Pan jest opoką moją i twierdzą moją, i wybawicielem moim, Bóg skałą moją, Jemu ufam, tarczą moją, rogiem zbawienia mojego, schronieniem moim i ucieczką moją, wybawicielem moim, który mnie od przemocy wybawia. [2 Sam. 22; 2 – 3]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1884



KWIECIEŃ [Warszawa - Meran]


["ARTYKUŁ O KRASZEWSKIM"]
Nieznany.

DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * LIPIEC [?]


["LEGENDA ŻEGLARSKA"]
Był okręt, który zwał się „Purpura”, tak wielki i silny, że się nie bał wichrów ani bałwanów, choćby najstraszniejszych. I płynął ciągle z rozpiętymi żaglami, wspinał się na spiętrzone wały, kruszył potężną piersią podwodne haki, na których rozbijały się inne statki – i płynął w dal, z żaglami w słońcu, tak szybko, że aż piana warczała mu po bokach, a za nim ciągnęła się szeroka i długa droga świetlista. (…) Szczęśliwe było życie załogi na tym statku. Majtkowie, zaufani w jego wielkość i dzielność, drwili
z niebezpieczeństw. Sroga panowała karność na innych okrętach, ale na „Purpurze” każdy robił, co chciał. Życie tam było ustawicznym świętem. Szczęśliwie przebyte burze i pokruszone skały zwiększyły jeszcze zaufanie. (…) Ślepa wiara w jej siłę zwiększała się z dniem każdym w sercach załogi. Żeglarze zleniwieli w szczęściu i zapomnieli sztuki żeglarskiej. – „Purpura” sama popłynie – mówili. – Po co pracować, po co baczyć na statek, pilnować steru, masztów, żagli, lin? po co żyć w trudzie i pocie czoła, gdy statek, jak bóstwo – nieśmiertelny?

„Wesoło płyńmy, wesoło!”

I płynęli jeszcze długie lata. Aż wreszcie upływem czasu załoga zniewieściała zupełnie, zaniedbała obowiązków i nikt nie wiedział, że statek począł się psować. Słona woda przeżarła belki, potężne wiązania rozluźniły się, fale poobdzierały burty, maszty popróchniały, a żagle zetliły się na powietrzu. Wszelako głosy rozsądku poczęły się podnosić:
– Strzeżcie się! – mówili niektórzy majtkowie.
– Nic to! płyniemy z falą! – odpowiadała większość marynarzy.

Tymczasem pewnego razu wybuchła taka burza, jakiej dotychczas nie bywało na morzu. Wichry zmieszały ocean z chmurami
w jeden piekielny zamęt. Wstały słupy wodne i leciały z hukiem na „Purpurę”, straszne, spienione, wrzące. Dopadłszy statku wbiły go aż na dno morza, potem rzuciły ku chmurom, potem zwaliły znów na dno. Pękły zwątlałe wiązania statku i nagle krzyk straszny rozległ się na pokładzie.
– „Purpura” tonie! (…)
Więc zerwali się wszyscy i poczęli bić z dział do wichrów i fal spienionych, a potem chwyciwszy co kto miał pod ręką, poczęli chłostać morze, które chciało zatopić „Purpurę”. (…) Wtem te same głosy, które poprzednio ostrzegały już o niebezpieczeństwie, podniosły się znowu, silniejsze, tak silne, że ryk fal nie mógł ich zagłuszyć. Głosy te mówiły:
– O zaślepieni! Nie z dział wam bić do burzy, nie fale chłostać, ale statek naprawiać! Zstąpcie na dno. Tam pracujcie. „Purpura” jeszcze nie zginęła.
Na owe słowa drgnęli ci na wpół umarli i rzucili się wszyscy na spód i rozpoczęli pracę od spodu. I pracowali od rana do nocy,
w trudzie i pocie czoła, chcąc dawną bezczynność i zaślepienie wynagrodzić… (…)


PAŹDZIERNIK – 01. [Warszawa - Meran]


["LIST DO J. MIENA"]
["POTOP"] – rozpoczęcie pracy.
********************************************************************************************************
TOM I

********************************************************************************************************

WSTĘP

Był na Żmudzi ród możny Billewiczów, od Mendoga się wywodzący, wielce skoligacony i w całym Rosieńskiem nad wszystkie inne szanowany. (…) Gniazdo ich rodzinne, istniejące do dziś, zwało się także Billewicze… (…) Za panowania Jana Kazimierza patriarchą wszystkich Billewiczów był Herakliusz Billewicz, pułkownik lekkiego znaku, podkomorzy upicki. (…) Służyli zaś wszyscy laudańscy w chorągwi starego Herakliusza Billewicza; więc bogatsi jako towarzysze na dwa konie, ubożsi na jednego, najubożsi w pocztowych. (…) Pan Billewicz był zresztą więcej przyjacielem niż klientem potężnych oligarchów na Birżach – i to wielce cenionym, bo na każde zawołanie miał tysiąc głosów i tysiąc szabel laudańskich… (…) Później dopiero zmieniło się wszystko, właśnie wówczas, gdy pana Herakliusza Billewicza nie stało. Nie stało zaś tego ojca i dobrodzieja szlachty laudańskiej w roku 1654. Rozpaliła się wówczas wzdłuż całej wschodniej ściany Rzeczypospolitej straszna wojna. Pan Billewicz już na nią nie poszedł, bo nie pozwolił mu na to wiek i głuchota… (…) Owóż, gdy przyszła wieść, że Radziwiłł pobity został pod Szkłowem, a laudańska chorągiew w ataku na najemną piechotę francuską prawie w pień wycięta – stary pułkownik, rażony apopleksją, duszę oddał. Wieść tę przywiózł niejaki pan Michał Wołodyjowski, młody, ale bardzo wsławiony żołnierz, któren w zastępstwie pana Herakliusza laudańskim z ramienia Radziwiłła przewodził. (…)

…szlachta zaś, kto żyw był, zajęła się pogrzebem dawnego swego wodza, pana Herakliusza Billewicza. Po pogrzebie otwarto testament nieboszczyka, z którego pokazało się, iż stary pułkownik dziedziczką całej fortuny, z wyjątkiem wsi Lubicza, uczynił wnuczkę swą Aleksandrę Billewiczównę… (…) „Tedy ja, Herakliusz Billewicz, podkomorzy upicki, a razem grzesznik niegodny, przed srogim sądem bożym dziś stojący, przed czterema laty (żyw jeszcze i nogami po nizinie ziemskiej chodząc) do pana Kmicica ojca, miecznika orszańskiego, się udałem, aby wdzięczność i przyjaźń stateczną ślubować. Tamże za wspólną zgodą postanowiliśmy obyczajem dawnym szlacheckim i chrześcijańskim, że dzieci nasze, a mianowicie syn jego Andrzej z wnuczką moją Aleksandrą, łowczanką, stadło uczynić mają, aby z nich potomstwo na chwałę Bożą i pożytek Rzeczypospolitej wyrosło. (…) Wszelako, jeśliby za szczególną łaską Boga wnuczka moja chciała na chwałę Jego panieństwo swe ofiarować i zakonny habit przywdziać, tedy wolno jej to uczynić, albowiem chwała Boża przed ludzką iść powinna…” (…) Panna Aleksandra z dawna wiedziała, co ją czeka, i szlachta z dawna o przyjaźni między Billewiczem a Kmicicami słyszała – zresztą umysły w czasach klęski czym innym były zajęte, tak że wkrótce i mówić o testamencie przestano. (…) O pannie Aleksandrze nikt inaczej w zaściankach nie mówił, jak „nasza panna”, a piękne pacunelki wyglądały pana Kmicica bogdaj tak samo niecierpliwie jak i ona.

Tymczasem przyszły wici zwołujące szlachtę – więc poczęto ruszać się na Laudzie. Kto z pacholęcia wyrósł na męża, kogo
nie pochylił wiek, ten na koń siadać musiał. Jan Kazimierz przybył do Grodna i tam miejsce jeneralnego zbioru naznaczył. (…)
Pan Wołodyjowski nie ruszył, bo nie mógł jeszcze ręką władać, więc właśnie jakoby wojski między pacunelkami pozostał. (…)

I

Przyszedł nowy rok 1655. Styczeń był mroźny, ale suchy; zima tęga przykryła Żmudź świętą grubym na łokieć, białym kożuchem… (…) Pewnego wieczora siedziała panna Aleksandra w izbie czeladnej wraz z dziewczętami dworskimi. (…) Panna Aleksandra wraz z krewną swą panną Kulwiecówną siedziały w pośrodku, a dziewczęta po bokach na ławach; wszystkie kądziel przędły. (…) Była to urodziwa panna o płowych włosach, bladawej cerze i delikatnych rysach. Miała piękność białego kwiatu. Żałobna suknia dodawała jej powagi. Siedząc przed tym kominem była tak w myślach pogrążona jak w śnie; zapewne nad dolą własną rozmyślała, gdyż losy jej były w zawieszeniu. Testament przeznaczył ją na żonę człowieka, którego nie widziała od lat dziesięciu, a że dobiegała dopiero dwudziestu, więc pozostało jej tylko niejasne wspomnienie dziecinne jakiegoś burzliwego wyrostka… (…) …tymczasem wybuchła wielka wojna i kawaler zamiast do panny pociągnął na pola beresteckie. Tam postrzelon, leczył się w domu; potem ojca schorzałego i bliskiego śmierci pilnował; potem znów była wojna – i tak zeszły owe cztery lata. Teraz od śmierci starego pułkownika upłynął już kawał czasu, a o Kmicicu słuch przepadł. (…)

Wtem, jakby w odpowiedź wołaniu, z zewnątrz, właśnie z owych śnieżnych dalekości nocą pokrytych, doszedł głos dzwonka. (…) …we drzwiach pojawiła się wyniosła jakaś postać w szubie i czapce futrzanej na głowie. Młody mężczyzna postąpił na środek izby i poznawszy, że się znajduje w czeladnej, spytał dźwięcznym głosem, nie zdejmując czapki:
– Hej! a gdzie to wasza panna?
– Jestem – odpowiedziała dość pewnym głosem Billewiczówna. Usłyszawszy to przybyły zdjął czapkę, rzucił ją na ziemię
i skłoniwszy się rzekł:
– Jam jest Andrzej Kmicic. (…)
– (…) Proszę do komnat. Po długiej drodze pewnie się i wieczerza przygodzi – proszę! (…)
…nakrywano co duchu w izbie stołowej, a w gościnnej siedziała panna Aleksandra sam na sam z Kmicicem… Pan Andrzej
nie zdejmował wzroku z Oleńki i oczy iskrzyły mu się coraz bardziej, na koniec rzekł:
– Są ludzie, którym majętność nad wszystko milsza, inni za zdobyczą na wojnie gonią, inni się w koniach kochają, ale ja bym waćpanny za żadne skarby nie oddał!
To rzekłszy pan Kmicic już był na kolanach, panienka zaś wołała chowając nogi pod stołek:
– Dla Boga! tego w konwencie nie uczyli! Daj waćpan spokój, bo się rozgniewam… i ciotka zaraz przyjdzie… On zaś, klęcząc ciągle, podniósł głowę w górę i w oczy jej patrzył. (…)
Wtem weszła panna Kulwiecówna i… zaprosiła na wieczerzę. Poszli tedy oboje, wziąwszy się pod ręce jakby rodzeństwo,
do jadalnej izby, w której stał stół nakryty, a na nim wszelkich potraw obficie, zwłaszcza wędlin wybornych, i omszały gąsiorek wina moc dającego. (…)
– Jedz waćpan, proszę.
– Ja bym dla waćpanny i truciznę zjadł! (…) Waćpanna to mnie usidlisz swoimi oczami i w niewolnika obrócisz, mnie, którym nikogo nad sobą znosić nie chciał. (…)

Wtem północ poczęła bić z wolna na wielkim gdańskim zegarze w jadalnej izbie stojącym.
– Dla Boga! czas! czas! – zawołał Kmicic. – Nic tu już nie wskóram! Miłujeszże mnie choć na obwinięcie palca?
– Kiedy indziej odpowiem. Przecie będziesz mnie waćpan odwiedzał? (…)
– Dobranoc, królowo miła – mówił – śpij smaczno, bo ja to chyba oka nie zmrużę o twojej gładkości rozmyślając! (…)
- Z Bogiem! (…)
Po chwili zabrzęczał dzwonek i jął brzęczeć zrazu głośno, potem coraz bardziej mdlejącym dźwiękiem, coraz słabiej, wreszcie ustał. (…) Tu Oleńce wydało się, że widzi jak na jawie płową czuprynę, siwe oczy i śmiejące się usta, w których błyszczały białe jak u młodego psiaka zęby. Trudno bowiem miała przed sobą zapierać poważna panna, że jej się okrutnie spodobał
ów rozhukany kawaler. Zaniepokoił ją trochę, trochę przestraszył, ale jakże pociągnął zarazem właśnie tą fantazją, tą wesołą swobodą i szczerością. (…) Tak rozmyślała panienka – i to ją ogarniała błogość niczym nie zmącona, to niepokój, ale i ten niepokój był jakiś luby. (…)

II

We dworze w Lubiczu, gdy przedeń pan Andrzej zajechał, okna gorzały i gwar dochodził aż na podwórze. Czeladź usłyszawszy dzwonek wypadła przed sień, by pana witać, bo wiedziano od kompanionów, że przyjedzie. Witano go zatem pokornie, całując
po rękach i podejmując pod nogi. (…) Gdy… wszedł do izby, ze wszystkich piersi wyrwał się gromki okrzyk: „Haeres! Haeres przyjechał!” – i wszyscy kompanionowie zerwawszy się z miejsc poczęli iść do niego z kielichami. (…) Przed innymi szedł olbrzymi pan Jaromir Kokosiński, Pypką się pieczętujący, żołnierz i burda sławny, ze straszliwą blizną przez czoło, oko i policzek, z jednym wąsem krótszym, drugim dłuższym, porucznik i przyjaciel pana Kmicica, „godny kompanion”… (…) Za nim szedł pan Ranicki, herbu Suche Komnaty, rodem z województwa mścisławskiego, z którego był banitem za zabójstwo dwóch szlachty posesjonatów. (…) Trzeci z kolei szedł Rekuć-Leliwa, na którym krew nie ciężyła, chyba nieprzyjacielska. Fortunę on za to w kości przegrał i przepił – od trzech lat przy panu Kmicicu się wieszał. Za nim szedł czwarty, pan Uhlik, także Smoleńszczanin,
za rozpędzenie trybunału bezecnym ogłoszony i na gardło skazany. (…) Był prócz nich i pan Kulwiec-Hippocentaurus, wzrostem Kokosińskiemu równy, siłą jeszcze go przewyższający – i Zend, kawalkator, który zwierza i wszelkie ptactwo udawać umiał, człowiek niepewnego pochodzenia, choć się szlachcicem kurlandzkim powiadał… (…)

– Wypijmy na pocieszenie! – rzekł Rekuć.
– Nie! nie na pocieszenie! – odpowiedział Kulwiec-Hippocentaurus – ale jeszcze raz za zdrowie Jędrusia, naszego rotmistrza kochanego! (…)
– Zdrowie wasze! – zawołał Kmicic. (…) Zdrowia zaczęły krążyć, czupryny dymić. Gadali wszyscy jeden przez drugiego, a każdy siebie tylko słuchał, z wyjątkiem pana Rekucia, bo ten głowę spuścił na piersi i drzemał. (…)
– Mości panowie! sikorki pod oknami! sikorki!
– Sikorki! sikorki!
– Dalej w pląsy! – wrzeszczały niesforne głosy. Pijana czereda skoczyła przez sień na ganek. Mróz nie otrzeźwił głów dymiących. Dziewczęta krzycząc w niebogłosy rozbiegły się po całym podwórzu; oni zaś gonili je i każdą schwytaną odprowadzali do izby.
Po chwili poczęły się pląsy wśród dymu, złamków kości, wiórów, wokół stołu, na którym porozlewane wino utworzyło całe jeziora. Tak to bawili się w Lubiczu pan Kmicic i jego dzika kompania. (…)

III

Przez następne dni kilka codziennie bywał pan Andrzej w Wodoktach i co dzień wracał więcej rozkochany, i coraz bardziej podziwiał swoją Oleńkę. Przed kompanionami też ją pod niebiosa wychwalał, aż pewnego dnia rzekł im:
– Moi mili barankowie, pojedziecie dziś czołem bić, potem zaś umówiliśmy się z dziewczyną, że do Mitrunów wszyscy wyruszymy, aby sanny w lasach zażyć i tę trzecią majętność obaczyć. Ona też nas tam podejmować będzie gościnnie, a wy się przystojnie zachowajcie, bo na bigos posiekam, któren by jej w czymkolwiek uchybił…
Kawalerowie chętnie skoczyli się ubierać i wkrótce cztery pary sani wiozło ochoczą młodzież do Wodoktów. Pan Kmicic siedział
w pierwszych, bardzo ozdobnych, kształt niedźwiedzia srebrzystego mających. (…)
– Hej, dobrze tu ludziom na tej Żmudzi, bo wszędy okrutne porządki. Stary musiał być zawołany gospodarz… I dwór, widzę,
jak się patrzy. Ich tu rzadziej nieprzyjaciel pali, to się i budować mogą.
– Myślę, że o tej swawoli w Lubiczu nie może ona jeszcze wiedzieć – rzekł jakby do siebie samego Kmicic. (…)

Wysiadłszy z sanek weszli naprzód do sieni, ogromnej jak spichrz, nie bielonej, a stąd prowadził pan Kmicic do jadalnej izby, przybranej jak w Lubiczu w czaszki pobitych zwierząt. Tu się zatrzymali, poglądając pilnie i ciekawie na drzwi do sąsiedniej komnaty, z której wyjść miała panna Aleksandra. (…) …weszła rzeczywiście i zatrzymała się trochę u proga, jakby zdziwiona tak liczną kompanią… (…) …patrzyła śmiało, oczu nie spuszczając, jako pani w swoim domu gości przyjmująca, z jasną twarzą, odbijającą jeszcze jaśniej od czarnej jubki obramowanej gronostajami. Tak poważnej i wyniosłej panny nie widzieli jeszcze ci zabijakowie, przywykli do innego pokroju niewiast, toteż stali szeregiem, jakoby na popisie chorągwi, i szurgając nogami kłaniali się także szeregiem, a pan Kmicic sunął naprzód i ucałowawszy kilkanaście razy rękę panienki rzekł:
– Otom ci przywiózł, mój klejnocie; komilitonów moich, z którymi ostatnią wojnę odbywałem.
– Honor to dla mnie niemały – odrzekła Billewiczówna – przyjmować w domu tak godnych kawalerów, o których cnocie
i wybornych obyczajach już od pana chorążego słyszałam. (…)
…Kmicic rzekł:
– Przyjechaliśmy tu niby kuligiem w tej myśli, żeby waćpannę zabrać i do Mitrunów przez lasy przewieźć, jako wczoraj była ugoda. Sanna okrutna, a i pogodę Bóg zdarzył mroźną. (…)
– To tymi saniami pojedziem? – pytała panienka ukazując na srebrzystego niedźwiedzia – jeszczem też słuszniejszych sani
w życiu nie widziała.
– Nie wiem, kto tam nimi przedtem jeździł, bo zdobyczne. Teraz my we dwoje będziemy jeździli, i bardzo się nadadzą,
gdyż i u mnie w herbie panna na niedźwiedziu się prezentuje. (…)

Sanie gnały jak wicher. (…) O dwie staje za Wodoktami wpadli na szeroką drogę, w ciemny bór, który stał głuchy, sędziwy i cichy, jakby spał pod obfitą okiścią. (…) Oleńka czuje, że obejmują ją jakieś ręce… czuje wreszcie na wargach jakoby pieczęć rozpaloną i palącą… oczy jej się nie chcą odemknąć, jakoby w śnie. I lecą – lecą! Senną pannę zbudził dopiero głos pytający:
– Miłujeszże mnie?
Otworzyła oczy:
– Jako duszę własną!
– A ja na śmierć i żywot! (…)
– Stój! stój! hej tam – stój!
Pan Andrzej odwrócił się gniewny i zdziwiony, skąd towarzyszom przyszło do głowy wołać na nich i wstrzymywać, gdy wtem
o kilkadziesiąt kroków za saniami dojrzał jeźdźca zbliżającego się co koń wyskoczy.
– Na Boga! to mój wachmistrz Soroka; coś się musiało tam stać! – rzekł pan Andrzej. (…)
– Co tam, Soroka?
– Upita się pali; biją się!
– (…) Kto się bije?
– Żołnierze z mieszczanami. (…)
– O co poszło? – pytał Kmicic.
– Mieszczanie nie chcieli obroków dawać ani koniom, ani ludziom, że to asygnacji nie było; żołnierze poczęli gwałtem brać. Oblegliśmy burmistrza i tych, którzy się w rynku zatarasowali. Poczęto ognia dawać i zapaliliśmy dwa domy; teraz gwałt okrutny
i we dzwony biją… (…)

– Wracaj, Oleńko, do Wodoktów – rzekł Kmicic – albo jedź po ciotkę Kulwiecównę do Mitrunów. Ot! i kulig się nie udał. (…)
To rzekłszy ucałował jej ręce i otulił w wilczurę; potem siadł do innych sani i zakrzyknął na woźnicę: – Do Upity! (…)

IV

Upłynęło kilka dni, a Kmicic nie wracał, ale za to do Wodoktów przyjechało trzech szlachty laudańskiej na zwiady do panienki. Przyjechał więc Pakosz Gasztowt z Pacunelów, …Kasjan Butrym, najstarszy człowiek na Laudzie, …z nim zięć Pakosza, Józwa Butrym. (…)
– Tak już powiedz, kochanieńka: udał ci się czy nie udał? – pytał Kasjan Butrym. – Taż to nasza powinność pytać!…
– Bóg wam zapłać za troskliwość. Zacny to kawaler pan Kmicic, a choćbym też co przeciw upatrzyła, nie godziłoby mi się o tym mówić. (…)
A Józwa znów zwrócił się do starego Butryma:
– Nie drzemcie, ojcze Kasjanie!
– Jać nie drzemię, jeno w głowę patrzę.
– To mówcie, co widzicie.

