Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość. Przeciwko takim nie ma zakonu. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami. Jeśli według Ducha żyjemy, według Ducha też postępujemy. [Gal. 5; 22 – 25]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1886



SIERPIEŃ - 21. [Kaltenleutgeben - Zakopane]


["POTOP"] – zakończenie pracy rozpoczętej w 1884 r.
********************************************************************************************************
TOM III
********************************************************************************************************

I

W czasie gdy w Rzeczypospolitej wszystko, co żyło, siadało na koń, Karol Gustaw bawił ciągle w Prusach, zajęty dobywaniem tamtejszych miast i układami z elektorem. (…) Po powrocie Jana Kazimierza stracił nadzieję utrzymania Rzeczypospolitej,
lecz wyrzekając się w duszy całości, chciał przynajmniej jak największą część zdobyczy zatrzymać, a przede wszystkim Prusy Królewskie… Lecz ta prowincja, jak pierwsza zaczęła się bronić, tak dotychczas stała wytrwale przy dawnym panu
i Rzeczypospolitej. …postanowił więc Karol Gustaw skruszyć powstanie, zetrzeć Kazimierzowskie siły, by Prusakom nadzieję pomocy odjąć. (…) …ruszył Karol Gustaw do Rzeczypospolitej, aby Jana Kazimierza na nowo, choćby w ostatnim jej krańcu, dosięgnąć. (…) Po drodze palił i ścinał. (…) …szedł naprzód, goniąc pana Czarnieckiego; ten zaś, nie mając sił tak wielkich
ani ćwiczonych, umykał się przed nim, ale umykał jak wilk, gotów zawsze się zwrócić. (…) Na koniec dopadli go pod Gołębiem, niedaleko ujścia Wieprza do Wisły. Niektóre chorągwie polskie, stojące w gotowości rzuciwszy się z impetem na nieprzyjaciela, rozniosły postrach i zamieszanie. (…) W mgnieniu oka zepchnięto Szwedów ku Wiśle… …poczęli więc Szwedzi skakać
z wysokiego brzegu ma lód, padając trupem tak gęsto, że czernili się na świeżym polu jako litery na białej karcie. (…) Tymczasem przyciągnął sam Karol Gustaw z główną siłą i armatami i naówczas zmieniła się postać boju. (…) Więc pan Czarniecki kazał trąbić na odwrót, aby tamtych pułków, które pierwsze uderzyły, nie wygubić. (…) Radość była w obozie szwedzkim niezmierna. Niewielkie wprawdzie dostały się Szwedom owego zwycięstwa trofea: sakiewki z owsem i trochę pustych wozów,
lecz Karolowi nie o łup tym razem chodziło. Cieszył się, że zwycięstwo szło jak dawniej, w jego ślady, że ledwo się pokazał, już pogromił –
i to samego pana Czarnieckiego, na którym największe nadzieje Jana Kazimierza i Rzeczypospolitej spoczywały. (…) Czarniecki przestał wisieć na kształt chmury nad nimi. (…) Jakoż pochód odbywał się spokojnie. Z głębin leśnych nie dochodziły okrzyki, z zarośli nie wypadały groty puszczane niewidzialnymi rękami.

Pod wieczór Karol Gustaw przybył do Garbowa, wesół i w dobrym humorze. Już właśnie zabierał się do spoczynku,
gdy Aszemberg dał znać przez służbowego oficera, że chce się pilno widzieć z królem. Po chwili wszedł do kwatery, i nie sam,
ale z kapitanem dragońskim. (…)
– A co nowego, Freed? – spytał. – Dubois wrócił?
– Dubois zabity – odpowiedział Freed. Król zmieszał się; teraz dopiero zauważył, że kapitan wyglądał, jak gdyby go z grobu wyjęto, i odzież miał poszarpaną.
– A dragoni? – spytał – one dwa pułki?
– Wszystkie w pień wycięte. Mnie jednego żywcem puszczono!
Smagłe oblicze króla stało się jeszcze ciemniejszym; rękoma założył sobie pukle włosów za uszy.
– Kto to uczynił?
– Czarniecki! (…)
Oficerowie wyszli, Karol Gustaw został sam. Przez czas jakiś dumał posępnie. Miałożby zwycięstwo pod Gołębiem żadnych owoców nie przynieść, położenia nie zmienić, owszem, większą tylko zaciekłość w całym tym kraju rozbudzić? (…)

II

Nazajutrz dzień ruszył król w dalszy pochód i przyciągnął do Lublina. Tam otrzymawszy wiadomość, iż pan Sapieha po odparciu Bogusławowego najazdu ze znacznym wojskiem ciągnie, takowego zaniechał. Lublin tylko załogą umocnił i szedł dalej. Najbliższym celem wyprawy był teraz dla niego Zamość, gdyby bowiem ową potężną twierdzę zdołał zająć, zyskałby niewzruszoną podstawę do dalszej wojny i tak znamienitą przewagę, iż szczęśliwego końca mógłby z całą otuchą wyglądać. (…) …Czarniecki opatrzył Zamość w jazdę, konieczną do podjazdów i chwytania języków. Wprawdzie pan Zamoyski miał swojej dosyć i wcale pomocy nie potrzebował, lecz kasztelan kijowski dwie chorągwie, które najbardziej ucierpiały pod Gołębiem, to jest Szemberkową i laudańską, umyślnie do fortecy posłał, żeby mogły odpocząć, odżywić się i konie srodze zmarnowane zmienić. (…) …któż opisze radość i rozrzewnienie księżnej Gryzeldy na widok pana Skrzetuskiego i pana Wołodyjowskiego, dawnych najdzielniejszych wielkiego męża pułkowników. (…) Pan Zagłoba ducha dodawał i opowiadał o nieprzyjacielu tym, którzy go dotychczas nie znali… Zagłoba w lot pana starostę kałuskiego przeznał, a ten niezmiernie go polubił i we wszystkim się do niego zwracał, zwłaszcza że i od księżnej Gryzeldy słyszał, jako w swoim czasie sam książę Jeremi pana Zagłobę wenerował i vir incomparabilis nazywał. (…) Długo… ucztowano, po czym sen począł morzyć rycerzy, więc poszli na spoczynek, zwłaszcza
że wkrótce miały się dla nich zacząć bezsenne noce, bo Szwedzi byli już blisko i przednich straży spodziewano się lada godzina. (…)

III

Tejże jeszcze nocy pan Wołodyjowski poszedł na podjazd i nad ranem sprowadził kilkunastu języków. Ci potwierdzili, że król szwedzki osobą własną w Szczebrzeszynie się znajduje i niebawem stanie pod Zamościem. (…) Starosta kałuski objeżdżał mury w szmelcowanej zbroi, z pozłocistym buzdyganem w ręku, i co chwila pytał:
– A co, nie widać jeszcze? (…)
– Jadą! jadą! Jadą!
Nieco mgły leżało jeszcze przy ziemi, ale wojska szwedzkie, idące od Wielączy, zdawały się brodzić do kolan w owym tumanie,
jak gdyby wynurzały się z wód rozległych. (…) Z wolna przybywało coraz więcej pułków, armat, jazdy. (…) Na koniec od zbitych tłumów oderwało się kilkunastu jeźdźców. Wpół drogi pozasadzali białe chusty na miecze i poczęli nimi powiewać. (…) Po krótkiej chwili przyskoczył do pana starosty oficer służbowy z oznajmieniem, iż pan Jan Sapieha pragnie w imieniu króla szwedzkiego widzieć się z nim i rozmówić. A pan starosta… odrzekł z okrutną fantazją:
– Powiedz panu Sapieże, że Zamoyski ze zdrajcami nie gada. Chce król szwedzki ze mną gadać, niech mi Szweda rodowitego przyśle, nie Polaka… (…) Jakoż w pół godziny później Forgell z czysto szwedzką asystencją oznajmił się przy bramie. Most łańcuchowy opuścił się z wolna na fosę i jenerał wjechał do twierdzy wśród spokoju i powagi. (…)

– Najjaśniejszy król szwedzki i pan (tu długo wyliczał tytuły) zgoła nie jako nieprzyjaciel tu przybył, ale wprost mówiąc,
w gościnę tu przyjechał i przeze mnie się zapowiada, mając niepłonną, jak tuszę, nadzieję, że wasza książęca mość dla osoby jego i jego wojsk bramy swe otworzyć zechcesz.
– Nie masz u nas tego zwyczaju – odpowiedział pan Zamoyski – aby komu gościnności odmawiać… (…) …jako wasza dostojność widziałeś, służby mi nie brak, przeto nie potrzebuje jego szwedzka jasność swojej ze sobą brać. Inaczej pomyślałbym, że mnie ma za chudopachołka i kontempt chce mi okazać. (…)
Forgell przygryzł wąsów, pomilczał trochę i wreszcie tak mówić począł:
– Największy to byłby dowód nieufności dla króla, gdybyś wasza książęca mość załogi jego do fortecy wpuścić nie raczył. (…)
…jakoż od ciebie, panie, zależą przyszłe losy tej ojczyzny. Ty ją ratować i ojcem jej stać się możesz… Przeto nie wątpię,
iż to uczynisz. (…)
Wszystkie oczy utkwione były w starostę. (…)
– (…) Wielcem ja wdzięczny jego szwedzkiej jasności za górne mniemanie, jakie ma o moim dowcipie i o afektach dla ojczyzny. Nic mi też milszego jak przyjaźń takowego potentata. Ale myślę, że tak samo moglibyśmy się miłować, gdyby jego szwedzka jasność sobie w Sztokholmie zostawała, a ja w Zamościu – co? Bo Sztokholm jest szwedzkiej jasności, a Zamość mój! Co się afektów dla Rzeczypospolitej tyczy – i owszem! – jeno, wedle mego konceptu, nie wtedy będzie Rzeczypospolitej lepiej, kiedy Szwedzi będą do niej szli, ale wtedy, kiedy sobie z niej pójdą. Ot, racja! Bardzo w to wierzę, iż Zamość mógłby jego szwedzkiej jasności do wiktorii nad Janem Kazimierzem dopomóc, wszelako trzeba, żebyś i wasza dostojność wiedział, że ja nie jego szwedzkiej mości, jeno właśnie Janowi Kazimierzowi przysięgałem, dlatego jemu wiktorii życzę, a Zamościa nie dam! (…)

Forgell zmieszał się i milczał przez chwilę, po czym znowu argumentować począł: więc nalegał, trochę groził, prosił, pochlebiał. (…) …blady był; brwi zmarszczył groźnie, lecz czekał, z ogniem w źrenicach i głową dumnie wzniesioną. Na koniec,
gdy paroksyzm śmiechu przeszedł, spytał krótkim, urywanym głosem:
– Czy to ostatnia waszej dostojności odpowiedź?
Na to pan starosta pokręcił wąsa.
– Nie! – odrzekł podnosząc jeszcze dumniej głowę – bo mam armaty na murach.
Poselstwo było skończone. W godzin dwie później zagrzmiały działa z szańców szwedzkich, a zamojskie odpowiedziały im
z równą siłą. (…) Uniesiony gniewem król szwedzki kazał zapalić wszystkie okoliczne wsie i miasteczka, tak że okolica wyglądała w nocy jak jedno morze ognia… (…) Pan Wołodyjowski i inni oficerowie prosili się na wycieczkę, lecz pan starosta nie pozwolił;
nie chciał po prostu darmo krwi marnować. (…) …pan Czarniecki nie poszedł na Zawiśle, ale znów krążył koło szwedzkiej armii jak dziki zwierz koło owczarni. Rozpoczęły się znów nocne alarmy, przepadanie bez wieści mniejszych oddziałów. (…) Widział całą okropność położenia najdoświadczeńszy z wodzów szwedzkich, stary Wittenberg, i otwarcie przedstawił ją królowi. (…) Król w duszy przyznawał słuszność staremu wojownikowi, nie przyznał się tylko przed nim do tego, że i sam środków nie widzi,
że jego geniusz wyczerpany. Lecz liczył jeszcze na jakiś niespodziany wypadek – więc kazał strzelać dzień i noc. (…) Wieczorem odbyła się znów narada w kwaterze królewskiej i nazajutrz poczęli Szwedzi pakować namioty na wozy i ściągać działa
z szańców… a w nocy ruszyło całe wojsko. Zamość grzmiał za nimi ze wszystkich dział, a gdy już znikli z oczu, wyszły
przez południową bramę dwie chorągwie, Szemberkowa z laudańską – i poszły w trop. Szwedzi ciągnęli ku południowi. (…)

IV.

(…) …szwedzki Aleksander ścigał wciąż polskiego Dariusza. Jednocześnie zaś sam był ścigany. (…) Wreszcie nadciągnął najstraszniejszy ze wszystkich Czarniecki i szedł tuż. (…) …uderzał raz i drugi, lecz gdy zagrzmiały armaty, cofał wojska na boki, zostawując Szwedom w zysku tylko trud próżny, tylko większy zawód i zniechęcenie. (…) Szedł więc Karol Gustaw na Narol, Cieszanów i Oleszyce, aby się do Sanu dostać. Podtrzymywała go nadzieja, że Jan Kazimierz zabieży mu drogę i bitwę stoczy. (…) Wszystkie wieści, jakie przychodziły do szwedzkiego obozu, były tylko jej zapowiedzią. Co dzień zaś nadchodziły nowe,
coraz groźniejsze. (…) Karol zatrzymał się przez kilka dni w Jarosławiu, namyślając się, co ma począć. Przez ten czas ładowano
na szkuty chorych żołnierzy, których w obozie było mnóstwo, i wysyłano rzeką do Sandomierza, jako do najbliższego warownego grodu zostającego jeszcze w szwedzkim ręku. Po ukończeniu nowej roboty, gdy właśnie nadbiegały wieści o ruszeniu się Jana Kazimierza ze Lwowa, postanowił król szwedzki sprawdzić, gdzie istotnie Jan Kazimierz się znajduje. (…) Dnia 20 marca podjazd wyszedł. (…) Zaledwie przeszli, zaraz saperowie szwedzcy rozebrali po nich czasowy pomost, by silniejsze dawać belkowanie,
po którym by i armaty mogły przechodzić. (…) Na koniec dotarli do Wielkich Oczu, w których nie znaleźli żywego ducha. Pustka ta zdziwiła Kanneberga. (…) Jakoż gdy znowu zagłębili się w bór za Wielkimi Oczami, jechali nierównie ostrożniej. (…) Dopiero
w godzinę później minąwszy skręt dość nagły, dwóch rajtarów jadących w przodku ujrzało na czterysta kroków przed sobą jeźdźca na koniu. Dzień był pogodny i słońce świeciło jasno, więc owego jeźdźca widać było jak na dłoni. Sam był żołnierzyk niewielki, przybrany bardzo przystojnie i z cudzoziemska. (…)

…mały rycerz… zatrzymał konia i zwrócił go frontem do Szwedów, jakby im chciał drogę zagrodzić. Przez jakiś czas oni patrzyli na niego, on na nich.
– Jest i drugi! Drugi! trzeci! czwarty, cała kupa! – poczęto nagle wołać w szwedzkich szeregach. Jakoż z obu stron drogi poczęli się sypać jeźdźcy, zrazu pojedynczo, potem po dwóch, po trzech. Wszyscy stawali obok owego, który pojawił się najpierwszy. (…)
– Poznaję tych ludzi – zawołał ledwie spojrzawszy Sweno – ta chorągiew pierwsza uderzyła na grafa Waldemara pod Gołębiem, to Czarnieckiego ludzie. On sam musi tu być! (…) Muszkiety szwedzkie poruszyły się jak jeden, żelazne szyje wyciągnęły się
ku polskim jeźdźcom. Lecz pierwej, nim zagrzmiały muszkiety, jeźdźcy polscy zawrócili konie i poczęli umykać bezładną kupą.
– Naprzód! – krzyknął Kanneberg. (…) Las napełnił się krzykiem goniących i uciekających. (…) …polski oddział, zamiast utonąć
w przeciwległym lesie, zatoczył na samym krańcu ogromne półkole i zwrócił się cwałem ku Szwedom, stanąwszy od razu
w tak wspaniałym bojowym ordynku, że wzbudził podziw w samym nieprzyjacielu. (…) Mały rycerz na bułanym bachmacie krzyczał coś na swoich, wysuwał się naprzód i znów wstrzymywał konia, szablą znaki dawał, widocznie on był dowódcą. (…) Gruchnęły wszystkie muszkiety, lecz w tej samej chwili chorągiew polska wpadła w dym z taką siłą, że odrzuciła na prawo i lewo pierwsze szwedzkie szeregi i wbiła się w gęstwę ludzi i koni, jak klin wbija się w rozszczepione drzewo. (…) Pracowały więc szable przeciw rapierom, trup padał gęsto, lecz zwycięstwo już, już chyliło się na szwedzką stronę, gdy nagle spod ciemnej ściany boru wytoczyła się druga chorągiew i od razu ruszyła z krzykiem. (…)

– Czarniecki! Czarniecki! – rozległy się wołania w szwedzkich szeregach. (…) Pan Czarniecki… podprowadził husarzy
na kilkanaście kroków i gdy szli już w największym pędzie, sam zawrócił. Wtem od boru ruszyła trzecia chorągiew, on zaraz doskoczył do niej i podprowadził; ruszyła czwarta, podprowadził; buławą każdej pokazał, gdzie ma uderzyć, rzekłbyś: gospodarz prowadzący żniwiarzy i rozdzielający między nich robotę. Na koniec, gdy wysunęła się piąta, sam stanął na czele i ruszył
wraz z nią do bitwy. (…) Szwedzkie konie coraz mniej miały tchu w piersiach i rozpierały się coraz częściej. Na koniec z tysiąca najświetniejszych rajtarów, którzy pod Kannebergiem wyszli, zostało zaledwie stu kilkudziesięciu jeźdźców, reszta leżała długim pasem na leśnej drodze. Lecz i ta ostatnia kupa zmniejszała się z każdą chwilą, gdyż ręce polskie nie przestały nad nimi pracować. Na koniec wypadli z lasu. (…) Na koniec dobiegli o staję do mostu. Krzyki z pola doleciały do obozu szwedzkiego. Mnóstwo żołnierzy i oficerów wybiegło z miasta patrzeć, co się za rzeką dzieje. ledwie spojrzeli – dostrzegli i poznali rajtarów, którzy rano wyszli z obozu. (…) W tej chwili przygalopował sam król, a z nim Wittenberg, Forgell, Miller i inni jenerałowie. (…) Cała armia szwedzka wyległa jak jeden mąż na wysoki brzeg Sanu. Piechota, jazda, artyleria pomieszały się ze sobą – i patrzyli wszyscy, jakoby w dawnym cyrku rzymskim na widowisko, jeno patrzyli ze ściśniętymi ustami, z rozpaczą w piersi,
w przerażeniu, w poczuciu bezsilności. (…)

…najokropniej srożył się między Polakami mały rycerzyk, siedzący na bułanym a ścigłym i zwrotnym jak sokół koniu. (…)
Na koniec dostrzegł samego Kanneberga, którego kilkunastu towarzystwa goniło, więc krzyknął na nich, rozkazem pogoń powstrzymał i sam na niego uderzył. Szwedzi z drugiego brzegu wstrzymali dech w piersiach. (…) Kanneberg zebrał się teraz
w sobie, tak iż uczynił się podobny do ptaka, któremu dziób tylko potężny z nastroszonych piór wystaje. (…) Lecz w tej chwili zaszumiał straszliwy młyniec, rapier targnął się Szwedowi w ręku, ostrze uderzyło w pustą przestrzeń, natomiast wygięty koniec szabli małego rycerza spadł z piorunową szybkością na twarz Kanneberga, przeciął mu część nosa, usta, brodę, spadł
na obojczyk, strzaskał go i zatrzymał się dopiero na idącym przez ramię pendencie. (…) Zaś na drugim brzegu, między Szwedami, wrzało jakby w ulu. Artylerzyści zataczali na gwałt armaty, więc i w pobliskich szeregach polskich ozwały się trąbki
do odwrotu. Na głos ich skoczył każdy do swojej chorągwi, i w mig stanęły wszystkie w sprawie. (…) …przed ławę ludzi i koni wyjechał na tarantowatym dzianecie mąż przybrany w burkę i czapkę z czaplim piórem z pozłocistym buzdyganem w ręku. (…)
– Czarniecki! Czarniecki!
On zaś gadał coś z pułkownikami. Widziano, jak dłużej zatrzymał się przy rycerzu, który Kanneberga usiekł, i rękę położył
na jego ramieniu, po czym podniósł buzdygan i chorągwie zaczęły z wolna, jedna za drugą, zawracać ku borom. (…)

V.

Dnia tego położyli się Szwedzi spać nic w usta nie biorąc i bez nadziei, aby mieli czym nazajutrz się posilić. Toteż od męki głodowej spać nie mogli. Nim drugi kur zapiał, znękane żołnierstwo poczęło wymykać się z obozu pojedynczo i kupami na grasunek po wsiach przyległych do Jarosławia. (…) Poczęli więc grasować po okolicy, paląc, rabując, ścinając, lecz prawie nikt
z nich nie miał powrócić do obozu. Czarniecki był wprawdzie z drugiej strony Sanu, lecz i z tej kręciły się różne partie szlacheckie
i chłopskie; najpotężniejsza zaś pana Strzałkowskiego, złożona z bitnej szlachty górskiej, tej właśnie nocy przymknęła,
jak na nieszczęście do Próchnika. (…) Wszczęło się zamieszanie i – rzecz niebywała dotąd – popłoch, który z największym trudem udało się oficerom potłumić. Lecz król, który do rana przesiedział na koniu, widział, co się dzieje, zrozumiał, co z tego może wyniknąć, i zaraz rankiem zwołał radę wojenną. (…)
– Nakazuję odwrót!
Więcej tego dnia nie słyszano z jego ust ani słowa. (…) Samego Duglasa wysłał król w przedniej straży, aby trudne przeprawy naprawiał, lasy trzebił. Wkrótce za nim ruszyło całe wojsko szykiem jak do boju… (…) Czarniecki pościągał własne chorągwie, wszystkie partie okoliczne, posłał po nowe posiłki do króla i szedł w trop. (…)

…gdy nazajutrz rano Szwedzi ruszyli dalej, w klin między Wisłę i San, rzekł pan kasztelan do pułkownika Polanowskiego:
– Sieć nastawiona, ryby w matnię idą. (…)
Na to pan Czarniecki:
– Będą oni tańcowali, niech jeno pan marszałek Lubomirski nadciągnie ze swoim wojskiem, które na pięć tysięcy liczą. (…)
– Przyjechało dziś kilku szlachty podgórskiej – ozwał się Zagłoba – ci zapewniają, że wielkimi i pilnymi drogami idzie, ale czy się zechce z nami połączyć, miast na swoją rękę wojować, to inna rzecz!
– Czemu to? – spytał pan Czarniecki, bystro patrząc na Zagłobę.
– Bo to człek nadzwyczajnej ambicji i o sławę zazdrosny. (…)
Wtem pan Czarniecki ozwał się:
– Trzeba, by który z waszmościów z listem ode mnie do pana Lubomirskiego pojechał.
– Jam mu znajomy i podejmuję się – rzekł pan Jan Skrzetuski. (…)
– A może byś i waćpan z panem Skrzetuskim pojechał?
– Chętnie – odpowiedział Zagłoba – jeśli ja czego nie wskóram, nikt nie wskóra. (…)
– Za czym i list trzeba pisać. Proszę waszmościów ze sobą.
Jan Skrzetuski i Zagłoba poszli za nim, a w pół godziny później siedli na koń i pojechali odwrotną drogą ku Radymnu, były bowiem wieści, że tam właśnie zatrzymał się pan marszałek z wojskiem. (…) Znaleźli go przy obiedzie ze znaczniejszymi oficerami.
Lecz gdy się opowiedzieli, Lubomirski kazał ich przyjąć natychmiast, bo ich nazwiska znał, gdyż głośne były owego czasu w całej Rzeczypospolitej. (…)

– Czy to sławnego rycerza mam przed sobą, który listy z oblężonego Zbaraża królowi przeniósł?
– Ja to się przekradłem – odrzekł pan Jan. (…)
– A jam jest Zagłoba! - rzekł stary rycerz wysuwając się naprzód. (…)
– Kto by nie wiedział o mężu, któren Burłaja, wodza barbarorum, usiekł, któren Radziwiłłowi wojsko pobuntował… (…)
Na to Zagłoba łysnął okiem ku Skrzetuskiemu i odrzekł:
– Jaśnie wielmożny panie marszałku, od waszej to dostojności tak ja, jak i cały kraj przykład bierze, jak dla dobra publicznego wyrzekać się ambicji i prywaty.
Lubomirski pokraśniał z zadowolenia, a Zagłoba wziął się w boki i mówił dalej: (…)
– Słyszałem, jak sam Czarniecki przed całym wojskiem mówił: „Nie nasze to szable biją, ale (powiada) imię Lubomirskiego bije, bo gdy się (powiada) zwiedzieli, że tuż, tuż nadciąga, duch w nich tak zdechł, że w każdym żołnierzu wojsko marszałkowskie widzą i jako owce pod nóż łby oddają.”
Gdyby wszystkie promienie słoneczne upadły od razu na twarz pana marszałka, twarz ta nie rozjaśniłaby się więcej. (…)
– Rzeczpospolita jest i zostanie zawsze panią swej woli, bo na tym starodawne fundamenta naszych wolności spoczywają…
Lecz jam jeno sługa jej sług i Bóg mi świadkiem, że nie podnoszę oczu na one wysokości, na które obywatel spoglądać
nie powinien… Co do komendy nad wojskiem… pan Czarniecki przyjąć ją musi. Oto właśnie pragnę dać przykład tym, którzy wielkość swego rodu ustawnie na myśli mając, nie chcą żadnej zwierzchności uznawać, jak pro publico bono należy o wielkości swego rodu zapomnieć. Więc choć i tak złym wodzem może nie jestem, jednakoż ja, Lubomirski, idę dobrowolnie pod komendę Czarnieckiego, o to tylko Boga prosząc, aby nam wiktorię nad nieprzyjacielem spuścić raczył! (…)

VI.

