Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami. [Mat. 5; 11 – 12]



TWÓRCZOŚĆ

Wybierz rok, z którym chcesz się zapoznać: 1846, 1847, 1848, 1849, 1850, 1851, 1852, 1853, 1854, 1855, 1856, 1857, 1858, 1859, 1860, 1861, 1862, 1863, 1864, 1865, 1866, 1867, 1868, 1869, 1870, 1871, 1872, 1873, 1874, 1875, 1876, 1877, 1878, 1879, 1880, 1881, 1882, 1883, 1884, 1885, 1886, 1887, 1888, 1889, 1890, 1891, 1892, 1893, 1894, 1895, 1896, 1897, 1898, 1899, 1900, 1901, 1902, 1903, 1904, 1905, 1906, 1907, 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914, 1915, 1916 - albo zobacz wszystkie lata.

Rok 1890


["BEZ DOGMATU"] - kontynuacja i zakończenie pracy
PARYŻ, 2 KWIETNIA.

Nie pisałem dziennika przeszło dziesięć miesięcy… (…) W pierwszych miesiącach dużo podróżowałem… (…) Ale z wolna przyzwyczajenia – nie ponęty – życiowe odzyskiwały we mnie zwykłą moc. (…) Niewątpliwie stałem się człowiekiem
bez porównania więcej bezwzględnym, niż byłem dawniej… (…)

3 KWIETNIA.

Że nigdy nie zawarłem przyjaźni z żadną kobietą, to znowu inna rzecz. Miałem ochotę przyjaźnić się tylko z takimi, od których chciało mi się czegoś więcej, więc nie mogła to być przyjaźń rzetelna. Udawałem ją natomiast wielokrotnie, tak jak na przykład lis udaje nieżywego, aby uśpić czujność wron i tym pewniej którą capnąć. (…) Miałem w swoim czasie poczucie, że gdyby Anielka została moją żoną, to by nie była tylko żoną lub kochanką, ale i przyjacielem. (…)

4 KWIETNIA.

Spotykam tu dość często Davisową, bywam nawet u niej. I nic! (…) Jest istotnie zdumiewającą rzeczą ta łatwość, z jaką kobiety wracają do stosunków najbardziej bliskich – do poprzedniej, zwykłej znajomości. (…) Nie kosztuje ją to nic; nie widać po niej najmniejszego przymusu: jest grzeczna, jest w miarę chłodna, w miarę uprzejma, a ten nastrój udziela się i mnie w tym stopniu, że po prostu nie przychodzi mi do głowy, iż mógłbym np. nazwać ją po imieniu. (…) W ogóle mam dla kobiet uczucie tego rodzaju, jakie może mieć jubiler, wycofany z interesu, dla drogich kamieni. Ujrzawszy jakiś cenny klejnot, powiadam sobie: warto się
o niego postarać, następnie przypominam sobie, żem się już zlikwidował – i idę dalej. (…)

Do kraju wybieram się rzeczywiście. Ciotka oddała mi swój dom w Warszawie i wzywa mnie do uregulowania tytułu własności. (…)

5 KWIETNIA.

Już wiem na pewno, że panią Kromicką zobaczę, albowiem dowiaduję się z listu ciotki, że mąż jej sprzedał majątek na Wołyniu, sam zaś wyjechał w interesie swych spekulacyj na Daleki Wschód, nie pozostało więc jej nic innego, tylko wrócić do matki,
do Płoszowa. (…) Kromicki przyszedł i sprzedał z lekkim sercem, dlatego tylko, że mu za nie dobrze zapłacono i że w ten sposób mógł zapewnić powodzenie dla swych dostaw. Przypuszczam, że zrobi na nich miliony, ale co to za cios dla obydwóch tych kobiet… (…) Ciotka pisze mi, że zaraz po sprzedaży wyjechał do Baku, a następnie do Turkiestanu. (…) Będę widywał codziennie panią Kromicką… Na tę myśl ogarnia mnie pewien niepokój, w którym jest i ciekawość, w jaki sposób ułożą się nasze stosunki… (…)

