Więcej wart jest cierpliwy niż bohater, a ten, kto opanowuje siebie samego, więcej znaczy niż zdobywca miasta. [Przyp. 16; 32]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1885



CAŁY ROK [Mentona - San Remo - Warszawa - Reichenhall - Falkenstein - Kaltenleutgeben]


["POTOP"] – kontynuacja pracy rozpoczętej w 1884 r.
********************************************************************************************************
TOM II

********************************************************************************************************

I

Wierny Soroka wiózł swojego pułkownika przez lasy głębokie, sam nie wiedząc, dokąd jechać, co począć, gdzie się obrócić. Kmicic nie tylko był ranny, ale i ogłuszony wystrzałem. (…) …w godzinę później Kmicic otworzył oczy i z ust jego wydobyło się jedno słowo:
– Pić!
Soroka przytknął blaszankę z czystą wodą do jego warg, lecz pokazało się, że otwarcie ust sprawia panu Andrzejowi ból nieznośny – i nie mógł pić. (…) Zachodzące słońce, przenikając skośnymi promieniami w gęstwinę, przesycało złotymi blaskami mrok leśny i bramowało czerwone pnie sosen. (…) …w dali ukazała się smuga czerwonawego, przesyconego płomieniem dymu, około której skakały iskry tlejącego pod ziemią ogniska. Zbliżywszy się ujrzeli żołnierze chatę, studnię i dużą szopę, zbitą
z bierwion sosnowych. Konie, zmęczone drogą, poczęły rżeć – liczne rżenia odpowiedziały im spod szopy, a jednocześnie
przed jezdnymi stanęła jakaś postać ubrana w kożuch przewrócony wełną do góry.
– A siła koni? – spytał człowiek w kożuchu.
– Chłopie! Czyja to smolarnia? – rzekł Soroka. (…)
– Jedźcie w swoją drogę, nic tu po was!
– Zamknij pysk i do chaty prowadź, póki prosim. A nie widzisz, chamie, że rannego wieziem! (…) Tak rozmawiając weszli do chaty, w której na kominie palił się ogień, a z garnków postawionych na trzonie rozchodził się zapach duszonego mięsiwa. (…)
– To tu jakaś kompanija mieszka – mruknął do towarzyszów. – Podsypać rusznice i czuj duch! Tego chama pilnować,
by nie umknął. (…) …żołnierze złożyli śpiącego pana Andrzeja na tapczanie – po czym sami zasiedli do wieczerzy i jedli chciwie duszone mięsiwo wraz z bigosem, którego obszerny sagan znalazł się na kominie. (…) Na wypadek gdyby nieobecni mieszkańcy tej chaty wrócili, nie można było spodziewać się od nich nie tylko gościnności, ale nawet miłosierdzia; zamierzył więc Soroka zająć zbrojną ręką chatę i trzymać się w niej przemocą lub drogą układów. Było to konieczne i ze względu na zdrowie Kmicica,
dla którego podróż mogła stać się zgubną, i ze względu na wspólne wszystkich bezpieczeństwo. (…)

W chacie uczyniło się cicho, jeno świerszcze rozpoczęły zwykłą muzykę, w przyległej komórce myszy chrobotały
w nagromadzonych tam rupieciach… (…) Soroka też począł drzemać, ale wnet zbudziło go ciche pukanie do drzwi chaty. Czujny żołnierz otworzył oczy natychmiast i zerwawszy się na równe nogi, wyszedł z chaty.
– A co tam?
– Panie wachmistrzu, smolarz uciekł. (…)
– Nie będziem się kładli, trzeba czuwać do rana: lada chwila kupa nadejść może. (…)
Z wolna brzask począł przechodzić w świtanie, białe i blade światło jęło wsiąkać w siebie różowe i złote blaski, na koniec nastał dzień zupełny i oświecił znużone twarze żołnierzy śpiących twardym snem pod chatą. Wtem drzwi się otwarły, Kmicic ukazał się w progu i zawołał:
– Soroka! bywaj! (…)
Soroka opowiedział pokrótce, co się stało. Kmicic słuchał nad podziw spokojnie, jeno oczy poczęły mu gorzeć… (…)
– A gdzie to moje listy? – spytał. (…) Soroka podał skórzany pas podszyty irchą, w której były ściągane na sznurki kieszenie. Kmicic rozciągnął je i wydobył pośpiesznie papiery.
– To glejty do komendantów szwedzkich, a gdzie listy? – rzekł pełnym niepokoju głosem. (…) Kmicic pozostał sam w izbie
i począł rozmyślać nad własnym położeniem, które nie było godne zazdrości. (…) Gdyby miał choć owe listy, to choćby się nimi do konfederatów nie wkupił, miałby przynajmniej przez nie księcia Janusza w ręku, boć owe listy mogły podkopać kredyt hetmana nawet u Szwedów… Więc za ich cenę można by było Oleńkę uratować… (…)
– Zdrajcam dla Radziwiłłów, zdrajca dla Oleńki, zdrajca dla konfederatów, zdrajca dla króla!… Zgubiłem sławę, cześć, siebie, Oleńkę!… (…)
Oczy pana Andrzeja płonęły gorączką, wargi miał spiekłe i drżał cały jak we febrze; rękoma wymachiwał i gadając ze sobą głośno chodził, a raczej biegał po izbie, potrącał nogami tapczany, aż wreszcie rzucił się jeszcze raz na kolana.
– Natchnijże mnie, Chryste, co mam czynić, abym zaś nie oszalał!
Wtem doszedł go huk wystrzału, który echo leśne odrzucało od sosny do sosny, aż przyniosło jakoby grzmot do chaty. (…)

II

Nastała cisza, ale wkrótce w przyległych chaszczach zaczęło coś łopotać, jakoby dziki szły, jednakże łopot ów im był bliższy, tym stawał się wolniejszy. (…)
– Ilu ich tam jest? – spytał Kmicic.
– Będzie ze sześciu, a może i ośmiu, bom ich też nie mógł dobrze zliczyć – odparł Soroka. (…) …trzymając jedną dłonią muszkiet oparty o kulbakę stojącego przed nim konia, drugą dłoń zwinął w kształcie trąbki koło ust i począł krzyczeć:
– A pokaż no się który z chaszczów… (…)
– Toście wy żołnierze?
– Juści, nie zbóje.
– A spod jakiej chorągwi?
– A cóżeś to, hetman? Nie tobie się będziem sprawiali. (…)
Po chwili z zarośli, odległych na sto kroków, wynurzyło się dwóch ludzi wysokich i pleczystych. (…) Nagle Kmicic wysunął się naprzód. (…)
– A gdzie drugi syn, panie Kiemlicz? – spytał pan Andrzej – czy aby nie poległ? (…)
…wtem syn, który jako młodszy miał wzrok bystrzejszy, zerwał nagle czapkę z głowy.
– O dla Boga! Jezu!… Ociec, to pan pułkownik! – zakrzyknął. (…) Z zarośli ukazało się jeszcze kilku ludzi, między którymi drugi syn starego i smolarz… (…)
– (…) Proszę waszą miłość do chaty, bo tu chłód kąsa. Dla Boga! taki gość, taki gość! (…)
Stary Kiemlicz mówił dziwnie prędkim i narzekającym głosem, a mówiąc rzucał szybkie i niespokojne spojrzenia na wszystkie strony. (…) Dla Kmicica z każdą chwilą stawał się uniżeńszy, w miarę jak odzywała się w nim służbistość dla dawnego wodza, bojaźń, a może admiracja albo i przywiązanie. (…)

– Kiemlicz! a gdzie to moje konie?
– O Jezu! słodki Jezu! – jęknął stary. – Zołtareńkowi ludzie zabrali, pobili nas, poranili, rozproszyli, gnali szesnaście mil, ledwieśmy z życiem uszli. (…)
W tej chwili weszli dwaj synowie starego: Kosma i Damian, bliźniacy… (…) Kmicic patrzył na dwóch budrysów stojących pode drzwiami, jakoby toporem z gruba z pni wyciosanych, nagle spytał:
– Co wy teraz robicie?
– Konie bierzem! – odrzekli jednocześnie bliźniacy.
– Komu?
– Komu popadnie. (…)
– Mości Kiemlicz – rzekł – gdzie tu najbliżej stoją te chorągwie, które się przeciw księciu wojewodzie wileńskiemu zbuntowały? (…)
– Mówią, że w Szczuczynie jedna chorągiew stanie na kwaterach, ta, która ostatnio tędy ze Żmudzi przechodziła. (…)
– Kto ją prowadził?
– Pan Wołodyjowski.
– To dobrze. (…)
– (…) Mości Kiemlicz, masz tu na czym pisać?
– Bodaj, że się znajdzie – odparł stary. (…)
– Ruszaj sobie, mości Kiemlicz – rzekł – i ostaw mnie. Stary wyszedł z izby, a pan Andrzej zaraz rozpoczął pisać.

„Wypowiadam służbę W. X. Mości, bo zdrajcom i zaprzańcom nie chcę dłużej służyć. A żem przysiągł na krucyfiksie, że W. X. Mości nie opuszczę, to mnie Bóg z tego rozgrzeszy – choćby zasię i potępił, wolę gorzeć za błąd mój niżeli za jawną i rozmyślną zdradę ojczyzny i Pana mego. (…) Listy W. X. Mości mam, które W. X. Mość nie tylko u króla polskiego, ale i u Szwedów pogrążyć mogą, bo w nich zdrada Rzeczypospolitej jawna, jako i to, że Szwedów też gotowiście odstąpić, byle im się noga posunęła. (…) Tedy
W. X. Mości zapowiadam tak: jeśliby tam włos miał spaść z tych głów, które miłuję, a które w Kiejdanach ostały, owe listy
i dokumenta do pana Sapiehy odsyłam, a kopie drukować każę i po kraju rozrzucę. (…) Chce się W. X. Mości korony, jeno
nie wiem, czy wówczas będzie ją na co włożyć, gdy głowa od polskiego lub szwedzkiego topora upadnie. (…) Bogu bym
W. X. Mość polecił, gdyby nie to, że sam diabelskie auxilia nad Boskie przedkładasz. – Kmicic.” (…)

Tu zerwał się pan Kmicic i począł chodzić po izbie. (…) Wierzył tylko głęboko, że czyni to, co uczynić powinien, że słuszność
i sprawiedliwość, zatem i Bóg, będzie z nim. To napawało go ufnością bez miary i granic. Uczyniło mu się na duszy lżej znacznie. (…) …napisał… krótki list do Wołodyjowskiego w następujących słowach:

„Mości pułkowniku! Niżej podpisany przyjaciel ostrzega, abyście się mieli na baczności, tak W. M. Pan, jak i inni pułkownicy. Były listy hetmańskie do X. Bogusława i p. Harasimowicza, aby Waszmościów truć lub chłopom na kwaterach kazać mordować. Harasimowicza nie ma, bo z X. Bogusławem do Prus, do Tylży, wyjechał, ale podobne rozkazy mogą być i do innych ekonomów. Tych się Waszmościowie strzeżcie, więc nic od nich nie przyjmujcie i po nocach bez straży nie sypiajcie. (…) Kmicica samego
nie ma, któremu hetman jakąś inną funkcję obmyślił, bo podobno już mu nie ufa. Któren też nie jest taki zdrajca, jak powiadają, jeno uwiedziony. Bogu was polecam. – Babinicz."

Pan Andrzej nie chciał kłaść pod listem własnego nazwiska, sądził bowiem, że ono w każdym musi wzbudzić wstręt, a zwłaszcza nieufność. (…) Babiniczem zaś nazwał się pan Andrzej od miasteczka Babinicze, leżącego niedaleko Orszy, które od prastarych czasów do Kmiciców należało. (…)

Tu kolana poczęły się giąć jakoś pod panem Andrzejem, aż wreszcie ukląkł przed tapczanem i począł się modlić głośno, i prosić
z całej duszy i serca:
– Jezu Chryste, Panie miły – mówił – jakoś się na krzyżu nad łotrem ulitował, tak zlituj się i nade mną. Oto pragnę obmyć się
z grzechów moich, nowy żywot rozpocząć i ojczyźnie poczciwie służyć, ale nie wiem jak, bom głupi. Służyłem tamtym zdrajcom, Panie, też nie tyle ze złości, ale jako właśnie z głupoty; oświeć mnie, natchnij, pociesz w desperacji mojej i ratuj w miłosierdziu swoim, bo zginę… (…)

Nastała cisza w izbie i tylko mocny szum pobliskich sosen dochodził z zewnątrz. (…) Kmicic powstał nagle od tapczana, a twarz miał jasną i spokojną; szedł prosto ku drzwiom i otworzywszy drzwi od sieni, rzekł do żołnierzy:
– Konie mieć gotowe, w drogę czas! (…)

III

…stary Kiemlicz poszedł do chaty rozumując, że Kmicic będzie go potrzebował.
– Wasza miłość chce jechać? – rzekł wchodząc.
– Tak jest. Wyprowadzisz mnie z lasu. (…)
– (…) A dokąd wasza miłość chce jechać?
– Do króla jegomości. (…)
– To wasza miłość chyba nie wie, co ludzie powiadają, że król jegomość na Śląsk się schronił, bo go wszyscy opuścili. Kraków nawet w oblężeniu.
– Pojedziem na Śląsk. (…)
– Pojedziem z waszą miłością wszędy, przeprowadzim przez Szwedów i przez hultajów… (…) Co wasza miłość teraz rozkaże? – zapytał Kiemlicz.
– Naprzód są dwa listy, potrzebujące prędkiej ekspedycji. (…) …potem o tym, a teraz słuchaj mnie pilno, Kiemlicz!
– Zważam wszystkim rozumem, wasza miłość.
– Ogłosili mnie – rzekł Kmicic – w całej Rzeczypospolitej za okrutnika i hetmańskiego zaprzedańca albo zgoła szwedzkiego. Gdyby król jegomość wiedział, ktom jest, mógłby mnie nie ufać i intencją moją wzgardzić, która jeżeli nie jest szczera, Bóg widzi! Uważaj, Kiemlicz!
– Uważam, wasza miłość.
– Tedy nie nazywam się Kmicic, jeno Babinicz, rozumiesz? Nikt nie ma mego prawdziwego przezwiska wiedzieć. (…)
– Rozumiem, wasza miłość. (…)

Kiemlicz wyszedł i w godzinę później siedzieli już wszyscy na koniach, gotowi ruszyć w daleką drogę. (…) Żołnierze poglądali
ze zdziwieniem na swojego pułkownika, czyniąc sobie po cichu różne o nim uwagi. Dziwno im było, że to już pan Babinicz, nie pan Kmicic, że go mają z waszecia traktować, a najbardziej ruszał na to ramionami i wąsami stary Soroka… (…)
– Ruszaj! – krzyknął nagle pan Babinicz. Zaklaskały bicze, jeźdźcy otoczyli stadko koni, które zbiły się w kupę, i ruszono. (…)

IV

Idąc samą granicą między województwem trockim a Prusami, szli przez lasy obszerne i bezdroża, Kiemliczom tylko znajome,
aż weszli do Prus i dotarli do Łęgu… (…) Nie dopytując się o nic i tylko nadstawiając bacznie ucha dowiedział się pan Babinicz,
że Prusy Królewskie i możne w nich miasta stanowczo opowiedziały się po stronie Jana Kazimierza i już układ z elektorem zawarty, aby się wspólnie przeciw każdemu nieprzyjacielowi bronić. (…) Do Szczuczyna samego nie chciał jednak pan Andrzej jechać, a to z tej okazji, że dowiedział się, iż w mieście stoi kwaterą jedna chorągiew konfederacka, której pułkownikuje pan Wołodyjowski. (…) …nie chciał napotkać teraz słynnego pułkownika, albowiem sądził, że nie mając innych dowodów, prócz słów, nie zdoła go przekonać o swoim nawróceniu i szczerości intencyj. (…) …nie dojeżdżając Wąsoszy, zatrzymali się w przydrożnej karczmie, „Pokrzyk” zwanej, i roztasowali się na nocleg, który obiecywał się być wygodny, bo w karczmie prócz karczmarza Prusaka nie było nikogo z gości. Lecz zaledwie Kmicic z trzema Kiemliczami i Soroką zasiedli do wieczerzy, gdy z zewnątrz dał się słyszeć hurkot kół i tętent koni. (…) Na pierwszy rzut oka łatwo było poznać, że to jakiś personat nadjeżdża. (…) Sam pan był to człowiek bardzo jeszcze młody, choć personat, lat ledwie dwudziestu kilku. (…)

– Prosim bardzo wdzięcznie waszą mość, choć i nie mamy na co prosić, bo jeno grochem z kiełbasą możem częstować. (…)
– Skądże to rodem, proszę?
– Z zaścianka, z województwa trockiego.
– Nic to, że z zaścianka, byle szlachcic, bo to grunt. A co tam słychać na Litwie?
– Po staremu, zdrajców nie brak.
– Zdrajców? mówisz waćpan. A cóż to, proszę, za zdrajcy?
– Ci którzy króla i Rzeczypospolitej odstąpili. (…)
– (…) Czemu to, czując krzywdy ojczyzny i pana miłościwego, nie pójdziesz do onych zacnych żołnierzów na Podlasie i pod znak się nie zaciągniesz? (…)
– Wasza mość wybaczy – rzekł wesoło Kmicic – bo właśnie nie wiem, przed kim stoję.
Młody pan wziął się pod boki:
– Jestem pan Rzędzian z Wąsoszy – rzekł z dumą. Kmicic otwierał już usta, ażeby powiedzieć swoje przybrane nazwisko,
gdy wtem Biłous wszedł spiesznie do izby. (…)
– Proszę waszmości, ludzie jacyś jadą.
– Skąd?
– Od Szczuczyna. (…)
Usłyszawszy to pan Andrzej zakręcił się po izbie i usiadł w najciemniejszym jej kącie, gdzie okap komina rzucał gruby cień na róg stołu, a tymczasem sprzed sieni doszedł tętent i parskanie koni i po chwili kilku ludzi weszło do izby. Idący na czele, chłop olbrzymi, stukał drewnianą nogą w luźne deski, którymi izba była wyłożona. Kmicic spojrzał nań i serce zabiło mu w piersiach. Był to Józwa Butrym, zwany Beznogim. (…)

– Czyi to ludzie? – spytał Rzędzian.
– A ktoś waćpan sam?
– Starosta z Wąsoszy. (…)
– Czołem, wielmożny panie… Po ciemku nie można godności rozeznać.
– Czyi ludzie? – powtórzył Rzędzian biorąc się w boki.
– Laudańscy, z chorągwi dawniej billewiczowskiej, a dziś pana Wołodyjowskiego. (…)
– Bogu chwała, Bogu chwała! – powtórzył uradowany pan starosta. – A jacyż to pułkownicy z panem Wołodyjowskim? (…)
– …jest pan Oskierko, pan Kowalski, dwóch panów Skrzetuskich.
– Jakich Skrzetuskich? – zakrzyknął Rzędzian. – Zali jeden z nich nie pan Skrzetuski z Burca?
– Tego nie wiem skąd – odparł Butrym – jeno wiem, że to jest pan Skrzetuski zbarażczyk.
– Rety! to mój pan! (…)
Dawny pan Kmicic kazałby go w tej chwili porwać i końmi włóczyć, lecz dzisiejszy pan Babinicz przemógł się. Owszem, niepokój go ogarnął na myśl, że jeżeli szlachta go pozna, mogą stąd wypaść rozmaite dla dalszej podróży i całego przedsięwzięcia niebezpieczeństwa… Postanowił więc nie dać się poznać i coraz głębiej zasuwał się w cień; wreszcie oparł się łokciami o stół
i wziąwszy głowę w dłonie, począł udawać, że drzemie. Lecz jednocześnie szepnął do siedzącego obok Soroki:
– Ruszaj do stajni, niech konie będą w pogotowiu. Jedziemy na noc!
Soroka wstał i wyszedł. (…)

…w tej chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich Soroka, którego Kmicic posłał był, by konie do drogi gotowano. Światło z komina padało wprost na srogą twarz wachmistrza; Józwa Butrym spojrzał na niego, popatrzył długą chwilę, po czym zwrócił się
do Rzędziana i rzekł:
– Czy to waszej wielmożności człowiek?… Ja jego skądści znam!
– Nie – odparł Rzędzian – to szlachta, która z końmi na jarmark jedzie.
– A dokąd jedziecie? – pytał Józwa.
– Do Soboty – odparł stary Kiemlicz.
– Gdzie to jest?
– Niedaleko Piątku. (…)
Kmicic obawiając się, żeby jaka zwada z tej rozmowy nie wynikła, rzekł nie ruszając się z ciemnego kąta:
– Nie sierdź się, mości żołnierzu, bo Piątek i Sobota są takie miasta, jako i inne, w których się jarmarki jesienne na konie odbywają. (…)
Słysząc to Józwa nie rzekł ani słowa, jeno zbliżył się do komina, wyciągnął palącą się głownię i trzymając ją wysoko nad głową, poszedł wprost do Kmicica i zaświecił mu w oczy. (…)

– Jezus Maria!! – zakrzyknął Butrym – to Kmicic! (…)
To rzekłszy chwycił za kark pana Andrzeja, a pan Andrzej chwycił jego… (…) Józwie oczy wylazły na wierzch, rękojeścią swego rapiera chciał strzaskać Kmicicową rękę i nie zdążył, bo go wpierw Kmicic głownią swej szabli w czuprynę gruchnął. Palce Józwy, trzymające kark przeciwnika, otworzyły się od razu, a sam zachwiał się i w tył przeważył pod ciosem. Kmicic popchnął go jeszcze, by mieć do cięcia pole, i całym rozmachem przez pysk szablą go chlasnął. Józwa padł na wznak, jak dąb, czaszką uderzywszy o podłogę. (…) Zawierucha przewaliła się od stołu w drugi koniec izby. Laudańscy bronili się z wściekłością,
lecz od chwili, w której Kmicic obaliwszy Józwę skoczył w ukrop i zaraz rozciągnął drugiego Butryma, zwycięstwo poczęło się przechylać na jego stronę. (…) Tymczasem karczmarz przesunął się cicho wedle walczących z wiadrem wody w ręku i chlusnął
na ogień. W izbie nastała ciemność zupełna; walczący zbili się w kupę tak ciasną, że jeno pięściami mogli się grzmocić; przez chwilę krzyki ustały, słychać było tylko zdyszane oddechy i bezładny tupot butów. (…)
– Poddajcie się! – krzyczał stary Kiemlicz zapuszczając ostrze swej szabli między szprychy woza i bodąc na oślep ukrytych
pod nim ludzi.
– Stój! poddajem się! – odpowiedziało kilka głosów. (…)

Czeladź Rzędzianowa rzuciła się konie co duchu do wozów zakładać, Kmicic zaś zwrócił się znów do pana starosty:
– Bierz tych wszystkich rannych i zabitych, którzy się znajdą, odwieź ich panu Wołodyjowskiemu i powiedz mu ode mnie, żem mu nie wróg, a może i lepszy przyjaciel niż myśli… (…) Powiedz jeszcze panu Wołodyjowskiemu, żeby się kupy trzymali, że Radziwiłł, niech jeno się jazdy od Pontusa doczeka, to wnet ruszy na nich. (…) Choć to Kmicic mówi, choć Kmicic ostrzega, niechże mu wierzą… (…)
W godzinę później Rzędzian wraz ze swymi wozami, z czeladzią, trochę jeno poturbowaną, jechał spokojnie ku Szczuczynowi odwożąc trzech zabitych i resztę rannych, między którymi Józwę Butryma z przeciętą twarzą i rozbitą głową. (…) Do Kmicica nikt nie śmiał przystąpić ani pytać go o cokolwiek, bo młody pułkownik jechał chmurny jak noc. I gryzł się strasznie, że tych ludzi musiał pobić, obok których rad by w szeregu jak najprędzej stać. (…)

V

Rzędzian nie miał zamiaru zostawać na noc w „Pokrzyku”, bo z Wąsoszy do Szczuczyna było niedaleko… Gdy więc Kmicic pozwolił mu jechać dalej, nie tracił Rzędzian czasu i w godzinę później wjeżdżał już do Szczuczyna późną nocą… (…) Przespawszy się
pod ciepłą wilczurą, doczekał Rzędzian ranka i zaraz udał się do pana Wołodyjowskiego, który nie widziawszy go od wieków, przyjął radośnie i zaraz poprowadził do kwatery panów Skrzetuskich i pana Zagłoby. (…) …Rzędzian począł opisywać szczegółowo bitkę w „Pokrzyku”, niczego nie opuścił, a gdy wreszcie powiedział i to, co mu Kmicic powiedzieć rozkazał, zdumieli się okrutnie towarzysze.
– Onże sam to mówił? – pytał Zagłoba.
– Sam - odrzekł Rzędzian. – „Ja (powiada) panu Wołodyjowskiemu ani konfederatom nie wróg, choć inaczej myślą. Później to się pokaże, a tymczasem niech się kupy, na miły Bóg, trzymają, bo ich wojewoda wileński jako raki ze saka wybierze.” (…)
– Widzieliście kiedy takiego człowieka? – pytał Zagłoba poglądając na towarzyszów.
– Że w nim jest zło z dobrym pomięszane jak plewy z ziarnem, to pewna – rzekł Jan Skrzetuski – ale żeby w tej radzie, jaką nam teraz daje, była jakowa zdrada, temu wprost neguję. (…)
…drzwi się otworzyły i wszedł pachołek służbowy.
– Posłaniec z listem do pana pułkownika – rzekł.
– Dawaj go sam! – odrzekł Wołodyjowski. Pachołek wyszedł i po chwili wrócił z listem. Pan Michał prędko złamał pieczęć i począł czytać:

„Czegom wczoraj nie dopowiedział dzierżawcy z Wąsoszy, to dziś dopisuję. Hetman i sam wojska ma na was dosyć, ale umyślnie na posiłki szwedzkie czeka, aby pod powagą króla szwedzkiego na was iść. Bo gdyby go Septentrionowie wówczas zaczepili, tedyby musieli i na Szwedów uderzyć, a to by znaczyło wojnę z królem szwedzkim. (…) Chciałem was przestrzec pod innym nazwiskiem, byście łatwiej uwierzyli, ale że się już wydało, od kogo wiadomość, tedy swoje podpisuję. Zguba, jeśli nie uwierzycie, bo i ja już nie ten, co byłem, a da Bóg całkiem inaczej jeszcze o mnie usłyszycie. – Kmicic.” (…)

– Trzeba co prędzej zawiadomić Kotowskiego, Żeromskiego, Lipnickiego i tego drugiego Kmicica – mówił Jan Skrzetuski. – Wyślij do nich, Michale, co prędzej wieści… (…) A sami pod Białystok ruszymy, wszystkim tam zbór naznaczywszy. Dałby Bóg wojewodę witebskiego jak najprędzej!… (…)
I w godzinę później kilkunastu posłańców wylatywało, co koń wyskoczy, ku Podlasiowi, a za nimi wkrótce ruszyła cała chorągiew laudańska. Starszyzna jechała na przedzie, naradzając się i dyskutując, a żołnierzy prowadził pan Roch Kowalski, namiestnik. Szli na Osowiec i Goniądz, prostując sobie drogę ku Białemustokowi, gdzie się innych konfederackich chorągwi spodziewali. (…)

