W cierpliwości zaznacza się roztropność człowieka, a chlubą jego jest, gdy zapomina o krzywdach. [Przyp. 19; 11]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1887



LUTY - [Dubniki - Abbazia - Kaltenleutgeben]


["PAN WOŁODYJOWSKI"]
– rozpoczęcie pracy
WSTĘP

Po wojnie węgierskiej, po której odbył się ślub pana Andrzeja Kmicica z panną Aleksandrą Billewiczówną, miał także wstąpić
w śluby małżeńskie z panną Anną Borzobohatą Krasieńską równie sławny i zasłużony w Rzeczypospolitej kawaler – pan Jerzy Michał Wołodyjowski, pułkownik chorągwi laudańskiej. Ale przyszły znaczne mitręgi, które sprawę opóźniły i przewlokły. (…)
…pan Michał …zastał listy zapowiednie na jego imię z ramienia wojewody ruskiego wydane. Uważając zaś, że ojczyzna zawsze przed prywatą iść powinna, myśli o prędkim weselu poniechał, a na Ukrainę ruszył. Kilka lat w tamtych stronach wojował mając zaledwie sposobną porę list od czasu do czasu do utęsknionej panienki posłać, żyjąc w ogniu, w niewypowiedzianych trudach
i pracy. Potem do Krymu posłował; potem przyszła nieszczęśliwa, domowa, z panem Lubomirskim wojna, w której po stronie królewskiej przeciw bezecnikowi onemu i zdrajcy walczył; potem pod panem Sobieski znów na Ukrainę ruszył. (…) Aż nadszedł wreszcie rok 1668, w którym z rozkazu pana kasztelana na wypoczynek odesłan, z początkiem lata po miłą pannę pojechał
i zabrawszy takową z Wodoktów, do Krakowa dążył. Księżna Gryzelda bowiem, która już była wróciła z krajów cesarskich; tam go na wesele zapraszała, sama ofiarując się być matką panience. (…) Przyjaciele Wołodyjowskiego wyprowadzili stąd pomyślne
i dla jego ożenku wróżby, ale owóż losy postanowiły inaczej.

I.

Pewnego pięknego dnia jesienią siedział sobie pod cienistym dachem letnika pan Andrzej Kmicic i popijając miód poobiedni, spoglądał przez obrosłe dzikim chmielem kraty na żonę, która przechadzała się pięknie umiecioną ulicą przed letnikiem. (…) Pan Andrzej Kmicic patrzył na nią okrutnie rozkochany. (…) Ciszę w sadzie przerywały tylko odgłosy spadających na ziemię przejrzałych owoców i brzęczenie owadów. (…) Był to początek września. (…) Może i owa pogoda na świecie napawała tak pana Kmicica wesołością, bo oblicze rozjaśniało mu się coraz więcej. Wreszcie pociągnął miodu i rzekł do żony: (…)
– Jeśli będzie chłop, to niech mu będzie Michał.
Ona zaś odwróciła twarz nieco zapłonioną i odszepnęła mu z kolei:
– A obiecywałeś się nie przeciwiać, żeby był Herakliusz?
– Bo widzisz, dla Wołodyjowskiego…
– Zali nie pierwsza pamięć dziada?
– I mego dobrodzieja… Hm! prawda… Ale drugiemu będzie Michał! (…)

Dalszą rozmowę przerwał im pachołek, który ukazał się na końcu ulicy i szedł spiesznie ku letnikowi. (…)
– Pan Charłamp przyjechał i czeka na pokojach – odrzekł pachoł.
– A owóż i on sam! – zawołał Kmicic na widok męża zbliżającego się ku altanie. – Dla Boga, jakże mu wąsy posiwiały! Witaj, towarzyszu miły! witaj, stary kompanionie! (…)
Kmicic pociągnął Charłampa do letnika i usadowiwszy go na ławie, zawołał: (…)
– Na rany Chrystusa! Wołodyjowskiemu się coś przygodziło?
– Tak jest! – odrzecze Charłamp, nowe strumienie łez wypuszczając. – Dowiedz się waszmość, że panna Anna Borzobohata ten oto padół opuściła. (…)
Tu wszedł sługa z gąsiorkiem na tacy i drugą szklenicą, a za nim pani Andrzejowa, która przecie ciekawości pokonać nie mogła. (…)
– Co to za wieści waszmość przywiózł? (…)
– Anusia zmarła! – rzekł Kmicic. Oleńka przybladła trochę i opuściła się ciężko na ławkę; myślał Kmicic, że omdleje, ale żal wziął
w niej górę nad nagłością wieści i płakać poczęła, a obaj rycerze zawtórowali jej zaraz. (…) Pani Andrzejowa zamyśliła się głęboko i długi czas trwało milczenie, na koniec podniosła swą jasną głowę i rzekła:
– Jędrek, czy ty pamiętasz, ileśmy mu winni?
– Jeśli zapomnę, to od psa oczu pożyczę, bo swoimi nie będę śmiał na uczciwego człeka spojrzeć!
– Jędrek, ty go nie możesz tak ostawić.
– Jakże to?
– Jedź do niego.
…Kmicic… zwrócił się Charłampa:
– Mości panie, proszę ze mną do stajen, konie opatrzym. A ty, Oleńka, każ mi łuby pakować. (…)

II.

Jakoż dobrze jeszcze przed zachodem słońca ruszył rycerz, żegnany przez żonę łzami i krzyżem… (…) Dobrawszy się do Wilna, jechał na Grodno, Białystok, a stamtąd do Siedlec się przebierał. Przejeżdżając przez Łuków dowiedział się, że państwo Skrzetuscy z dziećmi i panem Zagłobą dniem przedtem powrócili właśnie z Kaliskiego, więc postanowił do nich wstąpić… (…) Pan Zagłoba cały dzień uspokoić się nie mógł i nad stawem wciąż płakał tak rzewnie, że jak sam później powiadał: aż staw wezbrał
i stawidła trzeba było otwierać. Ale wypłakawszy się poszedł po rozum do głowy i oto co mówił na naradzie: (…)
– (…) Ot, wiecie, kto powinien jechać? – ja! i pojadę! tak mi dopomóż Bóg! Znajdę go w Częstochowie, to go tu przywiozę;
nie znajdę, to choćby na Multany za nim się powlokę i póty go szukać nie przestanę, póki o własnej mocy szczyptę tabaki sobie
do nozdrzech podnieść zdołam.
Usłyszawszy to dwaj rycerze poczęli brać w objęcia pana Zagłobę… (…)

III.

Jednakże nie jechał tak szybko pan Zagłoba, jak to sobie i towarzyszom obiecywał. Im zaś był bliżej Warszawy, tym jechał wolniej. Był czas, w którym Jan Kazimierz, król, polityk i wódz wielki, pogasiwszy pożary postronne i wywiódłszy Rzeczpospolitą jakoby z toni potopu, zrzekł się panowania. Wszystko on przecierpiał, wszystko przetrwał, wszystkim tym ciosom piersi nadstawił, które szły od zewnętrznego nieprzyjaciela; ale gdy potem wewnętrzne reformy zamierzył i zamiast pomocy od narodu, oporu tylko i niewdzięczności doznał, wówczas dobrowolnie zdjął z poświęconych skroni tę koronę, która nieznośnym ciężarem mu się stała. (…) Po drogach było ciasno, gospody zajęte, a wynalezienie sobie noclegu z wielką połączone mitręgą. Wszakże ustępowano panu Zagłobie miejsca ze względu na jego wiek, ale natomiast niezmierna jego sława nieraz właśnie narażała go
na stratę czasu. (…) Miała się z tego dobrze i służba pana Zagłoby, ale on sam, wbrew postanowieniu i obietnicy, jechał tak wolno, że trzeciego tygodnia dopiero w Mińsku stanął. Za to w Mińsku nie popasał. Wjechawszy na rynek ujrzał dwór tak znaczny
i piękny, jakiego dotąd po drodze nie spotkał… (…) Pan Zagłoba dopatrzył wreszcie jednego z dworzan po polsku ubranego,
więc kazał stanąć i pewien dobrego popasu, wysadził już jedną nogę z wasągu, a jednocześnie spytał:
– A czyj to dwór tak foremny, że i król foremniejszego mieć nie może? (…)
– (…) Księcia Bogusława Radziwiłła, który posłem na konwokację jedzie, ale – da Bóg! – po elekcji elektem zostanie.
Zagłoba schował prędko nogę w wasąg.
– Jedź! – krzyknął na woźnicę. – Nic tu po nas! On posłem! Dla Boga! Przecież prawo wyraźnie mówi, że nie może być posłem ów, który w obcych krajach urzędy sprawuje, a przecie on jest generalnym, u swego parszywego wuja, Prus Książęcych gubernatorem! Aha! czekajże, mam cię! A rugi sejmowe od czego? Nie wiem, czyli ci, zdrajco, jako takiemu potentatowi, dam rady i z poselstwa wyrugować zdołam, ale że ci to do elekcji nie posłuży – to pewna! I Michał, nieboże, poczekać na mnie musi,
bo to będzie pro publico bono uczynek. (…)

Z tego powodu od Mińska śpieszniej już do Warszawy dążył bojąc się na otwarcie konwokacji zapóźnić. Przyjechał jednak dość wcześnie. (…)
…ledwie do pałacu Koniecpolskich dojechał, gdy jakiś głos krzyknął z boku na woźnicę:
– Stój!
Czeladnik powstrzymał konie; wtem nieznajomy szlachcic zbliżył się z rozjaśnionym obliczem do wasągu i zawołał:
– Panie Zagłoba! Nie poznajesz mnie waszmość?
Ściskali się tedy serdecznie, a chwilami jeden odsuwał drugiego, aby mu się lepiej przypatrzeć; na koniec Zagłoba rzekł:
– Wybaczaj waszmość, ale jeszcze nie mogę sobie przypomnieć…
– Hassling-Ketling!
– Dla Boga! Twarz wydała mi się znajomą, ale strój całkiem waćpana odmienił, bom cię dawniej w kolecie rajtarskim widywał.
To już i po polsku chodzisz?
– Bom tę Rzeczpospolitą, która mnie tułacza pacholęciem jeszcze niemal będącego przygarnęła i dostatnim chlebem opatrzyła, za swoją matkę uznał i innej mieć nie chcę.
– Posłuję na konwokację.
– (…) Toś już z kościami Polak!
– Gdzie mieszkasz, zali znalazłeś gospodę?
– Mam dworek wygodny ku Mokotowu, który po wojnie już wybudowałem.
– Toś szczęśliwy; ja zaś od wczoraj na próżno po całym mieście jeżdżę.
– Dla Boga! dobrodzieju! już-że mi tego nie odmówisz, żebyś u mnie stanął… (…)

Ketling siadł na wasąg i ruszyli. Po drodze opowiadał mu Zagłoba o nieszczęściu, jakie w pana Wołodyjowskiego ugodziło, a on ręce nad nim łamał, bo nic był dotąd nie wiedział (…)
– (…) Ale! powiedz no szczerze, czym-ć jest Bogusław Radziwiłł?
– Od czasu, jak mnie Tatarzy pana Kmicicowi pod Warszawą w niewolę wzięli – niczym. Porzuciłem tę służbę i nie zabiegałem
o nią więcej, bo choć to możny pan, ale zły i przewrotny człowiek. Napatrzyłem ja mu się dosyć, gdy w Taurogach na cnotę tej nadziemskiej istoty nastawał. (…)
– Wyobraź sobie, ta szelma posłem jest!
– Kto taki? – spytał zdumiony Ketling, którego myśl była jeszcze przy Oleńce.
– Bogusław Radziwiłł! Ale rugi! rugi od czego?! Słuchaj, tyś poseł, możesz tę materię poruszyć, a już ja ci z galerii ryknę do wtóru, nie bój się! (…) Przecie słyszałem po drodze, że ta szelma o koronę dla siebie myśli się starać!
– Chybaby naród do ostatniego upadku przyszedł i nie był żywota godny, gdyby tacy królami jego mieli zostawać – odrzekł Ketling. (…)

IV.

Sejm konwokacyjny w kilka dni później został otwarty… (…) …gdy poseł Ketling podał w wątpliwość prawomocność wyboru pana pisarza bielskiego i jego kolegi księcia Bogusława Radziwiłła, zaraz jakiś potężny głos spomiędzy arbitrów zakrzyknął: „Zdrajca! cudzoziemski urzędnik!” Za tym głosem poszły i inne; przyłączyli się do nich takoż niektórzy posłowie i niespodzianie sejm rozpadł się na dwie strony, z których jedna chciała panów posłów bielskich rugować, druga zaś uznać ich wybór. Zgodzono się wreszcie na sąd, który sprawę załagodził i wybór przyznał. Niemniej był to jednak cios dla księcia koniuszego bardzo dotkliwy; bo już to samo, że rozważano, czy książę godnym jest zasiąść w izbie, to samo, że przypomniano coram publico wszystkie jego z czasów wojny szwedzkiej zdrady i przeniewierstwa – okryło go świeżą hańbą w oczach Rzeczypospolitej
i podkopało z gruntu wszystkie jego ambitne zamiary. (…) Zgrzytał też zębami przez cały czas sądu, a gdy na Ketlingu,
jako na pośle, nie mógł zemsty wywrzeć, ogłosił między swymi dworzanami nagrodę temu, kto mu wskaże owego arbitra, który pierwszy po Ketlingowym wniosku zakrzyknął: „Zdrajca i przedawczyk!” Pan Zagłoba zbyt był znany, aby jego nazwisko długo mogło pozostać ukryte. Zresztą nie taił się wcale. Jakoż książę zawrzał jeszcze bardziej, ale i stropił się niemało, usłyszawszy, że mu na wstręcie stoi mąż tak popularny, na którego strach było się porywać. (…)

Na drugi dzień odmienił też widocznie względem starego rycerza zamiary, bo gdy na uczcie u księcia krajczego ktoś począł o nim mówić, Bogusław rzekł:
– Wielce mi jest niechętny, jako słyszałem, ów szlachcic, ale ja się tak w ludziach rycerskich kocham, że choćby mi i dalej szkodzić nie przestał, zawsze go będę miłował. (…)
Panu Zagłobie, lubo twarz zachował spokojną i pełną fantazji, zabiło nieco serce w piersi na widok księcia, bo to był przecie pan
o daleko sięgających rękach i ludojad, którego się wszyscy obawiali. Ten zaś odezwał się do niego przez cały stół:
– Mości panie Zagłoba, doszło już do mnie, żeś waćpan, chociażeś nie poseł, chciał mnie niewinnego z sejmu rugować, ale ja to waćpanu po chrześcijańsku przebaczam i prrtekcją, jeśli kiedy będzie trzeba, służyć nie omieszkam.
– Przy konstytucji tylko stawałem – odrzekł Zagłoba – co szlachcic czynić powinien; quod attinet protekcji, to w moim wieku podobno boska najpotrzebniejsza, bo mi pod dziewięćdziesiąt lat. (…)
Jakoż Bogusław widząc, że na nieprzejednanego trafił, nie próbował więcej pana Zagłoby skaptować, tylko począwszy z kim innym rozmowę, ciskał od czasu do czasu złe spojrzenia przez stół na starego rycerza. Ale pan hetman Sobieski rozochocił się
i mówił…:
– Mistrz z was, panie bracie, mistrz prawdziwy. Znaleźliście też kiedy równego sobie w tej Rzeczpospolitej?
–W szabli – odpowiedział zadowolony z pochwały Zagłoba – Wołodyjowski mnie doszedł. (…)
– Przez Bóg! – zawołał na to pan Warszycki, kasztelan krakowski. – Toż ja ciągnąc do Warszawy napotkałem go w drodze również tu jadącego i przyznał mi się, że obrzydziwszy ten świat i jego vanitates, na Mons regius się wybiera, aby w modlitwie
i rozmyślaniach stroskanego żywota dokończyć.
Zagłoba porwał się za resztki czupryny.
–Kamedułą został, jak mi Bóg miły! – zakrzyknął w największej desperacji. (…) Ależ on kamedułą nie zostanie, choćbym miał na Montem regium zajazd uczynić i siłą go odjąć! Dla Boga! jutro zaraz do niego się udam. Przecie może mojej perswazji posłucha,
a nie, to do księdza prymasa pójdę, do generała kamedułów! choćbym też do Rzymu miał jechać – pojadę. (…)

V.

Nazajutrz, zaopatrzywszy się w listy księdza prymasa i ułożywszy cały plan z Hasslingiem, zadzwonił pan Zagłoba do furty klasztornej na Mons regius. (…) …gdy klucz zaskrzypiał w zamku i furta odchyliła się nieco, wpakował się w nią zaraz, trochę przemocą, i rzekł do zmieszanego młodego mniszka:
– Wiem, że żeby wejść tutaj, osobną permisję mieć trzeba, ale ja mam list od księdza arcybiskupa, któren zechciej, carissime frater, księdzu przeorowi oddać.
–Stanie się wedle woli waszmości – odpowiedział furtian… (…) …pan Zagłoba zaś złożył na ławce zawinięcie, które miał ze sobą, po czym siadł sam… (…) Tymczasem pokazał się Wołodyjowski, czyli raczej brat Jerzy, ale Zagłoba nie poznał nadchodzącego,
bo pan Michał zmienił się wielce. (…) Nagle spojrzał bliżej, ręce roztworzył i zakrzyknął:
– Panie Michale! panie Michale!