6 KWIETNIA.

Źle spałem zeszłej nocy; rozmaite pytania cisnęły mi się do głowy i szukałem na nie odpowiedzi. Starałem się rozwiązać zagadnienie: czy też miałbym na przykład prawo sprowadzić panią Kromicką z drogi obowiązku na manowce – czy nie? (…) Dziwna rzecz: wszystko to, co piszę, jest, jak już powiedziałem, czystą teorią. Nie mam żadnych takich zamiarów, które potrzebowałbym przed sobą usprawiedliwiać, a jednak rozmyślania podobne wzburzają mnie i teraz wzburzyły do tego stopnia, że musiałem przerwać pisanie. (…)

10 KWIETNIA.

Byłem wieczorem z pożegnaniem u Davisowej i trafiłem na prawdziwy koncert. (…) Hilstówna grała na fisharmonii. (…)
Gdy skończyła grać, zbliżyłem się do niej i półżartem oświadczyłem, że nadeszła chwila wyjazdu do Warszawy i że na mocy naszych dawnych układów zapowiadam jej, żeby była gotowa. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że bierze moje słowa poważnie. (…) Cokolwiek mnie to przestraszyło. (…) Laura, …, dawno dawała mi do zrozumienia, że Hilstówna ma dla mnie więcej niż sympatię… (…) Dziś przedstawiło mi się to jaśniej niż kiedykolwiek. Jeśli tak jest, jestem jej wdzięczny. Po raz pierwszy w życiu mam ochotę zawrzeć przyjaźń z kobietą i nie zawieść jej ufności. (…) Rozgadaliśmy się dziś z Klarą, jak para przyjaciół. (…)

16 KWIETNIA.

Od trzech dni jestem w Warszawie, ale nie mogłem dotąd wyruszyć do Płoszowa, albowiem zaraz po przyjeździe dostałem bólu zębów i twarz mam opuchniętą. (…) Widziałem już Śniatyńskiego, ciotka była także u mnie i witała mnie jak marnotrawnego syna. Anielka przyjechała przed tygodniem. (…) Starałem się wyciągnąć z ciotki jak najwięcej wiadomości o Anielce i poszło mi to tym łatwiej, że ciotka mówi ze mną z całą swobodą. (…) Począłem następnie wypytywać o zdrowie Anielki. (…) Powiedziałem ciotce, że przyjechała jednym pociągiem ze mną największa współczesna fortepianistka, a zarazem osoba bardzo majętna, która niczego tak nie pragnie, jak dać parę koncertów na biednych. (…) Ciotka stoi na czele kilku stowarzyszeń dobroczynnych
i uważa za punkt honoru złupić dla nich, kosztem innych towarzystw, co się tylko da – boi się więc, żeby jej kto nie podszedł. Wychodząc spytała mnie:
– Kiedy przeniesiesz się do Płoszowa?
Lecz ja odpowiedziałem, że się wcale nie przeniosę. W drodze namyśliłem się, że lepiej będzie, gdy zamieszkam w Warszawie. (…)

Pisałem dziś do Klary wyjaśniając, dlaczego nie odwiedziłem jej dotąd – i miałem zaraz odpowiedź. Klara zachwycona jest Warszawą, a zwłaszcza ludźmi. Wszyscy znakomici muzycy tutejsi złożyli jej w ciągu tych trzech dni wizyty, przesadzając
w grzecznościach i ofiarowaniu pomocy. (…) Zwiedziła już trochę miasto, i szczególniej podobały się jej Łazienki. (…) Ja, chociaż jestem duchowym dzieckiem zagranicy, posiadam przez jakiś atawizm dar odczuwania naszej natury i ze zdziwieniem stwierdziłem niejednokrotnie, że ilekroć na wiosnę wracam do kraju, nie mogę się nasycić jego widokiem. (…)

