Niech cię nie opuszcza łaska i prawda, zawiąż je sobie na szyi, wypisz je na tablicy swojego serca! Wtedy znajdziesz życzliwość i uznanie w oczach Boga i ludzi. Zaufaj Panu z całego swojego serca i nie polegaj na własnym rozumie! [Przyp. 3; 3 – 5]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1889


STYCZEŃ – 31. [Zakopane]


["O POWIEŚCI HISTORYCZNEJ"]
Tym, którzy by chcieli mi zarzucić, że występując z odczytem o powieści historycznej występuję zarazem pro domo sua, odpowiadam z góry, że pośrednio – tak jest. (…) Służymy literaturze, a przez nią społeczeństwu. (…) …gdy naokół powieściopisarza rozlegną się głosy, że nowsza krytyka odmawia racji bytu powieściom historycznym – więc błądzi, kto je pisze – naówczas powieściopisarz ma nie tylko prawo, ale i obowiązek odpowiedzieć: – Tego rodzaju krytyka myli się – a oto moje dowody. (…) Przede wszystkim – powieść nie potrzebuje przekręcać historycznych zdarzeń. (…) Przypuściwszy nawet, że każda powieść zabarwia wypadki dziejowe pewną tendencją, można by zaraz spytać, czy istnieje jeden historyk, a raczej jedna księga historyczna tak przedmiotowa i bezstronna, aby ludzi lub zdarzeń nie przedstawiała w pewnym oświetleniu? (…) …osobisty pogląd powieściopisarza na czyny dziejowe nie może służyć za podstawę do orzeczenia, że powieść historyczna musi być
z natury rzeczy fałszem. Zdarza się zapewne, że powieść historyczna przekręca wypadki lub nawet zmyśla je; zdarza się,
że to czyni i historia. Wówczas i pierwsza, i druga będą kłamstwem. Ale mówią, że powieść przekręcać i zmyślać musi. Dlaczego? Bo jeśli tego nie uczyni, to będzie historią; więc albo historia, albo powieść: jedno wyłącza drugie. (…) Chodzi tylko
i przede wszystkim o to, by owe zdarzenia prywatne były logicznie zgodne z barwą i nastrojem danej epoki; by zamiast stawać
w sprzeczności z wypadkami dziejowymi i wpływać na nie przeważnie, czyniły raczej wrażenie pojedynczych rzeczywistych pasemek, z których była utkana materia owoczesnego życia. Chodzi dalej o to, by przy wypełnianiu przerw między wytycznymi żywota dziejowych postaci wypełnienia owe stały w logicznej zgodzie tak z czynami publicznymi jak z ich psychicznym obliczem. Od tych warunków zależy możliwość i prawdopodobieństwo, które w każdej powieści historycznej czy niehistorycznej jest rzeczą główną, stanowczo ważniejszą niż autentyczność opisywanych zjawisk. (…) …powieść historyczna, nie tylko nie potrzebuje być poniewieraniem prawdy dziejowej, ale może być jej objaśnieniem i dopełnieniem. (…) Co do mnie, pozwolę sobie tylko nawiasowo wtrącić, że wszelkie rady udzielane autorom przez krytykę: jakie epoki lub jacy ludzie stanowią materiał najwdzięczniejszy – są prostą stratą czasu, bo autor, jeśli chce być szczerym, pójdzie i powinien iść zawsze za swym własnym uczuciem i artystycznym widzeniem rzeczy. (…)

MARZEC – 02. [Warszawa]


["LIST DO REDAKCJI «SŁOWA»"]
Patrz - KALENDARIUM - 1889 r.

KWIECIEŃ – LIPIEC - 02. [Abbazia, Kraków]


["WALKA BYKÓW. WSPOMNIENIA Z HISZPANII"]
Niedziela! Wielkie afisze porozlepiane od kilku dni na rogach Puerta del Sol, Calle Alcala i na wszystkich ruchliwszych ulicach oznajmiają miastu, że: „si el tiempo lo permite", w dniu dzisiejszym odbędzie się XVI corrida… (…) Godzina druga. Rynek Puerta del Sol opróżnia się stopniowo, natomiast przez Calle Alcala ciągną w stronę Prado tłumy ludzi. (…) Oto jedzie omnibus, pełen kapeadorów, tj. uczestników walki, mających za całą broń czerwone kapy, którymi będą uwodzili i drażnili byka. (…) Dalej nieco przeciskają się przez tłum konni pikadorowie. (…) …mijają nas i rozpychając zwolna tłum, wysuwają się znacznie naprzód. (…) Nadjeżdżają nowi, tak niezmiernie podobni do poprzednich… Różni się tylko maść koni, które zresztą jednakowo są chude. Oczy nasze zwracają się teraz na długi szereg powozów. (…) W powozach siedzi kwiat towarzystwa madryckiego. (…) …mury cyrku rysują się coraz wyraźniej przed nami. (…) Ogromna budowa, obliczona na to, by pomieścić kilkanaście tysięcy widzów… (…) Wtem ze wszystkich stron rozlega się okrzyk: „Mira! Mira!” (Patrz, patrz!) i po chwili zmienia się w grzmot oklasków… (…)
…w pobliżu słychać: „Eviva Frascuelo!” To najsławniejszy espada przybywa po laury i oklaski. (…) Przeciskamy się przez tłumy, aby obaczyć bohatera. (…) Tłumy wchodzą do cyrku – idziemy z nimi. Oto jesteśmy we wnętrzu. (…) Wszystkie miejsca są… zapełnione. (…)

Nagle orkiestra uderza w trąby i bębny. (…) Teraz naprzeciw loży królewskiej otwierają się wrota w parkanie i na arenę wjeżdża dwóch alguazillów. …zatrzymują się przed lożą królewską i ruchem pełnym gracji odkrywają z uszanowaniem głowy. (…)
…jest to prośba o pozwolenie rozpoczęcia widowiska, a zarazem o klucz do stajen, w których zamknięte są byki. Klucz spuszcza się po chwili z loży na złotym sznurku, alguazille kłaniają się raz jeszcze i odjeżdżają. (…) W kilka minut po zniknięciu alguazillów, otwiera się najszersza brama i wchodzi cała korryda. Na czele jej jadą ci sami dwaj alguazille, których już widzieliśmy przed lożą królewską; za nimi postępuje szereg kapeadorów, za kapeadorami ciągną banderilleros – pochód zaś zamykają pikadorowie. (…) Doszedłszy do środka, rozpraszają się nagle jak rój motyli. Pikadorowie ustawiają się naokół pod parkanem i każdy wyciągnąwszy lancę z tulei chwyta ją silnie w prawicę; piesi tworzą malownicze grupy, w postawach pełnych niedbałości oczekując na byka. (…) W cyrku robi się cicho jak makiem zasiał… Wszystkie oczy zwrócone są na drzwi, którymi wypadnie byk. (…) …drzwi od stajni otwierają się z łoskotem i byk wpada jak piorun na arenę. (…) …zwalnia kroku ku środkowi, spogląda krwawymi oczyma w prawo, w lewo – lecz trwa to zaledwie parę sekund – po chwili upatruje grupę kapeadorów, zniża głowę
ku ziemi i rzuca się na nią na oślep. (…) Byk błyskawicznymi ruchami rozgania ich na cztery wiatry; goni za jednym, wtem drugi
z boku podsuwa mu kapę pod same oczy; byk porzuca pierwszą ofiarę, by gonić za drugą, lecz zanim się zwrócił, podsuwa się ktoś trzeci. Dalejże w niego! (…) Rogi uderzają z głuchym łoskotem w parkan, w cyrku zrywa się burza oklasków – i w tej samej chwili ci i inni kapeadorowie otaczają znów byka, wyzywając go kapami. (…)

…z głuchym rykiem i krwawymi oczyma poczyna biec przed siebie na oślep i nagle wstrzymuje się: nowy widok uderza jego oczy – jest to pikador na koniu. (…) Byk zniża głowę i cofa się kilka kroków, jakby dla nabrania rozpędu… (…) Lanca o krótkim ostrzu zniża się w kierunku byka; ów cofa się jeszcze. (…) Nagle byk wali się naprzód na kształt skały toczącej się z góry w przepaść. (…) Potężna głowa i kark rozjuszonego zwierzęcia giną pod brzuchem końskim… (…) …z konia, jeźdźca i siodła tworzy się bezkształtna masa, którą rozszalały byk depce i przygważdża rogami. (…) Jeździec pod irchą i haftami ma zbroję, która go broni od zgniecenia – upadł zaś umyślnie pod konia, aby ów zasłonił go swym ciałem od rogów. (…) Kapeadorowie opadli byka
ze wszystkich stron, ten zaś chcąc się od nich opędzić, musi porzucić ofiary. (…) Lecz widowisko zaledwie dobiegło połowy. Pikadorowie, których konie ocalały z pogromu, wyjeżdżają wprawdzie z areny, lecz na ich miejsce wbiegają w podskokach
i wśród okrzyków sprężyści banderilleros. Każdy z nich we wzniesionych do góry rękach ma dwie strzały, na łokieć długie… (…) Pierwszy z brzegu banderillero, zamiast uciekać, pędzi ku bykowi, przebiega mu przed głową, jakby go chciał pominąć, lecz w tej jednej sekundzie zawisło coś tęczą w powietrzu: człowiek z pustymi już rękami pędzi, ile sił w nogach, do parkanu, a w karku byka zostaje para barwistych strzał. Po chwili tkwi już druga para, po chwili trzecia… (…) Dotychczas byk czynił krzywdę – teraz poczyna się dziać jemu krzywda, i to straszna. (…) Zmęczyli go kapeadorowie, skaleczył go każdy pikador, teraz wiercą mu się
w skaleczeniach strzały; dopełniają męki upał i pragnienie. (…) Oto na arenę wchodzi właściwy matador, to jest espada. (…)
I oto następuje błysk tak nagły, że oko uchwycić go nie może – potem grupa walczących rozprasza się – i w karku byka,
nad barwnymi banderillami, widać czerwoną rękojeść szpady. (…) Wszyscy zrywają się z miejsc. Na arenę lecą bukiety, cygarniczki, kapelusze, wachlarze… Walka ma się ku końcowi. (…) Tymczasem przez parkan przełazi cicho czarno ubrany, tajemniczy człowiek, przykłada bykowi sztylet tam, gdzie kręgi szyi schodzą się z czaszką, zanurza go lekkim ruchem po rękojeść i zawierca. Jest to cios miłosierdzia, po którym głowa byka opada na bok. (…)

Czy z czasem, pod wpływem cywilizacji, walka byków zostanie zaniechaną w Hiszpanii, trudno orzec. (…) Kto jednak znał
te widowiska tylko z opisów, a później zobaczy je własnymi oczyma, ten mimo woli pomyśli: co to za dziwny lud, dla którego największą zabawą i rozkoszą jest widok rzeczy tak strasznej, bezwzględnej i niepowrotnej jak śmierć. (…)

MAJ [Zakopane]