Brat Jerzy dał się porwać w objęcia, coś na kształt łkania wstrząsnęło mu piersi, ale oczy jego pozostały suche. (…) I pan Zagłoba płakał naprawdę, widokiem Wołodyjowskiego poruszony, wreszcie tak mówił dalej:
– Wybacz, żem ci twe rozmyślania przerwał, ale już-że nie mogłem inaczej uczynić, i sam mi słuszność przyznasz, gdy ci racje moje przytoczę! Ej, Michale! siłaśmy ze sobą złego i dobrego zażyli! Znalazłeśże za tą kratą jakową pociechę?
– Znalazłem – odrzecze pan Michał – w tych słowach, które tu co dzień słyszę i powtarzam, a które do śmierci chcę powtarzać: memento mori. W śmierci jest dla mnie pociecha. (…)
– Kiedy tak, to już ci nie powiem, że się orda białogrodzka na Rzeczpospolitą w wielkiej potędze gotuje, bo cóż cię to obchodzić może? (…) Wczoraj jeszcze pan Sobieski, hetman, mówił: „Niechby Wołodyjowski choć przez tę jedną nawałnicę przesłużył,
a potem do jakiego chce klasztoru szedł. Bóg by się o to nie rozgniewał, owszem, zasługę miałby taki mnich tym większą”.
Ale trudno ci się i dziwić, że własne uspokojenie nad szczęście ojczyzny przekładasz, bo przecie: prima charitas ab ego.
Nastała długa chwila milczenia, tylko wąsy pana Michała zjeżyły się jakoś i poczęły się szybko, choć lekko, poruszać. (…)
– Chodź waść do celi – odrzekł z pośpiechem mały rycerz. I poszli, a gdy się ukazali znowu, koło pana Zagłoby dreptał
już nie mniszek biały, ale oficer w żółtych butach za kolana, z rapierem przy boku i z białym pandentem przez ramię. Zagłoba okiem mrugał i pod wąsami się na widok brata furtiana uśmiechał, który z widocznym zgorszeniem w twarzy otwierał obydwom bramę. (…)

Jechali czas jakiś w milczeniu, ale w błogim. Tymczasem już domki przedmiejskie poczęły się ukazywać po obu stronach drogi. (…) Pan Zagłoba począł opowiadać o konwokacji, o tym, jako sprawę rugów przeciw księciu Bogusławowi poruszył,
i o Ketlingowej przygodzie. (…) W miarę jednak jak zbliżali się do Mokotowa, na twarzy pana Zagłoby pojawiła się pewna niespokojność. Obrócił się nagle do Wołodyjowskiego i rzekł: (…)
– Ot i Ketlingowy dwór! – zawołał Zagłoba. – Zacnie mieszka! (…)
Ale jeszcze wasąg bramy nie przejechał, gdy z ganku wypadło kilku towarzyszów, pana Michałowych znajomych… (…) Wszyscy, dojrzawszy dwóch mężów na powózce, poczęli krzyczeć:
– Jest! jest!Vicit Zagłoba! Jest!
I rzuciwszy się ku wasągowi porwali małego rycerza na ręce i nieśli ku gankowi powtarzając:
– Witaj! żyj nam, towarzyszu najlepszy! (…)
Dalszą rozmowę przerwało przybycie nowego gościa. (…)
– Pan hetman wielki! – zawołał Ketling i skoczył, jako gospodarz, witać.
– Pan Sobieski! – powtórzyli inni.
Wszystkie głowy pochyliły się w pełnym uszanowania pokłonie. (…) …powitawszy się z Ketlingiem, wyciągnął zaraz ręce
ku małemu rycerzowi, a gdy ów się zbliżył i za kolana go chwycił, ścisnął mu dłońmi głowę.
– No, stary żołnierzu! – rzekł – no! boża ręka cię przycisnęła do ziemi, aleć cię ona podniesie i pocieszy… Bóg z tobą! Już też zostaniesz z nami…
Szlochanie wstrząsnęło piersią pana Michała.
– Ostanę! – rzekł wśród łez. (…)

VI.

…tymczasem… z Kurlandii przybył posłaniec z oznajmieniem, iż ów Hassling, który młodego Szkota był adoptował i majętnością obdarzył, teraz nagle zachorzał i przybranego syna pilno widzieć pożąda. Młody rycerz nie namyślał się; siadł na koń i pojechał.
Przed wyjazdem prosił pana Zagłobę i Wołodyjowskiego, by dom jego uważali za swój własny i tak długo w nim mieszkali, póki by się im nie uprzykrzyło.
– Może Skrzetuscy przyjadą – mówił. Skrzetuscy wprawdzie nie przyjechali, ale natomiast dała znać o swym przybyciu siostra Wołodyjowskiego, która była za panem Makowieckim, stolnikiem latyczowskim. (…) Wołodyjowski uradował się bardzo, bo lata całe upłynęły od czasu, jak pani stolnikowej nie widział, a dowiedziawszy się, że w braku lepszej gospody stanęła na Rybakach,
w nędznym domku, poleciał zaraz, by ją do Ketlingowego dworu zaprosić. (…)
– Ile lat! ile lat! Boże cię wspomóż, bracie najukochańszy! Jak tylko przyszła wieść o twoim nieszczęściu, zaraz zerwałam się jechać. (…)
– Pozwól, siostro!… – rzekł mały rycerz. Ale siostra nie chciała pozwolić i mówiła dalej… (…)
– A ty gdzie mieszkasz, Michale? musisz mi pomóc w wyszukaniu gospody, boś w Warszawie bywały…
– Gospodę mam gotową – przerwał pan Michał – i tak zacną, że senatorski dwór mógłby w niej stanąć. Mieszkam u mego przyjaciela, kapitana Ketlinga, i zaraz cię tam zabiorę…
– Ale pamiętaj, że to nas trzy… (…) To jest panna Krystyna Drohojowska, a ówta, panna Barbara Jeziorkowska. (…)
Po chwili siedzieli w karabonie i jechali do Mokotowa. (…) …rozmawiając zajechali przed dom Ketlingowy.

Wszystkie okna jasno były oświecone na przyjęcie pani stolnikowej. (…) W izbie nastąpiła znajomość z panem Zagłobą, który
na widok dwóch panien wpadł w doskonały humor i zaraz zaprosił do wieczerzy. (…) Więc siedli. (…) I tu dopiero mały rycerz mógł się dobrze pannom przypatrzyć. Obie były ładne, ale każda w swoim rodzaju. (…) Po wieczerzy przeszli do bawialnej izby. Tam panna Drohojowska, ujrzawszy wiszącą na ścianie lutnię, zdjęła ją i poczęła w struny brzękać. Wołodyjowski prosił jej,
żeby zaśpiewała co do wtóru, ona zaś odrzekła z prostotą i dobrocią:
– Gotowam, jeśli troskę z waćpanowej duszy wygnać zdołam…
– Dziękuję! – odpowiedział mały rycerz, podnosząc na nią z wdzięcznością oczy. (…) …Drohojowska i mały rycerz zajęci byli rozmową, a panna Basia mierzyła sobie dla rozrywki ze szturmaka ku oknu. Mały rycerz bardzo był już ośmielony do panny Krzysi, a ona, widocznie przez dobroć serca, zajmowała się nim i jego smutkiem tak, jak lekarz zajmuje się chorym. (…) Baśka natomiast została jakoby na uboczu i tylko pan Zagłoba zwracał na nią ustawiczną uwagę. (…) Potem zaczęła trochę ziewać, potem oczy kleiły się coraz bardziej, a wreszcie rzekła:
– Jak się kropnę spać, tak się pojutrze chyba obudzę…
Po tych słowach rozeszli się zaraz wszyscy, bo niewiasty były bardzo zdrożone i czekały tylko na łóżek posłanie. (…) Zagłoba… czas jakiś milczał i patrzył niespokojnie, następnie rzekł:
– Michale, co ci to? Przemów, dla Boga!
Wołodyjowski przemówił:
– Tyle ich żyje, tyle ich chodzi po świecie, jeno mojego jagniątka już nie ma, jeno jej jednej nigdy już nie obaczę!… (…)

VII.

Panna Basia dopilnowała jednak Wołodyjowskiego, żeby ją „fechtów” uczył, on zaś nie odmówił, bo po kilku dniach, choć zawsze wolał Drohojowską, jednak i Baśkę bardzo polubił, ile że zresztą trudno jej było nie lubić. Pewnego poranku zaczęła się tedy pierwsza lekcja, głównie chełpliwością Baśki wywołana i jej upewnieniami, jako że już tę sztukę wcale nieźle posiada i nie byle kto potrafi jej pola dotrzymać. (…) Basia przycięła okrutnie, skacząc przy tym jak konik polny. Wołodyjowski zaś stał w miejscu, czyniąc, wedle swego zwyczaju, malusieńkie ruchy szablą i nie bardzo nawet zważając na atak. (…)
– No, trzymaj waćpanna szablę, bo wytrącę!
– Zobaczymy!
– A ot!
I szabelka, wyfrunąwszy jako ptak z rąk Basi, upadła z brzękiem aż koło pieca.
– To ja sama! niechcący! To nie waćpan! – wołała ze łzami w głosie panienka i chwyciwszy w mig szabelkę, znowu przycięła.
– Spróbuj waćpan teraz…
– A ot! – powtórzył pan Michał. I szabelka znów się znalazła pod piecem. Pan Michał zaś rzekł:
– Na dzisiaj dość! (…)
…Basia… stała na środku izby, zmieszana, odurzona, dysząc mocno, gryząc wargi i tłumiąc łzy, które przemocą cisnęły się jej
do oczu; wiedziała, że tym bardziej będą się śmieli, jeżeli wybuchnie płaczem, i koniecznie chciała się wstrzymać, ale widząc,
że nie zdoła, wypadła nagle z izby. (…)

Chciała wybiec i Drohojowska, lecz mały rycerz chwycił ją za rękę.
– Słyszałaś waćpanna zakaz? Nie puszczę tej ręki, póki nie wrócą.
I rzeczywiście nie puszczał. A była to ręka jakby atłasowa, miękka; panu Michałowi wydało się, że jakiś strumień ciepły przepływa z tych cienkich palców w jego kości, sprawując w nich lubość niezwykłą, więc trzymał ją coraz mocniej. Lekkie rumieńce przeleciały przez smagławą twarz Krzysi. (…) …w tej chwili weszła pani Makowiecka.
– Baśka jubkę wzięła – rzekła – ale w takiej jest konfuzji, że za nic nie chce przyjść. Pan Zagłoba ugania się za nią po całej stajni.
Jakoż Zagłoba, nie szczędząc pociech i perswazyj, nie tylko się uganiał za Baśką po całej stajni, ale wyparł ją wreszcie na dwór
w tej nadziei, że ją prędzej do ciepłej izby namówi. (…) Wtem Zagłoba zwrócił się w bok domu.
– Dalibóg, ktoś idzie! – rzekł. Jakoż zza węgła ukazał się młody pan Nowowiejski, który przyjechawszy konno, przywiązał konia przy bocznej furcie, sam zaś obchodził dom pragnąc wejść przez główne drzwi. (…) Pan Zagłoba, rozbawiony wielce, mrugał czas jakiś swym zdrowym okiem, na koniec rzekł:
– Pan Nowowiejski, naszego Michała przyjaciel i podkomendny, a to jest panna Drabinowska… tfu!… chciałem powiedzieć: Jeziorkowska! (…)
A Basia… rzekła bardzo wdzięcznie:
–Proszę do komnat! (…)

Pan Michał przedstawił młodego przyjaciela siostrze i Krzysi Drohojowskiej, a ów ujrzawszy drugą pannę, chociaż w odmiennym rodzaju, lecz równie niepośledniej urody, zmieszał się po raz wtóry; pokrył to jednak ukłonem i dla dodania sobie fantazji ręką
do wąsów, które mu jeszcze nie rosły, sięgnął. Zakręciwszy tedy palcami pod wargą, zwrócił się do Wołodyjowskiego
i opowiedział mu cel swego przybycia. Oto pan hetman wielki pilnie pożądał widzieć małego rycerza. (…)
– Sam chan i sułtan Gałga, który z nami u Podhajec paktował – mówił dalej pan Nowowiejski – chcą paktów dotrzymać;
ale Budziak szumi już jako ul na wyroju; białogrodzka orda również się burzy; ci nie chcą ni chana, ni Gałgi słuchać… (…)
– Waćpan – rzekł Zagłoba – młody człek, ale doświadczony żołnierz!
– Mam dwadzieścia dwa lat, a siedm, nie wymawiając, ojczyźnie służę, bo w piętnastym roku w pole z infimy uciekłem! – odpowiedział młodzieńczyk.
–I ze stepem się zna, i trawami umie chodzić, i jak kania na pardwy na ordyńców spadać – dodał pan Wołodyjowski. – Zagończyk to nie lada! Jemu się Tatar w stepie nie przytai!
Pan Nowowiejski spłonął z ukontentowania, że go chwalba z tak sławnych ust wobec panien spotykała. (…) …stukając ostrogą
o ostrogę, czuprynę palcami nastroszał i coraz ogniściej na Basię spoglądał. Spodobała mu się bardzo. (…) Odjechał na koniec
aż po obiedzie, mając oczy, serce i duszę Basi pełną.

VIII.

Tego samego dnia oznajmił się mały rycerz u hetmana, który kazawszy go zaraz puścić rzekł mu:
– Muszę Ruszczyca do Krymu wysłać, aby patrzył, na co się tam zanosi, i aby u chana o dotrzymanie paktów kołatał. Chcesz-li
na nowo wstąpić do służby i komendę po nim objąć? (…)
Pan Wołodyjowski posmutniał. Przecie oto kwiat wieku przesłużył. Przez całe dziesiątki lat spokoju nie znalazł; żył w ogniu,
w dymach, w trudzie, w bezsenności, głodzie, bez dachu nad głową, bez garści słomy do snu. (…) Ni się ustalił, ni się ożenił. (…)
A jednak oto zachciano na nowo nim zamiatać jak starą miotłą. (…) Toż gdyby nie owe zrywania się i służby, byłby się nacieszył choć parę lat swoją Anusią. Gdy o tym wszystkim teraz pomyślał, gorycz wezbrała w nim niepomierna; ale że mu się nie zdało rzeczą godną kawalera służby swe wymawiać i przypominać, więc odpowiedział krótko:
– Pojadę. (…)
Pan Sobieski przeszedł się kilkakrotnie po komnacie, następnie zatrzymał się nad małym rycerzem i położył mu poufale rękę
na ramieniu.
–Jeśli ci łzy dotąd nie obeschły, to ci je wiatr w stepie osuszy. Harowałeś ty, żołnierzyku, przez całe życie, haruj jeszcze. A jeśli przyjdzie ci kiedy do głowy, żeć zapomniano, nie nagrodzono, spocząć nie dano, żeś wysłużył nie smarowane grzanki, ale suchy chleb, nie starostwa, ale rany, nie spoczynek, ale mękę, to jeno zęby ściśnij i powiedz: „Tobie, ojczyzno!” (…)
„Tobie, ojczyzno!” – rzekł w duszy pan Wołodyjowski dziwiąc się zarazem, jak hetman mógł tak bystrze tajne jego myśli przeniknąć. A pan Sobieski siadł naprzeciw i mówił dalej:
– Nie chcę z tobą gadać jak z podkomendnym, ale jak z przyjacielem, ba! jako ojciec z synem! (…) Przykładów trzeba – rzekł – przykładów co dzień, które by w oczy biły. Wołodyjowski! jam ciebie w pierwszym rzędzie do bractwa zaliczył. Zali chcesz
do niego należeć?…
Mały rycerz wstał i objął hetmańskie kolana. (…) Hetman przycisnął go w milczeniu do serca. (…)
– Kiedy mam jechać? – pytał mały rycerz. (…)
– Za dwie niedziele najdłużej. (…) …bądź gotów, bo się będę spieszył.
– Od jutra będę gotów!
– (…) Bądź zdrów!… Bóg ci zapłać za gotowość…
Pan Michał pożegnał się i wyszedł. (…)

Tymczasem rozpuścił konia i jechał skokiem, bo już zatęsknił za pędem i za świstem wiatru w uszach. (…) Miało się
ku zachodowi… (…) Droga była pusta, ledwie gdzieniegdzie wymijał rycerz jakąś furę i leciał ciągle; dopiero ujrzawszy w dali dwór Ketlingowy, powstrzymał konia i pozwolił się dopędzić pachołkowi. Nagle ujrzał przed sobą idącą naprzeciw jakąś wysmukłą postać. Była to Krzysia Drohojowska. Pan Michał poznawszy ją zeskoczył natychmiast z konia i oddał go pachołkowi, sam zaś podbiegł ku niej… (…)
– Żołnierze mówią – rzekł – że o zorzy można różne nadprzyrodzone persony spotkać… ale już dla mnie lepszej nad spotkanie waćpanny wróżby być nie może.
– Pan Nowowiejski przyjechał – odpowiedziała Krzysia – z Basią i panią stolnikową się zabawia, ja zaś wyszłam umyślnie naprzeciw waćpanu, bom była niespokojna o to, co hetman miał waćpanu powiedzieć. (…)
– Zali naprawdę waćpanna tak się o mnie troszczysz? – pytał podnosząc na nią oczy.
– Tak! – odrzekła niskim głosem Krzysia. Wołodyjowski oczu z niej nie spuszczał, bo nigdy dotąd nie wydawała mu się tak piękną. (…) Poczuł pan Michał w tej chwili, że to jest przyjacielskie, kochane oblicze. Więc rzekł:
– Żeby nie pachołek, który za nami jedzie, to bym na tym śniegu do nóg waćpannie z wdzięczności upadł. (…)
– Waćpan takich rzeczy nie mów, bom ich niegodna… (…)
I umilkłszy poczęła iść spiesznie ku domowi. Pan Michał dreptał przy niej nieco zmieszany. (…) Już w sieni doleciały ich Basine okrzyki: „Ałła! Ałła!” A gdy weszli do gościnnej izby, zobaczyli na środku pana Nowowiejskiego, z zawiązanymi oczyma,
w pochylonej postawie i z wyciągniętymi rękoma, usiłującego złowić Basię… (…) Ale wejście Krzysi i rycerza przerwało zabawę. Nowowiejski chustkę ściągnął i biegł witać. Wraz przypadli stolnikowa, Zagłoba i zdyszana Basia.
– Co tam? co tam? Coć pan hetman powiedział? – pytali jedno przez drugie.
– Pani siostro! – odrzekł Wołodyjowski – jeśli chcesz listy do męża posyłać, to masz okazję, bo na Ruś jadę! (…)
– Pociągnę i ja z panem pułkownikiem, pewnie pociągnę – rzekł Nowowiejski, bystro patrząc na Basię. (…)

IX.