Czarniecki rozumiał marszałkowe powody i martwił się. Wysławszy z Przeworska list, odczytywał teraz po raz dziesiąty jego kopię chcąc się przekonać, czyli nie napisał czegoś takiego, co by tak drażliwego człeka ubość mogło. I żałował niektórych wyrażeń, wreszcie począł w ogóle żałować, że list wysłał. (…) …Czarnieckiemu uprzykrzyło się już wykradać; mniemał,
że przyszedł czas bić, zaś brakło mu zupełnie armat, piechoty, bez których stanowczo nie można było nic ważniejszego wskórać; dlatego tak pragnął połączyć się z Lubomirskim, który wprawdzie także małą miał ilość armat, ale wiódł ze sobą piechoty, złożone z górali. (…) …wtem dały się słyszeć stąpania końskie i basowy głos Zagłoby…: (…)
Vivat pan Czarniecki, nasz wódz!
Kasztelan zmarszczył się i rzekł prędko:
– Jest pismo dla mnie?
– Nie ma – odrzekł Zagłoba – jest coś lepszego. Marszałek z całym wojskiem przechodzi dobrowolnie pod komendę waszej dostojności! (…)
– Tożem ja waści nie znał dotąd, jak mnie Bóg miły! – zawołał… kasztelan. – Uszom własnym nie wierzę! (…)
– W niczymże się pan marszałek nie spostrzegł? – pytał znów Czarniecki.
– On? Łykał tak wszystko, com mu do gęby wkładał, jak karmny gąsior gałki, jeno mu grzdyka grała i oczy mgłą zachodziły. Myślałem, że pęknie od radości, jako szwedzki granat. Tego człowieka do piekła pochlebstwem można by zaprowadzić. (…)
– Konia mi natychmiast!… Kujmy żelazo, póki gorące.
Po czym zwrócił się do pułkowników:
– Waściowie wszyscy za mną, żeby asysta była jako najokazalsza. (…)

Marszałek przyjął pana Czarnieckiego z otwartymi rękoma, gościł, poił, do rana nie puścił, za to rano połączyły się oba wojska
i szły dalej w komendzie pana Czarnieckiego. Koło Sieniawy napadli znów na Szwedów tak skutecznie, iż tylną straż w pień wycięli i wprowadzili zamieszanie w szeregi głównej armii. (…) Po Leżajskiem jeszcze silniej nastąpił pan Czarniecki. (…) Droga stawała się dla Szwedów coraz opłakańszą. Wycieńczone, zgłodniałe i zmorzone snem pułki ledwie maszerowały. (…) Konie padały dziesiątkami i zjadano je natychmiast, bo sprowadzanie prowiantów stało się niepodobieństwem. (…) Szwedzi, przywiedzeni
do desperacji, łupili ze skóry tych, którzy im w rękę wpadli, i wojna stawała się co dzień straszliwszą. (…) …sam Karol Gustaw… (…) …mając przy sobie pułk lejbgwardii, najtęższy ze wszystkich pułków, bo żołnierzy do niego z całego narodu skandynawskiego wybierano, zatrzymał się król na odpoczynku we wsi Rudniku. Tam zjadłszy u plebana obiad, postanowił zażyć nieco spoczynku, albowiem poprzedniej nocy oka nie zmrużył. Lejbgwardziści otoczyli dom, by nad bezpieczeństwem królewskim czuwać. Tymczasem księży pacholik od koni wymknął się chyłkiem ze wsi i dopadłszy stadninki chodzącej po gródzi, skoczył
na źrebaka i popędził do pana Czarnieckiego. (…)
– A co powiesz? – spytał zbliżywszy się Szandarowski.
– Szwedy u nas w plebanii! gadają, że sam król między nimi! – rzekł pachołek z iskrzącym wzrokiem.
– A siła ich?
– Nie będzie nad dwieście koni. (…)
– A gdzie reszta szwedzkiego wojska? – spytał chorąży.
– Jeszcze o świtaniu przewaliło się ich tyla, żeśmy zrachować nie mogli, ale tamci poszli dalej, a ostała jeno jazda, a jeden śpi
u dobrodzieja, powiadają, że król. (…)

Wydano wnet rozkazy i chorągiew ruszyła zrazu rysią, potem w skok. Pachołek jechał oklep na swoim źrebaku, bez uzdy,
przed pierwszym szeregiem. (…) I chorągiew, wypadłszy jak grom z cienia, runęła ku Szwedom. (…) Nagle rozległy się rozpaczliwe głosy:
– Król! król! Ratujcie króla!
Karol Gustaw zaś zaraz w pierwszej chwili spotkania wypadł z pistoletami w ręku i szpadą w zębach przeze drzwi. Rajtar, który trzymał konia tuż przy drzwiach, podał mu go natychmiast, król wskoczył nań i skręciwszy koło samego węgła rzucił się między lipy i ule, by tyłem wymknąć się z koła bitwy. (…) I obaliwszy pchnięciem szpady jeźdźca polskiego, który już wznosił nań szablę, jednym susem wydostał się z wiru bitwy; za nim rajtarowie rozerwali szereg polski i ruszyli całym pędem… Jeźdźcy polscy zwrócili za nimi konie i rozpoczęła się gonitwa. Jedni i drudzy wypadli na główną drogę prowadzącą z Rudnika do Bojanówka. (…) Uciekający, dobywając ostatnich sił z koni, rozciągnęli się po szerokiej drodze. Szybsze i lżejsze rumaki polskie poczęły ich jednak wkrótce dochodzić. (…) Pan Roch pomijał już ludzi i konie, by czasu nie tracić, przestrzeń między nim a Karolem Gustawem poczęła się zmniejszać. (…) Król byłby mu może stawił także czoło i zginąłby niechybnie, ale za Rochem nadlatywali inni i strzały poczęły świstać, lada chwila która z nich mogła ranić konia, więc król ścisnął go jeszcze mocniej piętami, twarz pochylił na grzywę i rwał przed sobą przestrzeń, na kształt jaskółki ściganej przez jastrzębia. (…) Jedna z kul strzaskała kolano Rochowego bachmata. Ten wspiął się, a następnie padł na przednie nogi i zarył nozdrzami w ziemię. (…) Roch wydobył się
spod konia. Chwilę popatrzył bezprzytomnie za uciekającym, następnie zatoczył się jak pijany, siadł na drodze i począł ryczeć
jak niedźwiedź. (…)
Vivat Roch Kowalski! – Vivat! vivat najmężniejszy kawaler! chluba całego wojska! (…)

W czasie owego pościgu za królem na bojanowskiej drodze rajtarzy przed plebanią bronili się jednak z godną tego sławnego pułku odwagą. (…) Olbrzymi błękitny sztandar pływał jeszcze nad kołem szwedzkim, lecz kolisko zmniejszało się z każdą chwilą. (…) Wtem w zamęcie rozległy się głosy:
– Chorągiew brać! chorągiew!
Usłyszawszy to pachoł żgnął sztychem źrebca i rzucił się jak płomień naprzód, …chlasnął chorążego szablą przez gębę, a ten ręce rozkrzyżował i pochylił się twarzą na grzywę końską. Błękitny sztandar upadł z nim razem. Najbliższy rajtar, …chwycił natychmiast za drzewce, zaś chłopak ujął za płachtę, szarpnął, oddarł w mgnieniu oka, zwinął ją w kłąb i przyciskając obu rękoma do piersi, począł wrzeszczeć wniebogłosy:
– Mam, nie dam! Mam, nie dam! (…)
…z dala ozwały się wojenne krzywuły i na drodze od strony gródzi ukazała się cała chorągiew pędząca w skok ku plebanii. Była to chorągiew laudańska; na jej czele jechał sam pan Czarniecki. (…) …posunął się z koniem ku pobojowisku, które okrutny
i żałosny przedstawiało widok. (…)
– Rzetelną tu widzę robotę – rzekł – i kontent jestem z waszmościów! (…) Mości Szandarowski, a kto wziął chorągiew?
– Dawajcie pachołka! – zakrzyknął Szandarowski – gdzie on? (…)
– Jakże to? …ten zdobył królewską chorągiew?
– Własną ręką i własną krwią – odparł Szandarowski. – On także pierwszy dał znać o Szwedach, a potem w największym ukropie tyle dokazywał, że mnie samego i wszystkich superavit! (…)
– Jak ci na imię? – spytał chłopaka pan Czarniecki.
– Michałko!
– Czyj jesteś?
– Księży.
– Byłeś księży, ale będziesz swój własny! – odrzekł kasztelan. Lecz Michałko nie słyszał już ostatnich słów, bo z ran, z upływu krwi zachwiał się i padł głową na kasztelańskie strzemię.
– Wziąść go, dać mu wszelki starunek. Ja w tym, że na pierwszym sejmie równy on wszystkim waszmościom będzie stanem,
jako duszą już dziś równy! (…)

…pan Czarniecki słuchał dalszej relacji, którą nie Szandarowski już składał, ale ci, którzy pościg pana Rocha za Karolem Gustawem widzieli. Okrutnie uradował się tym opowiadaniem pan Czarniecki, aż się za głowę chwytał, to znów dłońmi
po kolanach uderzał, bo rozumiał, że po takim terminie znacznie musi upaść duch w Karolu. (…)

VII.

Po rudnickich terminach poszedł król dalej w klin, między San a Wisłę, i nie przestał po staremu z tylną strażą iść, bo był nie tylko znamienitym wodzem, ale i rycerzem odwagi niezrównanej. Szli za nim pan Czarniecki, pan Witowski, pan Lubomirski i napędzali go jako zwierza do sieci. (…) Zaszyli się na koniec Szwedzi w sam kąt, gdzie się dwie rzeki schodzą, i odetchnęli. Tu już z jednej strony broniła ich Wisła, z drugiej San, szeroko, jako zwykle wiosną, rozlany, zaś trzeci bok trójkąta umocnił król potężnymi szańcami, na które pozaciągano działa. Nie do zdobycia to była pozycja, jeno można w niej było z głodu umrzeć. (…) Lecz pan Czarniecki nowe gotował im ciosy. Sandomierz w szwedzkim ręku mógł ciągle przychodzić w pomoc głównej armii, umyślił więc pan Czarniecki jednym zamachem odebrać miasto, zamek, a Szwedów wyciąć. (…) Pan Lubomirski, pan Witowski i inni starzy wojownicy odradzali panu Czarnieckiemu ten postępek. (…)
– Albo to nasi chłopi źle się na piechotę biją? Byłem takich Michałków parę tysięcy znalazł, wezmę nie tylko Sandomierz,
ale i Warszawę!
I nie słuchając dłużej niczyich rad, przeprawił się przez Wisłę. (…) Wpadli do miasta dość niespodzianie i po ulicach wszczęła się rzeźba okrutna. Szwedzi bronili się zaciekle z okien, z dachów, lecz wytrzymać nawałności nie mogli. Wygnieciono ich
jak robactwo po domach i wyparto całkiem z miasta. (…) Lecz chytry Szwed, uchodząc, podsadził pod mury, po piwnicach, beczki z prochem i z zapalonymi lontami. (…) Nagle zatrzęsła się im ziemia pod nogami, grzmot straszny i huk targnęły powietrzem, olbrzymi słup ognia strzelił do góry, wyrzucając w powietrze ziemię, mury, dachy, cały zamek i przeszło pięćset ciał tych, którzy się cofnąć nie zdołali. (…) …niemniej Sandomierz został w ręku polskim i nie mógł już zaopatrywać w żywność głównej armii, zamkniętej w kącie rzecznym. Pan Czarniecki rozbił obóz naprzeciw Szwedów, po drugiej stronie Wisły, i pilnował przeprawy. (…) Obsaczono tedy Szwedów zupełnie; chwycono ich jakoby w kleszcze. (…)

Tymczasem pan Czarniecki, zostawiwszy komendę nad wojskiem panu Lubomirskiemu i wziąwszy laudańską chorągiew
dla asysty, przeprawił się przez Wisłę powyżej ujścia Sanu, aby się z panem Sapiehą zobaczyć i o dalszej wojnie z nim naradzić. (…)
– Rośnie Rzeczpospolita, raduje się miła ojczyzna, gdy tacy jej synowie w ramiona się biorą – mówił do Wołodyjowskiego
i do Skrzetuskich Zagłoba. (…) Dalszą rozmowę przerwał im widok Babinicza, którego wyniosłą postać ujrzeli z dala ponad falą głów innych. (…)
– Co słychać? Cóżeś, panie kawalerze, uczynił z księciem? – pytał Zagłoba. (…)
– (…) Waszmościowie zostaniecie tu na noc; chodźcież do mnie po uczcie na nocleg, między moich Tatarów. Szałas mam wygodny, to sobie przy kielichach pogawędzim do rana. (…)
…Kmicic zabrał swoich gości między Tatarów. Siedli tedy w jego namiocie na łubach, obficie wszelkiego rodzaju zdobyczą wypchanych, i gwarzyć poczęli o Kmicicowej wyprawie. (…) …kazawszy nalać kielichy opowiedział, jako Sorokę z więzów uwolnił. (…) …w godzinę późnej zerwali się wszyscy na równe nogi, gdyż huk wystrzałów rozległ się za rzeką, za czym gwar, krzyki powstały w całym Sapieżyńskim obozie. (…) Wybiegli więc na majdan. (…)
– Co się stało? co się dzieje? – pytano straży porozstawianych licznie nad brzegiem. (…)
– Roch pojechał do Szwedów! Mówił, że straż chce porwać! (…)
Tymczasem strzały po przeciwnym brzegu poczęły się uspokajać, światła gasły stopniowo i po godzinie zapanowało głuche milczenie. (…)

VIII.

Nazajutrz dzień pan Zagłoba ciągle w desperacji trwając udał się do pana Czarnieckiego z prośbą, aby posłał do Szwedów obaczyć, co się z Rochem przygodziło; żyw-li czy w niewoli jęczy, czy też gardłem za swą śmiałość zapłacił? Czarniecki zgodził się na to bez żadnej trudności, gdyż pana Zagłobę miłował. (…)
– (…) Jedźże waść do Szwedów i pogadaj o wymianie. Dam dwóch i trzech w razie potrzeby, bo nie chcę waści serca krwawić. Przyjdź do mnie po pismo do króla jegomości i jedź żywo!
Zagłoba skoczył uradowany do namiotu Kmicica i opowiedział towarzyszom, co zaszło. Pan Andrzej i Wołodyjowski zakrzyknęli zaraz, że chcą z nim jechać, bo obaj ciekawi byli Szwedów, Kmicic zaś mógł być prócz tego wielce pożyteczny dlatego,
iż po niemiecku tak prawie płynnie jak po polsku mógł mówić. Przygotowania nie zabrały im wiele czasu. Pan Czarniecki
nie czekając na powrót Zagłoby przysłał sam przez pacholika pismo, za czym wzięli trębacza, siedli w łódź z biała płachtą osadzoną na drągu i ruszyli. (…) Łódź pomknęła szybko, na drugim brzegu uczynił się zaraz ruch większy i wkrótce nadjechał konno oficer przybrany w żółty skórzany kapelusz. (…) O kilkanaście kroków od brzegu Kmicic zdjął czapkę na powitanie, oficer skłonił im się z równą grzecznością.
– Pismo od pana Czarnieckiego do najjaśniejszego króla szwedzkiego! – zawołał pan Andrzej ukazując list. (…)
– Król jest w drugim końcu obozu – rzekł. – Zechciejcie ichmość panowie zatrzymać się tu, a ja pojadę oznajmić.
I zawrócił konia. Oni zaś poczęli się rozglądać. Obóz był bardzo obszerny, obejmował bowiem cały trójkąt utworzony przez San
i Wisłę. (…) Tymczasem oficer, który pierwszy przyjmował ich na brzegu, wrócił wraz z drugim, znaczniejszym, i z żołnierzami prowadzącymi luźne konie. Ów znaczniejszy skłonił się wysłannikom i rzekł po polsku:
– Jego królewska mość prosi waszmość panów do swej kwatery, a że to niezbyt blisko, więc przywiedliśmy konie. (…)
– Mości pułkowniku! – wtrącił Zagłoba – a niejakiego Rocha Kowalskiego nie masz tu w obozie?
Sadowski rozśmiał się:
– Jakże? Jest! (…)

Za czym ruszyli końmi i po chwili byli przed dworem gorzyckim. Przed bramą zeskoczyli z kulbak i zdjąwszy czapki, szli dalej piechotą, bo sam król był przed domem. (…) Sadowski począł prezentować wysłanników, oni zaś kłaniali się nisko, jak obyczaj
i etykieta nakazywała, następnie Zagłoba oddał pismo Czarnieckiego. (…)
– To, widzę, wybranych kawalerów pan Czarniecki mi przysłał. (…) Po prawdzie… nie powinien bym tego jeńca puszczać,
bo przeciw mnie ślubował, chyba że się za ono beneficjum ślubu swego wyrzecze. (…)
– Nie może być! – zawołał Roch.
– Dość krotochwil – rzekł nagle Karol Gustaw. – Bierzcie go i miejcie jeden więcej dowód mojej klemencji. (…)
– Dziękujem waszej królewskiej mości.
Po czym odszedł, a za nim Kmicic, Wołodyjowski i Roch Kowalski. (…)

IX.

Upłynęło dni kilkanaście. Król siedział ciągle w widłach rzecznych i gońców na wszystkie strony rozsyłał do fortec, do komend,
w kierunku Krakowa i Warszawy, z rozkazami, by mu wszyscy z pomocą spieszyli. (…) Próżno Szwedzi mścili się straszliwie
nad krajem, próżno ucinali ręce schwytanym w niewolę jeńcom, puszczali z dymem wsie, wycinali w pień osady, wznosili szubienice, sprowadzali tortury z Niemiec dla męczenia buntowników. Kto miał cierpieć, cierpiał, kto miał ginąć, ginął, lecz jeśli był szlachcicem, ginął z szablą, jeśli chłopem, ginął z kosą w ręku. (…) Lecz nagle polepszyły się losy Karola Gustawa i Szwedów. Dnia 20 marca poddał się Malborg, aż dotąd na próżno przez Szteinboka oblegany. Silna i dzielna armia jego nie miała teraz nic
do roboty i mogła pospieszyć na ratunek królowi. Z drugiej strony margraf badeński, skończywszy zaciągi, z gotową siła
i nieutrudzonym jeszcze żołnierzem ruszył również ku widłom rzecznym. (…) Złożyli tedy wodzowie polscy radę… (…) Na radzie owej postanowiono, iż pan Sapieha z litewskim wojskiem pozostanie pilnować Karola, aby się z wideł nie wymknął, zaś pan Czarniecki ruszy przeciw margrabiemu badeńskiemu i spotka go, jako będzie mógł najprędzej, za czym, jeżeli mu Bóg wiktorię spuści, powróci po staremu króla oblegać. (…)
– Z Bogiem! Po wiktorię! (…)

Wreszcie pod Kozienicami wpadli na ośm chorągwi szwedzkich, pod wodzą Torneskilda. (…) Szwedzi mniemając, że z jakimiś partiami mają do czynienia, stawili w otwartym polu czoło i w dwie godziny później nie pozostała jedna żywa dusza, która by mogła do margrabiego dobiec i krzyknąć, że to Czarniecki idzie. (…) Po czym ruszyli, jakby kto sierpem rzucił, do Magnuszewa, szpiegowie bowiem dali znać, iż margrabia badeński z całym wojskiem w Warce się znajduje. Pan Wołodyjowski został wysłany na noc z podjazdem, aby dał znać, jak wojsko rozłożone i jaka jego siła. (…) Nareszcie wprawne ucho Wołodyjowskiego dosłyszało coś podobnego do stąpania koni po twardej drodze. (…) Wtem na drodze ukazał się oddział szwedzki, złożony
z trzydziestu jeźdźców. (…) Na koniec znikli na zakręcie drogi. (…)
– (…) Teraz, mości panowie, jedźmy żywo! Przy onej karczmie w lesie, którąśmy w tę stronę jadąc minęli, chciałbym właśnie
na nich nastąpić. (…) Wjechali w las gęsty, w którym ogarnęła ich ciemność. Karczma była o kilkanaście stajań. (…) Oddział Wołodyjowskiego zbliżył się na kroków sto i począł tatarskim półksiężycem otaczać karczmę. (…) Nagle naokół karczmy rozległ się krzyk: Ałła! i huk kilku wystrzałów. (…) Po czym na majdanie przed karczmą zostało kilka ciał ludzkich i końskich, oddział zaś Wołodyjowskiego ruszył dalej, prowadząc ze sobą dwudziestu pięciu jeńców. Szli teraz w skok, poganiając płazami szabel rajtarskie konie, i skoro świt doszli do Magnuszewa. W obozie Czarnieckiego nikt nie spał; wszyscy byli w pogotowiu. (…) Szwedzcy jeńcy bez przypiekania w mig zeznali, co było im wiadomo o siłach margrabiego badeńskiego, o ilości armat, piechoty
i jazdy. (…)