- Co widzę? ot, co widzę… Familiant to jest pan Kmicic, z wielkiej krwi, a my chudopachołki! Żołnierz przy tym sławny; sam on jeden oponował się nieprzyjacielowi, gdy wszyscy ręce opuścili. Daj Boże takich jak najwięcej. Ale kompanię ma nicpotem!… Panie sąsiedzie Pakoszu, cóżeście to od Domaszewiczów słyszeli? – że to wszystko ludzie bezecni, przeciw którym infamie są
i kondemnaty, i protesta, i inkwizycje. Katowskie to syny! Ciężcy byli nieprzyjacielowi, ale i obywatelstwu ciężcy. Palili, rabowali, gwałty czynili! (…) …dawno by im po wieżach gnić przyszło, gdyby nie protekcja pana Kmicica, któren jest możny pan! Ten ich miłuje i osłania, i przy nim się wieszają jak latem bąki przy koniu. (…) …pierwszego dnia w Lubiczu z bandoletów palili –
i do kogo? – do wizerunków nieboszczyków Billewiczów, na co pan Kmicic nie powinien był pozwolić, bo to jego dobrodzieje. Oleńka zatkała oczy rękoma.
– Nie może być! nie może być!
– Może, bo było! Dobrodziei pozwolił postrzelać, z którymi w pokrewieństwo miał wejść! A potem dziewki dworskie powciągali
do izby dla rozpusty!… Tfu! obraza Boska! Tego u nas nie bywało! (…)
– (…) Dobrze! dziękuję wam, ojcowie, żeście mi oczy na tych judaszów otworzyli… Wiem, co mi czynić przystoi. (…)
Gniew wzbierał coraz więcej w sercu Oleńki i zawziętość przeciw towarzyszom pana Kmicica wzrastała, jak wzrasta ból w ranie świeżo zadanej. (…) …mówiła dalej z roziskrzonym wzrokiem:
– Tak jest! oni winni i muszą pójść precz, nie tylko z Lubicza, ale z całej okolicy.
– My też pana Kmicica nie winujem, serceż ty nasze – mówił stary Kasjan. – My wiemy, że to oni go kuszą. (…)
Oleńka chciała coś mówić, ale nagle zalała się łzami. (…) Dumną pannę bolało coraz głębiej to, że trzeba było go bronić, usprawiedliwiać i tłumaczyć. A ta kompania! Drobne ręce panny zaciskały się na myśl o nich. (…) …w tej rozterce wzrastała razem z każdą chwilą uraza i do pana Kmicica.
– Wstyd! sromota! – szeptała do się dziewczyna zbladłymi usty. – Co wieczora wracał ode mnie do dziewek czeladnych!… (…)

Rozmyślania panienki przerwał pachołek, któren wniósł naręcz jałowcowych drewek do kominka i rzuciwszy je wedle trzonu, począł wygarniać węgle spod starego popiołu. Nagłe postanowienie przyszło do głowy Oleńce.
– Kostek! – rzekła – siędziesz mi zaraz na koń i pojedziesz do Lubicza. Jeśli pan już wrócił, proś, żeby tu przyjechał, a jeśli go
nie masz, to niech włódarz, stary Znikis, siada z tobą i wraz do mnie przybywa – a żywo! (…)
Po dwóch godzinach wszedł zmarznięty Kostek.
– Znikis jest w sieni! – rzekł. – Pana nie masz jeszcze w Lubiczu. (…)
– Czyj ty jesteś?
– A billewiczowski. Jać z Wodoktów, nie z Lubicza.
– Nie wrócisz więcej do Lubicza… tu zostaniesz. Teraz rozkazuję ci gadać wszystko, co wiesz!
Chłop, jak stał w progu, tak rzucił się na kolana.
– Panieńka jasna, ja tam nie kcę wracać, tam sądny dzień!… To, panieńka, zbóje i zbereźniki, tam człek dnia i godziny niepewny. (…) …mówili między sobą, że trzeba jutro całej kompanii do Upity ruszać. Kazali, żeby konie były gotowe. Mają tu wstąpić
i panieńki o czeladź prosić i o prochy, że tam mogą być potrzebne.
– Mają tu wstąpić?… to dobrze. Idź teraz, Znikis, do kuchni. Już nie wrócisz do Lubicza. (…)

Nazajutrz była niedziela. Rankiem, nim panie z Wodoktów wyjechały do kościoła, przybyli panowie: Kokosiński, Uhlik, Kulwiec-Hippocentaurus, Ranicki, Rekuć i Zend, a za nimi czeladź lubicka, zbrojno i konno, postanowili bowiem kawalerowie iść w pomoc panu Kmicicowi do Upity. Panna wyszła przeciw nim spokojna i wyniosła, zupełnie inna od tej, która ich witała po raz pierwszy przed kilku dniami; ledwie głową kiwnęła w odpowiedzi na uniżone ich ukłony, ale oni myśleli, że to nieobecność pana Kmicica czyni ją tak ostrożną, i nie poznali się na niczym. (…)
– Dziwi mnie – odrzekła Billewiczówna – że waćpanowie do Upity jedziecie, gdyż sama słyszałam, jak pan Kmicic wam spokojnie
w Lubiczu siedzieć przykazał, a tak myślę, że jemu przystoi rozkazywać, a waszmościom słuchać, jako podkomendnym. (…) Pan Kmicic nie na bitwę pojechał, jeno żołnierzy swawolników karać, co by się łatwo i waćpanom przytrafić mogło, gdybyście
przeciw rozkazowi wystąpili. (…)
– Trudno nam z waćpanną deliberować. Prosim tylko o prochy i ludzi.
– Ludzi i prochów nie dam, słyszysz mnie waćpan!
– Czy ja dobrze słyszę? – rzekł Kokosiński. (…) Wolisz, żeby go co złego spotkało?
– Co go może najgorszego spotkać, to waćpanów kompania! (…)
Billewiczówna postąpiła krok jeszcze i ukazując ręką na drzwi:
– Precz stąd – rzekła. Warchołowie pobledli trupio i żaden z nich nie zdobył się na słowo odpowiedzi. (…) Gdy drzwi zamknęły się za ostatnim, Oleńka upadła, wyczerpana, na krzesło, dychając ciężko, bo nie miała tyle sił, ile odwagi. (…)
– (…) Siadajmy i jedźmy. Czeladź lepiej odesłać, bo co po nich bez strzelb i broni, a sami jedźmy.
– Do Upity!
– Do Jędrusia, przyjaciela zacnego! Przed nim się poskarżym. (…) Siedli i ruszyli stępą, gniew i wstyd przeżuwając. (…)

Tak klnąc i sierdząc się na pannę a czasem na siebie samych warcząc, dojechali do lasu. Ledwie minęli pierwsze drzewa, ogromne stado wron zawichrzyło się nad ich głowami. (…) Za lasem ukazały się Wołmontowicze, ku którym kawalerowie ruszyli rysią,
bo mróz był srogi i zmarzli bardzo, a do Upity było dość jeszcze daleko. (…) …wyjechali z zaścianka i znów ruszyli rysią. Po pół godziny drogi przybyli do karczmy zwanej Doły, która leżała na pół drogi między Wołmontowiczami i Mitrunami. (…) Zsiedli
z koni, zostawili je u słupów, a sami weszli do szynkownej izby, ogromnej i ciemnej. (…) Kawalerowie pili gorzałkę, ale krupniczek zbyt pachniał. Zwietrzył go pierwszy Kokosiński i kazał dać. (…) …Zend począł nagle krakać jak wrona, tak dokładnie,
że wszystkie twarze zwróciły się ku niemu. Kawalerowie śmieli się, szlachta poczęła się zbliżać, rozweselona, zwłaszcza młodsi, potężni wyrostkowie o szerokich barach i pucołowatych policzkach. Siedzące przy grubie przed ogniem postacie odwróciły się
ku izbie i Rekuć pierwszy dostrzegł, iż były to niewiasty. (…)
– Sikorki siedzą wedle gruby!
– A prawda! – rzekł Kokosiński przysłaniając oczy ręką. (…) …Uhlik …wydobywszy ze skórzanej pochewki, wiszącej przy szabli, nieodstępny instrument, grać począł, a kawalerowie sunęli w podrygach do dziewcząt i nóż je ściągać z ławy. (…) …Butrym, ten, który stopy nie miał, wstał z ławy i zbliżywszy się do Kulwieca-Hippocentaura, chwycił go za pierś, zatrzymał i rzekł ponuro:
– Jeśli się waszmości chce tańca, to może ze mną? (…)
– Czego chcecie? guzów szukacie? – pytał Kokosiński.
– At! co gadać! poszli precz! – rzekł z flegmą Józwa. Na to Ranicki, któremu chodziło o to, aby czasem nie obyło się bez bójki, uderzył Józwę rękojeścią w piersi, aż się rozległo w całej izbie, i krzyknął:
– Bij!
Rapiery zabłysły, rozległ się wrzask niewiast, szczęk szabel i zgiełk, i zamieszanie. (…) Kurz wstał z podłogi i przesłonił walczących, jeno w zamęcie jęki poczęły się odzywać… (…)

V

Tegoż samego dnia wieczorem przyjechał pan Kmicic do Wodoktów na czele stu kilkunastu ludzi… (…) Po pobiciu hetmana wielkiego nieprzyjaciel zalał cały kraj. (…) Ludzie śmielszego ducha między szlachtą zbierali się do Grodna, do pana podskarbiego Gosiewskiego, tam bowiem naznaczyły punkt zborny uniwersały królewskie zwołujące pospolite ruszenie. (…) …nikt oporu
nie dawał prócz pana Kmicica, któren czynił to na własną rękę, pobudzany więcej fantazją rycerską niż patriotyzmem. (…)
W ustawicznych podjazdach, walkach i napadach zdziczał, przyzwyczaił się do krwi przelewu tak, że nie lada co mogło poruszyć
w nim, dobre zresztą z natury, serce. (…) Imię jego zasłynęło wkrótce złowrogo. (…) Teraz właśnie zabrał on swą hołotę z Upity, by ją do Kiejdan odesłać. Gdy się tedy zatrzymali przed dworem w Wodoktach, panna Aleksandra aż przeraziła się ujrzawszy ich przez okno, tak byli do hajdamaków podobni. (…) Uspokoiła się dopiero Oleńka, gdy pan Andrzej, hoży i wesoły jak zawsze, wpadł do izby i zaraz z niezmierną żywością do rąk jej przypadł. (…)

– Jużem się tak stęsknił, żem całą Upitę chciał spalić, byle do cię jak najprędzej lecieć. (…)
– Jam też była niespokojna, żeby tam do bitwy nie przyszło. Chwała Bogu, żeś waćpan przyjechał. (…)
– Mówże teraz, jakeś to w Upicie winnych sądził? (…)
– Muszę opowiadać od początku. Było tak: Upominali się łyczkowie z burmistrzem o asygnacje na prowianty od hetmana wielkiego albo od pana podskarbiego. „Waćpanowie (mówili żołnierzom) jesteście wolentarzami i egzakcyj nie możecie czynić. Kwatery dajem z łaski, a prowianty damy wtedy, gdy się okaże, że nas zapłacą.” (…)
– Cóżeś znów waćpan uczynił? – pytała niespokojnie Oleńka.
– Kazałem dać po sto batożków burmistrzowi i radnym! – wyrecytował jednym tchem pan Andrzej. (…)
– (…) Jeszczem wszystkiego nie wyznał…
– Jeszcze? – jęknęła panna.
– Bo to oni potem posłali do Poniewieża o pomoc. Przyszło sto głupich pachołków z oficyjerami. Tych przepłoszyłem,
a oficyjerów… na Boga, nie gniewaj się!… kazałem gołych pognać kończugami po śniegu… (…)
– Jeśli waćpan nikogo się nie boisz, to wiedz o tym, że ja się boję gniewu Bożego… i łez ludzkich się boję, i krzywd! A hańbą
z nikim dzielić się nie chcę; chociażem niewiasta słaba, przecie mi miła cześć imienia może więcej niż niejednemu, który się kawalerem powiada. (…) Myślisz, że nie wiem, iżeście w Lubiczu wizerunki postrzelali i że dziewczęta na rozpustę ciągacie?… (…)
– Kto ci o owym strzelaniu mówił?
– Wszystka szlachta z okolicy o tym mówi.
– Zapłacę ja tym szarakom, zdrajcom, za życzliwość! (…)

– Waćpan musisz wybrać między mną i nimi, nie może inaczej być! (…)
– A po co mnie wybierać, kiedy ja i ciebie mam, i ich mam! Waćpanna możesz sobie w Wodoktach czynić, coć się podoba; ale jeżeli moi kompanionowie żadnej tu krzywdy ani swawoli się nie dopuścili, to za cóż mam ich wyganiać? (…)
– Skoro się mnie waćpan wyrzekasz, to idźże swoją drogą! Bóg zostanie nad sierotą!
– Ja się ciebie wyrzekam? - pytał Kmicic z największym zdumieniem.
– Tak jest! jeśli nie słowy, to uczynkami; jeśli nie ty mnie, to ja ciebie… Bo nie pójdę za człowieka, na którym ciężą łzy ludzkie
i krew ludzka, którego palcami wytykają, banitem, rozbójnikiem zowią i za zdrajcę mają! (…)
– Bądź zdrowa! – rzekł nagle Kmicic.
– Jedź waćpan i niech cię Bóg natchnie inaczej! – odrzekła Oleńka. (…) Na koniec wybuchnął:
– Nie płacz, Oleńka! Dla Boga, nie płacz! Com ci winien? Uczynię wszystko, co chcesz. Tamtych wyprawię… w Upicie załagodzę… będę żył inaczej… bo cię miłuję… Dla Boga! serce mi się rozpuknie… uczynię wszystko, jeno nie płacz… i miłuj mnie jeszcze…
Tak on ją uspokajał i pieścił; ona zaś wypłakawszy się rzekła:
– Jedź już waćpan. Bóg zgodę między nami uczyni. Ja nie mam urazy jeno ból w sercu…
Księżyc wytoczył się już wysoko nad białe pola, gdy pan Andrzej ruszył z powrotem do Lubicza, a za nim pocłapali żołnierze rozciągnąwszy się wężem po szerokim gościńcu. (…)

Droga do Lubicza wydała mu się tak długa jak nigdy. Jakaś nie znana dotąd trwoga zaczęła nań nadlatywać z mroku, z głębin leśnych i z pól zalanych zielonawym światłem księżyca. (…) Kołowrot zastali otwarty szeroko. Kmicica zdziwiło, że gdy podwórzec zaroił się ludźmi i końmi, nikt nie wyszedł zobaczyć ani spytać, co są za jedni. (…) Kmicic zlazł z konia. Drzwi od sieni były otwarte na rozcież, a sień wyziębiona.
– Hej tam! jest tam kto? – wołał Kmicic. Nikt się nie ozwał. (…) Wszedł do izby jadalnej. (…) …dojrzał szereg postaci leżących równo pod ścianą.
– Popili się na umór czy co? – mruknął niespokojnie. (…) W tejże chwili pan Kmicic spostrzegł, że wszyscy leżą na wznak,
w jednakowej pozycji, i jakieś straszne przeczucie chwyciło go za serce. (…) Włosy powstały mu na głowie… (…) Pan Kmicic przybliżał kaganek do każdej twarzy, a gdy wreszcie szóstemu, Rekuciowi, w oczy zaświecił, zdało mu się, że powieki nieszczęsnego zadrgały trochę od blasku. Więc postawił na ziemi kaganek i zaczął wstrząsać z lekka rannym.
– Rekuć, Rekuć! – wołał – to ja, Kmicic!…
Za powiekami poczęła drgać i twarz, oczy i usta otwierały się i zamykały na przemian.
– To ja! – rzekł Kmicic. Oczy Rekucia otwarły się na chwilę zupełnie – poznał twarz przyjaciela i jęknął z cicha:
– Jędruś!… księdza!…
– Kto was pobił?! – krzyczał Kmicic chwytając się za włosy.
– Bu-try-my... - ozwał się głos tak cichy, że ledwie dosłyszalny. Po czym Rekuć wyprężył się, zesztywniał, otwarte oczy stanęły mu w słup – i skonał. (…) Zimny pot wystąpił mu na czoło, włosy zjeżyły się na głowie i nagle krzyknął tak strasznie, że aż szyby zadrgały w oknach:
– Bywaj, kto żyw! bywaj! (…)

Dom cały zajaśniał światłem, zaroił się ludźmi, a wśród tego zamętu, nawoływań, pytań jedni tylko pobici leżeli pod ścianą równo i cicho, obojętni na wszystko i – przeciw swej naturze – spokojni. (…) Kmicic, który dotąd był jakby nieprzytomny, zerwał się nagle i zakrzyknął:
– Na koń!…
Księżyc dosięgnął właśnie najwyższej wysokości w swej drodze niebieskiej, gdy nagle blask jego począł się mieszać i zlewać
z różowym światłem wychodzącym jakby spod ziemi; stopniowo niebo czerwieniało coraz bardziej, rzekłbyś, od zorzy wstającej, aż wreszcie krwawa czerwona łuna oblała całą okolicę. (…) Zerwali się ze snu mieszkańcy pobliskich zaścianków. (…)
W Krakinowie i w Upicie poczęto bić w dzwony po kościołach.
W Wodoktach ciche pukanie do drzwi zbudziło pannę Aleksandrę.
– Oleńko! wstawaj! – wołała panna Franciszka Kulwiecówna.
– Niech ciotuchna wejdzie! – Co tam się dzieje?
– Wołmontowicze się palą!
– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego!
– Strzały aż tu słychać, tam bitwa! Boże, zmiłuj się nad nami! (…)

…gwałtowne kołatanie wstrząsnęło drzwiami od sieni. (…) …w sieni dał się słyszeć szczęk żelaznej zawory, skrzypienie otwieranych drzwi i przed oczyma niewiast ukazał się pan Kmicic, straszny, czarny od dymu, krwawy, zadyszany i z obłąkaniem
w oczach.
– Koń mi pod lasem padł! – krzyknął – ścigają mnie!…
Panna Aleksandra utkwiła weń oczy:
– Waść spaliłeś Wołmontowicze?
– Ja!… Ja!…
Chciał coś dalej mówić, gdy wtem od strony drogi i lasu doszedł odgłos okrzyków i tętent koni, który zbliżał się z nadzwyczajną szybkością. (…) Panna Aleksandra… do Kmicica:
– Waść tam! – rzekła ukazując na przyległą izbę. I prawie przemocą wepchnąwszy go przez otwarte drzwi, zamknęła je natychmiast. Tymczasem zbrojni ludzie zapełnili podwórzec i w mgnieniu oka Butrymi, Gościewicze, Domaszewicze i inni wpadli do domu. (…)
– Kmicic spalił Wołmontowicze! – krzyknęła chórem szlachta. – Pomordował mężów, niewiasty, dzieci! Kmicic to uczynił!… (…)
– Gońcie go! – zawołała panna. – Czegoż tu stoicie? gońcie!
– Zali nie tu się schronił? My konia pod lasem znaleźli… (…) Panno! – rzekł. – Nie ukrywaj go!… To człek przeklęty!
Oleńka podniosła obie ręce nad głowę.
– Przeklinam go wraz z wami!… (…)

Szlachta wypadła przed ganek i siadała co prędzej na koń. …głosy poczęły się oddalać w stronę lasu. (…) Panna Aleksandra nasłuchiwała, dopóki zupełnie nie znikły, po czym zapukała gorączkowo do drzwi komnaty, w której ukryła pana Andrzeja.
– Nie ma już nikogo! wychodź waść! (…)
– Oleńka! – jęknął Kmicic wyciągając ręce.
– Krew na waćpana ręku jako na Kainowym! – krzyknęła odskakując jakby na widok węża. – Precz, na wieki!… (…)

VI

Dzień wstał blady i oświecił kupę gruzów w Wołmontowiczach, zgliszcza domów, zabudowań gospodarskich, popalone lub pocięte mieczami trupy ludzkie i końskie. (…) Tymczasem niedobitki Butrymów pociągnęły do Wodoktów i stanęły tam jakby obozem. Dom pełen był niewiast i dzieci. Co się nie zmieściło, poszło do Mitrunów, które panna Aleksandra całe pogorzelcom oddała. (…) …pan starosta Hlebowicz wysłał pachołków do chwytania przestępcy. Prawo musiało go potępić. Jednakże od wyroków do ich wykonania było jeszcze daleko, bo bezład wzrastał coraz bardziej w Rzeczypospolitej. (…) …upłynął miesiąc, a o Kmicicu nie było wieści. Ludzie jęli lżej oddychać. (…) …w półtora miesiąca później przyszedł do panienki posłaniec z listem, jakiś obcy człowiek, nikomu nie znany. List był od Kmicica, pisany w następujące słowa: „(…) Ocaliłaś mi życie, ocalże i duszę moją, daj krzywdy nagrodzić, pozwól żywot na lepsze odmienić, bo już to widzę, że gdy ty mnie opuścisz, to mnie Pan Bóg opuści i desperacja popchnie mnie do gorszych jeszcze uczynków…” (…)
…odpisała mu…: „Jakom waćpanu rzekła, że nie chcę cię znać i widzieć, tak wytrwam w tym, choćby mi się serce miało rozedrzeć. (…) Niechże ci ta szlachta, którąś popalił i pomordował, przebaczy, to ci i ja przebaczę; niech ona cię przyjmie, to i ja przyjmę; niech ona pierwsza za tobą się wstawi, tedy jej orędownictwa wysłucham. (…)
Panna Aleksandra polała łzami każde słowo listu, potem przypieczętowała go billewiczowskim sygnetem i sama wyniosła go posłańcowi. (…)

