Błogosław, duszo moja, Panu! Panie, Boże mój, jesteś bardzo wielki! Przywdziałeś chwałę i majestat. Przyodziewasz się światłością jak szatą, niebiosa rozciągasz jak kobierzec. [Ps. 104; 1 – 2]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1883



1883 [Warszawa - Reichenhall]


["OGNIEM I MIECZEM"] – zakończenie pracy rozpoczętej w 1882 r.
Rozdział XXII

Książę wojewoda ruski, zanim pana Skrzetuskiego siedzącego na zgliszczach Rozłogów spotkał, wiedział już o klęsce korsuńskiej, gdyż mu o niej pan Polanowski, towarzysz książęcy husarski w Sahotynie doniósł. (…) Stanąwszy tedy w Perejasławiu polecił małemu panu Wołodyjowskiemu i panu Kuszlowi, by swoich dragonów na wszystkie strony, do Czerkas, do Mantowa, Siekiernej, Buczacza, Stajek, Trechtymirowa i Rzyszczowa, rozesłali dla sprowadzenia wszelkich statków i promów, jakie by się w okolicy znalazły. (…) …dostał się pan Wołodyjowski samodziesięć na prawy brzeg, kazawszy z pni zbić naprędce tratwę. Tam schwytał kilkunastu Kozaków, których przed księciem stawił. Od nich dowiedział się książę o potwornych rozmiarach buntu i straszliwych owocach, jakie klęska korsuńska już zrodziła. (…) Ale starcie nie było bliskim, bo ów Chmielnicki, zwycięzca spod Żółtych Wód, zwycięzca spod Korsunia, ów Chmielnicki, który rozbił w puch wojska koronne, wziął do niewoli hetmanów i teraz stał na czele setek tysięcy wojowników, po prostu bał się tego pana z Łubniów, który chciał go szukać za Dnieprem. Wojska książęce przebyły właśnie Śleporód, sam zaś książę zatrzymał się dla wypoczynku w Filipowie, gdy dano mu znać, że przybyli wysłańcy Chmielnickiego z listem i proszą o posłuchanie. (…)

Książę, siedząc w otoczeniu co przedniejszego rycerstwa, …pytał, z czym przybyli.
– Z listem od hetmana – odparł Sucharuka. Na to książę utkwił w Kozaku oczy i rzekł spokojnie, lubo z przyciskiem na każdym słowie:
– Od łotra, hultaja i rozbójnika, nie od hetmana! (…)
Tymczasem książę kazał panu Maszkiewiczowi wziąć list i czytać. List był pokorny. W Chmielnickim, lubo już po Korsuniu, lis wziął górę nad lwem, wąż nad orłem, bo pamiętał, że pisze do Wiśniowieckiego. (…) Tu następowały skargi na pychę pana Skrzetuskiego, że listów od Chmielnickiego nie chciał do księcia brać, czym godność jego hetmańską i całego wojska zaporoskiego wielce spostponował. Tej to właśnie pysze i poniewierce, jakie ustawicznie od Lachów Kozaków spotykały, przypisywał Chmielnicki wszystko, co się stało, począwszy od Żółtych Wód aż do Korsunia. Wreszcie list kończył się zapewnieniami żalu i wierności dla Rzeczypospolitej oraz zaleceniem pokornych służb, wedle książęcej woli. (…) Gdy skończono list, nie ozwał się ni słowa do posłańców, tylko kazał Wołodyjowskiemu wziąć ich precz i pod strażą zatrzymać, sam zaś zwróciwszy się do pułkowników ozwał się w następujące słowa:
– Wielką jest chytrość tego nieprzyjaciela, bo albo mię chce owym listem uśpić, by na uśpionego napaść, albo-li w głąb Rzeczypospolitej pociągnie, tam układ zawrze, przebaczenie od powolnych stanów i króla uzyska, a wtenczas będzie się czuł bezpiecznym, bo gdybym go dłużej chciał wojować, tedy nie on już, ale ja postąpiłbym wbrew woli Rzeczypospolitej
i za rebelizanta bym uchodził. (…)

– Mości książę! Kontempt to nawet jest dla imienia waszej książęcej mości, iż ów łotr pisać się do waszej książęcej mości odważył, bo ataman koszowy nosi w sobie preeminencję od Rzeczypospolitej potwierdzoną i uznaną, czym nawet kurzeniowi zasłaniać się mogą. Ale to jest hetman samozwańczy, któren nie inaczej, jeno za zbójcę uważany być może, w czym pan Skrzetuski chwalebnie się spostrzegł, gdy listów jego do waszej książęcej mości brać nie chciał.
– Tak też i ja myślę – rzekł książę – a ponieważ jego samego nie mogę dosięgnąć, przeto w osobach swych wysłanników ukaranym zostanie. (…)
– Dziękuję-ć w jego imieniu, że go z rezunami równasz. – Tu książę zmarszczył brwi. – Wreszcie dość o tym. Widzę – mówił dalej, zwracając się do pułkowników – że waszmościowie wszyscy sufragia za wojną dajecie; taka jest i moja wola. (…)

W tej chwili drzwi się otworzyły i ukazał się w nich Roztworowski, namiestnik wołoskiej chorągwi, wysłany przed dwoma dniami
w trzysta koni na podjazd.
– Mości książę! – zawołał – rebelia szerzy się! Rozłogi spalone, w Wasiłówce chorągiew do nogi wybita. (…)
…książę skinął ręką, by milczano, i sam pytał: – Kto to uczynił – hultaje czy jakowe wojsko?
– Mówią, że Bohun. (…)
– Boże wszechmogący! – zakrzyknął – przypominam sobie, co mnie Skrzetuski powiadał, że Bohun na niewinność Kurcewiczówny się zasadził. Rozumiem teraz, czemu Rozłogi spalone. Dziewka musi być porwana. Hej, Wołodyjowski! sam tu! Weźmiesz waść pięćset koni i ku Czerkasom jeszcze raz ruszysz; Bychowiec w pięćset Wołochów niech na Zołotonoszę do Prochorówki idzie. Koni nie żałować; któren mi dziewczynę odbije, Jeremiówkę w dożywocie weźmie. Ruszać! Ruszać!
Po czym do pułkowników:
– Mości panowie, a my na Rozłogi do Łubniów! (…)

Rozdział XXIII

Późnym wieczorem, przy księżycu, doszły wojska do Rozłogów. (…) … poprowadzono pana Skrzetuskiego do księcia, któren
w chłopskiej chacie się zatrzymał. (…) Ten, gdy swego ulubieńca ujrzał, nie rzekł ni słowa, tylko mu ramiona otworzył i czekał. Pan Jan rzucił się natychmiast z wielkim płakaniem w owe ramiona, a książę do piersi go cisnął, w głowę całował, przy czym obecni oficerowie widzieli łzy w jego dostojnych oczach. Po chwili dopiero mówić począł:
– Jako syna cię witam, gdyż tak myślałem, iż cię już nie ujrzę więcej. (…)
– Pójdę z waszą książęcą mością na kraj świata, ale pocieszyć się nie mogę, bo mi tak bez niej ciężko, że ot, nie mogę, nie mogę… (…)
– Słuchaj – rzekł nagle książę – mam wieść, że Bohun stąd ku Łubniom gonił, bo mi w Wasiłówce ludzi wysiekał. Nie desperujże naprzód, bo może on jej nie dostał, gdyż po co by się ku Łubniom puszczał? (…)
– O mości książę! życie, krew! – wołał. (…) Nie rozumiał bowiem, dlaczego Bohun gonił początkowo w stronę Łubniów, rzucił się
na prezydium wasiłowskie, a potem nagle zwrócił się w stronę Czerkas. Że Heleny nie porwał, to zdawało się być pewnym, bo pan Kuszel spotkał oddział Antonowski, w którym jej nie było, ludzie zaś sprowadzeni teraz od strony Czerkas nie widzieli jej
przy Bohunie. (…) Pan Skrzetuski klęczał… i modlił się żarliwie. (…)

Świtaniem zatrąbiono wsiadanego – wojska ruszyły do Łubniów. (…) Chciał był pan Skrzetuski z tatarską chorągwią naprzód skoczyć, ale zbyt był osłabiony, zresztą książę trzymał go przy swej osobie, bo życzył mieć relację z namiestnikowego posłowania do Siczy. (…) …po południu pokazały się z wysokiego brzegu Suły wydęte kopułki cerkwi łubniańskich, błyszczący dach i spiczaste wieże kościoła Św. Michała. Wojska powoli wchodziły i zeszło aż do wieczora. Sam książę udał się natychmiast
na zamek, w którym, wedle naprzód wysłanych rozkazów, wszystko miało być do drogi gotowe; chorągwie zaś roztasowały się
na noc w mieście, co nie było rzeczą łatwą, bo zjazd był wielki. (…) Sama księżna z fraucymerem i dworem miała być odesłana
do Wiśniowca, aby książę z całą potęgą bezpieczny i bez przeszkód mógł w ogień ruszyć. (…)

Rozdział XXIV

Pan Skrzetuski, który pierwszy przed chorągwiami do zamku skoczył, o kniaziównę i Zagłobę pytając, oczywiście ich tu
nie znalazł. (…)

Kaplica była pusta i ciemna, jeno dwie świece migotały przed ołtarzem, kładąc blaski różowe i złote na twarz Chrystusa wykonaną z alabastru a pełną słodyczy i cierpienia. Godziny całe upływały, a namiestnik leżał bez ruchu niby martwy – ale też czuł coraz wyraźniej, że gorycz, rozpacz, nienawiść, ból, troski, cierpienie odwijają mu się od serca, wypełzają mu z piersi i pełzną jak węże, i kryją się gdzieś w ciemnościach. Uczuł, że lżej oddycha, że jakoby wstępuje w niego nowe zdrowie, nowe siły,
że w głowie robi mu się jaśniej i błogość jakaś ogarnia – słowem, …przed tym Chrystusem znalazł wszystko, cokolwiek mógł znaleźć człowiek tamtych wieków, człowiek wiary niewzruszonej, bez śladu i cienia zwątpienia. Nazajutrz był też namiestnik jakby odrodzony. Rozpoczęła się praca, ruch i krętanina, bo był to dzień odjazdu z Łubniów. (…) Sama księżna tylko siadała
z suchymi oczyma do karety i z podniesioną głową, bo dumna pani wstydziła się pokazywać ludziom cierpienia. (…) Wreszcie
i sam książę siadł na konia. Chorągwie po pułkach zniżyły się przed nim, uderzono na wałach z dział; płacze, gwar ludu i okrzyki pomieszały się z głosem dzwonów, z wystrzałami, z dźwiękami trąb wojennych, z huczeniem kotłów. Ruszono. (…)

Koń książęcy wyciągnął szyję i zarżał, a rżeniu temu odpowiedziały zaraz inne pod chorągwiami. Te głosy ocuciły księcia
z zadumy i napełniły go otuchą. (…) Książę, kazawszy napastników pochwytać, wysłał Poniatowskiego, rotmistrza kozackiej chorągwi, ku Kaniowu, który tejże nocy przywiódł pięciu Zaporożców z wasiutyńskiego kurzenia. (…) Badani o siły Chmielnickiego podawali je na dwieście tysięcy, ale dość lada jakich, a dobrych tylko pięćdziesiąt, to jest Zaporożców i Kozaków pańskich
albo grodowych, którzy się do buntu przyłączyli. Po otrzymaniu tych wiadomości pokrzepił się na duchu książę… (…) …nazajutrz rano udał się w dalszą drogę. (…) Za Perejasławiem weszły wojska w olbrzymie, głuche lasy ciągnące się wzdłuż biegu Trubieży aż do Kozielca i dalej pod sam Czernihów. Był to schyłek maja – upały straszliwe. (…) Wleczono się tak cztery dni, na koniec piątego upał stał się nadnaturalny. Gdy przyszła noc, konie zaczęły chrapać, a bydło ryczeć żałośnie, jakoby przewidując jakieś niebezpieczeństwo… (…) Rozesłano na wszystkie strony podjazdy, by się przekonać, czy rzeczywiście jakie niebezpieczeństwo nie groziło. Pan Skrzetuski, który na ochotnika z Wołoszą poszedł, wrócił pierwszy nad ranem, a wróciwszy udał się natychmiast do księcia.
– Co tam? – spytał Jeremi.
– Mości książę, lasy się palą. (…) Schwytałem kilku ludzi, którzy wyznali, iż Chmielnicki wysłał ochotnika, który by za waszą książęcą mością szedł a ogień, jeśli wiatr będzie pomyślny, podkładał. (…)
– Pogański to sposób – rzekł – ale nic po tym! Ogień nie przejdzie za rzeki idące do Trubieży.
Ogień szerzył się gwałtownie, ale wzdłuż rzeczek ku wschodowi i zachodowi, nie ku północy. Nocami niebo czerwieniło się,
jak okiem dojrzał. (…)

Tymczasem pewnej nocy przyjechał do taboru pan Suchodolski z Bodenek, z tamtej strony Desny. (…) Wielka też zrobiła się konsternacja, gdy zapytany przez księcia o nowiny, odpowiedział:
– Złe, mości książę! O pogromie hetmańskim już wiecie, zarównie jak i o śmierci królewskiej? (…)
W tej chwili kilkunastu oficerów, między nimi Zaćwilichowski, Skrzetuski, Baranowski, Wurcel, Machnicki i Polanowski, zbliżyło się do księcia, który rzekł:
– Mości panowie, król umarł!
Głowy odkryły się jak na komendę. (…)

Rozdział XXV

Po dziesięciodniowym pochodzie, którego pan Maszkiewicz był Ksenofontem, i trzydniowej przeprawie przez Desnę przyszły wreszcie wojska do Czernihowa. Przed wszystkimi wszedł pan Skrzetuski z Wołoszą, którego umyślnie książę do zajęcia miasta wykomenderował, aby się mógł prędzej o kniaziównę i Zagłobę rozpytać. Ale tu również, jak i w Łubniach, ani w mieście,
ani na zamku nikt o nich nie słyszał. (…) Książę tymczasem przyszedł do Lubecza nad Dniepr, tam wojsko dla odpoczynku rozłożył, sam zaś z księżną, dworem i ciężarami jechał do Brahina, położonego wśród lasów i błot nieprzebytych. W tydzień później przeprawiło się i wojsko. Ruszono następnie do Babicy pod Mozyr… bo księżna z dworem miała jechać do Turowa, do pani wojewodziny wileńskiej, ciotki swojej, książę zaś z wojskiem w ogień ku Ukrainie. (…) …wojska weszły w kraj błot nieprzebytych, lasów bagnistych, łąk rozmiękłych, rzek, rzeczek i strumieni, w kraj pusty, głuchy, jedną puszczą szumiący… (…) Noc była pogodna, jasna – i przy blasku księżyca, jak okiem sięgnąć, nie zajrzałeś sążnia suchego gruntu. (…) Wojska przez Prypeć przeprawiały się cztery dni, potem niemal codziennie trzeba było przebywać rzeki i rzeczułki płynące w rozkisłym gruncie. (…)
A książę śpieszył, pędził. Kazał walić całe lasy, układać drogi z okrąglaków i szedł naprzód. (…) Był to sławny pochód o chłodzie, wodzie i głodzie, w którym wola wodza i zapał żołnierzy łamały wszystkie przeszkody. (…) Na koniec po dwudziestu dniach nadludzkich trudów i wysileń wychyliły się wojska książęce w kraj zbuntowany. „Jarema ide! Jarema ide!” – rozlegało się po całej Ukrainie, aż hen po Dzikie Pola, do Czehryna i Jahorliku.

Rozdział XXVI

Tymczasem Chmielnicki, postawszy czas jakiś w Korsuniu, do Białocerkwi się cofnął i tam stolicę swą założył. (…) Oto dlaczego leżał długo pod Białocerkwią. Zbroił się, uniwersały na wszystkie strony rozsyłał, lud ściągał, całe armie tworzył, zamki pod moc swoją zagarniał, bo wiedział, że tylko z silnym układać się będą, ale w głąb Rzeczypospolitej nie ruszał. (…) Doniesiono, iż książę wypocząć dawszy wojsku, strudzonemu pochodem przez lasy i błota, wstąpił w kraj zbuntowany; że bije, pali, ścina; że podjazd wysłany pod Skrzetuskim rozbił dwutysięczną watahę Kozaków i czerni – i wytępił ją co do nogi; że sam książę wziął szturmem Pohrebyszcze, majętność książąt Zbaraskich – i ziemię a wodę tylko zostawił. (…) Toteż Chmielnicki, gdy się o tym dowiedział, począł ryczeć jak ranny tur. Z jednej strony układy, z drugiej miecz. Jeśli ruszy na księcia, będzie to oznaką, że nie chce układów proponowanych przez pana z Brusiłowa. (…) Chmiel zasiadłszy między pułkownikami siedział przez chwilę w milczeniu, po czym zdjął kołpak na znak, iż narada się rozpoczyna, wstał i tak mówić począł:
– Mości panowie pułkownicy i atamani dobrodziejstwo! Wiadomo wam, jako dla wielkich, a niewinnie cierpianych krzywd naszych musieliśmy za broń uchwycić, …a szabli póty z ręki nie puszczać, póki nam za wolą najjaśniejszego króla jegomości nasze dawne wolności i przywileje nie będą powrócone.

Tymczasem powstał Wyhowski z listem Kisielowym w ręku. Kopię pisma poniósł Zorko, aby ją odczytać „towarzystwu”, więc tam
i tu zapadła cisza głęboka. (…) …list w ogóle podobał się i pułkownikom, i nawet „towarzystwu”. Niemniej przeto w pierwszej chwili nie można było niczego zrozumieć ani dosłyszeć dla wielkiej furii, z jaką nad pismem rozprawiano. (…) Wtem powstał… sam Chmielnicki.
– Mości panowie pułkownicy dobrodziejstwo! – rzekł. – Za czym ustanowiliście, aby posłów do Warszawy wysłać, którzy służby nasze wiernie najjaśniejszemu królowi jegomości zalecą i o nagrodę prosić będą. (…) O to więc proszę, abyście waszmościowie… na ochotnika ruszyli, a ja do króla jegomości pisać będę, iż to się stało beze mnie i dla koniecznej obrony naszej przed jego, Wiśniowieckiego, nieżyczliwością i napaścią. (…)

Chmielnicki mówił dalej:
– Który tedy z waszmościów na ów przemysł wojenny wyjdzie, temu ja wojska dosyć dam, dobrych mołojców, i armatę dam,
i ludu ognistego, aby z pomocą Bożą niedruga naszego mógł znieść i wiktorię nad nim otrzymać… (…)
– Ja pójdę.
Był to Maksym Krzywonos. (…) Drugi ataman wysunął się naprzód.
– Ja z toboju, Maksym!
Był to Pułjan. (…)
– I Czarnota hadziacki, i Hładki mirhorodzki, i Nosacz ostręski pójdą z tobą! – rzekł Chmielnicki.
– Pójdziemy! – ozwali się jednogłośnie, bo już ich przykład Krzywonosa zachęcił i duch w nich wstąpił.
– Na Jaremu! na Jaremu! – zagrzmiały okrzyki w zgromadzeniu. (…)

Rozdział XXVII

Szedł tedy Krzywonos z Białocerkwi na Skwirę i Pohrebyszcze ku Machnówce, a gdzie przeszedł, ginęły nawet ślady ludzkiego życia. (…) Wahał się nawet książę i rozmyślał, czyby nie pójść na czas jakiś do spokojniejszego kraju dla odpoczynku
i pomnożenia wojsk… (…) …po tygodniowym postoju dano znać, że posiłki idą. Książę zaraz wyjechał na spotkanie – i istotnie spotkał pana Janusza Tyszkiewicza, wojewodę kijowskiego… (…) Ucieszył się więc książę bardzo i wdzięcznie pana wojewodę
do swej kwatery zaprosił, który nie mógł się odziwić jej ubóstwu i prostocie. (…)

– Mości wojewodo – rzekł – Bogu chwała, iżeście przybyli ze świeżym ludem, bom też już ostatnim tchem gonił.
– Widziałem ja po żołnierzach waszej książęcej mości, iż się napracowali, niebożęta, co i mnie trapi niemało, gdyżem tu z prośbą przybył, byś wasza książęca mość na ratunek mi pośpieszył. (…) Nadciągnęło hultajstwa kilkadziesiąt tysięcy, a nad nimi Krzywonos, któren jakom słyszał, na waszą książęcą mość był komenderowany, ale dostawszy języka, iżeś wasza książęca mość ku Konstantynowu ruszył, tam pociągnął, a teraz po drodze mnie Machnówkę obległ i takie spustoszenie poczynił, iż żaden język tego wypowiedzieć nie jest w możności. (…)
– Mości panowie – rzekł książę – czy konie u toków?
– Tak jest.
– Gotowe?
– Jako zawsze. – To dobrze. Za godzinę ruszamy na Krzywonosa. (…)
Pułkownicy skłoniwszy się opuścili izbę i po chwili rozległy się trąbki grające wsiadanego. (…)

Ciągnęły wojska na Winnicę i Lityń ku Chmielnikowi. (…) Tamże rozpoczynał się już kraj spustoszony, pełen śladów Krzywonosowej ręki. (…) Była to pierwsza połowa lipca. (…) Ślady przejścia wojsk stawały się coraz świeższe. (…) Tymczasem
w Chmielniku przyszła wiadomość, że nie sam stary Krzywonos, ale syn jego Machnówkę w kilkanaście tysięcy ludzi oblega i że on to naczynił tak nieludzkich spustoszeń po drodze. (…) …zameczek pod wodzą pana Lwa bronił się jeszcze. Kozacy szturmowali go z klasztoru bernardynów, w którym wysiekli zakonników. Pan Lew, goniąc ostatkiem sił i prochów, nie obiecywał się dłużej trzymać nad jedną noc. Zostawił więc książę piechoty, działa i główne siły wojska, którym kazał iść do Bystrzyka, sam zaś
z wojewodą, panem Krzysztofem, panem Aksakiem, we dwa tysiące komunika na pomoc skoczył. (…) …w pół mili od Machnówki kilkunastu jeźdźców pędzących co koń wyskoczy zabiegło wojsku drogę. Był to pan Lew z towarzyszami. Ujrzawszy go wojewoda kijowski odgadł natychmiast, co się stało.
– Zamek zdobyty! – krzyknął.
– Tak jest! – odpowiedział pan Lew i w tejże chwili omdlał, bo był posieczony i postrzelany, więc krew go uszła. (…)

…wszelako w izbach na wieży broniło się kilkudziesięciu szlachty – tym należało śpieszny dać ratunek. Ruszono więc z kopyta.
Po chwili ukazało się na górze miasto i zamek, a nad nimi ciężka chmura dymów od wszczętego pożaru. (…) Przy tych blaskach widać było pułki Zaporożców i zbite masy czerni płynące przez bramy na spotkanie wojsk tym śmielej, że nikt w mieście
nie wiedział o przybyciu księcia, sądzono bowiem, że sam tylko wojewoda kijowski nadciąga z odsieczą. (…) …okrzyk radości wyrwał się ze wszystkich polskich piersi, a pan wojewoda kijowski miał sposobność po raz wtóry podziwiać sprawność chorągwi książęcych. Zatrzymawszy się na widok kozactwa, stanęły od razu w szyku bojowym, ciężka jazda we środku, lekkie
na skrzydłach, tak iż nic nie należało poprawiać i można było z miejsca zaczynać. (…) Książę…, jako wódz przezorny, przelatywał z buławą w ręku między chorągwiami od skrzydła do skrzydła, opatrywał, ostatnie dawał rozkazy. (…) Stanęły tedy: w środku,
w pierwszej linii trzy chorągwie – pierwsza, którą sam wojewoda kijowski sprawował, druga młodego pana Aksaka, trzecia pana Krzysztofa Tyszkiewicza; za nimi, w drugiej linii, dragonia pod panem Baranowskim, a wreszcie olbrzymia husaria książęca –
przy niej jako sprawca pan Skrzetuski. Skrzydła zajęli Wierszułł, Kuszel i Poniatowski. Armaty nie było, gdyż Wurcel został
w Bystrzyku.

Książę podskoczył do wojewody i buławą skinął.
– Za swoje krzywdy poczynaj wasza mość najpierwszy. (…)
Zderzyli się tedy mocno. (…) Tak konie wspięły się przed końmi, jeźdźcy jak wał, a szable nad wałem jak piana. (…) Łuna oświeciła pobojowisko i widać było doskonale obie linie, polską i kozacką, łamiące się pod górą, widać było barwy proporców
i nawet twarze. (…) Przy księciu została sama husaria… (…) …książę, w srebrnej zbroi, ze złotą buławą w ręku, wytężał oczy
na bitwę – a z lewej strony pan Skrzetuski trochę bokiem na końcu stojący. (…) Widział więc książę jak na dłoni pracę ciężką żołnierzy. (…) …wzrok księcia biegł poza linię walczących, aż na górę ku miastu, gdzie na czele dwóch pułków wybranych stał sam młody Krzywonos czekając na chwilę, by się rzucić w środek walczących i złamać nadwątlone polskie szyki zupełnie.
Skoczył nareszcie biegnąc ze strasznym krzykiem wprost na dragonów Baranowskiego, ale na tę chwilę czekał także i książę.
– Prowadź! – krzyknął do Skrzetuskiego. Skrzetuski koncerz w górę podniósł i żelazna nawała ruszyła naprzód. (…)

– Jarema! Jarema! – zawołali husarze.
– Jarema! – powtórzyło całe wojsko. Straszne imię dreszczem trwogi ścisnęło serca Zaporożców. (…) Młody Krzywonos, choć mężny i dziki, gdy zrozumiał, że własne niedoświadczenie przychodzi mu takiemu wodzowi, jak książę, przeciwstawić, stracił całkiem głowę i umykał na czele innych ku miastu. Uciekającego spostrzegł pan Kuszel, z boku stojący, który na krótką metę tylko widział, przyskoczył więc koniem i w pysk młodego watażkę szablą trzasnął. Nie zabił, bo ostrze wstrzymała podpinka,
ale zalał go krwią i tym bardziej serca pozbawił. (…) Trup padał na trupa, kopyta końskie grzęzły w drgających ciałach. (…)
…walka zdawała się zbliżać ku końcowi. Ciężka jazda ruszyła znowu naprzód, goniąc przed sobą pułki zaporoskie, które pod górę ku miastu się chroniły. Reszcie uciekających przecięły odwrót chorągwie Kuszla i Poniatowskiego. (…) Uwolniono owych kilkudziesięciu szlachty broniących się w zameczku. (…)

…wtem zbliżył się szybko pan Skrzetuski i rzekł:
– Wasza książęca mość, są wieści o starszym Krzywonosie.
Zaraz więc umysł księcia w inną zwrócił się stronę… Tymczasem wprowadzono przybyłych z wieściami czterech ludzi,
w tym dwóch starych błahoczestywych księży, którzy ujrzawszy księcia rzucili się przed nim na kolana.
– Ratuj, władyko, ratuj! – powtarzali wyciągając ku niemu ręce.
– Skąd wy? – pytał książę.
– My z Połonnego. Starszy Krzywonos obległ zamek i miasto; jeśli twoja szabla nad jego karkiem nie zawiśnie, tedy zginiemy wszyscy. (…)
Książę przyrzekł im pomoc, ale ponieważ główne siły jego były w Bystrzyku, musiał, więc na nie czekać. (…) Wieczorem nadciągnęła cała dywizja z Bystrzyka, a z nią poseł, pan Stachowicz, od wojewody bracławskiego. Pisał pan Kisiel do księcia list… (…) Oto pan z Brusiłowa oświadczał, że układy rozpoczęte, że on sam z innymi komisarzami udaje się do Białocerkwi
i ma nadzieję Chmielnickiego powstrzymać i ukontentować. Na koniec prosił księcia, by do czasu układów nie nastawał
tak bardzo na Kozaków i o ile można, kroków wojennych zaprzestał. (…)

– Hańba! hańba! Boże! dajże mnie już polec prędzej, abym na takie rzeczy nie patrzył!
Cisza zapanowała głęboka między obecnymi, a książę mówił dalej:
– Nie chcę ja żyć w tej Rzeczypospolitej, bo dziś wstydzić się za nią przychodzi. Oto czerń kozacka i chłopska zalała krwią ojczyznę, z pogaństwem się przeciw własnej matce połączyła. Pobici hetmani, zniesione wojska, zdeptana sława narodu, zgwałcony majestat, popalone kościoły, wyrżnięci księża, szlachta, pohańbione niewiasty, a na te klęski i na tę hańbę, na której wspomnienie samo pomarliby nasi przodkowie – czymże odpowiada ta Rzeczpospolita? Oto ze zdrajcą, z hańbicielem swym,
ze sprzymierzeńcem pogan układy rozpoczyna i kontentację mu obiecuje! O Boże! Daj śmierć, powtarzam, bo nie żyć nam
na świecie, którzy dyshonor ojczyzny czujemy i głowy dla niej niesiemy w ofierze. (…) Oto, mości panowie, słysząc o klęsce ojczyzny przyszliśmy tu przez płonące lasy i nieprzebyte błota, nie śpiąc, nie jedząc, ostatnich sił dobywając, by tę matkę naszą od zagłady i hańby ratować. Ręce mdleją nam od pracy, głód skręca kiszki, rany bolą – my zaś na trud nie baczym,
byle nieprzyjaciela pohamować. Mówiono na mnie, żem krzyw, iż mnie regimentarstwo minęło. Niechże cały świat sądzi,
czy godniejsi ci, co je dostali, a ja Boga i waszmościów na świadki biorę, że tak jak i wy nie dla nagrody i dostojeństw niosę krew swą w ofierze, ale z czystej ku ojczyźnie miłości. Ale gdy my ostatni dech z piersi wydajemy – cóż nam donoszą? Oto, że panowie w Warszawie, a pan Kisiel w Huszczy kontentację dla tego nieprzyjaciela obmyślają? Hańba! hańba!!! (…) Nie ma tu innego wyboru, jeno albo posłuszeństwo złamać (boć w czasie bezkrólewia oni władzę sprawują), albo honor ojczyzny, dla któregośmy pracowali poświęcić… (…)

Pan Zaćwilichowski głos zabrał:
– Mości książę, ja mam lat siedmdziesiąt, jestem Rusin błahoczestywy, byłem komisarzem kozackim i ojcem mnie sam Chmielnicki nazywał. Prędzej bym powinien za układami przemawiać, ale jeśli mi rzec przyjdzie: „hańba” albo „wojna”,
tedy jeszcze do grobu zstępując powiem: „wojna”!
– Wojna! – powtórzył pan Skrzetuski.
– Wojna, wojna! – powtórzyło kilkanaście głosów, między nimi pan Krzysztof, panowie Kierdeje, Baranowski i prawie wszyscy obecni.
– Wojna! wojna!
– Niechże się stanie według słów waszych – odrzekł poważnie książę – i buławą w otwarty list pana Kisiela uderzył. (…)

Rozdział XXVIII

W dzień później, gdy wojska zatrzymały się w Rylcowie, książę zawołał pana Skrzetuskiego i rzekł:
– Siły nasze słabe i zmorzone, a Krzywonos ma sześćdziesiąt tysięcy luda i jeszcze co dzień w potęgę rośnie, bo czerń do niego napływa. (…) Trzeba nam skąd posiłków. Otóż dowiaduję się, że niedaleko od Konstantynowa stoją dwaj pułkownicy: Osiński
z gwardią królewską i Korycki. Weźmiesz dla bezpieczeństwa sto semenów nadwornych i pójdziesz do nich z moim listem,
aby zaś się pośpieszyli i bez zwłoki do mnie przyszli, bo za parę dni na Krzywonosa uderzę. (…) Pan Skrzetuski skłonił się i tegoż wieczoru ku Konstantynowu ruszył na noc… (…) Idąc tedy cicho, świtaniem doszedł do Wiszowatego Stawu, gdzie się na obu pułkowników natknął… (…) Na nieszczęście, obaj pułkownicy dali odpowiedź odmowną, gdyż obaj należeli do komendy księcia Dominika Zasławskiego i mieli wyraźne rozkazy, by się z Wiśniowieckim nie łączyli. (…) Tymi myślami przejęty pan Skrzetuski wracał na powrót do księcia na czele swoich semenów… (…) W lesie panowała cisza głęboka, przerywana tylko trzaskiem suchych gałązek pod kopytami końskimi – gdy nagle do uszu pana Skrzetuskiego i semenów doszedł daleki jakiś szmer podobny do śpiewu przerywanego okrzykami.

