Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, kto wierzy we mnie, ma żywot wieczny. Ja jestem chlebem żywota. [Jan. 6; 47 – 48]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1888


STYCZEŃ – MAJ 5. [Zakopane - Warszawa]


["PAN WOŁODYJOWSKI"] - dokończenie pracy.
XXX.

Basia tego samego dnia wzięła Tatara „na pytki”, idąc jednak za radą męża i przestrzeżona o Azjowej dzikości, postanowiła
nie nacierać zbyt od razu. Mimo tego, zaledwie przed nią stanął, rzekła zaraz prosto z mostu:
– Pan Bogusz powiada, że waćpan znamienity człowiek, ale ja tak myślę, że i najznamienitszy kochaniu się nie wybiega.
Azja przymknął oczy i skłonił głowę.
– Wasza miłość ma słuszność! – rzekł. (…) Basia zaś na to:
– Inna by do waćpana obcesem, jako że białogłowy bywają niecierpliwe i nierozważne, ale ja nie taka. Pomóc, to bym pomogła chętnie, ale konfidencji od razu nie żądam; powiadam tylko waćpanu tak: nie chowajże się i przychodź do mnie choćby co dzień, bo ja już o tym z mężem mówiłam; powoli to się waćpan i oswoisz, i moją życzliwość poznasz, i będziesz wiedział, że ja
nie przez płochą ciekawość wypytuję, jeno z komizeracji i dlatego, że jeśli mam pomagać, to muszę i waćpanowych afektów być pewną. Przecie zresztą waćpanu pierwszemu wypada je okazać; jak mnie waćpan wyznasz, to może i ja waćpanu wtedy coś powiem.
Tuhaj-bejowicz zrozumiał teraz od razu, jak płonną była ta nadzieja, która przez chwilę błysnęła mu w głowie, domyślił się nawet natychmiast, że chodzi o Ewę Nowowiejską, i wszystkie przekleństwa na całą rodzinę, jakie czas nagromadził w jego mściwej duszy, napłynęły mu do ust. (…) Więc z istnej rozterki wewnętrznej i niekłamanej męki rzucił się nagle do nóg Basinych i całując jej stopy, tak mówić począł:
– W ręce waszej miłości oddaję duszę moją, w ręce waszej miłości oddaję los mój; nie chcę nic innego czynić, jeno to, co mi wasza miłość nakaże, nie chcę znać innej woli! Wasza miłość czyń ze mną, co chcesz! (…)
Tu Basia powstała z ławy, podniosła swą różową, uśmiechniętą twarzyczkę i wspiąwszy się na palce szepnęła do ucha Azji:
– Ewka waćpana kocha!
Owemu zaś pomarszczyła się twarz jak gdyby wściekłością; obu rękoma chwycił się za osełedec i zapomniawszy o zdumieniu, jakie okrzyk jego mógł wywołać, powtórzył kilkakroć chrapliwym głosem:
– Ałła! Ałła! Ałła!
Po czym wypadł z izby. (…)

Tego samego dnia i pan Zagłoba, i Ewka Nowowiejska wiedzieli jak najdokładniej o całej rozmowie z Azją. (…) Azja…
nie pokazywał się w fortalicji, bo przybył do niego Halim, dawny sługa rodzicielski, a obecnie sam znaczny murza u Dobrudżan. (…)
– Listy jakowe masz? – pytał go Azja.
– Nie mam żadnych, effendi. Kazali mi słowami wszystko powiedzieć! (…) Wojna pewna. Z wiosną wszyscy mamy iść
pod Adrianopol. Siana i jęczmienie kazali już tam Bułgarom zwozić. (…) Chan przez Dzikie Pola pójdzie wprost na Ukrainę
do Dorosza. (…)
– A o Tuhaj-bejowym synu słyszeli?
– Ileś pozwolił mówić, tylem mówił. Rozeszła się wieść od Lipków i Czeremisów, ale nikt prawdy dobrze nie wie. (…) Ale gdyby się rozniosło, że wasza miłość na wolę, ziemię i służby wzywa, mrowie by się ruszyło… Niech mi jeno wolno będzie mówić…
Twarz Azji pojaśniała z zadowolenia i począł chodzić wielkimi krokami po izbie, po czym rzekł:
– Bądź pozdrowion, Halim, pod moim dachem! Siadaj i jedz!
– Psem i sługą twoim jestem, effendi – odrzekł stary Tatar. (…)
– Przyjacielem, nie sługą jesteś – rzekł… Azja… (…)
Effendi – rzekł oddając pokłon Halim – …Ty się małego rycerza strzeż. Straszny on, sławny w Krymie i na Dobrudży. (…)
Przez długi czas trwało milczenie; Tuhaj-bejowicz… wreszcie rzekł:
– Bogusz tu przyjeżdżał. Temu odkryłem moją moc i radę, aby na Ukrainie obok kozackiego narodu był naród tatarski, a obok kozackiego hetmana – hetman tatarski. (…)
Effendi – rzekł nieśmiało Halim – a jeśli Wielki Lew się nie zgodzi?
– Sobieski?
– Tak jest.
– (…) Hetman mądry i zgodzi się. Hetman wie, że z sułtanem będzie na wiosnę wojna, na którą nie ma tu w Rzeczypospolitej
ani pieniędzy, ani ludzi, a gdy i Doroszeńko z Kozaki po sułtańskiej stronie stoi, ostatnia zagłada może przyjść na cały Lechistan, tym bardziej że ni król, ni stany w wojnę nie wierzą i ku gotowości się nie kwapią. (…) Pan Sobieski wielki mąż, on się zgodzi,
bo wie, że gdy Tatarzy tu na wolę i ziemię przyjdą, to i w Krymie, i na Dobrudzkich Stepach wojna domowa może się rozpocząć, potęga ord zesłabnie i sam sułtan najpierwej o uciszeniu onej zawieruchy musi myśleć… Tymczasem będzie miał hetman czas przygotować się lepiej… (…)
Azja przysunął swoją dziką twarz do ucha Halima i szeptać począł:
– Ty teraz zostań tu, póki odpowiedź od hetmana nie przyjdzie, a ja się wcześniej do Raszkowa nie ruszę. Jeśli tam on zamysły moje odrzuci, tedy cię do Kryczyńskiego i innych wyślę. Ty im rozkaz dasz, by się tu tamtą stroną rzeki aż pod Chreptiów posunęli i w gotowości byli, a ja tu z mymi Lipkami pierwszej lepszej nocy na komendę uderzę i sprawię im, ot co!
Tu Azja przeciągnął palcem po szyi i po chwili dodał:
– Kęsim! kęsim! kęsim! (…)

XXXI.

Luta zima pokryła grubą okiścią lasy i wypełniła jary po brzegi zwałami śniegu, tak iż kraj cały zdawał się być jedną białą równiną. (…) …pan Bogusz zdążał wszystkimi siłami do Jaworowa, aby się co prędzej z hetmanem wielkim zamysłami Azjowymi podzielić. (…) Spadł wreszcie którejś niedzieli razem ze śniegiem do Jaworowa i zastawszy szczęśliwie hetmana, kazał mu się zaraz oznajmić… (…) Znalazł pana Sobieskiego zmienionego bardzo i z obliczem pełnym troski, bo też to były prawie najcięższe lata jego żywota. (…) …zawisła nad nieszczęsną Rzecząpospolitą wojna z najstraszliwszą z ówczesnych potęg, bo wojna z całym światem muzułmańskim. (…) W wojnę z potęgą mahometańską nikt nie chciał wierzyć i posądzano wielkiego wodza, że umyślnie wieści o niej puszcza, by umysły od spraw domowych odwrócić; posądzano go okrutniej jeszcze, że sam Turków wezwać gotów, byle zwycięstwo swemu stronnictwu zapewnić; czyniono go zdrajcą po prostu i gdyby nie wojsko, nie wahano by się go przed sąd pociągnąć. (…) Na widok… pana Bogusza dobrotliwy uśmiech rozjaśnił oblicze hetmana; kłaniającemu się do kolan położył ręce na ramionach i rzekł:
– Witaj, żołnierzu, witaj! (…) Skąd jedziesz? Z Kamieńca?
– Nie, jaśnie wielmożny panie hetmanie. Nawet-em nie wstępował do Kamieńca, jadę prosto z Chreptiowa. (…)
– (…) A co tam stepy gadają? Są jakie świeże wieści od Dunaju?
– Są, ale złe. W Adrianopolu ma być na ostatnie dni zimy wielki wojska congressus.
– To już wiem. (…)
– Wszelako nie ze wszystkim, jaśnie wielmożny panie hetmanie, bo ja sam taką szczęsną przywożę… (…) …że ten Azja, któren to miał rotmistrzów lipkowskich i czeremiskich nazad do służby naszej przywieść, nie nazywa się Mellechowicz, ale jest synem Tuhaj-beja!
– Tuhaj-beja?… – spytał ze zdziwieniem pan Sobieski. (…)
Bogusz począł przedstawiać zamysły Tuhaj-bejowicza, a przedstawiał z takim zapałem, że istotnie stał się wymowny. (…) Rumieńce wybiły na twarz Boguszową; zdawało się, że upajały go własne słowa, więc w końcu obie ręce podniósł do góry
i zakrzyknął:
– Oto, co przywożę! Oto, co owo smocze szczenię wylęgło w puszczach chreptiowskich. A teraz trzeba mu jeno pisma i pozwolenia waszej wielmożności, by puścił głos do Krymu i nad Dunaj! (…)

Lecz pan Sobieski chodził wielkimi krokami po komnacie, milcząc. Wspaniała twarz jego była mroczna, prawie groźna; chodził
i, widać, w duszy rozmawiał – nie wiadomo, z sobą czy z Bogiem. (…)
– Bogusz, ja takiego pisma i takiego pozwoleństwa, choćbym je miał prawo dać, pókim żyw, nie dam! (…) Ja tego Azję dotąd
nie znałem, teraz zaś widzę, że w jego piersi mieszka smok pychy i ambicji, więc powtórnie pytam: kto ci uręczy, że w nim drugi Chmielnicki nie siedzi? (…) I jakim czołem, jakim sumieniem chcesz dzikim i drapieżnym tłumom, które dotąd ustawicznie
tę ojczyznę naszą niszczyły, dawać moc i prawo, by o losie jej teraz stanowiły, królów obierały, deputatów słały na sejmy? Za co im dawać taką nagrodę? Co za szaleństwo przyszło temu Lipkowi do głowy i jaki zły duch ciebie, stary żołnierzu, opętał, żeś się dał tak pobałamucić i uwieść, żeś w taką niepoczciwość i w takie niepodobieństwo uwierzył. (…) I to ci jeszcze dodam – tu pan Sobieski zmarszczył swoje lwie czoło i oczy mu zabłysły – że choćby wszystko miało być tak, jak mówisz, choćby potęga nasza miała przez to urosnąć, choćby wojna z Turczynem została przez to odwrócona, choćby szlachta sama o to wołała, jeszcze, póki ta oto ręka szablą władnie i znak krzyża uczynić może, przenigdy, tak mi dopomóż Bóg! tego nie dopuszczę!
– Dlaczego, wasza wielmożność? – powtórzył łamiąc ręce pan Bogusz.
–Bom ja jest hetman nie tylko polski, ale chrześcijański; bo na straży krzyża stoję! (…) To służba nasza, Bogusz! Otośmy forteca, w której Chrystus mękę swoją zatknął na murze, a ty mnie prawisz, abym ja, żołnierz boży, ba, komendant, pierwszy bramę otwierał i pogan jako wilków do owczarni puszczał, i Jezusowe owieczki na rzeź wydawał?! Wolej nam od czambułów cierpieć, wolej nam bunty znosić, wolej na ową straszną wojnę pociągnąć, wolej polec mnie i tobie, wolej całej Rzeczypospolitej zginąć, niźli imię pohańbić, sławy zbyć i owo stróżowanie, ową służbę bożą zdradzić!
To rzekłszy wyprostował się pan Sobieski w całej swej wielkości (…) …a pan Bogusz wydał się sam sobie wobec tych słów prochem i Azja wydał mu się wobec pana Sobieskiego prochem, a płomienne młodego Tatara zamysły sczerniały i stały się nagle w Boguszowych oczach czymś nieuczciwym i zgoła bezecnym. (…)

XXXII.

O ile pan Bogusz spieszył się jadąc z Chreptiowa do hetmana, o tyle jechał z wolna z powrotem. (…) Wiózł on wprawdzie instrukcje hetmańskie dla Tuhaj-bejowicza, ale że zawierały one tylko polecenia prędkiego kończenia sprawy z lipkowskimi rotmistrzami i suchy, a nawet groźny rozkaz poniechania wielkich zamysłów, nie miał więc powodu z nimi się kwapić, bo i tak Azja nie mógł nic poczynać między Tatarami nie posiadając w ręku hetmańskiego dokumentu. (…)

A tymczasem Chreptiów zaraz po Nowym Roku zaroił się od gości. Przyjechał z Kamieńca Nawiragh, delegat patriarchy uzmiadzińskiego, z nim dwóch Anardratów… (…) Przybył pan Zachariasz Piotrowicz, słynny ze swoich ustawicznych do Krymu, ba! do samego Carogrodu, podróży, a słynniejszy jeszcze z gorliwości, z jaką odszukiwał i wykupywał jeńców na rynkach wschodnich; ten towarzyszył jako przewodnik Nawiraghowi i Anardratom. Pan Wołodyjowski wyliczył mu zaraz kwotę potrzebną na pana Boskiego wykupienie… (…) Przyjechał także pan Seferowicz, pretor kamieniecki, bogaty Ormianin, którego brat jęczał
w tatarskich łykach, i dwie niewiasty, młode jeszcze i urody dość niepośledniej, choć czarniawe: Neresowiczowa
i Kieromowiczowa. (…) …ksiądz Kamiński przysłał na zapusty do Chreptiowa – pod Basiną opiekę – swoją synowicę, pannę Kamińską, łowczego zwinigrodzkiego córkę, a oprócz tego pewnego dnia spadł jak piorun młody pan Nowowiejski, który, dowiedziawszy się o pobycie ojca w Chreptiowie, natychmiast wziął od pana Ruszczyca permisję i na spotkanie pospieszył. (…) Stary Nowowiejski, wbrew pogróżkom i zapowiedziom, nie przyjął syna zbyt surowo, bo bał się, że ów, zrażony, znów sobie pójdzie i nie pokaże się przez drugich lat jedenaście. (…) …uściskali się po raz drugi, za czym młody jął spiesznie wypytywać
o siostrę. (…) Ewka, która czekała w przyległej izbie, wpadła natychmiast, lecz zaledwie zdołała zakrzyknąć: „Adam!” –
już potężne ramiona porwały ją i podniosły od ziemi. Brat kochał ją zawsze bardzo; częstokroć, za dawnych jeszcze czasów, chroniąc ją od tyranii ojca, nieraz brał na się jej winy i należną jej chłostę. (…) …Ewka szczebiotała jak ptak, zarzucając brata pytaniami: a kiedy wróci, a czy się nie osiedli, a czy się nie ożeni? Ona bo wprawdzie nie wie dobrze, i nie jest pewna, ale jak tatkę kocha, tak słyszała, że żołnierze bywają kochliwi. (…)

– Ale! – rzekła Ewka – nie wiem, czy ci ojciec wspominał, że Azja tu jest.
– Azja Mellechowicz, Lipek? Znam go, to dobry żołnierz!
– Nie wiesz jeno – rzekł stary pan Nowowiejski – że on nie Mellechowicz, tylko ów nasz Azja, który się z tobą chował. (…) Nasz to, nasz… a raczej nie nasz już, bo wiesz, co się pokazało? czyj to syn?
– Skąd mam wiedzieć?
– Wielkiego Tuhaj-beja! (…)
– Uszom nie wierzę! Wielkiego Tuhaj-beja? A to on kniaź i chanom pokrewny! Nie masz przedniejszej krwi w Krymie nad Tuhaj-bejową! (…)
Ewka uczuła nagle ochotę ucałowania na nowo brata, po czym siadłszy tuż blisko, poczęła go gładzić piękną ręką po wichrowanej czuprynie. Wejście pana Wołodyjowskiego przerwało te pieszczoty. (…)

XXXIII.