Chłop odszedł – i znowu zaczęły płynąć dnie, tygodnie bez wieści o Kmicicu; przychodziły za to publiczne, jedna od drugiej nieszczęśliwsze. Wojska Chowańskiego coraz szerzej zalewały Rzeczpospolitą. (…) …nieprzyjaciel szedł naprzód, gdzieniegdzie się tylko o zamki odbijając, zresztą swobodnie i bez oporu. W takich okolicznościach wszyscy w laudańskiej stronie musieli żyć
w czujności i pod bronią… (…) Koronne wojska przyjść z pomocą nie mogły, bo wszystkie były na Ukrainie i w ciężkiej pracy przeciw Chmielnickiemu, Szeremetowi i Buturlinowi. (…) Brzmiały też głośną sławą imiona hetmanów koronnych, a obok nich imię pana Stefana Czarnieckiego coraz się częściej na ustach ludzkich zjawiało… (…) Panna Aleksandra siedziała spokojnie
w Wodoktach. Pan Wołodyjowski, który wciąż mieszkał w Pacunelach, a teraz właśnie z wolna do zdrowia powracać począł, rozpuszczał wieści, że król na wiosnę przyjdzie z zaciężnymi chorągwiami, po czym wnet cała wojna inny obrót weźmie. (…) Wtem zaszedł wypadek, który znów zamącił laudańską ciszę… (…)

VII

Pan Wołodyjowski, sławny i stary żołnierz, choć człowiek młody, siedział, jako się rzekło, w Pacunelach u Pakosza Gasztowta, patriarchy pacunelskiego… (…) …w miarę jak do zdrowia przychodził i szablą już chwilami zupełnie swobodnie zaczął władać, coraz był weselszy… (…) Chciały dziewczęta opowiadania, a pan Wołodyjowski prosił Terkę, żeby mu też coś zaśpiewała
przy lutni. (…) …nagle uczynił się hałas w sieni i głos jakiś począł krzyczeć za drzwiami przeraźliwie:
– Hej tam! na miłosierdzie boskie! otwórzcie prędzej, prędzej!… (…)
…do izby wpadł nieznany człek, który rzucił się do nóg rycerza.
– Ratunku, jaśnie pułkowniku!… panna porwana!… (…)
– Kmicic! – wykrzyknął pan Wołodyjowski. (…)
– Kmicic! – powtórzył posłaniec. (…)
– Konie siodłać! – krzyknął pan Wołodyjowski. (…)

Wszyscy puścili się drogą między chatami zaścianku, bijąc we drzwi, w okna i krzycząc wniebogłosy:
– Do szabel! do szabel! Panna w Wodoktach porwana! Kmicic w okolicy!… (…)
Pan Wołodyjowski rzucił okiem na oddział, wnet rozesłał kilkunastu w różne strony, a sam z resztą ruszył naprzód. (…)
– Macie wieści?
– Do Lubicza ją porwał. Przeszli bagnami, by przez Wołmontowicze nie przechodzić. (…)
Pan Wołodyjowski sprawił oddział i aż mu serce rosło na widok wprawy i łatwości, z jaką stanęli w ordynku. (…) Poszli tedy rysią ku Lubiczowi owym borem, przez który Kmicic dawniej codziennie przelatywał. Było już dobrze po północy. (…) Po kwadransie drogi przysunęli się o niecałą staję ode dworu. Wszystkie okna były oświecone; jasność biła aż na podwórze, na którym pełno było zbrojnych ludzi i koni. (…)
– (…) Z koni, waszmościowie!
Posłuszna rozkazowi szlachta wnet zeskoczyła z kulbak, następnie szeregi piesze zwarły się w długą linię i poczęły otaczać dom wraz z zabudowaniami.
Alt! – zakrzyknął pan Wołodyjowski. – Ognia! (…) Walka zawrzała na podwórzu, wśród wozów, koni, tobołów. (…) Po chwili wyparto kozactwo z podwórza ku domowi i stajniom; rozległy się krzyki o litość. Szlachta triumfowała. (…) O szturmie do okien niepodobna im było pomyśleć, bo tam przywitałby ich ogień w same twarze; kazał więc pan Wołodyjowski drzwi rąbać. (…)
Po godzinie próżnych usiłowań zmienili się ludzie przy siekierach. (…)

Przybycie… nowych posiłków strwożyło widocznie oblężonych, bo wnet jakiś głos począł wołać gromko za drzwiami:
– Stój tam! nie rąb! Słuchaj… Stój, do stu diabłów!… rozmówmy się.
Wołodyjowski kazał przerwać robotę i spytał:
– Kto mówi?
– Chorąży orszański, Kmicic! – brzmiała odpowiedź. – A z kim mówi?
– Pułkownik Michał Jerzy Wołodyjowski. (…)
– Słuchaj waść dobrze i zakonotuj, co powiem. Jeśli nas nie poniechacie, mam tu baryłkę prochu, i loncik już tlejący; dom wysadzę, wszystkich, co tu są, i siebie… tak mi dopomóż Bóg! Chodźcie mnie teraz brać! (…)
Nagle panu Wołodyjowskiemu przyszła szczęśliwa, jak mu się zdawało, myśl do głowy.
– Jest inny sposób! – zakrzyknął. – Wychodź ze mną, zdrajco, na szable! Położysz mnie, to odjedziesz wolno! (…)
– Poczekajcie jeno! – zawołał Kmicic – wolno ze wszystkimi ludźmi odjadę i pannę ze sobą zabiorę.
– Panna tu zostanie – odparł pan Wołodyjowski – a ludzie w jasyr do szlachty pójdą.
– Nie może być!
– To się prochami wysadzaj! Już my jej odżałowali, a co do ludzi, to się ich spytaj, co wolą…
Nastała znów cisza.
– Niechże tak będzie – rzekł po chwili Kmicic. (…) Wnet drzwi otworzyły się i ukazał się w nich pan Andrzej, rosły, smukły
jak topola. Brzask już był na świecie i pierwsze blade światełka dnia padły na jego twarz hardą, rycerską a młodą. (…) …szlachta zatoczyła w milczeniu krąg naokół rycerzy; wszyscy podnieśli zapalone drzazgi w górę, za nimi umieścili się inni, ciekawi
i niespokojni; w środku przeciwnicy mierzyli się oczyma. (…)

– Zaczynaj waść! – rzekł Kmicic. Pierwszy szczęk ozwał się echem w sercach wszystkich patrzących… (…) Kmicic atakował
z furią, pan Wołodyjowski zaś lewą rękę w tył założył i stał spokojnie, niedbale czyniąc ruchy bardzo małe, prawie nieznaczne; zdawało się, że chciał siebie tylko osłonić, a zarazem oszczędzić przeciwnika – czasem cofnął się o mały krok w tył, czasem postąpił naprzód – widocznie badał biegłość Kmicica. (…) Mimowolne okrzyki wyrywały się z ust widzów; czasem rozlegał się wybuch niepohamowanego, nerwowego śmiechu, poznali wszyscy mistrza nad mistrzami. Ten zaś bawił się okrutnie, jak kot
z myszą – i pozornie coraz niedbalej robił szablą. (…)
– Kończ… waść!… wstydu… oszczędź!…
– Dobrze! – rzekł Wołodyjowski. Dał się słyszeć świst krótki, straszny, potem stłumiony krzyk… jednocześnie Kmicic rozłożył ręce, szabla wypadła mu z nich na ziemię… i runął twarzą do nóg pułkownika…
– Żyje! – rzekł Wołodyjowski – nie padł na wznak! (…)
– Dobić zdrajcę… dobić!… rozsiekać! (…)
– Wara!… wara!… Teraz on mój, nie wasz!… Precz!…
Umilkli wszyscy bojąc się gniewu męża, on zaś rzekł:
– Nie potrzeba mi tu jatek!…Waszmościowie szlachtą będąc powinniście rozumieć kawalerski obyczaj, aby rannego nie dobijać. (…)
To rzekłszy pan Wołodyjowski zasunął szabelkę do pochwy i wszedł przez porąbane drzwi do domu. (…)

…szukając panny przetrząsnął cały dom i znalazł ją dopiero w skarbczyku położonym w rogu, do którego prowadziły maleńkie
a ciężkie drzwi z izby sypialnej. (…) …stanął we drzwiach, zdjął czapkę, chrząknął raz i drugi, a widząc, iż i to nie pomaga, ozwał się:
– Mościa panno… wolna jesteś!…
Wówczas spod narzuconych włosów spojrzały na rycerza oczy błękitne, a potem wychyliła się z nich twarz śliczna, choć blada
i jakby nieprzytomna. (…)
– Kto waćpan jesteś?
– Michał Wołodyjowski, pułkownik dragoński wojewody wileńskiego. (…)
Rycerz poskoczył ku niej żywo.
– Co waćpannie jest?
– Nic… nic… Czekaj waść… pozwól… To pan Kmicic zabity?… (…)
– Pan Kmicic ranny – odpowiedział zdumiony pan Wołodyjowski.
– Żyje?…
– Żyje.
– Dobrze! Dziękuję waści…
I chwiejnym jeszcze krokiem skierowała się ku drzwiom. (…) Czterech szlachty wnosiło właśnie Kmicica; dwóch pierwszych, postępując bokiem, ukazało się we drzwiach, a między ich rękoma zwieszała się ku ziemi blada głowa pana Andrzeja,
z zamkniętymi oczyma i soplami czarnej krwi we włosach. (…) W tej chwili panna Aleksandra zbliżyła się ku nim, blada tak jak
i Kmicic, i podłożyła mu obie ręce pod martwą głowę. (…) …złożono Kmicica na łożu. Krzych Domaszewicz począł obmywać mu głowę wodą, potem przyłożył przygotowany poprzednio plaster do rany i rzekł:
– Teraz jeno niech leży spokojnie… (…) W godzinę później wracał pan Wołodyjowski na czele laudańskich ku zaściankom. (…)

VIII

Przez kilka dni ciągle jeszcze rozmyślał o pannie Aleksandrze i poznał, że mu głęboko w serce zapadła. (…) Pan Wołodyjowski siadł na koń, za nim uszykowało się dwóch jego czeladników i ruszyli trójką ku Wodoktom. (…) Gdy przybyli do Wodoktów, panna Aleksandra nie poznała go w pierwszej chwili, aż jej musiał nazwisko swoje powtórzyć. Wówczas powitała go uprzejmie,
ale poważnie i z pewnym przymusem… (…) …pan Wołodyjowski upadł na oba kolana przed Oleńką.
– Moja mościa panno! – mówił klęcząc. – Dziedziczyłem chorągiew po twoim dziadku, dozwólże mi i wnuczkę odziedziczyć. Zdaj mnie opiekę nad sobą, dozwól pokosztować słodkości wzajemnego afektu, weź mnie za stałego opiekuna, a będziesz i spokojna,
i bezpieczna, bo choć odjadę na wojnę, samo imię bronić cię będzie. (…)
– Mości panie! winnam ci wiele, nie zapieram. Żądaj, czego chcesz, wszystkom oddać gotowa, prócz ręki.
Pan Wołodyjowski wstał.
– Waćpanna mnie nie chcesz? hę?
– Nie mogę!
– I to ostatnie słowo waćpanny?
– Ostatnie i nieodwołalne. (…)
Oleńka chwyciła się rękoma za skronie i powtórzyła kilkakrotnie:
– Boże, Boże, Boże!
Ale ta jej boleść nie przejednała pana Wołodyjowskiego, który skłoniwszy się… siadł na koń i odjechał. (…)
– Niech jej tam Bóg sekunduje! Nie mam do niej urazy! Nie pierwsza to dla mnie rekuza, a dla niej pierwsza boleść. (…)

Dalsze rozmyślania pana Wołodyjowskiego przerwał pachołek Syruć, który przysunąwszy się znów rzekł:
– Proszę waszej miłości, …pan Charłamp z kimś drugim jedzie. (…)
Był to porucznik piatyhorskiej chorągwi litewskiego komputu, dawny znajomy pana Wołodyjowskiego, stary żołnierz i dobry. (…)
– Do ciebiem umyślnie przyjechał z ekspedycją i z pieniędzmi.
– Z ekspedycją i z pieniędzmi? A od kogo?
– Od księcia wojewody wileńskiego, naszego hetmana. Przysyła ci list zapowiedni, abyś zaraz zaczął zaciąg czynić, i drugi
dla pana Kmicica, który też się ma w tej okolicy znajdować. (…) ...mam i drugi list, prywatny, hetmana do ciebie.
– To dawaj!
Pan Charłamp wyjął pismo z małą pieczęcią radziwiłłowską, a pan Wołodyjowski otworzył i zaczął czytać:

„Mości panie pułkowniku Wołodyjowski!

Znając szczerą Waćpana służenia ojczyźnie intencję posyłam Ci list zapowiedni, abyś zaciąg czynił, i nie tak, jako się zwyczajnie czyni, ale z pilnością wielką, bo periculum in mora. (…) Połowę z tych pieniędzy panu Kmicicowi J. M. P. oddaj, dla którego pan Charłamp także list zapowiedni wiezie. (…) Gdybyś jednak, uznawszy, że tam nic wielkiego nie ma, list oddał, niechże się Kmicic stara największą w służbie usilnością winy swe zmazać, a na żadne terminy w sądach nie staje, bo on do naszej, hetmańskiej, należy inkwizycji i my go sądzić będziem, nikt inny, ale po funkcji spełnionej. Polecenie to nasze uważaj W. Mość zarazem
za dowód zaufania, jakie w rozumie i wiernych służbach W. Mości pokładamy.

Janusz Radziwiłł, książę na Birżach i Dubinkach, wojewoda wileński.” (…)



– (…) Zostawże mnie list zapowiedni do Kmicica, jako pan hetman nakazuje, sam mu go oddam. Bardzo mu w porę przyszedł. (…) – To ty chcesz sam list zapowiedni Kmicicowi zawieźć?
– Przeciem ci mówił, że pan hetman tak nakazuje. Wypadnie mi Kmicica odwiedzić, jako kawalerski jest zwyczaj, a mając list będę miał lepsze jeszcze zamówienie. (…)
– A będziesz na lipiec gotowy?
– Na koniec lipca będę, choćbym miał konie spod ziemi wykopać. Bogu dziękuję, że mi ta robota przyszła, bo inaczej byłaby mnie melankolia zjadła.
Jakoż wieści od hetmana i widoki pracy ciężkiej wielką sprawiły panu Wołodyjowskiemu ulgę… (…) Nazajutrz zawrzało
we wszystkich zaściankach jak w ulach. Ludzie nie gadali już o panu Kmicicu ni o pannie Aleksandrze, tylko o przyszłej wyprawie. (…)

IX

Zaczęły się tedy dla pana Wołodyjowskiego czasy ciężkiej pracy, rozpisywania listów i rozjazdów. Następnego tygodnia przeniósł się już na rezydencję do Upity i tam zaciąg rozpoczął. Sypała się do niego szlachta chętnie, większa i mniejsza, bo sławę miał głośną. (…) W tymże czasie odwiedził i pana Kmicica w Lubiczu, który znacznie już do zdrowia przyszedł, i chociaż z łoża jeszcze nie wstawał, wiadomo już było, że zdrów będzie. (…)
– Przyjechałem spytać, czy waść urazy do mnie nie chowasz? – spytał pan Michał.
– Urazy nie chowam, bo mnie nie lada kto zwyciężył, ale gracz pierwszej wody. Ledwie żem się wylizał! (…)
– (…) Teraz wojna, możesz iść, możesz posługi znaczne miłej ojczyźnie oddać, męstwem się wsławić, reputację połatać. (…)
– Zali mnie czas jeszcze na tę drogę wracać? Tyle terminów na mnie czeka! Z łoża trzeba do sądów zaraz… Chybabym stąd uciekał, a tego nie chcę. Tyle terminów! A co sprawa, to i wyrok pewny na potępienie.
– Ot, tu jest na to lekarstwo! – rzekł pan Wołodyjowski wydobywając list zapowiedni.
– List zapowiedni! – wykrzyknął Kmicic – dla kogo?
– Dla waćpana. A teraz wiedz, że mając funkcję wojskową, nie potrzebujesz do żadnych sądów stawać, bo do hetmańskiej inkwizycji należysz… (…)
– Niechże mnie końmi rozerwą! – rzekł wreszcie – niech mnie ze skóry obłuszczą, jeślim ja widział zacniejszego człowieka
od waszmości… Jeżeliś przeze mnie rekuzę dostał, jeśli mnie Oleńka jeszcze, jako powiadasz, miłuje, inny tym bardziej by się mścił, tym głębiej mnie pogrążył… A waszmość mi rękę podajesz i jako z grobu mnie wyciągasz! (…)
– To i dobrze, potem o tym! A teraz… uszy waszmość do góry! Nie potrzeba ci do żadnych sądów stawać, jeno do roboty się brać. Zasłużysz się ojczyźnie, to ci i ta szlachta odpuści, bo to ludzie na honor ojczyzny bardzo czuli… Możesz jeszcze winy zmazać, reputację odzyskać i w sławie jako w słońcu chodzić, a już tam znam jedną pannę, która ci nagrodę za życia obmyśli. (…)

Jakoż dobrze już miało się ku wieczorowi, gdy mały rycerz opuścił Lubicz i do Wodoktów podążył. (…) Kudłaty Żmudzin wybiegł do kołowrotu, ale nie spieszył się otwierać, jeno rzekł:
– Dziedziczki nie masz w domu. (…)
– (…) Nie mówiła kiedy wróci?
– Bogdaj wcale nie wróci, bo z wozami wyjechała i z tobołami. Z tego miarkuję, że daleko i na długo. (…)

X

…wiosna 1655 roku nie przyniosła zwykłej pociechy dla strapionych w Rzeczypospolitej ludzi. Cała jej wschodnia granica,
od północy aż po Dzikie Pola na południu, była opasana jakby wstęgą ognistą i wiosenne ulewy nie mogły pogasić pożaru, owszem, wstęga owa stawała się coraz szerszą i coraz rozleglejsze zajmowała kraje. (…) Przepowiadano nowe wojny i nagle, Bóg wie skąd, złowroga wieść poczęła krążyć z ust do ust po wsiach i miastach, że od strony Szwedów zbliżała się nawałnica. (…) Chmielnicki, wspomagany przez Buturlina, srożył się na południu i wschodzie; Chowański i Trubecki na północy i wschodzie, Szwed zbliżał się z zachodu! Ognista wstęga zmieniała się w koło ogniste. Kraj był jak obóz oblężony. (…) Jednakże zasobna i wojną dotąd nie poterana kraina, Wielkopolska, nie żałowała przynajmniej pieniędzy na obronę. (…) Wiódł więc pan Stanisław Dębiński łanowców poznańskich; pan Władysław Włostowski kościańskich, a pan Golc, sławny żołnierz i inżynier, wałeckich. Nad kaliskimi chłopy dzierżył rotmistrzowską buławę pan Stanisław Skrzetuski, z rodu dzielnych wojowników, stryjeczny Jana, słynnego zbarażczyka. (…) Tymczasem nadjechał pierwszy z dygnitarzy, pan Andrzej Grudziński, wojewoda kaliski, i stanął w domu burmistrza z licznym pocztem sług przybranych w białe i błękitne barwy. Spodziewał się, że wnet otoczy go szlachta kaliska,
gdy jednak nikt się nie zjawiał, posłał po rotmistrza, pana Stanisława Skrzetuskiego, zajętego sypaniem szańczyków nad rzeką.

– A gdzie to moi ludzie? – pytał po pierwszych powitaniach rotmistrza, którego znał od dziecka. (…)
– Jaśnie wielmożny wojewodo! – rzekł – przecie to czas strzyży owiec, a za źle umytą wełnę nie chcą w Gdańsku płacić. Każdy teraz jegomość nad stawem przy myciu albo nad wagą stoi, słusznie mniemając, że Szwedzi nie uciekną. (…)
Wojewoda położył ręce na kolanach i spojrzał bystro wprost w oczy Skrzetuskiemu, jakby chciał w nich jakąś ukrytą myśl wyczytać.
– Tedy po co my tu przyszli? Czy waćpan nie myślisz, że lepiej się poddać?
Zapłonął na to pan Stanisław i odrzekł:
– Jeśli mi taka myśl w głowie powstała, każże mnie wasza miłość na pal wbić. Na pytanie, czy wierzę w wiktorię, odpowiadam jako żołnierz: nie wierzę! – ale po cośmy tu przyszli, to inna materia, na którą jako obywatel odpowiadam: po to, abyśmy nieprzyjacielowi wstręt pierwszy zadali, abyśmy zatrzymawszy go na sobie, pozwolili reszcie kraju opatrzyć się i wystąpić, abyśmy ciałami naszymi wstrzymali najazd póty, póki jeden na drugim nie padniem!
– Chwalebna to intencja waszmości – odpowiedział chłodno wojewoda – ale łatwiej wam, żołnierzom, o śmierci mówić niż nam,
na których cała odpowiedzialność za tyle krwi szlacheckiej darmo przelanej spadnie.
– Po to i ma szlachta krew, aby ją przelewała. (…)

…pod 27 czerwca, to jest na termin w ponownym wezwaniu oznaczony, zaczęto zjeżdżać się dość licznie. (…) Dziwni to byli żołnierze, z którymi rotmistrzowie niełatwo do sprawy przyjść mogli. Stawał na przykład towarzysz z kopią na dziewiętnaście stóp długą i w pancerzu na piersiach, ale w słomianym kapeluszu „dla chłodu” na głowie; inny w czasie musztry na gorąco narzekał, inny ziewał, jadł lub pił, inny pachołka wołał, a wszyscy w szeregu nie poczytywali za rzecz zdrożną gawędzić tak głośno, że rozkazów oficerów nikt dosłyszeć nie mógł. I trudno było dyscyplinę wprowadzać, bo się o nią bracia urażała mocno, jako godności obywatelskiej przeciwną. (…) Przeciw takiemu to wojsku zbliżał się od strony Szczecina i nadodrzańskich łęgów Arwid Wittenberg, stary wódz, któremu młodość na wojnie trzydziestoletniej zbiegła, prowadząc siedmnaście tysięcy weteranów, w żelazną dyscyplinę ujętych. (…) Jednakże szlachty ściągało się coraz więcej, a przedtem jeszcze poczęli się zjeżdżać dygnitarze wielkopolscy i innych prowincji, z pocztami przybocznych wojsk i sług. (…) Przyległe łąki upstrzyły się namiotami pospolitego ruszenia. Rzekłbyś, że wszystkie ptactwo różnobarwne zleciało się do Piły z całej Rzeczypospolitej. (…) Gdyby Wittenberg był nadszedł w pierwszych dniach lipca, byłby prawdopodobnie napotkał mocny opór, który w miarę rozgrzewania się ludzi w boju mógłby się zmienić w niezwalczoną zaciekłość, jak tego często bywały przykłady. Bo przecie
w żyłach tych ludzi, jakkolwiek odwykłych od wojny, płynęła krew rycerska. (…) Wittenberg, człowiek nie tylko wojnę znający,
ale i ludzi, może umyślnie się nie spieszył. (…) Ranek następny nie przyniósł ni pociechy, ni uspokojenia. Owszem, bezład stał się jeszcze większy. (…) Jedni upadli na duchu i pogrążyli się w smutku. (…) Innych opanowała szalona, desperacka jakaś wesołość
i gotowość na śmierć. (…)

A gdy tak z jednej strony obóz polski wrzał, huczał, ucztował, wzburzał się, uciszał jak morze wichrem smagane, gdy pospolite ruszenie sejmikowało niby w czasie elekcji króla – z drugiej strony, po roztoczystych, zielonych łęgach nadodrzańskich, posuwały się spokojnie zastępy szwedzkie. (…) Na koniec, w dniu 21 lipca, w lesie pod wsią Heinrichsdorfem ujrzały zastępy szwedzkie po raz pierwszy słup graniczny polski. (…) Gdy tak szwedzkie wojska poczęły deptać za Heinrichsdorfem ziemię wielkopolską, poprzednio jeszcze, bo w dniu 18 lipca, przybył do obozu polskiego trębacz szwedzki z listami do wojewodów
od Radziejowskiego i Wittenberga. (…) Wnet przeczytano listy i rozpoczęła się narada, trębacza zaś polecił pan wojewoda swym dworzanom, aby uczęstowano go po żołniersku; od dworzan odebrała go szlachta, i podziwiając go ciągle jako osobliwość, poczęła z nim pić na umór. (…) O świtaniu nadjechał pan Stanisław Skrzetuski z wieścią, że Szwedzi przyciągnęli już pod Wałcz,
o jeden dzień marszu od polskiego obozu. (…) Przyrodzone usposobienie szlachty do wojny zastąpiło poniekąd brak doświadczenia i około południa przedstawiał już obóz dość imponujący widok. (…) Tymczasem wojewoda poznański wyprawił trębacza z odpowiedzią na listy, …po czym postanowił wysłać podjazd na północny brzeg Noteci dla pochwycenia nieprzyjacielskiego języka. (…) Słońce właśnie zachodziło oświecając ogromnym, rażącym oczy blaskiem Noteć i zanoteckie bory, gdy po drugiej stronie rzeki ujrzano naprzód tuman kurzu, a potem poruszających się w tumanie ludzi. (…)
– Podjazd wraca! (…)
– Jeńców prowadzą!