– Stój! – rzekł cicho pan Skrzetuski i zatrzymał linię semenów. – Co to jest? (…)
– Chłopy rezuny.
– A siła ich jest?
– Będzie ze dwustu. Nie wiadomo, panie, co począć, bo leżą w wąwozie, przez który droga nam wypada. Ognie palą, jeno blasku
nie widać, bo w dole. Straży nijakich nie mają: można do nich podejść na strzeleniu z łuku.
– Dobrze! – rzekł pan Skrzetuski i zwróciwszy się do semenów począł dwom starszym wydawać rozkazy. (…) Pan Skrzetuski, który znajdował się w owym środkowym oddziele, spojrzawszy w dół widział jak na dłoni, w odległości dwudziestu lub trzydziestu kroków, całe obozowisko… (…) Przy największym ognisku siedział, zwrócony plecami do ściany wąwozu i do pana Skrzetuskiego, barczysty stary dziad – i brzdąkał na lirze; naokoło niego skupiło się półkolem ze trzydziestu rezunów. (…) Did uderzył silniej
w lirę, odchrząknął i począł śpiewać… (…) …pan Skrzetuski uznał, iż czas nadszedł, i wypalił w środek tłumu z pistoletu. (…)

Cichy bór napełnił się złowrogim wrzaskiem bitwy. (…) A dziad gruchnął w łeb lirą jednego z semenów, aż się przewrócił, drugiego złapał za rękę, by cięciu szablą przeszkodzić, i ryczał ze strachu jak bawół. Inni spostrzegłszy go biegli rozsiekać, aż przypadł
i pan Skrzetuski:
– Żywcem brać! żywcem brać! – krzyknął.
– Stój! – ryczał dziad – jam szlachcic przebrany! (…) …pan Skrzetuski w twarz mu spojrzał i krzyknął, aż się ściany parowu echem ozwały:
– Zagłoba!
I nagle rzucił się na niego jak dziki zwierz, wpił mu palce w ramiona, twarz przysunął do twarzy i trzęsąc nim jak gruszką wrzasnął:
– Gdzie kniaziówna, gdzie kniaziówna?
– Żyje! zdrowa! bezpieczna! – odkrzyknął dziad. (…)

Bitwa ustała – zgiełk uciszył się. (…)
– Gdzie ona jest? – spytał Zagłoby.
– W Barze.
– Bezpieczna?
– Zamek to potężny, żadnej inwazji się nie boi. Ona w opiece jest u pani Sławoszewskiej i u mniszek. (…)
– Mówże mnie waszmość o niej wszystko, co tylko wiesz – rzekł rycerz. – To tedy waszmość ją z rąk Bohunowych wyrwałeś?
– A ja, jeszczem mu łeb na odjezdnym obwiązał, by krzyczeć nie mógł.
– O, toś waszmość postąpił wybornie, jak mnie Bóg miły! Ale jakżeście się do Baru dostali?
– Ej, siła by mówić, i to podobno będzie innym razem… (…)
Pan Skrzetuski aż zaniemówił z radości. (…) Sam nie wiedział, co się z nim dzieje. (…)

Rozdział XXIX

Łatwo zrozumieć, jak przyjął książę relację, którą mu świtaniem pan Skrzetuski uczynił, o odmowie Osińskiego i Koryckiego. (…) Jeremi wsparł się rękoma o stół i twarz ukrył w dłonie. (…) Cierpienie to razem z trudami odbiło się na jego postaci. Wychudł znacznie, oczy mu wpadły, czarna jak skrzydło kruka czupryna siwieć poczęła. Ale jakiś wielki, tragiczny spokój rozlał się po jego twarzy, bo duma broniła mu zdradzić się z cierpieniem.
– Ha, niechże tak będzie! – rzekł. – Pokażemy tej niewdzięcznej ojczyźnie, iż nie tylko wojować, ale i zginąć dla niej potrafimy. (…)
– Mości książę – przerwał wojewoda kijowski… (…) Uwielbiam ja wojenny geniusz i rycerski animusz waszej książęcej mości,
ale przecie nie mogę brać za złe ani vice-rexowi, ani kanclerzowi, ani regimentarzom, że tę wojnę domową starają się układami zahamować, boć się to bratnia krew w niej leje, a z obopólnej zawziętości któż, jeśli nie zewnętrzny nieprzyjaciel, będzie korzystał?
Książę popatrzył długo w oczy wojewodzie i rzekł dobitnie:
– Zwyciężonym łaskę okażcie, to ją przyjmą z wdzięcznością i pamiętać będą; u zwycięzców w pogardę tylko pójdziecie. Bogdaj temu ludowi nikt nigdy krzywd nie był czynił! Ale gdy raz bunt rozgorzał, tedy nie układami, ale krwią gasić go trzeba. Inaczej hańba i zguba nam!… (…)

I znów nastała chwila milczenia, którą wkrótce przerwało rżenie koni i głosy trąbek obozowych. Chorągwie szykowały się
do pochodu. (…) Jeremi spojrzał… na Skrzetuskiego… (…)
– Wasza książęca mość, języka przywiozłem, bo między chłopstwem był przebrany szlachcic, który został żyw. Zaś innych puściłem, bo Bóg łaskę na mnie zesłał i pocieszenie. Karę chętnie poniosę. Ten szlachcic – to jest pan Zagłoba, któren mnie wieść o kniaziównie przyniósł.
Książę zbliżył się żywo do Skrzetuskiego.
– Żyje? zdrowa?
– Bogu najwyższemu chwała! Tak jest!
– I gdzie się schroniła?
– Jest w Barze.
– To potężna forteca. Mój chłopcze! – tu książę ręce w górę wyciągnął i wziąwszy głowę pana Skrzetuskiego ucałował go kilkakroć w czoło – raduję się twoją radością, bo cię jak syna kocham. (…)

Pan Jan raźno ku drzwiom ruszył, ale w tej chwili rozwarły się one nagle i ukazała się w nich płomienista głowa pana Wierszułła, któren z nadwornymi Tatary na daleki podjazd był posłany.
– Mości książę! – zawołał oddychając ciężko. – Połonne Krzywonos wziął, ludzi dziesięć tysięcy w pień wyciął, niewiast, dzieci. (…)
– Słyszysz wasza mość – rzekł książę zwracając się do wojewody – prowadźże układy z takim nieprzyjacielem, któren swoich nawet nie szczędzi!
Wojewoda sapnął i rzekł:
– O dusze pieskie! kiedy tak, niechże diabli porwą wszystko! Pójdę jeszcze z waszą książęcą mością!
– A toś mi brat! – rzekł książę. (…)
– Gdzie ruszą z Połonnego? nie wiadomo?
– Podobno pod Konstantynów.
– O na Boga! to pułki Osińskiego i Koryckiego są zgubione, bo z piechotą ujść nie zdążą. Trzeba urazy zapomnieć i w pomoc im ruszyć. Na koń! na koń!
Twarz książęca zajaśniała radością, a rumieniec oblał na nowo wychudłe policzki… (…)

Rozdział XXX

Wojska minęły Konstantynów i zatrzymały się Rosołowcach. (…) Większe i mniejsze podjazdy rozeszły się na wszystkie strony
z obozu. Książę zaś z kilku pułkami stanął we wsi i czekał. Aż wieczorem Tatarzy Wierszułła dali znać, iż od strony Konstantynowa zbliża się jakaś piechota. (…) Byli to Osiński i Korycki. Ujrzawszy Wiśniowieckiego, a przy nim wspaniałą świtę rycerstwa, zmieszali się bardzo, niepewni przyjęcia, i skłoniwszy się nisko czekali w milczeniu, co powie.
– Fortuna kołem się toczy i pysznych poniża – rzekł książę. – Nie chcieliście waszmościowie przyjść na zaprosiny nasze, teraz zaś sami przychodzicie. (…)
– Duszą całą chcieliśmy pod waszą książęcą mością służyć, ale zakaz był wyraźny. (…)
– To książę Dominik rozkaz odwołał? – pytał książę.
– Rozkaz nie został odwołany – rzekł Osiński – ale już nas nie obowiązuje, gdyż jedyny ratunek i ocalenie wojsk naszych w łasce waszej książęcej mości, pod którego komendą odtąd żyć, służyć i umierać chcemy. (…)
– Dziękuję za rezolucję waszmościów, a usługi przyjmuję. Wiem, iż żołnierz słuchać musi, i jeślim po waściów posyłał, to dlatego, żem o zakazie nie wiedział. (…)

Dalszą rozmowę przerwali nowi goście, nadbiegli z doniesieniem, iż jeszcze jakieś wojsko do obozu się zbliża. (…) Pokazało się,
iż był to pan strażnik koronny Samuel Łaszcz… (…) Był to tedy szczęśliwy dzień. Wczoraj jeszcze książę, zagrożony odejściem wojewody kijowskiego, już był postanowił wojnę aż do chwili przybytku sił zawiesić i do spokojniejszego kraju się na czas jakiś uchylić – dziś stał znów na czele blisko dwunastotysięcznej armii, a choć Krzywonos pięć razy tyle liczył, jednak ze względu,
iż większość wojsk zbuntowanych składała się z czerni, obie siły za równe poczytywane być mogły. (…) Krzywonosowi nazajutrz postanowiono wydać bitwę, a gdyby nie nadszedł, tedy mieli iść ku niemu w odwiedziny. Noc zapadła już głęboka… (…) Wszyscy odgadli jutrzejszą bitwę i gotowali się do niej gwarząc po staremu, śpiewając i wielkie sobie rozkosze obiecując. (…) A wtem zabrzmiały ciche trąbki alarmowe; jednocześnie stary Zaćwilichowski pojawił się nagle między rycerstwem.
– Mości panowie! – rzekł – przyszły podjazdy z wieściami. Nieprzyjaciel w oczach! zaraz ruszamy! Do chorągwi! do chorągwi!…
Oficerowie ruszyli co prędzej do swoich pułków. (…)

Szli naprzód Tatarzy Wierszułła, za nimi Kozacy Poniatowskiego, potem dragonia, armaty Wurcla, a piechoty i husarie na ostatku. (…) …wody Wiszowatego Stawu, oddzielone od Słuczy długą groblą, zabłysły w oddaleniu. Wojska zatrzymały się naraz na całej linii. (…)
– Husaria na prawe skrzydło! – rozległ się głos służbowego, który od księcia przypadł do pana Jana. Rozwidniło się zupełnie. Łuna zbladła w blaskach wschodzącego słońca, złociste promienie odbiły się w ostrzach husarskich kopii i zdało się, że nad rycerzami płoną tysiące świec. (…) Nareszcie brzeg po drugiej stronie grobli zaczernił się, jak okiem sięgnąć, chmarami kozactwa; pułki płynęły za pułkami, konni Zaporożcy zbrojni w długie spisy, pieszy lud z samopałami i fale chłopstwa zbrojnego w kosy, cepy
i widły. (…) Dwie przeciwne potęgi patrzyły czas jakiś na się w milczeniu. (…) Odległość między dwoma oddziałami zaczęła się zmniejszać gwałtownie. (…)

Rozdział XXXI

Ale wojownicy zbliżywszy się do siebie zatrzymali konie i poczęli naprzód się lżyć wzajemnie. (…)
– U kniazia dwie synowice! Powiedzcie mu, żeby je Krzywonosowi przysłał…
Panu Wołodyjowskiemu aż pociemniało w oczach z wściekłości, gdy to bluźnierstwo usłyszał, i w tejże chwili wypuścił konia
na Zaporożca. (…) …w drugi złożeniu bluźnierca padł na ziemię jak gromem rażony… (…) …nagle pan Skrzetuski w ręce klasnął, aż zadźwięczały karwasze, i wykrzyknął:
– Wierszułł zginął! padł razem z koniem… patrzcie: siedział na tym białym!
Ale Wierszułł nie zginął, chociaż istotnie padł razem z koniem, bo przewrócił obydwóch olbrzymi Pułjan, dawny Kozak księcia Jeremiego, dziś drugi po Krzywonosie dowódca. (…) Inni cofnęli się przerażeni, co widząc pan Longinus zwrócił ku niemu swoją inflancką kobyłę. (…) I szczepili się tak, jako dwa niedźwiedzie, gdy o samicę w czasie rui walczą; owinęli się wkoło siebie jak dwie sosny, które z jednego pnia wyrósłszy, wzajemnie się okręcą i prawie jedno drzewo utworzą. (…) Nagle milczenie przerwał głuchy przyduszony głos: – Puskaj…
– Nie... braciaszku!… – odpowiedział drugi głos. Jeszcze chwila: wtem chrobotnęło coś okropnie, dał się słyszeć jęk jakby
z podziemia; fala czarnej krwi buchnęła z ust Pułjana i głowa mu zwisła na ramię. (…)

Tymczasem ruszyły Krzywonosowe pułki jakby nieprzejrzane okiem stada szpaków i siewek. Szła naprzód czerń, za nią sforna piechota zaporoska i sotnie konne, i ochotnicy Tatarowie, i artyleria kozacka, a wszystko bez wielkiego ładu. Pchali się jedni przez drugich, szli „na głowę” pragnąc liczbą niezmierną sforsować groblę, a potem zalać i pokryć wojsko książęce. (…) Tymczasem, jakby wbrew jego słowom, doszli już do połowy grobli i zatrzymali się zdziwieni i zaniepokojeni milczeniem wojsk książęcych. Ale właśnie w tej chwili zrobił się ruch między tymi wojskami – i cofnęły się zostawiając między sobą a groblą obszerne puste półkole, które miało być polem walki. Po czym piechoty Koryckiego rozstąpiły się odsłaniając zwrócone ku grobli paszcze armat Wurcla, a w kącie utworzonym przez Słucz i groblę połyskiwały w nadbrzeżnych zaroślach muszkiety Niemców Osińskiego. (…) Tylko tak szalony watażka, jak Krzywonos, mógł porywać się na bitwę w takich warunkach… …książę umyślnie postanowił puścić część jego sił za groblę, by ją otoczyć i zetrzeć. (…) Więc praktycy wojenni patrzyli ze zdumieniem na czyn Krzywonosa, którego nic nie zmuszało do tak szalonego kroku. (…) Tymczasem fale czerni dosięgły końca grobli, na koniec przeszły ją i rozlały się po owym półkolu zostawionym przez wojska Jeremiego. Ale w tejże chwili ukryta piechota Osińskiego dała im w bok ognia; z armat Wurcla wykwitły długie smugi dymu, ziemia zatrzęsła się od huku i bitwa rozpoczęła się na całej linii. (…)

Gdy husaria ruszyła naprzód, pan Zagłoba, choć oddech miał krótki i tłoku nie lubił, skoczył przecie z innymi, bo zresztą
i nie mógł inaczej uczynić bez narażenia się na stratowanie. Leciał tedy przymknąwszy oczy, a w głowie latały mu
z błyskawicową szybkością myśli: „Na nic fortele! na nic fortele! głupi wygrywa, mądry ginie!” (…) …nagle uderzył się o coś koniem, poczuł opór, więc otworzył oczy – i cóż ujrzał: oto kosy, szable, cepy, mnóstwo rozpalonych twarzy, oczu, wąsów…
a wszystko to niewyraźne, nie wiadomo czyje, wszystko drgające, skaczące, wściekłe. Wtedy porwała go ostatnia pasja na tych nieprzyjaciół, że nie uciekli do diabła, że leźli w oczy i że zmuszali go do bitwy. „Chcecie, to macie!” – pomyślał i począł ciąć ślepo na wszystkie strony. (…) Nagle pan Zagłoba poczuł, że koń poczyna się pod nim rozpierać, a jednocześnie spadło nań coś ciężkiego i obwinęło mu całą głowę, tak iż otoczyła go ciemność zupełna. – Mości panowie! ratujcie! – krzyknął bijąc piętami konia. (…) Milczenie. Wtedy Zagłoba porwał obu rękoma za ową zasłonę obwijającą mu głowę i zerwał ją w mgnieniu oka.
Co to jest? (…) Ujrzawszy to wszystko i zrozumiawszy dokładnie mąż ów oprzytomniał zupełnie.
– Aha! – rzekł – zdobyłem chorągiew. (…)

Pogrom stał się straszliwy i powszechny, ale najstraszliwszy na grobli. Wszystkie oddziały, które ją przeszły, zostały starte
w owym półkolu utworzonym przez wojsko książęce. Te, które jeszcze nie przeszły, ginęły pod nieustającym ogniem armat Wurcla i salwami piechoty niemieckiej. Nie mogły iść naprzód ani w tył, gdyż Krzywonos wganiał coraz nowe pułki, które pchając się, prąc idących przed sobą, zaparły jedyną drogę ucieczki. Rzekłbyś: Krzywonos zaprzysiągł sobie wygubić własnych ludzi, którzy staczali się, dusili, bili się pomiędzy sobą, padali, wskakiwali w wodę po obu stronach – i tonęli. (…) W tych krwawych zapasach upływały całe godziny. Krzywonos, wściekły, spieniony, jeszcze nie dawał za wygraną i rzucał tysiące mołojców
w paszczę śmierci. Po drugiej zaś stronie Jeremi, ubrany w srebrne blachy, stał konno na wysokiej mogile zwanej za owych czasów Krużą Mogiłą – i patrzył. (…) Bitwa kończyła się, a kończyła dlatego, iż rozżarte zgraje opadły w końcu Krzywonosa wołając z rozpaczą i wściekłością:
– Zdrajco! wygubisz nas! Psie krwawy! Sami cię zwiążem i Jaremie wydamy, a tak życie okupimy. Na pohybel tobie, nie nam! (…)
A tymczasem w przeciwnym obozie rzucano zdobyte chorągwie pod nogi strasznego księcia. Każdy ze zdobywców ciskał swoją, tak iż utworzył się z nich stos niemały, było bowiem wszystkich czterdzieści. A gdy z kolei przechodził pan Zagłoba, zwalił swoją
z taką mocą i hukiem, że aż ratyszcze pękło, co widząc książę zatrzymał go i pytał:
– A waść to własnymi rękami zdobyłeś ów znak?
– Do usług waszej książęcej mości!
– Widzę tedy, żeś nie tylko Ulisses, lecz i Achilles.
– Prosty ja żołnierz, jeno pod Aleksandrem Macedońskim służę. (…)

Noc zapadła. Po obu stronach rzeki i stawu zapłonęły tysiące ognisk i dymy jako kolumny wzniosły się ku niebu. Strudzony żołnierz krzepił się jadłem, gorzałką lub ducha sobie do jutrzejszej bitwy dodawał opowiadając czyny dzisiejszej. (…) Wkrótce też ogniska poczęły gasnąć jedne po drugich. Obóz obwijała ciemność i tylko księżyc rzucał nań srebrne blaski, którymi rozświecał coraz to nowe grupy śpiących. (…) Ale sen nie na długo skleił ciężkie powieki żołnierzy. Zaledwie pierwszy brzask zabielił cienie nocy, gdy we wszystkich końcach obozu zabrzmiały trąbki na „wstawaj”! W godzinę potem książę ku wielkiemu zdziwieniu rycerstwa cofał się na całej linii. (…)

Rozdział XXXII

Ale było to cofanie się lwa, który potrzebuje miejsca do skoku. Książę umyślnie puścił Krzywonosa za przeprawę, by tym większą zadać mu klęskę. (…) Czerń już po dwakroć porywała Krzywonosa chcąc go księciu wydać i zaledwie obietnicą natychmiastowego powrotu do Chmielnickiego zdołał się z jej rąk uratować. Uciekał też z pozostałą połową taboru, zdziesiątkowany, zbity, zrozpaczony, i nie oparł się aż w Machnówce, dokąd nadszedłszy Chmielnicki kazał go w chwili pierwszego gniewu za szyję
do armaty na łańcuchu przykuć. I dopiero gdy pierwszy gniew minął, wspomniał hetman zaporoski, że przecie nieszczęsny Krzywonos cały Wołyń krwią oblał, że Połonne zdobył, tysiące dusz szlacheckich na tamten świat wysłał, a ciała zostawił
bez pogrzebu, i wszędy był zwycięski, dopóki się z Jeremim nie spotkał. Za te zasługi ulitował się nad nim hetman zaporoski
i nie tylko od armaty go zaraz kazał odczepić, ale do dowództwa go przywrócił i na Podole na nowe zdobycze i rzezie wysłał.
A tymczasem książę ogłosił swemu wojsku tyle pożądany wypoczynek. W ostatniej bitwie poniosło też i ono znaczne straty, zwłaszcza przy szturmach jazdy na tabor, zza którego bronili się Kozacy równie zacięcie, jak zręcznie. Poległo wówczas
do pięciuset żołnierza. (…)

…książę pana Skrzetuskiego na czele kilku chorągwi aż pod Zasław wysłał, by tam zebrane kupy czerni wydusił. (…) …przez pięć dni palił i ścinał, póki okolicy nie oczyścił. Na koniec i ludzie strudzili się już bardzo nieustanną walką, dalekimi pochodami, zasadzkami, czuwaniem, postanowił więc wracać do księcia, o którym miał wiadomość, że do Tarnopola się udał. Wigilią powrotu, zatrzymawszy się w Suchorzyńcach nad Chomorem, rozłożył pan Jan chorągwie po wsi, a sam stanął na nocleg w chacie chłopskiej, ponieważ zaś wielce był niewywczasem i pracą wyczerpany, zasnął zaraz i spał kamiennym snem całą noc.
Nad ranem, wpół senny jeszcze, wpół przebudzony, jął majaczyć i marzyć. (…) Wszakże ciągle jeszcze myślał, że to senna mara broi, więc przymknął na nowo oczy. Po chwili otworzył je. Rzędzian siedział… pod oknem.
– Rzędzian! – krzyknął pan Jan – tyżeś to, czyli twój duch? (…)
– O dla Boga! czego to jegomość tak krzyczy? Zaś tam jaki duch! Żyw jestem i zdrowy. (…)
– Kiedyżeś przyjechał?
– A dziś w nocy. (…)
– Skądeś przyjechał?
– A z Huszczy. (…)
– Mniejsza z tym! Prawże dalej, coć spotkało.

– Bóg tedy dał korzyść między rozbójnikami. Jeno tym się trapiłem, żem nie wiedział, co się z jegomością dzieje, i tym, że Bohun pannę zagarnął. Aż tu dają znać, że on w Czerkasach leży, ledwie żyje, bo przez kniaziów poszczerbion. Tak ja do Czerkas: jak to jegomość wie, że umiem plaster przyłożyć i rany opatrzyć. A już mnie z tego znali. Tak mnie tam Doniec pułkownik wysłał i sam ze mną pojechał, bym onego zbója opatrywał. Dopieroż mi ciężar z serca spadł, bom się dowiedział, że nasza panna uszła z onym szlachcicem. Poszedłem tedy do Bohuna. (…) A on w gorączce leżał, więc z początku nie poznał. Później zaś poznał i mówi mi: „Tyś z listem do Rozłogów jechał?” Rzeknę: „Ja”. A on znowu: „Tom ja ciebie w Czehrynie rozszczepił?” „Tak jest”. (…)
– Długo chorował?
– Długo, długo, bo zrazu mu się rany goiły, potem się zaś otwierały, gdyż się z początku nie zaszanował. (…) Nieraz pyta mnie: „Czym ja tobie nagrodzę?” To ja: „Czym waszmość będziesz chciał”. I nie mogę się skarżyć, opatrzył mnie hojnie, a ja
też wziąłem, bo myślę sobie: po co ma w zbójeckich rękach zostawać? (…) Dziwny to jest człek i trzeba przyznać, że ma wcale szlachecką fantazję. A tę pannę to on miłuje! miłuje! mocny Boże! Jak tylko trochę ozdrowiał, przychodziła do niego Dońcówna, żeby mu to wróżyć. I wróżyła, ale nic dobrego. (…) Ale czemu to jegomość do Baru na Tarnopol jedzie? Wżdyć to nie po drodze.
– Bo muszę chorągwie odprowadzić.
– Rozumiem, mój jegomość. (…)

Rozdział XXXIII

Jechał więc pan Skrzetuski na czele chorągwi książęcych do Zbaraża, nie do Tarnopola, bo przyszedł nowy ordynans, że tam
ma iść, a po drodze opowiadał wiernemu pacholikowi swoje własne przygody, jako w niewolę na Siczy był pojman, jako długo
w niej przebył i ile przecierpiał, zanim go Chmielnicki wypuścił. (…) …szli śpiesznymi pochodami ku Zbarażowi, do którego w pięć dni od wyruszenia z Suchorzyniec dojechali. W Zbarażu zjazd był wielki. Książę Jeremi zatrzymał się tam z całym wojskiem,
a prócz tego zjechało się żołnierstwa i szlachty niemało. (…) Imię strasznego księcia rozbłysło słonecznym blaskiem sławy – było na wszystkich ustach, we wszystkich sercach, a z tym imieniem w parze rozlegało się od brzegów Bałtyku aż po Dzikie Pola złowrogie słowo: Wojna! (…) I wojna leżała w sile rzeczy. Rozbójniczy ruch Zaporoża i ludowe powstanie ukraińskiej czerni potrzebowały jakichś wyższych haseł niż rzeź i rozbój, niż walka z pańszczyzną i z magnackimi latyfundiami. Zrozumiał to dobrze Chmielnicki i korzystając z tlejących rozdrażnień, z obopólnych nadużyć i ucisków, jakich nigdy w onych surowych czasach
nie brakło, socjalną walkę zmienił w religijną, rozniecił fanatyzm ludowy i zaraz w początkach przepaść między oboma obozami wykopał – przepaść, którą nie pergaminy i układy, ale krew tylko mogła wypełnić. (…) Pominięty a zapomniany umyślnie Jeremi siłą rzeczy stawał się hetmanem i naczelnym wodzem całej potęgi Rzeczypospolitej. Szlachta i wojsko oddane mu duszą i ciałem czekało tylko jego skinienia. Władza, wojna, pokój, przyszłość Rzeczypospolitej spoczęły w jego ręku. I rósł jeszcze z każdym dniem, bo każdego dnia nowe waliły do niego chorągwie, i tak zolbrzymiał, że cień jego począł padać nie tylko na kanclerza
i regimentarzy, ale na senat, na Warszawę i całą Rzeczpospolitą. (…) Żołnierze z krzykiem garnęli się do niego, padali przed nim na kolana wołając: „Witaj, wodzu niezwyciężony! Herkulesie słowieński! do gardła stać przy tobie będziem!” – on zaś odpowiadał: „Czołem waszmościom! Na Chrystusowym my wszyscy ordynansie, a moja szarża za niska, bym był szafarzem krwi waszmościów!” (…)

Tymczasem przyjechał Skrzetuski i zaraz wpadł jak w wir, jak w ukrop jaki. Chciało się też i jemu odpoczynku w kole towarzyszów posmakować, ale jeszcze bardziej chciało mu się do Baru, do kochanej jechać i wszystkich zgryzot dawnych, wszystkich obaw i utrapień w jej słodkim objęciu zapomnieć. Więc nie zwłócząc, do księcia szedł, by zdać sprawę z wyprawy
pod Zasław i pozwolenie na wyjazd uzyskać. (…) Zapytany o zdrowie odrzekł krótko i sucho, że jest zdrowy, rycerz zaś dłużej pytać nie śmiał; więc zdawszy sprawę z podjazdu zaraz jął prosić, by mógł na dwa miesiące chorągiew opuścić, dopóki by się
nie ożenił i żony do Skrzetuszewa nie odwiózł. Na to książę jakby się ze snu obudził. (…)
– Koniec więc twojej męki. Jedź, jedź, niech cię błogosławi Bóg. Sam bym chciał być na twoim weselu, bom to i Kurcewiczównie, jako córce Wasyla, i tobie, jako przyjacielowi, powinien, ale w tych czasach już mi to niepodobieństwo się ruszyć. Kiedy chcesz jechać?
– Wasza książęca mość, choćby dziś!
– To jedź jutro. Nie możesz sam jechać. Dam ci trzystu Wierszułłowych Tatarów, abyś zaś ją bezpiecznie odprowadził. (…)
Rycerz już klęczał i obejmował kolana ukochanego wodza, której jeszcze powtórzył kilkakrotnie:
– Niech ci Bóg szczęści! niech ci Bóg szczęści! No, przyjdź jeszcze jutro. (…)

Straże na zamku zbaraskim obwoływały północ, a Jeremi ciągle jeszcze rozmawiał z Bogiem i z własną duszą wyniosłą. Rozum, sumienie, miłość dla ojczyzny, duma, poczucie własnej siły i wielkich przeznaczeń zmieniły się w jego piersi w zapaśników i wiodły ze sobą bój zacięty, od którego pękała pierś, pękała głowa i ból targał wszystkie jego członki. (…) Tak jest! – Dzieckiem byłby książę, nie mężem, gdyby tego nie uczynił, gdyby dla jakich bądź powodów przed głosem tych przeznaczeń się cofał. Oto czuje już pewien spokój, który widocznie na niego zlał Chrystus miłosierny – niechże będzie za to pochwalon! – Już myśli trzeźwiej, lżej i oczyma duszy położenie ojczyzny i wszystkich spraw jasno ogarnia. (…) Różana jutrznia wstała już na niebie, a potem przyszło złote słońce i oświeciło salę. W gzymsach począł się świergot wróbli i jaskółek. Kniaź wstał i poszedł zbudzić pacholika Żeleńskiego śpiącego z drugiej strony drzwi.
– Biegaj – rzekł mu – do ordynansowych i każ im zwołać tu do mnie pułkowników, którzy stoją w zamku i w mieście,
tak kwarcianych, jak i z pospolitego ruszenia.
We dwie godziny później sala poczęła się napełniać wąsatymi i brodatymi postaciami wojowników. (…) Wtem umilkło wszystko. Książę wszedł. (…)
– Mości panowie – rzekł. – Dzisiejszej nocy rozmawiałem z Bogiem i własnym sumieniem, co mnie uczynić należy: oznajmuję przeto waszmościom, a wy oznajmijcie całemu rycerstwu, iż dla dobra ojczyzny i zgody potrzebnej w czasach klęski poddaję się pod komendę regimentarzów.
Głuche milczenie zapanowało w zgromadzeniu.

W południe tegoż dnia, na podwórcu zamkowym stało trzystu Wierszułłowych Tatarów, gotowych do drogi z panem Skrzetuskim, a na zamku książę wyprawiał obiad starszyźnie wojskowej, który zarazem miał być pożegnalną ucztą dla naszego rycerza. (…) Wtem w progu sali ukazało się jakieś posępne widmo okryte kurzem – i na widok stołu, uczty i rozpromienionych twarzy zatrzymało się we drzwiach, jakby wahając się, czy wejść dalej. Książę dostrzegł je pierwszy, brwi zmarszczył, oczy przesłonił
i rzekł:
– A kto tam? A! to Kuszel! Z podjazdu! Co słychać? jakie nowiny?
– Bardzo złe, mości książę – rzekł dziwnym głosem młody oficer. (…)
– Co się stało? Mów!
– Bar… wzięty! (…)

********************************************************************************************************
TOM II

********************************************************************************************************

Rozdział I

Pewnej pogodnej nocy, na prawym brzegu Waładynki posuwał się w kierunku Dniestru orszak jeźdźców złożony z kilkunastu ludzi. (…) …w środku karawany idące obok siebie dwa konie dźwigały przywiązaną do siodełek kołyskę, w kołysce zaś leżała jakaś postać. (…) Za kołyską jechało dziesięciu zbrojnych. Po spisach bez proporców można w nich było poznać Kozaków. (…) Ciszę przerywały tylko uderzenia kopyt końskich i wołanie jednego z dwóch jadących na przedzie jeźdźców, który od czasu
do czasu powtarzał swą przestrogę:
– Pomału! ostrożnie!
Na koniec zwrócił się do swego towarzysza.
– Horpyna, daleko jeszcze? – spytał. Towarzysz, którego zwano Horpyną, a który w istocie był przebraną po kozacku olbrzymią dziewką, popatrzył w gwiaździste niebo i odrzekł:
– Niedaleko. Będziemy przed północą. (…) Kozak zatrząsł się na siodle i utkwił w czarownicy swe świecące w ciemności oczy. (…) Po czym oczy jego gasły stopniowo, popadł znów w zamyślenie, na koniec począł mówić, jakby sam do siebie:
– Nie, nie! Kiedy my Bar brali, ja pierwszy wpadł do klasztoru, by jej przed pijanicami bronić i łeb strzaskać każdemu, kto by jej się dotknął, a ona się nożem pchnęła i teraz o Bożym świecie nie wie. Dotknę jej ręką, to się znów pchnie albo do rzeki skoczy,
nie upilnujesz, nieszczęsny! (…) Ja by duszę za nią oddał, sławę kozacką oddał, uciekłby za Jahorlik hen! od pułków za świat,
aby z nią, z nią żyć, przy niej zdychać… Ot, co! A ona się nożem pchnęła. I przez kogo? przeze mnie! Nożem się pchnęła!…
– Nic jej nie będzie. Nie umrze. (…)

Na koniec Horpyna rzekła:
– Tu Wraże Uroczyszcze. Trzeba razem jechać.
– Czemu?
– Tu niedobrze. (…)
Jakoż zaledwie orszak wspiął się do połowy wysokości wzgórza, trwający dotychczas lekki powiew zmienił się w prawdziwy wicher… (…) Całe wzgórze poczęło się ożywiać, wołać różnymi głosami. Zza kamieni zdawały się wyglądać wysokie, ciemne postacie; cienie dziwacznych kształtów prześlizgiwały się cicho między głazami; w dali w pomroce błyskały jakieś światełka podobne do oczu wilczych… (…) Konie poczęły tulić uszy i chrapać. (…) Dopiero, gdy przybyli na drugi koniec wzgórza, odwróciła się i rzekła:
– No, już. Tu już dobrze. (…)
Jakoż wkrótce dały się słyszeć szczekania psów. (…) Tymczasem zza drzew ukazała się chata, za nią stajnia, dalej zaś i wyżej jeszcze jedna ciemna budowla. (…)
– To moja sadyba – rzekła do Bohuna Horpyna… (…) Orszak zatrzymał się… (…) Kozacy zsiadłszy z koni poczęli odwiązywać ostrożnie kołyskę. (…) Kniaziówna, napojona przez Horpynę odwarem ziół usypiających, nie rozbudziła się wcale, tylko powieki drgały jej cokolwiek od światła łuczywa. (…) Bohun patrzył na nią i zdawało mu się, że serce chyba mu rozsadzi zebra
w piersiach. – Myłeńka moja, zazula moja!…

Noc upływała i księżyc zdjął już swoje białe światło z wierzchołków skał, a w świetlicy słychać jeszcze było przytłumione stukanie młotów. Prosta izba stawała się coraz podobniejsza do komnaty. Na koniec, gdy już ściany były obwieszone, a tok wymoszczony, przyniesiono na powrót senną kniaziównę i złożono ją na miękkich wezgłowiach. Potem uciszyło się wszystko. (…)