W pół godziny później wojsko ruszyło i szło świeżym rankiem majowym przez lasy i pola rosą okryte. (…) Wojska Czarnieckiego szły po otwartej płaszczyźnie, więc długo się przed okiem szwedzkim ukrywać nie mogły. (…) Pilica dzieliła dwa wojska.
Na szwedzkim brzegu ozwały się trąby, kotły, bębny i krzyki żołnierstwa stawającego co duchu do sprawy, a pan Czarniecki kazał również dąć w krzywuły i następował ze wszystkimi chorągwiami ku rzece. Wtem poskoczył co tchu w dzianecie
do Wąsowiczowej chorągwi, która była najbliżej rzeki.
– Stary żołnierzu! – krzyknął – ruszaj mi ku mostowi, tam z koni i do muszkietów! (…)
Dopadłszy na trzysta kroków do mostu zwolnili biegu; tuż dwie trzecie zeskoczyło z kulbak i biegiem ruszyło ku mostowi. Szwedzi zaś ruszyli z drugiej strony i wkrótce zagrały muszkiety, zrazu wolniej, potem coraz prędzej, jakby tysiąc cepów biło nieregularnie w klepisko. (…) …kwadrans później pchnął pan Czarniecki dragonię Lubomirskiego w pomoc Wąsowiczowi. (…)
Zaś pan Witkowski… skoczył ku Czarnieckiemu, który przez cały czas ten ciągle, nie wiadomo dlaczego, posuwał ludzi ku rzece.
– Wasza miłość! – krzyknął Witowski – krew się próżno leje; nie zdobędziemy tego mostu!
– Ja też go nie chcę zdobywać! – odrzekł Czarniecki.
– Więc czego wasza dostojność chcesz? Co mamy robić?
– Ku rzece chorągwiami! ku rzece! Do szeregu waść! (…) Komu Bóg! komu wiara! komu ojczyzna miła! za mną!
I ścisnąwszy konia ostrogami tak, iż rumak jakoby w powietrze wyskoczył, rzucił się w nurty. (…)

Wtem ława mężów i koni runęła w falę, aż woda wyskoczyła z szalonym rozpędem na brzegi. (…) Czarniecki przepłynął pierwszy, lecz nim woda zeń ociekła, wypłynęła za nim laudańska, więc machnął pan kasztelan buzdyganem i krzyknął
na Wołodyjowskiego:
– W skok! bij!
A do wiśniowieckiej pod Szandarowskim:
– W nich!
I tak puszczał jedną za drugą, póki wszystkich nie odprawił. Przy ostatniej sam stanął na czele i zakrzyknąwszy: „W imię Boże! szczęśliwie!” – ruszył z innymi. A wszakże dwa pułki rajtarii, stojąc w odwodzie, widziały, co się dzieje, lecz pułkowników ogarnęło osłupienie tak wielkie, że nim ruszyli się z miejsca, już laudańska, rozpuściwszy konie, szła na nich niepowstrzymanym pędem. Uderzywszy rozmiotła pierwszy pułk jak wicher liście, zepchnęła go na drugi, zmieszała drugi, wtem doskoczył za nią Szandarowski i rozpoczęła się rzeźba straszna, lecz krótko trwająca; po chwili rozerwały się szeregi szwedzkie i tłum bezładny począł umykać ku głównej armii. (…) Stało się wreszcie jasnym, dlaczego pan Czarniecki kazał Wąsowiczowi zdobywać most, chociaż nie miał zamiaru po nim przechodzić. (…) Wtem z boku nowe zabrzmiały wrzaski: to Wąsowicz przeszedł most i szedł
w bok nieprzyjaciela. Wówczas niedługo już trwała bitwa. (…) Najstraszliwsza pogoń trwała jednak na drodze warszawskiej, którą uciekały główne siły szwedzkie. (…) Nim słońce zaszło, armia Fryderyka margrabiego badeńskiego przestała istnieć. (…) Pan Czarniecki powrócił jeszcze przed zachodem słońca z królewskim pułkiem i stanął na środku majdanu. Wojska powitały go grzmiącym okrzykiem. (…)
– Nie mnie, mości panowie, nie mnie, lecz imieniowi boskiemu! (…)
Słońce zachodziło coraz niżej. (…)

X.

Po owym zwycięstwie pozwolił na koniec Czarniecki odetchnąć wojsku i konie strudzone odpaść, po czym znów wielkimi pochodami miał wracać pod Sandomierz, aby do upadłego króla szwedzkiego gnębić. Tymczasem pewnego wieczora przybył
do obozu pan Charłamp z wieściami od Sapiehy. Czarniecki wyjechał był pod ową porę do Czerska na lustrację pospolitego ruszenia rawskiego, które się pod owym miastem właśnie zbierało, więc Charłamp, nie zastawszy wodza, udał się wprost
do Wołodyjowskiego, aby u niego po długiej drodze wypocząć. (…)
– O waszej wiktorii już słyszałem. Tu nam się uśmiechnęła fortuna, a pod Sandomierzem nas przycisnęła. Nie masz już Carolusa w saku, bo się wydobył, a do tego z wielką wojska litewskiego konfuzją.
– Być-li to może? – zakrzyknął chwytając się za głowę pan Wołodyjowski. Obaj Skrzetuscy i Zagłoba stanęli jak wryci.
– Jakże to było? Powiadaj waćpan, na żywy Bóg, bo we własnej skórze nie usiedzim! (…)
– I gdzie Carolusa poszedł? – spytał Charłampa Wołodyjowski.
– Piechota popłynęła szmagami, a on z jazdą poszedł po Przywiślu ku Warszawie. (…)
– Jedno jeno jeszcze powiedz. Zali całkiem pan Sapieha rozbit?
– Gdzie tam rozbit! Goni nawet króla, ale już tam pan Sapieha nikogo nie dogoni! (…)
– Wtem Wołodyjowski rzekł:
– Pan kasztelan powraca!
I wyszedł z izby. (…)

Porwali się z ław wszyscy, widząc go wchodzącego, on zaś ledwie im głową skłonił, już rzekł:
– Proszę o listy! (…)
…pan Czarniecki skończył czytać, przez chwilę całą pięścią kręcił brodę i myślał, na koniec ozwał się dźwiękliwym, niewyraźnym głosem:
– A pójdź no tu bliżej, towarzyszu!
– Do usług waszej dostojności!
– Gadaj prawdę – rzekł z przyciskiem kasztelan – bo ta relacja tak misternie haftowana, iż rzeczy dojść nie mogę… (…)
Wtem szepnął coś Zagłoba do ucha panu dzierżawcy z Wąsoszy, a ów znikł we drzwiach i po chwili wrócił z gąsiorem. Widząc to Wołodyjowski pochylił się do kolan kasztelanowi.
– Łaska by to była dla prostaka żołnierza niepowszednia… - zaczął.
– Napiję się z wami chętnie – rzekł Czarniecki – a wiecie dlaczego? Owo dlatego, że nam się pożegnać przyjdzie.
– Jakże to? – zawołał zdumiony Wołodyjowski. – Pisze pan Sapieha, że chorągiew laudańska do litewskiego wojska należy i że ją jeno dla asysty królowi przysłał, a teraz sam jej będzie potrzebował, zwłaszcza oficerów, bo mu ich brak okrutny. Mój Wołodyjowski, wiesz, ile cię miłuję, i ciężko mi się z tobą rozstawać, ale tu jest dla ciebie rozkaz. (…)

XI.

Pan Zagłoba stanąwszy przed hetmanem nie odpowiedział na radosne jego powitanie, owszem, ręce w tył założył, wargę wysunął naprzód i począł nań spoglądać jak sędzia sprawiedliwy, ale surowy. Ten zaś jeszcze się bardziej ucieszył widząc ową minę, bo już się jakowejś krotochwili spodziewał, i zaraz jął mówić: (…)
– Toś waść rad, żeś do mnie wrócił?
– I rad, i nierad, bo o podkurku słucham od godziny, ale go jakoś nie widzę.
– Zaraz siądziemy do stołu. A co pan Czarniecki teraz przedsiębierze?
– Idzie do Wielkopolski, aby tamtym niebożętom dopomóc, stamtąd zaś przeciw Szteinbokowi ciągnie i do Prus, spodziewając się dostać od Gdańska armat i piechoty.
– Zacni obywatele gdańszczanie. Całej Rzeczypospolitej przykładem świecą. To się z panem Czarnieckim pod Warszawą spotkamy, bo ja tam pociągnę, jeno się przedtem koło Lublina nieco zabawię.

Zaraz potem wpuszczono deputację lubelską, którą pan Zagłoba przyjął z nadzwyczajną powagą i godnością, a pomoc przyrzekł pod warunkiem, że wojsko prowiantami, zwłaszcza zaś wszelakim napitkiem obeślą. Po czym zaprosił ich imieniem wojewodzińskim na wieczerzę. Oni radzi byli, bo wojska tejże jeszcze nocy ruszyły ku Lublinowi. Sam pan hetman palił niezmiernie, bo mu chodziło o to, ażeby jakowąś przewagą wojenną pamięć sandomierskiej konfuzji zatrzeć. Rozpoczęło się więc oblężenie, ale szło dość marudnie. Przez cały ten czas Kmicic uczył się u pana Wołodyjowskiego szablą robić i postępy czynił nadzwyczajne. (…) Załoga lubelska poddała się wreszcie ku wielkiej uciesze wojska, za czym ruszył pan Sapieha chorągwie
ku Warszawie. Po drodze odebrał wiadomość, że sam Jan Kazimierz wraz z hetmanami i nowym wojskiem przyjdzie mu w pomoc. (…) Szedł pan Sapieha na Żelechów, Garwolin i Mińsk do siedleckiego traktu, aby się w Mińsku z pospolitym ruszeniem podlaskim połączyć. (…) …szli z Mińska ku Warszawie bardzo spiesznie, aby jednym dniem pod Pragą stanąć. (…) Słońce miało się ku zachodowi, gdy pierwsza idąca w przodku chorągiew laudańska ujrzała wieże stolicy. (…) Nagle pan Sapieha pojawił się na białym koniu od ostatnich zastępów i począł lecieć wzdłuż chorągwi.
– Mości panowie! – wołał donośnym głosem – my tu pierwsi, nam szczęście! nam honor!… Wyżeniem Szweda ze stolicy!!…
– Wyżeniem! – zawrzasło dwanaście tysięcy litewskich piersi. (…)
W pobliżu Pragi wstrzymał pan wojewoda chorągwie i nakazał wolny pochód. Stolica wynurzała się coraz wyraziściej z sinawej oddali. (…) Huk działa rozległ się na murach warszawskich i trąby ozwały się długo i przeciągle na znak, iż nieprzyjaciel się zbliża. Pan Sapieha oznajmił też swoje przybycie palbą z samopałów, aby ducha mieszkańcom stolicy dodać, po czym tejże jeszcze nocy począł przeprawiać wojsko za Wisłę. (…) …Szwedzi gotowali się do obrony z właściwym sobie męstwem i biegłością. (…) Pan Sapieha, nie mając piechoty ni dział, czekał i czekał na nadejście króla… (…)

Nagle wszystkie okna zadrżały od huku dział i muszkietowej palby.
– Wycieczka! – krzyknął Wołodyjowski – nieprzyjaciel następuje!
– Do koni! do szabel! (…)
Ruszyli tedy wszyscy, co tchu w koniach, do swych chorągwi, skacząc przez płoty i łamiąc karki w ciemności. (…) …wycieczka szwedzka uderzyła istotnie z gwałtownym zapędem na Kotwiczowych ludzi. (…) …Szwedzi parli jak niepowstrzymany potok
ku hetmańskiej kwaterze. (…) Tymczasem Wołodyjowski wypadłszy z kwatery hetmańskiej spotkał już w pół drogi swą chorągiew idącą na odgłos alarmu i wystrzałów, bo była zawsze w gotowości. Wiódł ją teraz Roch Kowalski… (…) Po drodze przyłączył się doń Kmicic ze swymi strasznymi wolentarzami i tą połową Tatarów, która na podjazd nie poszła. Obaj przybyli
w samą porę, aby Kotwicza i Oskierkę od zupełnej klęski uratować. (…) Przełamanym Szwedom znów skoczyły na ratunek nowe pułki, a Wołodyjowskiego i Kmicica wsparł Wańkowicz, który blisko nich kwaterami stojąc, wkrótce po nich był gotów. (…) Sroga bitwa zawrzała na całej linii od Mokotowa aż ku Wiśle. (…) Lecz krótko trwała. (…) Zgrzyt żelaza ustał. Rozkazano teraz troczyć jeńców Tatarom, którzy z właściwą sobie wprawą uczynili to w mgnieniu oka, po czym chorągwie cofnęły się spiesznie
spod działowego ognia. (…) Jeńców prowadzili Tatarzy na smyczach, inni powodowali zdobyczne konie. (…)

Wtem jakiś głos spod strzemienia tatarskiego zawołał nań:
– Panie Kmicic! panie pułkowniku! Ratuj znajomego! Każ mnie puścić ze sznura na parol. – Hassling! – zakrzyknął Kmicic. (…) ...chwycił go powyżej dłoni i gniotąc mu rękę tak, jakby chciał ją zgruchotać, począł pytać natarczywie:
– Skąd jedziecie? Wraz powiadaj: skąd jedziecie? Na Boga, spiesz się!
– Z Taurogów! – odparł oficer. Kmicic pocisnął go jeszcze silniej.
– A… Billewiczówna… tam jest?
– Jest!
Pan Andrzej mówił coraz trudniej, bo coraz mocniej zaciskał zęby.
– I… co książę z nią uczynił?
– Nic nie wskórał. (…)

XII.

Wycieczka szwedzka w części tylko dopięła celu, gdyż oddział Bogusławowy wszedł do miasta; natomiast sama nie dokazała wielkich rzeczy. (…) Tymczasem badano w kwaterze hetmańskiej Hasslinga, co niecierpliwiło tak pana Andrzeja, iż mało ze skóry nie wyskoczył, chciał bowiem jak najprędzej mieć go u siebie i rozgadać się z nim o Taurogach. (…) Zaś wieczorem odebrał rozkaz, aby na podjazd ruszył. (…) Wróciwszy zastał już Hasslinga u siebie, ale tak chorego, że mówić nie mógł… (…) Wtem Akbah-Ułan wsadził swą zwierzęcą twarz przeze drzwi.
– Effendi! – rzekł do Kmicica – wojska królewskie za Wisłą widać!
Porwali się na to wszyscy na równe nogi i wypadli przed sień. (…) Sapieha trzymając buławę w ręku wyszedł piechotą na ów pusty majdan, za nim szło kilkunastu przedniejszych wojskowych i cywilnych dygnitarzy. (…) Posunął się pan Sapieha, jak ongi marszałek koronny, do strzemienia pańskiego, lecz król nie czekając zeskoczył lekko z kulbaki, podbiegł ku Sapieże
i nie rzekłszy ani słowa, chwycił go w objęcia. I chwyciwszy, trzymał długo, na oczach obu wojsk; milczał ciągle, jeno łzy płynęły mu ciurkiem po twarzy, bo to przyciskał do piersi najwierniejszego sługę swego i ojczyzny, który choć geniuszem nie dorównał innym, który choć czasem pobłądził, przecie poczciwością wystrzelił nad wszystkie panięta tej Rzeczypospolitej, w wierności nigdy się nie zawahał, poświęcił bez chwili namysłu całą fortunę i od początku wojny piersi za swego monarchę i swój kraj nadstawiał. (…)

Po przywitaniu i pobieżnej lustracji wojska król podziękował Sapieżyńskim, wśród ogólnego zapału, za wierne służby i odjechał do Ujazdowa, wojska zaś stawały na pozycjach, które im wyznaczono. (…) Szwedzi, przerażeni pierwszych dni potęgą króla polskiego, nie czynili żadnych wycieczek, tak że pan Grodzicki, jenerał artylerii, mógł spokojnie objeżdżać miasto i plan oblężenia układać. (…) Król Jan Kazimierz posłał do starego Wittenberga wzywając go do poddania miasta, do złożenia broni… (…) Wittenberg, jak łatwo było przewidzieć, odrzucił warunki i postanowił bronić się do ostatniej kropli krwi, i raczej zagrzebać się
w gruzach miasta niż wydać je w ręce królewskie. (…) Mimo największych trudności co dzień przekradali się do obozu królewskiego mieszczanie donosząc, co się w mieście dzieje, i na kolanach żebrząc o przyspieszenie szturmu. (…) Królowi,
gdy słuchał tych opowiadań, pękało serce, więc słał gońców za gońcami, by przyjście ciężkich dział przyspieszyć. (…) Poczęto wreszcie, jeszcze przed przyjściem ciężkich kartaunów, ostrzeliwać fortecę z mniejszych. (…) Tymczasem ciurowie obozowi poczęli się prosić, aby im wolno było uderzyć na miasto, bardzo bowiem pragnęli pierwsi do skarbów szwedzkich się dostać. Król raz odmówił, lecz wreszcie pozwolił. Kilku znacznych oficerów podjęło się stanąć na czele, a między innymi i Kmicic… (…) Ciurowie pod zasłoną ciemności zarzucili w mgnieniu oka fosę i kupą bezładną dotarli aż do murów. Pan Kmicic uderzył we dwa tysiące
na ziemny fort, który Polacy zwali „kretowiskiem”, stojący w pobliżu Bramy Krakowskiej i mimo rozpaczliwej obrony zdobył go jednym zamachem. (…)

Król, który był frasobliwy, że tylu dobrych pachołków pobito, uradował się słowami pana Grodzickiego i zaraz spytał:
– A kto tam w owym szańcu ma komendę?
– Pan Babinicz! – odpowiedziało kilka głosów. Król w ręce klasnął.
– Ten wszędy musi być pierwszy! Mości jenerale, znam ja go! Okrutnie to zacięty kawaler, i nie da się wykurzyć! (…)
Ze wszystkich dział do murów mi bić, żeby dywersją uczynić!
Grodzicki ścisnął konia ostrogami i skoczył ku szańcom. Po chwili ozwały się działa na całej linii, a nieco później widać było,
jak świeży oddział piechoty mazurskiej wyszedł z przykopów i kopnął się biegiem ku kretowisku. (…)
– Boże Abrahamów, Boże Izaaków i Jakubów, zmiłuj się nad ludem Twoim i daj ratunek tym ginącym! Amen! amen! amen! (…)

XIII.

Nastąpił krwawy szturm od strony Nowego Światu ku Krakowskiemu Przedmieściu, niezbyt szczęśliwy, ale o tyle skuteczny,
że odwrócił uwagę Szwedów od szańca bronionego przez Kmicica i pozwolił zawartej w nim załodze nieco odetchnąć. (…)
Lecz najpomyślniejszym dni tych wydarzeniem było przybycie pana Jana Zamoyskiego i pana Czarnieckiego. (…) Na szańcu, zdobytym przez Kmicica, ustawiono owe działa potężne, które natychmiast poczęły pracować przeciw murom i Bramie
i na początek zmusiły do milczenia granatniki szwedzkie. Wówczas sam jenerał Grodzicki zajął tę pozycję. Kmicic zaś powrócił
do swoich Tatarów. Ale nie dojechał jeszcze do swej kwatery, gdy już wezwano go do Ujazdowa. Król wobec całego sztabu wysławiał młodego rycerza, nie szczędził mu pochwał sam Czarniecki ni Sapieha, ni Lubomirski, ni hetmani koronni, on zaś stał przed nimi w podartym i zasypanym ziemią ubraniu, na twarzy całkiem dymami prochowymi okopcony, niewyspany, utrudzon, lecz radosny, że szaniec utrzymał, na tyle pochwał zasłużył i sławę niezmierną u obu wojsk pozyskał. Winszowali mu też, między innymi kawalerami, pan Wołodyjowski i pan Zagłoba.
– Nie wiesz nawet, panie Andrzeju – rzekł mu mały rycerz – jak wielkie i króla masz zachowanie. (…)
– Wiem, a jak się ma Ketling?
– Kto taki? Chyba Hassling? (…)
– Prawda – odrzekł Zagłoba – …Powiadał mi waszmościów pacholik, że Hassling, czyli też ów Ketling, zdrowy; już przemówił, chodzi i gorączka go opuściła, jeno jeść co godzina woła.
– A waść to nie byłeś u niego? – pytał Kmicic małego rycerza.
– Nie byłem, bom czasu nie miał. Kto tam przed szturmem ma głowę do czegokolwiek?
– To pójdźmy teraz. (…)

– Hej! jak tam te kartauny grzmią – ozwał się nasłuchując młody Szkot. – Jutro pójdziecie do szturmu… dobrze zdrowym!… Boże was błogosław! Obcej krwi jestem i służyłem, komum był powinien, ale wam lepiej życzę! (…)
– Waćpan tak dobrze po polsku mówisz, panie kawalerze, jak każdy z nas. Zostań Polakiem, pokochaj tę naszą ojczyznę, a zacną rzecz uczynisz…
Na to Hassling:
– Tym bardziej że szlachcicem jestem. Całe moje nazwisko jest Hassling-Ketling of Elgin. Rodzina moja z Anglii pochodzi, choć
w Szkocji osiadła. (…) Mnie też tu dobrze!
– Ale nam źle – rzekł Kmicic, który kręcił się od początku niecierpliwie na ławie – bo nam pilno słyszeć, co w Taurogach się działo…
– Pytajcie mnie, będę odpowiadał.
– Często widywałeś pannę Billewiczównę?
Po bladej twarzy Hasslinga przeleciały rumieńce.
– Co dzień! – rzekł. (…)

– (…) Waćpanowie może nie wiecie, że nie byłem w Kiejdanach wówczas, gdy książę koniuszy przyjechał i pannę ową
do Taurogów wywiózł? (…) …ledwie przyjechali, wszyscy zaraz spostrzegli, że książę okrutnie zakochany. (…) Nastały zabawy, jakich przedtem nie bywało, a gonitwy do pierścienia i turnieje. (…) Sakowicz za księcia sprawy publiczne odrabiał i na listy odpowiadał, i z posłami się naradzał, książę zaś jedynie na to koncept wysilał, żeby ułożyć jakowąś zabawę albo konną kawalkadę, albo polowanie. (…) …lasy kazał na mile całe wycinać, by panna z okien miała prospekt lepszy, słowem, że naprawdę kwiaty jej pod nogi sypał i tak ją przyjmował, że gdyby była królewną szwedzką, nic by lepszego nie wymyślił. (…) Raz się trafiło, że książę, wysiliwszy już koncept na rozmaite widowiska, zapragnął pannie konterfekt wojny pokazać: zapalono tedy osadę blisko Taurogów, piechota broniła, książę szturmował. Oczywiście wiktorię wielką odniósł, po której, syt chwały, upadł,
jak powiadają, pannie do nóg i o wzajemność w afektach prosił. (…) Ona poczęła się stryja swego, pana miecznika rosieńskiego, dzień i noc za rękaw trzymać… (…) A tu powiem waćpanom, co rzetelnie myślę: kat to był na cnotę panien zawzięty i śmiało można o nim rzec, co w naszej ojczyźnie o podobnych ludziach mówią: że jego westchnienia niejeden panieński żagiel wydęły,
ale tym razem naprawdę się zakochał… (…) Nieraz trzymałem wartę przed komnatą, w której sypiał – mówił dalej Hassling –
i wiem, jako się na łożu przewracał, a wzdychał, a gadał do siebie, a syczał jako z bólu, tak go widocznie żądze piekły. Zmienił się okrutnie, wysechł; może też go ta choroba już nurtowała, w którą później zapadł. Tymczasem rozleciały się po całym dworze wieści, iż książę tak dalece się zapamiętał, że się chce żenić. (…) …panna przecięła wątpliwości jak szablą, bo odmówiła wprost. (…) …tymczasem w Taurogach zaszła taka zmiana, o której i dziwnie, i śmieszno powiadać, dość, że książę nie może tam już
na wierność żadnego oficera ani dworzanina liczyć… (…) W czasie tykocińskiej wyprawy porwano, jeszcze przed janowską klęską, niejaką pannę Annę Borzobohatą-Krasieńską i przysłano ją do Taurogów. (…) …w tydzień rozkochała ta panna w sobie wszystkich w czambuł, starszych i młodszych, niczym innym, jeno oczu strzyżeniem z dodatkiem jakichś sztuk czarodziejskich,
z których już relacji zdać nie mogę. (…) Chciałem tylko waćpanom wytłumaczyć, dlaczego w pannie Billewiczównie zakochali się niektórzy tylko, prawdziwie niezrównaną jej doskonałość ocenić zdolni (tu zarumienił się znów Hassling), a w pannie Borzobohatej niemal wszyscy. (…) Za to obie panienki pokochały się okrutnie – mówił dalej Hassling – jedna bez drugiej krokiem nie ruszy… (…) Owóż to tylko chciałem dodać – rzekł Hassling – że gdyby panna Borzobohata kazała Sakowiczowi, by księcia zdradził, a jej i towarzyszce ucieczkę ułatwił, myślę, że uczyniłby to bez wahania; ale o ile wiem, woli to ona za plecami Sakowicza czynić, może na złość mu… kto wie… dość, że zwierzył mi się jeden oficer, rodak mój (tylko niekatolik), że tam już cały wyjazd pana miecznika z pannami ułożony, oficerowie do spisku wciągnięci… że to ma wkrótce nastąpić… (…)

– Dokąd mają uciekać?
– Do puszcz i puszczami się do Białowieży przebierać… (…)
Dalszą rozmowę przerwało wejście ordynansa sapieżyńskiego, który wręczył Wołodyjowskiemu i Kmicicowi po ćwiartce papieru złożonej we czworo. Ledwo rozwinął swoją Wołodyjowski, wnet ozwał się:
– Rozkaz, by już stanowiska do jutrzejszej roboty zajmować. (…)
Wtem nowy oficer ukazał się we drzwiach.
– Jest-li tu jegomość pan Zagłoba? – spytał.
– Jestem!
– Z rozkazu króla miłościwego masz waćpan jutro zostawać przy jego osobie. (…)

XIV.