…dobrze już w noc rozległ się głos trąbki przed forpocztami.
Przybywał drugi trębacz z listem od Wittenberga wzywającym szlachtę do poddania się. Tłumy dowiedziawszy się o tym chciały posłańca rozsiekać, ale wojewodowie wzięli list do deliberacji, choć treść jego była bezczelna. Po dłuższej naradzie postanowiono nie odpowiadać i czekać, co się stanie. Nie czekano już długo. W sobotę, dnia 24 lipca, straże dały znać, że całe wojsko szwedzkie ukazało się naprzeciw Piły. (…) …na wzgórkach wykwitły długie białe smugi dymu i niby ptastwo jakieś przeleciało ze świstem między szlachtą, potem huk wstrząsnął powietrzem, a jednocześnie rozległy się krzyki i jęki kilku rannych.
– Stój! – krzyknął pan Władysław. Ptastwo przeleciało po raz drugi i trzeci – i znów świstowi zawtórowały jęki. Szlachta nie usłuchała komendy naczelnika, owszem, ustępowała coraz szybciej, krzycząc i pomocy niebieskiej wzywając… (…) Zegnawszy tak łatwo harcowników Wittenberg posuwał się dalej, aż wreszcie stanął naprzeciw Ujścia, wprost przed szańcami bronionymi przez szlachtę kaliską. Polskie armaty poczęły grać w tejże chwili… (…) Dwa pułki rajtarii wysłanej przez Wittenberga
po krótkiej walce spędziły z pola szlachtę i gnały pod obóz. Tymczasem zapadł mrok i zakończył bezkrwawą walkę. (…) Była to noc straszna: zamieszanie i rozprzężenie wzrastało z każdą chwilą; rozkazów nikt nie słuchał. Wojewodowie potracili głowy
i nie próbowali nawet przywrócić ładu. (…)

Nastał świt. (…) …Szwedzi przeprawili się nocą pod Dziębowem na drugą stronę Noteci i otoczyli obóz polski. (…) Wodzowie
i szlachta mieli na ustach jedno słowo: „paktować!” Wysłano parlamentarzy. W odpowiedzi przybył z obozu szwedzkiego świetny orszak, na czele którego jechali: Radziejowski i jenerał Wirtz, obaj z zielonymi gałęziami w ręku. (…) …obaj z Wirtzem i całym orszakiem znikli w domu wojewody poznańskiego. Szlachta stłoczyła się przed domem tak ciasno, że po głowach można by było przejechać, bo czuła to i rozumiała, że tam, w tym domu, toczy się sprawa nie tylko o nią, ale o całą ojczyznę. (…) Godzina upływała za godziną – końca tej naradzie nie było. Nagle drzwi wchodowe otworzyły się z trzaskiem i wypadł z nich pan Władysław Skoraszewski. (…) …wpadłszy jak piorun między szlachtę krzyczał przeraźliwym głosem:
– Zdrada! morderstwo! hańba! Jesteśmy Szwecją już, nie Polską! Matkę tam mordują w tym domu! (…)
– Do broni ! do broni, kto w Boga wierzy! Do broni! do broni!
Wówczas jakieś szmery poczęły przelatywać po tłumach, jakieś szepty chwilowe, nagłe, urwane, jak pierwsze uderzenia wiatru przed burzą. Wahały się serca, wahały umysły, a w tej rozterce powszechnej uczuć tragiczny głos wołał ciągle:
– Do broni! do broni!
Wkrótce zawtórowały mu dwa inne: pana Piotra Skoraszewskiego i pana Skrzetuskiego – za nimi nadbiegł i Kłodziński, dzielny rotmistrz powiatu poznańskiego. Coraz większe koło szlachty poczęło ich otaczać. (…)

– Słyszycie, mości panowie, oni tam ojczyznę zaprzedają jak judasze i hańbią! Wiedzcie, że już nie należym do Polski. Mało im było wydać w ręce nieprzyjaciela was wszystkich, obóz, wojsko, działa. Bogdaj ich zabito! – oni jeszcze podpisali w swoim
i waszym imieniu, że wyrzekamy się związku z ojczyzną, wyrzekamy się pana, że cała kraina, grody warowne i my wszyscy będziem po wieczne czasy do Szwecji należeć. Mości panowie, to hańba, zdrada, morderstwo, parrycydium!… Ratujcie ojczyznę, panowie bracia! Na imię Boga! (…) A tymczasem drzwi radnego domu otworzyły się znowu i ukazał się w nich pan wojewoda poznański, Krzysztof Opaliński, mając po prawej stronie jenerała Wirtza, po lewej Radziejowskiego. (…) Ogarnął oczyma tłumy
i wśród ciszy śmiertelnej począł mówić dobitnym, lubo nieco zachrypłym głosem:
– Mości panowie! W dniu dzisiejszym poddaliśmy się pod protekcję najjaśniejszego króla szwedzkiego. Vivat Carolus Gustavus rex! (…) Tu na oczach wszystkich wojewoda poznański zwrócił się do Radziejowskiego i uściskał go serdecznie, po czym uściskał Wirtza; po czym wszyscy poczęli się ściskać ze sobą. Szlachta poszła za przykładem dygnitarzy i radość stała się powszechną. (…)
– Potomne wieki oddadzą nam sprawiedliwość – rzekł Radziejowski.
– Amen! – dokończył wojewoda poznański. Wtem spostrzegł, że oczy mnóstwa szlachty patrzą i przypatrują się czemuś wyżej, ponad jego głową. Odwrócił się i ujrzał swego błazna, który wspinając się na palce i trzymając się jedną ręką za odrzwia pisał węglem na ścianie radnego domu, tuż nad drzwiami:
„Mane-Tekel-Fares”. (…)


XI

We wsi Burzec, położonej w ziemi łukowskiej, na pograniczu województwa podlaskiego, a należącej podówczas do państwa Skrzetuskich, w sadzie między dworem a stawem siedział na ławie stary człowiek, a przy nogach jego bawiło się dwóch chłopaków: jeden pięcio-, drugi czteroletni, czarnych i opalonych jak cyganiątka, a rumianych i zdrowych. Stary człek również czerstwo jeszcze wyglądał jak tur. (…) Oba chłopaki chwyciwszy za uszy od cholewy jego buta ciągnęły je w przeciwne strony,
a on patrzył na staw oświecony blaskami słonecznymi, w którym ryby rzucały się gęsto, łamiąc gładka powierzchnię toni. (…) Wtem drzwi domu wychodzące na ogród otworzyły się i ukazała się w nich kobieta, piękna jak południowe słońce, wysoka, tęga, czarnowłosa, z ciemnymi rumieńcami na twarzy i oczyma jak aksamit. Trzeci chłopak, trzylatek, czarny jak kulka agatu, trzymał się za jej suknię, a ona nakrywszy oczy ręką poczęła patrzeć w kierunku lipy. Była to pani Helena Skrzetuska z domu kniaziów Bułyhów-Kurcewiczów. Ujrzawszy pana Zagłobę z Jaremką i Longinkiem pod lipą posunęła się kilka kroków ku fosie wypełnionej wodą i zawołała:
– A bywajcie no, chłopcy! Pewnie tam dziadusiowi dokuczacie?
– Co mają dokuczać! Wcale się tu przystojnie zachowali – odpowiedział pan Zagłoba. (…)
– Co tatuś woli dziś pić, dębniaczek czyli miód?
– Świnina była na obiad, to miód będzie grzeczniejszy.
– Zaraz przyślę. Ale niech jeno tatuś nie drzemie na powietrzu, bo febra pewna. (…)
W chwilę po odejściu pani Skrzetuskiej pacholik przyniósł pod lipę gąsiorek i szklanicę. Pan Zagłoba nalał, następnie zamknął oczy i począł próbować pilnie.
– Wiedział Pan Bóg, dlaczego pszczoły stworzył! – mruknął pod nosem. (…) Oczy starego człowieka to podnosiły się ku niebu ścigając stada ptactwa, to znowu ginęły w oddali, ale coraz senniejsze, w miarę jak miodu w gąsiorku ubywało, i powieki ciążyły mu coraz bardziej… (…)

Spał dość długo, ale po pewnym czasie zbudził go lekki powiew chłodniejszego powietrza oraz rozmowa i kroki dwóch mężów zbliżających się szybko pod lipę. Jeden z nich był to pan Jan Skrzetuski, słynny zbarażczyk… (…)
– Przedstawiam wam, ojcaszku – rzekł Jan – stryjecznego mego, pana Stanisława Skrzetuskiego ze Skrzetuszewa, rotmistrza kaliskiego. (…)
– (…) …czemu to waćpanowie tak strapieni jesteście, aż Janowi oblicze pobladło?
– Stanisław straszne przywiózł wieści – odrzekł Jan. – Szwedzi weszli do Wielkopolski i już ją całkiem zajęli.
Pan Zagłoba zerwał się z ławy, jakby mu czterdzieści lat ubyło, otworzył szeroko oczy i począł mimo woli macać się po boku jakby szukając szabli. (…)
– Jakże? nikt się nie opierał?… Nikt nie protestował? Nikt zdrady na oczy tym szelmom nie wyrzucił?… Wszyscyż się na zdradę ojczyzny i pana zgodzili?…
– Ginie cnota, a z nią i Rzeczpospolita, bo prawie wszyscy się zgodzili… Ja, dwóch panów Skoraszewskich, pan Ciświcki i pan Kłodziński czyniliśmy, cośmy mogli, aby ducha między szlachtą do oporu pobudzić. Pan Władysław Skoraszewski mało
nie oszalał; lataliśmy po obozie od powiatu do powiatu, i Bóg widzi nie było tych zaklęć, których byśmy nie użyli. Ale cóż to pomogło, gdy większość wolała jechać z łyżkami na bankiet, który im Wittenberg obiecał, niż z szablami na bitwę. (…)
– Co myślisz czynić, Janie? – rzekł Stanisław.
– Pewnie, że w domu nie ostanę, chociaż mnie zimno jeszcze trzęsie. Żonę i dzieci trzeba będzie gdzie bezpiecznie umieścić. Pan Stabrowski, mój krewny, jest łowczym królewskim w Puszczy Białowieskiej i w Białowieży mieszka. Choćby cała Rzeczpospolita wpadła w moc nieprzyjaciół, to przecie tam nie trafią. Jutro zaraz żonę i dzieci wyślę. (…)
Tu zwrócił się do pana Zagłoby:
– A wy, ojcze, pójdziecie z nami, czy-li też Helenie zechcecie do puszczy towarzyszyć?
– Ja? – odpowiedział pan Zagłoba – czy pójdę? chybaby mi nogi korzenie w ziemię puściły, wtedy bym nie poszedł, a i to jeszcze prosiłbym kogo, żeby mnie wykarczował. (…) …nie ten broni ojczyzny i króla, kto się króla za poły trzyma, ale ten, kto nieprzyjaciela bije; a bije ten najlepiej, kto pod wielkim wojownikiem służy. Po co mamy na niepewne do Warszawy chodzić, kiedy król jegomość właśnie może już do Krakowa, do Lwowa albo na Litwę wyjechał; ja waszmościom radzę, abyśmy bez zwłoki udali się pod chorągwie hetmana wielkiego litewskiego, księcia Janusza Radziwiłła. Szczery to pan i wojenny. Chociaż go o pychę pomawiają, pewnie nie będzie on przed Szwedami kapitulował. To przynajmniej wódz i hetman, jak się należy. (…)

Pan Stanisław, zdrożony wielce, ledwie się posiliwszy i napiwszy, zaraz spać poszedł, a pan Jan z panem Zagłobą zakrzątnęli się około wyprawy. I że ład był u pana Jana wielki, więc wozy i ludzie ruszyli tegoż jeszcze wieczora na noc, a nazajutrz w dzień pociągnęła za nimi kolaska, w której siedziała Helena z dziećmi i jedna stara panna, rezydentka. Pan Stanisław, pan Jan
wraz z pięcioma pachołkami jechali konno koło kolaski. Cały orszak posuwał się żywo, bo po miastach świeże konie czekały.
Tak jadąc i nie wypoczywając nawet nocami, piątego dnia dojechali do Bielska, a szóstego pogrążyli się już w puszczę od strony Hajnowszczyzny. (…) Do Białowieży tylko samej prowadził szerszy gościniec przezywany Suchą Drogą, którą królowie jeździli
na łowy. Tędy też od strony Bielska i Hajnowszczyzny jechali Skrzetuscy. Pan Stabrowski, łowczy królewski, stary samotnik
i kawaler, siedzący ustawicznie jak żubr w puszczy, przyjął ich z otwartymi rękami; dzieci zaś mało nie zdusił w pocałunkach. (…) Pan Jan rad był z całej duszy, że takie schronisko dla żony wynalazł; ale próżno go pan Stabrowski zatrzymywał i ugaszczał. Przenocowawszy tylko, ruszyli rycerze nazajutrz świtaniem na wskroś puszczy w dalszą drogę… (…)

XII

Gdy pan Jan Skrzetuski ze stryjecznym Stanisławem i panem Zagłobą po uciążliwej drodze z puszczy przybyli wreszcie do Upity, pan Michał Wołodyjowski mało nie oszalał z radości, zwłaszcza że dawno już nie miał o nich żadnej wieści, o Janie zaś myślał,
że znajduje się z chorągwią królewską, której porucznikował, na Ukrainie u hetmanów. (…) Wołodyjowski począł go wypytywać
o wszystko, co się pod Ujściem zdarzyło, i za czuprynę się targał słuchając opowiadania; wreszcie, gdy pan Stanisław skończył, rzekł:
– Masz waszmość słuszność! Nasz Radziwiłł do takich rzeczy niezdolny. (…) …wolałby ostatnią kroplę swojej pysznej krwi wytoczyć niż taką kapitulację, jak pod Ujściem podpisać… Będziem mieli wojny w bród, bo nie skryba, ale wojownik będzie nam hetmanił. (…)
– Jedźmy tedy nie mieszkając do Kiejdan! – rzekł pan Stanisław.
– Dostałem też rozkaz, żeby chorągiew mieć w pogotowiu, a samemu się w trzech dniach w Kiejdanach stawić – odpowiedział pan Michał. (…) To rzekłszy… otworzył kluczem sepecik stojący pod oknem na ławie, wydobył z niego papier złożony na dwoje
i rozwinąwszy począł czytać: „Mości panie Wołodyjowski, pułkowniku! Z wielką radością odczytaliśmy raport Waszmości,
że chorągiew już na nogach i w każdej chwili może w pochód ruszyć. (…) Gdyby Waszmości dochodziły jakie wieści – tym
nie wierz, aż wszystko z naszych ust usłyszysz. Postąpimy tak, jak nam Bóg i sumienie nakazuje, bez uwagi na to, co złość
i nieżyczliwość ludzka może na nas wymyślić. Ale zarazem cieszymy się, iż nadchodzą takie terminy, w których pokaże się dowodnie, kto
jest szczerym i prawdziwym przyjacielem radziwiłłowskiego domu i kto nawet in rebus adversis służyć mu gotów. (…)
Janusz Radziwiłł, książę na Birżach i Dubinkach, wojewoda wileński, hetman w. litewski.” (…)

– Dziwno mi tylko to – rzekł Jan Skrzetuski – że pisze o wierności dla radziwiłłowskiego domu, nie dla ojczyzny, która więcej
od Radziwiłłów znaczy i pilniejszego ratunku potrzebuje.
– To taka ich pańska maniera – odparł Wołodyjowski – choć i mnie się to zaraz nie spodobało, boć i ja ojczyźnie, nie Radziwiłłom służę. (…)
– Wiesz co, Michale? – rzekł nagle Jan. – Nie będę dziś wypoczywał, ale pojadę z tobą do Kiejdan. (…)
– Tym bardziej że chorągiew kazał w Upicie zatrzymać – odrzekł pan Michał.
– Dobrze mówicie! – zawołał pan Zagłoba – pojadę i ja! (…)
We dwie godziny później, podjadłszy i podpiwszy nieco, ruszyli rycerze w podróż i jeszcze przed zachodem słońca stanęli
w Krakinowie. Przez drogę opowiadał im pan Michał o okolicy, o sławnej szlachcie laudańskiej, o Kmicicu i o wszystkim, co się
od pewnego czasu zdarzyło. (…) Noc była pogodna, ciepła, gwiazdy migotały tysiącami na niebie; oni, jadąc noga za nogą, spali smaczno, aż dopiero, gdy poczęło świtać, zbudził się pierwszy pan Michał.
– Mości panowie, otwórzcie oczy, Kiejdany już widać! – zakrzyknął. (…) …dojechali bliżej do pierwszych domków przedmieścia. Tymczasem stawało się coraz jaśniej na świecie i słońce poczynało wschodzić. (…) Przejechawszy rynek i ulicę Zamkową ujrzeli na podniesieniu wspaniałą rezydencję, świeżo przez księcia Janusza wzniesioną, nieobronną istotnie, ale ogromem nie tylko pałace, lecz i zamki przewyższającą. (…) Godzina była ranna, ale na dziedzińcu ruch już panował, albowiem przed głównym korpusem musztrował się pułk dragonów przybrany w błękitne kolety i szwedzkie hełmy. (…)

– Jak mi Bóg miły! – rzekł pan Michał – toż to pan Charłamp pułk musztruje. (…)
Tymczasem pan Charłamp spostrzegłszy Wołodyjowskiego puścił się ku niemu rysią.
– Jak się miewasz, Michałku? – zawołał. – Dobrze, żeś przyjechał! (…) Witam waszmościów najradośniej imieniem własnym
i książęcym. Rad książę wojewoda będzie, gdy takich rycerzy zobaczy, bo mu ich bardzo potrzeba. Chodźcieże do mnie,
do cekhauzu, gdzie jest moja kwatera. (…)
W pół godziny później siedzieli już w pięciu nad misą piwa grzanego, dobrze zabielonego śmietaną, i rozmawiali o nowej wojnie. (…)
– (…) Wątpię, Michale, czy się dziś do księcia dostaniesz.
– Samże on mnie na dziś wezwał.
– To nic, ale okrutnie zajęty… (…) Tu się nadzwyczajne jakieś rzeczy dzieją…
– Co takiego? co takiego? – pytał Zagłoba.
– Owóż trzeba waćpanom wiedzieć, że przed dwoma dniami przyjechał tu pan Judycki, kawaler maltański… (…) Zaraz zaś po nim nadjechał i pan hetman polny Gosiewski. Dziwiliśmy się wielce, bo wiadoma rzecz, w jakiej emulacji i nieprzyjaźni pan hetman polny żyje z naszym księciem. (…) …wczoraj zamknęli się we trzech na naradę, pozamykali wszystkie drzwi, nikt nic nie mógł słyszeć, o czym radzili; jeno pan Krepsztuł, któren wartę za drzwiami trzymał, mówił nam, że okrutnie głośno rozprawiali,
a zwłaszcza hetman polny. Później sam książę odprowadził ich do komnat sypialnych, a w nocy, imaginujcie sobie (tu pan Charłamp zniżył głos), wartę każdemu przy drzwiach postawili. (…)
– To się znaczy, że pan podskarbi w areszt wzięty?… Hetman wielki aresztował polnego? – mówił Zagłoba – co to jest? (…)
– Pytałem jeszcze wczoraj w nocy Harasimowicza… (…) Nic nie chciał mówić, jeno palec na gębie położył i rzekł: „To zdrajcy!”
– Jak to zdrajcy?… jak to zdrajcy? – wołał biorąc się za głowę Wołodyjowski. – Ani pan podskarbi Gosiewski nie zdrajca, ani pan Judycki nie zdrajca. – Toż ich cała Rzeczpospolita zna jako zacnych ludzi i ojczyznę kochających. (…)
– Dziwy to są, takie dziwy, że w głowie się nie chcą pomieścić – rzekł Charłamp – bo już pominąwszy, że to tak wielcy dygnitarze, aresztowano ich bez sądu, bez sejmu, bez woli Rzeczypospolitej całej, czego i sam król nie ma prawa czynić. (…)
– (…) On, który pomiędzy największymi panami nie chce mieć równych, wczoraj – nie! onegdaj! – chodził pod rękę z młodym Kmicicem, ażeśmy wszyscy oczom wierzyć nie chcieli… (…)