Śnieg sypał tak gęsty, że wypełnił całkiem rów staniczny i wałem osiadł na częstokole. Na dworze była noc i zawieja, a główna izba chreptiowskiej fortalicji gorzała od świateł. (…) Skrzypkowie cięli od ucha, aż chwilami ich zawracało, owym zaś grającym
na czekanach i waltorni nabrzmiewały policzki i oczy krwią zachodziły. Najstarsi z oficerów i towarzystwa poobsiadali ławy
pod ścianami jeden przy drugim, jako siwe gołębie obsiadają zręby dachu, i popijając miód a wino spoglądali na tańcujących. (…) …Baśka migała i migała po całej izbie, coraz weselsza, coraz wdzięczniejsza. To jej dopiero była pustynia! Raz bitwa, to znów łowy, to uciecha i tańce, i kapela, i żołnierzy moc – i mąż największy między nimi, a kochający i kochany; czuła Basia, że ją lubią wszyscy, że ją podziwiają, wielbią, że mały rycerz coraz przez to szczęśliwszy, więc i sama czuła się tak szczęśliwa jak ptaki,
gdy za nadejściem wiosny bujają w majowym powietrzu krzycząc mocno a radośnie. W drugą parę za Basią tańczyła przybrana
w karmazynowy kubraczek Nowowiejska z Azją. Młody Tatar nic do niej nie mówił, upojony zupełnie białym zjawiskiem błyszczącym w pierwszej parze… (…) Chwilami zaś, gdy wracało mu nieco przytomności, miał ochotę porwać Ewkę za gardło
i dusić, i pastwić się nad nią za jej uściśnienia dłoni i za to, że stawała między jego miłością i Basią. (…) W trzecią zaś parę tańcował młody pan Nowowiejski z Zosią Boską. (…) W następnej parze tańcowała z grzecznym towarzyszem panna Kamińska,
a dalej Kieremowiczowa i Neresowiczowa… (…)

…Baśka opuściła swego tancerza i przybiegłszy zdyszana do męża złożyła przed nim ręce:
– Michałku! – rzekła – żołnierzom tak zimno za oknami, każ im dać beczkę!
Ów zaś… skoczył na dwór, by powiedzieć żołnierzom, za czyją instancją będą mieć beczkę, bo chciał, żeby Basi byli wdzięczni
i tym bardziej ją kochali. (…) Wróciwszy do izby zastał Basię tańczącą z Azją. (…) …Basia ujrzawszy w przelocie karmazynowy kubrak Nowowiejskiej i zaciekawiona, czy Azja nie wyznał już miłości dziewczynie, spytała:
– Nie deklarowałeś waćpan?
– Nie!
– Czemu?
– Jeszcze nie czas! – odrzekł z dziwnym wyrazem twarzy Tatar.
– A bardzo się waść kochasz?
– Na śmierć, na śmierć! – zawołał Tuhaj-bejowicz… (…)

XXXIV.

Spali wszyscy do późna prócz żołnierzy strażowych i małego rycerza, który nigdy dla żadnej uciechy służby nie zaniechał. Młody pan Nowowiejski zerwał się także dość wcześnie, bo mu Zosia Boska od wywczasu milszą była. (…) W izbie zajętej przez panią Boską słychać już było ruch, ale niecierpliwemu młodzianowi tak pilno było Zosię zobaczyć, że chwyciwszy za kindżał, począł nim mech i glinę między belkami wyłupywać, aby bodaj przez szparutkę jednym okiem na Zosię spojrzeć. Zastał go przy tej robocie pan Zagłoba… (…)
– A Turku jakiś, a Tatarzynie, a naści! a naści! exorciso te! A gdzie mores? To niewiasty będziesz podglądał? (…)
– Nie widziałem nic, jak Boga najszczerzej kocham, bom przecie dopiero szparutkę dłubał!
– Ha! młodość!... krew nie woda! (…)
Wtem drzwi skrzypnęły i weszła pani Boska. Lecz zanim pan Zagłoba zdołał się obejrzeć, młody Nowowiejski już grzmotnął się
do jej nóg jak długi i zająwszy ogromną przestrzeń podłogi swym olbrzymim ciałem, począł wołać:
– Jest konsens rodzicielski! Dawajcie, matko, Zośkę! (…)
Pani Boska, której istotnie brakło jakiejkolwiek bliższej na świecie opieki, rozpłakała się wreszcie i zgodziła zarówno na prośbę pana Adama, jak i na to, że do Raszkowa z Piotrowiczem wyjedzie i tam na męża czekać będzie. (…)
– Zośka – rzekła – a tobie po sercu-li panów Nowowiejskich zamysły? (…)
– Chcę do Raszkowa!…
–Moje śliczności! – huknął pan Adam i skoczywszy do niej porwał dziewczynę w ramiona. (…)

XXXV.

Młody pan Nowowiejski wyjechał zaraz po oświadczynach do Raszkowa, aby tam kwaterę jakowąś dla pani i panny Boskiej wynaleźć i opatrzyć; w dwa tygodnie zaś po jego wyjeździe ruszyła cała karawana dotychczasowych gości chreptiowskich. (…) Droga to była trudna, bo szła przez głuche puszcze i przepaściste jary. (…) Jechano zatem raźno i ochotnie. Zosia gotowa była
za panem Adamem na koniec świata jechać. (…) Ewka została w Chreptiowie, zatrzymana przez panią Wołodyjowską. (…) Basia jednak prócz istotnych powodów, które panu Nowowiejskiemu wyłuszczyła, miała i inne wyrachowanie. Oto chciała ułatwić Azji zbliżenie się do Ewy, bo młody Tatar poczynał ją niepokoić. Ilekroć był z nią, na pytania odpowiadał wprawdzie, że Ewkę kocha,
że dawny afekt w nim nie wygasł, ale ilekroć znalazł się z Ewką – milczał. Tymczasem dziewczyna rozkochała się w nim na tym chreptiowskim odludziu bez pamięci. (…)

Jakoż tego samego dnia Baśka widziała się z Azją, po którym widzeniu wbiegła wielkim pędem do Ewki.
– Już! – zawołała w progu.
– Co? – pytała płonąc Ewka.
– Powiedziałam mu tak: „Co waćpan sobie myślisz? niewdzięcznością mnie nakarmić czy co? Umyślnie zatrzymałam Ewkę, abyś mógł korzystać z okazji, ale jeśli nie skorzystasz, to wiedz, że za dwie, najdalej trzy niedziele odeślę ją do Raszkowa i może sama z nią pojadę, a waćpan na koszu zostaniesz”. (…) Pytam go tedy, co myśli, a on na to: „W drodze (powiada) wyznam, co mam
w piersi. (…) Wszystko (powiada) wyznam, wszystko odkryję, bo mi nie żyć dłużej z tą męką! (…) …i ja muszę aż za Raszków…, więc za jedną drogą i waszą miłość, i pannę Ewę odprowadzę”.

Azja zaś po owym widzeniu się z Basią poleciał do swojej izby tak pełen radości i otuchy, jakoby po ciężkiej chorobie nagle
do zdrowia przyszedł i odżył. Przed chwilą bowiem wściekła rozpacz targała jego duszą. Oto właśnie tego ranka odebrał suchy
i krótki list od pana Bogusza następującej treści:
„Mój kochany Azja! Zatrzymałem się w Kamieńcu i do Chreptiowa teraz nie przyjeżdżam… (…) Pan hetman nie tylko że ci pozwolenia na piśmie nie daje i swoją powagą osłaniać twoich szalonych zamysłów nie myśli, ale surowie i pod utratą łaski przykazuje ci, abyś ich natychmiast poniechał.” (…) I na nic mu się to zdało, że był Tuhaj-bejowiczem, że krew władnych wojowników płynęła w jego żyłach, że wielkie myśli zrodził w duszy – na nic! – wszystko na nic! Będzie żył zapoznany i umrze
w jakiejś odległej fortalicji zapomniany. (…) Lecz to wszystko jeszcze jest niczym w porównaniu do szczęścia, jakie utracił. Ta,
za której posiadanie oddałby krew i wieczność, ta, dla której płonął jak ogień, którą umiłował oczyma, sercem, duszą, krwią –
nie będzie już nigdy jego. Ten list odbierał mu ją tak samo jak i hetmańską buławę. (…) Wobec tego wszystkiego uczuł Tuhaj-bejowicz swoją bezsilność i złowroga dusza jego, wyrzuciwszy naprzód płomienie, pogrążyła się w głuchej rozpaczy, jak ranny dziki zwierz pogrąża się w ciemnej pieczarze skalnej – i pozostała cichą. (…)

Wtedy to właśnie dano mu znać, że pani komendantowa życzy sobie z nim mówić.
Halim nie poznał Azji, gdy ów wrócił z tej rozmowy. (…)
– Panie mój – spytał Halim – jakim sposobem Bóg pocieszył duszę twoją?
A Azja na to:
–Halim! po ciemnej nocy Bóg dzień na ziemi czyni i słońcu z morza wstawać każe. Halim! (tu chwycił starego Tatara za ramiona) za miesiąc ona będzie moja na wieki! (…) Po czym odprawił Halima i pozostawszy sam, modlić się począł, bo miał piersi przepełnione szczęściem i wdzięcznością dla Boga. (…)

XXXVI.

Mały rycerz, zgodnie z przewidywaniem Basi, zakrzyknął zrazu, gdy się o jej zamiarach dowiedział, że nigdy się na nie
nie zgodzi… (…) Basia nalegała wprawdzie mniej, niż się spodziewał, bo jej się bardziej chciało z mężem jechać, a bez niego wyprawa straciła dla niej część powabu, lecz Ewka klękała przed nim i całując go po rękach, zaklinała na jego afekt dla Basi,
by pozwolił. (…) Mały rycerz posiadał niezmiernie czułe serce, więc poczynał wąsikami ruszać i po izbie chodzić. (…) Pokłonił się wreszcie komendantowi i Tuhaj-bejowicz. Mówił, iż wie, że niegodzien takiej łaski, ale tyle przecie okazał i wierności,
i przywiązania do obojga państwa Wołodyjowskich, że śmie o nią prosić. Wielkie ma on długi wdzięczności dla obojga,
bo nie pozwolili nim poniewierać i wówczas, gdy jeszcze nie wiadomo było, że jest Tuhaj-bejowym synem. Nie zapomni nigdy,
że pani komendantowa opatrywała jego rany i była mu nie tylko panią łaskawą, ale i jakoby matką. (…) Aż wreszcie pewnego dnia wyszedł na wieczerzę z pogodną twarzą i po wieczerzy spytał nagle Tuhaj-bejowicza:
– Azja, a kiedy ci termin ruszać?
– Za tydzień, wasza wielmożność! – odrzekł niespokojnie Tatar. – Halim musiał już tam pokończyć układy z Kryczyńskim.
– Każże i wielkie sanie wymościć, bo dwie białogłowy powieziesz do Raszkowa.
Usłyszawszy to Basia poczęła w ręce klaskać i obces do męża. Za nią skoczyła Ewka; za nią schylił się do jego kolan z szalonym wybuchem radości i Azja, aż mały rycerz musiał się im opędzać. (…)

Nadeszła na koniec chwila wyjazdu. Jeszcze ciemno było, gdy dwieście koni Lipków stanęło w pogotowiu na majdanie. (…) Ogień na kominach trzaskał wesoło, a po zapłociach poczęło się pianie kurów. (…)

Na koniec Wołodyjowski rzekł:
– Czas!
Usłyszawszy to Baśka porwała się z miejsca i padła w ramiona mężowskie. (…) Baśka z Ewką wsiadły do wymoszczonych skórami sani. (…) Mały rycerz pochylił się nad saniami i pogrążył twarz w kapturek okrywający głowę żony. Długa była ta chwila – wreszcie oderwał się od Basi i czyniąc znak krzyża ręką, zawołał:
–W imię Boże! (…)
Zaskrzypiały w śniegu kopyta. (…)

XXXVII.

Oddział Czeremisów kilkanaście koni liczący szedł w mili naprzód, by drogę opatrywać i komendantów o przejeździe pani Wołodyjowskiej uprzedzać, aby kwatery wszędy mieli gotowe. Za owym oddziałem postępowała główna siła Lipków, za nią sanie z Basią i Ewką, drugie z usługą niewieścią i znów pomniejszy oddział zamykający pochód. Droga była dość ciężka… (…)
…więc się cieszyli, że nim zapadnie noc głęboka, potrafią zdążyć do przepaścistego jaru, na dnie którego leżał Mohilów. (…) Tak upłynęło parę godzin, póki karawana nie zatrzymała się na pierwszy krótki popas w Jaryszowie. Z miasteczka, zawsze dość nędznego, została po inkursji chłopskiej jedna tylko karczma, którą odrestaurowano od czasu, jak częste przechody żołnierskie zysk poczęły obiecywać pewny. Basia i Ewka znalazły w niej przejezdnego kupca ormiańskiego…, któren wiózł safiany
do Kamieńca. Azja chciał go wyrzucić na dwór wraz z Wołochami i Tatarami, którzy mu towarzyszyli, lecz niewiasty pozwoliły mu pozostać i tylko sama straż musiała się usunąć. Kupiec dowiedziawszy się, że podróżna pani jest panią Wołodyjowską, począł bić jej czołem i pod niebiosa męża jej wysławiać… (…)
– (…) Niech Bóg pomnoży dni chreptiowskiego komendanta, a każden dzień uczyni tak długim, aby wystarczył na drogę
z Mohilowa do Kamieńca, a każdą godzinę dnia niech także tak przydłuży, by się dniem wydawała. (…)

Niebawem ruszono dalej. (…) Słońce zaszło jednakże, nim zdołali przebyć góry… (…) Księżyc wypłynął już wysoko na niebo,
gdy wyjeżdżali z gór. Wówczas ujrzeli hen, w dole, jakoby na dnie niezgłębionej przepaści, kupę światełek.
– Mohilów pod nogami – ozwał się jakiś głos za Basią i Ewką. (…)
– Już wjeżdżamy – rzekła Basia.
Pan Gorzeński, dowódca piechoty, uprzedzony przez Czeremisów o przybyciu pani komendantowej chreptiowskiej, wyjechał konno na jej spotkanie. (…)
– To wasza mość tylko z piechotą zostałeś? – pytał Azja.
– Pożal się Boże! Czterdziestu ludzi! Ledwie jest komu fortalicji ustrzec, i gdyby się ci tylko Tatarzy ruszyli, którzy tu w Mohilowie mieszkają, nie wiem, jako bym się obronił. (…)
– Ja waszej mości pięćdziesiąt koni moich Lipków zostawię – rzekł Azja.
– Bóg zapłać! (…)
Pan Gorzeński skłonił się Azji. (…) Azja zaś wyszedł, aby wydać rozkazy, i zawoławszy setnika Dawida rzekł mu:
– Dawidzie…, zostaniesz z pięćdziesięcią koni w Mohilowie i będziesz oczyma patrzył, a uszami słuchał, co się wedle ciebie dzieje. A jakby Mały Sokół jakoweś pisma z Chreptiowa za mną wysyłał, to posłańca zatrzymasz, pisma mu odejmiesz i przez swojego człowieka mi je przeszlesz. Zostaniesz zaś tu, póki ja rozkazu nie przyszlę… (…)

Nazajutrz świtaniem karawana, zmniejszona o pięćdziesiąt koni, ruszyła w dalszą drogę. (…) W Jampolu nie zastano prawie wojska – piechoty tam nie było nigdy, a jazda wyszła wszystka, ledwie kilkunastu ludzi zostało w zameczku… (…) …Basia źle spała, bo ją te wieści poczęły niepokoić. Zwłaszcza rozmyślała o tym, jak niespokojny będzie mały rycerz, jeżeli się okaże,
że czambuł Doroszeńkowy ruszył istotnie... (…) Zasnęła nad ranem dopiero, ale miała dziwne sny. (…) Wstała rano, rada, że się skończyła noc i przykre widziadła. Pozostałą drogę postanowiła odbywać na dzianecie… (…) Azja, podawszy jej własną ręką strzemię, sam nie siadł jednak do sanek z Ewką, ale zrazu wyjechał na czoło oddziału, potem trzymał się w pobliżu Basi. Ona zaś spostrzegłszy natychmiast, że jadą znów w szczuplejszej liczbie, niźli przyjechali do Jampola, zwróciła się do młodego Tatara
i rzekła:
– Widzę, żeś waćpan i w Jampolu część swoich ludzi ostawił.
– Pięćdziesiąt koni, tak samo jak i w Mohilowie – odrzekł Azja. (…)
– Waćpan powinieneś się rozmówić z Ewką – rzekła… Basia. – Waćpan zgoła za mało z nią rozmawiasz, aż jej dziwno to bywa. Niedługo przed obliczem pana Nowowiejskiego staniecie… (…)
– Ja najpierw z waszą miłością chciałem się rozmówić – odrzekł dziwnym głosem Azja.
– To czemuż waść nie zaczynasz?
– Bo czekam na posłańca z Raszkowa… Myślałem, że go już w Jampolu znajdę. Co chwila go wyglądam.
– A co się ma posłaniec do rozmowy? (…)
W całej jego postaci, w mowie, w spojrzeniu, w głosie było coś tak niespokojnego i gorączkowego, że ów niepokój udzielił się
i Basi. (…) Rozglądając się po okolicy wstrzymywała mimowolnie konia i wkrótce została w tyle za saniami i oddziałem. Azja przyłączył się do niej po chwili… (…)

W tej chwili tętent konia rozległ się od strony oddziału i jakiś jeździec zamajaczył w tumanie.
– Halim! Poznaję go! – zawołał Azja. Rzeczywiście był to Halim, który dopadłszy Azji i Basi zeskoczył z bachmata i począł bić czołem w strzemię młodego Tatara.
– Z Raszkowa? – spytał Azja.
– Z Raszkowa, panie mój! – odpowiedział Halim. (…)
– (…) Wojska wyszły?
– Tak jest, panie. Garść została. (…) Ostały tylko dwie niewiasty i stary pan Nowowiejski z nimi. (…)
– Dobrze! – rzekł z ogniem w oczach Azja. – Leć do Kryczyńskiego natychmiast i każ im, by zajmowali Raszków.
– Wola twoja, panie!
Po chwili Halim skoczył na konia i zniknął… Straszny i złowrogi blask bił od twarzy Azji. (…) Czas jakiś jechał w milczeniu koło Basi i dopiero gdy poczuł, że głos go nie zawiedzie, zwrócił ku niej oczy niezgłębione a świetliste i rzekł:
– Teraz mi rozmówić się szczerze z waszą miłością…
–Słucham – odrzekła Basia patrząc na niego pilnie… (…)

XXXVIII.