VI

Listy pana Wołodyjowskiego donoszące o pochodzie Radziwiłła znalazły posłuch u wszystkich pułkowników rozproszonych
po całym województwie podlaskim. (…) Poczęto ogarniać chorągwie, rozpisywać awizy wzywające rozproszonych żołnierzy
pod znaki i grożące karami tym, którzy by się nie stawili. (…) Wysłano wprawdzie deputatów do wojewody witebskiego,
by przyjeżdżał objąć dowództwo, ale ponieważ nikt dobrze nie wiedział, gdzie w tej chwili pan wojewoda się znajduje, deputaci więc pojechali i jakby w wodę wpadli. (…) Postanowili tedy pułkownicy pod Białymstokiem obrać tymczasowo regimentarza, który by aż do przyjazdu pana Sapiehy rząd nad wszystkimi sprawował. (…) Liczne głosy wołały: „Do wotów! do wotów!” – inni zaś: „Kto tu od pana Zagłoby sławniejszy? Kto większy rycerz? Kto żołnierz doświadczeńszy? Pana Zagłobę prosimy… Niech żyje pan Zagłoba! Niech żyje regimentarz!” (…)
– Widzę i ja, że nie może być inaczej! – odrzekł Zagłoba – niech się tedy wola waszmościów spełni. Dziękuję z serca, panowie bracia, i tak tuszę, że da Bóg, nie zawiedziecie się w tej ufności, którąście we mnie położyli. (…) Jak wy ode mnie męstwa i wiary, tak ja od was karności żądam i posłuszeństwa, a gdy będziemy zgodni, gdy przykładem naszym otworzymy oczy tym, których nieprzyjaciel uwiódł – tedy pół Rzeczypospolitej do nas się zleci! Kto ma Boga i wiarę w sercu, ten przy nas stanie, moce niebieskie nas wesprą, i któż nam wówczas sprosta?! (…)

Wybór ów odbył się rano, a po południu odbywał się przegląd wojska. Stały więc chorągwie na choroszczańskich błoniach, jedna przy drugiej w wielkim porządku, z pułkownikami i chorążymi na czele, a przed pułkami jeździł regimentarz, pod buńczukiem,
z pozłocistą buławą w ręku i czaplim piórem przy czapce. Rzekłbyś: hetman urodzony! (…) Tegoż samego dnia rozesłał pan Zagłoba podjazdy w te strony, w które było trzeba, i w te, w które nie było potrzeby. Gdy wróciły nazajutrz rano, wysłuchał pilnie wszystkich doniesień, po czym udał się do kwatery pana Wołodyjowskiego, który mieszkał razem ze Skrzetuskimi.
– Przy wojsku muszę powagę zachowywać – rzekł łaskawie – ale gdyśmy sami, możemy w dawnej konfidencji zostawać… Tum przyjaciel, nie zwierzchnik! Waszą radą też nie pogardzę, choć własny rozum mam, gdyż wiem, żeście ludzie doświadczeni jako mało żołnierzy w całej Rzeczypospolitej. (…) …w tym województwie, gdzie ja jestem regimentarzem, także heretyków nie brak, jako w Tykocinie i w innych miejscach, przeto dla zyskania na początek błogosławieństwa Bożego dla naszej imprezy wyda się uniwersał, aby kto w błędach żyje, we trzech dniach z nich się nawrócił, a tym, którzy tego nie uczynią, majętności mają być
na wojsko skonfiskowane.
Rycerze spoglądali na siebie ze zdumieniem. Wiedzieli, że nie zbywa panu Zagłobie na obrotnym rozumie i fortelach,
ale nie przypuszczali, aby pan Zagłoba był takim statystą i tak doskonale umiał sprawy publiczne sądzić. (…) Drugi uniwersał wyda się do szlachty województwa podlaskiego i do tych ziem w województwach sąsiednich, które jeszcze nie są
w nieprzyjacielskim ręku, aby jako na pospolite ruszenie stawały. Szlachta ma czeladź uzbroić, aby nam piechoty nie brakło. Wiem to, że niejeden by rad iść, jeno się za jakim pismem i za jakimś rządem ogląda. Będą tedy mieli i rząd, i uniwersały…
– Waćpan naprawdę tyle masz rozumu, ile kanclerz wielki koronny! – zakrzyknął pan Wołodyjowski.
– Miodu, panie Michale! (…)
Tu pan Zagłoba zakrztusił się, bo już miał mocno w głowie, i wreszcie ryknął z żałości nad losem królewskim, a pan Michał zaraz mu zawtórował trochę cieniej, Rzędzian chlipał także albo udawał, że chlipie. Skrzetuscy wsparli głowy na rękach i siedzieli
w milczeniu. (…)

Pan Stępalski, gubernator białostocki, przystąpił do pana Zagłoby i przemówił:
– Jaśnie wielmożny regimentarzu! Od czasu jak nieśmiertelnej pamięci pan marszałek Wielkiego Księstwa Litewskiego zapisał dobra białostockie na utrzymanie zamku tykocińskiego, ja, będąc tychże dóbr gubernatorem, wiernie i poczciwie wszelkie czynsze na pożytek tegoż zamku obracałem, czego i rejestrami mogę przed całą Rzeczpospolitą dowieść. (…)
Ale gdy w zmiennej losów kolei zamek tykociński został nieprzyjaciół ojczyzny największą w tych województwie podporą, pytałem się Boga i własnego sumienia, zali mam mu i nadal siły przysparzać, zali nie powinienem tych dostatków i wojennych porządków, z tegorocznego czynszu nagromadzonych, do waszej wielmożności rąk oddać…
– Powinieneś... – przerwał z powagą pan Zagłoba.
– O jedno też jeno proszę, aby wasza wielmożność raczyła wobec całego wojska zaświadczyć i na piśmie mnie pokwitować, jako nic z onych dóbr na własny pożytek nie obróciłem i wszystko w ręce Rzeczypospolitej, godnie tu przez władzę jaśnie wielmożnego regimentarza reprezentowanej, zdałem. (…)
Pokazało się, że prócz oktaw, na strychach spichrzów ukrytych jest i trzysta muszkietów niemieckich bardzo porządnych, dwieście berdyszów moskiewskich dla piechoty, do obrony murów i wałów, i sześć tysięcy złotych gotowizny. (…)

Nazajutrz dzień poczęto sypać wały nad białostockimi stawami. Pan Oskierko, który w cudzoziemskich wojskach sługiwał i znał się na sztuce sypania obronnych miejsc, kierował całą robotą. (…) Codziennie wpędzano do okopu woły, owce, świnie, co dzień szły fury wiozące wszelakie ziarno i siano. Niektóre przychodziły aż z ziemi łukowskiej, inne aż z widzkiej. (…) Mieszkańcom ciężko było żywić „całą dywizję”, ale po pierwsze, pan Zagłoba o to nie pytał, po wtóre, lepiej było oddać na wojsko połowę,
a reszty w spokoju zażywać, niż być narażonym co chwila na stratę wszystkiego od kup swawolnych, które rozmnożyły się były znacznie i grasowały na kształt Tatarów, a które pan Zagłoba nakazał podjazdom ścigać i znosić.
– Jeżeli takim okaże się hetmanem, jakim jest gospodarzem – mówiono o nowym regimentarzu w obozie – tedy Rzeczpospolita nie wie jeszcze, jak wielkiego ma męża.

Sam pan Zagłoba myślał z pewnym niepokojem o przyjściu Janusza Radziwiłła. (…) I obiecywał sobie pod przysięgą nie wydawać generalnej bitwy Radziwiłłowi. (…) …postanowił sobie pan Zagłoba słuchać we wszystkim Jana Skrzetuskiego, gdyż pamiętał, jak książę Jeremi cenił wysoko tego oficera i jego zdolności wojskowe. (…) Podjazdy jednak nie przywoziły żadnych pewnych wieści, prócz tych, że pod Wołkowyskiem stanęła kupa Zołtareńkowych ludzi, wynosząca około dwóch tysięcy wojowników,
i miastu zagraża. Okolica cała płonęła już ogniem. (…) Błagali więc o miłosierdzie pana regimentarza, aby im na ratunek pospieszył, póki układy o wykup się prowadzą, bo później nie będzie już czasu. Pan Zagłoba wybrał półtora tysiąca ludzi dobrych, między którymi chorągiew laudańską, i przywoławszy Wołodyjowskiego rzekł mu:
– No, panie Michale, czas pokazać, co umiesz! (…)
Wołodyjowski ruszył chętnie, bo się nudził w obozie… (…) Upłynęło trzy dni. Do obozu zwożono ciągle prowianty, ochotnicy także nadciągali, ale o panu Michale nie było słuchu. (…) Aż siódmego dnia dopiero o szarym, mglistym zmierzchu pachołcy, wyprawieni po potrawy do Bobrownik, przyjechali bardzo śpiesznie na powrót do obozu z doniesieniem, że widzieli jakieś wojsko nadchodzące z lasów za Bobrownikami. (…)
– Wezmę dwadzieścia koni i pojadę na spotkanie – rzekł pan rotmistrz Lipnicki. Pojechał.
Upłynęła godzina i druga, aż wreszcie dano znać, że zbliża się nie podjazd, ale całe wielkie wojsko. (…)
Wtem w ciemnościach rozległy się z daleka strzały muszkietów. (…) Po strzałach rozległy się okrzyki radosne. Nie było co dłużej wątpić; w minutę później nadbiegło na spienionych koniach kilkunastu jeźdźców wołając:
– Pan Sapieha! pan wojewoda witebski! (…)
Po chwili pan wojewoda witebski wjechał w krąg światła na czele swych oficerów, mając i pana Wołodyjowskiego przy boku. (…)
– Jaśnie wielmożny wojewodo! – rozpoczął przemowy Zagłoba. (…) Cieszy się w sercach naszych cała Rzeczpospolita, najmędrszego witając senatora i najlepszego syna, tym większą, bo niespodzianą radością. (…) Mnie wojsko wodzem swym uczyniło, lecz ja w godniejsze ręce ów znak oddaję, aby młodszym dać przykład, jak pro publico bono największych zaszczytów zrzec się należy. (…)

Pan Zagłoba… wystąpił z ucztą tak wspaniałą, jakiej dotąd w obozie nie było. (…) Począł… opowiadać, jak rządził, co uczynił, jakie zapasy zebrał, jak działa sprowadził i piechotę uformował, wreszcie jak obszerną musiał prowadzić korespondencję.
I nie bez chełpliwości wspomniał o listach wysłanych do króla wygnanego, do Chowańskiego i do elektora. (…) …wojewoda witebski… rzekł:
– Panie bracie, a do cesarza niemieckiego nie pisaliście?
– Nie! – rzekł zdziwiony Zagłoba.
– A to szkoda! – odrzekł wojewoda – rozmawiałby równy z równym. (…)
– …z takim potentatem jak cesarz nie koresponduję – mówił dalej pan Zagłoba – żeby o mnie nie powiedział pewnego przysłowia, którem na Litwie słyszał…
– Cóż to za przysłowie?
– „Jakaś głowa kiepska – musi być z Witebska!” – odparł niezmieszany Zagłoba. Słysząc to pułkownicy aż zlękli się, ale wojewoda witebski przechylił się w tył i wziął się w boki ze śmiechu.
– A to mnie splantował!… Niechże waści uściskam!… Jak będę chciał brodę golić, to języka od waści pożyczę!
Uczta przeciągnęła się do późna w noc; przerwało ją dopiero przybycie kilku szlachty spod Tykocina, którzy przywieźli wieść,
że podjazdy Radziwiłła sięgają już tego miasta. (…)

VII

Radziwiłł dawno by był uderzył na Podlasie, gdyby nie to, że rozmaite powody zatrzymywały go w Kiejdanach. (…) Posiłki szwedzkie nadeszły… w liczbie ośmiuset koni, ciężkich rajtarów; trzysta piechoty i sto lżejszej jazdy wyekspediował Pontus wprost do tykocińskiego zamku, chcąc na wszelki przypadek mieć w nim własną załogę. (…) Spodziewano się, że książę doczekawszy się pożądanych posiłków ruszy zaraz, ale on jeszcze zwłóczył. Powodem tego były wieści z Podlasia o nieładzie panującym w tym województwie, o braku jedności między konfederatami i nieporozumieniach, jakie wynikły między Kotowskim, Lipnickim i Jakubem Kmicicem. (…) Lecz nagle zaczęły przychodzić przeciwne wiadomości; pułkownicy nie tylko się nie pobili
ze sobą, ale zebrali się w jedną kupę pod Białymstokiem. (…) Na koniec wyszedł rozkaz do chorągwi, by się gotowały do drogi. (…) …na dzień przed wymarszem dano znać, że książę Bogusław zjechał z Taurogów. Na samą wieść o tym książę Janusz, jeszcze nim brata ujrzał, jakoby odżył, bo ów Bogusław przywoził z sobą młodość, ślepą wiarę w przyszłość. (…) Gdy bracia
po ceremonialnym powitaniu zostali wreszcie sam na sam, Janusz chwycił Bogusława w objęcia i począł powtarzać wzruszonym głosem:

– Zaraz mi młodość wróciła! Zaraz i zdrowie wróciło!
Lecz książę Bogusław popatrzył na niego pilnie i rzekł:
– Co waszej książęcej mości jest?
– Nie mośćmy się mościami, skoro nas nikt nie słyszy… Co mi jest? choroba mnie drąży, aż zwalę się jak spróchniałe drzewo… (…) Wysłałem listy do króla szwedzkiego i do wielu innych naszych dygnitarzy – rzekł. – Musiałeś i ty odebrać pismo od Kmicica.
– A czekajże! Toć ja poniekąd w tej sprawie przyjechałem. Co ty o Kmicicu myślisz?
– To gorączka, szalona głowa, człowiek niebezpieczny i wędzidła znieść nie umiejący, ale to jeden z tych rzadkich ludzi, którzy
z dobrą wiarą nam służą.
– Pewno – odrzekł Bogusław – mnie się nawet o mało do królestwa niebieskiego nie przysłużył. (…)
I rozpoczął opowiadać o wszystkim, co się w Pilwiszkach zdarzyło. (…) …podał księciu Januszowi list Kmicica, pisany z lasu
w chwili, gdy z Kiemliczami w drogę ruszał. Książę przebiegł go oczyma, mnąc z wściekłością, wreszcie począł wołać:
– Prawda! na Boga, prawda! On ma moje listy, a tam są rzeczy, o które i król szwedzki nie tylko podejrzenie, ale i śmiertelną urazę powziąść może…
Tu chwyciła go czkawka i atak spodziewany nadszedł. (…)
– Ej, żeby to go żywcem schwytać można, a mnie do rąk dostawić! Zapłaciłbym mu za wszystko od razu. Powiadam ci,
że zuchwalstwa tego człowieka przechodziły wszelką miarę. (…)

VIII

Na wieczerzę. oprócz miecznika rosieńskiego z Oleńką, zaproszono także znaczniejszych oficerów kiejdańskich i kilku dworzan księcia Bogusława. On sam nadszedł tak strojny i wspaniały, że oczy rwał. (…) Wtem weszły damy: pani Korfowa i Oleńka. Bogusław rzucił na nią bystrym wzrokiem i skłoniwszy się naprędce pani Korfowej, już, już przyłożył palce do ust,
aby Billewiczównie przesłać, wedle kawalerskiej mody, od ust całusa, gdy spostrzegłszy jej urodę wykwintną a dumną i poważną, w jednej chwili zmienił taktykę. W prawą rękę chwycił kapelusz i podsunąwszy się ku pannie, skłonił się tak nisko, że prawie zgiął się we dwoje, pukle peruki spadły mu po obu stronach ramion, szpada przybrała poziome położenie, a on stał tak, poruszając umyślnie kapeluszem i zamiatając piórami na znak czci posadzkę przed Oleńką. Bardziej dworskiego ukłonu nie mógł oddać królowej francuskiej. Billewiczówna, która wiedziała o jego przyjeździe, domyśliła się natychmiast, kto przed nią stoi,
więc chwyciwszy końcami palców za suknię, oddała mu również dyg głęboki. (…) …przyszli do stołu. On zasiadł przy niej i znać było, że naprawdę jej uroda nadzwyczajne na nim uczyniła wrażenie. (…) Rozmowa przy stole stała się ogólną, a raczej zmieniła się w ogólny chór pochwał i pochlebstw dla Bogusława, których świetny kawaler słuchał z uśmiechem, ale bez zbytniego zadowolenia, jako rzeczy zwykłej i codziennej. (…)

– Wybacz wasza książęca mość – rzekł Bogusław zwracając się do Janusza, który jeszcze ochłonąć nie zdołał – wiem,
że nie mogłeś inaczej postąpić, że cała Litwa by zginęła, gdybyś był za moją radą poszedł; ale przecie, czcząc cię jako starszego
i kochając jak brata, nie przestanę z tobą o Jana Kazimierza się spierać. Jesteśmy między sobą, więc mówię, co myślę: nieopłakany pan, dobry, łaskawy, pobożny, a mnie podwójnie drogi! Toż ja go pierwszy z Polaków odprowadzałem,
gdy go z francuskiego więzienia wypuszczono. Dzieckiem jeszcze prawie byłem podówczas, ale tym bardziej nigdy tego
nie zapomnę i chętnie bym krew moją oddał, by go przynajmniej od tych zasłonić, którzy praktyki przeciw świętej jego osobie poczynają. (…)
– Na Boga! o jakichże zamysłach przeciw zdrowiu naszego eks-króla wasza książęca mość mówisz? Kto je czyni? Gdzie się takowe monstrum w polskim narodzie znaleźć mogło? (…)
– Zwie się Kmicic! – rzekł Bogusław.
– Kmicic?!… – powtórzyli wszyscy w przerażeniu.
– To nieprawda! – krzyknęła nagle Billewiczówna wstając z krzesła z iskrzącymi oczyma i falującą piersią. (…)
– Jeśli to krewny lub narzeczony waćpanny, to boleję, żem tę nowinę powiedział, ale wyrzuć go z serca, bo niewart on ciebie, panienko… (…)
– Przebacz wasza książęca mość… Niesłuszniem przeczyła… Do tego człowieka wszystko podobne… (…)

…wieczerza miała się ku końcowi; podano wodę do umycia rąk, po czym książę Janusz wstał pierwszy i podał rękę pani Korfowej, a książę Bogusław Oleńce. (…) Po rozejściu się dam mężczyźni wrócili jeszcze do stołu szukać uciechy w kielichach, które krążyły gęsto. (…) …zawiódł Bogusław pana miecznika do stołu i poczęli się trącać a przypijać do siebie często gęsto. W godzinę później miecznik wracał nieco chwiejnym krokiem do swej izby… (…) …bracia zostali sam na sam. Mieli ze sobą jeszcze do pogadania,
a przy tym i listy przyszły jakieś, po które wysłali pazia, aby je od Ganchofa przyniósł.
– Oczywiście – rzekł Janusz – nie masz w tym i słowa prawdy, coś o Kmicicu mówił?
– Oczywiście... Sam wiesz najlepiej. (…)
Dalszą rozmowę przerwało wejście pazia z listem. Wojewoda wileński wziął pismo do ręki… (…) Nagle zmienił się na twarzy.
– Sapiehów klejnot na pieczęci! – zakrzyknął – to od wojewody witebskiego. (…)
Hetman otworzył i począł czytać…:

– (…) „Chcesz Wasza Ks. Mość wojny domowej, chcesz jeden więcej miecz w łono matki pogrążyć? To przybywaj na Podlasie, czekam cię i ufam w Bogu, że pychę twą moimi rękoma ukarze… Ale jeśli masz miłosierdzie nad ojczyzną, jeśli sumienie cię ruszyło, jeśli Wasza Ks. Mość żałujesz dawnych uczynków i poprawę chcesz okazać, tedy pole przed tobą. (…) Niechże Waszą Książęcą Mość Bóg tak natchnie, o co codziennie Go proszę, choć mnie Wasza Książęca Mość o inwidię pomawiać raczysz. (…)”

Twarz Janusza nabrzmiała krwią.
– Uważasz, jak to on do mnie pisze: „Popraw się, a przebaczę ci” – jakby zwierzchnik do podwładnego! (…)
– Coś postanowił?
– Jutro ruszam na Podlasie, a za tydzień uderzę na Sapiehę.
– Toś Radziwiłł! – rzekł Bogusław. I podali sobie ręce. (…)

IX

Pan Kmicic posiadał wprawdzie glejty radziwiłłowskie do wszystkich kapitanów, komendantów i gubernatorów szwedzkich,
aby mu wszędy wolny przejazd dano i wstrętu nie czyniono, lecz nie śmiał z tych glejtów korzystać. Spodziewał się bowiem,
że książę Bogusław zaraz z Pilwiszek pchnął na wszystkie strony posłańców z ostrzeżeniem do Szwedów o tym, co się stało,
i z rozkazem chwytania Kmicica. Dlatego to pan Andrzej i obce nazwisko przyjął, i nawet stan odmienił. (…) Płynęli więc lasami, nigdzie Szwedów nie spotykając, nocując po smolarniach i osadach leśnych. (…) Wyjechawszy z puszcz głębokich na rubieże leśne, w okolicę gęściej osiadłą, ujrzał po wszystkich wioskach ruch nadzwyczajny. (…) Pan Andrzej pilnie nadstawiał ucha na to, co mówiła szlachta… (…)
– Ciężko, panie bracie, ciężko – mówił czasem szlachcic do szlachcica – ale tak i powinniśmy być radzi z nowego pana. Potentat to i wojownik wielki; ukróci on Kozaków, Turczyna pohamuje i Septentrionów od granic odżenie, a my ze Szwecją we współce zakwitniem. (…) Czasem też powoływano się na świeżą przysięgę. Kmicic burzył się słuchając podobnych głosów i rozumowań,
a raz, gdy pewien szlachcic mówił przy nim w zajeździe, że musi być wierny temu, komu poprzysiągł, pan Andrzej wykrzyknął
i rzekł mu:
– Musisz mieć waćpan dwie gęby, jedną od prawdziwych, drugą od fałszywych przysiąg, boś i Janowi Kazimierzowi przysięgał! (…)
– Nikt tu przysięgi dawnemu królowi nie łamał. Sam on nas uwolnił od niej, gdy z kraju zbiegł, do obrony tego się nie poczuwając.
– Bodaj was zabito! – zakrzyknął Kmicic. – A król Łokietek ile to razu musiał z kraju uchodzić, a przecie wrócił, bo go naród
nie odstąpił, gdyż bojaźń Boża jeszcze w sercach była! Nie Jan Kazimierz zbiegł, jeno przedawczykowie od niego odbiegli i teraz go kąsają, by własne winy przed Bogiem i ludźmi koloryzować! (…) Wszyscyście zdrajcy! – huknął pan Andrzej – i nie chcę z wami pić! parobcy szwedzcy!
To rzekłszy wyszedł z izby, drzwiami trzasnąwszy, a oni pozostali we wstydzie i w zdumieniu; żaden nie chwycił za szablę, żaden nie ruszył za Kmicicem, aby się pomścić za obelgę.

On zaś ruszył wprost do Przasnysza. Na kilkanaście stajań przed miastem ogarnął go patrol szwedzki i wiódł do komendy. (…) Tam opowiedział się komendantowi, kto jest, że z kraju elektorskiego pochodzi i corocznie do Soboty z końmi jeździ. (…)
– To ja kupię. Innemu zabrałbym i tak, ale żeś z Prus, to cię i nie pokrzywdzę. (…)
…oficer wyszedł na powrót i podał Kmicicowi kawałek zapisanego papieru.
– Co to? – rzekł pan Andrzej.
– Pieniądze albo to samo co pieniądze, bo kwit.
– A gdzie mnie zapłacą?
- W głównej kwaterze.
-A gdzie główna kwatera?
– W Warszawie – odrzekł oficer uśmiechając się złośliwie. (…) Następnie, gdy oficer odszedł, rzekł pan Andrzej na pociechę Kiemliczowi: (…) Te kwity to najlepsze glejty, bo choćby i do Krakowa zajedziem z nimi skarżąc się, że nam płacić nie chcą. (…)
Przemęczywszy się przez noc na łożu zerwał się do dnia, zbudził ludzi i ruszył z nimi przed siebie. Jechał ku Warszawie, ale sam nie wiedział po co i dlaczego? (…) Po drodze do Pułtuska spotykał wszędy pan Andrzej oddziały szwedzkie, eskortujące wozy
z żywnością, zbożem, chlebami, piwem, i stada wszelkiego rodzaju bydła. (…) Jadąc wolno, dojechali późnym wieczorem
do Pułtuska; tam wezwano Kmicica do biskupiego pałacu, alias zamku, żeby się komendantowi opowiedział. (…)

X

W Warszawie od dawna gospodarowali już Szwedzi. Ponieważ Wittenberg, właściwy rządca miasta i przywódca załogi, znajdował się w tej chwili w Krakowie, więc rządy w jego zastępstwie sprawiał Radziejowski. (…) Miasto wyglądało jakby cudzoziemskie.
Na ulicach słychać było więcej obcych mów niż polskiej; wszędy spotykałeś żołnierzy szwedzkich, niemieckich, najemników francuskich, angielskich i szkockich, w najrozmaitszych strojach, w kapeluszach, w czółnowych grzebieniastych hełmach,
w kaftanach, pancerzach, półpancerzach, w pończochach lub szwedzkich butach z cholewami jak konwie. (…) Wszystko to przemknęło jak majak przed zdziwionymi oczyma pana Andrzeja, ale długo w Warszawie miejsca nie zagrzał, bo nie znając nikogo, nie miał przed kim duszy otworzyć. (…) O mieszczanach tylko słyszał Kmicic, iż dawnych czasów, pogrążonej ojczyzny
i dobrego króla żałują. (…) Kmicic słysząc to uszom nie wierzył i w głowie nie chciało mu się mieścić, żeby ludzie nikczemnego stanu i nikczemnej kondycji więcej mieli okazywać miłości dla ojczyzny i wiary dla prawego pana niż szlachta, która
wraz z urodzeniem powinna te sentymenta na świat przynosić. (…) Za Warszawą wrzało w kraju jak w ulu. Wszystkie drogi, miasta i miasteczka zajęte były przez żołnierstwo, poczty pańskie i szlacheckie, panów i szlachtę Szwedom służącą. (…) Zdarzyło się, że pod Sochaczewem hultajstwo szwedzkie i niemieckie obległo pana Łuszczewskiego, starostę sochaczewskiego, zaskoczyło go w prywatnej jego majętności, w Strugach. Ów, wojennego humoru będąc, choć stary, bronił się mocno. Nadjechał właśnie na to pan Kmicic, a że mu już cierpliwość jako wrzód nabrała, gotowy pęknąć z lada powodu, więc pękła właśnie
pod Strugami. Pozwolił tedy „prać” Kiemliczom i sam uderzył na szturmujących tak potężnie, że rozbił ich, wysiekł, nikogo
nie żywił, jeńców nawet potopić kazał. (…)

XI

A tymczasem fortuna szwedzka rosła. Wieść, że resztki wojska buntują się, zmawiają, grożą hetmanom i chcą przejść
do Szwedów, nabierała z każdym dniem pewności. (…) Poselstwa ze wszech stron dążyły do króla szwedzkiego, winszując mu szczęśliwego podboju. (…) Za Piotrkowem wjechał znów Kmicic w oddziały szwedzkie, które zajmowały wszystkie trakty
i gościńce. (…) Ostatni nocleg przed przybyciem do Częstochowy wypadł panu Andrzejowi w Kruszynie, ale zaledwie się roztasował, przybyli tam goście. Naprzód nadciągnął tam oddział szwedzki, około stu koni wynoszący, pod dowództwem kilku oficerów i poważnego jakiegoś kapitana. (…) Pan Andrzej powiedział tym razem, iż jest szlachcicem z Sochaczewskiego, albowiem dziwnym mogłoby się to wydawać oficerowi, gdyby poddany elektorski zapuścił się aż w tak odległe strony. Natomiast dowiedziawszy się, iż pan Andrzej jedzie do króla szwedzkiego ze skargą, iż mu należnej sumy nie chcą wypłacić, oficer ów rzekł:
– Przy wielkim ołtarzu najlepiej się modlić, i słusznie waćpan czynisz, że do samego króla jedziesz, bo choć u niego tysiące spraw na głowie, przecie nikomu ucha nie odmawia… (…) Dalszą rozmowę przerwało przybycie nowego pocztu. (…) Naprzód zajechała zamknięta kolaska zaprzężona w cztery konie, a otoczona oddziałem szwedzkich rajtarów, i zatrzymała się przed karczmą. (…) Z karety wysiadł poważny personat, czarno z cudzoziemska ubrany w płaszcz długi do kolan, podbity tołubem lisim,
i w kapeluszu z piórami. (…)

W izbie oficer skłonił się po raz trzeci i rzekł:
– Ekscelencjo! Jestem Weyhard Wrzeszczowicz, ordinarius prowiantmagister jego królewskiej mości Karola Gustawa, wysłany
z eskortą na spotkanie waszej ekscelencji.
– Miło mi poznać tak zacnego kawalera – rzekł czarno ubrany personat oddając ukłon za ukłon. (…) Oficer poszedł wydać odpowiednie rozkazy. Pan Andrzej zatrzymał go po drodze.
– Kto to jest? – spytał.
– Baron Lisola, wysłannik cesarski, który z brandenburskiego dworu udaje się do naszego pana – odpowiedział oficer. (…)
To rzekłszy wyszedł, a po chwili wrócił.
– Rozkazy waszej ekscelencji spełnione – rzekł do barona.
– Dziękuję – odpowiedział Lisola. (…) Rozmowa była prowadzona w niemieckim języku. Kmicic nie tracił z niej ani jednego słowa. (…)
– Prawda, że nazwisko waszmości nieszwedzkie. Z jakiego narodu, proszę?
– Jestem Czech.
– Proszę! zatem cesarza niemieckiego poddany?… Więc spod jednego pana jesteśmy.
– Jestem w służbie najjaśniejszego króla szwedzkiego – odrzekł z ukłonem Wrzeszczowicz. (…)
– (…) Jako wielu szlachty, młodszych synów, tak i ja musiałem fortuny poza granicami kraju szukać, przybyłem więc tutaj, gdzie i naród jest mojemu pokrewny, i cudzoziemców chętnie do służby zażywają? (…) Obecnie służę Szwedom, a jednak, gdyby mnie kto za niewdzięcznika chciał poczytać, wręcz bym mu musiał zanegować.
– A to z jakich racyj?