Rozdział II

Słońce było już wysoko na niebie, gdy nazajutrz dzień kniaziówna otworzyła ze snu oczy.
Wzrok jej padł naprzód na pułap i zatrzymał się na nim długo, po czym obiegł cała komnatę. Wracająca przytomność walczyła jeszcze w dziewczynie z resztkami snu i marzeń. (…) Kniaziówna podniosła się na łożu, …, oczy jej otwierały się coraz szerzej
z przerażenia; wreszcie krzyknęła strasznie i rzuciła się jak martwa na poduszki. (…) …krzyk jej przedostał się widocznie również przez ściany świetlicy, bo po chwili ciężka kotara zaszeleściła i sam watażka ukazał się w progu. (…)
– Nie bój się, kniaziówno!
– Gdziem jest? gdziem jest? – pytała poglądając na niego przez palce.
– W bezpiecznym miejscu, daleko od wojny. Nie bój się, duszo ty moja miła. (…)
– Ja się waćpana boję okrutnie.
– I czemu się boisz? Jeśli każesz, ode drzwi się nie ruszę: ja rab twój. Mnie tu na progu siedzieć i w oczy ci patrzyć. Ja ci zła
nie chcę: za co ty mnie nienawidzisz? (…)
– Wróć mnie wolność! – rzekła dziewczyna.
– Albo ty w niewoli? Ty tu pani. I gdzie chcesz wracać? Kurcewiczowie wyginęli, ogień pożarł wsie i grody, kniazia w Łubniach
nie ma, idzie on na Chmielnickiego, a Chmielnicki na niego, wszędy wojna, krew się leje, wszędy pełno Kozaków i ordyńców,
i żołnierstwa. (…)

Kniaziówna oczy ku górze wzniosła, bo wspomniała, że przecie jest ktoś na świecie, kto by przygarnął i użalił się, i obronił –
ale nie chciała wymówić jego nazwiska, by lwa srogiego nie drażnić – jednocześnie zaś głęboki smutek ścisnął jej serce. (…) Wieści o nim mogły ją teraz dochodzić tylko przez Bohuna, którego pytać nie chciała i nie śmiała. (…) Kniaziówna podniosła się
na poduszkach, bardzo blada – ale jej słodka, przecudna twarz wyrażała taką niezłomną wolę, dumę i siłę, że ta gołąbka podobniejszą była w tej chwili do orlęcia.
– Jeśli waćpan mej odpowiedzi czekasz – rzekła – to wiedz, iż choćbym miała wiek w twojej niewoli przejęczeć, nigdy, nigdy cię nie pokocham, tak mi dopomóż Bóg. (…)

Rozdział III

Rankiem w dwa dni później Dońcówna z Bohunem siedzieli pod wierzbą wedle młyńskiego koła i patrzyli na pieniącą się na nim wodę.
– Będziesz jej pilnowała, będziesz jej strzegła, oka z niej nie spuścisz, żeby nigdy z jaru nie wychodziła! – mówił Bohun.
– U jaru ku rzece wąska szyja, a tu miejsca dosyć. Każ szyję kamieniami zasypać, a będziem tu jak w garnku na dnie; jak mnie będzie trzeba, to sobie wyjście znajdę. (…) A kiedy wrócisz?
– Ne znaju. Będzie wielka bitwa, jakiej jeszcze nie bywało. Albo nam śmierć albo Lachom. (…) Pójdę ja teraz do mołojców,
żeby konie do drogi gotowali. W nocy ruszymy. (…)
To rzekłszy Bohun poszedł do stajni, do mołojców – a Horpyna jedzenie warzyć. Wieczorem konie były gotowe do drogi,
ale watażce nie sporo było odjeżdżać. (…) Czas upływa, sprzed chaty dochodzi szmer rozmów mołojców, którzy pewnie już
na kulbakach siedzą i na atamana czekają, a ataman w męce. (…)

Wtem koń zarżał za oknem. Watażka zebrał odwagę.
– Kniaziówno – rzekł – już mnie czas w drogę.
Helena milczała.
– A ty mnie nie powiesz: z Bogiem?
– Jedź waćpan z Bogiem! – rzekła poważnie. (…)
– Żal cię tu samą zostawić – mówił Bohun – żal odjeżdżać, ale mus. Lżej by było, żeby ty się uśmiechnęła, żeby krzyżyk
ze szczerego serca dała. Co ja mam uczynić, żeby cię przejednać?
– Wróć mi wolność, a Bóg ci wszystko odpuści i ja ci odpuszczę i błogosławić ci będę. (…)
I wyciągnęła ku niemu rękę. Bohun skoczył i wpił w nią wargi – nagle podniósł głowę, napotkał jej wzrok poważny – i rękę puścił. Natomiast cofając się ku drzwiom bił pokłony w pas, po kozacku, bił jeszcze we drzwiach, i wreszcie zniknął za kotarą. (…)

Rozdział IV

– Cud jawny już Pan Bóg raz nad nią okazał – mówił pan Zagłoba do Wołodyjowskiego i Podbipięty siedząc w kwaterze Skrzetuskiego. – Cud jawny, mówię, że mi ją pozwolił z tych rąk sobaczych wyrwać i przez całą drogę ustrzec; ufajmy,
że się jeszcze nad nią i nad nami zmiłuje. Byle tylko żywa była. A tal mi coś szepce, że on ją znowu porwał. (…)
– Waćpan tak w fortele obfity, wymyślże co – rzekł pan Podbipięta.
– Siła mnie już sposobów przez głowę przechodziło. Żeby choć połowę takich miał książę Dominik, to by już Chmielnicki, wypatroszony, za zadnie nogi na szubienicy wisiał. Mówiłem już o tym i ze Skrzetuskim, ale z nim się teraz nie można niczego dogadać. Boleść się w nim zapiekła i nurtuje go gorzej choroby. Wy jego pilnujcie, żeby mu się rozum nie pomieszał. (…)

– Może też ludzie nasi wysłani się dowiedzą. Jeśli tylko książę pozwoli, wybiorę pewnych i wyślę choćby jutro.
– Książę pozwoli, ale czy się dowiedzą, wątpię. Posłuchajcie, waszmościowie: przychodzi mnie do głowy i drugi sposób, oto, abyśmy zamiast ludzi wysyłać albo języków łapać, sami poprzebierali się po chłopsku i ruszyli nie mieszkając.
– O, nie może to być! – zakrzyknął pan Wołodyjowski.
– Czemu nie może być? (…)
– (…) Choćby ojciec i matka konali, to towarzysz ci nie pójdzie wtedy permisji odjazdu prosić, bo przed bitwą to jest największy dyshonor, jakiego się żołnierz dopuścić może. Po bitwie walnej, gdy nieprzyjaciel rozproszon, można, ale nie przedtem. I uważ waść: Skrzetuskiemu pierwszemu chciało się zrywać i lecieć, i ratować, a ani pary nie puścił. Reputację on już ma, książę go kocha, a ani się odezwał, bo swój obowiązek zna. To jest, widzisz waszmość, służba publiczna, a tamto prywatna. (…) Cóż waćpan myślisz, teraz tu najważniejsze sprawy się ważą, całego narodu tyczące, żeby on się czyjąś prywatą zajmował? A choćby też,
co jest niepodobne, nie proszony permisję dał, tedy, jak Bóg na niebie, nikt by z nas teraz z obozu nie wyruszył, bo i my też pierwsze służby ojczyźnie nieszczęsnej, nie sobie powinni. (…)

W tej chwili drzwi się otworzyły i wszedł Skrzetuski. Rysy jego, rzekłbyś: boleść z kamienia wykowała, taki bił od nich chłód
i spokój (…) W izbie zapanowało milczenie przerywane tylko westchnieniami pana Longina. Tymczasem mały Wołodyjowski zbliżył się do Skrzetuskiego i trącił go w ramię.
– Skąd wracasz? – rzekł.
– Od księcia.
– I co?
– Wychodzę na noc podjazdem.
– Daleko?
– Aż pod Jarmolińce, jeśli będzie wolna droga.
Wołodyjowski spojrzał na Zagłobę i zrozumieli się od razu.
– To ku Barowi? – mruknął Zagłoba.
– Pójdziemy z tobą.
– Musisz iść po permisję i spytać, jeśli książę innej ci roboty nie przeznaczył.
– To chodźmy razem. Mam też i o coś innego spytać.
– I my z wami – rzekł Zagłoba. Wstali i poszli. (…) Pan Wołodyjowski musiał dość długo czekać, nim wraz z panem Podbipiętą przed obliczem pańskim stanąć mogli, ale za to książę od razu pozwolił i samym jechać, i dragonów Rusinów kilku wysłać, którzy by, zmyśliwszy ucieczkę z obozu, poszli do Bohunowych Kozaków i tam się o kniaziównę wypytywali. (…)
– I cóż? – spytał go Skrzetuski.
– Jadę z tobą, jeno wpierw muszę pójść do swojej chorągwi, bo mam kilku ludzi gdzieś wysłać.
– Chodźmy razem. Wyszli… (…)

Niedaleko namiotów chorągwi dragońskiej Wołodyjowskiego spotkali pana Łaszcza idącego, a raczej taczającego się na czele kilkunastu szlachty, gdyż i on, i towarzysze byli zupełnie pijani. Na ten widok pan Zagłoba westchnął. (…) Ale od wieści o wzięciu Baru pan Zagłoba sposępniał, stracił humor, werwę i więcej pana strażnika nie odwiedzał. Myślał nawet pan Łaszcz, że gdzieś
od wojska ów jowialny szlachcic odjechał, gdy nagle zobaczył go teraz przed sobą. Wyciągnął tedy do niego rękę i rzekł:
– Witamże waćpana. Czemu to do mnie nie zajdziesz? co porabiasz?
– Panu Skrzetuskiemu towarzyszę – odparł posępnie szlachcic. Pan strażnik nie lubił Skrzetuskiego za powagę i przezywał go sensatem, zaś o nieszczęściu jego wiedział doskonale, bo był obecny na owej uczcie w Zbarażu, w czasie której wieść przyszła
o wzięciu Baru. Ale jako z natury człek wyuzdany, a do tego w tej chwili spity, nie uszanował boleści ludzkiej i chwyciwszy porucznika za guz od żupana, spytał: (…)
– A gładka była? co? Brwi porucznika zmarszczyły się.
– Tedy powiem waszmości panu, że bolączki lepiej by nie tykać.
– Nie tykać?... Nie bój się. Jeśli była gładka, to żyje.
Twarz Skrzetuskiego powlokła się śmiertelną bladością, ale się pohamował i rzekł:
– Mości panie… bym nie zapomniał, z kim mówię…
Łaszcz wytrzeszczył oczy.
– Co to? grozisz aspan? aspan mnie?… dla jednej gamratki?
– Ruszajże, mości strażniku, w swoją drogę! – huknął trzęsąc się ze złości stary Zaćwilichowski.
– A wy chłystki, szaraki, sługusy! – wrzeszczał strażnik. – Mości panowie, do szabel!
I wydobywszy swoją, skoczył z nią do Skrzetuskiego, ale w tymże mgnieniu oka żelazo świsnęło w ręku pana Jana i szabla strażnika furknęła jak ptak w powietrzu, on zaś sam zachwiał się z rozmachu i padł jak długi na ziemię. (…)

Niemniej zawrzało w całym obozie, a echo tumultu doszło do uszu książęcych… (…) Zaćwilichowski opowiedział rzecz całą,
jak nieszlachetnym i niegodnym nie tylko dygnitarza, ale i szlachcica sentymentem powodowany, pan strażnik począł przeciw boleści pana Skrzetuskiego bluźnić, a następnie z szablą się na niego rzucił, jaką moderację, jego wiekowi prawdziwie niezwyczajną, okazał namiestnik, tylko na wytrąceniu napastnikowi oręża poprzestając; na koniec staruszek tak skończył:
– A jako mnie wasza książęca mość zna, iż do siedemdziesięciu lat łgarstwo warg moich nie skalało i póki żyw będę, nie skala,
tak pod przysięgą jednego słowa w relacji mojej zmienić nie mogę.
Książę wiedział, że słowo Zaćwilichowskiego złotu równe, a przy tym zbyt dobrze znał Łaszcza. Ale na razie nie odrzekł nic,
jeno wziął pióro i począł pisać. (…)
– Żeleński! – rzekł książę – oddasz to pismo panu Skrzetuskiemu. (…)
…Skrzetuski przeczytawszy go podał przyjacielowi.
– Czytaj – rzekł. Pan Wołodyjowski spojrzał i wykrzyknął:
– Nominacja na porucznika!
I chwyciwszy za szyję Skrzetuskiego ucałował oba jego policzki. Pełne porucznikostwo w husarskiej chorągwi było niemal dygnitariatem wojskowym. (…) Obecnie na mocy nominacji pan Skrzetuski stawał się jednym z pierwszych oficerów księcia wojewody ruskiego. (…) Wstał jednak i poszedł dziękować księciu, a tymczasem mały Wołodyjowski chodził po jego kwaterze zacierając ręce. (…)
– Kto też namiestnictwo weźmie? Chorąży młodzik i dopiero od Konstantynowa funkcję sprawuje.
Pytanie to pozostało nierozstrzygnięte; ale odpowiedź na nie przyniósł z powrotem sam porucznik Skrzetuski.
– Mości panie – rzekł do pana Podbipięty – książę mianował waści namiestnikiem.
– O Boże! Boże! – jęknął pan Longinus składając jak do modlitwy ręce. (…)
– No, a podjazd? – spytał pan Wołodyjowski. (…)

W dwie godziny później, równo z zachodem słońca, czterej przyjaciele wyjeżdżali z Czołhańskiego Kamienia ku południowi, prawie zaś jednocześnie opuszczał obóz wraz ze swymi ludźmi pan strażnik koronny. (…)
– Ja mu nosiłem rozkaz księcia – mówił pan Kuszel – i wierzajcie waszmościowie, iż periculosa to była misja, bo gdy go wyczytał, począł tak ryczeć jak wół, gdy go żelazem cechują. (…) Dopiero wziął krzyczeć: „Dobrze! dobrze! odejdę, kiedy mnie wypędzają!… Pójdę do księcia Dominika, któren mnie wdzięczniej przyjmie! Nie będę (prawi) z dziadami służył, ale się pomszczę (krzyczał), jakem Łaszcz! jakem Łaszcz!… i z tego chłystka (prawi) muszę mieć satysfakcję!” (…)
Tymczasem porucznik nie wiedząc nic o ślubach, jakie przeciw niemu pan strażnik czynił, oddalał się coraz bardziej od obozu
na czele swego oddziału, kierując się ku Ożygowcom w stronę Bohu i Medwiedówki. (…) …Wołodyjowski jechał długo wedle Skrzetuskiego i spoglądał w milczeniu spod hełmu na jego martwą twarz, aż wreszcie trącił strzemieniem w jego strzemię.
– Janie – rzekł – źle, że się tak zapamiętywasz.
– Ja się nie zapamiętywam, jeno się modlę – odpowiedział Skrzetuski. (…)

Rozdział V

Pan Skrzetuski szedł ze swym podjazdem w ten sposób, że we dnie wypoczywał w lasach i jarach, pilnie rozstawiając straże,
a nocami tylko posuwał się naprzód. (…) Celem wyprawy było: dowiedzieć się, czy Krzywonos ze swymi czterdziestoma tysiącami ludzi oblega dotąd Kamieniec, czy też rzuciwszy bezowocne oblężenie idzie w pomoc Chmielnickiemu… (…) Jeżeliby bowiem pokazało się, że Krzywonos wraz z białogrodzkimi i dobrudzkimi hordami porzucił oblężenie nie zdobytego Kamieńca
i do Chmielnickiego dążył – tedy należało jak najprędzej na tego ostatniego uderzać, zanimby do najwyższej potęgi nie wyrósł. (…) Jakoż i były wieści w obozie, że chan już Dniepr przebył i że w dwieście tysięcy koni dzień i noc na zachód dąży, a książę Dominik nie przybywał i nie przybywał. (…) …pan Skrzetuski… rozpuścił wieść między własnymi żołnierzami, że idą tylko jako przednia straż całej dywizji strasznego księcia, i wieść tę rozpuszczał wszędzie, we wszystkich chutorach, wioskach
i miasteczkach, które wypadało mu przechodzić. Jakoż rozeszła się ona lotem błyskawicy wzdłuż Zbrucza, Smotrycza, Studzienicy, Uszki, Kałusiku, z ich biegiem dostała się do Dniestru i leciała dalej, jakby wiatrem gnana, od Kamieńca
aż do Jahorlika. (…) Sam Krzywonos uwierzył i ręce mu opadły. (…) …był pewien, że jego mołojcy będą się bili jak wściekli przeciw każdym innym wojskom Rzeczypospolitej i przeciw każdemu innemu wodzowi, ale za zbliżeniem się Jaremy – pierzchną jak stado łabędzi przed orłem, jak stepowe puchy przed wiatrem. (…)

Pewnej nocy kazał wołać do siebie Bohuna i rzekł mu:
– Słysz, Jurku, mój przyjacielu! Idzie na nas Jarema z potęgą wielką, zginąć przyjdzie nieszczęsnym!
– Słyszałem i ja, że idzie. My już z wami, bat'ku, o tym mówili; ale czemu nam ginąć? (…)
– (…) Ot, żeby się kto Jaremy nie bał, a z podjazdem poszedł i języka porwał, ja by mu czapkę czerwonych złotych nasypał.
– Ja pójdę, ojcze Maksymie, nie czerwonych szukać, ale sławy kozackiej, mołojeckiej! (…) Bohun odszedł i zaraz jął gotować się do drogi. (…)

Tymczasem pan Skrzetuski dotarł już do Jarmoliniec… (…) …zebrawszy na naradę towarzyszów rzekł im:
– Dotąd Bóg nam szczęści. Miarkuję też po terrorze, jaki chłopstwo ogarnia, iż zgoła mają nas za przednią straż książęcą i wierzą, że cała potęga idzie za nami. Ale musimy pomyśleć, aby się zaś nie obaczyli widząc, iż jedna kupa wszędzie chodzi. (…) …trzeba nam więcej kraju zająć, aby w kilku miejscach na raz o nas wiedziano, tu i owdzie opornych wyciąć, by się groza rozniosła,
a wszędy wieści puszczać; dlatego mniemam, iż wypadnie nam się rozdzielić.
– Tak i ja mniemam – rzecze Wołodyjowski – będziem im się w oczach mnożyć, i ci, co uciekną do Krzywonosa, o krociach będą gadali. (…)
– Pójdę ja na Zinków ku Sołodkowcom, a jak będę mógł, to dalej – mówił Skrzetuski. – Waćpan mości namiestniku Podbipięto, idź prosto na dół ku Tatarzyskom; ty, Michale, podejdź pod Kupin, a pan Zagłoba dotrze do Zbrucza koło Satanowa. (…) We trzech dniach zjedziem się na powrót w Jarmolińcach, a teraz każdy w swoją drogę!… (…)

Rozdział VI

Gdy pan Zagłoba znalazł się sam na czele swego oddziału, zrobiło mu się zrazu jakoś niesmaczno, a nawet wcale straszno… (…) W tej chwili wachmistrz Kosmacz zbliżył się ku niemu:… (…)
– Mości komendancie, jakowychś jeźdźców za wzgórzem widać. (…)
– Ukryć się za skały! Wpadniemy na nich niespodzianie! Pokażemy tym hultajom!… (…)
Upłynęła godzina; na koniec dał się słyszeć gwar zbliżających się ludzi, echo niosło nutę wesołych pieśni, a po chwili jeszcze
do uszu czatujących w zasadzce doszły odgłosy skrzypków, dud i bębenka. (…)
– To nie wojsko, panie komendancie, nie Kozacy; to wesele. (…)
– Za mną! – krzyknął groźnie Zagłoba. Linia ruszyła kłusem, potem galopem – i okrążywszy skałę stanęła nagle tuż przed gromadą ludzi zmieszanych i strwożonych niespodzianym widokiem. (…) Stary i biały jak gołąb drużba zeskoczył z konia, zbliżył się do szlachcica i chwyciwszy go pokornie za strzemię począł kłaniać się w pas a błagać:
– Zmiłujcie się, jasny rycerzu, nie gubcie biednych ludzi, Bóg nam świadek, my niewinni, nie do buntu my idziemy; my z cerkwi,
z Husiatyna, naszego krewniaka Dymitra, kowala, z bondarówną Ksenią wieńczyli. My z weselem, z korowajem… (…)

Tymczasem przyszli ośmieleni weselnicy prosić go całą gromadą, by zła nie czynił i puścił wolno, a między nimi przyszła i panna młoda, Ksenia, nieśmiała, drżąca, ze łzami w oczach, a zapłoniona i śliczna jak zorza. (…) …owa wysmukła czarnobrewa Ksenia przypomniała kniaziównę, którą kochał po swojemu pan Zagłoba. (…) A drużbowie krzyczeli, że chutor niedaleko, nie będzie rycerzowi z drogi, stary zaś bondar bogaty, nie takiego miodu wytoczy. Pan Zagłoba spojrzał po żołnierzach: ruszali wszyscy wąsami jak zające, różne sobie rozkosze w tańcu i napitkach obiecując, więc – choć nie śmieli prosić, by jechać – zlitował się
nad nimi pan Zagłoba – i po chwili on, drużbowie, mołodycie i żołnierze ruszyli w najpiękniejszej zgodzie do chutoru. Chutor istotnie był niedaleko, a stary bondar bogaty, więc i wesele było szumne. I popili się wszyscy mocno, a pan Zagłoba tak się rozochocił, że do wszystkiego był pierwszy. (…) Pan Zagłoba, czerwony, spocony, chwiejący się na nogach, zapomniał,
co się z nim dzieje, gdzie jest; przez dymy, które mu biły z czupryny, widział twarze biesiadników, ale choćby go na pal wbijano,
nie umiałby powiedzieć, kto są ci biesiadnicy. (…) Ale nagle i ziemia, tak samo jak gwiazdy, zatrzęsła się szalonym wirem i pan Zagłoba runął jak długi na ziemię. Wkrótce opadły go sny straszne. (…) Wracała mu przez pół przytomność – ale dziwna –
bo w towarzystwie takiej niemocy, jakiej nigdy w życiu nie doznawał. I jeszcze raz próbował się poruszyć, ale gdy mu się
nie udało, rozbudził się lepiej – i odemknął powieki. Wówczas wzrok jego napotkał parę oczów, które wpijały się w niego chciwie, a były to czarne źrenice jak węgiel i tak złowrogie, że rozbudzony już zupełnie pan Zagłoba pomyślał w pierwszej chwili,
że to diabeł na niego patrzy – i znów przymknął powieki, i znów je prędko otworzył. Poznał twarz Bohuna. (…)

Rozdział VII

Zagłoba leżał związany w kij do własnej szabli w tej samej izbie, w której odbywało się wesele, a straszliwy watażka siedział opodal na zydlu i pasł oczy przerażeniem jeńca.
– Dobry wieczór waści! – rzekł dojrzawszy otwarte powieki swej ofiary. (…)
– Nie poznajesz mnie, panie szlachcic?
– Czołem! czołem! Jak zdrowie?
– Nieźle. A waścinym to już ja sam się zajmę.
– Nie prosiłem Boga o takiego doktora i wątpię, abym mógł strawić twoje lekarstwa, ale dziej się wola Boża. (…)
– Podziękujesz ty mi jeszcze lepiej niezadługo i ja tobie podziękuję za to, że ty mnie mołodycię z Rozłogów do Baru przywiódł. Tam ja ją znalazł, a teraz ot! na wesele by ciebie prosił, ale to nie dziś i nie jutro – teraz wojna, a ty stary człowiek, może
nie dożyjesz. (…) Mołojcy!
Sześciu Zaporożców wpadło do izby.
– Wziąć to ścierwo lackie i w chlewie rzucić, a strzec jak oka w głowie.
Kozacy porwali pana Zagłobę, dwóch za ręce i za nogi, jeden z tyłu za czuprynę – i wyniósłszy z izby, przenieśli przez cały majdan, na koniec porzucili go na gnoju w stojącym opodal chlewie. (…)

Po chwili oczy pana Zagłoby przyzwyczaiły się do pomroki. (…) …Zagłoba odetchnął głęboko. Przede wszystkim żył. (…) Pan Zagłoba zamyślił się głęboko. Następnie począł się kołysać na własnym grzbiecie coraz prędzej i prędzej, a za każdym takim ruchem posuwał się o pół cala naprzód. (…) …na koniec przesunął się do ściany. (…) …pan Zagłoba kiwnął się ostatni raz
i przez chwilę radość przygwoździła go na miejscu. Szabla wysunęła się zupełnie. (…) Rozciąć pęta na nogach było teraz dziełem jednej chwili. (…) Odetchnął też głęboko, po czym przeżegnał się i zaczął Bogu dziękować. Ale od rozcięcia pęt do uwolnienia się
z rąk Bohunowych było jeszcze bardzo daleko. (…) Nagle uderzył głową o coś twardego, zmacał: była to drabinka. Chlew nie był świński, ale bawoli, i do połowy długości miał strych służący za skład słomy i siana. Pan Zagłoba bez chwili namysłu wylazł
na górę. Po czym siadł, odetchnął i począł z wolna wciągać drabinkę. (…)
– Jakoś to będzie! – mruknął pan Zagłoba i zbliżywszy się do dachu począł z lekka rozrywać i unosić poszycie, aby sobie prospectus na świat otworzyć. (…) Po pewnym czasie dziura była gotowa – pan Zagłoba wetknął w nią głowę i począł rozglądać się naokoło. (…)
– To o moi ludzie, których w łyka wzięto – mruknął szlachcic. – Ba! – dodał po chwili – żeby to byli moi, ale to książęcy!… Dobrym byłem im wodzem, nie ma co mówić! Zawiodłem ich psu w gardło. Wstyd będzie oczy pokazać, jeśli mnie Bóg zwróci wolność.
A wszystko przez co? przez amory i napitki. Co mnie było do tego, że się chamy żenią? Tyle miałem do roboty na tym weselu,
ile na psim. Wyrzekam się tego zdrajcy miodu, któren włazi w nogi, nie w głowę. Wszystko złe na świecie z pijaństwa, bo gdyby nas byli trzeźwych napadli, byłbym jako żywo otrzymał wiktorię i Bohuna w chlewie zamknął. (…)

Tymczasem szarzało coraz bardziej. (…) Nagle jakaś postać podniosła się z szeregu śpiących i poczęła iść wolnym krokiem
przez majdan, zatrzymując się tu i owdzie koło ludzi i koni; chwilkę pogadała z mołojcami pilnującymi jeńców i na koniec zbliżyła się do chlewa. (…) W tej chwili postać owa podniosła głowę i na twarz jej padł szary blask świtu: to nie był Bohun, ale sotnik Hołody… (…)
– Chłopcy! – rzekł Hołody – a nie śpicie?
– Nie, bat'ku, choć i chce się spać. Czas by nas zmienić. (…)
– Stoczcie… siana ze stropu. Konie wytrzeć! Ze wschodem ruszamy.
– Dobrze, bat'ku!
Pan Zagłoba, porzuciwszy co tchu swoje stanowisko przy dziurze w dachu, przyczołgał się do otworu w stropie. Jednocześnie usłyszał skrzyp drewnianej zawory i szelest słomy pod nogami mołojców. (…) Z dołu ozwały się pojednawcze głosy:
– No, pane szlachcic! Spuść drabinę i zleź. I tak się nie wymkniesz, po co ludzi trudzić. Zleź! zleź!
Cisza. (…) …cały chlew napełnił się mołojcami. (…) …związano drabiny i przystawiono je do otworu. Źle było i po nich wchodzić, bo się zaraz wygięły na związaniu i szczeble cienkie trzeszczały pod stopami, które na próbę na najniższym stawiano. Ale począł wchodzić sam Hołody… (…) Na koniec głowa jego dotknęła czeluści i pogrążała się w niej z wolna. Nagle dał się słyszeć świst szabli, Kozak krzyknął strasznie, zachwiał się i padł między mołojców z rozwaloną na dwie połowy głową. (…) W kilka chwil później trzy nowe ciała spadły na głowy stojącym w dole. Pan Zagłoba, rozgrzany tryumfem, ryczał jak bawół… (…)

Nagle krzyk się zrobił przy drzwiach i do chlewa wpadł sam Bohun. (…)
– Przez dach, psiawiary! – krzyknął. – Poszycie rozerwać i żywcem brać. (…)
…krokwie dachu jęły trzeszczeć. Widocznie mołojcy dostali się nań i teraz rwali już poszycie. (…) Ale w tej chwili na całym majdanie rozległy się strzały, a jednocześnie kilkunastu mołojców wpadło do chlewa.
– Bat'ku! bat'ku! – krzyknęli wniebogłosy – bywaj!!
Pan Zagłoba w pierwszej chwili nie zrozumiał, co się stało – i zdumiał. Spojrzy przez czeluść na dół, aż tam nikogo już nie ma. Krokwie w dachu nie trzeszczą. (…) Na majdanie wrzała bitwa, a raczej ujrzał pan Zagłoba straszliwy pogrom Bohunowych mołojców. (…) Szeregi żołnierzy przybranych w krasne barwy siekąc zapamiętale i naciskając uciekających nie zezwoliły im się sformować ni szablą się złożyć, ni odetchnąć, ni dosiąść koni. (…) I dojrzał na koniec pan Zagłoba małego pana Wołodyjowskiego, jak stojąc wedle wrot na czele kilkunastu żołnierzy, głosem i buławą wydawał innym rozkazy, a niekiedy rzucał się na swym gniadym koniu w zamęt i wówczas ledwo się złożył, ledwie się zwrócił, już padał człowiek, nawet i nie wydawszy okrzyku. (…) Tymczasem Bohun z mołojcami przez płot, pan Wołodyjowski przez płot, niektórzy zostali – innym konie zwinęły się w skoku. (…) Na majdanie zapanowała cisza i pustka, bo nawet i żołnierze pana Zagłoby, odbici przez Wołodyjowskiego, dopadłszy koni
po mołojcach pognali wraz z innymi za rozproszonym nieprzyjacielem. Pan Zagłoba spuścił drabinę, zlazł z góry i wyszedł
z chlewa na majdan, rzekł:
– Wolnym jest… (…) Alem się też z takich terminów wykręcił, w jakowych jeszcze nie bywałem! Chwała bądź Bogu!… (…)

Tymczasem z dala na równinie ukazali się żołnierze wracający z pogromu, a na czele jechał pan Wołodyjowski. Ujrzawszy Zagłobę przyśpieszył biegu i zeskoczywszy z konia szedł ku niemu.
– Waćpana to jeszcze oglądam? – pytał z dala.
– Mnie we własnej osobie – rzekł pan Zagłoba. – Bóg waści zapłać, iżeś z pomocą przybył.
– Chwalić Boga, że w porę – odpowiedział mały rycerz ściskając z radością dłoń pana Zagłoby. (…)
– (… ) Innym czasem ci opowiem, jako w niewolę popadłem, com wytrzymał i jakom Bohuna splantował, bom i na języki się z nim próbował. (…)
– No – powtórzył pan Wołodyjowski – nie ma co mówić, mężnie waść stawałeś; jeno to powiem, żeś lepszy rębacz niż wódz. (…)
W godzinę później obaj przyjaciele na czele połączonych oddziałów wyruszyli ku Jarmolińcom. (…)

Rozdział VIII

Bohun, lubo wódz mężny i przezorny, nie miał szczęścia w tej wyprawie, którą pod rzekomą dywizję księcia Jeremiego przedsięwziął. Utwierdził się tylko w przekonaniu, że książę istotnie wyruszył całą potęgą przeciw Krzywonosowi, bo tak mu powiadali wzięci w niewolę żołnierze pana Zagłoby, którzy sami wierzyli w to najświęciej, iż książę ciągnie za nimi. (…) Bohun wrzał jak ogień; cięty w rękę, stratowany, chory, pobity, i wroga zaklętego z rąk wypuścił, i sławę nadwerężył, bo już ci mołojcy, którzy w wilię klęski do Krymu, do piekła i na samego księcia byliby ślepo za nim poszli, teraz stracili wiarę, stracili ducha i o tym tylko myśleli, jak by gardła całe z pogromu wynieść. (…) Rzekłbyś: ziemia usuwała się spod nóg atamana… (…)

Tymczasem czterej książęcy rycerze napełniwszy kraj grozą i przestrachem stanęli szczęśliwie z powrotem w Jarmolińcach, gdzie zatrzymali się na dni kilka, by ludziom i koniom dać odpoczynek. (…) …pan Zagłoba mało komu pozwolił przyjść do słowa. Nie chciał słuchać, pragnął, by jego tylko słuchano; jakoż pokazało się, że najwięcej miał do opowiadania. – Mości panowie! – mówił – (…) …wiem… coś…, od czego radość wstąpi waćpaństwu w serca i o czym dotąd nie mówiłem dlatego, że chciałem, abyśmy w kupie o tym radzili… (…)
– Mówże waszmość, na miłość boską! – zawołał Wołodyjowski. - Zaliżeś co o naszej niebodze słyszał?
- Tak jest, niech jej Bóg błogosławi – rzekł Zagłoba. Pan Skrzetuski podniósł się na całą swą wysokość i usiadł natychmiast – nastała taka cisza, że słychać było brzęczenie komarów na okienku, aż pan Zagłoba zabrał głos znowu:
– Żyje ona, wiem to na pewno, i jest w Bohunowym ręku. Moi mości panowie, straszne to ręce, ale przecie Bóg nie pozwolił, aby ją krzywda lub hańba spotkała. Moi mości panowie, to mnie sam Bohun powiadał, któren by prędzej czym innym chełpić się gotów. (…)
Skrzetuski już się opamiętał, tylko mu się mnisza twarz rozświeciła i grała na niej na powrót obawa, nadzieja, radość
i niepewność.
– Gdzie ona tedy jest? gdzie jest? – pytał z pośpiechem. (…)
– Za Jampolem! – rzekł Zagłoba i potoczył tryumfalnie swoim zdrowym okiem.
– Skąd waść wiesz? – pytał Wołodyjowski.
– Skąd wiem? Ot skąd: siedziałem w chlewie, bo mnie w chlewie ów zbój kazał zamknąć… – a naokoło gadali ze sobą Kozacy. Przykładam tedy ucho do ściany i co słyszę?… Jeden mówi: „Teraz chyba za Jampol ataman pojedzie” - a drugi na to: „Milcz,
jeśli ci młoda głowa miła…” (…)