Spostrzegłem ze wstydem i ze zdziwieniem, że to wszystko, com pisał, było zagadywaniem siebie samego. Tak jest! – tak! Rozprawiam o krajobrazach, nostalgii, a naprawdę wszystkie moje myśli są w Płoszowie. (…)

17 KWIETNIA.

Byłem dziś i zastałem wszystko zupełnie inaczej, niżem sobie wyobrażał. Wyjechałem z Warszawy dorożką o siódmej rano, wyliczywszy, że na ósmą mniej więcej będę w Płoszowie. (…) Na widok Płoszowa uczucie wewnętrznego niepokoju wzrosło
we mnie, a myśli moje stały się jeszcze szybsze. (…) Nie umiem dokładnie powiedzieć, dlaczego, zamiast wjechać na dziedziniec, zatrzymałem dorożkarza przed bramą i ścigany jego podziękowaniami poszedłem piechotą do ganku. (…) Wszedłem do sali jadalnej i postanowiłem tam czekać, póki te panie nie zejdą. (…) Wtem drzwi otworzyły się po cichu i w sali ukazała się Anielka. Na jej widok poczułem szum w głowie i zimno w końcach palców. (…) Dopiero gdym się do niej zbliżył, podniosła oczy, stanęła
jak wryta – i nie potrafię nawet opisać tego wyrazu zalęknięcia, zmieszania, wzruszenia i pokory, jaki odbił się na jej twarzy. Zbladła tak bardzo, żem się przestraszył, czy nie zemdleje. Gdym uścisnął jej rękę, miałem uczucie, że ściskam kawałek lodu. (…) Uczucie dawnej miłości, skruchy i politowania opanowało mnie z taką siłą, że zupełnie straciłem głowę. Zachowałem tylko tyle przytomności, żem nie pochwycił jej, nie przycisnął do piersi i nie zaczął uspokajać takimi słowami, jakimi się mówi
do ukochanego stworzenia. (…) Pragnąłem z całej duszy, żeby ktokolwiek nadszedł i wybawił nas oboje. Jakoż nadeszła ciotka
z młodym doktorem Chwastowskim, młodszym synem rządcy, który bawi od miesiąca przy pani Celinie. Anielka usunęła się zaraz do stołu dla nalewania herbaty, ja zaś począłem się witać i rozmawiać z ciotką. (…) Anielka opanowała już mniej więcej wzruszenie, ale była jeszcze jakby zalękniona. (…) Wypowiedziałem… chęć powitania pani Celiny. (…) Poszliśmy razem na drugą stronę domu, a ciotka z nami. (…)

Wszedłszy do pokoju pani Celiny, powitałem ją bardzo serdecznie, na co odpowiedziała mi z pewnym przymusem; widocznym było, że gdyby nie obawa obrażenia ciotki, byłaby odpowiedziała zupełnie chłodno. (…) Zastałem ją zmienioną bardzo.
Od niejakiego czasu nie podnosiła się już z fotela na kółkach, na którym ją wytaczano w piękne dni do ogrodu. (…) …w ogrodzie spotkałem młodego doktora Chwastowskiego, odbywającego swą ranną przechadzkę. Ponieważ chciałem sobie zjednać wszystkich w Płoszowie, zbliżyłem się do niego i począłem go wypytywać o zdrowie pani Celiny… (…) Mimo iż umysł mój był
nie tylko zajęty, ale wprost pochłonięty czym innym, słuchałem doktora z pewnym zajęciem. (…) Doktor pożegnał mnie niebawem, miał bowiem jeszcze jednego chorego w Płoszowie… (…) Dowiedziawszy się o tym, udałem się i ja do niego i,
nad moje spodziewanie, zamiast umierającego człowieka znalazłem młodzieńczyka o twarzy chudej, ale rumianej, pełnego życia i wesołości. (…) Anielka nie przyszła odwiedzić tego dnia chorego; siedziała cały czas u matki. (…) Jest w Anielce coś
tak dla mnie nieprzeparcie pociągającego, że gdybym jej nigdy przedtem nie widział i gdyby postawiono ją między tysiącem najpiękniejszych kobiet, a mnie kazano wybierać, czuję, że poszedłbym wprost do niej i powiedział: Oto moja wybrana! (…)

