas nie będzie potrzebował nawet
i Potockich… Senna głowa schyliła mu się na piersi – i usnął marząc o starostwach, o kasztelaniach, o nadaniach królewskich
i sejmowych…

Gdy się zbudził, był brzask. (…) Działa kudackie przestały huczeć. (…) Tymczasem rozedniało. Krzeczowski zbudził ludzi na swym bajdaku i posłał czółno po Flika. Flik przybył niebawem.
– Mości pułkowniku! – rzekł mu Krzeczowski – jeśli do wieczora kasztelan nie nadciągnie, a z nocą szturm się powtórzy, ruszymy fortecy w pomoc.
– Moi ludzie gotowi – odparł Flik.
– Rozdajże im prochy i kule.
– Rozdane. (…)
Flik odjechał. Ludzie na bajdakach budzili się zwolna; wnet ogłoszono rozkazy Krzeczowskiego, by się zachować cicho –
więc zabierali się do rannego posiłku bez żołnierskiego gwaru. (…) Nagle w trawach, trzcinach, szuwarach i zaroślach przybrzeżnych, naokoło całej łachy, rozległy się dziwne, a bardzo liczne głosy wołające:
– Pugu! Pugu! (…)
Wówczas od strony statków rozległ się wśród mgły głos Krzeczowskiego:
– A kto taki?
– Kozak z ługu! (…)
– Czego chcecie? (…)
– Bohdan Chmielnicki, hetman zaporoski, prosi na rozmowę swojego przyjaciela, pana Krzeczowskiego pułkownika.
– Niech jeno da zakładników.
– Dziesięciu kurzeniowych.
– Zgoda! (…)

Tymczasem przybyły czółna wiozące atamanów kurzeniowych. Krzeczowski siadł w jedno z nich i odjechał na brzeg. Tam podano mu konia i przeprowadzono natychmiast do Chmielnickiego. Chmielnicki ujrzawszy go uchylił czapki, a następnie powitał go serdecznie.
– Mości pułkowniku! – rzekł – stary przyjacielu mój i kumie! Gdy pan hetman koronny kazał ci mnie łapać i do obozu odstawić, tyś tego uczynić nie chciał, jeno mię ostrzegłeś, bym się ucieczką salwował, dla którego uczynku winienem ci wdzięczność i miłość braterską. (…)
– Czego ty ode mnie chcesz?
– Jedź ze mną trochę w step, to się rozmówim.
Ruszyli końmi i pojechali. Bawili z godzinę. Po powrocie twarz Krzeczowskiego była blada i straszna. Wnet też zaczął żegnać się
z Chmielnickim, który rzekł mu na drogę: – Dwóch nas będzie na Ukrainie, a nad nami jeno król i nikt więcej.

Krzeczowski wrócił do bajdaków. Stary Barabasz, Flik i starszyzna oczekiwali go niecierpliwie.
– Wysiadać na brzeg! Poddajem się!
Fala krwi buchnęła na bladą i pożółkła twarz Barabasza. Wstał z kotła, na którym siedział, wyprostował się i nagle ten zgięty, zgrzybiały starzec zmienił się w olbrzyma pełnego życia i siły.
– Zdrada! – ryknął.
– Zdrada! – powtórzył Flik chwytając za rękojeść rapiera. Ale nim go wydobył, pan Krzeczowski świsnął szablą i jednym zamachem rozciągnął go na pomoście. (…) …z czapką na okrwawionej szabli, z oczyma jak płomienie, krzyczał potężnym głosem:
– Dzieci! nie będziem swoich mordować! Niech żyje Bohdan Chmielnicki, hetman zaporoski!
– Niech żyje! – powtórzyły setne i tysięczne głosy.
– Na pohybel Lachom!
– Na pohybel!
Wrzaskom z bajdaków odpowiadały okrzyki Zaporożców na brzegach. (…)

Wszelako radość owa musiała być krwią oblana, bo stary Barabasz wolał zginąć niż zdradzić chorągiew, pod którą wiek życia przesłużył. Kilkudziesięciu ludzi czerkaskich opowiedziało się przy nim i wszczęła się bitwa krótka, straszna – jak wszystkie walki, w których garść ludzi pożądająca nie łaski, ale śmierci, broni się tłumom. (…) W starym pułkowniku rozbudził się dawny lew.
Na wezwanie, by broń złożył, odpowiadał strzałami – i widziano go na przodzie z buławą w ręku, z rozwianymi białymi włosami, wydającego rozkazy grzmiącym głosem i z młodzieńczą energią. (…) Krzeczowski przedarł się ku niemu.
– Poddaj się! – krzyknął.
– Zdrajco! na pohybel! – odparł Barabasz i wzniósł szablę do cięcia. Krzeczowski cofnął się szybko w tłum.
– Bij! – zawołał do Kozaków. Ale zdawało się, że nikt nie chce pierwszy podnieść ręki na starca. Na nieszczęście jednak pułkownik pośliznął się we krwi i upadł. Leżący nie wzbudzał już tego szacunku czy też przestrachu i wnet kilkanaście ostrz pogrążyło się
w jego ciało. (…)

Pozostawali jeszcze Niemcy, z którymi trudniejsza była sprawa, bo regiment składał się z tysiąca starego i wyćwiczonego w różnych wojnach żołnierza. Dzielny Flik poległ wprawdzie z ręki Krzeczowskiego, ale na czele regimentu pozostał Johan Werner, podpułkownik, weteran jeszcze z trzydziestoletniej wojny. Krzeczowski pewny był prawie zwycięstwa, gdyż bajdaki niemieckie otoczone były ze wszystkich stron kozackimi, chciał jednak zachować dla Chmielnickiego tak znaczny zastęp niezrównanej
i doskonale uzbrojonej piechoty, dlatego wolał z nimi rozpocząć układy. (…) Werner niby namyślał się, ale tymczasem wydał cicho rozkazy, by bajdaki przesunąć do siebie, tak aby utworzyły jedno zwarte koło. Na okręgu tego koła stanął mur piechurów, ludzi rosłych i silnych, przybranych w żółte kolety i takiejże barwy kapelusze, w zupełnym szyku bojowym, z lewą nogą wysuniętą naprzód do strzału i z muszkietami przy prawym boku. (…)

Herr Hauptmann! - rzekł – zgadzamy się!
– Nie stracicie na nowej służbie! – zawołał z radością Krzeczowski.
– Ale pod warunkiem… – Zgadzam się z góry.
– Jeśli tak, to i dobrze. Nasza służba u Rzeczypospolitej kończy się w czerwcu. Od czerwca pójdziemy do was.
Przekleństwo wyrwało się z ust Krzeczowskiego, powstrzymał jednak wybuch.
– Czy kpisz, mości lejtnancie? – spytał.
– Nie! – odparł z flegmą Werner. – Nasza cześć żołnierska każe nam układu dotrzymać. Służba kończy się w czerwcu. Służymy
za pieniądze, ale nie jesteśmy zdrajcami. Inaczej nikt by nas nie najmował, a i wy sami nie ufalibyście nam, bo kto by wam ręczył, że w pierwszej bitwie nie przejdziem znowu do hetmanów?
– Czego tedy chcecie?
– Byście nam dali odejść.
– Nie będzie z tego nic, szalony człowiecze! Każę was w pień wyciąć.
– A ilu swoich stracisz?
– Noga z was nie ujdzie.
– Połowa z was nie zostanie.
Obaj mówili prawdę; dlatego Krzeczowski, chociaż flegma Niemca wzburzyła w nim wszystką krew, a wściekłość poczynała go dławić, nie chciał jeszcze rozpoczynać bitwy.
– Nim słońce zejdzie z łachy – zawołał – namyślcie się, po czym każę cynglów ruszać. (…)