Azja przysunął swego konia do dzianeta Basi tak blisko, że niemal strzemieniem dotknął jej strzemienia, i jeszcze kilkanaście kroków jechał w milczeniu. (…) „Cokolwiek się stanie – pomyślał – ona moja, moja cała jest i moja będzie dziś jeszcze, i moja będzie jutro, a potem już nie wrócić jej do męża, jeno iść za mną…” Na tę myśl dzika radość porwała go za włosy i nagle ozwał się głosem, który jemu samemu wydał się obcy:
– (…) Wasza miłość nie znała mnie dotąd… Raszków już niedaleko… Ja chciał hetmanem tatarskim być i Rzeczypospolitej służyć, ale pan Sobieski nie dozwolił… Nie być mi dłużej Lipkiem, nie służyć pod niczyją komendą, jeno samemu wielkie czambuły wodzić, na Dorosza albo na Rzeczpospolitą, jak wasza miłość chcesz, jak wasza miłość rozkażesz!…
– Jak ja rozkażę?… Azja, co z tobą?…
– To ze mną, że tu wszyscy moje raby, a jam twój rab! Co mnie hetman! Pozwolił czy nie pozwolił! Słowo, wasza miłość, rzeknij,
a ja waszej miłości Akerman pod nogi położę i Dobrudżę położę – i te ordy, które tu ałusy mają – i te, które w Dzikich Polach koczują i te, co wszędy tu w zimownikach leżą, będą raby twoje, jako ja twój rab!… (…)
To rzekłszy przechylił się na kulbace i porwawszy wpół przerażoną i jakoby ogłuszoną słowami jego niewiastę, tak dalej mówił prędkim, chrapliwym głosem:
– Zaliś nie wiedziała, żem ja cię jedną miłował!… (…)
Krótki oddech wydobywał się z jego warg, oczy zachodziły mu mgłą, wreszcie wywlókł ją ze strzemion, z kulbaki i wziął
przed siebie cisnąc jej piersi do swoich, i sinawe wargi jego, otwierając się łakomie jak usta ryby, poczęły szukać jej ust. Ona nie wydała ani okrzyku, lecz poczęła się opierać z niespodziewaną siłą. (…) Ręce jej wśród szarpaniny poczęły szukać przy nim broni i trafiły wreszcie na kościany łeb wschodniego pistoletu… (…)

…Basia z całą rozpaczliwą siłą swej młodej i dzielnej pięści uderzyła go, jak gromem, kościaną głownią pistoletu między oczy. Cios był tak straszny, że Azja nie zdążył nawet krzyknąć i padł na wznak, pociągając ją za sobą w upadku. Basia podniosła się
w jednej chwili i skoczywszy na swego dzianeta pomknęła jak wicher w przeciwną stronę od Dniestru, ku szerokim stepom. (…) Bieg dzianeta wolniał stopniowo. (…) Basia poczęła się modlić. Nagle rżenie końskie ozwało się wśród mgły o kilkaset kroków
za nią. Wówczas włosy zjeżyły się na jej głowie. (…) I znów pomknęła. (…) Tu przypomniało jej się…, że oddziały Azjowe stoją
w Jampolu i Mohilowie. „Trzeba mijać szerokim stepem i nie zbliżać się do rzeki pierw, aż się w okolicy Chreptiowa znajdę. (…)” Druga obawa była, czy się nie zabłąkała w pustyni. (…)
– Ha! Bóg mi drogę wskaże i do Michała wrócić pozwoli – rzekła głośno. (…)

XXXIX.

Tuhaj-bejowicza nikt nie myślał szukać, więc leżał w pustkowiu, póki sam nie oprzytomniał. Oprzytomniawszy siadł i pragnąc zrozumieć, co się z nim dzieje, począł oglądać się po okolicy. Ale widział ją jakoby w mroku; następnie poznał, że widzi tylko jednym okiem, i to źle. Drugie było wybite albo zalane krwią. (…) Uderzenie Basi zmiażdżyło mu górną część nosa i nadwerężyło kość w policzku. (…) Po pewnym czasie ów ciężar niezmierny, który czuł na swej głowie, stał się o tyle lżejszy, że Azja przypomniał sobie wszystko, co się stało. (…) …zjadłszy… kilka przygarści śniegu począł oglądać się za koniem: konia nie było; wówczas zrozumiał, że jeśli nie zechce czekać, aż Lipkowie po niego przyjdą, to musi iść piechotą. Więc oparłszy się rękoma
o ziemię, próbował wstać, ale tylko zawył z bólu i znów usiadł. Przesiedział może z godzinę i znów jął czynić usiłowania. (…)
…wydobywszy szablę wsparł się na niej i posunął się naprzód. Szło. Po kilku krokach uczuł, że nogi jego i całe ciało są silne,
że włada nimi doskonale, tylko głowa jest jakby nie jego… (…) Mroczyło się już, gdy usłyszał przed sobą tętent konia. Był to dziesiętnik lipkowski, który przyjeżdżał po rozkazy. Tego wieczora Azja znalazł jeszcze tyle siły, że pościg zarządził, ale zaraz potem legł na skóry i przez trzy dni następne nikogo widzieć nie mógł prócz Greka cyrulika, który mu rany opatrywał, i Halima, któren cyrulikowi pomagał. Dopiero czwartego dnia odzyskał mowę… (…) …gorączka opuściła go zupełnie i mógł widzieć się
z Kryczyńskim i Adurowiczem. (…)

Skwapliwie też stanęli przy jego łożu i bili mu pokłony, on zaś witał ich osłabiony jeszcze, z przewiązaną twarzą i jednym okiem, ale już zdrów zupełnie. I zaraz na wstępie rzekł im: (…)
– Nie można zwłóczyć ani sułtańskiej służby aż do wojny odkładać – rzekł Azja – bo już po tym, co się z niewiastą ową zdarzyło, oni nam ufać nie będą i szablami na nas uderzą. Ale nim oni uderzą, my na miasto uderzmy i spalmy je… (…) Nowowiejski
nie czynił wam wstrętu? – pytał Azja.
– Nowowiejski wiedział, że do Rzeczypospolitej przechodzimy, i wiedział, że ty nadchodzisz, aby się z nami połączyć, więc nas uważał za swoich, jako ciebie za swego uważa. (…)
– A! – rzekł Azja – jeszczem nie pomyślał, że oni tu są wszyscy… A pannę Nowowiejską ja przywiozłem!…
I zaklaskał w ręce, gdy zaś Halim ukazał się natychmiast, rzekł mu:
– Niech moi Lipkowie, skoro płomień w mieście zobaczą, zaraz na tych żołnierzy, którzy są tu w fortalicji, uderzą i gardła im popodrzynają; niewiasty zaś i starego szlachcica niech zwiążą i strzegą, póki rozkazu nie wydam. (…) Kryczyński i Adurowicz rzucili się natychmiast we drzwi, on zaś wyszedł za nimi i kazawszy sobie konia podać, pojechał do częstokołów spoglądać
z bramy wysokiej fortalicji na to, co się w mieście dziać będzie. (…) Naraz zabłysły szable i ulewa strzał lunęła na spokojnych mieszkańców. Krzyki ich, huk zamykanych naprędce drzwi i okiennic pomieszały się z tętentem koni i wyciem grabieżników. Rynek zawlókł się dymami. Podniosły się głosy: „Gore! gore!” Jednocześnie poczęto odbijać sklepy, domy, wywłóczyć za włosy przerażone niewiasty, wyrzucać na ulice statki, safiany, towary sklepowe, pościel, z której pióra podniosły się zaraz obłokiem
ku górze – rozległy się jęki wyrzynanych mężów, lament, wycia psów, ryk bydła, które pożar ogarniał w tylnych zabudowaniach; czerwone języki ognia, widne nawet w dzień na tle czarnych kłębów dymu, strzelały coraz wyżej ku niebu. (…) Azja stał ciągle
i patrzył mając w sercu radość; srogi uśmiech rozszerzał mu wargi, spod których błyskały białe zęby – uśmiech tym sroższy,
że pomieszany z bólem przyschłej rany. (…)

Azja zlazł z konia i poszedł wolnym krokiem do obszernej izby; tam na środku nasłano mu skór baranich, na których zasiadł… (…)
– Tu, w fortalicji, są jeszcze niewiasty i ów szlachcic, który mnie hodował – rzekł Azja – słuszna należy mu się nagroda.
To rzekłszy zaklaskał w ręce i kazał sprowadzić jeńców. Sprowadzono ich niebawem: panią Boską, zalaną łzami Zosię, bladą jak chusta Ewkę i starego pana Nowowiejskiego. Ten miał ręce i nogi łykami skrępowane. (…) Czas jakiś patrzyli w milczeniu jedni
na drugich, wreszcie stary pan Nowowiejski ozwał się niepewnym, ale silnym głosem:
– W jakichże jesteśmy rękach? (…)
– W moim: w Tuhaj-bejowego syna! …stary Nowowiejski poznał go, nim się wymienił, poznała i Ewka, choć serce ścisnęło się jej przerażeniem i wstrętem na widok tej potwornej głowy. (…)
– Zdrajco! – rzekł – przed sądem odpowiesz za swe uczynki!… Żmijo!… Mam jeszcze syna…
– I masz córkę – odpowiedział Azja – za którąś mnie puhą na śmierć kazał ćwiczyć, a tę córkę ja teraz ostatniemu ordyńcowi daruję, aby zaś miał w niej sługę i rozkosz! (…)
– Azja! Azja! jam ciebie zawsze… - krzyknęła Ewka rzucając się do jego nóg.
Lecz on ją kopnął nogą, a Adurowicz chwycił ją za ramiona i począł ciągnąć ku sobie po podłodze. Pan Nowowiejski stał się
z czerwonego siny. (…) Azja podniósł się ze skór i szedł ku niemu, z początku wolno, potem coraz prędzej, jak dzikie zwierze pragnące rzucić się na zdobycz. (…) Chrapliwy ryk wyrywał się z jego gardzieli, na koniec, gdy szlachcic padł na ziemię, Tuhaj-bejowicz klęknął mu na piersi i nagle jasny blask noża rozświecił mrok izby. (…) Azja wstał. (…) Po czym zwrócił się do Tatarów:
– A teraz, jeno pościg wróci, pójdziem na sułtańską ziemię.
Pościg wrócił w dwa dni później, ale z próżnymi rękoma. (…)

XL.

Dziesięć do dwunastu mil ukraińskich oddzielało owe miasta, przez które przejeżdżała Basia z Chreptiowa do Raszkowa… (…) Tymczasem zbliżała się noc, a z nią chłód, pomroka, niepewność drogi i niepokój. (…) Otuchy dodawały jej konie, które
nie okazując żadnej trwogi, parskały raźno. (…) Na koniec wyjechała na obszerną równię porosłą rzadkim lasem i widząc,
że konie ledwie już nogi wloką, zatrzymała się na wypoczynek. (…) Nogi miała zupełnie skostniałe; czuła też niezmierne znużenie w całym ciele, szczególnie w krzyżu i w ramionach wysilonych pasowaniem się z Azją. (…) Nie można było stać dłużej jeszcze
i dlatego, że chłód ogarniał ją coraz dotkliwszy, a ruch koni rozgrzewał ją znacznie, mało stosunkowo nużąc. (…) Przejechawszy polanę, z oczyma utkwionymi w Wielki Wóz na niebie, Basia pogrążyła się w puszczę, niezbyt gęstą, ale pagórkowatą, poprzecinaną wąskimi jarami. (…) „Daj mi Boże przebrać się jeno za Mohilów, bo tam zaczyna się już Michałowe panowanie, tam mnie już nic nie ustraszy…” (…) Basia była już dość daleko za Jampolem, nad brzegami Rosawy, ale nic nie wiedziała, gdzie jest, odgadywała tylko, że jednak posuwa się wciąż na północ, skoro napotkała nową rzekę. (…) Na koniec ciemność poczęła blednąć stopniowo. (…) Wówczas Basia poczuła niezmierne znużenie. (…) Słońce wstało już i blade, śliczne jego promienie przedzierały się przez bezlistne gałęzie. (…) Za wzgórzami, w odległości mniej więcej ćwierci mili, widać było dym podnoszący się strzeliście, jak sosna ku niebu. (…) Pierwszą myślą Basi na widok owego dymu było jechać ku niemu, odnaleźć chutor czy też szałas,
czy wreszcie proste ognisko, ogrzać się przy nim i pożywić! Lecz wkrótce przyszło jej do głowy, że w tych stronach lepiej spotkać się ze stadem wilków niż z ludźmi; ludzie byli tu dziksi i okrutniejsi od zwierząt. (…)

Ruszywszy dalej i przejechawszy kilka stajań spostrzegła nagle przed sobą dwóch ludzi niosących pęki chrustu na plecach. (…) Basia wypuściła konie i pomknęła jak strzała. (…) „Znikąd pomocy, jedno od Boga – pomyślała – bogdaj mi już ludzi
nie napotkać.” (…) Upragniona noc okryła wreszcie ziemię. (…) Nagle spostrzegła, że drugiego konia nie ma przy niej. (…)
…w tej chwili ciszę zmąciły inne złowróżbne głosy, bliskie a wychodzące niby spod ziemi: były to wycia, charkotania, skomlenia, jęki, wreszcie kwik okropny, krótki, urwany… (…) Odgadła… od razu, że wilki zarzynają jej konia… (…) Reszta nocy zeszła
bez przygody. Bachmat podjadłszy nieco sianem zeszłego ranka, szedł bardzo wytrwale, tak iż sama Basia podziwiała jego siłę. (…)

Nazajutrz Basia… poczęła czynić rachunek czasu:
„Azji wyrwałam się w czwartek z południa – mówiła sobie – i jechałam w skok do nocy; potem przeszła w drodze jedna noc, potem cały dzień, potem znów cała noc i teraz zaczął się trzeci dzień. Chyba pogoń, choćby i była, musiała już wrócić i Chreptiów powinien być niedaleko, bo przecie nie żałowałam koni.”
Po chwili zaś dodała:
„Oj, czas już! Boże, zmiłuj się nade mną!” (…)
Prócz nadziei rozgrzewała ją zapewne i gorączka. Basia czuła doskonale, że ją ma, bo jakkolwiek na świecie było coraz zimniej,
a nawet po prostu mroźno, ręce jej i nogi, o ile były na początku podróży skostniałe, o tyle teraz rozpalone, i pragnienie dokuczało jej wielkie.
„Byle przytomności nie utracić – mówiła sobie – byle choć na ostatnie tchnienie zdążyć do Chreptiowa, zobaczyć Michała, potem dziej się wola boża…”
Przyszło jej znowu przeprawiać się przez liczne strumienie i rzeki, ale albo były płytkie, albo zamarznięte, na niektórych wierzchem płynęła woda, a spodem był lód twardy i mocny. (…) Było już dobrze z południa, gdy Basia, jadąc gęstym borem, stanęła przed jakąś rzeką, większą od innych, a zwłaszcza znacznie szerszą. Wedle jej przypuszczenia mogła być to Ladawa
albo Kałusik. Na ten widok zabiło jej serce radością. W każdym razie Chreptiów musiał być niedaleko… (…)

Bachmat szedł opierając się nieco, jak przy każdej przeprawie, ze zgiętym karkiem i obwąchując nozdrzami śnieg przed sobą. Przybywszy do bieżącej wierzchem wody Basia uklękła, wedle zwyczaju, na kulbace, dzierżąc się obu rękoma za przednią kulę. (…) …wtem dał się słyszeć głuchy trzask i zadnie nogi konia aż do kłębów zapadły się w głębinę. (…) Basia miała jeszcze tyle czasu i tyle przytomności, że chwyciwszy za grzywę rumaka, po jego karku wydostała się na lód nie połamany, leżący
przed koniem. (…) Jakoż nie było dla niego ratunku, i Basia musiała puścić lejce. Po czym gdy zupełnie skrył się pod lodem, poszła na drugi brzeg, tam siadła pod ogołoconym z liści krzem i poczęła szlochać jak dziecko. (…) …zebrawszy siły podniosła się
znad brzegu i poszła. Z początku szło jej niezmiernie trudno. Nogi jej odwykły podczas długiej jazdy od chodzenia, doznawała takiego uczucia, jakby szła na cudzych. (…) …gdy upłynęła jedna godzina, druga i trzecia, sił tych ubywało za każdym krokiem. (…) Nastała noc. (…) Basia szła ciągle, chwytając coraz szybciej spieczonymi ustami powietrze, padała też coraz częściej
i z powodu ciemności, i braku sił. (…) Po gorączce chłód obejmuje ją teraz szybko i przedostaje się przez ciało aż do kości. Nogi uginają się pod nią i klęka wreszcie w śniegu, przed drzewem. Najmniejsza chmurka nie zaciemnia teraz jej umysłu. Żal jej życia okrutnie, ale wie doskonale, że umiera, i pragnąc polecić duszę Bogu, poczyna mówić przerywanym głosem:
– W imię Ojca i Syna…

* * *

Dalszą modlitwę przerywają jej naraz jakieś głosy dziwaczne, ostre, przeraźliwe i skrzypiące; rozlegają się one przykro
i donośnie w ciszy nocnej. (…) Na chwilę przykłada drżące palce do twarzy, jakby się chciała rozbudzić, jakby uszom własnym
nie chciała dać wiary, i z ust jej wyrywa się nagle krzyk:
– O Jezu, o Jezu! to żurawie studzienne, to Chreptiów! O Jezu! (…)
Było jeszcze drogi na stajanie, ale Basia nie wiedziała już, kiedy ją przebiegła… i stanęła we drzwiach głównego domu. Mały rycerz z panem Zagłobą siedzieli właśnie konno na ławie przed ogniem i popijając krupnik rozmawiali o Basi, mniemając, że ona tam hen, gdzieś, zagospodarowywa się w Raszkowie. (…) Wtem skrzypnęły drzwi i jakieś małe, nędzne, obdarte, pokryte śniegiem stworzenie poczęło piszczeć żałośnie u proga:
– Michale, Michale!…
Mały rycerz zerwał się, ale w pierwszej chwili tak zdumiał, że stanął jak skamieniały na miejscu, ręce otworzył, oczyma jął mrugać – i stał. Lecz ona zbliżyła się mówiąc, a raczej jęcząc:
–Michale!… Azja zdradził… mnie chciał porwać… alem uciekła i… ratuj!
To rzekłszy poczęła chwiać się i padła jak martwa na ziemię; wtedy on skoczył, porwał ją jak piórko na ręce, krzyknął przeraźliwie:
– Chryste miłosierny! (…)

XLI.