Wyjechałem o zmroku. Byłem tak dalece zagłuszony wrażeniami dnia, a moje poprzednie rozumowania i nadzieje były do tego stopnia unicestwione, żem w czasie drogi nie miał i jeszcze nie mam siły do zwykłych moich zagłębiań się w siebie. Spodziewałem się znaleźć panią Kromicką, a znalazłem Anielkę. (…) Co teraz nastąpi, co będzie ze mną, nie chcę na to odpowiadać. Życie moje mogło spłynąć jasną i spokojną rzeką w to morze, do którego spływa wszystko – teraz zaś rzuci się wodospadem w przepaść. (…)

21 KWIETNIA.

Mieszkam niby w Warszawie, ale cztery dni z rzędu spędziłem w Płoszowie. Pani Celina ma się lepiej, natomiast ksiądz Łatysz umarł onegdaj. (…) Wczoraj rano siedzieliśmy z Anielką na ganku, gdy nadeszła matka biednego księżyka i poczęła opowiadać
o jego śmierci w ten szczególny chłopski sposób, w którym żal miesza się z zupełnym zgodzeniem się na to, co zaszło. (…) …zwróciwszy się do babiny spytałem:
– Toście wydali tysiąc dwieście rubli na wychowanie syna?
– Juści, proszę jaśnie pana. Myśleliśwa, jak ostanie proboszczem, przytulić się przy nim na probostwie, ale Bóg Najwyższy pokierował nas nie na probostwo, ino pod kościół.
– To ja wam podaruję tysiąc dwieście rubli. Zagospodarujcie się na nowo i żyjcie spokojnie w chałupie. (…)
Dziś z rana byliśmy z ciotką i Anielką na pogrzebie młodego kleryka. (…) Równie dziwne wrażenie robi podczas takiego obrzędu, jak pogrzeb, jaskrawość chustek na głowach dziewcząt. Szliśmy aleją jarzębową do kościoła i gdy pochód zasuwał się
w przerwach między drzewami w słońce, chustki owe rozpalały się w blasku żółto, czerwono, błękitnie, co dawało całemu temu orszakowi pozór wesołości, tak, że gdyby nie ksiądz, nie wóz z trumną i nie zapach jałowcu, można by mniemać, że to wesele idzie. Zauważyłem także, z jakim zadowoleniem ludzie na wsi idą za pogrzebem. (…) Patrzyłem na Anielkę… Była nieco blada,
że zaś słońce padało właśnie na jej twarz, można było czytać w tych przezroczystych rysach jak w książce. (…)