Począł się tedy zbierać z wolna pan Michał do wyjazdu, nie przestając jednak Basi, którą coraz więcej lubił, lekcyj dawać ani też przechadzać się sam na sam z Krzysią Drohojowską i pociechy u niej szukać. (…) Pan Zagłoba… pewnego… wieczora… zapukał do stancji małego rycerza.
– Tak mi żal, że się musimy rozstać – rzekł – iż tu przychodzę, aby się jeszcze na cię napatrzyć. Bóg wie, kiedy się zobaczymy! (…)
– A waćpan co uczynisz?
– Wrócę do Skrzetuskich. (…)
…pan Zagłoba wstał i wyszedł z izby. Pan Michał rzucał się całą noc i nie mógł spać, bo mu niespokojne myśli przez całą noc
po głowie chodziły. (…) Nad ranem sen uleciał od niego zupełnie. (…) Po śniadaniu fechtował się z Basią i zauważył, zapewne
po raz pierwszy, że aż oczy rwała, tak była ładna… Krzysi zdawał się unikać, która spostrzegłszy to, wodziła za nim rozszerzonymi ze zdziwienia oczyma. (…) Po obiedzie chodził z Basią do lamusa, gdzie Ketling miał drugi skład oręża. (…) Dziewczyna była uszczęśliwiona z zabawy… Tak upłynął dzień drugi. Na trzeci pojechali obaj z Zagłobą do Warszawy,
do Daniłowiczowskiego pałacu, aby się czegoś o terminie wyjazdu dowiedzieć, wieczorem zaś oświadczył pan Michał białogłowowom, że za tydzień z pewnością rusza. Mówiąc to starał się mówić niedbale i wesoło. Na Krzysię ani spojrzał. (…) Zagłoba sądząc, że to skutek jego rad poprzednich, zacierał z radością ręce. (…) Wieczorem, przy drzwiach izby, w której sypiał Wołodyjowski, Zagłoba trącił go w bok.
– A co? – rzekł – nie masz nad hajduczka!
– Miła koza! – odparł Wołodyjowski. – Sama jedna za czterech żołnierzy naczyni warchołu po komnatach. Dobosz z niej prawdziwy. (…)

Krzysia miała to w swej naturze, że lubiła być kochaną; więc gdy w tych ostatnich dniach pan Michał począł obchodzić się z nią obojętnie, miłość własna ucierpiała w niej wielce; ale mając z natury dobre serce, postanowiła panienka nie pokazywać mu
ni gniewnej twarzy, ni zniecierpliwienia i przejednać go sobie dobrocią. (…) …upłynęła jedna godzina i druga, pana Michała
nie było widać. (…) Na koniec jednak kroki jego dały się słyszeć w przyległej izbie. (…)
– Panie Michale! – zawołała nagle Krzysia. Wszedł i zastał ją szyjącą. (…)
– Myślałam w ostatnich dniach, że waćpan zagniewał się na mnie…
– Jako żywo! – zawołał Wołodyjowski – byłbym niegodzien spojrzenia waćpanny, gdybym był to uczynił, ale nie to było. (…)
To rzekłszy pan Michał począł ruszać wąsikami tak szybko, jak żaden żuk nie rusza.
Krzysia spuściła głowę i po chwili dwie łezki poczęły jej płynąć po policzkach. (…) Wówczas, sam nie wiedział jak i kiedy, usta jego obsunęły się jej na czoło i całowały je jeszcze goręcej; potem zasię obsunęły się na jej spłakane oczy i świat zakręcił się
z nim zupełnie; potem uczuł ów puszek delikatniuchny nad jej ustami; potem usta ich połączyły się i przycisnęły do siebie długo
i z całej mocy. Cicho uczyniło się w komnacie, tylko zegar tykał poważnie.

Nagle w sieni rozległo się tupotanie Basi i jej półdziecinny głos powtarzający:
– Mróz! mróz! mróz! (…)

X.

…od rana przyjechał pan Nowowiejski i wszędy go było pełno. Krzysia chodziła jak struta przez cały dzień; była blada, zmęczona
i co chwila spuszczała oczy; czasem rumieniła się tak, że kolory biły jej aż na szyję; czasem usta jej drgały jakby do płaczu;
to znów była jakaś senna i omdlała. (…) …pani stolnikowa rzekła:
– Ot, przejechalibyście się, młodzi, saniami we dwie pary, bo od śniegu aż skry idą.
Na to Wołodyjowski pochylił się prędko do ucha Krzysi i rzekł:
– Zaklinam waćpannę, byś siadła ze mną… Siła mam do mówienia.
– Dobrze – odpowiedziała Drohojowska. Po czym obaj z Nowowiejskim skoczyli do stajni, a Basia z nimi trzecia, i w kilka pacierzy dwoje sanek zajechało przed dom. Wołodyjowski z Krzysią siedli w jedne, Nowowiejski z hajduczkiem w drugie i ruszyli
bez woźniców. (…) Pan Wołodyjowski długo nie mógł się zdobyć na słowo, nareszcie tak ozwał się do Krzysi: (…)
– Moja mościa panno, moja Krzysiu kochana! zważ, ktom jest, żem prosty żołnierz, któremu wiek życia na wojnach zeszedł… (…) Moja Krzysiu kochana! kasztelanów i senatorów tyś godna; ale jeśli nie pogardzisz żołnierzem, który choć i w prostym stanie służył ojczyźnie nie bez jakowejś sławy, tedy ja ci do nóg padam, nogi twoje całuję i pytam: chceszże mnie? (…)
– Tak! – odrzekła Krzysia – i wiem, że zacniejszego w całej Polsce nie mogłabym znaleźć!
– Bóg waćpannie zapłać! Bóg ci zapłać, Krzychna! (…)
Tu Krzysia poczęła patrzeć w niebo, namyślać się, wreszcie odrzekła:
– Zali koniecznie mamy oznajmiać ludziom o naszym przymierzu? (…)
– Widzę, że rozum w waćpannie gładkości wyrównywa. Zgoda! Tedy Bóg nam świadek – amen! (…)

Po niejakim czasie nawrócił pan Michał do domu i niewiele już mówili przez drogę… (…) …uczynili twarze obojętne, aby nikt
nie poznał, co między nimi zaszło. Ale niepotrzebna to była ostrożność, bo nikt na nich nie zważał. (…) Basia… była czerwona,
nie wiadomo, z mrozu czy ze wzruszenia, a Nowowiejski jak struty. Zaraz też w sieni począł się żegnać z panią stolnikową. (…) Wówczas pani stolnikowa, nie mówiąc nic, pocałowała Basię w czoło – ona zaś poleciała zaraz do swojej izby i nie wróciła,
aż na wieczerzę. Na drugi dzień dopiero pan Zagłoba przydybawszy ją samą spytał:
– A co, hajduczku, w Nowowiejskiego jakoby piorun trzasł? (…)
– Prędkie było pytanie, bo to rezolut, ale prędka odpowiedź, bo i ja rezolutka: nie! (…)
– A może – rzekł Zagłoba patrząc jej bystro w oczy – a może ty w sercu jakowyś ukryty afekt nosisz, hę?
– Figę, nie afekt! – zawołała Basia. (…)

XI.

Pan Michał mając pozwolenie jechania, którędy by chciał, jechał na Częstochowę i na Anusin grób. Wypłakawszy przy nim resztę łez, ruszył dalej, a pod wpływem świeżych wspomnień przychodziło mu do głowy, że jednak te tajemnicze zrękowiny z Krzysią były za wczesne. (…) Jechał więc pan Wołodyjowski na Ruś, a wyrzuty towarzyszyły mu w drodze. (…) Niemniej jednak
po wyjeździe Wołodyjowskiego panna Krzysia była zdumiona tym, co zaszło, i że już klamka zapadła. (…) Jej ciężej czas upływał, bo Ketlingowego dworu od czasu wyjazdu małego rycerza nikt nie odwiedzał i dzień za dniem przechodził w jednostajności
i nudzie. (…) Raz więc siedziała pod oknem i patrzyła w zamyśleniu na drzwi komnaty, na które padał okrutny blask zachodzącego słońca, gdy nagle dzwonek od sani dał się słyszeć z drugiej strony domu. (…) …drzwi otworzyły się i na tle ciemnej głębi ukazał się oczom dziewczyny jakiś nieznany mężczyzna. W pierwszej chwili wydało się Krzysi, że widzi obraz albo że zasnęła i śni: tak cudne stanęło przed nią zjawisko… (…) Krzysi dech zaparło w piersiach, bo patrząc oczom własnym nie wierzyła
ani też mogła zmiarkować, czy ma przed sobą ułudę, czy rzeczywistego człowieka. On stał przez chwilę nieruchomo, zdumiony
lub udający przez grzeczność zdumienie nad Krzysiną pięknością; wreszcie ruszył ode drzwi i spuściwszy kapelusz ku ziemi począł piórami zamiatać podłogę. (…) Wtem zabrzmiał jego głos niski a miękki jak aksamit:
– Jestem Ketling of Elgin. Panam Wołodyjowskiego przyjaciel i towarzysz broni. Służba powiedziała mi już, że mam niewypowiedziane szczęście i honor ugaszczać pod swym dachem siostrę i krewne mego Pallada, ale przebacz, dostojna panno, mojej konfuzji, bo służba nie powiedziała mi tego, co oczy widzą, a i oczy same twego blasku znieść nie mogą…
Takim komplementem powitał rycerski Ketling Krzysię, ale ona nie wypłaciła mu podobnym, bo się na żadne słowo zdobyć
nie mogła. (…) Drżącymi rękoma chwyciła Krzysia za suknię, aby choć dygnąć przed kawalerem, na szczęście w tejże chwili wołania: „Ketling! Ketling!”, rozległy się za drzwiami i do komnaty wpadł z otwartymi ramiony zasapany pan Zagłoba. (…)

Pani Makowiecka nadjechała o zupełnym już mroku, a Ketling wyszedł aż przed bramę na jej spotkanie i prowadził ją do domu
z takim uszanowaniem, jakby księżnę udzielną. (…) Młody rycerz póty błagał, póty się na swoje braterstwo z Wołodyjowskim powoływał, póty klękał, aż zgodziła się i nadal u niego zamieszkać. (…) Dziewczyny obie były rade, a Basia od razu otwarcie
po stronie Ketlinga wystąpiła.
– Dziś i tak się nie wyniesiem – rzekła do wahającej się pani stolnikowej – a później czy jedna doba, czy dwadzieścia, to już wszystko jedno! (…)
Po czym rozeszli się, bo istotnie było już późno. (…)

XII.

W kilka dni później pan Zagłoba pisał do Skrzetuskiego list… (…) Skończywszy pisanie zasypał pan Zagłoba list piaskiem, następnie uderzył weń dłonią, odczytał raz jeszcze, z dala od oczu trzymając, po czym złożył, zdjął sygnet z palca, poślinił
i do pieczętowania się zabierał, przy której czynności zastał go Ketling.
– Dzień dobry waszmości!
– Dzień dobry, dzień dobry! – odrzekł pan Zagłoba. (…) A teraz posłuchaj, coć powiem: arcana familijne po prostu wyjawię,
ale żeś i ty przyjaciel, więc powinieneś wiedzieć: pilnuj się oto, abyś Wołodyjowskiego niewdzięcznością nie nakarmił, bo my oboje z panią Makowiecką jedną z tych dziewek dla niego przeznaczamy. (…)
– Którą?
– Dro–ho–jow–ską – odrzekł powolnie pan Zagłoba. (…)
– Możesz waćpan być pewien, że nie pofolguję sercu na Michałową szkodę. (…)
– Ketling! pofolguj sobie, folguj, niebożę, ile chcesz, bom cię chciał jeno doświadczyć. Nie Drohojowską, ale hajduczka Michałowi przeznaczamy.
Ketlinga twarz rozjaśniła się szczerą i głęboką radością… (…)
– Także ci to już Drohojowska za skórę się zaszyła?
– Nie wiem, nie wiem – odrzekł Ketling – wiem jedno to, że ledwie jej niebiański widok ucieszył moje oczy, wnet rzekłem sobie,
i że ją jedną strapione serce moje mogłoby jeszcze pokochać, i tej samej nocy wzdychaniami sen płosząc, lubej zaraz oddałem się tęsknocie. Odtąd ona zawładnęła moim jestestwem, jako monarchini włada krajem poddanym i wiernym. (…) Z czasem, gdyby się moje najgorętsze pragnienia spełnić miały… może waćpana o przyjacielskie auxilium poproszę. Chociażem indygenat otrzymał
i krew szlachetna płynie w moich żyłach, jednak nazwisko moje tu nie znane i nie wiem, czyby pani stolnikowa…
– Pani stolnikowa? – przerwał Zagłoba. – Już też się o to nie bój. Pani stolnikowa istna tabakierka grająca. Jak nakręcę, tak
i zagra. Zaraz do niej idę. (…)

I mimo iż Ketling wstrzymywał jeszcze, pan Zagłoba wstał i poszedł. Po drodze spotkał rozpędzoną, jak zwykle, Basię, której rzekł:
– Wiesz, Krzysia ze szczętem pogrążyła Ketlinga!
– Nie jego pierwszego! – odrzekła Basia. (…)
– Gdzie teraz lecisz?
– Do Krzysi. (…)
– Nie mówże jej, że Ketlinga pogrążyła.
– Aha! niby to wytrzymam!
Pan Zagłoba wiedział dobrze, że Basia nie wytrzyma, i tylko dlatego jej zakazywał. Więc poszedł dalej, bardzo rad ze swej chytrości, a Basia wpadła jak bomba do panny Drohojowskiej.
– Stłukłam sobie kolano, a Ketling w tobie na umór rozkochany! – zawołała zaraz w progu. (…)
-Jaka ja nieszczęśliwa, jaka ja nieszczęśliwa! – wykrzyknęła nagle Krzysia i zalała się łzami. (…) Rzeczywiście w całym tym domu nie wiedział nikt, jak dalece była nieszczęśliwa. (…) O tym, że była zmówiona z Wołodyjowskim, nie myślała dotąd… tylko
o Ketlingu! (…)

XIII.

Pan Zagłoba wiedział doskonale, że mały rycerz miał się więcej ku Krzysi niż ku Baśce, ale właśnie dlatego postanowił Krzysię usunąć. Znając na wskroś Wołodyjowskiego był przekonany, że ten, byle nie miał wyboru, zwróci się niechybnie ku Basi, w której sam stary szlachcic tak się zaślepił, iż w głowie nie chciało mu się pomieścić, jak ktokolwiek mógł inną nad nią przekładać. (…)
Na czas Wielkiego Tygodnia całe towarzystwo z Ketlingowego dworu przeniosło się do Warszawy i stanęło w gospodzie przy ulicy Długiej, aby być w pobliżu kościołów i nabożeństwa zażyć do woli, a zarazem nasycić oczy świątecznym gwarem miejskim. Ketling i tu czynił honory gospodarskie, bo choć cudzoziemiec z pochodzenia, najlepiej znał stolicę i wszędy miał pełno znajomych,
przez których wszystko mógł ułatwić. Przesadzał się w uprzejmościach i prawie myśli towarzyszek zgadywał, a zwłaszcza Krzysine. (…) „Będzie, co Bóg da i mój mąż postanowi – myślała sobie pani stolnikowa – ale nie będę im przeszkadzała.”
Dzięki temu postanowieniu Ketling częściej teraz przestawał z Krzysią i dłużej z nią przebywał niż we własnym domu. (…) Krzysia oswoiła się z wolna z Ketlingiem i gdy teraz wspierała się na jego ramieniu, gdy słuchała jego rozmowy lub patrzyła w jego szlachetną twarz, serce nie tłukło się już z dawnym niepokojem w jej piersi, nie odchodziła od niej przytomność, nie ogarniała jej konfuzja, ale niezmierna i upajająca słodycz. (…) Oto byli siebie blisko, było im przy sobie dobrze i Krzysia, oddawszy się całą duszą tej wdzięcznej obecności, nie chciała myśleć o tym, że ona skończy się kiedykolwiek i że do rozproszenia ułudy potrzeba tylko jednego słowa Ketlinga: „Kocham!” Słowo to zostało wkrótce wymówione.

Raz, gdy stolnikowa z Basią były u chorej krewnej, namówił Ketling Krzysię i pana Zagłobę do zwiedzenia zamku królewskiego… (…) Krzysia nie mogła wyjść z podziwu, on zaś tłumaczył jej każdą rzecz i przedstawiał, a od czasu do czasu milknął i spoglądając w jej ciemnoniebieskie oczy zdawał się mówić wzrokiem: „Co znaczą te wszystkie cuda wobec ciebie, cudzie! Co znaczą te skarby wobec ciebie, skarbie! Panna zaś rozumiała tę cichą mowę. Za czym wwiódł ją do jednej z komnat królewskich i stanąwszy
przed ukrytymi drzwiami w ścianie, rzekł:
– Tędy aż do katedry dojść można. Jest tu długi korytarz, który się kończy ganeczkiem niedaleko wielkiego ołtarza. Z onego ganeczku królestwo mszy zwykle słuchają. (…) Chcesz waćpanna wstąpić? – pytał Ketling dając znak odźwiernemu, by drzwi otworzył.
– Wejdźmy – rzekła Krzysia.
– Idźcie sami – ozwał się pan Zagłoba – młodziście i macie dobre nogi, a jam się już dosyć nadreptał. (…)
Więc weszli. On wziął jej rękę i prowadził długim korytarzem. (…) Weszli na koniec na ganeczek, umieszczony w prawej ścianie kościelnej, już za stallami, nie opodal wielkiego ołtarza. Więc naprzód klękli i poczęli się modlić. (…) Ketling podniósł się pierwszy
i począł szeptać, bo w kościele nie śmiał podnosić głosu: (…)
– Nie grzech to, że w świętym miejscu przed tobą klękam, bo gdzież, jeśli nie do kościoła, czysta miłość po błogosławieństwo przychodzi. Miłuję cię więcej niż zdrowie, miłuję cię nad wszelkie dobro ziemskie, miłuję cię duszą, miłuję cię sercem i tu, wobec tego ołtarza, miłość ci moją wyznawam!…
Twarz Krzysi pobielała jak płótno. Wsparta głową na aksamicie poręczy nie uczyniła nieszczęsna panna żadnego ruchu, on zaś mówił dalej:
– Więc nogi twoje obejmuję i o wyrok cię błagam: mam-li odejść z radością niebiańską czy też z żalem nieznośnym, którego zgoła przeżyć nie zdołam?…
Tu chwilę czekał odpowiedzi, lecz gdy jej nie było, skłonił głowę tak, że prawie dotykała stóp Krzysinych, i wzruszenie widocznie opanowywało go coraz większe, bo głos mu drgał, jak gdyby piersiom jego brakło oddechu.
– W ręce twoje oddaję szczęście i życie moje. Zmiłowania wyglądam, bo mi ciężko okrutnie…
– Módlmy się o boskie miłosierdzie! – zawołała nagle Krzysia obsuwając się na kolana. (…)
Wyszli znów na ów długi korytarzyk. Ketling spodziewał się, że w drodze otrzyma jakowąś odpowiedź, i patrzył w jej oczy,
ale na próżno. (…) Więc, gdy już drzwi były o kilkanaście kroków, rycerz uchwycił za kraj jej sukni.
– Panno Krystyno! – rzekł – na wszystko, co-ć święte...
Wówczas Krzysia odwróciła się i chwyciwszy tak szybko jego dłoń, że nie miał czasu postawić najmniejszego oporu, przycisnęła ją w mgnieniu oka do ust.
– Miłuję cię z całej duszy, ale nigdy nie będę twoją! – rzekła. I nim zdumiony Ketling zdołał wymówić słowo, dodała jeszcze:
–Zapomnij o wszystkim, co było!…
Po chwili znaleźli się oboje w komnacie. (…)

XIV.