…nazajutrz ruszono. (…) Dopiero w Wołoczyskach zatrzymali się znów na nocny wypoczynek.
Ale zaledwie zasnęli snem smacznym po długiej drodze, zbudził ich alarm i straże dały znać, że jakiś konny oddział się zbliża. (…) Zagłoba, pan Longinus i mały Wołodyjowski natychmiast zebrali się w izbie Skrzetuskiego, a w ślad za nimi wpadł jak wicher oficer spod lekkiego znaku, zziajany, cały pokryty błotem, na którego spojrzawszy Skrzetuski wykrzyknął:
– Wierszułł! (…)
– Już… po… Rzeczypospolitej!…
– Na rany Chrystusa! co waść gadasz? Klęska?
– Klęska, hańba, sromota!… bez bitwy… Popłoch!… O! o!
– Uszom się nie chce wierzyć. Mówże! mów, na Boga żywego!… Regimentarze?…
– Uciekli. – Gdzie nasz książę?
– Uchodzi… bez wojska… (…)
…Skrzetuski zrozumiał już o co chodzi.
– Na potem pytania – rzekł – teraz na koń!
– Na koń, na koń! (…)

Ruszyli tedy i dopiero w drodze Wierszułł ochłonąwszy opowiedział, jak i co się stało. (…)
– Bóg nam dał szczęśliwy początek w tej wojnie. Nasz książę, otrzymawszy pod Czołhańskim Kamieniem sprawiedliwość z pana Łaszcza, resztę puścił w niepamięć i pogodził się z księciem Dominikiem. Cieszyliśmy się wszyscy z tej konkordii – jakoż było
i błogosławieństwo Boże. Książę powtórnie pogromił pod Konstantynowem i samo miasto wziął, bo je nieprzyjaciel po pierwszym szturmie opuścił. Po czym ruszyliśmy pod Piławce, choć książę nie radził tam chodzić. Ale zaraz w drodze pokazały się
przeciw niemu rozmaite machinacje, niechęci, zawiści i jawne knowania. Nie słuchano go na radach, nie zważano na to, co mówił, a przede wszystkim usiłowano rozdzielić naszą dywizję, aby jej książę w ręku całej nie miał. Gdyby się sprzeciwił, zwalono by
na niego klęskę, więc milczał, cierpiał, znosił. (…) Nikt ładu nie przestrzegał, nikt dowództwa nie sprawował, każden robił,
co chciał, szedł, gdzie mu było lepiej, stawał, gdzie mu się zdawało, czeladź wzniecała hałasy – o Boże miłosierny! toż to był kulig, nie wyprawa wojenna, kulig, na którym salutem Reipublicae przetańcowano, przepito, przejedzono i przefrymarczono w ostatku!
– Jeszcze my żyjemy! – rzekł Wołodyjowski.
– I Bóg jest w niebie! – dodał Skrzetuski. (…)
Książę nasz od namiotu do namiotu jeździł, prosił, błagał, groził: „Uderzmy, nim Tatary nadejdą, uderzmy!” – i włosy z głowy wyrywał – a tam się jeden na drugiego oglądał – i nic, i nic! Pili, sejmikowali… (…) Książę zamknął się w namiocie, bo go całkiem spostponowali. (…) Nie masz już wojsk, nie masz wodzów, nie masz Rzeczypospolitej… jest tylko hańba nie zmyta i noga kozacka na szyi… (…)

– Jest w tym palec Boży – rzekł Skrzetuski – ale jest i jakowaś tajemnica, która wyjaśnić się musi…
– Bo gdyby wojsko pierzchło, to się na świecie zdarza – rzekł Wołodyjowski – ale tu wodze pierwsi obóz opuścili, jakby chcąc umyślnie nieprzyjacielowi wiktorię ułatwić i wojsko na rzeź wydać.
– Tak jest! tak jest! – rzecze Wierszułł. – Mówią też, że to umyślnie uczynili. (…)
– Jeden jest człowiek, któren może ojczyznę jeszcze ratować, jeśli mu buławę i resztę sił Rzeczypospolitej oddadzą, jeden jest, bo o innym już ani wojsko, ani szlachta nie będzie chciała słyszeć.
– Książę! – rzekł Skrzetuski.
– Tak jest.
– Przy nim będziem stali, przy nim zginiemy. Niech żyje Jeremi Wiśniowiecki! – wykrzyknął Zagłoba. (…)
Tymczasem poczęło świtać i w oddaleniu ukazały się mury Tarnopola. (…)

Rozdział IX

Pierwsi rozbitkowie spod Piławiec dotarli do Lwowa świtaniem dnia 26 września i równo z otwarciem bram miejskich straszna wieść piorunem rozleciała się po całym mieście wzbudziwszy niedowierzanie w jednych, popłoch w drugich, w innych zaś rozpaczliwą chęć obrony. Pan Skrzetuski ze swym oddziałem przybył w dwa dni później, gdy już cały gród był zapchany uciekającym żołnierstwem, szlachtą i uzbrojonym mieszczaństwem. (…) Pan Skrzetuski przeciskał się z wolna od bramy halickiej ze swoim oddziałem przez zbite masy koni, wozów, żołnierzy, przez cechy mieszczańskie stojące pod swymi banderiami
i przez pospólstwo, które ze zdziwieniem spoglądało na ową chorągiew wchodzącą nie w rozsypce, ale w szyku bojowym
do miasta. (…) Na koniec naprzeciw ukazał się oddział dragonów z oficerem na czele. (…) Skrzetuski poznał Kuszla. Młody oficer powitał serdecznie znajomych.
– Co to za czasy! co to za czasy! – rzekł.
- Gdzie książę? – pytał Skrzetuski.
– Umorzyłbyś go frasunkiem, gdybyś dłużej nie przyjeżdżał. Bardzo się tu za tobą i twoimi ludźmi oglądał. Jest teraz
u Bernardynów… (…)
– W kościele?
– Tak jest. Będą księciu buławę ofiarować, bo żołnierze oświadczają, że pod innym wodzem nie chcą bronić miasta.
– Jedźmy! Mnie też pilno do księcia. (…)
…dojechali do kościoła Bernardynów, którego wnętrze pałało światłem. (…) Weszli.

Zabłysło tysiące szabel, wszystkie oczy skierowały się na księcia, a on powstał spokojny, ze zmarszczoną brwią. Uciszyło się natychmiast, jakby kto makiem posiał.
– Mości panowie! – rzekł książę dźwięcznym głosem, który w tej ciszy doszedł do wszystkich uszu. – Gdy Cymbrowie i Teutoni napadli na Rzeczpospolitą rzymską, nikt nie chciał ubiegać się o konsulat, aż go wziął Mariusz. Ale Mariusz miał prawo go brać,
bo nie było wodzów przez senat naznaczonych… I ja bym się w tej toni od władzy nie wybiegał chcąc ojczyźnie miłej zdrowiem służyć, ale buławy przyjąć nie mogę, gdyż ojczyźnie, senatowi i zwierzchności bym ubliżył, a samozwańczym wodzem być
nie chcę. Jest między nami ten, któremu Rzeczpospolita buławę oddała – jest pan podczaszy koronny… (…) Wtem wstał podczaszy koronny.
– Jam stary – rzekł – nieszczęśliwy i przybity. Mam prawo zrzec się ciężaru, któren jest nad moje siły, i włożyć go na młodsze barki… Otóż wobec tego Boga ukrzyżowanego i wszystkiego rycerstwa tobie oddaję buławę – bierz ją.
I wyciągnął oznakę ku Wiśniowieckiemu. Nastała chwila takiej ciszy, że słyszałbyś przelatującą muchę. Na koniec rozległ się uroczysty głos Jeremiego:
– Za grzechy moje… - przyjmuję.
Wtedy szał opanował zgromadzenie. Tłumy złamały stalle, przypadły do nóg Wiśniowieckiego, ciskały kosztowności i pieniądze. Wieść rozniosła się lotem błyskawicy po całym mieście: żołnierstwo odchodziło od zmysłów z radości i krzyczało, że chce iść
na Chmielnickiego, na Tatarów i sułtana. (…) Okrzyki: „Niech żyje!” trwały przez całą noc. (…)

Rozdział X

W tydzień później, rankiem dnia 6 października, gruchnęła po Lwowie wieść zarówno nieoczekiwana, jak straszliwa, że książę Jeremi, zabrawszy większą część wojska, opuścił potajemnie miasto i wyjechał nie wiadomo dokąd. (…) W pierwszej chwili opadły wszystkim ręce i jedne zuchwałe usta wymówiły słowo: „Zdrajca!” Ale wówczas Arciszewski, stary wódz, wsławiony wielkimi czynami w służbie holenderskiej, powstał i w ten sposób do wojskowych i rajców mówić począł:
– Słyszałem słowo bluźniercze, którego bodajby nikt nie był wymówił, bo go desperacja nawet usprawiedliwić nie może. Książę wyjechał i nie wróci – tak jest! Ale jakież to prawo macie wymagać od wodza, na którego barkach zbawienie całej ojczyzny spoczywa, aby jedynie waszego miasta bronił? (…) Dziś szemrzecie, a ja wam powiadam, że książę, opuściwszy ten gród, grożąc Chmielnickiemu z zewnątrz, ocalił was i dzieci wasze. (…) Jedyną on obrał zbawienia drogę, bo gdyby tu, głodem zmorzon, padł
z wojskiem, tedyby już nikt nieprzyjaciela nie wstrzymał, któren poszedłby na Kraków, na Warszawę i całą ojczyznę zalał, nigdzie nie znajdując oporu. (…) Grozwajer, człowiek energiczny i śmiały, ozwał się:
– Cieszy mnie determinacja ichmościów i wiedzcie, że książę nie odjechał bez obmyślenia obrony. Każdy tu wie, co ma robić,
i stało się to, co się było stać powinno. Obronę mam w ręku i będę się bronił do śmierci. (…)
Sala opustoszała. Po chwili huk armat wstrząsnął murami miasta oznajmiając mieszkańcom samego grodu, przedmieść
i okolicznych wiosek, że nieprzyjaciel nadciągnął. Na wschodzie niebo czerwieniło się jak okiem dojrzeć; rzekłbyś: morze ognia zbliżało się ku miastu. (…)

* * * * * * * * * *


Książę tymczasem rzucił się do Zamościa i starłszy po drodze czambulik, o którym Cichocki mieszczanom wspominał, zajął się naprawą i opatrzeniem tej potężnej z natury twierdzy, którą też w krótkim czasie niezdobytą uczynił. Skrzetuski wraz z panem Longinem i częścią chorągwi został w twierdzy przy panu Weyherze, staroście wałeckim, a książę ruszył do Warszawy,
by od sejmu uzyskać środki na zaciągi nowych wojsk i zarazem wziąć udział w elekcji, która wraz miała się odprawiać. (…)
W Siennicy, niedaleko Mińska, czekało księcia miłe, chociaż niespodziane spotkanie; zjechał się bowiem z księżną Gryzeldą, która z Brześcia Litewskiego do Warszawy dla bezpieczeństwa dążyła, spodziewając się przy tym słusznie, że i książę tam ściągnie. Witali się tedy serdecznie po długim niewidzeniu. Księżna, lubo duszę miała żelazną, rzuciła się z takim płaczem w objęcia męża, że utulić się przez kilka godzin nie mogła, bo, ach! jak często bywały takie chwile, że już się nie spodziewała go ujrzeć więcej;
a tymczasem Bóg dał, że oto wracał sławniejszy niż kiedykolwiek, otoczon taką chwałą, jaka nikogo jeszcze z jego rodu
nie opromieniała, największy z wodzów, jedyna całej Rzeczypospolitej nadzieja. (…) Potem prezentował książę pana Zagłobę
i o czynach jego opowiadał.
- Vir to jest incomparabilis - mówił – któren nie tylko Kurcewiczównę Bohunowi wydarł, ale ją przez środek obozu Chmielnickiego
i Tatarów przeprowadził, potem zaś razem z nami z wielką swoją sławą najchwalebniej pod Konstantynowem stawał. Słysząc to księżna pani nie szczędziła pochwał panu Zagłobie, kilkakrotnie mu rękę do pocałowania podając i lepszą jeszcze kontentację
w sposobnej porze obiecując… (…)

Ale najbardziej stropiony bał mały pan Wołodyjowski, na próżno się bowiem rozglądał i oczyma na wszystkie strony obracał: księżniczki Barbary nie było nigdzie. (…) Głowę spuścił na piersi, wąsiki, zwykle tak podkręcone w górę, że aż za nozdrza sięgały jak u chrabąszcza, zwisły mu także ku dołowi, zadarty nos się wydłużył, z twarzy znikła zwyczajna pogoda i stał milczący,
nie poruszył się nawet, gdy książę z kolei jego męstwo i nadzwyczajne przewagi wychwalał. (…) Aż zlitowała się nad nim Anusia Borzobohata i choć miewali między sobą sprzeczki, postanowiła go pocieszyć. (…)
– Dzień dobry waćpanu – rzekła. – Dawnośmy się nie widzieli. (…)
– A panna Anna – rzekł – już do takowej gładkości doszła, że aż oczy bolą patrzyć. (…)
…pan Wołodyjowski… wzrok podniósł ku górze, gdy nagle spojrzał ze zdziwieniem w jeden kąt izby. Z tego kąta patrzyła
na niego jakaś twarz gniewna, zapalczywa, a całkiem mu nie znana, zbrojna w olbrzymi nos i wąsiska do dwóch wiech podobne, które poruszały się szybko jakby z tłumionej pasji. (…)
– Co to za jakowaś figura, ot tam w kącie, która spogląda na mnie tak, jakby mnie z kretesem połknąć chciała, i wąsiskami rusza jako właśnie stary kot przy pacierzu.
– To? – rzekła Anusia ukazując białe ząbki – to jest pan Charłamp.
– Cóż to za poganin?
– Wcale to nie poganin, jeno z chorągwi pana Wojewody wileńskiego rotmistrz petyhorski, któren nas aż do Warszawy odprowadza i tam na wojewodę ma czekać. Niech pan Michał jemu w drogę nie włazi, bo to wielki ludojad. (…)

…nadeszła pora wyjazdu. Książę siadł z księżną do karety, aby przez drogę nagadać się z nią po długim niewidzeniu do woli; panny pozajmowały kolaski, a rycerstwo siadło na koń i ruszono. (…) Bliżej Warszawy tłumy stały się tak gęste, iż tylko noga
za nogą można się było posuwać. Elekcja obiecywała być liczniejszą jak zwykle, bo nawet szlachta z dalszych, ruskich i litewskich, okolic, która z przyczyny odległości nie byłaby dla samej elekcji przybyła, ściągała teraz do Warszawy dla bezpieczeństwa. (…) Lecz oto w siwym i błękitnym oddaleniu zamajaczyły spiczaste wieże Warszawy, więc dalsze księcia rozmyślania rozpierzchły się, a natomiast wydał rozkazy, które oficer służbowy wnet Wołodyjowskiemu, dowódcy eskorty, odniósł. (…) Zaledwie jednak ujechał kilkanaście kroków, gdy usłyszał, że pędzi ktoś za nim – obejrzał się: był to pan Charłamp, rotmistrz lekkiego znaku pana wojewody wileńskiego i Anusin adorator. (…)
– Czołem, czołem, panie dragon!
– Czołem, panie pocztowy! (…)
– Jak waćpan śmiesz mi w drogę włazić?
– Ej, widzę, waszmość okazji szukasz?
– Może i szukam, i to ci powiem (tu pan Charłamp pochylił się do ucha pana Michała i kończył cichszym głosem), żeć uszy obetnę, jeśli mi przy pannie Annie będziesz zastępował drogę. (…)
– Ja się przecie nie wymykam – mówił łagodnie pan Michał – ale teraz na służbie jestem i z ordynansem księcia pana mojego dążę. (…)
– O! wszystko jedno! – rzekł – w Warszawie dasz mi pole, dopilnuję cię!
– Nie będę się krył… (…)
– O! znajdę cię, taki synu! – rzekł.
– Znajdziesz, znajdziesz, boćwino! – rzekł mały rycerz. (…)

Rozdział XI

Upłynęło kilka tygodni. Szlachty na elekcję zjeżdżało się coraz więcej. (…) Nikt jeszcze nie umiał powiedzieć, który z dwóch kandydatów: królewicz Kazimierz, kardynał, czy Karol Ferdynand, biskup płocki – zostanie wybrany. (…) W ten sposób zeszło sześć blisko tygodni, w czasie których i rzeczy publiczne posunęły się znacznie naprzód. (…) Wiadomo już było wszystkim, że Jan Kazimierz będzie wybrany, bo królewicz Karol bratu ustąpił i dobrowolnie zrzekł się kandydatury. (…) Za to dla Wiśniowieckiego, który ani na chwilę, jak ongi Kato, nie przestawał upominać, aby owa zaporoska Kartagina została zburzona – taki obrót rzeczy był nowym ciosem. (…) Przy tym za Karolowe pieniądze tworzyły się nowe regimenta dragonów i piechoty. Jedne wysłano już
na Ruś, drugie dopiero należało dopiero przyprowadzić. W tym celu rozsyłał książę na wszystkie strony oficerów biegłych
w rzeczach organizacji wojskowej, aby owe pułki przyprowadzili do pożądanego stanu. Został wysłany Kuszel i Wierszułł,
a wreszcie przyszła kolej i na Wołodyjowskiego. Pewnego dnia wezwano go przed oblicze księcia, któren taki mu dał rozkaz:
– Pojedziesz waść na Babice i Lipków do Zaborowa, gdzie czekają konie dla regimentu przeznaczone; tam je opatrzysz, wybrakujesz i zapłacisz panu Trzaskowskiemu, a następnie przyprowadzisz je dla żołnierzy. (…)

Pan Wołodyjowski wziął się raźno do roboty, pieniądze odebrał i tegoż dnia obaj z Zagłobą ruszyli do Zaborowa w samodziesięć
i z wozem, który wiózł pieniądze. Jechali wolno… (…) Dojechawszy do Babic ujrzeli przed karczmą kilkunastu szlachty, która właśnie siadała na koń, aby jechać w swoją drogę. …nagle jeden z jeźdźców spojrzał na pana Wołodyjowskiego i nie rzekłszy słowa puścił się rysią ku niemu.
– A tuś mi, bratku! – zakrzyknął – chowałeś się, alem cię znalazł!… Nie ujdziesz mi teraz! (…)
– Bóg mi świadkiem, żem się nie chował – rzekł – i sam waćpana szukałem, aby się go zapytać, czyliś rankor jeszcze dla mnie zachował… (…)
– Stawaj do sprawy! – wrzeszczał Charłamp. – Mości panowie! obiecałem temu młodzikowi, temu gołowąsowi, że mu uszy obetnę – i obetnę, jakem Charłamp! (…)
– Nie mogę, jak mnie Bóg miły, nie mogę! – mówił Wołodyjowski – pofolgujże mi wasze choć parę dni! (…)
Tu wmieszał się pan Zagłoba.
– Widzi mi się, że waszmość w piętkę gonisz – rzekł do Charłampa – i bacz, żeby cię ten bąk naprawdę nie ukąsił, bo wtedy żadne plastry nie pomogą. Tfu! do diabła, czy nie widzisz, że ten oficer za służbą jedzie? (…)
– Pola dziś nie dam, ale parol kawalerski dam – rzekł pan Michał – że się stawię za trzy lub cztery dni, gdzie chcecie, jak tylko sprawy po służbie załatwię. A nie będziecie się waszmościowie tą obietnicą kontentować, to każę cynglów ruszać, bo będę myślał, że nie ze szlachtą i nie z żołnierzami, ale z rozbójnikami mam do czynienia. Wybierajcie tedy, do wszystkich diabłów,
gdyż nie mam czasu tu stać! (…)
– Tedy w czterech dniach, w sobotę, w Lipkowie? – rzekł Charłamp. – Znajdziem się przed karczmą, a teraz z Bogiem!
– Z Bogiem! – rzekł Wołodyjowski i Zagłoba. Przeciwnicy rozjechali się spokojnie. Pan Michał był uszczęśliwiony z przyszłej zabawy i obiecywał sobie zrobić prezent panu Longinowi z obciętych wąsów petyhorca. Jechał więc w dobrej myśli do Zaborowa, gdzie zastał i królewicza Kazimierza, któren tam na łowy przyjechał. Wszelako pan Michał z daleka tylko widział przyszłego pana, bo śpieszył się.

We dwa dni sprawy ułatwił, konie obejrzał, zapłacił pana Trzaskowskiego, wrócił do Warszawy i na termin, ba! nawet o godzinę
za wcześnie stanął w Lipkowie wraz z Zagłobą i panem Kuszlem, którego na drugiego świadka zaprosił. Zajechawszy przed karczmę, którą Żyd trzymał, weszli do izby, aby gardła trochę miodem przepłukać, i przy szklenicy zabawiali się rozmową.
– Parchu, a pan jest w domu? – pytał karczmarza Zagłoba.
– Pan w mieście.
– A siła u was szlachty stoi w Lipkowie?
– U nas pusto. Jeden tylko pan stanął tu u mnie i siedzi w alkierzu – bogaty pan ze służbą i końmi. (…)
– Pójdę, zobaczę – powtórzył Zagłoba – może kto znajomy. – I zbliżywszy się do zamkniętych drzwi alkierza zapukał
w nie rękojeścią i ozwał się:
– Mości panie, można wejść?
– A kto tam? – ozwał się głos ze środka.
– Swój – rzekł Zagłoba uchylając drzwi. – Z przeproszeniem waszmości, może nie w porę? – dodał wsadzając głowę do alkierza. Nagle cofnął się, drzwiami trzasnął, jakoby śmierć zobaczył. (…)
– Co waćpanu jest? – pytał Wołodyjowski.
– Na rany Chrystusa! cicho – rzekł Zagłoba – tam… Bohun! (…)
– Kuszel! pod okno! – szepnął pan Michał. – O, już nam teraz nie ujdzie!
Kuszel nie mówiąc ni słowa wybiegł z izby. (…)

W tej chwili otworzyły się drzwi i Bohun wszedł do izby. (…)
– Jak zdrowie służy? – pytał Zagłoba. – Bo waćpan tak jakoś nagle wtedy z chutoru wyjechał, że i pożegnać się nie miałem czasu.
– A waszmość tego żałował? (…)
– Zobaczymy! – rzekł Bohun. – Nie wywodziłbym się i ja waszmości, ktom jest, gdybyś mnie jako żołnierz na szable wyzwał,
ale skoro aresztem grozisz, to ci się wywiodę: oto jest list, który od hetmana zaporoskiego do królewicza Kazimierza wiozę,
i nie znalazłszy go w Nieporęcie, do Zaborowa za nim jadę. Jakże to mnie będziesz teraz aresztował? (…)
– Ha! – rzekł Zagłoba – trudno! Skoro jesteś posłańcem, tedy cię aresztować nie możemy, ale z szablą się temu oto kawalerowi nie nadstawiaj, bo jużeś raz przed nim umykał, aż ziemia jęczała.
Twarz Bohuna powlokła się purpurą, bo w tej chwili poznał Wołodyjowskiego. (…)
– Wszędy dam waści pole, choćby tu zaraz.
– Wyzywasz mnie? – pytał przymrużając oczy Wołodyjowski. (…)

– Posłuchaj no, waćpan – rzekł Zagłoba – bo to są ważne sprawy, o których chcemy z tobą pomówić. Waćpan wyzwałeś tego kawalera – dobrze, ale trzeba ci wiedzieć, że skoro posłujesz, to cię prawo broni, boś do politycznego narodu, nie między dzikie bestie przyjechał. Owóż nie możemy ci dać pola inaczej, chyba przy świadkach zapowiesz, żeś sam z własnej ochoty wyzwał. (…) Jest drugie punctum, ważniejsze, w którym do sumienia twego się odwołujemy, gdyż luboś Kozak, chcemy cię jako kawalera traktować. Waćpan porwałeś kniaziównę Helenę Kurcewiczównę, narzeczoną naszego towarzysza i przyjaciela, i trzymasz ją
w ukryciu. (…)
– Czego wy ode mnie chcecie?
– Wskaż nam miejsce jej uwięzienia, abyśmy na wypadek twojej śmierci mogli ją odnaleźć i narzeczonemu oddać. (…)
– A po co mnie mówić? Na pohybel-że wam wszystkim!
– Na pohybel tobie! Warteś, by cię na szablach roznieść.
– Spróbujcie! – rzekł watażka wstając nagle. (…)

– Charłamp ze świadkami przyjechał!
Jakoż po chwili rotmistrz petyhorski wraz z dwoma towarzyszami, panami Sielickimi, weszli do izby. Po pierwszych powitaniach Zagłoba wziął ich na stronę i począł rzecz wyłuszczać. A prawił tak wymownie, że wnet przekonał, zwłaszcza iż zapewnił, że pan Wołodyjowski prosi tylko o krótką zwłokę i wnet po walce z Kozakiem stanąć jest gotów. (…) Tymczasem Bohun poszedł
do swoich ludzi i powrócił z esaułem Eliaszeńkiem, któremu zapowiedział jako do bitwy dwóch szlachty wyzwał, po czym powtórzył głośno to samo wobec pana Charłampa i panów Sielickich.
– My zaś oświadczamy – rzekł Wołodyjowski – iż jeśli wyjdziesz zwycięzcą z walki ze mną, tedy od woli twej zależy, czy jeszcze zechcesz się bić z panem Zagłobą, a w żadnym razie nikt więcej cię nie będzie wyzywał ani też kupą na cię nie napadną
i odjedziesz, gdzie chcesz – na co parol kawalerski dajem… (…)
Wtem zabrzmiał trochę drżący głos Zagłoby: – W imię Boże! zaczynajcie! (…)

Rozdział XII

Świsnęły szable i ostrze szczęknęło o ostrze. (…) Furia watażki wzrastała: ogarniał go dziki szał bojowy – i parł przed sobą Wołodyjowskiego jak huragan – a mały rycerz cofał się ciągle i tylko się bronił. Wyciągnięta jego prawica nie poruszała się prawie wcale, dłoń tylko sama zataczała bez ustanku małe, ale szybkie jak myśl półkola i chwytał szalone cięcia Bohunowe, ostrze podstawiał pod ostrze, odbijał i znów się zasłaniał, i jeszcze się cofał, oczy utkwił w oczach Kozaka i śród wężowych błyskawic wydawał się spokojny… (…) Wołodyjowski nie spuszczał go z oka i bronił się ciągle. Nagle poczuwszy za sobą wydmę zebrał się w sobie – już patrzącym zdawało się, że padł – on tymczasem pochylił się, skurczył, przysiadł i rzucił całą swoją osobą niby kamieniem w pierś Kozaka. (…) …mały rycerz poznawszy już całą siłę przeciwnika nacierał tak żwawo, że świadkom dech zamarł w piersi: widocznie poczynał się rozgrzewać, nozdrza rozdęły mu się – małe oczki sypały skry; przysiadał i zrywał się, zmieniał w jednym mgnieniu pozycje, zataczał kręgi naokół watażki i zmuszał go do obracania się na miejscu. (…) Wtem Kozak sztuką najbieglejszym tylko szermierzom znaną przerzucił nagle szablę z prawej ręki do lewej i dał cios od lewicy tak okropny,
że pan Michał, jakby piorunem rażony, padł na ziemię. (…) …pan Michał padł umyślnie i właśnie dlatego szabla Bohunowa przecięła tylko powietrze, mały rycerz zaś zerwał się jak dziki kot i całą niemal długością ostrza ciął straszliwie w odkrytą pierś Kozaka. Bohun zachwiał się, postąpił krok, ostatnim wysileniem dał ostatnie pchnięcie; pan Wołodyjowski odbił je z łatwością, uderzył jeszcze po dwakroć w pochylony łeb – szabla wysunęła się z bezwładnych rąk Bohuna i padł twarzą na piasek, który wnet zaczerwienił się pod nim szeroką kałużą krwi. (…)

– Waść, widzę, ścichapęk! – rzekł Charłamp. – Stanę ja waszmości, żeby nie mówiono, iżem się uląkł, ale choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! (…)
…zaniechajmy się lepiej – rzecze Wołodyjowski – gdyż prawdę waćpanu powiedziawszy, tom mu tam w drogę, gdzie myślisz,
nie wchodził. Wejdzie tam waćpanu kto inny, lepszy ode mnie – ale nie ja. (…)
– Niechże i tak będzie – rzekł Charłamp otwierając ramiona. Pan Wołodyjowski padł w nie i poczęli się całować… (…) Tu uwaga powszechna zwróciła się znów na leżącego watażkę, którego Eliaszeńko obrócił przez ten czas twarzą do góry i z płaczem szukał w nim znaków życia. (…) Koszula na piersiach również była cała we krwi, ale dawał jeszcze znaki życia. (…) Szlachta spojrzała
po sobie. Zawziętość przeciw Bohunowi znikła już we wszystkich sercach. (…)
– Pewnie, że trudno go tu jak psa zostawić – mruknął pierwszy Zagłoba. (…) Po chwili Bohun leżał już na opończy, której końce pochwycili Zagłoba, Wołodyjowski, Kuszel i Eliaszeńko – i cały orszak w towarzystwie Charłampa i panów Sielickich udał się wolnym krokiem ku karczmie. (…) …gdy na koniec wniesiono watażkę do izby, Zagłoba wnet zabrał się z wielką znajomością rzeczy i wprawą do opatrunku. Krew zatamował, rany pozalepiał, po czym zwrócił się do Eliaszeńki.
– A ty, dziadu, tu niepotrzebny – rzekł. – Jedź co prędzej do Zaborowa, proś, żeby cię przed oblicze pańskie puszczono, i list oddaj, a opowiedz, coś widział, tak wszystko, jak było. (…)
Zagłoba zaś rzekł…:
– (…) Nam też czas w drogę, panie Michale, bo trzeba jeszcze księciu wojewodzie zdać relację. (…)

Rozdział XIII

Książę Jeremi przyjął wieść o porąbaniu Bohuna dość obojętnie, zwłaszcza gdy się dowiedział, iż są ludzie nie spod jego chorągwi, gotowi w każdej chwili złożyć świadectwo, iż Wołodyjowski został wyzwany. (…) Chodziło… księciu o to tylko, by nie narobiono politycznej wrzawy z powodu jego żołnierzy. Z drugiej strony, ze względu na Skrzetuskiego rad był nawet książę z tego,
co się stało, bo odzyskanie Kurcewiczówny było istotnie teraz daleko prawdopodobniejsze. (…) Pan Wołodyjowski szedł, było,
z wielkim strachem do księcia, gdyż chociaż w ogóle mało był płochliwy, bał się jednak jak ognia każdego zmarszczenia brwi wojewody. Jakież tedy było jego zdumienie i radość, gdy książę wysłuchawszy relacji i pomyślawszy przez chwilę nad tym,
co się stało, zdjął kosztowny pierścień z palca i rzekł:
– Chwalę moderację waszmościów, iżeście pierwsi go nie napadli, bo wielkie i szkodliwe mogły stąd powstać na sejmie hałasy.
Ale jeśli kniaziówna się odnajdzie, to Skrzetuski będzie wam winien dozgonną wdzięczność. Dochodziły mnie słuchy, mości Wołodyjowski, że jak inni języka w gębie, tak waść szabelki w pochwie dotrzymać nie umiesz, za co należałaby ci się kara. Skoro jednak w sprawie przyjaciela stanąłeś i reputację naszych chorągwi z tak zawołanym junakiem utrzymałeś, to już weź
ten pierścień, abyś miał jakową dnia tego pamiątkę. Wiedziałem, żeś dobry żołnierz i gracz na szable, aleś to podobno mistrz
nad mistrze. (…)

Książę kochał się w sprawach rycerskich i w dobrych żołnierzach, więc uśmiechnął się z zadowoleniem i spytał:
– Znalazłeś waść kogo równej siły na szable?
– Jeno mnie raz Skrzetuski trochę wyszczerbił, ale też i ja jego... (…)
Na to książę:
– (…) … pod Zamość musicie waszmościowie… jechać. Mam wiadomość z kozackiego obozu, iż gdy tylko wybór królewicza Kazimierza będzie promulgowany, Chmielnicki od oblężenia ustąpi i cofnie się aż na Ruś, co uczyni z prawdziwego
lub symulowanego afektu do króla jegomości lub też dlatego, że pod Zamościem snadnie by się jego potęga mogła złamać. Wtedy musicie jechać, opowiedzieć Skrzetuskiemu, co się stało, by ruszył kniaziówny szukać. Powiedzcie mu, żeby sobie
z chorągwi moich przy staroście wałeckim wybrał tylu pocztowych, ilu będzie do ekspedycji potrzebował. Zresztą przemyślę mu przez was permisję i dam list, bo mi jego szczęście wielce na sercu leży.
– Wasza książęca mość ojcem nas wszystkich jesteś – rzekł Wołodyjowski – dlatego po wiek życia w wiernych służbach trwać chcemy. (…)
– Tośmy się wywinęli! – mówił Zagłoba, gdy obaj z Wołodyjowskim wyszli od księcia. (…)
– Trzeba by nam jak najprędzej do Skrzetuskiego. Już go też nie opuścimy, póki się dziewczyna nie odnajdzie. (…)

Rozdział XIV

Na koniec zabrzmiało Te Deum laudamus w warszawskiej katedrze i „pan siadł na majestacie”, huczały działa, biły dzwony –
i otucha poczęła wstępować we wszystkie serca. (…) Spodziewano się, że po tylu klęskach Rzeczpospolita odetchnie i pod nowym panowaniem ze wszystkich ran się wygoi. Nareszcie wyjechał Śmiarowski z listem królewskim do Chmielnickiego i wkrótce rozeszła się wieść radosna, że Kozacy ustępują spod Zamościa, ustępują aż na Ukrainę, gdzie spokojnie czekać będą rozkazów królewskich i komisji, która rozpatrzeniem ich krzywd ma się zająć. (…) Książę Jeremi, jako senator Rzeczypospolitej, musiał udać się z królem, Wołodyjowski zaś i Zagłoba na czele jednej chorągwi dragońskiej pociągnęli śpiesznymi pochodami
do Zamościa, by Skrzetuskiemu szczęśliwą nowinę o przygodzie Bohunowej zwiastować, a następnie razem na poszukiwanie kniaziówny wyruszyć. (…) Dojechawszy do Końskowoli, postanowił Wołodyjowski zatrzymać się na odpoczynek, bo konie były już mocno zdrożone. Któż więc opisze zdziwienie obydwóch przyjaciół, gdy wszedłszy do ciemnej sieni zajazdu, w pierwszym spotkanym szlachcicu rozpoznali pana Podbipiętę. (…)

– Gdzie jedziesz? – pytał Wołodyjowski.
– Do Warszawy, do księcia pana.
– Księcia nie ma w Warszawie. Pojechał do Krakowa z królem jegomością, przed którym ma nieść jabłko na koronacji.
– A mnie pan Weyher do Warszawy wyprawił z listem i z zapytaniem gdzie książęce regimenta mają iść, bo już, chwalić Boga,
w Zamościu niepotrzebne.
– To i nie potrzebujesz nigdzie jechać, bo my wieziemy ordynanse. (…)
– A wy gdzie jedziecie? – pytał… Longinus.
– Do Zamościa, do Skrzetuskiego.
– Porucznika nie ma w Zamościu.
– Masz babo placek! Gdzież on jest?
– Koło Choroszczyna gdzieś, gromi kupy swawolne. Chmielnicki cofnął się, ale jego pułkownicy po drodze palą, rabują i ścinają. (…)
Tymczasem weszli do izby. Zagłoba kazał zagrzać trzy garnce piwa, po czym zbliżywszy się do stołu, za którym Wołodyjowski
z panem Longinem już zasiedli, rzekł:
– Bo waćpan, panie Podbipięta, nie wiesz największej i szczęśliwej nowiny, żeśmy z panem Michałem Bohuna na śmierć usiekli.
Litwin aż się z ławy podniósł.
– Braciaż wy rodzeni, możeż to być?
– Jak nas tu żywych widzisz. (…)
– Tak to i było – rzecze Wołodyjowski.