(…) Po owym omdleniu przy progu izby odzyskała jeszcze do tyla przytomność, że mogła przynajmniej w kilku słowach powiedzieć, jak i co się zdarzyło, lecz wnet poczęły się nowe omdlenia… (…) Tymczasem jednak ruch uczynił się w całym Chreptiowie. (…) …rozeszła się wieść o zdradzie Azji i o tym, że „pani” ocaliła się ucieczką, ale że uciekała przez cały tydzień
bez jadła i spania. (…) Na koniec po długim oczekiwaniu wyszedł do oficerów pan Zagłoba z czerwonymi oczyma i zjeżonymi resztkami włosów na głowie, a oni skoczyli ku niemu hurmem i sypnęły się wnet ciche, gorączkowe pytania:
– Żyje? żyje?
– Żyje – odparł staruszek – ale Bóg raczy wiedzieć, czy za godzinę… (…)
– Bóg ją strzegł w takich terminach – rzekł pan Motowidło, obcierając mokre wąsy – ustrzeże jej i dalej.
– Tak będzie! W sednoś waćpan ugodził! – poszepnęło kilka głosów. (…)
–Słuchaj, Luśnia – rzekł Zagłoba. – W Kamieńcu mieszka medyk Rodopuł. Pojedziesz do niego; powiesz mu, że pan generał podolski zaraz pod miastem nogę wykręcił i ratunku czeka. A gdy ów jeno za murem będzie, chwycisz go za łeb, wsadzisz na koń albo do worka i przywieziesz jednym pędem do Chreptiowa. (…) Luśnia skoczył. (…)

Po chwili wyszedł z alkierza Wołodyjowski, zmieniony, półprzytomny, obojętny na słowa współczucia i pociechy. Oświadczywszy panu Zagłobie, że Basia śpi ciągle, siadł na ławie i patrzył jak błędny we drzwi, za którymi leżała. (…) Noc wlokła się leniwie. Oficerowie nie poszli także na spoczynek, ale siedzieli w świetlicy, to spoglądając na drzwi alkierza, to szepcząc między sobą,
to drzemiąc. (…) Na koniec wstał dzień blady, chmurny i oświecił twarze zmęczone. (…) Po południu… rumieńce Basi przygasły
i gorączka zmniejszyła się do tyla, że chorej wróciło nieco przytomności. Czas jakiś leżała z zamkniętymi oczyma, po czym otworzywszy je, popatrzyła uważnie w twarz małego rycerza i spytała:
– Michałku, czy ja w Chreptiowie?
– Tak jest, kochanie! – odrzekł zaciskając zęby Wołodyjowski.
– I ty naprawdę stoisz przy mnie?
–Tak jest! Jak się czujesz?
– Oj, dobrze!… (…)

Wieczorem nadjechał wraz z ludźmi wachmistrz Luśnia i wytrząsnął z worka przed fortalicją kamienieckiego medyka
wraz z lekarstwami. (…) …wyrok medyka: "Będzie długo chorować, ale ozdrowieje" - rozebrzmiał radosnym echem po całym Chreptiowie. (…)

XLII.

Przez tydzień jeszcze Basia chorzała tak ciężko, że – gdyby nie zapewnienie medyka – i mały rycerz, i pan Zagłoba byliby przypuszczali, że płomyk jej życia zgaśnie lada chwila. Dopiero po upływie tego czasu uczyniło się jej znacznie lepiej; przytomność wróciła jej zupełnie… (…)

XLIII.

Tymczasem tego samego dnia… pod wieczór przyjechali… oboje Ketlingowie. Radość i zdumienie na ich widok były w Chreptiowie nieopisane… Krzysia skoczyła zaraz do alkierza i w tejże chwili wychodzący stamtąd pisk i okrzyki oznajmiły rycerzom
o uszczęśliwieniu Basi. Ketling z Wołodyjowskim trzymali się długi czas w objęciach…
– Dla Boga! – rzekł wreszcie mały rycerz – Ketling! Do buławy mniej bym się ucieszył niż do ciebie, ale co porabiasz w tych stronach?
– Pan hetman mnie przełożonym nad artylerią kamieniecką uczynił – odrzekł Ketling – więc przyjechaliśmy z żoną do Kamieńca. Tam dowiedziawszy się o terminach, które was spotkały, wybraliśmy się bez zwłoki do Chreptiowa. (…)
Mały rycerz i pan Zagłoba poczęli na wyprzodki opowiadać, a Ketling słuchał, oczy i ręce do góry wznosił i Basine męstwo podziwiał. (…) Dalszą rozmowę przecięło wejście Krzysi, która ukazawszy się we drzwiach, rzekła:
– Baśka prosi.
Ruszyli zaraz wszyscy do alkierza i tam zaczęły się nowe powitania. (…) …cała kompania zasiadłszy przy łóżku Basi poczęła wspominać dawne czasy. (…)

XLIV.

Ketlingowie zabawili około trzech tygodni. Po upływie tego czasu Basia próbowała powstać z łóżka, ale pokazało się, iż jeszcze nie może utrzymać się na nogach. (…)

A tymczasem uczyniła się wiosna. (…) Lecz dla tych nieszczęsnych krain wiosna przynosiła żałobę, nie radość – i śmierć, nie życie. W kilka dni po wyjeździe Ketlingów mały rycerz odebrał następującą wiadomość od pana Myśliszewskiego: „Na błoniu kuczunkauryjskim coraz większy wojska congressus. Sułtan posłał znaczne sumy do Krymu. Chan w pięćdziesiąt tysięcy ordy idzie w pomoc Doroszeńce. Nawała, jak tylko wody obeschną, ruszy szlakiem Czarnym i Kuczmeńskim. Niech Bóg zmiłuje się
nad Rzeczpospolitą!”

Wołodyjowski posłał natychmiast pachołka swego Piętkę z tą wiadomością do hetmana. (…) …pewnego wieczora wrócił posłaniec z listem od pana hetmana Sobieskiego.
Hetman pisał, co następuje:

„Mój kochany i wcale mi miły Wołodyjowski! (…) Wojna pewna. Mam i skądinąd wieści, że na Kuczunkaurach stoi już potęga okrutna; z ordą będzie na trzysta tysięcy. Ordy ruszą lada chwila. O nic tak sułtanowi nie chodzi, jako o Kamieniec. (…) Pan jenerał podolski różną mi wprawdzie po elekcji życzliwość okazywał, ja zaś najlepszego żołnierza chcę mu posłać, bo mi o ową opokę kamieniecką jako o źrenicę oka chodzi. (…) Przeto ja ciebie tam posyłam; bo Ketling dobry żołnierz, ale mniej znany,
na ciebie zaś tamtejsze obywatelstwo będzie miało oczy obrócone i tak myślę, że chociaż komenda ostanie przy kim innym, jednako, co powiesz, tego chętnie posłuchają. (…)”

List ten, czytany w gronie oficerów, wielkie uczynił ważenie, bo wszyscy oni woleliby służyć w polu niźli w twierdzy. Wołodyjowski schylił głowę.
– Co myślisz, Michale? – spytał Zagłoba. Ów zaś podniósł twarz, już uspokojoną, i odrzekł równie spokojnym głosem, jakby żadnego zawodu w nadziejach nie doznał: (…)
– Hej! towarzysze mili, pójdziem do Kamieńca, ale go nie damy, chyba że sami polegniem!
– Chyba że polegniem! – powtórzyli oficerowie. – Raz człeku śmierć. (…)

XLV.

…gdy ziemia obeschła i pobujniały trawy, ruszył chan własną osobą w pięćdziesiąt tysięcy ordy krymskiej i astrachańskiej
na pomoc Doroszowi i zbuntowanym Kozakom. (…) Druga, jeszcze większa burza zbierała się pod Adrianopolem, a przeciw tej powodzi sterczała jedna kamieniecka opoka… (…) Tymczasem na Wschodzie, gdzie wszystko stawało się wolą padyszacha,
a ludy były jako miecz w ręku jednego człowieka, działo się zgoła inaczej. (…) Sam padyszach stanął o wiośnie
na kuczunkauryjskim błoniu i jął zgromadzać niewidzianą od dawna w świecie potęgę. (…) Każdy basza wiódł armię cała, która sama jedna zdolna by była zalać bezbronną Rzeczpospolitą. (…) Potem zaś jęło płynąć pospolite ruszenie z Azji. (…) Sułtan, przybywszy do obozu pod koniec kwietnia, nie od razu w pochód wyruszył. Czekał przeszło miesiąc, żeby wody obeschły; tymczasem wojsko ćwiczył, do obozowego życia je wezwyczajał, rządził, posłów przyjmował i roki pod purpurowym baldachimem odprawiał. (…)” Lecz słońce grzało coraz silniej i nadeszły nareszcie dni znojne. Więc pewnego wieczora zaciągnięto chorągiew na wysoki maszt przed sułtańskim namiotem i wystrzał z działa zwiastował to wojskom i ludom, iż pochód do Lechistanu się rozpoczyna. (…) Nagle, gdy już czoło taboru zasunęło się w dal prawie zupełnie, przerwał modlitwę i zwróciwszy się do młodego kajmakana Czarnego Mustafy, rzekł:
– Przepomniałem, kto idzie w przedniej straży?
– Światłości rajska! – odrzekł Kara Mustafa – w przedniej straży idą Lipkowie i Czeremisy, a wiedzie ich twój pies, Azja syn Tuhaj-beja…

XLVI.

Azja Tuhaj-bejowicz po długim postoju na kuczunkauryjskim błoniu rzeczywiście ruszył z Lipkami na czele pochodu wszystkich wojsk tureckich ku granicom Rzeczypospolitej. (…) Sam wezyr zapragnął go widzieć, a „wschodzące słońce wojny”, młody kajmakan Kara Mustafa, rozkochany w sławie wojennej i dzikich wojownikach, pokochał go. (…) Nadeszła wreszcie chwila,
że sułtan wydał rozkaz pochodu. (…) Za zbrojnym ludem szły tabory, w nich haremy, za taborem nieprzeliczone stada. (…)

XLVII.

Jeszcze przed wyruszeniem Turków spod Adrianopola ruch wielki uczynił się we wszystkich naddniestrzańskich stanicach. (…) Wołodyjowski miał po staremu iść do Kamieńca, bo go tam potrzebował hetman wiedząc, że jest żołnierz, którego widok wleje otuchę w serca i podniesie ducha tak mieszkańców, jak i załogi. (…) …Nowowiejski bawił chwilowo w Mohilowie i mówiono,
że miał i tak przybyć do Chreptiowa, przeto mały rycerz dał mu tylko znać, żeby się z przyjazdem pokwapił, bo czeka na niego
z ramienia hetmana funkcja w Chreptiowie. Nowowiejski przyjechał trzeciego dnia. (…) …dowiedziawszy się, jaką funkcję hetman mu przeznacza, ożywił się wielce; płomień złowrogiej radości zabłysnął mu w twarzy… (…)
– Nowowiejski! – rzekł mały rycerz – kiedy chcesz ruszyć?
– Dziś na noc.
– Dam ci stu ludzi dragonów. Sam tu z drugim stem prócz piechoty ostanę. Chodź na majdan!
I wyszli żeby wydać rozkazy. (…)

Nowowiejski… pociągnął w dół, aż do Raszkowa. (…) Luśnia przez drogę układał sobie sposoby i fortele, jakich, wedle jego zdania, powinien się był chwycić pan Nowowiejski, jeśli chciał szczęśliwie i skutecznie nieprzyjaciela podchodzić. (…) Nowowiejski dotarłszy do Raszkowa dał wypoczynek żołnierzom. (…) …drugiego dnia postoju komendant podniósł chorągiew
i powiódł ją za Raszków. „Aż do Jahorlika pójdziemy czy co?” – mówił sobie wachmistrz. Tymczasem zaraz za Raszkowem zbliżyli się tuż do rzeki, a w kilka pacierzy później stanęli nad tak zwanym „krwawym brodem”. Wówczas Nowowiejski nie rzekłszy
ni słowa wparł konia w wodę i jął się przeprawiać na drugą stronę. (…) Szeregi ruszyły i poszły ku zachodzącemu słońcu
i ku owym tysiącom, ku owemu rojowisku ludzkiemu, ku owym narodom stojącym na Kuczunkaurach.

XLVIII.

…zbyt dobrze znał pan Nowowiejski obyczaje tatarskie, aby nie miał wiedzieć, że gdy czambuły przekroczą raz granicę Rzeczypospolitej, będą już iść ostrożnie, pilnie dając baczenie na wszystkie strony; tu zaś, w swoim jeszcze kraju, pójdą szeroką ławą, żadnych ostrożności nie zachowując. (…) Wpaść niespodzianie i schwytać wrażego Azję, odbić może siostrę i Zosię – wyrwać je z niewoli, zemsty dokonać, potem samemu na wojnie zginąć – oto było wszystko, czego jeszcze pragnęła rozdarta dusza Nowowiejskiego. (…) Przeszedłszy Dniestr szli na ukos i w dół ku Prutowi, zapadając często dniem w lasach i oczeretach, nocą zaś czyniąc spieszne a tajemnicze pochody. (…) Zbliżywszy się do Prutu, szli w dół lewym brzegiem. (…) Wszedłszy wreszcie między widły rzeczne utworzone przez Saratę i Tekicz zapadł tam na długo, raz dlatego, żeby dać wypoczynek koniom i ludziom,
a po wtóre, aby w dobrze osłoniętym miejscu oczekiwać na przednią straż ordzińską. (…) Nowowiejski postanowił nie iść dalej
i tu czekać na przybycie wojsk tureckich. Założono więc majdan. Pobudowano szałasy i poczęło się oczekiwanie. (…) Na koniec chwila oczekiwana nadeszła. (…) Luśnia, który miał wzrok nadzwyczajny, wpatrywał się czas jakiś z natężeniem w owe zbliżające się kupy, po czym zbliżył się do Nowowiejskiego. (…)

Następnego poranku nieprzyjaciel już był widoczny. (…)
– Lipki, panie, na pewno! – szepnął.
Usłyszawszy to Nowowiejski zakwilił jak jastrząb i wnet oddział dragonów cofnął się w głębokie gąszcze. (…) Stado lipkowskie zatrzymało się przed gajem i rozrzuciło większymi lub mniejszymi kupami po błoniu. Sam Nowowiejski był teraz na skraju i śledził wszystkie ruchy koniuchów. (…) Kilku Lipków wstało i powlokło się ku skrajowi, by popatrzyć na konie, inni powyciągali się
na kształt trupów na pobojowisku i wkrótce zmorzył ich sen. (…) Nagle ze skraju lasu dał się słyszeć jakiś odgłos cichy, ale straszny, jakby krótkie rzężenie duszonego człowieka, który nie miał czasu zawyć. (…) I w tej chwili sto pięćdziesiąt ludzi runęło kołem
na koniuchów przerażonych tak strasznie, że krzyk zamarł im w piersi. (…)
– Ilu żywych? – spytał jakiś głos wśród napastników.
– Pięciu, panie komendancie. (…)
Z zeznań jeńców okazało się to, co po części odgadł już młody porucznik. Lipkowie i Czeremisi szli w przedniej straży, przed ordą
i przed wszystkimi sułtańskimi wojskami. Wiódł ich Azja Tuhaj-bejowicz, któremu wszystkie ściahy oddano pod komendę. (…) Nowowiejski wypytywał jeszcze o drogi, którymi do siehenia najłatwiej się dostać, a następnie, jak stoją namioty, wreszcie począł badać o to, o co mu chodziło najwięcej.
– Niewiasty jakowe są w namiocie? – spytał. (…)
– My niewinni, panie – odpowiedział Eliaszewicz – my za komendą szli. Murza nasz darował siostrę waszej miłości panu Adurowiczowi, któren ją w namiocie miał. (…) A drugą pannę murza nasz sam w namiocie miał. (…)
– Gdzie one teraz?
– Sprzedane do Stambułu.
– Komu?
– Murza sam pewnie nie wie. (…)
Badanie się skończyło i przy ognisku zapanowała cisza. (…) Nowowiejski odszedł od ogniska i szedł jak błędny, nie zdając sobie sprawy, dokąd zdąża. Na koniec rzucił się twarzą na ziemię i począł ją drzeć paznokciami, później kąsać własne ręce i chrapać, jak gdyby konał. (…)