Po wyjściu z zamku Ketling potrzebując zebrać myśli i otrząsnąć się ze zdumienia, w które wprawiło go postępowanie Krzysi, pożegnał ją i Zagłobę zaraz przed bramą, oni zaś oboje udali się z powrotem do gospody. Basia z panią stolnikową już były
od chorej wróciły także i pani stolnikowa przywitała pana Zagłobę następującymi słowy:
– Miałam pismo od męża, któren przy Michale w stanicy dotąd bawi. Zdrowi są obaj i niedługo się tu obiecują. Jest list od Michała do waćpana… (…)
– Chcesz waćpani dobrodziejka posłuchać?
– Owszem, bardzo proszę.
Pan Zagłoba złamał pieczęcie i począł czytać…: „Pierwsze to pismo do was posyłam, ale bogdaj drugiego nie będzie, bo tu i poczty niepewne, i sam personaliter niedługo się między wami stawię. (…) …żaden większy czambuł nie ruszy, zaś i ja tak myślę,
bo miałoby-li co z tego być, to by już było, gdyż trawy od tygodnia zielenieją i jest czym konie popaść. (…) Po permisję już posłałem, która lada dzień nadejdzie, i zaraz ruszę… Pan Nowowiejski zastąpi mnie w stróżowaniu… (…) Bogu i jego przenajświętszej łasce was polecam. (…)” (…)
Krzysia podczas czytania siedziała z zamkniętymi oczyma, odwrócona od światła, było zaś to prawdziwe szczęście, że obecni
nie mogli widzieć jej twarzy, gdyż zaraz poznaliby, że się dzieje coś nadzwyczajnego. To, co zaszło w kościele, a następnie list pana Wołodyjowskiego to były dla niej jakoby dwa uderzenia obucha. (…) Wstała czym prędzej i wyszła do swojej izby, by zejść ludziom z oczu, by nie słuchać rozmowy o Wołodyjowskim i o jego bliskim powrocie. (…)

XV.

Nazajutrz dzień była już Krzysia spokojniejsza, albowiem wśród poplątanych ścieżek i manowców wybrała sobie drogę ciężką niezmiernie, ale nie błędną. Wstępując na nią wiedziała przynajmniej, dokąd dojdzie. (…) …poczęła wstawać do dnia i chodzić
do pobliskiego kościoła Dominikanów w tej nadziei, że któregokolwiek ranka spotka go i rozmówi się z nim bez świadków. Jakoż w kilka dni później spotkała go w samej bramie. (…) …na jego widok rozdarło się na dwoje serce, więc choć każdy krok stanowczy kosztował ją bardzo wiele, bo z natury była nieśmiałą, jednak pierwsza wyciągnęła doń rękę i rzekła:
– Niech waćpana Bóg pocieszy i ześle mu zapomnienie. (…)
– Nie masz dla mnie pociechy ni zapomnienia!… (…)
– Możeć to przyniesie jakowąś ulgę, gdy powiem, że nie będę niczyją… Idę za kratę… Waćpan mnie nigdy nie sądź źle, bom i tak już nieszczęśliwa! (…)
Ketling chciał coś przemówić, ale że cierpiał nad miarę, więc tylko jakieś niewyraźne dźwięku podobne do jęczenia wyszły z jego ust; następnie dotknął palcami Krzysinych skroni i trzymał je tak czas jakiś na znak, że jej przebacza i ją błogosławi. Po czym się rozstali… (…) Krzysia wróciła dopiero w południe, a wróciwszy znalazła znamienitego gościa: był to ksiądz podkanclerzy Olszowski. (…) …przedstawiona prałatowi i ucałowawszy pobożnie jego ręce, usiadła przy Basi, rada, iż nikt na jej twarzy śladu niedawnych wzruszeń nie wyczyta. Tymczasem ksiądz podkanclerzy obsypywał pochwałami pana Zagłobę tak obficie i tak łatwo, iż zdawało się, że coraz nowe ich zapasy wydobywał ze swych fioletowych, poobszywanych koronkami rękawów. (…)

– (…) Zgadujesz waszmość, iż o bliskiej elekcji chcę mówić, wobec której każda censura candidatorum ku czemuś dobremu przywieść może, a cóż dopiero taka, która z ust waszmościowych wypłynie. Słyszałem już między rycerstwem z największym aplauzem powtarzane, że waść nierad owych cudzoziemców widzisz, którzy się na nasz tron wspaniały cisną. (…)
– (…) …quod attinet kandydatów, nieraz mówiłem, że na tych cudzoziemców będzie płakała wolność polska.
– Boję się i ja tego – odparł ksiądz Olszowski – lecz choćbyśmy chcieli jakowegoś Piasta, krew z krwi, kość z kości naszych, obrać, powiedz waszmość, w którą stronę serca nasze zwrócić się mają? (…) Słyszałem o ambitnych zamiarach księcia Bogusława Radziwiłła!…
– Póki tchu w nozdrzech moich, póki ostatnia kropla krwi w piersi – zawołał z siłą głębokiego przekonania Zagłoba – nic z tego! Żyć bym w tak pohańbionym narodzie nie chciał, który by zdrajcę i judasza swego królem w nagrodę kreował! (…)
– Czy jest aby jeden, na którego zgodziliby się wszyscy? Gdzie jest taki, który by od razu tak przypadł rycerstwu do serca, by nikt nie śmiał przeciw wyborowi jego szemrać?… (…)
–Książę Jeremi Wiśniowiecki! – przerwał Zagłoba.
– Tak jest! Ale on w grobie…
– Żyje syn jego! – odpowiedział Zagłoba. Podkanclerzy zamrużył oczy i siedział czas jakiś w milczeniu; nagle podniósł głowę, spojrzał na pana Zagłobę i począł mówić z wolna:
– Dziękuję Bogu, że mnie natchnął myślą poznania waszmości. Tak jest! żywie syn wielkiego Jeremiego, młode i pełne nadziei książę, względem którego ma Rzeczpospolita nie uiszczony dług do spłacenia. (…)
Tu podkanclerzy zamyślił się, po czym wzniósł oczy i dalej mówił:
– Bóg nad wszystkich mocniejszy. Kto wie, jakie są jego wyroki? kto wie? (…)
To rzekłszy ksiądz podkanclerzy począł się zbierać, lecz pan Zagłoba zatrzymał go i rzekł: – (…) …kandydatura księcia Michała bardzo do serca mi przypada, bom jego ojca znał i miłował, i biłem się pod nim wraz z mymi przyjaciółmi, którzy także dusznie się uradują na myśl, że synowi będą mogli okazać tę miłość, jaką dla wielkiego ojca mieli. (…)
– Ulisses, jak mi Bóg miły, czysty Ulisses. (…)
Białogłowy pełne były istotnie podziwu i pan Zagłoba urósł, zwłaszcza w oczach pani Makowieckiej, do pułapu, toteż zaledwie się pokazał, zaraz zakrzyknęła z wielkim zapałem:
– Waćpan Salomona rozumem przeszedł! (…)

Dalszą rozmowę przerwało wejście Ketlinga. (…) Zagłoba spojrzał na niego uważniej.
– Coś ty taki z nóg ścięty?
– Właśnie dlatego, że wyjeżdżam.
– Dokąd?
– Odebrałem listy ze Szkocji, od dawnych przyjaciół ojca i moich. Sprawy moje wymagają, abym się tam udał koniecznie, może
na długo… Żal mi się z waćpaństwem rozstawać, ale – muszę! (…)

XVI.

Jakkolwiek pan Zagłoba przyjął ze zdumieniem wieść o wyjeździe Ketlinga, jednakże nie przyszły mu do głowy żadne podejrzenia… (…) …z żalu już tylko i ciekawości postanowił wybadać bliżej młodego rycerza tak o sam termin wyjazdu,
jak również o to, co przed opuszczeniem Rzeczypospolitej uczynić zamierza. (…)
– Ha! mówiłem ci: ustal się, ożeń, nie chciałaś słuchać. A żonatym będąc, choćbyś wyjechał, to byś wrócić musiał, chybabyś i żonę przez rozbujałe flukta chciał przewozić, a tego nie suponuję. Raiłem ci, cóż! nie chciałeś słuchać! (…) Krzysia jest ci przyjacielem!
– Da Bóg, że i zostanie, chociaż nas morza przedzielą! (…)
– Ketling! chcesz, żebym ja jeszcze, póki czas, spytał?
Ketling pomyślał, że jeśli Krzysia tak bardzo życzyła sobie, aby ich uczucia pozostały w ukryciu, to może będzie rada, gdy się trafi sposobność zaprzeczenia ich otwarcie, więc odrzekł:
– Ja waści upewniam, że to się na nic nie zdało, i sam jestem pewien tak dalece, żem uczynił wszystko, żeby sobie ten afekt
z głowy wybić, ale jeśli waćpan cudu się spodziewasz, to pytaj! (…)
– (…) Co zaś Krzysi tyczy, jeśliś nie próbował, jeśliś nie pytał, to twoja sprawa, ale jeśliś dziewkę rozkochał, a teraz odjeżdżasz powiedziawszy sobie „luna”, to uczciwość swoją, równie jak rozum, lada strawą nakarmić możesz. (…) Kiedy jedziesz?…
– Jak tylko sprawy załatwię. Chciałbym się z Kurlandii ćwierci dzierżawnej doczekać, a dworek ten, w którym mieszkaliśmy, sprzedałbym chętnie, gdyby się kto ochotny do kupna trafił.
– Niech Makowiecki kupuje albo Michał! Na Boga! przecie bez pożegnania się z Michałem nie wyjedziesz?
– Rad bym go z duszy pożegnał! (…)
Ketling wziął w objęcia pana Zagłobę, który rozczulił się istotnie i zaraz gąsiorek kazał podać mówiąc:
– Już też z okazji tego odjazdu co dzień taki jeden wypijem.
I wypili, po czym Ketling pożegnał się i odszedł.

Wino tymczasem podniosło fantazję w panu Zagłobie… (…)
– Ano, pójdę zobaczyć te kozy…
Panny siedziały w izbie po drugiej stronie sieni i szyły. (…) …pan Zagłoba zbliżył się tuż do panienek i wziąwszy się nagle w boki, spytał bez żadnego wstępu:
– Chcesz Ketlinga za męża? (…)
Krzysia przybladła nieco, chociaż z początku sądziła, że pan Zagłoba Basię, nie ją zapytuje; za czym podniosła na starego szlachcica swoje śliczne ciemnoniebieskie oczy.
– Nie! – odrzekła spokojnie. (…)
–Cóż to stan małżeński w taką abominację podało? – pytał dalej pan Zagłoba.
– To nie abominacja, jeno mam do zakonu wolę – odrzekła Krzysia. (…)

XVII.

Po widzeniu się z Zagłobą Ketling był jeszcze u pani Makowieckiej, której oświadczy, iż dla pilnych spraw musi pozostać
w mieście, a może i wyjechać jeszcze przed główną podróżą na kilka tygodni do Kurlandii, że zatem nie będzie mógł podejmować pani stolnikowej nadal osobiście w swym wiejskim dworku. Jednakże błagał ją, by ów dworek chciała, jak i dotąd, uważać
za swoją rezydencję i wraz z mężem i panem Michałem w nim w czasie bliskiej już elekcji zamieszkać. Pani Makowiecka zgodziła się… (…) Po owej rozmowie Ketling zniknął i nie pokazywał się więcej ani w gospodzie, ani później w okolicach Mokotowa,
gdy pani Makowiecka wraz z pannami na wieś wróciła. Lecz jedna tylko Krzysia odczuwała tę nieobecność… (…) Teraz pan Zagłoba był przekonany o pomyślnym spełnieniu się swych najtajniejszych życzeń i z całą swobodą oddał się pracom elekcyjnym… (…) Tymczasem do elekcji było coraz bliżej. (…) Chodziły słuchy, że elekcja będzie burzliwa, bo cały kraj był rozdarty między trzech głównych kandydatów: Kondeusza, księcia Neyburskiego i Lotaryńskiego. Mówiono, że każda partia będzie się starała choćby siłą przeprowadzić swego kandydata. (…) Lecz pan Zagłoba pływał w tym morzu jak ryba. Z chwilą rozpoczęcia sejmu zamieszkał stale w mieście i w dworku Ketlingowym bywał tylko o tyle, o ile zatęsknił czasem za swoim hajduczkiem, lecz że i Basia wielce z powodu Krzysinego postanowienia straciła na wesołości, zabierał ją czasem pan Zagłoba
do miasta, aby się mogła rozerwać i oczy widokiem bazarów rozweselić. (…)

Pewnego razu wracali bardzo późno, bo im cały dzień oglądanie pocztów pana Feliksa Potockiego zajęło. Noc była widna i ciepła; nad łąkami porozwieszały się białe tumany. Pan Zagłoba… zasnął był mocno; drzemał i woźnica, sama tylko Basia nie spała…(…) Nagle do uszu jej doszedł tupot kilku koni. Więc pociągnąwszy pana Zagłobę za rękaw rzekła:
– Jeźdźcy jakowiś sadzą! (…)
Pan Zagłoba zbudził się zupełnie. (…)
– Hej tam! – krzyknął Zagłoba – a czy to nie pan Makowiecki z panem Wołodyjowskim?
– Pan Zagłoba? – ozwał się mały rycerz.
– Michale! (…)
Nastąpiły krótkie zapytania i krótkie odpowiedzi, jako zwyczajnie bywa, gdy się ludzie po długim niewidzeniu spotykają. (…)
– Konie i rzeczy zostawiliśmy na Pradze – mówił pan Makowiecki do Zagłoby – a jeno samoczwart ruszyliśmy, choć i pod noc,
bo i mnie, i Michałowi okrutnie było pilno.
– Wierzę – odrzekł Zagłoba – widziałeś waszmość, jakie to tłumy zjechały się do stolicy? Za rogatkami obozy i bazary stoją,
że i przejechać trudno. Dziwne też rzeczy opowiadają ludzie o tej przyszłej elekcji, które waćpanu w domu sposobnym czasem powtórzę… (…)
Blisko już było do Ketlingowego dworu i po chwili zajechali. Pani stolnikowa i Krzysia spały już… (…) Pan stolnik chciał zaraz iść do żony, ale ona dosłyszała już niezwykły skrzęt i domyśliwszy się, kto przyjechał, w chwilę później zbiegła na dół… (…)

Pan Wołodyjowski spoglądał ustawicznie na drzwi, w których znikła Basia… (…) Weszła wreszcie…, ale sama… (…)
– Wujku! – rzekła – Krzysia trochę niezdrowa i nie przyjdzie, ale prosi, aby wujko choć pode drzwi podszedł, żeby go mogła powitać.
Pan Makowiecki wstał zaraz i wyszedł, a Basia za nim. Sposępniał mały rycerz okrutnie i rzekł:
– Tegom się nie spodziewał, żebym panny Krzysi nie miał dziś ujrzeć. Zali naprawdę chora?
–E! zdrowa – odrzekła pani Makowiecka – ale ona teraz nie do ludzi. (…) Ona do zakonu idzie… (…) W izbie nastało głuche milczenie. (…)

XVIII.

…Zagłobie poczęło… w głowie świtać. Gdyby sekret Krzysi i Wołodyjowskiego był mu znany, wszystko byłoby mu od razu jasne, ale bez tej znajomości istotnie trudno było cośkolwiek zrozumieć. (…) Mały rycerz chodził po komnacie jak zwierz dziki po klatce. (…) Ujrzawszy pana Zagłobę stanął nagle przed nim i założywszy ręce na piersiach, zakrzyknął:
– Powiedz mi waćpan, co to wszystko znaczy?
– Michale! – odrzekł Zagłoba – pomyśl, ile to dziewek co rok do klasztorów wychodzi. Zwyczajna rzecz. Są takie, które wbrew woli rodzicielskiej idą dufając, że Pan Jezus będzie po ich stronie, a cóż dopiero taka, która jest wolna… (…)
– Ona nie jest wolna, bo mi afekt i rękę przed odjazdem przyrzekła!
– Ha! – rzekł Zagłoba – tegom nie wiedział. (…)
– Słuchaj! – rzekł po chwili – rozmów się jeszcze z Krzysią, przedstaw jej swój lament, swoją boleść nieznośną i niech cię Bóg błogosławi. Chybaby w niej było serce z kamienia, gdyby nie miała się nad tobą ulitować. Ale dufam, że tego nie uczyni. (…)
Słowa pana Zagłoby podziałały jak balsam na stroskane serce małego rycerza; nadzieja wstąpiła weń na nowo, oczy wezbrały łzami, długi czas nic mówić nie mógł; dopiero gdy łzy pohamował, rzucił się w ramiona pana Zagłoby i rzekł: (…)
– (…) Ułożyliśmy z nią istotnie, żeby rzecz w tajemnicy została, więc to słusznie, że dziewka mogła jeno dla pozoru o habicie mówić… Jeszcze jakoweś walne argumentum waćpan przytoczyłeś, ale nie mogę sobie przypomnieć. Znacznie mi ulżyło.
– To chodź do mnie albo tu każę gąsiorek przynieść. Po drodze się przygodzi!…
Poszli i pili znacznie do późna.