Bajdaki kozackie otoczyły ciaśniejszym pierścieniem Niemców, którzy zachowywali chłodną postawę, jaką tylko stary
i wyćwiczony żołnierz zdoła zachować wobec niebezpieczeństwa. Na groźby i obelgi wybuchające co chwila z kozackich bajdaków odpowiadali pogardliwym milczeniem. (…)
– Słońce zeszło! Czy już namyśliliście się?
– Już – odparł Werner i zwróciwszy się ku żołnierzom machnął obnażoną szpadą.
Feuer! – skomenderował spokojnym, flegmatycznym głosem. Huknęło! Plusk ciał wpadających do wody, okrzyki wściekłości
i gorączkowa strzelanina odpowiadały na głos niemieckich muszkietów. (…) O zachodzie słońca bitwa wrzała jeszcze,
ale zdawała się słabnąć. (…) Walka ustawała. Wystrzały umilkły, a natomiast coraz głośniejsze okrzyki kozackiego tryumfu biły
o niebo. (…) Tymczasem bitwa ustała zupełnie. Tuhaj-bej zawrócił konia ku obozowi, a za nim i inni.
– No! teraz na Żółte Wody! – zawołał Chmielnicki. (…)

Rozdział XV

(…) Wieść o zdradzie semenów pod wodzą Krzeczowskiego i wycięciu Niemców wzburzyła do głębi duszy młodego rycerza, była bowiem zapowiedzią przyszłych zdrad, a namiestnik wiedział doskonale, że niemała część wojsk hetmańskich składa się przeważnie z Kozaków. (…) Chmielnicki wzmocnił się przez zdradę Krzeczowskiego kilkoma tysiącami ludzi, a nad młodym Potockim zawisło straszliwe niebezpieczeństwo. (…) Chmielnicki nie zwłócząc ruszył obóz i ciągnął na spotkanie syna hetmańskiego. Siła jego była już rzeczywiście groźną, bo wraz z semenami Krzeczowskiego i czambułem Tuhaj-beja wiódł blisko 25 000 wyćwiczonych i boju chciwych wojowników. (…) Tak zbliżył się ku Żółtej Wodzie. Złapano znowu dwóch języków.
Ci potwierdzili szczupłość sił koronnych i donieśli, iż kasztelan przeprawił się już przez Żółtą Wodę. Zasłyszawszy to Chmielnicki stanął jak wryty na miejscu i okopał się wałami. (…) Chmielnicki liczył na młodość i niedoświadczenie Potockiego.
Ale przy młodym kasztelanie był doświadczony żołnierz, starościc żywiecki pan Stefan Czarniecki, pułkownik usarski. Ten spostrzegł niebezpieczeństwo i skłonił kasztelana, by cofnął się na powrót za Żółtą Wodę. Chmielnickiemu nie pozostało nic innego, jak ruszyć za nimi. Drugiego dnia przeprawiwszy się przez topieliska żółtowodzkie oba wojska stanęły sobie oko w oko. (…)

Była to sobota, dzień 5 maja. (…) Chmielnicki kazał uderzyć z działa. Za nim wnet ozwało się drugie, trzecie, dziesiąte i… z obozu do obozu zaczęła się zwykła z armat „korespondencja”… (…) Rzeczywiście, wały obozu kozackiego rozciągały się blisko
na ćwierć mili, gdy tymczasem polski wyglądał w porównaniu z nim jakby szańczyk tylko. Nierówność sił była tak wielka,
że zwycięstwo Kozaków nie mogło być wątpliwym. Ból ścisnął serce namiestnika. (…) Tatarów wysypywało się coraz więcej. Wkrótce błonie zaczerniło się od zbitych ich mas; wówczas też i z obozu polskiego poczęły wysuwać się coraz nowe chorągwie
i ustawiać się w szyku bojowym przed okopem. (…) …ukazała się i husaria, a nad nią chmura skrzydeł i sterczący w górę las włóczni zdobnych w złotawe kitajki i w długie zielono-czarne proporce. Wyjechali szóstkami z okopu i ustawili się pod wałem,
a na widok ich spokoju, powagi i sprawności aż łzy radosne ukazały się w oczach pana Skrzetuskiego i zaćmiły mu wzrok
na chwilę. (…) Wtem ozwał się wielki bęben siczowy, a na jego głos wnet olbrzymi półksiężyc kozacko-tatarski ruszył z kopyta naprzód. (…)

– Usaria uderza! – krzyknął pan Skrzetuski. Jakoż pochylili się w siodłach i ruszyli naprzód, a zaraz za nimi dragońskie chorągwie
i cała linia bojowa. Uderzenie husarzy było straszne. W pierwszym impecie trafili na trzy kurzenie, dwa steblowskie i mirhorodzki – i starli je w mgnieniu oka. (…)
– Czorty, ne Lachy! – krzyknął stary Zachar. (…)
Zwycięstwo przechyliło się stanowczo na stronę młodego Potockiego. Bitwa jednak nie trwała już długo. Ulewa, która
od niejakiego czasu wzrastała coraz bardziej, wkrótce zwiększyła się do tego stopnia, że przez fale dżdżowe świata nie było widać. (…) Chmielnicki, przemoczony do nitki, wściekły wpadł do swego taboru. Nie przemówił do nikogo ani słowa. (…) Ogarniała go rozpacz. Teraz dopiero pojął, jakiego to jął się dzieła. Oto był pobity, odparty, niemal złamany w bitwie z tak małymi siłami,
że słusznie mógł je za podjazd uważać. (…) W tej chwili wszedł Krzeczowski. Pułkownik był ponury jak noc. Przyszłe pożądane starostwa, kasztelanie, zamki i skarby zasunęły się jakby mgłą po dzisiejszej bitwie. Jutro mogą zniknąć całkowicie, a może
z owej mgły wynurzy się zamiast nich stryczek lub szubienica. (…)

Szum ulewy ustawał z wolna. Zmierzchało. Pan Skrzetuski, wyczerpany z radości, osłabły, blady, leżał nieruchomie na teledze. Zachar, który go pokochał, kazał swoim Kozakom rozpiąć i nad nim wojłokowy daszek. (…) Duma podnosiła piersi pana Skrzetuskiego, jak gdyby cała ta potęga była w nim teraz. (…) Nazajutrz była niedziela. Cały dzień zeszedł spokojnie
i bez wystrzału. Obozy leżały naprzeciw siebie jakby obozy dwóch wojsk sprzymierzonych. (…) W poniedziałek bitwa zawrzała
od świtu. (…) Step rozmoknął nie tylko na powierzchni, jak pierwszego dnia bitwy, ale do głębi. Ciężka jazda nie mogła się prawie poruszać, co od razu dało przewagę lotnym chorągwiom zaporoskim i tatarskim. Uśmiech z wolna ginął z ust Skrzetuskiego. (…) Przed południem wszystkie niemal siły zaporoskie były w ogniu i w bitwie. (…) Chorągwie polskie poczęły się zmykać z pola
do okopów. Nie mogły już wytrzymać, a w odwrocie ich znać było gorączkowy pośpiech. (…) Pan Skrzetuski ze drżeniem patrzył na głębokie szeregi niezrównanej piechoty zaporoskiej biegnącej ku wałom i otaczającej je coraz ciaśniejszym pierścieniem. (…)
– Boże wszechmocny!
Okrzyk ten wyrwał się z ust pana Skrzetuskiego, gdy otworzywszy oczy ujrzał na wałach zamiast wielkiej złotej chorągwi koronnej malinową z Archaniołem. Obóz był zdobyty. (…)

Wieczorem widział namiestnik jeńców i był przy śmierci młodego Potockiego, który mając gardło przebite strzałą żył tylko kilka godzin po bitwie i umarł na ręku pana Stefana Czarnieckiego: „Powiedzcie ojcu… – szeptał w ostatniej chwili młody kasztelan – powiedzcie ojcu – żem… jako rycerz…”, i nie mógł nic więcej dodać. (…) „Rzeczpospolita niejedną klęskę poniosła – mówił pan Czarniecki – ale ma ona w sobie siłę niespożytą. Nie złamała jej dotąd żadna potęga, nie złamią i bunty chłopów, których sam Bóg pokarze, gdyż występując przeciw zwierzchności, Jego to woli się oponują. (…) Odchodził tedy namiestnik bardzo na duszy pokrzepiony i weselszy, a odchodząc spytał jeszcze pana Czarnieckiego, czyby nie chciał zaraz układów z Chmielnickim o wolność rozpocząć.
– Tuhaj-bejowym jestem jeńcem – rzekł pan Stefan – jemu też okup zapłacę, a z tym watażką nie chcę mieć do czynienia i katu go oddaję. (…)