– A z jakich racyj można więcej ode mnie wymagać niż od Polaków samych? Gdzie są dziś Polacy? Gdzie senatorowie tego królestwa, książęta, magnaci, szlachta, rycerstwo, jeśli nie w obozie szwedzkim? A przecie to oni pierwsi powinni wiedzieć, co im czynić należy, gdzie zbawienie, a gdzie zguba dla ich ojczyzny. Ja idę za nimi, więc który z nich ma mnie prawo nazwać niewdzięcznikiem? Czemu to ja, cudzoziemiec, mam być wierniejszym królowi polskiemu i Rzeczypospolitej niż oni sami? (…) Ekscelencjo! jest-li na świecie drugi kraj, gdzie by tyle nieładu i swawoli dopatrzyć można?… Co tu za rząd? – Król nie rządzi,
bo mu nie dają… Sejmy nie rządzą, bo je rwą… Nie masz wojska, bo podatków płacić nie chcą; nie masz posłuchu, bo posłuch wolności się przeciwi; nie masz sprawiedliwości, bo wyroków nie ma komu egzekwować i każdy możniejszy je depce; nie masz
w tym narodzie wierności, bo oto wszyscy pana swego opuścili; nie masz miłości do ojczyzny, bo ją Szwedowi oddali za obietnicę, że im po staremu w dawnej swawoli żyć nie przeszkodzi… (…) Który by w świecie naród nieprzyjacielowi do zawojowania własnej ziemi pomógł? Który by tak króla opuścił, nie za tyraństwo, nie za złe uczynki, ale dlatego, że przyszedł drugi, mocniejszy? Gdzie jest taki, co by prywatę więcej ukochał, a sprawę publiczną więcej podeptał? (…)

– Panie Weyhard, czy waćpan jesteś katolikiem? (…)
– Tak jest, ekscelencjo! – odpowiedział.
– Słyszałem w Wieluniu, że są tacy, którzy namawiają jego królewską mość Karola Gustawa, ażeby klasztor jasnogórski zajął… Czy to prawda?
– Ekscelencjo! klasztor leży blisko śląskiej granicy, i Jan Kazimierz snadnie od niego zasiłki mieć może. Musimy go zająć,
aby temu przeszkodzić… Jam pierwszy zwrócił na to uwagę i dlatego jego królewska mość mnie tę funkcję powierzył. (…)
– (…) …ponieważ jestem także katolik, nie chciałbym, aby świętemu miejscu stała się jakaś krzywda... (…)
– (…) Mogę… waszą ekscelencję w tym uspokoić, że świętemu miejscu żadna profanacja się nie stanie. Jam katolik…
Lisola uśmiechnął się i chcąc prawdę z mniej doświadczonego człowieka wydobyć spytał żartobliwie:
– Ale skarbca mnichom przetrząśniecie? Nie będzie bez tego? Co?
– To się może zdarzyć – odrzekł Wrzeszczowicz. (…)
– A jeśli się będą bronili?
Wrzeszczowicz rozśmiał się.
– W tym kraju nikt się nie będzie bronił, a dzisiaj już i nie może się nikt bronić. Mieli po temu czas!… teraz za późno! (…)
Na tym skończyła się rozmowa. Po wieczerzy odjechali. Kmicic pozostał sam. Była to dla niego najgorsza noc ze wszystkich, jakie spędził od czasu wyjazdu z Kiejdan. (…)

…tymczasem poczęło świtać; Kmicic zerwał się i wyszedł przed zajazd. (…) Kmicic zbudził ludzi, sam przybrał się w świąteczne suknie, bo nadchodziła właśnie niedziela, i ruszyli w drogę. Po złej, bezsennej nocy był Kmicic znużony na ciele i duszy. (…) Jechał więc w milczeniu utkwiwszy oczy w jakiś punkt bardzo błyszczący na widnokręgu. (…) Wtem od Kruszyny chłop nadjechał
w drabinkach. Kmicic zwróciwszy się ku niemu ujrzał, iż chłop czapkę trzymał w ręku i patrząc w owo światło modlił się.
– Chłopie? – spytał pan Andrzej – a co się to tak świeci?
– Kościół jasnogórski! – odrzekł kmieć. (…) Kmicic długo oczu nie mógł oderwać od tego światła i nasycał, i koił się jego widokiem. Ludzie jego mieli twarze poważne i przejęte obawą. (…) Dojrzeli wreszcie i miasto w dali, a pod górą całe szeregi domów i chat, które przy ogromie kościelnym wydawały się tak małe jako gniazda ptasie. (…) Bramy były szeroko otwarte, kto chciał, wchodził, kto chciał, wychodził; na murach, przy działach, zgoła nie było żołnierzy. (…)

XII

Od bramy fortecznej chłopi i szlachta, mieszczanie z różnych okolic, ludzie wszelkiego wieku, obojej płci i wszystkich stanów, czołgali się ku kościołowi na kolanach, śpiewając pieśni pobożne. (…) W miarę jak fala zbliżała się do drzwi kościoła, zapał wzrastał i zmieniał się w uniesienie. Widziałeś ręce wyciągnięte ku niebu, oczy wniesione, twarze blade ze wzruszenia
lub rozpalone modlitwą. (…) Kmicic, czołgający się ze swymi ludźmi w pierwszych szeregach, dostał się wraz z pierwszymi
do kościoła, potem prąd wniósł go do cudownej kaplicy… (…) Wtem huknął grzmot trąb i kotłów – dreszcz przebiegł serca. Zasłona obrazu rozsunęła się w dwie strony i potok brylantowego światła lunął z góry na pobożnych. (…) Tymczasem ofiara kończyła się. Pan Andrzej sam nie wiedział, jakim sposobem znalazł się wreszcie znowu w głównej nawie kościelnej. (…)
Po ukończonym nabożeństwie zatrzymał pierwszego napotkanego zakonnika i oznajmił mu, że w sprawie kościoła i klasztoru chce się widzieć z przeorem. Przeor dał mu natychmiast posłuchanie. (…) Ksiądz Kordecki wyszedł i po kwadransie wrócił
z czterema starszymi ojcami. Wkrótce potem wszedł pan Różyc-Zamoyski, miecznik sieradzki, człowiek poważny; pan Okielnicki, chorąży wieluński; pan Piotr Czarniecki, młody kawaler o groźnej, marsowej twarzy, podobien do dębu ze wzrostu i siły, i kilku innej szlachty różnego wieku. Ksiądz Kordecki prezentował im pana Babinicza ze Żmudzi, po czym powtórzył wszem wobec Kmicicowe nowiny. Oni zaś dziwili się okrutnie i poczęli mierzyć oczyma pana Andrzeja badawczo i z niedowierzaniem, a gdy nikt pierwszy głosu
nie zabierał, wówczas ksiądz Kordecki ozwał się:

– Niechże mnie Bóg broni, abym tego kawalera miał o złą intencję lub o kłamstwo posądzać, ale te nowiny, które przyniósł,
tak mi się wydają nieprawdopodobne, iż za słuszną rzecz uznałem, abyśmy je razem zbadali. (…)
– I ten kawaler powiada, że słyszał to na własne uszy? – spytał szorstko pan Piotr Czarniecki. (…)
– Cóż tedy opowiadasz, kawalerze, i dlaczego, w jakim zamiarze, chcesz wielebnych ojców i nas tu obecnych przestraszyć? (…)
– Com słyszał, powtarzam jeszcze raz: Weyhard Wrzeszczowicz ma napaść na klasztor. Terminu nie wiem, ale myślę, że prędko się to stanie… Ja ostrzegam, a na waszmościów spadnie odpowiedzialność, jeśli nie usłuchacie!… (…)
Spoglądali tedy po sobie obecni, a on stał… z podniesioną głową, podobną do głowy rozdrażnionego orlika, z ogniem w źrenicach
i rumieńcem na twarzy. (…)
– Przez sam gniew waszmości prawda przebija – rzekł ksiądz Kordecki… (…) Bóg ci zapłać za dobrą intencję…, (…)
…ale się nie dziwuj, żeśmy twoją chęć z niedowierzaniem przyjęli. Nieraz nas już tutaj straszono… (…)
I rozeszli się wszyscy. (…) …ksiądz Kordecki wziął do spowiedzi pana Andrzeja i spowiadał go długo w pustym już kościele;
po czym leżał pan Andrzej krzyżem przed zamkniętymi drzwiami kaplicy aż do północy. (…)

XIII

Nazajutrz z rana dziwny i niezwykły ruch panował w klasztorze. Bramy były wprawdzie otwarte i nie tamowano przystępu pobożnym, nabożeństwo odbywało się zwykłym trybem, ale po nabożeństwie nakazano wszystkim obcym opuścić obręb klasztoru. Sam ksiądz Kordecki, w towarzystwie pana miecznika sieradzkiego i pana Piotra Czarnieckiego, oglądał szczegółowie blanki i skarpy podtrzymujące mury z wewnątrz i z zewnątrz. (…) Pod noc dwustu już ludzi pracowało wedle murów. Ciężkie działa przysłane jeszcze przed oblężeniem Krakowa przez pana Warszyckiego, kasztelana krakowskiego, w liczbie dwunastu, osadzono na nowych lawetach i rychtowano odpowiednio. Z lamusów klasztornych zakonnicy i pachołkowie wynosili kule, które układano w stosy przy armatach; wytaczano jaszcze z prochem, rozwiązywano snopy muszkietów i rozdawano je między załogę. Na wieżach i narożnikach stanęły straże, mające dawać dniem i nocą pilne baczenie na okolicę; oprócz tego ludzie wysłani
na zwiady rozesłali się po okolicy do Przystajni, Kłobucka, Krzepic, Kruszyny i Mstowa. (…) Koło południa wrócili ludzie wysłani zeszłego dnia na zwiady, ale żaden nie widział Szwedów ani nawet nie słyszał o nich, prócz o tych, którzy najbliżej, w Krzepicach, stali. Nie zaniechano jednak w klasztorze przygotowań. (…) Kmicic z radością w sercu patrzył na przygotowania wojenne,
na musztrujących się żołnierzy, na działa, stosy muszkietów, dzid i osęków. To był jego żywioł właściwy. Wśród tych groźnych machin, wśród krzątaniny, przygotowań i gorączki wojennej było mu dobrze, lekko i wesoło. Było tym lżej i weselej, że generalną spowiedź z całego życia odbył, jak czynią konający, i nad spodziewanie własne rozgrzeszenie otrzymał, bo kapłan zważył jego intencję, szczerą chęć poprawy i to, że już na tę drogę wstąpił. (…)

W tym usposobieniu chodził po murach z jasną twarzą, rozpatrywał się, przyglądał i widział, że dobrze się dzieje. Okiem znawcy wnet poznał z samych przygotowań, że czynią je ludzie doświadczeni, którzy potrafią pokazać się i wówczas, gdy przyjdzie
do sprawy. (…) Do wieczora ukończono przygotowania i twierdza była zupełnie do obrony gotowa. Niczego jej nie brakło:
ni zapasów, ni prochów, ni dział, jeno murów dostatecznie silnych i licznej załogi. (…) Tego samego dnia przyszedł do Kmicica stary Kiemlicz wraz z synami, z prośbą, żeby ich ze służby uwolnił. Pana Andrzeja złość porwała. (…)
– (…) Precz! Precz! (…)
Oni zaś wyszli bijąc pokłony, bo ich strach dławił i szczęśliwi byli, że się tak wszystko skończyło. Pod wieczór nie było ich już
w fortecy. Noc nastała ciemna i dżdżysta. Był to ósmy listopada. (…) Kmicic nie spał; był na murach przy panu Czarnieckim,
z którym gwarzyli o przebytych wojnach. (…) Kmicic… począł nasłuchiwać pilnie.
– Idą! – rzekł nagle.
– Co? Na Boga! Co waćpan mówisz?
– Jazdę słyszę.
– To jeno wiatr z deszczem tętni.
– Na rany Chrystusa! to nie wiatr, to konie! Ucho mam wprawne okrutnie. Idzie moc jazdy… i blisko już są, jeno wiatr właśnie głuszył. Rata, rata!!!
Głos Kmicica zbudził drzemiące w pobliżu i skostniałe straże, lecz jeszcze nie przebrzmiał, gdy w dole, w ciemności ozwały się przeraźliwe dźwięki trąb… (…) Trębacze grali jeszcze czas jakiś…; na koniec umilkli; jeden z nich oderwał się od szeregu
i powiewając białą chustą zbliżył się do bramy.
– W imieniu jego królewskiej mości – zawołał trębacz – najjaśniejszego króla Szwedów… otwórzcie!

– Puścić! – ozwał się głos księdza Kordeckiego. (…)
– Który pomiędzy wami jest przełożonym zakonu?
– Jam jest! – rzekł ksiądz Kordecki. Jeździec podał mu pismo z pieczęciami… (…) Ksiądz Kordecki wezwał natychmiast na naradę do definitorium zakonników i szlachtę. W drodze rzekł pan Czarniecki do Kmicica:
– Pójdź i ty! (…)
…ksiądz Kordecki oderwał pieczęcie i czytał, co następuje:
– (…)Nie jako wróg, ale jako przyjaciel dziś przybywam, bez obawy zdajcie pod moją opiekę wasz klasztor, jak tego wymagają czas i dzisiejsze okoliczności. Tym sposobem zyskacie spokojność, której pragniecie, i bezpieczeństwo. Przyrzekam wam uroczyście, że świętości nietknięte pozostaną, dobra wasze nie będą zniszczone, sam koszta wszelkie poniosę, a nawet wam środków przysporzę. (…) …nikt nie zabierał głosu czekając, co powie ksiądz Kordecki; on zaś milczał przez chwilę, tylko wargi jego poruszały się cichą modlitwą, po czym rzekł:
– Zaliby prawdziwy przyjaciel podchodził porą nocną i tak okropnym głosem surmów i trąb przerażał śpiące sługi Boże? Zaliby przybywał na czele tych tysięcy zbrojnych, które teraz pod murami stoją? (…) Co znaczą owe srogie zastępy, jeżeli nie groźbę,
w razie gdybyśmy klasztoru oddać nie chcieli? (…)
Wtem ozwał się głos Kmicica:
– Słyszałem w Kruszynie – rzekł – jako Lisola pytał: „A czy skarbca mnichom przetrząśniecie?” – na co Wrzeszczowicz, on, który stoi pod murami, odpowiedział: „Matka Boska talarów w przeorskiej skrzyni nie potrzebuje.” Dziś tenże sam Wrzeszczowicz pisze wam, ojcowie wielebni, że sam koszta będzie ponosił i jeszcze wam majętności przysporzy. Zważcie szczerość jego! (…)

Tu oczy wszystkich zwróciły się na pana Zamoyskiego, najstarszego wiekiem, powagą i urzędem, on zaś powstał i w następujące ozwał się słowa:
– (…) …ponieważ pytacie nas, wielebni ojcowie, co czynić, więc odpowiadam: póki konieczność nas nie zmusi, niechże daleką
od nas będzie myśl poddania. Haniebna albowiem i niegodziwa rzecz jest sromotną uległością niepewny pokój u wiarołomnego nieprzyjaciela okupować. (…)
Tu umilkł pan miecznik sieradzki; wszyscy rozważali słowa jego, krzepiąc się ich treścią, a Kmicic, jak to wprzód zawsze czynił,
niż pomyślał, skoczył i do ust rękę starszego męża przycisnął. Zbudowali się tym widokiem obecni i każdy dobrej wróżby w tym młodzieńczym zapale dopatrzył, a chęć bronienia klasztoru wzrosła i ogarnęła serca. (…) Postanowiono jeszcze wysłać dwóch księży do Wrzeszczowicza z oświadczeniem, że bramy zostaną zamknięte i że oblężeni bronić się będą, do czego im salwa-gwardia królewska daje prawo. (…) Posłowie, ojciec Benedykt Jaraczewski i Marceli Tomicki, wyszli za bramy, reszta oczekiwała ich z biciem serca w refektarzu… (…) …ledwie upłynęło pół godziny, dwaj ojcowie ukazali się znów przed radą. (…) Milcząc podali księdzu Kordeckiemu nowe pismo Wrzeszczowicza, a ten wziął je z ich rąk i odczytał głośno. Było to ośm punktów kapitulacji,
pod którymi Wrzeszczowicz wzywał zakonników do poddania klasztoru. Skończywszy czytać przeor popatrzył długo w twarze zgromadzonych, na koniec rzekł uroczystym głosem:
– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego! (…) Na mury, bracia ukochani! (…)

W chwilę potem jasny płomień oświecił podnóże klasztoru. Wrzeszczowicz kazał zapalić zabudowania przy kościele Świętej Barbary. (…) Ponieważ armaty klasztorne nie odezwały się dotychczas, więc rajtarowie zeskakiwali z koni i zbliżali się do samego podnóża góry, potrząsając mieczami i muszkietami. (…) W tymże czasie ozwały się polowe armatki, które Wrzeszczowicz
ze sobą przyprowadził. (…) Ksiądz Kordecki pojawił się przy panu Czarnieckim, a z nim szedł ksiądz Dobrosz, który artylerią klasztorną w czasie pokoju zawiadywał i w święta na wiwaty ognia dawał, dlatego za przedniego puszkarza między zakonnikami uchodził. (…) Długo celował ksiądz Dobrosz, bo chodziło o jego reputację. Wreszcie wziął lont i przytknął do zapału. Huk wstrząsnął powietrzem i dym widok zasłonił. Po chwili jednak wiatr go rozniósł. W luce między budynkami nie było już
ani jednego jeźdźca. Kilku wraz z końmi leżało na ziemi, inni pierzchli. (…) Trąby znów zagrały w szeregach Wrzeszczowicza,
lecz odgłos ich począł się oddalać. (…) Wrzeszczowicz cofał się ku Krzepicom. Ksiądz Kordecki ukląkł na murze. (…)

XIV

Następnego dnia spokój zapanował pod stopami Jasnej Góry, z czego korzystając zakonnicy tym gorliwiej zajęli się przygotowaniem do obrony. (…) Ksiądz Kordecki dwoił się i troił. Odprawiał nabożeństwo, zasiadał na radach, nie opuszczał chórów dziennych i nocnych, a w przerwach obchodził mury, rozmawiał ze szlachtą i wieśniakami. (…) Jednocześnie świeccy naczelnicy załogi, pan miecznik sieradzki i pan Piotr Czarniecki, czynili także ostatnie przygotowania. (…) W dniu 18 listopada miało się rozpocząć oblężenie. Lecz jenerał szwedzki liczył, że nie potrwa nad parę dni i że drogą układów twierdzę zajmie. (…) Biła godzina druga z południa; procesja była jeszcze na murach. A wtem na krańcach, gdzie niebo zdawało się stykać z ziemią
i rozciągały się mgły sinawe, w tych mgłach właśnie zamajaczało coś i poczęło się poruszać, wypełzały jakieś kształty,
z początku mętne, które zwierając się stopniowo, stawały się coraz wyraźniejsze. (…) …chmura szwedzka zmieniła się
w niezmiernego węża, który przypełzał jeszcze bliżej. Widać już było jego straszliwe dzwona. (…) Tętent i rżenie koni, krzyki, nawoływania, szmer kilku tysięcy głosów i głuchy hurkot armat dolatywały doskonale do uszu oblężonych… (…) Parlamentarz
z wezwaniem Millera do poddania zatrąbił jeszcze przedtem do wrót kościelnych, ale obrońcy na widok rzezi i srogości żołnierskiej w Częstochówce, odpowiedzieli ogniem działowym. (…) Zaledwie roztasowane, pułki szwedzkie umykały co duchu
z zabudowań, a niepewne nowych stanowisk, przewalały się w różne strony. Bezład począł się w nie wkradać. Usuwano
nie ustawione jeszcze działa, by uchronić je przed pociskami. Miller zdumiał; nie spodziewał się takiego przyjęcia ani takich puszkarzy na Jasnej Górze. (…)

Ledwie tedy rozbłysło na niebie, rozpoczęła się walka artylerii; lecz tym razem pierwsze zagrały działa szwedzkie. (…) Działa klasztorne odpowiadały grzmotem na grzmot, błyskawicą na błyskawicę, ile mogły, ile ludziom sił i tchu w piersi starczyło. (…) Kmicic, stojąc na murach przy dziale naprzeciw wsi Częstochowy, w której były stanowiska Millera i skąd największy szedł ogień, odtrącił mniej wprawnego puszkarza i sam pracować zaczął. (…) Orle jego oczy przenikały przez dymy, kurzawę; skoro między budynkami ujrzał gdzie zbitą masę kapeluszy lub hełmów, wnet druzgotał je i rozpraszał celnym pociskiem jakby piorunem. (…) O godzinie trzeciej na baterii szwedzkiej zamilkło drugie działo, rozbite celnym Kmicicowym strzałem. Resztę pozostałych ściągnięto w jakiś czas później z szańców. Widocznie Szwedzi uznali tę pozycję za niemożliwą do utrzymania. (…)

XV

Walka na armaty nie przeszkadzała wcale układom. Postanowili korzystać z nich ojcowie za każdym razem, chcąc łudzić nieprzyjaciela i zwłóczyć, aby przez ten czas odczekać się jakiejkolwiek pomocy albo przynajmniej zimy surowej… (…)
…przez noc trwało zawieszenie broni. Szwedzi pracowali usilnie nad wzniesieniem potężniejszych szańców, jasnogórcy opatrywali szkody wczorajsze i ze zdumieniem przekonali się, że ich nie było. (…) Nadeszła niedziela… (…) W nabożeństwie
nie było przeszkody, bo Miller oczekiwał na ostateczną odpowiedź, którą zakonnicy obiecali przesłać po południu. (…) List wysłano o godzinie drugiej, ale nie z poddaniem się, tylko z powtórzeniem odpowiedzi danej Kuklinowskiemu, iż kościół i klasztor zowią się Jasną Górą, miasto zaś Częstochowa wcale do klasztoru nie należy. (…) Miller, który czynił prędko, ale myślał powoli, dopiero w tej chwili wyrozumiał treść listu, poczerwieniał więc i rzekł:
– Mnisi drwią z nas, mości panowie!
– Intencji nie było, ale na jedno to wychodzi! – odrzekł Horn.
– Więc do szańców! Mało było wczoraj ognia i kul! (…)
Lecz rozkazy jego spełniono zbyt gorliwie. W pośpiechu za wysoko podnoszono działa, skutkiem czego kule poczęły przenosić. Niektóre dolatywały, szybując nad kościołem i klasztorem, aż do przeciwległych szańców szwedzkich; tam druzgotały dylowania, rozrzucały kosze, zabijały ludzi. (…) Nadeszła noc, działa grzmiały bez ustanku; lecz klasztorne odpowiadały żywo, żywiej nawet niż w dzień, bo ognie szwedzkie wskazywały im cel gotowy. (…) Noc ciężkie przyniosła straty Szwedom. Naginęło mnóstwo ludzi przy ogniach; w niektórych miejscach rozegnano ich tak, że niektóre pułki, raz wpadłszy w zamieszanie, nie mogły do samego rana przyjść do sprawy. (…) Brzask oświecił na murach twarze zmęczone, blade, bezsenne, ale ożywione gorączką. Ksiądz Kordecki w nocy leżał krzyżem w kościele; skoro świt, pojawił się na murach… (…)

Gdy rankiem oficerowie, przychodzący z raportami, donieśli Millerowi, że skutek nocnej strzelaniny jest żaden, że owszem, im samym przyniósł znaczne szkody w ludziach, jenerał zaciął się i kazał dalej ogień prowadzić. (…) Przeszedł więc dzień
do wczorajszego podobny, pełen grzmotów, dymu i płomienia. (…) Lecz oni gasili pożary i strzelali z nie mniejszym męstwem. Połowa żołnierzy szła na spoczynek, druga połowa była na murach przy działach. (…) Ksiądz Kordecki naradzał się w definitorium z panem miecznikiem sieradzkim. Posłyszawszy kroki, podniósł głowę i odsuwając na bok świecę spytał:
– A kto tam? Jest co nowego?
– To ja, Czarniecki – rzekł pan Piotr – ze mną zaś jest Babinicz. Oba spać nie możemy, bo strasznie nam Szwedzi pachną. Ten Babinicz, ojcze, to niespokojna głowa, i nie może na miejscu usiedzieć. Wierci mi się, wierci, bo mu się okrutnie chce do Szwedów za wały pójść, zapytać się ich, czyli jutro także będą strzelać albo czy też fryszt nam i sobie jeszcze dadzą? (…)
– Działa zagwoździm! – dodał gorąco Kmicic.
– A dawajcie mi tu tego Babinicza! – zakrzyknął pan miecznik – niech go uściskam! (…)
– Ilu ludzi chcesz wziąść? – spytał ksiądz Kordecki Kmicica.
– Ja?… – odrzekł ze zdziwieniem pan Andrzej. – Ja tu nie wódz i miejscowości nie znam tak dobrze jak pan Czarniecki. Pójdę
z szablą, ale ludzi niech pan Czarniecki prowadzi i mnie z innymi. Chciałbym jeno, by mój Soroka poszedł… (…)

Znalazłszy się na drugiej stronie muru policzyli się: pan Czarniecki stanął na przedzie oddziału, Kmicic na samym końcu i ruszyli wzdłuż okopu, cicho, dech tamując w piersiach, jak wilcy podkradający się do owczarni. (…) Wtem księżyc oświecił nieco brzeg chmury i uczyniło się jaśniej. Idący ujrzeli pustą przestrzeń z tyłu szańca. (…) Doszli już do wzniesienia usypanego starannie
z tyłu szańców. Stał tam cały szereg wozów, na których podwożono prochy i kule. (…) Tak doszli do samych namiotów i z gotową bronią zatrzymali się tuż, tuż. W dwóch rzeczywiście błyszczały światełka; więc pan Kmicic zamieniwszy parę słów z Czarnieckim rzekł:
– Pójdę ja naprzód do tych, którzy nie śpią… Czekać teraz mego wystrzału, a potem w nich!
To rzekłszy ruszył. (…) …dotarł do oświetlonego namiotu, podniósł skrzydło i wszedłszy zatrzymał się u wejścia z pistoletem
w dłoni i z szablą spuszczoną na łańcuszku. (…) Za stołem siedziało trzech oficerów schylonych nad planami. Jeden z nich, siedzący w pośrodku, ślęczał nad nimi tak pilnie, że aż długie jego włosy leżały na białych kartach. Ujrzawszy kogoś wchodzącego podniósł głowę i spytał spokojnym głosem:
– A kto tam?
– Żołnierz – odpowiedział Kmicic. Wówczas i dwaj inni oficerowie zwrócili oczy ku wejściu.
– Jaki żołnierz? skąd? – spytał pierwszy. (…)
– Z klasztoru – odrzekł Kmicic. (…)
– Czego tu chcesz?
– Ot, czego chcę! – krzyknął Kmicic. I wypalił mu w same piersi z pistoletu.