28 KWIETNIA.

Upajam się życiem w Płoszowie, codziennym widokiem Anielki i zapominam, że ona należy do kogo innego. (…) Anielka odebrała rano, przy herbacie, aż dwa listy. Ciotka spytała jej, czy od męża, ona zaś odpowiedziała: – Tak! – Usłyszawszy to, doznałem takiego wrażenia, jakiego doznawać musi człowiek skazany, który w wigilię egzekucji miał słodki sen, ale którego zbudzono oświadczeniem, że czas ostrzyc włosy i iść pod nóż gilotyny. (…) Anielka chciała odłożyć czytanie listów na wolną chwilę
przy herbacie, tymczasem ciotka kazała jej czytać je zaraz, następnie zaś poczęła wypytywać, jak się ma Kromicki. (…)
Po raz pierwszy od czasu przyjazdu do Płoszowa poczułem niechęć i głęboką urazę do Anielki. (…) Anielka skończywszy czytać spostrzegła zaraz, że jestem w jakimś niezwykłym stanie, i poczęła mi rzucać niespokojne spojrzenia. (…) Lecz ja odpowiadałem zimnym spojrzeniem, nie mogąc jej wybaczyć ani tych listów, ani rozmowy z ciotką. Zaraz po herbacie wstałem i oświadczyłem, że muszę jechać do Warszawy. (…) Zaraz jednak w powozie ogarnął mnie gniew na samego siebie i niesmak. (…) Przyjechawszy do Warszawy miałem naprzód zamiar odwiedzić Klarę, ale napadł mnie gwałtowny ból głowy, który przeszedł dopiero wieczorem, przed samym przybyciem ciotki. Ciotka zastała mnie już ubranego i wkrótce pojechaliśmy na koncert, który udał się świetnie. Sława Klary ściągnęła świat inteligentny i muzyczny… (…) Klara siadła do fortepianu… (…) Poczęła grać koncert Mendelssohna… (…) …o zakończeniu rozległy się takie oklaski, jakich nie słyszałem nigdy w Paryżu, gdzie Klarę przyjmowano z wyjątkowym zapałem. (…) Zasiadła znowu i zagrała sonatę cis-moll Beethovena, której nie było w programie. (…) Gdy skończyła grać, pozostała czas jakiś z głową i oczyma podniesionymi w górę, z twarzą pobladłą i rozchylonymi ustami. (…) Później stało się coś takiego, co prawdopodobnie nie zdarzyło się nigdy, na żadnym koncercie. W sali podniesiono taki okrzyk, jakby zgromadzonym zagroziła katastrofa. (…) Po skończeniu Śniatyńscy zabrali ją do siebie na wieczór. Ja nie chciałem jechać. (…)

29 KWIETNIA.

Listy Kromickiego pognębiły mnie do tego stopnia, że to wrażenie trwa dotąd. (…) Od wczoraj jestem w szponach tej myśli
i dlatego nie pojechałem dziś do Płoszowa. (…) Chwilami przychodzi mi do głowy, żeby wyjechać, ale czuję doskonale,
że poza tą jedyną kobietą świat ma dla mnie tyle znaczenia ile śmierć, to jest tyle ile nicość – i co więcej, wiem z góry,
że nie wyjadę, bo nie znajdę na to dość siły. (…) Uczucie, które nie jest jednoznaczne z żądaniem i czynem – jest niczym. Niechże więc te słowa zostaną wymówione: chcę! Chcę dla Anielki stać się najbardziej upragnioną i najbardziej ukochaną istotą, jak ona jest dla mnie; chcę posiadać jej wzajemność, jej wszystkie myśli, jej duszę… (…) Zabiorę Kromickiemu tyle z Anielki, ile będę tylko mógł – a odbiorę ją całkowicie, jeśli tylko ona na to się zgodzi. (…) Rozpędzam na cztery wiatry wszelkie skrupuły. (…)
Na szczęście, przybycie po południu doktora Chwastowskiego przerwało bieg tego rodzaju przypuszczeń. Przyjechał on z Płoszowa na naradę ze starszym lekarzem, którego w swoim czasie wzywano do pani Celiny. Na odjezdnym przyszedł mnie odwiedzić. (…) …zaczął długo mówić o Anielce… (…) …sądzi jednak, iż może z całą pewnością policzyć ją do natur wyższych
pod każdym względem. Odzywał się o niej w ogóle z taką żywością, iż przez głowę przemknęło mi przypuszczenie, że w głębi serca żywi dla niej coś więcej niż podziw. (…)