Rzeczywiście, zwycięstwo, jakkolwiek świetne, nie rozstrzygało bynajmniej sprawy na korzyść Chmielnickiego. (…) Postanowił więc śpieszyć się, by razem z wieścią o klęsce żółtowodzkiej stanąć na Ukrainie i uderzyć na hetmanów, nimby pomoc książęca nadejść mogła. (…) Pochód to był tak szybki, jak gdyby hetman uciekał. (…) Na koniec stanął u proga. Czehryn otworzył mu wrota na rozcież. Załoga kozacka przeszła natychmiast pod jego chorągiew. Zburzono dom Czaplińskiego, wyrżnięto garść szlachty szukającej schronienia w mieście. (…) Chmielnicki odetchnął. Ruszył bez zwłoki naprzód i szedł już wśród buntu, rzezi
i ognia. Świadczyły o tym zgliszcza i trupy. Szedł jak lawina niszcząc wszystko po drodze. Kraj przed nim powstawał, za nim pustoszał. (…) W Czerkasach zatrzymał się z głównymi siłami, wysławszy naprzód Tatarów pod Tuhaj-bejem i dzikiego Krzywonosa, którzy dognali hetmanów pod Korsuniem i uderzyli na nich bez wahania. Ale śmiałość drogo musieli spłacić. Odparci, zdziesiątkowani, zbici na miazgę, cofnęli się w popłochu. (…) Chmiel zajął Korsuń bez oporu i pozostawiwszy w nim wozy, zapasy żywności, słowem cały tabor, komunikiem pognał się za nimi. (…) Pod Krutą Bałką przednie jego straże natknęły się na polski tabor. Panu Skrzetuskiemu nie było danym widzieć bitwy, gdyż wraz z taborem pozostał w Korsuniu. (…) Z dala dochodził straszliwy huk dział – widocznie bitwa pod Krutą Bałką stawała się coraz zaciętsza. (…)

W tej chwili rozległ się tętent i na rynek wpadło na spienionych koniach kilkudziesięciu jeźdźców. Twarze ich sczerniałe
od prochu, odzież w nieładzie i poobwiązywane szmatami głowy niektórych świadczyły, iż pędzą wprost z bitwy.
– Ludy! kto w Boha wiryt, spasajtes! Lachy bijut naszych! – krzyknęli wniebogłosy. Podniósł się wrzask i zamieszanie. Tłum rozkołysał się jak fala targnięta wichrem. (…) Nagle jakiś głos przeraźliwy tuż pod domem począł krzyczeć: – Ratujcie się! Chmiel zabit! Krzeczowski zabit! Tuhaj-bej zabit!
Na rynku nastał prawdziwy koniec świata. (…) Namiestnik padł na kolana i ręce wzniósł do góry.
– Boże wszechmocny! Boże wielki i sprawiedliwy – chwała Tobie na wysokościach! (…)
…czuł się dumnym, że jest synem tej Rzeczypospolitej zwycięskiej, przepotężnej, o której bramy wszelka złość, wszelki zamach, wszelkie ciosy tak rozbijają się i kruszą, jako mocy piekielne o bramy nieba. (…)

Tymczasem huk dział zmienił się w grzmot nieustający. Kopyta końskie zaszczękały znów po pustych ulicach. Na rynek wleciał jak piorun, na nie osiodłanym koniu Kozak bez czapki, w jednej koszuli, z twarzą rozciętą mieczem i buchającą krwią. (…)
– Chmiel bije Lachiw! Pobyty jasno welmożny pany, hetmany i pułkowniki, łycari i kawalery!
To rzekłszy zachwiał się i na ziemię runął. (…) Płomień i bladość przeleciały przez oblicze pana Skrzetuskiego. (…) Poznaje doskonale na jeńcach barwę hetmańskiej husarii – więc w ręce plaszcze i jakimś dziwnym, nieswoim głosem powtarza uporczywie:
– Nie może być! nie może być! (…)
Nowy przedmiot zwraca jego uwagę. Wchodzą semenowie Krzeczowskiego niosąc całe pęki chorągwi. Przyjeżdżają na środek rynku i rzucają je na ziemię. Niestety – polskie. (…) Nagle cofnął się w tył, rękami począł bić powietrze jak człowiek trafiony strzałą w piersi, z ust zaś wyrwał mu się krzyk straszny, nadludzki: – Jezus Maria! to hetmani! (…) W kilka chwil później trzech jeźdźców na czele niezliczonych pułków wjeżdżało na rynek korsuński. Środkowy, ubrany w czerwień, siedział na białym koniu
i wspierając się pod bok pozłocistą buławą spoglądał dumnie jak król. Był to Chmielnicki. Po obu jego stronach jechali Tuhaj-bej
i Krzeczowski. Rzeczpospolita leżała w prochu i krwi u nóg Kozaka. (…)

Rozdział XVI

Upłynęło kilka dni. Ludziom zdawało się, że sklepienie niebieskie runęło nagle na Rzeczpospolitą. (…) Tysiące ginęły bez echa, bez wspomnienia. A z tych wszystkich klęsk, mordów, jęków, dymów i pożarów podnosił się tylko jeden człowiek coraz wyżej
i wyżej, olbrzymiał coraz straszliwiej, zaciemniał już niemal światło dzienne, rzucał cień od morza do morza. Był to Bohdan Chmielnicki. (…) Kraj od Prypeci do krańców pustyń był w ogniu. Powstanie szerzyło się w województwach: ruskim, podolskim, wołyńskim, bracławskim, kijowskim i czernihowskim. Potęga hetmana rosła co dzień. Nigdy Rzeczpospolita nie wystawiła
przeciw najstraszniejszemu wrogowi połowy tych sił, którymi on teraz rozporządzał. Równych nie miał w gotowości i cesarz niemiecki. (…) Wszelako w miarę sił wzrastał w nim i ów niezmierny, bezwiedny egoizm, któremu równego historia
nie przedstawia. (…) A w miarę jak rosło jego powodzenie, pijany bywał coraz częściej, bo coraz większy ogarniał go niepokój. Zdawać by się mogło, że tryumfy zaprowadziły go na takie wyżyny, na które sam wstąpić nie chciał. Jego potęga przerażała innych, ale i jego samego. (…) Chmielnicki pytał wróżbitów i gwiazd się radził, i sam wytężał oczy w przyszłość – ale widział
przed sobą tylko ciemność. (…) W każdym zwycięstwie leżała przyszła klęska, w każdym upojeniu – na dnie gorycz.

Teraz na burzę kozacką miała przyjść burza Rzeczypospolitej. Chmielnickiemu wydawało się, że już słyszy jej głuchy, daleki huk. Oto z Wielkopolski, Prus, rojnego Mazowsza, Małopolski i Litwy nadejdą tłumy wojowników – trzeba im tylko wodza. (…) Wodzem mógł być teraz jeden tylko człowiek. Zwał się on: książę Jeremi Wiśniowiecki. (…) A tymczasem do Korsunia, w którym hetman zaporoski zatrzymał się po bitwie dla odpoczynku, dolatywały z Zadnieprza wieści, że straszny książę ruszył już z Łubniów,
że po drodze depce bunt niemiłosiernie… (…) Czerń, która stanowiła ogromną większość, złożyła świadectwo, że zmyka na samo imię Jaremy. Trzeba było czasu, żeby ją zmienić w wojsko mogące stawić czoło książęcym regimentom. (…) Chmielnicki
więc postanowił pozostawić Wiśniowieckiego na Zadnieprzu, a samemu umocnić się na Ukrainie, zorganizować swe siły
i następnie ruszywszy do Rzeczypospolitej zmusić ją do układów. (…) W tym celu przypomniał sobie Skrzetuskiego. W kilka dni tedy po Krutej Bałce, a w sam dzień popłochu między czernią kazał przyzwać przed siebie pana Skrzetuskiego. (…)
– Mości poruczniku Skrzetuski, za usługę, którą mi wyświadczyłeś, wykupiłem cię od Tuhaj-beja i obiecałem wolność. Teraz godzina nadeszła. Dam ci piernacz, byś mógł swobodnie przejechać, jeśliby cię wojska jakie spotkały, i strażę do obrony
od czerni. Możesz wracać do swego księcia.
Skrzetuski milczał. Żaden uśmiech radości nie pojawił się na jego twarzy.
– Możeszże ruszyć w drogę? bo widzę, że ci coś choroba z oczu przegląda?