Nazajutrz przybrał pan Wołodyjowski ciało w piękne suknie, a twarz w powagę, uzbroił się we wszystkie argumenta, które mu
do głowy samemu przyszły, i te, które mu pan Zagłoba poddał, i tak uzbrojony zeszedł do jadalnej izby, gdzie wszyscy zwykle zgromadzali się na śniadanie. Z całej kompanii brakło też tylko Krzysi, lecz i ona nie dała na się długo czekać… (…) Zbliżywszy się do Wołodyjowskiego, podała mu obie ręce, ale nie podniosła nań wcale oczu, i gdy on począł całować z zapałem te ręce, zbladła zaraz bardzo, przy tym nie zdobyła się ani na jedno słowo powitania. (…) Basia, patrząc na to wszystko, umyślnie nagarnęła sobie płową czuprynę, by nikt wzruszenia jej nie dostrzegł, ale nikt na nią nie zwracał w tej chwili uwagi; wszyscy spoglądali na tamtą parę i nastało kłopotliwe milczenie. Przerwał je pierwszy pan Michał.
– Noc mi w smutku i niepokoju zeszła – rzekł – bom wszystkich wczoraj widział prócz waćpanny i takie mi okrutnie wieści o niej powiedziano, że mi do płakania więcej niż do snu było.
Krzysia słysząc tak otwartą mowę przybladła jeszcze mocniej…
– Musimy się w tej materii rozmówić, ale teraz o nic nie będę więcej pytał, żebyś się waćpanna uspokoić i ochłonąć mogła. (…)
Na koniec uczestnicy wstali. Wówczas Wołodyjowski zbliżył się natychmiast do Krzysi i rzekł:
– Muszę z waćpanną sam na sam pomówić.
Po czym podał jej ramię i wyprowadził ją do przyległej izby… (…)

– Krzysiu! – ozwał się wreszcie łagodnym głosem. – Zali ci konfuzja przeszła? Możeszże mi spokojnie i przytomnie odpowiadać? (…)
– Mogę – odrzekła cicho. (…)
– Krzysiu! – rzekł Wołodyjowski – godziż to się deptać po szczęśliwości ludzkiej, jako ty po mojej depcesz? Gdzie twoje słowo, gdzie nasza umowa? Jać z Bogiem wojny prowadzić nie mogę, ale to ci naprzód powiem, co pan Zagłoba wczoraj do mnie powiedział, że habit nie powinien być z krzywdy ludzkiej zszywany. (…) Krzysiu najmilsza, mój przyjacielu, moje kochanie wybrane, powiedz mi, skąd się to wzięło. Wymień mi swoje racje równie szczerze, równie otwarcie, jak ja ci swoje racje i swoje prawa przytaczam: dochowaj mi wiary, nie ostawiaj mnie samego jeno z nieszczęściem. (…)
– (…) Wiem, jaką waćpanu krzywdę czynię, i to mnie boli tak okrutnie, że ot! rady dać sobie nie mogę!…
To rzekłszy Krzysia rzuciła się przed Wołodyjowskim na kolana. (…) Wołodyjowski podniósł w jednej chwili przemocą biedną płaczkę i posadził ją na powrót na sofie, sam zaś począł chodzić jak błędny po komnacie. Czasami stawał nagle i pięści do skroni przykładał, to znów chodził, na koniec stanął przed Krzysią. (…)
– (…) Krzychna! Myślałem, że po wiek będziesz moja, a teraz nic, nic! Co się z tobą stało? Kto ci serce odmienił? Krzysiu, toćże ja ten sam!… I tego nie wiesz, że dla mnie to gorszy cios niż dla innego, bom ja już jedno kochanie stracił. Jezu, co ja jej powiem, żeby jej serce poruszyć?… (…)
– Nie mogę, nie mogę! – odpowiedziała Krzysia. Na to pan Wołodyjowski poszedł do okna i głowę do zimnej szyby przyłożył. Długi czas stał tak bez ruchu, na koniec odwrócił się i postąpiwszy parę kroków ku Krzysi rzekł bardzo cicho:
– Bądź waćpanna zdrowa! Nic tu po mnie. Oby ci było dobrze, jako mnie będzie źle! Wiedz o tym, że ci usty zaraz odpuszczam,
a jak Bóg da, to ci i sercem odpuszczę… (…)
To rzekłszy ruszył wąsikami, skłonił się i wyszedł. (…)

Z tej komnaty wąski korytarzyk prowadził do jego izby; w korytarzyku owym, przy schodach do panieńskiej kwatery, Basia zastąpiła małemu rycerzowi drogę.
– Niech waćpana Bóg pocieszy i odmieni Krzysine serce! – zawołała drgającym od łez głosem. (…) …porwał go gniew szalony, gorycz wezbrała w piersi, więc zawrócił się i stanął przed niewinną Basią ze zmienioną i pełną szyderstwa twarzą.
– Przyrzecz waćpanna Ketlingowi rękę – rzekł chrapliwie – rozkochaj go, a potem podepcz, rozedrzyj mu serce i idź do klasztoru!
– Panie Michale! – zawołała ze zdumieniem Basia.
–Wygódź sobie, zakosztuj pocałowań, a potem idź pokutować!… (…)
…wzburzyła się w niej natychmiast prędka jak płomień duszka, policzki rozgorzały, rozdęły się różowe nozdrza i bez chwili namysłu zawołała potrząsając płową czupryną:
– Wiedz waćpan, że dla Ketlinga nie ja idę do klasztoru!
To rzekłszy skoczyła na schody i znikła sprzed oczu rycerza. (…) A on… zabiegł krwią, chwycił się za szablę i zakrzyknął strasznym głosem:
– Gorze zdrajcy!
I w kwadrans później pędził do Warszawy, aż wiatr wył mu w uszach, aż grudki ziemi leciały stadem spod kopyt jego konia.

XIX.

Ujrzeli go odjeżdżającego stolnikostwo, a także pan Zagłoba, i niepokój ogarnął wszystkie serca, więc pytali się wzajemnie oczyma, co się stało i dokąd jedzie? (…) Wtem otworzyły się drzwi i do pokoju wpadła jak wicher Basia, wzburzona, blada
i zatkawszy oczy palcami, tupiąc zarazem na środku izby jak małe dziecko zaczęła piszczeć:
– Rety! ratujcie! Pan Michał pojechał zabić Ketlinga! (…)
– Gadaj! – krzyknął potrząsając nią Zagłoba. – Skąd wiesz? Dlaczego przez ciebie?
– Bom mu w złości powiedziała, że oni się miłują, że Krzysia dla Ketlinga idzie za kratę. (…)
Pan Zagłoba, nieprzywykły czasu w takich wypadkach tracić, wypadł na podwórzec i natychmiast kazał zaprzęgać do karabona. (…) Tymczasem nadbiegł z biczem czeladnik, a pani stolnikowa zdołała jeszcze wynieść Basi szubkę i kołpaczek, bo dzień był chłodny. Po czym ruszyli. (…)
– Skąd ty wiesz – rzekł – o tym, coś o tamtych dwojgu Michałowi powiedziała?
– Ja wszystko wiem! (…)
Tu zamyślił się pan Zagłoba, po chwili zaś mruknął:
– Szelma, nie dziewczyna! Michał od raka oczu pożyczył, żeby taką dla tamtej kukły spostponować!
Tymczasem dojechali do miasta… (…) Naprzód więc udali się na dwór hetmana wielkiego. Tam powiedziano im, że Ketling właśnie tego ranka ma wyjechać w zamorską podróż, Wołodyjowski zaś był rozpytując się o niego, ale gdzie się udał, nikt nie wiedział. (…) Pan Zagłoba kazał nawrócić ku obozowi, ale i tam nie można było złapać języka. (…) Tymczasem zapadła noc,
a że o gospodzie nie było co i myśleć, musieli wracać do domu. (…) Serca zabiły im na widok światła w oknach, bo pomyśleli,
że może Wołodyjowski już wrócił. Tymczasem przyjęła ich sama stolnikowa niespokojna bardzo i stroskana. Dowiedziawszy się, że wszelkie poszukiwania na nic się nie przydały, zalała się rzewnymi łzami i poczęła wyrzekać, że brata już więcej nie obaczy; Basia zawtórowała jej zaraz w lamentach, również Zagłoba nie mógł sobie dać rady ze strapienia. (…) Nikt nie spał w całym domu. Myśl, że Ketling może już jest trupem, strachem napełniała ich serca. (…) Krzysia i Basia zeszły z panieńskiej izby
do jadalnej komnaty. Tam całe towarzystwo poczęło odprawiać modlitwy… (…)

Noc jednak zeszła bez wieści o małym rycerzu. Świtaniem… pan Zagłoba ruszył po raz drugi do miasta. (…) Tymczasem czeladź
z rozkazu pana stolnika pakowała z wolna łuby do drogi. (…) Pod wieczór łuby były gotowe, tak że od biedy można było tegoż samego dnia wyruszyć. Ale pan Makowiecki czekał jeszcze wieści od Zagłoby. (…)
– Przejdźmy do bawialni – rzekł wreszcie stolnik. – Niepodobna już tu wytrzymać. (…)
–Jedzie ktoś! – zawołała Basia. (…) Basia i stolnik porwali się na równe nogi i wybiegli; stolnikowej poczęło bić serce, ale została z Krzysią… (…) Jakieś głosy dały się słyszeć w sieni i po chwili do komnaty wpadła jak huragan Basia z tak zmienioną twarzą,
jak gdyby ujrzała widmo. (…) …drzwi otwarły się i weszli przez nie naprzód stolnik, potem Wołodyjowski, na koniec Ketling.

XX.

Ketling był tak zmieszany, że ledwie zdołał skłonić się nisko paniom, po czym stanął nieruchomie, z kapeluszem przy piersiach…; Wołodyjowski zaś uścisnął po drodze siostrę i zbliżył się do Krzysi. …wziął łagodnie jej rękę i do ust przycisnął; po czym ruszał czas jakiś wąsikami, jakby zbierając myśli, na koniec ozwał się z wielkim smutkiem, ale i z wielkim spokojem:
– Moja mościa panno albo lepiej: moja Krzysiu kochana! (…) Już się wszystko wydało, że wy się z Ketlingiem miłujecie. (…) Najstarsi ludzie mówią, że przeciw sercu i hetmański rozkaz na nic. (…) Tak miłować… żeby dla siebie wszystkiego chcieć,
nie sztuka. (…) Daj ci Boże, Krzysiu, szczęście z Ketlingiem!… Amen… (…) Mnie trocha boli, ale to nic… (…)
– Ketling, bywaj bracie! – krzyknął Wołodyjowski.
Ketling zbliżył się, klęknął, otworzył ręce i w milczeniu, w największej czci i miłości objął kolana Krzysi. A Wołodyjowski począł mówić przerywanym głosem:
– Ściśnij mu głowę! Nacierpiało się chłopisko też… Boże wam błogosław!… Nie pójdziesz do klasztoru… wolę, że mnie będziecie błogosławić, niż żebyście mieli przeklinać… Pan Bóg nade mną, choć mi teraz ciężko…
Basia, nie mogąc wytrzymać dłużej, wypadła z izby, co spostrzegłszy pan Wołodyjowski zwrócił się do stolnika i siostry:
– Idźcie do drugiej izby – rzekł – a ich ostawcie… Ja sobie też pójdę gdzie indziej, bo trocha sobie przyklęknę i Panu Jezusowi się polecę…

I wyszedł. W pół korytarzyka spotkał przy schodach Basię… (…)
– Czego waćpanna płaczesz? – zawołał żałośnie. (…)
– Tak mi żal!… O dla Boga! o Jezu!… Pan Michał taki zacny, taki poczciwy!… O dla Boga!…
Wówczas on schwycił jej ręce i począł całować z wdzięczności i rozrzewnienie.
– Bóg ci zapłać! Bóg ci zapłać za serce! – rzekł. (…)
– Głupia Krzysia! ja bym wolała jednego pana Michała niż dziesięciu Ketlingów! Ja pana Michała kocham z całej siły… lepiej
niż ciotkę, lepiej… niż wujka… lepiej niż Krzysię!…
– Dla Boga! Basiu! – zawołał mały rycerz. (…)
Tymczasem zaturkotała bryczka i pan Zagłoba wpadł do sieni, następnie do jadalnej izby, w której siedzieli stolnik z żoną.
– Nie ma Michała – krzyknął jednym tchem. – Szukałem wszędzie! Pan Krzycki mówił, że widział ich z Ketlingiem! Pewno się bili!
– Michał jest – odpowiedziała pani stolnikowa – przywiózł Ketlinga i oddał mu Krzysię! (…)
– Życia nie starczy na wdzięczność Michałowi! – rzekł wreszcie Ketling. – Jego to dzieło szczęście nasze! (…)
Krzysia osunęła się w objęcia pani stolnikowej i poczęły płakać obie. (…) …w tej chwili wbiegła Basia, bardziej zadyszana
niż zwykle, przyskoczyła do Ketlinga i Krzysi i podsuwając palec to jednemu, to drugiemu do oczu, poczęła wołać:
– Aha! dobrze! wzdychajcie, kochajcie się! żeńcie! Myślicie, że pan Michał sam zostanie na świecie?! Otóż nie, bo ja się za niego machnę, bo go kocham i sama mu to powiedziałam. Pierwsza mu to powiedziałam, a on spytał, czy go chcę, a ja mu powiedziałam, że go wolę od dziesięciu innych, bo go kocham i będę najlepszą żoną, i nie odstąpię go nigdy, i będziem razem wojowali. Ja go
z dawna kochałam, chociażem nie mówiła nic, bo on najzacniejszy i najlepszy, i kochany… (…)
…wtem we drzwiach ukazał się za Basią Wołodyjowski.
– Michale! – spytał stolnik, gdy przytomność głos mu wróciła – zali to prawda, co my słyszym?
Na to mały rycerz z powagą wielką:
– Bóg cud uczynił i to jest moja pociecha, moje kochanie, mój skarb największy! (…)

XXI.

On ją kochał okrutnie, a ona jego, i dobrze im było razem, tylko chociaż czwarty rok już żyli ze sobą – dzieci nie mieli. Natomiast gospodarowali zawzięcie. Wołodyjowski zakupił za swoje i Basine sumy kilka wiosek w pobliżu Kamieńca… W tych majętnościach ład i rygor wojskowy wprowadzał, niespokojną ludność w kluby brał, popalone chaty wznosił… (…) Sława jego imienia najlepszą była jego majętności ochroną. (…) Mienie jego przy pomocy dzielnej niewiasty rosło. Otoczyła go cześć i miłość ludzka. (…) Znojne lato roku 1671 zastało państwa Wołodyjowskich w dziedzicznej Basinej wsi Sokole. (…) Podejmowali oni tam huczno
i dworno pana Zagłobę, któren na trudy podróży ni na wiek swój niezwykły nie bacząc, przybył do nich w odwiedziny… Wszelako szumne gody i radość z drogiego gościa gospodarzy wkrótce zostały zerwane rozkazem hetmańskim nakazującym Wołodyjowskiemu objąć komendę w Chreptiowie, tamże nad granicą mołdawską… (…) Rozdzierało się wszelako jego serce
na myśl rozstania się z żoną, bo ją tak kochał, i miłością męża, i ojca, że prawie dychać bez niej nie mógł… Lecz ona upierała się
z nim jechać.
– Pomyśl – mówiła – jeżeli bezpieczniej będzie mi pozostać niźli tam, pod osłoną wojska, przy tobie zamieszkać? Nie chcę ja innego dachu, jako twój namiot, bom po to za ciebie poszła, by się z tobą i niewczasem, i trudem, i niebezpieczeństwy podzielić. (…)
Widząc Wołodyjowski taki afekt, chwycił żonę w ramiona i chciwie pocałunkami różową twarz jej okładać począł, ona zaś oddawała mu wet za wet. (…)
– Co się stanie z tobą, to się stanie i ze mną. Nie chcę innego losu, jeno takiego, który tobie przypadnie… (…)
– Niepodobieństwo to jest, abyśmy mieli zaraz wszyscy jechać, boć tam szczera pustynia i dachu kawałka nad głową
nie znajdziem. Pojadę ja naprzód, miejsce na majdan opatrzę, fortalicję grzeczną zbuduję i domy dla żołnierzy…; dopieroż wam tu eskortę przystojną przyślę i przyjedziecie. (…)
Basia chciała protestować, ale pan Zagłoba uznawszy słuszność słów Wołodyjowskiego rzekł:
– Co mądrze, to mądrze! (…)

XXII.

Wołodyjowski słowa dotrzymał; we trzy tygodnie z budynkami się uładził i eskortę znamienitą przysłał: stu Lipków z chorągwi pana Lanckorońskiego i stu Linkhauzowych draganów… (…) Lipkom przewodził setnik Azja Mellechowicz, który się z Tatarów litewskich wyprowadzał, człek bardzo młody, bo ledwie dwadzieścia kilka lat wieku liczący. Ten przywiózł list od małego rycerza, który pisał do żony, co następuje:

„Sercem ukochana Baśko! Jużże przyjeżdżaj, bo bez ciebie jako bez chleba i jeśli do tego czasu nie uschnę, to ci on różany pysio ze szczętem zacałuję. Ludzi przysyłam nieskąpo i oficyjerów doświadczonych, ale prym we wszystkim oddawajcie panu Snitce
i do kompanii go przypuszczajcie, bo to jest bene natus i posesjonat, i towarzysz; a Mellechowicz dobry żołnierz, ale Bóg wie kto. (…) Pan Snitko opowie ci, jak tu żyjemy. Bogu… cię polecam, duszo ty moja myłeńkaja.”

Basia po przeczytaniu listu oddała go panu Zagłobie… (…) Mellechowicza przy czytaniu listu nie było… Zagłoba miał jednak czas przypatrzyć mu się i mając świeżo w głowie słowa Wołodyjowskiego, rzekł do Snitki:
– Radziśmy waćpanu! proszę!… Pan Snitko… znałem!… (…) Ale ten Mellechowicz wilkiem jakoś patrzy. Pisze Michał, że to człek niepewnego pochodzenia… (…) Skądże on jest, ten Mellechowicz?
– Powiada się Tatarem litewskim, ale to dziw, że go żaden z Tatarów litewskich poprzednio nie znał, choć właśnie w ich chorągwi służy. (…) Pod Bracławiem i pod Kalnikiem siła posług oddał, dla których go pan hetman setnikiem mianował… (…)
Basia znikła za drzwiami, a pan Zagłoba odsapnął i spytał pana Snitkę:
– No, a jakże się waści pani pułkownikowa udała? Marcypan, co? – rzekł Zagłoba.
Tymczasem „marcypan” ukazał się znów we drzwiach, wiodąc za sobą Mellechowicza, nastroszonego jak dziki ptak… (…)
– Prosim, chodź acan bliżej! – ozwał się pan Zagłoba. (…)
Tymczasem podano obiad. Resztę dnia zajęły ostatnie przygotowania do drogi, ruszono zaś nazajutrz skoro świt, a nawet w nocy jeszcze, aby jednym dniem stanąć w Chreptiowie. (…)

Jakoż za Kitajgrodem wjechali zaraz w duże bory, którymi wówczas tamta strona po większej części była pokryta. (…) Często przychodziło Basi i panu Zagłobie wysiadać z karabonu, bo chociaż Wołodyjowski przetarł jako tako drogę, przejazdy jednak bywały niebezpieczne. (…) Jeśli jednak jary posępne czyniły wrażenie, natomiast górny kraj, nawet tam gdzie ciągnęły się bory, wesoło otwierał się przed oczyma karawany. Pogoda była jesienna, cicha. (…) Październik dobiegał do połowy dni swoich… (…) W miarę jak zbliżali się do Uszycy, kraj stawał się nierówniejszy, puszcza głuchsza, a jary głębsze. (…) Nie obyło się też
i bez wypadku. Pod Mellechowiczem, jadącym na czele Lipków, związał się koń na pochyłości jaru i zwalił się na dno kamieniste nie bez szwanku dla jeźdźca, który tak silnie rozciął sobie sam wierzch głowy, że aż przytomność na czas pewien go odbiegła. Basia z Zagłobą przesiedli się zaraz na podwodne dzianety, Tatara zaś kazała młoda pani komendantowa ułożyć na karabonie
i wieźć ostrożnie. (…) On leżał czas jakiś z zamkniętymi oczyma, w końcu jednak otworzył je, a gdy pochylona nad nim Basia poczęła wypytywać, jak mu jest, zamiast odpowiedzi chwycił jej rękę i przycisnął do swych zbielałych warg. (…) W takim pochodzie zeszedł im cały dzień. Słońce poczerwieniało wreszcie i przetoczyło się ogromne na multańską stronę; Dniestr począł świecić jak ognista wstęga, a ze wschodu, od Dzikich Pól, nadciągała z wolna pomroka.