4 MAJA.

Od kilku dni znów jestem w Płoszowie i wszystko, co mówię i czynię, jest tylko taktyką miłości. Doktor Chwastowski miał rozum, że kazał Anielce chodzić dla zdrowia po parku. Znalazłem ją tam dziś rano. (…) Na moje „dzień dobry” odpowiedziała
z pomieszaniem. Od kilku dni ona się mnie boi, bo hipnotyzuję ją każdym słowem, każdym spojrzeniem. (…)
– Anielko! Anielko! – ozwałem się nie wiedząc co mam jej powiedzieć. Lecz ona poczęła potrząsać dłońmi, jakby się chciała
ode mnie opędzić, wreszcie powiedziała wśród łez:
– Zaraz, zaraz!… uspokoję się. Nie mogę tak wrócić… pozwól mi… I odeszła szybko.
– Przepraszam cię, Anielko! – zawołałem za nią. (…)

10 MAJA.

Pogoda na niebie i pogoda między nami. Anielka jest spokojna i szczęśliwa. Uwierzyła głęboko słowom moim, że nie chodzi mi
o nic więcej jak o braterskie uczucia, że zaś sumienie pozwala jej kochać mnie miłością siostry, więc dała folgę sercu. (…) Tymczasem i mnie jest dobrze, tak dobrze, że chwilami mam poczucie, iż mógłbym niczego więcej nie żądać, pod tym jednym tylko warunkiem, żeby nikt nie miał do niej żadnych praw. (…) Cały dzisiejszy dzień zeszedł nam jak sielanka. (…) Zaraz
po herbacie poszliśmy do kościoła na ranną wotywę. (…) Siedząc w ławce obok Anielki miałem jakieś błogie złudzenie, że siedzę obok mojej narzeczonej. (…) Tymczasem msza się skończyła i wyszliśmy z kościoła. (…) Wracaliśmy teraz do domu. (…) Oczyma mówiłem jej wprawdzie, że ją kocham – ale pożądanie spało we mnie. (…)

13 MAJA.

Dziś srożyła się nad Płoszowem taka burza, jakiej nie pamiętają tu dawno. (…) W kilka minut huk stał się nieustający. Miałem takie wrażenie, że gdy się grzmot toczy po podścielisku z chmur, pułap ich zarywa się co chwila pod nim i wszystko razem zwala się z nieopisanym łoskotem na ziemię. (…) Na koniec, za przykładem zewnętrznych żywiołów, rozpętały się moje myśli
i pragnienia. Zapomniałem o burzy, widziałem tylko przed sobą Anielkę; straciłem zupełnie panowanie nad sobą i zbliżywszy się do niej rzekłem:
– Chcesz patrzeć na burzę?
– Dobrze – odpowiedziała.
– Pójdź obok, do tamtego pokoju… Tam jest okno weneckie…
Poszła i stanęliśmy w oknie. (…)
– Nie boisz się? – spytałem, szepcząc.
– Nie…
– Daj mi rękę…
Ona spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Chwila jeszcze, a byłbym ją porwał i usta przycisnął do jej ust – po czym niechby się Płoszów zapadł w ziemię. Ale ona zlękła się – nie burzy – tylko mego wyrazu twarzy i tego szeptu, bo cofnąwszy się szybko
od okna, wróciła do pokoju, w którym siedziały starsze panie. Zostałem sam – z poczuciem gniewu i upokorzenia. (…) Tymczasem na świecie stawało się coraz jaśniej, na koniec chmury przerwały się, i w przerwie zajaśniało słońce, świetne,
jakby wykąpane i jakby zdziwione spustoszeniami, które narobiła burza. (…)