Rzeczywiście pan Skrzetuski wyglądał jak cień. (…) Wleczony za obozem kozackim, był przecie świadkiem wszystkiego,
co się od wyruszenia z Siczy zdarzyło. Widział hańbę i klęskę Rzeczypospolitej, hetmanów w niewoli; widział tryumfy kozackie… (…) …widział wszystko – przecierpiał wszystko i cierpiał tym bardziej, że mu w głowie i piersiach utkwiła nożem myśl,
że to on sam pośredni sprawca, bo przecie on, nie kto inny, oderżnął Chmielnickiego od powroza. Ale czy mógł się spodziewać rycerz chrześcijański, że ratunek podany bliźniemu takie wyda owoce? Więc ból jego nie miał dna. (…) Skrzetuski wyszedł
z Krzeczowskim. (…)
– …wóz dla ciebie gotowy i Tatary już w ordynku. Gdzie tedy życzysz jechać?
– Do Czehryna. (…)
Skrzetuski siadł na wóz, który ordyńcy otoczyli zaraz dookoła – i ruszono w drogę. (…) W Mlejowie spotkali podjazdy tatarskie pędzące nowe tłumy jeńców. Horodyszcze było spalone do cna. (…) Z Horodyszcza jechał pan Skrzetuski na Śmiłę, Żabotyn
i Nowosielce do Czehryna, zatrzymując się tylko tyle po drodze, ile trzeba było na wypoczynek dla koni. Wjechali do miasta
na drugi dzień z południa. (…)

Skrzetuski więc nie bawiąc dłużej w Czehrynie kazał się przeprawić i ruszył bez zwłoki do Rozłogów. (…) Kraj był pusty, siedziby ludzkie wyludnione tak, że długo nie mogli spotkać żywej duszy. (…) Dopiero za Pohrebami jeden z Tatarów dostrzegł jakąś postać ludzką usiłującą skryć się miedzy szuwarami obrastającymi brzegi Kahamliku. Tatarzy skoczyli ku rzece i w kilka minut później przywiedli przed pana Skrzetuskiego dwóch ludzi całkiem nagich. Jeden z nich był to starzec, drugi wysmukły, może pietnasto- lub szesnastoletni wyrostek. Obaj kłapali zębami ze strachu i długi czas nie mogli ni słowa przemówić.
– Skąd wy? – spytał pan Skrzetuski. (…)
– My, panie, po wszystkich wsiach chodzili, aż nas tu jakiś czort obdarł. Buty mieli dobre – wziął, czapki mieli dobre – wziął, sukmany z litości ludzkiej dobre – wziął, i liry nie zostawił. (…)
– A w Rozłogach byłeś? tam gdzie kniaziowie Kurcewicze mieszkają? (…)
– Buw, pane! – zawołał dziad widząc, że nie ma żartów.
– Coś tam widział?
– My tam byli pięć dni temu, a potem w Browarkach słyszeli, że tam łycari prijszły. (…)
– W konie! – krzyknął na Tatarów pan Skrzetuski. Poczet pomknął. (…)
Wpadli w las, mignął jak błyskawica, wpadli w jar, za jarem tuż Rozłogi. (…) Nagle krzyk nieludzki, straszny wyrwał się z piersi pana Skrzetuskiego. Dwór, lamusy, stajnie, stodoły, częstokół i sad wiśniowy – wszystko znikło. (…) Ale nie upłynęła i godzina, gdy zerwali się na równe nogi. Z dala dochodził gwar podobny do odgłosów, jakie wydaje wielka liczba jazdy idącej śpiesznym marszem. (…)

Rozpoczęła się krótka rozmowa. Tatarzy wskazali na postać siedzącą na wzgórzu, którą zresztą widać było doskonale, bo padało na nią światło miesiąca, i oświadczyli, że prowadzą posła, a od kogo, to on najlepiej powie. Wówczas dowódca oddziału
wraz z kilku towarzyszami udał się na wzgórze, ale zaledwie zbliżył się i spojrzał w twarz siedzącemu, gdy ręce rozkrzyżował
i wykrzyknął:
– Skrzetuski! Na Boga żywego, to Skrzetuski!
Namiestnik ani drgnął. (…)
– Od boleści się zapamiętał – szeptał jeden.
-Desperacja mentem mu pomieszała – dodał inny.
– Zaprowadźcie go do księdza. Może jak jego zobaczy, to się ocknie!
Pan Longinus ręce łamał. (…)

Rozdział XVII

Aby wyjaśnić, co zaszło w Rozłogach, należy nam się cofnąć nieco w przeszłość, aż do owej nocy, w której pan Skrzetuski wyprawił Rzędziana z listem z Kudaku do starej kniahini. List zawierał usilną prośbę, by kniahini zabrawszy Helenę jechała
jak najśpieszniej do Łubniów pod opiekę księcia Jeremiego, gdyż wojna rozpocznie się lada chwila. Rzędzian siadłszy na czajkę, którą pan Grodzicki z Kudaku po prochy wyprawił, ruszył w drogę i odbywał ją wolno, bo płynęli w górę rzeki. (…) Do Czehryna przybyli świtaniem. Tu zaraz otoczyły ich straże semenów pytając, co by byli za jedni. Odpowiedzieli, że z Kudaku od pana Grodzickiego z listem do hetmanów jadą. Mimo to wezwano starszego z czajki i Rzędziana, by poszli opowiedzieć się pułkownikowi. (…) Ale powiedziano im, że pułkownik jeszcze świtaniem do Czerkas wyjechał i że zastąpi go podpułkownik. (…)
Na jego widok zadrżały pod Rzędzianem kolana. Był to Bohun. (…) Bohun siadł za stołem i począł badać przybyłych. Starszy, który wiózł list pana Grodzickiego, odpowiedział za siebie i za Rzędziana. (…) Wybadawszy ich tedy Bohun już miał odprawiać
i do kalety sięgał, aby zaś napiwek od niego mieli, gdy wtem drzwi się otwarły i pan Zagłoba wleciał jak piorun do izby. (…)
…ujrzawszy Rzędziana, postawił gąsiorek na stole i rzekł:
– O, jak mnie Bóg miły! toż to pachołek pana Skrzetuskiego!
– Czyj? – spytał śpiesznie Bohun.
– Pana Skrzetuskiego, namiestnika, któren do Kudaku pojechał… (…)

Przez cały ten czas Bohun patrzył bystro na Rzędziana; nagle rzekł:
– Znam i ja twego pana, widziałem go w Rozłogach. (…) Bohun zmarszczył swe sobole brwi i w ręce klasnął. Natychmiast dwóch semenów wpadło do izby.
– Obszukać go! – zawołał, wskazując na Rzędziana. (…) …jeden z semenów znalazł w Rzędzianowym zanadrzu dwa listy i oddał je podpułkownikowi. Bohun kazał zaraz pójść precz semenom… Po czym, zwróciwszy się do Zagłoby rzekł:
– Czytaj, a ja na pachołka uważać będę. (…)
Zagłoba otworzył i czytał… (…) Bohun siedział nieporuszenie przy stole, ale twarz jego była jakby konwulsjami ściągnięta, blada, oczy zamknięte, brwi sfałdowane. Działo się z nim coś strasznego. (…)
– Czytaj, czytaj drugie pismo.
– Drugie jest do kniaziówny Heleny.
– Czytaj, czytaj!
Zagłoba zaczął:
– „Najsłodsza, umiłowana Halszko, serca mego pani i królowo!” (…)
– Dosyć! – krzyknął nagle Bohun i porwawszy się w szale od stołu skoczył ku Rzędzianowi. Obuch zawarczał w jego ręku
i nieszczęsny pacholik, uderzony wprost w piersi, jęknął tylko i zwalił się na podłogę. (…) Bohun uchwycił się tymczasem za głowę i skowyczał jak ranny wilk. (…) Nagle zerwał się, dobiegł do drzwi, wywalił je nogą i wypadł do sieni. (…)