Dnia 1 lipca, między Powązkami a osadą nazwaną później Marymontem, odbyła się wielka msza polowa, której dziesięć tysięcy ludzi wojsk kwarcianych słuchało w skupieniu ducha. (…) Po skończeniu mszy ruszył każdy z wodzów do swojej komendy. (…) Zastępy owe stały w zupełnej gotowości, z bronią podaną już naprzód i wysuniętą do biegu nogą, gotowe w każdej chwili rzucić się ku wyłomom uczynionym przez działa wielkiego kalibru, a zwłaszcza przez ciężkie kartauny zamojskie. (…) Wojska koronne pod hetmanami, czarniecczykowie, pułki królewskie, piesze regimenta pana Zamoyskiego, Litwini spod Sapiehy i zastępy pospolitego ruszenia rzuciły się jak wezbrana fala ku murom. (…) Kule miesiły tę ciżbę ludzką, orały w niej bruzdy długie,
lecz ona biegła naprzód i darła się ku twierdzy nie zważając na ogień i śmierć. (…) …rozpoczął się ów sławny szturm do pałacu Kazanowskich i jednocześnie do Bernardynów, który w znacznej części o losach bitwy rozstrzygnął. Pan Zagłoba wziął w nim udział, mylił się bowiem dnia wczorajszego sądząc, że król wzywa go do swej osoby jedynie dla asystencji. (…) Tak i obecnie znalazł się pod bramą pałacu Kazanowskich, a raczej w piekle, które pod ową bramą wrzało straszliwie, zatem wśród wiru, gorąca, tłoku, gradu kul, ognia, dymu, jęków ludzkich i krzyków. (…)

…Zagłoba krzyknął głosem tak donośnym, że usłyszano go wśród zgiełku i wrzasków:
– Puszkę z prochem pod bramę!
Podano mu ją w mgnieniu oka, on zaś kazał zaraz rąbać wąską dziurę u samego spodu wrzeciądzów, tak wąską, aby tylko puszka w nią się zmieściła. Gdy weszła, pan Zagłoba sam nić siarkową zapalił, po czym zakomenderował:
– Na boki! Pod ściany! (…)
Po czym łoskot ogromny wstrząsnął powietrzem i nowe kłęby dymu podniosły się ku górze. Skoczył pan Zagłoba na powrót
ze swoimi ludźmi; spojrzą: wybuch nie rozniósł wprawdzie bramy w drobne szczątki, ale wyrwał zawiasę z prawej strony, odłupał parę potężnych bierwion już podrąbanych, skręcił antabę i całą jedną połowę odepchnął w dolnej części w głąb sieni,
tak iż utworzyło się wejście, przez które tęgi nawet człowiek łatwo mógł się przecisnąć. (…) W ciemności owej wnet błysły wystrzały muszkietów, lecz rzeka ludzka runęła wyłomem z niepohamowanym pędem – pałac był zdobyty. (…) Roch Kowalski szalał głównie na górze, pan Zagłoba zaś rzucił się ze swoim oddziałem na tarasy i wysiekłszy broniących się tam piechurów wpadł z tarasów do owych cudnych sadów, w całej Europie sławnych. (…) …udał się na koniec sadu, w miejsce, gdzie mury tworzyły potężny „anguł” i gdzie nie dochodziło słońce, chciał bowiem groźny rycerz odetchnąć nieco i z potu uznojone czoło obetrzeć. (…)

…szturm trwał tam jeszcze w całej sile i sądząc z gorączkowej palby muszkietowej, Szwedzi nie myśleli się poddawać.
– W sukurs! pod kościół! pod kościół! – krzyknął Zagłoba. (…)
– Działa do okien! – krzyknął Zagłoba. (…)
Pałac Kazanowskich, klasztor i dzwonnica zdobyte. Sam Piotr Opaliński, wojewoda podlaski, ukazuje się wśród krwawych tłumów przed pałacem na koniu.
– Kto nam przyszedł w sukurs z pałacu? – krzyczy chcąc przekrzyczeć gwar i wycie ludzkie.
– Ten, który pałac zdobył! – mówi potężny mąż ukazując się nagle przed wojewodą – ja!!!
– Jak waści zowią?
– Zagłoba.
Vivat Zagłoba! – ryczą tysiące gardzieli. (…) Jednocześnie głos jakiś donośny rozlega się niespodzianie z wierzchołka dzwonnicy:
– Pan Czarniecki już w mieście! Widzę nasze chorągwie!!!
Ogień szwedzki słabnie coraz bardziej. (…) Wtem biała chorągiew ukazuje się na Bramie Krakowskiej. Istotnie, Czarniecki przebiwszy Dom Gdański wpadł na kształt huraganu do obrębu fortecy, a gdy pałac Daniłłowiczowski już był także zdobyty,
gdy w chwilę później i litewskie znaki zabłysły od strony Świętego Ducha na murach, uznał Wittenberg, że dalszy opór daremny. (…) Trębacze poczęli tedy trąbić na murach i wiewać białymi chorągwiami. (…) Jan Kazimierz miał już miasto w ręku, lecz dobry pan pragnął wstrzymać rozlew krwi chrześcijańskiej, więc przystał na podawane poprzednio Wittenbergowi warunki. (…) Wyłączon został jeden Bogusław Radziwiłł, na co Wittenberg zgodził się tym łatwiej, iż książę stał w tej chwili z Duglasem u Buga. Warunki podpisano natychmiast. (…)

Zaś w tydzień później, po jakowymś obiedzie, gdy monarsze serce wezbrało radością, usłyszano z ust Jana Kazimierza słowa następujące: (…)
– Kto by w tej Rzeczypospolitej jeno sprawiedliwość, nie miłosierdzie miał w sercu, ten by, zamiast serca, topór w piersiach nosić musiał. O winę tu łatwiej niż gdzie indziej, ale też i poprawa nigdzie tak rychło nie następuje!
A mówiąc to, miał pan więcej jeszcze Babinicza na myśli niż Zagłobę, zaś o Babiniczu myślał dlatego, że młody junak właśnie poprzedniego dnia pokłonił się do nóg królewskich z prośbą, by mu na Litwę nie było wzbroniono jechać. Mówił, że chce tam wojnę ożywić i Szwedów podchodzić, jak niegdyś Chowańskiego podchodził. A ponieważ król i tak miał zamiar posłać tam doświadczonego w podjazdowej wojnie żołnierza, więc pozwolił, opatrzył, pobłogosławił i jeszcze mu czegoś tam po cichu
do ucha życzył, po którym życzeniu padł mu młody rycerz do nóg jak długi. Po czym nie zwłócząc ruszył raźno na wschód. (…)
A jeszcze i dlatego tak mu się jechało raźno, że gdzie przyjechał, tam pierwszy szczęsną wieść zwiastował, iż Szwed pobit
i Warszawa wzięta. Warszawa wzięta! Gdzie zatętniły kopyta jego konia, tam całe okolice rozbrzmiewały tymi słowami, tam lud witał go z płaczem na drogach, tam bito we dzwony po kościołach i śpiewano Te Deum laudamus! Gdy jechał lasem, to sosny ciemne, gdy polami, to łany zbóż złocistych wiatrem kołysane, zdawały się powtarzać, szumiąc radośnie:
– Szwed pobit! Warszawa wzięta! Warszawa wzięta! (…)

XV.

Jakkolwiek Ketling bliskim był osoby księcia Bogusława, jednakże nie wszystko wiedział i nie wszystko umiał opowiedzieć Kmicicowi, co się działo w Taurogach, albowiem zaślepiało go to, że sam się w Billewiczównie kochał. Bogusław innego także miał powiernika, a mianowicie pana Sakowicza, starostę oszmiańskiego, i ten jeden tylko wiedział, jak głęboko zabrnął książę w afekt dla swej wdzięcznej branki oraz jakich sposobów używał, aby jej serce i osobę posiąść. (…) Otoczył naprzód dziewczynę drobiazgową troskliwością, tak aby musiała mu być wdzięczną i myśleć, że jest dobry, rozumiał bowiem, że uczucie wdzięczności i przyjaźni jest to łagodny i ciepły płomyk, który później należy tylko rozdmuchać, a wraz w wielki żar się zamieni. (…) Jednocześnie podejmował pannę Aleksandrę jakby księżnę udzielną, ale tak, że znowu niełatwo było jej odgadnąć, czyli to się dzieje wyłącznie dla niej, czy też wypływa z jego przyrodzonej i nabytej dworności dla płci białej w ogóle. (…) A tymczasem,
gdy cała Rzeczpospolita zalewała się krwią, uroczystościom nie było końca. Rzekłbyś: dwór królewski ze wszystkimi dworzany
i pannami zjechał na wieś dla wczasu i zabaw. (…) Powoli doszło do tego, że gdy myśli o nienawistnym Andrzeju Kmicicu zbyt ją zmęczyły, myślała o Bogusławie, aby się ukoić i pokrzepić. Tamten uosabiał dla niej straszliwą i ponurą ciemność, ten światło,
w którym rada się kąpie każda dusza stroskana. Pan miecznik rosieński i panna Kulwiecówna, którą także sprowadzono z Wodoktów, popychali jeszcze Oleńkę po owej pochyłości, śpiewając od rana do wieczora hymny pochwalne na cześć Bogusława. (…) Lecz była to panna surowa dla siebie samej i dusza bardzo prawa, więc nawet nie dopuściła do głowy ani marzenia o niczym innym, jak o wdzięczności i podziwieniu dla księcia. (…) …Bogusław zmieszał się i powrócił do dawnej drogi stopniowego podbijania jej serca. Lecz wyczerpywała się i jego cierpliwość. Powoli zaczął też zapominać o strasznym widziadle, które mu się we śnie pojawiło, coraz częściej rozmyślał nad tym, co Sakowicz radził, i nad tym, że Billewiczowie w wojnie wszyscy wyginą; żądze piekły go coraz potężniej, gdy nagle zaszła okoliczność, która bieg rzeczy w Taurogach zupełnie zmieniła.

Pewnego dnia przyszła wieść jak piorun, że Tykocin przez pana Sapiehę wzięty, a książę hetman wielki stracił życie w zwaliskach zamku. (…) Naga prawda, iż Bogusław był stronnikiem Szwedów, tak jak jego stryj Janusz, wychodziła na wierzch coraz wyraźniej. Zdarzyło się, że jednocześnie pan miecznik rosieński odebrał wiadomość o spaleniu rodzinnych Billewicz… (…) Wówczas szlachcic zerwał się i pojechał chcąc szkody własnymi oczyma zobaczyć… (…) Oleńka została sama z panną Kulwiecówną i natychmiast zamknęła się w swych komnatach, nikogo prócz niektórych niewiast nie widując. Te gdy jej przyniosły wieść, iż książę gotuje wyprawę przeciw wojskom polskim, nie chciała im zrazu wierzyć, lecz pragnąc się upewnić, kazała prosić do siebie Ketlinga, wiedziała bowiem, iż młody Szkot niczego przed nią nie utai. (…)
– Panie kawalerze – rzekła – tyle wieści krąży po Taurogach, że błądzimy w nich jako wśród lasu. Jedni mówią, że książę wojewoda swoją śmiercią zmarł; drudzy, że na szablach rozniesion. Jaka jest przyczyna jego śmierci? (…)
– Przyczyną upadku i śmierci księcia wojewody pani jesteś.
– Ja?… – zapytała ze zdumieniem panna Billewiczówna.
– Tak jest, bo książę nasz wolał zostać w Taurogach niż bratu iść na ratunek, o wszystkim tu zapomniał… przy tobie, pani. (…)
– Mów waćpan, co tu się dzieje koło mnie?
– Książę kocha panią – odrzekł Ketling. – (…)
– Książę dwóch ma tylko powierników: pana Sakowicza i Patersona, a Paterson mnie wielce życzliwy, bo z jednych krajów pochodzim i na ręku mnie nosił. Więc co wiem, to wiem od niego. (…) Książę miłuje cię, pani, bez pamięci, ale nieczystym ogniem, bo cię chce pohańbić, nie zaślubić; bo chociaż nie mógłby znaleźć godniejszej, królem nawet wszystkiego świata, nie tylko księciem będąc, przecie myśli o innej… Przeznaczona mu jest księżniczka Anna i jej fortuna. Wiem to od Patersona, i Boga wielkiego, jego ewangelię biorę na świadka, że szczerą prawdę mówię. (…)
– Potrafię się uchronić! – rzekła – tak mi dopomóż Bóg i święty krzyż!
– Książę dotychczas nie chciał iść za radą Sakowicza – dodał Ketling – lecz gdy ujrzy, że droga, którą obrał, do niczego
nie prowadzi… I począł opowiadać o przyczynach, które Bogusława zatrzymywały. (…)

– Panie kawalerze – rzekła wreszcie – odpowiedz mi na jedno jeszcze pytanie. Stoi-li książę Bogusław po stronie króla szwedzkiego czy polskiego?
– Nikomu u nas nietajno – odrzekł młody oficer – że książę nasz pragnie należeć do rozbioru tej Rzeczypospolitej, ażeby Litwę
w udzielne księstwo dla siebie zmienić! (…) Elektor i Szwedzi na usługi księcia, a że całą zajmują Rzeczpospolitę, więc nie ma się przed nimi gdzie schronić. (…)
– Dziękuję – rzekła.
I po chwili została sama. Myśl ucieczki opanowała ją zupełnie. (…) W takiej rozterce dusznej poczęła modlić się gorąco… (…) Nagle przypomniały się zamodlonej panience puszcze, na których skraju wychowała się od małego, i myśl, że w puszczach znajdzie się jedyne bezpieczne schronisko, przeleciała jej jako błyskawica przez głowę. Więc odetchnęła głęboko Oleńka,
bo znalazła wreszcie, czego szukała. Tak jest! do Zielonki, do Rogowskiej! (…) Zatem do Białowieży, do Białowieży, choćby dziś, jutro!… Niech tylko miecznik rosieński przyjedzie, nie będzie zwlekała! (…)

XVI.

Pan miecznik rosieński wrócił w kilka dni później. Mimo iż jechał z glejtem Bogusławowym, dotarł tylko do Rosień; do samych zaś Billewicz nie było po co jeździć, gdyż nie było ich już na świecie. Dwór, zabudowania, wieś, wszystko zostało do cna spalone
w ostatniej bitwie… (…) Ledwie nogą zstąpił z kałamaszki, wciągnęła go Oleńka do swej komnaty i opowiedziała mu wszystko,
co jej Hassling-Ketling powiadał. (…) Pan miecznik wysapawszy się słuchał uważnie, na koniec rzekł:
– Wolej mi poddaństwo zebrać i partię utworzyć! Będę Szwedów podchodził, jako inni podchodzą, jak niegdyś Kmicic Chowańskiego. Bezpieczniej ci będzie w lesie i w polu niż na tym dworze zdrajcy i heretyka!
– Dobrze – odpowiedziała panna. (…)
– Ciebie osadzim w Białowieży, a sami wrócim! Nie może inaczej być! Musi on za ten afront odpokutować, bo to całego stanu szlacheckiego krzywda. (…)
I tak grała stara krew coraz gwałtowniej, że aż Oleńce przyszło miecznika uspokajać. (…) …zdołała go w końcu uspokoić tłumacząc mu, że dla zbawienia ich i dla tego, iżby się ucieczka udała, potrzeba właśnie największą tajemnicę zachować
i nie pokazać księciu, że się czegokolwiek domyślają. Przyrzekł święcie, iż wedle jej wskazówek postąpi, po czym już radzili
o samej ucieczce. (…)

Tymczasem wieczorem wrócił najniespodzianiej Bogusław na czele dwóch regimentów rajtarii pruskiej. Sprawy jego nie musiały iść zbyt pomyślnie, bo wrócił zły i zgryziony. Tego jeszcze dnia zwołał radę wojenną, którą składali pełnomocnik elektorski
hr. Sejdewitz, Paterson, Sakowicz i pułkownik rajtarski Kyritz. Obradowali do godziny trzeciej w nocy, a celem obrad była wyprawa na Podlasie przeciw panu Sapieże.
– Elektor i król szwedzki zasilili mnie w miarę wojskiem – mówił książę. (…) Do wszystkiego jednak trzeba pieniędzy, a tych
ni elektor, ni jego szwedzki majestat mi nie dali, bo sami nie mają. (…)
– Za szczęście sobie poczytuję, że się będę mógł waszej wysokości dobrą radą przysłużyć – rzekł Paterson.
– Wolałbym, żebyś się przysłużył gotówką.
– Warta jej ta rada. Nie dawniej jak wczoraj mówił mi pan Billewicz, że ma zacne kwoty zakopane w sadzie w Billewiczach
i że właśnie chce je tu w bezpieczne miejsce przenieść, aby je waszej książęcej wysokości na skrypt oddać.
– A toś mi z nieba spadł i ów szlachcic także! – zawołał Bogusław. – (…) Muszę z Billewiczem zaraz jutro pomówić. (…)

Nazajutrz rano Paterson zatrzymał miecznika i Oleńkę oznajmieniem, iż książę pragnie się z nimi widzieć. (…) W godzinę później nadszedł książę. (…)
– Paterson mówił mi – rzekł po chwili – że wasza mość chcesz gotowiznę swą na skrypt mi oddać. Chętnie w tym waści dogodzę, gdyż przyznaję, że gotowy grosz i mnie teraz na rękę. Gdy spokój nastanie, uczynisz, co zechcesz, albo kwotę odbierzesz,
albo-li też dam waszmości parę wsi w zastaw, tak aby to z korzyścią dla cię było. (…)
…miecznik ułożył sobie w głowie projekt niesłychanie niedołężny, ale który sam za nadzwyczaj przebiegły poczytał. (…)
– Miło mi będzie waszej książęcej mości wygodzić. Nie mówiło się też Patersonowi o wszystkim, bo i z czerwonymi złotymi półgarncówka się znajdzie, zakopana osobno, aby w razie przygody całej gotowizny nie utracić. Prócz tego są i innych Billewiczów solówki, ale te podczas mojej nieobecności pod dyrekcją tej oto panny zakopywano i ona jedna potrafi wykalkulować miejsce,
bo człowiek, który je nosił, umarł. Pozwólże nam, wasza książęca mość, jechać obojgu, to przywieziem wszystko. (…)
Bogusław… spojrzał nań badawczo, po czym siadł wygodniej i trzciną, którą trzymał w ręku, począł uderzać się po butach.
– Koniecznie? – rzekł. – A dobrze! Ale w takim razie dam wam dwa regimenty jazdy, które was odwiozą i przywiozą. (…)
– To wasza książęca mość wybieraj: albo pojedziem oboje bez regimentów, albo pieniędzy nie dam! (…)
– Wasza książęca mość nie udawaj dłużej, bo cię znają!… i bacz, że ni król szwedzki, ni elektor, którym obóm przeciw ojczyźnie służysz, ni twoje księstwo przed trybunałem cię nie osłoni, a szable szlacheckie nauczą moresu… młodziku!…
Na to Bogusław wstał, w jednej chwili skruszył trzcinę w żelaznych rękach i cisnąwszy drzazgi pod nogi miecznika, rzekł strasznym, przyciszonym głosem:
– Ot, mi wasze prawa! Ot, wasze trybunały! Ot, wasze przywileje! (…)
I szedł ku niemu, by porwać zdumionego szlachcica za pierś i rzucić nim o ścianę. Wtem Billewiczówna stanęła między nimi.
– Co wasza książęca mość chcesz uczynić? – rzekła. Książę zatrzymał się. (…)
Po chwili gniew jego przeszedł, przytomność wróciła, czas jakiś patrzył jeszcze w Oleńkę, na koniec twarz mu złagodniała, skłonił głowę na piersi i rzekł:
– Przebacz, anielska panno!… Duszę mam pełną zgryzot a bólu, więc i sobą nie władnę.
To rzekłszy wyszedł z komnaty. Wówczas Oleńka załamała ręce, a miecznik oprzytomniawszy chwycił się za czuprynę
i zakrzyknął:
– Jam to popsował wszystko, jam przyczyną twej zguby!

Książę nie pokazał się przez cały dzień. Obiadował nawet u siebie, samowtór z panem Sakowiczem. (…) …pan Sakowicz długo nic nie odpowiadał, wreszcie twarz mu się rozjaśniła i rzekł: (…)
– Wasza książęca mość oświadczysz się solennie o rękę panny Billewiczówny jej samej i miecznikowi. (…) Musisz tylko wasza książęca mość powiedzieć miecznikowi i pannie, że ze względu na elektora i króla szwedzkiego, którzy cię z księżniczką biponcką swatają, małżeństwo musi pozostać sekretne, dopóki pokój nie będzie zawarty. (…)
– Dobrze, dobrze! – rzekł książę. Lecz w tej chwili uchwycił go pierwszy paroksyzm, tak iż szczęki mu się zacięły i słowa więcej przemówić nie mógł. Zesztywniał cały, a potem poczęło nim rzucać i drgał jako ryba wyjęta z wody. Wszelako,
nim przestraszony Sakowicz zdołał sprowadzić medyka, paroksyzm przeszedł. (…)

XVII.