– Powiedzże nam wasze – pytał Zagłoba – gdzie my teraz Skrzetuskiego znajdziemy, bo znaleźć go musimy, aby zaraz z nim
po dziewczynę wyruszyć.
– Łatwo się o niego za Zamościem dopytacie, bo tam o nim głośno. (…) Pracuje on tam ze wszystkich sił, na własne zdrowie
nie dbając.
Tu westchnął pan Longinus i spuścił głowę w zamyśleniu, a po chwili tak dalej mówił:
– Ot, myślę, że Bóg w miłosierdziu najwyższym niechybnie pocieszy pana Skrzetuskiego i da mu to, w czym sobie szczęście upatrzył, bo wielkie są zasługi tego kawalera. W tych czasach zepsucia i prywaty, gdy każdy o sobie tylko myśli, on o sobie zapomniał. Taż on, brateńki, dawno mógł permisję od księcia pana otrzymać i jechać na szukanie kniaziówny, a zamiast tego, gdy na miłą ojczyznę paroksyzm przyszedł, ani na chwilę służby nie porzucił, z męką w sercu w ustawicznej pracy trwając. (…)
– Skrzetuskiemu już Pan Bóg wynagrodził śmiercią Bohunową – rzekł Zagłoba – i tym, że dał chwilę spokoju Rzeczypospolitej,
bo teraz czas dla niego nadszedł, by o odszukaniu zguby pomyślał.
– Waćpanowie z nim pojedziecie? – pytał Litwin.
– A waszmość to nie?
– Rad bym ja z duszy serca, ale co z listami będzie? Jeden wiozę od starosty wałeckiego do króla jegomości, drugi do księcia,
a trzeci właśnie od pana Skrzetuskiego, takoż do księcia, z prośbą o permisję.
– Permisję my mu wieziemy.
– Ba, ale jakże mnie listów nie odwieźć?
– Musisz waćpan jechać do Krakowa; nie może być inaczej… (…)

Rozdział XV

Odjechał więc pan Longinus do Krakowa z sercem przeszytym strzałą, a okrutny pan Zagłoba wraz z Wołodyjowskim
do Zamościa, gdzie nie zabawili dłużej jak jeden dzień, gdyż komendant, starosta wałecki, oznajmił im, że dawno już nie miał wiadomości od Skrzetuskiego, i sądził, że regimenty, które pod Skrzetuskim ruszyły, pójdą na prezydium do Zbaraża, aby tamte kraje od kup swawolnych zasłaniać. (…) Szli krajem tak zniszczonym, że częstokroć po całych dniach żywej duszy nie mogli napotkać. Miasteczka leżały w perzynie, wsie były popalone i puste, lud wybity lub w jasyr zagarnięty. (…) Był to już koniec listopada… (…) Ziemia skrzepła, śniegi leżały już na polach, a brzegi rzek bramowały się rankami przezroczystą skorupą szklaną. (…) Po wojnie i głodzie miał nadejść trzeci wróg nędzy ludzkiej – mróz, a jednak ludzie wyglądali go z upragnieniem, był on bowiem pewniejszym od wszystkich układów hamulcem wojny. (…)

Z tą samą otuchą nasi dwaj przyjaciele po długiej i trudnej podróży dojechali szczęśliwie do Zbaraża i oznajmiwszy się w zamku, natychmiast udali się do komendanta, w którym z niemałym zdziwieniem poznali Wierszułła.
– A gdzie Skrzetuski? – pytał po pierwszych powitaniach Zagłoba. (…)
– (…) Korzystał on z pomyślnego czasu, bo pewnie tu do wiosny będziem w spokoju stali, i wedle moich supozycji, pojechał
na poszukiwanie kniaziówny, która w Bohunowym jest ręku.
– Bohuna nie ma już na świecie – rzekł Zagłoba.
– Jak to?
Pan Zagłoba opowiedział po raz trzeci czy czwarty wszystko, jak było, bo opowiadał to zawsze z przyjemnością; Wierszułł również, jak pan Longinus, nie mógł się wydziwić zdarzeniu, na koniec rzekł:
– To Skrzetuskiemu będzie łatwiej.
– W tym rzecz, czy ją odnajdzie. A ludzi ze sobą wziął jakowych?
– Nikogo, sam pojechał z jednym Rusinem pacholikiem i z trzema końmi. (…)
– To waszmościowie chcieliście z nim jechać?
– Tak jest. Ale cóż teraz poczniemy, panie Michale! Jechać za nim czy nie jechać? (…)
– Ja… myślę, żeby nie czekać, bo i co stracimy, jeśli zaraz jutro ruszym? Nie odnajdzie kniaziówny pan Skrzetuski, to może właśnie nam Bóg poszczęści – rzekł Wołodyjowski. (…)

Jakoż nazajutrz dwaj przyjaciele poczęli już czynić przygotowania do drogi, gdy niespodzianie w wilię ich wyjazdu przybył pacholik pana Skrzetuskiego, młody kozaczek Cyga, z wieściami i listami dla Wierszułła. Usłyszawszy o tym Zagłoba
i Wołodyjowski wnet pośpieszyli do kwatery komendanta i tam czytali, co następuje: "Jestem w Kamieńcu, do którego droga
na Satanów bezpieczna. Jadę do Jahorlika z Ormianami, kupcami, których mnie pan Bukowski wskazał. Mają oni glejty tatarskie
i kozackie na wolny przejazd aż do Akermanu. Pojedziemy na Uszycę, Mohylów i Jampol z bławatami, wszędy po drodze się zatrzymując, gdzie jeno ludzie żywi mieszkają; może też Bóg pomoże, że znajdziem, czego szukamy. Towarzyszom moim, Wołodyjowskiemu i panu Zagłobie, powiedz, panie Krzysztofie, by w Zbarażu na mnie czekali, jeśli im czego innego czynić
nie wypadnie, bo w tę drogę, w którą jadę, większą kupą jechać nie można, a to dla wielkiej podejrzliwości Kozaków, którzy
w Jampolu zimują i nad Dniestrem aż do Jahorlika konie w śniegach trzymają. (…) …wszystko w ręku Boga najwyższego, któren, jeśli zechce, miłosierdzie nam swoje okaże i mękę skróci, amen”. (…)

Jakoż nazajutrz zaczęły się dla dwóch przyjaciół długie, jednostajne dni oczekiwania… (…) Tymczasem nadeszła sroga zima. (…) Upłynął cały grudzień, po czym styczeń i luty - o Skrzetuskim nie było ani słychu. (…)

Rozdział XVI

Komisarze wysłani przez Rzeczpospolitą do traktatów z Chmielnickim dotarli wreszcie wśród największych trudności
do Nowosiółek i tam zatrzymali się czekając odpowiedzi od zwycięskiego hetmana, który tymczasem bawił w Czehrynie. (…) Byli oni jako garść podróżnych otoczona przez stado zgłodniałych wilków. (…) Była to straszna noc a długa, bo zimowa. Wojewoda Kisiel wsparł głowę na ręku i siedział od kilku godzin nieruchomie. Nie śmierci on się lękał, bo od czasów wyruszenia z Huszczy tak już był wyczerpany, zmęczony, bezsenny, że raczej by z radością do śmierci wyciągnął ręce – ale duszę jego nurtowała bezdenna rozpacz. On to przecie, jako Rusin z krwi i kości pierwszy wziął na się rolę pacyfikatora w tej bezprzykładnej wojnie –
on występował wszędy, w senacie i na sejmie, jako najgorętszy stronnik układów, on popierał politykę kanclerza i prymasa,
on potępiał najsilniej Jeremiego i działał w dobrej wierze dla dobra kozactwa i Rzeczpospolitej – i wierzył całą swą gorącą duszą, że układy, że ustępstwa wszystko pogodzą, uspokoją, zabliźnią – i właśnie teraz, w tej chwili, gdy wiózł buławę Chmielnickiemu,
a ustępstwa Kozaczyźnie, zwątpił o wszystkim – ujrzał oczywiście marność swoich wysileń, ujrzał pod nogami próżnię i przepaść. (…) Tu znów przychodziły wojewodzie na myśl słowa Jeremiego: „Łaski można dać tylko zwyciężonym” – i znów myśl jego zasuwała się w ciemność, a pod nogami otwierała się przepaść.

Tymczasem mijała północ. (…) Wtem drzwi się otwarły i Bryszowski, kapitan dragonów biskupa poznańskiego, dowodzący konwojem, wszedł do izby.
– Jaśnie wielmożny wojewodo – rzekł – jakiś Kozak pragnie widzieć ichmość panów komisarzy. (…)
– Dobrze, niech ten Kozak wejdzie.
Po chwili drzwi się otwarły i jakaś wysoka, czarnobroda postać stanęła w progu izby.
– Kto jesteś? – pytał Kisiel.
– Jan Skrzetuski, porucznik husarski księcia wojewody ruskiego.
Kasztelan Brzozowski, pan Kulczyński i łowczy Krzetowski porwali się z ław. (…)
– Czego od nas żądasz?
– Abyście mi waszmość panowie iść ze sobą dozwolili.
– Smokowi w paszczękę leziesz… ale gdy taka waszmościna wola, oponować jej nie możemy.
Skrzetuski skłonił się w milczeniu. Kisiel patrzył na niego ze zdziwieniem. Surowa twarz młodego rycerza uderzyła go powagą
i boleścią.

– Powiedzże mi waszmość – rzekł – jakie powody gnają cię do owego piekła, do którego nikt po dobrej woli nie idzie.
– Nieszczęście, jaśnie wielmożny wojewodo.
– Niepotrzebniem pytał – rzekł Kisiel. – Musiałeś kogoś z bliskich utracić i tam go jedziesz szukać?
- Tak jest.
– Dawnoż to się stało?
– Zeszłej wiosny.
– Jak to?… i waść dopiero teraz na poszukiwania się wybrał? Toż to rok blisko! Cóżeś dotąd waszmość porabiał?
– Biłem się pod wojewodą ruskim.
– Zaliż tak szczery pan nie chciał waści permisji udzielić?
– Ja sam nie chciałem.
Kisiel znów spojrzał na młodego rycerza; po czym nastało milczenie, które przerwał dopiero kasztelan kijowski.
– Wszystkim nam, którzyśmy z księciem służyli, znane są nieszczęścia tego kawalera, nad którymiśmy niejedną słoną kroplę
z oczu uronili; a że wolał, póki była wojna, ojczyźnie służyć, zamiast swego dobra patrzeć, tym to chwalebniej z jego strony. Rzadki to jest przykład w dzisiejszych zepsutych czasach. (…)

Rozdział XVII

Nazajutrz rano opuścili komisarze, a z nimi i pan Skrzetuski, Nowosiółki, ale była to podróż opłakana, w której na każdym postoju, w każdym miasteczku groziła im śmierć, a wszędy spotykały gorsze od śmierci zniewagi, w tym właśnie gorsze, że komisarze wieźli w osobach swych powagę i majestat Rzeczypospolitej. Pan Kisiel rozchorzał tak, iż na wszystkich noclegach wnoszono go na saniach do domów i piekarni. Podkomorzy lwowski łzami się zalewał nad hańbą swoją i ojczyzny; kapitan Bryszowski również rozchorzał od bezsenności i pracy, więc miejsce jego zajął pan Skrzetuski i prowadził dalej ów nieszczęsny orszak wśród nacisku tłumów, obelg, gróźb, szarpaniny i bitew. (…) W Gwozdowej Skrzetuski i Doniec musieli stoczyć krwawą bitwę, w której rozpędzili kilkaset czerni. (…) Takich dni upłynęło ośmnaście, zanim przyszła na koniec odpowiedź od Chmielnickiego, że do Kijowa przyjechać nie chce, ale w Perejasławiu czeka na wojewodę i komisarzy. Odetchnęli tedy nieszczęśni wysłańcy sądząc,
że skończyła się już ich męka; jakoż przeprawiwszy się przez Dniepr w Trypolu, udali się na noc do Woronkowa, z którego sześć tylko mil było do Perejasławia. Wyjechał naprzeciw nich o pół mili Chmielnicki chcąc niby cześć poselstwu królewskiemu okazać… (…)

– Czołem wam, panowie komisary, i tobie, wojewodo! Lepiej było dawniej zacząć ze mną traktaty, kiedy ja był mniejszy i siły własnej nie znał, ale że was korol do mene prisław, tak was wdzięcznym sercem w mojej ziemi przyjmuję…
– Witaj, mości hetmanie! – odrzekł Kisiel. – Król jegomość posłał nas, byśmy ci jego łaskę ofiarowali i sprawiedliwość wyrządzili.
– Za łaskę dziękuję, a sprawiedliwość już ja sam sobie ot tym na waszych szyjach wyrządził – tu uderzył się po szabli – i dalej wyrządzę, jeśli mnie nie ukontentujecie.
– Nieuprzejmie nas witasz, mości hetmanie zaporoski, nas, wysłańców królewskich.
– Ne budu howoryty na morozi, będzie na to lepszy czas – odparł szorstko Chmielnicki. – Puszczaj mnie, Kisielu, do swoich sani,
bo wam chcę cześć wyrządzić i razem jechać.
To rzekłszy, zsiadł z konia i zbliżył się do sani. Kisiel zaś usunął się ku prawej ręce, zostawiając wolną lewą stronę. Widząc to Chmielnicki zmarszczył się i krzyknął:
– A ty mnie dawaj prawą rękę!
– Jam senator Rzeczypospolitej!
– A mnie co senator! Pan Potocki pierwszy senator i hetman koronny, a ja go mam w łykach razem z innymi i jutro, jeśli zechcę, na pal wbić każę!
Rumieńce wystąpiły na blade policzki Kisiela.
– Osobę króla tu przedstawiam!
Chmielnicki zmarszczył się jeszcze mocniej, ale się pohamował i siadł po lewej stronie mrucząc:
– Naj korol bude w Warszawie, a ja na Rusi. Nie dość ja, widzę, na karki wam nastąpił. (…)

Niknęły miasteczka, miasta i wsie, kraj zmieniał się w pustkę i w ruinę, w jedną ranę, której wieki nie mogły wygoić – ale ów wódz i hetman tego nie widział czy nie chciał widzieć – bo on nigdy nic poza sobą nie widział – i rósł, i tuczył się krwią, ogniem,
we własnym potwornym samolubstwie utopił własny lud, własny kraj – i oto wwoził teraz komisarzy do Perejasławia przy huku dział i biciu we dzwony, jak udzielny pan, hospodar, kniaź. (…) Już też orszak dotarł do bram miasta. (…)

Rozdział XVIII

Następnego dnia długie były rozhowory komisarzy miedzy sobą: czy dary królewskie wręczyć Chmielnickiemu natychmiast,
czy też czekać, dopóki by większej pokory i jakowejś skruchy nie okazał. Stanęło na tym, żeby go ująć ludzkością i łaską królewską, zapowiedziano więc wręczenie darów – i nazajutrz dzień odbył się ów akt uroczysty. Od rana biły dzwony i grzmiały działa. Chmielnicki czekał przed swym dworcem wśród pułkowników, wszystkiej starszyzny i nieprzeliczonych tłumów kozactwa
i czerni, chciał bowiem, żeby cały naród wiedział, jaką to go czcią sam król otacza. (…) …pokazał się orszak komisarski. Na czele szli dobosze bijący w kotły oraz trębacze z trąbami przy ustach i wydętymi policzkami, bębniąc i wydobywając z mosiądzu długie żałosne głosy, jakoby na pogrzebie sławy i godności Rzeczypospolitej. Za ową kapelą niósł łowczy Krzetowski buławę
na aksamitnej poduszce, Kulczyński, skarbnik kijowski, czerwoną chorągiew z orłem i napisem – a dalej Kisiel szedł samotnie, wysoki, szczupły, z białą brodą, spływającą na piersi, z cierpieniem w arystokratycznej twarzy i bólem bezdennym w duszy.
O kilka kroków za wojewodą wlokła się reszta komisarzy, a orszak zamykała dragonia Bryszowskiego pod Skrzetuskim. Kisiel szedł wolno, bo oto w tej chwili ujrzał jasno, że spoza podartego łachmana układów, spod pozorów ofiarowania łaski królewskiej
i przebaczenia, inna, naga, ohydna prawda wygląda, którą ślepi nawet ujrzą, głusi usłyszą, bo krzyczy: „Nie idziesz ty, Kisielu, łaski ofiarować, ty idziesz o nią prosić; ty idziesz ją kupić za tę buławę i chorągiew, a idziesz pieszo do nóg tego chłopskiego wodza
w imieniu całej Rzeczypospolitej, ty, senator i wojewoda…” (…)

Orszak zbliżał się na koniec. Kisiel, wysunąwszy się naprzód, postąpił kilka kroków aż do podniesienia. (…) Nagle ciszę tę przerwał głos jakiś krótki, donośny a rozkazujący, który zabrzmiał z niewypowiedzianą siłą desperacji, nie liczącej się z niczym i z nikim:
– Dragonia w tył! za mną!
Był to głos pana Skrzetuskiego. (…) Wyćwiczeni dragoni zwrócili na miejscu konie, porucznik stanął na ich czele, dał znak mieczem i cały oddział ruszył z wolna na powrót ku domostwu komisarzy. (…) Jeden Kisiel zrozumiał wszystko, zrozumiał,
że i traktaty, i życie komisarzy wraz z eskortą zawisło w tej chwili na włosku, więc wstąpił na podniesienie i nim Chmielnicki zdołał pomyśleć, co się stało, zaczął przemowę. (…) Wojewoda mówił dalej gładkimi i wybornymi słowy pokazując Chmielnickiemu, jak wielkie bierze upominki – bo znak władzy prawej, którą dotąd jako przywłaszczyciel jeno piastował. (…) Pewne zadowolenie odbiło się na twarzy hetmana, który poczekawszy chwilę rzekł:
– Za tak wielką łaskę, którą mi król jegomość przez wasze moście pokazał, że i władzę nad wojskiem przysłał, i przeszłe moje przestępstwa przebacza, uniżenie dziękuję. Zawsze to ja mówił, że król ze mną przeciw wam, nieszczerym dukom i królewiętom, trzyma, a najlepszy dowód, że kontentację mnie przysyła za to, że ja wam szyję ucinał – tak i dalej będę ucinał, jeżeli mnie
i króla słuchać we wszystkim nie będziecie. (…)

Kisiel zaś rzekł: – Król ci, mości hetmanie, krwi przelewu nakazuje poprzestać i traktaty z nami począć. (…)
– (…) Co wy mnie mieli oddać, to oddali, i wszyscy to widzieli, że już ja hetman z ramienia królewskiego, a teraz chodźcie do mnie na gorzałkę, na obiad, bom głodny.
To rzekłszy Chmielnicki ruszył ku swemu dworcowi, a za nim komisarze i pułkownicy. (…) …rozpoczął się poczęstunek. (…)
– Pokornie proszę, jedzcie i pijcie – rzekł Chmielnicki – bo będę myślał, że nasza prosta strawa kozacka przez wasze pańskie gardła przejść nie chce. (…)
– Kiedy, mości hetmanie, życzysz, aby się komisja zebrała? – pytał Kisiel…
Na nieszczęście… Chmielnicki nie był już trzeźwy… (…) …zerwał się z miejsca, rzucał od ławy, za czuprynę rwał, nogami bił
w ziemię krzycząc, że wojna musi być, bo on już na nią rozgrzeszenie i błogosławieństwo dostał, że nic mu po komisji
i komisarzach, bo nawet na zawieszenie broni nie pozwoli. (…) To rzekłszy Chmielnicki znowu wpadł w chwilowe rozczulenie
i oparłszy ręce na ramionach wojewody zbliżył swą ogromną czerwoną twarz do jego bladych, wychudłych policzków. (…) Kisiel był bliski omdlenia.
– Dziękujemy ci, hetmanie, za ucztę i żegnamy cię – rzekł słabym głosem.
– Ja jutro do ciebie, Kisielu, na obiad przyjadę – odpowiedział Chmielnicki – a teraz idźcie sobie. (…)

Wojewoda Kisiel, zmęczony, wyczerpany, ledwie na nogach się trzymający, natychmiast położył się do łóżka i aż do następnego dnia nie chciał nikogo widzieć; dopiero przed południem kazał przywołać Skrzetuskiego.
– Coś waćpan uczynił najlepszego? – rzekł do niego – coś waćpan uczynił! Swoje i nasze życie na zgubę mogłeś narazić. (…)
– Do boleścim nawykł, jaśnie wielmożny wojewodo, jeno hańby znieść nie mogę. (…)
– Niech cię Bóg błogosławi, boś młody, uczciwy i wiem, że nie miałeś złej intencji. Ale to, co ty mówisz, mówi twój książę, za nim wojsko, szlachta, sejmy, pół Rzeczypospolitej – i całe to brzemię wzgardy i nienawiści spada na mnie.
– Każdy służy ojczyźnie, jak rozumie; niechże Bóg sądzi intencje, a co się tyczy księcia Jeremiego, ten ojczyźnie zdrowiem
i majętnością służy. (…) Bóg ześle ratunek.
– O, niechże ześle takowy promień przed śmiercią moją, abym nie umarł w rozpaczy!… to jeszcze za wszystkie boleść mu podziękuję, za ten krzyż, który za życia noszę, za to, że czerń woła o głowę moją, a na sejmach zdrajcą mnie nazywają, za moje mienie zagrabione, za hańbę, w której żyję, za całą tę gorzką nagrodę, jakąm z obu stron otrzymał! (…) Skrzetuski nie mógł już dłużej wytrzymać, ale rzuciwszy się na kolana przed wojewodą chwycił jego rękę i rzekł przerywanym z wielkiego wzruszenia głosem:
– Jam żołnierz i idę inną drogą, ale zasłudze i boleści cześć oddawam. (…)
A Kisiel położył mu obie ręce na głowie.
– Synu mój – rzekł cicho – niechże cię Bóg pocieszy, prowadzi i błogosławi, jak ja cię błogosławię. (…)

* * * * * * * * * *

Błędne koło układów rozpoczęło się jeszcze tego samego dnia. Chmielnicki przyjechał dość późno na obiad do wojewody
i w najgorszym usposobieniu. (…) Dopiero gdy sobie nieco gorzałką i wybornym miodem huszczańskim podchmielił, wpadł
w lepszy humor, ale też za nic już o sprawach publicznych nawet i wspomnieć sobie nie dał, mówiąc: „Mamy pić, to pijmy – zajutro sprawa i rozprawa! A nie, to sobie pójdę!” O godzinie trzeciej w nocy naparł się iść do sypialnej izby wojewody, czemu się tenże pod różnymi pozorami opierał, albowiem zamknął tam umyślnie Skrzetuskiego, wielce się obawiając, aby przy spotkaniu się tego nieugiętego żołnierza z Chmielnickim nie miało miejsca jakie zajście, które by dla porucznika zgubnym być mogło. Chmielnicki jednak postawił na swoim i poszedł, a za nim wszedł i Kisiel. Jakież tedy było zdziwienie wojewody, gdy hetman, ujrzawszy rycerza, skinął mu głową i zakrzyknął:
– Skrzetuski! a czemu ty z nami nie pijesz?
I wyciągnął doń przyjaźnie rękę.
– Bom chory – odrzekł skłoniwszy się porucznik. (…)
– A ty wiesz, za co ja ciebie miłuję? (…)
Skrzetuski spojrzał… ze zdziwieniem na Chmielnickiego. (…)

– (…) To ja tobie przypomnę, co mnie w Czehrynie powiadali, gdym tam z Bazawłuku z Tuhaj-bejem przyszedł. Pytałem ja sam wszędy o niedruha mojego Czaplińskiego, któregom nie znalazł – ale mnie powiedzieli, co ty jemu uczynił po naszym pierwszym spotkaniu, że ty jego za łeb i za hajdawery ułapił i drzwi nim wybił, i okrwawił jak sobakę – ha! (…)

To rzekłszy hetman zwrócił się do Kisiela i na nowo jął opowiadać:
– Za łeb go złapał i za pludry, podniósł jak liszkę, drzwi nim wybił i na ulicę wyrzucił. (…) Proś mnie, o co chcesz! (…)
Kisiel go wyręczył.
– Jest to rzecz poważna – rzekł – o której mnie kasztelan Brzozowski opowiadał. Bohun porwał, mości hetmanie, temu oto kawalerowi narzeczoną i ukrył ją nie wiadomo gdzie. (…)
– Ty mój druh, ty Czaplińskiego rozbił… Ja tobie dam nie tylko prawo, żeby ty jechał i szukał wszędy, gdzie zechcesz, ale i rozkaz dam, by ten, u którego ona jest, w twoje ręce ją oddał, i piernacz ci dam na przejazd, i list do metropolity, by po monastyrach
u czernic szukali. Moje słowo nie dym! (…)
Nazajutrz dzień Skrzetuski opuścił Perejasław. (…)

Rozdział XIX

Jeżeli pan Zagłoba nudził się w Zbarażu, to nie mniej nudził się i Wołodyjowski, któren za wojną i przygodami szczególniej tęsknił. (…) Jedyną rozrywkę stanowiły wieści publiczne, które często gęsto obijały się o szare mury zbaraskie. (…) Z wolna jednak zaczęły chorągwie książęce coraz liczniej ściągać do Zbaraża, z czego przepowiadano na wiosnę wojnę. (…) Tymczasem pokazało się, że pan Zagłoba miał słuszność odkładając z dnia na dzień wyprawę, gdyż w końcu marca przybył Kozak Zachar z listem adresowanym do Wołodyjowskiego z Kijowa. Pan Michał wezwał natychmiast Zagłobę, a gdy się zamknęli z posłańcem w osobnej izbie, rozerwał pieczęć i czytał, co następuje: „Nad Dniestrem, aż do Jahorliku nie odkryłem żadnych śladów. Suponując, że musi być ukryta w Kijowie, przyłączyłem się do komisarzy, z którymi do Perejasławia zaszedłem. Tam uzyskawszy nadspodziewanie konsens od Chmielnickiego przybyłem do Kijowa i szukam wszędy, w czym mi sam metropolita sekunduje. (…) Skrzetuski”. (…)
– Widać, że Skrzetuski jest dobrej myśli – rzekł Zagłoba. (…)
– …z tego listu Skrzetuskiego nic pomyślnego nie widać. Że on sam nad Dniestrem nie położył głowy, to chwała Bogu,
ale kniaziówny dotąd nie znalazł i któż zaręczy, czy ją znajdzie? (…)
…Zagłoba zwrócił się do Kozaka:
– A co tam u was, Zachar, mówią: będzie-li pokój czy wojna?
– Do pierwszej trawy będzie spokój, a na wiosnę to przyjdzie na pohybel albo nam, albo Lachiwczykam. (…)

Rozdział XX

Stary Zachar odjechał na powrót do Kijowa po kilkudniowym odpoczynku, a tymczasem przyszła wieść, że komisarze wrócili
bez wielkich nadziei pokoju, a nawet w zupełnym prawie zwątpieniu. (…) Rozpoczęły się więc z obu stron gwałtowne uzbrojenia. (…) Przyszły wiadomości o mianowaniu nowych wodzów: podczaszego Ostroroga, Lanckorońskiego i Firleja, i o zupełnym usunięciu od spraw wojskowych Jeremiego Wiśniowieckiego, który na czele jeno własnych sił mógł dalej ojczyznę zasłaniać. (…) Zjechał wreszcie i sam książę do Zbaraża w tym celu, aby zebrać jak najwięcej wojska i stać w pogotowiu na granicy wojny. (…) Zapuszczały się pod Zbaraż watahy spod Baru, Chmielnika, Machnówki, ścinając, grabiąc, paląc. Te gromił Jeremi rękoma swych pułkowników, bo sam udziału w owej drobnej wojnie nie brał, chcąc wtedy dopiero z całą dywizją ruszyć, gdy już i hetmani wyjdą w pole. (…) Od końca marca do połowy kwietnia zniósł pan Wołodyjowski siedm luźnych watach, z których każda była trzykroć od jego podjazdu silniejsza… (…) Jeździł więc pan Wołodyjowski sam i sam zwyciężał, aż pewnego razu wyjechawszy pod koniec kwietnia, wrócił w połowie maja tak strapiony i smutny, jakby klęskę poniósł i ludzi wymarnował. (…) Wielu chciało zaraz wiedzieć przyczynę, pan Wołodyjowski jednak nikomu słowa nie rzekł i zaledwie z konia zsiadłszy udał się na długą rozmowę
do księcia w towarzystwie dwóch nieznanych rycerzy, a następnie wraz z nimi szedł do pana Zagłoby, nie zatrzymując się,
choć go ciekawi nowin za rękawy po drodze chwytali. (…)

– Zamknij waszmość drzwi i nie każ nikogo puszczać, bo mamy o ważnych sprawach pomówić. (…)
– To są – rzekł Wołodyjowski ukazując na młodzieńców – kniazie Bułyhowie-Kurcewicze: Jur i Andrzej.
– Stryjeczni Heleny! – zakrzyknął Zagłoba. (…)
– Stryjeczni nieboszczki Heleny… (…)
– Jak to?…
– Są wiadomości – odpowiedział posępnie Wołodyjowski – że kniaziówna w monasterze Dobrego Mikoły została zamordowana. (…)
Po chwili na zamku ozwały się dzwony zwiastujące południe, które brzmiały tak ponuro, jakby dzwony pogrzebowe. (…) Łkanie wstrząsnęło grubym ciałem Zagłoby i trzęsło nim, a oni ciągle narzekali i dzwony biły. (…) Wtem mimo protestacji pilnującego drzwi pacholika wszedł pan Podbipięta i na nowo rozpoczęły się żale i narzekania. (…)
– A skądże macie te wiadomości o śmierci kniaziówny? – pytał dalej pan Longinus. – Czy nie ci kawalerowie je przywieźli? – dodał wskazując na kniaziów. (…)
– Mówił mnie Zaćwilichowski, a on wie od Skrzetuskiego. (…) Spotkał Skrzetuski w jednym monasterze ukrytego pana Joachima Jerlicza, a że to wszystkich o kniaziównę dopytywał, więc pytał i jego: pan Jerlicz zaś powiedział mu, że jakie były panny, to je wpierw Kozacy pobrali, jeno się u Dobrego Mikoły dwanaście zostało, które dymem później wyduszono; a między nimi miała być
i Kurcewiczówna. (…) Wtedy to Skrzetuski z Kijowa wyjechał i zaraz ciężko na zdrowiu zapadł. (…)

…pan Zagłoba utkwił szklany wzrok w przeciwległą ścianę, jakby w najgłębszym zamyśleniu się pogrążył.
– Zbudź się waćpan! – rzekł wreszcie do niego Wołodyjowski wstrząsając go za ramię. – O czym tak myślisz? Nic już nie wymyślisz i wszystkie twoje fortele na nic się nie przydadzą.
– Wiem o tym – odparł złamanym głosem Zagłoba – jeno myślę, żem stary i że nie mam co robić na tym świecie. (…)