Rzędzian jęknął słabo. (…) …pan Zagłoba podniósł Rzędziana z ziemi z łatwością, znamionującą niezwykłą siłę, i wyszedł
do sieni, a następnie na podwórzec, na którym kilkunastu semenów grało w kości na rozesłanym na ziemi kilimku. Ujrzawszy go powstali, on zaś rzekł:
– Chłopcy, a wziąć no mi tego pachołka i położyć na sianie. Niech też który skoczy po cyrulika. (…) …przez sklepioną ciemną bramę domostwa widać było Bohuna nadjeżdżającego z rynku, za nim zaś ukazały się z dala spisy stu kilkudziesięciu mołojców widocznie gotowych do pochodu.
– Na koń! – wołał przez sień Bohun na pozostałych na podwórcu semenów. (…)
– Kiedyś taki desperat – rzekł – to pojadę i ja z tobą. Możeć się przydam albo pohamuję, gdy będzie trzeba. Już my tak dopasowali ze sobą jako hetka z pętelką, alem się tego wszystkiego nie spodziewał. (…) Bohun jechał milczący, zamknięty
w sobie, tajemniczy a posępny jak noc. (…) Po przeprawie przez Dniepr wjechali na gościniec łubniański. (…) Nie ulegało wątpliwości, że Bohun zamierzał na Kurcewiczów napaść, krzywdę swą pomścić i dziewczynę przemocą zabrać. (…) Bohun
z Zagłobą jechali obok siebie w milczeniu, obaj zamyśleni głęboko. (…) Po godzinie ściemniło się rzeczywiście. Ale już też wjechali w jar lesisty, wreszcie na końcu jaru błysnęło światełko.
– To Rozłogi! – rzekł nagle Bohun. (…)

Obaj przez długi czas stali nieruchomie na skraju jaru. Na koniec z dala dało się słyszeć parskanie koni. To Kozacy Bohunowi nadjeżdżali z wolna z głębi lasu. (…) Po chwili ciemne masy budowli dworskich, lamusy i żurawie studzienne zarysowały się
przed ich oczyma. (…) Dwaj jeźdźcy zbliżyli się do bramy.
– Kto tam? – ozwał się głos nocnego stróża.
– Nie poznajesz mnie, Maksym?
– To wasza miłość. Sława Bohu! (…)
Zawiasy bramy zaskrzypiały przeraźliwie, most spadł na fosę i dwaj jeźdźcy wjechali na majdan.
– A słuchaj, Maksym: nie zamykaj bramy i nie podnoś mostku, bo zaraz wyjeżdżam. (…)

Rozdział XVIII

Kurcewiczowie nie spali jeszcze. Jedli wieczerzę w owej sieni napełnionej zbroją, która szła przez całą szerokość domu
od majdanu aż do sadu z drugiej strony. Na widok Bohuna i pana Zagłoby zerwali się na równe nogi. Na twarzy kniahini odbiło się nie tylko zdziwienie, ale nieukontentowanie i przestrach zarazem. (…)
– Bohun! – rzekła kniahini. – A ty tu co robisz?
– Przyjechał się wam pokłonić, maty. (…)
– Siadajcie tedy, jedzcie i pijcie – mówiła stara kniahini. – Dziękujemy, żeście przyjechali. No, no, Bohun, alem się ciebie
nie spodziewała… chyba że sprawę masz do nas? (…)
– Wy szczerzy ludzie, i ja wam dziękuję. Ale przed wojną chciałbym jeszcze raz z waszych ust usłyszeć, że wy mnie donię dajecie
i że słowo wasze zdzierżycie. Słowo szlacheckie nie dym – a wy przecie szlachta, wy kniazie.
Watażka mówił głosem powolnym i uroczystym, ale w mowie jego drgała zarazem jakby groźba zapowiadająca, że trzeba się zgodzić na wszystko, czego żądał. (…)
– Co ty, Kozacze, upił się?! – zawołała kniahini. Bohun zamiast odpowiedzi wydobył list Skrzetuskiego i zwróciwszy się do Zagłoby, rzekł:
– Czytaj.
Zagłoba wziął list i począł go czytać wśród głuchego milczenia. Gdy skończył, Bohun skrzyżował ręce na piersiach.

– Komu tedy dziewkę dajecie? – spytał.
– Bohun!
Głos watażki stał się podobny do syku węża.
– Zdrajcy, oczajdusze, psiawiary, judasze!…
– Hej, synkowie, do szabel! – krzyknęła kniahini. (…)
Rozpoczęła się straszna pojedyncza walka, na którą kniahini, trzymana za włosy przez cztery żelazne dłonie, patrzyła pałającymi oczyma i z otwartymi usty. (…) W ciszy słychać było tylko oddech i sapanie walczących, zgrzyt zębów i świst lub ostry dźwięk uderzających o siebie mieczów. (…) Nagle Bohun uskoczył w bok, kniaziowe ostrze trafiło w próżnię. Mikołaj zachwiał się od zamachu i pochylił naprzód, a w tej samej chwili Kozak ciął go w kark tak straszliwie, że kniaź zwalił się jakby gromem rażony. Krzyki radosne Kozaków pomieszały się z nieludzkim wrzaskiem kniahini. (…) Bohun pozwalał na wszystko. Stał on we drzwiach prowadzących do komnat Heleny, zagradzając drogę, i oddychał ciężko ze zmęczenia. (…) Nagle drzwi, pod którymi stał Bohun, otworzyły się na rozcież. Watażka odwrócił się i cofnął nagle. We drzwiach ukazał się ślepy Wasyl, a obok niego Helena ubrana
w białe giezło, blada sama jak giezło, z oczyma rozszerzonymi z przerażenia, z otwartymi usty. Wasyl niósł krzyż, który trzymał na wysokości twarzy w obu dłoniach. (…)

Nagle dał się słyszeć dziki, przeraźliwy krzyk kniahini:
– Wasyl, Wasyl!… (…)
Kniaź drgnął, ale wnet zastawił się krzyżem od strony, z której dochodził głos, i odrzekł:
– Duszo potępiona, wołająca z głębokości, gorze ci! (…)
– Do mnie, semenowie! – zawołał w tej chwili Bohun i zachwiał się na nogach. Kozacy skoczyli i podparli go pod ramiona.
– Bat'ku! tyś ranny? (…)
– Przenieść atamana do komnat! – zawołał pan Zagłoba, który wylazłszy z jakiegoś kąta, niespodzianie pojawił się przy Bohunie. (…) Dwóch semenów poniosło Bohuna do przyległej izby, reszta wyszła z sieni. Zagłoba zbliżył się do Heleny i mrugając mocno okiem, rzekł szybko a cicho:
– Jam przyjaciel pana Skrzetuskiego, nie bój się. Odprowadź jeno spać swojego proroka i czekaj na mnie.
To rzekłszy wyszedł do izby, w której dwóch esaułów złożyło na sofie tureckiej Bohuna. (…)
– A powiedzcie też semenom – rzekł do esaułów – że jutro ataman zdrów będzie jak ryba, żeby się zaś o niego nie troszczyli. (…) Jeśli jest w domu piwniczka, to sobie możecie pozwolić. Ot, już i ranki przewiązane. Idźcie teraz, by ataman miał spokój. (…)
Na majdanie Kozacy zaczęli już hulankę. (…)