Po rozmowie z Sakowiczem książę Bogusław udał się nazajutrz po południu wprost do miecznika rosieńskiego.
– Panie mieczniku dobrodzieju! – rzekł na wstępie – zawiniłem ciężko ostatnim razem, bom się uniósł we własnym domu.
Mea culpa!… (…) Słuchajcie, ojcze! dajcie mi swoją synowicę za żonę, bo mi żyć bez niej nijak.
Miecznik tak zdumiał, że słowa przemówić nie mógł…
– Mości książę! Synowica moja powiada, że jej testament pułkownika Billewicza zakazuje losem swym rozporządzać,
a gdyby nawet nie zakazywał, tedyby za waszą książęcą mość, nie mając do niej serca, nie wyszła. (…)
– Drwię sobie z waszych szlacheckich testamentów! – rzekł książę. – Plwam na wasze szlacheckie testamenta! rozumiesz!…
– Ale my nie drwim! – odparł zaperzony pan Tomasz – a wedle testamentu wolno dziewce albo do klasztoru, albo za Kmicica.
– Za kogo, szerepetko? za Kmicica?… Pokażę ja wam Kmiciców!… nauczę was!…
– Kogo to, mości książę, szerepetką nazywasz! Billewicza?
I miecznik za bok się pochwycił w furii największej, lecz Bogusław w jednej chwili trzasnął go obuchem w piersi, aż w szlachcicu jękło i zwalił się na ziemię, sam zaś kopnąwszy leżącego nogą, aby drogę do drzwi otworzyć, wypadł bez kapelusza z komnaty. (…)

…drzwi otworzyły się szybko i ukazała się w nich panna Aleksandra. Twarz miała białą jak kreda, włos nieco rozrzucony, brew namarszczoną i zgrozę w oczach. Ujrzawszy leżącego miecznika przyklękła nad nim i poczęła ręką dotykać jego głowy i piersi. Miecznik odetchnął głęboko, otworzył oczy, podniósł się na wpół i jął rozglądać się po komnacie… (…) Oleńka teraz dopiero dostrzegła pannę Kulwiecównę leżącą na sofie.
– Czy ją waść zamordował? – spytała Sakowicza.
– Uchowaj Boże! – odrzekł starosta oszmiański.
– Rozkazujęć rozwiązać!
Tyle było mocy w jej głosie, że Sakowicz nie odrzekł ani słowa, jak gdyby rozkaz wyszedł od samej księżnej Radziwiłłowej,
i począł rozwiązywać zemdloną pannę Kulwiecównę.
– A teraz – rzekła panna – idź do twego pana, któren tam leży na górze.
– Co się stało? – krzyknął oprzytomniawszy Sakowicz. – Waćpanna odpowiesz za niego!
– Nie przed tobą, sługo! Precz!
Sakowicz skoczył jak opętany. (…)

XVIII.

Sakowicz nie odstępował księcia przez dwa dni, bo drugi paroksyzm cięższy był od pierwszego; szczęki Radziwiłła tak się zwarły, że trzeba je było nożem otwierać, aby do ust wlać lekarstwo trzeźwiące. (…) Nazajutrz, po wzięciu odurzających leków, zapadł
w sen twardy i ciężki, a koło południa rozbudził się znowu, zlany potem obfitym.
– Jak się wasza książęca mość czuje? – pytał Sakowicz.
– Lepiej mi. Czy nie przyszły jakowe listy?
– Są od elektora i Szteinboka… (…)
Starosta oszmiański wziął listy i podał, a Bogusław przeczytał je po dwakroć, po czym pomyślał chwilę i rzekł:
– Jutro ruszamy na Podlasie. (…)
– Skoro mamy jutro ruszać, to już lepiej wasza książęca mość tej dziewki zaniechaj.
– Choćbym nie chciał, muszę… Wcale żądze dziś ode mnie odpadły. (…)
– Czemu?
-Bo mi się szlachcic do okrutnych pieniędzy przyznał, które są w Billewiczach zakopane. Puszczę ich, to odkopią i pójdą w lasy. Wolę ich tu potrzymać, a pieniądze w rekwizycję wziąć… Teraz wojna, to wolno! Zresztą, sam się ofiarował. Każemy sady
w Billewiczach skopać piędź przy piędzi; musimy znaleźć. Miecznik zaś, siedząc tu, przynajmniej hałasu i krzyku na całą Litwę
nie naczyni, że go zrabowano. (…) Tymczasem zawołaj mi Patersona.

Sakowicz wyszedł i po chwili wrócił z Patersonem. Rozpoczęła się przy łożu książęcym narada, skutkiem której nazajutrz do dnia miano ruszać i nagłymi pochodami ciągnąć na Podlasie. (…) Nazajutrz pochód z księciem na czele wyruszył do dnia. Szlachta pruska, którą świetny dwór przywabiał, poczęła zaraz wynosić się do domów. (…) Zostali tylko miecznik, panna Kulwiecówna
i Oleńka, nie licząc Ketlinga i starego oficera Brauna, który nad szczupłym prezydium miał komendę. Miecznik po owym uderzeniu obuszkiem leżał dni kilkanaście, krew od czasu do czasu ustami oddając, że jednak żadna kość nie była złamana, począł z wolna przychodzić do siebie i o ucieczce zamyślać. Tymczasem nadjechał ciwun z Billewicz z listem od samego Bogusława. Miecznik
nie chciał z początku pisma czytać, lecz wkrótce namyślił się inaczej… (…)

„Mnie wielce miłościwy panie Billewicz! (…) Fata to sprawiły, iżeśmy się nie rozstali tak zgodnie, jak by sobie moje afekta
dla WPana i jego wdzięcznej synowicy życzyć mogły, w czym, dalibóg, nie moja wina, gdyż to WPan wiesz najlepiej, iżeście mnie za moje szczere intencje niewdzięcznością nakarmili. (…) Żeby zaś WPanu dać rękojmię, że urazy w sercu nie zostało,
nie osądziłem za rzecz godną odmawiać WPanu tej przysługi, której ode mnie żądałeś, i pieniądze WMPanowe przyjmuję… (…)
…Której gotowizny dobywaniem nie chcąc WPana trudzić i zdrowia jego w dzisiejszych burzliwych czasach na szwank wystawiać, kazałem sam ją wydobyć i obliczyć…”

W tym miejscu zabrakło panu miecznikowi głosu i list wypadł mu z rąk na podłogę… (…)

XIX.

Rozpacz miecznika była tak wielka, że panna musiała go pocieszać i zapewniać, że tych pieniędzy za przepadłe uważać
nie trzeba, bo przecie sam list ów za skrypt starczy, a Radziwiłła, pana tylu dóbr na Litwie i Rusi, jest na czym poszukiwać. Natomiast, że trudno było przewidzieć, co ich oboje spotkać jeszcze może, zwłaszcza gdyby Bogusław powrócił zwycięsko
spod Taurogów, poczęli tym gorliwiej myśleć o ucieczce. Oleńka radziła ją wszelako odłożyć, dopóki by Hassling-Ketling
nie wyzdrowiał… (…) Panna… gdy zdrowie młodego oficera polepszyło się już tak znacznie, że mógł służbę odbywać, wezwała go do siebie. Ketling stanął przed nią blady, wynędzniały, bez kropli krwi w twarzy, ale pełen zawsze czci, uwielbienia i pokory. (…)
– Słuchaj mnie, panie kawalerze. Będę mówiła jako do brata, jako do serdecznego konfidenta: waćpan możesz i powinieneś się uwolnić.
To rzekłszy wyznała mu wszystko: i zamiar ucieczki, i to, że na jego pomoc rachuje. (…)
– Boże wielki i miłosierny! – mówił. – Od dziecinnych lat nigdy fałsz nie postał na wargach moich, nigdy nie splamił mnie krzywy uczynek. Wyrostkiem będąc broniłem tą słabą ręką króla mojego i ojczyzny, za cóż, Panie, karzesz mnie tak ciężko i zsyłasz mękę, do której, sam widzisz, sił mi brakuje!
Tu zwrócił się do Oleńki:
– Pani, ty nie wiesz, co to jest rozkaz dla żołnierza, że w posłuchu nie tylko jego obowiązek, ale jego cześć i honor. Mnie, pani, wiąże przysięga, i więcej niż przysięga, bo słowo rycerskie, że służby przed terminem nie porzucę i co do niej należy, ślepo spełnię. Jam żołnierz i szlachcic i tak mi dopomóż Bóg… (…) Ja panią nie przekonam, nie uwierzysz mi, a jednak Bóg widzi, Bóg niech tak mnie sądzi po śmierci, jako prawda, że życie dałbym ci bez wahania… honoru nie mogę, nie mogę! (…)
Na koniec skłonił się i wyszedł w milczeniu, ale zaraz w korytarzu pozrywał bandaże, które miał na świeżej ranie, i padł zemdlony, a gdy po upływie godziny straż pałacowa znalazła go leżącego blisko schodów i odniosła do cekhauzu, rozchorował się ciężko
i przez dwa tygodnie nie mógł opuścić łoża.

Oleńka po odejściu Ketlinga pozostała czas jakiś jakby odurzona. Spodziewała się prędzej śmierci aniżeli jego odmowy… (…)
W tej chwili nadszedł miecznik, a spojrzawszy na synowicę odgadł zaraz, że mu niepomyślną wieść ma zwiastować, więc spytał żywo:
– Dla Boga! co tam znowu?
– Ketling odmawia – odrzekła dziewczyna. (…)
– (…) Nie płacz! Płakaniem nic nie wskórasz, a tu radzić trzeba. (…)
Postanowili tedy nie prędzej próbować, aż pierwsze wieści od Bogusława przyjdą do Taurogów. (…) Tymczasem nadleciała
niby jaskółka, zwiastunka wiosny, wieść z innych stron. Na te przymorskie brzegi Rzeczypospolitej przyleciała ona późno,
ale za to ubrana we wszystkie tęczowe blaski cudownej legendy z pierwszych wieków chrześcijaństwa, gdy jeszcze święci chodzili po świecie, świadcząc prawdzie i sprawiedliwości.
– Częstochowa! Częstochowa! – powtarzały wszystkie usta. Z serc lód odtajał i zakwitnęły jako kwiaty w przygrzanej wiosennym słońcem ziemi. "Częstochowa się obroniła…” (…) Oboje z Oleńką krzyżem po całych dniach leżeli, dziękując Bogu za miłosierdzie nad Rzecząpospolitą; zarazem przestali wątpić i o własnym ocaleniu. O Bogusławie zaś ucichło przez długi czas zupełnie, jakby on sam wraz z całą swą siłą w wodę wpadł. (…) …żadna wieść nie mogła nadejść, bo właśnie to wówczas straszliwy Babinicz wysforował się z Tatary przed księcia i wszystkich gońców przejmował. (…)

XX.

Pewnego jednak dnia przybyła do Taurogów z konwojem kilkudziesięciu żołnierzy panna Anna Borzobohata-Krasieńska. Braun przyjął ją bardzo uprzejmie… (…) Tego samego dnia wieczorem poznała się z Oleńką, która patrzyła wprawdzie na nią
z nieufnością, lecz przyjmowała ją grzecznie, w nadziei, iż nowin od niej zaczerpnie. Jakoż Anusia miała ich pod dostatkiem. Rozmowa poczęła się od Częstochowy, bo tych wieści najchciwsi byli taurogscy jeńcy. Miecznik szczególnie pilnie osłaniał uszy rękoma, by żadnego słowa nie uronić, przerywając tylko od czasu do czasu opowiadanie Anusi okrzykami:
– Chwała na wysokości Panu! (…) Ba! tamże przecie są i dawni towarzysze spod wielkiego Jeremiego, panowie Wołodyjowski, Skrzetuski i Zagłoba.
– Znam ich – odrzekła ze zdziwieniem Anusia – ale ich u pana Sapiehy nie masz. (…)
– (…) Ale to mnie martwi, co mi waćpanna mówisz, że ich u pana hetmana nie masz, bo z takimi żołnierzami wiktorie łatwiejsze.
– Jest tam ktoś, co za nich wszystkich stanie.
– Któż to taki?
– Pan Babinicz z Witebskiego… Waćpaństwo o nim nie słyszeli?
– Nie, co mi i dziwno.
Anusia poczęła opowiadać historię swego wyjazdu z Zamościa i wszystko, co się jej w drodze przygodziło. Pan Babinicz zaś wyrósł w jej opowiadaniu na tak wielkiego bohatera, że miecznik w głowę zachodził, kto by to był taki. (…) …Oleńka, zapomniawszy o swych zgryzotach, rozweseliła się znacznie, a Anusia poczęła w końcu parskać na miecznika jak kotka. Że zaś była wypoczęta, bo na ostatnim noclegu w niedalekich Rosieniach wyspała się dobrze, odeszła więc dopiero późną nocą. (…)

Ketling natomiast począł odwiedzać Oleńkę, bo pierwsza, spotkawszy go pewnego dnia, wyciągnęła doń rękę. Młody oficer źle wróżył z tej głuchej ciszy. (…)
– (…) …wracając do podlaskiej księcia ekspedycji… Częstochowa daleko, Podlasie bliżej. A gdy księciu powodziło się początkowo, pamiętasz, pani, jak prędko przychodziły nowiny… Wierzaj mi, pani: jestem młodym człowiekiem, ale od czternastego roku życia żołnierzem, i doświadczenie mi mówi, że owa cisza źle wróży.
W kilka dni po tej rozmowie nowiny nareszcie przyszły. Przywiózł je pan Bies herbu Kornia, zwany na dworze Bogusławowym Cornutusem. (…) Jechał on z ważną misją do Królewca, w Taurogach zaś zatrzymał się tylko dla wypoczynku. Braun z Ketlingiem przyprowadzili go zaraz do Oleńki i Anusi, które obecnie mieszkały już i sypiały razem. (…) Anusia… skinęła ręką na pana Biesa, by usiadł, co gdy uczynił, spytała:
– Gdzie książę obecnie się znajduje?
– Książę cofa się ku Sokółce, daj Boże szczęśliwie! – odrzekł oficer. (…)
– Z początku wszystko nam szło dobrze – mówił pan Bies. – Starliśmy po drodze kilka kup rebelizantów, rozbiliśmy pana Krzysztofa Sapiehę i wycięliśmy dwie chorągwie jazdy oraz regiment piechoty dobrej, nikogo nie żywiąc… Za czym znieśliśmy pana Horotkiewicza, iż sam ledwie uszedł, a inni powiadają, że zabit… Za czym zajęliśmy ruiny tykocińskie… (…) Doszliśmy
aż do Drohiczyna i tam naraz odwinęła się karta… Mieliśmy wieść, że pan Sapieha jeszcze daleko; tymczasem dwa nasze podjazdy jakoby w ziemię wpadły. Nie wrócił ni świadek klęski. Wtem pokazało się, że jakieś wojska idą w przodku przed nami. Wielka stąd powstała konfuzja. Książę pan począł myśleć, że wszystkie poprzednie relacje były fałszywe i że pan Sapieha
nie tylko nastąpił, ale i drogę przeciął. (…) Poszły znów podjazdy i wróciły poszarpane. Odtąd poczęło nam wszystko w ręku topnieć, nie mieliśmy spokoju we dnie ni w nocy. Drogi nam psuto, groble przecinano, przejmowano wiwendę. (…) W Białymstoku nieprzyjaciel zachwycił znów cały podjazd, kredensy i karoce książęce, i działa. (…) Książę wpadł w alterację. Chciał jednej walnej bitwy, a musiał staczać co dzień po dziesięć mniejszych… i przegrywać. (…) A cóż dopiero wyrazić zdoła naszą konfuzję
i strach, gdyśmy się dowiedzieli, że sam pan Sapieha jeszcze nie nastąpił i że to tylko potężny podjazd przedostał się przed nas
i tyle niewypowiedzianych klęsk nam zadał… W podjeździe tym były wojska tatarskie…

Dalsze słowa oficera przerwał pisk Anusi, która rzuciwszy się nagle Oleńce na szyję zakrzyknęła:
– Pan Babinicz! (…)
Oficer po chwili milczenia tak znowu mówić począł:
– Nastały odwilże i ciepła, wbrew, można rzecz, przyrodzonemu natury porządkowi, bo mieliśmy wiadomość, iż na południu Rzeczypospolitej zima trzyma się jeszcze tęga, a my zasię brodziliśmy w roztopach wiosennych, które naszą ciężką jazdę
do ziemi przykuły. On zaś, mając ludzi lekkich, tym bardziej dojeżdżał. Co krok roniliśmy wozy i działa, tak że w końcu komunikiem iść przyszło. (…)
– Gdzieś waćpan zostawił księcia?
– Na dzień drogi od Sokółki; książę ma zamiar okopać się w Suchowoli lub tamtejszym Janowie i bitwę przyjąć. Pan Sapieha jest
o dwa dni drogi. (…)
Oficer skończył. (…)

XXI.

We dwa tygodnie później zawrzało w całych Taurogach. Pewnego wieczora nadciągnęły bezładne kupy wojsk Bogusławowych,
po trzydzieści lub czterdzieści koni, nędzne, obdarte, do mar podobniejsze niż do ludzi, i przyniosły wieść o klęsce Bogusławowej pod Janowem. (…) Hassling, dowiedziawszy się o tym od żołnierzy, poszedł natychmiast z nowiną do Oleńki. (…)
– (…) Książę wskutek choroby i niepowodzeń musi być rozdrażniony, zatem jako desperat do gwałtownych uczynków skłonny… Nie rozłączaj się pani teraz z ciotką i panną Borzobohatą; nie zgadzaj się na to, by pana miecznika do Tylży wyprawiano,
jako ostatnim razem przed wyprawą się stało. (…)
– Dziękuję waćpanu za ostrzeżenie – rzekła po chwili milczenia. (…)

Książę nadjechał wieczorem wraz z Sakowiczem i Patersonem, ale tak pognębiony i chory, że ledwie na nogach mógł się utrzymać. (…) Bolało księcia serce na myśl, co taki Babinicz uczyni z jego włościami, gdy się raz do nich ze swymi Tatary dostanie. (…) Książę też nie zamierzał zabawić w Taurogach dłużej nad dni dwa lub trzy, musiał bowiem spieszyć do Prus Królewskich, do elektora i Szteinboka, którzy go mogli zaopatrzyć w nowe siły… (…) W Taurogach wypadło zostawić tylko kogoś z oficerów, który by ład w rozbite resztki wojsk wprowadził, opędzał się partiom chłopskim i szlacheckim, osłaniał dobra obu Radziwiłłów… (…)
W tym celu, po przybyciu do Taurogów i po przespanej nocy, książę wezwał na naradę Sakowicza… (…)
– (…) Czy chcesz zostać na załodze w Taurogach, bo muszę tutaj kogoś zostawić?
– I chcę, i proszę o tę funkcję. Nikt się tu lepiej nie sprawi. Żołnierz boi się mnie więcej niż innych, bo wie, że żartów ze mną
nie ma. (…) Na początek potrzeba by mi tyle tylko pieniędzy, żeby lafę zaspokoić i piechoty przybrać.
– Co będę mógł, zostawię. (…)
– …z billewiczowskich, które w posagu z góry sam sobie wypłaciłeś.
– Żebyś mógł jako politycznie skręcić łeb temu miecznikowi, dobrze by było, bo to się lekko mówi, a szlachcic skrypt ma.
– Postaram się. (…)

XXII.

Nazajutrz rano książę odebrał wezwanie od elektora, aby co prędzej pospieszył do Królewca dla objęcia komendy nad świeżo zaciągniętymi wojskami, które miały iść pod Malborg lub pod Gdańsk. (…) Książę…, zdawszy władzę Sakowiczowi, rzekł mu:
– Być może, iż przyjdzie miecznika i dziewczynę przewieźć do Królewca. Tam łatwiej przyjdzie się po cichu z nieprzyjaznym człekiem uporać; dziewkę zaś, bylebym był zdrów, wezmę ze sobą do obozu, bo dość mi tych ceremonij. (…) W godzinę później
nie było już księcia w Taurogach. Został Sakowicz jako pan samowładny, uznający nad sobą jedną tylko władzę: władzę Anusi Borzobohatej. (…) Sakowicz oświadczył jej się w miesiąc po wyjeździe księcia, ale zwodnica dała mu chytrą odpowiedź, że go
nie zna, że różnie o nim mówią, że nie miała czasu jeszcze go polubić, że bez pozwolenia księżnej Gryzeldy wychodzić za mąż
nie może, a na koniec, że chce go na rok próby wystawić. (…) W ten sposób igrała z niedźwiedziem, lecz tak już zdążyła go opanować, że stłumił nawet mruczenie, odrzekł jej tylko:
– Z wyjątkiem zdrady księcia wszystkiego waćpanna ode mnie wymagaj, choćby tego, bym na kolanach chodził… (…) W Anusię… patrzył Sakowicz coraz tkliwiej swymi strasznymi bladoniebieskimi oczyma i na lutni jej grywał. Płynęło tedy życie w Taurogach dla Anusi wesoło i zabawnie, dla Oleńki ciężko i jednostajnie. (…) Wiosna czyniła się na świecie. (…) Wieści jako jaskółki nadlatywały do Taurogów, czasem groźne, czasem pocieszające. I jedne, i drugie święciła czysta dziewczyna modlitwą,
a oblewała łzami smutku lub radości. (…)

Ku podziwowi całego świata, bezsilna jeszcze niedawno Rzeczpospolita znalazła więcej szabel w swojej obronie, niż mógł ich mieć cesarz niemiecki lub król francuski. (…) Imię Czarnieckiego rozlegało się coraz potężniej od ściany do ściany, przejmując strachem nieprzyjaciół, wlewając otuchę w serca polskie. (…) Sam Sakowicz w Taurogach przestał chodzić na wyprawy, jeno listy po nocach pisywał i w różne strony rozsyłał. Miecznik był jakoby obłąkany. Co dzień wieczór wpadał z wieściami do Oleńki. Czasem gryzł ręce, gdy sobie wspomniał, że trzeba siedzieć w Taurogach. (…) I nazajutrz dzień znikł, jakoby w ziemię się zapadł. Oleńka znalazła tylko list, a w nim słowa następujące: „Bóg cię błogosław, dziecko kochane. Rozumiałem ja ci dobrze, że ciebie,
a nie mnie strzegą i że samemu mi łatwiej wymknąć się przyjdzie. (…) Ale ty, mężem będąc, uczyniłabyś to samo, więc i mnie odpuścisz, iżem cię, jako Daniela, samą w jaskini lwów porzucił. (…) Oleńka łzami oblała pismo, ale pokochała stryjca za ten postępek jeszcze lepiej, bo jej serce dumą wezbrało. (…) Tego samego dnia zagrzmiało w całych Taurogach o zwycięstwie wareckim i… trwoga padła na wszystkich stronników szwedzkich… (…) Taurogi opustoszały jeszcze bardziej niż po wyjeździe księcia. Anusia Borzobohata poczęła się nudzić i tym bardziej Sakowiczowi dokuczać. On zaś myślał, czyby się do Prus
nie przenieść, bo ośmielone odejściem wojsk partie jęły znowu przesuwać się za Rosienie i zbliżać do Taurogów. (…) Jako zaś człowiek stanowczy i lubiący prędko doprowadzić do skutku to, co zamierzył, w dziesięć dni ukończył przygotowania, wydał rozkazy i miał ruszyć. Nagle trafił na niespodziewany opór i to ze strony, z której najmniej go się spodziewał, bo ze strony Anusi Borzobohatej. (…)

– Podobno – spytała – waćpan ze strachu przed panami Billewiczami do Prus chcesz uciekać?
– Nie przed panami Billewiczami – odrzekł marszcząc brwi – i nie ze strachu, jeno się tam przenoszę z roztropności, abym więcej przeciw tym zbójom mógł ze świeżymi siłami dokazać.–
– To szczęśliwej drogi.
– Jak to? Zali myślisz, że bez ciebie pojadę, moja nadziejo najmilejsza?
– Kogo tchórz oblatuje, niech w ucieczce ma nadzieję, nie we mnie. Zbytnioś waćpan poufały, ja zaś, gdybym potrzebowała konfidenta, pewnie byś nie waćpan nim został.
Sakowicz pobladł z gniewu. (…)
– Dla Boga! – krzyknął Sakowicz. – Powiedzże mi przynajmniej, czemu do Prus nie chcesz jechać? (…)
Sakowicz sam nie wiedział, co ma czynić; dusiła go wściekłość, gniew; chwilami myślał, że zwariuje albo że Anusia zwariowała.
Na koniec rzucił się jej do nóg i przyrzekł, że w Taurogach zostanie. (…) I tego samego dnia, zebrawszy resztki pobitych wojsk, Bützowa i swoje własne, poszedł, ale nie do Prus, tylko za Rosienie, przeciw panom Billewiczom, którzy w lasach girlakolskich stali obozem. (…) …rozniósł ich na szablach i na kopytach. Sam miecznik, pod którego dowództwem stał oddział, ocalał
z pogromu…