Dalszą rozmowę przerwało wejście nowej postaci. (…)
– Czołem, panie Charłamp, czołem, ach! czołem, panie pułkowniku, najniższy sługa!
– Czołem, panie Harasimowicz – odrzekł Charłamp. – A czego to waść życzysz?
– Bóg dał gości, znamienitych gości! Przyszedłem służby ofiarować i o godność spytać. (…)
– (…) To jest pan Skrzetuski, ów zbarażczyk, i jego stryjeczny, Stanisław. (…) To pan Zagłoba. (…) A to pan pułkownik Wołodyjowski – dokończył Charłamp. (…)
– Księciu panu głowa pęka od roboty, ale przecie dla takich rycerzy znajdzie czas, niezawodnie znajdzie… (…)
– Co słychać? – pytał pan Charłamp. – Są jakie nowiny?
– Książę oka całą noc nie zmrużył, bo przyjechało dwóch posłańców. Źle słychać i coraz gorzej. Carolus Gustavus już wszedł
za Wittenbergiem do Rzeczypospolitej; Poznań już zajęty, cała Wielkopolska zajęta, Mazowsze wkrótce będzie zajęte; Szwedzi już są w Łowiczu, tuż pod Warszawą. Nasz król uciekł z Warszawy, którą bez obrony zostawił. (…) Przepadło wszystko, na wieki przepadło!… Trzem wojnom nie oprze się Rzeczpospolita… Przepadło!… Wola boska!… Jeden nasz książę może Litwę ocalić…
Złowrogie słowa jeszcze nie przebrzmiały, gdy Harasimowicz zniknął tak szybko za drzwiami, jakby się w ziemię zapadł… (…)
…po godzinie czasu przyszedł znów pan Harasimowicz z niższymi jeszcze ukłonami i z oznajmieniem, że książę pilno żąda widzieć ichmościów. Porwali się tedy zaraz, bo już byli przebrani, i poszli. (…) …lazurowe sklepienia sali zabłysły przez otwarte drzwi
i nasi znajomi weszli. (…)

Księcia nie było jeszcze w sali, ale Harasimowicz, wiodąc ciągle za sobą rycerzy, przecisnął się przez zebraną szlachtę
aż do małych drzwi ukrytych w ścianie obok wzniesienia; tam kazał się im zatrzymać, a sam zniknął za drzwiami. Po chwili wrócił
z doniesieniem, że książę prosi. Dwaj Skrzetuscy z Zagłobą i Wołodyjowskim weszli teraz do niewielkiej komnatki… i zatrzymali się widząc w głębi, za stołem pokrytym papierami, dwóch ludzi pilną zajętych rozmową. (…) …siedział przed nimi Janusz Radziwiłł, książę na Birżach i Dubinkach, wojewoda wileński i wielki hetman litewski, pan tak potężny i dumny, że mu było w całej niezmiernej fortunie, we wszystkich godnościach, ba! nawet na Żmudzi i w Litwie za ciasno. (…) Dwaj książęta podali sobie ręce, po czym koniuszy wyszedł śpiesznie, a hetman wielki zwrócił się do przybyłych.
– Wybaczcie, waszmościowie, że pozwoliłem czekać – rzekł niskim, powolnym głosem – ale teraz i uwaga, i czas rozerwane
na wszystkie strony. Słyszałem już nazwiska waszmościów i ucieszyłem się z duszy, że Bóg w takich chwilach zsyła mi takich rycerzy. (…) …nie zginie, kto swoją fortunę na zło i na dobro z radziwiłłowską połączy. (…) Nie zatrzymuję dłużej waszmościów, bo i wy wypoczynku potrzebujecie, i mnie robota pali. (…) Bądźcie waszmościowie zdrowi i bądźcie Radziwiłłowi przyjaciółmi, gdyż mu siła teraz na tym zależy. (…) …znaleźli się znowu na dziedzińcu zamkowym, na który wjeżdżały co chwila to oddziały konnych wojsk, to gromady zbrojnej szlachty, to kolaski wiozące personatów okolicznych z żonami i dziećmi. (…) Wtem karoca przejechała i poczęła okrążać dziedziniec, by zajechać przed główny korpus zamkowy, dragoni zaś zatrzymali się przed bramą. Wołodyjowski poznał dowodzącego nimi oficera.
– Tokarzewicz! – zakrzyknął – a bywaj no waszmość!
– Czołem, mości pułkowniku!
– A jakich to szołdrów wieziecie?
– To Szwedzi. (…)
– A czego oni tutaj chcą? – pytał pan Wołodyjowski.
– Bóg ich wie! – odpowiedział oficer. – My ich od Birż eskortujem. Pewnie paktować z naszym księciem przyjechali, bo tam
w Birżach słyszeliśmy, że książę wielkie wojsko zbiera i że ma Inflanty najechać. (…)

XIII

Książę nie pokazał się tego dnia szlachcie aż do wieczora, obiadował bowiem z posłami i kilku dygnitarzami, z którymi poprzednio naradę był składał. (…) Spodziewano się pochodu najpóźniej na jutrzejszy ranek i były tego widome oznaki, niezliczona bowiem czeladź książęca zajęta była ładowaniem na wozy broni, kosztownych sprzętów i książęcego skarbca. (…) Radziwiłł był pierwszym wojownikiem z rzemiosła, z którym mieli się zmierzyć, a który tymczasem wzbudzał absolutną ufność w swe zdolności wojenne w zebranej szlachcie, zwłaszcza że i pułkownicy jego zaręczali, iż pobiją Szwedów w otwartym polu. (…) Teraz wszystkie serca, wszystkie umysły zwrócone były ku Radziwiłłowi; wszystkie usta powtarzały to groźne imię, z którym
do niedawna zawsze zwycięstwo szło w parze. Jakoż do niego tylko zależało zebrać rozproszone, poruszyć uśpione siły kraju
i stanąć na czele potęgi dostatecznej do pomyślnego rozstrzygnięcia obydwóch wojen. (…) Po obiedzie wzywano do księcia kolejno pułkowników: Mirskiego, który w pancernej hetmańskiej chorągwi porucznikował, a po nim Stankiewicza, Ganchofa, Charłampa, Wołodyjowskiego i Sołłohuba. (…) Wypytywał się też pan hetman troskliwie, czy pan Kmicic nie wrócił, i kazał sobie dać znać, gdy wróci. Jakoż wrócił, ale dopiero późnym wieczorem, gdy już sale były oświetlone i goście poczęli się zbierać.
W cekhauzie, dokąd przyszedł się przebrać, zastał pana Wołodyjowskiego i poznajomił się z resztą kompanii. (…) Pachołek
w mig podał resztę ubioru i w kilka minut później pan Kmicic, strojny jak na wesele, ruszył do księcia. (…)

Książę już był także ubrany, gdy wszedł Kmicic, i właśnie szatny w towarzystwie dwóch Murzynów wyszedł był z komnaty. Zostali sam na sam.
– Daj ci Boże zdrowie, żeś pospieszył! – rzekł książę.
– Do usług waszej książęcej mości. (…)
…książę wyciągnął rękę, a młody rycerz uchwycił ją i bez wahania do ust przycisnął.
Milczeli obaj przez długą chwilę; nagle książę utkwił oczy w oczach Kmicica i rzekł:
– Billewiczówna tu jest! (…)
Kmicic porwał się za głowę.
– Czym ja się waszej książęcej mości odpłacę? (…)
– Dobrem za dobro mi odpłać… Miej wiarę we mnie, miej ufność, że co uczynię, to dla dobra publicznego uczynię. Nie odstępuj mnie, gdy będziesz widział zdradę i odstępstwo innych, gdy się złość wzmoże, gdy mnie samego…
Tu książę urwał nagle.
– Przysięgam! – rzekł z zapałem Kmicic – i parol kawalerski daję do ostatniego tchnienia stać przy osobie waszej książęcej mości, mego wodza, ojca i dobrodzieja! (…)
– Na ten krzyż przysięgnij, że mnie nie opuścisz do śmierci!…
Mimo całej gotowości i zapału Kmicic spoglądał przez chwilę na niego ze zdumieniem. (…)
– Na tę mękę Chrystusa… przysięgam! – rzekł Kmicic kładąc palce na krucyfiksie.
– Amen! – dodał uroczystym głosem książę. (…)

Przeszli kilka komnat. (…) Wnet ruch uczynił się w sali, wszystkie oczy zwróciły się na księcia, potem jeden okrzyk wyrwał się
z setek piersi rycerskich:
– Niech żyje Radziwiłł! Niech żyje! Niech nam hetmani! Niech żyje!
Książę kłaniał się głową i ręką, następnie jął witać gości zebranych na estradzie, którzy podnieśli się w chwili, gdy wchodził. (…) Kmicic ukryty za baldachimem patrzył również na tłumy. (…) Tymczasem dźwięki kapeli umilkły znowu i zamiast nich usłyszał pan Andrzej głos hetmana:
– Chodź za mną!
Kmicic zbudził się jakby ze snu. Książę zeszedł ze wzniesienia i wmieszał się między gości. (…) Oczy obecnych biegały za nim, gdzie się tylko poruszył, on zaś z wolna zbliżył się do pana miecznika rosieńskiego Billewicza i rzekł:
– Dziękuję ci, stary przyjacielu, żeś przybył… (…)
Słysząc to pan miecznik aż zarumienił się ze szczęścia, a książę mówił dalej:…
– (…)Prowadźże nas teraz do swej krewniaczki, bo i ja rad ją obaczę.
Na szczęście, Oleńka nie w tej dopiero chwili ujrzała pana Andrzeja przy boku hetmańskim, więc mogła nieco przyjść do siebie, ale na razie o mało nie opuściła jej przytomność. (…) Tymczasem książę, miecznik i Kmicic skończyli rozmowę i poczęli się zbliżać. Dziewczyna nakryła oczy powiekami i podniosła tak ramiona jak ptak skrzydła, kiedy chce głowę między nimi ukryć. (…)

– (…) Teraz się młodemu nie dziwię, bo cudnie to kwiecie rozkwitło… Witam cię, moja panienko, witam z całego serca i duszy kochaną wnuczkę mojego Billewicza. Poznajeszże mnie?
– Poznaję, wasza książęca mość! – odrzekła dziewczyna. (…)
– Zostawmy młodych mościwi państwo, bo nie wypada przy spowiedzi asystować, a mnie i moja wiara tego zakazuje. Po chwili pan Andrzej i Oleńka zostali sami. (…)
– Nie spodziewałaś się mnie widzieć, Oleńka?
– Nie – szepnęła dziewczyna. (…)
– (…) Nie będę banitem, Oleńka, z ludźmi się pojednam, sławę odzyszczę, ojczyźnie się zasłużę, krzywdy naprawię… Oleńka!
A ty co na to?!… Nie rzeknieszże mi dobrego słowa? (…)
– Mogęż ja wierzyć? – odrzekła dziewczyna. (…)
– (…) Nie żądam, abyś jutro zaraz za mnie szła… Ale bogdaj słowo dobre od ciebie usłyszę, bogdaj się zapewnię, będzie mi lżej… (…)
– Niech waćpana Bóg ochrania i wyprowadzi – odparła dziewczyna miękkim głosem, po którym zaraz poznał pan Andrzej,
że słowa jego wywarły skutek. (…)

Tymczasem w sali marszałek dał znać, że czas do stołu siadać, i zaraz uczynił się ruch niezwyczajny. (…) Gwar coraz wzmagający się przy stole przerwał dalszą rozmowę, bo też już i do kielichów przyszło. Humory ożywiały się coraz bardziej. (…)
– Cicho tam! książę chce przemówić! – poczęto wołać naraz w różnych końcach stołu.
– Książę chce przemówić!
Uciszyło się zupełnie i wszystkich oczy zwróciły się na Radziwiłła, który stał, podobny do olbrzyma, z kielichem w ręku. (…)
– Mości panowie!… Wielu spomiędzy was… zdziwi… albo zgoła przestraszy ten toast… ale… kto mi ufa i wierzy… kto prawdziwie chce dobra ojczyzny… kto wiernym mojego domu przyjacielem… ten go wzniesie ochotnie… i powtórzy za mną:
Vivat Carolus Gustavus rex… od dziś dnia łaskawie nam panujący! (…)
…w sali zapanowało głuche milczenie. Pułkownicy i szlachta spoglądali na siebie przerażonym wzrokiem, jakby pytając się wzajem, czy książę zmysłów nie utracił. (…)
– Czas promulgować ugodę, którąśmy dziś podpisali, aby ichmościowie wiedzieli, czego się mają trzymać. Czytaj wasza miłość!
Komorowski wstał, rozwinął leżący przed sobą pergamin i począł czytać straszną ugodę…:
„Nie mogąc lepiej i dogodniej postąpić w najburzliwszym teraźniejszym rzeczy stanie, po utraceniu wszelkiej nadziei na pomoc najjaśniejszego króla, my, panowie i stany Wielkiego Księstwa Litewskiego, koniecznością zmuszeni, poddajemy się
pod protekcję najjaśniejszego króla szwedzkiego… (…) Akt ów stwierdzamy podpisami naszymi za nas i potomków naszych, przyrzekamy i warujemy” – szmer uczynił się w sali, jakby pierwsze tchnienie burzy wstrząsnęło borem. (…)

– Nie czyń tego! Zmiłuj się, zmiłuj! – ozwały się setne głosy. (…) Radziwiłł podniósł swoją potężną głowę i błyskawice gniewu poczęły przelatywać mu po czole; nagle wybuchnął:
– (...) Kto nie ze mną, ten przeciw mnie! Znałem was, wiedziałem, co będzie!… A wy wiedzcie, że miecz wisi nad waszymi głowami!… (…)
– Nie błagajcie go, to na nic! On tego smoka od dawna w sercu hodował!… Biada ci, Rzeczpospolito! Biada nam wszystkim!
– Dwóch dygnitarzy na dwóch krańcach Rzeczypospolitej zaprzedaje ojczyznę! – ozwał się Jan.
– Przekleństwo temu domowi, hańba i gniew Boży!
Słysząc to pan Zagłoba otrząsnął się ze zdumienia i wybuchnął:
– Pytajcie się go, jakie korupcje wziął od Szweda? Ile mu wyliczono? Co mu jeszcze obiecano? Mości panowie, oto Judasz Iskariota! Bodajeś konał w rozpaczy! bodaj ród twój wygasł! bodaj diabeł duszę z ciebie wywlókł… zdrajco! zdrajco! po trzykroć zdrajco!
Wtem Stankiewicz w uniesieniu rozpaczy wyciągnął pułkownikowską buławę zza pasa i cisnął ją z trzaskiem do nóg księcia. Drugi cisnął Mirski, trzeci Józefowicz, czwarty Hoszczyc, piąty, blady jak trup pan Wołodyjowski, szósty Oskierko – i toczyły się
po podłodze buławy, a jednocześnie w tej lwiej jaskini, lwu do oczu, coraz więcej ust powtarzało straszliwy wyraz:
– Zdrajca!… zdrajca!… (…)

W tej chwili czworo podwoi wiodących do sali rozwarło się naraz z łoskotem i oddziały szkockiej piechoty wkroczyły groźne, milczące, z muszkietami w ręku. Od głównych drzwi wiódł je Ganchof.
– Stój! – krzyknął książę. Po czym zwrócił się do pułkowników:
– Kto za mną, niech przejdzie na prawą stronę sali! (…)
Kmicic od pierwszej chwili, w której książę wzniósł toast na cześć Karola Gustawa, zerwał się wraz ze wszystkimi z miejsca, oczy postawił w słup i stał jak skamieniały, powtarzając zbladłymi wargami:
– Boże!… Boże!… Boże!… com ja uczynił?… (…)
Nagle zwrócił się do Billewiczówny i wyciągnął do niej ręce: – Oleńka!… Oleńka!… – powtórzył z jękiem żałosnym, jak dziecko, które krzywda spotyka. Lecz ona cofnęła się ze wstrętem w twarzy i zgrozą.
– Precz… zdrajco! – odpowiedziała dobitnie. (…)
Uczta była skończona… (…)

XIV

Tej samej jeszcze nocy książę długo naradzał się z panem Korfem, wojewodą wendeńskim, i z posłami szwedzkimi. Rezultat ogłoszenia umowy zawiódł jego oczekiwania i odsłonił mu groźną przyszłość. (…) Książę kazał wprawdzie aresztować oporną starszyznę wojskową, ale cóż z tego? Co na to rzekną chorągwie komputowe?… Czy się o swoich pułkowników nie upomną? (…) Po odjeździe posłów i wojewody wendeńskiego książę chwycił brzemienne troskami czoło w obie dłonie i począł chodzić szybkimi krokami po komnacie… (…) I gniew szalony, wściekły chwytał chwilami za pierś oligarchy. (…) Lecz gdy trzeźwiejsza rozwaga przypomniała mu, że za tymi buntownikami stoi wojsko, że nie można bezkarnie łbów im poskręcać, wówczas niepokój nieznośny, piekielny wracał i napełniał jego duszę, a ktoś znów poczynał szeptać mu do ucha: „Opuszczenie, ubóstwo, sąd
i hańba…” Jakże to? Wiec Radziwiłłowi nawet nie wolno stanowić o losie kraju? utrzymać go przy Janie Kazimierzu lub dać Karolowi Gustawowi? dać, przekazać, darować, komu zechce? Magnat spojrzał ze zdumieniem przed siebie. (…) Książę zaklasnął w dłonie; czuwający w przyległej komnacie Harasimowicz ukazał się natychmiast we drzwiach i zgiął się we dwoje. (…)
– Jakiś szlachcic przywiózł list z Nieświeża od księcia krajczego, ale nie śmiałem wchodzić nie przyzwany.
– Dawaj co prędzej list!
Harasimowicz podał zapieczętowane pismo, książę otworzył i począł czytać, co następuje:

„Niech Waszą Książęcą Mość Bóg broni i powstrzyma od takowych zamysłów, które wieczną hańbę i zniszczenie domowi naszemu przynieść mogą. Za sam takowy zamiar nie o panowaniu, ale o włosiennicy myśleć. (…) Nieprzyjaciel oblega mnie w Nieświeżu
i nie wiem, zali to pismo dojdzie rąk Waszej Ks. Mości; ale chociaż każda chwila zgubą mi grozi, nie o ocalenie Boga proszę, jeno aby Waszą Ks. Mość od tych zamysłów powstrzymał i na drogę cnoty naprowadził. (…) A ode mnie nie spodziewajcie się pomocy, …sto razy prędzej przeciw Waszej Ks. Mości zwrócę, zanimbym do tej haniebnej zdrady miał dobrowolnie przyłożyć ręki. Bogu Waszą Książęcą Mość polecam.