["LICYTACJA ZAKOPANEGO. KTO DA WIĘCEJ?"] - K. Dobrzyński (Henryk Sienkiewicz)
Sprawa ta budziła tak powszechne zajęcie, że jakkolwiek dziś jest już rozstrzygnięta, nie będzie od rzeczy skreślić w formie małego obrazka cały jej przebieg. (…) Krążyły wieści, że do licytacji staną – prócz Towarzystwa Ochrony Tatr – Goldfinger, Izraelita z Nowego Targu, Kolischer, również Izraelita, współzawodnik pierwszego, domniemany pełnomocnik księcia Hohenlohe – i rząd, który pod naciskiem opinii zdecydował się był podobno wystąpić do współzawodnictwa. Tymczasem na krótko
przed terminem poczęto sobie powtarzać, że znajdzie się i piąty współzawodnik w osobie Władysława Zamojskiego, właściciela Kórnika. (…) Tymczasem, zapytany, hr. Wł. Zamoyski milczał. Obawy rosły z każdą chwilą. Przepowiadano, że ani Towarzystwo Ochrony Tatr, ani rząd nie będą mogli przelicytować Kolischera, a zwłaszcza Goldfingera, który mając sklep w Nowym Targu, może z kupna ciągnąć znaczniejsze niż ktokolwiek korzyści, choćby dlatego że wszelką robociznę będzie płacił góralom towarami, zarabiając na nich i na udzielanym im kredycie sto na sto. Położenie było istotnie groźne. Goldfinger okazywał zupełną pewność siebie i otwarcie oświadczał, że się utrzyma. Pieniędzy nie mogło mu braknąć, bo worki współwyznawców stały dlań otworem. Zresztą Kolischer czy Goldfinger znaczyło to samo, co zamknięcie gór, wycięcie lasów, zniszczenie, rabunkowe gospodarstwo, wyzysk górali i upadek miejscowości. (…) Towarzystwo, mając na czele ks. E. Sanguszkę i adwokata Markiewicza, wytężało ostatnie siły. Co do rządu, wiedziano, że nie posunie się i nie może się posunąć nad pewną określoną cenę. Zguba zdawała się nieuchronną. (…)

Na koniec nadchodzi dzień stanowczy. (…) Jest Goldfinger, jest Kolischer, rząd i Towarzystwo. Zamoyskiego nie ma. (…) Jest tylko adwokat Rettinger, na którego każdy patrzy z niechęcią i wyrzutem. (…) Licytanci szybko przechodzą sumę 400 000 guldenów. (…) Śruba idzie w górę! Pot występuje na czoła. Dziewięć, dziesięć, dwanaście, piętnaście! Chwila milczenia!… Pełnomocnik rządu oświadcza, że ustępuje. (…) Jakoż przy czterystu siedemnastu tysiącach Markiewicz rozkłada ręce. Stało się! Z czterech licytantów pozostają tylko Kolischer i Goldfinger. (…) Lecz Kolischer poczyna okazywać zmęczenie i widocznie robi bokami. Goldfinger „bierze” go. (…)
– Czterysta dwadzieścia pięć! (…)
– Czterysta dwadzieścia pięć po raz drugi! – woła głos urzędnika. Słychać tylko „tik-tak” zegara. Przechodzi jedna minuta i druga – po upływie trzech następnych własność przyznana zostanie Goldfingerowi. Wtem na sali odzywa się głos adwokata Rettingera:
– Za pozwoleniem! Składam wadium i staję do licytacji!…
Wrażenie nie do opisania. (…) Goldfinger blednie. Złowrogie przeczucie ścina mu serce. (…) Tymczasem groźny współzawodnik składa wadium. (…)
– Czterysta dwadzieścia pięć tysięcy! – powtarza urzędnik.
– I centa! – dodaje z flegmą Rettinger. (…)
Głos zamiera Goldfingerowi, gdy wreszcie wyrzuca z piersi słowa:
– Czterysta pięćdziesiąt pięć tysięcy!
– Czterysta sześćdziesiąt! – mówi nieubłagany Rettinger.
– Po raz pierwszy!…
Cisza.
– Po drugi!… (…)
– I po trzeci! – rozlega się suchy głos urzędnika. Dramat skończony! Jest tylko jeszcze mały epilog. Oto Rettinger wstaje i mówi:
– Licytowałem na własne imię, obecnie oświadczam, że działałem jako pełnomocnik hr. Władysława Zamoyskiego.

Sprawa nie mogła wziąć szczęśliwszego obrotu. Przede wszystkim zyskali na niej górale. Nabyte przez nich grunta
od poprzednich właścicieli nie były intabulowane bądź z powodu opieszałości, bądź dlatego, że stosunek kupna i sprzedaży oparty był na wzajemnej ufności. (…)

Nowonabywca zapłacił za Zakopane dość drogo – …chodziło mu o to, by ten tak malowniczy i ulubiony szmat gór nie przeszedł
w nieodpowiednie ręce. Czy jednak zrobił zły interes? Ludzie obeznani ze stosunkami twierdzą, że nie. Zakopane stają się stacją klimatyczną nie tylko letnią, ale i zimową, podnosi się i będzie się podnosiło coraz bardziej. (…)

LIPIEC – 04. [Kraków]


["NA PAMIĄTKĘ ZNAJOMOŚCI ZAWARTEJ W KISSINGEN"]
Raz mi [w Kissingen właśnie] przyszła myśl do głowy,
Którą krótkimi tutaj wypowiadam słowy:
Zwykłych rzeczy koleją, zwykłych zdarzeń siłą
Wiele się w Wielkopolsce z dawnych lat zmieniło,
A wiele jeszcze trzeba zmienić pracowicie,
Żeby się wrogom nie dać – i zachować życie.
W jednym tylko kierunku nie jestem za zmianą:
Niech nam Wielkopolanki – tak jak są – zostaną.

LIPIEC – około 20. [Zakopane]


["SABAŁOWA BAJKA"]
Siedliśmy wokół ogniska, wsłuchani w tę ciszę tatrzańską, która aż w uszach dzwoni. Zbliżała się już i godzina spoczynku,
gdy nagle Sabała podniósł swą pomarszczoną twarz, podobną zarazem do głowy starego sępa i do twarzy Miltona. Chwilę popatrzył szklanymi oczyma w ogień – tak zaczął opowiadać:
„Prosem piknie wasych miłości, raz seł chłop ze świdrem i rąbanicą do Nowego Targu na siacie. Jakoś za Poroninem stowarzyszyła się z nim stara baba. Chłop, że był mądry gazda, poznał Śmierć i zara myśli, jako się jej pozbyć. Wzion wreście wiercić dziurę do wirby, wiercił, póki nie wywiercił, a potem w nią zagląda.
– Cego patrzys? – pyta Śmierć.
– Chces uznać, to sama zaźrzyj.
Zaźrzała śmierć do dziury, nie widzi nic – a bez ten czas ociosał se chłop rąbanicą bukowy kołek.
– Nie widzę nic – powiada Śmierć.
– Wleź całkiem, to obacys.
Ledwie Śmierć wlazła całkiem, zatkał ci ją chłop – prosem piknie – bukowym kołkiem, przybił kołek obuchem i poseł.
Az tu rok po roku idzie, chłop zyje i zyje; ludziska przestali umierać; zajaziło się od nich w Zakopanem, w Białym Dunajcu,
w Chochołowie, wsędy, ze cłek koło cłeka stał, jako smereki stojom w borze. Chłopisko się zestarzało, bieda pocena go gnieść, robić już nie mogło. Naprzykrzyło mu się w ostatku zyć, poseł i odetkał Śmierć z wirby. Jak Śmierć – prosem piknie – skocy,
jak weźmie kosić – w Zakopanem, w Białym Dunajcu, w Kościeliskach, w Chochołowie, to tyla się luda wykopyrtło, ze i chować gdzie nie było. Przychodzi wreszcie Śmierć do jednej gaździny wdowy – siedmioro sierot u niej – i biere ją. A tu dzieci,
kiej nie zacnom lamentować:
– Nie bier matki, nie bier matki!
Zlutowała się Śmierć nad dziećmi, idzie do Pana Boga i powiada:
– Panie Boze, jakoze mnie matkę brać, kiej dzieci tak prosom, tak lamentujom, aze mi się luto stało.
A Pan Bóg powiada tak:
– Ja w tych rzeczach nie gazda, jeno Pan Jezus gazda. Idźze do pana Jezusa, niech ci ta powie, jako ma być.
Przychodzi śmierć do Pana Jezusa i powieda:
– Panie Jezu, jakoze mnie gaździnę brać? – siedmioro sierot w chałupie – tak prosom, tak lamentujom, aze mi się luto stało.
A Pan Jezus prask Śmierć w pysk:
– Chybaj do morza, przynieś skałkę!
Skocyła Śmierć do morza, na samiusieńkie dno, przyniosła skałkę kwardom, okrągluchnom jako bochenek chleba, a Pan Jezus
do niej:
– Gryź!
Gryzie Śmierć, gryzie – zębiska ją bolom; zgryzła wreście calusieńkom skałkę – i patrzy: aż w środku chrobocek maluśki siedzi.
A Pan Jezus prask Śmierć w pysk:
– Widzis, powieda: to ja i o tym maluśkim chrobocku na dnie morza wiem i pamiętam; a ty myślis, że ja o sierotach nie będę pamiętał? – Chybaj, bier matkę!

LIPIEC – około 30. [Helgoland, Ostenda, Zakopane, Wiedeń]


["BEZ DOGMATU"] [pierwotny tytuł „W pętach”] - rozpoczęcie pracy
RZYM, 9 STYCZNIA 1883.

Przed kilku miesiącami spotkałem kolegę mego i przyjaciela, Józefa Śniatyńskiego, który w ostatnich czasach zajął wybitne stanowisko między naszymi piszącymi. W rozmowach, jakie prowadziliśmy o literaturze, Śniatyński przypisywał ogromne znaczenie pamiętnikom w ogóle. Mówił, że człowiek, który zostawia po sobie pamiętnik źle lub dobrze pisany, byle szczery, przekazuje i daje przyszłym psychologom i powieściopisarzom nie tylko obraz swoich czasów, ale jedynie prawdziwe ludzkie dokumenty, którym można zaufać. (…) Ponieważ mam lat trzydzieści pięć, a nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek zrobił coś dla mego społeczeństwa,… postanowiłem przeto pisać pamiętnik. (…) Obecnie zamierzam poprzedzić właściwy pamiętnik krótkim wstępem biograficznym.