Południe przeszło, popołudniowe godziny również – i dzień począł się chylić ku zachodowi. (…) Pierwsze wielkie krople dżdżu upadły na spieczoną murawę. W tej chwili przed dragonami pojawił się Nowowiejski.
– Na koń! – krzyknął grzmiącym głosem. (…) Wachmistrz trzymał na arkanie Eliaszewicza i krzyczał mu do ucha chcąc przekrzyczeć łoskot grzmotów:
– Prowadź, psiakrew, a prosto, bo nożem w gardło! (…)
…burza rozpętała się tak, jakby niebo i ziemia oszalały. Cały widnokrąg zapłonął żywym ogniem, przy którego blasku dojrzeli już z dala stojące na stepie namioty… (…) Chwila jeszcze i stado, a z nimi dragoni, będą już w obozowisku. (…) …trzysta szabel zamigotało od ognia błyskawic i dragoni wpadli w namioty. (…) Sam Azja Tuhaj-bejowicz uchylił skrzydło płócienne i mimo dżdżu wyszedł na zewnątrz z gniewem w swej groźnej twarzy. (…) Zanim Tuhaj-bejowicz zdołał jednym krokiem cofnąć się ku namiotowi, rzekłbyś: nadludzka siła podniosła od ziemi; nagle uczuł, że cisną go jakieś straszne objęcia, że od tego uścisku gną się jego kości, pękają żebra, przez chwilę dojrzał jakby we mgle twarz, od której wolałby widzieć szatańską, i omdlał. (…) Nigdy napad nie był bardziej niespodziany, ale też nigdy klęska straszniejszą. Trzystu ludzi rozpędziło w cztery strony świata blisko dwa tysiące wybornej jazdy przewyższającej nieskończenie sprawnością zwykłe czambuły. (…) Noc już zapadła zupełna,
gdy Nowowiejski wyruszył na czele dragonów na powrót ku granicom Rzeczypospolitej. Między młodym porucznikiem
a wachmistrzem Luśnią szedł koń tabunny, na którego grzbiecie leżał skrępowany powrozami wódz wszystkich Lipków, Azja Tuhaj-bejowicz, omdlały i z połamanymi żebrami, ale żyw. (…)

XLIX.

Zbiegowie lipkowscy dali znać o klęsce ordzie białogrodzkiej, gońce zaś od niej ponieśli wieść do Orduihamajunu, to jest
do cesarskiego obozu, w którym nadzwyczajne uczyniła wrażenie. Pan Nowowiejski nie potrzebował, prawdę mówiąc, umykać zbyt spiesznie ze swym łupem do Rzeczypospolitej, bo nie tylko w pierwszej chwili, ale i przez dwa następne dni nikt go nie gonił. Sułtan zdumiał się tak, że nie wiedział, co począć. (…) Sam wielki wezyr i „przyszłe słońce wojny”, kajmakan Czarny Mustafa,
nie wiedzieli również, co o tym napadzie myśleć. Jakim sposobem Rzeczpospolita, o której bezsilności mieli jak najdokładniejsze relacje, występowała nagle zaczepnie, tego nie umiała odgadnąć żadna turecka głowa… (…)

Tymczasem Nowowiejski wracał bezpiecznie ze swoim żywym łupem do Raszkowa. (…) Azja jechał ciągle między Nowowiejskim a Luśnią, przykrępowany sznurami do grzbietu bachmata. (…) …straszny wachmistrz miał o nim staranie, aby nie umarł
przed przybyciem do Raszkowa i nie udaremnił zemsty. Młody Tatar chciał zaś umrzeć wiedząc, co go czeka. (…) Były chwile,
w których wydawało mu się niepodobieństwem, by on, taki nędzarz, miał być Azją, synem Tuhaj-beja, i by jego życie, nadzwyczajnych zdarzeń pełne, które jakieś wielkie przeznaczenie zdawało się zapowiadać, miało się skończyć tak prędko i tak strasznie. (…) …Raszków był tuż. Wjechali w kraj skalisty, bliskość Dniestru oznajmujący. Azja pod wieczór wpadł w stan półgorączkowy, półprzytomny, w którym mary mieszały się z rzeczywistością. (…) Wtem poczuł, że mu głowę ochlustywają zimną wodą, a potem długo i długo leją w usta gorzałkę. Wtedy ocknął się zupełnie. Noc była nad nim gwiaździsta, a tuż koło niego migotało kilkanaście pochodni. Do uszu jego doszły słowa:
– Przytomny?
– Przytomny. Patrzy rozumnie…
I w tej chwili ujrzał nad sobą twarz Luśni.

– No, bratku – mówił wachmistrz spokojnym głosem – czas na cię! (…)
Tuhaj-bejowicz domyślił się zaraz, dlaczego to uczyniono, lecz w tej chwili spostrzegł inne przygotowania, które zwiastowały,
że męka jego będzie długą i okropną. Oto od połowy ciała aż do stóp był rozebrany – i uniósłszy nieco głowy, ujrzał między swymi nagimi kolanami świeżo obrobione siekierą ostrze pala. Grubszy koniec tego pala oparty był o pień drzewa. Od każdej nogi Azji szedł powróz kończący się orczykiem, do którego przyprzężony był koń. Azja przy blasku pochodni dojrzał tylko zady końskie
i stojących nieco dalej dwóch ludzi, którzy widocznie trzymali konie przy pysku. (…)
„Będą mnie nawlekać” – pomyślał.
Wachmistrz podważył mu zęby nożem i znów począł lać gorzałkę w jego usta. (…) Wtem obok dały się słyszeć ciężkie kroki
i stanął nad nim Nowowiejski. Na ten widok zadygotały w Tatarze wszystkie żyły. (…) …Nowowiejski rzekł:
– Za to, coś uczynił, w męce zginiesz! (…)
Od tych słów akt męki Azji już się rozpoczął. (…) Luśnia pochylił się i wziąwszy w obie ręce biodra Azji, tak aby mógł nimi kierować, zawołał na ludzi trzymających konie:
– Ruszaj! a powoli, razem!
Konie ruszyły: wyprężone sznury pociągnęły za nogi Azji. Ciało jego sunęło przez mgnienie oka po ziemi i trafiło na zadzierzyste ostrze. Wówczas ostrze poczęło się w nim pogrążać i jęło się dziać coś strasznego, coś przeciwnego naturze i człowieczym uczuciom! (…) Tuhaj-bejowicz zwarł szczęki, wreszcie jednak nie wytrzymał – zęby jego wyszczerzyły się okropnie, a z gardzieli wydobył się krzyk: A! a! a! – do krakania kruka podobny. (…)
– Równo! stój! Ot, i już! – dodał zwracając się do Azji, który umilkł nagle i tylko rzęził głucho. Szybko wyprzężono konie, za czym podniesiono pal, grubszy jego koniec spuszczono w umyślnie przygotowany dół i poczęto obsypywać go ziemią. Tuhaj-bejowicz patrzył już z wysoka na tę czynność. Był przytomny. (…)
–Na koń! – rozległ się głos Nowowiejskiego. Przed samym wsiadaniem wachmistrz zapalił jeszcze ostatnią pochodnią owe wzniesione ręce Tatara, po czym oddział ruszył ku Jampolowi, a wśród gruzów Raszkowa, wśród nocy i pustki został tylko
na wysokim palu sam Azja, syn Tuhaj-beja – i świecił długo…

L.

W trzy tygodnie później o południu stanął pan Nowowiejski w Chreptiowie. (…) W Chreptiowie nie zastał… Wołodyjowskiego, gdyż mały rycerz pociągnął za panem Motowidłą do pana podlaskiego przeciw krymskiej ordzie i Doroszeńce. (…) Pani Wołodyjowska zaś w chwili przybycia Nowowiejskiego zbierała się właśnie z resztą ludzi i z taborem do Kamieńca, bo Chreptiów trzeba już było wobec zbliżającej się nawałności zostawić. (…) Wyjechawszy po południu z Chreptiowa, jechali do wieczora, następnie całą noc – i drugiego dnia, również po południu, ujrzeli już wyniosłe skały kamienieckie. (…) W Kamieńcu wrzały przygotowania do obrony. (…) Robota wrzała i w mieście, i w zamku. (…) Wedle instrukcji Wołodyjowskiego orszak zajechał przed nowo wybudowany klasztor panien dominikanek. (…) …nadbiegła Krzysia Ketlingowa i nowe poczęły się powitania… (…) Pewność Basi wlała pociechę w niewieście serca, a zwłaszcza uspokoiła je obietnica przyjazdu Wołodyjowskiego. (…)

Pan Wołodyjowski przywiózł z pola wiele ważnych nowin, które zanim na radzie wojennej oznajmił, wpierw żonie w zacisznej celi opowiadał. (…)
– (…) Będzie oblężenie, gołębiu mój najmilszy, nie ma na to rady, ale się nie damy, bo tu każden nie tylko ojczyzny, ale i swego prywatnego dobra broni. (…)
Nazajutrz pan Wołodyjowski powtórzył swe nowiny u księdza biskupa Lanckorońskiego przed radą wojenną… (…) Wszystkie oczy zwróciły się na generała podolskiego, ów zaś rzekł:
– Zanim rozkazy wydam, rad zdania doświadczonych żołnierzy posłucham, że zaś eksperiencją wojenną pan Wołodyjowski tu góruje, jego pierwszego do głosu wzywam.
Wołodyjowski radził przede wszystkim zamki przed miastem leżące dobrze osadzić, bo mniemał, iż właśnie na owe zamki zwróci się głównie impet nieprzyjacielski. (…)

Nazajutrz wielkie było w katedrze nabożeństwo. (…) Po ukończeniu… mały rycerz wstał i klęknąwszy na stopniach ołtarza, tak rzekł wzruszonym, choć spokojnym głosem:
– Za osobliwe dobrodziejstwa i szczególniejszą protekcję, jakąm ja od Pana Boga Najwyższego i Syna Jego Jedynego otrzymał, do również szczególniejszej poczuwając się wdzięczności, ślubuję i przysięgam, iż jako On i Syn Jego mnie wspomogli, tako i ja
do ostatniego tchu Krzyża świętego będę bronił. A mając komendę starego zamku sobie powierzoną, pókim żyw i rękoma
a kolanami ruchać mogąc, pogańskiego nieprzyjaciela w sprosności żyjącego do zamku nie puszczę, ni z murów nie ustąpię,
ni szmaty białej ni zatknę, choćby mi też pod gruzami pogrześć się przyszło… Tak mi dopomóż Bóg i święty Krzyż – Amen! (…)
Rozległy się głosy:
– Wszyscy przysięgamy! Jeden na drugim polegniem! Nie upada ta twierdza! Przysięgamy! przysięgamy! Amen! Amen! Amen! (…)

LI.

…wieczorem przybył do Wołodyjowskiego sekretarz jego pobratymca, Habareskula, starszego perkułaba chocimskiego.
Nie przywiózł on żadnego listu, bo perkułab bał się pisać, natomiast polecił powiedzieć ustnie swemu pobratymcowi Wołodyjowskiemu, „źrenicy oka” i „kochaniu serca”, aby się na baczności miał i jeśli Kamieniec nie ma dość wojsk do obrony,
by pod jakimkolwiek pozorem miasto opuścił, bo cesarz już drugiego dnia w Chocimiu z cała potęgą spodziewan. (…) Czas jakiś upłynął na oczekiwaniu, na koniec w porcjunkułę 2 sierpnia sułtan stanął pod Chocimiem. (…) … nazajutrz skoro świt sułtan ordynował janczarów, Tatarów i Lipków, by przeszli Dniestr i zajęli Żwaniec, tak miasteczko, jak i zamek. (…) Padyszach
nie myślał zrazu tego dnia zdobywać żwanieckiego zamku, mniemając słusznie, że go w mgnieniu oka przy ogólnej wojsk przeprawie pokruszy. (…) Wtem z baszty zameczku ujrzano, iż od strony Kamieńca zbliża się jakowaś jazda. Zasłyszawszy o tym pan Lanckoroński… rzekł: (…)
– Chwała Bogu! jest i sam Wołodyjowski, bo widać dragonów. (…)
Tymczasem w mieści pierwsi Tatarowie dojrzeli nadciągające chorągwie i ałłakując przeraźliwe, poczęli się zbierać w czambuł. (…) Czambuł wyleciał, jakby wichrem wywiany, za miasto i skoczył na lekką chorągiew. (…) …pan Wasilkowski, niepohamowany młodzik, który równie chciwie, jak ślepo rzucał się na wszelkie niebezpieczeństwa, kazał natychmiast ludziom wziąć impet największy i leciał jako trąba powietrzna, ani dbając na liczbę nieprzyjaciół. (…)

…pan Wołodyjowski przewyższał zapamiętałego młodzieńca. (…) Pan Lanckoroński, który z dawna o nim jako o mistrzu
nad mistrzami i słyszał, ale go przy robocie dotąd nie widział, aż walczyć poprzestał i patrzył zdumiony, nie mogąc oczom uwierzyć, aby jeden człowiek, choćby mistrz, choćby za najpierwszego kawalera ogłoszon, tyle mógł sprawić i dokonać. (…) Wołodyjowski zaś pracował dalej. (…) …pan Wasilkowski,… przybywszy z pola, wpadł spiesznie do zamku.
– Mości panowie – rzekł – rzeki nie widać, bo cały Dniestr pod tratwami.
– Przeprawiają się? – spytali wszyscy razem.
– Jako żywo! Turcy na tratwach, a czambuły w bród za ogonami. (…)
Wołodyjowski… skoczył na koń i ruszył na czele swych ludzi patrzyć z dalekiej wyniosłości na przeprawę. Halil i Murad baszowie przeprawiali się rzeczywiście. (…) …nadjechał pan Lanckoroński ze swymi ludźmi i obaj z małym rycerzem ruszyli do Kamieńca.
W mieście oczekiwał ich pan Potocki. W kwaterze jego pełno było wyższych oficerów…
– Nieprzyjaciel przeprawia się i Żwaniec zajęty! – rzekł mały rycerz.
–Roboty ukończone i czekamy! – odrzekł pan Potocki. (…) … pan Wołodyjowski, doczekawszy zmierzchu w kwaterze generała podolskiego, siadł na koń i chyłkiem przemykał się w towarzystwie czeladnika ku klasztorowi, chcąc jak najprędzej znaleźć się przy żonie. (…) Przyjechawszy wreszcie do klasztoru wpadł w otwarte ramiona Baśki. (…)

LII.

Nazajutrz skoro świt pojechał mały rycerz pod Kniahin, gdzie ze spahisami się potykał i Bułuk-baszę, znacznego między Turkami wojownika, pochwycił. Dzień cały zeszedł mu w pracy, w polu, część nocy na naradzie u pana Potockiego i dopiero o pierwszych kurach strudzoną głowę nieco do snu przyłożył. Ledwie jednak usnął smacznie a głęboko, gdy zbudził go huk dział. (…) I w pół godziny potem wypadł pan Wołodyjowski w pole na czele dragonów i ochotników szlachty… (…) Działa na wałach milkły kolejno, a nareszcie wszystkie umilkły, gdyż puszkarze bali się kogoś ze swoich obrazić, przy tym woleli także patrzyć na bitwę
niż strzelać do rozproszonych harcowników. (…) Mały rycerz nie brał dotąd w harcach udziału… lecz… postanowił… swoim serca dodać. Ożywion tą myślą, wspiął ostrogami konia i sunął ukosem w pole tak szybko, jak sunie krogulec ku stadu siewek kręcących się nad rżyskiem. (…) Ten i ów zdarł konia, by ze strasznym mężem się nie spotkać; mały rycerz zaś rzucał się
za uciekającymi na kształt zjadliwego szerszenia i coraz to innego jeźdźca żądłem przeszywał. (…) „Hamdi! Hamdi!” – rozległy się po całym polu. To wyznawcy proroka przywoływali wielkimi głosami najtęższego ze swoich wojowników, aby nareszcie zmierzył się z tym straszliwym małym jeźdźcem… (…) W tej chwili wydał krzyk tak przeraźliwy, że wszystkie wiszary ozwały mu się echem, i wypuścił ku małemu rycerzowi podobnego do wichru konia. Wołodyjowski dojrzał go z dala i ścisnął również piętami swego gniadego wołoszyna. (…) Wtem błyskawica wężowa mignęła w jasnym słońcu nad głowami walczących: to krzywy bułat wyleciał, jakby podbita cięciwą strzała, z rąk Hamdiego, ten zaś pochylił się w kulbace, jakby już ostrzem przeszyty, i zamknął oczy, lecz pan Wołodyjowski ucapił go lewą ręką za kark i przyłożywszy mu sztych rapiera do pachy, pognał ku swoim. (…)
…oddał go srogiemu Luśni, sam zaś nawrócił ku polu. Lecz w drużynach tureckich ozwały się trąby i piszczałki; był to znak
dla harcowników, że czas ściągać z pola… (…) Harcownicy polscy postali jeszcze chwilę, aby okazać, iż odzierżyli pole, za czym wydawszy po trzykroć okrzyk zwycięstwa, cofnęli się pod zasłoną dział, z których pan Potocki na nowo bić kazał. (…)

LIII.