Pan Zagłoba wyszedłszy na ganek rzucił okiem na pijących, po czym uważnie wpatrzył się w niebo. (…) Skinął Kozakom ręką,
że mogą dalej pić, i odwróciwszy się przeszedł wolnym krokiem cały dziedziniec, obejrzał uważnie wszystkie kąty, przeszedł most na fosie i skręcił wedle częstokołu, aby zobaczyć, czy straże dobrze pilnują całego domostwa. Pierwszy strażnik spał, drugi, trzeci i czwarty również. Byli pomęczeni drogą, a przy tym przyszli już pijani na miejsce i pospali się od razu. (…) …wszedł znowu
do złowrogiej sieni, zajrzał do Bohuna, a widząc, że watażka nie daje znaku życia, cofnął się ku drzwiom Heleny i otworzywszy je
z cicha, wszedł do komnaty, z której dochodził szmer jakoby modlitwy. (…)
– Mościa panno – rzekł – jam przyjaciel pana Skrzetuskiego.
– Ratuj! – odpowiedziała Helena. (…)
– Wdziej na się ubiór męski i jak zapukam we drzwi, wyjdź. (…)
Z tymi słowy pan Zagłoba opuścił izbę i udał się wprost do Bohuna. Watażka blady był i osłabiony, ale oczy miał otwarte.
– Lepiej ci? – spytał Zagłoba. Bohun chciał przemówić i nie mógł. (…)

– To i lepiej, bo nie będziesz ani mówił, ani krzyczał, ani się ruszał, a ja tymczasem z kniaziówną do Łubniów pojadę. Jeśli ci jej
nie zdmuchnę, to się pozwolę starej babie w żarnach na osypkę zemleć. Jak to, łajdaku? myślisz, że nie mam dosyć twojej kompanii, że się będę dłużej z chamem pospolitował? O niecnoto, myślałeś, że dla twego wina, dla twoich kości i twoich chłopskich amorów zabójstwa będę czynił i do rebelii z tobą pójdę? Nie, nic z tego, gładyszu!
W miarę jak pan Zagłoba perorował, czarne oczy watażki rozwierały się szerzej i szerzej. (…) Zrozumiał, że Zagłoba prawdę mówi, z oczu strzeliły mu gromy rozpaczy i wściekłości, na twarz uderzył płomień. (…) …pan Zagłoba z szybkością błyskawicy zarzucił mu na głowę jego własny żupan i w jednej chwili okręcił ją całkowicie – po czym obalił go na wznak. (…) …wyszedł
do sieni, przygasił ogień w grubach i zapukał do Wasylowej komnaty. Smukła postać wysunęła się z niej natychmiast.
– Czy to waćpanna? – spytał Zagłoba.
– To ja.
– Chodźże, byleśmy się do koni dobrali. Ale oni tam pijani wszyscy, noc ciemna. Nim się rozbudzą, będziemy daleko. (…)

Rozdział XIX

Dwaj jeźdźcy jechali cicho i wolno przez lesisty jar przytykający do dworu w Rozłogach. Noc zrobiła się bardzo ciemna, bo księżyc zaszedł od dawna, a do tego chmury okryły horyzont. (…) A właśnie już też i świt począł spychać noc ze stepu. (…) Białawe blaski rozświeciły i twarze jeźdźców. Byli to pan Zagłoba i Helena. (…)
– Dokąd jedziemy? (…)
– Gdzie oczy niosą.
– To nie do Łubniów? (…)
– Widzisz waćpanna, mam ja swój rozum i wierzaj, żem wszystko dobrze wykalkulował. A kalkulacja moja jest na następnej dobrej maksymie oparta: nie uciekaj w tę stronę, w którą cię gonić będą. Owóż, jeśli gonią nas już w tej chwili, to nas gonią
w stronę Łubniów, bom też głośno się wczoraj o drogę wypytywał i Bohunowi na odjezdnym zapowiedziałem, że tam uciekać będziemy. Ergo: uciekamy ku Czerkasom. (…) Dobrze by było do księcia się schronić, ale nużby dogonili? (…) Nagle naprzeciw nich ukazał się jakiś punkt ciemny, który zbliżał się z nadzwyczajną szybkością.
– Co to może być? – rzekł pan Zagłoba. – Zwolnijmy. To człek na koniu. (…)

– Pan Zagłoba!
– Pleśniewski, sługa starościński z Czehryna? A ty tu co robisz? gdzie lecisz? (…)
– Czehryn już zajęty przez Zaporożców. Chłopy szlachtę rżną, sąd boży. (…)
– A Barabasz i Krzeczowski?
– Barabasz zginął, Krzeczowski połączył się z Chmielnickim. Krzywonos jeszcze wczoraj w nocy ruszył na hetmanów, Chmielnicki dziś do dnia. Siła straszna. Kraj w ogniu, chłopstwo wszędy powstaje, krew się leje! Uciekaj waćpan! (…)
– No! – rzekł Zagłoba – masz diable kubrak! Wykręcałem się sianem z różnych okazji, ale w takich jeszcze nie byłem. Z przodu Chmielnicki, z tyłu Bohun, co gdy tak jest, nie dałbym jednej złamanej orty ani za swój przód, ani za tył, ani za całą skórę. (…)
– Mości panie! – rzekła Helena. – (…) Nie po to nas Bóg z rąk Bohunowych ocalił, abyśmy zginąć mieli. Ufaj waćpan. (…)
– Należy się pokrzepić – rzekł – bo droga daleka. (…) Spać mi się tak chce, że i do rozmowy straciłem ochotę, a choć milczeć
nie mam zwyczaju, bo filozofowie mówią, że kot powinien być łowny a chłop mowny, jednakże widzę, że język mi jakoś zleniwiał. Przepraszam tedy waćpannę, jeśli się zdrzemnę.
– Nie ma za co – odpowiedziała Helena. (…)

Jakoż gdy siedli znowu na koń, począł zaraz drzemać i żydy wozić na kulbace, a na koniec usnął na dobre. (…) Helena zaś oddała się myślom, które w jej głowie wichrzyły się jak stado ptactwa. (…) Wczoraj jeszcze kładła się do snu pod spokojnym dachem rodzinnym, dzisiaj jest w stepie, na koniu, w męskich szatach, bez domu i bez przytułku. (…) Tu dziewczyna podniosła oczy
do nieba: – Ratujże Ty mnie, Boże wielki a miłosierny, ratuj sierotę, ratuj nieszczęsną, ratuj zabłąkaną! Bądź wola Twoja,
ale stań się miłosierdzie Twoje! (…) Jakoż uspokojenie przychodziło do niej od stepu coraz większe. Zacierały się obrazy mordu
i pogoni w umyśle, a natomiast ogarniała ją jakaś niemoc, ale słodka, sen począł kleić i jej powieki, konie szły wolno – ruch ją kołysał. Usnęła. (…)

Rozdział XX

Obudziło ją szczekanie psów. Otworzywszy oczy ujrzała w dali przed sobą dąb wielki, cienisty, zagrodę i żuraw studzienny. Wnet zbudziła towarzysza.
– Mości panie, zbudź się waszmość!
Zagłoba otworzył oczy. (…)
– Czekajże wasanna. To jest zimownik kozacki. – Tak i mnie się widzi. (…)
– Raz, dwa, trzy, cztery konie osiodłane – czterech ludzi pod zagrodą. No, niewielka potęga. Tak jest, to czabanowie. Coś żywo rozprawiają. Hej tam, ludzie! a bywaj no tu! (…)
Jakoż wszyscy czterej zbliżywszy się poglądali spode łba na przybyłych. W brązowych twarzach ich nie było najmniejszego śladu życzliwości.
– Czego chcecie? – pytali nie zdejmując czapek.
– Sława Bohu – rzekł pan Zagłoba. (…) Jeden z nich, czarny jak żuk i kosooki, począł wpatrywać się w pana Zagłobę, wreszcie rzekł:
– A czego wy z gościńca zjechali?
– Bo upał. (…) A wiesz ty, chłopie, kto do Czehryna za nami jedzie?
– Kto takij?
– Kniaź Jarema!
Zuchwałe twarze czabanów spokorniały w jednej chwili. Wszyscy jakby na komendę poodkrywali głowy. (…)