Nazywam się Leon Płoszowski, mam lat, jak wspomniałem wyżej, trzydzieści pięć. (…) Matka moja umarła w tydzień po wydaniu mnie na świat. Ojciec, który kochał ją nad życie, dostał po jej śmierci napadów melancholii. Wyleczywszy się z niej w Wiedniu,
nie chciał już wracać do rodzinnego majątku, tamtejsze bowiem wspomnienia rozdzierały mu duszę; odstąpił Płoszów siostrze swojej, a mojej ciotce, sam zaś przeniósł się w roku 1848 do Rzymu, z którego przez trzydzieści kilka lat ani razu nie wyjechał,
nie chcąc oddalać się od grobu matki. Zapomniałem bowiem nadmienić, że trumnę matki sprowadził z kraju i pochował ją
na Campo Santo. Mamy na Babuino własny dom, zwany Casa Osoria, od rodzinnego herbu. (…) Pod względem naukowym ojciec mój był, jest i pozostanie bardzo zdolnym i bardzo wykształconym szlachcicem-dyletantem. Wierzę do pewnego stopnia,
że dyletantyzm jest przeznaczeniem wszystkich Płoszowskich… (…) Co do swych zbiorów, ma ojciec szczególniejszą ideę.
Oto chce je po śmierci zapisać Rzymowi, z tym tylko warunkiem, by były umieszczone w osobnej sali i by ta sala nosiła napis: Muzeum Osoriów-Płoszowskich. (…) Natomiast ciotka moja, do której, mówiąc nawiasem, wyjeżdżam w tych dniach
do Warszawy, oburza się na myśl pozostawienia zbiorów w Rzymie… (…) …starsza jest o kilka lat od ojca. Ojciec po nieszczęściu, jakie go spotkało, wyjechawszy z kraju, wziął przy działach majątkowych kapitały, jej zaś zostawił majątek rodzinny, Płoszów. (…) Płoszów leży w pobliżu Warszawy, w której ciotka ma swój własny dom. Z tego powodu zimę spędza w mieście. Co zima też usiłuje mnie ściągnąć do siebie, by mnie ożenić. (…) Strach mnie bierze na myśl o akcie tak stanowczym, po którym trzeba by rozpocząć jakby drugie życie, podczas gdy ja tym pierwszym jestem porządnie zmęczony. Na koniec, jest coś kłopotliwego
dla mnie w stosunku do ciotki. Jak dawniej znajomi na ojca mego, tak ona dziś patrzy na mnie jako na człowieka wyjątkowych zdolności, po których wielkich rzeczy należy się spodziewać. (…)

Przyniosłem na świat nerwy bardzo wrażliwe, wydoskonalone przez kulturę całych pokoleń. Pierwszymi latami mego dzieciństwa zajmowała się ciotka, po jej odjeździe zaś, jak zwykle w naszych rodzinach – bony. (…) Ojciec zajmował się mną także dużo, zwłaszcza od piątego roku mego życia. Chodziłem na rozmowy do jego pokoju, które rozwijały mnie niepospolicie, a może nawet przedwcześnie. Później, gdy studia i poszukiwania archeologiczne oraz dopełnianie zbiorów pochłaniały ojcu wszystek czas, przyjął do mnie nauczyciela, księdza Calvi. Był to człowiek już stary, z wiarą i duszą nadzwyczaj pogodną. Kochał on nad wszystko sztukę. (…) Między moim ojcem a księdzem Calvi prędko zaczęła się przyjaźń, która trwała aż do śmierci tego ostatniego. On to utrwalił w ojcu zamiłowanie do poszukiwań archeologicznych i w ogóle do wiecznego miasta. Łączyło ich prócz tego przywiązanie do mnie. (…) Chowano mnie w sposób nieco oryginalny. Chodziłem z księdzem Calvi, a często i z ojcem, po galeriach, muzeach,
za Rzym, do willi, ruin i katakumb. (…) Mając lat jedenaście, wypowiadałem swoje poglądy na mistrzów włoskich i zagranicznych, które, mimo całej swej naiwności, nie przeszkadzały księdzu Calvi i ojcu rzucać na się zdumionych spojrzeń. (…) Dziwna rzecz jednak, że wpływy powyższe nie były ani tak głębokie, ani tak stanowcze, jakby się można było spodziewać. Że nie zostałem artystą, to się tłumaczy tym, że zapewne nie miałem talentu, jakkolwiek moi nauczyciele muzyki i rysunku byli przeciwnego zdania… (…) Ponieważ stan szkół włoskich w ogóle wiele pozostawiał do życzenia, ojciec oddał mnie do kolegium w Metz, które ukończyłem z małym trudem, a natomiast ze wszystkimi odznaczeniami i nagrodami… (…)

Co do mnie osobiście, nie chcę się nad tym rozwodzić, żeby to nie wyglądało na głupią próżność, ale jednak mam najszczersze przekonanie, że mógłbym być czymś nieskończenie większym, niż jestem. Oto np. w uniwersytecie w Warszawie (…) kolegowałem ze Śniatyńskim. Obaj czuliśmy w sobie powołanie literackie i próbowaliśmy sił na tym polu.(…) Posiadam w równym stopniu łatwość przyswajania sobie wiadomości i ciekawość. Czytuję wiele i pamiętam wiele. Być może, iż nie zdobyłbym się
na żelazną wytrwałość, na pracę długą, powolną, rozległą – ale ten brak wytrwania powinna właśnie łatwość zastąpić. (…) Kto nie umie świecić z wytrwałością słońca, może przynajmniej zabłysnąć jak meteor. (…)

RZYM, 10 STYCZNIA.

Wczoraj na wieczorze u ks. Malatesta usłyszałem frazes: l'improductivité slave
(z francuskiego: słowiańska bezproduktywność). Doznałem ulgi, jak owi chorzy nerwowi, którzy dowiedziawszy się od doktora, że objawy ich choroby są znane i że wiele osób cierpi podobnie, cieszą się z tej wiadomości. (…) Każdy człowiek nosi w sobie jakąś swoją tragedię. Otóż moją tragedią jest ta improductivité Płoszowskich. (…) W niedawnych jeszcze czasach, gdy romantyzm kwitnął w sercach i w poezji, nosiło się swą tragedię jak malowniczo drapowany płaszcz, obecnie nosi się ją jak jegierowski kaftanik: pod koszulą. (…)

RZYM, 11 STYCZNIA.

…ani myślę pisać obszernej autobiografii; kim jestem i jakim jestem, przyszłe moje życie pokaże to dostatecznie. (…)
Po ukończeniu uniwersytetu skończyłem szkołę rolniczą we Francji – z łatwością, lecz bez szczególnego pociągu, jak człowiek, który wie, że go zajęcia rolnicze czekają na pewno w przyszłości, ale który czuje, że się poniekąd do nich zniża
i że nie odpowiedzą one nigdy ani jego zdolnościom, ani ambicjom. (…) …następne moje lata upływały między Rzymem i Paryżem, nie mówiąc o krótkich wizytach w Warszawie… Paryż i jego życie pociągnęło mnie niezmiernie. (…) Kobieta francuska,
tak jak zresztą i polska, choćby należąca do największej sfery i choćby przy tym cnotliwa, byle młoda, przypomina mi fechmistrza na szpady. Jak fechmistrz potrzebuje mieć co dzień swoją „godzinę Sali”, by nie wyjść z wprawy w robieniu bronią, tak i te panie fechtują się w zakresie sentymentu po prostu dla wprawy. Jako chłopak młody, nie brzydszy od diabła i należący do lepszego towarzystwa, byłem nieraz zapraszany na taką „godzinę Sali” – że zaś w naiwności ducha brałem te ćwiczenia na serio, zdarzało mi się więc nieraz również na serio coś oberwać. Nie były to wprawdzie rany śmiertelne, ale dość bolesne zakłucia. (…) Tam też brałem te bolesne lekcje, pókim się dostatecznie sam nie wyćwiczył. Byłoby dowodem próżności, a co więcej, złego smaku, rozpisywać się o swych powodzeniach, powiem więc tylko, że tradycje młodości ojcowskiej starałem się, jak mogłem, utrzymać. (…) Mój silny z natury organizm stawił dość skuteczny opór temu życiu, ale nerwy mam nadszarpane. Paryż posiada wszelako jedną wyższość nad wszystkimi innymi ogniskami życia. Oto nie znam żadnego miasta w świecie, gdzieby pierwiastki wiedzy, sztuki, wszelkiego rodzaju idee ogólnoludzkie krążyły tak w powietrzu i wsiąkały tak w głowy ludzkie jak tam. (…) Porobiłem dużo znajomości w świecie naukowym i artystycznym i żyłem życiem tego świata, a raczej żyję nim dotychczas. Z wrodzonej ciekawości czytałem bardzo wiele, że zaś przyswajam sobie łatwo to, co czytam, więc mogę powiedzieć, że wykształciłem się znacznie. (…)

Odziedziczyłem zapewne po ojcu umysł syntetyczny, bo staram się zawsze uogólniać wszystkie zjawiska; z nauk zaś żadna
nie pociągała mnie tak jak filozofia. (…) …moje wierzenia religijne, które wyniosłem jeszcze nietknięte z Metz, nie ostały się wskutek czytania książek przyrodniczo-filozoficznych. (…) A teraz łatwo mi będzie określić stan mego umysłu. Oto: nie wiem,
nie wiem, nie wiem! (…)

RZYM, 12 STYCZNIA.

Wczoraj pisałem w pewnym uniesieniu. Ale też zdaje mi się, żem dotknął próchna i mojej własnej, i ogólnej ludzkiej duszy. (…) Czekam, żeby mi zesłano taki stan duszy, w którym mógłbym uwierzyć tak głęboko i bez cienia wątpliwości, jak wierzyłem, będąc dzieckiem. To są moje powody szlachetne; nie powoduje mną żaden interes, bo przecie wygodniej by mi było być tylko sytym
i wesołym zwierzęciem. (…) I jest mi z tym źle. Dusza moja wlecze jedno skrzydło po ziemi. (…)

RZYM, BABUINO, 13 STYCZNIA.

Jestem człowiekiem nieco zmęczonym, bardzo wrażliwym i nerwowym. Mam wyrobioną do wysokiego stopnia świadomość siebie, popartą względnym wykształceniem, czyli w ogóle mogę uważać się za istotę umysłowo rozwiniętą. (…) Co do przekonań społecznych, jestem o tyle konserwatystą, o ile człowiek w moich warunkach być nim poniekąd musi i o ile konserwatyzm odpowiada moim upodobaniom. Nie potrzebuję mówić, jak daleko od tego do poglądu na zachowawczość jak na dogmat, którego krytykować nie wolno. Jestem człowiekiem nadto ucywilizowanym, abym stał bezwzględnie po stronie arystokracji
lub demokracji. W takie rzeczy bawią się jeszcze po zaściankach lub w dalekich stronach, gdzie idee przychodzą, tak jak mody,
o kilkanaście lat za późno. (…) W ogóle zdaje mi się, że jestem człowiekiem – być może – trochę popsutym, ale porządnym,
lubo naprawdę mówiąc, poniekąd zawieszonym w powietrzu, bo nie wspierającym się na żadnych dogmatach, ani pod względem religijnym, ani społecznym. Nie mam także celu, dla którego bym życie mógł poświęcić. (…) Jest coś jałowego w tej glinie, z której Bóg stworzył Płoszowskich, skoro na niej tak łatwo i bujnie wszystko porasta, a nic nie wydaje ziarna. (…) Nie znam zakątka ziemi, w którym by tylu marnowało świetne zdolności, w którym by ci nawet, którzy coś dają, dawali tak mało – tak niesłychanie mało w stosunku do tego, co im Bóg dał. (…)

RZYM, BABUINO, 14 STYCZNIA.

Drugi list od ciotki z naleganiem, bym przyśpieszył przyjazd. Jadę, kochana ciociu, jadę – a Bóg widzi, że robię to tylko
z przywiązania do ciebie, bo inaczej wolałbym tu zostać. Ojciec mój czuje się niezdrów; od czasu do czasu doznaje drętwienia
w całej lewej połowie ciała. Na prośbę moją wezwał lekarza, ale jestem pewien, że lekarstwa, jakie mu przepisano, zamknął
do szafy, jak to zresztą zwykł czynić od kilkunastu lat. Raz otworzył tę szafę i pokazując mi setki butelek i buteleczek, słojów, słoików, pudełek, powiedział: – Zlituj się, gdyby to najzdrowszy człowiek zjadł i wypił, to jeszcze by nie wytrzymał, a cóż dopiero człowiek chory! – Dotychczas pogląd taki nie wyrządził ojcu wielkiej krzywdy, ale jestem niespokojny o przyszłość.