Michał Kazimierz Radziwiłł,
Książę na Nieświeżu i Ołyce,
Krajczy W. Ks. Litewskiego.” (…)



– I ten mnie opuszcza, własna krew mnie się wypiera za to, żem chciał dom nasz nie znanym dotąd blaskiem przyozdobić!… Ha! trudno! Pozostaje Bogusław, i ten mnie nie opuści… Z nami elektor i Carolus Gustavus, a kto nie chce siać, ten i zbierać
nie będzie…
– Hańby! – szepnęło sumienie. (…)
Po kwadransie czasu wszedł Kmicic wprowadzony przez czterech trabantów szkockich. Książę kazał odejść żołnierzom. Zostali sam na sam. (…) Przez chwilę milczeli obaj. Przemówił pierwszy książę:
– Przysiągłeś na krucyfiksie, że nie opuścisz mnie!
– Potępiony będę, gdy tej przysięgi nie dotrzymam; potępiony będę, gdy jej dotrzymam! – rzekł Kmicic. – Wszystko mi jedno! (…)
– Co też sądzisz, co ja powinienem był uczynić wobec dwóch nieprzyjaciół, stokroć potężniejszych, przeciwko którym obronić tego kraju nie mogłem?
– Zginąć! – odpowiedział szorstko Kmicic. (…)
– Nie liczyłem na tamtych, spodziewałem się tego, co się stało, alem się na tobie zawiódł. (…)
– Dokąd wasza książęca mość dążysz?… Czego chcesz?…
– Chcę… korony! – zakrzyknął Radziwiłł. (…) Ogień bił ze źrenic i oczu księcia i całą jego postać otaczał jakiś blask niezwykły.
– Wasza książęca mość! – zakrzyknął Kmicic – umysł objąć tego nie może, głowa pęka, oczy boją się patrzyć przed siebie! (…)
Kmicic rzucił się na kolana przed Radziwiłłem.
– Mości książę! ja z tobą do śmierci! ojcze ojczyzny! zbawco!
Radziwiłł złożył mu obie ręce na głowie i znów nastała chwila milczenia. (…)

Na niebie poczęło świtać. (…)

XV

Pan Zagłoba mocno już miał w głowie, gdy po trzykroć rzucił strasznemu hetmanowi w oczy słowo: „zdrajca!” Owóż w godzinę później, gdy wino wyparowało mu z łysiny i gdy znalazł się wraz z oboma Skrzetuskimi i panem Michałem w kiejdańskim zamkowym podziemiu, poznał poniewczasie, na jaki hazard wystawił szyję własną i towarzyszów, i zafrasował się wielce. (…)
I założywszy ręce na tył głowy począł chodzić wzdłuż i wszerz piwnicy jako dziki zwierz po klatce. (…)
– Nie ma co – rzekł Zagłoba – tu trzeba fortelu zażyć. (…)
Tymczasem dymny kaganek zagasł i ogarnęła ich ciemność zupełna; tylko przez kraty wysokiego okna widać było parę gwiazd migocących na pogodnym niebie. Oczy Zagłoby nie schodziły z tej kraty.
– Gdyby nieboszczyk Podbipięta żył i był z nami – mruknął stary – byłby wyszarpnął kratę i w godzinę obaczylibyśmy się
za Kiejdanami. (…) Byle się stąd jak najprędzej na wolność wydostać – narobię ja ci partyzantów, mości hetmanie! Poznasz, jako to fructa zdrady smakują. (…)

Tymczasem upłynęła jedna i druga godzina, a w końcu poczęło świtać. (…)
– Poczyna nam się dzień niezbyt pomyślnie! – rzekł Jan. (…)
– Co tam się dzieje? – pytał Zagłoba. – Dalibóg, może to jakaś pomoc dla nas.
– Pewnie, że niezwyczajne to hałasy – odrzekł Wołodyjowski. – A podsadźcie no mnie do okna, bo ja najprędzej rozeznam,
co to jest… (…) Czekajcie. Znowu tam jakiś ruch. Część dragonii Charłampowej staje przy Węgrach. Sama dobra szlachta w tym regimencie służy. Słyszycie, jak krzyczą?
– Pułkowników! Pułkowników! – wołały groźne głosy z podwórca. (…)
– Widzę teraz! – krzyknął pan Michał. – Węgrzyni o ścianę się wsparli, stamtąd strzelają… Ha! bałem się, żeby się w kąt
nie zatłoczyli, bo armaty by ich w mig zniszczyły. Sprawny żołnierz! Jak mi Bóg miły! Bez oficerów wie, co trzeba. (…) Węgrzyni górą! Szkoci od lewego cofają się. Jak Boga kocham! Dragoni Mieleszki przechodzą na ich stronę!… Szkoci we dwóch ogniach. (…) Kmicica widzę! Kmicic! Kmicic z jazdą wali przez bramę! (…) Już po nich! – krzyknął przeraźliwie Wołodyjowski.
– Po kim? Po kim?
– Po Węgrach! Jazda rozbiła ich, tratuje, siecze! Banderia w Kmicicowym ręku!… Koniec, koniec!
To rzekłszy pan Michał zesunął się z framugi okienka i wpadł w ramiona Jana Skrzetuskiego. (…)

XVI

Pan Michał miał słuszność! Kmicic triumfował. Węgrzy i część dragonów Mieleszki oraz Charłampa, która połączyła się z nimi, zalegli gęstym trupem kiejdańskie dziedzińce. (…) Tymczasem Kmicic, cały okryty krwią i kurzawą, stawił się z węgierską banderią w ręku przed Radziwiłłem, który przyjął go z otwartymi rękoma. Ale pana Andrzeja nie upoiło zwycięstwo. Owszem, chmurny był i zły, jakby przeciw sercu postąpił. (…)
– Co wasza książęca mość myślisz robić z jeńcami?
– Co dziesiątemu kula w łeb. Resztę pomieszać z innymi pułkami. Pojedziesz dziś do chorągwi Mirskiego i Stankiewicza, zawieziesz im rozkaz mój, by do pochodu byli gotowi. Czynię cię regimentarzem nad tymi dwiema chorągwiami i nad trzecią Wołodyjowskiego. Namiestnicy mają ci podlegać i we wszystkim słuchać. (…) Mirskiego i Stankiewicz rozstrzelałbym chętnie, gdyby nie to, że oni nie tylko w swoich chorągwiach, ale w całym wojsku, ba, w całym kraju mir mają… (…) Oskierkę muszę także oszczędzić, bo to człek znaczny i szeroko spokrewniony; ale Wołodyjowski z Rusi pochodzi i nie ma tu relacyj. Dzielny to żołnierz, prawda! Liczyłem też na niego… Tym ci gorzej, żem się zawiódł. (…)
– Wasza książęca mość! Żołnierze mówią, że Wołodyjowski życie waszej książęcej mości pod Cybichowem uratował.
– Spełnił swoją powinność i za to Dydkiemie mu w dożywocie chciałem puścić… Teraz mię zdradził i za to każę go rozstrzelać. (…)

– Błagam waszą książęcą mość – mówił w uniesieniu Kmicic – aby Wołodyjowskiemu włos z głowy nie spadł. Wasza książęca mość mi przebaczy… błagam!… Wołodyjowski mógł mi nie oddać zapowiedniego listu, boś go wasza książęca mość na jego ręce przysłał i do woli mu zostawił. A oddał!… Wyrwał mnie z toni… Przez to przeszedłem pod waszej książęcej mości inkwizycję…
Nie wahał się mnie ratować, chociaż o tę samą pannę tentował… Winienem mu wdzięczność i zaprzysiągłem sobie, że mu się wypłacę!… Wasza książęca mość uczyni to dla mnie, aby ni jego, ni jego przyjaciół żadna nie dosięgła kara. Włos im nie ma spaść z głowy i na Boga! nie spadnie, pókim ja żyw!… Błagam waszą książęcą mość! (…)
– Takeś mnie zagadał, że niczego nie mogę ci odmówić. Pójdą wszyscy do Birż. Niechże tam odpokutują u Szwedów za winy,
a potem, gdy się to stanie, coś rzekł, żądaj nowej dla nich łaski. (…)
– Pojedziesz zaprosić ode mnie pana Billewicza, miecznika rosieńskiego, aby razem z krewniaczką do mnie, do Kiejdan, przyjechał i tu na czas wojny osiadł. Rozumiesz?
Kmicic zmieszał się.
– On tego uczynić nie zechce… z wielką furią Kiejdany opuścił.
– Spodziewam się, że go furia już opuściła; w każdym razie weźmiesz ludzi ze sobą i jeżeli nie zechcą po dobrej woli tu przybyć,
to ich wsadzisz w kolaskę, otoczysz dragonami i przywieziesz. (…)
– Cała nadzieja, że wasza książęca mość wyperswaduje panu miecznikowi, iż nie tylko zdrajcami nie jesteśmy, ale zbawienia ojczyzny chcemy… (…)
– (…) Pułkowników zaraz pod eskortą odeszlę; spodziewam się, że Pontus de la Gardie poczyta to za dowód szczerości mojej… (…)

XVII

Kmicic jednak nie wyruszył ani tego dnia, ani następnego, bo groźne wieści poczęły nadchodzić zewsząd do Kiejdan. Oto
pod wieczór przybiegł goniec z doniesieniem, że chorągwie Mirskiego i Stankiewicza same ruszają ku rezydencji hetmańskiej, gotowe zbrojną ręką upomnieć się o swych pułkowników, że wzburzenie panuje między nimi straszne i że towarzystwo wysłało deputacje do wszystkich chorągwi stojących w pobliżu Kiejdan i dalej, aż na Podlasie do Zabłudowa, z doniesieniem o zdradzie hetmańskiej i wezwaniem, by się łączyły w kupę dla obrony ojczyzny. (…) Hajducy książęcy, czeladź, mieszczanie z Kiejdan mieli wzmocnić siły książęce, a na koniec postanowiono przyśpieszyć wysłanie uwięzionych pułkowników do Birż, gdzie bezpieczniej było ich trzymać niżeli w otwartych Kiejdanach. (…) Wieczór już był, gdy do piwnicy, w której siedzieli, wszedł oficer z latarnią
w ręku i rzekł:
– Zbierajcie się, waszmościowie, iść ze mną. (…)
Wyszli. Na korytarzu otoczyli ich żołnierze szkoccy zbrojni w muszkiety. Zagłoba coraz był niespokojniejszy.
– Przecie na śmierć by nas nie prowadzili bez księdza, bez spowiedzi? – szepnął do ucha Wołodyjowskiego. Po czym zwrócił się
do oficera:
– Jakże godność, proszę?
– A waści co do mojej godności?
– Bo mam wielu krewnych na Litwie i miło wiedzieć, z kim się ma do czynienia.
– Nie pora sobie świadczyć, ale kiep ten, kto się swego nazwiska wstydzi… Jestem Roch Kowalski, jeśli waćpan chcesz wiedzieć. (…)

Tymczasem wyszli na dziedziniec zamkowy. Noc już zapadła zupełna. (…) Kowalski zatrzymał konwój i więźniów
przed ogromnym wozem drabiniastym zaprzężonym we cztery konie.
– Siadajcie, waszmościowie! – rzekł. (…)
– A kto tu siedzi? – pytał Zagłoba wpatrując się w ciemne postacie wyciągnięte na słomie.
– Mirski, Stankiewicz, Oskierko! – ozwały się głosy.
– Wołodyjowski, Jan Skrzetuski, Stanisław Skrzetuski, Zagłoba! – odpowiedzieli nasi rycerze.
– Czołem! czołem! (…)
Konwój pięćdziesięciu dragonów otoczył wóz i ruszyli. (…) Miasto spało, w oknach nie było świateł, jeno psy przed domami ujadały zapalczywie na przeciągający orszak. (…)
– Wszystko jedno! – rzekł Zagłoba. (…) – Waszmościowie mało mnie znacie, ale spytajcie się moich towarzyszów, w jakich bywałem opałach, a dlategom się zawdy wydostał na pole. Powiedzcie no mnie, co to za oficer, któren nad konwojem ma komendę? (…)
– To Roch Kowalski z Korabiów Kowalskich – odrzekł Oskierko. – Ja go znam. Tak samo mógłbyś waszmość jego koniowi perswadować, bo dalibóg, nie wiem, który głupszy.
– A że to zrobili go oficerem?
– On u Mieleszki w dragonach chorągiew nosi, do czego rozumu nie potrzeba. A zrobili go oficerem, bo się księciu z pięści podobał, gdyż podkowy łamie i z chowanymi niedźwiedziami wpół się bierze, a takiego jeszcze nie znalazł, którego by nie rozciągnął. (…) Przykazano mu, by nas do Birż odwiózł, to i odwiezie, choćby się ziemia zapaść miała. (…)

– Okrutnie mi się ten oficer podoba – rzekł Zagłoba – bo zawsze lubię wiedzieć, z kim mam sprawę.
To rzekłszy zwrócił się do Kowalskiego.
– A przybliż no się waćpan! – zawołał protekcjonalnym tonem.
– Czego? – pytał Kowalski zwracając konia.
– Nie masz no gorzałki?
– Mam.
– Dawaj!
– Jak to: „dawaj”?
– Bo widzisz, mości Kowalski, żeby to było nie wolno, to byś miał rozkaz nie dawać, a że nie masz rozkazu, więc dawaj.
– Hę? – rzekł zdumiony pan Roch – jako żywo! a cóż to mi – mus?
– Mus nie mus, ale ci wolno, a godzi się krewnego wspomóc i starszego, któren gdyby się był z waściną matką ożenił, mógłby
jak nic być twoim ojcem. (…)
– Dla Boga! toś waść naprawdę mój krewniak!
– Alboś Korab?
– Korab.
– Moja krew, jak mi Bóg miły! – zawołał Zagłoba. (…)
– Cóż ja waćpanu poradzę? Kazali cię odwieźć do Birż, to odwiozę… Krew krwią, a służba służbą.
– Mów mi: wuju! – rzekł Zagłoba.
– Masz wuj gorzałki! – rzekł pan Roch. – To mi wolno.
Zagłoba przyjął chętnie manierkę i napił się do woli. (…)

– Zleź no z konia – rzekł do pana Rocha – i przysiądź się trochę na wóz, pogawędzimy, bo chciałbym, żebyś mi co o rodzinie opowiedział. Szanuję ja służbę, ale to ci przecie wolno. Kowalski przez chwilę nie odpowiadał.
– Nie było zakazu – rzekł wreszcie. (…)
– A napijmy się no jeszcze!
– A dobrze.
Zagłoba znów przechylił manierkę, ale nie wypił całej, jeno oddał ją oficerowi i rzekł:
– Do dna, do dna! (…)
– Ja jestem Kowalski, a to pani Kowalska – mówił coraz senniej oficer. (…) Zagłoba nadstawił ucho, ale nie usłyszał już żadnej odpowiedzi.
– Rochu! Rochu! – zawołał z cicha. Pan Roch spał jak zabity.
– Śpisz?… - mruknął Zagłoba. – Czekajże, zdejmę ci ten żelazny garnek z głowy, bo ci niewygodnie. Opończa dusi cię pod szyją, jeszcze by cię krew zalała. (…)
Jednakże po niejakim czasie żołnierz prowadzący tuż za wozem konia ujrzał w ciemnościach opończę i jasny hełm swego oficera. Kowalski nie zatrzymując wozu zsunął się i kiwnął, by mu podano rumaka. (…)
– Panie komendancie, a gdzie staniemy na popas? – pytał wachmistrz zbliżywszy się ku niemu. Pan Roch nie odpowiedział
ani słowa i ruszył naprzód, minął z wolna jadących na przedzie i znikł w ciemnościach. (…)

Tymczasem upłynęło pół godziny, godzina, dwie, a pan Kowalski ciągle, widać, jechał naprzód, bo go nie było jakoś widać. (…) Jeden z żołnierzy wyruszył naprzód, ale po godzinie wrócił sam.
– Komendanta ani śladu, ani popiołu – rzekł. – Musiał z milę naprzód wyjechać. (…)
Jeńcy na wozie rozbudzili się, gdy ruch wozu ustał.
– A gdzie to jedziemy? – pytał stary pan Stankiewicz.
– Po nocy nie mogę rozeznać – odparł Wołodyjowski… (…)
– A pan Zagłoba – rzekł Stanisław Skrzetuski – śpi smaczno i chrapie, zamiast o fortelach myśleć, jak to sobie obiecywał. (…)
– A gdzie to pan Kowalski?
– Musi być przy ludziach albo w karczmie. (…)
– Żołnierzu! a gdzie to komendant? – pytał Wołodyjowski stojącego w pobliżu dragona.
– A kto jego wie? (…)
– Powiedzże mu, jak wróci, że chcemy z nim mówić.
– Wedle woli pana pułkownika! – odrzekł żołnierz. (…) Już też i noc poczęła blednąć. (…) Pan Wołodyjowski roztworzył ręce
i przeciągnął się przy tym ziewając od ucha do ucha, po czym spojrzał na uśpionego Zagłobę; nagle rzucił się w tył i zakrzyknął:
– Niech go kule biją! Na Boga! mości panowie! patrzcie! (…)
Jeńcy zwrócili wzrok we wskazanym kierunku i zdumienie odbiło się na wszystkich twarzach: pod burką i w czapce pana Zagłoby spał snem sprawiedliwego pan Roch Kowalski, Zagłoby zaś nie było na wozie. (…)

Wtem żołnierze spostrzegli, co się stało. Uczynił się między nimi gwar. Jedni przez drugich biegli do wozu i wybałuszali oczy
na widok swego komendanta przybranego w wielbłądzią burkę, w rysi kołpaczek i uśpionego głęboko. (…)
– Panie komendancie, więzień uciekł!
Kowalski siadł na wozie i otworzył oczy.
– Czego?…
– Więzień uciekł, ten gruby szlachcic, który z panem komendantem rozmawiał! (…)
– Bijże mnie! bijże mnie! – wołał nieszczęśliwy oficer. (…)
– Słusznie pan Oskierko mówi: podrwiłeś głową, kawalerze. Pistoleciska też musiałeś mieć w olstrach?
– A były!… – rzekł, jak nieprzytomny, Kowalski. Nagle porwał się obu rękoma za głowę.
– I list księcia pana do komendanta birżańskiego! Co ja, nieszczęsny, teraz uczynię?! (…)

Tymczasem pułkownicy rozmawiali o panu Zagłobie i jego cudownej ucieczce. (…)
– Wielką on już nam przysługę oddał swoją ucieczką – mówił Oskierko – bo listy hetmańskie zabrał, a kto wie, co tam w nich było przeciw nam napisano… Nie wierzę ja w to, iżby komendant szwedzki w Birżach miał dać ucho nam, nie Kowalskiemu. (…)
– A to ja waściom powiem, iż to największa desperacja – rzekł Mirski – bo przez to każdy jakoby w ciemności brodzi i sam siebie pyta: co czynić? (…)
– Wodza, wodza, daj nam Panie miłosierny! – mówił Stankiewicz wznosząc oczy ku niebu. (…) Pan Michał zamyślił się i po chwili rzekł:
– Byłem raz w Warszawie i poszedłem na królewskie pokoje, a pan nasz miłościwy, jako się w żołnierzach kocha i że to chwalił mnie po potrzebie beresteckiej, tak tedy poznał mnie od razu i kazał przyjść na obiad. Na onym obiedzie widziałem także pana Czarnieckiego, bo właściwie dla niego była uczta. Podochocił sobie tedy król jegomość i począł pana Czarnieckiego za głowę ściskać, a w końcu rzekł: „Choćby takie czasy przyszły, żeby mnie wszyscy opuścili, ty mi wiary dochowasz!” Na własne uszy słyszałem, jakoby proroczym duchem wymówione. Pan Czarniecki od afektu prawie mówić nie mógł, jeno powtarzał:
„Do ostatniego tchu! do ostatniego tchu!” (…)
– Pan Czarniecki wielki żołnierz! – odparł Stankiewicz. – Nie masz już takiej gęby w Rzeczypospolitej, która by jego imienia
nie powtarzała. (…)

Tak to rozmawiali uwięzieni pułkownicy; po czym znów rozmowa zwróciła się na pana Zagłobę. Pan Michał Wołodyjowski zaręczał, że mogą się od niego pomocy spodziewać, bo to nie taki człowiek, żeby miał przyjaciół w nieszczęściu opuszczać. (…) Po drodze zauważyli, że już niepokój panował we wszystkich wsiach i miasteczkach, które przyszło im przejeżdżać. Widocznie wieść o przejściu hetmana do Szwedów rozbiegła się już po całej Żmudzi. (…) Wielka droga idąca z Kowna na Szawle do Mitawy pokryta była wozami i kolaskami, w których jechały żony i dzieci szlacheckie, pragnące schronić się przed wojną
w posiadłościach kurlandzkich. (…) …ruszył pan Roch wraz ze swymi więźniami w dalszą drogę, skręcając z Szawel na wschód
przez Jochaniszkiele i Poswót ku Birżom, aby dostać się na prosty gościniec idący z Upity i Poniewieża. (…)
– Stój! – rozległ się nagle głos jadącego w przedzie pana Rocha. (…)
– To groty połyskują! – zawołał pan Wołodyjowski.
– Wojsko idzie. (…)
– To moi laudańscy ludzie z Zagłobą! Nie może inaczej być! (…)
– To pan Zagłoba! Jak Boga kocham, pan Zagłoba!
Uśmiech rozjaśnił twarz Jana Skrzetuskiego. (…)
– Ognia! – zakomenderował w odpowiedzi Kowalski. Zapadło głuche milczenie: ani jeden dragon nie wystrzelił. (…) Tymczasem Kowalski, widząc, że właśni ludzie opuścili go, zwrócił konia ku atakującym szeregom.
– Tam mi śmierć! – zakrzyknął okropnym głosem. I skoczył ku nim jak piorun. (…) Chciał zginąć, a tymczasem naokół słyszał dziesiątki głosów powtarzających słowa: „Żywcem! żywcem!” Wreszcie siły go opuściły i omdlał. (…)

Tymczasem pan Zagłoba już był przy wozie, a raczej na wozie, i chwytał w objęcia Skrzetuskich, małego rycerza, pana Mirskiego, pana Stankiewicza i Oskierkę, przy czym wołał zdyszanym głosem:
– Ha! przydał się na coś Zagłoba! Damy teraz Radziwiłłowi dzięgielu! (…) Panie Michale! Hetmaniłem tym ludziom w zastępstwie twoim i przyznaję im chętnie, że mężnie sobie poczynali… Ale gdyś teraz wolny, zdaję władzę w twoje ręce. (…) A gdzie pójdziemy? – pytał Zagłoba. (…)
– Warto się nad tym naradzić, co nam czynić przystoi – rzekł Mirski – i musimy bezzwłocznie do rady przystąpić. Jeno pierwej niech mi wolno będzie złożyć jegomości panu Zagłobie w imieniu wszystkich podziękę, że nas nie zapomniał i in rebus angustis tak skutecznie ratował. (…)
– Nie potrzeba dziękować, bo co wam dziś, to mnie jutro, i pewnie nie opuścicie mnie też w potrzebie. Tak jestem rad, że was wolnych widzę, jakobym najwalniejszą wiktorię odniósł. (…) Patrzcie waszmościowie, co stało w tym liście, który Kowalski wiózł do komendanta szwedzkiego do Birż, i poznajcie pana wojewodę wileńskiego, jeśliście go dotąd nie znali!
To rzekłszy odpiął żupan i wydobywszy z zanadrza pismo podał je Mirskiemu. (…) Owóż pan hetman poleca komendantowi birżańskiemu i dla dobra jegomości króla szwedzkiego nakazuje, ażeby, odprawiwszy wprzód konwój, kazał potem nas wszystkich, nie wyłączając nikogo, rozstrzelać, jeno tak, aby się wieść nie rozeszła. (…) Idźmy do wojewody witebskiego, żeby to mieć jakąś ochronę, jakowegoś pana za sobą, a po drodze bierzmy, co się da, ze spiżarniów, ze stajen, obór, spichrzów, piwnic. (…)
– Jako żywo! – rzekł pan Michał. – Tak tedy do wojewody witebskiego! Niechże on będzie owym wodzem, o któregośmy Boga prosili.
– Amen! – rzekli inni. I jechali czas jakiś w milczeniu, aż wreszcie pan Michał jął się kręcić na kulbace.
– A żeby tak gdzie Szwedów po drodze skubnąć? – spytał wreszcie, zwracając oczy na towarzyszów.
– Moja rada jest, że jeśli się zdarzy, to dlaczego nie? – odparł Stankiewicz. (…)