Następnego dnia przyjechał pod Kamieniec sam wezyr na czele licznego wojska spahisów, janczarów i pospolitego ruszenia z Azji. (…) Przybyli z nim inżynierowie oglądali fortecę i nasypy ziemne. (…) Wieczorem przekradł się do miasta Czech pewien, który
u janczar-agi był pajukiem i zbiegł po otrzymanych kijach w pięty. Dowiedziano się od niego, iż nieprzyjaciel obwarował się już
w Żwańcu i zajął rozległe pola od wsi Dłużka. (…) Czarny Mustafa, kajmakan, radził wprost szturmem na mury uderzyć,
lecz roztropniejszy wezyr woli regularnymi robotami miasto otoczyć i zasypać pociskami z dział. Sułtan, po pierwszych utarczkach, przechylił się do zdania wezyra, dlatego należy się spodziewać regularnego oblężenia. (…) Dnia 16 sierpnia nadciągnął chan z ordą i Doroszeńko ze swymi Kozaki. Obaj zalegli ogromną przestrzeń na polach od Orynina. Sufankaz-aga wezwał tegoż dnia pana Myśliszewskiego na rozmowę i radził, by się miasto poddało, bo jeśli to bez zwłoki uczyni, może uzyskać kondycje tak łaskawe, o jakich w dziejach oblężeń nie słyszano. (…) Dnia 18 sierpnia poczęli nadciągać Turcy, a z nimi sam cesarz. (…) Ludziom zdało się, że śniegi spadły i cała okolicę pokryły. (…) Turcy przy tym nie wiedząc widocznie, iż na obu zamkach i w samym mieście są dalekonośne działa, porozbijali zbyt blisko namioty. Za radą małego rycerza pozwolono im to uczynić – i dopiero gdy z nadejściem chwili spoczynku żołnierze chroniąc się przed upałem napełnili ich wnętrza, mury ozwały się nieustającym grzmotem. Powstał popłoch: kule rozrywały płótna i drągi raziły żołnierzy, rozrzucały ostre okruchy skał. Janczarowie cofali się w zamieszaniu i nieładzie, krzycząc wielkimi głosami, i w ucieczce przewracali dalsze namioty, roznosząc wszędy trwogę. (…) …Turcy kopali aprosze, sypali szańce i zaciągali na nie ciężkie działa. Zanim jednak bić z nich poczęli, podjechał pod wały poseł turecki i zatknąwszy na trzcinową dzidę pismo cesarskie, ukazał je oblężonym. Wysłani dragoni porwali natychmiast czausza i przywiedli go na zamek. Cesarz wzywał miasto do poddania, wynosząc pod niebiosa swoją potęgę
i łaskawość. (…)

Wysłano wreszcie sprawnego człeka Jurycę, umiejącego dobrze język turecki, z listem, który brzmiał, jak następuje: „Cesarza gniewać nie chcemy, ale i słuchać go nie mamy obowiązku, bośmy nie jemu, jeno naszemu panu przysięgali. Kamieńca nie damy, gdyż nas przysięga wiąże twierdzy i kościołów do śmierci bronić”. Po tej odpowiedzi rozeszli się oficerowie na mury… (…)
I po wieczornej „kindii” oficerowie gromadnie udali się do pana generała mając na swym czele małego rycerza i pana Makowieckiego, obydwóch wielce tym, co się stało, strapionych.
– Jakże to? – zawołał stolnik latyczowski – zali już o poddaniu myślicie, żeście nowego posła wysłali? Czemu to stało się
bez naszej wiedzy?
– Zaiste – dodał mały rycerz – skorośmy na radę zostali wezwani, bez nas listów słać się nie godzi. O poddaniu też mówić
nie pozwolim; kto by zaś sobie tego życzył, to niech się z rządu usunie! (…)
– Co tedy czynić? (…) Jak złe naprawić? – pytał biskup.
– Jak złe naprawić? – powtórzył pan Wołodyjowski. I zamyślił się trocha, po czym podniósł wesoło głowę.
– Ano, można! Mości panowie, proszę za sobą!
I wyszedł, za nim oficerowie. W kwadrans potem cały Kamieniec zatrząsł się od huku dział. Pan Wołodyjowski zaś wypadł
z ochotnikami za mury i napadłszy na uśpionych w aproszach janczarów siekł ich, póki nie rozpędził i do taboru nie odegnał.
Po czym wrócił do pana generała, u którego jeszcze zastał księdza Lanckorońskiego.
– Wasza wielebność! – rzekł wesoło – a ot, rada!

LIV.

Po owej wycieczce noc przeszła na strzelaninie, ale dorywczej; świtaniem dano znać, że kilku Turków stoi podle zamku czekając, by przeciw nim do traktowania wysłano. (…) Spotkanie nastąpiło pod gołym niebem, za bramą zamkową. (…) Po tej rozmowie wysłańcy rozjechali się zaraz. (…) Lecz ledwie dzień zaczął szarzeć, a na wschodzie pokazał się różowy, bramowany złotem pas jutrzenki, gdy w obu zamkach uderzono na alarm. (…) Przy wstającym dniu wychylały się z pomroki spiętrzone szańce, szańczyki i aprosze, ciągnące się długą linią podle zamku. Naraz na całej tej długości ryknęły ciężkie działa tureckie, odhuknęły im gromkim echem skały Smotrycza… (…) Była to walka artylerii. Miasto i zamki odpowiadały potężnie. (…) Upłynął dzień, drugi, trzeci, a owo straszliwe colloquium armat nie ustawało ani na chwilę. (…) Wszelako ku wieczorowi, gdy ogień jeszcze się powiększył, pan generał Potocki zbliżył się do Wołodyjowskiego.
– Mości pułkowniku – rzekł – nie utrzymamy się tu.
– Póki poprzestają na strzelaniu – odrzekł mały rycerz – póty się utrzymamy, ale oni minami nas stąd wysadzą, bo kują. (…)
Wielki niepokój pojawił się w twarzy generała; podniósł ręce i skronie dłońmi przycisnął. Widząc to Wołodyjowski rzekł:
– Zwyczajna to rzecz w każdym oblężeniu. Pod Zbarażem ryli pod nami dzień i noc.
Pan generał podniósł głowę.
– Co Wiśniowiecki na to robił?
– Przenosiliśmy się z obszerniejszych wałów w coraz ciaśniejsze.
– A nam co czynić przystoi?
– Nam należy działa, a z nimi co można zabrać i do starego zamku się przenieść, bo stary na takich skałach fundowan,
że i minami ich nie rozsadzą. (…)
– A jeśli nam ze starego zamku przyjdzie ustąpić? Gdzie ustąpimy? – pytał złamanym głosem. Na to wyprostował się mały rycerz, ruszył wąsikami i ukazał palcem na ziemię.
– Ja jeno tam! – rzekł. (…)

LV.

Grzmot dział wstrząsnął zaraz po „kindii” zamkami i miastem. Już Turcy wyryli fosę wzdłuż zamku na pięćset łokci długą,
w jednym miejscu zaś już się przy samym murze w głąb dobywali. (…) Do wieczora spostrzegli przywódcy, że trzymać się dłużej niepodobna, zwłaszcza że i miny mogły już lada chwila wybuchnąć. W nocy więc zeszli się rotmistrzowie ze swymi sotniami
i do rana przenoszono wśród ciągłej strzelaniny wszystkie armaty, prochy i zapasy żywności na stary zamek. (…) …posłano jeszcze pana Wasilkowskiego do generała po wiadomości z zamku. Ów odpisał: „Zdaniem moim zamek i do wieczora się nie utrzyma, ale tu myślą inaczej”. (…) Słowa te wydostały się na miasto i spowodowały wielkie zbiegowisko. (…) Oto na rynku pojawił się pan Wołodyjowski w towarzystwie pana Humieckiego… (…) Gdy obaj… przedarli się wreszcie przez zbiegowisko
i weszli na radę, i tam powitano ich radośnie, ksiądz biskup zaś rzekł zaraz:
– Bracia kochani! Nec Hercules contra plures! Pisał nam już pan generał, że musicie się poddać.
Na to Humiecki, który był człowiek bardzo żywy, a do tego możny familiant, nie oglądając się na ludzi, odrzekł ostro:
– Pan generał głowę stracił; ma jeno tę cnotę, że jej nadstawia. Co do obrony, odstępuję głosu panu Wołodyjowskiemu, bo lepiej ode mnie potrafi o tym opowiedzieć.
Wszystkie oczy zwróciły się na małego rycerza, on zaś ruszył żółtymi wąsikami i odrzekł:
– Dlaboga! kto tu o poddaniu wspomina? Albożeśmy to nie przysięgli Bogu żywemu, że jeden na drugim padniem? (…) Kto co obiecywał, niech za to odpowiada! Jam z Ketlingiem przysięgał, że do śmierci zamku nie damy – i nie damy, bo jeślim ja obowiązany każdemu człowiekowi słowa kawalerskiego dotrzymać, to cóż dopiero Bogu, któren szarżą wszystkich przenosi? (…) Jakże to z tak lekkim sercem o poddaniu mówicie? Jakim sumieniem chcecie otworzyć furtę nieprzyjacielowi do serca ojczyzny? Jać w zamku siedzę i min się nie boję, a wy się ich w mieście, opodal, boicie? Na miły Bóg! nie dajmy się, pókiśmy żywi! Niech pamięć tej obrony między potomnymi zostanie, jako zbaraska została! (…) Przysięgłem! Więcej słów nie będę tracił i idę sobie
z powrotem między armaty, bo te Rzeczypospolitej bronią, zamiast ją przedawać!
To rzekłszy wyszedł, a za nim Humiecki… (…)

Mina pod główną bramą starego zamku wybuchła wkrótce po przybyciu Wołodyjowskiego. (…) Turcy roili się w gruzach nowego zamku; w każdym dołku, za każdym złamem, za każdym kamieniem, w każdej rozpadlinie ruin siedziało ich po dwóch, trzech, pięciu, dziesięciu i strzelali bez chwili spoczynku. (…) Czterykroć razy zrywali się janczarowie i czterykroć Ketling odrzucał ich
i rozpraszał, jak burza rozprasza chmarę liści. (…) Nigdy zaciekłość ataku nie rozbiła się o taką furię obrony. (…) Ketling
z Wołodyjowskim, wziąwszy się po ukończeniu roboty przy wyłomie pod ręce, obchodzili majdan i mury… (…) W tej chwili spojrzeli sobie w oczy, po czym Wołodyjowski pytał ciszej:
– A uczyniłeś, com ci powiedział?
– Wszystko przygotowane – odszepnął Ketling – ale myślę, że do tego nie przyjdzie, bo naprawdę możemy się tu jeszcze trzymać bardzo długo i mieć wiele dni takich jak dzisiejszy.
– Daj, Boże, takie jutro!
– Amen! – odrzekł Ketling wznosząc ku niebu oczy. Dalszą rozmowę przerwał im huk dział. (…) Natomiast z trzech stron ozwało się kowanie min. Widocznie, mimo iż potężna opoka udaremniała niemal pracę górników, Turcy postanowili koniecznie wysadzić te skalne gniazdo w powietrze. (…)

Wołodyjowski odprowadził pana Muszalskiego nieco na stronę i zatrzymawszy się rzekł nagle:
– Słuchaj waćpan! A żebyśmy tak popróbowali onych kretów w norach wydusić?
– Widzi mi się: śmierć to pewna, bo przecie całe pułki janczarskie ich strzegą! Ha! popróbujmy! (…)
Upłynął kwadrans, pół godziny, godzina; zdawało się, że już powinni byli dojść i poczynać, tymczasem przyłożywszy ucho
do ziemi można było doskonale usłyszeć spokojne kowanie. Nagle u stóp zamku ozwał się z lewej strony wystrzał pistoletowy, który zresztą w wilgotnym powietrzu i wobec strzelaniny z szańców nie rozległ się zbyt głośno i byłby może przebrzmiał
bez zwrócenia na się uwagi załogi, gdyby nie wrzawa straszliwa, jaka nastała zaraz potem. (…) Noc sprzyjała zuchwałemu przedsięwzięciu pana Wołodyjowskiego i Muszalskiego, bo uczyniła się bardzo ciemna. (…) Ketling zeskoczył z wałów, podbiegł na czele kilkunastu ludzi do wyłomu i czekał. Lecz nie czekał już długo. Wkrótce ciemne postacie zaroiły się między belkami, którymi zasłonięty był otwór.
– Kto idzie? – krzyknął Ketling.
– Wołodyjowski! – brzmiała odpowiedź. (…)
– Cóż, jak tam? – pytali oficerowie, których coraz więcej zbiegało się do wyłomu.
– Chwała Bogu! górnicy wybici do nogi, narzędzia połamane i rozrzucone, na nic ich robota! (…)
…w tej chwili wyłom zaroił się na nowo. To ludzie Muszalskiego wracali z pośpiechem… Wracali… radośnie, bo z równie pomyślnym skutkiem. (…)
– Jeszcze parę szturmów – mówił mały rycerz – a jak Bóg na niebie, Turcy się zniechęcą i głodem będą nas chcieli zniewolić.
A owóż zapasów jest dość. September ci to przy tym za pasem: za dwa miesiące poczną się słoty i zimna, niezbyt to wytrzymałe wojska; niech raz dobrze przemarzną, to i odejdą. (…)

Tak to oni rozmawiali mając serca wezbrane, po czym udali się na spoczynek, bo wielce byli znużeni. Lecz mały rycerz nie spał trzech godzin, gdy rozbudził go wachmistrz Luśnia.
– Panie komendancie, nowiny są! – rzekł.
– Co tam? – zawołał czujny żołnierz zrywając się w jednej chwili na równe nogi.
– Pan Muszalski jest!
– Dlaboga! co powiadasz?
– Jest! Stałem przy wyłomie, wtem słyszę, woła ktoś z drugiej strony po naszemu: „Nie strzelać, to ja!” Patrzę, aż tu pan Muszalski, za janczara przebrany, wraca!
– Bogu chwała! – rzekł mały rycerz. I skoczył witać łucznika. (…)
– Jużeśmy waści opłakali! – zawołał pan Wołodyjowski. (…) …jęli wypytywać na wyścigi łucznika, jakim sposobem w tureckim przebraniu się znalazł, ów zaś zabrał głos i tak mówił:
– Przewróciłem się, wracając, przez janczarskiego trupa i głową o kulę leżącą wyciąłem, a choć czapkę miałem drutem przeszywaną, zamroczyło mnie zaraz… (…) Budzę się tedy potem… (…) Wtem przyszło mi do głowy: nużbym z owego janczara moderunek cały zdjął i między Turków poszedł? Przecie ja po turecku tak jak po polsku gadam i nikt mnie po mowie nie pozna,
z gęby też janczara nie odróżnić. (…) Na własne uszy słyszałem, jak na obecnego tu naszego chreptiowskiego komendanta wyrzekali. (…)
– Słyszycie, waszmościowie! – krzyknął Wołodyjowski. – Gdy się janczary zbuntują, wraz się sułtan przelęknie i oblężenia zaniecha! (…)
– Tak będzie! – zawołali oficerowie. (…) Lecz pan Muszalski zabrał na nowo głos: (…)
– (…) Żal mi było odchodzić, bo mogłem i więcej usłyszeć, alem się bał, że mnie dzień zaskoczy. Poszedłem tedy ku tym szańcom, z których nie strzelano, żeby się w pomroce przemknąć. (…) Podchodzę do srogiej armaty, nikt nie woła. A to pan komendant, wie żem zabrał ze sobą na wycieczkę zadziory do gwożdżenia armat. Wsunę prędko jeden w zapał… (…) …przycisnę dłonią, zazgrzytało trochę, ale gwóźdź wlazł po głownię!… Uradowałem się okrutnie!…
– Dla Boga! waćpan to uczynił? waćpan wielką armatę zagwoździł? – pytano ze wszystkich stron.
– Uczyniłem i to, i drugie, bo jak tak gładko poszło, znowu żal było odchodzić i poszedłem do drugiego działa. Boli trochę ręka,
ale gwoździe wlazły! (…)
– (…) Chwalić Boga, żeś nam szczęśliwie wrócił!
– Przemknąłem się przez belkowanie – odparł łucznik. – Chciało się owe roboty podpalić, ale nie było czym.