Drugim powodem niechęci do wyjazdu są dla mnie zamiary ciotki. Naturalnie, że chodzi jej o to, by mnie ożenić. Nie wiem,
czy ciotka ma coś upatrzonego; dałby Bóg, żeby nie miała, ale z zamiarami nawet się nie ukrywa. (…) …nie lubię Polek. (…)
…to są najtrudniejsze i najbardziej męczące kobiety na świecie. (…) Kochają się one w formach uczucia, mniej dbając o treść wewnętrzną. Z tego powodu nie potrafisz nigdy Polki obrachować. (…) Mówiłem raz o tym – naturalnie obwijając rzecz
ile możności w bawełnę – z jedną bardzo sprytną kobietą, na wpół tylko Polką, bo ojciec jej jest Włochem. Ta, wysłuchawszy mnie, odrzekła:
– Pan masz w tej sprawie pogląd lisa na gołębnik. Nie podoba ci się to i psuje ci humor, że gołębie mieszkają zwykle wysoko
i że mają skrzydła lotniejsze od kurzych. Wszystko, co mówisz, wypada raczej na korzyść Polek.
– A to jakim sposobem?
– Bo im Polka jest nieznośniejszą jako cudza żona, tym może być pożądańszą jako własna. (…)

WARSZAWA, 21 STYCZNIA.

Przyjechałem dziś rano, ale żem się zatrzymywał w Wiedniu, więc droga nie dała mi się zbyt we znaki. (…) Oczywista rzecz,
że przewidywania i obawy moje się sprawdziły. Nie tylko istnieją zamiary, ale istnieje coś upatrzonego. (…)

WARSZAWA, 25 STYCZNIA.

Nudzę się na balach…, ale lubię je czasem jako artysta… Co to za piękna rzecz, na przykład, szerokie, rzęsiście oświecone i pełne kwiatów schody, po których kobiety, przybrane balowo, wchodzą na górę. Wszystkie wydają się wówczas bardzo wysokie,
a gdy się patrzy na nie z dołu, jak ciągną za sobą powłóczyste suknie, przypominają aniołów w śnie Jakuba. (…) Piknik udał się bardzo dobrze. Trzeba przyznać Staszewskiemu, że umie takie rzeczy urządzać. Przyjechałem razem z ciotką, ale straciłem ją zaraz w przedsionku, bo Staszewski zbiegł umyślnie, żeby jej podać rękę na schody. (…)

Wszedłszy na salę zatrzymałem się nie opodal drzwi, żeby się rozejrzeć między ludźmi. (…) Stałem tak z kwadrans, rozmyślając jeszcze i nad tym, którą z tych głów, który z tych gorsów, ciotka przeznacza dla mnie? Tymczasem nadeszli Śniatyńscy. Jego widziałem przed kilku miesiącami w Rzymie, ją znałem już także poprzednio. Lubię ją, bo ma ogromnie słodką twarz i należy
do tych wyjątkowych Polek, które nie pochłaniają życia mężom, ale oddają im swoje. Po chwili wsunęła się między nas jakaś młoda osóbka, która, przywitawszy się ze Śniatyńską, wyciągnęła do mnie łapkę opiętą w białą rękawiczkę i spytała:
– Nie poznajesz mnie, Leonie?
Trochę mnie zakłopotało to pytanie… (…) Anielka! moja kuzynka! Cóż dziwnego, żem jej nie poznał! Widziałem ją
przed dziesięciu czy jedenastu laty, w sukience po kolana. (…) Ależ motyl wylągł się z tej poczwarki! (…) Potem, gdy Śniatyńscy odeszli, a ona powiedziała mi, że ciotka i matka przysłały ją po mnie, podałem jej ramię i poszliśmy razem w głąb sali.

Nagle zrobiło mi się w jednej chwili jasno w głowie. Oczywiście, że ciotka ma na celu Anielkę! (…) Jakieś prądy elektryczne poczęły przebiegać z jej ramienia po moim. Widziałem zresztą, że i ja robię na niej korzystne wrażenie, a to zawsze ożywia. (…) Anielka… podała mi karnet i rzekła rezolutnie:
– Zapisz, co chcesz. (…)
…wziąłem karnet i napisałem: – Czyś zrozumiała, że nas chcą żenić?
Anielka przeczytawszy zmieniła się na twarzy, a następnie nieco przybladła. Przez chwilę milczała,… wreszcie podniosła swoje śliczne rzęsy i spojrzawszy mi prosto w oczy, odrzekła:
– Tak! (…) Wiem, że mama i ciotka życzą sobie, byśmy się poznali, zbliżyli, więc… więc?
Więc zamiast odpowiedzi, otoczyłem ręką jej stan, przygarnąłem ją z lekka do siebie i poprowadziłem do walca. (…) Taka niema odpowiedź mogła trochę rozmarzyć dziewczynę, której już poprzednio zaimponowało to, co napisałem w karnecie. (…) Anielka widocznie spodziewała się, że skoro raz zdobyłem się na to, co napisałem w karnecie, to po walcu nastąpi o tym rozmowa
w dalszym ciągu. Ale ja umyślnie usunąłem się zaraz na bok, by ją zostawić w oczekiwaniu. Chciałem także przypatrzyć się jej
z pewnej odległości. Stanowczo to mój typ. (…)

WARSZAWA, 30 STYCZNIA.

Wczoraj cały dzień byłem z Anielką. Ma ona więcej stronic w duszy, niż miewają zwykle panny w jej wieku. Wiele z tych stronic przyszłość dopiero zapisze, ale jest miejsce na bardzo piękne rzeczy. Odczuwa i rozumie wszystko, a przy tym słucha nieporównanie, skupiając się i otwierając szeroko swe rozumne oczy na mówiącego. (…) Jej kokieteria jest śliczna, bo płynie
z rozradowanego serca, które chce się przypodobać drugiemu wybranemu sercu. (…)

WARSZAWA, 31 STYCZNIA.

Ciotka wydaje wieczór dla Anielki. Chodzę z wizytami. Byłem u Śniatyńskich i siedziałem długo, bo mi jest u nich dobrze. Śniatyńscy żyją w ciągłej niezgodzie z sobą, ale zupełnie innej, niż zwykle żyją małżeństwa. Pospolicie tak bywa, że jak jest jeden płaszcz, to każde ciągnie go dla siebie, między nimi zaś jest spór o to, że on jej chce cały oddać, a ona jemu. (…) On przy tym jest bystry człowiek, wrażliwy jak skrzypce Stradivariusa i posiada zupełną świadomość swego szczęścia. Chce go i ma. (…)

2 LUTEGO.

Wczoraj odbył się u nas wieczór tańcujący; Anielka istotnie zwracała wszystkie oczy. (…) Rozniosło się już po Warszawie, że się
z nią żenię. (…) Kobieta, która się mocno podoba, a sama mocno kocha, jeśli tylko wytrwa, może być pewna wygranej. (…) Nic tak nie zjednywa, nie ujmuje, nie ciągnie męskiego serca, jak gdy czuje, że jest kochane. (…) Jak ta dziewczyna zadawalnia mój zmysł artystyczny, to coś nadzwyczajnego! (…) Ciotka, patrząc na nas, wydaje głuchy pomruk radości. Widziałem, że miała łzy
w oczach.

Wyjeżdżamy do Płoszowa. (…)

PŁOSZÓW, 5 LUTEGO.

Drugi dzień już jesteśmy na wsi. (…) Dziś rano zobaczyłem na korytarzu pannę służącą niosącą suknię i trzewiki Anielki –
i – zwłaszcza te trzewiki tak mnie rozczuliły, jakby posiadanie i noszenie ich było koroną wszystkich cnót Anielki. W ogóle my mężczyźni jesteśmy ogromnie słabi. Trzymam rękę na własnym tętnie i badam postęp tej uczuciowej gorączki. Puls jest bardzo szybki. (…)

12 LUTEGO.

Ogromną przykrość wyrządziła mi niechcący matka Anielki. Zaczęła mi dziś w oranżerii opowiadać z pewną macierzyńską,
ale nieestetyczną chełpliwością, jak o Anielkę starał się znajomy mój, Kromicki. Było mi tak, jakby mi ktoś drzazgę wyjmował zębem od widelca. (…) Fi! jak mi to popsuło Anielkę. Wiem doskonale, że ona za Kromickiego i jego zamiary nie może odpowiadać, ale jednak popsuło mi to ją bardzo. Nie rozumiem, dlaczego matka jej opowiadała mi o tym tak obszernie, bo jeśli to miało być
dla mnie ostrogą, to zupełnie chybiło celu. (…) …rozumiem, że jeśli małżeństwo nie doszło do skutku, to jedynie przez Anielkę, jednak mam jakiś żal do niej, że pozwoliła patrzeć na siebie takiej obrzydliwej figurze, a zwłaszcza że mogła się przez jedną sekundę wahać. (…) Kromicki, mimo swej bibulastej cery i mimo podobieństwa do trupiej głowy, uchodzi między kobietami
za przystojnego. (…)

14 LUTEGO.

Już to przykre wrażenie minęło. Jak ona jednak wyczuwa wszystko, ta Anielka! (…)
– Co tobie jest, Leonie? Bo tobie coś jest, prawda? (…)
Wziąłem jednak jej rękę, pocałowałem ją i powiedziałem, jak mogłem najweselej:
– Jesteś poczciwe i kochane stworzenie, o mnie zaś nie troszcz się, bo mi nic a nic nie jest… (…)
Czuję ustami jeszcze w tej chwili rozkosz dotknięcia jej ręki… (…)

21 LUTEGO.

Licho poniosło mnie do Warszawy na męskie zebranie do radcy S. (…) Poznałem wielu radców tutejszych i przedstawicieli prasy. (…) Nie lubię prasy i uważam ją za jedną z plag trapiących ludzkość. Szybkość, z jaką zaznajamia ludzi z wypadkami, równoważy się pobieżnością informacyj, a nie wynagradza tego niesłychanego zbałamucenia opinii publicznej, jakie każdy, kto się
nie uprzedza, musi dostrzec. Dzięki gazetom zanikł ten zmysł, na mocy którego ludzie odróżniali prawdę od fałszu, zanikło poczucie słuszności, poczucie prawa i bezprawia, zło stało się bezczelnym, krzywda poczęła przemawiać językiem sprawiedliwości, słowem: ogólna dusza ludzka stała się niemoralna i oślepła. (…)

Była godzina pierwsza po północy, gdym przyjechał do Płoszowa, ale tu miałem najmilszą niespodziankę. Anielka czekała mnie
z herbatą. (…) Co to za kochane stworzenie i jaka była śliczna z tymi włosami, splecionymi nisko na szyi! (…) Od czasu do czasu podnosiła na mnie oczy, ale spotykając się z moim wzrokiem, spuszczała zaraz powieki. Poczęła mnie wreszcie wypytywać:
jak spędziłem wieczór i jakie wyniosłem z niego wrażenie. (…) Opowiadałem jej, com widział i com zauważył, tak jak się opowiada przyjacielowi. (…)
– Dobranoc – rzekłem po chwili. (…)
– Dobranoc!
I uścisnąwszy sobie ręce, poszliśmy każde w swoją stronę. (…) Przy drzwiach zatrzymaliśmy się jeszcze, odwróciliśmy się w tej samej chwili i spojrzeli na siebie. Ach! jak to źródło wzbiera. Lada chwila rozleje się przez brzegi. (…)

23 LUTEGO.

Człowiek jest jak morze: ma swoje przypływy o odpływy. Dziś jest dla mnie dzień odpływu woli, energii, chęci do jakiegokolwiek czynu, ochoty do życia. (…) W tej chwili nie o nich mi idzie, tylko o Anielkę. Czy ja mam prawo się z nią żenić? czy mi wolno wiązać to życie młode, świeże, pełne wiary w świat i Pana Boga, z moimi zwątpieniami, z moją duchową niemocą, z moim beznadziejnym sceptycyzmem, z moją krytyką, z moimi nerwami? Co z tego będzie? (…) Mam po prostu chmurę na mózgu. Bo z drugiej strony, jeśli tak jest, to dlaczego dałem się popchnąć aż do tej granicy, na której obecnie stoję. Cóżem robił od chwili poznania Anielki? Oto kładłem ręce na struny tej duszy i dawałem sobie po prostu koncerta. (…) …wiem, że się od tego wstrzymać nie potrafię,
że będę tak samo grał jutro i pojutrze, jak grałem wczoraj i onegdaj, bo mnie to ciągnie nieprzeparcie, bo nic mnie więcej
nie ciągnie w świecie, bo ja tej dziewczyny pragnę jako kobiety, bo ją kocham. Na co się oszukiwać? – kocham! (…)