Wtem krzyk straszny i wraz z nim salwa wystrzałów rozległa się na szańcu. (…) …drugi oficer wpadł ze szpadą na Kmicica, ale on ciął go szablą między oczy, aż stal zgrzytnęła o kości; trzeci oficer rzucił się na ziemię pragnąc prześliznąć się pod ścianą namiotu, ale Kmicic skoczył ku niemu, nadepnął nogą na plecy i przygwoździł sztychem do ziemi. (…) Ludzie obłąkani
z przestrachu wypadali z namiotów, nie wiedząc, gdzie się obrócić, w którą stronę uciekać. Niektórzy, nie pomiarkowawszy zrazu, skąd napad przychodzi, biegli wprost na jasnogórców i ginęli od szabel, kos i siekier, nim zdołali „pardon!” zakrzyknąć. (…) Tymczasem jasnogórcy siekąc, bodąc, depcząc doszli do armat. Ludzie z przygotowanymi gwoździami rzucili się na nie natychmiast, inni zaś prowadzili dalej dzieło śmierci. (…) Szaniec był zdobyty. W głównym obozie szwedzkim już trąby poczęły grać larum. Nagle ozwały się działa jasnogórskie i kule ogniste poczęły lecieć z klasztoru, by wracającym drogę oświecić. (…) Pan Czarniecki prowadził czoło. Kmicic pochód zamykał. (…) Wycieczka weszła do klasztoru wśród huku dział i połysku płomieni. (…) Lecz cisza nocna, raz przerwana, nie powróciła już aż do białego dnia. Z murów grały działa, w stanowiskach zaś szwedzkich trwało największe zamięszanie. (…) Miller, Sadowski, książę Heski, Wrzeszczowicz i wszyscy wyżsi oficerowie czynili nadludzkie usiłowania, by doprowadzić do ładu przerażone pułki. (…)

Nareszcie skończyła się zgiełkliwa noc. (…) Wówczas Miller na czele sztabu podjechał do zdobytego szańca. (…) Chciał własnymi oczyma obejrzeć wszystkie szkody, policzyć poległych. (…) Była to nie tylko klęska, była i hańba, bo przecie sam jenerał twierdzę ową kurnikiem nazywał i obiecywał ją między palcami rozkruszyć, bo przecie miał dziewięć tysięcy wojska, a tam stało dwieście załogi, bo na koniec, jenerał ów był żołnierzem z krwi i kości, a miał przeciw sobie mnichów. (…) Jenerał
wraz ze sztabem odjechali z wolna ku Częstochowie, lecz nie dojechali jeszcze do głównej kwatery, gdy przypadł oficer
na spienionym koniu.
– To od marszałka Wittenberga! – rzekł Miller. Tymczasem oficer oddał mu list. (…)
– To z Poznania… złe wieści. W Wielkopolsce szlachta się podnosi, lud łączy się z nią… Na czele ruchu stoi Krzysztof Żegocki, który chce iść na pomoc Częstochowie.
– Przepowiedziałem, że te strzały rozlegną się od Karpat do Bałtyku – mruknął Sadowski. – U tego narodu prędka odmiana. Jeszcze wy nie znacie Polaków, poznacie ich później. (…)

XVI

Zgodnie z życzeniami swych oficerów Miller znowu rozpoczął układy. Przybył do klasztoru z nieprzyjacielskiego obozu znamienity szlachcic polski, poważny wiekiem i wymową. (…) Otoczyli go księżą i szlachta w definitorium, wśród ciszy i uwagi; z jego ust zaś zdawała się płynąć sama szczerość i boleść nad losami ojczyzny. Rękę często kładł na białej głowie, jak gdyby chcąc wybuch desperacji powstrzymać, patrzył na krucyfiks, łzy miał w oczach i głosem powolnym, przerywanym następujące mówił słowa:
– Ach! jakich to czasów doczekała się strapiona ojczyzna! Nie ma już rady! trzeba ulec królowi szwedzkiemu… Zaprawdę,
dla kogoż wy tu, ojcowie czcigodni, i wy, panowie bracia szlachta, chwyciliście za miecze? Dla kogóż nie żałujecie niewywczasów, trudu, umęczenia, krwi? Dla kogoż przez opór – niestety próżny! narażacie siebie i święte miejsce na straszliwą zemstę niezwyciężonych szwedzkich zastępów?… Dla Jana Kazimierza? (…) Prawym królem naszym jest teraz Karol Gustaw! (…) Wtem ksiądz Kordecki powstał i głosem, w którym nie było najmniejszego wahania, żadnego zwątpienia, rzekł, jakby w proroczym widzeniu:
– To, co waszmość mówisz, że Jan Kazimierz nas opuścił, że już abdykował i prawa swe Karolowi przekazał – to kłamstwo!
W serce wygnanego naszego pana wstąpiła nadzieja i nigdy gorliwiej, jak w tej chwili, nie pracował, by ojczyźnie ratunek zapewnić, tron odzyskać i nam pomoc w ucisku przynieść! (…)
– Skąd ta wiadomość? Skąd ta pewność? – zapytał.
– Stąd! – odrzekł ksiądz Kordecki ukazując wielki krucyfiks zawieszony na ścianie. (…) Nastała chwila głuchego milczenia, wreszcie rozległ się przytłumiony głos przybysza:
– Umywam ręce…
– Jak Piłat! – dokończył ksiądz Kordecki. Zdrajca wstał i wyszedł z definitorium. Przesunął się szybko przez podwórce klasztorne, a gdy się znalazł za bramą, począł biec prawie, jakby go coś gnało od klasztoru do Szwedów. (…)

Następnego dnia odbył się przegląd piechoty; przeznaczono do każdej baszty jednego szlachcica z jego czeladzią, zakonników zaś dziesięciu i dwóch puszkarzy pewnych. Wszyscy ci dzień i noc obowiązani byli powierzonych im stanowisk pilnować. (…) Tak więc nie tylko zamiary poddania spełzły na niczym, ale zabrano się jeszcze gorliwiej do obrony. Chodził nazajutrz ksiądz Kordecki naokół po murach jak pasterz po owczarni, widział, że wszystko jest dobrze, i uśmiechał się błogo, chwalił naczelników
i żołnierzy… (…) Lecz układów ksiądz Kordecki nie zaniechał widząc, że Miller gorąco ich pragnie i za wszelki pozór chwyta. (…) Poczęły więc płynąć dnie, jeden za drugim, w których nie milczały wprawdzie działa i rusznice, lecz głównie działały pióra. W ten sposób oblężenie przewłóczyło się, a zima nadchodziła coraz sroższa. (…) Twarda ziemia utrudniała sypanie szańców i czynienie podkopów. Oblężenie nie postępowało. (…) Udawali więc księża naprzód, że się chcą poddać. Przyszli do Millera w poselstwie ojciec Marceli Dobrosz i uczony ksiądz Sebastian Stawicki. Ci uczynili Millerowi niejaką nadzieję zgody. Ledwie to usłyszał, aż ręce otworzył i gotów był porwać ich z radości w objęcia. (…) Zaprosiwszy ich na ucztę, sam pił za ich zdrowie, a również za zdrowie przeora i pana miecznika sieradzkiego; obdarzył ich rybami dla klasztoru, na koniec podał warunki poddania się tak łaskawe,
iż ani na chwilę nie wątpił, że ze skwapliwością zostaną przyjęte. Ojcowie podziękowali pokornie, jak na zakonników przystało; wzięli papier i odeszli. (…)

Jakkolwiek Miller starym był i wytrawnym wojownikiem, ...biło mu serce niespokojnie, gdy następnego ranka ujrzał dwa białe habity zbliżające się do kwatery, którą zajmował. Byli to nie ci sami ojcowie; przodem szedł ksiądz Maciej Błeszyński, lektor filozofii, niosąc pismo z pieczęcią; za nim postępował ojciec Zachariasz Małachowski, z rękami skrzyżowanymi na piersiach,
ze spuszczoną głową i z twarzą lekko pobladła. Jenerał przyjął ich w otoczeniu sztabu i wszystkich znamienitych pułkowników,
i odpowiedziawszy uprzejmie na pokorny ukłon ojca Błeszyńskiego, wyjął mu szybko list z ręki, rozerwał pieczęcie i począł czytać. (…)
– Oświadczają mnisi tylko tyle, że dopóty nie mogą się wyrzec Jana Kazimierza, dopóki prymas nowego króla nie ogłosi, czyli, inaczej mówiąc, nie chcą uznać Karola Gustawa. (…) Wziąść mi te golone pałki i zamknąć! – krzyknął jenerał. –Waść, panie Sadowski, otrąbisz mi pod klasztorem, że niech aby z jednego działa dadzą z murów ognia, obydwóch mnichów każę natychmiast powiesić! (…)
Odpowiedziano mu, że póki ojców nie uwolni, żadne układy nie mogą mieć miejsca, bo jakże zakonnicy mogą wierzyć, że jenerał dotrzyma im warunków, jeżeli wbrew kardynalnemu prawu narodów więzi posłów, których nietykalność barbarzyńskie nawet ludy szanują. (…)

Tymczasem zaszedł nowy wypadek, który do rozpaczy przywiódł oblężonych. Pan kasztelan kijowski, poddając Kraków, wymówił sobie, że wyjdzie z całym wojskiem i pozostanie wraz z nim na Śląsku aż do końca wojny. (…) Owóż Wrzeszczowicz namówił Millera, ażeby tych ludzi zagarnął. Ten wysłał samego Wrzeszczowicza z dwoma tysiącami rajtarii, którzy nocą przeszedłszy granicę napadli na uśpionych i zabrali ich co do jednego. (…)

A ksiądz Kordecki miał przede wszystkim na myśli uwolnienie uwięzionych ojców i chwycił się najlepszego sposobu, napisał bowiem list do Millera, że chętnie dla dobra kościoła owych braci poświęci. (…) Wówczas obaj usłyszeli wyrok śmierci. Było to
w kwaterze Millera w obecności sztabu i znamienitych oficerów. Wszyscy oni patrzyli pilnie w twarze zakonników, ciekawi, jakie też wyrok wywrze na nich wrażenie, i z największym zdumieniem ujrzeli na obydwóch radość tak wielką, tak nieziemską, jakby najwyższe zwiastowało im szczęście. (…)
– Ach! czemuż dzisiaj nie umieramy, skoro ofiarą za Boga i króla paść nam przeznaczono!… (…)
Wtem Sadowski wystąpił na środek izby i stanął przed Millerem. (…)
– Wasza dostojność nie uczynisz tego bez wiedzy jego królewskiej mości!
– Waćpan nie masz prawa przypominać mi moich obowiązków względem króla!
– Ale mam prawo prosić o uwolnienie ze służby, a powody jego królewskiej mości przedstawić. Chcę być żołnierzem, nie katem!…
Książę Heski wystąpił z kolei na środek izby i rzekł ostentacyjnie:
– Panie Sadowski, daj mi twą rękę. Pan jesteś szlachcic i uczciwy człowiek!
– Co to jest? co to znaczy? – ryknął Miller zrywając się z siedzenia. (…) – Mnichy będą jutro wisieć.
– To nie moja rzecz – odrzekł książę Heski – ale w takim razie każ wasza dostojność dziś jeszcze uderzyć na te dwa tysiące Polaków, którzy są w naszym obozie, bo jak tego nie uczynisz, to oni jutro uderzą na nas… Już i tak bezpieczniej szwedzkiemu żołnierzowi iść między stado wilków jak między ich namioty. Oto wszystko, co chciałem powiedzieć, a teraz pozwalam sobie życzyć waszej dostojności powodzenia.
To rzekłszy wyszedł z kwatery. Miller pomiarkował, iż zapędził się zbyt daleko. Lecz rozkazów nie cofnął i tego samego dnia jeszcze zaczęto wznosić szubienicę na oczach całego klasztoru. (…)

Wtem pan Kmicic, którego nie okuli, jak o to prosił, nie wytrzymał istotnie i gruchnął z działa w największą kupę tak skutecznie, że pokotem położył tych wszystkich żołnierzy, którzy się naprzeciw wylotu znajdowali. (…) Wkrótce jednak zabrakło mu celu. Wielkie poruszenie stało się tymczasem w obozie szwedzkim, lecz było tak jasnym, że pierwsi Szwedzi zgwałcili zawieszenie broni, iż Miller sam w duchu przyznawał słuszność jasnogórcom. Co więcej! Kmicic ani się spodziewał, że swymi strzałami uratował prawdopodobnie życie ojcom, bo wskutek w nich Miller stanowczo przekonał się, że zakonnicy w ostatnim razie istotnie gotowi są dla dobra Kościoła i klasztoru poświęcić dwóch współbraci. Strzały wbiły mu przy tym do głowy i tę myśl, że jeśli włos spadnie z głowy posłów, tedy już nic innego, oprócz podobnych grzmotów, nie usłyszy ze strony klasztoru. Płakał ksiądz Kordecki na ich widok, wszyscy braki ich w ramiona i zdumiewali się słysząc z ich ust, że właśnie owym wystrzałom winni są ocalenie. (…) …nowy poseł od Millera wszedł do klasztoru. Był to pan Kuklinowski, pułkownik chorągwi wolentarskiej, włóczącej się
za Szwedami. (…) Narada w definitorium trwała długo. Uczyniło się ciemno. Kmicic czekał jeszcze. Na koniec ukazał się pan Kuklinowski. Twarzy jego nie mógł dojrzeć pan Andrzej, ale z szybkiego sapania wnosił, że misja zgoła mu się nie udała i zarazem nie przypadła do smaku, bo nawet do gawędy stracił ochotę. (…)

– Pewnie z niczym waszmość wracasz… Nasi księża uparci, a mówiąc między nami (tu zniżył głos), źle czynią, bo przecie wieki bronić się nie możem.
Pan Kuklinowski stanął i pociągnął go za rękaw. (…)
– Waćpanu w zaufaniu powiem: ochotka na szwedzką juszkę budzi się w kraju, a podobno i w wojsku, prawda!… O chanie także gadają! Ale Miller nie odstąpi. Za parę dni działa ciężkie nam przyjdą… Wykopiemy tych lisów z jamy, a później co będzie,
to będzie!… Ale waćpan rozumek masz! (…)
Wyszli za bramę i pogrążyli się w ciemności. Tu Kuklinowski stanął i chwyciwszy znów Kmicica za rękaw, mówić począł: (…)
– Ten dom – mówił dalej ukazując palcem na twierdzę - pali się… a głupi, kto z palącego się domu nie ucieka. Waćpan może imienia zdrajcy się boisz?… Pluń na tych, co cię tak nazwą! Chodź do naszej kompanii… Ja, Kuklinowski, to waści proponuję. (…) Kto tam się naszego Kazimierka trzyma? – nikt! Jeden Sapieha Radziwiłła gnębi.
Kmicic zaciekawił się.
– Sapieha, mówisz waćpan, Radziwiłła gnębi?
– Tak jest. srodze go tam na Podlasiu poturbował, a teraz w Tykocinie oblega. A my nie przeszkadzamy!
– Jak to?
– Bo król szwedzki woli, żeby się zjedli. Radziwiłł nigdy nie był pewny, o sobie jeno myślał… Przy tym ledwie podobno już dyszy. (…) Chodź do nas. Jeśli ci dziś za prędko, to się namyśl do jutra, do pojutrza, do przyjścia wielkich dział. (…) Za bramą już ja
nie poseł, i kiedy tak chcesz, to składam dobrowolnie swoją poselską szarżę i mówię ci jak prywatny: kiń do licha tę paskudną twierdzę!
– To waść mówisz jako prywatny?
– Tak jest.
– I mogę ci jako prywatnemu odpowiedzieć?
– Jako żywo! sam proponuję.
– Tedy słuchajże mnie, panie Kuklinowski (tu Kmicic nachylił się i spojrzał w same oczy zabijaki), jesteś szelma, zdrajca, łotr, rakarz i arcypies! Masz dosyć, czyli mam ci jeszcze w oczy plunąć? (…)
Kuklinowski błysnął szablą, lecz Kmicic schwycił go swą żelazną ręką za garść, wykręcił ramię, wyrwał szablę, następnie trzasnął w policzek, aż się rozległo w ciemności, poprawił z drugiej strony, obrócił w ręku jak frygę i kopnąwszy z całej siły, wykrzyknął:
– Prywatnemu, nie posłowi!…
Kuklinowski potoczył się na dół, jak kamień wyrzucony z balisty, pan Andrzej zaś spokojnie poszedł ku bramie. (…)

XVII

Tymczasem odezwał się groźny Arfuid Wittenberg. Znamienity oficer przywiózł jego surowe pismo do klasztoru z rozkazem
dla ojców poddania twierdzy Millerowi. (…) Millerowi w głowie z początku nie mogło się pomieścić, dlaczego, gdy cały kraj poddał się, to jedno miejsce się broni, co za moc je podtrzymuje, w imię jakich nadziei ci zakonnicy nie chcą ulegnąć, do czego dążą, czego się spodziewają? …czas płynący przynosił coraz jaśniejsze na owe pytania odpowiedzi. Opór, który się tu począł, szerzył się jak pożar. …spostrzegł jenerał w końcu, o co księdzu Kordeckiemu chodziło, bo zresztą wytłumaczył to niezbicie Sadowski:
że więc nie o owo gniazdo skaliste, nie o Jasną Górę, nie o skarby nagromadzone w zakonie, nie o bezpieczeństwo Zgromadzenia – ale o losy całej Rzeczypospolitej. (…) W oczekiwaniu więc na większe działa, kazał strzelać z mniejszych. (…) Próżno jednak kule ogniste padał na dachy, próżno najdzielniejsi puszkarze nadludzkie czynili usiłowania. Ilekroć wiatr zwiał morze dymów, klasztor ukazywał się nietknięty, wspaniały jak zawsze, wyniosły, z wieżami bodącymi spokojnie błękit. (…) Klasztor zaś bronił się coraz lepiej. Okazało się, że działa nadesłane przez pana krakowskiego nie ustępują w niczym tym, którymi rozporządzał Miller, a puszkarze przez swą ciągłą praktykę doszli do takiej wprawy, że każdy strzał powalał nieprzyjaciół. (…)

Wśród strzałów armatnich nowy poseł millerowski wszedł do klasztoru i stanął przed obliczem księdza Kordeckiego i rady. Był to pan Śladkowski, podstoli rawski, którego podjazdy szwedzkie ogarnęły, gdy z Prus powracał. (…)
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
– Na wieki wieków! – odezwali się chórem zebrani. A ksiądz Kordecki zaraz dodał:
– Niech będą błogosławieni, którzy Mu służą…
– I ja Mu służę – odrzekł pan podstoli – a że szczerzej niż Millerowi, to się zaraz pokaże… (…) …Miller… tfu!… przysłał mnie, mój dobry panie, do was, żebym was do poddania się… tfu!… namawiał. A ja się podjąłem dlatego, żeby wam powiedzieć: brońcie się, o poddaniu nie myślcie, bo Szwedzi już cienko przędą i licho ich w oczach bierze. (…) Waszym to przykładem, waszą obroną kraj nauczony poczyna zrzucać z siebie jarzmo szwedzkie. (…) …Chan, pomny na dobrodziejstwa pana naszego, króla prawowitego Jana Kazimierza, któremu niech Bóg da zdrowie i panowanie w najdłuższe lata, idzie z pomocą i już wszedł w granicę Rzeczypospolitej… (…) Król Kazimierz wojsko zbiera i lada dzień do kraju wkroczy, a hetmani, słuchajcie, ojcowie, hetmani: pan Potocki i pan Lanckoroński, z nimi zaś całe wojsko, czekają tylko na wejście króla, by Szwedów odstąpić i przeciw nim szable zwrócić. (…) Powtarzam wam tylko: brońcie się, nie upadajcie, nie ufajcie Szwedom, nie liczcie na to, byście pokorą i poddaniem się mogli jakiekolwiek bezpieczeństwo sobie zapewnić. (…)
– Będziecie mieli jeszcze ciężkie chwile: idą działa burzące z Krakowa, które dwieście piechoty prowadzi… Jedna szczególnie sroga kolubryna… Nastąpią szturmy okrutne… Ale to będą ostatnie wysiłki… Wytrzymajcie to. (…)
Ksiądz Kordecki powstał ze swojego miejsca, zbliżył się do pana Śladkowskiego i rozłożył szeroko ramiona. Śladkowski rzucił się w nie i długo obejmowali się wzajem; inni idąc za ich przykładem poczęli padać sobie w ramiona a ściskać się i całować,
a winszować sobie, jakoby Szwed już odstąpił. (…)

Tymczasem między Szwedami panował jakiś ruch niezwyczajny. Słychać było skrzyp kół, gwar głosów ludzkich, czasem rżenie koni i rozmaite inne hałasy. Żołnierze na murach odgadywali łatwo, co się dzieje.
– Działa nadeszły, nie może inaczej być! – mówili jedni.
– I szańce sypią… (…)
Na koniec ukazał się dzień i pierwsze jego blaski odkryły robotę szwedzką. Z północy i południa stanęły szańce, nad którymi kilka tysięcy ludzi pracowało. Sterczały one tak wysoko, iż oblężonym zdało się, że szczyty ich leżą na równej linii z murami. (…)
W kościele nie skończyło się jeszcze poranne nabożeństwo, gdy huk niezwyczajny wstrząsnął powietrzem, szyby zadrżały, niektóre od samego wstrząśnięcia wypadły z opraw, rozbijając się z przeraźliwym dźwiękiem na kamiennej posadzce, a cały kościół wypełnił się kurzawą powstałą z opadłego tynku. Olbrzymie kolubryny przemówiły. Rozpoczął się straszliwy ogień, jakiego jeszcze nie doznali oblężeni. (…) Mury otaczające klasztor poczęły się tu i ówdzie rysować i rozszczepiać, a bite ciągle, bite bez przestanku coraz nowymi pociskami, groziły ruiną. (…) Około południa ogień ustał. Wszyscy odetchnęli, lecz wnet
przed bramą zawarczał bęben i dobosz przysłany przez Millera, zbliżywszy się do bramy, począł pytać, czyli ojcowie mają dosyć
i czy chcą natychmiast się poddać! Odpowiedział sam ksiądz Kordecki, że się do jutra namyślą. Zaledwie odpowiedź doszła
do Millera, atak rozpoczął się na nowo i ogień zdwoił się jeszcze. (…) Miller nie kazał strzelać do baszt, ale w długość murów,
gdzie opór bywa najsłabszy. Jakoż czyniły się gdzieniegdzie znaczne szczerby w murach, nie dość jednak wielkie, aby piechota rzucić się przez nie do wnętrza mogła. (…)

Nazajutrz była niedziela. (…) …oglądano szkody w klasztorze. Były znaczne. Oprócz ludzi zabitych, spostrzeżono, że i mur tu
i owdzie został nadwątlony. Najstraszliwszą okazała się jedna olbrzymia kolubryna, od południowej strony stojąca. Zbiła ona mur do tego stopnia, naodrywała tyle kamieni, cegieł, że łatwo było przewidzieć, iż jeśli ogień potrwa jeszcze parę dni, znaczna część muru obsunie się i runie. (…) …w poniedziałek poczęto znów atak i olbrzymie działo szerzyło dalej wyłom. (…) Mur przy południowej baszcie tak już był popękany, że w nocy poczęto przygotowania do szturmu ręcznego. (…) Na świtaniu spostrzegł pan Czarniecki gotową maszynę oblężniczą, którą już przytaczano ku murom. Lecz oblężeni zgruchotali ją działami bez trudu… (…) Wieczorem Czarniecki, gdy przeor obchodził jak zwykle mury, wziął go na bok i rzekł z cicha:
– Źle, ojcze wielebny. Nasz mur dłużej niż dzień nie wytrzyma.
– Może też te same mgły i im strzelać przeszkodzą – odrzekł ksiądz Kordecki – a my tymczasem szkody jakoś naprawimy. (…) Wtem zaczerniała jakaś postać w tumanie i Babinicz pojawił się koło rozmawiających.
– Patrzę, kto mówi, bo twarzy nie można o trzy kroki rozpoznać – rzekł. – Dobry wieczór, ojcze czcigodny. A o czym mowa?
– Mówimy o tym dziale. Pan Czarniecki radzi wycieczkę… (…)
– Musi jeden człowiek pójść i to działo prochami rozsadzić. A może to uczynić, póki takie mgły panują. Najlepiej, żeby poszedł
w przebraniu. (…) Potrzebuje tylko puszkę z prochem działu w pysk włożyć, z nitką prochową wiszącą i nitkę podpalić. (…)
– Widzi mi się to rzecz niepodobna – rzekł na to ksiądz Kordecki – bo naprzód, kto to się podejmie uczynić?
– Okrutny jeden ladaco – odrzekł pan Andrzej – ale rezolutny kawaler, zowie się Babinicz. (…)
– (…) Przeciw sercu powiadam ci więc! idź, ja cię nie wstrzymuję!… Modlitwy nasze, opieka Boska pójdą z tobą…
– W takiej kompanii pójdę śmiele i rad zginę! (…)

W godzinę, dwie później, wśród głębokiej już nocy, zapukał znowu do celi księdza przeora, gdzie pan Czarniecki czekał także
na niego. Obaj z księdzem ledwie go poznali, taki z niego był Szwed wyśmienity. (…)
– Świecę z daleka! – zawołał Kmicic – coś wam pokażę!…
I gdy ksiądz Kordecki skwapliwie usunął świecę, pan Andrzej położył na stole kiszkę długą na półtorej stopy, a grubą jak ramię tęgiego męża, uszytą ze smolistego płótna i wyładowaną do twarda prochem. Z jednego jej końca zwieszał się długi sznurek ukręcony z kłaków przesyconych siarką.
– No! – rzekł – jak onej kolubrynie tę dryjakiew w gębę włożę i sznureczek podpalę, to jej się brzuch rozpęknie! (…)
– Babinicz gotów. Czeka tylko na waszą wielebność.
– Spieszę, spieszę! – odpowiedział ksiądz. (…) Po chwili stanęli obaj przy przechodzie, gdzie pan Czarniecki zostawił Kmicica,
lecz pana Andrzeja nie było już ani śladu. (…)

XVIII

Co tedy działo się z panem Andrzejem… Wyszedłszy z twierdzy postępował czas jakiś krokiem pewnym i ostrożnym. (…) Miarkował jednak po czasie, że musiał już dojść daleko i że szaniec może być tuż, tuż. „Ciekawym, czy straże są?” – pomyślał. Lecz nie zdołał ujść jeszcze dwóch kroków od chwili, w której sobie zadał to pytanie, gdy nagle przed nim rozległ się tupot miarowych kroków… (…) Była to istotnie dla niego okoliczność nader pomyślna, bo mógł linie straży przejść właśnie w chwili zmiany wart, gdy stąpania żołnierzy głuszyły jego własny krok. Jakoż tak uczynił bez najmniejszej trudności i szedł
za wracającymi żołnierzami dość śmiało, aż do samego szańca. Tam oni wykręcili by go obejść, on zaś posunął się szybko ku fosie i ukrył się w niej. (…) Posuwając się z wolna wzdłuż rowu, odkrył nareszcie swoją kolubrynę. (…) Z szańca dochodził szmer. Widocznie piechota stała wedle dział w gotowości. (…) …Kmicic począł drążyć cicho dziury w pochyłości szańca i piąć się z wolna ku armacie. Po kwadransie pracy zdołał ręką chwycić się za otwór armaty. Przez chwilę zawisnął w powietrzu, lecz niepospolita jego siła pozwoliła mu utrzymać się tak, dopóki nie zasunął kiszki w paszczę armaty.