Rozdział XXI

– Co waćpan tak przy oknie rozpamiętywasz, zamiast iść spać? – pytał Wołodyjowski. Zagłoba westchnął.
– Bo mi nie do snu – odrzekł wlokącym się głosem. – Rok temu, rok, uciekałem z nią nad Kahamlikiem od Bohuna i tak samo nam one ptaszyny fiukały, a teraz gdzie ona? (…)
– Ej, wiesz co waćpan? Smutek smutkiem, a napij się z nami miodu, bo nie masz nic lepszego na zgryzotę. Będziemy
przy szklenicy rozpamiętywali lepsze czasy.
– Napiję się! – rzekł z rezygnacją Zagłoba. (…) …zanim pan Zagłoba ostatnich słów dokończył, hałas powstał w sieni, ktoś chciał wejść… (…) Następnie drzwi otworzyły się i ukazała się w nich pyzata, rumiana twarz Rzędziana, który powiódł oczyma
po obecnych, pokłonił się i rzekł:
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
– Na wieki wieków! – odrzekł Wołodyjowski – to Rzędzian. (…)
– …ja tu z wieściami o pannie do mojego pana przyjechałem. (…)
– Niepotrzebnieś się śpieszył, bo już pan Skrzetuski wie o jej śmierci i my tu ją łzami rzewnymi oblewamy.
Oczy Rzędziana wylazły zupełnie na wierzch głowy.
– Gwałtu, rety! co ja słyszę? panna umarła?
– Nie umarła, jeno w Kijowie od zbójców zamordowana. (…)
– (…) Co ona miała do roboty w Kijowie, kiedy ona w jarze nad Waładynką, niedaleko Raszkowa ukryta? I czarownica miała rozkaz, żeby się do przyjazdu Bohuna ani krokiem nie ruszała. (…)

…blady był Zagłoba i pot wystąpił mu na łysinę, on zaś skoczył równymi nogami przez ławę do Rzędziana i schwyciwszy pachołka za ramiona pytał chrapliwym głosem:
– Kto tobie powiadał, że ona… koło Raszkowa ukryta?
– Kto miał powiadać? Bohun! (…)
– Słuchaj Rzędzian: tu o życie twego pana i panny chodzi! Czy tobie sam Bohun mówił, że ona nie była w Kijowie?
– Mój jegomość, jak ona miała być w Kijowie, kiedy on ją pod Raszkowem ukrył i Horpynie przykazał pod gardłem, żeby jej
nie puszczała, a teraz mnie piernacz dał i pierścień swój, żebym ja tam do niej jechał, bo jemu się rany odnowiły i sam musi leżeć nie wiadomo jak długo.
Dalsze słowa Rzędziana przerwał pan Zagłoba, który się z ławy na nowo zerwał i schwyciwszy się obu rękoma za resztki włosów, począł krzyczeć jak szalony:
– Żyje moja córuchna, na rany boskie, żyje! To nie ją w Kijowie zabili! Żyje ona, żyje, moja najmilsza! (…)
Radość chwyciła wszystkich za serca i słychać było to okrzyki wdzięczności ku niebu, to zacieranie rąk radosne, to nowe pytania rzucane Rzędzianowi, na które pachołek ze zwykłą sobie flegmą odpowiadał. (…) …pan Zagłoba głos zabrał:
– Mości panowie! – rzekł. – Tu nie ma co zwłóczyć! Bóg sprawił przez tego pacholika i tak pokierował, że w lepszych niż dotąd kondycjach będziemy jej szukali, Bogu niech będzie chwała! Jutro musimy ruszyć. Książę wyjechał, ale już i bez jego permisji puścimy się w drogę, bo czasu nie ma! (…)
To rzekłszy Zagłoba ukląkł pierwszy, a za nim inni, i modlili się długo i żarliwie. (…)

Rozdział XXII

Książę przed kilku dniami wyjechał rzeczywiście do Zamościa w celu czynienia nowych zaciągów i nierychło spodziewano się jego powrotu, więc Wołodyjowski, Zagłoba i Rzędzian ruszyli na wyprawę bez niczyjej wiedzy i w najgłębszej tajemnicy… (…) Jechali czas dłuższy krajem bezpiecznym, bo zajętym przez chorągwie regimentarza Lanckorońskiego, który zbliżał się zwolna
ku Barowi… (…) Pan Wołodyjowski śpiewał ustawicznie, a pan Zagłoba przeciągał się na koniu, nadstawiał z lubością pleców
na słońce… (…) Wyjechawszy wreszcie z okolic trzymanych w ryzie przez załogi i chorągwie Lanckorońskiego, weszli w kraj kozaczy, w którym nic nie pozostało się Lachów, bo tych, którzy nie uciekli, wytępiono ogniem i mieczem. Maj skończył się
i nastał czerwiec znojny, a oni ledwie trzecią część podróży odbyli, bo droga była daleka i trudna. (…) W Jampolu przyjął ich Burłaj, który tu z wojskiem niżowym i czernią na Tatarów budziackich czekał, stary, sławny pułkownik. Ten przed laty Bohuna rzemiosła wojennego uczył… (…) …dowiedziawszy się, że Bohun żyje i na Wołyń zdąża, ucztę z radości wysłańcom wydał i sam się na niej upił. (…) Z Jampola niezbyt już było daleko do Waładynki, ale droga trudna, a raczej ustawiczne bezdroże rozpościerało się
przed rycerzami, bo w owych czasach tamtejsze okolice były jeszcze pustynią z rzadka tylko osiadłą i zabudowaną. (…)
Po długiej podróży byli na koniec u celu, ale niepokój, naturalny w podobnych wypadkach, wkradł im się do serc. Żyje-li jeszcze Helena? (…)

…pucołowata twarz Rzędziana przybladła trochę.
– To Waładynka! – rzekł przyciszonym głosem. (…) Po niejakim czasie znaleźli się nad brzegiem rzeczki i zwrócili konie
w kierunku jej biegu. (…) Jeźdźcy nadjechali na koniec nad wzgórze okrągłe jak przewrócona tarcza rycerska… (…) Rzędzian spojrzał i trącił pana Zagłobę.
– To Wraże Uroczyszcze – rzekł – poznaję z tego, co mnie Bohun powiadał. (…)
– Chwała Bogu! – odpowiedział pan Zagłoba i myśl jego uniosła się ku kniaziównie. (…) Nagle Wołodyjowski wstrzymał konia.
– Widzę jar – rzekł – do którego gardziel skałą zatkana, a w skale wyrwa. (…) Po chwili stanęli u wyrwy i przejechali jakby
pod sklepieniem kamiennym. Otworzył się przed nimi jar głęboki, gęsto zarośnięty po bokach, rozsuwający się w dali w obszerną, półkolistą równinkę, obwiedzioną jakby olbrzymimi murami. Rzędzian począł wołać, ile mu sił w piersiach starczyło:
– Bo-hun! Bo-hun! Bywaj, wiedźmo! bywaj! Bo-hun! Bo-hun!
… po chwili ukazała się niemal na samym szczycie stoku jakaś postać ludzka, która przechyliwszy się i przykrywszy oczy ręką, wpatrywała się pilnie w przybyłych.
– To Horpyna! – rzekł Rzędzian… (…)

– Kto wy? – rzekła wielkim głosem, stanąwszy na dnie. (…)
– Masz tu piernacz, nóż i pierścień, wiesz, co to znaczy?
Olbrzymka wzięła znaki do ręki i poczęła je pilnie rozpatrywać, po czym rzekła:
– Te same są! Wy po kniaziównę?
– Tak jest. A zdrowa ona?
– Zdrowa. Czemu to Bohun sam nie przyjechał?
– Bohun ranny. (…)
– Nie daruj! pocałuj! hu! A kiedy weźmiecie kniaziównę?
– Zaraz, jeno koniom odpoczniemy.
– To bierzcie! Pojadę i ja z wami. (…)
– A ja ci mówię, że zostaniesz. (…) – odparł Rzędzian i huknął jej między piersi z pistoletu tak z bliska, że dym zakrył ją na chwilę zupełnie. Horpyna cofnęła się w tył z rozkrzyżowanymi rękoma; oczy wylazły jej na wierzch głowy, jakieś nieludzkie skrzeczenie wyszło jej z gardzieli, zachwiała się i padła na wznak jak długa.
W tej samej chwili pan Zagłoba ciął Czeremisa szablą przez głowę, aż kość zgrzytnęła pod ostrzem; potworny karzeł nie wydał ani jęku, tylko zwinął się w kłębek jak robak… (…)

– W konie – skomenderował pan Wołodyjowski. Pomknęli i biegli jak wicher wzdłuż krynicy płynącej środkiem jaru; minęli dęby rozrzucone z rzadka po drodze i oczom ich ukazała się chata, a dalej wysoki młyn, którego wilgotne koło błyszczało jak czerwona gwiazda w promieniach słońca. (…) W sieni na prawo przez otwarte drzwi widać było obszerną izbę, pełną wiórów, z ogniskiem ułożonym w środku, napełnioną dymem; na lewo drzwi były zamknięte. (…) Szarpnął, otworzył – wpadł na próg i w progu stanął jak wryty. W głębi izby, ręką oparta o krawędź łoża, stała Helena Kurcewiczówna, blada, z rozpuszczonym na plecy i ramiona włosem, a przerażone jej oczy utkwione w Wołodyjowskiego pytały: ktoś ty jest? czego tu chcesz? (…)
– Nie bój się waćpanna: my Skrzetuskiego przyjaciele!
Wówczas kniaziówna rzuciła się na kolana.
– Ratujcie mnie – wołała składając ręce. Ale w tej samej chwili wpadł pan Zagłoba trzęsący się, czerwony, zadyszany.
– To my! – krzyczał – to my z pomocą!
Usłyszawszy te słowa i ujrzawszy znajomą twarz kniaziówna przechyliła się jak kwiat podcięty, ręce jej opadły, oczy pokryły się frędzlistymi zasłonami i zemdlała. (…)

Rozdział XXIII

Zaledwie koniom wypocząwszy, uciekali tak śpiesznie, że gdy księżyc wytoczył się na step byli już w okolicach Studenki
za Waładynką. (…) Kniaziówna pochyliła swoją słodką twarz ku Zagłobie.
– Nie wiem, za coś mnie waćpan pokochał, ale już pewnie nie kochasz mnie więcej niż ja waćpana.
Zagłoba począł sapać z zadowolenia. (…) Noc była jasna. Księżyc coraz wyżej wypływał na niebo nabite migotliwymi gwiazdami
i stawał się coraz mniejszy, bledszy… Utrudzone bachmaty zwolniły kroku, a i jadących poczęło ogarniać znużenie. Wołodyjowski pierwszy wstrzymał konia.
– Czas by spocząć – rzekł. – Brzask już niedługo.
– Czas! – powtórzył Zagłoba. – Już mi się ze snu zdaje, że mój koń ma dwa łby. (…)
– Przyznaj, panie Michale – mówił nazajutrz rano Zagłoba, gdy się na chwilę sami znaleźli – że drugiej takiej dziewki nie masz
w całej Rzeczypospolitej. Jeżeli mi taką drugą pokażesz, pozwolę ci się nazwać szołdrą i imparitatem sobie zadać.
– Tego ja waćpanu nie neguję… - odrzekł mały rycerz. – Specjał to jest i rarytet, jakiego dotychczas nie oglądałem… (…)
Na wysokości Mohylowa weszli w kraj gęściej osiadły, tak że wieczorami wszędy nietrudno było znaleźć chutory lub wsie,
w których zatrzymywali się na noclegi, ale rumiane zorze ranne zastawały ich zawsze już na koniach i w drodze. (…) Przebyli Derłę i Ladawę. W Barku zakupił pan Wołodyjowski nowe bachmaty, starych nie rzucając, bo te, które od Burłaja mieli w darze, wielkiej były krwi, więc zachowano je na luźne – i szli naprzód, coraz krótsze czyniąc przystanki i noclegi. (…)

Na koniec za Barkiem i Jołtuszkowem wstąpili w kraj zębami wojny świeżo poszarpany. Tam grasowały dotychczas kupy zbrojne hultajstwa, tam też niedawno i pan Lanckoroński palił i ścinał, bo dopiero przed kilkunastoma dniami do Zbaraża się cofnął. (…) Minąwszy Bar, pełen smutnych dla kniaziówny wspomnień, weszli nasi podróżni na stary gościniec prowadzący na Latyczów, Płoskirów, do Tarnopola i dalej aż do Lwowa. Tu coraz częściej napotykali: to tabory sforne wozów, to oddziały piechoty i jazdy kozackiej, to watahy chłopskie, to niezmierne stada wołów okryte obłokiem kurzawy, pędzone na spyżę dla wojsk kozackich
i tatarskich. (…) …podróż, tak z początku pomyślna, stawała się z dniem każdym cięższą. Helena, lubo z natury mężna, poczęła od ustawicznej trwogi i bezsenności na zdrowiu szwankować i naprawdę wyglądała na brankę wleczoną mimo woli w nieprzyjacielskie namioty… (…) Dowiedział się bowiem po drodze, że regimentarze ściągnęli do Zbaraża i że w nim zamierzają się bronić – tam więc zdążali spodziewając się słusznie, że i książę Jeremi do regimentarzy ze swoją dywizją przybędzie… (…)
Tymczasem doszli aż pod Płoskirów. Mrowie rzedło na gościńcu istotnie, bo już o dziesięć mil drogi zaczynał się kraj zajęty
przez chorągwie koronne… (…)
– My tu z kniaziówną zostaniemy pod miastem, bo lepiej nam się na rynku nie pokazywać – rzekł mały rycerz do Zagłoby,
gdy przybyli do opuszczonego domku, odległego o dwie staje drogi od miasta – a waszeć idź, popytaj u mieszczan, czyli koni gdzie na przedaż albo na zamianę nie mają. Wieczór już, ale ruszymy na całą noc.
– Niedługo wrócę – rzekł pan Zagłoba. I odjechał ku miastu, Wołodyjowski zaś kazał Rzędzianowi porozluźniać nieco popręgów
u kulbak, ażeby bachmaty mogły odetchnąć, sam zaś wprowadził kniaziównę do izby, prosząc, aby się winem i snem pokrzepiła. (…) Zaledwie jednak przyniósł bukłaki z winem i żywność, gdy zatętniało przed sienią. Mały rycerz spojrzał przez okno.
– Pan Zagłoba już wrócił – rzekł – widno koni nie znalazł.
W tej chwili drzwi izby rozwarły się i ukazał się w nich Zagłoba blady, siny, spotniały, zadyszany.
– W konie! – zakrzyknął. (…)

Lecieli długo bez wypoczynku, aż dopiero gdy blisko mila drogi dzieliła ich od Płoskirowa i przed wejściem księżyca pomroka stała się tak gruba, że wszelki pościg był niemożebny, pan Wołodyjowski zbliżył się do Zagłoby i spytał:
– Co to było? (…)
– Bohuna na rynku widziałem.
– Chyba waść masz delirium?
– Na rynku go widziałem, jako żywo, a przy nim pięciu czy sześciu ludzi; policzyć nie mogłem, bo mało mi nóg nie odjęło… Pochodnie przy nim trzymali… (…)
– Ważna by to była rzecz wiedzieć – mówił Wołodyjowski – czy on goni za nami, czy też do Waładynki do Horpyny jedzie w tym mniemaniu, że nas po drodze ułapi?
– Mnie się widzi, że do Waładynki. (…)
Jechali teraz wolno. Księżyc zeszedł, mgły, które z wieczora unosiły się nad ziemią, opadły – i noc zrobiła się widna. (…)
Po godzinie drogi przeprawili się przez Medwiedówkę i wjechali w las ciągnący się od samego brzegu rzeki dwoma czarnymi ścianami wzdłuż drogi. (…)
– Co to za łuna na prawo? – pytała kniaziówna.
– Mościa panno! – odrzekł mały rycerz – tu nie ma co ukrywać. To mogą być Tatarzy. (…)
Ucichli i mknęli jak duchy. Drzewa poczęły rzednąć, las kończył się – ale też i łuna nieco przygasła. (…) …wypadli z lasu na pole,
a raczej na step, który ciągnął się blisko ćwierć mili, a na którego przeciwległym końcu czerniła się znów wstążka lasu. (…)

Dobiegli już do połowy pola, przeciwległy las stawał się coraz bliższy, wyraźniejszy, gdy nagle mały rycerz wyciągnął rękę
ku wschodowi.
– Patrz waść – rzekł do Zagłoby – widzisz?
– Krze jakoweś i zarośla w dalekości.
– Te krze się ruszają! W konie teraz, w konie, bo już nas dojrzą niezawodnie!
Wiatr zaświstał w uszach uciekających – zbawczy las zbliżał się coraz bardziej. (…) Las był tak blisko, że uciekający czuli już prawie surowe i chłodne jego tchnienie. Ale też i chmura Tatarów stawała się coraz wyraźniejszą, a z ciemnego jej ciała poczęły wysuwać się długie odnogi, jakoby macki olbrzymiego potworu – i zbliżać się ku uciekającym z niepojętą szybkością. (…) Tymczasem wpadli do lasu. Objęła ich ciemność, ale też pojedynczy jeźdźcy tatarscy nie byli dalej za nimi, jak na kilkaset kroków. Wszelako mały rycerz wiedział już, jak ma postąpić.
– Rzędzian! – krzyknął – skręcaj z panną w pierwszą drogę z gościńca. (…) Odległość między nimi a Rzędzianem, który umykał
z Heleną, poczęła się zwiększać coraz bardziej. Na koniec przybyli do miejsca, gdzie gościniec skręcał się dość nagle ku Zbarażowi, a wprost dalej szła wąska drożyna leśna współ przesłonięta gałęziami. Rzędzian wpadł na nią i po chwili oboje
z Heleną znikli w gęstwinie i ciemności.

Tymczasem Wołodyjowski wstrzymał konia swego i Zagłoby. (…) Obaj przyczaili się w ciemnościach pod drzewami – tymczasem gwałtowny tętent bachmatów tatarskich zbliżał się i huczał jak burza, aż się cały las nim rozlegał. (…)
– Zaraz! zaraz! – rzekł Wołodyjowski. – Trzech idzie naprzód, tegom chciał! (…)
Gdy trzej pierwsi zrównali się z zasadzką, huknęły dwa strzały, po czym Wołodyjowski rzucił się jak ryś na środek gościńca
i w jednym mgnieniu oka, nim pan Zagłoba miał czas spojrzeć i pomyśleć, co się stało, trzeci Tatar padł jakby gromem rażony.
– W konie! – krzyknął mały rycerz. (…) Jednakże konie uciekających były zmęczone długą drogą i pęd ich słabł. Szczególnie koń Zagłoby, wiozący na grzbiecie tak znaczny ciężar, potknął się znowu raz i drugi; staremu szlachcicowi resztki włosów stanęły
na głowie na myśl, że padnie. (…)
– Z kulbaki i w las! – zagrzmiał Wołodyjowski. To rzekłszy sam osadził konia, zeskoczył i w chwilę później obaj z Zagłobą znikli
w ciemnościach. (…) Ale manewr ten nie uszedł skośnych oczu Tatarów i kilkudziesięciu z nich zeskoczywszy również z koni puściło się w pogoń za uciekającymi. Gałęzie zerwały z głowy czapkę Zagłobie i biły go po twarzy, szarpały za żupan,
ale szlachcic, wziąwszy nogi za pas, umykał, jakby mu trzydzieści lat wieku ubyło. Czasami padał, więc podnosił się i umykał jeszcze śpieszniej, sapiąc jak miechy kowalskie – na koniec stoczył się w głęboki wykrot i czuł, że się już nie wygramoli, bo siły opuściły go zupełnie. (…) …pan Michał bez wahania wskoczył do wykrotu i położył rękę na ustach pana Zagłoby.
– Cicho waść! może nas zminą! Będziem się zresztą bronili.
Tymczasem nadbiegli Tatarzy. Jedni z nich minęli istotnie wykrot, sądząc, że zbiegowie uciekają dalej, inni szli z wolna, obmacując drzewa i rozglądając się na wszystkie strony. Rycerze utaili dech w piersiach. (…)

…w chwilę później jakieś dziwne szumy, szmery i zmieszane okrzyki poczęły dolatywać z gościńca i budzić uśpione głębie. Tatarzy przestali krzesać i stanęli jak wryci; ręka Wołodyjowskiego wpiła się w ramię Zagłoby. Krzyki zwiększały się i nagle buchnęły czerwone światła, a wraz z nimi rozległa się salwa z muszkietów – jedna, druga, trzecia – za nią okrzyki: „Ałła!”, szczęk szabel, kwik koni – tętent i wrzaski pomieszane. Na gościńcu wrzała bitwa.
– Nasi! nasi! – krzyknął Wołodyjowski. (…) Krzyki i salwy muszkietów poczęły oddalać się w stronę pola i pierwszego lasu.
– Aha! – rzekł Zagłoba. – Już im na karkach jadą! Nie wytrzymaliście, psubraty! Chwała bądź Bogu najwyższemu! (…)
– No! Tatarów nie ma. Przejechaliśmy się na nich aż za tamten las.
– A któż to nadszedł?
– Kuszel i Roztworowski w dwa tysiące koni. Moi dragoni także są z nimi. (…)
W dwie godziny później pan Zagłoba, napojony i nakarmiony należycie, siedział na wygodnej kulbace wśród dragonów Wołodyjowskiego, a obok niego jechał mały rycerz i tak mówił:
– Już-że się waćpan nie martw, bo choć do Zbaraża razem z kniaziówną nie przyjedziemy, ale gorzej by było, gdyby wpadła
w pogańskie ręce… (…) Głowa też Rzędziana w tym, aby się między Zbarażem a Konstantynowem, póki czas, przemknął
i nie pozwolił się pułkom Chmielnickiego albo chanowym czambułom ogarnąć. I widzisz waść, mocno ja ufam, że on to potrafi. – Dajże tak, Boże! (…)

– Panie Michale – rzekł po chwili – a nie pytałeś Kuszla, co się ze Skrzetuskim dzieje?
– Jest już w Zbarażu i – chwalić Boga – zdrowy. (…)
– A co my jemu powiemy? (…) Lepiej już milczmy i na wolę bożą wszystko zdajmy. (…)

Rozdział XXIV

W Zbarażu zastali pan Wołodyjowski i Zagłoba wszystkie wojska koronne, zgromadzone i na nieprzyjaciela czekające. (…) Pan Zagłoba i Wołodyjowski, przybywszy z chorągwiami Kuszla, wpadli zaraz w wir wojskowy, ledwie bowiem stanęli na majdanie, otoczyli ich towarzysze różnych znaków, pytając jeden przez drugiego o nowiny. (…) …oni wykręcali się, jak mogli, było im również pilno zobaczyć się ze Skrzetuskim. Znaleźli go w zamku… (…) …powitał ich spokojnie, a nawet radośnie pytał, gdzie byli,
i zadowolił się pierwszą lepszą odpowiedzią… (…) Zgryzoty przeżarły mu duszę, ale ciała zgryźć nie mogły. Wychudł tylko bardzo i pożółkł tak, że czoło, policzki i nos miał jakby z wosku kościelnego uczynione. (…) Jednakże służbę ściśle pełnił i co się tyczyło wojny albo spodziewanego oblężenia, tym na równi ze wszystkimi się zajmował. Wnet też rozmowa zeszła na ten przedmiot,
bo nikt o niczym innym nie myślał w całym obozie, w zamku i w mieście. (…) Dnia ósmego lipca, we czwartek, straszliwa burza rozszalała się nad miastem i świeżo zatoczonymi wałami obozu. Deszcz walił potokami. Część robót ziemnych spłynęła. (…) Wały, lubo wzmocnione kamieniami, łozą i ostrokołem, rozmiękły tak, że armaty poczęły grzęznąć. Musiano podkładać deski
pod granatniki, moździerze i nawet pod oktawy. W głębokich fosach szumiała woda na chłopa wysoko. Noc nie przyniosła spokoju. (…) Gdyby Chmielnicki nadszedł był razem z tą burzą, byłby wziął obóz bez oporu!

Nazajutrz było już nieco lepiej, chociaż deszcz jeszcze popadywał. Dopiero koło piątej z południa wiatr przepędził chmury, błękit roztoczył się nad obozem… (…) Wówczas otucha wstąpiła w serca. (…) …Wołodyjowski, stojąc wraz z innymi nad samą fosą, przysłonił swe rysie oczy ręką i zakrzyknął:
– Wojsko spod tęczy wychodzi! wojsko! (…)
Wówczas jeden olbrzymi okrzyk wyrwał się ze wszystkich piersi, okrzyk niepojętej radości:
– Jeremi! Jeremi! Jeremi! (…)
Skrzetuski, stojący wraz z panem Longinem na wałach, poznał z dala swoją chorągiew, którą był w Zamościu zostawił –
i wyżółkłe policzki zarumieniły mu się nieco; odetchnął silnie po kilkakroć, jakby jakiś niezmierny ciężar zrzucał z piersi,
i poweselał w oczach. (…) …pan Lanckoroński, regimentarz, większy rycerz aniżeli wódz, ale w sławie wojennej rozkochany, wyciągał buławę w stronę, skąd przychodził Jeremi, i mówił tak głośno, że go wszyscy słyszeli:
– Oto tam nasz najwyższy wódz i ja pierwszy dank i władzę swą mu oddawam! (…)
Trzy buławy wyciągnęły się ku księciu, ale on rękę cofnął i odrzekł:
– Nie ja waszmościom dawałem buławy, więc ich nie będę odbierał.
– Bądź więc nad trzema czwartą! – rzekł Firlej. (…)

Tej nocy nikt nie spał w obozie i aż do rana grzmiały okrzyki i roiły się światła błyszczące kaganków i pochodni. Nad ranem przyszedł z podjazdu spod Czołhańskiego Kamienia pan pisarz koronny Sierakowski i przyniósł wiadomość o nieprzyjacielu, który o pięć mil od obozu się znajdował. (…) Dzień zeszedł na oczekiwaniu i rozporządzeniach do obrony. Książę przyjąwszy bez dłuższych wahań naczelne dowództwo, szykował wojsko, wyznaczał każdemu, gdzie miał stać, jak się bronić i jak innym w pomoc przychodzić. (…) Do południa wszyscy byli na swych pozycjach. Straże przed obozem rozrzucone donosiły każdej chwili, co dzieje się w okolicy. (…) Jakoż świtaniem poczęło się coś czernić w stronie Wiśniowca. Dzwony uderzyły w mieście na trwogę, a w obozie długie, żałosne głosy trąb pobudziły czujność żołnierzy. (…) W tej samej chwili pojawił się książę na swoim białym dzianecie. Ubrany był w srebrne blachy, ale bez hełmu. (…)
– Mamy gości, mości panowie! mamy gości! – powtarzał przejeżdżając wśród wałów. (…) Była to pierwsza fala, więc nie sam Chmielnicki z chanem, ale rekonesans złożony ze trzydziestu tysięcy wyborowych ordyńców uzbrojonych w łuki, samopały
i szable. (…) …książę przekonawszy się, iż to tylko komunik, dał rozkaz, by jazda wyszła z okopów. (…) …wysunęły się dwie chorągwie Tatarów i semenów książęcych i szły drobnym kłusem naprzód; łuki trzęsły się im na plecach, migotały kołpaki – i szli w milczeniu, a na czele ich jechał rudy Wierszułł… (…)

W tejże samej chwili od strony Starego Zbaraża ukazał się taborek książęcy, który nie zdołał wejść z całym wojskiem, a teraz nadążał co siły z obawy, aby ordyńcy nie ogarnęli go jednym zamachem. (…) Ale półksiężyc dobiegł prędzej do taborku i opasał go w jednej chwili jakoby czarną wstęgą, a jednocześnie kilka tysięcy ordyńców zwróciło się z wyciem nieludzkim ku Wierszułłowi starając się go również opasać. (…) …Wierszułł natarłszy ostrym klinem na pierścień opasujący taborek przebił go tak, jak strzała przebija ciało żołnierza i w mgnieniu oka przedostał się do środka. Teraz zamiast dwóch bitew zawrzała jedna, ale tym zaciętsza. (…) …wkrótce na równinie zamigotały czerwone kolety dragonów Kuszla i Wołodyjowskiego… (…) …książę dał znak
i trzy husarskie chorągwie… runęły z obozu ku bitwie. Dobiegły i uderzywszy jak obuchem rozerwały od razu pierścień tatarski, potem spędziły go, zgniotły na równinie, wyparły ku lasom, rozbiły raz jeszcze – i gnały o ćwierć mili od obozu, taborek zaś wśród radosnych okrzyków i huku dział zemknął bezpiecznie w okopy. (…) Noc zapadała z wolna, jednakże ciemność nie nadchodziła, bo naokół świeciły łuny. (…) Ale nie trwało długo. Noc jeszcze nie zapadła zupełnie, gdy na widnokręgu ukazały się pierwsze szeregi kozackie i tatarskie, za nimi drugie, trzecie, dziesiąte, setne, tysiączne. (…) …Wiśniowiecki patrzył bowiem z okopu
na nieprzejrzane ćmy tatarskie, kozackie – i na próżno starał się je objąć okiem. Chmielnicki spoglądał z pola na zamek i obóz, myśląc w duszy: „Tam mój wróg najstraszliwszy; gdy tego zetrę, któż mi się oprze?” (…) Taki to był stosunek sił walczących… garść przeciw krociom, wyspa naprzeciw morzu! (…)

Tak samo zapewne patrzył i Chmielnicki, bo ledwie ognie rozpaliły się dobrze w jego obozach, gdy przed okopami Kozak wysłaniec jął machać białą chorągwią, trąbić i krzyczeć, by nie strzelano. Straże wyszły i porwały go natychmiast.
– Od hetmana do księcia Jaremy – rzekł im. (…) Kozak stanąwszy przed obliczem pańskim stracił mowę i łydy zadrżały pod nim, a mrowie przeszło mu przez ciało, choć to był stary wilk stepowy i jako poseł przybywał.
– Kto ty – pytał książę wojewoda utkwiwszy w niego swe spokojne źrenice.
– Ja setnik Sokół… od hetmana.
– A z czym przychodzisz? (…)
– Przebacz, władyko! co mnie kazali, to powiem, ja nie winien!
– Mów śmiało.
– Hetman kazał mi powiedzieć, że w gości przybył do Zbaraża i jutro w zamku was odwiedzi.
– Powiedz mu, że nie jutro, ale dziś wydaję ucztę w zamku! – odrzekł książę. Jakoż w godzinę później zagrzmiały na wiwaty moździerze, wzniosły się radosne okrzyki – i wszystkie okna zamkowe zajaśniały od tysiąców świec jarzących. (…) Przez długi czas chan spoglądał na zamek świecący z dala jak olbrzymia latarnia i kiwał z lekka głową, na koniec pogładził się ręką
po rzadkiej brodzie, która w dwóch długich kosmykach spadała na łasicową szubę, i rzekł wskazując palcem na jaśniejące szyby:
– Hetmanie zaporoski, co tam jest?
– Najpotężniejszy carzu! – odrzekł Chmielnicki – to kniaź Jarema ucztuje.
Chan zdumiał się. (…)
– Jeden Bóg – mruknął. – Lew jest w sercu tego giaura.
I po chwili milczenia dodał:
– Wolałbym z nim stać niż z tobą.
Chmielnicki zadrżał. Ciężko on opłacał niezbędną przyjaźń tatarską, a do tego jeszcze nie był pewien straszliwego sojusznika. (…)

W obozie oczekiwano powszechnie, że szturm nazajutrz nastąpi. Jakoż od rana ruszyły się tłumy czerni, Kozaków, Tatarów
i innych dzikich wojowników, ciągnących z Chmielnickim, i szły ku okopom na kształt czarnych chmur walących się na szczyt góry. (…) Próbując tu i owdzie, szczególniej od zachodniego stawu, czy się nie uda wywołać popłochu, cofnęli się na koniec Tatarzy
i Kozacy ku swoim stanowiskom i trwali w nich nie wysyłając nawet harcowników. (…) Widocznym już teraz było, że Chmielnicki czeka na przybycie swego taboru, jakkolwiek skądinąd tak pewny był, że pierwszy prawdziwy szturm wystarczy, iż zaledwie kilka szańców pod armaty kazał usypać i żadnych innych ziemnych robót nie przedsiębrał, aby zagrozić oblężonym. Tabor nadciągnął nazajutrz i stanął, wóz przy wozie, w kilkadziesiąt rzędów, na milę długości… (…) Pamiętny wtorkowy dzień 13 lipca zeszedł
na obustronnych gorączkowych przygotowaniach… (…) Wieczór uczynił się cichy, pogodny; jeno z obu stawów i Gniezny podniosły się lekkie mgły – na koniec pierwsza gwiazda zamigotała na niebie. W tej chwili sześćdziesiąt armat kozackich ryknęło jednym głosem, nieprzejrzane zastępy ruszyły z krzykiem okropnym ku wałom – i szturm się rozpoczął. (…) Woły jak szalone, popędzane przez dzikich, półnagich czabańczuków batami i palącymi się pochodniami, zdziczałe ze strachu, biegły naprzód
z rykiem okropnym, to zbijając się w kupę, to pędząc, to rozbiegając lub zwracając w tył, a pędzone krzykiem, parzone ogniem, smagane surowcem, leciały znów ku wałom. Aż Wurcel począł ziać ogniem i żelazem, wówczas dymy zakryły świat – niebo poczerwieniało – przerażone bydło rozproszyło się, jakby je piorun rozegnał, połowa go padła – a po ich trupach nieprzyjaciel szedł dalej. (…) Wnet fosa zapełniła się ciałami, krwią, worami z piaskiem – na koniec zrównała się i nieprzyjaciel z wyciem rzucił się przez nią. (…) Szli jedni za drugimi tak gęsto, że gorący oddech z tyłu idących oblewał karki przodowym. (…) Ilu ich padło, nim doszli na koniec do owej fosy ciałami jeńców zasypanej, któż opowie, któż wyśpiewa! Lecz doszli i przeszli, i poczęli się drzeć
na wały. (…)

I trwała ta walka olbrzymia a bezpardonowa przez całe godziny. Naokół wału urósł drugi wał trupów i tamował przystęp szturmującym. (…) Działa z okopów przestały grzmieć, granaty świecić, tylko broń ręczna zgrzytała przez całą długość zachodniego wału. Zgiełk wszczął się na nowo. Na koniec i strzelba umilkła. Ciemności pokryły walczących. (…) Nastała przerwa, pułki kozackie oddaliły się od okopu na staję i stanęły pod osłoną własnych dział – ale nie minęło i pół godziny, gdy Chmielnicki znowu zerwał się i po raz trzeci gnał ich do szturmu. Ale wówczas na okopie ukazał się na koniu sam książę Jeremi. (…) Kozacy zwolnili kroku, jakby oczarowani tym widokiem.
– Jarema! Jarema! – poszedł cichy pomruk, niby szum wiatru, przez głębokie szeregi. (…) Skinął złotą buławą – i wnet złowrogie ptactwo granatów zaszumiało na niebie i wpadło w następujące szeregi; zastępy zwinęły się jak smok śmiertelnie rażony; okrzyk przerażenia przeleciał z jednego końca ławy na drugi. (…) …książę, widny ciągle jak na dłoni, zwrócił się nieco ku zachodowi
i znów skinął złotą buławą. Na ten znak od strony stawu, z przerwy między jego zwierciadłem a wałem, poczęła się wysuwać jazda – i w mgnieniu oka rozlała się na krańcu brzegowym równicy… (…) Nie tylko Chmielnicki, ale ostatni z ciurów kozackich poznał w jednej chwili, że zuchwały wódz postanowił rzucić całą jazdę w bok nieprzyjacielowi. (…) Dziki popłoch ogarnął wyborową gwardię hetmańską. (…)

Ale tymczasem dziki Tuhaj-bej, wspomagany prze Subagaziego i Urum-murzę, uderzył z wściekłością na nawałę husarii. (…) Wyparci z miejsca, naciskani strasznym ciężarem żelaznych jeźdźców, którym nie zwykli stawiać czoła otwarcie, spychani
ku janczarom, cięci długimi mieczami, zrzucani z siodeł, kłuci, bici, gnieceni jak jadowite robactwo, bronili się jednak z taką wściekłością, że istotnie pęd husarii wstrzymany został. (…) Jednak ustępowali, coraz gęstszym trupem padając. (…)
…do wściekłego Tuhaj-beja przypadł Skrzetuski i w łeb koncerzem go trzasnął. (…) …oczy Tuhaj-beja nocą natychmiast się powlokły, zdarł konia i padł na ręce nohajców, którzy porwawszy swego wodza pierzchli z wrzaskiem okropnym w obie strony, jak pierzcha mgła zwiana wichrem gwałtownym. (…) Wtem jakiś husarz-wielkolud dopada w niepowstrzymanym pędzie
do ściany czworoboku; przez chwilę widać kopyta olbrzymiego konia zawieszone w powietrzu; następnie rycerz i rumak wpadają w środek ścisku druzgocząc włócznie, przewalając ludzi, łamiąc, miażdżąc, niwecząc. Jak orzeł spada na stado białych pardew,
a one zbite przed nim w lękliwą kupę idą na łup drapieżnika, który rwie je pazurami i dziobem – tak pan Longinus Podbipięta wpadłszy w środek nieprzyjacielskich szyków szalał ze swym Zerwikapturem. I nigdy trąba powietrzna nie czyni takich spustoszeń w młodym i gęstym lesie, jakie on czynił w ścisku janczarów. (…) W tej chwili żelazna nawała husarii ze Skrzetuskim na czele runęła bramą otwartą przez litewskiego rycerza: ściany czworoboku pękły jak ściany walącego się domu i masy janczarów rzuciły się w ucieczce na wszystkie strony. (…) Cała wyborna milicja Chmielnickiego, piechota, jazda, artyleria, posiłkowe oddziały tatarskie i tureckie utworzyły jedną bezładną masę, nieprzytomną, obłąkaną, oślepłą z przerażenia. (…) Uciekające tłumy odetchnęły dopiero wśród wozów swego taboru, gdy trąby odwołały jazdę książęcą. Rycerstwo wracało
ze śpiewaniem i okrzykami radości… (…) Tak skończyło się pierwsze spotkanie straszliwego „Jaremy” z Chmielnickim.