15 MAJA.

Ten piętnasty maja będzie jednym z najpamiętniejszych dni w moim życiu. (…) Ciotka wysłała powóz po Śniatyńskich i po Klarę bardzo rano, tak że już przed południem byli w Płoszowie. (…) Klarę uderzyła niezmiernie piękność Anielki… (…) W chwilę potem siedziała przy fortepianie, i tym razem widocznie Mozart odpowiadał najbardziej jej usposobieniu, bo usłyszeliśmy Don Juana. (…) Klara grała cudownie. (…)Potem Klara improwizowała przy fortepianie swój Frühlingslied. (…) Nuty Pieśni wiosennej napełniały ciągle salon. (…) Klara skończyła swoją Pieśń wiosenną, po czym zaraz pani Śniatyńska, której pilno było do domu, dała hasło do odwrotu. (…) Doszliśmy wreszcie do bitej drogi, gdzie Śniatyńscy z Klarą siedli do powozu. Po chwili koła zaturkotały; do uszu naszych doszły ostatnie: do widzenia! – i zostaliśmy z Anielką sam na sam. Zwróciliśmy się zaraz ku domowi i długi czas szliśmy w milczeniu. (…) Wreszcie jednak w połowie drogi odezwałem się:… (…)
– Przecież ty musisz widzieć i rozumieć, że cała moja istota należy do ciebie, że ja ciebie jedną kochałem i kocham dziś jeszcze jak szalony!
Anielka stanęła jak wryta. (…) Byliśmy już przy bramie, ale jeszcze w głębokim mroku drzew. (…) Anielka, ochłonąwszy
z wrażenia, poczęła nagle powtarzać z jakąś nerwową energią, o którą jej nawet nie podejrzewałem:
– Ja nie chcę tego słuchać, Leonie! nie chcę, nie chcę, nie chcę!
I wbiegła na oświecony księżycem dziedziniec. Po prostu uciekła ode mnie, od moich słów i wyznań. (…) Wróciwszy do domu,
nie znalazłem już Anielki. (…) Postanawiam jutro (a raczej dziś, bo już biały dzień na dworze) wyjechać do Warszawy. (…) Chcę, by Anielka mogła umocnić się w przekonaniu, że niczego nie żądam, a przede wszystkim, by miała czas uspokoić się i oswoić
z tym, co jej powiedziałem. (…)

19 MAJA.

Pierwszy dzień po przyjeździe do Warszawy przespałem kamiennym snem. W Płoszowie żal mi każdej minuty dnia, którą mogę spędzić w towarzystwie Anielki, a nocami pisuję. Znużyło mnie to w końcu śmiertelnie. (…)

20 MAJA.

Zastanawiałem się dzisiaj nad tym, co będzie, gdy uzyskam wzajemność Anielki, a raczej wyznanie z jej strony? (…)

21 MAJA.

Powiedziałem Anielce, że chcę się czymś zająć – i chcę rzeczywiście, choćby dlatego, żem jej to mówił. Postanawiam
przede wszystkim sprowadzić zbiory ojca do Warszawy – i założę tu muzeum Płoszowskich. (…)

22 MAJA.

Jutro wracam do Płoszowa. Zbyt tu tęsknię – i przy tym chce mi się już spojrzeć w oczy Anielce… (…) Kto wie, może moje szczęście jest większe, niż przypuszczam? może i ona tęskni za mną… (…) Co za dziwny wpływ jest takiej kobiety jak Anielka! Oto styka się z nią prawdziwy geniusz bez teki, tak wyjątkowy nieużytek jak ja – i zaledwie się zetknął, bez jakiegokolwiek apostołowania z jej strony, już poczuwa się do różnych rzeczy i obowiązków, do których się dawniej nie poczuwał. (…)

23 MAJA.

Odgadywałem, że Anielka, choćby najmocniej była mi wzajemną, nie zechce jednak pozwolić, bym w przyszłości powtarzał jej wyznania, że będzie się opierała nawet daleko silniej, niż opierają się zwykle kobiety zamężne, bo wobec jej zasad, wobec jej skromności, każde najmniejsze ustępstwo będzie się jej wydawało niesłychaną zbrodnią. (…) Przybywszy do Płoszowa znalazłem ją mizerną, ale spoglądała na mnie dość raźnie. (…) Po południu, w dniu mego powrotu, gdy pani Celina usnęła głęboko na werandzie, Anielka dała mi znak, bym poszedł za nią w głąb ogrodu. (…)
– Powiedz mi, czego żądasz?
– Trzeba, Leonie, żebyś ty wyjechał za granicę i nie wracał, póki mama nie będzie w stanie opuścić Płoszowa. (…)
– Możesz mną rozporządzać, jak zechcesz – rzekłem – ale powiedz mi przynajmniej, czemu skazujesz mnie na wygnanie?
– Ja cię nie skazuję na wygnanie, …jestem żoną człowieka, którego kocham i szanuję – i że nie chcę słuchać takich słów! (…)
– Nie gniewaj się na mnie, Anielko – ja wyjadę! (…) Proszę cię o trzy dni – o nic więcej! (…)
I odszedłem w męce, bom czuł, że zadaję mękę kobiecie, którą kocham nad wszystko. (…)