– Naści, piesku, kiełbasy! – mruknął – tylko się nią nie udław.
To rzekłszy spuścił się na dół i począł szukać sznurka… Po chwili zmacał go ręką. (…) …począł uderzać z lekka krzesiwkiem
w krzemień. Lecz w tej chwili nad głową jego rozległo się w niemieckim języku pytanie:
– A kto tam w rowie?
– To ja, Hans! – odrzekł bez wahania Kmicic – stempel mi diabli do rowu wzięli, więc krzeszę ogień, by go znaleźć.
– Dobrze, dobrze – odrzekł puszkarz. (…) W tej chwili wysiarkowany sznurek zajął się i delikatne iskierki poczęły biec ku górze po jego suchej powierzchni. Czas był zmykać. Kmicic więc puścił się, nie tracąc minuty, wzdłuż rowu, co sił w nogach, nie bardzo już zważając na hałas, jaki czynił. (…) …nagle trafił na kamień – upadł. Wtem huk straszliwy rozdarł powietrze; ziemia zakolebała się, rozrzucone szczątki drzewa i żelaza, kamienie, bryły lodu, ziemi zaświstały mu koło uszu… Potem rozległy się nowe, kolejne wybuchy. To jaszcze z prochem, stojące w pobliżu kolubryny, eksplodowały od pierwszego wstrząśnienia.
Lecz pan Kmicic już tego nie słyszał, leżał bowiem jak martwy w rowie. (…) …nad ranem szukający żołnierze odkryli leżącego
w rowie Kmicica. (…)

Miller kazał go natychmiast stawić przed sobą. (…)
– Ty rozsadziłeś kolubrynę? – spytał Miller.
– Ja – odrzekł Kmicic.
– Jakim sposobem to uczyniłeś?
Kmicic opowiedział pokrótce, nic nie zataił. (…)
– Zowiesz się Babinicz?
Pan Andrzej pomyślał, że po tym, co uczynił, i wobec bliskiej śmierci, nastał czas, w którym nie ma potrzeby dłużej ukrywać swego właściwego nazwiska. Niechże ludzie zapomną o winach i występkach z nim połączonych, niech opromieni je sława
i poświęcenie.
– Nie nazywam się Babinicz – odrzekł z pewną dumą – nazywam się Andrzej Kmicic, byłem zaś pułkownikiem swojej własnej chorągwi w litewskim kompucie.
Ledwie usłyszał to Kuklinowski, zerwał się jak opętany, oczy wytrzeszczył, usta otworzył, rękami jął bić się po bokach… (…)
– Co wasza dostojność zamierzasz z nim uczynić?
– Kazałbym go powiesić, alem sam żołnierz i odwagę a fantazję cenić umiem… Przy tym to szlachcic wysokiego rodu… Każę go rozstrzelać dziś jeszcze. (…)
– Ja chcę – odrzekł Kuklinowski – żebyś wasza dostojność mnie go darował.
– A ty co z nim uczynisz?
– A ja… go ze skórki żywcem obłupię… (…)
– Więc go bierz! (…)
– Chodź, robaczku, ze mną, chodź, przesławny żołnierzyku… Słabyś trochę, potrzeba ci pielęgnacyjki… Ja cię popielęgnuję!
– Rakarz! – odrzekł Kmicic.
– Dobrze, dobrze! harda duszyczko… Tymczasem chodź. (…)

Kmicic przez drogę modlił się żarliwie. (…) Zatrzymali się na koniec w pustej, na wpół rozwalonej stodółce, stojącej nieco opodal od kwater pułku Kuklinowskiego, w szczerym polu. (…)
– Rozebrać tego gaszka do naga – rzekł Kuklinowski – związać mu linką z tyłu ręce i nogi, a potem podciągnąć go na belkę!
– Rakarz! – powtórzył Kmicic. (…) Lina skrzypnęła, pan Andrzej zawisnął poziomo kilka łokci nad klepiskiem. (…)
– (…) Ejże, sławny pułkowniczek pan Kmicic, a Kuklinowski ma go w ręku i Kuklinowski mu boczek przypiecze…
– Rakarz! – powtórzył po raz trzeci Kmicic. (…) Wtem tętent kilku koni rozległ się przy wierzejach stodółki. (…) Wierzeje skrzypnęły i wszedł żołnierz.
– Mości pułkowniku – rzekł – jenerał Miller życzy sobie natychmiast widzieć waszą miłość! (…)
Pułkownik wyszedł, a z nim razem ów żołnierz, który poprzednio siedział na belce. Zostało tylko trzech, ale niebawem trzech nowych weszło do stodoły.
– Możecie iść spać – rzekł ów, który Kuklinowskiemu o rozkazie Millera doniósł – nam pułkownik polecił straż trzymać.
Kmicic drgnął na dźwięk tego głosu. Wydało mu się że go zna. (…) Jednocześnie krzyk: "Prać!", rozległ się w stodółce… (…) Zawrzała walka, straszna, krótka, oświecona blaskami płonącej maźnicy. Po chwili dwa ciała padły w słomę… (…)

– Wasza miłość, to ja, Kiemlicz, i moi synowie! My od rana już czekali na sposobność. Od rana wypatrujem! (…)
– To wy?… Dziękuję… (…)
– Wasza miłość, pilno! Konie czekają!
Lecz w panu Andrzeju obudził się już całkiem dawny Kmicic.
– O! nie może być! – zakrzyknął nagle – teraz ja na tego zdrajcę poczekam! (…) Słuchajcie! – rzekł – czy jego Miller naprawdę wzywał?
– Nie – odrzekł stary. – To ja wymyśliłem, żeby łatwiej z tamtymi się sprawić. Z pięcioma trudno by nam było we trzech,
bo którykolwiek krzyk by uczynił.
– To dobrze. (…)
Tętent konia rozległ się za stodołą. Kmicic zerwał się i stanął w cieniu przy ścianie. Kosma i Damian zajęli miejsca tuż przy wejściu, jak dwa koty na mysz czyhające. (…) Wierzeje skrzypnęły i Kuklinowski wsunął się do stodoły, lecz zanim krok postąpił, dwie żelazne ręce porwały go za gardło i zdusiły krzyk przerażenia. (…) Wówczas Kmicic wysunął się naprzód i poświeciwszy mu kwaczem w oczy, rzekł:
– Ach, to pan Kuklinowski!… Teraz ja mam z waścią do pogadania! (…) Rozebrać go i na belkę! – zawołał Kmicic. (…)

Po upływie kwadransa Kuklinowski wisiał już skrępowany za ręce i za nogi, na kształt półgęska, na belce. Wówczas Kmicic wziął się w boki i począł się chełpić straszliwie:
– Cóż, panie Kuklinowski – rzekł – kto lepszy: Kmicic czy Kuklinowski?…
Wtem porwał palący się kwacz i postąpił krok bliżej.
– Toż twój obóz o strzelenie z łuku, twój tysiąc złodziejów na zawołanie… Toż twój jenerał szwedzki opodal, a ty na tej samej belce wisisz, na której mnie myślałeś przypiekać… Poznajże Kmicica! (…)
To rzekłszy podniósł kwacz i przyłożył go do boku nieszczęsnego wisielca, lecz trzymał go dłużej, dopóki swąd spalonego ciała nie począł się rozchodzić po stodole. (…) …odjąwszy wreszcie kwacz od boku Kuklinowskiego, przyłożył mu go na chwilę pod nos; osmalił wąsy, rzęsy, brwi, po czym rzekł:
– Daruję cię zdrowiem, abyś mógł jeszcze o Kmicicu rozmyślać. Powisisz tu do rana, a teraz proś Boga, by cię ludzie, nim zmarzniesz, znaleźli.
Tu zwrócił się do Kosmy i Damiana.
– Na koń! – krzyknął. I wyszedł ze stodoły. W pół godziny później roztoczyły się naokół czterech jeźdźców wzgórza ciche, milczące i pola puste. (…)
– A wiecie drogę do śląskiej granicy? – spytał pan Andrzej. – ...wiemy, wiemy! – rzekł stary. (…)
– To wyście u Kuklinowskiego służyli? – spytał znów Kmicic. – Tak jest, bośmy myśleli, że będąc w pobliżu, można się będzie świętym zakonnikom i waszej miłości przysłużyć. Jakoż się zdarzyło… (…)
– Hojnie was nagrodzę za to, coście uczynili! – odrzekł Kmicic. – Nie spodziewałem się tego po was… (…)

XIX

Rozsadzenie olbrzymiej kolubryny uczyniło istotnie pognębiające na Millerze wrażenie, gdyż jego wszystkie nadzieje wspierały się dotąd na tym dziale. (…) Nazajutrz, skoro dzień, zwołał więc radę, ale pono dlatego tylko, by od oficerów usłyszeć zachętę
do opuszczenia fortecy. (…) Wtem tętent rozległ się przed kwaterą. (…) Po chwili w sieni zabrzęczały ostrogi i Zbrożek wszedł,
a raczej wpadł do izby. Twarz jego była blada, wzburzona, i zanim oficerowie zdążyli spytać o powody tego pomieszania, pułkownik zakrzyknął:
– Kuklinowski nie żyje! (…)
– Mów prędzej! zamordowano-li go? – zawołali wszyscy.
– Kmicic! – odparł Zbrożek. (…)
– Gdybym nie widział, oczom bym nie wierzył, bo to nieludzka moc. Kuklinowski nieżywy, trzech żołnierzy zabitych, a Kmicica
ani śladu. (…)
– Do śląskiej granicy niedaleko! – rzekł Sadowski. Nastała chwila milczenia. (…)
– Komu wola, panowie, za mną na miejsce wypadku!
Wszyscy chcieli jechać, bo wszystkich podniecała ciekawość. Podano więc konie i ruszyli rysią, a jenerał na czele. (…) …dojechali do stodółki. Miller zsiadł z konia, za nim wszyscy oficerowie, i weszli do wnętrza. Kuklinowskiego zdjęli już żołnierze z belki
i okrywszy klimkiem położyli na wznak na resztkach słomy. (…)

Wtem gwar, echa strzałów i tętent kilku koni rozległ się na zewnątrz i do stodółki wpadł oficer szwedzkich rajtarów.
– Jenerale! – krzyknął – wycieczka z klasztoru. Górnicy kopiący minę wybici do nogi! Oddział piechoty rozprószony.
– Oszaleję! – wrzasnął Miller chwytając się za włosy peruki – na koń!
Po chwili mknęli wszyscy jak wicher ku klasztorowi, aż grudy śniegu sypały się jak grad spod kopyt koni. (…) Jakoż na wałach zadymiło i żelazne ptastwo kul przeleciało ze straszliwym świstem między oficerami. Kilku rajtarów zachwiało się na kulbakach
i jęk odpowiedział świstowi.
– Pod ogniem jesteśmy, cofać się! – zakomenderował Sadowski.
Zbrożek chwycił za cugle Millerowego konia.
– Jenerale, cofamy się! Tu śmierć!
Miller był jakby odrętwiały, nie odrzekł ni słowa, pozwolił wywieść się z promienia pocisków. (…) W kilka dni później wieść gruchnęła po obozie szwedzkim i sprzymierzonym polskim, że kopacze znaleźli przechód podziemny, idący pod sam kościół
i klasztor, i że tylko od dobrej woli jenerała zależy wysadzić całą twierdzę w powietrze. (…) Wrzeszczowicz był wszędzie, zachęcał żołnierzy, utrzymywał w wierze, potwierdzał sto razy dziennie wieść o znalezieniu przechodu, podniecał uczty i hulanki. Echa
tej radości doszły na koniec i do twierdzy. (…) Nastały tak ciężkie chwile i tak bolesne dla nieugiętej duszy owego bohatera
w habicie, jakich nigdy dotąd nie bywało. (…) Upadła wreszcie na duchu i znaczna część zakonników. Ci, z ojcem Stradomskim na czele, udali się do przeora, by niezwłocznie rokowania o poddanie się rozpoczął. Z nimi razem poszła większość żołnierzy i kilku szlachty.

Wówczas ksiądz Kordecki wyszedł na podwórze, a gdy tłum otoczył go ściśniętym kołem, tak mówić począł:
– Zali nie przysięgliśmy sobie, że do ostatniej kropli krwi bronić świętego przybytku będziemy? Zaprawdę, powiadam wam,
jeśli prochy nas wyrzucą, to tylko liche ciała nasze, tylko doczesne zwłoki opadną z powrotem na ziemię, a dusze już nie wrócą… …Niebo otworzy się nad nimi i tam wejdą w wesele, w szczęśliwość, jako morze bez granic. Tam Jezus Chrystus je przyjmie… (…) Bóg mi dał tę moc, lecz wy zdejmijcie strach z serc waszych! Duch mój przenika ziemię i powiada wam: Kłamią nieprzyjaciele wasi i nie ma prochowych smoków pod kościołem! (…) Bóg chce ocalić ten przybytek, aby jako arka Noego unosił się nad potopem klęsk i niedoli, więc w imię Boga po raz trzeci powiadam wam: nie masz prochów pod kościołem! A gdy w Jego imieniu mówię, kto będzie śmiał mi przeczyć, kto wątpić się jeszcze odważy? (…) Przeciwnie, otucha poczęła wstępować w serca, aż na koniec jeden z żołnierzy, chłop prosty, rzekł:
– Bądź pochwalone imię Pańskie!… Od trzech dni mówią, iż mogą fortecę wysadzić, czemu nie wysadzają? (…) W tej chwili głos trąbki dał się słyszeć przy południowo-zachodniej bramie; wszyscy pobiegli patrzeć, kto przybywa. Był to trębacz szwedzki, który przywiózł list z obozu. (…) List był od Wrzeszczowicza i oznajmiał, iż jeśli twierdza nie podda się do jutra, zostanie
w powietrze wysadzona. (…)
– Napiszmy im tedy, żeby nas nie żałowali. Niech wysadzają! (…) W ten sposób spełzł na niczym ostatni fortel Wrzeszczowicza. (…)

Przyszedł wreszcie wieczór wigilijny. O pierwszej gwiaździe zamigotały światła i światełka w całej fortecy. (…) Cicha radość płonęła na wszystkich twarzach, bo każdy miał przeczucie, pewność prawie, że czasy niedoli miną już rychło. (…) Życzyli sobie tedy wzajem pomyślności, długich lat lub niebieskiej korony i taka ulga spadła na wszystkie serca, jakby już bieda minęła. A było przy przeorze jedno krzesło próżne, przed nim stał talerz, na którym bielała paczka opłatków, niebieską wstążeczką obwiązana. Gdy wszyscy zasiedli, owego zaś miejsca nikt nie zajął, pan miecznik rzekł:
– Widzę, ojcze wielebny, że starym zwyczajem i dla zagórskich panów miejsce gotowe?
– Nie dla zagórskich to panów – odrzekł ksiądz Augustyn – ale dla wspomnienia owego młodzieniaszka, któregośmy jak syna wszyscy kochali… (…) On się nie nazywał Babinicz – odrzekł ksiądz Kordecki.
– Jak to, nie nazywał się Babinicz?
– Od dawna wiedziałem jego prawdziwe nazwisko, ale pod tajemnicą spowiedzi… I dopiero, wychodząc przeciw owej kolubrynie, rzekł mi: „Jeśli zginę, niechajże wiedzą, ktom jest, ażeby uczciwa sława przy moim nazwisku została i dawne grzechy starła”. Poszedł, zginął, więc teraz mogę waćpanom powiedzieć: to był Kmicic! (…)
– Wszelako dziwno mi to – rzekł pan miecznik sieradzki – że Szwedzi nie pochwalili się jego śmiercią.
Ksiądz Kordecki westchnął:
– Musiały go prochy na miejscu rozerwać! (…)
O północy żołnierze szwedzcy usłyszeli płynące łagodnie z wyniosłości tony organów, potem głosy ludzkie dołączyły się do nich, potem dźwięki dzwonów i dzwonków. (…)

Nazajutrz po południu huk dział zgłuszył na nowo wszystkie inne odgłosy. (…) Na ogień odpowiadano ogniem, na pocisk pociskiem, jeno wymierzonym trafniej, bo spokojniej. Pod wieczór wyjechał Miller, aby przy ostatnich błyskach zachodzącego słońca skutki dobrze obejrzeć, i wzrok jego padł na wieżę rysującą się spokojnie na tle błękitu.
– Ten klasztor wieki wieków stać będzie! – zakrzyknął w uniesieniu. (…) Wieczorem znów zebrała się w jeneralnej kwaterze narada, jeszcze posępniejsza niż zwykle. Zagaił ją sam Miller.
– Szturm dzisiejszy – rzekł – żadnych nie przyniósł rezultatów. Prochy nasze się kończą, lud zmarniał w połowie, reszta, zniechęcona, klęski, nie zwycięstwa, wygląda. Zapasów już nie mamy, posiłków nie możem się spodziewać. (…)
Wtem Wrzeszczowicz głos zabrał i mówił z wolna i dobitnie:
– Nieraz trafiało się – rzekł – we wszystkich wojnach, że oblężona forteca okupowała się oblegającym, a wówczas ci odchodzili jak zwycięzcy, bo kto składa okup, ten tym samym zwyciężonym się uznaje. (…)
Miller zwrócił się do Wrzeszczowicza:
– Niejedną ciężką, cięższą niż kiedykolwiek w życiu chwilę przebyłem z przyczyny waszych rad, panie hrabio, jednak za tę ostatnią dziękuję i wdzięczność zachowam.
Wszystkie piersi lżej odetchnęły. Rzeczywiście, nie mogło już chodzić o nic innego jak o wycofanie się z honorem.
Nazajutrz, w dzień świętego Szczepana, oficerowie zgromadzili się co do jednego, aby wysłuchać odpowiedzi księdza Kordeckiego na list Millera… (…) Na koniec brzęk ostróg rozległ się w sieni i wszedł trębacz, cały zarumieniony od mrozu, z wąsami okrytymi szronem oddechu.
– Odpowiedź z klasztoru! – rzekł oddając sporą paczkę, obwiniętą w chustkę kolorową, związaną sznurkiem. (…)
Jenerał odwinął jeden skład chusty, drugi, trzeci i odwijał coraz spieszniej, aż wreszcie na stół wypadła paczka opłatków. (…)

…w nocy zapanował ruch w całym obozie. Ledwie światła dzienne zagasły, słychać było głosy komendy, przebieganie znacznych oddziałów jazdy, odgłos regularnych kroków piechoty, rżenie koni, skrzyp wozów, głuchy turkot dział, zgrzytanie żelastwa, dźwięk łańcuchów, szum, gwar i wrzenie. (…) Około piątej w nocy wszystkie odgłosy ucichły, lecz śnieg padał coraz gęstszy. (…) Na koniec poczęło szarzeć i dzwonek ozwał się już na jutrznię, gdy żołnierze strażujący przy południowej bramie usłyszeli parskanie konia. Przed bramą stał chłop, cały zasypany śniegiem… (…)
– Ludzie, a otwórzcie tam!
– Kto żywie? – zapytano z murów.
– Swój, ze Dzbowa!… Przywiozłem dobrodziejom zwierzynę.
– A jakże cię to Szwedy puścili?
– Jakie Szwedy?
– Którzy kościół oblegają.
– Oho, nie masz już nijakich Szwedów!
– Wszelki duch Boga chwali! (…)
Żołnierze dopadli dzwonów i uderzyli we wszystkie jakby na alarm. (…) Bramy klasztoru otwarły się szeroko, jako zwyczajnie bywały przed wojną otwarte; jeno wszystkie dzwony biły, biły, biły… a owe głosy tryumfu leciały w dal i słyszała je cała Rzeczpospolita. Śnieg zasypywał ciągle ślady Szwedów. (…)

XX

Kmicica i Kiemliczów szparko konie niosły do granicy śląskiej. (…) Przez drogę opowiadał stary Kiemlicz panu Andrzejowi,
co słychać w Rzeczypospolitej, pan Andrzej zaś, zamknięty przez tak długi czas w fortecy, słuchał tych nowin chciwie i o bólu własnym zapomniał, gdyż były one nader dla Szwedów niepomyślne i zwiastowały bliski już koniec panowania szwedzkiego
w Polsce. (…) Strudzone konie zwalniały stopniowo kroku, aż wreszcie poczęły iść stępa. Jednostajny ruch ten uśpił znużonego na śmierć pana Andrzeja – i spał długo, kiwając się na kulbace. Zbudziło go dopiero białe światło dzienne. (…)
– A gdzie jesteśmy?
– Oho! już w Śląsku. Już nas tu Szwedzi nie dostaną!
– To dobrze! – rzekł Kmicic oprzytomniawszy zupełnie. – A gdzie nasz miłościwy król rezyduje?
– W Głogowej.
– Tam też pojedźmy panu do nóg się pokłonić, służby ofiarować. (…)

XXI

Ta wojna wytępienia była dopiero w początku, gdy pan Kmicic wraz z trzema Kiemliczami dotarł po trudnej, ze względu na jego nadwerężone zdrowie, podróży do Głogowej. Przyjechali nocą. (…) Szary i śnieżny zimowy ranek zaledwie rozprószył ciemności. Miasto jeszcze spało, ale przez drzwi kościoła widać już było światło w ołtarzu i dochodziły go głosy organów. Kmicic wszedł
do środka. (…) …ujrzał pan Andrzej, gdy oczy jego oswoiły się z ciemnością, jakąś postać leżącą krzyżem przed samymi stallami, na rozciągniętym na ziemi kobierczyku. (…) Pan Andrzej zaraz domyślił się z ubioru, że to musi być ktoś znaczny, gdyż i wszyscy obecni, nie wyłączając księdza odprawiającego wotywę, spoglądali nań ze czcią i uszanowaniem. (…) …Kmicic trącił w łokieć stojącego obok szlachcica i szepnął:
– Przebacz wasza mość, że go w nabożeństwie inkomoduję, ale ciekawość mocniejsza. Kto też to jest?
Tu wskazał oczyma na leżącego krzyżem pana. (…)
– To jest król.
– Na Boga żywego! – zawołał Kmicic. Lecz w tej chwili król się podniósł, bo ksiądz zaczynał właśnie czytać ewangelię. Pan Andrzej ujrzał twarz wymizerowaną, żółtą i przezroczystą jak wosk kościelny. Oczy królewskie były wilgotne, a powieki zaczerwienione. Rzekłbyś, całe losy kraju odbiły się na tej szlachetnej twarzy, tyle w niej było bólu, cierpienia, troski. (…) Kmicicowi na jego widok zdawało się, że ktoś mu żelazną dłonią ścisnął serce. (…) Oto w jednej chwili pokochał tak ten bolesny majestat, że uczuł, iż nie ma nic droższego na ziemi całej od tego ojca i pana, że gotów za niego poświęcić krew, życie, znieść torturę i wszystko
w świecie. (…)

A ów szlachcic, którego Kmicic zaczepił, trącił teraz w bok pana Andrzeja.
– A coś waćpan za jeden? – spytał. (…)
– Szlachcic jako i waszmość! – odrzekł pan Andrzej zbudziwszy się jakby ze snu.
– Jakże cię zowią?
– Jak mnie zowią? Zwę się Babinicz, a jestem z Litwy, spod Witebska.
– A jam jest Ługowski, dworski królewski!… Proszę, to waćpan aż z Litwy, spod Witebska jedziesz?
– Nie… jadę z Częstochowy. (…)
– Chyba waść żartujesz? Co tam? co słychać? Broni-że się jeszcze Jasna Góra?
– I broni się, i będzie broniła. Szwedzi już na odstąpieniu! (…)
– Miłościwy królu! – zakrzyknął pan Ługowski – są wieści z Częstochowy!
Woskowa twarz Jana Kazimierza ożywiła się nagle.
– Co? gdzie? kto jest? – spytał.
– Ten oto szlachcic! Powiada, że z samego klasztoru jedzie.
– Zali klasztor już zdobyty? – zakrzyknął król. Wtem pan Andrzej rymnął jak długi do nóg pańskich. Jan Kazimierz pochylił się
i począł podnosić go za ramiona. (…)
– Nie zdobyty, miłościwy panie, i nie będzie! Szwedzi pobici! Największa armata wysadzona! Strach między nimi, głód, mizeria!
O odstąpieniu myślą!… (…) Król pomodliwszy się i wypłakawszy wstał uspokojony, z twarzą wiele pogodniejszą. Zaraz spytał Kmicica o nazwisko, a gdy ten powiedział mu przybrane miano, rzekł:
– Niechże cię pan Ługowski zaraz do naszej kwatery prowadzi. Nie zażyjemy rannego posiłku inaczej, jak słuchając o obronie!

I w kwadrans później Kmicic stanął w komnacie królewskiej przed dostojnym zebraniem. (…) …gdy zasiedli wszyscy miejsca, począł o całym oblężeniu opowiadać. Prawdę znać było w jego słowach, bo mówił jasno, dobitnie, jak żołnierz, który sam
na wszystko patrzył, wszystkiego się dotknął, wszystko przebył. (…) Tymczasem kanclerz Koryciński szeptał coś od niejakiego czasu do ucha księdza arcybiskupa gnieźnieńskiego, wreszcie rzekł:
– Wielu tu przyjeżdża takich, którzy dla własnej chwalby albo spodziewanej nagrody radzi klimkiem rzucają. Ci wieści fałszywe
i bałamutne przywożą, często i przez nieprzyjaciół namówieni.
Uwaga ta zmroziła wszystkich obecnych. Kmicica twarz pokryła się purpurą. (…)
– Kto mi łgarstwo zadaje, choćby był kanclerzem, temu powiem: łatwiej łgarstwo zadawać niż gardła nadstawiać, łatwiej pieczętować woskiem niż krwią!
Lecz pan Koryciński nie rozgniewał się wcale, tylko odrzekł:
– Nie zadaję ci kłamstwa, panie kawalerze, ale jeżeli prawda, coś mówił, to powinieneś mieć bok spalony.
– Pójdźże wasza wielmożność gdzie na stronę, to ci go pokażę! – huknął Kmicic.
– Nie potrzeba – rzekł król – wierzym ci tak! (…)
– Dłużnikami twymi jesteśmy – dodała królowa wyciągając doń rękę. Pan Andrzej przyklęknął na jedno kolano i ucałował
ze czcią dłoń królowej, która go jeszcze pogładziła jako matka po głowie. (…)
Król rozweselony był zupełnie.
– Udał nam się ten Babinicz – rzekł do senatorów. – Tak nam do serca przypadł, jak mało kto… Już cię też od boku naszego
nie puścim i da Bóg, razem niedługo do miłej ojczyzny powrócimy.