Ale szturm nie był skończony, bo podczas gdy Wiśniowiecki odpierał ataki wymierzone na prawe skrzydło obozu, Burłaj na lewym o mało co nie stał się panem okopów. (…) …pan Przyjemski na czele kilku rot niemieckich nadbiegł z pomocą. (…) Ani pogarda śmierci, z jaką walczyli mołojcy, ani ich wytrwałość nie mogła powstrzymać niepohamowanych Niemców, którzy idąc murem naprzód, razili ich tak potężnie, że wyparli zaraz z miejsca, przyparli do okopów, zdziesiątkowali i po półgodzinnej walce wyrzucili precz za wały. Pan Przyjemski, zalany krwią, pierwszy zatknął swą chorągiew na niedokończonym nasypie. Położenie Burłaja było teraz straszne… (…) …w tej chwili ukazała się husaria pana Koniecpolskiego, do niej przyłączył się wracający z ataku
na janczarów Skrzetuski i obaj odcięli cofającego się dotychczas w porządku Burłaja. Jednym atakiem rozbili go w puch i wtedy to poczęła się rzeź okropna. (…) Skoczył im jeszcze na pomoc i Subagazi, który dnia tego cudów męstwa dokazywał,
ale przesławny Marek Sobieski, starosta krasnostawski, osadził go na miejscu, jak lew osadza dzikiego bawołu – więc widział już Burłaj, że znikąd nie ma ratunku. (…) …na koniec widząc ogromnego szlachcica przebiegającego z rykiem żubrowym pobojowisko zerwał się i szedł jak błyszczący płomień na niego.

Pan Zagłoba – on to był bowiem – ryknął ze strachu jeszcze silniej i zwrócił konia do ucieczki. (…) Ale w tej ostatniej chwili,
w tej już prawie agonii, nagle rozpacz jego i przestrach zmieniły się we wściekłość; ryknął tak strasznie, jak żaden tur nie ryczy,
i zwinąwszy konia na miejscu, zwrócił się na przeciwnika.
– Zagłobę gonisz! – krzyknął nacierając z szablą wzniesioną. (…) Burłaj spojrzał i zdumiał się. Nie zdumiał usłyszawszy imię,
bo go nigdy w życiu nie słyszał; ale poznawszy męża, którego jako Bohunowego przyjaciela ugaszczał niedawno w Jampolu.
Ale właśnie ta nieszczęsna chwila zdumienia zgubiła mężnego wodza mołojców, bo nim się opamiętał, ciął go pan Zagłoba
przez skroń i jednym zamachem zwalił z konia. (…) Okrzyk tryumfu i radości wstrząsnął całym obozem oblężonych, a potężne okrzyki aż ku niebu się wzbiły. (…)
– Niech żyje Jeremi! – wołało wojsko. – Niech żyje ojciec nasz!
A książę bez hełmu kłaniał się głową i buławą na wszystkie strony.
– Dziękuję waszmościom! dziękuję waszmościom! – powtarzał dźwięcznym, donośnym głosem. (…) Tymczasem poza orszakiem książęcym uniesieni zapałem żołnierze nieśli wśród okrzyków, na ręku, do obozu pana Zagłobę, jako największego tryumfatora
w dniu dzisiejszym. (…)
– Niech żyje! niech żyje! – krzyczała szlachta.
– Do księcia z nim! – powtarzali inni. (…)

Tymczasem hetman zaporoski, przypadłszy do swego taboru, ryczał jak dziki ranny zwierz, darł żupan na piersiach i kaleczył sobie twarz. Starszyzna, ocalała z pogromu, otoczyła go w ponurym milczeniu, nie niosąc ani słowa pociechy, a jego obłęd prawie pochwycił. Wargi miał spienione, piętami bił w ziemię, obu rękoma szarpał włosy na czuprynie.
– Gdzie moje pułki?… gdzie mołojcy?… – powtarzał chrapliwym głosem. – Co powie chan, co powie Tuhaj-bej! Wydajcie mnie Jaremie! niech moją głowę na pal wbiją! (…) Pułkownicy stali nad nim ze zwieszonymi głowami i długi czas trwało milczenie. (…) Tymczasem chan siedział o milę drogi od pola bitwy, nie wiedząc, co się na placu dzieje. Noc była spokojna i ciepła, więc siedział przed namiotem wśród mułłów i agów – i w oczekiwaniu na nowiny pożywał daktyle ze srebrnej misy, obok stojącej, czasem zaś poglądał na wyiskrzone niebo… (…) Wtem na spienionym koniu przypadł zdyszany, okryty krwią Subagazi; zeskoczył z siodła
i zbliżywszy się szybko, począł bić pokłony, czekając na zapytanie. (…)
– Mów prędko, Subagazi, i mądrze: azali obóz niewiernych wzięty?
– Bóg nie dał!
– Lachy?
– Zwycięzcy.
– Chmielnicki?
– Pobity.
– Tuhaj-bej?
– Ranny. (…)

Tłusta twarz chanowa poczerwieniała: gniew chwytał go za piersi.
– Gdzie ten pies – pytał – który mi obiecał, że dziś w zamku będziemy spali? (…) Niech się stawi i zda sprawę ze swych obmierzłych obietnic. (…)
Chan kiwał głową namyślając się w tej chwili, czyby jeszcze nie lepiej było zwrócić oręż przeciw Chmielnickiemu, gdy nagle sam hetman stanął przed nim. Chmielnicki był już spokojny i zbliżył się z podniesioną głową, śmiało patrząc w oczy chanowe;
na twarzy malowała mu się chytrość i odwaga.
– Zbliż się zdrajco – rzekł chan. (…)
– Wielki chanie wszystkich ord! – odrzekł silnym głosem Chmielnicki. – Jesteś potężny i obok sułtana najpotężniejszy na ziemi! jesteś mądry i silny, ale czy możesz wypuścić strzałę z łuku aż pod gwiazdy albo zmierzyć głębokość morza?
Chan spojrzał na niego ze zdziwieniem. (…)
– Lecz to ci powiem – mówił dalej Chmielnicki z coraz większą pewnością w głosie i postawie – jesteś wielki i potężny; od Wschodu aż do Zachodu narody i monarchowie biją ci czołem i lwem zowią. Jeden Jarema nie pada na twarz przed twoją brodą; więc jeżeli go nie zetrzesz, jeżeli karku mu nie ugniesz i po jego grzbiecie nie będziesz na koń siadał, za nic twoja potęga, za nic twoja sława, bo powiedzą, że jeden kniaź lacki pohańbił krymskiego carza i kary nie odebrał – że on większy, że potężniejszy od ciebie… (…)
Chmielnicki wsparł się buławą i czekał śmiało.
– Rzekłeś – przemówił w końcu chan – zegnę kark Jaremy, po jego grzbiecie na koń będę siadał, aby nie mówiono od wschodu
do Zachodu, że jeden pies niewierny mnie pohańbił. (…)
Chmielnickiemu zaś radość strzeliła z oczu: za jedną drogą odwrócił zgubę wiszącą nad swą głową i sprzymierzeńca wątpliwego
w najwierniejszego zmienił. (…)

Rozdział XXV

Nazajutrz, zanim słońce rozlało złote blaski na niebie, stanął już nowy wał ochronny w polskim obozie. (…) Skrzetuski, pan Longinus i Zagłoba siedząc w namiocie spożywali polewkę piwną, gęsto okraszoną kostkami sera… (…) W tej chwili skrzydło namiotu uchyliło się i wszedł raźno pan Michał, wesoły jak szczygieł w pogodny ranek.
– No! tośmy w kupie! – zawołał pan Zagłoba. – Dajcieże mu piwa!
Mały rycerz uścisnął ręce trzem towarzyszom i rzekł: – Żebyście waćpaństwo wiedzieli, ile kul leży na majdanie, to przechodzi imaginację! Nie przejdziesz, żebyś się nie potknął. (…) Dalszy ciąg rozmowy przerwał gwar dochodzący z zewnątrz namiotu – więc rycerze wyszli zobaczyć, co się dzieje. (…) Książę stał… na okopie w towarzystwie starosty krasnostawskiego i pana Przyjemskiego. (…) Tu zwrócił się do starosty krasnostawskiego, do pana Przyjemskiego i do regimentarzy.
– Proszę waszmość panów na radę – rzekł. I zstąpił z okopu, a za nim udała się cała starszyzna. (…) Chmielnicki rozpoczął regularne oblężenie, poprzecinał wszystkie drogi, wyjścia, odjął paszę, sypał aprosze i szańce, podkopywał się wężownicami
pod obóz, ale szturmów nie poniechał. Postanowił on nie dać spokoju oblężonym, nużyć ich, straszyć, trzymać w ustawicznej bezsenności i nękać dopóty, dopóki broń nie wypadnie z ich rąk zesztywniałych. Więc wieczorem znów uderzył na kwatery Wiśniowieckiego z nie lepszym jak poprzedniego dnia skutkiem, tym bardziej że i mołojcy nie szli już z taką ochotą. Następnego dnia ogień nie ustawał ani na chwilę. (…) Żołnierz przez cały dzień nie miał ani chwili odpoczynku, a gdy nadszedł upragniony zachód słońca, rozpoczął się nowy szturm generalny – o wycieczce nie było co i myśleć. W nocy 16 lipca uderzyli dwaj dzielni pułkownicy, Hładki i Nebaba, na kwatery książęce i ponieśli znów straszną klęskę. (…)

Lecz nic to było wszystko w porównaniu z okropną nawałą, jaka dnia 19 lipca rozpętała się nad okopem. Uprzedniej nocy wysypali Kozacy naprzeciw kwater Wiśniowieckiego wysoki wał, z którego armaty wielkiego kalibru ziały nieustannym ogniem, gdy zaś dzień minął i pierwsze gwiazdy zabłysły na niebie, dziesiątki tysięcy ludzi ruszyły do ataku. Jednocześnie w dali ukazało się kilkadziesiąt straszliwych machin, podobnych do wież, które toczyły się z wolna ku okopowi. Po bokach ich wznosiły się
na kształt potwornych skrzydeł mosty, które przez fosy miano przerzucać – a szczyty dymiły, świeciły i huczały wystrzałami lekkich działek, rusznic i samopałów. (…) Tymczasem zbita masa kozactwa napływała coraz bliżej, jak czarna fala płynąca nocą
z dalekiej morskiej przestrzeni. (…) Bitwa zawrzała na całej długości okopu. Uderzono jednocześnie na Wiśniowieckiego,
na Lanckorońskiego, na Firleja i Ostroroga, aby jeden drugiemu nie mógł przychodzić z pomocą. (…) Godzina upływała za godziną i szturm nie ustawał, bo straszliwe luki w szeregach kozackich Chmielnicki w jednym mgnieniu oka zapełniał nowymi siłami. (…) Nagle ziemia zatrzęsła się pod nogami wojowników, a całe niebo stanęło w sinym ogniu, jakby już Bóg nie mógł dłużej patrzyć
na okropności ludzkie. Łoskot straszliwy zgłuszył wrzaski ludzkie i huk armat. To artyleria niebieska rozpoczęła teraz straszliwą kanonadę. (…) Niepamiętna burza rozszalała się nad miastem, zamkiem, okopami i taborem. Bitwa została przerwana. Na koniec upusty niebieskie rozwarły się i nie strugi, ale potoki dżdżu poczęły lać na ziemię. (…) Po północy deszcz wreszcie ustał. Między przerwami chmur tu i owdzie zabłysły gwiazdy. Upłynęła jeszcze godzina – i woda trochę spadła. Wówczas przed chorągwią Skrzetuskiego ukazał się niespodziewanie sam książę.

– Mości panowie – spytał – a ładownice wam nie zamokły? – Suche, mości książę! – odpowiedział Skrzetuski.
– To dobrze! zsiąść mi z koni, ruszyć przez wodę ku onym beluardom, podsypać je prochem i zapalić. A cicho mi iść! Pan starosta krasnostawski pójdzie z wami.
– Według rozkazu! – odpowiedział Skrzetuski. (…) W pół godziny potem dwa oddziały rycerzy, po dwieście pięćdziesiąt ludzi, brodząc po pas w wodzie, biegły z szablami w ręku ku owym straszliwym „hulaj-horodynom” kozackim, stojącym o pół staja
od okopu. (…) Szli wprawdzie cicho rycerze, ale woda chlupała im pod nogami; szczęściem deszcz znowu zaczął padać i szum jego głuszył stąpania. Straży przy zakrywkach nie było. Któż bowiem spodziewałby się wycieczki po szturmie i po takiej burzy, która jakby jeziorem rozdzieliła walczących.
Pan Michał z panem Longinem skoczyli naprzód i pierwsi doszli do kopca. (…) W tej chwili wnętrze pokrywki zabrzmiało przeraźliwym wyciem ludzkim – jednocześnie rycerstwo wydawszy okrzyk rzuciło się ku innym kopcom. W ciemności rozległy się jęki, szczęk żelaza, gdzieniegdzie przebiegały jakieś ciemne postacie, inne padały na ziemię, czasem huknął wystrzał –
ale wszystko razem nie trwało dłużej jak kwadrans. (…) Rycerstwo rzuciło się ku wieżom.
– Palić od środka, bo z wierzchu mokre! – zagrzmiał Skrzetuski. (…) Pozapalano maźnice ze smołą, jak również pochodnie –
i płomień począł lizać mokre, lecz przesiąknięte żywicą bierwiona. (…) Po niejakim czasie kilkadziesiąt olbrzymich płomieni oświeciło całą równinę. (…)

Tymczasem rycerze wracali w ściśniętych szeregach do okopu, gdzie z daleka już witano ich radosnymi okrzykami. Nagle Skrzetuski obejrzał się naokoło, rzucił okiem w głąb szeregu i krzyknął grzmiącym głosem:
– Stój!
Pana Longina i małego rycerza nie było między wracającymi. (…)
– Naprzód! – skomenderował Skrzetuski. Starosta krasnostawski, idąc na drugim końcu szeregu, nie rozumiał, co zaszło, i biegł pytać – gdy w tejże chwili obaj pożądani rycerze ukazali się, jakby spod ziemi wyrośli, na pół drogi między beluardami
a rycerstwem. Pan Longinus z błyszczącym Zerwikapturem w ręku stąpał olbrzymimi krokami, a przy nim biegł kłusem pan Michał. Obaj głowy mieli zwrócone ku goniącym ich na kształt zgraj psów mołojcom. (…) Wtem huknęli z okopów i granat, chychocząc jak puszczyk, zakreślił czerwony łuk na niebie i upadł w ściśniętą ławicę; za nim drugi, trzeci, dziesiąty. Zdawało się, że bitwa rozpoczyna się na nowo. Kozakom aż do oblężenia Zbaraża nie znane były tego rodzaju pociski i po trzeźwemu bali się ich najwięcej, widząc w nich czary „Jaremy” – więc ławica wstrzymała się w jednej chwili, potem pękła na dwoje, a razem pękły
i granaty roznosząc postrach, śmierć i zniszczenie. (…) I pierzchło wszystko, a tymczasem pan Longinus i mały rycerz wpadli
w zbawczy szereg husarzy. (…)

Rozdział XXVI

Jednakże znowu wypadło zatoczyć nowe wały i ująć obozu, aby udaremnić wykonane już prace ziemne kozackie i uszczuplonym siłom ułatwić obronę. (…) Od czasu do czasu zrywały się masy kozactwa i czerni do szturmu, ale nie dochodziły do wałów, tylko strzelanina stawała się coraz gorętszą. Nieprzyjaciel mając potężne siły, zmieniał walczące oddziały prowadząc jedne
na spoczynek, drugie do boju. Ale w obozie nie było żołnierza do zastępstwa: jedni i ci sami ludzie musieli strzelać, zrywać się
co chwila do obrony pod groźbą szturmów, grzebać zabitych, kopać studnie i podsypywać wyżej wały, aby lepszą dawały zasłonę. (…) Żołnierz rozkochał się w swym wodzu, w niebezpieczeństwach, w szturmach, w ranach i śmierci. (…) Każdy rozkaz wodza spełniano z błyskawiczną szybkością. (…) Oblężeni zasłaniali się wozami, namiotami, skórami, rozwieszoną odzieżą; w nocy chowano zabitych, gdzie który legł, ale żywi bili się tym zacięciej na mogiłach wczorajszych towarzyszów. Chmielnicki szafował krwią swych ludzi bez miary, ale każdy szturm nowe tylko, coraz większe przynosił mu w zysku straty. Sam on był zdumiony oporem; liczył jeno na to, że czas zwątli serca i siły oblężonych – jakoż czas płynął, ale oni coraz większą okazywali pogardę śmierci. (…) Książę Jeremi sypiał na gołej ziemi u wału: pił gorzałkę i jadł wędzone końskie mięso, cierpiąc trudy i zmiany pogody „nad pański swój stan”. (…) Na koniec Chmielnicki postanowił spróbować układów mając tę myśl uboczną, że przez ten czas podstępem będzie mógł czegoś dokonać. Pod wieczór 24 lipca poczęli Kozacy wołać z szańców na żołnierzy, aby zaprzestali strzelać. Wysłany Zaporożec oznajmił, iż hetman życzy sobie widzieć starego Zaćwilichowskiego. Po krótkiej naradzie regimentarze zgodzili się na propozycję i starzec wyjechał z okopu. (…) Po południu przyjechał z powrotem do obozu pan Zaćwilichowski. Układów nie było, a zawieszenie broni nie doszło do skutku. Stawiał Chmielnicki potworne żądania, aby wydano mu księcia i chorążego Koniecpolskiego. (…)

Wieczorem nastąpił szturm krwawo odparty. Cały obóz przez dwie godziny był w ogniu. Kozaków nie tylko odrzucono od wałów, ale piechoty zdobyły pierwsze szańce, porozkopywały strzelnice, zakrywki i spaliły znów czternaście hulaj-grodów. Chmielnicki zaprzysiągł tej nocy chanowi, że nie odstąpi, dopóki jeden żywy człowiek pozostanie w okopie. (…) Wymagał chan, żeby książę Jeremi zjechał się z jego wezyrem w polu, ale była to prosta zdrada, którą wykryto – i układy ostatecznie zostały zerwane. (…) Żołnierzy podtrzymywała jakaś dzika żądza walki, krwi i niebezpieczeństw. Szli do bitwy ze śpiewaniem, jak na wesele. Tak się już zresztą wzwyczaili do huku i hałasów, że te oddziały, które komenderowano do spoczynku, spały wśród ognia i padających gęsto kul nieprzebudzonym snem. (…) Tymczasem czerń i Kozacy poczynali szemrać. I im ciężko było siedzieć w dymie, ogniu,
w gradzie kul, w trupim zapachu, na deszczu, upałach i w obliczu śmierci. Zresztą nie trudów bali się dzielni mołojcy,
nie niewywczasów, nie szturmów i ognia, i krwi, i śmierci – oni się bali „Jaremy”.

Rozdział XXVII

Po nowych dziesięciu dniach strzelaniny i szturmów pierwszy to raz nastała cisza i spokój. (…)
– A czuwacie?
– Czuwamy, mości książę – rzekł prostując się Skrzetuski.
– Pilno dawać baczność. Źle wróży ten spokój.
I książę przeszedł dalej, patrząc, czy gdzie sen nie przemógł utrudzonych żołnierzy. (…) Nastało milczenie. Wszyscy wpatrywali się wytężonymi oczyma w ciemność, ale nic nie było widać – szańce kozackie były spokojne. Ostatnie światła na nich pogasły. (…) Pan Michał począł kiwać ręką, aby mu nie przeszkadzano, i czas jeszcze jakiś słuchał pilno, na koniec zbliżył się
do towarzyszów.
– Idą – szepnął.
– Daj znać księciu! poszedł ku kwaterom Ostroroga – odszepnął Skrzetuski – my zaś pobieżymy ostrzec żołnierzy. (…)
Ponieważ nieprzyjaciel chciał widocznie zaskoczyć obóz w śnie i nieczujności, więc książę polecił utrzymać go w błędzie. Żołnierze mieli się zachować jak najciszej i dopuścić szturmujących aż na same wały, po czym dopiero gdy wystrzał zdziała da znak, uderzyć na nich niespodzianie. (…)

Tymczasem napastnicy zbliżyli się do fosy i poczęli w nią spuszczać drabiny, następnie zleźli po nich sami i przechylili je
ku wałowi. Wał milczał ciągle, jakby na nim i za nim wszystko wymarło – i cisza nastała śmiertelna. (…) Wtem trzy pary rąk pojawiły się u krawędzi i chwyciły się jej silnie, a za nimi poczęły się z wolna i ostrożnie podnosić trzy szpice od misiurek… wyżej
i wyżej… „To Turcy!” – pomyślał pan Longinus. W tej chwili rozległ się straszliwy huk kilku tysięcy muszkietów; zrobiło się widno
jak w dzień. Nim światło zgasło, pan Longinus zamachnął się i ciął okropnie, aż powietrze zawyło pod ostrzem. Trzy ciała spadły
w fosę, trzy głowy w misiurkach potoczyły się pod kolana klęczącego rycerza. (…) Szturm ten… krwawiej od innych został odparty i ściągnął straszliwą burzę na głowę Chmielnickiego. (…) Żołnierze spoczywali aż do rana, bo było to już pewne, że szturm się nie powtórzy. Spali tedy wszyscy snem nieprzebudzonym prócz chorągwi strażowych i prócz pana Longina Podbipięty, który noc całą krzyżem na mieczu leżał dziękując Bogu, iż mu pozwolił ślub spełnić i taką wielką chwałą się okryć, że imię jego przechodziło z ust do ust w obozie i w mieście. (…)

Koło namiotu robiło się coraz gwarniej, a pan Zagłoba, Skrzetuski i Wołodyjowski czynili honory przybywającym częstując ich opowiadaniem, bo nie było czym innym, jako że ostatnich już prawie sucharów dogryzano w obozie, a mięsa innego jak wędzonej koniny dawno nie stawało. Ale przecie duch starczył za jadło i napitek. Pod koniec, gdy inni zaczęli się już rozchodzić, nadszedł pan Marek Sobieski, starosta krasnostawski, ze swoim porucznikiem Stępowskim. (…)
– Jakośmy sobie zaprzysięgli – rzekł – że jeden na drugim padnie, a nie poddamy się, tak się i stanie. Musimy być na to gotowi,
że coraz cięższe czasy przyjdą. Żywności już prawie nie ma, a co gorzej, to i prochy się kończą. Innym ja bym tego nie mówił, ale waszmościom można. Niedługo jeno zaciekłość w sercach i szable w ręku nam pozostaną – i gotowość na śmierć, więcej nic. Daj, Boże, króla jak najprędzej, bo to ostatnia nadzieja. Wojenny to pan! Pewnie by fatygi i zdrowia, i gardła nie żałował, byle nas wyzwolić – ale za małe ma siły i musi czekać, a waszmościowie wiecie, jak pospolite ruszenie powoli się ściąga. I zresztą skąd król jegomość ma wiedzieć, w jakich my tu kondycjach się bronimy i że już okruchów dojadamy?
– My już siebie ofiarowali – rzekł Skrzetuski.
– Ażeby tak dać znać? – pytał Zagłoba.
– Żeby się znalazł kto taki cnotliwy – rzekł starosta – kto by się przekraść podjął, ten by nieśmiertelną sławę za życia pozyskał, ten by był zbawcą całego wojska i od ojczyzny klęskę by odwrócił. (…)

Pan Longinus zamyślił się głęboko, aż czoło pokryło mu się bruzdami, i cały czas siedział milczący. Nagle podniósł głowę i rzekł
ze zwykłą sobie słodyczą:
– Ja się podejmę przekraść przez Kozaków... (…)
– Ptak by nie przeleciał, bo z łuku by go ustrzelili. Okopali nas naokoło jako jaźwca w jamie.
– A taki pójdę – powtórzył Litwin. – Ja Bogu wdzięczność winien, że mnie ślub spełnić pozwolił. (…)
– Na Boga! – rzekł starosta krasnostawski, któren dotychczas ze zdumieniem słuchał słów pana Zagłoby – wielka to jest rzecz, ale bez księcia nie możemy nic stanowić. (…) Pójdźmyż do niego, co on na ochotę waszmościów powie. (…) …doszli do namiotów książęcych stojących z prawej strony wału… (…) Starosta wszedł pierwszy, nie oznajmując się; czterej zaś rycerze zatrzymali się przed namiotem. Ale po chwili płótno uchyliło się i pan Przyjemski wysadził głowę:
– Książę chce widzieć pilno waszmościów – rzekł. (…)
– Powiadał mi pan starosta o gotowości waszej wyjścia z obozu, a ja dobre chęci wasze przyjmuję. Ojczyźnie nie można nadto ofiarować…
– Przyszliśmy jeno o pozwolenie pytać – odrzekł Skrzetuski – gdyż wasza książęca mość jesteś szafarzem krwi naszej. (…)

W tej chwili kasztelan bełski Firlej wszedł do namiotu.
– Mości książę – rzekł – ludzie moi złapali Kozaka, któren powiada, że na dzisiejszą noc szturm się gotuje.
– Miałem i ja już wiadomość – odpowiedział książę.
– Wszystko w pogotowiu; niech tylko z sypaniem tych nowych wałów śpieszą.
– Już prawie skończone.
– To dobrze! – rzekł książę. – Do wieczora się przeniesiemy. (…) Ichmościowie podejmują się przekraść przez nieprzyjaciela i dać znać królowi o naszym położeniu. (…) Pójdzie naprzód jeden; jeśli go zabiją, to się tym pochwalić nie omieszkają, jako się już raz pochwalili śmiercią tego mego sługi, którego aż pode Lwowem schwytali. Jeżeli tedy pierwszego zabiją, pójdzie drugi, potem
w razie potrzeby trzeci i czwarty. (…) Dziś wieczór po szturmie, jeżeli noc będzie ciemna – dodał książę. – Listów żadnych
do króla nie dam; co waść widzisz, to opowiesz. Weźmiesz jeno sygnet na znak.
Podbipięta przyjął sygnet i pokłonił się księciu… (…) Książę miał łzy w oczach – bo to był prawdziwy ojciec dla rycerstwa – inni płakali, a ciałem pana Podbipięty wstrząsał dreszcz zapału i płomień chodził mu po kościach, i radowała się do głębi ta dusza czysta, pokorna a bohaterska nadzieją bliskiej ofiary. (…) …pan Podbipięta po spowiedzi i komunii cały czas spędził na modlitwie; zjawił się dopiero wieczorem na szturm, który był jednym z najokropniejszych, bo Kozacy uderzyli właśnie wówczas, gdy wojska, działa i wozy przenosiły się do nowo usypanych wałów. (…) …po trzech godzinach wszystkie ataki zostały odparte z tak strasznymi stratami, że były później wieści, jakoby do czterdziestu tysięcy nieprzyjaciół miało paść w tej bitwie. To pewna,
że po bitwie rzucono cały stos chorągwi pod nogi księcia – i że istotnie był to wielki szturm ostatni, po którym nadeszły jeszcze cięższe czasy wkopywania się w wały, porywania wozów, bezprzestannej strzelaniny, nędzy i głodu. (…)

Noc była ciepła, ale chmurna. Cztery czarne postacie posuwały się cicho i ostrożnie ku wschodniemu krańcowi wałów. Byli to: pan Longinus, Zagłoba, Skrzetuski i Wołodyjowski. (…)
– To już czas! – rzekł Longinus.
– Czas! czas! – powtórzył Skrzetuski stłumionym głosem. – Idź z Bogiem.
– Z Bogiem! z Bogiem!
– Bądźcie, bracia, zdrowi, a przebaczcie, jeżelim któremuś w czym zawinił. (…)
I zbliżywszy się do brzegu wału zsunął się w fosę, po chwili zaczerniał na drugim jej brzegu, raz jeszcze dał znak pożegnania towarzyszom – i znikł w ciemności. (…) Mnóstwo ciał leżało na skłonach i szczytach tych nasypów. Pan Longinus potykał się
co chwila o trupy, przestępował przez nie i szedł naprzód. (…) Szedł teraz szybko, bez przeszkód i już zdawało mu się, że dosięga linii taboru, gdy nowe jakieś odgłosy zwróciły jego uwagę. Zatrzymał się natychmiast i po kwadransie oczekiwania usłyszał zbliżający się tupot i parskanie koni. „Straże kozackie!” – pomyślał. Wtem i głosy ludzkie doszły jego uszu, więc rzucił się
co duchu w bok i zmacawszy nogami pierwszą nierówność gruntu padł na ziemię i wyciągnął się bez ruchu, trzymając w jednej ręce pistolet, w drugiej miecz. (…) Głosy oddalały się stopniowo – i na koniec umilkły. Pan Longinus podniósł się i szedł dalej. (…)

– Bogu dzięki, że po szturmie i wycieczce idę – rzekł do siebie pan Longinus. – Znużeni muszą być śmiertelnie.
Zaledwie to pomyślał, gdy z dala usłyszał znów tupot koński – jechała druga straż. (…) Straż przeszła tak blisko, że omal
nie najechała na pana Longina. Szczęściem konie, przywykłe przechodzić koło leżących ciał, nie zestraszyły się. Pan Longinus poszedł dalej. (…) …ściana taboru oświecona mdłymi światłami ognisk znów była jakby bliżej pana Longina. Z początku miał ją tylko po prawej ręce. Nagle spostrzegł, że ma ją i przed sobą. Wówczas stanął i namyślał się, co począć. Był otoczony. Tabor, kosz tatarski i obozy czerni okalały jakby pierścieniem cały Zbaraż. (…) Jakoż po kwadransie poszukiwań znalazł przecie drogę
i poznał ją łatwo, bo wyglądała jakby czarny pas między wozami. Nie było w nim ognisk, nie mogło być i Kozaków, gdyż tamtędy musiała przechodzić jazda. Pan Longinus położył się na brzuchu i począł się czołgać do owej czarnej czeluści jak wąż do jamy. (…) Potem podniósł się i szedł dalej. Placówek z tamtej strony wozów już nie było albo rzadkie, do uniknięcia łatwiejsze. Tymczasem począł padać większy deszcz i szeleścił po zaroślach, i głuszył jego kroki. Pan Longinus rozpuścił teraz swoje długie nogi i szedł jak olbrzym, depcząc krze – co stąpi krok, to jakby kto inny pięć. Wozy coraz dalej, dębina coraz bliżej – i zbawienie coraz bliżej. Otóż i dęby! Noc pod nimi tak czarna jak w podziemiu. Ale to i lepiej. Wstał lekki wiatr, więc dęby szumią z lekka, rzekłbyś – mruczą pacierz: „Boże wielki, Boże dobrotliwy, uchrońże tego rycerza, bo to sługa Twój i wierny syn tej ziemi, na której my wzrosły Tobie na chwałę!” Już od okopu polskiego dzieli z półtorej mili pana Longina. (…)