Chreptiów nie był już zbyt daleko… (…) …na przeciwległym wzgórzu ukazało się pięciu jeźdźców. Lipkowie rozstąpili się im zaraz.
–Michał! – krzyknęła Basia widząc pędzącego na czele. I rzeczywiście był to Wołodyjowski, który w kilka koni na spotkanie żony wyjechał. Skoczywszy do siebie, poczęli się witać z wielką radością, a następnie opowiadać sobie, co się im wzajemnie przez czas rozłąki przygodziło. (…) Podczas tej rozmowy rozkochany pan Michał przechylał się co chwila z kulbaki i brał młodą żonę
w ramiona… (…) Wjechali w lasek, lecz nim dojechali do połowy, na drugim jego końcu ukazał się rój świateł niby rój czerwi świętojańskich albo gwiazd migotliwych! (…) Byli to żołnierze, którzy biegli Baśkę powitać. (…) Wnet otoczyły Basię tłumy twarzy wąsatych, groźnych, nieco dzikich, ale rozpromienionych radością. (…) Wyszli ją witać z miłości dla Wołodyjowskiego, chcąc mu sprawić radość… Ta uśmiechnięta, słodka i niewinna twarz z błyszczącymi oczyma i rozdętymi chrapkami stała im się drogą
w jednej chwili. (…) Karawana wytoczyła się wreszcie z lasku i wnet oczom nowo przybyłych ukazały się potężne drewniane budowle, kręgiem na wzgórzu powznoszone. Była to stanica chreptiowska… (…) Konwój pozostał teraz w tyle, a na przodku jechała Basia mając z jednej strony męża, a z drugiej pana Zagłobę. (…) Wołodyjowski rozochocił się bardzo i oficerów tudzież towarzystwo zaprosił na wieczerzę do siebie, a dla żołnierzy rozkazał wytoczyć jedną i drugą beczułkę palanki. (…)

XXIII.

Pan Wołodyjowski nie próżnował w swojej stanicy, a i ludzie jego żyli w ustawicznej pracy. Sto, czasem mniej ludzi zostawało
na załodze w Chreptiowie, reszta była w ustawicznych rozjazdach. Najznaczniejsze oddziały odkomenderowane były
do przetrząsania jarów uszyckich, i te żyły jakoby w wojnie ustawicznej, kupy bowiem zbójeckie, częstokroć liczne bardzo, silny dawały opór i nieraz trzeba było z nimi staczać formalne bitwy. (…) Tymczasem Basia rozgospodarowywała się w Chreptiowie. Cieszyło ją niezmiernie owo życie żołnierskie, któremu nigdy nie przypatrywała się dotąd tak blisko… (…) …zwiedzała
w towarzystwie męża i pana Zagłoby okolice Chreptiowa… (…) Żołnierze z każdym dniem kochali Basię więcej, bo się też troszczyła o ich jadło i napitek, doglądała chorych i rannych. Nawet ponury Mellechowicz… rozjaśniał się na jej widok. (…) Wielka karność panowała zawsze w komendzie, bo Wołodyjowski, w szkole księcia Jeremiego wychowan, umiał trzymać żelazną ręką żołnierzy, ale przecie obecność Basi złagodziła jeszcze nieco dzikie obyczaje. (…) Gdy w listopadzie wieczory uczyniły się dłuższe, a od szerokiego stepu był spokój, bo trawy więdły, w domu pułkownika zbierano się codziennie. (…)

XXIV.

Mellechowicz z wolna przychodził do zdrowia, ale… …nagle zaszedł wypadek, który zwrócił nań powszechną uwagę. (…)
Oto Kozacy pana Motowidły chwycili Tatara… (…) Przybywał on z tamtej strony Dniestru i miał ze sobą listy od Kryczyńskiego
do Mellechowicza. Pan Wołodyjowski zaniepokoił się tym bardzo i zaraz zawołał starszyznę na naradę.
– Mości panowie… (…) …Mellechowicza ja nie od dawna znam… Oto jednak ludzie pana Motowidły złowili Tatarzyna, który list
od Kryczyńskiego do Mellechowicza przywiózł, a nie wiem, czy waściom wiadomo, kto jest Kryczyński?
– Jakże! – rzekł pan Nienaszyniec. – Kryczyńskiego znałem osobiście, a teraz go wszyscy ze złej sławy znają. (…) Z takim to człowiekiem Mellechowicz w praktyki wchodzi, a najlepszym dowodem ten list… (…) Tu… pułkownik rozwinął karty listu…
i czytać począł: „Wielce miły duszy mojej bracie! Posłaniec twój dostał się do nas i pismo oddał… (…) …Bóg sprawi, że wszystko będzie dobrze i że dokażesz, czego zechcesz. My się tu z Morawskim, Aleksandrowiczem, Tarasowskim i Grocholskim często naradzamy, a do innych braci pisujemy… (…) Tajemnicy pilno przestrzegaj, bo broń Boże, aby za wcześnie się wydało. (…) Kryczyński.”
Pan Wołodyjowski skończył i… rzekł:
– Tarasowski, Morawski, Grocholski i Aleksandrowicz, wszystko to dawni rotmistrze tatarscy i zdrajcy. (…)
– Zdrada jawna; tu nie ma nad czym deliberować – rzekł pan Muszalski. (…) Naprzód należy nam Panu Bogu podziękować, iż tak haniebne praktyki się odkryły, a potem sześciu draganów wykomenderować z Mellechowiczem i kulą w łeb! (…)
Na to Wołodyjowski:
– Naprzód należy Mellechowicza wybadać, a potem panu hetmanowi o tych praktykach dam znać… (…)
Wtem inni poczęli wołać:
– Niechże nam stanie do oczu ów taki syn, ów przedawczyk i zdrajca! (…)
Pan Snitko… wyszedł spiesznie… Po chwili wrócił prowadząc młodego Tatara, któren widocznie nic o złowieniu Lipka jeszcze
nie wiedział, bo wszedł śmiało. (…)

– Mellechowicz! – rzekł Wołodyjowski utkwiwszy w Tatara bystre swe źrenice – znasz pułkownika Kryczyńskiego? (…)
– Znam! – odrzekł.
– Czytaj! – rzekł mały rycerz podając mu list znaleziony przy Lipku. Mellechowicz począł czytać i nim skończył, spokój wrócił mu na lica.
– Czekam rozkazu – rzekł zwracając list.
– Jak dawno zdradę zamierzyłeś i jakich masz tu w Chreptiowie wspólników? (…)
– (…) …mam ich w mojej robocie dwóch: jeden jest pan podstoli nowogrodzki, Bogusz, a drugi pan hetman wielki koronny. (…)
…Kryczyński, Morawski, Tworowski, Aleksandrowicz i wszyscy inni do ordy przeszli i siła już złego ojczyźnie uczynili, ale szczęścia w nowej służbie nie znaleźli. Może też i sumienie ich ruszyło, dość, że im się i służba i miano zdrajców przykrzy. Pan hetman dobrze o tym wie i panu Boguszowi, a także i panu Myśliszewskiemu polecił na powrót ich pod chorągwie Rzeczypospolitej spraktykować, pan Bogusz zaś mnie do tego użył i porozumiewać mi się z Kryczyńskim rozkazał. Mam w kwaterze listy od pana Bogusza, które okazać mogę, a którym lepiej od moich słów wasza miłość uwierzysz.
– Idź z panem Snitką po owe listy i przynieś je natychmiast. (…)
…wrócił Mellechowicz i podał Wołodyjowskiemu list Bogusza.
Mały rycerz począł czytać… (…)
– Na miły Bóg! czemużeś nikomu słowem nie wspomniał? – zakrzyknął Wołodyjowski.
– Waszej miłości chciałem wszystko powiedzieć, alem nie miał jeszcze kiedy, bom po owym szwanku chorował… (…)
– Dowody twojej cnoty są tak oczywiste, że i ślepy by ich zaprzeczyć nie mógł – rzekł mały rycerz. (…) Przyjdźże dziś do mnie
na wieczerzę. (…)

Mellechowicz uścisnął podaną mu rękę i skłonił się po raz trzeci. (…) Po czym wyszedł z izby. (…) …siedział z owym przysłanym Lipkiem w swojej kwaterze i rozmawiali po cichu. (…)
– Halim, słuchaj! – szeptał Mellechowicz.
Effendi – odrzekł posłaniec.
– Powiedz Kryczyńskiemu, że mądry, bo w piśmie nie było nic, co by mnie mogło zgubić. Powiedz mu, że mądry. Niech nigdy wyraźniej nie pisuje… Oni mi teraz będą jeszcze bardziej ufali… wszyscy! sam hetman, Bogusz, Myśliszewski, tutejsza komenda – wszyscy! Słyszysz? (…) Ale naprzód w Raszkowie muszę być, a potem tu wrócić.
Effendi, młody Nowowiejski cię pozna.
– Nie pozna. Widział mnie już pod Kalnikiem, pod Bracławiem i nie poznał. (…) Z Raszkowa dam ci znać. Niech Kryczyński będzie gotów i blisko się trzyma. (…) Ogień mię pali, w nocy sen ode mnie ucieka… Gdyby nie ona, byłbym zmarł…
– Błogosławione jej ręce. (…)

XXV.

Ksiądz Kamiński, za młodych lat żołnierz i kawaler wielkiej fantazji, siedział pod starość w Uszycy i parafię restaurował.
Ale że kościół był w zgliszczach, a parafian brakło, zajeżdżał ów proboszcz bez owieczek do Chreptiowa… (…) Wysłuchawszy…
z uwagą opowieści pana Muszalskiego, w kilka wieczorów później tak ozwał się do zgromadzonych:
– (…) Chwali się to panu Muszalskiemu, że prostego człeka braterską miłością pokochał. (…) Lecz co innego jest miłość prywatna, a co inszego generalna jednej nacji ku drugiej, którą to generalną pan nasz Zbawiciel nie mniej pilnie obserwować nakazał. (…)
– Mój jegomość – odrzekł pan Zagłoba – trudno nas przekonasz, abyśmy Turczyna, Tatara lub innych barbarów miłować mieli… (…) Jegomość dziś szatki duchowne nosisz, a za młodu bijałeś rebelizantów, jakośmy słyszeli, wcale niezgorzej...

–Bijałem, bom był powinien, jako żołnierz… (…) Miałem pod swoją komendą sto ludzi z chorągwi pana Niewodowskiego i często luzem chodząc, z nimim palił, ścinał, wieszał… (…) Raz dano znać do naszej komendy, że hultajstwo pana Rusieckiego w jego fortalicji oblega. Posłano mnie z moimi ludźmi na ratunek. Przyszedłem za późno. (…) Napadłem jednak na chłopstwo pijane
i znacznie wyciąłem, część się tylko w zbożu zataiła; tych kazałem żywcem brać, by ich dla przykładu obwiesić. Ale gdzie?…
w całej wsi nie zostało ani jednego drzewa… (…) Co robić? Biorę ja moich jeńców i idę. (…) Idę milę, idę dwie – step i step, choć kulą potoczyć. (…) Na wzgórku maluchnym krzyż przecie został, duży, dębowy, niedawno widać uczyniony, bo drzewo nic jeszcze nie sczerniało i świeciło się przy zorzy, jakoby z ognia. (…) …na krzyżu ich nie będę wieszał! Ale zrozumiałem, że ucieszę oczy Chrystusowe, gdy w jego obliczności każę tych, którzy tyle krwi niewinnej przelali, pościnać… (…) Byli między nimi starzy, siwi chłopi i pacholęta! Pierwszy tedy, którego przyprowadzono, mówi: „Przez mękę Pańską, przez tegoż Chrystusa, pomiłuj panie!”
A ja na to: „Po szyi go!” Dragon ciął i ściął… Przyprowadzono drugiego, ten to samo: „Przez tego Chrystusa miłosiernego pomiłuj!” A ja znów: „Po szyi go!” To samo z trzecim, czwartym, piątym; było ich czternastu, a każdy mię przez Chrystusa zaklinał…
Już i zorze zgasły, gdyśmy skończyli. Kazałem ich położyć kręgiem koło stóp krzyża… Głupi! Myślałem, że tym widokiem Syna Jedynego udelektuję… (…) Że to już ciemność uczyniła się zupełna, postanowiłem zostać na nocleg, chociaż ognisk nie było
z czego rozpalić. Noc Bóg dał ciepłą, więc moi ludzie radzi pokładli się na derach, ja zaś poszedłem sobie jeszcze pod krzyż,
u nóżek Chrystusowych zwyczajnie pacierze odmówić i miłosierdziu jego się polecić. A myślałem, że modlitwa moja tym wdzięczniej zostanie przyjęta, że mi dzień zeszedł w pracy i w takich uczynkach, które za zasługę sobie poczytywałem. Często się utrudzonemu żołnierzowi przytrafia, że począwszy wieczorne pacierze, uśnie. Trafiło się to i mnie. Dragoni widząc, jakom klęczał z głową opartą o krzyż, rozumieli, żem się w pobożnych rozmyślaniach zatopił, i żaden mi ich przerywać nie chciał; moje oczy zaś zaraz się przymknęły i sen dziwny zeszedł na mnie od tego krzyża. (…) …śpiąc twardo, widziałem jakoby na jawie całą mękę Pańską… Na widok tedy opresji Baranka niewinnego skruszało we mnie serce, śluzy puściły mi się z oczu i żałość zdjęła mnie niezmierna… (…) …podniosłem oczy ku górze (…) i cóż widzę? Oto Pan nasz spogląda na mnie surowie, brwi marszczy i nagle wielkim głosem tak odrzecze: (…)

Zalim to nie nakazał miłości nawet dla nieprzyjaciół i przebaczania win, a wy, jakoby wściekłe zwierza, wnętrzności targacie sobie wzajem. Na co ja patrząc mękę nieznośną cierpię. Ty zaś sam, któryś mnie chciał odbijać, a potem do Rzeczypospolitej zapraszał, cóżeś uczynił? Oto trupy tu naokół krzyża mego leżą i krew obryzgała mu podnóże, a przecie byli nimi niewinni, pacholęta młode, albo ludzie zaślepieni, którzy rozgarnienia nijakiego nie mając za innymi jako głupie owce poszli. Miałżeś
nad nimi miłosierdzie, sądziłżeś ich przed śmiercią? Nie! Kazałeś ich wszystkich pościnać i jeszcześ myślał, że mnie tym ucieszysz. Zaprawdę, co inszego jest karcić i karać, tak jako ojciec syna karze, tak jako starszy brat młodszego karci, a co inszego mścić się, sądu nie dawać, miary w karaniu i okrucieństwie nie znać. (…)
– Panie! – zawołałem – zali oni lepsi od nas? Kto największe okrucieństwa czynił? Kto pogan sprowadzał?…
– Miłujcie ich nawet karząc – odrzekł Pan – a wówczas bielmo spadnie z ich oczu, zatwardziałość ustąpi z serc i miłosierdzie moje będzie nad wami. (…) Jeśli zaś miarę w zawziętości przebierzecie, tedy nie będzie ani dla jednych, ani dla drugich zmiłowania… (…)
– Panie, co ja mam czynić, aby grzechy moje zmazać?
Na to Pan rzekł:
– Idź, powtarzaj słowa moje, głoś miłość!
Po tej odpowiedzi sny moje znikły. Że to noc latem krótka, obudziłem się już o brzasku i cały rosą okryty. Spojrzę: głowy wiankiem około krzyża leżą, jeno już posiniałe. Dziwna rzecz, wczoraj radował mnie ten widok, dziś zgroza mię chwyciła, zwłaszcza na widok głowy jednego pacholęcia lat może siedmnastu, które nad miarę było piękne. Kazałem żołnierzom pogrześć przystojnie ciała pod tym samym krzyżem i odtąd – byłem już nie ten. (…) Odtąd począłem głosić miłość. Ale towarzystwo
i oficyjerowie śmieli mi się w oczy: „A coś to (prawią) ksiądz, żebyś nam nauki dawał? (…)” Słowem, nikt mnie nie słuchał.
Więc po beresteckiej wdziałem te oto szatki duchowne, aby z większą powagą słowo i wolę bożą ogłaszać. (…) Mości panowie, miłujcie nieprzyjaciół waszych, karzcie ich, jako ojciec karze, karćcie jako brat starszy karci, inaczej gorze im, ale gorze i wam, gorze całej Rzeczypospolitej. (…)

Pan Nienaszyniec słuchał z wielkim wzruszeniem mowy księdza Kamińskiego, aż mu pot wystąpił na czoło, potem tak ozwał się wśród powszechnego milczenia: (…) …co do miłości generalnej, o której tak wymownie mówił ksiądz Kamiński, przyznaję,
że w ciężkim grzechu dotąd żyłem, bo jej we mnie nie było i nie starałem się, żeby ją mieć. Teraz ksiądz jegomość nieco mi oczy otworzył. Bez szczególnej jednak łaski boskiej ja tej miłości w sercu nie znajdę, bo pamięć okrutnej krzywdy w nim noszę, którą krzywdę pokrótce tu opowiem. (…) Matka umierając poleciła mej opiece siostrę. Halszka jej było na imię. Nie miałem żony, dzieci, więc miłowałem oną dziewczynę jak źrenicę oka. Była dwadzieścia lat młodsza ode mnie i na rękum ją nosił. Po prostu:
za dzieckom własne ją uważał. Potem poszedłem na wyprawę, a ją ogarnęła orda. (…) Znalazłem ją w Bachczysaraju. Była
przy haremie, nie w haremie, bo miała dopiero dwanaście lat. Nie zapomnę nigdy, Halszko, tej chwili, kiedym cię odnalazł, jakoś mię za szyję objęła, jakoś mię w oczy całowała! Ale cóż! Pokazało się, że mało było tego, com przywiózł. Dziewka była piękna. Jehu-aga, któren ją porwał, trzy razy tyle żądał! (…) W moich oczach kupił ją na targu wielki Tuhaj-bej, ów wróg nasz przesławny, któren chciał ją ze trzy lata przy haremie potrzymać, a później żonę swą z niej uczynić. Wracałem do kraju włosy rwąc. Po drodze dowiedziałem się, że w jednym ałusie przymorskim przemieszkuje jedna z żon Tuhaj-beja z jego ulubionym synalkiem, Azją… (…) …postanowiłem małego Azję porwać, a potem za moją dziewczyninę go wymienić. Ale sam tego uczynić
nie mogłem. (…) Jednak niemało po stepach włóczy się mołojców, którzy tylko własnej korzyści patrzą i dla łupu wszędy iść gotowi. Tych zebrałem kupę znaczną. (…) Azję porwałem, z nim łupy znamienite. Pościg nas nie dognał i dostaliśmy się szczęśliwie na Dzikie Pola, skąd chciałem do Kamieńca zdążyć, by zaraz rozpocząć przez kupców tamecznych układy. Rozdzieliłem wszystkie łupy między mołojców, sobie tylko Tuhajowe szczenię zostawując. (…) Blisko już Kamieńca skusiła ich nadzieja bogatego za Azję okupu.
W nocy napadli na mnie jak wilcy, sznurem dusili za szyję, nożami popruli ciało, wreszcie, mając mnie za zdechłego, porzucili
w pustyni, a sami z dzieckiem uszli. Bóg mi zesłał ratunek i wrócił zdrowie; ale moja Halszka przepadła na wieki. (…) Jakem się później dowiedział… na moich zbójów inna kupa zbójów napadła, która ich w pień wycięła. Ci wraz z łupami i dziecko porwać musieli. (…) Dzieciak, nie wiem, czy miał trzy lata. Ledwie wiedział, że Azja było mu imię. Alebym go był poznał, bo miał nad każdą piersią rybę wykłutą i siną barwą napuszczoną. (…)

Dalszą rozmowę przerwało wejście pana Lelczyca, któren rankiem na podjazd przez Wołodyjowskiego wysłany, teraz właśnie
z niego powracał.
– Panie komendancie – rzekł zaraz we drzwiach – u Sierocego Brodu, po multańskiej stronie, kupa jakowaś leży i ku nam zamyśla.
– Co za ludzie? – spytał pan Michał.
– Łotrzykowe. Jest trochę Wołoszy, trocha Węgrzynów, a najwięcej luźnej ordy, razem ze dwieście ludzi.
–To ci sami, o których miałem wiadomość, że po wołoskiej stronie plądrowali – rzekł Wołodyjowski. – (…) Pan Motowidło
i Mellechowicz będą od północka gotowi. Stadko wołów na przynętę podegnać, a teraz do kwater. (…)

XXVI.