– O najjaśniejszy królu! – zakrzyknął w uniesieniu Kmicic – chociażem był w twierdzy zamknięty, wiem to od szlachty, od wojska, od tych nawet, co pod panem Zbrożkiem i Kalińskim służąc Częstochowę oblegali, że wszyscy dnia i godziny twego powrotu wyglądają. Ukaż się tylko, miłościwy panie, a tego samego dnia cała Litwa, Korona i Ruś jako jeden mąż przy tobie staną! (…) Stań dziś, miłościwy panie, w granicach, a za miesiąc jednego Szweda już nie będzie, jeno przybądź, jeno się ukaż, bośmy tam jako owce bez pasterza!... (…)
Na to umilkli wszyscy, a król zasępił się nagle i jako gdy słońce za chmurę zajdzie, mrok od razu cały świat pokrywa, tak i jemu twarz pociemniała. I po chwili tak mówić począł:
– Bóg patrzy w serca nasze, żeśmy choć dziś gotowi wyruszyć i że nie potencja szwedzka nas wstrzymuje, ale nieszczęsna zmienność naszego narodu, który jako Proteusz coraz nową postać na się przyjmuje. Zali możemy zaufać, że to nawrócenie szczere, ochota nie zmyślona, gotowość nie zdradliwa? Zali możemy zawierzyć temu narodowi, który tak niedawno nas opuścił
i z tak lekkim sercem z najezdnikiem się połączył przeciw własnemu królowi, przeciw własnej ojczyźnie, przeciw własnym wolnościom? (…)

– Miłościwy panie! – krzyknął Kmicic – ciężko zawinił nasz naród, grzeszny jest i słusznie chłoszcze go ręka Boża, ale przecie,
na rany Chrystusa! nie znalazł się w tym narodzie i da Bóg, po wieki nie znajdzie się taki, który by rękę na świętą osobę pomazańca Boskiego śmiał podnieść!
– Ty w to nie wierzysz, boś poczciwy – odrzekł król – ale my mamy listy i dowody. Już to gorzko odpłacili nam się Radziwiłłowie za dobrodziejstwa, którymiśmy ich obsypali, a jednak Bogusława, choć zdrajcę, sumienie ruszyło, i nie tylko nie chciał
do zamachu na nas ręki przyłożyć, ale pierwszy nam o nim doniósł.
– Do jakiego zamachu? – zawołał zdumiony Kmicic.
– Doniósł nam – rzekł król – iż znalazł się taki, który mu się za sto czerwonych złotych ofiarował porwać nas i żywego
lub umarłego Szwedom dostawić.
Dreszcz przeszedł całe zgromadzenie na te słowa królewskie, a pan Kmicic zaledwie zdołał wyjąkać pytanie:
– Kto to był taki?… kto to był?…
– Niejaki Kmicic – odrzekł król. Fala krwi uderzyła nagle panu Andrzejowi do głowy, w oczach mu pociemniało, rękoma schwycił za czuprynę i strasznym, obłąkanym głosem zakrzyknął:
– To łgarstwo! Książę Bogusław łże jak pies! Miłościwy królu, panie mój! nie wierz temu zdrajcy, umyślnie on to uczynił, by wroga zhańbić, a ciebie przerazić, królu mój, panie!… to zdrajca!… Kmicic by nie ważył się na to…
Tu nagle zakręcił się pan Andrzej na miejscu. Siły jego, sterane oblężeniem, podcięte wybuchem prochów w kolubrynie i męką zadaną przez Kuklinowskiego, opuściły go zupełnie – i runął bez przytomności do nóg królewskich. Podniesiono go i medyk królewski począł go cucić w przyległej izbie. (…)

XXII

Pan Andrzej ciskał się jak ranny żbik w swej gospodzie. Piekielna zemsta Bogusława Radziwiłła przywiodła go niemal
do szaleństwa. (…) Lecz z drugiej strony, mimo całej wściekłości i wichru w głowie, przychodziło mu na myśl, że póki książę żyw, zemsta nie uciecze, a najlepsza sposobność, jedyna droga zadać mu kłam i całą bezecność oskarżenia na jaw wywieść,
to właśnie służba królewska, w niej bowiem mógł światu okazać, że nie tylko na świętą osobę ręki podnieść nie zamierzał,
ale że pomiędzy wszystką szlachtą Korony i Litwy nie mógłby król wierniejszego sługi nad Kmicica znaleźć. (…) Tymczasem król, który od razu polubił niezmiernie młodego junaka, przysłał po niego pana Ługowskiego tego samego dnia, a nazajutrz kazał mu ze sobą jechać do Opola, gdzie na walnym zebraniu senatorów miano obradować nad powrotem króla do kraju. (…)

…uchwalono…, że król przez góry do Lubowli, a stamtąd do Lwowa, lub gdzie by kazały okoliczności, wyruszy. (…) Wracał więc król do Głogowej wesół i zadowolony, tam zaś zwoławszy do swej komnaty kilku zaufanych oficerów, a między nimi i Kmicica, rzekł im:
– Pilno mi już i pali mnie pobyt w tej ziemi, chciałbym choć jutro wyruszyć, przeto wezwałem waszmościów, ażebyście,
jako ludzie wojskowi i doświadczeni, prędkie sposoby obmyślili. (…)
– Najlepsza ostrożność – rzekł patrząc na Kmicica pan Tyzenhauz – to trzysta wiernych szabel, a skoro mnie pan miłościwy komendę nad nimi powierza, to go przeprowadzę w zdrowiu… (…)
– Niechże Bóg broni! Im większa kupa, tym o niej głośniej! – rzekł Kmicic. (…)
– Co radzi pan… Babinicz, czy jak się tam nazywa, niech bierze na własną odpowiedzialność! Może mu zależy co na tym,
byś wasza królewska mość bez obrony w górach się zbłąkał… Ja Boga i tu obecnych towarzyszów na świadki biorę, żem w duszy odradzał! (…)
Król zaś rzekł:
– Nad tego kawalera, który kolubrynę wysadził i ze szwedzkich rąk się wydostał, nikt nie ma prawa się wynosić, choćby ojciec jego w zaścianku mieszkał, co jak widzę, nie jest, bo ptaka z pierza, a krew z uczynków poznać łatwo. Zaniechajcie do siebie urazy. (…) …Babinicz zostanie, i za jego radą pójdziemy, bo nam do serca przypadła.

Tego samego dnia gruchnęła wieść po całej Głogowej, że majestat króla Jana Kazimierza wyruszył już do granic Rzeczypospolitej. (…)
– Miłościwy panie! – rzekł Tyzenhauz.
– A czego jeszcze chcesz?
– Na kolanach o jedną łaskę błagam. (…) Niechże wasza królewska mość przychyli się do błagania sługi swego, na którego wierność Bóg patrzy, i niech nie ufa ze wszystkim temu szlachcicowi. (…) Czemu… prawdziwe nazwisko ukrywa? Czemu jakoś mu niesporo mówić, co robił przed oblężeniem Częstochowy? Czemu zwłaszcza tak napierał na to, by dragoni naprzód wyszli
i by wasza królewska mość bez eskorty jechała?
Król zamyślił się nieco i począł swoim zwyczajem usta raz po raz nadymać. (…)
– (…) Szczerość patrzy z oczu tego szlachcica, a spalony bok świadczy, że gotów i na mękę nie uważać.
– Jego królewska mość ma słuszność – rzekła nagle królowa – to są niezbite racje, a rada była i jest dobra.
Tyzenhauz wiedział z doświadczenia, że gdy królowa zdanie swe wyrzecze, to próżno by od niego do króla apelować, tak ufał Jan Kazimierz jej bystrości i rozumowi. (…)
– Nie moja rzecz – odpowiedział – miłościwemu państwu negować. Jeżeli jednak mamy pojutrze wyruszyć, niechże ów Babinicz nie wie o tym, aż w godzinie wyjazdu.
– To może być! – odparł król.
– A w drodze już ja sam będę go miał na oku i broń Boże przygody, nie ujdzie żyw z moich rąk!
– Nie będzie potrzeby – rzekła królowa. – Słuchaj waszmość: króla od złej przygody w drodze i od zdrad, i od sideł nieprzyjacielskich nie waszmość będziesz strzegł, nie Babinicz ani dragoni, ani moce ziemskie, ale Opatrzność Boża, której oko ustawicznie na pasterzów narodów i pomazańców Bożych jest zwrócone. Ona to go będzie pilnować, ona go uchroni i szczęśliwie doprowadzi, a w razie potrzeby ześle mu taką pomoc, jakiej się nawet nie domyślacie, wy, którzy w ziemską tylko moc wierzycie. (…)

Służbie powiedziano tylko, żeby konie miała gotowe, bo lada dzień wyruszą z panami do Raciborza. Król cały następny dzień
nie pokazywał się nigdzie, nawet i w kościele, ale za to u siebie w mieszkaniu do nocy krzyżem przeleżał, poszcząc i Króla królów błagając o wspomożenie, nie dla siebie, ale dla Rzeczypospolitej. Maria Ludwika wraz z pannami trwała także na modlitwie. (…)

XXIII

Przez Raciborz przejechano, koniom tylko popasłszy. Nikt króla nie poznał, nikt na orszak nie zwrócił zbytniej uwagi, bo wszyscy byli zajęci niedawnym przejściem dragonów, między którymi, wedle powszechnego mniemania, monarcha polski miał się znajdować. (…) W Oderbergu, niedaleko ujścia Olszy do Odry, wjechano w granicę Morawy. Dzień był chmurny i śnieg walił tak gęsto, że na kilkanaście kroków nie było można dojrzeć drogi przed sobą. (…) Również zaraz na początku drogi okazało się,
jak dobrą była rada Kmicica, aby jechać osobno. Wszędzie na Morawie opowiadano o niedawnym przejeździe króla polskiego. (…) Babinicz zaś kontent był z siebie i z podróży. Wraz z trzema Kiemliczami trzymał się zwykle naprzód przed orszakiem królewskim, rozpatrując drogę; czasem jechał ze wszystkimi zabawiając króla opowiadaniem pojedynczych wypadków
z oblężenia Częstochowy, których Janowi Kazimierzowi nigdy nie było dosyć. I z każdą niemal godziną przypadał lepiej królowi
do serca ów junak wesół, dziarski, do młodego orła podobny. (…)

…tego samego wieczora Tyzenhauz rzekł do króla:
– Miłościwy panie, coraz mniej mi się ten szlachcic podoba!…
– A mnie coraz więcej! – rzekł, wydymając usta, król.
– Słyszałem dziś, jak jeden z jego ludzi nazwał go pułkownikiem, a on tylko spojrzał groźnie i zaraz tamtego skonfundował.
W tym coś jest! (…)
– To go jutro sam wypytam. (…)
Nazajutrz dzień, gdy ruszono w drogę, kiwnął na Kmicica, by zbliżył się ku niemu.
– Gdzieś ty był pułkownikiem? – spytał król nagle. Nastała chwila milczenia. (…)
– Miłościwy królu! Przyjdzie czas, może niedługo, że będę mógł waszej królewskiej mości całą duszę jako księdzu na spowiedzi otworzyć… Ale chcę, żeby pierwej za mnie, za moją szczerą intencję, za wierność i za miłość do majestatu uczynki jakowe,
nie gołe słowa, zaręczały. Grzeszyłem, miłościwy panie, grzeszyłem przeciw tobie i ojczyźnie, a za mało mam jeszcze pokuty, więc takiej służby szukam, w której by poprawę łatwo znaleźć. (…)
– Ja ci i dziś wierzę – rzekł król. – Zostań po staremu przy osobie naszej, bo nie zdrada tak przemawia.
– Dziękuję waszej królewskiej mości! – rzekł Kmicic. (…) Lecz Tyzenhauz nie ograniczył się na udzielaniu swych podejrzeń samemu tylko królowi, skutkiem czego wszyscy poczęli zezem na Kmicica spoglądać. Głośniejsze rozmowy ustawały, gdy się zbliżył, a poczynały się szepty. Śledzono każdy jego ruch, rozważano każde słowo. Spostrzegł to pan Andrzej i uczyniło mu się źle między tymi ludźmi. Nawet król, chociaż nie odebrał mu zaufania, nie miał już dla niego tak wesołego jak dawniej oblicza.
Więc młody junak stracił fantazję, sposępniał, żal i gorycz opanowały mu serce. (…)

…wreszcie zabielały przed jeźdźcami Karpaty. (…) Tyzenhauz… skoczył do stojącego opodal orszaku.
– Miłościwy panie – zakrzyknął z uniesieniem – stanąłeś już inter regna, bo oto twoje od onej rzeczułki królestwo!
Król nie odrzekł nic, skinął tylko, aby mu konia potrzymano, sam zaś zsiadł i rzucił się na kolana, podniósłszy oczy i ręce w górę. (…) Mrok już nasycał powietrze, gdy orszak królewski ruszył dalej. (…) Następnie noc zapadła, jeno we wschodniej stronie niebo świeciło się coraz czerwieniej.
– Pojedziem ku tym zorzom – rzekł wreszcie król – dziw, że jeszcze świecą.
Wtem przycwałował Kmicic.
– Miłościwy panie! to pożar! – zakrzyknął. (…)
– To chyba Żywiec się pali! – zawołał król. – Nieprzyjaciel może tam grasować!
Nie skończył jeszcze, gdy do uszu patrzących doleciał gwar ludzki, parskanie koni i kilkanaście ciemnych postaci zamajaczyło przed orszakiem.
– Stój! Stój! – począł wołać Tyzenhauz. (…)
– Ludzie! kto wy? – pytano dalej z orszaku.
– To swoi! – ozwało się kilka głosów. – Swoi! My z Żywca gardła unosim; Szwedzi Żywiec palą i ludzi mordują!
– Stójcie na Boga!… co gadacie?… Skąd oni się tam wzięli?
– Oni, panoczku, na naszego króla czatowali. (…)
– Jedźcie z Bogiem, ludzie! – rzekł Jan Kazimierz. Uciekający przemknęli szybko. (…)

– Kto ma jakową radę? – spytał… ksiądz Gębicki. Wtem zabrzmiał głos Tyzenhauza, pełen goryczy i urągania:
– Kto się nie wahał osoby pańskiej na szwank wystawić, kto namawiał, by król bez straży jechał, ten niech teraz rady udzieli!
W tej chwili jeden jeździec wysunął się z koła; był to Kmicic.
– Dobrze – rzekł. I podniósłszy się w strzemionach, krzyknął, zwróciwszy się ku stojącej opodal czeladzi:
– Kiemlicze, za mną!
To rzekłszy puścił konia w cwał, a za nim trzech jeźdźców pomknęło co tchu w piersiach końskich. (…) Krzyk rozpaczy wydobył się z piersi pana Tyzenhauza.
– To zmowa! – rzekł – zdrajcy znać dadzą! Mości królu, ratuj się, póki czas, bo i wąwóz wkrótce nieprzyjaciel zamknie! Mości królu, ratuj się! nazad! nazad! (…)
Lecz Jan Kazimierz zniecierpliwił się, z ócz poczęły iść mu błyskawice, nagle wydobył szpadę z pochwy i zawołał:
– Nie daj Bóg, abym z własnej ziemi drugi raz miał uchodzić! Niech się stanie, co ma być, dosyć mi tego! (…)
Długi czas trwało milczenie, na koniec doleciał ich chrzęst śniegu tratowanego kopytami.
– Jadą! – szepnął jeden z żołnierzy. (…)
– Werdo? – zakrzyknął Tyzenhauz.
– Swoi! nie strzelać tam! – zabrzmiał głos pana Kmicica. (…)
– Miłościwy panie, wolna droga!
– Nie masz już w Żywcu Szwedów?
– Odciągnęli ku Wadowicom. To był niemiecki oddział najemny. Ot, zresztą jest tu jeden, sam go, miłościwy panie, wybadaj! (…)
– Na miły Bóg! Toś i języka przywiózł? Jakże to? Powiadaj!
– Miłościwy panie! Gdy wilk nocą za stadem owiec idzie, łatwo mu jedną sztukę porwać… (…)

Zeznał tedy ów jeniec, że należy do regimentu pułkownika Irlehorna, że mieli wiadomość o przejeździe króla z dragonami, więc napadli na nich koło Suchej, ale wziąwszy wstręt należyty, musieli się cofnąć do Żywca, skąd pociągnęli do Wadowic i Krakowa,
bo takie mieli rozkazy. (…) Więc pan Tyzenhauz odwrócił się od króla i rzekł głośno:
– Pozwól, miłościwy panie, żebym ja naprzód do Żywca ruszył i przekonał się, czyli to prawda, co ów kawaler i ów rajtar powiadają.
– Niechże tak będzie! Pozwól, miłościwy panie, niech jedzie! – zawołał Kmicic.
– Jedź – rzekł król – ale i my ruszymy nieco naprzód, bo zimno. (…)
Czas jakiś jechali w milczeniu, nagle tętent konia rozległ się i nadleciał Tyzenhauz.
– Miłościwy królu! – rzekł – droga wolna i nocleg zamówiony. (…)
Wszyscy ruszyli rysią, raźno, wesoło, i w godzinę później zasnął utrudzony król bezpiecznym snem na własnej ziemi. (…)

XXIV

Orszak królewski późną nocą dotarł do Żywca i prawie nie zwrócił uwagi w miasteczku, przerażonym niedawnym napadem szwedzkiego oddziału. (…) Jakoż nazajutrz wyruszyli ku Wadowicom i dopiero znacznie za miastem skręcili do Suchej. (…) Tymczasem dojechano do Nowego Targu. Zdawało się, że wszelkie niebezpieczeństwo minęło; jednakże górale twierdzili,
że jakieś obce wojska kręcą się wedle Czorsztyna i po okolicy. (…) Wyruszono więc z Nowego Targu nieco na zachód i południe, zostawiając po prawej ręce Biały Dunajec. (…) Wjechali na koniec w jakąś szczelinę skalną, długą i prostą, a tak wąską,
że zaledwie trzech ludzi mogło jechać wedle siebie. (…) Orszak królewski stanął dla wypoczynku. Z koni podnosiły się kłęby pary,
a i ludzie byli pomęczeni.
– Czy to Polska, czy Węgry? – spytał po chwili przewodnika król.
– To jeszcze Polska. (…) Cichajcie!… I przyskoczywszy do skały, przyłożył do niej ucho.
Wszyscy utkwili w niego oczy, a jemu twarz zmieniła się w jednej chwili i rzekł:
– Za zakrętem wojsko idzie od potoku!… (…)
Kmicic w tej chwili ruszył koniem.
– Pojadę zobaczyć! – rzekł. Kiemlicze ruszyli zaraz za nim, jak psy myśliwe za łowcem, lecz ledwie posunęli się z miejsca,
gdy zakręt gardzieli, o sto kroków przed nimi leżący, zaciemnił się od ludzi i koni. Kmicic spojrzał… i dusza zatrzęsła się w nim
z przerażenia. Byli to Szwedzi. (…)
– Osłonić króla i nazad! – krzyknął Kmicic. Tyzenhauz z dwudziestu ludźmi w mgnieniu oka wysunął się na czoło, lecz Kmicic, zamiast złączyć się z nimi, ruszył drobnym kłusem ku Szwedom. (…)
– Bij!
I jako skała oderwana od opoki, tocząc się w przepaść, druzgoce wszystko w biegu, tak i on ruszył na pierwszy szereg niosąc śmierć i zniszczenie. Dwaj młodzi Kiemlicze, podobni do dwóch niedźwiedzi, skoczyli za nim w zamęt. (…) Kmicic zdarł konia,
że aż kopyta jego zwisły nad głowami rajtarskich rumaków, sam zaś szalał, siekł, bódł. Krew zbroczyła mu twarz, z oczu szedł ogień, wszystkie myśli w nim zgasły, została tylko jedna, że zginie, lecz Szwedów musi zatrzymać. (…)

…z wolna i ich siły poczęły się wyczerpywać. Kilkakroć rapiery szwedzkie dotknęły się ciała Kmicica i krew jęła z niego uchodzić. Oczy przesłaniały mu się jakby mgłą. (…) Wtem koń Kmicica padł i fala zakryła jeźdźca. (…) Wówczas Szwedzi jak wicher ruszyli ku orszakowi królewskiemu. (…) Stało się coś nadzwyczajnego. Patrzącym wydało się, że same góry przychodzą w pomoc prawemu królowi i panu. Oto nagle krawędzie wąwozu zadrgały, jak gdyby ziemia wzruszyła się z posad, jak gdyby bór rosnący
w górze chciał wziąść udział w walce, i pnie drzewne, bryły śniegu, lodu, kamienie i okruchy skał jęły toczyć się ze straszliwym trzaskiem i łoskotem na zaciśnięte na dnie szeregi szwedzkie; jednocześnie nieludzkie wycie rozległo się po obu stronach parowu. (…)
– Górale! górale! – zaczęto krzyczeć w orszaku królewskim. (…)
Zsunęli się w mgnieniu oka; świst siekierek zawtórował złowrogo ich dzikim okrzykom i jękom dobijanych Szwedów. (…)
– Boże! któryś mnie przez ręce prostego ludu wybawił, przysięgam ci na mękę i śmierć Syna Twego, że i jemu ojcem odtąd będę!
– Amen! – powtórzyli biskupi. (…) Poczęto wypytywać górali, skąd się wzięli w wąwozach i jakim sposobem tak w porę
dla ratunku królowi się znaleźli. (…)
– Widzieliśmy – mówili górale – jako onych czterech rycerzy uderzyło na tych psiajuchów, chcieliśmy im iść w pomoc, ale baliśmy się spłoszyć za wcześnie psubratów. Tu król porwał się za głowę.

– Matko Jedynego Syna! – krzyknął – szukać mi Babinicza! (…)
Skoczyli więc żołnierze wraz z góralami na miejsce pierwszej walki i wkrótce spod stosu trupów końskich i ludzkich wydobyli pana Andrzeja. (…) …na widok króla przytomność wróciła mu na chwilę, uśmiech prawie dziecinny przebłysnął mu na twarzy, a blade jego wargi wyszeptały wyraźnie:
– Mój pan, mój król żywie… wolny…
I łzy błysły mu w źrenicach.
– Babinicz! Babinicz! Czym cię nagrodzę?! – wołał król.
– Jam nie Ba-bi-nicz, jam Kmi-cic! – szepnął rycerz. To rzekłszy zwisł jak martwy na rękach żołnierzy. (…)

XXV

Ponieważ górale zapewnili, że na drodze do Czorsztyna o żadnych innych oddziałach szwedzkich nie słychać, orszak królewski wykręcił więc ku temu zamkowi i wkrótce znalazł się na trakcie, po którym podróż była łatwiejsza i mniej nużąca. (…) …wkrótce na trakcie zamigotały proporczyki, za czym sam Wojniłłowicz z pułkiem wojewody bracławskiego nadjechał. Radośnie król powitał znakomitego, a z dawna sobie znajomego rycerza i wśród ogólnego zapału ludu i wojska jechał z nim dalej na Spisz. (…) Wojniłłowicz… opowiadał, co w kraju słychać, jaki postrach padł na Szwedów, jak już nie śmią się w mniejszej liczbie z murów wychylać, jak nawet mniejsze zameczki opuszczają i palą, do potężniejszych chroniąc się fortec. (…) – (…) Pan Felicjan Kochowski z piechotą nawojowską mocno mi dopomógł, i tak się im przynajmniej za owych dragonów, dwa dni temu poszarpanych, odpłaciło.
– Za jakich dragonów? – spytał król.
– A za tych, których wasza królewska mość ze Śląska przed sobą wysłał. Szwedzi znienacka ich napadli i chociaż rozproszyć nie zdołali, bo się okrutnie bronili, przecie szkodę uczynili w nich znaczną… A myśmy mało nie pomarli z desperacji, bośmy myśleli, że się wasza królewska mość osoba własną między tymi ludźmi znajduje, i baliśmy się, żeby jakowa zła przygoda majestatu
nie spotkała. Bóg to natchnął waszą królewską mość do wysłania przodem dragonii. Zaraz się o niej Szwedzi zwiedzieli i wszędy drogi pozajmowali.
– Słyszysz, Tyzenhauz? – pytał król. – Żołnierz to doświadczony mówi.
– Słyszę, miłościwy panie – odparł młody magnat. (…)

Wjechali na wysokie wzgórze, z którego widok otwarty był i daleki, bo z drugiej strony obszerna stała u stóp jego nizina.
Tam ujrzeli w dole i w wielkim oddaleniu poruszające się jakieś mrowisko ludzkie.
– Wojska pana marszałka idą! – zawołał Wojniłłowicz. (…)
– Ostańmy tu, na tym wzgórzu! Tu pana marszałka czekać będziem – rzekł król. (…) …wojska ustawiły się w dwa szeregi wzdłuż drogi, a zaś w środku ukazał się na białym jak mleko koniu sam pan marszałek koronny, Jerzy Lubomirski. Leciał on jak wicher ową ulicą, a za nim dwóch masztalerzy kapiących od złota. Dojechawszy do wzgórza, zeskoczył z konia i rzuciwszy lejce jednemu z mastalerzów, sam szedł piechotą na wzgórze, ku stojącemu tam królowi. (…) Król ruszył koniem nieco ku dołowi, następnie zatrzymał go, aby zsiąść dla powitania. Widząc to pan marszałek skoczył strzemienia swymi dostojnymi rękoma potrzymać
i w tej chwili szarpnąwszy za delię zerwał ją z pleców i za przykładem angielskiego dworaka rzucił pod nogi królewskie. Rozrzewniony król otworzył mu ramiona i chwycił go jak brata w objęcia. (…) Po pierwszych powitaniach król znowu siadł na koń, a pan marszałek, nie chcąc znać granic w gościnności i czci dla majestatu, chwycił za lejce i sam idąc pieszo prowadził króla wśród szeregów wojsk i głuszących okrzyków aż do pozłocistej, zaprzężonej w ośm tarantów karety, do której majestat pański siadł wraz z nuncjuszem papieskim Widonem. (…) W Lubowli huczały działa na powitanie, aż wieże i blanki pokryły się dymem, dzwony biły jakby na pożar. (…)

Do uczty, która po wypoczynku nastąpiła, król zasiadł na wywyższeniu, a pan marszałek sam mu usługiwał, nie pozwalając nikomu się zastąpić. (…) W drugiej sali stół był zastawiony dla szlachty pomniejszej, a obszerny cekhauz dla ludu prostego, wszyscy bowiem mieli się w dzień przybycia pańskiego weselić. (…) Sam Jan Kazimierz począł mówić o bitwie w wąwozie
i wysławiać owego kawalera, który pierwszy impet szwedzki powstrzymał.
– A jakże mu tam? – pytał pana marszałka.
– Medyk go nie odstępuje i za żywot jego ręczy, a przy tym i panny z fraucymeru wzięły go w opiekę i pewnie duszy jego wyjść
z ciała nie pozwolą, bo ciało młode, gładkie! – odpowiedział wesoło marszałek.
– Chwała Bogu! – zawołał król. – Słyszałem ja z ust jego coś, czego waszmościom nie powtórzę, bo mi się samemu zdaje, żem się przesłyszał albo że on w delirium tak mówił, ale jeśli się to pokaże, dopiero waszmościowie będziecie się zdumiewać.
– Byle nic takiego nie było – rzekł – co by waszą królewską mość zasępić mogło?
– Zgoła nic takiego! – rzekł król – owszem, ucieszyło nas to niepomiernie, bo się okazuje, że ci nawet, których za największych nieprzyjaciół mieliśmy rację uważać, krew w przygodzie za nas przelać gotowi. (…)

XXVI

Wśród uczt i wśród natłoku zjeżdżających się coraz nowych dygnitarzy, szlachty i rycerstwa nie zapomniał jednak dobry król
o swym wiernym słudze, który w wąwozie górskim tak śmiele na miecze szwedzkie pierś nadstawił, i na drugi dzień po przybyciu do Lubowli odwiedził rannego pana Andrzeja. (…)
– Słuchaj no – rzekł nagle król – powiedziałeś mi dziwne słowo w owym wąwozie, alem myślał, że cię delirium chwyciło i rozum ci się pomieszał. (…)
– Tak jest, miłościwy panie! (…) Jam jest Andrzej Kmicic, chorąży orszański… (…) Przebacz mi, panie, bom sam własne dawne uczynki przeklął i z tej piekielnej drogi dawno nawrócił. (…)
– Kto w tym kraju koronę nosi, niewyczerpaną winien mieć przebaczenia gotowość, przeto i tobie, zwłaszcza żeś w Jasnej Górze
i nam w drodze wiernie służył, a piersi nadstawiał, gotowiśmy winy odpuścić… (…) Jednego tylko nie możem ci zapomnieć,
żeś wbrew cnocie tego narodu, podniesieniem ręki na majestat dotąd nieskalanej, ofiarował się księciu Bogusławowi porwać nas
i żywych lub umarłych w szwedzkie ręce wydać! (…) – Na zbawienie duszy rodzica mego i mojej matki, na te rany Ukrzyżowanego, to nieprawda! (…)
– Porwałem go spośród jego dworu, spośród wszystkiego wojska i chciałem związanego do nóg waszej królewskiej mości rzucić.
Król przeciągnął dłonią po czole.
– Dziw, dziw! – rzekł – wierzę ci, ale nie pojmuję. (…)
– Opowiem wszystko od początku. (…)

Kompanionów miałem, godną szlachtę, ale nie lepszych ode mnie… Tu i owdzie kogoś się usiekło, tu i owdzie z dymem puściło… tu i owdzie batożkami po śniegu pognało… Wszczęły się hałasy. (…)
– Tymczasem pan pułkownik Billewicz… wyzuł znikomą postawę i na lepszy świat się przeniósł, a mnie wioskę i wnuczkę zapisał. (…) Ona też, do grzechu wrodzoną abominację mając, poczęła nastawać, abym dawny żywot porzucił, hałasy uciszył, krzywdy nagrodził i poczciwe żyć począł… (…) Chciałem, co prawda, Bóg widzi, chciałem… Ale stare grzechy człowieka ścigają. Naprzód mi w Upicie żołnierzy poszarpano, za com miasto z dymem puścił… (…) Potem mi kompanionów, godnych kawalerów, chociaż swawolników, laudańska szlachta wysiekła. Nie mogłem nie pomścić, więcem tej samej nocy zaścianek Butrymów napadł
i ogniem i mieczem zabójstwo ukarałem… (…) Dziewka już i patrzeć na mnie nie chciała… (…) A mnie serce tak do niej ciągnęło, że choć ty łbem tłucz! Nie mogąc bez niej żyć, zebrałem nową partię i zbrojną ręką ją wziąłem. (…) Hultajska to była sprawa, przyznaję. Toteż mnie Bóg przez ręce pana Wołodyjowskiego pokarał, który zebrawszy ową szlachtę, dziewkę mi wydarł,
a samego usiekł… (…) Stokroć by to lepiej było dla mnie, bo nie byłbym się z Radziwiłłem sprzągł ku zgubie majestatu
i ojczyzny. (…) On mi list zapowiedni przez tegoż pana Wołodyjowskiego przysłał, a przez to pod inkwizycję hetmańską poszedłem i sądów mogłem się nie bać. (…) Nim jego zamysły wyszły na wierzch, kazał mi na krucyfiksie poprzysiąc, że go
nie opuszczę w żadnym terminie. Myśląc, że o wojnę ze Szwedami albo z Septentrionami chodzi, przysiągłem chętnie. Aż nastała owa uczta straszna,
na której ugodę kiejdańską podpisano. Zdrada okazała się jawnie. Inni pułkownicy buławy hetmanowi pod nogi ciskali, a mnie przysięga, jako psa łańcuch, trzymała i nie mogłem go odstąpić… (…)

Tymczasem Radziwiłł zawołał mnie przed siebie i jął przekonywać. Wyłuszczył mi, jako dwa a dwa cztery, że dobrze uczynił,
że w ten tylko sposób mógł ojczyznę upadającą ratować. Nawet nie potrafię powtórzyć jego racyj, tak były wielkie, taką szczęśliwość ojczyźnie obiecywały! (…) I byłbym za niego w ogień skoczył, jako teraz za waszą królewską mość, bo ni przez pół służyć, ni przez pół miłować nie umiem…
– Widzę, że to tak jest! – zauważył Jan Kazimierz. (…)
– (…) Pan Wołodyjowski w przejściu na Podlasie samego mnie pochwycił i żywić nie chciał. Ledwiem z jego rąk wyszedł,
za przyczyną listów, które przy mnie znaleźli, a z których okazało się, że gdy jeszcze był w więzieniu i gdy książę chciał go rozstrzelać, tom ja za nim instancję natarczywie wnosił. Puścił mnie tedy wolno, ja zaś wróciłem do Radziwiłła i służyłem mu dalej. (…) On też burzył się przeciw mej zuchwałości. Na koniec mnie z listami wyprawił…
– Dziw, jak ważne rzeczy mówisz – rzekł król – przynajmniej raz wiemy od naocznego świadka, który pars magna fuit, jak się to tam odbyło… (…) W Pilwiszkach napotkałem księcia Bogusława. (…) …Bogusław…, wziąwszy mnie za arcyszelmę, cała duszę mi odkrył. Strach powtarzać, co mi rzekł… „Rzeczpospolitą waszą (powiada) diabli muszą wziąść, ale to postaw czerwonego sukna, my zaś nie tylko dla ratunku ręki nie przyłożym, lecz jeszcze ciągnąć będziem, by nam się najwięcej w garści zostało… Litwa nam (powiada) musi zostać, a po bracie Januszu ja czapkę wielkoksiążęcą wdzieję, z jego córką się ożeniwszy.”