26 LUTEGO.

Wczoraj jeździłem znów do Warszawy, gdziem miał się spotkać z p. Juliuszem Kw., na którego majątku jest umieszczona część kapitałów, jakie mi przypadają po matce. Pan Juliusz Kw. zaciągnął pożyczkę Towarzystwa Kredytowego i chce tę sumę spłacić. (…) Kw. sam mnie wezwał, sam wyznaczył termin – i – czekałem go na próżno cały dzień. (…) Z moich własnych spostrzeżeń dawno doszedłem do wniosku, że jesteśmy jednym z najbardziej w stosunkach pieniężnych lekkomyślnych i nie szanujących terminu społeczeństw. (…) W mieszkaniu ciotki zastałem bilety Kromickiego, jeden dla mnie, dwa dla starszych pań. Obawiałem się, żeby mu nie przyszło do głowy powtórzyć odwiedzin w Płoszowie, więc nie mając nic lepszego do roboty, poszedłem rzucić mu kartę. Na nieszczęście był w domu i musiałem przesiedzieć u niego z pół godziny. (…) Podług mnie, jest to człowiek mający pewien spryt do interesów, ale, ogólnie biorąc, głupi. (…) Bóg strzegł Anielkę, że nie związała życia z tym człowiekiem. Może on mieć swoje przymioty, jest to jednak zgoła inny moralny typ. A jeśli ona istotnie może gorzej trafić, jak na mnie,
to czy powinienem się wahać? (…)

28 LUTEGO.

Starsze panie zaczynają się nieco niepokoić, że sprawa nie idzie tak prędko, jakby chciały; szczególniej zżyma się zapewne
w duszy ciotka, która z natury jest niecierpliwa. Łagodzi jednak wszystko i dodaje starym paniom otuchy spokój i szczęście, malujące się na twarzy Anielki. (…)

4 MARCA.

Przyjechali koło południa na wczesny obiad Śniatyńscy. Dziś w teatrze jego nowa sztuka, więc musieli wracać na wieczór
do miasta. (…) Obiad zeszedł nam wybornie. Taka jedna para może narobić małżeństw jak maku, każdy bowiem patrząc na nich musi sobie powiedzieć: E! jeśli to tak, to się żenię! (…) Po obiedzie zostaliśmy ze Śniatyńskim w jadalnym pokoju, wiedziałem bowiem, że on rad wypija jeden i drugi kieliszek koniaku po kawie; starsze panie przeszły do bocznego salonu, Anielka z panią Śniatyńską pobiegły na górę… (…)
– Powiedz mi – spytałem – co ty robisz ze swoją sławą?
– Jak to, co robię ze sławą?
– No, czy ją nosisz jak mitrę na głowie, czy jak złote runo na szyi, czy to stoi na twoim biurku, czy wisi w salonie? Pytam jak człowiek, który nie ma pojęcia, co to jest i co się z tym robi, gdy się to ma. (…)
– (…) Przyznaję, że to łechce z początku miłość własną, ale tylko parweniuszowi duchowemu może takie łechtanie wypełnić życie i zastąpić wszystkie pozostałe gatunki szczęścia. Inna rzecz przeświadczenie, że to, co robię, znajduje uznanie i budzi echo –
z tego publiczny człowiek może być zadowolony. (…) W prywatnym życiu sława jest tyle coś warta, że można z niej zrobić podnóżek dla kochanej kobiety. (…)
– Mój kochany, czy nie widzisz, na jak niesłychanie kruchej podstawie opierasz osobiste szczęście? (…)
Lecz Śniatyński nie chciał o tym słyszeć. Według niego, na sto razy, dziewięćdziesiąt razy trafia się dobrze. Kobiety, jego zdaniem, są lepsze, czystsze, szlachetniejsze od nas. (…)

Tu siadł na krzesło jak na konia i atakując mnie poręczą, mówił dalej z nie mniejszym rozmachem: (…)
– (…) …kobieta nie zawiedzie męża, nie zdradzi, chyba że sam w niej serce zepsuje albo je podepce, albo zrazi i odepchnie swoją małością, swoim egoizmem, swoją ciasnotą, swoją lichą i nędzną naturą. Kochaj przy tym! Niech ona czuje się nie tylko twoją samicą, ale twoją najdroższą głową, twoim dzieckiem, przyjacielem; noś ją w zanadrzu, niech jej będzie ciepło, a wówczas bądź spokojny, a wówczas co rok będzie mocniej przytulać się do ciebie, aż się zrośniecie jak bliźnięta syjamscy. Nie dasz jej tego, zepsujesz ją, zrazisz swoją lichotą – to odejdzie! Odejdzie, jak tylko jakieś szlachetniejsze ręce wyciągną się ku niej, bo musi odejść, bo ona tego ciepła, tego uznania potrzebuje jak powietrza do oddechu. (…)A ja tobie do oczu powiadam: żeń się!…
Tu ukazał mi przez okno Anielkę wracającą z jego żoną z oranżerii.
– Ot, gdzie twoje szczęście! Ot, tam ono drepce w berlaczach po śniegu! Powtarzam ci: żeń się! Na wagę złota ją bierz! co to
na wagę złota! – na karaty – rozumiesz! Ty nie masz po prostu stałego miejsca zamieszkania, nie tylko pod względem fizycznym, ale umysłowym i moralnym; nie masz podstaw, nie masz spokoju, ona ci to wszystko da. Tylko jej nie przefilozofuj, jakeś przefilozofował swoje zdolności i swoje trzydzieści pięć lat życia!
– Nie, jej nie przefilozofuję, bo ją kocham.
I uściskaliśmy się po przyjacielsku.

Tymczasem nadeszły młode panie. (…) Przy krótkim dniu miało się pod wieczór i musieli wracać, ale że pogoda była piękna i cicha, a śnieg w alei ubity jak posadzka, postanowiliśmy z Anielką odprowadzić ich aż do kołowrotu przy gościńcu. I tak się stało. Pożegnawszy tę miłą parę, wracaliśmy do domu. Mroczyło się już, ale mieliśmy światło zorzy wieczornej w oczy… (…)
W… milczeniu szliśmy ku gankowi. (…) Weszliśmy do przedsionka. (…) W mroku i w ciągłym milczeniu począłem zdejmować futrzany płaszczyk z Anielki, i gdy nagle spod tego płaszczyka wionęło na mnie jej ciepło, objąłem ją ramionami i przygarnąwszy do siebie dotknąłem ustami jej czoła. (…) Ona uciekła do siebie na górę, ja zaś cały wzburzony wszedłem do sali jadalnej. (…) Tymczasem Anielka wkrótce nadeszła. (…) Miała silne wypieki i oczy błyszczące jakby ze snu. (…) Kochana dziewczyna podniosła na mnie oczy zmieszane, ale pełne ufności… (…)

6 MARCA, RZYM, CASA OSORIA.

Od wczoraj jestem w Rzymie. Ojciec nie jest tak chory, jak się obawiałem. (…)

7 MARCA.

Więc Anielka pozostała w niepewności, oczekiwaniu, rozterce. Ale nie mogłem inaczej postąpić. Nazajutrz po bytności Śniatyńskich w Płoszowie, zatem tegoż samego dnia, w którym postanowiłem oświadczyć się Anielce i jej matce, odebrałem list
z Rzymu od ojca donoszący mi o jego chorobie: „Śpiesz się, kochany chłopcze – pisał ojciec – bo chciałbym cię jeszcze uściskać przed śmiercią, a czuję, że łódź po mnie przybiła już do brzegu”. Oczywiście, po odebraniu takiego listu wyjechałem pierwszym pociągiem i dopiero zatrzymałem się w Rzymie. W chwili wyjazdu rozumiałem, że nie zastanę już ojca przy życiu. (…) W tym pośpiechu, przerażeniu i pod grozą prawdopodobnej śmierci ojca nie mogłem i nie chciałem się oświadczać. Byłoby czymś przeciwnym naturze i cynicznym z mojej strony szeptać czułe słowa, nie wiedząc, czy właśnie w tej chwili ojciec nie wydaje ostatniego tchnienia. (…) Jedna śmierć jest siłą równie bezwzględną, ale w odwiecznych zapasach tych dwóch sił miłość bierze ją za gardło i przyciska jej kolanem piersi, bije ją w dzień i w nocy, bije ją każdej wiosny, chodzi krok w krok za nią – i w każden dół, który ta wykopie, rzuca posiew nowego życia. Ludzie, zajęci codziennymi sprawami, zapominają lub nie chcą pamiętać, że służą tylko i wyłącznie miłości. (…) Ostatecznie, wszystkie objawy życia są tylko różnorodnymi formami jednej i tej samej zasady. Jest to eleackie: „έυ χαί πάυ”. Naprawdę ona jedna jest, ona jedna włada, ona jedna trwa, skupia, utrzymuje, tworzy. (…)

10 MARCA.

Dziś zdarłem trzy lub cztery listy do Anielki. Po obiedzie poszedłem do pracowni ojca, by pomówić z nim o zamiarach ciotki. Zastałem go rozpatrującego przez powiększające szkło pełne jeszcze ziemi epilichniony, które nadesłano mu z Peloponezu. (…)
Z chwilą mego wejścia przerwał robotę, wysłuchał mnie z zajęciem – po czym spytał:
– Czy ty się wahasz?
– Nie waham się, ale rozmyślam – i chcę wiedzieć, dlaczego chcę.
– A więc ci powiem tak: byłem człowiekiem, który niemniej od ciebie lubił sobie zdawać sprawę z samego siebie i ze wszystkich objawów życia. Ale gdym poznał twą matkę, straciłem od razu tę zdolność. Wiedziałem tylko jedno: że chcę ją mieć –
i nie chciałem wiedzieć o niczym więcej. Więc jeśli chcesz równie mocno, to się żeń. Źle mówię: jeśli chcesz równie mocno, to się ożenisz bez niczyjej rady i pomocy, będziesz tak szczęśliwy, jak ja byłem, póki mi twoja matka nie umarła.
Na chwilę umilkliśmy. (…) Ojciec pierwszy przerwał milczenie:
– Powiedz mi, jak ona wygląda?
…przyniosłem ojcu dużą i istotnie doskonałą fotografię Anielki, której począł przypatrywać się z niezmierną ciekawością. (…) Oparłszy fotografię na rękawie swej biednej lewej ręki, na wpół już martwej, prawą chwycił szkło i to zbliżając je, to oddalając, począł mówić:
– (…) Bardzo ładna i bardzo niepospolita… (…) …podług mnie, powinna to być natura bardzo lojalna. (…) Dajże ci Boże szczęście, mój chłopcze, bo mi się bardzo podoba twoja Anielka… Obawiałem się zawsze, byś się nie ożenił z jaką cudzoziemką – niechże będzie Anielka!… (…)