Rzeczywiście, wyrachowanie to było dobre… (…) Można było przy tym przypuszczać, że pierwsze uderzenie na Szwedów wywoła ogólne powstanie w kraju. (…) Gdy ściemniło się zupełnie, pan Wołodyjowski kazał ludziom siadać na koń, lecz zanim ruszyli,
do uszu wszystkich doszedł dosyć wyraźnie odgłos dzwonów. (…)
– Łuna! – szeptano w szeregach. Pan Michał pochylił się ku Skrzetuskiemu.
– Szwedzi! – rzekł.
– Skosztujem! – odparł pan Jan. (…) Pożar rozlewał się coraz szerzej. Wiatr powiał od strony ognia i razem z głosem dzwonów przyniósł echa wystrzałów.
– Rysią! – skomenderował pan Wołodyjowski. (…)

XVIII

Dojechawszy bliżej wsi zwolnili kroku i ujrzeli szeroką ulicę oświeconą tak płomieniem, iż szpilki można by na niej zbierać,
bo po obu stronach paliło się kilka chałup… (…) Podjechawszy bliżej żołnierze pana Wołodyjowskiego ujrzeli rajtarów przybranych w koliste kapelusze, ale niezbyt wielu. (…) Pan Wołodyjowski, zbliżywszy się z chorągwią do rozwartego na oścież kołowrotu, kazał zwolnić kroku. (…) …kilku rajtarów, stojących wedle kołowrotu, spostrzegło naprzód zbliżającą się chorągiew. (…) W mgnieniu oka stanęli w sprawnym szeregu, na którego widok wezbrało podziwem serce małego rycerza… (…)
– Naprzód!
Laudańscy pochylili się ku szyjom końskim i ruszyli jak wicher. (…) Szwedzi, parci coraz potężniej, cofali się z wolna, ale zawsze
w dobrym porządku. (…) Na koniec szwedzkie tylne szeregi poczęły wysuwać się z opłotków na obszerniejszy wirydarz
przed kościołem i dzwonnicą, a za nimi wysunęły się przednie. (…) Lewe skrzydło, na które uderzył Skrzetuski, nie zdążyło się sformować i rozproszyło się najpierwej; prawe, w którym był sam oficer, dłużej dawało opór, lecz rozciągnięte zbytecznie, poczęło się łamać, mieszać, na koniec poszło za przykładem lewego. (…) Pan Wołodyjowski, strącając mimochodem rajtarów, szukał oczyma po całym wirydarzu oficera; na koniec spostrzegł go broniącego się przeciw dwom Butrymom i skoczył ku niemu. (…)
– Żywym brać! – krzyknął Wołodyjowski na Butrymów. (…)

W godzinę później docinano ostatków. (…) Tak skończyło się pierwsze spotkanie Litwinów ze Szwedami. (…) …pan Zagłoba spuścił szablę na temblak, wziął pistolet w garść i ruszył naprzód. Wkrótce zobaczył przed sobą czarniawą masę poruszającą się z wolna drogą; jednocześnie doszedł go gwar rozmów. (…)
– Jak się macie?! jak się macie?! już mnie niecierpliwość brała i chciałem w ogień lecieć… A nie ranny który?
– Wszyscy zdrowi, chwała Bogu! – odrzekł pan Michał – aleśmy dwudziestu kilku dobrych żołnierzy stracili.
– A Szwedzi?
– Położyliśmy ich mostem. (…)
– Mości panowie – rzekł pan Zagłoba – jest tu stóg niedaleko za brzeziną, pójdźmy do stoga, wywczasujemy się jako susły,
a jutro w drogę… Nie wrócimy tu już, chyba z panem Sapiehą na Radziwiłła. (…)

XIX

Rozpoczęła się więc na Litwie wojna domowa, która, obok dwóch najazdów w granice Rzeczypospolitej i coraz zaciętszej wojny ukraińskiej, wypełniła miarę niedoli. (…) Zaledwie pan Wołodyjowski przyciągnął ze swym oddziałem po bitwie klewańskiej
do Poniewieża, gdy do uszu jego doszła wieść o zniszczeniu przez hetmana chorągwi Mirskiego i Stankiewicza. (…)
– Co byście waszmościowie powiedzieli na to, gdybyśmy zamiast pod Bychów, do wojewody witebskiego śpieszyć, poszli
na Podlasie do owych chorągwi, które konfederację uczyniły?
– Z gęby mi to wyjąłeś! – rzekł Zagłoba. – Będzie człek bliżej swoich stron, a już tam zawsze między swoimi raźniej. (…) Drogi
i pasy leśne, miasteczka i wsie były w ręku Radziwiłła; nieco za Kiejdanami stał Kmicic z jazdą, piechotą i armatami. Wiedział już też hetman o ucieczce pułkowników, o zbuntowaniu chorągwi Wołodyjowskiego, o bitwie klewańskiej, i ta ostatnia szczególnie przywiodła go do takiego gniewu, że się o życie jego obawiano, albowiem straszliwy atak astmy oddech mu na czas jakiś zatamował. Jakoż słuszne miał powody gniewu, a nawet rozpaczy, gdyż bitwa owa sprowadziła na jego głowę całą burzę szwedzką. (…) Przede wszystkim jednak wściekłość hetmańska zwróciła się przeciw tym, którzy owego upokorzenia byli powodem, i zaprzysiągł sobie zdeptać nogami pana Wołodyjowskiego, tych pułkowników, którzy przy nim byli, i całą chorągiew laudańską. (…)

…pan Wołodyjowski umykał przed hetmanem, a hetman go gonił zaciekle. (…) …pan Michał nie tracił jeszcze nadziei, zwłaszcza że szlachta i chłopstwo nawet ostrzegało go o ruchach hetmańskich, wszystkie bowiem serca odwróciły się były od Radziwiłła. (…) Lecz gdy jazda Kmicicowa nadeszła, hetman zatkał nią najciaśniejsze szczeliny i sam pojechał pilnować, by dwa skrzydła niewodu zeszły się ze sobą. Było to pod Niewiażą. (…) Na szczęście dla pana Wołodyjowskiego noc i burza z deszczem ulewnym przerwały pochód… (…) Nazajutrz ledwie brzask ranny ubielił wierzchy łóz, pułki ruszyły dalej i szły – doszły aż do rzeki i stanęły nieme z podziwu. Pan Wołodyjowski w ziemię się zapadł – w łozinie nie było żywego ducha. Sam hetman zdumiał się, a potem prawdziwe gromy spadły na głowy oficerów dowodzących pułkami pilnującymi przeprawy. (…) Jakoż pokazało się,
że Wołodyjowski korzystając z ciemności i dżdżu wprowadził z łozy całą chorągiew w rzekę i płynąc lub brodząc z jej biegiem, prześliznął się tuż koło prawego skrzydła radziwiłłowskiego, które dotykało koryta. Kilka koni zapadłych po brzuchy w błota, wskazywało miejsce, w którym wylądował na prawy brzeg. (…) Straszna obawa ścisnęła serce księcia. (…) Jakoż od chwili układu ze Szwedami nie zaznał chwili spokoju. Żarła go pycha, gryzło sumienie, gryzł opór niespodziany kraju i wojska; przerażała go niepewność przyszłości, groźba ruiny. Targał się, szarpał, noce spędzał bezsennie, zapadał na zdrowiu. (…)

XX

Kmicic ukończywszy szańczyki i ubezpieczywszy od niespodziewanego napadu Kiejdany nie mógł już dłużej odkładać wyprawy do Billewicz po pana miecznika rosieńskiego i Oleńkę, zwłaszcza że i rozkaz książęcy brzmiał wyraźnie, aby ich do Kiejdan sprowadzić. (…) …jechał naprzód i minąwszy wieś ujrzał przed sobą dwór, stare gniazdo billewiczowskie, a za nim rozległe sady kończące się hen, aż na niskich łąkach. (…) …wjechał bramą otwartą na obiedwie połowy, jak ramiona szlachcica czekającego
na przyjęcie gościa. (…) Jednocześnie we drzwiach głównego domu pokazała się jakaś postać niewieścia, w której w jednej chwili Kmicic poznał Oleńkę. (…) Ona stała przez chwilę jak wdzięczne zjawisko, przysłoniwszy oczy dłonią przeciw zachodzącemu słońcu, i nagle znikła, jak gdyby przerażona widokiem zbliżającego się gościa. (…) …natomiast wyszedł naprzeciw pan miecznik, z twarzą niespokojną i chmurną zarazem. (…) …po chwili znaleźli się w komnacie. (…) Nastało kłopotliwe milczenie. Pan Andrzej poczynał się niecierpliwić i wąsy gryzł, goście spoglądali wciąż na niego spode łba, a pan miecznik czub gładził. (…)
– Ot, masz waszmość, z zaprosinami przyjeżdżam i cieszę się, żeście oboje państwo w dobrym zdrowiu, bo gdym tu zajechał, pannę Aleksandrę we drzwiach widziałem, jeno że znikła zaraz jako tuman na łące. (…)
– Czekam na odpowiedź, panie mieczniku dobrodzieju! – rzekł Kmicic. (…)
– Zaszczyt to dla mnie niemały – rzekł – ale… zaraz nie mogę… (…)
– Gdy książę prosi, nie wolno odmawiać! (…)
– Więc to przymus? – rzekł pan miecznik.
– Panie mieczniku dobrodzieju – odparł żywo Kmicic. - …względem waszmości nie chcę siły używać i proszę najuprzejmiej, byś woli księcia zadość uczynić raczył. (…)

W tej chwili panna Aleksandra weszła do komnaty. Kmicic zbliżył się szybko ku niej; lecz nagle wspomniał, co zaszło
w Kiejdanach, i jej twarz zimna przykuła go na miejscu, więc skłonił się w milczeniu z daleka. Miecznik stanął przed nią.
– Mamy jechać do Kiejdan! – rzekł.
– A to po co? – spytała.
– Bo książę hetman prosi… (…)
– Tak jest – rzekła panna – ale my do tego haniebnego domu nie powinniśmy dobrowolnie jechać. Niechże nas zbójcy biorą, wiążą i wiozą… Nie my jedni będziem cierpieli prześladowanie, nie nas jednych pomsta zdrajców dosięgnie; ale niech wiedzą, że wolimy śmierć niż hańbę. (…) Zwiążże nas, panie oficerze czy panie kacie, i przy koniach poprowadź, bo inaczej nie pojedziem! (…)
– Panno! za dwa pacierze masz być w kolasce, inaczej stryjaszek kulą w łeb dostanie! (…)
– A dokąd to, panie kawalerze? (…)
Kmicic cofnął się krokiem, jakoby widmo zobaczył.
– Pan… Wołodyjowski! – zakrzyknął.
– Do usług! – odparł mały człowieczek. (…)
Miecznik rosieński począł mówić:
– Ktokolwiek jesteście, rycerze, ratujcie obywatela, którego wbrew prawu, urodzeniu, urzędowi chcą aresztować i więzić. Ratujcie mości panowie bracia, wolność szlachecką!
– Nie bój się waść! – odparł Wołodyjowski – już dragoni tego kawalera w łykach, a ratunku on więcej teraz od waćpana potrzebuje. (…)

– Panie kawalerze – mówił Wołodyjowski zwracając się do Kmicica – nie masz do mnie szczęścia, bo ci drugi raz drogę zachodzę… (…) Gdyś pierwszy raz tę pannę porwał, wyzwałem cię na szable… (…) Dziś jużeś niegodzien, aby ci uczciwy człowiek pole dawał.
– A to czemu? – rzekł Kmicic.
– Boś zdrajca i renegat – odparł pan Wołodyjowski – boś żołnierzów zacnych, którzy się przy ojczyźnie oponowali, jako kat wycinał, bo waszym to dziełem ta nieszczęsna kraina pod nowym jarzmem jęczy!… Krótko mówiąc: obieraj śmierć, gdyż jako Bóg w niebie, twoja ostatnia godzina nadeszła. (…) Wziąć go – zakomenderował Wołodyjowski – wyprowadzić za wieś i kulą w łeb.
Ciężka ręka Butryma spoczęła na kołnierzu Kmicica, za nią dwie inne uczyniły toż samo. (…) …on też wyszedł spokojnie, nic już do nikogo nie mówiąc, jeno pacierz cicho szepcąc. (…)
– Panie Michale – rzekł nagle Zagłoba – skoczę obaczyć, czy nie ma przy tym nieszczęśniku jakich rozkazów hetmańskich? Pamiętacie, com przy Rochu Kowalskim znalazł?
– Siadaj waść na koń. (…)
Zanim upłynął kwadrans, za oknami rozległ się hurkot kół i tupotanie kopyt końskich po bruku, którym droga przed gankiem była wymoszczona. (…) Wtem drzwi rozwarły się na oścież i pan Zagłoba wpadł jak bomba do komnaty.

– Wstrzymałem egzekucję! – zakrzyknął. (…)
– Wstrzymałeś waćpan egzekucję? – pytał zdziwiony Wołodyjowski. – A to czemu? (…) Tu pan Zagłoba podał pismo Wołodyjowskiemu, ów zaś począł je czytać przerywając co chwila i spoglądając na towarzyszów, był to bowiem ów list, w którym Radziwiłł wymawiał gorzko Kmicicowi, że na jego natarczywe instancje uwolnił ich od śmierci w Kiejdanach. (…) Lecz zanim skończył, drzwi się otworzyły i żołnierze wprowadzili Kmicica.
– Wolny jesteś, panie kawalerze – rzekł od razu Wołodyjowski – i pókiśmy żywi, żaden z nas się na ciebie nie targnie. (…)
– Czekaj no jeszcze – rzekł Zagłoba – bo tu o ważną rzecz chodzi. Powiedz no, panie kawalerze, czy Radziwiłł przyrzekł ci, że nas oszczędzi, gdyś go o to w Kiejdanach prosił?
– Tak jest! – rzekł Kmicic. – Mieliście przez czas wojny w Birżach zostawać.
– Poznajże twojego Radziwiłła, który nie tylko ojczyznę, nie tylko króla, ale własnych sług zdradza. Oto jest pismo
do komendanta birżańskiego, którem znalazł przy oficerze nad konwojem komendę mającym. Czytaj!
To rzekłszy pan Zagłoba podał list hetmański Kmicicowi. Ów wziął go do rąk i począł przebiegać oczyma, a w miarę jak czytał, krew mu napływała do twarzy i rumieniec wstydu za swego wodza coraz silniej oblewał czoło. Nagle zmiął list w ręku i rzucił
na ziemię.
– Bądźcie zdrowi! – rzekł. – Lepiej mi było zginąć z rąk waszych! (…)
– Bóg z nim! – rzekł Wołodyjowski – radźmy teraz, co czynić.
– A cóż? siadać i jechać w drogę… Koniska też się trochę wydychały – odpowiedział Zagłoba. (…)

XXI

Tejże nocy, najdalej we dwie godziny po odjeździe oddziału Wołodyjowskiego, przybył do Billewicz na czele jazdy sam Radziwiłł, który Kmicicowi na odsiecz szedł bojąc się, by ten nie wpadł w ręce Wołodyjowskiego. Dowiedziawszy się, co zaszło, zagarnął miecznika wraz z Oleńką i do Kiejdan, nie wypocząwszy nawet koniom, wracał. (…) Po całej nocy spędzonej na koniu, w południe następnego dnia stanął hetman wraz z wojskiem na powrót w Kiejdanach i pierwsze jego pytanie było o Kmicica. Odpowiedziano mu, że wrócił, ale bez żołnierzy. (…)
– Nie udało ci się jako i mnie – rzekł, gdy Kmicic stanął przed nim. – Mówił mi już miecznik rosieński, żeś wpadł w ręce tego małego diabła.
– Tak jest! – rzekł Kmicic.
– I list mój cię wyratował?
– O którym liście wasza książęca mość mówisz? Bo oni, przeczytawszy sami ten, który znaleźli przy mnie, przeczytali mi
w nagrodę drugi, któryś wasza książęca mość do komendanta birżańskiego pisał…
Ponura twarz Radziwiłła pokryła się jakoby krwawym obłokiem. (…) …zerwał się z krzesła i rękoma począł bić powietrze, oczy wyszły mu na wierzch głowy, a z gardzieli wydobył się chrapliwy ryk, w którym Kmicic zaledwie zrozumiał słowo:
– Duszę się!… (…)
Cucono z godzinę, a gdy wreszcie począł dawać ślady życia, Kmicic wyszedł z komnaty. Na korytarzu spotkał Charłampa, który się był już podleczył z ran i stłuczeń otrzymanych w bitwie ze zbuntowanymi Węgrami Oskierki. (…)
– (…) Przywieziono dziś pana miecznika rosieńskiego!…
– A? to go przywieziono?
– A jakże, i z krewniaczką. Panna jako migdał! Powinszować waszej mości!
– Gdzież ich postawiono?
– W prawym skrzydle. Zacne pokoje im dano, nie mogą się skarżyć, chyba na to, że warta pode drzwiami chodzi. (…)

Kmicic pożegnawszy Charłampa udał się do siebie. (…) Wróciwszy do swych komnat rzucił się… na łoże i próbował zasnąć,
lecz mimo całego umęczenia nie mógł. (…) Na… rozmyślaniach upłynęła mu godzina jedna i druga, na koniec znużył się do reszty i drzemać począł siedząc na łożu, lecz nim zasnął, zbudził go dworzanin książęcy, pan Szkiłłądź, i wezwał do księcia. (…)
– Jeśli kazałem – rzekł po chwili książę – tych ludzi w Birżach egzekwować, którym na twoją prośbę przebaczyłem w Kiejdanach, to nie dlatego, żem cię chciał zwodzić, jeno by ci boleści oszczędzić. Uległem pozornie, bo mam dla ciebie słabość… A ich śmierć była konieczna. (…) Gdyby zginęli w Kiejdanach, nie byłoby tego wszystkiego. Aleś ty, prosząc za nich, o afektach własnych tylko myślał, ja zaś posłałem ich po śmierć do Birż, bom doświadczony, bo dalej widzę, bo wiem to z praktyki, że kto w pędzie chociaż
o mały kamień się potknie, ten łatwo upadnie, a kto upadnie, ten może się więcej nie podnieść, i tym snadniej, im przedtem biegł szybciej… (…)
– Wasza książęca mość niech z samym królem, nie z jego sługami, traktuje.
– Tak chcę uczynić… (…) Idź teraz, a przyślij mi Mieleszkę. Sprowadzono dziś zbiegów spod jego chorągwi, samych gemajnów. Każę mu ich powiesić co do jednego… Trzeba przykład dać… Bądź zdrów… Ma dziś być wesoło w Kiejdanach!… (…)

XXII

Miecznik rosieński ciężką miał przeprawę z panną Aleksandrą, zanim zgodziła się pójść na ową ucztę, którą hetman dla swych ludzi wyprawił. (…) Panna nie chcąc narażać stryja ustąpiła. (…) Tłumy, strojne w aksamity i lamy, i kosztowne futra, zapełniły salę tak zwaną „złotą”, a gdy książę ukazał się wreszcie, cały jaśniejący od drogich kamieni i z łaskawym uśmiechem na ponurej zwykle, a przy tym wyniszczonej teraz chorobą twarzy, pierwsi oficerowie zakrzyknęli jednogłośnie:
– Niech żyje książę hetman! Niech żyje wojewoda wileński! (…)
Byli wszelako i tacy, którzy trzęśli głowami albo wzrokiem mówili sobie wzajem: „Jesteśmy tu, bo nam nóż na gardło położono.” (…) Tłumy poczęły płynąć za księciem, jakoby rzeka, do tej samej sali, w której niedawno unia ze Szwecją została ogłoszona. Tam marszałek usadził wedle godności zaproszonych, wymieniając każdego z imienia i urzędu. Ale widać, że rozkazy książęce były i pod tym względem naprzód wydane, gdyż Kmicicowi dostało się miejsce między miecznikiem rosieńskim, a panną Aleksandrą. (…) …począł strzyc ku niej z ukosa, ale właśnie w tej chwili ona uczyniła toż samo, i oboje spuścili co prędzej oczy, upokorzeni ogromnie, jakoby na grzechu złapani. (…) Skruchy Oleńka może w twarzy kawalera nie dojrzała, ale dojrzała ból
i zmęczenie wielkie; dojrzała, że ta twarz była tak wybladła jak po chorobie… (…) Chwilami wydawało mu się, że kocha
tę dziewczynę obok siedzącą więcej niż świat cały, to znów taką do niej odczuwał nienawiść, że zadałby jej śmierć, gdyby mógł – jej, ale zarazem i sobie. (…)

Tymczasem nowy gość wszedł do sali. Książę ujrzawszy go zakrzyknął:
– To pan Suchaniec, od brata Bogusława! Pewno z listami?
Nowo przybyły skłonił się nisko.
– Tak jest, jaśnie oświecony książę!… Jadę prosto z Podlasia. (…)
…książę wziął z rąk pana Suchańca paczkę listów i począł pospiesznie łamać pieczęć pierwszego z brzegu.
– (…) Dobra nasza, mości panowie! Jan Kazimierz pobit pod Widawą i Żarnowem!… Wojsko go odstępuje! Sam on na Kraków się cofa, Szwedzi idą za nim. (…)
– Warszawa wzięta!… Niech żyje Karol Gustaw!
Tu dopiero spostrzegł, że wrażenie, jakie owe wiadomości wywierają na obecnych, jest zupełnie inne do tego, jakiego sam doznawał. Wszyscy bowiem siedzieli w milczeniu, spoglądając niepewnym wzrokiem przed siebie. (…) Panna Aleksandra przechyliła się przez Kmicica ku miecznikowi rosieńskiemu.
– Słabo mi – rzekła – chodźmy stąd.
Jakoż twarz jej była blada, a na czole lśniły krople potu. (…)
– To odejdź sama – odpowiedział miecznik. Panna wstała usiłując wymknąć się tak, aby niczyjej uwagi nie zwrócić; lecz sił jej brakło i chwyciła w niemocy za poręcz krzesła.
Nagle objęło ją silne rycerskie ramię i podtrzymało już prawie mdlejącą.
– Ja waćpannę odprowadzę! – rzekł pan Andrzej. (…)