Król zasłonił sobie oczy. (…)
– Zdrętwiałem i ja, miłościwy panie! Wodem na łeb lał, by nie oszaleć. Ale się dusza zmieniła we mnie w jednej chwili, jakoby
w nią piorun trzasł. (…) Już nie służby dalszej u Radziwiłłów, lecz pomsty pragnąłem… Bóg nagle dał mi myśl: poszedłem z kilku ludźmi do kwatery księcia Bogusława, wywiodłem go za miasto, porwałem za łeb i do konfederatów chciałem wieźć, by się
do nich i do służby waszej królewskiej mości wkupić za cenę jego głowy.
– Wszystko ci przebaczam! – krzyknął król… (…) – Przy pierwszej stacji wyrwał mi krócicę zza pasa… i w gębę strzelił.
Ot! ta blizna… Ludzi moich pobił sam jeden i uszedł… (…) I przez zemstę przysłał ten list. Z rany się w lesie podgoiłem, ale dusza gorzej bolała… Do Wołodyjowskiego, do konfederatów, nie mogłem już iść, bo laudańscy na szablach by mnie roznieśli… Wszelako wiedząc, że książę hetman ma przeciw nim ciągnąć, ostrzegłem ich, by się kupy trzymali. I to był mój pierwszy dobry uczynek… (…) Postanowiłem, nie mogąc u konfederatów waszej królewskiej mości służyć, do osoby jego się dostać i tam wiernością dawne winy odpokutować. (…) Więcem Babinicza imię przybrał i całą Rzeczpospolitą przejechawszy, do Częstochowy się dostałem. Czylim tam jakie zasługi położył, niech ksiądz Kordecki zaświadczy. Dniem i nocą myślałem tylko o tym, by szkody ojczyźnie nagrodzić, krew za nią wylać, samemu do sławy i uczciwości powrócić. Resztę już, miłościwy panie, wiesz, boś na nią patrzył.
A jeśli ojcowskie dobrotliwe serce do tego cię skłania, jeśli ona nowa służba dawne grzechy przeważyła albo choć zrównała,
to przyjm mnie, panie, do łaski swej i do serca, bo mnie wszyscy odstąpili, bo nikt mnie nie pocieszy prócz ciebie… Ty, panie, jeden widzisz mój żal i moje łzy!… Jam banit, jam zdrajca, jam krzywoprzysięzca, a przecie, panie, ja miłuję tę ojczyznę i twój majestat… i Bóg widzi, że chcę służyć wam obojgu! (…)

– Jędrek! takiś mi miły jako syn rodzony… Com ci mówił? Żeś zgrzeszył w zaślepieniu, a iluż grzeszy z rozmysłem?… Z serca odpuszczam ci wszystko, boś już winy zmazał. Uspokój się, Jędrek! Niejeden rad by się takimi zasługami, jako są twoje, poszczycić… Boga mi! I ja odpuszczam, i ojczyzna odpuszcza, jeszcze ci dłużni będziemy! (…)
– Miłościwy panie!… Czym ja na tyle łaski zasłużył? (…)
Kmicic, choć chory, zerwał się nagle z łoża i padł jak długi do nóg królewskich. (…)

XXVII

Z Lubowli jechał król do Dukli, Krosna, Łańcuta i Lwowa, mając przy boku pana marszałka koronnego, wielu biskupów, dygnitarzy
i senatorów wraz z nadwornymi chorągwiami i pocztami. (…) Wieści przychodziły coraz pewniejsze, aż na koniec rozebrzmiała wieść już pewna, że hetmani, a z nimi wojsko, porzucili Szweda i że dla obrony majestatu i ojczyzny stanęła konfederacja tyszowiecka. (…) Król… zanim dojechał do Lwowa, przybyli doń pan Służewski i pan Domaszewski z Domaszewicy, sędzia łukowski, przywożąc mu zapewnienia służb i wierności od konfederatów, i akt związku do roborowania. Czytał tedy król ów akt
na walnej radzie z biskupami i senatorami. Serca wszystkich napełniły się radością, dusze uniosły się w podzięce do Boga, bo owa wiekopomna konfederacja zwiastowała nie tylko opamiętanie się, ale i odmianę tego narodu, o którym niedawno jeszcze mógł obcy najezdnik powiedzieć, że nie masz w nim wiary ani miłości do ojczyzny, ani sumienia, ani ładu, ani wytrwania, ani żadnej
z tych cnót, którymi stoją państwa i narody. (…)
– Już widzę nieprzyjaciela, ze wstydem z tych ziem uchodzącego! – rzekł król.
– Daj Boże najprędzej!… – zakrzyknęli obaj wysłańcy. (…)

– Miłościwy panie, przyjechał pan Krzysztoporski z Częstochowy i pragnie się waszej królewskiej mości pokłonić.
– Dawaj go żywcem! – zawołał król. (…)
– (…) …wy z samego klasztoru pewnie jedziecie... Naoczny świadek i obrońca?
-Tak jest, miłościwy panie… (…) …dokładniejszą relację zdaje waszej królewskiej mości ksiądz Kordecki w tym piśmie. (…)
– Pisze mi ksiądz Kordecki – rzekł – iżeście wielkiego kawalera stracili, niejakiego Babinicza, który kolubrynę szwedzką prochami rozsadził?
– Onże się za wszystkich ofiarował, miłościwy panie! Ale są też tacy, którzy mówili, że żyje, i Bóg wie co powiadali; nie mając pewności, przecieśmy go nie przestali opłakiwać, bo gdyby nie jego kawalerski postępek, ciężko by nam było dać sobie rady…
– Jeżeli tak, to przestańcie go opłakiwać: pan Babinicz żywie i jest u nas. (…)
– O, to się ksiądz Kordecki ucieszy! – zawołał z radością szlachcic… (…) …wszyscy patrzyli na króla, ten zaś rzekł: (…)
– Ale nam czas o wojnie powszechnej myśleć i w tej materii pragnę zasięgnąć zdania waszych mościów. (…)

XXVIII

Dnia 25 grudnia pan wojewoda witebski Sapieha tak był już pewien zdobycia Tykocina, że sam do Tyszowiec wyjechał poleciwszy panu Oskierce prowadzenie dalszych prac oblężniczych. Z ostatnim szturmem kazał na powrót swój, rychło mający nastąpić, czekać; zebrawszy zaś co zacniejszych oficerów tak mówił: (…)
– (…) …gdyby się zamek pod mą niebytność poddał, co być może, oświadczam waszmościom, iż najsurowiej zakazuję na zdrowie księcia następować. (…)
…zbliżywszy się do pana Wołodyjowskiego rzekł:
– Waść, na wypadek zdania się zamku, będziesz mi odpowiadał za zdrowie wojewody, tobie tę funkcję powierzam.
– Wedle rozkazu! włos mu z głowy nie spadnie! – odrzekł mały rycerz. (…)

XXIX

W zamku zaś wielki zdrajca patrzył w kilka dni później na zapadający na całuny śnieżne mrok i słuchał wycia wichru. Dopalała się z wolna lampa jego życia. (…) Z jego ziem, z jego włości i starostw można było niedawno udzielne królestwo wykroić, dziś nie był panem nawet i murów tykocińskich. (…) Gdy go dostaną, powloką go na sąd, gorzej niż opryszka, bo jako zdrajcę. (…) Włos jeżył mu się na głowie, gdy o tym myślał. (…) Gdy przez mury doszła wieść o oblężeniu Częstochowy, Radziwiłł, kalwin, zląkł się
i przestrach już nie wyszedł więcej z jego duszy… (…) Wtedy po raz pierwszy spadła zasłona z jego oczu i ujrzał odmienioną twarz ojczyzny, już nie matki, ale karzącej królowej. Wszyscy, którzy pozostali jej wierni i służyli z serca i z duszy, poszli w górę
i wyrastali coraz bardziej, kto przeciw niej grzeszył – upadał.
„Więc nie wolno myśleć nikomu – mówił sobie książę – ni o wyniesieniu własnym, ni rodu swego, jeno żywot, siły i miłość trzeba jej ofiarować?” (…)
Ziemski upadek, duszy upadek, ciemność, nicość – oto do czego doszedł i czego się dosłużył, służąc sobie. (…) Na koniec rozpoczęło się oblężenie Tykocina. (…) Książę leżał w sali tak zwanej „Rogowej”, położonej w zachodniej części zamku. (…) Odgłosy wystrzałów stały się w tej chwili jeszcze gęstsze. Huk dział począł wstrząsać szybami, które za każdym razem odpowiadały żałosnym dźwiękiem. (…) Charłamp wybiegł jak szalony z komnaty.
Zamek cały trząsł się i dygotał od huku dział. Nagle dał się słyszeć huk kilku tysięcy głosów, po czym targnęło coś z okropnym łomotem ścianami, aż głownie i węgle z komina wysypały się na posadzkę, jednocześnie Charłamp wpadł z powrotem do sali.
– Sapieżyńscy bramę wysadzili! – krzyknął. – Szwedzi uciekli do wieży!… Nieprzyjaciel tuż!… wasza książęca mość…
Dalsze słowa zamarły mu w ustach. (…)
– Skonał! – rzekł medyk. (…)
Naokoło trwała cisza śmiertelna, jeno ogień syczał, jeno wicher wył i śnieg walił coraz większy przez puste okna. Aż nareszcie zabrzmiały zmieszane głosy, potem rozległ się brzęk ostróg i tupot licznych kroków; drzwi od sali otworzyły się na roścież
i żołnierze wpadli do środka. (…) Na koniec z tłumu wyskoczył mały rycerz, cały w szmelcowanej zbroi, i krzyknął:
– Gdzie wojewoda wileński?
– Tu! – rzekł Charłamp ukazując na ciało leżące na sofie. Pan Wołodyjowski spojrzał i rzekł:
– Nie żyje! (…) Billewiczówny w zamku nie było…
– A skąd wiesz?
– Pytałem… paziów. Bogusław ją wziął do Taurogów. (…)

XXX

Lwów od chwili przybycia króla zmienił się w istotną stolicę Rzeczypospolitej. (…) Prócz senatorów, biskupów, prócz szlachty napłynęły i tłumy chłopstwa, bo się rozbiegła wieść, że król zamyśla los chłopski poprawić. (…) …dzwony w kościołach polskich, ruskich i ormiańskich biły nieustannie, zwiastując wszystkim, że król jest we Lwowie i że Lwów to ze stolic pierwszy,
ku wieczystej swej chwale, przyjął króla wygnańca. (…) Król uznał, uświęcił i potwierdził konfederację tyszowiecką i sam do niej przystąpił wziąwszy wodze wszelkich spraw w swe niestrudzone ręce: pracował od rana do nocy, więcej dobro Rzeczypospolitej niż własny wczas, niż własne zdrowie ważąc. Lecz jeszcze nie tu był kres jego usiłowań; postanowił bowiem zawrzeć w imieniu swoim i stanów takie przymierze, którego by żadna potęga ziemska przemóc nie zdołała, a które by w przyszłości do poprawy Rzeczypospolitej mogło posłużyć. Nadeszła nareszcie ta chwila. (…) Majestat króla Jana Kazimierza padł wedle zwyczaju krzyżem i korzył się przed majestatem Bożym. (…) …w całym tym kościele nie było nikogo, kto by jeszcze wątpił, że Bóg Szwedów pogrąży. (…)

XXXI

…konfederacja tyszowiecka szerzyła się jak pożar. Kto żyw, przystępował do niej, zarówno ze szlachty, jak z pospólstwa. Miasta dostarczały wozów, strzelb, piechoty, Żydzi pieniędzy. (…) Przyszły także do Lwowa doniesienia o upadku Tykocina i rozweseliły umysły. (…) …pan Sapieha na czele znacznej potęgi wszedł już z Podlasia w województwo lubelskie, ażeby się z hetmanami połączyć… Na koniec od niego samego przybyli posłowie, i w znacznej liczbie, bo ni mniej, ni więcej tylko całą chorągiew przysłał wojewoda do dyspozycji królewskiej… (…) Przywiódł ów znak młody pułkownik Wołodyjowski, dobrze królowi znajomy… (…) Uśmiechnął się król… (…)
– Wdzięczni jesteśmy panu wojewodzie – rzekł… – że mi całą chorągiew i największego, jako pisze, kawalera pod rękę przysyła. Ale tu mi bezpieczno, a kawalerowie, zwłaszcza tacy owo, w polu teraz najpotrzebniejsi. Wypocznijcie trochę, a potem was panu Czarnieckiemu w sukurs podeślę, bo na niego pewnie największy impet się zwróci.
– Dość my już wypoczywali pod Tykocinem, miłościwy panie – ozwał się z zapałem mały rycerz – teraz chybaby konie trochę odżywić, my zaś moglibyśmy i dziś jeszcze ruszyć, bo z panem Czarnieckim rozkosze będą niewypowiedziane!… (…)

– A ty znałeś Kmicica?
– Znałem i biłem się z nim, ale gdzie by teraz był, tego nie wiem.
– Co o nim myślisz?
– Miłościwy panie, skoro on takiej imprezy się podjął, to nie ma tych mąk, których by nie był godzien, bo wyrzutek to z piekła rodem.
– A nieprawda – rzekł król – wszystko to księcia Bogusława wymysły… (…)
I zaklaskał w dłonie.
– Zawołaj tu pana Babinicza – rzekł do pazia, który ukazał się w progu. Paź zniknął, a po chwili drzwi komnaty królewskiej otwarły się i stanął w nich pan Andrzej. (…) …schylił podgoloną głowę i wskazał palcem na długą, białawą bruzdę ciągnącą się tuż koło czuba.
– Moja ręka! – krzyknął pan Wołodyjowski. – To Kmicic!
– A ja ci mówię, że ty Kmicica nie znasz! – wtrącił król.
– Jak to, miłościwy panie?…
– Boś znał wielkiego żołnierza, ale swawolnika i radziwiłłowskiego w zdradzie socjusza… A tu stoi Hektor częstochowski, któremu Jasna Góra po księdzu Kordeckim najwięcej zawdzięcza, tu stoi obrońca ojczyzny i sługa mój wierny, który mnie własną piersią zastawił i życie mi ocalił, gdym w wąwozach, jako między stado wilków, dostał się między Szwedów. Taki to ów nowy Kmicic… Poznajże go i pokochaj, bo wart tego! (…) Uściskajcie się! – rzekł król.
– Od razum waszmości pokochał! – ozwał się pan Kmicic. Więc padli sobie w objęcia, a król patrzył na to i usta raz po razu, wedle swojego zwyczaju, z zadowoleniem wydymał. (…)
– Pójdź waszmość pan do mojej kwatery – rzekł Wołodyjowski – znajdziesz tam Skrzetuskich i pana Zagłobę, którzy radzi usłyszą to, co mnie król jegomość powiadał. Jest też tam i pan Charłamp.
Lecz Kmicic przystąpił do małego rycerza z wielkim niepokojem w twarzy.
– Siła ludzi znaleźliście przy księciu Radziwille? – spytał. (…)
– …pannę Billewiczównę książę Bogusław wywiózł do Taurogów. (…)
– Gorze mnie, gorze, gorze!
– Chodź waść, Charłamp lepszą zda ci relację, bo był przy tym – rzekł Wołodyjowski. (…)

XXXII

Wyszedłszy od króla szli obaj rycerze w milczeniu. (…) …doszli do kwatery. Dwaj Skrzetuscy, pan Zagłoba, dzierżawca z Wąsoszy i Charłamp zajęci byli oglądaniem kożuszków krymskich, które handlujący Tatar przyniósł właśnie do wyboru. (…)
…Wołodyjowski rzekł:
– Przedstawiam waszmościom częstochowskiego Hektora i wiernego sługę królewskiego, któren za wiarę, ojczyznę i majestat krew przelewał.
Tu, gdy zdziwienie jeszcze wzrosło, począł zacny pan Michał opowiadać z wielkim zapałem, co od króla o Kmicicowych zasługach, a od samego pana Andrzeja o porwaniu księcia Bogusława słyszał, i wreszcie tak skończył:
– Nie tylko więc nieprawda to jest, co książę Bogusław o tym kawalerze powiadał, ale przeciwnie: nie ma on większego wroga
od pana Kmicica, i dlatego pannę Billewiczównę z Kiejdan wywiózł, aby w jakikolwiek sposób zemstę nad nim wywrzeć. (…)
– Witamy waszmości całym sercem, jako brata i przyszłego kommilitona! – rzekł Jan Skrzetuski. (…) Zagłoba podał mu kielich wina, a on chwycił go drżącymi rękoma i rozlewając płyn na brodę i piersi, wychylił do dna. (…) I począł się żegnać żywo
ze wszystkimi, oni zaś nie zatrzymywali go wiedząc, że człek strapiony ni do rozmowy, ni do kielicha niezdatny, natomiast pan Wołodyjowski rzekł:
– Odprowadzę waszmość do arcybiskupiego pałacu, boś tak zalterowan, że jeszcze gdzie na ulicy padniesz.
– I ja! – rzekł Jan Skrzetuski.
– To chodźmy wszyscy! – dodał Zagłoba. Przypasali więc szable, nałożyli burki ciepłe i wyszli. Na ulicach jeszcze więcej było ludzi niż poprzednio. (…)

– Jadą! Jadą!
Okrzyk stał się powszechny, potem ucichło i wszystkie głowy zwróciły się w tę stronę, z której czambulik miał nadciągnąć. (…) Był to istotnie wyborowy komunik, na pokaz i cześć królowi polskiemu, do jego rozporządzenia, jako zadatek przez chana przysłany. Dowodził nim Akbah-Ułan, z dobrudzkich, zatem najtęższych w boju Tatarów, stary i doświadczony wojownik, wielce
w ułusach dla swojego męstwa i srogości szanowany. (…)
– Słyszałem jeszcze w drodze – rzekł pan Michał – że król nasz jegomość taką umowę zawarł, iż do każdych pięciuset ordyńców ma być dodany nasz oficyjer, przy którym będzie komenda i prawo kary. Inaczej, istotnie by ci przyjaciele niebo a ziemię jeno zostawili. (…)
– Bądźcie, waszmościowie, zdrowi! bądźcie mi zdrowi! – zakrzyknął nagle Kmicic.
– Dokąd tak spieszno?
– Panu do nóg paść, aby mi komendę nad tymi ludźmi powierzył! (…)

XXXIII

Tegoż samego dnia Akbah-Ułan bił czołem królowi, a zarazem wręczył mu listy chanowe… (…) Król przyjął wdzięcznie Akbah-Ułana i obdarzywszy go pięknym dzianetem, oświadczył, że wyśle go niebawem w pole do pana Czarnieckiego, albowiem chce, aby i Szwedzi przekonali się dowodnie, jako chan daje pomoc Rzeczypospolitej. (…) Zaledwie Tatar się oddalił i senatorowie odeszli, gdy Kmicic, który przy boku królewskim podczas audiencji się trzymał, padł do nóg pańskich i rzekł:
– Miłościwy panie! Niegodzien jestem łaski, o którą proszę, ale tyle mi na niej co właśnie na samym życiu zależy. Pozwól, miłościwy ojcze, abym nad tymi ordyńcami komendę mógł objąć i z nimi zaraz w pole ruszyć.
– Nie odmawiam – rzekł zdziwiony Jan Kazimierz – bo lepszego przywódcy trudno by mi dla nich znaleźć. (…) Nie może inaczej być, tylko jeszcze cię coś innego ciągnie w pole!
– Jako ojcu wyznam i całą duszę wyjawię… Książę Bogusław nie kontentując się potwarzą, jaką na mnie rzucił, jeszcze i dziewkę tę z Kiejdan wywiózł, i w Taurogach ją więzi albo gorzej: bo na jej uczciwość, na jej cnotę, na jej panieńską cześć nastaje… (…) Toż ta dziewka dotąd myśli, żem ja się temu potępieńcowi, temu arcypsu ofiarował na majestat twój, panie, rękę podnieść…
i za ostatniego wyrodka mnie ma! (…)
– Jędrek! – zawołał król wpadając w dobry humor i wydymając usta – jak mi Bóg miły, tak lepszego pasterza dla tych owieczek nie znajdę! Bierzże ich i prowadź, gdzie ci się żywnie podoba!
– Dziękuję, miłościwy panie! ojcze dobrotliwy! – rzekł rycerz ściskając kolana królewskie. (…)

…Kmicic poszedł do swej kwatery do drogi się gotować… (…) Chodził tedy i pracował głową. Godzina płynęła za godziną, on zaś nie pomyślał jeszcze o spoczynku i tak ożywiła go myśl nowej wyprawy, że choć rano jeszcze był słaby, teraz czuł, że wracają mu siły, i gotów był zaraz na konia siadać. Pacholikowie skończyli wreszcie zawiązywanie troków i zbierali się iść na spoczynek, gdy nagle ktoś począł skrobać we drzwi izby.
– Kto tam? – zawołał Kmicic. (…)
– Jakiś żołnierz chce pilno się widzieć z waszą miłością. Powiada, że się zwie Soroka.
– Puszczaj, na miły Bóg! – krzyknął Kmicic. (…)
– Na rozkazy waszej miłości!
– Witaj, miły towarzyszu, witaj!… (…)
– Siadaj, jedz! – zakomenderował Kmicic. Ledwie skończył, już sucha kiełbasa poczęła chrzęścić w potężnych szczękach Soroki. (…)
– Tyś człek wierny i w potrzebie frant. Pojedziesz w daleką drogę, ale nie o głodzie.
– Wedle rozkazu!
– Do Taurogów, na granicę pruską. Tam panna Billewiczówna mieszka… u księcia Bogusława… Dowiesz się, czy on tam jest…
i będziesz miał na wszystko oko… Jej w oczy nie leź, chyba iżby się zdarzyło, żeby samo wypadło. Wonczas powiesz jej
i zaprzysięgniesz, żem króla przez góry przeprowadził i że przy jego osobie jestem. (…) Po tych słowach Soroka odszedł, pan Kmicic zaś długo jeszcze spać się nie kładł, ale wreszcie zmęczenie przemogło. Wówczas rzucił się na łoże i zasnął snem kamiennym.