– Wiesz co, Michał – zawołał Ketling – moje szmaty gotowe. Zacznę ja o tym belkowaniu myśleć. Niech wiedzą, że pierwsi zaczepiamy.
– Poczynaj! poczynaj! – krzyknął Wołodyjowski. Sam zaś skoczył do cekhauzu i wysłał nową wiadomość do miasta. (…) Jakoż goniec nie przebiegł jeszcze przez most, gdy mury zadrżały od huku dział. Zamek pierwszy tym razem rozpoczynał grzmiącą rozmowę. W bladym świetle poranku leciały płomienne płachty na kształt płonących chorągwi – i padały na belkowania.
Nie pomogła nic wilgoć, którą nocny deszcz nasycił drzewo. Belki zajęły się wkrótce i poczęły się palić. (…) Nadjechał sam wezyr na czele nowych zastępów wojsk, lecz zwątpienie wkradło się widocznie i do jego serca, bo paszowie słyszeli, jak mruczał:
– Milsza im bitwa niż spoczynek! Co to za ludzie w tym zamku mieszkają? (…)

LVI.

…nastał… dzień 26 sierpnia… (…) o wschodzie słońca rozległo się znów kowanie po lewej stronie zamku, tak głośne i silne
jak nigdy dotąd. (…) …zamek pierwszy rozpoczął armatnią rozmowę, i tak skutecznie, że chwilowy popłoch powstał w szańcach. (…) …zamek bronił się zaciekle… (…) …mały rycerz rzucał się od działa do działa, od jednych murów do drugich, od rogu
do rogu, sam do niszczącego płomienia podobny. (…) Zapał jego udzielił się żołnierzom. (…) Tak upływały całe godziny. (…) Zaraz po trzeciej rozbito dwie największe kolubryny tureckie. (…) Z każdą chwilą stawało się widoczniejszym, że ów niepohamowany piekielny zamek bierze górę w walce, że przekrzyczy tureckie grzmoty i że on wypowie ostatnie słowo… zwycięstwa. (…) Nagle stało się coś dziwnego. Oto wszystkie działa tureckie zamilkły od razu, jakby kto nożem uciął. Zamilkł również grzechot janczarek w nowym zamku. Stary zamek grzmiał jeszcze czas jakiś, lecz w końcu poczęli oficerowie spoglądać po sobie i pytać się wzajemnie:
– Co to jest? co się stało? (…)
Nagle rozległy się od lewej strony miarowe uderzenia kilofów.
– Mówiłem, że minę kują dopiero! – ozwał się Wołodyjowski. Tu zwrócił się do Luśni:
– Wachmistrz! weźmiesz dwudziestu ludzi i wyjrzysz mi na nowy zamek.
Luśnia prędko spełnił rozkaz… (…) Czekano dość długo, wreszcie wachmistrz zjawił się z powrotem.
– Panie komendancie – rzekł – w nowym zamku nie ma żywej duszy.
Wołodyjowski spojrzał ze zdziwieniem na Ketlinga:
– Czyby od oblężenia już odstąpili czy co? Przez dymy nic nie można dojrzeć! (…)
W tej samej chwili jakiś głos okropny i przerażony począł krzyczeć z baszty:

– Nad bramami białe chorągwie! Poddajem się! (…)
Straszliwe zdumienie odbiło się na twarzach, słowa zamarły wszystkim na ustach i przez smugi dymu patrzyli ku miastu. (…) Wówczas twarz małego rycerza stała się tak białą jak te chorągwie kolebiące się na wietrze.
– Ketling, widzisz? – szepnął zwracając się do przyjaciela. Ketlingowi także twarz pobladła.
– Widzę – rzekł. I czas jakiś patrzyli sobie w oczy mówiąc nimi wszystko, co mogli powiedzieć tacy dwaj żołnierze bez plamy
i bojaźni, którzy nigdy w życiu nie złamali słowa, a przed ołtarzem przysięgli wpierw zginąć, niżby mieli zamek poddać. I oto teraz, po takiej obronie, po takiej walce, która zbaraskie dzieje przypominała, po odbitym szturmie i po zwycięstwie, kazano im złamać przysięgę, wydać zamek i żyć! (…) A tymczasem od strony miasta zatętniały kopyta końskie i po chwili wpadł Horaim, rękodajny młodzian pana generała podolskiego.
– Rozkaz do komendanta! – krzyknął osadzając bachmata. Wołodyjowski wziął rozkaz, przeczytał go w milczeniu i po chwili wśród grobowej ciszy ozwał się do oficerów:
– Mości panowie! Komisarze przejechali czółnem rzekę i już udali się do Dłużka dla podpisania ugody. Za chwilę będą tędy wracać. Do wieczora mamy wyprowadzić wojsko z zamku, a białą chorągiew zatknąć nie mieszkając… (…)
Dalszą rozmowę przerwały im głosy wołające:
– Komisarze wracają! komisarze wracają!
Jakoż po niejakim czasie trzej nieszczęśni wysłannicy ukazali się na zamku. (…) Wołodyjowski czekał ich oparty o ciepłe jeszcze i dymiące działo skierowane ku Dłużkowi. Wszyscy trzej powitali go w milczeniu, a on spytał:
– Jakie kondycje?
– Miasto nie będzie rabowane, mieszkańcom życie i mienie zapewnione. Każden, kto nie chce zostać, ma prawo wyjść i udać się, gdzie mu się będzie podobało.
– A Kamieniec i Podole?
Komisarze pospuszczali głowy:
– Na sułtana… po wieki wieków!…
Po czym komisarze odeszli nie ku mostowi… (…) Wielu chciało biec na zamek, lecz wychodzące regimenta powstrzymały ich
z rozkazu małego rycerza. Ów sprawiwszy wojsko przywołał pana Muszalskiego i rzekł mu:
– Stary przyjacielu, oddajże mi jedną przysługę: idź zaraz do żony mojej i powiedz jej ode mnie…
Tu głos uwiązł na chwilę w gardle małemu rycerzowi.
– I powiedz jej ode mnie: Nic to! – dodał prędko. (…)

Zamek opróżniał się, ale marudnie… Ketling zbliżył się do małego rycerza.
– Schodzę! – rzekł zaciskając zęby.
– Idź, jeno zwlecz, póki wojsko nie wyjdzie… Idź!…
Tu wzięli się w ramiona i przez pewien czas tak trwali. Oczy obydwom błyszczały nadzwyczajnym światłem… Ketling skoczył wreszcie w kierunku lochów… Wołodyjowski zaś zdjął hełm z głowy… następnie podniósł oczy w górę, począł się modlić… (…)
Ketling pospieszył się nie czekając nawet na wyjście regimentów, bo w tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany, ludzie, konie, działa, żywi i umarli, masy ziemi – wszystko to, porwane w górę płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze… (…)

*

W kolegiacie stanisławowskiej stał na środku kościoła wysoki katafalk rzęsiście obstawiony świecami, a na nim leżał w dwóch trumnach, ołowianej i drewnianej, pan Wołodyjowski. (…) Wszystkie dzwony biły w kolegiacie. Kościół zapełniony był tłumem szlachty i żołnierzy, którzy ostatni raz chcieli rzucić okiem na trumnę Hektora Kamienieckiego i pierwszego Rzeczypospolitej kawalera. (…) W środku żołnierskiego koła leżała krzyżem na podłodze Basia, a obok niej stary, zniedołężniały, złamany
i trzęsący się pan Zagłoba. (…) …tymczasem zaś wyszedł na ambonę ksiądz Kamiński, ten sam, który dawniej w Chreptiowie często przesiadywał i który w czasie choroby Basi na śmierć ją dysponował. (…) …nagle ksiądz Kamiński… zawołał:
– Panie pułkowniku Wołodyjowski! (…) Dlaboga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! nieprzyjaciel w granicach! a ty się
nie zrywasz! szabli nie chwytasz? na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, żołnierzu? Zaliś swej dawnej zapomniał cnoty, że nas samych w żalu jeno i trwodze zostawiasz? (…)
W tej chwili rum uczynił się przy drzwiach i do kościoła wszedł pan hetman Sobieski. (…) …klęknął przy katafalku i począł się modlić…

EPILOG

Na tym kończy się ten szereg książek pisanych w ciągu kilku lat i w niemałym trudzie – dla pokrzepienia serc.

KONIEC

SIERPIEŃ – 02. [Ostenda]


["TA TRZECIA"]
I.

Pracownia, w której mieszkaliśmy i malowali ze Świateckim, była niezapłacona, raz dlatego, że w dwóch mieliśmy coś około pięciu rubli, a po wtóre, że czuliśmy zupełnie szczery wstręt do płacenia komornego. (…) Co do naszego gospodarza, nie był to zły człowiek, a przy tym znaleźliśmy na niego radę. Kiedy, zwykle rano, przychodził się upominać, Światecki… podnosił się
do połowy i mówił grobowym głosem:
– Dobrze, że pana widzę, bo śniło mi się, żeś pan umarł.
Gospodarz, który był przesądny i widocznie bał się śmierci, mieszał się zaraz nadzwyczajnie… (…) Zdaje się, że to „czasem” doprowadzało gospodarza do desperacji. Kończyło się na tym, że wpadał w gniew, trzaskał drzwiami i słyszeliśmy, jak schodził po cztery schody od razu, klnąc na czym świat stoi. Poczciwa dusza nie chciała jednak przysłać nam komornika. (…) Jednak ostrze tego naszego sposobu stępiało z czasem. Gospodarz oswoił się z myślą o śmierci. Światecki właśnie zamierzał wykonać trzy obrazy w rodzaju Würtza, pt. „Skon”, „Pogrzeb” i „Przebudzenie się z letargu”. Naturalnie we wszystkich miał figurować nasz kamienicznik. (…) Posłał właśnie do Salonu paryskiego dwa „truposze”, a że i ja posłałem moich „Żydów nad Wisłą”, których
w katalogu Salonu ochrzczono „Żydami nad rzekami Babilonu”, więc czekaliśmy z niecierpliwością na wyrok jury. (…)

Raz zabłądziliśmy w górach w Salzkammergut, koło Zell am See. Ponieważ zapadła noc i łatwo było kark skręcić, więc Światecki powiada do mnie:
– Słuchaj, Władek, ty masz większy talent, więc ciebie większa szkoda. Ja pójdę naprzód… (…) Światecki wyciąga węzełek
i rusza naprzód. Posuwamy się przełęczą. Z początku jest dość szeroko, później coraz węziej. O ile możem wymiarkować, w prawo i w lewo są przepaście, pewnie bezdenne. (…) Grzbiet skalny robi się nie szerszy od końskiego. Światecki siada oklep, ja
za nim i, opierając się rękoma przed sobą, posuwamy się naprzód… Po niejakim czasie słyszę głos Świateckiego:
– Władek!
– Co takiego?
– Grzbiet się skończył.
– A co dalej?
– Pusto… musi być przepaść. (…)
– Trudna rada! Będziemy siedzieli do rana.
I siedzimy. (…) Zaczyna popadywać drobniuchny deszcz. Naokoło ciemność nieprzebita. Dochodzę do przekonania, że żyjąc między ludźmi czy w miastach, czy na wsi, nie mamy pojęcia, co to jest cisza. Ta, która nas otacza, aż w uszach dzwoni. Słyszę niemal, jak krew krąży mi w żyłach, a bicie własnego serca słyszę doskonale. (…) Było jeszcze ciemno i nie mogłem nic dojrzeć, ale byłem pewien, że to orły poczynają krążyć nad przepaścią; „kra! kra!” rozlegało się coraz silniej w górze i w ciemności. Dziwiło mnie, że słychać tak dużo tych głosów, jakby przelatywały całe legiony orłów. Ale bądź co bądź zwiastowały one dzień. Jakoż
po niejakim czasie dojrzałem swoje ręce oparte o brzeg skalisty, potem zarysowały się przede mną plecy Świateckiego, zupełnie jak czarna sylwetka na cokolwiek mniej czarnym tle. Tło owo bladło z każdą chwilą. (…) Przechylam się, spoglądam – cóż się pokazuje? Oto siedzę na skalistym zrębie, zapuszczającym się w łąkę, która leży może o półtora łokcia poniżej. Mchy głuszyły odgłos kamieni, bo zresztą łąka jest równiutka; w dali widać drogę, na niej wrony, które poczytałem za orły. Potrzebowaliśmy tylko nogi spuścić ze zrębu, żeby pójść najspokojniej do domu. (…)

Nie wiem dlaczego teraz oto, gdyśmy w pracowni oczekiwali ze Świateckim nadejścia gospodarza, ta przygoda, od której upłynęło już z półtora roku, przypomniała mi się tak, jakby to było wczoraj. (…)
– Z czegoś ty dziś taki rad? – pyta mnie opryskliwie Światecki.
– Bo ja wiem! Obaczysz, że nas spotka coś nadzwyczajnego.
W tej chwili słyszymy trzeszczenie schodów, prowadzących do pracowni. (…) …drzwi się otwierają i wchodzi – kto?
– Nie gospodarz, ale stróż tego domu, w którym mieszkają Susłowscy. Wypadamy zza kostiumów.
– List dla pana przyniosłem – mówi stróż. Biorę list… Na Hermesa! od Kazi! Rozrywam kopertę i czytam, co następuje: „Mam pewność, że rodzice nam przebaczą. Przyjdź pan natychmiast, bez względu na wczesną godzinę. Dopiero co wróciliśmy z wód,
z ogrodu. K." (…)
…powiadam do stróża:
– Przyjacielu! Powiedz panience, że natychmiast przychodzę… (…)

II.

W kwadrans później dzwonię do Susłowskich. Otwiera mi sama Kazia. Jest śliczna… Ma w sobie jeszcze ciepło snu i świeżość poranku, którą przyniosła z ogrodu w fałdach swej perkalowej sukni koloru bladoniebieskiego. (…) Następnie prowadzi mnie
za rękę przed oblicze rodziców. Stary Susłowski… przemawia:
– Rozum i obowiązek kazały mi powiedzieć: nie! – ale serce rodzicielskie ma swoje prawa – jeśli to jest słabość, niech mnie za nią Bóg sądzi. (…) Ze wzruszenia wypijam tyle szklanek kawy, że aż Susłowski zaczyna rzucać niespokojne spojrzenia na maszynkę
i śmietankę. (…)
Siedzę z półtorej godziny, ale na koniec muszę pyrgać… (…) Droga wypada mi przez ogród. Pełno ludzi wraca jeszcze z wód…
Po drodze uważam, że wszyscy zatrzymują się na mój widok. Słyszę naokoło szepty: „Magórski! Magórski! to on…" (…)
W sieni przy schodach wpadam na gospodarza, jak statek na skałę. (…) …łapie mnie za szyję i ściska. (…)
Grzmię na górę. Po drodze słyszę już gwar u nas. Wpadam. W pracowni ciemno od dymu. Jest Julek Rzysiński, Wach Poterkiewicz, Franek Cepkowski, stary Słudecki, Karmiński, Wojtek Michalak… (…) W jednej chwili jestem porwany na ręce… (…)

Tymczasem Światecki podnosi ręce i mówi:
– Ten mydłek myśli, że mu małżeństwa winszujemy.
– A czegoż mi winszujecie? (…)
Dają mi więc poranny numer „Latawca", wołając jeden przez drugiego: „Patrz w depeszach!” Patrzę w depeszach i czytam,
co następuje: „Telegram własny „Latawca”. Obraz Magórskiego „Żydzi nad rzekami Babilonu” otrzymał wielki złoty medal
w tegorocznym Salonie. Krytyka nie znajduje dość słów dla geniuszu mistrza. Albert Wolff nazwał obraz rewelacją. Baron Hirsz ofiaruje 15.000 franków." (…) Numer „Latawca” wypada mi z ręki. (…) Jednocześnie też nadchodzi Stach Kłosowicz z porannym numerem „Bieguna”. Depesza jest i w „Biegunie”. Oddycham. Zaczynają się teraz poszczególne powinszowania. (…) Kazia wyraża zdyszanym głosem obawę, że stracę dla niej szacunek. Najdroższe stworzenie! jakie ona głupstwa plecie! Uspokajam ją
jak mogę, i poczynamy mówić rozsądnie. (…) Jakoż muszę lecieć do kancelarii Tow. Zachęty Sztuk Pięknych; przez nią najłatwiej mi będzie porozumieć się z sekretariatem Salonu.

III.

Posyłam depeszę z oświadczeniem, że zgadzam się na cenę barona Hirsza, ale że przedtem postanawiam wystawić obraz
w Warszawie etc. Na wysłanie depeszy oraz na inne potrzeby pożyczam pieniędzy w zarządzie. Dają mi bez wahania. Wszystko idzie jak po maśle… (…)

IV.

W tydzień później odbieram zadatek od barona Hirsza. Całość będzie wypłacona, kiedy nabywca wejdzie w posiadanie płótna; tymczasem Bank Handlowy pali mi na stół pięć tysięcy franków w samych ludwikach. Jak żyję, nie widziałem tyle pieniędzy. (…)

V.

Ostrzyński powiada mi któregoś dnia, iż czuje się szczęśliwy, że dostał kosza od Kazi, bo otwierają się przed nim widoki, o których nie mogę mieć najmniejszego wyobrażenia. Bardzom z tego rad, a raczej mi to wszystko jedno; wierzę przy tym, że Ostrzyński da sobie rady w życiu. (…)

VI.

(…) Co za komedia! Od czasu jak mam sławę i pieniądze, Susłowski, wbrew moim własnym przewidywaniom, obchodzi się ze mną po prostu pogardliwie. On, żona, wszyscy krewni i krewne Kazi traktują mnie lodowato. (…) Poczciwa Kazia występuje w mojej obronie, czasem bardzo opryskliwie, ale oni czyhają na każde moje słowo. (…)

VII.