– Słuchać! – rzekł Zagłoba zwracając się do chłopów. – Jeśli tu podjazd przyjdzie, powiedzieć, żem brzegiem do gościńca pojechał.
– Dobrze, pane.
W kwadrans później Zagłoba jechał znów obok Heleny.
– W porę im księcia wojewodę wymyśliłem – rzekł przymrużając oko pokryte bielmem. – Będą teraz siedzieli cały dzień i czekali podjazdu. Drżączka ich porwała na samo imię książęce.
– Widzę, że waszmość tak obrotny masz dowcip, iż z każdej biedy ratować się potrafisz – rzekła Helena – i Bogu dziękuję, że mi zesłał takiego opiekuna. (…)
– To się rozumie – odpowiedział stary wyga – głowa od tego, żeby o skórze myślała. A waćpannę takem już polubił, że za nią jako za własną córką będę obstawał. (…) Ale ot i Kahamlik. (…) Napoili konie. (…) Przeprawiwszy się tedy na drugą stronę, ruszyli śpiesznie w górę rzeki i jechali bez wytchnienia aż do nocy. (…) Na koniec wydostali się na wysoki, suchy brzeg, porosły dębiną. Ale już też noc była głęboka i ciemna bardzo. (…) …pan Zagłoba postanowił czekać ranka. Rozsiodłał konie, popętał je i puścił
na pastwisko, po czym ją zbierać liście, wymościł z nich posłanie, zasłał czaprakami i okrywszy burką rzekł do Heleny:
– Połóż się waćpanna i śpij, bo nie masz nic lepszego do zrobienia. (…) Smukły kozaczek ukląkł i modlił się długo, podnosząc oczy do gwiazd, a pan Zagłoba wziął na plecy terlicę i poniósł ja nieco opodal, gdzie sobie upatrzył miejsce do spania. (…)

Szaro już było, gdy uszu jej doszły z dala jakieś straszne głosy, jakieś harkotania, wycia, chrapania, później kwik tak bolesny
i przeraźliwy, że krew ścięła się w jej żyłach. Zerwała się na równe nogi okryta zimnym potem, przerażona i nie wiedząca,
co czynić. (…)
– Mości panie, co się stało? – pytała dziewczyna.
– Wilcy konie porżnęli. (…) Pójdziemy pieszo… (…)
Koło południa przyszli nad bród, którym widocznie od czasu do czasu przejeżdżali ludzie i wozy, bo po obu brzegach były ślady kół i kopyt końskich. (…) …z oddali doszedł ich uszu głos ludzki.
– Czekaj waćpanna, ukryjmy się – szepnął Zagłoba. Głos zbliżał się coraz bardziej.
– Widzisz co waćpan? – spytała Helena.
– Widzę.
– Kto się zbliża?
– Dziad-ślepiec z lirą. Wyrostek go prowadzi. Teraz buty zdejmują. Przejdą ku nam przez rzekę. (…)

– Sława Bohu! – rzekł głośno szlachcic.
– Na wiki wikiw – odpowiedział dziad. (…)
– A skąd, dziadu, idziecie?
– Z Browarków.
– A ta droga dokąd prowadzi?
– Do chutoriw, pane, do seła…
– A do Zołotonoszy nią dojdzie?
– Można, panie. (…)
– Tak? – rzekł pan Zagłoba i nagle chwycił za kark wyrostka. (…) Nagle zwrócił się do dziada:
– Zdejmuj przyodziewek, capie, a nie, to cię tu potnę na sztuki.
I obaliwszy wyrostka na ziemię począł go własnymi rękami obdzierać. Dziad, przerażony, zrzucił co prędzej lirę, torbę i świtkę.
– Zdziewaj wszystko! (…)
Kniaziówna widząc, na co się zanosi, oddaliła się śpiesznie, aby swej skromności widokiem nagich członków nie obrazić,
a za uciekającą goniły jeszcze przekleństwa Zagłoby. (…)

Po chwili dało się słyszeć sapanie i ciężki chód ludzki. Był to pan Zagłoba. Na ramieniu niósł przyodziewek zdarty z dziada
i pacholęcia, w ręku dwie pary butów i lirę. (…) …wziął połowę zdartego przyodziewku i oddalił się w krze zarastające brzegi.
Po niejakim czasie w krzach ozwały się dźwięki liry, a następnie ukazał się… już nie pan Zagłoba, ale prawdziwy did ukraiński
z bielmem na jednym oku, z siwą brodą. (…) Kniaziówna klasnęła w ręce i po raz pierwszy od ucieczki z Rozłogów uśmiech rozjaśnił jej śliczną twarz. (…)
– Już teraz rozumiem waszmościów uczynek, dlaczegoś szatki zewlókł z tych biedaków, a to by drogę w przebraniu bezpieczniej odbyć. (…)
Pan Zagłoba odszedł, a Helena wnet jęła się przebierać za dziadowskie pacholę. Wypluskawszy się w rzece, zrzuciła żupanik kozacki, a wdziała świtkę chłopską i kapelusz ze słomy, i sakwy podróżne. (…) Poszli. Pacholę czarnowłose przodem, dziad
za nim. (…) Droga była pusta, ani czumaka na niej, ani mazi, ani siwych wołów wolno idących. (…) …zaledwie wyszli z lasu, pokazały się o kilka stajań ognie licznych chat. (…)
– Tak jest, to Demianówka, nie może być nic innego – rzekł pan Zagłoba. – Dziadów wszędy chętnie przyjmują, może zdarzy się
i nocleg, i wieczerza, a może dobrzy ludzie dalej podwiozą. (…) …w rozpadlinie stanowiącej przedsionek jaru stała kuźnia, z której komina sypały się snopy i kłęby złotych iskier, a przez otwarte drzwi i przez liczne dziury wiercone w ścianach buchało jaskrawe światło przesłaniane chwilami przez ciemne postacie kręcące się we wnętrzu. (…)

…śpiewając zbliżył się do gromady ludzi stojących przed kuźnią. Rozejrzał się: byli to chłopi, po większej części pijani. (…)
– Sława Bohu! – rzekł pan Zagłoba.
– Na wiki wikiw. (…)
– A skąd wy, didu?
– Oj, z daleka, z daleka! Ale pozwólcie spocząć, bo widzę, pod kuźnią jest ława. Siadaj i ty, niebożę – mówił dalej, ukazując ławkę Helenie. (…)
– Czyi wy ludzie?
– My kniazia Jaremy.
– A kogoż wy będziecie rizaty?
Chłopi spojrzeli po sobie.
– Jego? – spytał dziad.
– Ne zderżymo…
– Oj, ne zderżyte, ditki, ne zderżyte. Bywał ja i w Łubniach i widział kniazia na własne oczy. Straszny on! (…)
– A gdzie nam Chmiela szukać?
– Po to ja tu, ditki, przyszedł, żeby wam powiedzieć, gdzie Chmiela szukać. Pójdźcie wy, dzieci, do Zołotonoszy, a potem
do Trechtymirowa pójdziecie i tam już Chmiel będzie na was czekał, tam się też ze wszystkich wsiów, sadyb i chutorów ludzie zbiorą, tam i Tatary przyjdą, bo inaczej kniaź wszystkim wam by po ziemi, po matce, chodzić nie dał. (…)

– Chodźcie, ojcze, do mnie na chleb i sól, i na miodu kwaterkę, a podjecie, to pójdziecie spać na siano do odryny – rzekł stary chłop zwracając się do dziada. Zagłoba wstał i pociągnął Helenę za rękaw świtki. (…) W kilka chwili później dziad pokrzepiał się silnie baraniną popijając obficie miodem, a nazajutrz rano ruszył wraz z pacholęciem wygodną telegą ku Zołotonoszy, eskortowany przez kilkudziesięciu konnych chłopów zbrojnych w spisy i kosy. (…)