Luźne watahy, które trudniły się rozbojem po obu stronach Dniestru, składały się z ludzi wszelkich narodowości okoliczne kraje zamieszkujących. (…) Głównym celem ich napadów były staniczne stada wołów i koni, które nawet w zimie nie schodziły
ze stepów, same sobie pożywienia pod śniegami szukając. (…) Widywano niektóre do pięciuset głów liczące. Przywódcy ich przybierali tytuł bejów. (…) Jakoż drugi podjazd przywiózł wiadomość, że składała się ona z czterystu przeszło głów pod wodzą Azba-beja, słynnego grasanta, który od kilku lat napełniał postrachem i polską, i multańską stronę. Ucieszył się pan Wołodyjowski, gdy dowiedział się, z kim będzie miał do czynienia, i zaraz stosowne wydał rozkazy. (…) Basia asystowała
z bijącym sercem wyjściu wojsk, jako że miała to być jej pierwsza większa wyprawa, i rosło jej owo serce na widok sprawności tych starych wilków stepowych. (…) Więc wielka ochota wstąpiła w jej serce, aby w tych łowach wziąść udział. (…) Ruszyli jednak dopiero we trzy godziny po wyjściu pierwszych chorągwi, bo tak był całe dzieło pan Michał ułożył. (…) …wjechali
w okolicę tu i owdzie chaszczami pokrytą. Do brzasku było już niedaleko, ale tymczasem uczyniło się ciemniej, bo księżyc zaszedł. Od ziemi poczynał też wstawać lekki opar i przesłaniać dalsze przedmioty. (…) …zrobił się pierwszy brzask. (…)

Wtem z bliższej kępy wychylił się nagle jeździec na koniu.
– Pana Motowidły? – spytał Wołodyjowski, gdy semen osadził konia tuż przy nim.
– Tak jest, wasza miłość!
– Co słychać?
– Przeszli Sierocy Bród; potem kierując się na ryk wołów poszli ku Kałusikowi. Woły pobrali i stoją na Jurkowym polu. (…)
– Dobrze – rzekł Wołodyjowski – ja wiem; ruszaj do pana Motowidły i każ zamykać. A pojedynczych ludzi niech rozsypie na pół drogi od pana Mellechowicza. (…)
Rozwidniło się tymczasem zupełnie. (…) Lecz dalszą rozmowę przerwał pan Wołodyjowski, który ukazawszy na dość znaczne wzniesienie odległe na kilka stai, rzekł:
– Tam staniem… (…)
U stóp tej ściany, wysokiej na kilkadziesiąt łokci, rosły dość gęsto wąskim pasem chaszcze, dalej zaś ciągnął się step niski, równy, którego z tej wysokości ogromną przestrzeń mogli objąć oczyma. (…)
– Widzisz – rzekł do Basi Wołodyjowski – to nieprzyjaciel się tam przytaił. (…)
– Prędko do nich zjedziem?
– Nam ich tu przygnają, ale mamy czas, bo do owej kępy będzie z ćwierć mili. (…)
Tymczasem słońce poranne wstało nad step i powlokło chłodnym, bladozłotym światłem całą równinę. (…)
– Podkomorska z borku wychodzi – ozwał się pan Wołodyjowski – widzę ludzi i konie! (…) Jest i Mellechowicz! (…) I pana łowczego przemyskiego ludzie nadjeżdżają. Nikt dwóch pacierzy nie uchybił.
Tu wąsiki jego poruszyły się żywo.
– Noga nie powinna ujść! Na koń teraz!
Szybko zwrócili się ku dragonom i skoczywszy na kulbaki, zjechali bokiem ze wzniesienia między rosnące w dole chaszcze,
gdzie znaleźli się wśród semenów pana Motowidły. (…)

Nieprzyjaciel dojrzał widocznie zbliżającą się podkomorską chorągiew, bo w tejże chwili sypnęły się z gęstwiny rosnącej
w środku równiny kupy jezdnych, tak jakoby kto stado sarn ruszył. (…) Dojechawszy do półkępy, poczęli iść prędzej lekkim cwałem. Naraz gdy pierwsze szeregi sięgnęły otwartego stepu, wstrzymały nagle konie, a z nimi zatrzymała się cała wataha. Oto dojrzeli ciągnący z tej strony oddział Mellechowicza. Wówczas zatoczyli półkolem w bok od kępy i oczom ich przedstawiła się
w całej pełni przemyska chorągiew idąca już rysią. Teraz stało się dla nich jasnym, że wszystkie chorągwie wiedzą o nich i jadą na nich. (…) Przestrzeń dzieląca jednych i drugich poczęła się zmniejszać z przerażającą szybkością. (…) Wtem mały rycerz wysuwa się z gęstwiny, a jednocześnie podkomorska, przemyska i lipkowska, zamykając krąg koła, zganiają rozproszonych
ku środkowi znów w jedną kupę. Próżno ordyńcy szukają na pojedynkę wyjścia, próżno się kręcą, zabiegają w prawo, lewo, naprzód, w tył, koło już zwarte, więc i wataha zbija się mimo woli coraz ciaśniej, a wtem nadbiegają chorągwie i rozpoczyna się straszliwe łomotanie. (…) Basia ruszyła wraz z semenami, piszcząc cienkim głosem dla dodania sobie fantazji… (…) Naprzód dostrzegła łby końskie, za nimi rozpalone a dzikie twarze; jedna z nich błysnęła przed nią tuż, tuż; Basia cięła zamaszyście
i twarz znikła nagle, jakby była widziadłem. (…) Lecz tłok uczynił się tak srogi, że Wołodyjowski nakazał Basi cofnąć się
wraz z kilkoma ludźmi z zamętu, zwłaszcza że półdzikie konie ordyńców jęły gryźć i wierzgać. (…) Cofając więc z wolna konia, wkrótce znalazła się za kołem walczących, zaś pan Michał i pan Motowidło, uwolnieni od pilnowania, mogli wreszcie dać zupełną swej ochocie żołnierskiej folgę. (…) Trzech dragonów istotnie nadjechało dla pilnowania Basi, co widząc pan Muszalski rozpuścił konia i skoczył. (…) Niewieścia natura odzywała się w niej coraz silniej. (…) Krzyki rozpaczliwe wstrząsały powietrzem, a Basi, niedawno jeszcze tak pełnej zapału, uczyniło się jakoś mdło i słabo. (…) Świeże powietrze wracało jej z wolna siły i animusz… (…)

Nagle kupka grasantów licząca może dwudziestu jeźdźców wyrwała się z morderczego koliska i poczęła biec jak wicher
ku wzgórzu. (…) Ale na ich drodze stała z trzema dragonami Basia. (…) Stary wachmistrz… chwycił ręką za cugle Basinego dzianecika, zawrócił go ku ucieczce i krzyknął desperackim niemal głosem:
– W konie, jasna pani!
Basia pomknęła jak wicher, ale sama; wierni trzej żołnierze stanęli murem na miejscu, by choć przez chwilę powstrzymać nieprzyjaciela i dać kochanej pani czas odsadzenia się na większą odległość. (…) Basia potrzebowała tylko zatoczyć kołem
w stronę Chreptiowa, by się pozbyć pogoni… (…) Dzianet jej wyciągnął się jak sarna, wiatr świszczał jej w uszach i zamiast strachu ogarnęło ją pewne uczucie upojenia. (…) Lecz zaledwie dzianet przebiegł z szybkością jaskółki kilkanaście kroków,
gdy… nie dość zmarznięta jeszcze ziemia obsunęła mu się spod nóg i runął w szczeliną wraz z Basią. (…) Padła… na gruby pokład mchu wyściełającego niby futrem dno szczeliny, ale wstrząśnięcie było tak silne, że zemdlała. Wołodyjowski nie dojrzał wypadku, bo mu horyzont przesłaniali Lipkowie, natomiast Mellechowicz… dobiegłszy do jaru stoczył się na łeb w dół. W mgnieniu oka zeskoczył z kulbaki i porwał Basię w ramiona. (…) W tej chwili jednak tętent licznych koni rozległ się echem z wysokiego stepu
i zbliżał się coraz bardziej. (…) W minutę później Wołodyjowski skoczył na dno jaru,… porwał omdlałą żonę na ręce… (…) W kilka minut przyszła zupełnie do siebie. (…)
– Nic mi! – odrzekła Basia. – Aha! widzę teraz, że mnie zamroczyło, bo koń się ze mną opsnął… Zali to już po bitwie?
– Już. Azba-bej usieczon. (…)
– Pierwszy dostrzegł cię pan Mellechowicz i pierwszy ratował, bo myśmy za nim pędzili – odrzekł Wołodyjowski. Basia usłyszawszy to zwróciła się do młodego Lipka i wyciągnęła do niego rękę.
– Dziękuję waćpanu za życzliwość.
On nic nie odrzekł, tylko przycisnął do ust jej rękę… i zaraz wszyscy ruszyli do Chreptiowa. (…)

XXVII.

W Chreptiowie nad wszelkie spodziewanie zastali państwo Wołodyjowscy gości. Przybył pan Bogusz… (…) Do pana Bogusza przyłączył się stary pan Nowowiejski z córką Ewą, wreszcie pani Boska, osoba stateczna, również z córką, młodziuchną jeszcze
i bardzo urodziwą panną Zosią. (…) …mały rycerz, który już był powitał pana Bogusza i pana Nowowiejskiego, przysunął się
do pani Boskiej. (…) …pani Boska rzuciła się… na kolana, a urodziwa Zosia poszła za jej przykładem i obie, zalawszy się rzewnymi łzami, poczęły wołać:
– Ratuj, rycerzu! miej litość nad sierotami! (…)
– (…) Mówże waćpani, w czym mogę pomoc swoją okazać, a jako Bóg na niebie, nie omieszkam! (…)
Wówczas pani Boska skinęła na Zosię, ta zaś wydobyła prędko zza stanika list i podała go małemu rycerzowi. Ów spojrzał
na pismo i rzekł:
– Od pana hetmana!
Po czym rozerwał pieczęć i czytać począł:

„Mnie wielce miły i kochany Wołodyjowski! Przez pana Bogusza z drogi posyłam ci mój szczery afekt i instrukcje, które pan Bogusz personaliter ci oznajmi. (…) Pana Boskiego, kawalera wielkiej zacności i najmilszego towarzysza, orda ogarnęła temu kilka lat pod Kamieńcem. Żonę jego i córkę w Jaworowie przytuliłem, ale im serca płaczą, tej za mężem, a tej za ojcem. (…) Piotrowiczowi pilno tę sprawę poleć i przykaż, żeby bez Boskiego nie wracał, a pobratymców wszystkich porusz. (…) Na Boga,
od Wołoszy pilno nasłuchujcie, bo ponoć wielka nawała nas nie minie. (…)” (…)

Tymczasem, nim pan Michał skończył, wbiegła Basia, już przybrana w szatki niewieście, i widząc łzy w oczach kobiet, poczęła troskliwie dopytywać, o co chodzi. Więc pan Michał przeczytał raz jeszcze list hetmański, ona zaś, wysłuchawszy go uważnie,
z zapałem natychmiast poparła hetmańskie i pani Boskiej prośby. (…)
– Pozwólcie waćpaństwo – rzekł Wołodyjowski – radźmy, co nam czynić przystoi. Owóż słuchajcie: mam wiadomość z Kamieńca, że za dwie niedziele najdalej przyjedzie tu Piotrowicz z licznym pocztem. Jedzie on do Krymu za wykupnem kilku kupców ormiańskich… (…) Dam tedy Piotrowiczowi listy i do rezydentów Rzeczypospolitej, i do moich pobratymców. (…) Mam przeto nadzieję, że jeśli, co daj Boże, pan Boski żyw, to za parę miesięcy niechybnie go wydostanę, jako mi to pan hetman i moja
tu obecna bliższa komenda (tu Wołodyjowski skłonił się żonie) przykazuje… (…)
– Trzeba będzie prędko do pana Ruszczyca posłać – rzekła Basia – żeby pan Piotrowicz zastał już listy gotowe w Raszkowie. (…)
Tymczasem, nim podano wieczerzę, otworzyły się drzwi i wszedł Mellechowicz. Pan Nowowiejski nie spostrzegł go od razu,
bo zagadał się z panem Zagłobą, natomiast spostrzegła go Ewka i płomienie uderzyły jej na twarz, a potem zbladła nagle. (…)
W tej chwili pan Nowowiejski podniósł głowę i nadzwyczajne zdumienie odbiło się na jego obliczu.
– Dla Boga! co ja widzę! – rzekł.
Po czym wstał, poszedł wprost przed Mellechowicza i zakrzyknął:
– Azja! A ty tu co robisz, hultaju?! (…) Mości komendancie! to mój człowiek, i do tego zbieg! W moim domu od małego!… (…) Ewa! kto to jest? Gadaj!
– Azja! – rzekła, drżąc cała, panna Ewa. (…) Oficerowie stanęli kołem. (…)
– Panie komendancie – rzekł Nowowiejski – to znaczy, że to jest mój człowiek imieniem Azja – i zbieg. Służąc z młodych lat wojskowo na Ukrainie, znalazłem go półżywego w stepie i przygarnąłem. To Tatarczuk. Chował się przez dwadzieścia lat w domu moim i uczył się razem z synem. Gdy syn uciekł, ów wyręczał mnie w gospodarstwie, póki mu się amorów z Ewuchą nie zachciało, co ja spostrzegłszy kazałem go wychłostać; on zasię potem zbiegł. Jak on się tu zwie?
– Mellechowicz!
– To sobie przybrał przezwisko. On zwie się Azja, nic więcej! (…)
– Mellechowicz, co ty na to? – spytał Wołodyjowski. Tatar wbił oczy w ziemię i milczał. (…)
– Co tu innych dowodów szukać! – rzekł Nowowiejski. – Jeśli to mój człowiek, to ryby ma siną barwą na piersiach wykłute!
Usłyszawszy to pan Nienaszyniec otworzył szeroko oczy i usta, następnie porwał się za głowę i zakrzyknął:
– Azja Tuhaj-bejowicz! (…) To mój jasyr! To Tuhaj-bejowicz! Na Boga! to on!
A młody Lipek podniósł dumnie głowę, powiódł swym żbiczym wzrokiem po zgromadzeniu i nagle rozerwawszy żupan na swojej szerokiej piersi rzekł:
–Ot, ryby siną barwą wykłute!… Jam jest syn Tuhaj-beja!…

XXVIII.