Nagle, gdy już jest o kilkanaście kroków, spod rozłożystych gałęzi olbrzyma wysuwa się ze dwadzieścia czarnych postaci, które zbliżają się w wilczych skokach do rycerza.
– Kto ty? kto ty?
Język ich niezrozumiały, nakrycia głowy jakieś spiczaste – to Tatarzy, to koniuchowie, którzy się tu przed deszczem schronili.
W tej chwili czerwona błyskawica rozświeciła łąkę, dąb, dzikie postacie Tatarów i olbrzymiego szlachcica. Krzyk straszliwy wstrząsnął powietrzem i walka zawrzała w jednej chwili. (…) Tatarzy rzucili się jeszcze raz i drugi kupą na rycerza, ale on już oparł się plecami o dąb, a od przodu nakrył się wichrem miecza – i ciął straszliwie. (…) Widząc, że zbyt wielki tłum przeszkadza sobie wzajem, poszło raz jeszcze kilkunastu najśmielszych nohajców chcąc koniecznie uchwycić żywcem wielkoluda, ale on podarł ich, jak odyniec rozdziera zajadłe kondle. Dąb, zrośnięty z dwóch potężnych drzew, osłaniał środkową wklęsłością rycerza – z przodu zaś, kto się zbliżył na długość miecza, marł nie wydawszy nawet krzyku. Nadludzka siła pana Podbipięty zdawała się wzrastać jeszcze z każdą chwilą. Widząc to rozwścieczona orda spędziła Kozaków i naokół rozległy się dzikie wołania: – Uk! uk!… Wówczas na widok łuków i strzał wysypywanych z kołczanów pod nogi poznał i pan Podbipięta, że zbliża się godzina śmierci… (…) Pierwsza strzała świsnęła… Druga strzała świsnęła… (…) Czuł, że słabnie, że nogi chwieją się pod nim, głowa opada mu
na piersi… na koniec ukląkł. (…)

Rozdział XXVIII

Pan Wołodyjowski i Zagłoba stali następnego rana na wałach między żołnierstwem, spoglądając pilno ku taborowi, od którego strony zbliżały się masy chłopstwa. (…)
– Można by ich dobrze z armat przepłoszyć.
Wołodyjowski zniżył głos.
– Prochów skąpo – rzekł. – Przy takim ekspensie podobno już i na sześć dni nie starczy. Ale w tym czasie pewnie król nadciągnie.
– Niechże się już dzieje, co chce. Aby nasz pan Longin, niebożątko, przedostał się szczęśliwie! (…)
– Oho! – zawołał Wołodyjowski – nie mówiłem?… już i machiny wtaczają! (…)
– Co to jest? – spytał dziwnym głosem.
– Gdzie?
– Tam, na tej najwyższej… człowiek wisi!
Zagłoba wytężył wzrok; istotnie na najwyższej machinie słońce oświeciło nagi trup ludzki kołyszący się na powrozie, zgodnie
z ruchem beluardy, na kształt olbrzymiego wahadła.
– Prawda – rzekł Zagłoba. Wtem Wołodyjowski pobladł jak płótno i krzyknął przeraźliwym głosem:
– Boże wszechmogący!… to Podbipięta! (…)
Zagłoba oderwał wreszcie dłonie od powiek; strach było na niego spojrzeć: na ustach miał pianę, twarz siną, oczy wyszły mu
na wierzch.
– Krwi! krwi! – ryknął tak strasznym głosem, że aż dreszcz przeszedł blisko stojących. I skoczył w fosę. (…) Pan Zagłoba szalał; rzucał się w największy tłum jak lwica, której zabrano lwięta; rzęził, chrapał, ciął, mordował, deptał! Pustka czyniła się przed nim, a przy nim szedł, jak drugi płomień niszczący, Wołodyjowski podobny do rannego rysia. Strzelców ukrytych w beluardach wycięto w pień, resztę goniono aż za otwór w wale. Po czym żołnierze weszli na beluardę i odczepiwszy pana Longina, ostrożnie spuścili go na ziemię. Zagłoba runął na jego ciało… Wołodyjowski również serce miał rozdarte i zalewał się łzami na widok martwego przyjaciela. (…) Wzięli go wreszcie towarzysze i ponieśli na barkach do okopu, a stamtąd do kaplicy zamkowej. Do wieczora zbito trumnę i pogrzeb odbył się nocą na cmentarzu zbaraskim. (…)

* * * * * * *

Trzej przyjaciele wracali z miasta na majdan, z którego ustawicznie dochodził odgłos strzałów. Szli w milczeniu, gdyż żaden z nich nie chciał pierwszego słowa przemówić – lecz inne gromadki rycerstwa gwarzyły między sobą o nieboszczyku, sławiąc go zgodnie.
– Pogrzeb miał tak foremny – mówił jakiś oficer przechodząc obok Skrzetuskiego – że i panu pisarzowi Sierakowskiemu lepszego nie sprawili.
– Bo też nań zasłużył – odpowiedział drugi oficer. – Kto by to inny podjął się przedrzeć do króla? (…)
Nagle Wołodyjowski rzekł:
– Słyszałeś, Janie?
– Słyszałem – odpowiedział Skrzetuski. – Moja dziś kolej. (…)
– Którędy pójdziesz?
– Mówiłem księciu, że pójdę przez staw, a później rzeką, póki się daleko za tabor nie przedostanę. Książę powiedział, że to lepsza droga niż inne. (…)
– Panie Janie!… - zaczął Zagłoba. I nie mógł nic więcej powiedzieć, jeno siwą, strapioną głowę wsparł na piersi rycerza i tak tulił się do niego jak niedołężne dziecko. W godzinę później Skrzetuski pogrążył się w wody zachodniego stawu. (…) O przepłynięciu przez jasną środkową szybę nie było co i myśleć, bo każdy czarniawy przedmiot byłby na niej spostrzeżony z łatwością. Skrzetuski więc postanowił okrążyć brzegiem cały staw aż do bagienka leżącego po drugiej stronie, przez które wpływała
do stawu rzeka. (…) Chwilami podnosił oczy w górę i na widok księżyca, gwiazd i spokoju niebieskiego doznawał pewnej ulgi. „Jest Bóg!” – powtarzał sobie półgłosem, tak aby się sam mógł dosłyszeć. (…)

…posuwał się ciągle brzegiem i oddalił się już tak od obozu, że na tej bożej ziemi dostrzegł o kilkadziesiąt kroków od brzegu stojącego na koniu Tatara – więc zatrzymał się i spoglądał na tę postać, która, miarkując z jej jednostajnych ruchów ku szyi końskiej, zdawała się być uśpioną. (…) …poszedł dalej, posuwając się jeszcze ciszej, jeszcze ostrożniej niż na początku podróży. (…) Trzciny zaczynały być coraz gęstsze, co z jednej strony dawało bezpieczne ukrycie, z drugiej jednak utrudniało niezmiernie pochód. (…) …trzcina szumiała ciągle. W jej szumie słyszał Skrzetuski głosy ludzkie, rozmowy; zdawało mu się, że to o nim
tak rozprawia ten staw. Dojdzie-li do bagienka czy nie dojdzie? wylezie czy nie wylezie? (…) Nagle zatrzymał się spostrzegłszy pas czystej wody, leżącej w poprzek. Odetchnął. Była to rzeka, a po obu jej stronach bagienko. (…) Po chwili poznał, że jest
na dobrej drodze. (…) Woda też tu była zimniejsza. (…) Po chwili do jego nozdrzy doszedł zapach dymu. Odwróciwszy się
ku brzegowi dojrzał o sto kroków od brzegu ogień, a naokoło niego kupkę ludzi.Był zupełnie na wprost tego ognia i w chwilach gdy wiatr rozginał trzciny, mógł widzieć wszystko doskonale. Od pierwszego rzutu oka poznał koniuchów tatarskich… (…)
Po chwili jeszcze rycerz usłyszał gwizdanie i głuchy tupot kopyt po wilgotnej łące. Skrzetuski nie mógł zrozumieć, czemu to koniuchowie odjeżdżają. (…) Obejrzał się – dniało. (…) Był zaledwie na początku drogi. Teraz musiał iść rzeką i przedostać się przez tabory za dnia. (…)

Skrzetuski spuścił się na nowo z kępy w bagno i dotarłszy po krótkiej przerwie do brzegu, wysadził głowę z trzcin. W odległości pięciuset może kroków widać było jedną placówkę tatarską, zresztą łąka była pusta, tylko ognisko świeciło opodal na suchym miejscu dogasającym żarem; rycerz postanowił czołgnąć się ku niemu… (…) Jakoż znalazł świeżo obgryzione kości baranie
ze szczątkami żył, tłuszczu oraz kilka sztuk pieczonej rzepy porzuconych w ciepłym popiele – jął więc jeść z żarłocznością dzikiego zwierza… (…) Uczuł się zaraz silniejszym. Pokrzepiło go zarówno pożywienie, jak i wstający dzień. (…)
– Dzięki ci, Boże, żem żyw dotąd! – szepnął z cicha. (…) Szedł teraz tuż przy trzcinach czystą wodą, by szelestem nie zwrócić uwagi pasących na brzegach koniuchów. Ostatnie blaski zgasły i było dość ciemno, bo księżyc jeszcze się nie ukazał spoza lasów. (…) Posuwał się więc dość śmiało, chwilami płynąc, a po większej części brodząc po pas i po pachy, aż wreszcie dotarł do miejsca, z którego oczy jego ujrzały po obu stronach rzeki tysiące i tysiące świateł. „To tabory – pomyślał – teraz Boże dopomóż!”
I słuchał. (…) Las trzcin kończył się jakby nożem ucięty. Może też i wycięto je na szałasy. Dalej czysta fala czerwieniła się krwawo od przeglądających się w niej ognisk. Dwa wielkie i jasne płomienie paliły się tuż nad brzegami. Przy jednym stał Tatar na koniu, przy drugim mołojec z długą spisą w ręku. Obaj patrzyli na siebie i na wodę. (…) Skrzetuskiemu przeszło przez myśl,
że może zdoła łatwiej w dzień się prześlizgnąć – lecz wnet rozstał się z tą myślą. W dzień brano wodę, pojono bydło, kąpano się – rzeka musiała być pełna ludzi. …wzrok Skrzetuskiego padł na czółna. Po obu brzegach stało ich po kilkadziesiąt w szeregu,
a ze strony tatarskiej sitowia dochodziły aż do pierwszych.

Skrzetuski zanurzył się po szyję w wodę i począł posuwać się z wolna ku nim mając oczy utkwione jak w tęczę w tatarskiego strażnika. (…) Lazł na czworakach, a raczej czołgał się, bo woda była płytka. Był tak blisko stojącego na brzegu Tatara,
że słyszał parskanie jego konia. (…) W ten sposób dotarł do krańca czółen. Za ostatnim zaczynały się znów sitowia, a dalej trzciny. Dostawszy się do nich rycerz, zziajany, spotniały, padł na kolana i dziękował Bogu całym sercem. Posuwał się teraz nieco śmielej, korzystając ze wszystkich powiewów, które napełniały szumem brzegi. (…) Nie śmiał jeszcze wyjść na brzeg – ale prawie czuł się już ocalony. (…) Wtem szum się ozwał większy i poważniejszy niż szum trzcin. Skrzetuski omal nie krzyknął z radości: las był z obu stron rzeki. Wówczas skierował się ku brzegom i wychynął z trzcin. (…) Był ocalony. (…) „Już nie zostaniecie w głodzie
i bez nadziei – myślał o druhach w Zbarażu – bo króla sprowadzę!” (…)

Rozdział XXIX

We dworze toporowskim, w bawialnej komnacie, siedziało wieczorem trzech panów zamkniętych na tajemnej rozmowie. (…)
Za stołem, w wysokim poręczastym krześle, siedział człowiek mający lat około czterdziestu, dość drobny i szczupły, ale silnie zbudowany. (…) …był to sam król, Jan Kazimierz Waza, niespełna od roku następca po bracie Władysławie. Nieco za nim,
w półcieniu, siedział Hieronim Radziejowski, starosta łomżyński, człowiek niski, gruby, rumiany, z tłustą i bezczelną twarzą dworaka, a naprzeciwko, za stołem, trzeci pan, wsparty na łokciu, patrzył w karty przedstawiające okolice, podnosząc od czasu do czasu wzrok na króla. (…) Był to Jerzy Ossoliński, kanclerz koronny i książę Rzymskiego Państwa, mówca i dyplomata podziwiany przez dwory europejskie, sławny przeciwnik Jeremiego Wiśniowieckiego. (…) Siedzieli więc w Toporowie strapieni
i smutni, nie wiedząc dobrze, co im począć należy, bo przy królu było tylko dwadzieścia pięć tysięcy wojska. (…) Wtem w sieni uczynił się jakiś ruch; słychać było przez chwilę żywą rozmowę, odgłos pospiesznych kroków; wreszcie drzwi otworzyły się
na rozcież i wpadł zdyszany Tyzenhauz, rękodajny dworzanin królewski. – Miłościwy królu! – zawołał – towarzysz ze Zbaraża! (…)
– Dawaj go sam! – zawołał król klasnąwszy w dłonie. (…) Towarzysz przysunął się aż do stołu i na jego widok król, kanclerz
i starosta łomżyński cofnęli się w zdumieniu. Przed nimi stał jakiś straszny człowiek, a raczej widmo: łachmany podarte
na strzępki zaledwie okrywały jego wychudłe ciało; twarz miał siną, umazaną błotem i krwią; oczy płonące gorączkowym światłem, czarna, rozczochrana broda spadała mu na piersi, zapach trupi rozchodził się od niego naokoło, a nogi tak drżały
pod nim, że musiał się o stół wesprzeć. (…)

– Ktoś jest?
– Jan Skrzetuski… porucznik husarski…
– W czyjej służbie?
– Wojewody ruskiego.
Szmer rozszedł się po sali.
– Co słychać u was? co słychać? – pytał gorączkowo król.
– Nędza… głód… jedna mogiła…
Król zasłonił oczy.
– Jezusie Nazareński! Jezusie Nazareński! – mówił cichym głosem. Po chwili znów spytał:
– Długo się możecie trzymać?
– Prochów brak nieprzyjaciel w wałach…
– Siła go?
– Chmielnicki… Chan ze wszystkimi ordami. (…)
– Jakżeście mogli wytrzymać? – spytał kanclerz z akcentem wątpliwości. Na te słowa Skrzetuski podniósł głowę, jakby nowa wstąpiła weń siła; błyskawica dumy przebiegła mu przez twarz i odrzekł nadspodziewanie silnym głosem:
– Dwadzieścia szturmów odpartych, szesnaście bitew w polu wygranych, siedmdziesiąt pięć wycieczek…
I znowu nastało milczenie. Wtem król wyprostował się, wstrząsnął peruką jak lew grzywą, na żółtawą twarz wystąpiły mu rumieńce, a oczy płomieniały.

– Na Boga! – krzyknął – dosyć mi tych rad, tego stania, tej zwłoki! Jest chan czy go nie ma… przyszło pospolite ruszenie
czy nie przyszło, na Boga! Dosyć mi tego! Dziś jeszcze ruszamy pod Zbaraż! (…)
Twarz przybysza rozjaśniła się jak zorza.
– Miłościwy królu i panie – rzekł. – Przy tobie żyć i umierać!…
Na te słowa szlachetne serce królewskie zmiękło jak wosk i nie zważając na wstrętną postać rycerza pan ścisnął mu głowę rękoma i rzekł: – Milszyś mi niżeli inni w atłasach. (…) Niech ci jutro konia i szaty dadzą – rzekł znowu król. – Na niczym ci zbywać nie będzie. (…)
Spokój rozlał się po stroskanej dotychczas twarzy Jana Kazimierza i tylko oczy jego rzucały blask niezwykły. (…)
– Kiedy wasza królewska mość chcesz ruszyć? – pytał kanclerz.
– Bóg zdarzył noc pogodną – odparł król – konie się nie pogrzeją. Mości strażniku obozowy – dodał zwracając się ku dygnitarzom – każ otrąbić wsiadanego. (…) Sala poczęła się wypróżniać. Każdy śpieszył do swej chorągwi, by ją „na nogi postawić”
i do pochodu sprawić. (…) Tyzenhauz chwycił Skrzetuskiego pod ramię i wyszli. W sieniach spotkali starostę rzeczyckiego, który podparł z drugiej strony chwiejącego się rycerza; przodem szedł ksiądz, przed nim zaś pacholik z latarnią. (…) Z największym trudem doprowadził ksiądz Skrzetuskiego do plebanii. Tam go wykapanego, obmytego z błota i krwi, kazał złożyć na łóżku miejscowego plebana, a sam wyszedł natychmiast do wojsk, które ruszały w pochód. Skrzetuski był na wpół przytomny,
ale gorączka nie pozwalała mu usnąć zaraz. Nie wiedział już jednak, gdzie jest i co się stało. (…)

Rozdział XXX

Spał kilka dni, a i po przebudzeniu nie opuszczała go jeszcze zła gorączka – i długo jeszcze majaczył, gadał o Zbarażu, o księciu,
o staroście krasnostawskim, rozmawiał z panem Michałem i z Zagłobą, krzyczał: „Nie tędy!”, na pana Longina Podbipiętę –
o kniaziównie tylko ani razu nie wspomniał. (…) Natomiast zdawało mu się, że widzi nad sobą pucołowatą twarz Rzędziana, zupełnie jak widział ją wówczas, kiedy to książę po konstantynowskiej bitwie wysłał go z chorągwiami pod Zasław, by tam wyścinał kupy swawolne, a Rzędzian zjawił się niespodziewanie na noclegu. (…) Przez serca wycięte w okiennicach wpada do izby wiązka jasnego światła i oświeca doskonale twarz pachołka pełną troskliwości i współczucia…
– Rzędzian! – woła nagle pan Skrzetuski.
– O mój jegomość! że też już jegomość mnie poznał! – wykrzykuje pachołek i przypada do nóg pańskich. –Myślałem, że już jegomość nigdy się nie rozbudzi…
Nastała chwila milczenia – słychać było tylko szlochanie pachołka, który wciąż ściskał nogi pańskie.
– Gdziem jest? – pyta pan Skrzetuski.
– W Toporowie… Jegomość ze Zbaraża do króla jegomości przyszedł… Chwała Bogu! chwała Bogu!
– A król gdzie jest?
– Poszedł z wojskiem na ratunek księciu wojewodzie. (…)

– Pan Podbipięta przede mną próbował, ale zginął…
– O dla Boga! Pan Podbipięta zginął? (…)
– Z łuków go ustrzelili…
– A pan Wołodyjowski i pan Zagłoba?
– Zdrowi byli, jakem wychodził. (…)
– …chwalić Boga, że pan Zagłoba i pan Wołodyjowski zdrowi; myślałem, że ich Tatarzy ogarnęli… Siła my biedy razem przeszli… jeno mi ksiądz mówić zakazał… Ej, mój jegomość, myślałem, że już ich nigdy nie zobaczę, bo nas orda tak przycisnęła, że rady nijakiej nie było. (…)
– A gdzie to was orda tak przycisnęła?
– A za Płoskirowem, w drodze do Zbaraża. Bo my, mój jegomość, daleko, aż za Jampol, jeździli… jeno ksiądz Cieciszowski mówić zakazał…
Nastała chwila ciszy.
– Niechże wam Bóg zapłaci za wasze chęci i trudy – rzekł Skrzetuski – bo już wiem, po coście tam jeździli. Byłem i ja tam
przed wami… na próżno… (…)
– Skądżeś ty tu się wziął przy księdzu Cieciszowskim i przy wojsku? – Mnie pani kasztelanowa sandomierska, pani Witowska, wysłała z Zamościa z oznajmieniem do pana kasztelana, że się w Toporowie z nim połączy… (…)
– Nie rozumiem, jakżeś ty mógł być w Zamościu, kiedyś z panem Wołodyjowskim i panem Zagłobą za Jampol jeździł. Czemuś to do Zbaraża z nimi nie przyjechał? (…)
– Ej, mój jegomość, żeby to my byli sami, we trzech, pewno bym ja ich nie opuścił, bo mi się serce krajało, aleśmy we czworo byli… więc oni rzucili się na ordę, a mnie sami kazali… ratować… Żebym to ja był pewny, że jegomości radość nie zabije…
bo to my za Jampolem… znaleźli… ale że ksiądz…

Skrzetuski począł patrzyć na pachołka i mrugać oczyma jak człowiek, który budzi się ze snu – nagle, rzekłbyś, zerwało się coś
w nim, bo pobladł strasznie, siadł na łożu i krzyknął grzmiącym głosem:
– Kto z tobą był? (…)
– To już powiem! – wołał Rzędzian – niech ksiądz robi, co chce: panna z nami była, a teraz jest przy pani Witowskiej.
Skrzetuski zesztywniał, zamknął oczy i głowa jego opadła ciężko na poduszki. (…)
– Nic to! – ozwał się wreszcie Skrzetuski. – Gdzie ona jest?
– Chwała Bogu, że jegomość odżył… Lepiej już nic nie powiem. Jest z panią kasztelanową sandomierską… rychło ich tu patrzyć… Chwała Bogu! (…)
Skrzetuski znowu leżał nieruchomie, ale oczy miał otwarte, do pułapu wzniesione i twarz bardzo poważną – widać modlił się.
Gdy skończył, zerwał się, siadł na łożu i rzekł: – Szaty mi daj – i każ konie kulbaczyć! (…) …Skrzetuski począł śpiesznie przywdziewać szaty zostawione w darze przez króla i panów. Tylko raz w raz chwytał pachołka w ramiona i cisnął go
do wezbranej piersi… (…)
– Przyjacielem mi będziesz, bratem, nie sługą – rzekł – ale tera już jedźmy. (…)
Lecz nim skończył, dał się słyszeć tętent na podwórzu i okna zaćmiły się nagle końmi i ludźmi. Przez szyby dojrzał pan Skrzetuski naprzód starego księdza Cieciszowskiego, a przy nim wychudzone twarze pana Zagłoby, Wołodyjowskiego, Kuszla i innych znajomych wśród czerwonych dragonów książęcych. Rozległ się wesoły okrzyk, a po chwili hurma rycerzy z księdzem na czele wpadła do izby.

– Pokój zawarty pod Zborowem, oblężenie zdjęte! – wołał ksiądz. (…)
– Niech ci Bóg szczęści, Janie! niech ci Bóg szczęści! – mówił mały rycerz biorąc ponownie w ramiona Skrzetuskiego.
– Niech wam Bóg zapłaci za wszystko, coście dla mnie uczynili. Słów mi nie staje. Życiem, krwią wam nie nagrodzę! – odpowiedział Skrzetuski.
– Mniejsza z tym! – wołał Zagłoba. – Pokój zawarty! kiepski pokój, mości panowie, ale trudno. (…)
Ale Skrzetuski już był za drzwiami i skoczył na konia tak lekko, jakby nie dopiero co z łoża boleści powstawał. Rzędzian trzymał się jego boku, bo wolał z księdzem sam na sam nie zostawać. Pan Michał i Zagłoba przyłączyli się do nich… (…) I tak lecieli
z dziesięć stajań, aż na skręcie gościńca ujrzeli tuż przed sobą szereg wozów i kolasek otoczony przez kilkudziesięciu pajuków… (…) Skrzetuskiego tak przybiło wzruszenie, iż sam, nie wiedząc, co czyni, zsunął się z konia i stanął, chwiejąc się, na boku gościńca. (…)
– Córuchna! – wrzasnął Zagłoba rzucając się na oślep ku karecie – córuchna! Skrzetuski jest z nami!… Córuchna! (…)
…Kuszel z Wołodyjowskim prowadzili, a raczej wlekli Skrzetuskiego do karety… (…) …w chwilę później silne a słodkie ramiona Kurcewiczówny podtrzymywały osłabłą i wynędzniałą głowę rycerza. (…) Usadzono Skrzetuskiego w karecie obok kniaziówny –
i orszak ruszył dalej. (…) Jechali do Toporowa, a stamtąd do Tarnopola, gdzie się mieli z księciem Jeremim połączyć i razem
z jego chorągwiami do Lwowa na wesele ruszyć. (…)

– Powiedzże waćpan Skrzetuskiemu najważniejszą rzecz – rzekł zataczając bliżej koniem mały rycerz.
– Prawda – rzekł Zagłoba. – Chciałem zaraz od tego zacząć, aleśmy tchu dotąd złapać nie mogli. Nic nie wiesz, Janie, co się
po twoim wyjściu stało: że Bohun jest u księcia w niewoli. (…)
– Cóż książę uczynił z Bohunem? – pytał niespokojnie Skrzetuski.
– Kazał było, książę zaraz palik dla niego zastrugać, ale się potem rozmyślił i tak powiada: „Skrzetuskiemu go daruję, niechże
z nim czyni, co chce”. (…)


Późną już nocą rozjechali się zgromadzeni w dwie strony. Państwo Witowscy, pan Przyjemski i starosta krasnostawski pociągnęli z pułkami w stronę Toporowa, a Skrzetuski z kniaziówną i chorągwią Wołodyjowskiego do Tarnopola. Noc była tak pogodna
jak i dzień. (…) W taką to noc wychodził niegdyś Skrzetuski ze Zbaraża i w taką noc teraz czuł bicie serca Kurcewiczówny
przy swoim. (…)


DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * LUTY – 28.


["SACHEM"]
W mieście Antylopie, położonym nad rzeką tegoż nazwiska, w stanie Teksas, spieszył kto żyw na przedstawienie cyrkowe. (…) Piętnaście lat temu nie tylko nie stał tu ani jeden dom, ale w całej bliższej okolicy nie było białych. Natomiast w widłach rzeki,
na tym samym miejscu, na którym stoi Antylopa, wznosiła się osada indyjska zwana Chiavatta. Była to stolica Czarnych Wężów… (…) Chiavatta została spaloną, a mieszkańcy bez różnicy wieku i płci w pień wycięci. (…) … na miejscu dzikiej Chiavatty, powstała ucywilizowana Antylopa. W pięć lat liczyła ona dwa tysiące mieszkańców. Szóstego roku znaleziono z drugiej strony wideł kopalnię żywego srebra, którego eksploatacja podwoiła liczbę mieszkańców. (…) W mieście wychodziły dwa „Tagblatty”
i jedna „Montagsrevue”. Kolej żelazna łączyła je z Rio del Norte i San Antonio; na Opuncia-Gasse wznosiły się trzy szkoły, z tych jedna wyższa. Na placu, na którym powieszono ostatnich Czarnych Wężów, zbudowano zakład filantropijny; pastorowie
w kościołach uczyli co niedziela miłości bliźniego, poszanowania cudzej własności i innych cnót potrzebnych ucywilizowanemu społeczeństwu… (…) Mieszkańcom dobrze się działo. Handel żywym srebrem, pomarańczami, jęczmieniem i winem przynosił im znakomite zyski. (…) Dzień schodził im po sklepach, warsztatach, biurach; wieczory spędzali w piwiarni „Pod Złotym Słońcem” przy ulicy Grzechotników. (…)

Tego wieczora ludność spieszyła oto do cyrku, raz dlatego, że po twardej pracy rozrywka jest rzeczą równie godziwą
jak przyjemną, po wtóre, że mieszkańcy dumni byli z jego przyjazdu. Wiadomo, że cyrki nie zjeżdżają do lada mieściny, przybycie więc trupy Hon. M. Deana stwierdzało poniekąd wielkość i znaczenie Antylopy. Była jednak i trzecia, a może najważniejsza przyczyna ogólnej ciekawości. Oto Nr 2 programu mówił, co następuje: „Spacer na drucie zawieszonym na piętnaście stóp
nad ziemią (z towarzyszeniem muzyki) wykona słynny gimnastyk Czerwony Sęp, sachem (wódz) Czarnych Wężów, ostatni potomek królów pokolenia i ostatni z pokolenia (…) Hon. M. Dean opowiadał „Pod Złotym Słońcem”, iż przed piętnastu laty,
w przejeździe do Santa Fe, znalazł na Planos de Tornado umierającego starego Indianina z dziesięcioletnim chłopakiem. Stary umarł istotnie z ran i wycieńczenia, przed śmiercią jednak opowiedział, iż młody chłopiec był synem zabitego „sachema” Czarnych Wężów i następcą jego godności. Trupa przygarnęła sierotę, który z czasem stał się pierwszym jej akrobatą. Zresztą Hon. M. Dean dopiero „Pod Złotym Słońcem” dowiedział się, że Antylopa była niegdyś Chiavattą - i że słynny linochód będzie się popisywał na grobach ojców. (…) W całym też mieście powtarzano bez ustanku: „Sachem, sachem”! (…)

Godzina ósma wieczór. (…) Ogromne smolne pochodnie, zatknięte przed główną bramą, palą się i kopcą. …oto ściągają zasłonę na dobre i tłum wchodzi. (…) W cyrku widno jak w dzień, bo chociaż nie zdołano przeprowadzić do niego rur gazowych,
to natomiast olbrzymi żyrandol, złożony z pięćdziesięciu lamp naftowych, oblewa arenę i widzów potokami światła. (…) Na koniec dzwonek się odzywa, ukazuje się sześciu masztalerzy w palonych butach i staje w dwóch szeregach przy wejściu z areny
do stajen. Przez te szeregi wpada rozhukany koń bez uzdy i siodła, a na nim jakby obłok muślinu, wstążek i tiulu. Jest to tancerka Lina. (…) …tancerka miga jak błyskawica; brawa się sypią. (…) …Nr 1 mija prędko. Nadchodzi Nr 2. Wyraz: sachem! sachem! przebiega z ust do ust między widzami. (…) Wchodzi nie sachem, jeno sam dyrektor trupy, Hon. M. Dean. Kłania się publiczności
i zabiera głos. Ma on zaszczyt prosić „łaskawych i szanownych gentlemanów oraz piękne i nie mniej szanowne ladies
o nadzwyczaj spokojne zachowywanie się, niedawanie brawa i zupełną ciszę, albowiem wódz jest nadzwyczaj rozdrażniony
i dzikszy niż zwykle”. (…) …na arenie ukazuje się oczekiwany niespokojnie sachem. Słychać krótki pomruk ciżby: „To on! to on!” – i potem cisza. (…) Wydaje się dumny jak król. (…) Twarz ma jakby wykutą z miedzi, podobną do głowy orła, a w tej twarzy świecą zimnym blaskiem oczy prawdziwie indyjskie, spokojne, niby obojętne – a złowrogie. (…) Zatrzymawszy się na środku sceny, nagle wydaje okrzyk wojenny. Herr Gott! to okrzyk Czarnych Wężów. (…) Zapatrzony w żyrandol naftowy, postępuje naprzód. Drut ugina się silnie; chwilami nie widać go wcale, a wtedy Indianin zdaje się wisieć w powietrzu. (…) Twarz wodza
staje się coraz groźniejsza. W jego wzroku utkwionym w lampy naftowe błyszczy jakieś straszne światło. (…)

Tymczasem sachem zbliża się do drugiego końca drutu – staje – i niespodzianie z ust jego wyrywa się pieśń wojenna. (…) Słychać słowa następujące: „Po wielkich deszczach co rok pięciuset wojowników wychodziło z Chiavatty na ścieżki wojny
lub na wielkie łowy wiosenne. Gdy wracali z wojny, zdobiły ich skalpy; gdy wracali z łowów, przywozili mięso i skóry bawole, a żony witały ich z radością i tańczyły na cześć Wielkiego Ducha. Chiavatta była szczęśliwa! Niewiasty pracowały w wigwamach, dzieci wyrastały na piękne dziewczęta i dzielnych wojowników. Wojownicy umierali na polu sławy i szli polować z duchami ojców
do srebrnych gór. Topory ich nie broczyły nigdy w krwi niewiast i dzieci, bo wojownicy Chiavatty byli szlachetnymi mężami. Chiavatta była potężną. Aż przyszły blade twarze zza mórz dalekich i wrzuciły ogień do Chiavatty. Bladzi wojownicy nie pokonali Czarnych Wężów w boju, ale zakradli się nocą jak szakale i noże ich zbroczyły się w piersiach uśpionych mężów, niewiast i dzieci.
I oto nie ma Chiavatty, bo na jej miejsce biali wznieśli swoje kamienne wigwamy. Wymordowane pokolenie i zniszczona Chiavatta wołają o „zemstę”. (…) Nagle nieludzkie wycie wyrwało się z piersi wodza, zakołysał się silniej, wskoczył na drewniany kozieł, stojący pod żyrandolem i wzniósł drąg. Straszna myśl przeleciała jak błyskawica przez głowy: rozbije świecznik i zaleje cyrk potokami płonącej nafty. (…) Ale cóż to? Z areny wołają: stój! stój!… Wodza nie ma! zeskoczył, znikł w wyjściu. (…) Oto wychodzi, wychodzi znowu, zziajany, zmęczony, straszny. W ręku niesie blaszaną miskę i, wyciągając ją ku widzom, mówi błagalnym głosem: Was gefällig für den letzten der Schwarzen Schlangen!… Kamień spada z piersi widzów. (…)


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]