Sakowicz spanoszał i chełpił się niezmiernie, że byle mu Loewenhaupt przysłał tysiąc dobrych koni, on w całej Żmudzi rebelię zetrze. (…) Nim jednak rozebrzmiało po całej Żmudzi, przyszła w czas jakiś inna, dla jednych najradośniejsza z radosnych,
dla Sakowicza zaś straszliwa wieść, którą w dwóch słowach powtarzały wszystkie usta w całej Rzeczpospolitej:
– Warszawa wzięta! (…)
W mig zapomniano koło Taurogów o girlakolskiej klęsce. Straszny niedawno Sakowicz zmalał we wszystkich, ba, nawet
we własnych swoich oczach; partie na nowo poczęły wpadać na oddziały szwedzkie; Billewicze, ochłonąwszy po ostatnim pogromie, przeszli znów Dubisę na czele swych chłopów i resztek szlachty laudańskiej. Sakowicz sam nie wiedział, co począć, gdzie się obrócić, skąd wyglądać ratunku. (…) Nie brakło też ludzi, którzy twierdzili na pewno, że książę musiał wpaść w ręce Jana Kazimierza. (…) Na szczęście po tygodniu tych niepewności i męki, przybył od księcia Bogusława goniec z długim listem własnoręcznym: „Warszawa odjęta Szwedom – pisał książę. (…) – Ludzi moich u samych bram Warszawy poszarpał Babinicz. Ketling w niewoli. Król szwedzki, elektor i ja, razem ze Szteinbokiem i wszystkimi siłami, idziemy pod stolicę, gdzie walna bitwa niebawem nastąpi. (…) A tu siły nasze kruszeją, ich zaś rosną. Nowej wojny zaczynać nie ma z czym. I animusz już nie ten, i nikt się z naszych nie chwyci tak Szwedów, jak na początku. (…) …zaraz po wzięciu Warszawy ordynowano Babinicza, aby przez Prusy na Litwę szedł rebelię ekscytować, a po drodze palił i ścinał. (…) Nie bierz tego na się, abyś miał się z Babiniczem mierzyć,
bo nie zdużasz, jeno do Birż pospieszaj.” (…)

Pan Sakowicz nie potrzebował rad książęcych, aby nie wchodzić w drogę Babiniczowi. (…) I na drugi dzień zwołał na radę Bützowa, Brauna i kilku znaczniejszych oficerów. Postanowiono zostać w Taurogach i czekać na nowiny spod Warszawy.
Lecz Braun z tej narady udał się wprost na inną, mianowicie do Anusi Borzobohatej. Długo, długo naradzali się ze sobą, na koniec Braun wyszedł z twarzą wielce poruszoną. Anusia wpadła zaś jak burza do Oleńki.
– Oleńka! przyszedł czas! – krzyknęła zaraz w progu. – Musimy uciekać! (…)
Tu Anusia rzuciła się na szyję Billewiczówny i poczęła ją ściskać z takim wybuchem radości, że aż ta zdziwiona spytała:
– Co ci jest, Anusiu? Wszakże mogłaś dawno Brauna do tego skłonić?–
– Mogłam skłonić? Tak, mogłam! To ja ci jeszcze nic nie mówiłam? O Boże! Boże! Nic nie wiesz? Pan Babinicz tu idzie! Sakowicz
ze strachu mrze i wszyscy oni! (…) A do kogoż on się tu może spieszyć? Powiedz, czy ja nie głupia?
Tu łzy błysnęły w Anusinych źrenicach, Oleńka zaś złożyła ręce jak do modlitwy i wzniósłszy oczy rzekła:
– Do kogokolwiek się spieszy, niech Bóg prostuje drogi jego, niech go błogosławi i chroni. (…)

XXIII.

Pan Kmicic, chcąc się przedostać od Warszawy ku Prusom Książęcym i Litwie, rzeczywiście niełatwe miał zaraz w początkach zadanie, bo nie dalej jak w Serocku stała wielka potęga szwedzka. (…) Wodzowie zasłyszawszy o ekspedycji Kmicica, gdy i tak trzeba im było zbliżyć się ku Litwie dla ratowania na nowo obleganego przez Mazurów i Podlasian Tykocina, rozciągnęli szeroko na pana Andrzeja sieci w trójkącie nad Bugiem, między Serockiem z jednej, Złotoryją z drugiej strony i Ostrołęką na szczycie. Kmicic zaś musiał przez ów trójkąt przechodzić, bo spieszył się, a tamtędy była mu droga najbliższa. Wcześnie też pomiarkował się, że jest w sieci, ale że przywykł do tego sposobu wojowania, więc się nie zrażał. (…) Naprzód przeszedł Bug za Serockiem, dotarł brzegiem rzeki do Wyszkowa, w Brańszczyku zniósł ze szczętem trzysta koni wysłanych na podjazd, tak, iż, jak książę pisał, ni zwiastun klęski nie został. Sam Duglas nacisnął go w Długosiodle, lecz on rozbiwszy jazdę przedostał się poza nią
i zamiast umykać co duchu, szedł im na oczach aż do Narwi, którą wpław przebył. Duglas został nad jej brzegiem czekając
na promy, ale nim je sprowadzono, Kmicic głuchą nocą wrócił się znów przez rzekę i uderzywszy na przednie straże szwedzkie, wzniecił popłoch i zamieszanie w całej Duglasowej dywizji. Zdumiał się tym postępkiem stary jenerał, lecz nazajutrz zdumienie jego jeszcze było większe, gdy dowiedział się, iż Kmicic obszedł armie i wróciwszy na miejsce, z którego ruszono go jak zwierza, zagarnął w Brańszczyku podążające za wojskiem wozy szwedzkie wraz z łupami i kasą, wyciąwszy przy tym pięćdziesiąt piechoty konwoju. (…)

…ludność wysługiwała się z zapałem głośnemu partyzantowi. Wiedział o każdym ruchu, o najmniejszym podjeździe, o każdym wozie, który wyruszał naprzód lub pozostawał w tyle. (…)
– Wariat dowodzi tym oddziałem – mówił o nim Duglas.
– Albo wściekły pies! – odpowiedział Radziejowski.
Bogusław był zdania, że jedno i drugie, ale podszyte znamienitym żołnierzem. (…)
– Wstyd nam już porać się tak długo z tym rozbójnikiem – rzekł do Duglasa i Radziejowskiego – kręci się on koło nas jak wilk koło owczarni i spomiędzy palców wymyka. Pójdę mu tedy z niewielkim oddziałem na przynętę, a gdy na mnie uderzy, póty go na sobie zatrzymam, dopóki wasze dostojnoście nie nadciągniecie; wówczas nie wypuścim raka z kobieli. (…) Wszystko zdało się sprzyjać szwedzkim zamiarom. Kmicic istotnie był w Śniadowie i zaledwie doszła go wiadomość o Bogusławowym podjeździe, zapadł natychmiast w lasy, aby niespodzianie wynurzyć się z nich pod Czerewinem. Duglas, zawróciwszy od Narwi, trafił po kilku dniach na ślady tatarskiego pochodu i szedł tym samym szlakiem, zatem już z tyłu za Babiniczem. (…) Na koniec po dwóch dniach pochodu dotarł tak blisko Czerewina, że dymy chałup widać było. Wówczas stanął i poobsadzawszy wszystkie przejścia, najmniejsze ścieżki, czekał. (…) Tymczasem upłynął jeden dzień i w lasach czerewińskich cicho było, jak gdyby nigdy nie postała w nich noga żołnierska. Duglas począł się niecierpliwić i pod noc wysłał maleńki podjazd ku polom, przykazawszy mu największą ostrożność. Podjazd wrócił głęboką nocą, nic nie widziawszy i niczego nie sprawdziwszy. Świtaniem ruszył sam Duglas z całą siłą naprzód. Po kilku godzinach drogi dotarł do miejsca, na którym pełno było śladów żołnierskiego postoju. (…) Duglas zamyślił się. Nagle zadumę przerwał mu oficer z przedniej straży.
– Wasza dostojność! – rzekł. – Przez zarośla widać o staję kilku ludzi w kupie. Nie ruszają się, jakby wartownicy. Wstrzymałem straż, by waszej dostojności o tym donieść. (…)
Duglas ścisnął kolanami konia, szybko popędził do pierwszej straży i ruszył z nią naprzód. Przez rzednące zarośla w dalszym głębokim lesie widać było grupę żołnierzy zupełnie nieruchomą, stojącą pod drzewem.
– Nasi, nasi! – rzekł Duglas. – Książę musi być w pobliżu. (…)
– Wasza dostojność! – rzekł nagle oficer – ci ludzie wiszą! (…)
Tymczasem w pół godziny później odkryto znów dwa trupy. Widocznie byli to maruderowie lub chorzy, których babiniczowscy Tatarzy schwytali postępując za księciem. Lecz czemu książę się cofał? (…)

Na drugi dzień dopiero sprawa się wyjaśniła. Mianowicie przyjechał z podjazdem w trzydzieści koni pan Bies Kornia od księcia Bogusława z doniesieniem, iż król Jan Kazimierz wyprawił za Bug przeciw Duglasowi pana hetmana polnego Gosiewskiego
w sześć tysięcy litewskich i tatarskich koni. (…)
– Gdzie są książę i pan Radziejowski?
– W dwóch milach stąd, u brzegu. (…)
– To dobrze! – rzekł ucieszony Duglas. – Damy panu podskarbiemu rady.
I nie tracąc chwili nakazał pochód, aby się z księciem Bogusławem i Radziejowskim połączyć. Nastąpiło to tego samego dnia… (…) Jakoż od tej chwili poczęły się bardzo sztuczne podchody obu armii, które unikając wzajemnie walnej bitwy, starały się obejść jedna drugą. (…) Zaś ocalony od Bogusławowego podejścia pan Babinicz wcale się także z połączeniem z litewską dywizją nie spieszył, albowiem z wielką gorliwością zajął się ową piechotą, którą Bogusław w spiesznym swym pochodzie ku Radziejowskiemu musiał po drodze zostawić. (…) Podzieliwszy swą watahę na trzy komendy, pod dowództwem własnym,
Akbah-Ułana i Soroki, w kilka dni wygniótł większą część owych piechurów. (…)

XXIV.

W tydzień później przedostał się pan Kmicic w granice Prus elektorskich pod Rajgrodem. (…) Chciałby jutro być w Taurogach,
a tymczasem droga była jeszcze tak daleka i tak trudna, bo wreszcie poczęto bić we wszystkie dzwony w całej prowincji pruskiej. (…) …mając konie już wypoczęte a szczerby zapełnione, znów przekroczył Dospadę i jak duch zniszczenia na osady niemieckie się rzucił. (…) Tu przypomniały mu się i dalsze proroctwa pana Zagłoby, jako on, Kmicic alias Babinicz, do Taurogów dojdzie, Oleńkę swoją odnajdzie, przebłaga, zaślubi i potomstwo z niej na chwałę kraju wyprowadzi. Gdy sobie to wspomniał, ogień wstąpił mu w żyły; już i chwili tracić nie chciał, jeno Prusaków i rzezi na czas zaniechać i do Taurogów lecieć. Wtem w wilię wyjazdu przybył do niego szlachcic laudański spod chorągwi pana Wołodyjowskiego z listem od małego rycerza.
„Idziemy z panem hetmanem polnym litewskim i księciem krajczym za Bogusławem i Waldekiem – pisał pan Michał. – Połączże się z nami, bo pole do słusznej zemsty się znajdzie, a i prusactwu za opresję Rzeczypospolitej spłacić się przygodzi.” (…) Kmicic wysłuchawszy relacji nie namyślał się długo, zawrócił czambuł i poszedł wielkim pochodem ku panu hetmanowi, a po dwóch dniach, już późną nocą, padł w ramiona panu Wołodyjowskiemu… (…) Pan Wołodyjowski klasnął w ręce i kazał czeladnikowi napitku przynieść, po czym siadł obok Kmicic, nalał kusztyki i począł mówić:
– Roch Kowalski tak kawalerską śmiercią zginął, że nie daj Boże żadnemu z nas gorzej. (…)
– Mów, jak wszystko się odbyło. Zawziętości tylko przybędzie.
Pan Wołodyjowski napił się, obtarł żółte wąsiki i począł:

– Pewnie ci nie brakło relacji o warszawskiej bitwie, bo wszyscy o niej mówią, więc też i ja nie będę się nad nią zbyt długo rozwodził. Nasz pan miłościwy… dajże mu Boże zdrowie i długie lata, bo pod innym królem zginęłaby ta ojczyzna wśród klęsk… okazał się wodzem znamienitym. (…) Krótko mówiąc, pierwszego dnia biliśmy Szwedów. Drugiego poczęła fortuna to na tę,
to na tamtą stronę wagi nachylać, ale przecie byliśmy górą. Wtedy to poszła do ataku litewska husaria, w której i Roch służył
pod kniaziem Połubińskim, żołnierzem wielkim. Widziałem ich, gdy szli, jako ciebie widzę, bo stałem z laudańskimi na wyżynie
pod szańcami. (…) Elektorscy mostem już leżą jako żyto, przez które burza przejdzie, a oni już hen za nimi! jeno proporce migocą! Idą na Szwedów! Uderzyli na rajtarię – rajtaria mostem! uderzyli na drugi regiment – mostem! Tu huk, armaty grzmią… widzimy ich, gdy wiatr dym zwieje, łamią piechotę szwedzką… Wszystko pierzcha, wszystko się wali, rozstępuje, idą jak gdyby ulicą…
bez mała przez całą armię już przeszli!… (…) Gdy już husaria wszystko złamała po drodze, ten Forgell, który później pod Rawą wpadł w nasze ręce, rzucił się do rąk Karolowych: „Królu, ratuj Szwecję! ratuj siebie! – krzyknął – ustępuj, ustępuj! nic ich
nie wstrzyma!” A Carolus na to: „Na nic przed nimi ustępować, trzeba opór dać lub zginąć!” Przypadają inni jenerałowie, błagają, proszą, nie chce. Ruszył naprzód… zderzyli się i złamano Szwedów prędzej, niżbyś do dziesięciu zrachował. Kto legł, tego stratowano; inni rozsypali się jak groch. Nuż ich ciąć. Król odbił się samowtór; najechał go Kowalski i poznał, bo go już dwa razy widział. Kiedy nie natrze!… Rajtar zastawił króla… Ale owo, powiadali ci, którzy widzieli, że piorun prędzej nie zabija, jako Roch rozwalił go n dwoje. Wówczas sam król rzucił się na niego… (…) Starli się tedy w środku pola, iże piersi końskie uderzyły o piersi. Zakotłowało się! „Spojrzę – powiada nam oficer – aż król wraz z koniem już na ziemi!” Wydostał się, ruszył cyngla krócicy, chybił. Roch go za łeb, bo mu kapelusz spadł. Już miecz wznosił, już Szwedzi mdleli z przerażenia, bo nie czas było iść na ratunek,
gdy Bogusław jakoby spod ziemi wyrósł i w samo ucho Kowalskiemu wystrzelił, że mu głowę wraz z hełmem rozniosło. (…) Zgadliśmy też z Zagłobą, co się stało. Oto służyło chłopisko u Radziwiłłów od pacholęcych lat, za panów ich swoich uważało,
i na widok Radziwiłła musiało się skonfundować. Może mu nigdy ta myśl w głowie nie postała, żeby na Radziwiłła można rękę podnieść. (…)

Wtem rozległo się dalekie pianie koguta, a jednocześnie zabrzmiało ciche trąbienie przez munsztuk. …ruch począł się w całej wsi. (…) Powietrze poczęło się nasycać światłem; blady blask jął srebrzyć groty włóczni, migotać na gołych szablach, wydobywać
z cienia wąsate, groźne twarze, hełmy, kołpaki, kapuzy, tatarskie baranie czapki, tołuby, sajdaki. Wreszcie pochód z panem Kmicicem w przedniej straży ruszył ku Prostkom; wojska rozciągnęły się długim wężem po drodze i szły żywo. (…)

XXV.

Dnia 6 września doszły wojska polskie do Wąsoszy i stanęły na odpoczynek, aby przed bitwą konie i ludzie mogli sił nabrać. Postanowił pan podskarbi cztery albo pięć dni się tam zatrzymać, ale wypadki pomieszały jego rachubę. Pana Babinicza,
jako znającego już dobrze pogranicze, wyprawiono na podjazd… (…) Pan podskarbi wielce mu przed drogą zalecał, by się
o języka starał i z próżnymi rękoma nie wracał. (…) Jakoż wrócił we dwie doby, przywiódłszy kilkunastu Prusaków i Szwedów,
a pomiędzy nimi znacznego oficera von Rössela, kapitana z pruskiego regimentu Bogusława. (…) Z zeznań jego okazywało się,
że nie same pruskie pułki grafa Waldeka stoją w Prostkach, ale i sześć regimentów szwedzkich, pod komendą jenerała-majora Izraela, z tych cztery jazdy pod Petersem, Frytiotsonem, Taubenem, Ammersteinem, i dwa piechoty pod braćmi Engel. Z pułków pruskich, bardzo okrytych, prócz własnego grafa Waldeka, był księcia Wismaru, Bruncla, Konnaberga, jenerała Walrata
oraz cztery chorągwie z komendy Bogusławowej: dwie szlachty pruskiej i dwie jego własne. Naczelną komendę miał rzekomo graf Waldek, lecz w rzeczywistości słuchał we wszystkim księcia Bogusława, którego wpływom ulegał także i szwedzki jenerał Izrael. Najważniejszą wszelako wiadomością, jakiej von Rössel udzielił, była ta, że z Ełku spieszy na pomoc pod Prostki dwa tysiące wyborowej pomorskiej piechoty, graf Waldek zaś bojąc się, aby oddziały owe nie zostały zagarnięte przez ordę, pragnie wyjść z warownego obozu i dopiero po połączeniu się z nimi, drugi raz się okopać. (…) Wołodyjowski… i Babinicz wzięli do swej kwatery Rössela, aby o Bogusławie czegoś więcej od niego się dowiedzieć. (…)
– Waść jesteś stary żołnierz, widziałeś oba wojska, a naszą jazdę znasz od dawna; jakże myślisz, po czyjej stronie będzie wiktoria?
– Jeżeli wam pole dadzą za okopem, to po waszej, ale okopu bez piechoty i armat nie zdobędziecie, zwłaszcza że tam się wszystko księcia Radziwiłła głową dzieje. (…)

Wtem zatrąbiono przy hetmańskiej kwaterze i wnet po wszystkich litewskich chorągwiach odezwały się trąbki, a w czambułach piszczałki. Wojsko poczęło się zbierać i w godzinę później było w pochodzie. Zanim uszli milę, nadbiegł posłaniec od chorążego Biegańskiego, z chorągwi pana Korsakowej, z wiadomością do hetmana, iż schwytano kilku rajtarów z większej kupy, która z tej strony rzeki zabierała wszystkie wozy i konie chłopskie. Badani na miejscu, wyznali, że tabor i całe wojsko ma opuścić Prostki nazajutrz o ósmej rano i że rozkazy już są wydane.
– Chwalmy Boga i popędzajmy konie – rzekł na to pan podskarbi. – Do wieczora nie będzie już tych wojsk! (…)
Posłano tedy ordę na łeb na szyję, aby jak najprędzej starała się dostać między wojska Waldekowe a ową piechotę pruską śpieszącą na pomoc. (…) Kmicic poszedł w pierwszej ordzińskiej straży i parł swoją watahę, aż z koni dymiło. (…) Mijali pola bujne, dąbrowy, łąki, aż wreszcie sierp miesiąca pobladł i pochylił się ku zachodowi. Wówczas zwolnili koniom i stanęli na popas ostatni. Byli już nie dalej jak pół mili niemieckiej od Prostek. (…) Chorąży ruszył koniem i wyjechali na wzniesienie. (…) …w miarę jak mgła roztapiała się coraz bardziej, mógł pan Babinicz z pomocą perspektywy odróżnić pozatykane na wałach chorągwie: błękitne szwedzkie i żółte pruskie, następnie masy żołnierzy, działa i konie. (…) …nikt tam już nie spał, widocznie gotowano się do pochodu, bo w środku okopu panował ruch niezwyczajny. (…) …Kmicic... zjechał z pagórka, a przykazawszy podjazdowi taić się dalej w trzcinach, sam ruszył, ile tchu w koniu, z powrotem do chorągwi. Pan Gosiewski właśnie na koń siadał, gdy Babinicz nadjechał. Prędko opowiedział mu młody rycerz, co widział i jaka jest pozycja okolicy; hetman wysłuchał relacji z wielkim zadowoleniem i nie mieszkając chorągwie ruszył. (…)

We dwie godziny, jak przepowiedział Kmicic, stanęli przy owym wzniesieniu, z którego podjazd zaglądał w okopy, a które teraz pochód wszystkich wojsk zasłaniało. Chorąży, na widok zbliżających się wojsk, skoczył jak piorun z wiadomością, że nieprzyjaciel, pościągawszy straże z tamtej strony rzeki, już wyruszył i że właśnie koniec ogona taboru wychodzi z okopu. Usłyszawszy to pan Gosiewski wyciągnął buławę z tulei przy kulbace i rzekł:
– To już zawrócić nie mogą, bo wozy drogę zasłaniają. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego! Nie ma już po co dłużej się ukrywać! (…)
Za czym chorągiew za chorągwią wynurzała się rysią zza wzniesienia. W Waldekowym obozie nie spodziewano się tak prędko gości, bo ruch powstał gorączkowy. (…) Chwila jeszcze i pierwsza smuga białego dymu wykwitła od strony pruskiej ku Polakom.
Bitwa była rozpoczęta. Pan hetman sam skoczył ku Kmicicowej wataże.
– Następuj, mości Babinicz! następuj w imię Boże!… (…)
– Za mną! – skomenderował pan Andrzej. I ścisnąwszy konia ostrogami, ruszył w skok z miejsca ku rzece. (…) Wstęga dymu przeleciała z jednego końca szeregu w drugi, potem dwie ławy jeźdźców i koni uderzyły o siebie z łoskotem. (…) Z jednej strony lud olbrzymi, przybrany w blachy, opierał się całą potęgą ciężaru koni, z drugiej szara ćma tatarska parła go siłą nabytego rozpędu, siekąc i tnąc z taką niepojętą szybkością… (…) …poczęła rajtaria coraz gęstszym padać trupem, i środek, w którym walczył sam Kmicic, rzedniał tak bardzo, iż lada chwila mógł się już przerwać. (…)