Nadchodzi dzień moich zaręczyn. Kupiłem śliczny pierścionek w stylu Louis XV, który się nie podobał Susłowskim, a nawet i Kazi, bo tam w całym domu nikt nie ma pojęcia o prawdziwej sztuce. Nad Kazią muszę jeszcze dużo pracować, żeby wyplenić w niej mieszczańskie zamiłowania i nauczyć ją czuć artystycznie… (…) Dzwonimy, wchodzimy. (…) Następuje prezentacja, po czym siadamy. Kazia siada koło mnie i zostawia swoją rękę w moich. W pokoju pełno jest ludzi, ale wszyscy są sztywni i milczący. Atmosfera jest ciężka. (…) Przystępujemy do aktu zaręczyn… Małoletnia kuzynka trzyma porcelanowy talerz, na którym leżą dwa pierścionki. (…) Susłowski zabiera głos:
– Moje dzieci, przyjmijcie błogosławieństwo rodziców.
Kazia klęka, klękam i ja… (…) Słyszę płacz pani Susłowskiej, który mnie rozczula, bo to w gruncie poczciwa kobieta, słyszę brzęk pierścionków… (…) Wreszcie wstajemy. Kuzynka podsuwa mi talerz pod same oczy. Zamieniamy z Kazią pierścionki.… (…) Wnoszą herbatę. Siedzę obok Kazi… (…) …wieczór kończy się szczęśliwie. Wychodzimy. (…)

VIII.

W tydzień po zaręczynowym wieczorze przyszły moje „Żydy” na wystawę. Obraz umieszczono w osobnej sali i zarząd pobiera osobną opłatę za wejście. Połowa czystego dochodu idzie dla mnie… Na wystawie podobno tłok od rana do wieczora. (…)

IX.

Termin mego ślubu z Kazią jeszcze nie oznaczony, ale to nie za długo nastąpi. Tymczasem każę się Kazikowi ślicznie ubrać
i zaprowadzę ją na wystawę. Niech nas widzą razem… (…)

X.

Byłem z Kazią i Susłowskimi na wystawie. (…) …na „truposze” Świateckiego powiedziała, że to jest obraz „nieprzyzwoity”. (…)
Ze złości pożegnałem ich zaraz… (…)

XI.

Widziałem cud i kwita! Teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego człowiek ma oczy. Corpo di Baccho! Co za piękność! Idziemy
z Ostrzyńskim. Nagle patrzę, na rogu Wierzbowej mija nas jakaś kobieta. (…) Co tam, że ona ma doskonałe rysy… Nic rysy! –
ale to jest po prostu pomysł artystyczny! Arcydzieło jako rysunek, arcydzieło jako koloryt, arcydzieło jako sentyment. (…)
…idzie z nią poezja, idzie muzyka, idzie wiosna, idzie rozkosz i kochanie. Nie wiem, czybym ją chciał od razu malować,
bo wolałbym klęknąć przed nią i całować ją po nogach za to, że się taką urodziła. Czy ja wiem zresztą, czego bym chciał!… (…)
– Chodźmy za nią! (…)
– Ani myślę… pilnuj swojej narzeczonej. (…)
Na nieszczęście siadła do dorożki. (…)
– Co to za jedna?
– To pani Helena Kołczanowska, z domu Turno, inaczej tak zwana panna-wdowa.
– Dlaczego panna-wdowa?
– Bo jej mąż umarł przy cukrowej kolacji. (…)
– Dawno to było?
– Trzy lata temu. Miała wówczas dwudziesty drugi rok… (…)

XII.

Miałem być tego dnia na obiedzie u Susłowskich, ale napisałem im, że nie będę…
Zęby nie bolały mnie wprawdzie nigdy w życiu, ale mogły mnie przecie rozboleć. (…) Poleciałem do Ewki Adami, alem jej
nie zastał. Wieczorem odebrałem kartkę od Kazi z zaproszeniem na jutro na wody do ogrodu, a następnie na kawę. (…) Ewa Adami (to jej teatralne nazwisko, naprawdę nazywa się Anna Jedlińska) jest wyjątkową dziewczyną. Żyję z nią od dawna
w przyjaźni i mówimy sobie „ty”… Będzie już piąty rok, jak weszła do teatru, a pozostała czystą w całym znaczeniu tego słowa. (…) Pomimo całej przyjaźni, jaką mam dla Ewy, nie widziałem jej już dawno, więc obaczywszy mnie ucieszyła się bardzo, chociaż miała jakąś dziwną minę, z której nie mogłem sobie zdać sprawy.
– Jak się masz, Władziu – powiada – przecież cię widzę!
Byłem kontent, żem ją zastał. (…)
– Moja złota divo!– mówię – ty znasz panią Kołczanowską, tę cudną Ukrainkę?
– Znam, to moja koleżanka.
– Zaprowadź mnie do niej… (…)
– Nie, Władziu! Nie zaprowadzę cię…
– Widzisz, jakaś niedobra, a ja raz mało nie zakochałem się w tobie! (…)
– Kiedy to było?

– (…) Poszliśmy kiedyś po teatrze do Botanicznego Ogrodu. Pamiętasz, jaka była noc cudna! Siedzieliśmy na ławce koło basenu – powiedziałaś, że chcesz słuchać słowika. Było mi czegoś smutno, zdjąłem kapelusz, bo mnie głowa bolała, a tyś poszła
do basenu, umoczyłaś chustkę w wodzie i położyłaś mi ją wraz z ręką na czole. Wydałaś mi się wtedy po prostu tak dobrą
jak anioł i pomyślałem sobie: jeśli wezmę tę rękę i położę na niej usta – to przepadło! to się w tobie zakocham na śmierć…
– I co? – pyta cicho Ewa.
– Nagle takeś się szybko odsunęła, jakbyś się czegoś domyślała. (…) Wprowadzisz mnie do pani Kołczanowskiej? (…) …przebiorę się za dida lirnika. Cały kostium i lirę mam, na Ukrainie bywałem, pieśni umiem śpiewać… Pani Kołczanowska jest Ukrainką, zatem przyjmie mnie z pewnością…
Oboje z Ewą bawimy się naszym pomysłem doskonale, …następnie ona zatrzymuje mnie na śniadanie. Wieczór spędzam
u Susłowskich. Kazia jest trochę chmurna, żem nie był rano… (…)

XIII.

Godzina wpół do dwunastej… Ewa zajeżdża. (…) …jest zdumiona i zachwycona.
– Cudowny pasiecznik! Cudowny did! – powtarza śmiejąc się. – Tylko artyście może przyjść coś podobnego do głowy! (…) Powóz posuwa się dość szybko… Na koniec w alejach Belwederskich stajemy… Jesteśmy przed domem Heli. (…)
– Helu! Ani wiesz, co cię czeka i kogo tu zobaczysz… Przywiozłam dida, najprawdziwszego „dida-lirnika”, jaki kiedykolwiek chodził po stepach ukraińskich.
Radosny pisk rozlega się w przyległym pokoju, drzwi otwierają się nagle i wpada Hela, nie ubrana, w gorsecie, z rozpuszczonymi włosami. (…) …zaczyna się rozmowa w najpiękniejszym dialekcie, jakim kiedykolwiek mówiono od ujścia Prypeci do Czertomeliku. (…) Obie panie przechodzą do sali jadalnej. Hela chce mnie koniecznie posadzić u stołu, ale ja się upieram i siadam z moją lirą w progu. Po chwili otrzymuję półmisek… obładowany jadłem… (…) Jem…, bo jestem głodny i w czasie jedzenia przypatruję się Heli. Istotnie, piękniejszej głowy nie ma w żadnej na świecie galerii! (…) …śniadanie kończy się. Wychodzimy
do ogrodu, w którym mam się popisywać z pieśniami. (…) …zaczynam śpiewać… (…) Hela słucha, porusza w takt swą wytworną głową… (…) Czas przeszedł jak sen. Wróciłem zmęczony nieco, ale upojony… (…)

XIV.

W pracowni znajduję najniespodzianiej państwa Susłowskich i Kazię. Chcieli mi zrobić niespodziankę… (…) …nie poznali mnie… Dowód, jak byłem przebrany! (…) Kazia przypatruje mi się dokładniej, na koniec poczyna się śmiać wołając:
– Fe! co za brzydki dziad! (…)
– A jeśli pewien pan nie przyjdzie dziś do nas na wieczór, to będzie brzydki i nie będą go kochali.
To rzekłszy, zakrywa oczy. Nie mogę powiedzieć, żeby nie było dużo wdzięku w tych jej minkach… Przyrzekam, że przyjdę,
i odprowadzam swoją przyszłą rodzinę aż na sam dół… (…)

XV.

Wieczorem jestem u Susłowskich. Umieściliśmy się oboje z Kazią w saloniku w niszy, w której stoi kozetka. (…) …panuje cisza; przerywa ją tylko szept Kazi, którą próbuję objąć, a która odpowiada mi:
– Władziu, papo zobaczy. (…)
Mimo woli oczy moje zwracają się ku panu Susłowskiemu. Nagle widzę, że twarz mu się mieni; przysłania oczy ręką i pochyla się nad „Latawcem”. (…)
– Oto jak fałsz i zbrodnia wychodzą zawsze na wierzch! – odpowiada patetycznie Susłowski – mój panie, czytaj, jeśli wstyd pozwoli ci doczytać do końca!
To rzekłszy czyni ruch, jakoby się obwijał w togę, i podaje mi „Latawca”. (…) Mieszam się nieco i poczynam pośpiesznie czytać, co następuje: „Przed kilkoma dniami zawitał do naszego grodu rzadki gość w osobie zgrzybiałego lirnika, który obchodzi zamieszkałe u nas rodziny ukraińskie prosząc o jałmużnę a dając w zamian pieśni. Powiadają, że starym bardem zajęła się szczególniej nasza znana i sympatyczna artystka E. A., z którą nie dawniej jak dziś rano widziano go w powozie. W pierwszych dniach pojawienia się dalekiego gościa powstała dziwna wieść, że pod siermięgą lirnika ukrywa się jeden z najznakomitszych naszych malarzy, który w ten sposób, nie zwracając uwagi mężów i opiekunów, znajduje łatwy przystęp do buduarów. (…)” (…) W tej chwili Kazia wyrywa mi z ręki „Latawca” i poczyna go czytać, Susłowski zaś obwija się jeszcze szczelniej w togę oburzenia
i mówi dalej:
– Więc zaledwieś pan przestąpił próg uczciwego domu, już wnosisz z sobą zepsucie, więc nie będąc jeszcze mężem tego nieszczęśliwego dziecka już zdradzasz je w spółce kobiet lekkiej treści, już depcesz jego i nasze zaufanie, już łamiesz poprzysiężone słowo… (…)
– Mój panie! – mówię – dość tych komunałów. Ta hetera jest więcej wartą od dziesięciu takich fałszywych Katonów jak pan… Pan nie jesteś jeszcze niczym dla mnie i wiedz o tym, że mnie nudzisz! (…)

…wychodzę nie żegnając się z nikim… Świeży powiew chłodzi moją rozpaloną głowę.
Jest godzina dziewiąta wieczór i noc bardzo pogodna. (…) Przychodzi mi na myśl, żeby naradzić się z Ewą. (…) W pół godziny później jestem w jej garderobie. (…) Słychać grzmot oklasków. Ha! skończyło się… (…) Na koniec wpada Ewa w postaci „Teodory”… (…) Siadam koło niej, kładę rękę na jej głowie i nie myślę o niczym więcej prócz niej… (…) Siedzimy tak czas jakiś
w milczeniu; wreszcie Ewa ukazuje ręką numer „Latawca”, leżący na tualecie, i szepce:
– Jaka przykrość, jaka przykrość!… (…)
Chwytam jej dłonie i okrywam je pocałunkami, tulę je, przyciskam do piersi. (…) Klękam, sam nie wiedząc co czynię, u kolan Ewy, obłok przesłania mi oczy, nagle porywam ją bez pamięci w ramiona.
– Władziu, Władziu, zlituj się! – szepce Ewa. Lecz ja cisnę ją do wzburzonych piersi; nie wiem już o niczym, oszalałem! całuję ją
po czole, oczach, ustach i umiem tylko wypowiedzieć jedno słowo:
– Kocham cię! kocham.
Wtem główka Ewy przechyla się w tył, ręce jej oplatają gorączkowo moją szyję i słyszę szept:
– Ja cię od dawna kocham!…

XVI.

Bóg jeden wie, co się ze mną działo, gdym ją odprowadzał po tym wieczorze do domu. Szliśmy pod rękę, nie mówiąc do siebie nic… Ja tylko przyciskałem ciągle do boku ramię Ewy, a ona moje. (…) Odprowadziłem ją jeszcze na górę… (…) Taka była śliczna, takie miała oczy senne a zarazem błyszczące, taką jakąś słodką ociężałość w całej postawie, żem się nie mógł od niej oderwać. (…) Wróciłem do domu późno. Światecki jeszcze nie spał… (…)
– Jest tu list dla ciebie – powiada nie podnosząc oczu od roboty. Biorę ze stołu list i czuję przez kopertę pierścionek. (…) Otwieram list i czytam, co następuje: „Wiem, że zwrot pierścionka zrobi panu przyjemność, bo widocznie do tego zmierzałeś.
Co do mnie, nie myślę także rywalizować z aktorkami. K.” (…) Gniotę list, chowam do kieszeni i idę spać… (…)
– Był tu wieczorem po teatrze ten podły Ostrzyński – mówi mi Światecki.

XVII.

Jestem u Ewy dopiero o godzinie pierwszej, oddaję jej pierścionek i zapowiadam, że po ślubie wyjeżdżamy do Rzymu. Ewuś zgadza się z radością… (…) …chowa mi główkę na ramieniu i… obwija mi szyję rozciętymi rękawami szlafroczka i nazywa mnie swoim wielkim człowiekiem… (…) Po obiedzie jedziemy do Heli Kołczanowskiej. (…) Umawiamy się, że po powrocie z zagranicy będę malował portret Heli, ale przedtem w Rzymie zrobię moją Ewkę… (…) Wieczorny "Latawiec" ogłasza niestworzone historie o zamówieniach, jakie dostałem. Dochody moje są obliczane na tysiące. Może to jest trochę przyczyną, że nazajutrz dostaję list od Kazi, opiewający, że odesłała mi pierścionek pod wpływem gniewu i zazdrości, ale byłem przyszedł i byleśmy padli do nóg rodzicom, rodzice dadzą się jeszcze przebłagać. Mam dosyć tego padania do nóg i tych przebaczań! Nie odpowiadam wcale. (…) …w kilka dni później przychodzi tenże sam posłaniec z listem Kazi, ale tym razem do Świateckiego. Światecki pokazuje mi list… Kazia prosi go, żeby przyszedł na chwilkę rozmowy… (…)
Światecki… idzie… Domyślam się, że chcą przez niego wpłynąć na mnie.

XVIII.

Termin mojego ślubu z Ewą zbliża się… Za pośrednictwem „Latawca” cała Warszawa wie już o tym… (…) Dostałem dla Ewy nieograniczony urlop od dyrekcji. Ewa zaczyna się czesać jak wiejska panienka, ubiera się bardzo skromnie i nosi suknie zapięte pod samą szyję. Nader jej z tym do twarzy. (…) Całe dnie spędzamy razem. Zacząłem jej dawać lekcje rysunku. Przepada
za tymi lekcjami i za malarstwem w ogóle!

XIX.

W wigilię mego ślubu przychodzi do mnie Światecki, trąca mnie łokciem i odwracając w bok swoją rozczochraną głowę mówi ponuro:
– Władek, wiesz?… popełniam zbrodnię. (…) Bo żeby taki pijak jak ja, taki idiota bez talentu, taki bankrut moralny i fizyczny, żenił się z taką dziewczyną jak Kazia, to jest po prostu zbrodnia! (…)
…rzucam się na szyję Świąteckiemu… (…)

XX.

Po kilkumiesięcznym pobycie w Rzymie, otrzymujemy z Ewą wspaniałą kartę, zapraszającą nas na ślub Ostrzyńskiego z p. Heleną Turno primo voto Kołczanowską. Nie możemy jechać, bo zdrowie Ewy nie pozwala.

Ewa maluje ciągle i robi ogromne postępy. Ja dostałem medal w Peszcie. (…)

XXI.

W Weronie rodzi mi się syn. Sama Ewa powiada, że takiego dziecka nigdy nie widziała. Nadzwyczajny!…

XXII.

Od kilku miesięcy jesteśmy w Warszawie. Urządziłem wspaniałą pracownię. (…)

XXIII.

…Ewa zaczyna mi niedomagać i przy tym bardzo bywa biedaczka rozdrażniona. Słyszałem raz w nocy, jak płakała. Wiem,
co to jest! Tęskni za teatrem. Milczy, ale tęskni… (…)

DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * WRZESIEŃ – 14.


["LIST DO REDAKCJI "CZASU"]
Patrz - KALENDARIUM - 1888 r.

DOKŁADNE MIEJSCE NIE JEST ZNANE * GRUDZIEŃ – 11.


["LIST DO REDAKCJI "SŁOWA"]
Patrz - KALENDARIUM - 1888 r.

GRUDZIEŃ – 16. [Paryż (?)]


["WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK"]
Utwór nieznany.

[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]