Rozmowę z ojcem przerwało nam nadejście państwa Davis, którzy codziennie ojca odwiedzają. (…) Zaraz po przyjściu Davisów ojciec wszczął jakąś filozoficzną rozprawę, która przetaczając się z kwestii na kwestię, skończyła się na analizie ludzkich uczuć. (…) Z pokoju muzealnego przenieśliśmy się na wewnętrzny taras, wychodzący na nasze ogrody. (…) …tak miło jest zasiąść niekiedy w ciepłą, księżycową noc na tarasie i rozmawiać przyciszonym głosem o sztuce, literaturze, miłości i kobietach,
a przy tym patrzyć na oświecony srebrnym blaskiem boski profil takiej kobiety jak pani Davisowa. (…)

10 MARCA.

Zauważyłem, że istnieje pewnego rodzaju mgła psychiczna, która tak samo przesłania nam osoby oddalone. Śmierć nie jest niczym innym, jak oddaleniem, ale tak niezmiernym, że istoty, choćby najukochańsze, pogrążone w niej, tracą stopniowo swą rzeczywistość, błękitnieją i stają się tylko drogimi cieniami. (…) Jestem zupełnie pewny, że uczucie moje dla niej nie zmniejszyło się, a jednak jest ona dla mnie również jakąś błękitniejszą i mniej realną, niż była w Płoszowie. Nie wyczuwam jej bezpośrednio zmysłami. (…) Dziś ojciec pisał do ciotki, uspokajając ją co do swego zdrowia, ja zaś dopisałem słów kilka, w których zaledwie zdobyłem się na pozdrowienie dla Anielki i jej matki. (…) Nie mogę się uporać z myślą, że wolno mi się żenić z Anielką tylko
w takim razie, jeśli sumiennie będę przekonany, że ten nasz związek będzie zarazem aktem obustronnego szczęścia. (…)
…tej wiary nie ma we mnie samym, jest natomiast zwątpienie o życiu w ogóle i niechęć do niego. (…)

11 MARCA.

(…) Mózg mój jest tak obolały, jak może być obolały grzbiet robotnika noszącego ciężary nad siły. Ale robotnik, trudząc się, zarabia przynajmniej na chleb i spokój. Przypominam też sobie bezustannie słowa Śniatyńskiego: „Tylko jej nie przefilozofuj,
jak przefilozofowałeś swoje zdolności i trzydzieści pięć lat życia.” (…)

13 MARCA.

Ojciec mój zmarł dziś nad ranem. Chorował zaledwie kilkanaście godzin… (…)

22 MARCA, PEGLI, WILLA "LAURA".

Śmierć jest taką otchłanią, że choć wiemy, iż trzeba do niej zstąpić, to jednak ilekroć zstąpi ktoś z naszych bliskich i kochanych, nam, pozostałym na brzegu, dusza się rozdziera z trwogi, żalu i rozpaczy. Wszystkie rozumowania kończą się na tej krawędzi
i chce się tylko krzyczeć o ratunek, który nie może przyjść znikąd. Jedynym ratunkiem, jedyną pociechą mogłaby być wiara… (…)

23 MARCA.

(…) Jak głęboko nieszczęśliwy jest człowiek, którego serce i dusza straciły prostotę! (…) Ojciec umierał zupełnie przytomnie. (…) … koło dziesiątej, w czasie herbaty, podniósł się nagle i zawołał:
– Leonie! prędko do mnie!…
W kwadrans później leżał w łóżku, a w godzinę rozpoczęło się konanie. (…)

24 MARCA.

Przekonałem się, że człowiek do ostatniej chwili zachowuje wszystkie cechy swego charakteru, a nawet swe oryginalności.
Oto ojciec, w całej tej uroczystej powadze myśli, jaką daje zbliżanie się śmierci, okazywał jeszcze jakoby pewne zadowolenie miłości własnej z tego, że to doktor się pomylił, nie on – i że niewiara jego w medycynę była uzasadniona. Słuchałem tego,
co mówił w ostatnich godzinach, a prócz tego czytałem myśli w jego twarzy. Było w nich przejęcie się ważnością chwili, była ciekawość, jakie też jest to drugie życie; ani cienia wątpliwości, że ono może nie istnieć – natomiast trochę niepokoju, czy go tam dobrze przyjmą, w połączeniu z jakąś bezwiedną, powiem: naiwną pewnością, że jednak nie przyjmą go, jak byle kogo. (…) Chwycił mocno, prawie konwulsyjnie, moją rękę i nie puszczał jej, jakby się chciał zaczepić jeszcze o życie. Ale nie czynił tego
ze strachu ni rozpaczy: nie bał się nic a nic – po chwili spostrzegłem, że oczy jego, ciągle we mnie wpatrzone, stają się nieruchome i mętne, a czoło pokrywa się jakby rosą; twarz bielała mu coraz bardziej, otworzył kilkakrotnie usta, jakby łowiąc oddech – i westchnąwszy głęboko po raz ostatni – zgasł. (…) Ciotka przyjechała, bom ją wezwał depeszą. Ale ona, ze stanowiska swej niewzruszonej wiary, patrzy na śmierć, jak na zmianę w istocie swej najszczęśliwszą ze wszystkich, więc przyjęła cios, jaki nas spotkał, daleko spokojniej ode mnie. (…)

26 MARCA.

(…) Zaczarowany kraj, gdzie cytryna dojrzewa, a po trochu i zaczarowany pałac, wszystko bowiem, na co mogły złożyć się miliony Davisa i wyborny smak jej, znajduje się w tej willi. (…) Oczy, upojone naturą, poją się sztuką, i wzrok nie wie, gdzie ma spocząć, chyba że spocznie na tej przepysznej pogance, pani tych wszystkich skarbów, której jedyną religią jest piękno. Ale niesłusznie zowię ją poganką, bo powtarzam, że szczerze czy nie szczerze dzieli jednak mój smutek i stara się go łagodzić. Rozmawiamy całymi godzinami o ojcu i często widuję łzy w jej oczach. Spostrzegłszy, że muzyka koi moje potargane nerwy, grywa do późna
w noc. (…)

29 MARCA.

Nie chce mi się nawet i pisywać codziennie. Czytujemy razem Boską Komedię, a raczej tylko ostatnią jej część. (…) Onegdaj, wczoraj i dziś czytaliśmy w łodzi. (…) Wczoraj całe niebo oblało się po zachodzie słońca czerwonym blaskiem; ona siedziała naprzeciw mnie i czytała, jakby natchniona, wznosząc od czasu do czasu oczy, w których odbijało się światło zorzy. W tych łunach zachodu, daleko od brzegu, na tej łodzi, widząc przed sobą tę przepiękną kobietę i słuchając Danta, miałem po prostu złudzenie, że nie żyję życiem rzeczywistym. (…)

31 MARCA, WILLA „LAURA„”.

Myślałem dziś dużo o Anielce. Mam szczególniejsze uczucie, jakby nas rozdzieliły lądy i morza. (…) To nie Anielka jest daleką
ode mnie, tylko ja oddalam się coraz bardziej od owego Płoszowskiego, który poprzednio miał nią napełnione wszystkie myśli
i serce. (…) Przed kilku tygodniami kochając chciałem czegoś; obecnie kochając niczego nie chcę. (…)

2 KWIETNIA.

Wczoraj była burza. (…) Nie jeździliśmy… na… wycieczkę – fale zbyt były rozkołysane. Patrzyliśmy natomiast na burzę
z oszklonego balkonu, a czasem patrzyliśmy na siebie. Trudno się łudzić dłużej! Między nami coś się staje, coś się poczyna dziać. (…) Diana-łowczyni rozciąga sieci na zwierza! Ale co mi to szkodzi? (…) Wiem doskonale, że Davisowa mnie nie kocha, ale i ja jej nie kocham. (…) W uczuciach moich dla niej nie ma wcale ani przywiązania, ani tkliwości, jest tylko zachwyt dla arcydzieła
i pociąg, naturalny w mężczyźnie, gdy podziwiane arcydzieło jest żywą kobietą. (…)

3 KWIETNIA.

Ile tylko kobieta może okazać współczucia i troskliwości przyjacielowi, którego spotkała ciężka strata, tyle mi ich ona okazuje.
A jednak, dziwna rzecz, dobroć ta sprawia mi wrażenie księżycowego światła: ma blask – bez ciepła; posiada wszystkie udoskonalone formy, tylko brak jej duszy; płynie z postanowienia, nie z natury. (…) Kleń dlatego żyje, jak powiada Szekspir,
aby się stał pastwą szczupaka. Uderzało mnie to nieraz, że gdy chodzi o kobietę, mężczyźni stają się względem siebie bezlitośni; jest to w nas szczątkowy instynkt zwierzęcy, nakazujący walkę na śmierć i życie o samicę. W takiej walce, jakkolwiek przybrała ona między ludźmi odmienną postać, biada słabszym! (…)

12 KWIETNIA.

Przełom nastąpił już od tygodnia. Spodziewałem się z góry, że to będzie miało miejsce na morzu. (…) Bezwzględna piękność musi być z natury rzeczy niezmiernym egoizmem, który podporządkowywa sobie wszystko. Laura jest wcieleniem takiej piękności,
i nikt nie ma prawa wymagać od niej więcej nad to, by była zawsze i wszędzie piękna… (…) Tydzień temu Laura powiedziała mi
w czasie największego upału, że chce jechać na morze. (…) Laura rzuciła się na indyjskie maty wyściełające dno statku
i wsparłszy głowę na poduszkach, pozostała bez ruchu, zanurzona w czerwonawym świetle promieni przecedzonych
przez baldachim łodzi. (…) Gdym ogarnął ją wzrokiem, przymykała powieki, jakby mi chciała powiedzieć: „Otom jest słaba…”
I wkrótce zdałem statek na wolę morza. (…)

15 KWIETNIA.

Gdy sobie pomyślę, że to przepyszne zwierze ludzkie – Laura – należy do mnie i będzie należało, póki zechcę, ogarnia mnie zupełna i podwójna radość: mężczyzny i czciciela piękna; a jednak czegoś mi brak i czegoś mi duszno. (…)

17 KWIETNIA.

Pojechaliśmy… jak zwykle na morze… (…) Laura poczęła mówić o sobie także z pewnym skwapliwym zadowoleniem… (…)
Za Davisa poszła nie wprost dla jego milionów, ale dlatego, żeby za pomocą ich uczynić sobie życie, o ile w mocy ludzkiej, ozdobne, i to nie w pospolitym, ale w najwyższym, artystycznym znaczeniu tego słowa. (…) Ojcu memu okazywała przyjaźń nie dla jego stosunków, ale dlatego, że widziała w nim arcydzieło natury. Mnie kochała od dawna. Rozumie, że więcej bym ją cenił, gdybym ją trudniej zdobył, ale nie chciała targować się z własnym szczęściem. (…) Tak mówiąc przechyliła się przez łódź, przy czym tors jej zarysował się w całej swej niepokalanej doskonałości – i zanurzywszy dłonie, wyciągnęła je następnie ku mnie, mokre, zaróżowione, przeświecające słońcem. (…)

20 KWIETNIA.

Wczoraj nie widziałem Laury cały dzień, bo była niezdrowa. Przeziębiła się, siedząc do późna na balkonie, następnie przeziębienie przeszło w ból zębów. Co za nuda! (…) Obrzmienie jej twarzy było bardzo małe, zresztą prawiem go nie widział, bo obracała się uparcie do mnie zdrowym profilem; ale że oczy miała cokolwiek zaczerwienione i powieki nieco cięższe niż zwykle, nie była to już ta sama, doskonała w swej harmonii twarz - i daleko jej było do codziennej piękności. (…)