Tymczasem rozległ się huk armat tak gwałtowny, że ziemia zatrzęsła się w posadach; muszkiety poczęły grzechotać od okopu
aż hen do najbardziej wysuniętych szeregów nieprzyjacielskich. Całe pole pokryło się dymem i w tymże dymie wolentarze Kmicicowi wraz z Tatarami szczepili się z dragonią. (…) …Kmicicowi mignęła w głowie myśl następująca: „Widocznie przez bród do nieprzyjaciela przedostać się nie mogą, a skoro nie mogą to im go podprowadzę…”
…pułk Bogusławowy nie był już dalej jak o sto kroków, a idąc całym pędem, lada chwila mógł uderzyć i roznieść jego Tatarów, pan Andrzej podniósł piszczałkę do ust i świsnął tak przeraźliwie, że aż najbliższe konie dragońskie osadziły się na zadach. Świst powtórzyły natychmiast inne piszczałki starszyzny tatarskiej i nie tak prędko wicher zakręca piaskiem, jak prędko cały czambuł zawrócił konie do ucieczki. Niedobitki rajtarii, czerwona dragonia i pułk Bogusławowy kopnęły się za nimi z kopyta. (…) Nagle stało się coś dziwnego. Oto, gdy czambuł dobiegł brodu, przeraźliwy świst piszczałek rozległ się znowu na skrzydłach czambułu
i cała wataha zamiast wpaść w rzekę, aby na drugim jej brzegu szukać ocalenia, rozdzieliła się na dwie kupy i z szybkością stada jaskółek skoczyła w prawo i w lewo, wzdłuż jej brzegu. Lecz jadące na ich karkach ciężkie pułki, których konie wzięły już największy rozpęd, wpadły tąż samą siłą w bród i dopiero w wodzie już jeźdźcy poczęli hamować rozpędzone rumaki. Artyleria, która dotąd zasypywała szczerk deszczem żelaza, umilkła nagle, aby swoich nie razić. Lecz tej właśnie chwili czekał jak zbawienia hetman Gosiewski. I jeszcze rajtarie nie dotknęły prawie wody, gdy straszna królewska chorągiew Wojniłłowicza ruszyła ku nim jak huragan, za nią laudańska, za nią Korsakowa, za nimi dwie hetmańskie, za nimi wolentarska, za nią pancerna księcia krajczego Michała Radziwiłła. (…)

Tymczasem Waldek, Bogusław Radziwiłł i Izrael pchnęli wszystką swą jazdę, by natarcie powstrzymać, sami zaś szykowali
na gwałt piechotę. (…) …stało się to, co przewidzieli pruscy wodzowie. Oto natarcie litewskiej jazdy było tak straszne, że masy kawalerii nie mogły ani na chwile ich powstrzymać i że pierwsza husarska chorągiew rozszczepiła ich niby klin drzewo i szła, nie krusząc kopii, wśród gęstwy, jak statek gnany gwałtownym wichrem idzie wśród fal. (…) …wszystkim serca waliły w piersiach gwałtownie, bo straszliwa husaria wynurzyła się już zupełnie i gnała wprost na nich. (…) Jeźdźcy w szarej barwie gnają za nimi, sieką i tratują z okrzykiem:
– Lauda! Lauda!
To pan Wołodyjowski uporał się z drugim czworobokiem. (…) Nagle ukazują się gromady jeźdźców szwedzkich pędzące
w okropnym popłochu, za nimi umykają, bez broni już i bez kapeluszy, piechurowie, za nimi w zamieszaniu, w bezładzie pędzą wozy, ciągnięte przez zhukane i przerażone konie. Wszystko to leci oślep od taboru na własną piechotę. (…) Ostatnie czworoboki pękają jak pod uderzeniem młota. Z całej świetnej armii szwedzko-pruskiej czyni się jedna olbrzymia kupa, w której jazda miesza się z piechotą. Ludzie tratują się wzajemnie, przewracają, duszą, zrzucają odzież, ciskają broń. (…)

…Bogusław widząc, że wszystko stracone, postanawia przynajmniej siebie i nieco jazdy ocalić z pogromu. Nadludzkim wysileniem zbiera koło siebie kilkuset jeźdźców i wymyka się w dal lewym skrzydłem, w kierunku biegu rzeki. Już wydostał się z głównego wiru, gdy oto drugi Radziwiłł, książę Michał Kazimierz, uderza nań z boku ze swą nadworną husarią i jednym uderzeniem rozprasza cały oddział. (…) Bogusław na karym Kmicicowym rumaku umyka jak wicher… kontent, że wysunął się z pogromu
i że nie ma już nieprzyjaciela przed sobą. Lecz próżna radość. Nie ubiegli jeszcze tysiąca kroków, gdy wycie rozległo się nagle przed nimi i szara ćma tatarska wysunęła się od rzeki, przy której czaiła się aż dotąd. Był to pan Kmicic ze swoją watahą. (…) …szukał oczyma Bogusława; na koniec ujrzał go i poznał natychmiast po koniu, po błękitnej wstędze i kapeluszu z czarnymi, strusimi piórami. (…) …odległość pomiędzy nim a księciem nie tylko nie zmniejszyła się na jeden cal, ale poczęła się powiększać. „Gorze! – pomyślał pan Andrzej – tego konia żaden bachmat w świecie nie zgoni!" (…)
– Umykaj, zdrajco, przed Kmicicem! Nie dziś, to jutro cię dostanę!
Nagle, ledwie słowa te przebrzmiały w powietrzu, książę, który je usłyszał, obejrzał się szybko, a widząc, że pan Kmicic sam go tylko goni, zamiast umykać dalej, zatoczył koło i z rapierem w ręku rzucił się ku niemu. Pan Andrzej wydał okropny krzyk radości
i nie wstrzymując pędu wzniósł szablę do cięcia. (…) Zwarli się tedy tak, że dwa konie uczyniły niemal jedną całość. Rozległ się straszny dźwięk żelaza, szybki jak myśl; żadne oczy nie mogłyby ułowić błyskawicznych ruchów rapiera i szabli ni odróżnić księcia od Kmicica. Czasem zaczernił się Bogusławowy kapelusz, czasem błysnęła Kmicicowa misiurka. Konie szły młyńcem obok siebie. Miecze dźwięczały coraz okropniej. Bogusław po kilku uderzeniach przestał lekceważyć przeciwnika. Wszystkie straszliwe pchnięcia, których wyuczył się od mistrzów francuskich, były odbite. Już pot spływał mu obficie z czoła mieszając się na twarzy
z barwiczką i bielidłem, już czuł znużenie w prawicy… Począł go chwytać podziw, potem niecierpliwość, potem złość, więc postanowił skończyć i pchnął okropnie, aż kapelusz spadł mu z głowy. Kmicic odbił z taką siła, że rapier księcia aż do boku końskiego odleciał i nim Bogusław zdołał zastawić się na nowo, ciął go samym końcem szabli w czoło. (…)

I zwalił się w trawę. Padł wznak. (…) Bogusław patrzył na niego szeroko otwartymi oczyma, pilnie bacząc na każdy ruch zwycięzcy, a gdy Kmicic stanął tuż nad nim, zawołał prędko: (…)
– Dziewka zginie, jeśli mnie zabijesz… Rozkazy wydane!
– Coś z nią uczynił? – spytał Kmicic.
– Zaniechaj mnie, to ci ją oddam, przysięgam… na Ewangelię…
Na to pan Andrzej uderzył się pięścią w czoło, przez chwilę znać było, że walczył ze sobą i ze swymi myślami, po czym rzekł: (…)
– Niech tak będzie, daruję cię zdrowiem, ale cię z rąk nie puszczę. Dasz mi na piśmie… Tymczasem Tatarom cię oddam, u których w niewoli będziesz.
– Zgoda – rzekł książę. (…)
– Akbahu-Ułanie – rzekł Kmicic – to jest wódz wojsk, które pobiliśmy dziś rano: książę Bogusław Radziwiłł. Daruję wam go, a wy go trzymajcie, bo za żywego czy za umarłego zapłacą wam sowicie. Teraz opatrzyć go, wziąść na arkan i zaprowadzić do obozu!
– Ałła! ałła! Dziękujem, wodzu! dziękujem, zwycięzco! – zawołali jednym głosem ordyńcy. (…) Kmicic kazał sobie podać konia, siadł i puścił się z częścią Tatarów ku polu bitwy. Z dala już ujrzał chorążych stojących ze znakami, ale przy chorągwiach było zaledwie po kilkunastu towarzystwa, reszta zagnała się za nieprzyjacielem. (…)

…pan Gosiewski, …ledwie go ujrzał, zakrzyknął:
– Oto przybywa victor prawdziwy! Za jego to przyczyną ta potrzeba wygrana, ja pierwszy publicznie to oświadczam. Mości panowie! dziękujcie panu Babiniczowi, bo gdyby nie on, nie dostalibyśmy się przez rzekę!
Vivat Babinicz! – krzyknęło kilkadziesiąt głosów – vivat! vivat! (…)
Nagle pan Andrzej stanął w kulbace i podniósłszy obie ręce do góry, huknął jak grzmot:
Vivat Jan Kazimierz! pan nasz i ojciec miłościwy!
Tu powstał taki krzyk, jakby nowa bitwa się zaczęła. (…) Książę Michał odpasał szablę z pochwą diamentami sadzoną i oddał ją Kmicicowi, hetman delię własną kosztowną zarzucił mu na ramiona, a on znów wzniósł ręce do góry.
Vivat nasz hetman, wódz zwycięski!
Crescat! Floreat! – odpowiedziano chórem. Za czym poczęto chorągwie zdobyte zwozić i zatykać w wale pod nogami wodzów. (…)

…oczy rycerstwa zwróciły się ku równinie, na której ukazał się oddział kilkudziesięciu Tatarów i zbliżał się wolno; na koniec minąwszy kupy połamanych wozów przysunął się o kilkadziesiąt kroków do okopu. Wówczas ujrzano, że jadący w przodzie Tatar prowadzi jeńca; poznali wszyscy Bogusława… (…) Za czym wieczorem książę Bogusław znajdował się już w namiotach pana Gosiewskiego. Opatrzono go tam starannie, dwóch medyków nie opuszczało go ani chwili i obaj ręczyli za jego zdrowie,
gdyż rana, jako zadana samym końcem szabli, nie była zbyt ciężką. Pan Wołodyjowski nie mógł wybaczyć Kmicicowi, że księciu życie darował, i z żalu unikał go cały dzień, dopiero wieczorem sam pan Andrzej przyszedł do jego namiotu. (…)
– Słuchaj mnie, Michale, zanim potępisz – odrzekł ponuro Kmicic. – Miałem go już pod nogą i sztych trzymałem mu przy gardzieli,
a wówczas, wiesz, co mi ten zdrajca rzekł?… Oto, że są rozkazy wydane, aby Oleńkę na gardle w Taurogach karano, jeśli on zginie… com miał, nieszczęsny, czynić? Kupiłem jej życie za jego życie… (…)
Wołodyjowski pozwolił mu się wypłakać do woli, wreszcie, gdy się uspokoił, spytał go:
– A co teraz przedsięweźmiesz?
– Pójdę z watahą, gdzie mnie posłano, aż hen pod Birże! Niech jeno ludzie i konie odetchną. (…)
Pan Michał westchnął:
– Ej, poszedłbym z tobą z taką ochotą jakby do raju! Ale komendy trzymać się muszę. (…) Jędrek, słuchaj, bracie!… a jak je obie odnajdziesz, to… opiekujże się i tamtą, aby zaś jej źle nie było… Bóg wie, może mi ona pisana…
To rzekłszy mały rycerz rzucił się w objęcia pana Kmicica. (…)

XXVI.

Oleńka i Anusia, wydostawszy się pod opieką Brauna z Taurogów, dotarły szczęśliwie do partii pana miecznika, który stał podówczas pod Olszą, zatem od Taurogów niezbyt daleko. Stary szlachcic, gdy je obie w dobrym zdrowiu zobaczył, naprzód oczom własnym wierzyć nie chciał, potem zapłakał z radości, a następnie wpadł w taki wojowniczy zapał, iż nie było już dla niego niebezpieczeństw. (…)
– Pan Bóg dał suchą jesień – mówił do swoich dziewcząt – za czym i łatwiej żyć, sub Jove. Każę wam namiocik foremny sporządzić, babę do usług wam dam, i zostaniecie w obozie. Nie masz w tych czasach bezpieczniejszego schronienia jak w lasach. Billewicze moje do cna spalone; na dwory grasanci nachodzą, a często i podjazdy szwedzkie. Gdzie wam bezpieczniej głowy przytulić jako przy mnie, który kilkaset szabel mam do rozporządzenia? Przyjdą zaś później słoty, to wam się jaką chacinę
w głębokich ostępach wynajdzie.
Myśl ta podobała się bardzo pannie Borzobohatej, bo w partii było kilku młodych Billewiczów, grzecznych kawalerów, a wreszcie mówiono bez ustanku, że pan Babinicz w te strony ciągnie. (…) Oleńka sądziła również, że najbezpieczniej przy partii, chciała się tylko od Taurogów oddalić, pościgu Sakowicza się obawiając.
– Pójdźmy ku Wodoktom – rzekła – tam będziem miedzy swymi. Choćby też były spalone, są Mitruny i wszystkie zaścianki okoliczne. Niepodobna, by cały kraj tamtejszy w pustynię miał być zmieniony. Lauda w razie niebezpieczeństwa będzie nas bronić. (…)

Rada jednak była sama w sobie mądrą, dlatego wszystkim od razu przypadła do smaku… (…) Szli z wolna i ostrożnie. Panny jechały na chłopskich wózkach, a czasami na podjezdkach, o które miecznik się wystarał. (…) Uśmiechały się wąsate twarze żołnierskie na widok Anusi, a odkrywały się głowy, gdy Oleńka zbliżała się do ognisk. (…) Szli lasami, zaroślami, często wysyłając przed sobą zwiady, i aż dopiero siódmego dnia przybyli późną już nocą do Lubicza, który leżał na skraju laudańskiej okolicy, stanowiąc jakoby wrota do niej. (…) Dziwnym trafem dwór nie był spalony. (…) Oleńka wchodziła ze strasznym uczuciem bólu
i goryczy pod ten dach. Znała tu każdy kąt, lecz niemal z każdym łączyło się jakoweś wspomnienie Kmicicowego występku. (…) Oleńka czuła, że oczu nie zmruży w tym domu splamionym. (…) Noc biegła, a sen nie chwytał się powiek nieszczęsnej Oleńki. (…) Spostrzegła mękę towarzyszki Anusia… (…)
– Oleńka. Módlmy się za niego…
A tamta obu rękoma zakryła oczy.
– Nie… mogę!… - rzekła z wysileniem. (…)
Na to Anusia:
– Za każdą duszę modlić się wolno, bo Bóg miłosierniejszy od ludzi i przyczyny wie, których ludzie często nie wiedzą.
To rzekłszy klękła do modlitwy, a Oleńka rzuciła się krzyżem na ziemię i przeleżała tak aż do rana.

Nazajutrz gruchnęła wieść po okolicy, że pan miecznik Billewicz jest na Laudzie. Na tę wieść, kto żyw był, wychodził witać. (…) Witano tedy miecznika, jak zbawcę, wielkim płaczem radości, bo tym prostym ludziom zdało się, że kiedy miecznik przyszedł
i panna wraca do dawnego gniazda, to już musi być wojnie i klęskom koniec. (…) W kilka tygodni później jeszcze jedno groźne nazwisko poczęły powtarzać usta ludzkie: nazwisko Babinicza. (…) Od Taurogów i Połągi do Birż i Wiłkomierza brzmiało imię zwycięzcy. (…) Anusia… poszła wprost do miecznika.
– (…) Ja jego znajoma; żebym tylko mogła wysłać do niego list, jestem pewna, żeby tu przyszedł, wprzód Sakowicza pobiwszy.
On mnie trochę lubił, to by i nie odmówił ratunku.
– A kto się podejmie list zanieść?
– Przez pierwszego lepszego chłopa można posłać… (…)
Uradowana Anusia tak dobrze zaczęła próbować, że tego samego dnia znalazła sobie aż dwóch posłańców, i to nie chłopów,
bo jednego Jurka Billewicza, drugiego Brauna. (…) …w tydzień później Braun wpadł w ręce Sakowicza, który kazał go ze skóry obedrzeć, biedny zaś Jurko został zastrzelony za Poniewieżem, w ucieczce przed podjazdem szwedzkim. Oba listy wpadły w ręce nieprzyjaciół. (…)

XXVII.

Sakowicz po schwytaniu Brauna i obdarciu go ze skóry porozumiał się natychmiast z obersztem Hamiltonem, Anglikiem w służbie szwedzkiej i komendantem w Poniewieżu, celem wspólnego uderzenia na partię miecznika Billewicza. (…) Chcąc działać
na pewno, posłał do miecznika przekupionego człowieka z listem niby od Babinicza, w którym oznajmiał w imieniu tego ostatniego, że w Wołmontowiczach w ciągu tygodnia stanie. Miecznik uwierzył łatwo, ufając zaś w niezwyciężoną siłę Babinicza
i tajemnicy z tego nie czynił, za czym nie tylko sam zakwaterował się na dobre w Wołmontowiczach, ale poruszył przez rozgłoszenie nowiny całą prawie ludność laudańską. (…) A tymczasem od strony Poniewieża ciągnęli ku Wołmontowiczom hamiltonowscy Szwedzi, od strony Kiejdan przekradał się po wilczemu Sakowicz. Ten ostatni jednak ani się domyślał, że za nim, również po wilczemu, ciągnie na krok ktoś trzeci, który lubo żadnych wezwań nie otrzymał, miał właśnie we zwyczaju zjawiać się tam, gdzie się go najmniej spodziewano. Kmicic nie wiedział zupełnie, że Oleńka znajduje się w billewiczowskiej partii. (…) …zasłyszawszy o Sakowiczu i mając z nim dawne rachunki do załatwienia, puścił się w swe dawne strony i szedł za nim. W ten sposób dotarli obaj w pobliże Wołmontowicz. (…)

…pewnego wieczora wyrostkowie Butrymi, pasący za Wołmontowiczami konie, dali znać, że jakieś wojsko wyszło z lasów i zbliża się od południowej strony. Miecznik zbyt był jednak starym i doświadczonym żołnierzem, aby nie przedsięwziąć żadnych ostrożności. Piechotę swoją, częścią już opatrzoną przez Domaszewiczów w strzelbę, umieścił w niedawno odbudowanych domach, częścią obsadził kołowrót, sam zaś z jazdą stanął nieco z tyłu poza płotami, na obszernym pastewniku dotykającym jedną stroną rzeczki. (…) Jakież było jego zdumienie, a w pierwszej chwili i przerażenie, gdy z dala, zza borku, doszedł go odgłos strzałów, następnie podjazd ukazał się na drodze, ale idący w skok i z chmurą nieprzyjaciół na karku. (…) Miecznik też ochłonął tymczasem i skoczywszy do jazdy kazał wszystkim, którzy mieli pistolety lub strzelby, iść na posiłek piechocie. Nieprzyjaciel był widocznie również zaopatrzony w muszkiety, bo zaraz po pierwszym natarciu rozpoczął ogień bardzo gwałtowny, chociaż nieregularny. (…) Obie panny zaraz w pierwszej chwili dosiadły z rozkazu miecznika podjezdków, aby w danym razie, gdyby siły nieprzyjacielskie okazały się zbyt wielkie, mogły uchodzić razem z partią. Pomieszczono je więc w tylnych szeregach jazdy. (…)
…nieprzyjaciel nie mógł nic wskórać jazdą. Co chwila rozpuszczał konie, podpadał do kołowrotu, ale po salwie cofał się bezładnie. (…) Wreszcie ataki ustały. (…)

…pan miecznik, wylazłszy po węgłach pod okap dworku, dojrzał ruch w tylnych szeregach nieprzyjacielskich ku polom
i chruściakom, ciągnącym się z lewej strony Wołmontowicz.
– Stąd będą tentowali! – zakrzyknął i natychmiast posłał część jazdy między chałupy, żeby z sadów dała nieprzyjacielowi odpór. W pół godziny nowa bitwa, ale także na palną broń, zawiązała się z lewego skrzydła partii. (…) Naraz, między przejrzystą,
bo pozbawioną już liści wierzbinową gęstwą, ujrzał przy zorzy wieczornej połyskującą broń i czerniawą chmurę żołnierstwa. (…) …przypadł do niego pan Chrząstowski, który szwadronem jazdy dowodził.
– Od rzeki szwedzką piechotę widać! – krzyknął w przerażeniu. (…) …wkrótce ruszył błoniem na czele dwustu ludzi, co widząc nieprzyjacielska piechota poczęła się szybko formować w gąszczach na przyjęcie nieprzyjaciela; po chwili szwadron rozpuścił konie, a zaś z wierzbinowych krzów zagrzmiała muszkietowa palba. (…) …ujrzał pan miecznik jazdę Chrząstowskiego, wracającą w popłochu i nieładzie, za nią zaś piechota szwedzka wysypywała się z gąszczów, idąc pędem do ataku. Wówczas zrozumiał,
że trzeba cofać się jedyną wolną drogą. (…)

Wtem odpowiedź przychodzi od strony owego borku, z którego wyszedł Sakowicz, a teraz sypią się z niego ludzie, konie, chorągwie, buńczuki, szable i idą – nie! raczej pędzą jak wicher i nie jak wicher, ale jak trąba powietrzna. (…)
– Babinicz! – rozlegają się przerażone głosy w Sakowiczowskim oddziale. I cała nieprzyjacielska wataha wykręca w prawo chcąc umykać ku swojej piechocie. (…)
– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego! Burza to przeleciała!
– Noga żywa z tego pościgu nie wyjdzie! – dodaje drugi głos.
– Mości panowie! – woła nagle miecznik – a my nie skoczym na tych, którzy nam z tyłu zachodzili? W odwrocie oni teraz, ale ich dogonim! (…)
I cała jazda zawróciwszy się wypuszcza konie za ostatnim oddziałem nieprzyjaciół. W Wołmontowiczach zostają tylko starcy, niewiasty, dzieci i panienka z towarzyszką. (…) Kobiety z płaczem i szlochaniem wznoszą ręce ku niebu i zwracając się ku stronie, w którą popędził Babinicz, wołają:
– Boże ci błogosław, wojenniku niezwyciężony! Zbawco, któryś nas, nasze dzieci i domy od zagłady ocalił! (…)
Ach! gdyby w tym tłumie wiedziano, że wieś od ognia i ludność od miecza ocaliła właśnie ta sama ręką, która przed dwoma laty
do tej samej wioski wniosła ogień i miecz!… (…) Oleńka wnet wzięła komendę nad opatrunkiem. Przytomna zawsze, pełna energii i siły, nie ustała w pracy póty, póki każdy ranny nie spoczął w chacie z przewiązanymi ranami. (…)

Nad ranem dopiero rozległ się tętent, okrzyk, śpiewy i wrócił pan miecznik. Jazda na spienionych od pogoni koniach zapełniła cały zaścianek. Śpiewom, krzykom, opowiadaniom nie było końca. (…) Na trzeci dzień pan Tomasz wysłał kilkunastu ludzi na zwiady.
Ci wrócili czwartego dnia z doniesieniem, że pan Babinicz wziął Poniewież, a ze Szwedów nikogo nie żywił. Po czym poszedł
nie wiadomo dokąd, bo słuch o nim przepadł. (…)

XXVIII.

Sakowicz tak doszczętnie został zniesiony, iż zaledwie samopięt zdołał się schronić do lasów w pobliżu Poniewieża. Następnie tułał się po nich w przebraniu chłopskim przez całe miesiące, nie śmiejąc wychylić się na świat jasny. Babinicz rzucił się zaś
na Poniewież, piechotę szwedzką tamże na załodze stojącą wyciął i gonił za Hamiltonem… (…) Umykał… nieszczęsny Anglik,
jak jeleń ścigany przez stado wilków, a Babinicz gonił go tym zawzięciej; dlatego to do Wołmontowicz nie wrócił i nawet
nie pytał, jaką partię udało mu się ocalić. (…) Paszy nie było w polach, konie cierpiały głód srogi. (…) W końcu nędza ich przeszła wszelką granicę; żywili się tylko liśćmi, korą i własnymi końmi, które upadały ze znużenia. Po tygodniu sami poczęli prosić swojego pułkownika, by odwrócił się czołem ku Babiniczowi i dał mu pole, bo wolą ginąć od miecza niż od głodowej śmierci. Hamilton usłuchał i stanął do bitwy w Androniszkach. (…) Jednakże bitwa, poczęta w Androniszkach, skończyła się w pobliżu Troupiów, pod którymi ostatni Szwedzi polegli. Hamilton zginął bohaterską śmiercią… (…) Lecz i Babiniczowe chorągwie były tak pomęczone, że nie miały sił ni chęci iść nawet do pobliskich Troupiów, jeno jak gdzie która w czasie bitwy stała, tam zaraz poczęła się roztasowywać na nocleg… (…) Kmicic, któremu głównie o konie chodziło, nie sprzeciwiał się temu wypoczynkowi.