25 MAJA.

Dziś trzeci dzień od naszej ostatniej rozmowy. Anielka nie powtórzyła mi swego żądania, więc zostaję. Mało do mnie mówi, przesiaduje więcej w swoim pokoju, ale nie unika mnie zbytecznie; boi się zwrócić tym uwagę starszych pań. Ja staram się być dla niej dobry, troskliwy, przyjazny, ale nie narzucam się jej. Chcę, by jej się wydawało, że miłość moja sama się zdradza,
ale że ja robię, co mogę, by ją w sobie zamknąć.(…)

26 MAJA.

Zawiadomiłem dziś Śniatyńskiego, że stanowczo zamierzam sprowadzić zbiory ojcowskie do Warszawy. (…) W czasie śniadania powiedziałem Anielce umyślnie przy wszystkich, że ojciec zapisał jej ten obraz w testamencie, co ją zmieszało, domyśliła się bowiem natychmiast, że ojciec uważał ją wówczas za przyszłą swoją synową. (…) Jeśli Anielka mnie choć trochę kocha,
jeśli kocha tylko przeszłość naszą, to musi być moją. Nie mogę o tym rozmyślać spokojnie, bo mnie przeczucie szczęścia dławi. (…)

28 MAJA.

Dziś i wczoraj spędziłem kilka godzin u chorej, w towarzystwie Anielki… (…)

29 MAJA.

Zastałem dziś Anielkę w sali jadalnej, stojącą na krześle przed wielkim zegarem gdańskim, w którym się coś popsuło. W chwili gdy wspięła się na palce, chcąc nastawić wskazówkę, stołek zagibotał się pod nią. Miałem tylko czas wykrzyknąć: – Spadniesz! –
i porwawszy ją na ręce, postawiłem na ziemi. (…)

DOKŁADNA DATA I MIEJSCE NIE SĄ ZNANE. ROK PIERWODRUKU – 1890.


["PRZEDMOWA DO NOWEL W. SOLECKIEJ"]

CZERWIEC [Kraków]


GDZIE MA STANĄĆ POMNIK MICKIEWICZA

DOKŁADNA DATA NIE JEST ZNANA - [Kaltenleutgeben]. DATA PIERWODRUKU – 24 CZERWCA 1890.


["DO DRA WINTERNITZA"]
Anglicy powiadają, że wiedza jest siłą,
Stary Szekspir zaś twierdzi w ponurym „Hamlecie”,
Że pełno takich rzeczy dzieje się na świecie,
O których filozofom nigdy się nie śniło.
Jedno i drugie prawda! Ot, nowe dowody
Cudów, którem oglądał na własne me oczy:
Im więcej literata Winternitz wymoczy
W wodzie, tym mniej literat publice da wody.
Czym się da wytłumaczyć taka tajemnica?
Ja nie wiem, zapytajcie o to Winternitza.


LISTOPAD – 18. – 30. [Zakopane]


["LUX IN TENEBRIS LUCET"]

LISTOPAD – 18. – 30. [Zakopane]


["WYROK ZEUSA"]

[Ewentualne uzupełnienia i zmiany w treści nastąpią z chwilą ustalenia nowych szczegółów.]