25 KWIETNIA.

Nie byłbym chyba sobą, gdybym nie spostrzegł, że bądź co bądź dusza moja nie tylko gnuśnieje, ale się szybko i stanowczo psuje w ramionach tej kobiety. (…) O Anielce staram się zapomnieć, bo wspomnienie jej nuży mnie, a raczej nie mogę z sobą trafić
do ładu, gdy rozpamiętywam ten płoszowski epizod z mego życia. (…) Zatraca się we mnie w pewnym stopniu poczucie różnicy między złem i dobrem, a co więcej, różnica ta staje mi się obojętną. (…) Spostrzegłem od kilku dni, że pozwalam sobie jednak
na tysiące rzeczy, na które nigdy bym się nie ośmielił, gdyby Davis, zamiast być takim fizycznym i umysłowym łazarzem, był tęgim, umiejącym bronić swej czci i własności człowiekiem. Nie zadajemy już sobie teraz trudu jeżdżenia na morze… (…) A gdy zadaję sobie pytanie: w czym to leży? odpowiedź równa się bankructwu wielu moich poprzednich poglądów. Oto miłość nasza jest miłością po prostu skóry, nie duszy. (…)

30 KWIETNIA.

Wczoraj spadł na mnie list ciotki. (…) O Anielce staram się zapomnieć, bo wspomnienie jej nuży mnie, a raczej nie mogę z sobą trafić do ładu, gdy rozpamiętywam ten płoszowski epizod z mego życia. (…) …pisze mi, co następuje:
„Oczekujemy wiadomości od ciebie z wielkim utęsknieniem i niepokojem. Ja, stara, wrosłam już silnie w ziemię i byle wiatr nie potrafi mną zachwiać, ale na Anielkę aż żal patrzeć. (…) Napisz choć kilka słów – a przede wszystkim otrząśnij się, mój drogi Leonie, z apatii i pocznij być sobą. (…) Do zmartwień Anielki przyczynia się i to, że ktoś nagadał tu jej matce, jako w całym świecie znany masz być ze swoich bałamuctw. (…) Czy nie mógłbyś nam napisać jakiego słowa, które by nas uspokoiło? (…) Kromicki począł coraz częściej te panie odwiedzać i oczywista rzecz, że on ma jakieś zamiary. (…)”
W pierwszej chwili zdawało mi się, że list ten nie robi na mnie wrażenia; następnie począłem chodzić po pokoju i poznałem,
że się mylę. (…) A gdym wyobraził sobie jej załzawione oczy, jej ręce w moich rękach, ów pociąg zmysłów, jaki czułem do niej, zmartwychwstał z całą mocą. (…) Na razie takie życie, jakie tu wiodłem, stanęło mi kością w gardle. (…) Rozgoryczam się
i rozdrażniam coraz więcej. Samo pisanie o tym męczy moje nerwy – więc urywam.

1 MAJA.

W nocy myślałem: „Może jutro będę spokojniejszy”. Gdzie tam! Wyradza się we mnie wprost zawziętość przeciw matce Anielki, przeciw Anielce, ciotce i sobie samemu. Trzeba umieć stosować wiatr do wełny jagnięcia, a nie obliczono, że moja jest diablo cienka. Albo mi tu niedobrze w Pegli? Laura jest jak jedna bryła marmuru. Przynajmniej się przy niej nie męczę,
bo poza pięknością nie ma w niej nic. Ale dosyć mam tych przerafinowanych tkliwych dusz. Niech je Kromicki pociesza. (…)

2 MAJA.

Sam dziś odniosłem list na pocztę. Treść listu była taka: życzę panu Kromickiemu szczęścia z panną Anielą, a pannie Anieli
z panem Kromickim. (…)

10 MAJA.

Upłynął tydzień. Nie pisałem, bom chodził jak zaczadzony. Napada też mnie ciągle ogromna zgryzota i żal. Anielka nie była
i nie jest mi obojętna. (…) Truje mnie tylko podejrzenie, że może wystarczy jej i Kromicki. (…) Stukam się więc w głowę i zadaję sobie pytanie, jakim sposobem przyszło do tego, że człowiek, który nie tylko się chełpi nadzwyczaj rozwiniętą świadomością siebie, ale rzeczywiście ją ma – przez kilka dni działał tylko za pomocą odruchów. (…) Oto stawiam sobie na przykład nowe pytanie: gdyby nie było w liście ciotki wzmianki o Kromickim, czy w takim razie rozwiązanie sprawy byłoby inne? (…) …gdy chodzi o rozwiązanie jakiegokolwiek zadania życiowego, sceptycyzm mój czyni mnie bezsilnym, umysł gubi się w spostrzeżeniach, wywodach, wola nie ma się na czym oprzeć – i czyny moje zależą po części od wypadków zewnętrznych.

12 MAJA.

Laury nie lubiłem nigdy, chociaż byłem i dotąd jeszcze jestem pod jej fizycznym urokiem. (…) Dusze nasze mają dużo podobieństw, ale mają i tysiące sprzeczności. Zmęczony jestem straszliwie. Nie mogę nie myśleć o wrażeniu, jakie list mój sprawił w Płoszowie. Myślę o tym ciągle, nawet i wówczas, kiedy jestem z Laurą; ciągle widzę Anielkę i ciotkę. (…)

RZYM, CASA OSORIA, 18 MAJA

Potrzebowałem widocznie samotności. Jest mi tak, jak było zaraz po przybyciu do Pegli – i smutno, i zarazem dobrze. (…) Jechałem jednym tchem aż do Rzymu, i teraz mam uczucie ptaka, który się urwał z uwięzi. (…)

22 MAJA.

Ze znajomych nie znalazłem tu prawie nikogo. (…) Za to wieczorem roją się wszystkie ulice ludem. (…) Wieczory bywają ciepłe
i jasne, ale pełne rzeźwych powiewów. (…) Dawno Rzym nie wydawał mi się tak piękny! Odnajduję w nim jakieś nowe uroki. Wracam co dzień późno do domu i idę spać prawie uszczęśliwiony tą myślą, że jutro obudzę się znów w Rzymie. (…) Ranki spędzam z notariuszem. Czasem robię sobie dla własnego użytku inwentarz zbiorów ojcowskich. Ojciec nie rozporządził nimi
na korzyść miasta w testamencie… (…)

25 MAJA.

Rzeźbiarz Łukomski rozpoczął już od miesiąca portret ojca w całej postaci, wedle popiersia, które sam robił przed kilku laty. (…) To bardzo utalentowany rzeźbiarz. Postać ojca rośnie mu w rękach i uderza podobieństwem. (…) Pytałem się go: kto, według jego zdania, jest najpiękniejszą kobietą w Rzymie? Odpowiedział bez wahania: – Davisowa – po czym zaraz zaczął rysować
w powietrzu wielkimi palcami obu rąk jej postać… (…)

29 MAJA.

Ta cała procedura spadkowa włoska poczyna mnie nudzić. Jak oni przy swej wrodzonej żywości wolno wszystko robią, a jak ogromnie wiele gadają! (…)

31 MAJA.

Byłem wczoraj z Łukomskim na śniadaniu; wieczorem włóczyłem się jak zwykle po Pincio. Moja wyobraźnia wiedzie mnie czasem na manowce. Wyobraziłem sobie, że prowadzę pod rękę Anielkę. Chodziliśmy, rozmawiali jak dwoje ludzi, którzy się
nad wszystko kochają. (…) Aż dziwię się, że wspomnienie Anielki takie jest we mnie żywotne. (…)

2 CZERWCA.

Jest to prawie rzecz nie do uwierzenia, żeby człowiek, który posiada tyle co ja warunków do szczęścia, nie tylko nie był szczęśliwy, ale po prostu nie wiedział, dlaczego żyje. Niezawodnie wina to tych warunków, w jakich się chowałem, tych Rzymów, Metzów, Paryżów i znów Rzymów; byłem trochę jak drzewo, oderwane od swojego gruntu, a nie zasadzone dobrze na cudzym – ale też wina i moja, bom stawiał znaki zapytania i filozofowałem tam, gdzie inni tylko kochają. Skutek był taki, żem nie wyfilozofował nic, a wyjałowiłem w sobie serce.

8 CZERWCA.

Odebrałem kilka listów, między innymi od Śniatyńskiego. Poczciwe chłopczysko tak jest zmartwione obrotem sprawy z Anielką, że mi już nawet nie wymyśla. Donosi mi tylko, że żona jego jest na mnie zagniewana na śmierć, że nie chce o mnie słyszeć
i że, według jej zdania, jestem potworem znajdującym największą przyjemność w pastwieniu się nad ofiarami. (…) Śniatyński odpowiada mi poniekąd na to w następnych słowach: „Słyszałem, czy czytałem, że bryłki złota mają czasem na sobie powłokę kwarcu, z której trudno metal wydobyć. Przypuszczam, że i serce twoje ma taką powłokę; w środku jest drogi kruszec,
ale ta paskudna skorupa stopiła się niecałkowicie za twoją ostatnią bytnością w Płoszowie. (…) Ty masz może energię czynu,
ale nie masz nic a nic energii postanowień; byłbyś się jednak i na nią zdobył, gdyby uczucie parło cię dostatecznie. Wyjechałeś, zacząłeś swoim zwyczajem zgłębiać się, rozmyślać, i stało się, jakem przewidział, to jest przefilozofowałeś własne i cudze szczęście. (…) Chory wiek, w którym tylko osły mają jeszcze jakąś wolę, bo gdy ktoś posiada choć trochę rozumu, to go zaraz użyje do zwątpienia o wszystkim i przekonania siebie samego, że naprawdę nie warto chcieć czegokolwiek." (…) Jest mi to tym przykrzejsze, że to prawda. Narobiłem zgryzot Anielce, ciotce, matce Anielki i wreszcie sobie samemu. (…) Chodziłem z tą myślą cały dzień, bo istotnie jest rzeczą niesłychaną, żeby człowiek, który tak doskonale rozumie swoje braki, nie przedsiębrał nic,
by im zapobiec. (…)

9 CZERWCA.

Nie jadę teraz do Płoszowa, byłby to bowiem wyjazd na ślepo, ale napisałem do ciotki długi list w zupełnie innym rodzaju niż ów, który wysłałem z Pegli. W ciągu ośmiu, najwyżej dziesięciu dni powinienem mieć odpowiedź i, stosownie do niej, pojadę albo też… nie pojadę – i w ogóle nie wiem, co zrobię. (…)

11 CZERWCA.

Z Łukomskim zaprzyjaźniłem się w ostatnich dniach bardzo. Nie jest już ze mną taki milczący i zamknięty, jak był dawniej. Wczoraj zaszedł do mnie wieczorem… (…) …gdy zaczęło być między nami jakoś cieplej, powiedziałem:
– Wybacz, panie Józefie, pytaniu, ale doprawdy nie rozumiem jednej rzeczy: oto dlaczego człowiek, który tak, jak pan, potrzebuje wkoło siebie swojskiego otoczenia, nie postara się o towarzyszkę z kraju? Tego wrażenia ojczystego, które ona dać potrafi, nie da panu ani pańska pracownia, ani pańscy pomocnicy, nie mówiąc już o Kruku i Kurcie.
Łukomski uśmiechnął się i pokazując mi pierścionek, rzekł:
– Ja się właśnie żenię. Czekamy tylko na wyjście żałoby po ojcu mojej narzeczonej. (…)
Rozmowa ta utkwiła mi w pamięci. (…) Muszę tylko przyznać, że wobec tej pewności i tydzień wahania się był zbyteczny, ja zaś waham się od pięciu miesięcy; nawet ostatni mój list do ciotki nie jest także niczym stanowczym. (…) Szczęśliwi tego rodzaju ludzie jak Łukomski, którzy poczynają od czynów.