Nazajutrz jednak wstał dość rano, aby straty własne po zażartej potyczce obliczyć i łup sprawiedliwie rozdzielić. (…) …zbliżył się ku niemu Akbah-Ułan, …skłonił się, dał Kmicicowi zakrwawione papiery i rzekł:
– Effendi, pisma jakoweś znaleziono przy wodzu szwedzkim, które wedle rozkazu oddaję. (…)
…Kmicic… schował papiery w zanadrze. Akbaha zaś odesłał do czambułu poleciwszy mu, ażeby zaraz ruszał do Troupiów,
w których na dłuższy odpoczynek pozostać mieli. (…) Przeciągały tedy chorągwie przed nim jedna po drugiej. (…) Każda z tych chorągwi, przechodząc koło figury, podnosiła okrzyk salutując przy tym pana Andrzeja szablami. (…) Wtem przypomniały mu się listy oddane przez Akbah-Ułana…; sięgnął więc ręką w zanadrze, wydobył, spojrzał i zaraz zdumienie odbiło się na jego twarzy. Na liście bowiem stał wyraźnie napis, niewieścią skreślony ręką: „Do JMP. Babinicza, pułkownika wojsk tatarskich
i wolentarskich”.
– Do mnie?… – rzekł pan Andrzej. Pieczęć była złamana, więc prędko otworzył list… i począł czytać. Ale jeszcze nie skończył,
gdy mu ręce zadrgały, zmienił się na twarzy i zakrzyknął:
– Pochwalone imię Pańskie! Boże miłosierny! oto i nagroda dochodzi mnie z rąk Twoich! (…)
W głowie pana Andrzeja tysiączne myśli przelatywały z szybkością strzał tatarskich. Więc Oleńka była nie w puszczy, ale w partii billewiczowskiej? I on właśnie ocalił ją… (…)

Tu powstał pan Andrzej, blady ze wzruszenia, z płonącymi oczyma, z promienną twarzą, i krzyknął na pachołka:
– Konia mi prędzej! żywo! Żywo!
Pacholik podprowadził karego dzianeta i sam zeskoczył strzemię podawać, lecz stanąwszy na ziemi rzekł:
– Wasza miłość! obcy ludzie jacyś ku nam od Troupiów z panem Soroką jadą i suną rysią. (…)
– Z kim mam honor? – rzekł niecierpliwie pan Kmicic.
– Jestem Wierszułł, niegdyś rotmistrz tatarski chorągwi księcia Jaremy Wiśniowieckiego; przybywam w rodzinne strony, by tu
na nową wojnę zaciągi czynić, a oprócz tego przywiozłem list dla waszmości od pana hetmana wielkiego Sapiehy. (…)
Kmicic rozerwał gorączkowo pieczęć. List Sapiehy brzmiał, jak następuje:

„Mnie wielce uprzejmy panie Babinicz! Nowy potop na ojczyznę! Liga Szweda z Rakoczym stanęła i podział Rzeczypospolitej ułożony. (…) …posyłam WMści ten ordynans, wedle którego masz WMść, nie tracąc chwili czasu, wprost na południe konie obrócić i wielkimi drogami ku nam dążyć. Zastaniesz nas w Brześciu, skąd nie mieszkając, dalej cię wyślem. Książę Bogusław eliberował się z niewoli, ale pan Gosiewski ma mieć na Prusy i Żmudź oko. (…) …dufam, że miłość do ginącej ojczyzny najlepszą ci będzie ostrogą”.

Kmicic skończywszy czytać wypuścił list na ziemię… Nagle straszny gniew schwycił pana Andrzeja za gardło, oczy mu zabłysły, twarz zsiniała i krzyknął przeraźliwym głosem:
– A ja stąd nie pójdę! Rozumiesz waść!
– Tak? – odrzekł Wierszułł. – Moja rzecz była ordynans oddać, a reszta waści sprawa! Czołem, czołem! (…)
To rzekłszy odwrócił konia i odjechał. (…) Pan Andrzej… wzdrygnął się, zmarszczył brwi, przytomność wróciła mu na twarz i tak począł do się mówić:
– Nie może inaczej być! Pójdę za dwa tygodnie, ale nie teraz. (…)
Tu panu Kmicicowi strach podniósł włosy na głowie i całe jego ciało dygotać poczęło, jakby je paroksyzm febry chwycił… (…) Potem czas jakiś leżał w milczeniu i szlochał, a gdy podniósł się wreszcie, twarz miał rezygnacji pełną i spokojniejszą i tak dalej się modlił:

– Ty się, Panie, nie dziwuj, że mi żal, bom był w wilię szczęśliwości mojej. Ale niech już tak będzie, jak Ty rozporządzisz! Teraz już rozumiem, żeś mnie chciał doświadczyć, i dlategoś mnie jakoby na rozstajnych drogach postawił. Bądź jeszcze raz wola Twoja. Ani się obejrzę za siebie! Tobie, Panie, ofiaruję ten mój żal okrutny, te moje tęskności, to moje ciężkie zmartwienie. (…) Widzisz teraz, Panie, że to była ostatnia moja prywata. Już więcej nie będę. Ojcze miłościwy! Ano jeszcze tę ziemię kochaną ucałuję,
ano jeszcze nóżki Twoje krwawe ścisnę… i idę, Chryste! Idę!…
I poszedł. (…)

XXIX.

Żadna księga nie wypisała, ile jeszcze bitew stoczyły wojska, szlachta i lud Rzeczypospolitej z nieprzyjaciółmi. (…) Nazwiska rycerzy, prześwietne czyny, wielkie poświęcenia zginęły w pamięci, bo nie zapisał ich kronikarz i nie wyśpiewała lutnia. (…) …owa Rzeczpospolita powstawała coraz groźniejsza, jowiszowego gniewu pełna, światu całemu stawić czoło gotowa; w kości zaś napastników zstąpiła niemoc i strach. (…) Spokój począł z wolna wracać na polskie równiny. (…) Jesienią 1657 roku, zaraz
po wojnie węgierskiej, cicho już było w większej części ziem i powiatów, cicho zwłaszcza na Żmudzi. (…) Tymczasem w Morozach, Wołmontowiczach, Drożejkanach, Mozgach, w Goszczunach i Pacunelach niewiasty, podloty obu płci i starcy orali, siali oziminy, odbudowywali wspólnymi siłami chaty… (…) Oleńka siedziała od niejakiego czasu w Wodoktach z Anusią Borzobohatą i miecznikiem. (…) Panna… chciała jak najlepiej zagospodarować Wodokty, te bowiem miały wraz z Mitrunami stanowić jej wiano klasztorne, inaczej mówiąc, przejść na własność zakonu benedyktynek, u których w sam dzień przyszłego Nowego Roku zamierzała biedna Oleńka rozpocząć nowicjat. (…) …w tych usiłowaniach przeszkadzały jej echa ze świata. Oto, na przykład, poczęli ludzie przebąkiwać, że ów przesławny Babinicz był to Kmicic. Jedni zaprzeczali gorąco, drudzy powtarzali wieść uporczywie. Oleńka nie uwierzyła. (…) Miecznik wiedząc, że na chwałę bożą ma iść jego praca, pracował gorliwie. (…)

Pewnego razu wyjechali oboje na podjezdkach do Mitrunów, w których odbudowywano pogorzałe czasu wojny stodoły i obory. (…) W tamtą stronę jechali drogą kościelną, ale wracać wypadało im koniecznie na Lubicz i Wołmontowicze. (…)
– Ano! dał Bóg piękną noc – ozwał się miecznik patrząc w kolisko księżyca.
– Jak to się Wołmontowicze świecą z daleka! – rzekła Oleńka.
– Bo drzewo jeszcze na domach nie sczerniało.
Dalszą rozmowę przerwało im skrzypienie wozu, którego zrazu dojrzeć nie mogli, bo droga w tym miejscu szła falisto, wkrótce jednak ujrzeli parę koni, za nią następną parę przy dyszlu, a w końcu drabiniasty półtorak otoczony przez kilku jeźdźców. (…)
– Stój! – zawołał miecznik. – A kogo to tam wieziecie?
Jeden z jeźdźców zwrócił się ku nim:
– Pana Kmicica wieziem, który pod Magierowem od Węgrzynów postrzelon. (…)
Oleńce świat cały zakręcił się nagle w oczach – serce w niej zamarło, piersiom zabrakło oddechu. (…) I z chwilą gdy przyszła
do przytomności, oczy jej padły na nieruchomy kształt ludzki leżący na wozie. Tak, to był on, pan Andrzej Kmicic, chorąży orszański. (…) I poczęła pytać cichym, ale prędkim, jakoby gorączkowym głosem:
– Żyw jeszcze czy zmarły?
– Żyw, ale śmierć nad nim. (…)
I wóz ruszył dalej, a Oleńka z miecznikiem skoczyli, co tchu w koniach, w przeciwną stronę. (…)

Przez następnych dni kilkanaście co dzień posłańcy latali z Wodoktów do Lubicza i każdy wracał z odpowiedzią, że pan chorąży „żyw jeszcze”, na koniec jeden przywiózł wiadomość, którą od cyrulika, sprowadzonego z Kiejdan, usłyszał, że nie tylko żyw,
ale i zdrowy będzie, bo postrzały goją się szczęśliwie i siły rycerzowi wracają. (…) Zaniepokoiło to wielce pana Tomasza,
więc pewnego wieczora, gdy zostali sami, spytał ją:
– Oleńka, powiedz no mi szczerze, co ty myślisz o chorążym orszańskim?
– Bogu wiadomo, że nie chcę o nim myśleć! – odrzekła. (…) – Nad chorążym orszańskim – mówiła dalej panna – ciąży jeszcze straszniejszy niż na księciu Bogusławie zarzut, bo pan Kmicic ofiarował się przecie na króla rękę podnieść, czego się sam książę przeląkł. Zali przypadkowy postrzał może to zmazać?… (…) Szczęśliwa będę, gdy usłyszę, że zmazał winy, ale niczego więcej
nie chcę, nie pragnę! choćby tam dusza we mnie jeszcze pocierpieć miała… Niechaj go Bóg wspomaga…
Tu Oleńka dłużej nie mogła mówić, bo płacz ją porwał wielki i żałosny, ale był to płacz ostatni. (…)

XXX.

Rogata dusza junacka nie chciała istotnie wychodzić z cielesnej powłoki i nie wyszła. W miesiąc po powrocie do Lubicza rany pana Andrzeja poczęły się goić, wcześniej zaś jeszcze odzyskał przytomność i rozejrzawszy się po izbie zgadł zaraz, iż już jest
w Lubiczu. Następnie począł wołać wiernego Soroki.
– Soroka! – rzekł – miłosierdzie Boże jest nade mną! Czuję, iż nie umrę! (…)
Potem milczał przez chwilę, jeno mu się wargi poruszały modlitwą.
– Soroka! – rzekł znów po chwili.
– Do usług waszej miłości!
– A kto tam jest w Wodoktach?
– Jest panna i pan miecznik rosieński. (…)
Na tym skończyła się pierwszego dnia rozmowa. We dwa tygodnie później pan Kmicic wstawał już i chodził na kulach, a następnej niedzieli uparł się jechać do kościoła. (…)

Przyjechali w czas, gdy mało jeszcze ludzi było w kościele. Pan Andrzej, wsparty na ramieniu Soroki, podszedł pod sam wielki ołtarz i klęknął w kolatorskiej ławce; nikt też go nie poznał, tak zmienił się wielce… (…) Kmicic, zatopiony w modlitwie,
nie widział nikogo; z pobożnego zamyślenia zbudziło go dopiero skrzypienie ławki pod nogami wchodzących do niej osób. Wówczas podniósł głowę, spojrzał i spostrzegł tuż nad sobą słodką a smutną twarz Oleńki. (…) I Kmicic, i ona pochylili głowy
i wsparłszy twarz na dłoniach, klęczeli obok siebie w milczeniu, a serca biły im tak, że je słyszeli oboje doskonale. (…)
– Oleńka, Oleńka przy mnie! – mówił sobie – oto Bóg nam się w kościele po rozłące spotkać kazał… (…)
I chwilami płacz radości chwytał go za gardło, to znów porywało go takie uniesienie dziękczynnej modlitwy, że aż świadomość tracił, co się z nim dzieje. (…) Ksiądz skończył kazanie i zszedł z ambony. Nagle przed kościołem rozległ się szczęk broni i tętent kopyt końskich. (…) …zaroiło się we drzwiach i hufiec zbrojny pojawił się w kościele. Na czele szli z brzękiem ostróg pan Wołodyjowski i pan Zagłoba. (…) …msza się skończyła, lecz ksiądz, …, odwrócił się… ku tłumom, na znak, że pragnie coś powiedzieć. …uczyniło się cicho; ksiądz zaś w serdecznych słowach powitał naprzód wracających żołnierzy, wreszcie oznajmił,
że list królewski zostanie odczytany, przez pułkownika chorągwi laudańskiej przywieziony. …po chwili po całym kościele rozległ się głos od ołtarza:
„My, Jan Kazimierz, król polski… etc. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen. (…) …wiadomo czynimy całemu stanowi rycerskiemu, mianowicie zaś ludziom wojskowym i świeckim, urzędy mającym cuiusvis dignitatis
et praeeminentiae
, oraz wszystkiemu obywatelstwu Wielkiego Księstwa Litewskiego i naszego starostwa żmudzkiego, że jakiekolwiek gravamina ciążyłyby na urodzonym a nam wielce miłym panu Andrzeju Kmicicu, chorążym orszańskim, te coram jego następnych zasług i chwały zniknąć z pamięci ludzkiej mają, w niczym czci
i sławy pomienionemu chorążemu orszańskiemu nie ujmując. (…) Który chorąży orszański, lubo w początkach nieszczęsnej owej szwedzkiej inkursji po stronie księcia wojewody się opowiedział, przecie uczynił to nie z żadnej prywaty, ale z najszczerszej ku ojczyźnie intencji, perswazją tegoż księcia do błędu przywiedzion, jakoby taka jeno, a nie inna droga salutis Reipublicae zostawała, jaką sam książę kroczył! A przybywszy do księcia Bogusława, który za przedawczyka go mając, wszystkie nieżyczliwe praktyki przeciw ojczyźnie jaśnie przed nim odkrył,
nie tylko pomieniony chorąży orszański na osobę naszą ręki podnieść nie obiecywał, ale samego księcia zbrojną ręką porwał, aby się za nas i za utrapioną ojczyznę pomścić… Przez tegoż księcia postrzelon, ledwie do zdrowia przyszedłszy, do Częstochowy się udał i tam piersią własną najświętszy przybytek osłaniał, przykład wytrwania
i męstwa wszystkim dając; tamże z niebezpieczeństwem zdrowia i życia największe działo burzące prochami rozsadził, przy którym hazardzie pojman, na śmierć przez okrutnych nieprzyjaciół był skazany, a przedtem żywym ogniem palony… (…) Ale i z tych srogich terminów… wyratowan, do nas na Śląsk się udał i w powrocie naszym
do miłej ojczyzny, gdy zdradliwy nieprzyjaciel zasadzkę nam nagotował, pomieniony chorąży orszański samoczwart tylko na całą potęgę nieprzyjacielską się rzucił, osobę naszą ratując. Tam posieczon i rapierami skłuty, do pół boków we krwi własnej rycerskiej się pławiąc, z pobojowiska jako bez duszy był podniesion… (…) A gdy staraniem naszym do zdrowia przyszedł i wtedy nie spoczął, ale dalsze wojny odprawował, z chwałą niezmierną stawając
w każdej potrzebie, za wzór rycerstwu przez hetmanów obojga narodów podawany, aż do szczęśliwego zdobycia Warszawy, po którym do Prus pod przybranym nazwiskiem Babinicza był wyprawiony… (…) Tamże nieprzyjacielski kraj ogniem i mieczem spustoszył, do wiktorii pod Prostkami głównie się przyczynił, księcia Bogusława własną ręką obalił i pojmał, następnie do starostwa naszego żmudzkiego powołany, jak niezmierne usługi oddał, ile miast
i wsiów od nieprzyjacielskiej ręki uchronił… (…) Przeto my (…) rozważywszy wszystkie jego zasługi względem naszego majestatu i ojczyzny tak niezmierne, że i syn większych ojcu i matce oddać by nie mógł, postanowiliśmy je w tym liście naszym promulgować, ażeby tak wielkiego kawalera, wiary, majestatu i Rzeczypospolitej obrońcę nieżyczliwość ludzka dłużej już nie ścigała, lecz aby przynależną cnotliwym chwałą i powszechną miłością okryty chodził.” (…)
Pan Andrzej próbował wstać, wyjść za nią, lecz nie mógł…
Siły opuściły go zupełnie. …w kwadrans później znalazł się przed kościołem, trzymany pod ręce przez pana Wołodyjowskiego
i pana Zagłobę. (…)
– Panie Andrzeju! – wołał pan Zagłoba – ot, przywieźliśmy ci gościńca. Sam się takiego nie spodziewałeś! Do Wodoktów teraz,
do Wodoktów, na zrękowiny i wesele!… (…)
Pan Kmicic jechał w skarbniczku między Wołodyjowskim i Zagłobą i raz wraz któregoś brał w ramiona. (…) Byli już dobrze
za miastem, gdy nagle pan Wołodyjowski pochylił się do ucha Kmicica.
– Jędrek – spytał się – a nie wiesz, gdzie tamta?
– W Wodoktach! – odpowiedział rycerz. Wówczas, czy wiatr począł tak poruszać wąsikami pana Michała, czy wzruszenie,
nie wiadomo, dość, że przez całą drogę nie przestawały wysuwać się naprzód, jakby dwa szydła lub dwie macki chrabąszcza. (…)

…daleki okrzyk zwiastował zbliżanie się tłumów. Miecznik porwał Oleńkę i wyprowadził na ganek; Anusia wypadła za nimi. Wtem tłumy ludzi i koni zaczerniły się w dali i jak okiem sięgnąć cała droga była jeszcze nimi zapchana. (…) Wreszcie ukazał się huf zbrojny laudańskich, otaczających skarbniczek, w którym siedziało trzech mężów: pan Kmicic, pan Wołodyjowski i pan Zagłoba. (…) Ludzie usunęli się zaraz, tak że środkiem tłumu utworzyła się pusta droga, po której wiedli Kmicica aż do ganku dwaj rycerze. On słaniał się i blady był bardzo, ale szedł z głową podniesioną, zarazem zmieszany i szczęśliwy. (…) Ona zaś obsunęła mu się nagle do kolan.
– Jędruś! ran twoich niegodnam całować!
Ale w tej chwili wyczerpane siły wróciły rycerzowi, więc porwał ją z ziemi jak piórko i do piersi przycisnął. (…) Wieczorem zasiedli wszyscy do uczty… (…) Przy głównym stole krążyły kielichy na cześć dwóch par szczęśliwych… (…)

* * *

Pan Andrzej niedługo po ślubie na nową wojnę wyruszył, która od wschodniej ściany wybuchła. Lecz piorunujące zwycięstwo Czarnieckiego i Sapiehy nad Chowańskim i Dołgorukim, a hetmanów koronnych nad Szeremetem ukończyły ją wkrótce. Wówczas wrócił Kmicic świeżą chwałą okryty i na stałe w Wodoktach osiadł. (…) Niechętni (bo któż ich nie ma) mówili wprawdzie, że żony we wszystkim zbytnio słucha, ale on się tego nie wstydził, owszem, sam przyznawał, że w każdej ważniejszej sprawie zawsze rady jej zasięga.

KONIEC

LISTOPAD - 09. [Bebek]


["WILK I KOZIEŁ"] [bajka]
Raz basior napotkawszy capa rzekł doń: „Bracie,
Pragnąłbym z duszy, serca uczynić coś dla cię.
Chcę cię cywilizować, zwilczyć jednym słowem.
Sierść masz lichą, wytartą, a tak – futrem płowym
I puszystym porośniesz, będzieć ciepło w zimie,
Wraz i siły nabierzesz… Już ci się nie imię
Lada Kurta do łydek, bo wilczy ród znany!
Dla nas przecie stworzone owce i barany.
Mamy prawo zjeść wszystko, co jest do zjedzenia:
To święte prawo wilcze! A gdy do plemienia
Naszego będziesz liczon, świat będzie twój cały.”
Na to odrzecze kozieł: „Zaszczyt to niemały,
Lecz nie widzę sposobu. Kozłem mnie stworzono,
Kozłem był dziad mój, ojciec; kozim mlekiem łono
Matki mnie wykarmiło. Jakaż na to rada?”
„Poradzim – wilk odrzecze – więc naprzód wypada,
Bym cię zasymilował, to znaczy zadławił,
Następnie schrustał, połknął, a w ostatku strawił.
Wtedy przejdziesz w krew moją, zmienisz się w me kości
I w mych dzieciach do późnej przejdziesz potomności.”
Cap tylko brodą trząsnął: „Uważ, panie drogi,
Że Pan Bóg dał mi na łbie bardzo twarde rogi,
Więc nim mnie zwilczyć zdołasz, to przed tą odmianą
Jeszcze ci moje rogi diablo w gardle staną.”

DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. WYDANIE PIERWSZE – 1922


["KWIATY I KRZEMIENIE"] [bajka]
Szlachta rośnie, jak kwiaty, w górę, z Bożej woli;
Chłopi – są to krzemienie przyrosłe do roli.
____________________________________

Raz brandenburska świnia wpadłszy w polską grzędę
Rzekła: „Biorę tę ziemię i na niej osiędę.
Tu królestwo me będzie, które ryjem zorzę
I nowe państwo świńskie w tych stronach założę.”
To rzekłszy jęła prychać na wyścigi z dziatwą.

Poszło jej łatwo.
Więc tak, jako przystało na waleczną świnię,
Wyrywa kraśne róże, smukłe georginie,
Toż jaskry, co jak tęcza migocą się wiosną,
I stokrocie, co rude w polskich sadach rosną.
Pryska wciąż, a tu lecą na obydwie strony
Złote i purpurowe kwieciste korony.
Wreszcie ich zbrakło. Świnia wznosi ryj do góry
I kwik triumfu puszcza ponad same chmury,
Po czym kładzie się spocząć. Wtem ją w brzuch coś tłoczy;

Locha zrywa się wściekła, pyskiem pianę toczy:
„To krzemienie – zawoła – wyrzućmy je z roli!”
Więc znów ryć poczną. Nagle: „Mamo, ryj mnie boli”,
Zakrzyknie jedno z prosiąt. – „I mnie krew już bucha”,
Woła drugie. Lecz locha w zapale nie słucha,
Łeb zasadza w zagony aż po samo ciemię
I tak rwie, tak rozdziera nieszczęśliwą ziemię,
Aż jej ryj pękł na dwoje. Wówczas z wstydem wraca
I tak rzecze do prosiąt: „Kinder! próżna praca:
Pyszne kwiecie tej ziemi łatwo wprawdzie ginie,
Ale krzemienie zmogą nawet pruską świnię.”


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie – w każdym razie wygra.”]