Rozdział XXI

Bohuna znaleźli semenowie następnego rana po ucieczce Zagłoby na wpół zduszonego w żupanie, w który pan Zagłoba go obwinął, ale że ran nie miał ciężkich, wkrótce przyszedł do przytomności. (…) …nie mogąc się jeszcze w kulbace utrzymać, kazał przywiązać między dwa konie kolebkę żydowską i wsiadłszy w nią, pognał jak szalony w stronę Łubniów, sądząc, że tam udali się zbiegowie. (…) Dowiedziawszy się…, że żaden szlachcic nie uciekał tą stroną z dziewczyną, sam nie wiedział, co począć, i darł
na sobie bandaże z bólu. (…) Zaraz za Rozłogami wpadł w ręce Bohuna Pleśniewski, który od Czehryna z wieścią o klęsce żółtowodzkiej jechał. (…) …przypieczony ogniem, wyśpiewał, co wiedział i o klęsce, i o panu Zagłobie, którego poprzedzającego dnia spotkał. Uradowany watażka odetchnął. Powiesiwszy Pleśniewskiego puścił się dalej, już prawie pewny, że mu Zagłoba
nie ujdzie. (…) W tym trudnym razie przyszedł Bohunowi z radą i pomocą esauł, stary wilk stepowy, przyzwyczajony od młodości do tropienia Tatarów w Dzikich Polach.
– Bat'ku – rzekł – uciekali oni do Czehryna i mądrze uciekali, bo zyskali na czasie – ale gdy się o Chmielu i jego żółtowodzkiej batalii od Pleśniewskiego dowiedzieli, zmienili drogę. Ty, bat'ku, sam widział, że zjechali z gościńca i w bok się rzucili. (…)
– Ruszajże ty do Zołotonoszy, ja do Czerkas pociągnę.
– Dobrze, bat'ku. (…)

Wieczorem tegoż samego dnia stary esauł Anton dotarł do Demianówki. (…) Anton nie wiedział, co ma począć, gdy nagle drzwi jednej chaty skrzypnęły i młodsza, ładna kobieta wyszła na podwórko. (…)
– …A powiedz no, mołodycio, nie uciekał tu tędy jeden szlachcic, Lach przeklęty, z córką?
– Szlachcic? Lach? ja ne baczyła.
– Nikogo tu nie było?
- Buw did. On chłopów namówił, żeby do Chmiela, do Zołotonoszy poszli, bo mówił, że tu kniaź Jarema przyjdzie. (…)
– A sam był?
– Nie. Z niemową.
– A jak wyglądał?
– Kto?
– Did.
– Oj, stary, stareńki, na lirze grał i na paniw płakał. Ale ja jego nie widziała.
– I on chłopów do buntu namawiał? – pytał raz jeszcze Anton.
– A on.
– Hm! ostańcie z Bogiem, mołodycio.
– Jedźcie z Bogiem.

Anton zastanowił się głęboko. Gdyby ten dziad był przebranym Zagłobą, dlaczego by, u licha, chłopów do Chmielnickiego namawiał? (…) Nagle uderzył się w czoło. A czemu ten did chłopów powiódł do Zołotonoszy, za którą była Prochorówka, a za nią, za Dnieprem, hetmani i cały obóz koronny? Anton postanowił bądź co bądź jechać do Prochorówki. (…) Dojechali do Mohylnej, nad samą rzeką leżącej. Tu los posłużył Antonowi, bo jakkolwiek Mohylna, również jak i Demianówka była pusta, zastał jednak promy gotowe i przewoźników… (…) …począł ich wypytywać o chłopów demianowskich.
– A jakże. Byli, my ich przeprawili na drugą stronę – rzekł przewoźnik.
– A dziad był z nimi?
– Był.
– I niemowa z dziadem? małe pacholę? – Jako żywo.
– Jak wyglądał dziad?
– Niestary, gruby, oczy miał jak u ryby, na jednym bielmo.
– To on! – mruknął Anton… (…) Potem zwrócił się o semenów:
– W konie.

Pomknęli jak stado spłoszonych dropiów, choć droga była trudna, bo kraj w jary popękany. (…) …nagle Anton osadził konia,
aż mu zadnie kopyta zazgrzytały na kamieniach. (…) Poznał dragonów księcia Jeremiego. Uciekać było za późno, ledwie dwieście kroków dzieliło zastęp Antona od dragonów, a zmęczone konie semenów nie uszłyby daleko przed pogonią. (…)
– Co wy za ludzie? – spytał groźno porucznik.
– Bohunowi! – rzekł Anton widząc, że trzeba prawdę mówić, bo sama barwa zdradzi. Ale poznawszy porucznika, którego widywał w Perejasławiu, wykrzyknął zaraz z udaną radością:
– Pan porucznik Kuszel! Sława Bohu!
– A to ty, Anton! – rzekł porucznik przyjrzawszy się esaułowi. (…) Dragoni rozstąpili się i poczet Antona wyjechał spośród nich
ku ujściu jaru. (…)
„Dobra nasza! – myślał Anton – podwójnie dobra nasza: raz, żeśmy skórę całą unieśli, a po wtóre, że ci dragoni nie szli
z Zołotonoszy i że Zagłoba minął się z nimi, bo gdyby ich był napotkał, tedy byłby już przed wszelką pogonią bezpieczny.”

Jakoż istotnie był to termin dla pana Zagłoby nader niepomyślny, w którym fortuna zgoła mu nie dopisywała, że się nie natknął na pana Kuszla i jego chorągiewkę, gdyż byłby od razu ocalony i wolen od wszelkiej obawy. Tymczasem w Prochorówce uderzyła w niego jak piorun wieść o klęsce korsuńskiej. (…) Miał więc pan Zagłoba poza sobą Bohuna, przed sobą morze chłopskiego buntu, rzezie, pożogi, zagony tatarskie, tłumy rozbestwione. (…) I postanowił przeprawić się na prawy brzeg Dnieprowy. (…) Noc spędzili z Heleną na brzegu rzeki razem z gromadami pijanego chłopstwa, przy ogniskach. (…) Dzień robił się chmurny, posępny, blady. Zagłoba chciał co prędzej przeprawić się na drugą stronę. Szczęściem i prom też naprawiono. (…) Wiosła wyprężyły się
i prom począł oddalać się od brzegu. Bystra fala zaraz go zniosła nieco z biegiem rzeki, w kierunku Domontowa. Przebyli już połowę szerokości koryta, gdy na prochorowskim brzegu dały się słyszeć krzyki, wołania. (…) W tejże chwili jacyś konni ukazali się na prochorowskim brzegu. (…) Zagłoba spojrzał i zimny pot oblał go od stóp do głowy: poznał Kozaków Bohunowych. Rzeczywiście był to Anton ze swymi semenami. (…)

– Ditki! to Kozacy Wiśniowieckiego! O, dla Boga…! prędzej do brzegu! Już my tamtych, co zostali, odżałujemy, a porąbać prom,
bo inaczej pohybel nam wszystkim! (…) W tej chwili prom zgrzytnął o żwir brzegowy. Chłopi poczęli wyskakiwać, ale jedni
nie zdążyli jeszcze wysiąść, gdy drudzy rwali już burty promu, bili siekierami w dno. (…) Statek zniknął po chwili, ale nagle
ze wszystkich piersi znów wyrwał się okrzyk grozy i przerażenia:
– Skaczut w wodu! płynut k'nam! – wrzeszczeli chłopi. (…) Porwane pędem rzeki konie nie mogły płynąć wprost, fala poczęła je znosić z nadzwyczajną szybkością. (…) Nagle jeden łeb i jeden mołojec zniknął pod wodą, za nim drugi, trzeci, czwarty, piąty… liczba płynących zmniejszała się coraz bardziej. (…) Nagle głos Zagłoby rozległ się wśród ciszy:
– Hej! ditki! Do piszczeli! Na pohybel kniaziowym!
Buchnęły dymy, zahuczały wystrzały. Krzyk z rzeki zabrzmiał rozpaczliwie i po chwili konie, mołojcy, wszystko znikło. (…) Zagłoba patrzył na Helenę i mrugał… (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]