XXIII

Tegoż wieczora, po skończonej uczcie, pan Andrzej pragnął koniecznie widzieć się z księciem, ale odpowiedziano mu, że książę zajęty jest tajemną rozmową z panem Suchańcem. Przyszedł więc nazajutrz z rana i natychmiast został przed oblicze pańskie przypuszczony.
– Wasza książęca mość – rzekł – przyszedłem z prośbą.
– Co chcesz, abym dla cię uczynił?
– Nie mogę tu dłużej żyć. Każdy dzień większa dla mnie męka. Nic tu po mnie w Kiejdanach. Niech wasza książęca mość wymyśli mi jaką funkcję, niech mnie wyśle, gdzie chce. (…)
– Ja funkcję dla ciebie mam – rzekł książę. – Pod Wilno cię nie puszczę ani chorągwi ci nie dam. Jeżeli zaś wbrew mojej woli postąpisz i zebrawszy watahę pojedziesz, to wiedz, że tym samym przestaniesz mi służyć.
– Ale ojczyźnie się przysłużę.
– Ten ojczyźnie służy, kto mnie służy. (…) Trzeba jechać w dalszą podróż…
– Dziś gotowym! (…)
– … ruszaj zaraz do Tykocina, do księcia Bogusława. (…) Pilnie uważaj na to, co mówię, bo chociaż oddasz mu moje listy, trzeba, żebyś umiał żywym słowem je poprzeć i wytłumaczyć wszystko, co się napisać nie da. (…) Wiem to dobrze, że książę Bogusław, chociaż i podpisał akt unii ze Szwecją tutaj w Kiejdanach, jednakże za stronnika ich nie uchodzi. (…) Od księcia Bogusława pojedziesz z moimi listami do samego Karolusa Gustawa. Ja tu nie mogę z grafem Magnusem do ładu dojść od czasu onej bitwy klewańskiej. (…) Listy moje królowi oddasz; gdyby się ciebie o klewańską potrzebę wypytywał, powiesz, jak prawda, nic
nie dodasz, nic nie ujmiesz. (…) Zresztą na wszystko zważaj, dawaj ucho, co tam w pobliżu królewskiej osoby mówią, i donoś
nie mnie, ale jeśli się nadarzy okazja, księciu Bogusławowi do Prus. (…) Musisz dotrzeć do pana marszałka koronnego Lubomirskiego, o którego bardzo mi chodzi, aby do naszych zamysłów przystąpił. Możny to człek i w Małopolsce siła od niego zależy. Gdyby on chciał szczerze stanąć przy Szwedach, tedyby Jan Kazimierz nie miał już co robić w Rzeczypospolitej. Królowi szwedzkiemu tego nie ukrywaj, że ode mnie do niego jedziesz, aby go dla Szwedów skaptować… (…) Ot! i wszystko, co miałem ci powiedzieć… Prócz tego oczy miej otwarte, uszy otwarte…
Kmicic skłonił się i wyszedł, a Radziwiłł począł oddychać głęboko. Rad był z wyjazdu Kmicica. (…)
– Jedźże, diable wcielony, i służ! – mruknął książę poglądając na drzwi, którymi odszedł chorąży orszański. (…)

XXIV

Kmicic zajął się bardzo czynnie przygotowaniami do drogi oraz wyborem ludzi, którzy mieli mu towarzyszyć, postanowił bowiem nie jechać bez pewnej asystencji, raz dla bezpieczeństwa własnego, a po wtóre, dla powagi swojej poselskiej osoby. (…) Ludzi wynalazł wreszcie sześciu pewnych, którzy dawniej jeszcze pod nim służyli… (…) Na czele ich stanął wachmistrz Soroka, dawny sługa Kmiciców, żołnierz stary i sprawny bardzo… Po obiedzie dał hetman panu Andrzejowi listy i glejt do komendantów szwedzkich… (…) …o zmroku już wszedł Soroka i spytał:
– Jedziemy, panie komendancie?
– Za godzinę! – odparł Kmicic. (…) Zegar bił siódmą z wieży. Na dziedzińcu konie stukały kopytami o kamienne płyty,
a przez okno widać było ludzi czekających w gotowości. (…) Pan Andrzej był znużony na duszy śmiertelnie i dlatego w tej chwili czuł się wobec tych nowych widoków i nowych ludzi bezsilnym… (…) …nacisnąwszy czapkę na głowę wyszedł ze stancji
na korytarz. (…) Nagle na korytarzu jakby go coś za włosy chwyciło… Owładnęła go taka chęć widzenia jej, przemówienia
do niej, że przestał rozmyślać: czy iść, czy nie iść, przestał rozumować i biegł, a raczej pędził z zamkniętymi oczyma, jakoby się chciał w wodę rzucić. (…)

– Przychodzę waćpannę pożegnać – rzekł – bo nie wiem, czy się w życiu jeszcze obaczym. (…) Daj ci Boże szczęście i spokojność. Grunt, żeby sobie winy odpuścić. Nie wiem, co mnie tam spotka, gdzie jadę… (…)
– Dajże Boże i waćpanu szczęście! – odrzekła panna Aleksandra. (…) Ja do waćpana nie chowam urazy – rzekła po chwili. (…)
– (…) Waćpanna masz mnie za zdrajcę… i to mnie najgorzej kole, bo jak zbawienia duszy mojej pragnę, tak nie byłem i nie będę zdrajcą!
– Już tego nie myślę!… – rzekła Oleńka. (…)
– Odpuszczam! odpuszczam! ja bym ci śmierć moją odpuścił!…
– Niechże waćpana Bóg prowadzi i nawróci na prawdziwą drogę, abyś zszedł z tej, po której błądzisz. (…)
Obfite łzy jak perły poczęły spadać jej z rzęs na policzki.
– Panie Andrzeju!… odstąp zdrajców!… a wszystko może być…
– Cicho!… a cicho!… – odrzekł Kmicic przerywanym głosem. (…) …na koniec zerwał się jak szalony i chwyciwszy za czuprynę wybiegł z komnaty krzycząc… (…) Przez okno widziała go jeszcze Oleńka, jak na koń siadał pospiesznie, potem siedmiu jeźdźców ruszyło. (…)

XXV

Kowno i cały kraj po lewym brzegu Wilii oraz wszystkie drogi zajęte były przez nieprzyjaciela, więc pan Kmicic, nie mogąc
na Podlasie jechać wielkim gościńcem idącym z Kowna do Grodna, a stamtąd do Białegostoku, puścił się bocznymi drogami
z Kiejdan wprost w dół, z biegiem Niewiaży, aż do Niemna, który przebywszy w pobliżu Wilków, znalazł się w województwie trockim. (…) Wszędy widział pan Andrzej opustoszałe miasteczka, popodpierane drągami okiennice dworów i całe wsie wyludnione. (…) Trzeciego dnia podróży zostawili za sobą daleko Niemen i weszli w kraj jeszcze lesistszy. (…) …nieco dalej,
w Pilwiszkach nad Szeszupą, zastał już pan Kmicic ludność spokojnie na miejscu siedzącą. (…) Z tego powodu postanowił pan Andrzej pozostać parę dni w Pilwiszkach, aby laudańska chorągiew miała czas odjechać jak najdalej. (…) Na drugi dzień przekonał się, że uczynił nie tylko roztropnie, ale i mądrze, albowiem zaledwie rano zdołał szaty przywdziać, gdy oberżysta stanął przed nim.
– Nowinę przynoszę waszej miłości – rzekł. (…) Okrutny dwór zjechał tu dziś rano i stanął w starościńskim domu. (…) Kmicic zerwał się na równe nogi.
– Co za książę koniuszy? książę Bogusław?…
– Tak jest, wasza miłość. Brat stryjeczny księcia wojewody wileńskiego.
Pan Andrzej aż w ręce klasnął ze zdziwienia.
– O, to się spotkamy!
Karczmarz zrozumiawszy, że jego gość jest znajomym księcia Bogusława, skłonił się niżej niż poprzedniego dnia i wyszedł z izby, a Kmicic począł ubierać się pośpiesznie i w godzinę później był już przed domem starościńskim. (…)

Kmicic oznajmił się oficerowi trzymającemu straż przed domem, kto jest i z czym jedzie, ten zaś poszedł zdać sprawę księciu.
Po chwili wrócił pośpiesznie z zawiadomieniem, iż książę pilno chce widzieć wysłannika hetmańskiego, i wskazując Kmicicowi drogę wszedł wraz z nim do domu. (…) Pan Andrzej wszedł i zatrzymał się w progu. Książę siedział przed lustrem ustawionym
w rogu komnaty i tak uważnie wpatrywał się w twarz swoją, świeżo widocznie powleczoną różem i bielidłem, że nie zwrócił uwagi
na wchodzącego. (…)
– A kto tam? Czy nie posłaniec od księcia wojewody?
– Nie posłaniec, ale od księcia wojewody! – odrzekł pan Andrzej. (…)
– (…) Waść jesteś dworzaninem księcia hetmana?
– Nazywam się Kmicic – odpowiedział pan Andrzej – a dworzaninem nie jestem, jeno pułkownikiem, od czasu jakem księciu hetmanowi własną chorągiew przyprowadził. (…)
– Siadaj, panie kawalerze – rzekł. – Rad cię bliżej poznam. A co tam słychać w Kiejdanach?
– Oto jest list księcia hetmana – odrzekł Kmicic. Pokojowi skończywszy zapinać książęce buty wyszli, a książę złamał pieczęć
i począł czytać. Po chwili na twarzy jego odbiła się nuda i zniechęcenie. Rzucił list przed lustro i rzekł:
– Nic nowego! (…) …czy waćpan masz jeszcze jakie listy?
– Do waszej książęcej mości co miałem, to oddałem, a oprócz tego mam do króla szwedzkiego. Czy waszej książęcej mości
nie wiadomo, gdzie go mam szukać? (…)
– (…) W Warszawie dowiesz się o wszystkim. Wedle mojego zdania musi Karol Gustaw o miastach pruskich pomyśleć, bo ich
za sobą nie może zostawiać. Kto by się spodziewał, że gdy cała Rzeczpospolita odstępuje pana, gdy wszystka szlachta łączy się ze Szwedem, gdy województwa poddają się jedne za drugimi – wówczas właśnie miasta pruskie, Niemcy i protestanci, nie chcą
o Szwedach słyszeć i do oporu się gotują. Oni chcą wytrwać, oni Rzeczpospolitą ratować i Jana Kazimierza utrzymać! (…)

Książę Bogusław stanął przed zwierciadłem i począł się przyglądać starannie własnej postaci, przy czym poruszał z lekka głową w prawo i lewo, to oddalał się od lustra, to zbliżał, to potrząsał puklami włosów, to strzygł oczyma z ukosa, nie zważając wcale
na Kmicica, który siedział w cieniu, odwrócony plecami do okna. Gdyby jednak był rzucił chociaż jedno spojrzenie na twarz pana Andrzeja, poznałby, iż w młodym pośle dzieje się coś dziwnego, twarz bowiem Kmicica była blada, na czoło osiadły mu gęste krople potu, a ręce drgały konwulsyjnie. (…)
– O naukę waszej książęcej mości proszę, bo też wstyd by mi było, gdybym się przy takich statystach niczego nie zdołał nauczyć. Nie wiem, czy wasza książęca mość raczysz mi szczerze odpowiedzieć?
– To będzie zależało od twego pytania i od mego humoru – odrzekł Bogusław nie przestając patrzeć w lustro. Oczy Kmicica błysnęły przez chwilę, lecz mówił dalej spokojnie:
– Owóż tak jest: książę wojewoda wileński wszystkie swe postępki dobrem i zbawieniem Rzeczypospolitej osłania. Już też
ta Rzeczpospolita z ust mu nie schodzi. Raczże mi wasza książęca mość szczerze powiedzieć: pozory-li to tylko konieczne czyli naprawdę książę hetman ma tylko dobro Rzeczypospolitej na celu?… (…)
- (…) Rzeczpospolitą diabli biorą, bo już tak bezsilna, na takie psy zeszła, że się nikomu nie może opędzić. Wszyscy lezą w jej granice jak przez rozgrodzony płot. To, co tu się ze Szwedami stało, nie przytrafiło się dotąd nigdy na świecie. (…) I taki kraj
nie ma zginąć? Na łaskawość się szwedzką oglądali! Będziecie mieć łaskawość! Już tam w Wielkopolsce Szwedzi szlachcie palce
w kurki od muszkietów wkręcają!… I tak wszędy będzie – nie może być inaczej, bo taki naród musi zginąć, musi pójść w pogardę
i w służbę do sąsiadów!… (…) Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągną Szwedzi, Chmielnicki, Hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem wojewodą wileńskim powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy ciągnąć, ale i sami ciągniemy. Niechaj Chmielnicki przy Ukrainie się ostaje, niech Szwedzi z Brandenburczykiem o Prusy i wielkopolskie kraje się rozprawiają, niech Małopolskę bierze Rakoczy czy kto bliższy. Litwa musi być dla księcia Janusza, a z jego córką – dla mnie!
Kmicic wstał nagle.
– Dziękuję waszej książęcej mości, to tylko chciałem wiedzieć! (…)

To rzekłszy Kmicic skłonił się i wyszedł. (…) Chwiejnym krokiem przeszedł przez podwórzec około warty złożonej z sześciu halabardników. Za kołowrotem stali jego ludzie z wachmistrzem Soroką na czele.
– Za mną! – rzekł Kmicic. (…) Do uszu Soroki dochodziły jeno oderwane wyrazy: „Truciciele, wiarołomcy, zdrajcy… Zbrodzień
i zdrajca… Obaj tacy…” (…) …przyszli do zajazdu. Kmicic zamknął się natychmiast w izbie i z godzinę nie dawał znaku życia.
A żołnierze tym czasem bez rozkazu ładowali wiuki i siodłali konie. (…) Jakoż pokazało się wkrótce, że Soroka dobrze znał swego pułkownika, bo nagle Kmicic ukazał się w sieni, bez czapki, w koszuli tylko i w hajdawerach. (…)
– Lej mi wodę na łeb! (…)
Soroka powtórzył czynność raz, drugi i chlustał wodą ze wszystkich sił, jakoby chciał płomień zagasić. (…) W pół godziny później ukazał się znowu, całkiem przybrany już jak do drogi: w wysokie jałowicze buty i łosiowy kaftan obciśnięty pasem skórzanym,
za którym zatknięta była krócica. (…) Żołnierze stanęli, on zaś zwrócił się ku nim.
– Gotowiście na śmierć? – spytał krótko.
– Gotowi – odpowiedzieli chórem orszańscy zabijakowie. (…)
– Musimy porwać księcia koniuszego! – rzekł Kmicic. I umilkł chcąc zbadać wrażenie, jakie szalona myśl uczyni na żołnierzy. A oni umilkli także i patrzyli w niego jak w tęczę, tylko wąsiska ruszały im się i tylko twarze stały się groźne i zbójeckie.
– Pal blisko, nagroda daleko! – rzekł Kmicic. (…)
– Wasza miłość swoją głowę stawi, czemu my nie mamy naszych postawić? – odparł Soroka. (…)

Kmicic oznajmił się, jak i poprzednio, przez dyżurnego oficera, który po chwili wrócił i wezwał go do księcia.
– Jak się masz, kawalerze? – rzekł wesoło książę. (…) Skorzystam i ja z ciebie, bo ci dam kilka listów do różnych znacznych osób
i do samego króla szwedzkiego. (…) Ot! masz listy, a oprócz tego, jak zobaczysz jego szwedzki majestat, tedy wyznaj mu niby poufnie, żem w duszy taki sam jego stronnik jak i mój stryjeczny, jeno do czasu muszę symulować.
– Kto nie musi symulować! – odparł Kmicic. – Symuluje każdy, zwłaszcza jeśli chce czegoś znacznego dokonać. (…)
Książę Bogusław spojrzał ze zdziwieniem na młodego rycerza.
– E, to widzę, Kmicicowie naprawdę nie z tych, co ludziom w ręce patrzą. O co tedy idzie, panie kawalerze?
– Rzecz jest taka, wasza książęca mość! nie rozmyśliwszy się dobrze w Kiejdanach, wziąłem ze sobą konia wielkiej krwi, żeby to się przed Szwedami pokazać. (…) Umyśliłem tedy prosić, waszą książęca mość, abyś go raczył na przechowanie wziąść
i zażywać, póki się sposobniejszą porą o niego nie upomnę. (…)
– (…) Chętnie go przechowam, chociaż jeśli mi się uda, wolałbym kupić. Ale gdzież się owo dziwo znajduje?
– A ot, przed kołowrotem ludzie go trzymają! (…)
– To pójdźmy obaczyć.
– Służę waszej książęcej mości.
– To ten! zgaduję! – rzekł książę Bogusław. – Nie wiem, czy takie dziwo, jakeś mówił, ale istotnie zacny koń. (…)
– A ścigła szkapa?
– (…) Jeśli wasza książęca mość raczy spróbować i jeśli się na dwóch stajach choć o pół łba wysunie, to go darmo oddam. (…) Ruszymy naprzód szeregiem, i jeśli wasza książęca mość pozwoli, to w drugą stronę, ku lasowi. Droga tam równa i szeroka,
a ku miastu mogłyby nam jakowe wozy przeszkadzać. (…)
– Stawać! – rzekł książę. – Ruszaj!… Z miejsca w skok!… Marsz!
Szereg pomknął i po pewnej chwili szedł jak wicher. (…) …nagle Kmicic zwrócił się, a widząc za sobą jeno tumany kurzu,
przez które zaledwie było widać dwór starościński, a wcale stojących przed nim ludzi, krzyknął straszliwym głosem:
– Bierz go! (…)
– Co to jest? łotry!… Nie wiecie, ktom jest!… – krzyknął wreszcie. Wtem Kmicic trącił go lufą od krócicy między łopatki.
– Na nic opór, bo kula w krzyż! – zakrzyknął.
– Zdrajco! – rzekł książę.
– A ty kto? – odparł Kmicic. I mknęli dalej. (…)

XXVI

Biegli długo borem, pędząc tak, że sosny przydrożne zdawały się uciekać w tył w popłochu; mijali karczmy, chaty pobereżników, smolarnie, a czasem wozy ciągnące pojedynczo ku Pilwiszkom. (…) Na koniec trzeba było zwolnić, bo ludziom i koniom tchu zbrakło, a Pilwiszki pozostały tak daleko, że wszelka możliwość pogoni znikła. (…)
– Dokąd mnie prowadzicie?
– Dowiesz się wasza książęca mość na końcu drogi – rzekł Kmicic. (…) Niecierpliwość odbiła się na twarzy księcia Bogusława.

– Niezbyt rozmownyś, panie chorąży orszański – rzekł – ale odpowiedz mi przynajmniej szczerze na jedno pytanie: zaliś już jechał do mnie na Podlasie z gotowym zamiarem targnięcia się na moją osobę czy-li też później, w ostatniej chwili, przyszło ci to do głowy.
– Na to mogę szczerze waszej książęcej mości odpowiedzieć, bo i mnie samego w gębę pali, abym wam powiedział, dlaczego porzuciłem waszą stronę i pókim żyw, póki mi tchu w gardzieli stanie, więcej do niej nie wrócę. Książę wojewoda wileński mnie zwiódł i naprzód na to mnie wyciągnął, żem mu na krucyfiksie zaprzysiągł, jako go nie opuszczę do śmierci…
– A to pięknie dotrzymujesz… Nie ma co mówić!…
– Tak jest! – zawołał gwałtownie Kmicic. – Jeślim duszę stracił, jeśli muszę być potępiony, to przez was… Ale miłosierdziu boskiemu się oddaję… i wolę duszę stracić, wolę gorzeć wiekuiście niż dłużej grzeszyć świadomie i dobrowolnie, niż dłużej służyć wiedząc, że grzechowi i zdradzie służę. Niech Bóg zmiłuje się nade mną… Wolę gorzeć! Wolę stokroć gorzeć… bo i tak bym gorzał, gdybym przy was został. Nie mam nic do stracenia… Ale to przynajmniej na sądzie boskim powiem: „Nie wiedziałem, na com przysięgał, a gdym zmiarkował, że na zdradzie ojczyźnie, na zgubę imieniowi polskiemu przysiągłem, tedym przysięgę złamał… Teraz mnie, Panie Boże, sądź!” (…) O zdrajcy! O arcypiekielnicy! O parrycydowie!… Jakże to piorun was dotąd nie pobił? Jakże to ziemia was dotąd nie pożarła?… To z Chmielnickim, ze Szwedami, z elektorem, z Rakoczym i z samym diabłem na zgubę tej Rzeczypospolitej się zmawiacie?… To płaszcz z niej chcecie sobie wykroić? Zaprzedać? Rozdzielić? Rozerwać jako wilcy tę matkę waszą. (…)

Tymczasem zbliżyli się do budowli leżącej przy drodze, na cyplu lasu. Nie była to karczma, ale kuźnia i kołodziejnia zarazem… (…) …stanęli. Kmicic zatknął za pas krócicę, zeskoczył z kulbaki i oddawszy bachmata w ręce Soroki chwycił znów za cugle książęcego konia, którego zresztą Lubieniec nie popuszczał z ręki z drugiej strony.
– Wasza książęca mość zechce zejść z konia! – rzekł pan Andrzej.
– A to czemu? Będę jadł i pił z kulbaki – rzekł książę pochylając się ku niemu.
– Proszę na ziemię! – zawołał groźnie Kmicic.
– A ty w ziemię! – krzyknął straszliwym głosem książę i wyrwawszy z szybkością błyskawicy krócicę zza pasa Kmicica, huknął mu w samą twarz. (…) Zanim inni mogli zrozumieć, co się stało, zanim odetchnęli, zanim okrzyk zgrozy zamarł na ich wargach, Bogusław roztrącił ich jak burza, wypadł z majdanu na drogę i pomknął wichrem ku Pilwiszkom. (…) Wówczas wachmistrz zwrócił się do kowala i jego pomocników, którzy patrzyli aż dotąd z niemym przerażeniem na to, co się stało, i zawołał:
- Wody!
Kowalczuki skoczyli ciągnąć żurawia, a Soroka klęknął przy leżącym nieruchomie panu Andrzeju. (…) Dotykał długo i ostrożnie, po czym mruknął:
– Głowa cała… (…)
KONIEC TOMU PIERWSZEGO


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]