Umilkli wszyscy, tak wielkie wrażenie uczyniło imię strasznego wojownika. Onże to przecie wespół z groźnym Chmielnickim całą Rzecząpospolitą potrząsał; on wylał morze krwi polskiej; on Ukrainę, Wołyń, Podole i ziemie halickie kopytami końskimi stratował, zamki i grody poburzył, wsie ogniem nawiedził, dziesiątki tysięcy ludzi w jasyr wziął. Syn takiego człowieka stał oto teraz przed zgromadzeniem w chreptiowskiej stanicy… (…)
– Ów szlachcic (tu wskazał na Nowowiejskiego) prawi, że ja jego człek, a ja mu na to rzeknę, iż rodzic mój na koń
siadał po grzbiecie lepszych od niego… Prawdę zresztą mówi, żem u niego był, bom był, i pod jego puhą grzbiet mi krwią spłynął, czego nie zapomnę… Mellechowiczem nazwałem się, żeby jego pościgu uniknąć. Ale teraz, choć mogłem do Krymu zbiec, tej ojczyźnie krwią i zdrowiem służę, więc niczyj ja, jeno hetmański. Mój ojciec chanom pokrewny i w Krymie bogactwa a rozkosze mię czekały; ja zaś tu zostałem we wzgardzie, bo tę ojczyznę miłuję i pana hetmana miłuję, i tych miłuję, którzy mi nigdy kontemptu nie okazali.
To rzekłszy skłonił się Wołodyjowskiemu, schylił się przed Basią tak nisko, iż głową dotknął niemal jej kolan, zresztą
nie spojrzawszy na nikogo więcej wziął szablę pod pachę i wyszedł. (…)
– Panie Nowowiejski – rzekł nagle Zagłoba – żebyś tak waćpan był wiedział, że to Tuhaj-bejowicz, może byś tego… może byś tak… co?
– Kazałbym mu zamiast trzysta – tysiąc trzysta puh dać. Niech mnie piorun trzaśnie, jeślibym tego nie zrobił! Moi mości panowie! Dziwno mi to, że on, będąc Tuhaj-bejowym szczenięciem, do Krymu nie zbiegł. Chyba że się niedawno o tym dowiedział, bo u mnie nic nie wiedział. Dziwno mi to, powiem, ale dla Boga, nie ufajcie-że mu! Toć ja go dawniej od ichmościów znam i powiem tylko tyle: diabeł nie jest tak przewrotny, wściekły pies nie tak zapalczywy, wilk mniej zawzięty i okrutny od tego człowieka. Jeszcze on nam tu wszystkim sadła za skórę zaleje! (…)

Mellechowicza na wieczerzy nie było. Siedział w swojej izbie i grzał sobie na ogniu gorzałkę z miodem, którą następnie przelewał do mniejszej blaszanki i popijał przegryzając sucharem. Pan Bogusz przyszedł do niego późną już nocą, aby się z nim o nowinach rozmówić. (…)
– Mój Azja! – rzekł po chwili pan Bogusz – nie neguję, że oni mogą się w twojej krwi i sławie Tuhaj-bejowej kochać, chociaż oni są nasi Tatarzy, a Tuhaj-bej był naszym wrogiem. (…) Żeby jednak twoja Tuhaj-bejowa krew dawała ci prawo rozkazywać wszystkim Tatarom, do tego słusznych racji nie widzę.
Azja czas jakiś milczał, potem wsparł dłonie na udach i rzekł:
– To ja wam powiem, panie podstoli, dlaczego Kryczyński mnie słucha i inni mnie słuchają. (…) Ja pomyślał o tym, że gdyby mi pan hetman wolę a prawo dał, tak ja by nie tylko tych rotmistrzów wrócił, ale pół ordy na usługi hetmańskie postawił. (…) A gdy się między ałusami rozgłosi, że ja z mocy pana hetmana wołam, że Tuhaj-beja syn woła, tedy tysiące tu staną. (…) Byłby na Ukrainie naród tatarski, jako jest kozacki! Kozakom przyznaliście i przywileje hetmana, czemu byście nam nie mieli przyznać? (…) Teraz waćpan licz: Ukraina spokojna, kozactwo w ryzie utrzymane, od Turka zasłona, kilkadziesiąt tysięcy wojska więcej – ot, com pomyślał – ot, co mnie do głowy przyszło, ot, dlaczego mnie Kryczyński, Adurowicz, Morawski, Tworowski słuchają – ot, dlaczego, gdy krzyknę, pół Krymu na one stepy się zwali! (…) Beze mnie by się ta rzecz stać nie mogła, bom ja syn Tuhaj-beja, a od Dniepru do Dunaju nie masz głośniejszego między Tatary imienia. (…) Mówią, że z wiosną wielka wojna z sułtańską potencją nastanie,
ale pozwólcie mi jeno, a ja takiego waru między tatarstwem nagotuję, że sam sułtan ręce poparzy.
– Dla Boga! ktoś ty jest, Azja? – wykrzyknął pan Bogusz.
A ów podniósł głowę:
– Przyszły hetman tatarski! (…) Waćpan sam widzisz, że to wielkie rzeczy; jedź do pana hetmana, a żywo! Przedstaw mu, niech mi da na piśmie, a ja o stany nie będę dbał. Hetman ma duszę wielką, hetman będzie wiedział, że to i moc, i rada! Powiedz hetmanowi, żem Tuhaj-beja syn, że ja jeden to uczynić mogę… (…)
Pan Bogusz nie spostrzegł się nawet, że Azja mówił tonem rozkazującym, jakby już był hetmanem i swemu oficerowi wydawał polecenia. (…)
– (…) Zaraz pojutrze ruszę, jeno wypocznę nieco, a teraz idę już, bo późno i w głowie mi szumi jak we młynie. Ostawaj z Bogiem, Azja... W skroniach mnie łupie, jakobym się upił... Ostawaj z Bogiem, Azja… W skroniach mnie łupie, jakobym się upił… Ostawaj
z Bogiem, Azja, synu Tuhaj-bejowy!
Tu pan Bogusz uścisnął wychudzoną dłoń Tatara i zawrócił się ku drzwiom… (…)

XXIX.

Atoli Basia od rana nazajutrz odbywała naradę z mężem i panem Zagłobą, jak by dwa serca kochające się i uciśnione połączyć. (…)
– Najlepiej – mówił Zagłoba – namówić starego Nowowiejskiego, żeby dziewki ze sobą do Raszkowa nie brał, że to i chłody już idą, i droga nie całkiem bezpieczna; natenczas młodzi często się tu ze sobą będą widywać i rozamorują się w sobie do reszty.
– A to jest wyborna myśl! – zawołała Basia. (…)
– Jak Nowowiejski wyjedzie, będzie im lepiej – rzekł mały rycerz – bo przy nim nijak byłoby się im widywać, zwłaszcza że Azja starego nienawidzi. Ale gdyby mu stary Ewkę oddał, może by przepomniawszy dawnych uraz poczęli się wzajem miłować jako teść z zięciem. (…)
Dalszą rozmowę przerwał pan Bogusz, który wpadł jak bomba i zaledwie zdążywszy ucałować Basine ręce począł krzyczeć:
– A niech tego Azję kule biją! (…) Wiecie waćpaństwo, cośmy wczoraj robili? (…) Historię Rzeczypospolitej. To po prostu wielki człowiek. Sam pan Sobieski się zdumieje, gdy mu Azjowe myśli przedłożę. Wielki człowiek, powtarzam acaństwu i żałuję,
że więcej nie mogę powiedzieć, bo jestem pewien, że zdumielibyście się, jako ja się zdumiałem. Tyle mogę powiedzieć, że jeśli to się uda, co on zamierza, wówczas Bóg wie gdzie zajdzie!
– Na ten przykład! – rzekł Zagłoba. – Hetmanem zostanie? (…)
– A ja waści powiadam, że Azja wieki człowiek!
–Mówiłam! – rzekła Basia zwracając się ku drzwiom, przez które poczęli wchodzić inni goście stanicowi. Weszła więc naprzód pani Boska z modrooką Zosią i pan Nowowiejski z Ewką… (…)


MARZEC – 25. [Kraków]


["WYCIECZKA DO ATEN"] – odczyt w Krakowie
…Wyjeżdżając ze Stambułu do Aten na francuskim statku „Donnai”, miałem przed sobą najpiękniejszy widok, jaki w świecie mieć można. (…) Pobliski brzeg azjatycki zalany był światłem; Bosfor i Złoty Róg wyglądały jak olbrzymie ogniste wstęgi, a Pera, Galata i Stambuł, ze swymi wieżami, z kopułami i minaretami meczetów, tonęły w złocie i purpurze. „Donnai” zwrócił dziób
ku morzu Marmara i począł burzyć z lekka wodę przeciskając się ostrożnie wśród natłoku statków parowych, żaglowców, łodzi, łódek i kaików. (…) Minęliśmy przylądek, za którym wznosi się Stary Seraj. Pera, Galata i Stambuł poczęły zlewać się w jeden spiętrzony ogród, którego krańców oko nie sięga. (…) Z morza Marmara już tylko największe budowle rozróżnić można gołym okiem; więc prócz Starego Seraju – część murów Jedykuły z siedmiu wieżami, świętą Zofię, Sulejmanje i wieżę Seraskieratu. (…) Miasto zdaje się tonąć. (…) Statki pocztowe wychodzące wieczorem ze Stambułu stają o brzasku w Dardanelach, a świtaniem wychodzą na Archipelag. Jesteśmy więc w Dardanelach. (…)

Tymczasem wjechaliśmy na Archipelag
(Morze Egejskie), na owo morze przesławne, o którym starożytni Grecy mówili, że jest obrazem nieba, bo tak samo jest usiane wyspami jak niebo gwiazdami. Prawdopodobnie dlatego dali mu nazwę Arcymorza. Wkrótce ujrzeliśmy przed sobą skały Lemnos, pierwszej wyspy, którą dostrzega się po wyjściu z przesmyku. Nieco na północ rysowała się również wyraźnie perłowa Imbro, z drugiej strony, bliżej azjatyckiego brzegu, Tenedos. (…) Przez cały dzień
nie powiał najmniejszy wiatr. Statek szedł jakby po jeziorze, toteż pokład roił się od podróżnych. (…) Noc na Archipelagu równie jest piękna jak dzień. Takie noce zwał Homer „ambrozyjskimi”. Stopy wysp obwijają się w mgłę leciuchną, ale księżyc bieli szczyty gór; zresztą żadnej chmurki na niebie – a morze całe w szlakach srebrnych. (…) …o pierwszym brzasku śruba przestaje huczeć
i nagła ta cisza budzi wszystkich. Ubrawszy się wypadamy pośpiesznie na pokład – Pireus – Attyka! (…)

Droga z Pireus, wysadzana po obu stronach platanami, idzie wśród tak zwanej równiny attyckiej, którą skrapia, a raczej mógłby skrapiać – Cefizus. (…) Po lewej ręce, w kierunku Zatoki Eleuzyjskiej, widzisz góry Dafni i Poikilon, po prawej miodonośny Himetes i Pentelikon, który dziś jeszcze, jak i dawniej, dostarcza Atenom marmurów. (…) Główna droga idzie do dworca kolei, leżącego
na końcu ulicy Hermesa, ale w pobliżu miasta powóz skręca na prawo i wjeżdżamy na bulwar wysadzany pieprzowymi drzewami. Wówczas na stromej skale dostrzegasz szereg złotawych kolumn połączonych wyszczerbionymi architrawami. (…) Drogman siedzący na koźle odwraca się i mówi:
– Akropolis!
Bliżej góry, na Ceramiku, wznosi się świątynia Tezeusza, stosunkowo najlepiej zachowana ze wszystkich pamiątek starożytnego świata. Potem co krok jakieś szczątki: mury pelazgickie, skały Pnyksu, grota Sokratesa i inne, wyglądające spośród skał czarnymi otworami na światło dzienne. Pod samą górą krawędź wiszaru zasłania linie Partenonu; widzisz natomiast cały bezład ruin Odeonu Heroda i teatru Bachusa. (…) …powóz mija aż nadto szybko te półboskie głazy – i nagle jesteśmy w nowym mieście, w nowych Atenach. (…)

Wjeżdżałem do miasta koło Akropolu i Olimpionu przez bulwar panhelleński, który jest jedną zieloną wstęgą. (…) Uniwersytet,
a zwłaszcza Akademia Sztuk Pięknych, ma wspaniałe i harmonijne kształty greckiej świątyni. (…) Bogatszą część miasta, to jest bliższą placu Konstytucji i pałacu królewskiego – zatem bulwar panhelleński, bulwar uniwersytecki, ulicę Stadin i wiele przyległych, aż do placu Zgody – zbudowali bogacze greccy… (…) …na ulicy Hermesa i w części handlowej miasta roją się tłumy, ale pełno ich i w bogatych dzielnicach. Odos Stadin, przy której mieszkałem, jest modnym miejscem przechadzek… (…)

…pójdźmy… na Akropol… (…) Idzie się wężowatą drogą pod górę zarośniętą agawami i kaktusami. (…) Droga zakręca się raz jeszcze, wchodzisz schodami na górę i jesteś w Propyleach, przez które obejmujesz okiem całe szczytowe płaskowzgórze. (…)
…pierwszym wrażeniem, jakie się otrzymuje po przejściu Propylei – jest wrażenie katastrofy. (…) …siedzisz, patrzysz na to kamienne uroczysko, na zatopione w świetle marmury Partenonu i Erechtejonu… (…) I oto są stopniowe wrażenia, przez jakie się przechodzi na Akropolu. Gdy jesteś tam na miejscu, działają one tak silnie, że nikomu do głowy nie przyjdzie otworzyć drukowany przewodnik i szukać w nim szczegółów. (…) Aż trudno uwierzyć, żeby ludzie mogli stworzyć taką górę arcydzieł… (…)

W samym mieście i w jego okolicach jest jeszcze nieco zabytków godnych uwagi, jako to: stoa Adriana, stoa Attala, Agora, wieża wiatrów, mała kapliczka Lisikrata, łuk Adriana i pomnik Filopaposa, wreszcie odkryty przed niedawnymi czasy cmentarz Hagia Triada, na którym można widzieć kilka pięknych, nawet bardzo pięknych grobowców. (…)

Oto dawne miasto klęsce uległo i leży w gruzach, ale geniusz miasta stworzył zbyt wiele, aby ludzkość mogła kiedykolwiek zapomnieć, ile mu winna. (…) Więc gdy powiem, że Grecję dzisiejszą odbudowali Homer, Milcjades, Leonidas, Temistokles, Fidias, Perikles i inni bohaterowie lub geniusze tej miary, nie będzie to figurą retoryczną, ale dziejową prawdą. Pracując dla sławy swego narodu, pracowali, nie wiedząc o tym, dla jego odrodzenia – i tacy nieśmiertelni agenci sprawili, że Grecja żyje. (…)

SIERPIEŃ - [Bad Gastein]


["ZEMSTA RABINA przez Edwarda Siebeckera. Przełożył z francuskiego X. X."]
Przełożona przez Henryka Sienkiewicza humoreska ukazała się 05 września 1887 r. w „Słowie” nr 196.]
Spożywszy sumiennie w knajpce dwa knackwursty, porcję nóg wołowych i zapiwszy trzema kuflami piwa (razem 50 fenigów) pan porucznik Otto von Haeringshaff, którego pułk stał garnizonem w Strassburgu, udał się do swej kwatery, gdzie znalazł list
od matki. (…)

„Drogi Ottonku! Wszystko składa się jak najgorzej i jeśli tak potrwa, siostry twoje umrą pannami. (…) Twój nieboszczyk ojciec… zgrzeszył przez dumę. Poświęcił wszystkie pieniądze, które przyniosła mu wojna francuska, na odnowienie naszego rodzinnego zamku… (…) Wczoraj Żyd Mayerle przychodził po raz dziesiąty po te trzy tysiące talarów, które jeszcze ojciec twój nieboszczyk przed sześciu laty pożyczył. (…) Słuchaj! Widok tego Żyda poddał mi pewną myśl. We Francji bywa to często, że synowie najpierwszych rodzin żenią się z bogatymi Żydówkami. Żydzi są wprawdzie przeklęci, ale o Żydówkach nasza Biblia nie wspomina. (…) Powiadają, że Mayerle ma pięć milionów, i sam wiesz, że cały handel śledziami z Bałtyku idzie przez jego ręce. (…) Posyłam ci jego list do rabina Kahna. Poleca cię bardzo… (…) Frieda von Haeringshaff.” (…)

W kilka dni później porucznik Otto… zajechał uroczyście do wioski Lobsaun, …przywiązał konia przy furcie i wszedł
na dziedziniec. Rabbi zajęty był rozmową z kilkoma przyjaciółmi… (…) …porucznik kiwnąwszy głową oddał mu list Mayerlego, sam zaś zwrócił oczy na werandę, z której dochodziły wesołe śmiechy kobiece. Kilka kobiet otaczało tam młodą dziewczyną, która stojąc na stole zawieszała girlandy ze złoconego papieru między słupami werandy. (…) Dziewczyna była cudna. Stojąc
na czele ze wzniesionymi rękoma i podaną naprzód piersią, mogła służyć za model dla rzeźbiarza. (…) Była to Sarah… Rabbi czytał list, a porucznik Otto von Haeringshaff oka nie spuszczał z cudnego zjawiska i byłby długo patrzył, gdyby wreszcie Rabbi nie przerwał jego zachwytu.
– Panie hrabio! – rzekł stary Żyd. – Nie mogę panu dać żadnej odpowiedzi bez naradzenia się z osobą, o którą głównie chodzi. (…) Zostaw mi pan jednak swój adres, a ja przyniosę panu odpowiedź do Strassburga. Porucznik przyłożył palce do czapki, …wreszcie zrobił lewo w tył i odszedł, jak przyszedł, prosty, sztywny, zapięty, wypięty.

Przez kilka dni cała starszyzna z Lobsaun była w ruchu. Konferencje odbywały się kolejno, to u proboszcza katolickiego,
to u pastora, to u komendanta Brauna. (…)
– Jak to, rabinie Dawidzie – mówił na wszystkich konferencjach stary komendant – masz sposobność poniżyć nieprzyjaciela, pomścić twego Szmula, któremu te szelmy skradli woły, a samego zabili pod pozorem, że je dostawiał armii francuskiej,
i nie chcesz z tej sposobności skorzystać? (…)
Wskutek podobnych przemówień i pogróżek Reb Dawid pojechał na koniec do Strassburga. (…)

* * *


„Najdroższa i szlachetna mamo! W tej chwili wyszedł ode mnie Żyd Dawid, który przyniósł mi odpowiedź. Ta miła wnuczka powiada, że w takim tylko razie nie uważałaby na wyznanie, gdyby szła za Francuza, jeśli zaś nie ma iść za Francuza, to wyjdzie tylko za człowieka wyznającego religię mojżeszową. (…) …postanowiłem sobie raz na zawsze nie robić nic bez poradzenia się mamy. (…) Otto.”

„Mój drogi synu! (…) …czyń, jak chcesz, chociaż co prawda nie mamy nic już prócz długów. (…) …gdybyś raz otrzymał ten posag, ciekawa jestem, kto by ci mógł zabronić wrócić znów na łono prawdziwej wiary, której naucza nasza Biblia. (…) Frieda
von Haeringshaff.”

„Najdroższa mamo! (…) Stało się. (…) Zbyt wiele mam dla mamy uszanowania, żebym miał jej opisywać te barbarzyńskie i głupie ceremonie, przez które trzeba przejść przyjmując judaizm. (…) Otto.” (…)

W tydzień później hrabina Frieda odebrała list następujący: „Kochana mamo! Wracam z Lobsaun upokorzony i wściekły.
Czy mama wie, co mi ta sroka odpowiedziała? Oto: «Nie pójdę nigdy za renegata!» (…) Otto.”

Po upływie miesiąca hr. Otto von Haeringshaff odebrał następujące faire part z Alzacji: „Były rotmistrz strzelców afrykańskich
i kawaler legii honorowej, Braun, ma zaszczyt prosić JWhr. Otto von Haeringshaff na ślub swego syna Edwarda Brauna, kapitana żuawów, z panną Sarą Kahnówną. (…)”

DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * WRZESIEŃ – 02.


["PIEŚŃ LITEWSKICH BORÓW"]
Wyszedł raz srogi ukaz do litewskich borów,
Aby nie śmiały szumieć ni modlić się, ani
Mruczeć inaczej swoich wieczornych nieszporów,
Jak na suzdalską nutę: „Boże, cara chrani”.

Trwoga padła na puszczę. Stoją ciche drzewa
Jak wynurzon z wód łona bór zakamieniały,
Ani zwierz się nie ozwie, ni ptak nie zaśpiewa,
Dzięcioł boi się nawet pukać w pień spróchniały.

Diejatiele zaś krzyczą potrząsając knuty:
”Bór się boi, więc zagra wedle carskiej nuty”.

Wtem wstaje wiatr – i leci od zachodniej strony,
Już spadł na gonnych sosen wyniosłe korony,
Mruknęły dęby, trzęsie liściami brzezina:
Słuchajmy! pieśń się jakaś wśród puszczy poczyna
I brzmi coraz potężniej między konarami:
”Święty Boże a mocny, zmiłuj się nad nami!”


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]