Nazajutrz wstał orzeźwion wielce i silniejszy niż wczora. (…) …w towarzystwie Kiemliczów i pachołków udał się wprost za miasto, gdzie Akbah-Ułan stał z czambułem. (…) W godzinę później Tatarzy wyciągnęli się długim wężem po drodze wiodącej ze Lwowa ku Wielkim Oczom, a Kmicic siedząc na dzielnym cisawym koniu, którego król mu podarował, oganiał czambuł, jak pies owczarski ogania owce. Akbah-Ułan spoglądał na młodego junaka z przestrachem i podziwieniem. (…) Tymczasem Lwów już zniknął w dali za mgłami. Tatarzy przestali śpiewać i czambuł poruszał się z wolna wśród tumanów pary podnoszącej się z koni. Nagle tętent rumaka rozległ się za czambułem. Po chwili ukazało się dwóch jeźdźców. Jeden z nich był pan Wołodyjowski, drugi dzierżawca
z Wąsoszy. (…)
– Czołem! – rzekł – listy od króla! Jeden do waszmości! Drugi do wojewody witebskiego. (…)
Kmicic złamał pieczęć i czytał, co następuje: „Dowiadujemy się przez gońca, świeżo od pana wojewody witebskiego przybyłego, jako pan wojewoda nie może tu do krajów małopolskich ciągnąć i z drogi znów na Podlasie nawraca, a to z przyczyny księcia Bogusława, który z wielką potęgą nie przy królu szwedzkim zostawa, lecz na Tykocin i na pana Sapiehę uderzyć zamyśla. (…) Drugi list oddasz wojewodzie, w którym pana Babinicza, wiernego sługę naszego, afektom wojewodzińskim, a przede wszystkim opiece Boskiej polecamy. Jan Kazimierz, król.” (…)
Kmicic pochylił się na koniu i chwycił małego rycerza w objęcia.
– Brat by tyle dla mnie nie uczynił, ileś już waszmość uczynił! Dajże, Boże, czymkolwiek się wywdzięczyć!
– Ba! Przecie waćpana rozstrzelać chciałem! (…)

XXXIV

Doszli wreszcie do Zamościa. (…) Pan Jan Zamoyski, ordynat, pozwolił im na znak wielkiej przychylności i łaski wejść do miasta. (…) A jako on przypadł do serca Kmicicowi, tak i Kmicic jemu, przeto też go na pokoje zamkowe zaprosił i gościł, bo i to lubił,
by jego gościnność chwalono. Pan Andrzej poznał w zamku wiele znamienitych osób, przede wszystkim zaś księżnę Gryzeldę Wiśniowiecką, siostrę pana Zamoyskiego, a wdowę po wielkim Jeremim… (…) …pan starosta kałuski nie patrzył ani na księcia Michała, ani na swego gościa. Pan Kmicic poszedł za jego wzrokiem i poza ramieniem księżnej Gryzeldy ujrzał prawdziwie cudne zjawisko, którego nie zauważył dotąd. Była to malutka główka dziewczęca, biała jak mleko, kraśna jak róża, a wdzięczna
jak obrazek. (…)
– Poradźże mi waszmość, jak by dziewczynę na nogi postawić?
Kmicic rozśmiał się.
– Wolę o tym radzić niż o czym innym. Najlepiej do pana Sapiehy się udać. Byle sprawę wziął do serca, to jako wojewoda witebski i najznamienitsza na Litwie persona, siła mógłby wskórać. (…)
– Można by dziewczynę w ręce mu i w opiekę oddać. Mając na oczach, prędzej by dla niej co uczynił.
Kmicic spojrzał ze zdziwieniem na pana starostę. „Co on w tym ma, że się chce jej stąd pozbyć?” – pomyślał. (…)
– W tym jeno trudność, jak by ją w tamte strony w dzisiejszych niespokojnych czasiech wysłać. Trzeba by z kilkaset ludzi,
a ja Zamościa ogałacać nie mogę. Gdybym to znalazł kogo, co by ją w bezpieczeństwie dowiózł… Ot, waćpan mógłbyś się podjąć, bo i tak do pana Sapiehy idziesz. Dałbym ci listy… a waćpan dałbyś mi kawalerski parol, że ją bezpiecznie doprowadzisz. (…)
– Hm! dlaczego by nie… (…)
– Aha! myślisz, że trzeba, aby księżna permisję dała… Da! jak mi Bóg miły! (…)
To rzekłszy starosta zakręcił się i odszedł, Kmicic zaś popatrzył za nim i mruknął:
– Wniki jakieś, panie starosto, zastawiasz, a choć celu nie rozumiem, przecie sidło widzę dobrze, bo i wnicznik z ciebie okrutnie niezgrabny. (…)

XXXV

„Przejrzałem cię, panie starosto! – rzekł do siebie Kmicic. – W Zamościu siostry się boisz, więc chcesz dziewczynę porwać i gdzieś w pobliżu osadzić, a ze mnie instrumentum swych żądz uczynić, a kto wie, czy i gardła nie wziąść. Czekajże! Trafiłeś na lepszego od się… I sam się we własny potrzask uchwycisz.” (…) Nadeszła chwila, siedli więc, ona do karetki ze starą sługą, panną Suwalską, on na koń, i ruszyli. Dwunastu rajtarów niemieckich otaczało kolaskę i wóz z Anusinymi łubami. (…) Jechali czas jakiś wedle domów leżących za murami, wprost ku staremu Zamościu, po czym wyjechali na pola i wjechali w bór… (…) „Tu już moi Tatarowie muszą tkwić w gąszczach jako Wilcy” – pomyślał Kmicic. Wtem nadstawił ucha.
– Co to? – zapytał oficera dowodzącego rajtarami.
– Słychać tętent!… Jakiś jeździec pędzi w skok za nami! – odrzekł oficer. Zaledwie skończył, dopadł na spienionym koniu Kozak wołając:
– Pan Babinicz! pan Babinicz! Pyśmo od pana starosty! (…)
Kmicic rozłamał pieczęć i przy świetle latarni, umieszczonej przy koźle kolaski, czytał, co następuje: „Mości, a mnie wielce miły, panie Babinicz! Wprędce po odjeździe panny Borzobohatej-Krasieńskiej doszła mnie wieść, iż Szwedzi nie tylko nie ustąpili
z Lublina, ale na mój Zamość uderzyć zamierzają. Wobec tego dalsza droga i peregrynacja stają się niepodobne. Zważywszy więc owe pericula, na jakie białogłowa narażona by być mogła, chcemy pannę Borzobohatą mieć z powrotem w Zamościu. Ciż sami rajtarowie ją odwiozą, waćpana zaś, któremu w dalszą drogę musi być pilno, na próżno fatigare nie chcemy.” (…)

Tu zwrócił się do woźnicy i rajtarów:
– Jazda!
Lecz oficer dowodzący rajtarami osadził konia.
– Stój! – krzyknął na woźnicę. (…)
– Nie pojedziem ni kroku dalej, nim rozkazu nie obaczę! – rzekł stanowczo oficer.
– Rozkazu nie obaczysz, bo nie tobie go przysłano!
– Skoro waszmość słuchać go nie chcesz, to ja go wykonam… (…)
– O takie syny! nie do Zamościa chcielibyście dziewkę wieźć, jeno gdzieś na uboczu osadzić, aby starosta swobodnie żądzom swym cugle mógł popuszczać. Aleście na mądrzejszego trafili!
To rzekłszy wypalił w górę z pistoletu. Na ów odgłos w głębiach lasu rozległ się wrzask straszliwy, jak gdyby wystrzał zbudził całe stada wilków śpiące w pobliżu. (…) …Tatarzy dopadli chmurą, lecz Kmicic wstrzymał ich trzykrotnym okrzykiem… (…) I sam zaraz ucapił za kark oficera. (…) …szamotanie niedługo trwało, gdyż w dwa pacierze później rajtarowie leżeli już na trakcie powiązani jeden obok drugiego. Teraz Kmicic rozkazał siec ich batożkami z byczego surowca, lecz nie nad miarę, ażeby wrócić mogli piechotą do Zamościa. (…) Anusia zakryła twarz rękoma, lecz nie mogła nic mówić… (…) …chwyciła nagle pana Andrzeja za rękę i przycisnęła ją do swych bledziuchnych ust. A po nim skry przeszły od nóg do głowy. (…) …tymczasem ordyńcy przestali batożyć rajtarów, kazał ich więc pan Andrzej pognać nagich i pokrwawionych traktem do Zamościa. (…) Przybywszy
do Krasnegostawu, uznał pan Kmicic, że lepiej na wieści z Zamościa nie czekać, i zaraz ruszył w dalszą drogę. Wszelako
na odjezdnym napisał i przesłał panu staroście list… (…) Przeczytawszy go pan starosta na trzy dni w swojej komnacie się zamknął, nikogo z dworzan, prócz pokojowców, którzy mu jeść nosili, do siebie nie puszczając. Słyszano też, iż klął po francusku, co czynił tylko wówczas, gdy był w najwyższej pasji. (…)

XXXVI

Kmicic szedł naprzód bez przeszkód… (…) Pan Sapieha stał chwilowo w Białej. (…) Kmicic o jednym myślał wjeżdżając do Białej. Oto pod Sapiehą służyło tylu szlachty z Litwy i tylu oficerów radziwiłłowskich, dawnych jego znajomych, iż obawiał się, że go poznają, a poznawszy na szablach rozniosą… (…) „Byle się od razu tumult przeciwko mnie nie uczynił, to po pierwszej bitwie już mnie inaczej będą sądzili”… (…) Wojewoda przyjął go łaskawie, a to z powodu gorących poleceń królewskich. „Posyłamy wam najwierniejszego sługę naszego – pisał król – który Hektorem częstochowskim od czasu oblężenia sławnego miejsca jest nazwany, naszą zaś wolność i nasze zdrowie własnym życiem w czasie przeprawy przez góry ratował. Tego w szczególniejszej opiece miejcie, aby mu krzywda od żołnierzy się nie stała. Nazwisko jego prawdziwe wiemy oraz i racje, dla których
pod przybranym służy, z powodu którego przybrania nikt nie ma go w podejrzenie podawać ani o praktyki posądzać.”
– A dlaczego waść przybrane nazwisko nosisz, nie można wiedzieć? – pytał pan wojewoda. (…)
– Pod czyją komendę idę i kogo o opiekę proszę, temu wszystko jako ojcu wyznać winienem. Prawdziwe moje nazwisko jest: Kmicic!
Wojewoda cofnął się o parę kroków. (…) Kmicic opowiedział z całą swą energią, jak i co zdarzyło, jako Radziwiłłom otumaniony służył, jako usłyszawszy z ust Bogusława o istotnych książąt zamiarach, porwał go, i z tego powodu nieubłaganą zemstę na się ściągnął.
Wojewoda uwierzył, bo nie mógł nie uwierzyć, zwłaszcza gdy i królewskie listy prawdę słów Kmicicowych potwierdzały. (…)
– Skorom jest hetmanem – rzekł do pana Kmicica – to pod moją inkwizycję podchodzisz i opiekę znajdziesz. (…)
Kmicic odjechał spać do kwatery, bo był strudzon drogą. (…)

XXXVII

Tydzień jeszcze po odjeździe Anusi z Kotczycem stał obóz sapieżyński w Białej. Kmicic z Tatary, odkomenderowany
do pobliskiego Rokitna, odpoczywał także, bo trzeba było konie odpaść po długiej podróży. Przyjechał też do Białej i dziedzic jej, książę krajczy, Michał Kazimierz Radziwiłł, pan potężny, z linii nieświeskiej, o której mówiono, że po samych Kiszkach odziedziczyła siedmdziesiąt miast i czterysta wsi. (…) Dlatego też pan Sapieha z radością ujrzał w swym obozie księcia krajczego. Był już teraz pewny, że zwycięży Bogusława, bo i potęgą o wiele go przewyższał. Lecz zwyczajem swym plany obmyślał z wolna, zastanawiał się, rozważał i na narady oficerów wzywał. Bywał na tych naradach i pan Kmicic. …na pierwszy widok księcia Michała zatrząsł się ze zgrozy i złości… (…) Ostatecznie jednak skaptował sobie jego serca książę… (…) Na zamku bialskim odbywała się właśnie narada, gdy wszedł oficer ordynansowy i oddał jakieś pismo hetmanowi. Zaledwie wojewoda rzucił na nie okiem, gdy zalterował się na twarzy i rzekł obecnym:
– Krewniak mój zniesion do szczętu w Janowie przez samego Bogusława. Ledwie sam zdrowie wyniósł! (…)
– Jaśnie wielmożny panie hetmanie – rzekł Kmicic. – Wieści potrzeba. Spuśćcieże mnie ze smyczy z moimi Tatary, a ja wam wieści przywiozę. (…)
– (…) Pan Babinicz skoczy naprzód z Tatary i języka jak najśpieszniej nam ułowi. (…)
Kmicic, ledwie usłyszał, już był za drzwiami, a w chwilę później pędził co koń wyskoczy ku Rokitnu. (…) Noc jeszcze była,
gdy trąby ozwały się przeciągle, po czym jazda i piechota zaczęły wysypywać się w pole; za nimi pociągnął się długi szereg wozów skrzypiących. (…) Tymczasem upłynęło… dni pięć, a Babinicz nie dawał znać o sobie. (…) …upłynął znów tydzień: wojsko przyszło do Białegostoku. (…)

W dwie godziny później przednie straże dały znać, że jakowyś oddział się zbliża.
– Może Babinicz! – zakrzyknął hetman. (…) Wtem zbliżył się starszy Tatar, jakoby wachmistrz ordyński, i uderzywszy czołem, oddał panu Sapieże pismo Kmicicowe. Hetman, nie czekając, złamał pieczęć i począł czytać głośno: „Jaśnie Wielmożny Panie Hetmanie! Iżem wieści ni języków dotąd nie przysyłał, to dlatego, żem w przodku, nie po zadzie wojsk księcia Bogusławowych szedł i chciałem się większą kupą przysłużyć… (…) Bo chociaż niebezpieczna to była impreza, gdyż podjazdy szeroko szły, wszelako dwa zniósłszy i nikogo nie żywiąc, w przodek się wydostałem, od czego wielka księcia napadła konfuzja, albowiem zaraz począł suponować, iż jest otoczony i jako w potrzask lezie… (…) Książę nie rozumiejąc, co się stało, jął głowę tracić
i podjazd za podjazdem wysyłał, któreśmy też znacznie szarpali, iż żaden w tej samej liczbie nie wracał. Idąc zaś w przodku, wiwendę przejmowałem, groblem rozkopywał i mosty psuł, tak iż z wielką fatygą postępować przed się mogli, nie śpiąc,
nie jedząc, dnia i nocy bezpiecznej nie mając. Z obozu nie mogli się wychylić, bo ordyńcy nieostrożnych chwytali, co się zaś obóz zdrzymnął, to mu z łozy okrutnie wyli, oni zaś myśląc, iż wielkie wojsko na nich następuje, przez całe noce w gotowości stać musieli. Czym książę do znacznej desperacji przywiedzion nie wie, co ma począć, gdzie iść i jako się obrócić – dlatego rychle nań następować trzeba, póki terror nie przejdzie. Wojska ma sześć tysięcy, ale blisko tysiąca stradał. Konie mu padają. Rajtaria dobra, piechoty słuszne, Bóg jednak dał, iż to z dnia na dzień topnieje, a byle nasze wojska ich dosięgły, to się rozlecą. (…) Książę-zdrajca od ustawicznej cholery silnie zachorzał i ledwie na koniu usiedzieć może, febris nie opuszcza go dniem i nocą. Panna Borzobohata zagarnięta, ale chorym będąc, na cnotę jej nastawać nie może. Wieści takowe i konfesje o desperacji
od jeńców powziąłem, których moi Tatarzy przypiekali i którzy byle ich jeszcze raz przypiec, prawdę powtórzyć są gotowi.
Za czym służby moje pokorne J. W. Panu i Hetmanowi memu polecając, o przebaczenie, jeślim w czym pobłądził, proszę. Ordyńcy dobrzy pachołkowie i widząc siła zdobyczy, okrutnie służą.”

– To są zdumiewające rzeczy! – rzekł biorąc się za głowę pan Sapieha. – A nie łżeli on? (…)
– Ruszajmy, na miły Bóg! (…)

XXXVIII

Następna relacja Kmicicowa przyszła z Sokółki i brzmiała krótko: „Książę, aby wojska nasze omylić, symulował pochód
ku Szczuczynowi, dokąd podjazd wysłał. Sam z główną siłą poszedł do Janowa i tam posiłki w piechocie otrzymał, które kapitan Kyritz przyprowadził: ośmset ludzi dobrych. Od nas ognie książęce widać. W Janowie mają tydzień wypocząć. Jeńcy mówią,
że i bitwę przyjąć gotów. Febra trzęsie go ciągle.” Po odebraniu tej relacji pan Sapieha, zostawiwszy resztę wozów i armat, ruszył komunikiem do Sokółki i na koniec dwa wojska stanęły sobie oko w oko. (…) Pan hetman, gdy ujrzał Kmicica, chwycił go
w ramiona i rzekł:
– Już mi i gniewno było na ciebie, żeś tak długo znać o sobie nie dawał, ale widzę, żeś więcej sprawił, niż się spodziewać mogłem… (…)
Kmicic skłonił się w milczeniu, ale nie znać było, aby piękne słowa hetmańskie wywarły nań jakiekolwiek wrażenie. (…) Usługi
w tej wojnie oddał istotnie olbrzymie. Wysforowawszy się przed Bogusława, zbił go z tropu, pomylił jego rachuby, wpoił weń przekonanie, iż jest otoczony, i do cofania się przymusił. (…) Była przy tym w tym pościgu taka niezwykła zawziętość
i przechodząca zwykłą wojenną miarę natarczywość, że Bogusław z wrodzoną sobie bystrością odgadł po kilku dniach, że ściga go jakiś nieubłagany wróg osobisty. (…) Aż wreszcie oba wojska stoczyły się w okolicy Sokółki… (…) Kmicic pozamykał szczelnie wszystkie drogi wiodące z Janowa do Sokółki, Koryczyna, Kuźnicy i Suchowola. Okoliczne lasy, łozy i chaszcze zajmowali Tatarzy. List nie mógł przejść, żaden wóz z żywnością dojść – samemu więc Bogusławowi pilno było do bitwy, póki jego wojska ostatniego janowskiego suchara nie zjedzą. Lecz jako człek bystry i wszelakich intryg świadomy, postanowił próbować wpierw układów. (…) Przyjechał więc do Sokółki od imienia Bogusława pan Sakowicz, podkomorzy i starosta oszmiański, dworzanin jego i przyjaciel osobisty. Przywiózł on ze sobą listy i moc zawarcia pokoju. (…) Był to raczej kompanion niż sługa księcia Bogusława. Bogusław, który naprawdę nikogo nigdy w życiu nie kochał, miał niezwalczoną słabość dla tego człowieka. (…) Po każdej bitwie pierwszym jego pytaniem było: „Gdzie Sakowicz i czyli jakiego szwanku nie poniósł?” (…)

Teraz wysłał go do Sapiehy. – Mam tu… pismo dla waszej dostojności.
Sapieha wziął list, otworzył dość niedbale, przeczytał i rzekł:
– Szkoda czasu… Nie mogę wymiarkować, o co księciu chodzi… Poddajecie się li czy też chcecie szczęścia popróbować? (…) Zdrajców, nie Radziwiłłów nienawidzę, a najlepszy dowód, że książę krajczy Radziwiłł jest w moim obozie… (…)
– Nic tu po tobie – rzekł do Sakowicza – możesz jechać.
– Wasza dostojność daj mi przynajmniej pismo do księcia pana.
– Niech i tak będzie. Poczekasz waść na pismo u pana Oskierki. (…)
Hetman na pożegnanie ręką mu kiwnął, po czym zwrócił się zaraz do pana Andrzeja:… (…)
– Czemuś mówił: „gorze!” Znasz tego człowieka?
– Znam – odrzekł blednąc ze wzruszenia i wściekłości Kmicic. – Wyprawiłem go jeszcze ze Lwowa do Taurogów… Książę Bogusław porwał do Taurogów pannę Billewiczównę… Miłuję tę pannę!… Mieliśmy się pobrać… Wysłałem tego człeka, ażeby mi o niej dał wiadomość… (…)
– Książę w matni – rzekł po chwili hetman – może się zgodzić go oddać.
– Wasza dostojność! – rzekł Kmicic – niech wasza dostojność zatrzyma Sakowicza, a mnie do księcia wyśle. Może go wydobędę.
– Także ci chodzi o niego?
– Stary żołnierz, stary sługa… Na ręku mnie nosił. Siła razy życie mi ratował… Bóg by mnie skarał, gdybym go w takich terminach zaniechał. (…)
– Czekaj – rzekł hetman. – Sakowicza zatrzymać mogę. Prócz tego napiszę księciu, aby przysłał glejt bezimienny.
To rzekłszy hetman zaraz pisać zaczął. W kwadrans później Kozak skoczył z listem do Janowa, a pod wieczór wrócił
z odpowiedzią Bogusława. „Glejt na żądanie posyłam – pisał Bogusław – z którym każdy wysłaniec bezpiecznie powróci…” (…)
Tego jeszcze wieczora Kmicic wziął glejt, dwóch Kiemliczów i pojechał. Pan Sakowicz został jako zakładnik w Sokółce. (…)

XXXIX

Była blisko północ, gdy pan Andrzej opowiedział się pierwszym strażom książęcym… (…) Bogusław nie mógł poznać Kmicica
z powodu ciemnej nocy… (…)
– Od pana Sapiehy?
– Tak jest.
– A co tam pan Sakowicz porabia?
– Pan Oskierko go podejmuje. (…)
Tymczasem przyjechali do książęcej kwatery. (…)
– Gdzie jest pismo?
– Jest – odrzekł Kmicic podając list. Bogusław począł czytać, a gdy skończył, dziwne światła błysnęły mu w oczach. (…)
– Przyjechałem z prośbą do waszej książęcej mości…
– Proszę! Możesz liczyć, że dla ciebie wszystko uczynię… Jakaż to prośba?
– Jest tu schwytany żołnierz, jeden z tych, którzy mi pomagali waszą książęcą mość porwać. Ja dawałem rozkazy, on działał jako ślepe instrumentum. Tego żołnierza zechciej wasza książęca mość na wolność wypuścić. (…)
– Jeżeli wasza książęca mość tego starego żołnierza mi wypuści… to… ja… waszej książęcej mości… paść do… nóg… gotów…
Zadowolenie błysnęło w Bogusławowych oczach. (…) Nagle otworzyły się drzwi do przedsionka. Wszedł oficer, dawny znajomy Kmicica z Birż… (…)
– Mam rozkaz – odparł Głowbicz – związać waszej mości ręce i wyprowadzić za Janów. Na czas to wiązanie, później odjedziesz wasza mość wolno… Dlatego proszę waszej mości nie stawiać oporu…
– Wiąż! – odrzekł Kmicic. (…) Oficer wyprowadził go z komnaty i wiódł piechotą przez Janów. (…)

…ujrzał pan Andrzej pal świeżo zaostrzony, leżący poziomo i przymocowany drugim końcem do grubego pnia drzewa. Kmicica mimo woli dreszcze przeszły. (…) Przy migocących płomykach dojrzał pan Andrzej samego Sorokę; stary żołnierz siedział tuż obok pnia na zydlu bez czapki i ze skrępowanymi rękoma, pilnowany przez czterech żołnierzy. (…) Nagle Kmicic krzyknął tak, jakby jego samego na pal nawłóczono:
– Stój!!
Oprawcy wstrzymali się mimo woli. Wszystkie oczy zwróciły się na Kmicica.
– Żołnierze! – krzyknął pan Andrzej. – Książę Bogusław zdrajca przeciw królowi i Rzeczypospolitej! Was otoczono i jutro w pień wycięci będziecie! Zdrajcy służycie! Przeciw ojczyźnie służycie! Ale kto służbę porzuci, zdrajcę porzuci, temu przebaczenie królewskie, przebaczenie hetmańskie!… Wybierajcie!! Śmierć i hańba albo nagroda jutro! (…) Nie wam, godnym żołnierzom, zdrajcy służyć! Niech żyje król! Niech żyje hetman wielki litewski!
Gwar przeszedł w huk. Szeregi złamały się. Kilkanaście głosów zakrzyknęło:
– Niech żyje król! (…)
W zamieszaniu jakaś szabla przecięła powrozy krępujące ręce Kmicica. Ten zaś skoczył w tej chwili na jednego z owych koni, które Sorokę na pal naciągnąć miały, i krzyknął już z konia:
– Za mną do hetmana!
– Idę! – wrzasnął Głowbicz. –Niech żyje król! (…)
– Na koń Sorokę! – zakomenderował znowu Kmicic. (…)
– Za mną! – rozległ się głos Kmicica. I kłąb ludzi bezładny ruszył z miejsca, potem wyciągnął się w długiego węża. (…)
– Soroka! – rzekł Kmicic.
– Wedle rozkazu! - ozwał się obok głos wachmistrza. Kmicic nie mówił nic więcej, tylko wyciągnąwszy rękę, wsparł dłoń na głowie wachmistrza – jakby się chciał przekonać, czy jedzie obok. Żołnierz przycisnął w milczeniu tę dłoń do ust. Wtem ozwał się Głowbicz z drugiego boku:
– Wasza miłość! dawnom to chciał uczynić, co teraz czynię.
– Nie pożałujecie!
– Całe życie będę waszej miłości wdzięczny! (…)

XL

Łatwo sobie wyobrazić zdziwienie pana Sapiehy, gdy Kmicic nie tylko wrócił sam bezpiecznie, lecz przywiódł ze sobą kilkadziesiąt koni i starego sługę. (…) Rycerz był znużon śmiertelnie, a jednak tej nocy jeszcze postanowił jechać do swoich Tatarów, którzy za Janowem stali w lasach i na gościńcach z tyłu wojsk Bogusławowych. (…) Na samym wsiadanym przyszedł do niego Soroka
i wyprostował się po służbie. (…) Jakoż pojechali razem. (…) Akbah-Ułan stawił się zaraz przed Babiniczem i zdał mu relację
ze swych czynności. Pan Andrzej kontent z nich był: wszystkie mosty zostały popalone, groble poniszczone; nie dość na tym: wody z wiosną rozlały zmieniwszy pola, łąki i niższe drogi w grząskie błoto. Bogusław nie miał innego wyboru, jak bić się, zwyciężyć
lub zginąć. (…)
– Trzeba będzie coś obmyślić!
To rzekłszy Kmicic począł się ręką gładzić po czuprynie. (…) …nazajutrz podjechał z Tatary pod obóz, leżący między Suchowolem a Janowem… (…) Kmicic podjechał tak blisko, iż piechurowie Bogusławowi poczęli do niego ognia dawać, lecz on
nie zważał na to… (…) …w powrocie, zamiast jechać wprost do Suchowola, rzucił się ku zachodowi i dotarł do Kamionki. (…)
…popatrzył na rzekę, rzucił w wodę kilkanaście pokruszonych gałązek, aby bystrość prądu wymiarkować, i rzekł do Ułana:
– Tędy ich bokiem obejdziemy i z tyłu na nich uderzym. (…)
Przy pierwszej gwieździe rzucił w wodę około ośmiuset koni i poczęli płynąć. On sam płynął na czele, lecz wkrótce zmiarkował,
że tak wolno posuwają się naprzód, iż za dwa dni nie przepłyną poza szańce. Wówczas kazał się przeprawić na drugi brzeg. (…) Gwiazdy pokazywały północ. Wtem od południa doszły ich echa dalekiej palby.
– Bitwa poczęta! – krzyknął Kmicic. (…) I ruszyli. (…)

Od strony Janowa palba stawała się coraz potężniejsza, widoczne było, że pan Sapieha nastąpił na całej linii.
Lecz na szańczykach, ku którym dążył Kmicic, brzmiały także okrzyki. (…) Dojrzano i jego ze szańców, lecz zamiast strzałami, przywitano nadciągający oddział gromkim okrzykiem. Żołnierze sądzili, że to książę Bogusław przysyła im pomoc. (…)
Za szańcami brzmiały nowe okrzyki, bo wolentarze, choć w słabszej liczbie, poznawszy, iż pan Babinicz już w szańcach, natarli
z wściekłością na jazdę. (…) Lecz nie trwało to długo. Rozległ się przeraźliwy głos piszczałki: Tatarzy i wolentarze jak jeden człowiek skoczyli na koń.
– Za mną! - krzyknął Kmicic. I poprowadził ich jak wicher do Janowa. (…) Już stanęli w ordynku i wyciągnęli się w ławę, gdy nagle, na polu oświeconym jak w dzień pożarem, ujrzeli przed sobą oddział olbrzymiej rajtarii elektorskiej. Wiódł ją rycerz, widny
z daleka, bo w srebrne blachy ubrany i siedzący na białym koniu.
– Bogusław! – ryknął nieludzkim głosem Kmicic i runął z całą tatarską ławą naprzód. (…) Szarym rankiem poczęli dopiero powracać Tatarowie i każdy niemal wiódł na arkanie rajtara. Wnet znaleźli Kmicica i bezprzytomnego odwieźli do pana Sapiehy. Hetman sam siedział nad jego łożem. O południu otworzył pan Andrzej oczy.
– Gdzie Bogusław? – były jego pierwsze słowa.
– Zniesion ze szczętem… (…)
– A onże sam?
– Uszedł. (…)

Na to hetman:
– Patrzaj, jaką wiadomość dziś odebrałem po bitwie.
I podał mu list. Kmicic przeczytał w głos następujące słowa: „Król szwedzki ruszył z Elbląga, idzie na Zamość, stamtąd na Lwów, na króla. Przybywaj, Wasza Dostojność, z wszystką potęgą na ratunek Panu i Ojczyźnie, bo sam nie wytrzymam. – Czarniecki.”
Nastała chwila milczenia.
– A ty ruszysz z nami czy pójdziesz z Tatary do Taurogów? – spytał hetman. (…)
– Na potem prywaty! Przy ojczyźnie chcę się nieprzyjacielowi oponować!
Hetman ścisnął go za głowę. (…)
KONIEC TOMU DRUGIEGO


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]