15 CZERWCA.

Czy nazwę to uczucie, jakie mam dla Anielki, miłością czy inaczej, zawsze spostrzegam ogromną różnicę między nim a tymi wszystkimi, które dotychczas przelatywały mi przez serce. Myślę o nim od rana do wieczora; wyrosło ono na jakąś moją sprawę osobistą, czuję się odpowiedzialnym za nie przed sobą. Tego dawniej nigdy nie bywało. (…) …w danej chwili spostrzegam,
że to myśl o Anielce przedostaje się znów ze wszystkich obsłon, aby opanować mnie całego. (…) Śniatyński ma jednak słuszność, twierdząc, że gdybym ją był pokochał tak mocno, jak na przykład on swoją żonę, to bym przede wszystkim zapragnął ją posiadać. Ja zaś – rzecz zupełnie pewna – mniej pragnę ją posiadać, niż boję się ją utracić. (…)

16 CZERWCA.

Miałem uboczną wiadomość o Laurze; dał mi ją mój notariusz, który prowadzi zarazem sprawy Davisów. Davis już w zakładzie obłąkanych. Ona bawi w Interlaken u stóp Jungfrau. (…)

17 CZERWCA.

…jestem na wszelki wypadek gotów do drogi. Rzym zaczyna mi być nieznośny.

18 CZERWCA.

Wyliczyłem, że odpowiedź ciotki mogłaby już tu być. (…)

FLORENCJA, 20 CZERWCA.

Dom z kart runął. Odebrałem list od ciotki, Anielka wychodzi za Kromickiego i ślub ich za kilka tygodni. Ona sama żądała tak krótkiego terminu. Po odebraniu tej nowiny siadłem do wagonu i chciałem jechać do Płoszowa, mając jednocześnie świadomość, że ten wyjazd jest głupstwem i awanturą, która do niczego nie doprowadzi. Oto dlaczego jestem we Florencji. Porwało mnie
i niosło, ale zabrawszy resztki przytomności i rozwagi, ulgnąłem tu.

FLORENCJA, 22 CZERWCA.

(…) Dostałem pałką w głowę, więc jestem odurzony. Ale widzę, że to więcej wstrząsa niż boli. (…)

FLORENCJA, 23 CZERWCA.

(…) Oto ten długi przeklęty list:

„Dziękuję ci za ostatnie wiadomości, tym bardziej że tamten pierwszy list z Pegli był nie tylko stanowczy, ale i okrutny. Trudno mi było wierzyć, żebyś ty nie miał dla tej dziewczyny nie tylko ani trochę przywiązania, ale ani przyjaźni, ani litości. Ja przecie, mój Leonie, nie żądałam i nie namawiałam cię, byś się zaraz oświadczał Anielce, prosiłam cię jedynie o to, abyś napisał jakieś słowo serdeczniejsze dla niej, choćby nie wprost, ale w liście do mnie. I wierzaj mi, że byłoby to wystarczyło, bo ona tak cię kochała,
jak tylko podobna dziewczyna kochać może. (…) Anielka wiedziała, że jest list od ciebie, bo to biedactwo czyhało zawsze
na Chwastowskiego i zabierało mu z rąk listy, niby dlatego, żeby je ułożyć na mojej serwecie, a w rzeczy, by zobaczyć,
czy od ciebie czegoś nie ma. Otóż spostrzegła, że list jest. (…) Anielka spytała niby zwyczajnym głosem: czy długo jeszcze zabawi we Włoszech? Widziałam, ile się mieści w tym pytaniu, i nie miałam odwagi powiedzieć prawdy, zwłaszcza, że było to
przy Chwastowskim i służbie; powiedziałam więc tak: – Niedługo; myślę, że się wkrótce tu wybierze. Żebyś ty widział te ognie, które przez nią przeleciały, tę radość, te wysiłki, żeby się nie rozpłakać. Biedactwo! Mnie się dziś chce płakać, gdy o tym wspomnę. (…)

Nie potrzebowałam jej wołać, bo nadeszła sama; wówczas powiedziałam jej tak: Anielciu, ja wiem, że ty jesteś dzielna, poczciwa dziewczyna, która się zawsze zgodzi z wolą bożą. Musimy pomówić otwarcie. Wiem, moje dziecko, że między tobą a Leonem zaczynało się coś podobnego do przywiązania, i powiem ci, żem sobie tego najmocniej życzyła; ale widocznie woli bożej nie było; jeśliś miała pod tym względem jakie złudzenia, to się ich wyrzecz! Poczęłam ją ściskać, bo pobladła jak papier; myślałam,
że zemdleje; na szczęście, nie przyszło do tego. Schyliła się tylko do moich kolan i poczęła powtarzać raz po razu:– Co on mi kazał, ciociu, powiedzieć? Co on mi kazał, ciociu, powiedzieć? – Broniłam się, nie chciałam cytować twoich słów – ale przyszło mi na myśl, że będzie lepiej dla niej dowiedzieć się całej prawdy, i powiedziałam jej wreszcie, że jej życzysz szczęścia z Kromickim. Na to wstała i po chwili rzekła mi zupełnie już innym głosem: – Niech mu ciocia podziękuje – potem zaraz odeszła. (…) Cały dzień miała oczy suche i nie dała nic poznać matce, o której zdrowie bardzo się boi; tuliła się tylko do niej więcej niż zwykle, a i do mnie, co mnie tak rozczulało, aż mi się broda trzęsła. (…)

Ty, który Anielki nie kochasz, nie możesz ocenić, jaki byłbyś z nią szczęśliwy; źle jednak zrobiłeś, mój Leonie, żeś ją zostawił
w tym mniemaniu, że ją kochasz. (…) Byłam tak rozżalona na ciebie jak nigdy w życiu, i dopiero twój drugi list złagodził trochę urazę, chociaż przekonał mnie ostatecznie, że z moich zamków na lodzie nic nie będzie. (…) Ach! mój Leonie, czemu to wszystko tak poszło i czemu to dziecko jest tak nieszczęśliwe? (…) Oni wyjeżdżają po ślubie na Wołyń. (…) Ty, mój drogi, wiesz, jakam szczęśliwa, gdy cię widzę, ale nie przyjeżdżaj teraz do Płoszowa; zrób to dla Anielki. (…) Po co ja mam się oszukiwać!? Ilekroć odczytuję ten list, chce mi się głową o ścianę tłuc…

23 CZERWCA.

Niepodobna mi było, po prostu niepodobna, założyć rąk i dać już zupełnie za wygraną. To byłoby potworne małżeństwo. Dziś,
we czwartek, wysłałem do Śniatyńskiego depeszę, w której zakląłem go na wszystkie świętości, by w niedzielę był w Krakowie. Sam wyjeżdżam tam jutro. Prosiłem go, żeby o depeszy nikomu nie wspominał. Pomówię z nim, a raczej będę go błagał
na wszystko, żeby się rozmówił w moim imieniu z Anielką. (…) Nie spałem już kilka nocy. Gdy przymknę powieki, przypominam sobie Anielkę, jej twarz, włosy, oczy, sposoby mówienia, uśmiech – widzę ją, jak gdyby stała przede mną… Nie mogę tak żyć!

KRAKÓW, 26 CZERWCA.

Śniatyński jest. Podjął się! Poczciwy chłop – niech mu Bóg zapłaci! (…)

27 CZERWCA.

Śniatyński wyjechał rano. (…)

28 CZERWCA.

Godzina pierwsza po południu. O tej porze Śniatyńscy mieli właśnie wyjechać do Płoszowa. (…)

GODZINA 10 WIECZOREM.

Na Śniatyńskim wymogłem, że będzie zaraz telegrafował. Dotąd depeszy nie ma… (…)

29 CZERWCA.

Depesza od Śniatyńskiego nadeszła – i oto com w niej znalazł: „Wszystko na nic – zbierz siły i ruszaj w świat.” Tak też i zrobię – moja Anielko! (…)
KONIEC TOMU PIERWSZEGO

GRUDZIEŃ – 06. [Kaltenleutgeben]


["TYTUSOWI CHAŁUBIŃSKIEMU"]
Odrywam się od mojej roboty, aby parę słów poświęcić zgasłemu przed kilkoma dniami profesorowi Chałubińskiemu. Specjalne pióra ocenią jego zasługi jako lekarza i uczonego. Ja pragnę spłacić dług wdzięczności względem człowieka, z którym łączyła mnie zażyłość, dla którego miałem serdeczne uczucie przyjaźni i który w ciężkich dla mnie czasach nie tylko przychodził mi
z pomocą lekarską, nie tylko czynił, co leży w zakresie sił ludzkich, żeby uratować drogą mi istotę, ale okazywał mi tyle współczucia i serca, że te kilka słów, które mu poświęcam, są niczym wobec tego, com mu obowiązany. (…) Owóż człowieka, który by tak kochał ludzi jak Chałubiński, nie spotkałem. Gdy on zbliżał się do łóżka chorego, wówczas zbliżał się nie tylko bystry i genialny lekarz, który jednym rzutem oka rozpoznawał chorobę i brał ją jak atleta za gardło, ale zbliżał się wyrozumiały mędrzec, filantrop, szczery i zacny przyjaciel. (…) I trudno mi pogodzić się z myślą, że to mieszkanie prawdziwego filozofa dobroczynnego, że ten dom w Zakopanem, otoczony lasem smereków, będzie stał odtąd pustką, że tam ten dobry i słodki mędrzec nie podniesie się już z uprzejmym uśmiechem na powitanie gościa – że przestało już bić to serce w ludziach rozkochane – ta dusza gorąca, która tak ciągnęła ku sobie inne dusze, jak magnes ciągnie żelazo. (…) …oto, o czymkolwiek Chałubiński mówił, choćby o rzeczach czysto naukowych, nie mających z sercem i uczuciem najmniejszego związku, zawsze jakaś dobroć, jakaś miłość ozłacała tak jego wysokie myśli, jak ciepłe promienie słońca ozłacają śniegi Giewontu. Był to rozum dobry –
i zawsze dobry, drugiego przykładu takiego połączenia trzeba by chyba z latarnią Diogenesową szukać. (…)

Czym Chałubiński był dla Zakopanego i górali, każdy wie, ale nie sądzę, aby było powszechnie wiadomym, że potrafił on być dobroczyńcą nie tylko pojedynczych ludzi i że cała okolica zawdzięcza mu poprawę bytu. (…) Serca na tamtej ziemi są poniekąd z tego samego tworzywa, co i góry ukute – i nie łatwo się poruszają, jednak gdy góral wymawiał słowa: „pan profesór”,
to w oczach jego widziałeś nie tylko cześć największą, ale i coś cieplejszego, jakieś odblaski prawdziwego przywiązania
i wdzięczności. Nieraz w Warszawie lub Krakowie zdarzało mi się słyszeć tuzinkowe głowy i serca, zarzucające Chałubińskiemu,
że psuje górali zbytnią hojnością. Ale czy taki człowiek mógł być inny dla tego ludu, który sam mówi o swojej ziemi: „Bóg dodał ozdoby, a ujął chleba”, czy mogła być inną, mniej szczodrą w dawaniu chleba ta dłoń, która była gotowa serce wyjąć z własnej piersi dla ludzi? (…)
*
Niechaj te słowa będą wiankiem, który wdzięczne serce i przyjazna ręka składają na jego grobie.


[Powyżej zamieszczone są obszerne fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza. Zachęcamy do czytania ich w całości w wersji książkowej, ponieważ – jak mawiał sam pisarz: „Mieszkanie bez książki ciemniejsze jest niż bez lampy. (…) Gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega albo zaśnie - w każdym razie wygra.”]